Czterej synowie Ewy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Vicente Blasco Ibáñez
Tytuł Czterej synowie Ewy
Pochodzenie Meksyk
Wydawca Unja
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Rotacyjna „Unja“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Los cuatro hijos de Eva
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CZTEREJ SYNOWIE EWY.

Na fermie „Nacional“, jednej z największych posiadłości ziemskich rzeczypospolitej Argentyńskiej, kończono żniwa. Wynajęci na czas robót emigranci europejscy zamiast tłoczyć się w zabudowaniach folwarcznych, zamieszkałych przez stałych parobków (peon) lub stodołach, zawalonych mechanicznemi pługami i balami prasowanej lucerny, woleli spać na polu podłożywszy pod głowę tobołki z swoją ubogą chudobą. Byli tam ludzie ze wszystkich krajów Europy. Jedni nałogowi włóczędzy, których nigdy nienasycona żądza przygód, pędziła z kraju do kraju poprzez cała kulę ziemską, zatrzymali się w pampasach na kilka miesięcy w drodze z Przylądka Dobrej Nadziei do Australji, inni — chłopi włoscy lub hiszpańscy, zwabieni za morze obietnicą zapłaty 6-8 pezes[1] dziennie za pracę, w ojczyźnie opłacaną kwota kilkunastu centów. Większość żniwiarzy stanowili jednak emigranci sezonowi zwani w Argentynie „jaskółkami wędrownemi“, którzy corocznie z pierwszym śniegiem opuszczają kraje rodzinne, udając się za morze do cieplejszych stref południowej półkuli, gdzie w tym czasie wypada okres robót polowych. Pracując ciężko przez całe lato i jesień, skoro lodowaty „pampere“ zwiastował nadejście zimy, wracali do ojczyzny, gdzie ziemia budziła się już ze snu zimowego pod pierwszem tchnieniem wiosennem. Te ptaki przelotne przybywają corocznie, natłoczeni jak bydło, na pokładzie niechlujnych parowców „emigranckich“, aby zaoszczędzonym w krwawym pocie czoła groszem ratować ojcowiznę w rodzinnym kraju. Żaden z nich nie myśli o stałem osiedleniu się w pampasach.
Po ukończeniu dziennej pracy, żniwiarze gromadzili się na posiłek wieczorny i, podzieleni na grupy, czy to według narodowości czy według sympatji osobistych, obsiadali dymiący kociołek, gwarząc wesoło. Jakkolwiek wieczory były ciepłe, rozpalali wielkie ogniska dla odegnania nieznośnych moskitów, tej plagi niezmierzonych obszarów stepowych.
Wśród tej różnojęzycznej masy już po upływie dni kilku zarysowywały się różnice indywidualne: ludzie stworzeni na dowódców szybko wywyższali się ponad pospolitą rzeszę, jedni szanowani za odwagę, inni górujący nad resztą wymową; sprytem lub doświadczeniem życiowem.
Pośród żniwiarzy hiszpańskich wyrocznią był ojciec Correa. Rzadka znajomość ludzi i stosunków w republice, gdzie pracował od lat trzydziestu, spryt przebiegłość wyniosły go na stanowisko patryjarchy wśród swoich, z czego korzystał, aby wybrać zawsze najlepsze miejsce przy ognisku, najdogodniejsze legowisko do snu i wyręczać się w najtrudniejszych robotach przez jednego ze swych gorących wielbicieli, zwłaszcza nowoprzybyłych emigrantów.
Pewnego wieczora po kolacji Correa siedział przy ognisku, ponuro patrząc w swój pusty talerz cynowy i usiłując zapalić cygaro, które jak na złość ciągnąć nie chciało. Półotwarta koszula odsłaniała włochatą pierś starca. Wokoło ogniska zgromadziło się około 25 żniwiarzy hiszpańskich. Zapadał zmierzch. W oddali widniały niepewne zarysy łanów pszenicznych, przytłumione niejasną poświatą zachodu.
Na ciemnej purpurze zachodniego nieba automatyczne pługi i młocarnie przeistaczały się w jakieś potworne istoty, podobne do olbrzymich zwierząt, które zamieszkiwały te same równiny w czasach przedhistorycznych.
Na niebie zamigotały słabo pierwsze gwiazdy.
— Ciężko jest zarobić sobie na chleb powszedni — odezwał się ojciec Correa, skarżąc się na dotkliwy ból stawów.
Wszystkie oczy zwróciły się na starca. Spodziewano się, jak co wieczora, usłyszeć jaką wesołą bajkę lub ciekawą anegdotę, któraby przed udaniem się na spoczynek dała im się uśmiać lub zaciekawić. Stary jednak tego wieczoru był milczący i bardziej skłonny do użalania się na swój los, aniżeli do bawienia towarzyszy.
— I zawsze tak będzie, — dodał. — Niema na to ratunku. Zawsze będą bogaci i ubodzy, stworzeni do panowania i tacy, którzy się urodzili na to, aby im służyć. Niema na to rady, i trzeba się pogodzić ze swoim losem. Mówiła mi to zawsze moja babka, a przecież była tylko kobietą. A wszystkiemu winna — Ewa. My, co pracujemy za innych, aby im służyć i tuczyć ich, powinniśmy ją przeklinać za niewolę, na jaką nas skazała. Ale zresztą wszystko złe od kobiet pochodzi...
W żałosnym nastroju, jaki go opanował tego wieczora zaczął mówić o wypadku, któremu uległ tego dnia jeden z robotników. Tryby młocarni zmiażdżyły mu rękę. Odwieziono go do najbliższej wsi, odległej o 30 kilometrów, i rękę odjęto. Biedak został na całe życie kaleką, skazanym na nędzę...
Widząc jednak, że wspomnienie o wypadku wzmogło jeszcze niepokój i smutek słuchaczy, patryjarcha, jakgdyby żałując, że biorą rzeczy zbyt tragicznie, pośpieszył dodać:
— Ewa! ona wszystkiemu winna! oto jeszcze jeden, co stał się ofiarą jej nieprawości. Jeżeli wszystko idzie tak opacznie na świecie — ona temu winna!
Spostrzegłszy zaciekawienie towarzyszy, pragnących się dowiedzieć, co miała wspólnego Ewa z ich niedolą, starzec rozpoczął szeroką opowieść o złośliwym figlu, jaki pierwsza kobieta wyrządziła ludzkości.
Nie zawadzi wspomnieć, iż ojciec Correa był uczony, opędzając corocznie kilka miesięcy w rodzinnej wiosce wyuczył się kilku rzemiosł, przeczytał nieskończoną ilość gazet, bywał na wiecach politycznych brał żywy udział w walce wyborczej, a nawet przemawiał przy tej sposobności w jednym z szynków swojej okolicy.
