<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Daniłowski
Tytuł Lili
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1916
Druk L. Biliński i W. Maślankiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.

Świda nie bez trudności odzyskał swe dawne mieszkanie i ledwie je zdołał uporządkować jako tako, otrzymał od Lili telegram: „Jutro o trzeciej przyjeżdżam“. Doba oczekiwania stała się jakby transem radości, niepokoju, wyobrażeń, wzniecających dreszcze, rozczuleń, doprowadzających do łez.
O drugiej był na stacyi. Godzina rozciągała mu się w lata, a gdy wpadł pociąg, doznał trwogi i, pędząc wzdłuż wagonów, docierając do ostatnich, poczuł się blizkim rozpaczy.
— Stef! — posłyszał za sobą głos.
Odwrócił się.
— Przegapiłeś mnie — uśmiechnęła się jasna twarzyczka.
Poeta porwał Lili ze stopni, objął i, całując, powtarzał jakimś łkającym głosem:
— Lili! Lili!
— Chodźmy — dodał, ochłonąwszy.
— Czekaj, rzeczy!
— A prawda! — Skinął na tragarza i wkrótce znaleźli się w dorożce.
Patrzył na nią rozmiłowanemi oczyma. Lili odpowiedziała mu czułem spojrzeniem i uścisnęła rękę, a w tym uścisku i w tem spojrzeniu była krótka zapowiedź szczęścia, od którego mgłą mu zaszły oczy. Gdy stanęli w mieszkaniu, Stef z pewną dumą rozejrzał się po czysto zamiecionych pokojach i był szczerze zmartwiony, gdy Lili, spojrzawszy po meblach, zawołała:
— Co tu kurzu, co tu kurzu! Ależ tu oddychać niepodobna — i otwarła na oścież okna.
— Poczekaj — mówiła — ja tu zaraz wszystko doprowadzę do porządku, a mój pan — potargała go lekko za wichry — pójdzie tymczasem i przystrzyże swą bujną, ale nieco za długą czuprynę.
— Lili!...
— Wszystko, co powiedziałam, spełnione być musi — odparła z udaną powagą. — Ja tu jestem królową, a to moje berło — uniosła do góry miotełkę.
Świda uściskał ją wesoło i wyszedł.
Gdy wrócił, zastał Lili w szlafroczku i muślinowym zawoju na głowie.
Kurz został zwalczony, a meble w jego pokoju poprzestawiane w sposób umiejętny.
— Patrz, czy tak nie lepiej? — chwaliła się Lili. — W swoim poprzestawiam jutro. Zobaczysz, jak wszystko będzie inaczej wyglądało. Mój Stef ślicznie pisze, ale nie ma pojęcia o estetyce mieszkania, w którem się przecież spędza większą część życia.
Wyszła do siebie, przebrała się i poprosiła, by jej zapiął z tyłu suknię.
— Nie — broniła się, tuląc całowane ramiona — ależ w ten sposób nie ubiorę się nigdy, a jeść mi się chce. Tyś pewno tylko po szklance herbaty i wielu papierosach, przyznaj się... Gdzie się stołujesz?
— Gdzie się zdarzy.
— Czyli najniehygieniczniejszy tryb życia, jak zwykle. Oj, Stef! — pogroziła mu różowym paluszkiem — zawsze się stajesz przedmiotem mojego niepokoju. Takie to zdolne pod wszystkimi względami, kochane, a pod tym, życiowym, co wbił, to wjechał...
Podała mu rękę i zaprowadziła do pierwszorzędnej restauracyi, przyczem Stef zauważył w wyborze potraw i w całem jej zachowaniu pewien rys swobody, cechujący ludzi obracających się w zamożnych środowiskach.
Po obiedzie zaproponowała przejażdżkę za miasto i tak zmanewrowała czasem, że wrócili do domu dopiero wieczorem.
— Straszniem zmęczona — mówiła, zdejmując kapelusz — nie spałam dwie noce, miałam trochę przykrych przejść, w wagonie też nie zmrużyłam oka, czuję, że odeśpię dopiero na swoim szelążgu, dobranoc! — i wyszła do swego pokoju.
— Dobranoc! — wymówił głucho Świda. Cofnął się od progu z westchnieniem do siebie, rozebrał się, zapalił świecę i leżał nieruchomo z zaciśniętemi oczyma i jakby w zesztywnieniu całego ciała.
