Dyliżans/Akt I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Dyliżans
Rozdział Akt I
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom IX
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Indeks stron


AKT I.
(Scena przedstawia po prawéj stronie aktorów róg domu, gdzie jest Expedytura Dyliżansów i Oberża razem, w głębi sztachety — przed bramą z tamtéj strony stoi Dyliżans, który słudzy ładują, jeden z nich na samym wierzchu — konie powinny być zasłonione rogiem domu — na przodzie między drzewami stoliki nakryte i krzesła.)


SCENA I.
Ludmir, Józef.
(Ludmir w mundurze siedzi przy stoliku — po lewéj stronie w głębi Anzelm, konduktor, słudzy.)
Józef.

Już wszystko gotowe.

Ludmir (wstając i naprzód postępując).

Mów ciszéj, jestem otoczony szpiegami.

Józef.

Już wszystko przygotowałem do Pańskiego przebrania u Pana Roberta.

Ludmir.

Nie zapomnieliście czego?

Józef.
Zdaje się że nie.
Ludmir.

Peruka?

Józef.

Jest.

Ludmir (ciszéj).

Towary dobrze wszyte?

Józef.

Lepiéj nie można.

Ludmir.

Umyślnie tu jadłem śniadanie i do ostatniego momentu siedzić będę, aby oddalić nawet i wniosek od moich szpiegów, że dzisiejszym wyjeżdżam Dyliżansem.

Józef.

Żeby Pan Pułkownik nie chciał się gniewać, zrobiłbym małą uwagę.

Ludmir.

Naprzykład?

Józef.

Niech Pan dziś nie jedzie.

Ludmir.

Dlaczego?

Józef.

Jakoś dzisiaj nie mam kurażu.

Ludmir (śmiejąc się).

To źle, a nic nie pomoże.

Józef.

Bo jeżeli dlatego, że...

Ludmir.
Że?..
Józef.

Że i Panna Eugenja jedzie.

Ludmir.

Właśnie dlatego.

Józef.

To nic nie stracimy, możemy ją dogonić i przegonić w potrzebie, a choćby téż i kilkoma dniami późniéj przyjechać do Torunia... bo Panie, ten Dyliżans dalibóg tęgo mi się nie podoba.

Ludmir.

Właśnie najlepsza sposobność zbliżenia się, poznania, albo raczéj dania się poznać dokładniéj.

Józef.

Alboż to koniecznie Dyliżansu na to trzeba?

Ludmir.

Ale mój Panie tajny Radco, jak ja zostanę w Płocku a ona w Toruniu, nasza miłość i kroku nie postąpi; tylko wejrzenie, tylko westchnienia, to trochę za przykro — a potém, któż mi ręczy, jak długo w Toruniu zabawi, czy z jéj nowych stosunków nowe dla mnie nie wypłyną trudności?

Józef.

Ależbo Panie i głównego interesu zapominać nie należy.

Ludmir.

Głównym jest — pozyskać serce Eugenji.

Józef.
A tamtoż przepadnie?
Ludmir.

Nie — i właśnie dlatego, nie tracąc czasu, jedź czémprędzéj. Konie gotowe?

Józef.

Czekają.

Ludmir.

Jedź — masz pieniądze, nie szczędź ich na komorze; a gdyby ci się nie powiodło, wyjedziesz naprzeciwko nas — rozumiesz?

Józef.

Rozumiem, ale niech Pan pamięta.

Ludmir.

Idź, idź!

(Józef odchodzi, Ludmir siada.)




SCENA II.
Ludmir, Anzelm.
Ludmir.

Panie Gospodarzu!

Anzelm.

Sługa Pański.

Ludmir.

Co się należy?

Anzelm (rachując).

Kotlety... bułka... wino... cztery złote, groszy dwadzieścia.

Ludmir (płaci, potém nalewa sobie wina).
U WPana zawsze dużo gości?
Anzelm.

