<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Szaławiła
Podtytuł Staroszlachecka powieść
Wydawca T. Rakowicz
Data wyd. 1870
Druk J. Buszczyński
Miejsce wyd. Toruń
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Na trakcie pomiędzy Żmurkami a Lublinem, gdzie się dwa gościńce przecinają wiodące jeden z Podlasia, drugi z okolicy Siedlec, w miejscu dogodnym dla podróżnych, od bardzo dawnych czasów stała gospoda, dość oddalona od wiosek — śród przetrzebionego już lasu. Zajazd zapewne w przewidywaniu jarmarków był ogromny, izb kilka (ale zajętych czasowo przez kartofle i kury), szynkownia rozległa, a gospodarz słynął z zaopatrzonej dobrze piwnicy i śpiżarni. Tu po nocy spędzonej na hulance w Żmurkach przybyło towarzystwo nam znane około południa i sam pan Zbisław zapowiedział wypoczynek, potrzebowały go konie, a i ludzie jeszcze więcej. Kazano w pustej komorze nasłać siana w pas, rozłożono kobierce, poduszki, płaszcze i wszystko to legło z rozkoszą używać wywczasu.
Żubr tylko i pan młody pozostali na nogach, pierwszy przez przyjaźń dla Zbisia, drugi z wewnętrznego niepokoju, którego zwyciężyć nie mógł. Jeszcze konie były nie rozkulbaczone gdy Zbisław sam pobiegł do Moszka arendarza zdawna mu znajomego. Moszko był dlań pokorny, bo się Szaławiły (pod tym nazwiskiem wszyscy pana młodego znali), okrutnie obawiał. Wiedziano dobrze, iż nic go nie kosztowało człowieka potłuc, karczmę podpalić, figla bolesnego spłatać — gdy fantazya przyszła słoniną izraelitę prawowiernego nakarmić itp. Truchlało wszystko gdziekolwiek zajechał. Dawniej przynajmniej sowicie się opłacał... teraz mówiono, że nawet o grosz ciężko było a o excessy tym łatwiej. Moszko przystąpił doń z należną rewerencyą i rozbrajającym, pełnym słodkiej ufności uśmiechem.
— Słuchaj żydzie, niewiaro... masz ty zegarek?
— Jakto zegarek? a po co zegarek? zapytał Moszko...
— Wiesz dobrze godzinę?
— A na co mnie zegarek, żeby wiedzieć godzinę? odparł żyd. U mnie jest zegarek, ale stojący... a najlepszy ze wszystkich, to koguty i słońce...
— No — dobrze, o którejże godzinie tędy przejeżdżała moja żona ze swoją matką?
Żyd oczy wielkie wytrzeszczył i nie zrozumiał.
— Z przeproszeniem jaśnie pana? albo J. Pan żonatego?
— Wczoraj w Żmurkach był mój ślub...
— A waj! z panną Bożeńską!! a waj! proszę ja pana niech ja pierwszy powinszuję. Ukłonił się jarmułką do ziemi.
— Z powinszowaniem poczekajcie — odparł Zbisław — o której one tędy przejeżdżały...
Żyd zmilkł.
— Ale pytam się ciebie... kiedy one tędy przejeżdżały...
Moszko patrzał, brwi podniósł do góry ogromnie, zdawało się, że niewiedział, co odpowiedzieć.
— A kiedy one miały przejeżdżać? zapytał z pewną trwogą.
— Ja się ciebie, żydzie pytam! krzyknął Zbisław...
— Ja nikogo nie widziałem! rzekł żyd.
— Ale to niemoże być! dodał pan młody, wiem, że pojechały do Lublina, a ze Żmurek jadąc, minąć karczmy waszej niemożna...
— Pewno, że niemożna! dodał żyd... ale ja nikogo nie widziałem...
Po licu Zbisława przeleciał wyraz niecierpliwości, żyd zmiarkował, że się naraża na nieprzyjemne następstwa, jeśli nie odwróci gniewu i począł żywo.
— Proszę no, jaśnie pana... Że ja nie widziałem, to nie żadna racya, u mnie jest stróż, stary człek, co nigdy nie śpi, one może jechały nocą, a on najlepiej wie, co się na gościńcu dzieje... niech on powie...
Pan młody kiwnął głową, żyd pośpieszył trwożnie, a po chwili ukazała się z nim razem wlokąca postać osobliwa starego Wojtka, karczemnego stróża od lat dziesięciu.
Wojtek był obrazem nędzy zobojętniałej, dumnej, zdziczałej; starzec siwy z ogromnym rozczochranym włosem na głowie, twarz blada, opiła, oczy zgasłe w powiekach czerwonych, broda niegolona, koszula szara podarta, nogi bose... Ale mimo to za pas się trzymał oburącz i wyglądał jak pan udzielny. — Nie skłonił się nawet p. Zbisławowi, dobył brzozowej tabakierki i zieloną tabakę zażywał obojętnie.
Pan młody rzucił mu parę trzygroszniaków, które Wojtek pochwycił, nic nie mówiąc i do tabakiery wpuścił.
— Słuchaj — jechał kto tędy dziś nocą ze Żmurek, powozem do Lublina? spytał pan młody.
Chłop głową potrząsł.
— Nie — rzekł — nie, przed północką jechało kilka wozów chłopskich, potem pleban z Żółtej Górki który nocował i do dnia ruszył, w pierwszych kurach przesunęły się podwody z Hajworza i przystały... com im wódki wynosił... a nadedniem ino dwóch konnych ludzi... więcej nikogo nie było...
— Może powóz minął..?
— A choćby i minął? toć ja śpię na przyźbie.. to bym słyszał...
— Ale jakże może być?
— A czy ja to wiem jak może być? rzekł stary dziad — dość że nie jechał nikt... Zbisław spojrzał na Żubra, kiwnęli na siebie i poszli do izby.
— Cóż to ma znaczyć? rzekł cicho pan młody, że one niepojechały do Lublina? więc, dokąd? słyszysz? jak ci się zda?
Żubr który nie był bardzo bystry głową ruszał.
— Cóż się z niemi stało? hę? jeżeli nie pojechały do Lublina, niemamy i my po co tam jechać.. tymci lepiej, żonę łatwiej mi będzie odzyskać gdzieindziej niż z klasztoru.. bo taki zawsze, widzisz, napaść na klasztór... może być sprawa nie dobra! — Ale co ci się śni? alboś myślał na prawdę klasztoru dobywać? spytał Żubr.
