<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Rapir i tomahawk
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wyd. 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II
KOLBA

Pewnego niedzielnego popołudnia siedział stary Pirnero przy oknie i patrzył na ulicę. Padał gęsty, ulewny deszcz, co niedobrze uspasabiało handlarza właściciela knajpy. Aby dać ujście swoim humorom, czatował na córkę, które miała mu przynieść dzban piwa własnego wyrobu.
Rezedilla wróciła z loszku, postawiła dzban na stole i usiadła na zwykłem swojem miejscu z robótką w ręku. Stary łyknął haust piwa, postawił dzban i rzekł:
— Wstrętny deszcz.
Córka, jak zwykle, nie odpowiedziała. Mówił więc dalej:
— Można się utopić, co?
Ponieważ i teraz nie doczekał się odpowiedzi, odwrócił głowę i rzekł gniewnie:
— Powiedziałaś coś? Czy nie mam racji?
— Ależ masz rację — odrzekła lakonicznie.
— Gdybym był teraz na dworze i utonął, z pewnością niewiele robiłabyś sobie z tego, co?
— Ależ ojcze! — zawołała.
— Cóż dziwnego? Czy to niemożliwość? A więc przypuśćmy, że utonąłem, a ty tutaj siedzisz. Cóżbyś robiła? Prowadziłabyś dalej gospodarstwo. Bez mężczyzny? Przecież to szaleństwo!
Rezedillę rozśmieszył bieg myśli starca; rzekła więc wesoło:
— Chyba nie wyjdziesz i nie utoniesz tylko po to, aby mi pokazać, że powinnam wyjść zamąż?
— Dlaczego nie? Jestem gotów tak postąpić. Dobry ojciec nie powinien cofać się przed niczem, byle swemu dziecku napędzić rozumu do głowy. Ale, ale, któż to przybywa?
Rozległ się tętent konia. Jeździec jakiś gnał wśród ulewy. Po chwili zatrzymał się przy drzwiach.
— Ach! — rzekł stary. — To ten leń zatracony, ten szpieg w łachmanach! Dziś nie wyjdę z pokoju ze względu na niego, choćby miał się upewnić, że jestem dyplomatą. Ulewa zbyt wielka.
Przybyszem był istotnie Gerard. Zobaczywszy trappera, Rezedilla oblała się rumieńcem. Pirnero ledwo mu kiwnął głową, za to Rezedilla pozdrowiła bardzo uprzejmie. Kazał sobie dać szklankę julepu, przyniosła ją i postawiła przed nim. Przez dłuższy czas panowała w pokoju cisza; stary bębnił z niecierpliwością po szybie. Wreszcie, nie mogąc już dłużej wytrzymać, rzekł:
— Okropny deszcz!
— Tak — odparł Gerard zamyślony.
— Można się utopić!
— No, tak źle nie jest.
— Co, nie jest tak źle? Jesteście innego zdania, aniżeli ja?
Pirnero odwrócił się, by rzucić gościowi gniewne spojrzenie, — widać zapomniał dziś o roli dyplomatycznego uśmieszku. Ujrzawszy zaś, jak z pomoczonego ubrania strzelca woda spływa na podłogę, zrzędził:
— Powiadacie, ze nie można się utopić? Jeżeli przyjdzie jeszcze dwóch takich gości, mamy powódź w pokoju.
Gerard zauważył kałużę dopiero teraz.
— Wybaczcie, sennor Pirnero. Nie mogłem przecież zostać na dworze.
— Któż tego żąda? Ale mogliście przyjść w suchem ubraniu. Czy nie macie żony, któraby o to dbała?
— Nie.
— Otóż to właśnie przyczyna złego! Dlatego niszczycie podłogę. Człowiek musi żyć w małżeństwie. Czy nie mam racji?
— Ależ owszem.
— Mówicie owszem? W takim razie jesteście mądrym człowiekiem, mimo żeście nie taki strzelec, jak Czarny Gerard. Chciałbym go kiedyś zobaczyć.
Strzelec uśmiechnął się i rzekł:
— Szkoda, że nie byliście przed kilkoma dniami w Chihuahua. Bawił tam Czarny Gerard.
— Nie opowiadajcie głupstw! Przecież miasto jest w rękach Francuzów.
— Właśnie z tego powodu był w mieście. Tak mi opowiadano.
— Cóż tam robił, hę?
— Chciał ich wyszpiegować.
— Wyszpiegować? Nonsens. Prędzej uwierzę, że Francuzi będą u nas szpiegowali, to bardziej do nich podobne.
Przy tych słowach Pirnero obrzucił gościa ponurem spojrzeniem. Gerard, nie zwracając na to uwagi, rzekł:
— A jednak był w mieście, ale go wzięli do niewoli.
— Do licha! Naprawdę?
— Tak — odparł Gerard, uśmiechając się.
Był zadowolony, że stary tak sympatyzuje z Czarnem Gerardem. Pirnero zauważył uśmiech i zapytał ponuro:
— Cieszycie się z tego powodu? Może sami jesteście Francuzem?
— Jestem Francuzem, ale nie zgadzam się na to, aby cesarz posyłał wojska do Meksyku.
— Co, jak? Nie zgadza się pan?
— Nie.
Stary zapomniał o swych zdolnościach dyplomatycznych, zerwał się z krzesła, podszedł do gościa i rzekł:
— Więc sądzicie, że w to uwierzę? Przypuszczam tylko jedno: — jesteście szpiegiem francuskim, który przybył, aby nas wybadać. Udajecie, że się wam nie podoba cesarz! Ale nie jestem takim głupcem, jak sądzicie. Wiem, co się święci, boście sami się zdradzili.
Rezedilla zbladła, ogarnął ją lęk. Gerard zaś rzekł spokojnie:
— W jakiż to sposób zdradziłem się?
— Daliście wyraz swej radości z tego powodu, że Czarny Gerard został przez Francuzów schwytany.
— Przecież sam się cieszył, że będzie miał okazję do zażartowania z nich. Uciekł z niewoli po kilku godzinach.
— Ach, co mówicie! Bądźcie tak łaskawi i opowiedzcie, jak to było.
— Jak najchętniej, sennor Pirnero.
Gerard opowiedział szczegółowo całą przygodę, nie dając jednak do poznania, że sam jest bohaterem. Ze zrozumiałych powodów pominął również wizytę u Emilji. Pirnero cały zamienił się w słuch.
— Tak! — zawołał wkońcu. — Nie uda się im schwytać Czarnego Gerarda — to djabeł w ludzkiem ciele! Więc to on opowiadał wam wszystko? Cieszycie się z tego powodu?