To, co miał opowiedzieć przygodnym słuchaczom, nie było bynajmniej bajką. A działo się to za bardzo dawnych czasów, zapewne w lat kilka po wygnaniu Adama i Ewy z raju i skazaniu ich na zarabianie na chleb swój w pocie czoła.
— Pomyślcie tylko, co ten biedny Adam miał roboty! Musiał być równocześnie murarzem, cieślą i ślusarzem, aby zbudować dom dla Ewy i dzieci, musiał oswoić kilka zwierząt, aby ulżyć sobie w pracy i zapewnić obfitszą i bardziej pożywną strawę. Nałożył koniowi wędzidło, a jarzmo na wołu. Przekonał krowę, że powinna stać spokojnie w oborze i dać się doić. Kurze i świni wytłomaczył, iż obowiązkiem ich było żyć przy człowieku, aby łatwiej mógł je zabija, gdy mu przyszła ochota na mięso. Prócz tego musiał głęboko rozkopać dziewiczą ziemię i wykarczować wielkie drzewa, aby móc uprawić ziemię, nie posiadając innych narzędzi jak drewniane lub kamienne, które zresztą sam wynaleźć i zrobić sobie musiał. Pamiętajcie, że w owym czasie Kain, o którym Pismo Święte mówi, iż był pierwszym na świecie kowalem, był jeszcze przy piersi.
Ponieważ jednak nie samym chlebem człowiek żyje, Adam najwięcej pracy wkładał w sad owocowy i winnicę.
I ojciec Correa, pobudzony wspomnieniami swego kraju na tym nudnym stepie, gdzie niema nic prócz pszenicy i mięsa, wyliczał, jakie to smaczne owoce miał Adam w swoim sadzie. Były tam figowce o wielkich palczastych liściach i pniu chropawym, z którego w dnie upalne spada dojrzały owoc przy uderzeniu o ziemię odsłaniający swoje czerwone, pełne ziaren, wnętrze. Tuż obok — drzewa pomarańczowe, których, kwiaty posiadają woń czarowną a słodki i soczysty miąższ owocu okrywa kula złocista. Niekiedy Adam myślał o rajskiej jabłoni i wężu, który owinął się wokoło, aby wzbudzić w sercu Ewy i jego głupią żądzę. Patrząc na sad własny uważał go za dzieło znacznie poważniejsze i trwalsze niż Raj, zaimprowizowany dorywczo i bez planu.
Adam mógł być dumnym ze swego dzieła, ale — ciągnął dalej starzec — pracował bardzo ciężko. Taki był chudy, że aż żal było nań patrzeć. Nic — tylko skóra i kości... Wydawał się starszy conajmniej o dwa stulecia, gdy Ewa mogłaby uchodzić za jego wnuczkę.
Ojciec Correa uważał to za rzecz zupełnie naturalną. W podróżach swoich po krajach najbardziej cywilizowanych widział nieraz, jak mąż zabijał się pracą, walcząc ciężko o kawałek chleba, podczas gdy żona grała na fortepianie lub przyjmowała wizyty. A skutek był oczywiście taki, że kobiety wyglądały na córki swoich mężów.
— Nie wiem dokładnie, kto z nich: Adam czy Ewa, umarł pierwszy, ale założyłbym się bez obawy przegrania, że to był Adam i że po jego śmierci Ewa przez długie lata jeszcze pędziła życie bogatej wdówki, umiejącej zarządzać swoim majątkiem, kochanej i poważanej przez dzieci — w obawie, aby ich nie wydziedziczyła.
Biedny Adam po całodziennej pracy, czy to w polu czy to przy poskramianiu dzikiego konia lub byka, bywał bardzo zmęczony. Wówczas uczuwał gorącą chęć popatrzeć przez chwilę chociażby na ukochaną Ewę. Był zresztą podobny w tym względzie do wielu ludzi, nie mogących się powstrzymać od uwielbiania tych, którzy nimi poniewierają, lub rzeczy, które ich najdrożej kosztują. Czyż za posiadanie tej kobiety nie zapłacił utratą raju!
Ewa była jeszcze bardzo piękną, chociaż miewała dziecko co roku, a bardzo często — bliźniaki. Trzeb a przecież było zaludnić całą ziemię...
Zaledwie znużony Adam usiadł na progu, ocierając pot z uznojonego czoła, gdy rozlegał się rozkazujący głos Ewy:
— Słuchaj Adamie! ponieważ nie masz nic do roboty, mógłbyś dla rozrywki nakryć do stołu.
— Albo też:
— „Ruszaj pomyć naczynia! czyż ci nie wstyd próżnować, kiedy ja się zabijam pracą!
Czasami rozkaz przybierał pozory pieszczotliwej prośby:
— Słuchaj Adamie, mój najdroższy, tyś taki dobry, możebyś przewiózł na spacer naszego najmłodszego synka — wiesz — Nr. 72. Mój złoty, zrób to, proszę, ja już doprawdy rady sobie dać nie mogę, sam a jedna z tą dzieciarnią.
Tak tedy niezmordowany pracownik, organizator całego świata, musiał również nakrywać do stołu, zmywać naczynie i wozić dzieci w wózku, własnego wynalazku.
Pracowała zresztą i Ewa. Pomyślcie tylko, ca to za praca ucierać nosy kilku tuzinom dzieci, kąpać je, suszyć na słońcu i pilnować, żeby się nie pobiły przed śniadaniem...
Ale miała ona i cięższe troski. Po wygnaniu z raju poznała poraź pierwszy uczucie wstydu. Długie włosy nie wydawały się już dostateczną osłoną nagości, jak myślała dawniej, zanim dała się uwieść wężowi. Znalazłszy się wygnaną z towarzystwa, daleko od raju, stawszy się prostą żoną rolnika, musiała sobie naprędce zrobić okrycie z suchych liści, aby się uchronić od zimna i nie razić nieprzyzwoitym strojem oczu istot niebieskich.
Czyż jednak kobieta może wydać się korzystnie, posiadając tylko jedną suknię? Czyż nie była wyższą od zwierząt, zachowujących tę samą skórę przez całe życie? Była przecież istotą rozumną, zdolną zmieniać okrycie swego ciała i stwarzać te nieskończone odmiany ubioru, które stanowią istotę prawdziwego postępu...