A co ty myślisz? dobywać czy włamać się, czy wkraść.. dosyć że żonę dostać muszę. Rozumuję tedy tak, jeźli nie jechały tędy, niepojechały wcale, kryją się gdzieś na wsi, trzeba nawracać, szpiegować, dowiedzieć się, napaść i porwać...
Żubr westchnął, rokowało to ciężką wyprawę.
— E! dałbyś pokój! zawołał — co ci tam po takiej żonce która ciebie nie chce... siedziałbyś spokojnie...
— No! no! ja wiem co robię, nie studź darmo gęby — odparł Zbisław — mnie, jak ja sobie co powiem, i sam diabeł nie przekona..
— No, to rób sobie co chcesz!
— Ty bo dobra bestya jesteś — dodał Zbiś, ale nie do rady... chodźmy do naszych...
W izbie zmęczeni podróżni drzemali na sianie, dla rozbudzenia ich w sposób oryginalny, wchodząc pan młody z pistoletu wypalił. —
— A temu jeszcze w głowie szumi! krzyknął Tomaszewski — nikomu nawet spocząć nie da.. niech cię djabli porwą...
— Jak Twardowski bym się w powietrzu zawiesił! rozśmiał się Zbisław — no! no! Zgoda! na nogi! do rady. Moja żonka zdaje się że tylko symulowała ucieczkę do Lublina, ukrywać się musi gdzie indziej... trzeba tego dojść...
— A no — dochódźcie — ziewnął Tomaszewski — ale jabym tymczasem spał.
— Mnie trzeba sprytnego szpiega coby się za żebraka przebrał...
— E! e! dajże ty nam i sobie pokój! ofuknął Barański, któremu głowa po winie bolała — daj pokój! Ja ci się radą zdrową przysłużę — jedźmy do domu, wytchnijmy kapitalnie, wysmarujmy się... najedzmy, czas radzi... zobaczemy co robić. — Mnie się widzi że ty za swoją Domcią nie bardzo byś latać powinien, bo jej już — nie dostaniesz.
Zbisław ruszył ramionami.
— Słuchaj Barański — odezwał się. — Znasz ty mnie? hę? znasz? jak ty co podobnego powiedzieć możesz... Żebym ja jednej spodniczce z siebie dał drwić, żeby mi moja własna żona figę pokazała a ja ją zjadł i strawił? kto? ja? ja? ja?
— Ani byś był pierwszym ani ostatnim Samsonem, którego Dalila oszukała. Na twoim miejscu funtową świecę bym dał przed ołtarz krzyża Ś. u Dominikanów w Lublinie że mnie od nieszczęścia Bóg ocalił...
Co to gadać!
Głową kiwnął Barański i na słomę się powalił.
— Co ty przez to chcesz dać do zrozumienia spytał Zbisław — gadaj otwarcie — mów wszystko... ja będę słuchał...
— Musisz wszystko przecież wiedzieć! szepnął leżący towarzysz.
— Gadaj... stanowczo a gniewnie zawołał pan młody, rzucając się na posłanie — gadaj lub się bić będziemy.
— Nie groź że ty mi, bo i gadać będę i bić się jestem gotów dla twej przyjaźni, a wiesz że się ciebie i nikogo nie boję.
— No — gadaj...
— Jak ci nie w smak pójdzie Zbisiu, wina nie moja... Mnie całe to ożenienie wasze nie podobało się od początku do końca. Wlazłeś na upartego, gdzie cię oprócz stryja — nikt dobrym okiem nie widział... Cały świat wie, że pannę kochał szalenie Staszek Horwat, że ona go kochała, żeś tam wlazł między ich dwoje jak Piłat w Credo... żeś przez stryja matkę obałamucił, a matka córkę przynagliła do tego małżeństwa... Domcia póki była panną, nie miała swej woli, płakała, nagadali jej że Staszek o niej zapomniał, skłamali pono że się ożenił nawet... poszła do ołtarza, ale teraz gdy ma dobry powód rozstać się z waszecią a jest już więcej panią swej woli... rozwód dostanie. I ty byś panu Bogu dziękował — co ci po takiej żonie która innego kocha?... Ze stryjem zrobiliście frymark, boś mu trzyletnią dzierżawę części majątku żony zapewnił i z tenuty pokwitował bez grosza... Wszyscy to wiedzą...
Zbisław się zamarszczył i złośliwie popatrzał na Barańskiego.
— Pleć! pleć! zawołał — słuchając ciebie ktoby powiedział że wróg gada nie przyjaciel... A cóż to ja za zbrodnią popełniłem? hę? albo to się u nas tak ludzie nie żenią? Albo to co zdrożnego żem stryjaszka posmarował? A te amory panny to dzieciństwo! Ja się Staszka nie boję, a wlezie mi w drogę, to go zduszę na gorżkie jabłko...
— Co z tobą gadać człowiecze, kiedy ty na pięść tylko rachujesz? odparł Barański. — Staszek prawda ani siły twojej, ani śmiałości nie ma, chłopiątko delikatne, mdłe, białe... nieśmiałe, ale taki do kobiet najniebezpieczniejszy... Domcia go kocha...
— A za pół roku ja się tego kochania obawiać nie będę! rozśmiał się Zbisław, bylem ją wziął. Będzie mi ona śpiewać jak ja zagram...
— Chyba tańcować! poprawił Barański.
— I śpiewać i tańcować! zawołał Zbisław... Te romanse gołowąsów i studentów mnie nie straszą... Jak zostanie moją żoną z głowy jej to precz pójdzie. — Już ty mi więcej nie mów nic...
— Ja śpię — daj mi pokój — dokończył Barański i do ściany się odwrócił.
— Albo wy jesteście moi druhowie serdeczni albo nie — rzekł po namyśle pan młody — wola wasza! Przyjaciel się próbuje we frasunku, widzicie co mi się przygodziło... widzicie! a chcielibyście opuścić mnie w takim sromie i biedzie?
Jak sobie chcecie, ja nikogo nie muszę — ale kto dziś nie będzie ze mną, z tym ja nie będę nigdy... Ty wiesz Barański żem cię ratował nieraz, ręką i workiem, alem może kiedy i Tomaszewskiemu posłużył i Dygowskiemu był na coś przydatny i Zabrzuskiemu pomógł. — No — a teraz kiedy na mnie przyszła kreska, wy mi ręki podać nie chcecie.
— Jak to? nie chcemy — chórem ozwali się Tomaszewski, Zabrzuski i Dygowski, a za niemi i Barański ze swego posłania — ale my przecie pójdziemy za tobą i w ogień i w wodę.