Tylkoto w dnie, kiedy Dyliżans odchodzi albo przychodzi.

Ludmir.

Dziś przyszedł?

Anzelm.

Nie, wczoraj przyszedł z Warszawy; dziś odchodzi do Torunia.

Ludmir.

I wszystkie miejsca zajęte?

Anzelm.

Pełny jak jajko.

Ludmir.

Któż są podróżni?

Anzelm.

Jakaś Pani, nie wiem jak się zowie, bo nie warto się dopytywać — ani młoda, ani ładna, ani przyjemna; ona tylko jedna przybyła z Warszawy a drugi Pan Filonek, dawny mój znajomy, ucieszny człowiek, towarzysz do zazdrości.

Ludmir.

Któż więcej?

Anzelm.

Panna Eugenja. (całując sobie końce palców) Cacko! pieścidełko! znam ją dobrze, bawiła tu przy ciotce, teraz wraca do swojego ojczyma. Anioł, anioł ze wszelkich względów.

Ludmir.

Pan Anzelm, jak widzę, ma dobre oko i serce gorące.

Anzelm.
Nałóg — nic więcéj.
Ludmir.

Któż jeszcze jedzie?

Anzelm.

Gruby Maciuś, synalek tutejszego obywatela Pana Nuli, który byłby wiecznie został Nulą, gdyby nie żona — ona jest kreską przed nulą.

Ludmir.

Któż więcéj.

Anzelm.

Jakiś Pan Orgon zupełnie nieznajomy.

Ludmir.

Daléj?

Anzelm.

Już więcéj nikt.

Ludmir.

Wszak dopiero pięć osób.

Anzelm (rachując i przypominając sobie).

Owa Jejmość... Pan Filonek... Maciuś... Panna Eugenja... Orgon... A... a! Doktor Fulgencyusz. Jakże go mogłem zapomnieć.

Ludmir.

Jakto? najstarożytniejsza peruka w czterech częściach świata wyrusza z miejsca?

Anzelm.

I po co wyrusza! (ciszéj) Po ładną młodą żonkę.

Ludmir.

Być nie może.

Anzelm.

Tak powiadają. Nie tak on wprawdzie stary jak kształt jego peruki, a potém Doktor, ręczę Panu zawsze sobie poradzi. Otóż i on właśnie, w nieustannéj rozmowie z samym sobą zbliża się ku nam.





SCENA III.
Ciż sami, Fulgencyusz.
(Doktor w peruce wypudrowanéj z lokami i harbeitlem, brwi czarne, otyły, wzrok bardzo krótki, przez dużą pojedyńczą lorynetkę często patrzy — w krótkich spodniach i kamaszach, kaszkiecik podróżny na głowie, pod pachą parasol, długi cybuch z fajką i małe zawiniątko, które ktadzie na stoliku po prawéj stronie sceny będącym.)
Fulgencyusz (jakby kończył rozmowę.)

Tak, tak!.. żeby i febra, okaże się — lekki solvens zaszkodzić nie może a późniéj zobaczymy... tak, tak... sine dubio, lekki solvens. (Dobywa papierek i rozwija a zobaczywszy dwa dukaty podnosi głowę i rozweseloną twarzą mówi:) Dwa!

Anzelm.

Pan Doktor pozwoli wziąć?

(Bierze parasol i t. d.)
Fulgencyusz (chowając prędko dukaty).

Co? (przypatrzywszy się zbliska) Anzelmie! jak się miewasz?

Anzelm.

Zdrów do usług.

Fulgencyusz (przypatrując się przez lorynetkę).

Rubicundulus vegetusque!

(Bierze rękę Anzelma pod swoją lewą a prawą maca pulsa.)
Anzelm.
Pan Doktor nas opuszcza?
Fulgencyusz.

Nie na długo, nie na długo. Ja już dwadzieścia lat jak nigdzie nie wyjechałem, ja chcę zrobić małą partie de plaisir — puls dobry.

Anzelm.