Powodowana tedy szlachetną ambicją utrzymania godności ludzkiej, bynajmniej zaś nie chęcią podobania się mężczyznom i doprowadzania przyjaciółek do wściekłości, jak sądzą niektórzy skwaszeni filozofowie, codziennie sprawiała sobie nową sukienkę. Korzystała przytem ze wszystkich źródeł, jakich jej dostarczała przyroda: skóry zwierzęce, pióra ptasie, włókna roślinne, błyszczące kamyki, które ziemia wyrzuca ze swego łona — wszystko to służyło jej do coraz nowych kombinacji, a zajmowało czas tak dalece, że na nic innego już go nie starczało — resztę roboty musiał spełniać Adam. Dzieci nie oglądały matki nieraz po dni kilka. Najmłodsze tarzały się w błocie, starsze czubiły się między sobą lub zmawiały się, aby obić młodsze rodzeństwo, nie mające ochoty być ich niewolnikami. Od czasu do czasu wielcy i mali łączyli się, aby splądrować spiżarnię i w przeciągu kilku godzin pożerali zapasy, które ojciec gromadził dla domu przez cały tydzień.
— Mamo! Mamo! krzyczały chóralnie głosy dziecięce, które z głębi domu zdawały się wzywać pomocy.
— Cicho bądźcie, bębny nieznośne! Że też w tym domu chwili spokoju mieć nie można! I groźnym głosem nakazawszy dzieciom milczenie, Ewa rozważała dalej: płaszcz ze skóry pantery, kołnierz z piór papuzich, kapelusz korkowy, ubrany różami z małpim ogonem...
W zawiłych kombinacjach toaletowych walczyły w niej dwa sprzeczne uczucia: wstydliwa skromność, właściwa matce rodzaju ludzkiego oraz chęć uwydatnienia powabów swego ciała. Dlatego też, ile razy zdecydowała się na krótką spódnicę, nie sięgającą poniżej kolan, dla równowagi dodawała bardzo długie rękawy i kołnierz, sięgający do uszu. Jeśli zaś w chwili zuchwałej kokieterji skroiła sobie suknię wieczorową mocno wyciętą i pozbawioną rękawów, dodawała w zamian spódnicę, sięgającą do ziemi i długi ogon, wlokący się s szelestem, podobnym do szmeru suchych liści w jesieni.
Adam tymczasem chodził prawie nago. W garderobie swojej posiadał jedynie kilka skórek baranich, mocno już przechodzonych i wymagających gwałtownej naprawy — Ewa jednak, zajęta kombinowaniem nowych toalet, nigdy na to nie miała czasu. Mimo to unosił się stale nad cudownemi przeobrażeniami, jakie stwarzała Ewa. Jednego ranka ukazywała mu się z włosami barwy płomiennej, nazajutrz była jasną blondynką, promieniejącą jak zorza poranna, w dwa dni później miała pukle jak noc czarne. Raz spotykała męża w spódnicy tak szerokiej, że zaledwie przez drzwi przesunąć się mogła, nazajutrz ukazywała się w sukni obcisłej jak pochwa pałasza, w której, nie mogąc chodzić, była zmuszoną podskakiwać jak wróbel. Równym zmianom ulegało jej oblicze. Raz była białą jak kurz przydrożny, to znowuż miewała policzki tak czerwone, jakby się w nich odbijały promienie zachodzącego słońca.
Biedakowi zdawało się, że zmieniał żonę co dwadzieścia cztery godziny.. Więc mimo poniewierki i nadludzkiej pracy czuł się szczęśliwym.
Ewa natomiast nudziła się śmiertelnie. Poco się stroić, kiedy jednym mężczyzną, który ją oglądał, był mąż? Pocieszała się zrazu tem, iż podziwia ją świat cały. W nieskończonej swej próżności domyślała się, co o niej mówią zwierzęta i ptaki, których język do tego czasu nie był zrozumiałym dla ludzi. Ile razy wyszła z domu na spacer, szmer podziwu rozlegał się w lesie. Ptaki zatrzymywały się w locie, czworonogi stawały w biegu, ryby wystawiały głowy z wody.
— Zobaczmy co ona dziś nowego wymyśliła, aby robić nam konkurencję, bezczelnie krzyczały ze szczytu drzew małpy i papugi.
— Chodźcie no spojrzeć na ostatnią kreację Ewy — świergotały ptaszki...
Jednakże te hołdy przyrody szybko przejadły się Ewie. Poklask istot niższych fi donc! ona miała wyższe aspiracje. Potrzebowała koniecznie pochwał istot, sobie równych! Ba, łatwo to mówić, ale skąd je wydobyć, kiedy jedyną osobą, mogącą podziwiać jej tak różnorodne i tak gustowne stroje, był tylko Adam. Zapewne, mąż zasługuje na pewien szacunek i względy, zwłaszcza jeżeli zarabia na utrzymanie rodziny, ale kobieta, strojąca się jedynie dla przypodobania mężowi, jest równie śmieszną, jak poeta, zmuszony deklamować swoje utwory jedynie wobec żony i dzieci. Bo kobieta jest artystką, i jak wszyscy artyści Potrzebuje licznej publiczności, tłumu, oklasków...
Ponieważ jednak na ziemi nie było innego mężczyzny, Ewa zaczęła myśleć o błogosławionych mieszkańcach nieba, którzy odwiedzali ją często podczas pobytu w raju.
— Ale, — objaśnił Correa, — pamiętajcie o tem, że Pan Bóg jest królem niebieskim a otoczenie jego — to dworacy, odgadujący jego myśli, podzielający jego uczucia i wszystkie namiętności bardziej od niego sam ego. Dlatego od chwili, gdy Pan odwrócił swoje oblicze od Adama i Ewy i wygnał oboje z raju, wszyscy mieszkańcy nieba odrazu zerwali z niemi stosunki, nie kłaniali się im i unikali ich starannie.
Zdarzało się, że Ewa, przeglądając się w przejrzystej tafli jeziora, słyszała poza sobą szum skrzydeł — przelatywał archanioł, posłaniec niebieski. Ewa znała go, pamiętała, że był jej przedstawiony, a nawet bywał w raju na jej przyjęciach. Ale chociaż przybierała wdzięczne pozy, chrząkała lub nuciła dla zwrócenia na siebie uwagi, archanioł udawał, że jej nie zna i uciekał jak najprędzej.
— I co kobiecie przyjdzie z tego, że jest piękną i dobrze ubraną, mówiła sobie Ewa z goryczą w sercu, kiedy nie przyjmuje nikogo i jest skazaną na życie poza nawiasem towarzystwa.?
I w złości darła, dopiero co uszyte, najpiękniejsze swoje szaty i kłóciła się z Adamem, którego wprost oskarżała o to, że był powodem ich wypadku.