— Tylko nam wolno, właśnie jako przyjaciołom, dorzucił Barański, pokazać ci że gra świecy nie warta... Więcej byś pannie wzgardy pokazał, gdybyś plunął i porzucił.
— A tego ja nie uczynię! nie uczynię! nikomum w życiu nie ustąpił — huknął Zbisław i przed jedną też a choćby i dwoma babami nie cofnę się... Gdybym miał żonę wziąwszy na trzeci dzień ją z panną wyprawną na wozie do matki odesłać... (co może być) to ją przecie muszę mieć, choćby na dni trzy... To mówiąc uderzył nogą w podłogę Szaławiła i zamilkł.
— No — no — nikt ci już nic nie mówi! dorzucił Tomaszewski...
W tym Dygowski wstał z kąta... Na kominie stała flaszka wódki gdańskiej i kubek, poszedł naprzód się napić, sam, w milczeniu, potym stanął przed Zbisławem, ręce założywszy i rzekł powoli.
— No — niech cię tam wciórnastki... Zbisiu — gadaj czego chcesz, ja ci służę... byle awanturka — ja to lubię. Co na półmisku?
— A no, naprzód trzeba wyszpiegować co się z babami stało...
— Jakże tu wyszpiegować? jak? pójdę jak stoję to mi nikt pewno nie powie — rzekł Dygowski — a przebierać się.
— Ot co ci wielkiego — zaczął Tomaszewski, weźmiesz chłopskie albo żebracze suknie, będzie ci do twarzy...
Zaczęli się śmiać, w istocie Dygowski miał taką głowę, żeby się jej ani chłopek ani żebrak nie powstydził. Wyglądał staro i brzydko, na jednym oku skałka, płeć czarna, włos prawie biały, nos i twarz popryszczone — istne straszydło. — Chłop był zdrów, krzepki, wytrwały jak żelazo, a co gorzej strasznie miłosnego temperamentu, więc mu z tym obliczem na świecie bardzo było niewygodnie — ale go żadną sztuką odmienić było niepodobna.
— Wezmę, rzekł Dygowski, dla przyjaźni Zbisia, choćby chłopską sukmanę i żebraczy kubrak — czemu nie! abym tylko mu mógł posłużyć.
Zbisław zerwał się i ściskać go zaczął.
— Tyś mi jeden druh! krzyknął — ale na Boga ci się klnę — odwdzięczę ci — ożenię... życie dam za ciebie.
— Życia nie potrzebuję, rozśmiał się Dygowski, tylko mnie ożeń z ładną panną, a z reszty kwita.
— No — słowo daję że pannę znajdę — zaśmiał się Zbisław... a teraz wywiąż się ze słowa...
Dygowski pomyślał, napił się wódki i nie mówiąc nic pomalutku wyszedł.
Po zniknięciu jego, milczenie czas jakiś w izbie panowało, Szaławiła chciał świstać a wzdychał. Żubr sapał. Barański czy udawał że śpi, czy spał już w istocie i chrapał.
— Ej! ej! począł ziewając Tomaszewski... nikt, co prawda, małżeństwa ci tego nie radził, Zbisiu... ale teraz gdy się stało — to jużcić prawda że dla honoru męzkiego, nie godzi się ustąpić, bo by się z nas śmieli...
— Ja też ustępować nie myślę... począł Zbisław — Nie pierwsza to u nas w kraju tego rodzaju historya, i nie ostatnia... Nasłuchałem ja się z młodu od nieboszczyka ojca jak porywano i małoletnie i odbierano, i sadzano w klasztorze i z klasztorów je mężowie dostawali i siekli się i pałaszowali o niejednę... Co za dziw że ja sobie też tak począć muszę...
Ciężko mi było pomyśleć że się do Brygitek schroniły, ale gdyby i tak było, przecież mury nie żelazne, a we świecie drabiny się znajdą. Jeżeli na wsi bawią skryte to je odszpiegujemy... a niema takiego dworu i takiego zamku, żebym ja się, moich ludzi wziąwszy, tam nie dostał... Więc to sprawa tylko o to, żeby wiedzieć kędy się moje jejmoście skryły...
— Ale czekajże — rzekł Żubr, nie jedna droga do Lublina...
— Jedna...
— Co to jedna! zresztą nocą stróż mógł prześlepić — trzeba jednemu do Lublina zbiedz... ja pojadę.
— Jedź, Jasiu, jedź! weź najlepszego konia i najrozumniejszą głowę...
— Nie bój się, ja nie gadam — rzekł Żubr, ale do roboty to mnie nikt nie przesadzi... pojadę.
— Ależ cicho! przerwał Tomaszewski, wy spiskujecie na rynku... a tu żydzi słuchają... kto ich wie co myślą...
Poczęli szeptać gdy w progu zjawiło się odarte chłopisko z kobiałką na plecach, w plecionych łapciach, czapka na głowie.
Spojrzeli nań... aż w śmiech... Był to doskonale przebrany za wieśniaka Dygowski; a kto by go mało znał, ani by się w nim szlachcica dobrego rodu domyślił, usmarował sobie ręce, szyję, włosy na czoło napuścił, trzymał się garbato, istne chłopisko...
— Ta, ono to dobrze — odezwał się do Zbisia — ale piechotą mi się nie chce iść, do Żmurek furę najmę, a już potym dalej... pieszo...
— To cię w Żmurkach poznają choćby dziewczęta z któremiś wywijał mazura... zaśmiał się Tomaszewski.
— Jako żywo! to moja rzecz. — Fura mnie czeka za wisznicami... bywajcie zdrowi... Ale gdzie główna kwatera i dokąd mam z językiem?
— Co mamy szukać innej, rzekł pan młody... oto tu w gospodzie... między Żmurkami a Lublinem na trakcie, będzie najskładniej, tu nas szukaj...
Wszedł i Żubr jak do konia ubrany, żegnając się bo chciał przed nocą być w Lublinie.
Tomaszewski, Barański nawet i Zabrzuski wstali z posłania żegnać się z odchodzącemi. Wypito jeszcze po kielichu gorzałki... i za chwilę cicho było w gospodzie.
Jakkolwiek odprawiło się to wszystko bardzo prędko i cicho, nie zważał nikt że Moszko był na posłuchach i niby nie zważając, niezmiernie się na te obroty ciekawił. Przeprowadził oczyma Żubra... popatrzał na oddalającego się Dygowskiego, którego poznał pewnie i wszedł do izby udając obojętnego.
Tymczasem brało się na zmierzch, a nasi podróżni rozłożyli się obozem w karczmie, konie, służba i panowie... Nie było co robić tylko za wczasu spać, a że wszyscy czuli się pomęczeni, legli więc zalecając aby się cicho w karczmie zachowano...