Ludzie powiadają, że Pan Doktor nie sam wróci.

Fulgencyusz.

He, he, he! być może... (nawiasem) język... z kimże... co? piękny... z kim ja wrócę? co?

Anzelm.

Z młodą Panią Doktorową.

Fulgencyusz.

He, he, he! zawsze wesoły; semper hilaris atque jucundus — a twoja żonka jak się miewa? jak się trzyma?

Anzelm.

Ach już się nie trzyma — umarła.

Fulgencyusz (z przyciskiem jakby przekleństwo).

A kremortartari! umarła? po jedném tylko consilium? po jedném? za prędko, za prędko... tak, tak, ale cóż robić? contra vim mortis non est medicamen in hortis.

Anzelm.

Można czém służyć?

Fulgencyusz.

Szklankę wody, mój przyjacielu.

Anzelm.

Zaraz będzie.

(Wkrótce przynosi szklankę wody. Doktor siada po prawéj stronie stolika, dobywa flaszeczkę, ogląda,
rozwięzuje, wącha, potém rachując wlewa do wody kilkanaście kropel i pije potrochę, zawsze mówi do siebie, czasem słychać niektóre słowa jakoto: bene, optime, tak, tak, pewnie nie inaczéj etc.)




SCENA IV.
Ciż sami, Filonek.
Filonek (do kilku osób stojących koło Dyliżansu — jeszcze za bramą).

Żwawo chłopcy żwawo! komu w drogę temu czas... Hej, hej Mości Panie ostrożnie tam z moją szkatułką. Na, masz jeszcze torbę z bielizną — proszę ją na wierzchu zostawić.

Ludmir (do siebie).

Jakiś głośny towarzysz.

Filonek (do stojącego na karecie).

A pudełko ze skrzypcami wygodnie leży? No dobrze, nic na nim nie kłaść. Dobry wieczór Panie Anzelmie, zawsze w pracy, zawsze wesół... Ale torba do karety, mówiłem. A pełny Dyliżans? — pełny, to dobrze, ja tak lubię.

Fulgencyusz.

A ja nie.

Filonek.

Im więcéj, tém weseléj.

Fulgencyusz.

Im mniéj, tém wygodniéj.

Filonek (w brame).

Cóż Justysiu, nie pojedziesz z nami? Wezmę na kolana. (biorąc ją w pół) Ha, ha, ha! a zawsze ładna jak różyczka. (zbliżając się) Hej! jest tam który? séra i wina!

Fulgencyusz (z ukłonem).

Ja radziłbym wody.

Filonek.

Czy mam honor witać towarzysza podróży?

Fulgencyusz.

Tak jest. (uchylając kaszkiecika) Doktor Fulgencyusz.

Filonek (podobnie).

Hilary Filonek.

Fulgencyusz.

Razem pojedziemy, dlatego ja radzę pić wodę — tak, tak, czystą wodę, wino bowiem jest irritans.

Filonek.

Nie zaszkodzi.

(Siada po lewéj stronie tegoż samego stolika i pije wino.)
Fulgencyusz.

Ja muszę przeprosić — arcy szkodzi, wyrabia niespokojność we śnie, a z téj pochodzi owa gestykulacya hostilis semperque indecens, bardzo silnie dokuczająca blisko i niedaleko siedzącym.

Filonek.

Proszę się nie troszczyć — nie sypiam w pojeździe, zatém i nie gestykuluję przez sen; ale cyrkumferencya nasza za rozległa trochę, będzie więcéj nie wygodna.

Fulgencyusz.

Jesteśmy obadwa słusznéj tłustości, ale podle siebie nie trzeba usiadać.

(Ludmir zobaczywszy która godzina, odchodzi.)




SCENA V.
Fulgencyusz, Filonek, Pan Nula.
P. Nula.

Proszę Panów moich, nie było tu Jejmości?

Filonek.

Jakiej Jejmości?

P. Nula.

Mojéj żonki.