Nagle, jakby wicher wionął w pokój, zdmuchnięta świeca zgasła i owinęły go ciepłe, pełne ramiona.
— Lili! — krzyknął.
— Och, ty niedobry — szeptała — jeszcze przed chwilą byłeś gniewny, prawda?
— Tak!
— To może pójść sobie? — mówiła, tuląc się.
Ale Świda nie był w stanie nic mówić, usta zalewała słodycz jej pocałunków i dopiero, gdy minął zenit rozkoszny, po momentach odurzenia, zapalił świecę i patrzył z tkliwością na jej przytuloną do ramienia różową, w złotych poplątanych lokach twarz i wpółotwarte jeszcze, pełne krwi usta, na jej przymknięte, jak muszlą perłową, o długich rzęsach oczy.
— Mów mi, Stef, jak dawniej — westchnęła.
— Z myślą o tobie układałem dużo płomiennych wierszy, ale zapomniałem.
— Mów, co pamiętasz!
— A można wszystko?
— Jak chcesz.
— Lubię — począł rwącym się głosem szeptać jej w uszko poeta — gdy pewna swych wdzięków, wspaniała, składasz w ramiona przepych swego ciała i, pełna dumy i królewskiej pychy, pozwalasz pieścić swej krasy kielichy...
— Śpisz? — przerwał.
— Śpię — uśmiechnęła się błędnie.
— To powiem dalej: — O miła moja, o złota dziewczyno, nauczycielko i mistrzyni miłości, raju mojego szczęścia i radości, upajająca, jak pieniące wino, więc jako jesteś różaną i białą, odrzuć to giezło, bym cię ujrzał całą!...
— I powiem jeszcze śmielej — głos mu nabrzmiał namiętnością.
— Nie trzeba dzisiaj — szepnęła Lili — potem... jutro, kiedyś, trochę odwykłam od twych miłych szaleństw — odsłoniła omglone źrenice, przetarła błękit oczu i ciągnęła, patrząc już jasno:
— Wiesz, że masz jakiś dziwny dar przyprawiania o zawrót głowy słowami, w ustach twych wyrazy przybierają postać realnych istnień, jakby nowych ucieleśnionych wdzięków, które muskają jakby delikatne, wilgotne, pachnące kwiaty... O znasz ty — pocałowała go gorąco — tę swojej wymowy moc i urok i powiem ci — dodała — cichutko, pod wielkim sekretem, że nawet lubię te twoje śmiałe, nieco drastyczne, rozdmuchujące ogień we krwi, powiedzenia...
Umilkła i dodała po pauzie:
— Wyznaj, czy czynisz to świadomie?
— Czy świadomie? — poeta się zamyślił. — Chyba nie. Fale wzruszenia wynoszą to ze mnie, z najgłębszych pokładów instynków to samo się ze mnie dobywa, tobą się zdobi ten mój głos, a że wszystko w tobie jest takie śliczne, że wszystkiemu umiesz nadać pełną wdzięku postać, to sprawia, że w wianki, które tobie składam, mogę wplatać czarodziejskie ziele, nie kalając mego cudnego ołtarza...
— Pleciesz, Stef! Nie, doprawdy — przybrała Lili uroczo-zawstydzoną minkę. — Psujesz mnie swemi chwalbami, odziewasz mnie tęczami swojej wyobraźni, nie o mnie, lecz o wyobrażeniu swem mówisz...
— Gdyby nawet tak było, to nie zmienię nic a nic: nie poznajemy rzeczy samej w sobie, ale swe wyobrażenie o niej, i niech mi wolno będzie śliczne wyobrażenie popieścić samo w sobie, a że Lili nozderki rozdyma i patrzy na mnie z taką wspaniałą pewnością swych nieodpartych ponęt, to mnie utwierdza w mniemaniu, że tulę nie złudę, ale kochaną kobietę, odzianą w grona upajających wdzięków, rosnącą z każdym dniem w krasę — głos mu się zachłysnął i zamarł w pocałunku.
— Ty mój — powtórzyła Lili sennie. — Ale czas spać, bo Lili doprawdy zmęczona...
Oczy jej się skleiły i po chwili poczęła oddychać równo i swobodnie.
Świda patrzył na jej uśpioną, pogodną twarz i, jak zjadliwa jaszczurka, przeczołgala mu się po mózgu myśl: czy tak samo usypia przy tamtym?