— Oczywiście. Pochodzę wprawdzie z Francji, lecz kocham Meksyk i pozostanę tutaj na zawsze. Dlatego nienawidzę Napoleona, który cały ten piękny kraj zalewa krwią; uczynię wszystko, co w mojej mocy, by się przyczynić do wyparcia Francuzów.
— Wy? — rzekł stary z akcentem niedowierzania. — Zostawcie te słowa! Przecież nie możecie nic uczynić. Gdybyście byli Czarnym Gerardem! Zawdzięczam mu wiele, oczyścił bowiem drogi z wszelkiego rodzaju hołoty. Nie wiecie, czy jest żonaty?
— O ile mi wiadomo, jest kawalerem.
— Hm, to mi się podoba, ale tak dłużej być nie może. Taki człowiek potrzebuje posażnej żony. Będzie miał wtedy dopiero własny dom, który mu się kiedyś przydać może. Nie wiecie przypadkiem, w jakiej okolicy najchętniej poluje?
— Wszędzie, gdzie jest tylko zwierzyna. Dowiedziałem się, że w najbliższej przyszłości będzie tu, nad rzeką.
Nad rzeką? Do djabła! W takim razie może nawet przybędzie do Guadelupy? To mnie cieszy niewymownie. Czy pija chętnie julep?
— Najwyżej szklaneczkę.
— To wszystko jedno. Kto chce się napić julepu w Guadelupie, ten musi zajść do mnie, przypuszczam więc, że go zobaczę.
— Jestem przekonany, że tu przyjdzie.
— Naprawdę? Słyszysz, Rezedillo?
Nie odpowiedziała. Żenowały ją roztrząsania ojca na tematy małżeńskie.
— Cóż, nie słyszysz? — zapytał stary gniewnie.
— Słyszę — odpowiedziała.
— Doskonale. Poznam go po strzelbie. Kolbę ma złotą — kraje ją, gdy ma coś do zapłacenia. To musi być dopiero strzelba! Z pewnością nie podobna do tego starego grata, który postawiliście przed chwilą. Powiedzcie mi, gdzie właściwie mieszkacie?
— Wszędzie i nigdzie.
— Nie macie więc stałego miejsca zamieszkania? Ale macie chyba jakiś dom, jakąś chałupę, w której mieszkacie zimą?
— Buduję ją tam, gdzie mnie zaskoczy śnieżyca. Zimą się poluje, wiosną garbuje skóry i niesie do miasta na sprzedaż.
— Wiem o tem dobrze, ale dziękuję za takie życie. Powinniście się ożenić, założyć ognisko domowe. Znajdziecie z pewnością jakąś Indjankę lub inną skromną, pracowitą dziewczynę, która zechce wyjść za was, skoro się dowie, że nie uznajecie Napoleona, mimo, że jesteście Francuzem. Bogatej żony nie znajdziecie, oczywiście. Nie macie przecież nawet porządnej kurtki. Gdzież zamierzacie dziś wobec tej ulewy nocować?
— Tutaj.
Stary skrzywił się i spojrzał na gościa podejrzliwie.
— U mnie? Hm, hm. Czy macie pieniądze? Pijecie zwykle tylko jedną szklankę julepu, co nie świadczy o godnem wyposażeniu.
— Ojcze! — odważyła się powiedzieć błagalnym tonem Rezedilla.
— Czego chcesz? — zapytał stary. — Tak, masz litościwe serce, ale ja muszę się upewnić. Ten sennor będzie tutaj mógł przenocować tylko wtedy, jeżeli zapłaci zgóry.
— Ileż mam zapłacić? — zapytał Gerard z uśmiechem.
Quartillo.
— Tylko tyle? — zapytał strzelec ze zdumieniem.
— Przecież będziecie spać na słomie.
— Dlaczego? Mogę zapłacić za łóżko.
— Niepodobna! Spójrzcie na wasze ubranie.
Rezedilla zaczerwieniła się po same uszy; nie miała jednak odwagi odezwać się choćby słowem.
— Dobrze — rzekł Gerard. — Oto quartillo za nocleg i tlaco[1] za julep. Jesteście zadowoleni, sennor Pirnero?
— Owszem.
— No, a teraz chciałbym się położyć, — rzekł Gerard.
— W biały dzień? Oszaleliście?
— Jestem zmęczony. Zrozumiecie chyba, że się to może zdarzyć strzelcowi.
— Oczywiście, o ile jest dobrym strzelcem! Cóżeście dziś upolowali?
— Jeszcze nic.
— Macie! Nie chcę was jednak zatrzymywać; śpijcie, jak długo wam się podoba. Rezedillo, zaprowadź sennora do vaquerów.
Do vaquerów! A więc ma spać w przybudówce? Strzelec pogodził się i z tem, choćby mu milej było po miesiącach tułaczki odpocząć choć raz w dobrem łóżku.
Rezedilla podeszła do drzwi i czekała na Gerarda. — Dobranoc, sennor Pirnero! — rzekł Gerard, biorąc do ręki strzelbę.
— Dobranoc, sennor! — odparł stary, poczem usiadł przy oknie, aby snuć dalej nudne wnioski na temat pogody.
Rezedilla rzekła za drzwiami do Gerarda:
— Niech pan wybaczy memu ojcu. To w gruncie rzeczy bardzo dobry człowiek.
— Nie mam mu nic do wybaczenia, sennorita. Może robić ze swemi gośćmi, co mu się podoba. I na słomie spać będę dobrze, przebyłem bowiem konno w przeciągu trzech dni trzysta leguas.
Rezedilla załamała ręce.
— Trzysta leguas! Czy to możliwe?
— Potrzebowałem na to ośmiu koni; nie odpoczywałem ani przez chwilę.
— To cud, że się pan trzyma na nogach. Chodźmy!
— Proszę zostać tutaj, sennorita. Deszcz leje, zmoknie pani. Sam znajdę vaquerów.
— Więc przypuszcza pan, że sennorowi naprawdę pozwolę spać na słomie w tem przemoczonem ubraniu? Nie, nigdy! Niech pan idzie za mną.
Poszła po schodach na górę. Otworzyła drzwi i wprowadiła Gerarda do pokoju, urządzonego niemal wytwornie.
— Ależ to nie może być przecież sypialnia dla przyjezdnych! — rzekł zdumiony.
— Właściwie ma pan rację — uśmiechnęła się z zadowoleniem. — Zwykle mieszkają tu krewni, gdy przyjeżdżają do nas w odwiedziny. Mieszkała tu również podczas ostatniej wizyty miła moja kuzynka Emma Arbellez z hacjendy del Erina. Nie wiem, co się z nią teraz dzieje, zginęła bez śladu. Niech sennor tymczasem usiądzie. Zje pan co?
— Nie, dziękuję; jestem przeraźliwie wyczerpany.