Adam zdumiony spoglądał na nią.
— Jakto?
— Masz czoło zaprzeczyć, żeście, razem z wężem uknuli, nie wiem już jaką intrygę i wzbudziłeś gniew Pana? śmiesz przeczyć, że przez ciebie straciłam ten ogród taki piękny, taki przyjemny, a z nim razem najlepszych przyjaciół?.
— Moja droga, czybyś nie mogła trochę więcej zajmować się dziećmi, a nietylko myśleć o swoich strojach, ośmielił się kiedyś napomknąć Adam.
— Chciałbyś może, żebym chodziła nago? odpowiadała mu z godnością. Spojrzyj na wiatr — jest on przecież z pewnością mniej zajmującym odemnie, nieme? ciała, a jednak, gdy pędzi po drodze, otacza się natychmiast płaszczem kurzawy, a w lesie chmurą suchych liści...

III.

Od czasu do czasu wokoło folwarku Adama fruwał mały cherubinek, jak gołąb zbłąkany. Uciekłszy na kilka godzin z chórów niebieskich, do których należał, odważył się zejść na ziemię. Był przekonany, że mu tej wycieczki nie wezmą w niebie za złe, skoro opowie Panu to, co widział, i co się działo z mężczyzną i kobietą od czasu grzechu pierworodnego. Bystry wzrok Ewy odkrywał łatwo pucułowatą, twarzyczkę małego aniołka, ukrytego w krzaku.
Uśmiechała się wówczas jak mogła najwdzięczniej i zwracała się do aniołka!
— Mój malutki, przybywasz z góry? jakże się miewa Pan?
Widząc się odkrytem, niebieskie dziecię zbliżało się i spadało na kolana Ewy.
— Pan, jest, jak zawsze, niezmienny w swojej Chwale.!
— Jak go zobaczysz, odpowiadała Ewa — powiedz mu, proszę, że mocno żałuję mego nieposłuszeństwa... Tak mi dobrze było w raju! co za wspaniałe przyjęcia tam dawałam! a jaki wyborny bufet! Ach! torty niebieskie!
Te niebieskie torty były prawdziwą zmorą Adama. Napróżno suszył sobie głowę, aby jakieś podobne do nich łakocie wymyśleć. Miesił pszenne podpłomyki, polewał miodem pszczół, które przyswoił, wystawiał na słońce grona winne i z ziarn pszenicy, rodzynek i miodu robił budynie. Ale nic nie mogła skłonić Ewy do zapomnienia o nadzwyczajnych tortach, które za czasów swego rajskiego żywota zamawiała u cukierników niebieskich na swoje „five o clocki.
— Powiedz Mu jeszcze — dodawała Ewa — ze teraz pracujemy i cierpimy bardzo. Powiedz, że pragnieniem naszem jest Go zobaczyć chociażby raz jeden. Mąż mój i ja chcemy być pewni, że nie żywi już do nas urazy...
— Zrobię to, o co mię prosisz — odpowiadało skrzydlate dziecię, i rozwinąwszy skrzydełka, cherubinek znikał w obłokach.
Odpowiedzi jednak na kilkakrotnie przesyłane do nieba życzenia wciąż nie było. Cherubiny wprawdzie nie schodziły na ziemię, ale unosiły się w powietrzu. Ewa zaś dostrzegała twarze aniołów w przelocie. — Wiem, że jesteś tutaj, mój malutki — mówiła tonem wyrzutu — widziałam Cię przelatującego przed tygodniem.. Czy spełniłeś moją prośbę?
Anioły, do których się zwracała, zachowywały zazwyczaj milczenie lub odpowiadały kilku słowami bez znaczenia, jak dobrze wychowane dzieci, nie chcące kobiecie zrobić przykrości.
— Ale Pan musiał przecież dać jakąś odpowiedź? — nalegała Ewa.
Zdarzyło się jednego razu, że miała do czynienia z cherubinem równie pyzatym jak złośliwym, który na skierowane do siebie zapytanie odpowiedział:
— W istocie, Pani, odpowiedział coś, kiedy powtórzyłem Mu jej słowa:
— No proszę! ta para obwiesiów żyje jeszcze?
Ewa wolała myśleć, iż był to tylko złośliwy dowcip źle wychowanego dziecka. Niepodobna, ażeby, Pan tak się ordynarnie wyrażał. Jeżeli był nadal niewidzialnym, to zapewne dlatego, iż skomplikowana administracja jego niezmierzonych posiadłości nie pozostawiała mu wolnej chwili do zejścia na ziemię.
Pewnego ranka wiara Ewy w dobroć Boską została wreszcie nagrodzoną.
Mały cherubinek, przeskakując z chmury na chmurę przyleciał z wiadomością:
— Słuchaj kobieto! jeżeli dziś popołudniu deszczu nie będzie, być może, iż Pan was odwiedzi. Tak dawno nie widział ziemi! Wczoraj wieczór powiedział do archanioła Michała: ciekawym co się stało z tą parą niewdzięcznych nicponów, których pomieściliśmy w raju? Radbym ich zobaczyć.
Nagła ta wiadomość wytrąciła Ewę z równowagi. Zawołała Adama, pracującego na sąsiedniem polu. W folwarku powstał niebywały rejwach. Możnaby myśleć — mówił ojciec Correa — że się jest w Hiszpanii w jednej z naszych wiosek w wigilję święta patrona, kiedy kobiety czyszczą domy od strychu do podłogi i przygotowują się na uroczystość jutrzejszą. Żona Adam a wymiotła śmiecie i wyszorowała podłogi w przedpokoju, kuchni i sypialni. Potem położyła na łóżku nowiuteńką kołdrę, mydłem i piaskiem wyszorowała krzesła. Następnie zlustrowała garderobę rodziny. Przekonawszy się, że płaszcz mężowski ze skórek baranich był już zupełnie niemożliwy, w ciągu kilku minut zrobiła mu kurtkę z suchych liści. Dla mężczyzny powinno to było wystarczyć. Resztę czasu poświęciła toalecie własnej. Przejrzała z niepokojem kilka setek sukien, które szyła i przerabiała bez końca.
— Co za nuda! — zawołała — jak tu się ubrać na przyjęcie tak dostojnej osoby, kiedy naprawdę nie mam co na siebie włożyć!
Przyglądała się dłużej czarnej sukni, długiej, surowego kroju, ukrywającej całkowicie białość jej ciała. Ale pomyślała później, że wszyscy goście będą mężczyznami, i nie byłoby rzeczą wskazaną przyjmować ich z tak wyszukaną skromnością. Wybrała więc suknię równocześnie bardzo zuchwałą i bardzo skromną, zarazem umiejętne połączenie kokieterji i skromności. Tymczasem nagle wybuchła istotna burza krzyku i płaczu. To dzieci się pobiły. Była ich niecała setka, ale robiły tyle hałasu, że możnaby sądzić, że świat się przewraca.