Zajrzał badawczo w twarz Lili, ale z zaróżowionych jej policzków i białego czoła płynęła taka szczera jasność, że cała jego zgryzota roztopiła się w serdecznem wzruszeniu.
Nazajutrz zbudziła go sakramentalną szklanką mleka, które wypił, prawie drzemiąc.
Gdy się obudził ponownie, Lili była zupełnie ubrana, w pokoju wisiały porozwieszane obrazki, a meble poustawiane tak umiejętnie, że w mieszkaniu stało się znacznie przestronniej.
Z jego pomocą urządziła i gabinecik, wytarła biurko, a porządkując szuflady, ucieszyła się, znalazłszy spory rękopis.
— Trzeba to będzie przepisać — rzekła, przeglądając luźne kartki.
— Po co, Lili? Zecer sobie z tem poradzi!
— W każdym razie ja wolę — odparła, miała bowiem jak gdyby wątpliwości, że tak nabazgrane może wypaść dobrze w druku.
— No, jeżeli chcesz czas darmo tracić — zgadzał się niechętnie poeta, gdyż obawiał się jej, bardzo zresztą delikatnej krytyki niedbalej napisanych ustępów, które Lili chwytała w lot i w formie zapytania: — Słuchaj, Stef, czy to brzmi dobrze? — osiągała zwykle ten skutek, że poeta odpowiedni okres przerabiał stylowo. W ten sposób Lili zabrała się do zwykłej swej pracy i rozwinęła całą swą pieczołowitość, która powoli, jak dawniej, zaczęła irytować Stefana.
Hamował się jednak, jak mógł, i tylko nieco skwaszona jego mina mąciła harmonię, nie na długo jednak, gdyż Lili stała się niezwykle łagodną, wyrozumiałą i tak pieszczotliwą, jakby chciała mu wynagrodzić pauzę rozstania i tę, która minęła, i tę, która miała nastąpić, czego jednak Świda nie uświadamiał sobie jasno, pomimo jej ogólnikowych napomknień.
Miłość jej do Brunona jęła mu się wydawać chwilowym porywem i rana z tego powodu, opatrywana czułą dłonią Lili, zasklepiała się i odzywało się już tylko lekkie podrażnienie, ilekroć o tem myślał, lub wspominał.
Cała ta sprawa stała się dlań już tylko ciekawym problematem, a nawet tematem, co do którego starał się Lili ostrożnie badać.
Ale Lili zręcznie wymykała się z sideł, gdyż rozumiała, o co chodzi.
To też kiedyś, wybierając tę najczulszą chwilę, gdy wyczerpana namiętność zamiera i następuje moment słodkiego osłabienia, serdecznych, lotnych wzruszeń, poczęła mówić cichutko:
— Słuchaj, Stef, ja wiem, że serce moje wydaje ci się zagadką, którą chciałbyś rozwiązać. Trudno mi o tem mówić, ale jeżeli komu mogę coś powiedzieć, to może tobie najwięcej, jesteś przecie poetą i znasz zawiłość duszy ludzkiej. Łatwiej ci może będzie zrozumieć i mnie może wyjaśnić ci to, czego sobie sama dokładnie uświadomić nie jestem zdolna. Serce mam jedno, jak wszyscy, ale jakby w różnorodne tryby wycięte; o jedno zazębiasz się ty, o drugie — on. Każdy z was jakby do innej dziedziny dopasować się umie.
Gdybym mogła znaleźć człowieka, który byłby jakby stopem was obu w jedno, przylgnęłabym całkowicie, mogłabym żyć z nim całą istotą, całą duszą, nie obawiając się żadnej straty. Źle mówię — całem sercem i całą istotą lgnę teraz do ciebie, wszystkam twoja. Kocham cię, jak tylko kochać można, oddana ci cała, bo to, co do niego należy, jest jakby uśpione w letargu, bezwładne, choć wiem, że istnieje. Ale, Stef, to istnieje, to zrazu szeptać, a potem wołać, a potem krzyczeć zacznie i czyż z tym krzykiem, obcym sobie, mógłbyś być szczęśliwy? Pomyśl sobie, gdy mnie zabraknie, że wyjechałam uciszyć się, że zaś nie będę samotna, że będę się cieszyć szczęściem innem — tem samem, lecz nie takiem samem, i martwić twym smutkiem, to, powiedz, czyż kochanie na tem polega, by zazdrościć radości temu, kogo się kocha? Jabym się cieszyła, gdybym się dowiedziała, że beze mnie się bawisz, że masz przyjaciółki, przelotne miłostki, że, słowem, używasz życia, które jest jedno, spędzasz przyjemnie w rozrywkach czas oczekiwania, pewna, że, gdy przyjadę, stawiasz kropkę nad tem, co było, i znowu jesteś mój.