Rezedilla wyszła na chwilę. Gerard usiadł w swem zniszczonem, wilgotnem ubraniu na jednym z foteli. Minęło kilka minut. Zmęczenie zamknęło mu powieki. Rezedilla zastała trappera pogrążonego we śnie. Umieściła na stole świecznik, nalała do miednicy wody i zaczęła przyglądać się Gerardowi z uczuciem litości.
— Biedak! — wyszeptała. — Jaki musiał być zmęczony, jeżeli usnął tak prędko. Ale oto jego strzelba; muszę się przekonać, czy moje przypuszczenia były słuszne.
Chciała strzelbę podnieść, lecz zbrakło jej sił broń była bowiem niezwykle ciężka. Zaczęła dokładnie przyglądać się kolbie. Po chwili wzrok jej padł na miejsce, które sierżant wykroił scyzorykiem.
— Złoto, prawdziwe złoto! — wyszeptała. — A więc to on! Przeczucia mnie nie omyliły. Jakże się cieszę! Ponieważ jednak nie chce o tem mówić, będę milczeć i udawać, iż o niczem nie wiem.
Odstawiła strzelbę, poczem dotknęła lekko śpiąceqo, aby go obudzić.
— Rezedillo! — wyszeptał we śnie.
Oblała się rumieńcem. Po chwili dotknęła go nieco mocniej. Obudził się ze słowami:
— Wybaczcie, sennorita, że zasnąłem.
— Niech mnie pan nie prosi o przebaczenie. Życzę dobrej nocy i spoczynku. Dobranoc, sennor Gerard!
— Dobranoc, sennorita!
Troskliwość Rezedilli była dla niego balsamem. Choć zmęczony ogromnie, leżał jeszcze przez chwilę z zamkniętemi oczami bez snu. Wreszcie usnął.
Rezedilla usiadła na dole wraz z ojcem, obserwującym, jak zwykle, stan pogody. Myślała o tym, który spał na górze, o jego strzelbie i o odkryciu, które zrobiła. Z zadumy wyrwały ją słowa ojca:
— Przeklęta pogoda!
Nie odpowiadała, ciągnął więc dalej:
— Słyszałaś, co powiedziałem?
— Tak — odparła.
— Czy nie mam racji?
— Owszem, drogi ojcze.
— No więc! Na dworze podle tu w pokoju nie lepiej.
— Jakto?
— Pytasz — jakto? — rzekł z niechęcią. — Świat się kończy! Cóż widać przez okno, hę? A w pokoju? Ciebie, ciebie i tylko ciebie, oczywiście oprócz krzeseł, ławek, szklanek i flaszek.
— Dobrze, a co chciałbyś zobaczyć?
Pytanie rzucone zostało bardzo nieostrożnie; stary czatował tylko na to, jakby przejść na ulubiony temat. Palnął więc prosto z mostu:
— Co chciałbym zobaczyć? Do stu djabłów, naturalnie, że zięcia! Zięcia mi brak, zięcia! Nie rozumiesz tego?
— Czy naprawdę jest dla ciebie tak nieodzowny? — zapytała z uśmiechem.
— A dla ciebie?
— Dla mnie? — rzekła, śmiejąc się na całe gardło. — Przecież musiałabym mieć przedtem córkę.
— Głupia jesteś! Kpisz sobie ze mnie, co? Nie doprowadzaj mnie do pasji! Siedzę tu, patrzę na podłą pogodę, albo na stare ławki i stoły, i co mam z tego? Nic. literalnie nic. Gdybym natomiast miał zięcia, mógłbym rozmawiać z nim, moglibyśmy opowiadać sobie anegdotki, albo też, gdybym był w złym humorze, mógłbym swobodnie wylewać na niego żółć.
— O ileby się na to zgodził!
— Dlaczegóżby nie? Pocóż się ma zięcia, jeżeli nie poto, aby łatał dziury w dachu, i był piorunochronem na wypadek złego humoru? Jeżeli w przyszłości nie postarasz się sama o męża, ja się tem zajmę. Będziesz musiała wyjść zamąż i kwita! Wiesz, kto nim będzie? No zgadnij!
— Któż to może zgadnąć? Powiedz sam!
— Któżby to był inny, jeżeli nie Czarny Gerard?
— Czarny Gerard? — zapytała wolno, z dziwnym akcentem.
— Tak, on. To dzielny chłop! Takiego zięcia chciałbym mieć!
— A jeżeli ci się nie spodoba?
— On będzie mi się zapewne podobał! Pomyśl tylko o jego złotej strzelbie.
— To drobiazg. Cóżbyś powiedział, gdyby wyglądał jak, jak...
— No, jak?
— Jak ten strzelec, którego przed chwilą zaprowadziłam na spoczynek.
— Dziewczyno, porzuć głupie żarty! Czarny Gerard wygląda inaczej. A o tamtym nie wspominaj mi nawet! Czy upolował co kiedykolwiek? Czy potrafi co wypić? Teraz leży na słomie i śpi cały dzień. O nie! Czarny Gerard wygląda z pewnością inaczej. Wyobrażam sobie... Ale, ale ktoś nadchodzi.
Przed drzwiami zatrzymał się jakiś jeździec. Stary przyjrzał mu się, zanim ten jeszcze zsiadł z konia; podniósłszy brwi, rzekł do córki:
— Czy wiesz, co to jest psychologia?
— Tak; nauka o duszy.
— Doskonale! Otóż jestem psychologiem, znawcą łudzi. Popatrz na tego konia. Co o nim możesz powiedzieć?
— Niezwykle chudy.
— A jeździec?
— Jeszcze chudszy i bardzo niski.
— A jego ubiór?
— Cały w łachmanach.
— A broń?
— Stara i nieczyszczona.
— To wystarczy psychologowi. Ten człowiek ma chudego konia — dowód, że jest skąpy; postrzępiony ubiór i zły stan broni wskazują, że to nicpoń. Wypije prawdo podobnie jedną szklankę julepu, tak samo jak tamten śpioch. Na takich gościach mi nie zależy.
— Prowadzi konia do stajni; zapewne więc zechce tutaj pozostać.
— Będzie to zależało od tego, czy zapłaci. Nie w ciemię bito nas, mieszkańców Pirny. To się zaraz okaże.
Po kilku minutach nieznajomy wszedł. Wyglądał tak niepokaźnie, że w człowieku, nie znającym stosunków sawany, mógłby wzbudzić podejrzenia. Łamaną hiszpańszczyzną wykrztusił kilka słów powitania, usiadł i, odłożywszy strzelbę i nóż, zapytał:
— To fort Guadelupa, nieprawdaż?
— Tak — odparł zwięźle gospodarz.