Filonek.

Któż Jegomość jesteś?

P. Nula.

Mąż Pani Nuliny. (kłaniając się) Szczęsny Nula.

Filonek.

Nula?

Fulgencyusz (przypatrując się przez lorynetkę — na stronie).

Stupidus!

P. Nula.

Tak jest, Jejmość miała tu na mnie czekać z naszym synkiem, którego wyprawiamy do Torunia. (ocierając oczy) Prawdziwie serce się kraje rozstawać się ze swojemi wnętrznościami, z ukochaném dzieckiem.

Fulgencyusz.

Jakież duże jest owe dziecko?

P. Nula.

Ot podrostek.

Fulgencyusz (do Filonka).
Będziemy mogli owe dziecko usadzić między siebie, nie wiele miejsca zabierze.
P. Nula.

Drogi Maciuś. (Ociera łzy.)





SCENA VI.
Ciż sami, Pani Nulina, Maciuś.
P. Nulina.

Panie Mospanie tam na górze! proszę wziąć jeszcze ten tłumoczek i to pudełko mojego Maciusia.

P. Nula.

Otóż i oni!

Konduktor.

Pudełek już się nie przyjmuje.

P. Nulina.

Jakto nie przyjmuje? zapłaciliśmy za syna mojego i za wszystko, co do jego wygody potrzebném będzie.

Konduktor.

Jeden kufer już zapakowany.

P. Nulina.

Z rzeczami.

Maciuś.

A pudełko z placuszkami dla ciotuni.

Konduktor.

Żeby i dla babuni, nic nie pomoże.

P. Nulina.

Otóż pomoże.

Konduktor.

Tra la la la!

P. Nulina (przedrzeźniając mu).
Tra la la la!
P. Nula.

Daj Jejmość pokój.

P. Nulina (wchodząc przez bramę).

Już się Wać Pan boisz? grubian, tralalala, tralalala!

Filonek.

Hopatra! to mi podrostek!

Fulgencyusz.

Jaki, jaki, suplikuję, bo ja nie dowidzę.

Filonek.

Mego wzrostu.

Fulgencyusz.

Ale wysmukły? co? trzcinka?

Filonek.

Grubszy odemnie.

Fulgencyusz.

A kremortartari! grubszy! to nie dobrze, nie jest dobrze — molesta colisio!

P. Nula.

Bo widzisz Jejmość, nasz syn...

P. Nulina.

Tylko Wać Pan się nie odzywaj, bo pewnie nic mądrego nie powiesz. Jakże ma pudełko zostawić? co? z gołemi rękami do familii przyjechać jak poganin jaki? co WPan wiesz! dobrze téż że dziecina co i przekąsi w drodze. Do Torunia daléj niż Wać Pan widzisz — wiesz co Maciusiu, weź placuszki do kieszeni.

Maciuś (jedząc).

A gruszki, rogaliki?

P. Nula.
Weźmiesz.
P. Nulina.

Tylko cicho, weźmiesz w drugą kieszeń, ot tak!

(Maciuś stoi między rodzicami, którzy mu z pudełka do kieszeni pakują gruszki etc.)
Filonek.

W dobrą krew jak widzę obróciły się rogaliki.

Fulgencyusz.

Mylisz się Pan... jestto otyłość w takowym wieku nie naturalna et nimium perniciosa, tak, tak perniciosissima.

P. Nulina.

Tak mój Aniołku, tak, wszystko ci się to w drodze przyda.

Filonek.

Moja Pani łaskawa, pozwól sobie zrobić uwagę, że to wszystko wiele miejsca zabiera i...

P. Nulina.

Gdzieś nie dał grosza... znasz Wać Pan przysłowie?

Filonek.

Ale dałem, bo i ja jadę.

P. Nulina.

Szczęśliwéj podróży.

Fulgencyusz.

To jest hic mulier, vulgo samiec — tak, tak, co do umysłu, sine dubio.

Filonek.