Wieczór był letni, gorący, cichy jak gdyby przed burzą, okna w gospodzie pootwierane, gospodarstwu żydowskiemu wcale się na sen nie brało... ale cicho zachowywał się każdy, bo z takiemi panami jak Zbisio nie było żartów.
Tylko gościniec nie odpoczywał... ku wieczorowi i nocy podwody, wózki, jezdni zaczęli napływać i przeciągać. Ale że karczma była rozległa, a izba szynkowa w jednym, gościnna w drugim końcu, i zmęczeni sen mieli twardy, nie przeszkadzało im to do snu jak najszczęśliwszego.
Już dobrze się zmierzchło i niebo pociemniało, a gwiazdy tu i owdzie zjawiać się na nim poczęły, gdy od strony Żmurek pokazała się bardzo skromna biedka, stanęła przed karczmą i wydobył się z niej kapotowy jakiś jegomość. Wyglądał jakby na mieszczanina z małej osady, granatową miał kapotę, kapelusz słomiany, a pod zwierzchnią suknią na bieliźnie czerwony pas. Biczysko zatknął w biedę, koniowi torbę do głowy z owsem podwiązał, a sam powoli podszedł ku przyźbie, na której teraz siedział sam zamyślony Moszko.
— Dobry wieczór panie gospodarzu, rzekł, gdyby kto wódki wyniósł, to bym się napił.
Moszko spojrzał... A czemu nie zajdziecie do izby?
— Konia odstąpić nie mogę, młody, płochliwy, aby co to go licho poniesie... niech mi tam wódki kto poda ale szabasówki...
— Z daleka jegomość?
— Nie — ja z Zabrzezia...
— A dokąd?
— Do Lublina...
— Jegomość ma interes? począł Moszko, który zwykł był zawsze śledztwo prowadzić.
— A mam interesa!
— Czy jegomość lepiej nie zanocuje... do dnia można zajechać...
— Pewno u was pełno w gospodzie. —
— Oj! oj! miejsca dosyć — tylko tam kilka koni pańskich i dwa wozy...
— A kto taki?
— No — co? pan młody ze Żmurek...
Mieszczanin drgnął widocznie, ale rzekł spokojnie.
— Czy nocuje?
— Pewnie że nocuje.
— Tak niedaleko od Lublina?
Żyd ramionami ruszył tylko. — Podróżny się obejrzał w koło, uważnie skinął na Moszka i powoli coś z nim szepcąc odszedł dobry kawał od karczmy. Nie można było słyszeć co z sobą mówili — wkrótce jednak Moszko i on w bardzo jakąś żywą a zajmującą weszli rozmowę. — Odchodzili kilkakroć opodal, jakby dla uniknięcia uszów i podsłuchów, potym wracali nazad, aż nareszcie przyjezdny wódki dostał, obwarzankiem zakąsił, około konia coś poprawił, biedkę nieznacznie zwrócił nazad i po cichu za karczmę ją wyprowadziwszy, zniknął.
Bohaterowie nasi spali i we snach roić coś sobie musieli, bo z izby oprócz chrapania dochodziły do sąsiedniej wykrzyki nagłe, urywane śmiechy, wołania jakby reminiscencye dni ubiegłych... Dopiero nad ranem, gdy mieszkańcy gospody budzili się do życia, w izbie podróżnych ucichło zupełnie, znać snem podróżnych zmęczonych usnęli głęboko. Około siódmej rano, promień młodego słońca wdarł się przez zakurzone szyby do izby gościnnej i począł igrać tym swobodniej po zakątkach że tylko jedna strona okna była zamknięta, drugiej snać panowie ci zapomnieli na noc zaryglować lub umyślnie ją otworem dla lepszego zostawili powietrza. Ranek był pogodny i piękny, ruch na gościńcu żywy; blask słońca znać zbudził naprzód pana Barańskiego, który po zakrztuszeniu się silnym, porwał na posłanie i siadł, rozglądując w izbie, a oczy zaspane przecierał. Obok niego w różnych malowniczych pozach spoczywali Zabrzeski i Tomaszewski i Zbisio.
Zdziwiło to wielce Barańskiego, że wczoraj złożonych na sianie sukni, szabel, pasów itp. nie zobaczył. Pomyślał sobie, że je ludzie do chędożenia znać zabrali, ale kiedy? tego sobie nie przypominał. Dziwna też rzecz była, iż i szabli nie stało i czapek i pasów, ba — gdy się lepiej rozpatrzył — i kubka przy flaszce srebrnego i trzosików złożonych wieczorem na kominie.
— Jeżeli to Tomaszewskiego żarty — rzekł w duchu — dalipan nie do rzeczy... I huknął:
— Tomaszewski wstawaj!
Ten ociągał się jakoś i przewracał jeszcze.
— Ale wstawajcie trutnie! czas wódki się napić! mnie już mdło! powtórzył Barański... musi być około ósmej!
— Hę? ozwał się Tomaszewski — wódki? już wódki? a jakaż z ciebie bibuła...
Zbudził się i Zbisław rozglądając.
— Dzień dobry...
— O spało się dobrze!
— Bo to nie ma jak na sianie! niech mi nikt o pierzynie i materacach nie gada! dodał Zbisław... siano to Boże posłanie. Ale gdzież buty, trzeba by pójść konie obejrzeć, bo ta czeladź... niech ją...
W stajni właśnie okrutna, szpetna i nieprzyzwoita panowała wrzawa.
— Te łajdaki już się tam za łby wodzą! zawołał Zbisław, trzeba iść z prętem, aby ich pogodzić.
Obejrzał się — ale gdzież buty moje?
— Kto z was sobie żarty stroi? hę — dodał rozglądając się w koło... Tomaszewski... słuchaj.
— Czego chcesz! gdzie sakwa co leżała na kominie!
— Jak Boga kocham okno otwarte! Barański się bosemi nogami zerwał. — Czy żarty, czy złodzieje! Drudzy też... — Jak Boga kocham! złodzieje skorzystali z twardego snu i obrali nas do nitki!
Spojrzeli po sobie — Zbisław czerwony był i wściekły... Gdzie szabla?... moja damascenka! a niechże ich porwą... Jakże może być żebyśmy się obrać tak dali! Chyba nam co podali w jadle czy napoju — Ja żyda w śmierć skatuję.
Wrzawa powstała w izbie ogromna.
Zbisław drzwi otworzył na oścież i krzyknął na chłopaka. — Jurek! bywaj!