W tem ciągłem odnajdywaniu się, w tem odzyskiwaniu się tkwiłby jakiś niezwykły urok dla nas dwojga, dla nas trojga, a dla mnie najwyższe szczęście, o którem nieraz myślę i marzę. Bo słuchaj, czyż ja nie rozumiem, że miłość moja was rozdziela, że im silniej łączę was w swem sercu, tem większe między wami staje się rozdarcie? I czyż można — dodała głosem przesiąkniętym łzami — czuć się dobrze, widząc, że stwarzam nienawiść pomiędzy tymi, których kocham?!
Ja się między was rozdzielam sprawiedliwie, daję często ponad siły, więcej nieraz, niż pragnę, ale wam zawsze za mało, wybyście mnie chcieli rozszarpać — ni mnie ni tobie — to jest wasza męska logika i zasada.
Rozpłakała się.
— Tak — łkała — to jest logika, którą się pysznicie, prawo wyłącznego władania, nie liczące się z niczem. O jakież to straszne, nawet upokorzające!
Szlochanie zatamowało jej głos.
— Lili, nie płacz — uspokajał ją niejako z obowiązku Świda. — To, co mówisz, gryzie mnie w serce, bo przykro jest, no, jak ci to powiedzieć... nie przyjęte są w dziedzinie Amora wszelkie porównania... — ostatni wyraz wymówił ze szczególnym naciskiem.
Lili zerwała się z pościeli, jak ukąszona, i głosem prawie przerażonym, cała w krwawym rumieńcu, jęknęła:
— Coś ty zrobił, Stef!... jak mogłeś! — zaniosła się od płaczu i wybiegła do siebie.
Na kilka dni zapanowały mocno naciągnięte stosunki; poeta chodził, jak struty, Lili czuła się ciągle onieśmielona.
Świda pierwszy poczuł się głęboko winnym; długo namyślał się, jak błąd naprawić, złe słowo cofnąć, wreszcie pewnego wieczoru ukląkł, ogarnął jej nogi i począł mówić silnie wzruszonym głosem:
— Lili, tyś mnie nie zrozumiała. Miałem na myśli jedynie zalety ducha, charakteru, niezręcznie się wyraziłem, mówiłem jedynie o sferze sentymentu... językbym sobie kazał uciąć, że mi się tak niefortunnie zwinął... Słuchaj, nie będziemy już o tem mówili nigdy, nigdy... Zapomnij i ja postaram się zapomnieć o wszystkiem; będę cię witał zawsze tak, jakbyś wróciła z dalekiej podróży, choć chyba przecie nie odjedziesz. Nie gniewaj się, Lili...
A ona wzięła jego skronie w ręce i rzekła cicho:
— Ja się nie gniewam, Stef, tylko, widzisz, wsunąłeś mi w serce żądełko, które boli. Ale ranka zwolna z tego jadu się wytrawi... wszystko minie. Minie wszystko, osypią się płatki ciała, a gdy zostaną same dusze, to można będzie błękitnymi cieniami obcować serdecznie, razem i jednocześnie bez urazy i żalu. Gdybym dostała ospy, gdyby los mnie zeszpecił, pogodzilibyście się zapewne łatwiej; może na starość, jak dożyjemy, ale teraz... Ja się nie gniewam, Stef. Może nie jestem z tej samej, ale z podobnej gliny, więc was trochę rozumiem, wiem, że są nietylko duszy, ale i krwi tęsknoty. Pocałuj mnie dobrze, jak człowiek!
Świda począł całować jej ręce i stopy i, oddając jej dobranoc, szepnął:
— Daj się pocałować w serce!
Lili popatrzała nań badawczo, a widząc w jego oku płomień, rzekła ze smutnym uśmiechem:
— Dobrze, ale pozwól sobie powiedzieć, że, gdyby kobiety miały je na czubku głowy, a nie za jędrną piersią, nie szukalibyście ich serca wcale!