Nie żarty, drugi raz tyle przybywa dzieciny.

P. Nula.
Pamiętaj Maciusiu!
P. Nulina.

Dajno Wać Pan pokój — powiesz Maciusiu cioci wszystko tak, jak ja cię nauczyłam.

P. Nula.

Że jeżeli jaki urząd...

P. Nulina.

A cóż to za gaduła!

P. Nula.

Wszakże mi mówiłaś...

P. Nulina.

Nic nie mówiłam — ja z Wać Panem nigdy nic nie mówię... jeszcze dziecko zbałamuci, chodź Maciusiu, ja ci wszystko powtórzę. (głaszcząc go) Ach jakiś ty zegrzany, usiądź sobie serce moje, usiądź. (do męża) Weź Wać Pan pudełko.

(Siadają w głębi.)




SCENA VII.
Ciż sami, Rozaura.
Rozaura (za sceną).

Adieu, adieu duszko moja, uściskaj odemnie jeszcze raz męża i lube dzieciaczki, adieu! (wchodzi, koszyk na ręku kot i torba, z któréj ogromne druty wystają — do Filonka:) Jedziemy więc daléj z sobą.

Filonek (na stronie).

Niestety!

Rozaura.
Potrzymajno mi duszko tamte, koszyk.
Fulgencyusz.

Kremortartari! ktoś na złość wyszukał mi takowych kompanionów podróży. Casus fatalis!

Rozaura (oddając kotkę Doktorowi i siadając na miejscu Filonka).

Weź kotkę na moment — ledwiem żywa! co za gorąco! A będzie nam dobrze tamte siedzić?

Filonek.

Jak najlepiéj!

Rozaura.

Bo ja lubię wyciągnąć się wygodnie.

Fulgencyusz.

Ja suplikuję odebrać to kocie.

Rozaura (odbierając).

Połóżże torbę na stole. (do Filonka) Wszystkie miejsca w Dyliżansie zajęte?

Filonek.

Silnie zajęte.

Rozaura.

Ach duszko moja, każ mi dać szklankę wody, bo się tamte stopię — koszula na mnie tamte mokra. Albo się już i tego napiję, nie mogę czekać.

(Nalewa sobie wina Filonka i duszkiem wypija.)
Fulgencyusz (do Filonka).

Carissime! poginiemy. (do siebie) Periculum imminens.

Filonek.

Jakoś to będzie.





SCENA VIII.
Ciż sami, Ludmir, Eugenja.
(Eugenja chwilą pierwéj weszła i stała przy bramie, Ludmir jako Orgon, otyły, czarna peruka, brwi czarne, krymka czerwona.)
Konduktor.

Czyj to tłómoczek?

Eugenja.

Mój.

Konduktor.

Nie ma miejsca na niego.

Eugenja.

Ale proszę Pana, ja więcéj rzeczy nie dałam.

Konduktor.

Nic nie znaczy.

Ludmir (nadchodząc).

Jakto nic nie znaczy? znaczy — zaraz wziąć i zapakować.

Konduktor.

Ale jakże można...

Ludmir.

Wziąć i zapakować, powiadam, a ostrożnie aby szkody nie było.

Eugenja (do Ludmira).

Bardzo dziękuję.

Ludmir.
Niema za co piękna panienko, największém dla mnie będzie ukontentowaniem być jéj pomocnym i proszę śmiało udawać się do mnie w ciągu naszéj wspólnej podróży.
Fulgencyusz (przypatrzywszy się blisko).

Jakto i Pan jedziesz?

Ludmir.

Jadę.

Fulgencyusz.

Jak pomieścimy się, ja pytam się moi Państwo; ktoś żartuje sobie z nas, powiadam ja, jakże być może, aby w jednym punkcie tyle osób tak potężnéj korpulacyi zebrało się — czyliż, pytam się ja, wszyscy chudzi na cholerę tu wymarli?

Filonek.