Poraz pierwszy w życiu Ewa zajęła się dziećmi poważnie. Uznała, iż są zbyt brzydkie aby je przedstawić Panu. Włosy miały zmierzwione. Policzki oblepione brudem, nosy nieutarte... Zajęta całkowicie własnem i toaletami, Ewa od wielu miesięcy zupełnie je zaniedbała.
I jak tu przedstawić tę dzieciarnię Panu? krzyknęła w rozpaczy. Gotów pomyśleć, ze jestem złą matką. Boć ostatecznie on jest mężczyzną, a mężczyźni nie mają pojęcia, co to za męka zajmować się taką kupą dzieci naraz.
Jak zwykle skrupiło się na Adamie, jakgdyby on tylko za opuszczenie i zaniedbanie dzieci był odpowiedzialnym.
Ale czas leciał i należało się szybko zdecydować. Po długich wahaniach Ewa wybrała czterech swoich ulubieńców (któraż matka ich niema?), umyła ich i ubrała jak mogła najlepiej. Resztę, z dodatkiem obfitych szturchańców wepchnęła do obory i drzwi na klucz zamknęła.
Zaledwie Ewa zdążyła dokończyć swojej toalety, gdy na widnokręgu ukazał się biały i świecący obłok w kształcie słupa, który zniżał się z nieba ku ziemi. Wkrótce usłyszano szum niezliczonej ilości skrzydeł i śpiew olbrzymiego chóru, głoszącego chwałę Pana. Ewa przygładziła zmierzwione w walce z dziećmi włosy grzebieniem, obciągnęła nieco zmiętą suknię i wyszła na próg domu.
Niebiescy podróżnicy, opuściwszy obłok, który ich przywiózł, ruszyli ścieżką ku folwarkowi. Biła od nich taka łuna, jakgdyby gwiazdy wszystkie opuściły naraz niebieskie sklepienie, aby poigrać wśród zbożowych łanów Adamowych.
Przodem szedł oddział straży przybocznej — archaniołów, uzbrojonych od stóp do głów, w zbrojach kapiących od złota. Włożywszy miecze do pochew, zbliżyli się do Ewy, aby ją pozdrowić, zapełnili ją przy powitaniu, że lata minione przeszły na niej bez śladu, i że jest równie świeżą i piękną jak w czasach rajskiego pobytu.
— Wszyscy żołnierze są jednacy — zauważył ojciec Correa — Gdziekolwiek przyjdą — zjedzą, połamią lub zabiorą wszystko, a jeżeli spotkają kobietę, przybierają natychmiast miny zdobywców i gotują się do szturmu, jakgdyby trąbka zagrała pobudkę do ataku.
Niektórzy, śmielsi od innych, mieli ochotę posunąć się dalej w zalotach, tak, iż Ewa zmuszoną była oganiać się miotłą. Ten kontratak z jej strony zmusił ich do szybkiego odwrotu w stronę sadu, gdzie zajęli się badaniem jakości owoców.
Stary żniwiarz dodał z uśmiechem:
— Biedny Adam nie wiedział, co począć. Aj! moje figi! moje brzoskwinie! zjedzą mi wszystko! zakrzyknął, wznosząc ręce do nieba. Wolałby zniszczenie, spowodowane cyklonem od tej inwazji wesołego żołnierstwa. Klął cokolwiek, ale jako człowiek taktowny i dobrze wychowany, ostatecznie zmilczał.
Tymczasem Pan przybywał. Srebrzysta broda spadała mu na piersi, a ponad nim jaśniał trójkąt świetlisty, lśniący jak słońce samo. Za nim postępował archanioł Michał w zbroi nabijanej drogiemi kamieniami w fantastyczne wzory. Dalej szli ministrowie i wysocy dygnitarze niebieskiego dworu.
Pan powitał Adama z uśmiechem politowania.
— Jak się masz, biedaku! czy żona nie wpakowała cię znowu w jakąś biedę? Witając zaś Ewę, uszczypnął ją w podbródek. — Dzień dobry, powiedział, — czy jeszcze się ciebie głupstwa trzymają?
Wzruszeni podobną poufałością Pana niebios, Adam i Ewa ofiarowali mu jedyną rzecz, która w ich domu mogła tron zastąpić — swój najpiękniejszy fotel.
— Ach, co to był za fotel! takie spotkać można tylko u bogatych chłopów — zawołał Correa z zapałem — Wyobraźcie sobie: szeroki, wygodny, z najlepszego orzecha, ze ślicznie wyplatanem siedzeniem — taki fotel, jaki sobie zafundować może chyba proboszcz bogatej wioski.
Zasiadłszy w fotelu, Pan słuchał Adama, opowiadającego mu o swoich kłopotach, przykrościach i o ciężkim trudzie aby w pocie czoła wyżywić siebie: i rodzinę.
— Dobrze ci tak! bardzo się z tego cieszę! — odrzekł Pan z dobrotliwym uśmiechem — to cię oduczy nieposłuszeństwa przełożonym; a zwłaszcza słuchania rad swojej żony. Sądziłeś może, że będziesz żył darmo w raju i jednocześnie robił wszystko, co ci do głowy przyjdzie? jeżeli chcesz być zupełnie niezależnym, cierp, mój synu, pracuj, męcz się i wściekaj — poznasz wtedy, co to kosztuje!
Potem Pan przyjrzał się uważnie Ewie z miną mocno niezadowoloną. Nie widział nigdy jeszcze kobiety ubranej. Co to za osobliwe zwierzę, ta dziwna papuga bez skrzydeł, której ubiór jaskrawy wydał mu się tak dziwacznym, iż przyznać musiał, że nawet w największem podnieceniu gorączki tworzenia nie zdobyłby się na pomysł podobny.
Widząc, że jest obserwowaną, Ewa przybierała najwdzięczniejsze pozy, wszystkiemi siłami starając się uwydatnić wdzięk i urok swego stroju, pewna swojej siły, uśmiechała się zalotnie.
— Zawsze ten sam mózg ptasi, jaki znaliśmy z raju — mruknął Pan Bóg, zwracając się do archanioła Michała, który towarzyszył mu wszędzie, a te raz stał za jego fotelem, ale przyznać trzeba, że się rozumie na stroju...