— Otóż właśnie nie — przezwyciężył się Świda, pocałował jej złote włosy, otulił kołderką i wrócił do siebie, by pisać.
Nie szło mu jednak: myślał nad tem, co zaszło w ostatnich czasach, i dochodził do wniosku, że Lili niezwykle dojrzała umysłowo, że dużo przemyślała, gdy zaś widział kiedyś, jak coś notuje w zamykanym na klucz pamiętniku, zdjęła go ciekawość przeczytać, ale bał się prosić, by znowu nie potrącić o drażliwą strunę.
Powoli załagodziło się wszystko. Życie potoczyło się zwykłą koleją, życie we dwoje, pozbawione znajomości i szerszych stosunków, ciche, chwilami słodkie, często jednak dla Lili niełatwe, a coraz trudniejsze w miarę, jak Stefan całkowicie wchodził w temat swej powieści.
Poeta do tego stopnia dawał się porywać marzonym światom, ludziom i sytuacyom, że chwilami zatracał niemal całkowicie poczucie rzeczywistości; stawał się tak roztargniony, że mógł szukać przedmiotu, który trzymał w ręku, na zapytania nie odpowiadać wcale, lub ni w pięć, ni w dziewięć, sypać popiół od papierosów gdziebądź, czasem we własną szklankę, prowadzić dziwaczny tryb życia: pisać po nocach, spać we dnie i nieraz, nie licząc się z nastrojem Lili, w niezwykłych, nagłych podrażnieniach zmysłowych stawać się prawie brutalnym.
Chcąc utrzymać w tym nienaturalnym sposobie życia jaką taką równowagę, Lili była zmuszona ustawicznie czuwać, zdobywać się na niezwykłe ofiary, wyczerpywać swe siły tą twórczością Stefana.
Jedyną jej nagrodą było słuchanie napisanych ustępów, co Stefan czynił na jej prośbę, ale niechętnie, z usprawiedliwionych zresztą powodów: brulion jego był bardzo nieczytelny, pełen rozmaitych, dla niego tylko zrozumiałych skrótów, zygzaków, okresów ledwie tylko dla pamięci zaznaczonych.
W tej postaci rzecz nie mogła wywierać odpowiedniego wrażenia, wielokrotnie musiał dopełniać treść komentarzami, wreszcie zniechęcony przerywał i mówił:
— Lili, to jest na nic, to jest tak, jakbym cię prosił, byś mi dała pokosztować surowy, niewyżyłowany befsztyk; przyrzekam ci za to, że otrzymasz pierwszy z pod prasy egzemplarz mojej „Salome“, i mogę powiedzieć, że w książce tej dużo będzie z tego, co pochodzi z ciebie: przy tobie zrodziła się ta moc namiętności, która w tych kartach płonie, od ciebie uzyskałem dar otulania czarem spraw miłości, przepajania ich nieodpartym powabem. Sądzę, że dobrze to napiszę, bo doszedłem do tego punktu, w którym się twórca zrasta z tematem; czuję, że on już żyje we mnie, jak płód w łonie matki, i że nie poronię.
— I będzie głowa św. Jana i taniec Salome?
— Wszystko będzie, Lili, nawet półmisek. Choć wszystko to będą jedynie akcesorya; pozatem powieść można będzie nazwać współczesną — odwieczna sprawa wzajemnych ciążeń płci, a jednocześnie ich dramatycznych i potężnych bojów, z rozkosznemi pauzami zawieszenia broni i słodkich chwil sojuszu i przymierza. Tak, w miłości jest coś z pędu i okrucieństwa wojny, bo czyż nie odczuwamy w najsłodszych chwilach jakichś budzących się srogich i drapieżnych instynktów, które migają nagle wśród pieszczot, jak ostrza noża? U ludzi normalnych są to tylko przebłyski, świadczące jednak o tem, że możliwe jest morderstwo z miłości, że można w dzikim szale zapragnąć, by z ciała kochanki bluznęła spieniona jej krew.
I wiesz, że nierazbym chciał oblać ciebie purpurą, roztworzyć sobie żyły, i że tacy czerwoni zapalilibyśmy się jakimś nowym ogniem, spłonęli i ulecieli w niebo gorącym obłokiem, a potem spadli rosą na krzak róży i rozkwitli nanowo w ponsowych, pachnących jej kwiatach.