W saméj rzeczy nadzwyczajne zdarzenie, zostałbym chętnie, ale na honor nie mogę.

Ludmir.

Ja toż samo.

Fulgencyusz (do Rozaury).

Może Pani nie masz urgującego interesu?

Rozaura.

Mam duszko tamte, mam — sam się przekonasz w drodze, że mam; ale ja lepiéj poradzę, niech ta panienka zostanie.

Eugenja.

Dlaczegóż ja?

Rozaura.

Nie pojedziesz dzisiaj duszko, tamte, nie pojedziesz.

Eugenja.

Ja muszę jechać.

Rozaura.
Dyrektor biura jest mój tamte znajomy, on będzie umiał tak nam nakręcić tamte, rzecz całą, że WPanna zostaniesz.
Eugenja.

Ach nie czyń tego Pani, zlituj się nademną, ja koniecznie jutro w Toruniu być muszę.

Rozaura.

Nie koniecznie, kiedy ciasnoty i gorąca tamte znieść nie mogę — nawet kotka...

Ludmir.

Zatém Pani możesz z kotką zostać a Panna Eugenja pojedzie.

Rozaura.

Czy tak? ma widzę tamte protektora.

Ludmir.

Tak jest, ma protektora i nie jednego, dziesięciu znajdzie w potrzebie.

Rozaura.

Być może, być może. (na stronie) Gruby ale miły. (głośno) Niech zresztą i jedzie — jestem zgodna, bylem tylko miała w moim kąciku tamte wygodę.

Fulgencyusz (na stronie).

Kąciku? kremortartari! Dla Jejmości kąta trzeba i to niepospolitego. (patrząc przez lorynetkę) Periphaeria extraordinaria!

(Fulgencyusz odchodzi do Dyliżansu, Ludmir i Eugenja w głąb sceny — tylko mówiące osoby zostają, na przodzie, inne odchodzą do bramy i wracają.)
Filonek.

Koniec końców, wszyscy jechać musimy i pojedziemy — tylko wesoło a wszystko zniesie się łatwo.

Rozaura.
Ach duszko i ja lubię tamte wesołość, ale w tych okolicznościach...
Fulgencyusz.

Impossibilitas! tak, tak, wszelka impossibilitas, aby nas spacium téj karety wszystkich przyjąć mogło — sześć osób, z których pięć tak pięknéj dymensyi. A kotek, a sakwa z drutami, a pełne kieszenie adolescenta — położenie dużo przykre... molestissima colisio!

(Dwa uderzenia w trąbkę.)
Konduktor.

Proszę Państwa! już wszystko gotowe.

(Wszyscy idą ku karecie.)
Filonek.

Daléj żwawo.

Rozaura.

Gdzież torbeczka? moja duszko, podnieś mi tamte, rękawiczkę.

Fulgencyusz.

Ach gdybym był wiedział!

(Eugenja wsiada, za nią Ludmir.)
Rozaura.

Weźcież tam moją torbeczkę.

P. Nulina.

Nie płacz dziecię moje, niech cię Bóg prowadzi.

P. Nula (płacząc).

Bądź zdrów mój potomku!

P. Nulina.

Ciocię ucałuj.

P. Nula.

Jak na maśle zarobiemy...

Fulgencyusz.
No! no!
Maciuś (włażąc z płaczem i pełną gębą).

Adiu Tatuniu, adiu Mamuniu!

Fulgencyusz.

Proszę wsadzić się.

Rozaura.

Ja ostatnia.

(Fulgencyusz wsiada, za nim Rozaura i zaraz słychać krzyk.)
Fulgencyusz.

Kremortartari!

Maciuś.

Mamuniu, duszą mnie!

Filonek.

Hopatra!

(Prawie razem.)
P. Nula.

Moje dziecię!

P. Nulina.

Nie daj się!

Rozaura.

Weź Wać Pan rękę, fi!

Fulgencyusz.

Mój cybuch!

Rozaura.