— Pan jest zapewne sennorem Pirnero?
— Tak.
— Czy mogę dostać szklankę julepu?
— Owszem.
— Więc proszę.
— Dobrze, ale tylko jedną szklankę.
— Dlaczego tylko jedną?
— To już moja sprawa.
Po tych słowach gospodarz spojrzał bardzo wymownie na przyodziewek gościa i leniwie podniósł się, aby przynieść szklankę julepu. Nieznajomy pochwycił to spojrzenie; tłumiąc śmiech, wzruszył ramionami i w milczeniu wychylił swój julep.
Pirnero usiadł znowu przy oknie. Gość i Rezedilla milczeli. Starego wyprowadziło to z równowagi. Po chwili rzekł:
— Podła pogoda!
Ponieważ nikt nie odpowiedział, zwrócił się do gościa ze słowami:
— No?
— Cóż takiego? — zapytał nieznajomy.
— Podła pogoda!
— Ależ przeciwnie, ładna! — rzekł z uśmiechem niepozorny przybysz.
Gospodarz obruszył się. Miał wrażenie, że gość kpi z niego.
— Jak pan to rozumie?
— Tak, jak powiedziałem, — brzmiała odpowiedź. — Ładna pogoda.
— Chce mnie pan doprowadzić do pasji?
— Ani mi się śni.
— Nie wiem nawet, czy pan potrafiłby mnie rozgniewać.
— Dlaczego to?
— Z najrozmaitszych przyczyn. Przedewszystkiem dosiadacie okropnego chabeta.
— Doskonale. I cóż dalej?
— Przyodziewek pod psem.
— Coraz lepiej. Dalej?
— Broń wasza nie warta funta kłaków.
— Skąd ta pewność?
— Widać odrazu, nie trzeba być na to psychologiem, ani wybitnym dyplomatą.
Przybysz dobrotliwie kiwnął głową i rzekł:
— Poznaję dokładnie, że jestem u sennora Pirnero.
— Jakto? — odparł gospodarz zdziwiony.
— Poznaję, że prawdę mi o panu opowiadano.
— Jaka prawda? Do djabła, cóż o mnie opowiadano?
— Że jesteście poczciwym człowiekiem.
— No, co to, to prawda! Dalej!
— Opowiadano, że ciągle siedzicie przy oknie.
— I to prawda. Dalej!
— Że obserwujecie stan pogody.
— Słusznie. Dalej!
— Że zaczynacie każdą rozmowę, od pogody.
— Naprawdę? Tego nie zauważyłem. Dalej!
— Że mówicie chętnie o żeniaczce i zięciu.
Gospodarz spojrzał badawczo na nieznajomego. Nie wiedział, czy się ma gniewać, czy weselić.
— Kto wam to opowiedział?
— Koledzy. Ale dajcież mi jeszcze szklaneczkę julepu, sennor.
Opróżnił szklankę i postawił przed gospodarzem. Pirnero zlustrował małego jeszcze raz i rzekł:
— Nie dam więcej. Zapłaćcie za pierwszą szklankę.
— Ach, więc uważacie mnie za włóczęgę, który nie ma czem zapłacić, — roześmiał się gość. — Zgoda, przekonacie się zaraz!
Po tych słowach wyciągnął z kieszeni skórzany woreczek i otworzył.
— Oto zapłata!
Wyjął nugget — wielkości orzecha laskowego i pokazał gospodarzowi.
Pirnero wziął złoto, nie kryjąc zadowolenia; obejrzał ze wszystkich stron, odważył ręką i rzekł wkońcu:
— Ależ to złoto, szczere złoto! Do licha, cy macie tego dużo?
— Sporą ilość pełnych worków.
— Skądże?
— Odkryłem żyłę złota.
— Gdzie?
— O, to już moja sprawa, sennor Pirnero, — rzekł gość, uśmiechając się.
— Ten nugget, któryście mi wręczyli, jest między przyjaciółmi wart najwyżej dwadzieścia dolarów.
— Trzydzieści.
— Czy mam zważyć i zmienić?
— Oczywiście.
Gospodarz wstał i po chwili przyniósł wagę. Po targach zgodzili się wreszcie na sumę dwudziestu pięciu dolarów, którą Pirnero natychmiast wypłacił.
— A więc jeszcze jeden julep? — zapytał usłużnie. — Już niosę!
Pod wpływem nuggetu autorytet gościa urósł w oczach Pirnera niezwykle szybko; obsługiwał nieznajomego uprzejmie i gorliwie. Po chwili usiadł znowu przy oknie. Ubolewał bardzo nad poprzedniem zachowaniem się i zaczął przemyśliwać nad tem, w jaki sposób swój błąd załagodzić. W pierwszej chwili nic mu nie wpadło do głowy. Rozpoczął więc stereotypowem powiedzeniem:
— Podła pogoda!
— Hm — mruknął gość.
— Ma jednak i dobrą stronę.
— Słusznie. Zwłaszcza dla mnie, bo przybywam aż z Llano estacado.
Gospodarz zerwał się na równe nogi, popatrzył na nieznajomego z podziwem i rzekł:
— Naprawdę?
— Tak. Kiedy się człowiek całemi dniami skwarzy w tej piekielnej spiekocie, deszcz przynosi prawdziwe orzeźwienie.
— Tak, bezwątpienia, — potwierdził gorliwie gospodarz. — Niech mi pan powie, sennor, czy przybywasz sam?
— Sam.
— Czy być może? Na to odważyłby się chyba niezwykły śmiałek.
— Nie zbrakło mi odwagi. Przecież widzicie, że jestem sam jeden.
— Oczywiście. Myślałem jednak...
— O czem pan myślał, sennor Pirnero?
Zapytany popatrzył badawczo na gościa i rzekł po dłuższym namyśle:
— Czy wie sennor, co to jest polityka i dyplomacja?
— Owszem.
— W takim razie wie pan również, że człowiek, posiadający zdolności polityczne i dyplomatyczne, niezawsze wszystko wypowiedzieć może.
— Racja! Ach, sennor, czyżby pan zdolności te posiadał.
— Przypuszczam! Wiadomo sennorowi, skąd pochodzę?
— Nie.
— A więc dowie się sennor, że pochodzę z Pirny.
— Z Pirny? — spytał gość, zaskoczony. — Z Pirny pod Dreznem?
— Zna pan moje strony ojczyste?
— Do stu piorunów, oczywiście! Pochodzę również z Niemiec.
— Z Niemiec? — zawołał Pirnero ucieszony. — Z jakiej prowincji?
— Z Bawarji.
— Święty Pafnucy! Naprawdę?