— O chłopcze mój, co się tobie śni, co ci się w głowie pali? Czyż nie starczą ci moje różowe policzki i purpurowe usta? — odpowiadała, porwana gwałtownością jego wymowy, Lili.
I tego rodzaju jego zwierzenia, wybuchy uczuć, uskrzydlone rozhukaną wyobraźnią, upajały ją, jak narkotyk, i przejednywały odwracające się już w inną stronę serce.
— Stef ślicznie umie mówić o miłości i z pewnością cudnie to napisze — twierdziła.
— Czy tylko mówić? — dopytywał się Stefan.
— Twoje słowa starczą za czyny, a nawet je przerastają; wiesz, że gdy myślę o tobie, to prawie na jawie słyszę twój głos, widzę twe mądre czoło, twój tors i ramiona i rozumiem, dlaczego znakomitych ludzi przedstawiają w popiersiach, bo... — urwała.
— Co, bo?
Lili zmieszała się i, chcąc odwrócić tok myśli, poczęła go szybko całować, mówiąc: — Masz, masz!... A teraz pisz dalej — i wybiegła do swego pokoju.
Gdy Stef do niej zajrzał, zobaczył, że siedzi na kanapce zgryziona i smutna.
— Co ci jest?
— Tak, nic, Stef, wydaje mi się tylko, że jestem bardzo brzydka, nic dobrego i nie wiem, dlaczego, a nawet mnie to martwi, za co wy mnie kochacie?
— Lili, niebardzo się domyślam, o czem mówisz; wiem tylko, że dusza jest pomieszana z ciałem, jak piasek ze złotem; to się nie da rozdzielić, to tak być musi: uczucie zawsze poszukuje realizacyi nawet we wzruszeniach pozbawionych pozornie wszelkiego cielesnego pierwiastku, w uczuciu choćby przyjaźni pragniemy uścisku dłoni przyjaciela, w którym oddajemy mu cząstkę siebie.
— No tak, zapewne — zamyśliła się Lili. — To jest dla mnie wogóle trudna sprawa — dodała — i źle się czuję, ilekroć się nad nią zastanawiam. Człowiek nieraz buntuje się przeciw swojej naturze, ale natura zwycięża... No, ale, Stef, skoro nie piszesz, to połóż się, staraj się zasnąć. Zabijający tryb życia prowadzisz. Odchuchałam cię, odpasłam i widzę, że cała praca moja idzie na marne. Wiem, że to, co robię, są to rzeczy drobne wobec tego, co ty tworzysz, ale wierz mi, że ta dreptanina, zwłaszcza gdy jest bezowocna, nuży.
— Co ja mogę poradzić, kiedy nie potrafię systematycznie — odrzekł Świda, a widząc jej twarz, jakby zagasłą, pocałował ją w czoło i rzekł: — Dobranoc!
— Dobranoc — odparła Lili i zamknęła oczy. Długo jednak zasnąć nie mogła. Myślała o Brunonie: co robi? Pracuje i hula!
I tak było istotnie.
Ekspansywna, czynna natura Brunona nie umiała lubować się w cierpieniu, którego cierń starała się usunąć jak najprędzej. Zamiast rozdrapywać i sondować ranę, Brunon rzucał się w wir pracy, zagłuszał ból rozrywką, zalewał winem, byle czem tamował.
To też w nieobecności Lili pracował ze zdwojoną energią, wieczory zaś spędzał w gronie przyjaciół, w teatrach, w „Variétés“, a potem w jakiejś eleganckiej knajpie, gdzie pił „nasze kawalerskie“, lub dla odmiany wymykał się do gabinetu, by poswawolić z jakąś wesołą dziewczyną.
Wróciwszy do domu, brał prysznic i wszystko zeń jakby spływało z wodą. Nazajutrz wstawał z jasną, trzeźwą głową, rzeźki i gotów do zabawy i pracy.
Lili wiedziała o tem i bywało jej nawet z tego powodu trochę markotno, choć czuła, że nie ma prawa gniewać się, zwłaszcza, że gdy byli razem, Brunon nie rozumiał bez niej rozrywki, spowiadany zaś przez nią z grzechów, objawiał skruchę, ale nie obiecywał poprawy.