Ale od stajni nie przychodził nikt, choć się powtarzało wołanie. Z gniewem wyskoczył już choć boso Zbisław... i zobaczył ludzi około wozów w zwadzie się z sobą ujadających... Wrzeszczeli jak opętani.
— Co wam takiego? trutnie jacyś! do porządku! Co to jest! huknął pan młody...
Ale w tym spojrzał na żłoby gdzie konie stały... koni nie było.
— Gdzie konie... u sto tysięcy? coście na paszę puścili czy...
— Ale gdzież tam, proszę j. pana! zawołał Jurek nadbiegając w koszuli... taż to nas w nocy ze szczętem okradli i nikt nie słyszał. Konie wyprowadzili, z wozów co było pobrano... a dodatku i gospodarz lamentuje bo mu i śpiżarnię odbito i para koni jego poszła z naszemi...
Zbisław osłupiał.
Zuchwalstwo złodziejów przechodziło wszelkie pojęcie, trudno nawet myśleć było, ażeby się mogli dopuścić takiej kradzieży bez jakiegoś porozumienia w domu, bez podstępnego upojenia i sług i panów... Ale gospodarz lamentujący za końmi, gospodyni rozkrzyczana nad szkodą zrobioną w śpiżarni, dowodzili że ich posądzać nie było podobna.
Nie tyle by może czułym był na straty pan Zbisław, chociaż te bardzo znaczne być mogły, wliczywszy w to pieniądze zagarnięte z komina, szable, konie, suknie, tłumoki itp. ile na niewolą przymusową na jaką został skazany, dopóki by się w co odziać i czym jechać nie mieli. Nie było tak łatwo w tym oddaleniu od wsi cokolwiek bądź dostać. Wreszcie zkąd? od kogo? za co? O pogoni ani było myśleć bo konia nie mieli na lekarstwo.
W pierwszej chwili szum tylko było słychać, zwadę, zrzucanie winy z jednego na drugiego, — Jurek się klął, że Maciej był winien, Maciej zrzucał na Jurka, Zbisław gniewał się na Tomaszewskiego, że pod oknem śpiąc złodzieja nie słyszał, który mu omal na nos nie nadeptał. Tomaszewski uniewinniał się znanym swym snem głębokim... Barański który pono najmniej miał pieniędzy, najgorszą szkapę, a najlepszy humor, pierwszy się śmiać i wydrwiewać począł.
— Żeśmy wszyscy ślicznie wyszli na Zbisławowym weselu, nie ma co powiedzieć! Wracamy per pedes apostolorum i goli jak święci tureccy. Dygowskiego odzienie i koń poszli z naszemi, ale mu choć mieszek został; Żubr choć konia ocalił... my... w koszulach i pieszo. Nie pozostaje tylko się udać w pobożną za grzechy pielgrzymkę do Częstochowy.
— Ale to tak płazem żydowi i złodziejom nie ujdzie! zakrzyknął Zbisław..... ja się pomszczę...
— Na kim? za co? żydowi parę koni ukradli...
Właśnie przed próg wyszedł arendarz lamentujący...
— Ja nieszczęśliwy! nieszczęśliwy! wołał — moich para koni warte były trzydzieści dukatów od siebie rzucając...
— Co ty mi o swych parszywych szkapach będziesz treny rozwodził — zakrzyczał Zbiś — kiedy mnie w koniach, sukniach i pieniądzach, obliczywszy straty wszystkie na parę tysięcy obrano... Twoje konie! kto może mi zaręczyć, że ty nie byłeś w zmowie ze złodziejami i że koni dla niepoznaki im nie dałeś?
Na te słowa Moszko zbladł i cofnął się, twarz jego zmieniła się nagle, począł bełkotać niezrozumiale... Powołano stróża na świadectwo, sam Moszko upewniał że on nigdy nie sypiał. Wojtek przyszedł z tabakierką we wczorajszym stroju, ale okazało się że wysłany z wieczora całą noc nie był przy karczmie i nie wrócił aż rano. Pierwszy on dostrzegł, że wrota były otwarte... pierwszy alarm zrobił widząc że koni nie ma... ale o niczym wiedzieć nie mógł.
Jednego z czeladzi posłano chociaż bosego do najbliższej wioski po konie, zamyślając niemi dostać się do Lublina, a tymczasem ponieważ złodzieje zabierając kubek i wódkę gdańską sobie przywłaszczyli — ratowano się szabasówką Moszka, która w cudowny sposób ocalała. Pani Moszkowa cała we łzach z powodu strat poniesionych w śpiżarni, które obliczała wysoko; zaczynała jednak po kojcach poszukiwania jaj dla ugotowania jajecznicy olbrzymiej, której żołądki tych panów domagały się gwałtownie. Oprócz tej potrawy europejskiej, najłatwiejszej do zgotowania, gdzie tylko się kury znajdują, nie było nic, chleb suchy i kwaśne ogórki. Tych ogromną misę przyniesiono na zakąskę po wódce i wkrótce ją ci panowie zmietli. Barański utrzymywał, że jak żyje tak dobrych solonych ogórków nie jadł... Wczorajsza pijatyka dodawała im smaku.
Czas schodził na regestrowaniu strat, które za każdą chwilą okazywały się znaczniejsze, pieniądze, zegarki, szable, pasy, w tłumokach owe paradne weselne stroje, kity, kanaki, rzędy... wszystko to znikło... i ani się spodziewać było można odzyskania skradzionych rzeczy. Od czasu zaciągnięcia kordonu austryackiego, złodzieje ztąd zwykli byli manowcami przebierać się do nowo nominowanej Galicyą Rusi, a tam już jak w wodę wpadali. Im obłów był znaczniejszy, tym rozumniej musiały być przedsięwzięte środki umknięcia z nim niepostrzeżenie. Złodzieje mieli kilka dobrych godzin zysku... a teraz upływał też czas daremnie, bo nie było ani czym ani kim urządzić pogoni.
Szczęściem że towarzysze Zbisława byli ludzie-hulajdusze... bez kontuszów więc nawet trzymał ich się dobry humor. Z całego sprzętu ocalała talia kart na kominie, po jajecznicy więc siedli na sianie grać na kredyt. Moszkowa dostarczała furażu, aby się nie nudzili.