— Ależ tak. Pracowałem w Dreznie, w browarze. Później wziął mnie na służbę pewien Amerykanin, który chciał produkować w St. Louis niemieckie piwo. Interes skończył się generalną klapą. Ruszyłem więc do Stanów Zachodnich i tu zostałem, sam nie wiem jak, poszukiwaczem złota i strzelcem.
— Ho, ho, to mi się podoba. Prawdziwa to przyjemność pomówić z rodakiem o rodzinnem mieście. Niech sobie deszcz leje jak z cebra, nic sobie z tego nie robię! Rezedillo, przynieś wina — dziś wielkie święto dla — mnie! Jesteś pan moim gościem; nie chcę waszych pieniędzy. Czy żyją pańscy rodzice lub jacy krewni?
— Tylko brat.
— Jak się pan nazywa?
— Andrzej Straubenberqer.
— Czy brat pański przebywa również w Ameryce?
— Nie; już oddawna nie mam o nim wiadomości. Zapewne nie wie wcale, gdzie przebywam, nie zawiadamiałem go bowiem listownie, gdyż jestem wrogiem kałamarza. Chciałem zbogacić się jako poszukiwacz złota i sprawić mu później niespodziankę. Mieszka niedaleko Moguncji.
— Czy również pracował w browarze?
— Nie. Jest pomocnikiem leśniczego, niejakiego kapitana von Rodensteina, na zamku Reinswalden.
— Dobrze, niech sobie pomaga leśniczemu! Pomówmy o naszych sprawach. Przedewszystkiem musi mi pan szczerze odpowiedzieć na jedno pytanie. Mimo podłego przyodziewku wygląda sennor niebylejako. Ile pan ma lat?
— Trzydzieści sześć.
— Hm. Czy ma pan żonę?
— Aha! — uśmiechnął się strzelec. — Wylazło szydło z worka! Nie, dotychczas, chwała Bogu, nie postarałem się o żonę.
— Do licha! A mieszkanie ma pan?
— Nie.
— Rozumie się pan na pędzeniu wódki piwa?
— Przecież pracowałem po browarach.
— Warzyć piwo umie pan?
— Naturalnie.
— Do stu piorunów! Jeżeli rozumie się pan na tem wszystkiem, poco biegać tak samotnie po świecie? Ma sennor dosyć pieniędzy, aby gdzieś osiąść; z pewnością niejeden teść przyjąłby pana z otwartemi ramionami.
— Dziękuję. Mam inne obowiązki.
— Cóż to za obowiązki?
Straubenberger uśmiechnął się i zapytał tajemniczo:
— Czy wie sennor, co to jest dyplomata, polityk? Jeśli tak, to wie pan również, że człowiek o talencie dyplomatycznym i politycznym niezawsze wszystko wyłoży. Mogę to tylko powiedzieć sennorowi, że przybyłem tutaj, aby kogoś odszukać.
— Odszukać? Kogóż to?
— Hm. Czy zna pan Czarnego Gerarda?
— Osobiście nie, ale słyszałem, ze wkrótce przybędzie do Guadelupy.
— To doskonale! Byłem pewien, że go zastanę u sennora.
— Zna go pan osobiście?
— Nie.
— W takim razie powiem panu, że w tych dniach znowu dokazał przedniej sztuczki. Był konno w Chihuahua.
— Ależ tam są teraz podobno Francuzi!.
— To prawda. Wzięli go nawet do niewoli.
Straubenberger zawołał z przerażeniem:
— A więc go nie spotkam tutaj! W takim razie zaraz powracam.
— Dokąd? — odparł niemniej przerażony gospodarz.
— Dalej na północ. Muszę zameldować, że Francuzi wzięli do niewoli Czarnego Gerarda:
— Komu chce pan to zameldować?
— To moja sprawa.
— Do licha; jest pan naprawdę dobrym dyplomatą! Ale wracać już niema poco. Czarny Gerard jest wolny. Uciekł Francuzom.
— Naprawdę? — zapytał strzelec z uczuciem ulgi. — Pewien pen tego?
— Powiedział mi to strzelec, który śpi teraz na sianie.
— Cóż to za strzelec?
— Nie wiem; w każdym razie figura to niepokaźna. Nie ma pieniędzy, ubrany nędznie, a za strzelbę jego nie dałbym nawet dwudziestu pięciu centów.
— Taka strzelba bywa czasami lepsza od najdroższej. A co się tyczy ubioru i wyglądu zewnętrznego, to mógł się sennor przekonać na mnie, jak niebezpiecznie jest oceniać westmana po oznakach zewnętrznych. Słońce dawno spaliło ubranie i buty, łachmany zwisają mi z ciała, koń, jakeście to sami powiedzieli, wygląda jak chabet, a strzelba podobna jest do starego obucha, jaki używa stróż nocny. Pomimo to mam przy sobie sześć worków nuggetów, nie mówiąc o pieniądzach, które leżą w Nowym Yorku. Sprzedałem złoto, wydobyte w kopalniach; sumę, uzyskaną za nie, przekazałem do Nowego Yorku, gdzie każdej chwili czeka na moją dyspozycję. — Czy mogę pomówić ze strzelcem, o którym pan wspomniał?
— Śpi teraz. Odłóż to pan do rana.
— Dobrze. Zostaję więc tutaj.
— To cudownie, sennor! Jesteś pan moim gościem. Nie chcę pieniędzy; rozmowa o Saksonji będzie dla mnie prawdziwą przyjemnością. A więc był pan w Dreznie?
— Tak.
— I w Pirnie?
— Kilka razy.
— W takim razie wie pan, że Elba płynie od nas ku Dreznu, co?
— Oczywiście.
— Przodkowie moi byli w Pirnie wybitnymi ludźmi. Ojca miałem kominiarza.
— Aha!
— Dziwi się pan i słusznie. Kominiarz to symbol dążenia ku wyżynom. Kominiarz oczyszcza miasto z groźnych elementów i ochrania ludzkość przed wpływem sadzy. A zgadnij pan, czem był mój dziadek?
— Czy nie zechciałby mi pan sam to powiedzieć?
— Ależ z ochotą. Chodzi tu o chrzan. Zdumiewam pana, co? Chrzan to znowu symbol pikanterji. Dodaje się go do kiełbasy, kotletów wieprzowych; gdy się go pociera, łzy stają w oczach. Jest w tem coś tragicznego, coś, co przypomina Schillera, Goethego i Heinego, i dlatego dziadek mój był równocześnie krzewicielem pikanterji i tragizmu. Mogę być dumny z mych przodków. Starałem się też wszystkie zalety rodu przelać na córkę. Jeżeli jest pan amatorem chrzanu, ugoszczę pana wieczorem.
— Świetnie!
— Pozna pan przy tej okazji kuchnię moją i córkę. Gdybym miał zięcia, byłby z jednej i drugiej bardzo zadowolony.