— Lili — mówił — w samem zmartwieniu skwaśniałbym na ocet, a przecież lepsze jest to pieniste wino, które musuje we mnie, kiedy cię mam przy sobie.
I stawała przed nią, jak żywa, jego zamaszysta, tryskająca humorem i werwą życia postać, z wesoło roziskrzonemi oczyma, drgało jakby tęsknotą ku słońcu zawleczone zmierzchem serce.
Natarczywość, z jaką coraz częściej napadały ją o Brunonie wspomnienia, zaczęła czynić wrażenie coraz wyraźniejszych sygnałów, zrywających nić do odlotu.
Czuła, że musi to uczynić, i zaczęła ją dręczyć jedynie myśl, jak całą rzecz zaaranżować, by rozstanie stało się jak najmniej dla niej i Stefana bolesnem, jak się powoli rozseparować i tak pokierować sercami, by się niejako same przez się rozdaliły i łatwiej poszły w kierunku rozłąki...
Poczęła zlekka napomykać o tem, ale Stefan, oszołomiony powieścią, zdawał się jej półsłówek nie rozumieć; obawiała się powiedzieć mu o tem otwarcie, by uniknąć przykrych scen, któreby ich oboje kosztowały bardzo wiele.
Unikała jego pieszczot, czując, że nie może mu oddawać pocałunków z dawnem wylaniem, ale on tej zmiany w jej nastroju nie spostrzegał, co jej sprawiało olbrzymią przykrość. Miała wrażenie, że spadła dlań do poziomu istoty, z której się tylko czerpie, nie troszcząc się o to, co jej się wzamian daje.
Tembardziej ją to bolało, że Stefan dawniej w szczerych swych zwierzeniach wyznawał, iż w stosunku miłości najwyższą rozkoszą jest poczucie, że ukochana istota za naszą sprawą doznaje słodkich upojeń.
Przerażała ją ta nagła zmiana: nie oryentowała się bowiem, że unoszona szałem twórczości dusza poety dochodziła chwilami do tak wysokiego stopnia zachłanności wewnętrznej, iż zatracała poczucie istnienia czegoś ściśle określonego poza sobą, że Lili chwilami stawała się dlań jakby tylko ogólnem wcieleniem kobiecości, zawrotną, pociągającą otchłanią płci odmiennej, w której gorejąc, tracił zmysły i tonął.
Skutkiem tych nieporozumień Lili płakała po nocach, dni stawały się jej posępne, a nadejścia wieczoru przejmowały trwogą.
Czuła, że jeżeli tak dalej trwać będzie, przestanie go kochać i wówczas budził się w niej straszny żal utraty tych matczynych, rozlewnych wzruszeń, których doznawała w troskaniu się o niego, tej denerwującej, delikatnej pieszczoty, którą umiał sięgać do najsubtelniejszych zakątków jej czucia.
— Muszę wyjechać — postanowiła i zdecydowała to uczynić w sposób nagły, niespodziany.
Przekonała się, że rozluźniać nić powoli się nie da, że najłatwiej będzie załatwić sprawę krótkiem szarpnięciem.
Po powzięciu tego zamiaru zrobiło jej się lżej na duszy, wróciły serdeczne uczucia i wstąpiła w nią jakaś letnia pogoda.
To jej rozsłonecznienie odczuł Stefan i jakby się ocknął, odnajdując nanowo przyjemność w zwykłem obcowaniu, w rozmowie o rzeczach potocznych, w spacerach, a nawet w załatwianiu sprawunków, w tem długiem wystawaniu po sklepach, przymierzaniu i targowaniu się nieraz po to, by nic nie kupić.
— Wiesz, że nie chciałbym być subjektem w sklepie z konfekcyą damską — żartował — to są prawdziwe wzory cierpliwości, znakomity materyał na mężów kobiet kapryśnych!
— A dlaczego lubicie, byśmy były ładnie ubrane i do twarzy? Nie myśl, że to tak łatwe zadanie!
— Co do mnie, to często nie umiałbym powiedzieć, co kto miał na sobie; wystarcza mi ogólne wrażenie.
— Właśnie o to ogólne wrażenie chodzi. To jest, mój drogi, synteza szczegółów.
— Co za słowo, bagatela! Jest to niewątpliwie przyjemna synteza, a bodaj czy nie silniejszą sensacyę sprawia, gdy ładnie zbudowana „istota wietrzna“ pozbywa się syntezy!