Klęli że się dach na karczmie trząsł. Tak zszedł cały dzień... dopiero ku wieczorowi Zbisław posłyszał głos Żubra. Żubr na koniu wjechał do gospody i otoczony przez czeladzi, nim zsiadł już się o wszystkim dowiedział. Ale z aprehensyi i zdumienia jakby mu nogi odjęło, koń go do żłobu sam prowadził... W poprzek była belka od słupa do słupa, koń podbiegł nieco, Żubr czołem się ciął o belkę i jak długi o ziemię obalił. Już kiedy bieda to nie jedna, potłukł się, okrwawił a zły był, że o mało konia nie zdusił, wszyscy się zbiegli na to nowe widowisko. Jurek pobiegł po wodę, żeby głowę obwiązać, obstąpiono nieszczęśliwego Żubra.
— Ale gdzieżeś ty oczy miał? żeby też dać się koniowi na belkę wprowadzić! wołał Barański.
Żubr tym bardziej się złościł, jakoś go udobruchawszy, poprowadzono na siano... ale głowa rozbita nie dawała mu się rozgadać.. póki się wódki raz i drugi nie napił. Obwiązano mu skronie mocno, aby krew nie ciekła, usmażono znowu jajecznicy i nie rychło zaczął się spowiadać...
Pan młody chciał tylko o jednym wiedzieć, czy jego żona była w klasztorze u Brygitek czy nie? O tym właśnie Żubr stanowczego nic powiedzieć nie mógł... Panna Furtyanka na jego zapytanie (udał bowiem, że z listem przybył) odpowiedziała wprawdzie, że pań tych ze Żmurek nie było... ale zarazem listu chciała się podjąć niby dla odesłania... Dawało to do myślenia, że się kryć mogły w klasztorze. Z drugiej strony w gospodzie na placu na przeciw klasztoru, z której widać bramę jego, o żadnym powozie i paniach przybyłych nic nie wiedziano. Żubr wąchał, śledził, pytał, dowiadywał się i wrócił przeklinając babską chytrość. — Zamyślił się i pan młody niepewien co tu poczynać dalej.
Konie wprawdzie ze wsi przyprowadzono, ale teraz zamiast w pogoń za żoną, trzeba było jechać do domu i odłatać się na nowo... począwszy od konia do butów i sukni, musieli panicze sprawiać sobie wszystko de noviter repertis. Zbisław jakkolwiek podszastał był dobrze ojcowiznę, buty dawnej nie pozbył, zaklął się więc że przyjaciołom swym straty ich ze swej kieszeni wynagrodzi... a była to niemała rzecz — chcąc jak należało obdarzyć, co sama duma nakazywała.. Wszyscy owi druhowie ludzie byli niemajętni, oprócz Barańskiego, ale ten miał żonę rozrzutną i kilkoro dzieci...
Do Wierzchówki pana Zbisława Wierzchowskiego było od owej nieszczęsnej karczmy spętanych o mil sześć — na chłopskie konie z popasem cały dzień drogi... Pod noc jechać na nic się nie zdało. Uradzono więc ruszyć ze dniem chłodem, a dla Dygowskiego kartkę zostawić, aby on po przybyciu swym zaraz za niemi pospieszał. Dygowskiego funkcya szpiegowska nie dozwalała się go spodziewać rychlej nad dni parę... Czekać nań nie było co, spełzły wszystkie projekta.
Ale nie znał by Zbisia ktoby sądził, że doznane przeciwności odebrały mu humor, pomięszały szyki lub zwątliły chęć odwetu... Powtarzał cicho — co się odwlecze to nie uciecze... a dumał, wąsa kręcił i łysinę tarł.
— Oddam z nawiązką za poczekanie powtarzał.
Już dobrze znowu zmierzchało, gdy we wrotach gospody posłyszano rżenie koni dopominających się żłobu, rżenie zwykłe podróżnym zmęczonym szkapom... Wprawne ucho Zbisława poznało też po brzęku uprzęży, iż jakiś powóz znać na noc chciał do karczmy. Dostawszy już jakichś butów i mogąc wynijść nie wytrzymał Szaławiła, żeby nie dotarł co się to tam działo. Licowe konie już były za próg wyskoczyły, ogromna landara wstrzymana jeszcze była za gospodą jak gdyby zawrócić zamierzono. Moszek z jarmułką w ręku u drzwi powozu coś kłaniając się rozpowiadał. Zbisław i Żubr powoli podkradli się pod wrota.
— Proszę Jaśnie Księżnej... izba jedna była gościnna, ta zajęta... mieliśmy wielkie nieszczęście... tej nocy złodzieje czy rozbójniki zakradli się do nas i panów nocujących tu i nas na tysiąców obrabowali. Te panowie siedzą bez butów u mnie.
— No, to jechać dalej — ozwał się głos z powozu.
— Ale dokądże, proszę W. Ks. Mości, odparł grubym głosem służący, otyły, poważny mężczyzna, stojący z drugiej strony drzwiczek — dalej las... o dwie mile dopiero wieś, noc... konie pomęczone w śmierć, jeden kuleje.....
— A jakże ja tu nocować mogę! bolejąco ozwał się głos z powozu.
— Dalipan, Jasiu — szepnął Zbisław do Żubra, to moja księżna.
— Jaka, twoja!
— Dobrodziejka i protektorka od młodości... ta której winienem całe moje wykształcenie! Szaławiła się uśmiechnął — Cóż bo, nie domyślasz się to przecie Księżna Podkanclerzyna...
To mówiąc Zbisław, choć był tylko okryty opończą od Jurka pożyczoną, poskoczył ku karecie... zrobił minę nieszczęśliwego żebraka, schylił się, wyciągnął rękę i począł...
— Jaśnie Oświecona Księżna Pani! ulituj się nad nieszczęśliwym podróżnym... którego spotkała niedola... raczcie obdarzyć choć...
Grands dieux! to pan... to Zbiś!
Ten w śmiech... głowę podniósł...
— Widzi pani co to nas tu spotkało...
— A to was? o mój Boże!
— Tak, mnie, i moich przyjaciół... do koszuli nas obrano...
— Strach mnie ogarnia... zawołała księżna z powozu — o! już dalej nie pojadę.. będę tu nocowała. Zajeżdżać, grzeczni kawalerowie ustąpią mi z izby, a sami pojdą spać do sieni...
— I przez całą noc będziemy wartę trzymali, ażeby księżnie koni jak nam nie ukradziono...
Tak tedy powóz, bryka i karyolka wtoczyły się z księżną panią i dworem do gospody. Było to prawdziwe błogosławieństwo Boże, księżna Podkanclerzyna wracała z Lublina do dóbr swoich, zaopatrzona obficie we wszystko czego w drodze potrzebować mogła. Jechał z nią kamerdyner, dwie służące, dwóch lokajów, hajduk ogromny drab słynny na całą Polskę ze wzrostu i dwóch rękodajnych dworzan, szlachty ubogiej. — Weselej się zrobiło zaraz, szczególniej Zbisławowi, który na dworze owego Podkanclerzego lata spędził młode i był w wielkich łaskach u Podkanclerzyny.