Tak gawędzili aż do kolacji. Straubenberger miał więc dosyć czasu, aby bliżej poznać gospodarza. Rezedilla trzymała się na uboczu Myśli jej krążyły ciągle dokoła śpiącego Gerarda, który był bliższy jej sercu, aniżeli kominiarze i handlarze chrzanem całego świata. Poszła więc po kolacji spać, zostawiając mężczyzn, pochłoniętych rozmową. — —
Gerard wszedł na drugi dzień do gospody wczesnym rankiem. Usłyszawszy kroki, Rezedilla pośpieszyła aby go powitać.
— Dobrzeście spali, sennor? — zapytała.
— Lepiej, niż dobrze, sennorita, — rzekł, opierając strzelbę o stół.
— Nie jadł pan nic. Czy przynieść czekoladę?
— Bardzo proszę.
Wyszła. Gerard usiadł przy stole. Po krótkiej chwili wszedł Pirnero i mruknął:
— Dzieńdobry.
— Dzieńdobry — odparł Gerard.
— Wyspany?
— Tak.
— Wyobrażam sobie. Nigdy w życiu nie spotkałem takiego śpiocha. Powiedzcie mi, czy w sawanie też śpicie tak długo?
— Może.
— W takim razie nic dziwnego, że nie przynosicie ze sobą nawet odoru zwierzyny. Dobry dyplomata pozna z pierwszego rzutu oka, że nie bawoły strzelacie, a bąki.
Jak wielu ludziom, sennorowi Pirnerowi humor z rana nie dopisywał, co też skrupiło się dziś na Gerardzie. Ale Gerard niewiele o to dbał. Gospodarz usiadł przy stole i zaczął, zwyczajem swoim, wyglądać przez okno. Deszcz padał jeszcze ciągle, choć już nie tak ulewny, jak w nocy. Po chwili Pirnero rzekł ponurym tonem:
— Podła pogoda!
Gerard nie odpowiedział.
— Prawie taka sama, jak wczoraj.
Gdy i teraz Gerard nie odpowiedział, odwrócił sił gospodarz i zawołał:
— No?
— O cóż chodzi?
— Okropna pogoda, prawie taka sama. jak wczoraj.
— To prawda.
— Nie przypuszczam, by przybył w taką pogodę.
— Kto?
— Kto? Co za pytanie! Oczywiście, Czarny Gerard. O kimże innym miałbym mówić?
— O, ten sobie niewiele robi z pogody. Jeżeli będzie miał ochotę, zjawi się na pewno.
— Tak sądzicie? Trzeba wam wiedzieć, że go tutaj oczekujemy. Gdyście wczoraj poszli spać, zjawił się jakiś strzelec, który go szuka.
— Skąd przybył ten strzelec?
— Z Llano estacado. Jesteście zdziwieni, prawda? Tak. Nie potrafilibyście przejechać konno takiego świata, mimo, żeście trzy razy silniejsi i wyżsi od niego. Co to za człowiek! Kieszenie ma wypchane nuggetami.
— Naprawdę? Skądże pochodzi? Czy to Yankes?
— Nie; to Niemiec.
— Jak się nazywa?
— Andrzej Straubenberger.
— Nie znam tego nazwiska.
— Przypuszczam. Ale, ale, — właśnie nadchodzi!
Straubenberger wszedł. Przywitawszy się, spojrzał na Gerarda, usiadł przy stole obok niego i zapytał:
— Czy wyście ten sennor, który spał od wczorajszego popołudnia?
— Tak — odparł zapytany.
— To rozumiem, to się nazywa sen! Byliście zapewne bardzo zmęczeni?
— O tak.
— Czy długo macie zamiar tu pozostać?
— Może parę godzin.
— Dokąd chcecie udać się potem?
— W góry.
— Do djabła! Uważajcie — podobno pełno tam czerwonych.
— To mnie nic nie obchodzi.
— Nie bądźcie lekkomyślni, sennor. Gdy na was napadną, będziecie inaczej śpiewać. Ale jeżeli mimo to ryzykujecie, miałbym do was prośbę. Czy znacie Czarnego Gerarda?
— Mówią o nim wiele.
— Postarajcie się dowiedzieć, gdzie przebywa, jeżeli go przypadkiem spotkacie, powiedzcie mu, że jest tu ktoś, kto na niego czeka.
— A gdy zapyta kto taki?
— Powiedzcie, że to mały André.
— Do licha! Wyście tym małym André?
— Tak. Właściwie nazywam się Andrzej Straubenberger. Francuscy strzelcy zrobili z Andrzeja — André, a ponieważ nie jestem olbrzymem, nazywają mnie małym André. To mój przydomek z sawany.
— Znam go; wiem, że jesteście dzielnym strzelcem. Zresztą od biedy możemy mówić po niemiecku.
— Czy rozumiecie po niemiecku?
— Trochę, chociaż jestem Francuzem.
— Wasze nazwisko?
— Mason.
Gospodarz przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu. Po chwili rzekł:
— Jakto? Rozumiecie po niemiecku?
— Tak.
— W takim razie nie jesteście tak niepokaźną figurą, jak przypuszczałem.
Mały André uśmiechnął się i rzekł:
— Może dojdzie pan jeszcze do przekonania, że byłby z niego świetny materjał na zięcia?
Gospodarz się oburzył.
— On moim zięciem? Człowiek, który zamawia jeden julep miałby być mężem mojej córki? Człowiek, który nie ma nawet całej bluzy, śmiałby wedrzeć się do naszej rodziny? Niedoczekanie! Przypatrzcie mu się — wygląd ma godny politowania. Potrącę go tylko, a zwali się z nóg. Nie; nic z tego nie będzie!
Zaczął biegać po pokoju, stanął przed Gerardem zapytał z niedowierzaniem:
— Sennor, podnosicie oko na moją córkę?
— Ależ nie jedno tylko — odparł Gerard ze spokojem.
— Więc zabierajcie swój grat, który nazywacie strzelbą, i jazda stąd! Jeżeli jeszcze raz pokażecie mi się na oczy, oskalpuję was, jak Indjanin! Zrozumiano?
— Dobrze — odparł Gerard. — Będę posłuszny, sennor Pirnero. Ale przecież tak, jak tu stoję, nie wyrzucicie mnie chyba.
Gerard wskazał ręką na swoją odzież.
— Jak to rozumiecie? — zapytał stary, zdziwiony.
— Mówię o ubraniu. Przy podłej pogodzie jeszcze z tem pół biedy. Ale gdy słońce zaświeci, nie ujdzie uwagi, jak bardzo zniszczona jest moja bluza. Czy w sklepie nie znajdzie się dla mnie przyodziewek?