Spostrzeżenie to, poparte słodkiemi uśmiechami Ewy i pokornem milczeniem Adama po danej mu nauczce, zmiękczyły serce Stwórcy: Zdawał się jakgdyby żałować swojej surowości i dodał tonem dobrotliwym:
— Nie wyobrażajcie sobie, abym wam chciał przebaczyć. Co się stało, to się nie odstanie. Klątwa moja jest nieodwołalną. Słowo moje jest święte i sam sobie bym ubliżył, gdybym go nie dotrzymał... ale skoro już przyszedłem was odwiedzić, nie odejdę stąd bez pozostawienia wam pamiątki mego u was pobytu. Wy jesteście wyklęci, i tego zmienić nie mogę, ale dzieci wasze są niewinne, i chciałbym każdemu z nich zrobić podarunek... Ale... sądziłem, że ich macie więcej... tylko czterech synów? No, przynajmniej moje dary mię nie zubożą. No, Ewo, przyprowadź malców.
Czterej nicponie ustawili się rzędem przed Wszechmocnym, który przyglądał im się bacznie czas jakiś.
— Chodź no tutaj — wyrzekł nareszcie do pyzatego poważnego malca, który słuchał całej przemowy z brwią zmarszczoną i palcem w buzi. — Ty otrzymasz prawo sądzenia swoich bliźnich. Będziesz szafarzem sprawiedliwości. Będziesz tłumaczył według własnego uznania prawa, ułożone przez innych, będziesz miał przywilej określania, co jest złe a co dobre, zmieniając swoje przekonania co sto lat.
Będziesz sądził wszystkich przestępców według tych samych przepisów, co będzie równie mądrem, jak chcieć uzdrowić wszystkie choroby według jednej recepty. Stanowisko twoje będzie najtrwalszem na ziemi. Przyjdzie czas, kiedy ludzie zwątpią o wszystkiem; przyjdzie dzień, w którym zaprzeczą nawet Mojemu istnieniu. Ale nie obawiaj się o siebie! Ty bowiem pozostaniesz zawsze przedstawicielem nieomylnej i wzniosłej sprawiedliwości, bez której żyć niepodobna. Ci nawet, którzy chełpić się będą, że w nic nie wierzą, oburzą się, jeżeli jaki warjat zechce wątpić o twojej nieomylności. A jeżeli przypadkiem popełnisz omyłki, które ludzie przypłacą utratą życia lub wolności, większość zatrze sprawę, powołując się na powagę sprawy osądzonej.
Przystąpił z kolei drugi syn Ewy. Był to chłopak smagły, o wyrazie jowialnym i śmiałym, czaszce spiczastej, wydatnej szczęce i odstających uszach. W prawem ręku nosił stale laskę, którą okładał swoich braci. Przy stole wydzierał im ich cząstki, grożąc kijem w razie oporu. Doszedłszy na odległość kilku kroków, stanął wyprostowany, z rękami na „baczność“, oczy utkwił w Panu, jak dobrze wytresowany żołnierz niemiecki.
— Ty — rzekł Pan — będziesz żołnierzem — bohaterem. Poprowadzisz swoich bliźnich na rzeź tak samo, jak rzeźnik stado baranów, a wszyscy podziwiać i wychwalać cię będą, nie wyłączając tych, którzy pod twojem dowództwem stali się kalekami. Będziesz bowiem posiadał talizman, zapewniający ci nietykalność. Fetyszem tym będą wyrazy: „Sława! Honor! Ojczyzna! Sztandar!“ Dla ludzi zwyczajnych istnieć będą niewzruszone prawa społeczne lub religijne: „nie zabijaj! nie kradnij! kochaj bliźniego jak siebie samego!“. Ciebie, półboga, prawa te nie obowiązują. Jeżeli człowiek zwykły zabije, będzie jako zbrodniarz karany śmiercią lub więzieniem. Ty, przeciwnie, będziesz tem bardziej wielbiony, im więcej zabijesz ludzi, a tłum, ujrzawszy cię, zbroczonego krwią ludzką, w uniesieniu wołać będzie: „Cześć bohaterowi!“
Jeżeli zapragniesz zagarnąć kraj jakiś, przedewszystkiem zajmiesz go gwałtem i wytępisz tych wszystkich, którzy zechcą ci się opierać, powołując się na swoje prawa. Potem znajdziesz zawsze prawników, którzy udowodnią światu, że miałeś najświętsze prawo zagarnąć kraj, który ci się spodobał. Możesz popełniać najgorsze okrucieństwa, a świat przyzna ci słuszność tak długo, dopóki będziesz zwycięskim. Nikt się nie ośmieli zażądać od ciebie rachunku z twoich czynów. Co więcej, duchowni wszystkich wyznań będą w świątyniach swoich śpiewali hymny i uroczyście święcili twoje triumfy. Możesz kraj cały zalać krwią, mordować mieszkańców, palić miasta, grabić, co zechcesz. Nie przeszkodzi to poetom opiewać twoje czyny z większym zapałem, niż gdybyś był dobroczyńcą ludzkości. Gdyby jednak naśladować cię chcieli ludzie, nieubrani w szaty zwane przez ludzi mundurem — poślesz ich z kulą u nogi na galery. Dosyć — możesz odejść.
Trzeci syn Ewy był to chłopiec szczupły, nerwowy, o cerze zielonkowej i chytrem spojrzeniu. Pan pomyślał chwilkę i tak przemówił:
— Ty będziesz miał władzę nad bogactwem świata. Będziesz kupcem i bankierem. Będziesz pożyczał pieniądze królom, co pozwoli ci traktować ich jak równych sobie. Jeśli ci się uda zrujnować jakiś naród z korzyścią dla siebie, cały świat będzie wysławiał twoją zręczność. Twoje wielkie manewry giełdowe rzucą popłoch na świat cały. Echem twoich zwycięstw będzie huk strzałów, zwiastujący samobójstwo twoich ofiar i rozpacz ich rodzin. Spowodujesz wybuchy niezrozumiałych wojen i zawarcie katastrofalnych traktatów pokojowych; za twoją namową wyruszą pancerniki i korpusy ekspedycyjne, aby wymusić na słabszych narodach spełnienie niesłusznych i lichwiarskich żądań. Synowie twoi będą się uważali za protektorów sztuki, utrzymując tancerki, śpiewaczki operowe lub poprostu kobiety, których kosztowne toalety i bajecznej wartości klejnoty będą pochlebiały ich dumie. Ty sam, zajęty interesami, pojawisz się na scenie życiowej zbyt późno, aby zostać mecenasem tego rodzaju sztuki — będziesz się musiał zadowolnić popieraniem malarzy. Po twojej śmierci przez lat trzydzieści do czterdziestu ludzie będą wydawali o tobie sądy biegunowo sprzeczne; imię twoje bowiem, jak imię aktora, przetrwa tylko tak długo, dopóki żyć będą ludzie, którzy cię pamiętali. Jedni więc orzekną: „służył gorliwie sprawie postępu”, przypominając okręty kupieckie, które spuściłeś na morze i koleje któremi przerżnąłeś pustynie. „To był potwór” powiedzą inni, przypominając ilu robotników na każdy zbudowany kilometr drogi zaludniło cmentarze. „Aby zarobić swoje miljony zgubił więcej ludzi, aniżeli zdobywca“. I ci tamci będą mieli słuszność. Jedni i drudzy powiedzą prawdę: gdyż najzabawniejszem w życiu jest to, iż ludzie mówią zawsze o prawdzie niezbitej, absolutnej i niewątpliwej, jakgdyby ta wymarzona prawda nie była pojęciem skomplikowanem, w którem się mieści tyle prawd niezbitych, ile istnieje sprzecznych interesów. Nie zapominaj nigdy o tej zasadzie i idź swoją drogą.