Księżna miała lat blisko pięćdziesiąt, może więcej, ale zapominała chętnie o metryce..... strojna zawsze, wyświeżona, uróżowana, wysznurowana (dla zbytniej nieco otyłości) owdowiawszy od lat kilku, mówiono iż miała jeszcze nadzieję wyjść za mąż, chociaż syn pono trzydziestoletni, żonaty i wnuczki protestowały.....
Dwie rzeczy zajmowały księżnę nadzwyczajnie, zabawy i interesa majątkowe... Miała ona dobra znaczne bardzo, ale odłużone... i sama rządziła niemi z plenipotentem, prowadziła procesa, frymarczyła folwarkami, puszczała zastawy... przyjmowała i odprawiała ekonomów. Resztę zbywającego jej od tego kłopotliwego zajęcia — czasu, lubiła się bawić wesoło, szczególniej w męzkim towarzystwie. — Gdyby nie trochę trądu na twarzy, źle pokrytego bielidłem, byłaby jeszcze dość ładną, a twarz nieco już zwiędła okazywała ślady niepospolitej piękności przekwitłej, o której wiele mówiono.
Księżna mimo utrapionych interesów, lubiła żyć wygodnie, chociaż przytym miała przystępy skępstwa... i oszczędności. Życie jej upływało na podróżach po sądach i trybunałach, gdzie sama pilnowała procesów, w papierach i rachunkach, w wycieczkach do stolicy i za granicę, trochę w politycznych frymarkach i intrygach wszelkiego rodzaju..... W towarzystwie była to osoba dobrze wychowana i rubaszna na przemiany, wielkiego tonu i bardzo prosta, jak jej było wygodniej..... Pierwszą w świecie dla niej rzeczą była ona sama.. po sobie kochała bardzo syna jedynaka, a po synu wszystkich ludzi, z którymi czas przyjemnie spędzić było można. Do tych należał z dawna Zbisio Wierzchowski... niegdy dworzanin księcia J. M., faworyt wielki pani, który choć się potym oddalił zawsze w łaskach pozostał, i co kilka miesięcy bawił po kilka tygodni u protektorki swojej.
Księżna przesiedziała w powozie, dopóki izby zajmowanej przez nieszczęśliwych towarzyszów pana młodego nie oczyszczono. Zbisław stojąc u drzwiczek landary, bawił ją rozmową, służba tymczasem wyprzątała, obijała, kadziła... a Tomaszewski, Zabrzeski, boso wynosili się do żydowskiego alkierza.
— Ale mówże mi asindziej, w jaką to znowu popadłeś awanturę...
— A! M. księżno! prawda że w awanturę...
— Niespokojny duchu! klapnęła go rękawiczką po ręku, którą położył na drzwiczkach..... pfe! że się też to nigdy nie ustatkuje...
— Taka niepoczciwa natura! westchnął pan młody — ale teraz... gdy się wilczysko ożeniło...
— Jak to? ożeniło? z kim? gdzie? jak? żonaty jesteś.
— Od pozawczoraj, księżno dobrodziejko, a ślubny wieczór spędziłem samiuteńki jeden z przyjaciołmi.
— Gdzież żona?
— Drapnęła mi księżno.
— Jak to? od ołtarza?
— Tak, prawie jak od ołtarza... westchnął Zbisław... ale to cała historya...
— No to mów, rozpowiadaj, niemasz przecie co lepszego do robienia... nieszczęśliwy człowiecze...
— Po co się tu długo z grzechów spowiadać, księżno dobrodziejko, mówił Zbisław. Zaswatałem się był naprzód w Hrubieszowskim i byłem zaręczony, panna śliczna, ale cóż? Dopatrzyła się całusa, który przez pustotę dałem innej i rzuciła mi pierścionkiem w oczy... Tymczasem ojciec nie chciał mnie ze słowa puścić... Jam sobie w świat jechał, tu mi się panna Domicella Bożeńska trafiła... prawda że ona mnie nie bardzo chciała, ale mnie się podobała. Po długich korowodach dali mi ją... Ale cóż? ledwieśmy od ołtarza odeszli, jawi się ojciec pierwszej panny z protestem, robi mi awanturę, a moja żona wypowiada posłuszeństwo i ucieka.
— Cóż waćpan pleciesz? bajki z tysiąca nocy! awantury arabskie! zawołała księżna pani... czy żartujesz sobie ze mnie.
— Ale gdzież znowu... mościa księżno! czyżbym śmiał! Tak było, niestety! tak było.
— I cóż?
— Nawet dotąd nie wiem gdzie mi żona uciekła, czy do Brygitek do Lublina, czy gdzie indziej się skryła... ale gdyby do piekła pójdę za nią.
— O! o! Jak Orfeusz za Eurydyką! i zaśmiała się księżna — cóż to ją tak kochasz?
— Podoba mi się, a przytym M. księżno nie rad z siebie daję żartować. Przecież mi przysięgała i jest żoną moją. Właśnie się moi przyjaciele na zwiady rozjechali, gdy mnie tu to nowe nieszczęście spotkało.
— I cóż myślisz?
— A no naprzód muszę o butach myśleć, rozśmiał się Zbisław, potym zobaczymy...
Tu się rozmowa przerwała; dano bowiem znać księżnie, iż pokój gotowy, kamerdyner, hajduk, dwie służące i dwóch dworzan przyszli przeprowadzać do mieszkania, które wcale nie było podobne do tego, czym było przed chwilą. Znalazły się sprzęty, poobrywano ławy dywanami, stół zasłano makatą, izba woniała kadzidłem.
Zbisław przeprowadziwszy do progu swą opiekunkę dawną, rękę jej ucałował i chciał się cofnąć — ale został uprzejmie zaproszony na wieczerzę podróżną... Wahał się jeszcze, czy mu się godziło przyjąć samemu książęce przysmaki gdy drużyna była o głodzie i wódce, a księżnie znowu tak licznej kompanii narzucać nie było podobna, gdy Podkanclerzyna się uśmiechnęła.
— Przyjdź no, przyjdź ozwała się klepiąc go po ramieniu, nie ceremoniuj się, twoim przyjaciołom poszle się pieczeń zimna, a może tam jeszcze co dodatku, więc ich na sumieniu mieć nie będziesz...