Stary zmarszczył brwi i zapytał:
— Sennor, chcecie żebrać? Pieniędzy przecież nie macie.
— Kto to powiedział? Uzbierałem sobie trochę grosza; przypuszczam, że wystarczy na ubranie.
— Może na wełniane spodnie i wełnianą. bluzę wystarczy. Mam jednak tylko jedno ubranie na waszą miarę, i to bardzo drogie.
— Z czegóż się składa?
— Z prawdziwie indjańsklch mokassynów, spodni ze skóry jeleniej, z takiej samej białej, garbowanej koszuli i z kurtki skórzanej. Do tego kapelusz z przystrzyżonego futerka bobrowego i pasek.
— Hm, ślinka idzie mi do ust.
— Niech idzie choćby przez dziesięć lat, ale ubrania nie dostaniecie, bo nie będziecie mieli czem zapłacić.
— Hm. Ale obejrzeć je chyba mogę?
— Obejrzeć? No, na tem nic nie stracę. Może polecicie je komuś. Pokażę.
— Chodźmy do składu.
— Do składu? O nie! — odparł prędko stary. — Kto pije tylko jeden julep i smali cholewki do mojej córki, ten nie ma wstępu do składu. Sam przyniosę ubranie. Siedźcie tutaj, dopóki was nie wyrzucę!
Odszedł.
Po jakimś czasie wrócił i rozłożył ubranie na stole. Obydwaj strzelcy oglądali je z upodobaniem.
— Do djabła! — rzekł wreszcie mały. — Trudno o lepszą robotę. Gdybym miał wasz wzrost, sennor, kupiłbym to ubranie natychmiast, — zwrócił si do Gerarda.
Pirnero zawołał:
— Ten-by kupił!
— Ale niech je ubierze przynajmniej; chcę zobaczyć, jak będzie na nim leżało, — poprosił mały.
— Nic nie mam przeciw temu — odparł gospodarz. — Sam jestem ciekaw, jak będzie wyglądać. Taka sposobność nie prędko się trafi. — Zwracając się do Gerarda. rzekł: — Przejdźcie tam za szafę i włóżcie na siebie ubranie; ale nie na dłużej, niż dwie minuty.
Gerard uśmiechnął się i ukrył za szafą. Zmieniwszy odzież, wyszedł na środek pokoju; obydwaj mężczyźni zdumieli się, mieli bowiem wrażenie, że stoi przed nimi inny człowiek.
— Do djabła! — rzekł mały. — Czy to jakieś czary?
— Toż dopiero widać, że suknia zdobi człowieka, — zawołał Pirnero. — Wygląda teraz, jak prawdziwy myśliwiec. Ubranie leży jak ulane.
Zaczął obracać Gerardem na wszystkie strony; wkońcu rzekł:
— No, dosyć tego! Przebierzcie się i zgińcie mi z oczu. Wiem już, jakiby z was można zrobić użytek.
— Jakiż to? — zapytał Gerard.
— Bylibyście dobrym manekinem.
— Dziękuję! Więc uważacie, sennor, że ubranie dobrze leży?
— Świetnie. Ale to się wam na nic nie zda!
— Mogę się chyba dowiedzieć o cenę?
— Owszem. To najlepsze i najdroższe ubranie. Kosztuje osiemdziesiąt dolarów.
— Tylko tyle?
— Czy pomieszało wam rozum? Myślałem, że osiemdziesiąt dolarów wystarczy. Rozbierajcie się!
— Ani mi się śni, sennor Pirnero. Podoba mi się, to ubranie. Zatrzymuję je.
— Nie zawracajcie głowy! — zawołał groźnie stary. — Zdejmować! Bez pieniędzy stary Pirnero ubrań nie sprzedaje.
— Któż to powiedział, że nie mogę zapłacić?
— Skąd weźmiecie tyle pieniędzy?
— Zaczekajcie chwilę. Osiemdziesiąt dolarów? Czy macie wagę pod ręką?
— Pocóż mi waga? Czy macie nuggety?
— Cierpliwości.
— Dobrze, idę po wagę! Sennor André, pan mi odpowiada za tego jegomościa w razie, gdyby uciekł!
— Może pan być zupełnie spokojny, sennor, — odparł mały z powagą. — Gdyby chciał wymknąć się z pokoju, zanim pan wróci, wpakuję mu kulę w łeb.
Pokrzepiony temi słowami, stary ruszył po wagę. Rezedilla, która słyszała z kuchni całą rozmowę, zjawiła się, aby być świadkiem zwycięstwa Gerarda.
Jakże inaczej wyglądał teraz, aniżeli wczoraj!
Pirnero wrócił.
— Gdzież są nuggety? — zapytał szyderczo.
— To nie nuggety.
— A cóż?
— Zobaczycie zaraz.
Gerard wyjął nóż, sięgnął po strzelbę, położył ją na stole i kilkakrotnie ciął nożem w kolbę. Opadł z niej spory kawał złota.
— Do djabła — zawołał stary.
— Do tysiąca djabłów! — krzyknął mały. — Kimże jesteście, sennor?
— Nabywcą tego ubrania — odparł ze spokojem zapytany i uderzył jeszcze kilka razy w kolbę.
Pirnero zdrętwiał.
— No i cóż, sennor? — zapytał Gerard. — Czy uważacie jeszcze moją strzelbę za stary, podły grat?
André ujął trappera za ramię i zawołał:
— Panie, wyście Czarny Gerard! Niech mnie djabli porwą, jeżeli to nie prawda.
— Zgadliście — rzekł potężny strzelec.
— Ale dlaczego ukrywaliście to przedtem?
— Bawiła mnie ta maskarada.
Pirnero chwycił się za głowę i biadał:
— Jestem osioł, patentowany osioł!
— Miałem wrażenie, że jesteście wielkim dyplomatą, — rzekł Gerard z uśmiechem.
— Ciołek jestem, a nie polityk, — odparł stary. — Ale naprawię mój błąd.
Po tych słowach wziął córkę za rękę i chciał ją przyciągnąć do siebie, ale Rezedilla opierała się.
— Oto jest, sennor! — zawołał Pirnero. — Bądźcie mym zięciem!
Rezedilla zaczerwieniła się po uszy. Gerard zauważył to i rzekł:
— Sennor Pirnero, nie popełniajcie drugiego błędu. Sennorita ma prawo wybrać sobie tego, kto jej się podoba.
— Dlaczegóż nie powiedzieliście odrazu, kim jesteście? — zapytał stary zakłopotany.
— Nie chciałem, by wiedziano, że Czarny Gerard oczekuje tutaj kogoś.
— Czy ten ktoś, to ja? — zapytał mały.