— Zawsze głupstwa w głowie i to w takiej głowie! — musnęła go po policzkach końcem rękawiczki i wstąpiła do nowego sklepu, gdzie kupiła kilka flakonów perfum.
— Cóż aż tyle?
— Bo tu taniej.
Stefan drgnął i po raz pierwszy mignęła mu w głowie myśl, że może odjechać.
Spojrzał na nią z ukosa, ale twarz jej była jasna i spokojna.
Nazajutrz, gdy Stefan się zbudził, nie zastał już Lili, a gdy wszedł do jej pokoju, stanął, jak wryty: pod ścianą stała szczelnie spakowana walizka, obok leżał związany paskami pled, szezlonżek, na którym sypiała, był zasłany nie pościelą, ale kilimem.
— Wyjeżdża! — szepnął Świda i siadł, poczuwszy nagle niezwykłe osłabienie, i zwiesił, jak martwy, głowę.
W tej chwili szczęknął klucz w zamku i wbiegła Lili w podróżnej sukience.
— Stef — zaczęła z miejsca mówić szybko i urywanie — u tej wdowy z przeciwka — bardzo sympatyczna osoba, inteligentna, wielbicielka twego talentu — rano mleko, co zechcesz, obiady — wszystko bez względu na godzinę. Służąca ci posprząta: wychodząc, zadzwonisz dwa razy i powiesisz na gwoździu klucz. Garderobą i praniem też się zajmie. Będzie mi przysyłała, że się tak wyrażę, „biuletyny“ o tobie, bo w twych listach o tych praktycznych sprawach, oczywiście, nic nie znajdę.
Przycisnęła wieko walizki; szło jej opornie, ale Stefan nie spieszył z pomocą; wreszcie zamknęła, przekręciła kluczyk i wstała widocznie zmęczona. Spojrzała na zegarek.
— Jezus Marya, toż ledwo zdążę!
— Jedziesz, Lili?
— Jadę. Muszę, Stef, muszę...
— Zostań!
— Nie, muszę, telegrafowałam.
— Jesteś okrutna.
— Stef, gdybyś widział jego twarz, twarz surową i tak zmienioną, gdym wyjeżdżała, tobyś mnie sam wyprawił. Ja przecież wrócę. Stef, ja wrócę przepełniona tęsknotą miłości, którą na twej piersi wyleję. Niedobrzeby nam było już dłużej, ja to wiem, ja czuję; oddałam ci wszystko, co mogłam, a może nawet więcej, wyczerpało się twoje źródło we mnie do ostatniej kropelki i trzeba czasu, by nabrało.
No, nie trzeba robić takiej posępnej miny, mnie też nie lekko to przychodzi — przysiadła się, przybliżyła skroń do skroni i poczęła mu gładzić włosy.
Wstała i rzekła:
— Ani chwili dłużej nie mogę, bo się spóźnię. Bierz kapelusz i odprowadź.
Zbiegła z piętra i zawołała stróża po rzeczy.
Na dworcu załatwiła wszystko sama i tuż przed odejściem pociągu znalazła się w wagonie.
Znikła na chwilę w przedziale i ukazała się w oknie.
— Proszę nie patrzeć tak smutnemi oczyma z trochę stropioną minką, podać mi obie ręce, ot, tak — wychyliła się, ujęła jego dłonie — proszę pisać, lubię te śliczne listy, szanować się, bym zastała w dobrem zdrowiu, gdy wrócę, i... nie gniewać się!
— Ja się nie gniewam — odparł Świda ściśniętem gardłem i spuścił oczy.
Gdy znowu spojrzał na nią, była cała we łzach.
— Nie płacz, Lili — szepnął.
— To nic — ściskała coraz mocniej jego ręce i puściła dopiero, gdy wagon drgnął, wychyliła się i dawała znaki, póki nie zniknęła z oczu.
Stefan śledził do ostatniej chwili oddalający się pociąg, potem jeszcze patrzył na lśniące szyny, zawrócił i zwolna dowlókł się do domu. Siadł przy biurku i począł machinalnie przeglądać swój rękopis ze smutną myślą, że Lili niema.
— Niema Lili! — westchnął, spojrzał na wykaligrafowany jej ręką tytuł powieści „Salome“ i poczuł się nagle jakby mniej samotny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gustaw Daniłowski.