Tak pocieszony Zbisław odszedł do swoich z dobrą miną i nowiną. Pieczeni szczególniej byli niezmiernie radzi, bo szlachcic w ogólności jest stworzeniem mięsożernym, i żadna w świecie choćby z bażancich jaj jajecznica go nie nakarmi, póki się z wołowiną nie spotka. Pod tym względem mieliśmy instynkt zachowawczy anglików. Wprawdzie szły i jałowice na stół, gdy karmnego wołu nie było, ale bez wołowiny szlachecka kuchnia się nie obeszła.
Towarzysze pana młodego w zbyt zaniedbanym będąc stroju, ażeby się kobietom przedstawić mogli, u drzwi alkierza przez szpary czatowali na zwijające się służące księżnej pani. Jedna z nich wprawdzie dobrze była nie młoda, ale za to druga tak piękna, że dla napatrzenia się na nią, Zabrzeski z Tomaszewskim o mało się nie pobili.
Pan młody chodził zamyślony... bądź co bądź przybycie protektorki było mu na rękę, nie wiedział jeszcze jak je zużytkuje, ale spodziewał się zawsze skorzystać. Najbliższe dobra i czasowa rezydencya księżnej była tylko o dobre trzy mile. Z niej nawet obrawszy tu główną kwaterę, wygodniej można było czynić ku Żmurkom wycieczki, a pomoc dziedziczki wielkich dóbr, mającej mnogich oficyalistów, leśniczych, strzelców, dwornią... nie była do pogardzenia. Wprawdzie teraźniejszy plenipotent księżnej i wielki jej faworyt, wielce nie lubił pana Zbisława, ale to bynajmniej u samej pani szkodzić mu nie mogło. Tej stałych łask zawsze był pewnym. Zdało mu się więc, że tu sama opatrzność sprowadziła dobrodziejkę na ratunek...
Jeszcze medytował, gdy wniesiono pieczeń i parę butelek wina dla towarzyszów niedoli, a stary kamerdyner zaprosił razem p. Wierzchowskiego na pokoje do księżnej Jejmości. Zbisław poszedł... księżna już była sama przy stole zastawionym obficie; poprawiła nieco stroju i choć nie zbyt wytwornie była ubrana, wyglądała wcale świeżo i zalotnie.
— Mościa księżno! zawołał filut od progu... jak mi Bóg miły — musiał księżnie Cagliostro sprzedać swoję wodę, tak pani cudownie świeżo i młodo wyglądasz...
— E! bałamucie ty jakiś! odpowiedziała śmiejąc się księżna... bałamucie — siadaj oto i jedz... a nie paplaj... bo ja ci nie wierzę...
Pomimo tej niewiary, księżnę bodaj czy nie komplement p. Zbisława wprawił w humor cale dobry. — Nalała mu wina i wyzwała do obszerniejszego rozgadania się o losach i przygodach. — Pierwszy to raz pono w życiu słynnego Szaławiły, tak mu się fatalnie zaczęło niepowodzić. Do tej pory bowiem zawsze i wszystko szło jak z płatka — miano go i on się sam miał za najszczęśliwszego z ludzi. Ale od tej podróży w Hrubieszowskie, od poznania panny Anieli zmieniły się konstellacye i gwiazda bohatera naszego zaćmiła. Na chwilę niby ożenienie ją odsłoniło i zdała się świecić dawnym blaskiem, gdy najniespodzianiej wesele tragicznie zostało rozwiązane, a Zbisław rzucony na przygody, których rozwikłania przewidzieć nie mógł. Fatalna ta kradzież, stosunkowo niewielkiej wagi wypadek pomięszał też szyki. Pan młody choć się pragnął uśmiechać, był posępny i zamyślony. Postrzegła to księżna i naganiła mu niepotrzebne kwasy, których nie lubiła.
— A! Mościa księżno dobrodziejko! zawołał Zbiś — jak tu być dobrej myśli kiedy los prześladuje — z ludźmi walka jeszcze połatawszy, ale z przeznaczeniem... trudna...
— A któż waści powiedział, że masz z przeznaczeniem do czynienia? Że ci się raz powinęła noga, jeszcze niema co rozpaczać, zwłaszcza kto sobie tak radzić umie jak wy.
I pogroziła mu księżna paluszkiem ale biedny pan młody wzdychał.
— Nie, nie, jest jakiś fatalizm — rzekł — jest fatalizm... przeklęła mnie ta nieszczęsna panna Aniela!!
— Dobrze ci tak! po co dziewczęta zwodzisz...
Zbisław spuścił głowę... — Co tu teraz począć?
— Jedź do domu naprzód i ogarnij siebie i swoich... rzekła księżna... a masz że pieniądze...
— U żydów pożyczę...
Księżna zrobiła kwaśną minę.
— Czyż ci tak wiele potrzeba?...
— A! nie mało — odparł Zbisław... bo gdyby szło o paręset dukatów, toćbym przecie drugi raz żyto na pniu sprzedał.
— Drugi raz?
— Bo raz pono już sprzedałem — odrzekł obojętnie Zbisław — ale to nie moja wina. Żydzi na wesele dać mi nic nie chcieli, musiałem więc uciec się do tego środka..... a teraz...
— Słuchaj, mój ty szalony chłopcze, dodała księżna — jeśli ty myślisz, że ja ci pożyczę, to się mylisz. Sama musiałam dług zaciągnąć — niemam grosza przy duszy..... ale ci przecie coś poradzić i pomódz pragnę. Jedź do domu, przyszlę ci mojego Abrahama z Hubki i zaręczę jeśli potrzeba...
Jak się ogarniesz i trochę nabierzesz ducha lepszego, przyjeżdżaj do mnie, będę siedziała na wsi, założysz sobie główną kwaterę w oficynie w dawnym mieszkaniu...
Tu nastąpiło westchnienie wiele zaprawdę znaczące.
— No — dodała — i będę ci pomagać do odzyskania tej żony za którą się tak ubiegasz, a która ci pewnie w gardle stanie...
— M. księżno! zawołał Zbisław — ja na to tylko chcę ją odzyskać abym potym porzucił — żyć z nią nie będę... a wystrychnąć się dać na dudka — nigdy w świecie!!
— No! no! nie mówmy o tym — dodała księżna nalewając kieliszek — teraz wesołego mi coś praw... bieda na potym... Ja każę...
Rozkazanie księżnej Jejmości było tak skutecznym iż pan młody na chwilę zapomniawszy o położeniu spędził wieczór na pogadance wesołej i w znacznie poprawionym humorze, wrócił do swoich towarzyszów.
Do dnia po cichu, nie budząc nikogo panowie nasi ruszyli do Wierzchówki. Zbisław miał potężnego sprzymierzeńca.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.