Gdy wystąpił z kolei czwarty syn Ewy, Pan, widząc malca wysokości zaledwie półłokciowej, wybuchnął śmiechem. Ponieważ zaś jest wszechwiedzącym, nie było dla niego tajemnicą, iż jest to ulubieniec swojej mamy.
O swojej predylekcji do tego chłopca Ewa wątpiła niekiedy tylko, patrząc na starszego syna mającego odstające uszy i kij w ręku. Kobiety bo mają zawsze pociąg do wojskowych. Ale skoro tylko malec usta otworzył, Ewa, zupełnie podbita, uznawała jego znaczną wyższość nad tamtym.
Mina tego malca bawiła Pana. Miał plecy szerokie, ogromną głowę, szerokie czoło, spojrzenie dumne, usta zarazem pogardliwe i pochlebne — co razem czyniło go podobnym zarówno do komedjanta jak do króla. Stał przed Stwórcą, śmiało patrząc mu w oczy, z jedną ręką na piersi, druga wspartą o poręcz krzesła, z głową wysoko podniesioną, jakby oczekiwał natchnienia z góry lub też pozował rzeźbiarzowi do przyszłego posągu.
Matka znała go dobrze. Jeżeli był głodny i chciał dostać kawałek chleba nie ryczał, jak to zwykle czynią dzieci, ale z wyrafinowaną uprzejmością, która kiedyś później miała stanowić właściwość parlamentów, mówił:
Mamo! pozwoli Mama się zapytać, czy mógłbym dostać kawałek chleba?
Ile razy Ewa, zajęta szyciem sukien, nie mogła sobie dać rady z gromadą niesfornych bębnów, jego przyzywała na pomoc.
— Chodź tutaj, mój skarbie, mówiła mu, bądź grzeczny i zabaw braci — wygłoś do nich przemówienie.
Wtedy malec zaczynał mówić. Mówił długo, bez odpoczynku, nie bardzo wiedząc, o czem mówił, ale zanim skończył, matka zdążyła uszyć swoją suknię.
— Ty — rzekł Wszechmocny — będziesz panem ziemi. Chociażby bracia twoi byli najpotężniejsi i najdumniejsi, ciebie prosić będą, abyś wymową swoją poparł ich życzenia. Wojownik słuchać cię będzie, bankier da ci, co zechcesz, abyś stał się obrońcą jego groźnych kombinacji giełdowych. Będziesz przemawiał dobrze i długo: i w tem będzie jedyna twoja zasługa. Więcej nie potrzeba, aby cię wszyscy uznali za najrozumniejszego człowieka na ziemi. Nie potrzebujesz zbytnio się troszczyć o argumenty — wystarczy, jeżeli potrafisz o czembądź mówić w nieskończoność. Wiadomości twoje, o ile ich czasami będziesz potrzebował, mogą być bardzo skąpe, mimo to tłum będzie głosił, iż jesteś genjuszem. W krytycznych chwilach wszyscy do ciebie się udawać będą, ty będziesz ich nadzieją. „Postawmy go na czele rządu”, powiedzą sobie — gada lepiej od innych!”
Oto niedorzeczna logika, która będzie kierowała losami państw i narodów. Ażeby rządzić Państwem, ażeby administrować skarbem, a nawet, aby zwalczać armje nieprzyjacielskie, nic bardziej nie jest potrzebnem, jak umieć w danej chwili dobrze przemówić. Nic nie dorówna darowi gadania o wszystkiem i o każdej porze, nigdy się nie męcząc. Skoro wybuchnie wojna, ty z twego fotelu będziesz kierował poruszeniami armji; gdy trzeba będzie układać się o pokój, powierzą tę czynność kongresowi mówców. Słowo będzie rządziło światem jeszcze bardziej, niż miecz. Gadaj, mój mały, gadaj o czem chcesz, ale wymownie i długo, a ziemia do stóp twoich się uściele.

IV.

Poczciwy Adam płakał, rozrzewniony dobrocią Pana, który synów jego powołał do panowania nad światem.
Ewa natomiast była niespokojna. Gryzło ją sumienie, iż z własnej winy pozbawiła korzystania z dobroci Wszechmocnego całą gromadę swoich dzieci, zamkniętych w oborze. Wreszcie pocichu powiedziała do męża:
— Pokażę je Panu..
— Zapóźno już — zauważył Adam — zresztą byłoby to zawiele od Niego żądać — gotów się rozgniewać.
W tej właśnie chwili archanioł Michał, który przybył do folwarku obojga wyklętych wbrew woli swojej, ulegając jedynie kaprysowi Wszechmocnego, z oględnością długoletniego ministra wojny, towarzyszącego swemu Panu wszędzie, zwrócił Mu uwagę, że już jest pora spóźniona, słońce zachodzi, a noce są chłodne, więc ze względu na podeszły wiek Najjaśniejszego Pana należałoby pomyśleć o powrocie do Nieba.
Archanioła trapiła ukryta troska, która niejedną już srebrną nicią przytłumiła złocisty połysk jego włosów. Myślał o Lucyperze, który niegdyś miał również? włosy jasne, był jego towarzyszem w gwardji niebieskiej — a dziś pod imieniem Szatana, brzydki i sponiewierany, zepchnięty był na dno otchłani, jak zresztą każdy zwyciężony buntownik.