— Prawdopodobnie.
— W takim razie, oświadczam, że...
— Ani słowa więcej! — rzekł Gerard, wskazując wzrokiem na Pirnera. — Pomówimy o tem później. Czy mam się wynosić, sennor Pirnero?
— Na miłość Boską, nie!
— I będę mógł powrócić? Mieliście mnie przecież oskalpować, gdybym się na to poważył.
— Ach, sennor, to był tylko żart. Wszyscy mieszkańcy Pirny chętnie żartują.
— No dobrze. Odważcie złoto i dajcie mi resztę, bo warte jest więcej, niż osiemdziesiąt dolarów.
Stary spełnił życzenie Gerarda, poczem odniósł wagę zpowrotem. Zaczął biegać po całym domu, aby zawiadomić służbę, że obcy przybysz-włóczęga jest prawą ręką prezydenta Juareza.
Tymczasem mały André zwrócił się do Gerarda:
— Dlaczego miałem milczeć, sennor?
Gerard usiadł naprzeciw i odparł:
— Przedewszystkiem, oto moja ręka. Jesteśmy strzelcami i słyszeliśmy nawzajem o sobie. Nie prawmy sobie komplementów, nie tytułujmy się; mówmy peprostu: ty. Topp?
Topp! — odparł tamten, wyciągając rękę.
— Doskonale. Powinieneś pamiętać o tem, że wobec Pirnera najlepiej zachować milczenie. To gaduła. Nie można mu powierzyć tajemnicy.
— To mi bardzo nie na rękę. Wiesz chyba, poco tu przybyłem?
— Oczekuję wieści od generała Hannerta. Czy ty je przynosisz?
— Tak — odparł tamten.
— Masz pieniądze dla Juareza?
— Tak; kilka miljonów.
— Wiem o tem od Juareza. Polecił mi odszukać ciebie i oddać się do waszej dyspozycji.
— Generał powiedział mi również, że cię tutaj spotkam. Czekam na twoje rozkazy.
— Ilu was jest?
— Sześćdziesięciu. Czterdziestu Amerykan i dwudziestu dzielnych westmanów.
— Jak przetransportowaliście pieniądze?
— Na mułach. Są bardzo wyczerpane.
— To niedobrze. Musimy się postarać o wypoczęte.
Ile mułów potrzeba?
— Pięćdziesiąt, drogi Gerardzie.
— Postaram się o nie jeszcze dzisiaj. Sprawę przedarcia się oddziału do prezydenta mnie pozostawcie.
— Generał uważa, że najlepiej będzie umieścić pieniądze w Guadelupie, gdzie Juarez je odbierze.
— Byłem tego samego zdania. Ale zaszły pewne zmiany, które wymagają modyfikacji poprzedniego planu. W najbliższych dniach należy się spodziewać wizyty Francuzów w Guadelupie.
— Do licha! W takim razie niebezpieczne to miejsce dla przechowywania pieniędzy.
— No, tak źle nie jest. Nie jesteśmy znowu tak bardzo nieprzygotowani na tę wizytę; Francuzi niejedną kroplę krwi przeleją. Mam do dyspozycji pięciuset Apaczów; z ich pomocą spodziewam się odeprzeć Francuzów.
Mały André rzekł z zapałem:
— A my? Czy nie możesz nas poprowadzić?
— Niestety, nie powinniście się zatrzymywać. Juarez potrzebuje pieniędzy. Zresztą, wmięszanie się obcych wojsk mogłoby doprowadzić do dyplomatycznych zawikłań, których i tak mamy dosyć. Udacie się wprost do Juareza. Droga prowadzi wprawdzie pośród Komanczów, ale niema obawy; będzie wam bowiem towarzyszyć moich pięciuset Apaczów.
— Naprawdę? To świetnie! Ale gdzie twoi Apacze przyłączą się do nas?
— Omówię to dziś w południe ze swoim przyjacielem Niedźwiedziem Okiem. Mam się z nim spotkać w górach Tamises. Jeżeli chcesz się udać wraz ze mną, przygotuj się do jazdy. Za pół godziny wyruszę. —
Wkrótce potem opuścił Gerard pokój, aby ruszyć w góry. W korytarzu czekała na niego Rezedilla.
— Sennor, więc znowu odjeżdżacie? Przecież przybyliście dopiero wczoraj.
— Muszę — odpowiedział z uśmiechem. — Pani ojciec wskazał mi przecież drzwi.
— Ach, niech pan tego nie bierze na serio, nie miał pojęcia, że pan jest Czarnym Gerardem. Teraz w ogieńby dla pana skoczył!
— Czy gniewa się pani, że zataiłem przed nią swe nazwisko?
— Skądże znowu, sennor! Widocznie miał pan po temu powody; zresztą już wczoraj wiedziałam, kim pan jest.
Gerard spojrzał na nią ze zdumieniem.
— Skąd?
— Czy nie pamiętasz pan, żeś zasnął w pokoju na krześle?
— Tak. Przypominam sobie.
— Podczas pańskiego snu dokładnie obejrzałam strzelbę.
— Naprawdę? Pocóż to?
— Aby zobaczyć, czy kolba jest złota.
Sapristi! — rzekł zaskoczony. — Na jakiej podstawie pani to uczyniła?
— Przeczułam, kim pan jest. Czy przebaczy mi sennor moją ciekawość?
— Ależ — chętnie, sennorita. Z pewnych powodów chciałem zachować imię swoje w tajemnicy. Ojciec pani jest wielkim gadułą, mimo, iż ma umysł polityka i dyplomaty.
— Czy mogę przynajmniej wiedzieć, dokąd się pan teraz udaje?
Gerard był uszczęśliwiony, że Rezedilla darzy go taką troskliwością.
— Dlaczego pani o to pyta?
Zarumieniła się i zamilkła. Ujął ją za ręce, mówiąc:
— Rezedillo, dziękuję pani. Widzę, że otacza mnie sennorita opieką; budzi to we mnie nadzieję, że przebaczy pani moją przeszłość.
Obrzuciła go ciepłem spojrzeniem i odparła:
— Wyspowiadał się pan przede mną tak szczerze, Gerardzie, iż byłoby grzechem gniewać się na pana. Widzę tylko, kim pan jest; a nie kim był.
Przycisnął do ust jej rękę. Chciał coś odpowiedzieć, lecz owładnęło nim wzruszenie; słowa ze siebie wydobyć nie mógł. Wyszedł z domu. —
Rezedilla długo patrzyła za nim tęsknym wzrokiem; wreszcie na zakręcie jeźdzlec i koń znikli jej z oczu. — —





  1. Tlaco wynosi mniej więcej połowę quartillo, a więc około 25 groszy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.