Zgnieciesz mi kotkę!

Maciuś.

Zgnieciesz gruszki.

(Fulgencyusz wyłazi drugą stroną, wszyscy za nim.)
Fulgencyusz.
Wszak ja mówiłem — impossibilitas. Nie dość że mój korpus został ciężarem uszkodzony ale i zraniony jakiém, nie wiem, spiczastém narzędziem.
Filonek.

Pewnie druty Jejmości.

Fulgencyusz.

Druty! przewidywałem ja! druty są ostre narzędzie. Instrumentum aculeatum.

Rozaura.

Po co z takim długim tamte cybuchem włazić do tamte karety i jeszcze podstawiać kiedy siadam.

Ludmir.

Prawdę mówiąc, kotka mogłaby zostać.

Rozaura.

Nikomu nie zawadzi.

Fulgencyusz.

Będzie po nas czyniła swawolne skoki.

Rozaura.

Fartuszkiem przykryję, tylko ją tamte nie ruszać.

Ludmir.

Ja jéj pewnie nie odsłonię, ale że nie miło jeździć z kotami, rzecz pewna.

Fulgencyusz.

Pewna i niezaprzeczona, tak, tak, certa veritas.

Rozaura.

Bardziéj nie miło z tamte fajkami, które obiecują bałwany dymu pachniącego.

Fulgencyusz.
Tytoń sprawuje konkocyą, a że zwykle w podróży trudno nam bywa...
Konduktor.

Dyliżans odchodzi.

(Uderzenie w trąbkę.)
Filonek.

Moi Państwo! proszę o głos! czy wszyscy jechać mamy?

Ludmir.

Tak się zdaje.

Filonek.

Nikt nie chce zostać?

Wszyscy.

Nikt.

Filonek.

Trzeba zatém pomyśleć i tak rzeczy ułożyć, abyśmy jechać mogli. Jeżeli chcecie spuścić się na mnie, będę sędzią pokoju.

Fulgencyusz.

Cóż ztąd za rezultatum?

Filonek.

Zaczepno-odporny traktat między współpodróżującemi stronami.

Rozaura.

Hej! szklankę wody! albo i wina, co bliżéj.

Fulgencyusz.

Wody, wody!

Filonek.

Daję przykład uległości, która jest koniecznie potrzebną do utrzymania świętéj zgody i poświęcając własne dobro, dobru powszechnemu, jako pierwszy punkt kładę: Ja Hilary Filonek odstępuję miejsce moje w karecie na podział rozłożystym stronom, sam zaś sadowię się na wierzchu, czyli na tak zwanym imperiale. Przyjęto?

Wszyscy.

Przyjęto! przyjęto!

Filonek.

Ze mną jako najmłodszy, najsmuklejszy, najzręczniejszy i najgrzeczniejszy, młodzieniec usiędzie.

P. Nulina.

Święty Antoni! uchroń nas od tego widoku! Temu chłopcu kręci się w głowie jak na beczkę wylezie, a cóż dopiero na karetę!

Filonek.

Trzymać go będę.

P. Nula.

Chybaby jakie misterne pasy...

P. Nulina.

Tylko się WPan nie odzywaj — nie pozwalam i basta! zapłaciłam miejsce w karecie, nie na karecie i mój Maciuś w karecie nie na karecie siedzieć będzie.

Rozaura.

Niegrzeczność, nieuczynność; otóż ja ofiaruję się.

Fulgencyusz.

A kremortartari! znowu na to nie pozwalam ja, oponuję się ja. Taki ciężar! Onus immensum! jakaż byłaby assekuracya bezpieczeństwa dla nas będących pod Jejmością?

Rozaura.
Większa niż pod Jegomością. Ofiaruję się tamte, jeżeli mnie duszko wraz z kotką w swojém objęciu trzymać będziesz.
Filonek.