Przez wiele wieków archanioł Michał pozwalał malarzom Niebieskiego Dworu przedstawiać siebie depcącego nogami powalonego w zwycięskiej walce Szatana. Nie było obawy, aby jakikolwiek z poddanych Króla Niebios zechciał powtórzyć bunt Lucypera po tak srogiej nauce. Ale archanioł zdawał sobie sprawę z tego, że Szatan, od tylu wieków leżący nieruchomo pod jego stopami, zaczynał się ruszać i zdawał się okazywać chęć wznowienia walki. Upadły Anioł liczył oczywiście na jakieś posyłki, a że w niebie ich znaleść nie mógł, archanioł Michał obawiał się, że ich zechce poszukać na ziemi. Przy wznowionej walce szczęście mogło się zmienić i z kolei Szatan, pijany pychą, powalić mógł sobie pod nogi zwycięskiego dotąd Archanioła.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł, zwracając się do Stwórcy — opuśćmy tych ludzi jaknajprędzej.
Pan powstał ze swego fotelu. Trąbki archanielskie zagrały pobudkę. Jasnowłosi żołnierze Boskiej eskorty, usadowieni na drzewach sadu, zeskoczyli z nich tak gwałtownie, że otrzęśli z nich resztę owoców i nawet liście — chmura szarańczy nie potrafiłaby zrobić większego spustoszenia.
Na dźwięk trąbki straż honorowa ustawiła się, tworząc szpaler po obu stronach bramy i sprezentowała broń przed Najwyższym, który wychodził z domu, sparty na ramieniu archanioła Michała.
Nagle Ewa zastąpiła mu drogę.
— Chwilkę tylko, Najjaśniejszy Panie — wymówiła i skoczyła otworzyć drzwi obory, z której wysypała się zgraja obdartych i brudnych dzieciaków.
— Nie powiedziałam całej prawdy, zawołała żałośnie, mam inne jeszcze dzieci. Bądź litościwym dla tego biedactwa. Niech miłosierdzie Boskie i ich nie ominie.
Wszechmocny spojrzał ze zdumieniem i wstrętem na tę gromadę. Minister wojny zmarszczył brwi i mimowoli sięgnął ręką do rękojeści miecza. W tej tłumnej i niesfornej zgrai przeczuwał wroga. Na te potwory Szatan liczył w przyszłości. Tutaj miał on swoje ostatnie rezerwy — hordę zrozpaczonej hołoty. Co za szkoda, że nie można ich było wszystkich wydusić odrazu!
— Chodźmy już, Najjaśniejszy Panie — przemówił, delikatnie posuwając swego władzcę ku wyjściu. — Nie trzeba się dać opanować tej hołocie.
I mówiąc to, brutalnie odepchnął Ewę, rozkazując jej zaprzestać swoich nadmiernych żądań.
— Nic nie mogę zrobić, moja kobieto, — rzekł Pan — nie mam już nic więcej do rozdania: czterej bracia wszystko już zabrali. Nie płacz! nie lubię łez kobiecych. Pomyślę. Być może coś znajdę, zobaczymy później...
Ale matka nie dała się odprawić mglistemi obietnicami.
— Panie, daj im cośkolwielk, byleco, ale zaraz. Kto wie, kiedy raczysz nas znowu odwiedzić? Tylko mały podarek dla każdego! posadę jakąś, zajęcie. Cóż poczną moje biedne dzieci na świecie?
Archanioł miał już zawołać straż, aby upartą kobietę oddaliła przemocą, kiedy Pan w swojej mądrości nieskończonej znalazł wyjście.
I on również pragnął jaknajprędzej opuścić folwark i nie oglądać dłużej bandy zamorusanych bębnów.
Pogładził więc swoją długą, srebrzystą brodę i tak przemówił:
— Nie płacz, kobieto, znalazłem dla nich zajęcie.
Wszyscy ci chłopcy będą służyli braciom swoim i pracowali dla nich aż do skończenia wieków”.
Ojciec Correa zamilkł na chwilę, poczem tak ciągnął.
Otóż wy, ja i wreszcie wszyscy, którzy pracujemy w pocie czoła, aby nie zdechnąć z głodu w naszym psim bycie, jesteśmy potomkami tych nieszczęśliwych, których matka rodzaju ludzkiego zamknęła w oborze.
Żniwiarze przez dłuższy czas stali w milczącej zadumie. Nagle jakiś głos z ciemności zapytał.
— No, a kobiety? co z niemi.
Ojciec Correa obrzucił wzrokiem koło słuchaczy.
— O jakich kobietach mówisz — zapytał. — Co mają kobiety wspólnego z tą całą historją?
— Ależ — odpowiedział ten sam głos z tłumu — Ewa musiała przecież mieć również i córki, bo skądby się tyle kobiet wzięło, na świecie? nieprawdaż ojcze Correa? Otóż ja zapytuję, jaki był los córek Ewy? Czy pokazała je Panu, aby i im cośkolwiek podarował, czy też zamknęła razem z resztą dzieci w oborze?
Szmer niespokojnej ciekawości podniósł się wśród słuchaczy, jak to bywa na wiecach wyborczych, kiedy mowę kandydata przerwie nagle niespodziewana interpelacja... Wszystkie oczy zwróciły się na starca, który skrobał się w głowę, spuściwszy oczy z miną niepewną. Po chwili jednak uśmiechnął się triumfalnie:
— Widać, że pytający jest jeszcze młody i niedoświadczony. Ewa była kobietą i wiedziała doskonale, czego kobietom potrzeba. Nie traciła więc czasu na próżne prośby. Jakkolwiek wszechmocny, Pan Bóg nic nie może dać kobiecie od chwili, gdy na świat przyszła.
Tu przerwał — słuchacze milczeli, oczekując ciekawie dalszych wyjaśnień.
— Bo widzicie, moi drodzy, zanim się kobieta urodzi, Pan Bóg może jej dać piękność, wdzięk, nawet i talent, ale raz będąc na świecie, liczą one już tylko na mężczyzn. Odtąd wszystko od nich mieć muszą. Dla nich to biedacy zamęczają się pracą, dla nich rządzi Państwo, dla nich żołnierz popełnia swoje czyny bohaterskie, dla nich finansista zarabia swoje miljony, one wreszcie najłatwiej potrafią złagodzić surowość prawa. Nie! one o nic Pana Boga prosić nie potrzebują, bo mężczyźni są od tego, aby spełniali ich wszystkie zachcianki, a jeżeli pracują dla zdobycia sławy czy bogactwa, czynią to w rzeczywistości aby przypodobać się kobietom i im złożyć w ofierze owoce swego zwycięstwa.




Przypisy

  1. dolar papierowy wartości zmiennej, nominalnie 5 franków (p. tł.)


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Vicente Blasco Ibáñez i tłumacza: anonimowy.