Byłoby to dla mnie rozkoszą, ale w przypadku wichru, odzież jéj poniekąd żaglowata a przez to podlegająca gwałtownemu podniesieniu, mogłaby nas łatwo oboje na szwank wystawić, przynajmniéj z nas jedno; bo jest rzeczą dowiedzioną, że gdzie dwoje upada, tam jedno na spód upaść musi — zatém pięć osób zostaje w karecie?

Kilka głosów.

Pięć, pięć!

Rozaura.

Teraz względem tytuniu.

Fulgencyusz.

Względem ostrych drutów.

Filonek.

Hopatra! powoli, powoli. (do Doktora) Odstępujesz Pau od palenia tytuniu?

Fulgencyusz.

Nie, nie i nie, non atque non.

Rozaura.

Okrucieństwo!

Filonek.

Przynajmniéj cybuch zechcesz odmienić, który już dał się we znaki Jejmości Dobrodziejce.

Rozaura.

Niestety!

Filonek.

Inny stósownéj miary będzie użyty, nie grożący nieszczęściem w przypadku mylnego kierunku onegoż.

Fulgencyusz.
Concedo, przystaję — tak, tak przystaję.
Filonek.

Z tego samego powodu druty wyglądające z kszałtnéj torbeczki Jejmości Dobrodziejki na wygnanie z karety skazane być muszą.

Fulgencyusz.

To dzidy, nie druty, spicula! spicula!

Rozaura.

Bajaderka dla najmilszego na nich zaczęta.

Filonek.

Bajaderkę z drutami biorę pod moją odpowiedzialność.

Wszyscy.

Zgoda! zgoda!

Filonek.

Teraz jeden z najgłówniejszych punktów, kotka.

Rozaura.

Nie kończ! ta mnie nie odstąpi.

Wszyscy.

Być nie może.

Rozaura (bardzo prędko).

Być musi.

Ludmir.

Tu zostanie.

Rozaura.

Przenigdy!

Fulgencyusz.

Wezmę długi cybuch ja.

Ludmir (jak Doktor).
Wezmę mego pudla ja.
Filonek.

Hopatra! proszę o głos! proszę o głos!

Rozaura.

Weź duszko i kotkę na górę.

Wszyscy.

Zgoda, zgoda!

Filonek.

Ale nie zgoda, kotów nienawidzę, kota trzymać nie będę i jeżeli upierać się będziecie, kota osadzę na górze a sam wrócę do karety.

Fulgencyusz.

Między dwoma wybierając...

Ludmir.

Lepsza kotka niż Jegomość.

Filonek.

Zostanie więc? zgoda?

Wszyscy.

Zgoda!

Filonek.

Kieszenie młodzieńca powinny być także nieco uszczuplone.

Maciuś.

Mamuniu!

P. Nulina.

Co, placuszki?

Filonek.
Trzeba ująć choć w połowie.
P. Nula.

Wszak on ich ciągle ujmuje.

Wszyscy.

Siadajmy! siadajmy!

Filonek.

Za pozwoleniem — każdy obowiązuje się ręce trzymać przy sobie, nie chwytać, nie dotykać nic cudzego — nóg nie wyciągać a tém bardziéj nie podnosić, — nie kłaść się ani na bok, ani na przód do snu, co wszystko byłoby wkroczeniem w prawa sąsiada — obieram się surowym i bezstronnym wykonawcą traktatu. Zgoda?

Wszyscy.

Zgoda!

Filonek.

Teraz jedźmy.

(Z hałasem wsiadają do karety. Pocztylion trąbi, słychać tylko: powoli, zaraz, nie tak etc.)
Filonek.

Z góry patrzę na marność świata.

Kilka głosów.

Ruszaj!

Kilka głosów.

Szczęśliwéj drogi! Adieu! Adieu!

Rozaura.

Czekaj!

Kilka głosów.
Ruszaj!
Rozaura.

Mój koszyk!

(Zasłona spada, jeszcze słychać: ruszaj! koszyk! i trąbkę.)
Koniec aktu I.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.