Płodność (Zola)/Księga trzecia/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Płodność
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1900
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Fécondité
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

W dniu rozpoczęcia pierwszych robót w polu, Maryanna z Gerwazym na ręku przyszła usiąść przy pracujących, by patrzeć ze wzruszonem sercem na Mateusza, rzucającego się z wiarą i nadzieją na wykonanie wielkiego dzieła. A był to jasny, ciepły dzień czerwcowy opromieniony czystem niebem zachęcającem do niezmąconej ufności. Ponieważ był to dzień szkolnego wypoczynku, więc dzieci bawiły się pomiędzy trawami i słychać było cienki głosik Rózi, wesoło spędzającej się za braćmi.
— Może chcesz pierwsza ruszyć ziemię motyką? — spytał Mateusz.
Lecz Maryanna pokazując mu swoje niemowlę, odpowiedziała:
— Nie! nie! ja mam swoje zajęcie... Ty borykaj się z ziemią... Ty, ojciec!
Mateusz miał dwóch ludzi pod swoja komendą, lecz sam był gotów dać wysiłek własnych muskułów dla urzeczywistnienia idei tak długo piastowanej i dojrzewającej w jego głowie.. Mądrą przezornością powodowany, zapewnił sobie rok wolny od wszelkiego rodzaju wypłat, dopuszczając do udziału w zyskach tych, którzy mu przez ten czas zobowiązali się pomagać pracą i kredytem; mógł więc wolny od długów i bieżących materyalnych kłopotów, całkowicie się poświęcić przygotowaniu ziemi w oczekiwaniu pierwszych zbiorów. Czuł, że życie postawił na kartę tego przyszłego żniwa, którego ziemia może mu odmówić, pomimo zabiegów i pracy. Lecz wiernie obstawał przy wierze zwycięztwa, bo kochał, bo chciał. Ta twórcza energia rozwinęła się w nim wraz z poczęciem ostatnio urodzonego dziecka a odtąd opanowywała go coraz namiętniej z niesłychaną potęgą. Pomimo, że pozostał łagodnego usposobienia, nazywano go teraz upartym z powodu obstawania przy szalonym pomyśle użyźnienia jałowego gruntu w Chantebled; słuchał tych zarzutów śmiejąc się i odpowiadając, że może wyrobi się na dobrego profesora kształcenia woli, by działać i tworzyć. Któregoś poranku zabawił Maryannę oznajmiając, że odkrył przyczynę dlaczego mają tyle dzieci a chcą ich mieć jeszcze więcej. Czyż nie była to z ich strony wola, energia, czyn ludzki i żyjący, najpotężniejszy na świecie, bo dążący do rozrostu i zwycięztwa życia?...
— A więc niechaj będzie jak chcesz! — zawołał z przejęciem. Oby ziemia była nam dobrą, opiekuńczą matką!
To rzekłszy, odwalił motyką pierwszą bryłę przyszłego pola. Działo się to nalewo od ich mieszkalnego pawilonu, w zakątku obszernego płaskowzgórza, zabagnionego źródliskami i zarosłego wikliną. Przedewszystkiem chciał zdrenować kilka hektarów a skanalizowane źródła skierować ku piasczystym, zaschłym stokom, opuszczającym się aż do linii kolei żelaznej. Uważne zbadanie okolicy oddawna pozwoliło mu wywnioskować, że ta robota łatwa będzie do wykonania, dzięki szczęśliwym okolicznościom położenia i natury gruntu. Właśnie to odkrycie ostatecznie go zdecydowało, również jak pewność, że pod cienką powłoką naniesionego piasku, znajduje się czarnoziem, który orką wydobyty na wierzch, da pola niezrównanej urodzajności. Zatem pierwsze uderzenie motyką o tę ziemię było czynem odkrywcy i twórcy, rozpoczynającego ujście źródłom, których wody uwięzione na płaskowzgórzu, dadzą mu zdrowie, spływając i użyźniając suche grunta położone poniżej a nieurodzajne skutkiem nadmiernego pragnienia.
Gerwazy zaczął krzyczeć, mając apetyt zaostrzony świeżością powietrza. Miał teraz przeszło trzy miesiące, był bardzo tęgi i żarłoczny. Rósł szybko, jak młode drzewa w sąsiednim lesie, był zdrów i silny, nie wypuszczał z łapek to co niemi zdołał pochwycić, oczy miał wielkie, ciekawie patrzące, naprzemian pełne łez, albo śmiechu a usta zawsze chciwie roztwarte jak dzióbek pisklęcia i przeraźliwie krzyczące, jeżeli matka zbyt długo kazała im czekać.
— Tak, tak, wiem, że jesteś i wiem czego chcesz. Masz, ale się uspokój zaraz, bo krzyczysz, aż uszy bolą!..
Rozpięła stanik i dała mu piersi. Słychać teraz było tylko łapczywe cmokanie dziecka, które pomrukiwało jak uszczęśliwione kociątko, zatykając się z pośpiechu, gniotąc białe piersi, by zdobyć jeszcze więcej mleka. Dobroczynne źródło sączyło się obficie, nieustająco. Lekki szmer spływającego mleka odzywał się bez końca; spływało ono niosąc z sobą życie, podczas gdy Mateusz przy pomocy dwóch ludzi, rozkopywał ziemię, dla przygotowania spadku wodom mającem nieść orzeźwienie obszarom leżącym w odrętwieniu i wyczekującym chwili odrodzenia.
Wyprostował się, obtarł pot z czoła, mówiąc ze spokojną pewnością:
— Jest to rzemiosło jak każde inne, potrzebuje więc wprawy. Ale za kilka miesięcy zdołam się przemienić w zupełnego chłopa. Czy widzisz kałużę zarosłą zielenią? Otóż źródło, które ją tworzy, znajduje się pod tą kępą trzciny. Więc gdy przekopiemy rów, aż do tego miejsca, zobaczysz, jak kałuża opadnie a ze źródła tryśnie woda, która popłynie daleko, zapewniając urodzajność przyszłych pól naszych!
— Ach — zawołała Maryanna — niechaj że zapłodni te wszystkie kamieniska, bo niema nic smutniejszego jak takie obumarłe ziemie. Jakże się one uszczęśliwią, mogąc zaspokoić pragnienie i stać się urodzajnemi!
Nagle przestała mówić i śmiejąc się, spojrzała z wymówką na syna, łając go:
— Słuchaj, malcze, nie ciągnij tak mocno!.. Trochę cierpliwości! przecież wiesz, że to wszystko jest dla ciebie!
Szpadle dwóch pracujących ludzi, pobrzękiwały raźnie, odrzucając ziemię, rów się pogłębiał i wydłużał w gliniastym gruncie i niezadługo popłynie tędy woda, ściekając ku sąsiedniem wydmom. Z piersi matki mleko nie przestawało się sączyć w łakome usta dziecka, szemrząc zcicha, jak niewyczerpane źródło wieczystego życia; płynęło, by tworzyć zdrowe ciało, przyszłą myśl, pracę i siłę. Szmer tego źródła złączy się zaraz ze szmerem wyswobodzonego zdroju, który wtedy rozleje się ku spieczonem wyczekującem go ziemiom a będzie to wtedy jedna i ta sama rzeka, niosąca życie całości ziemi; rzeka karmiącego mleka wzbierającego żyły świata; rzeka bez wytchnienia tworząca i odradzająca młodość z każdą nową wiosną.
W cztery miesiące później, gdy Mateusz wraz z pomocnikami ukończył jesienną orkę, przystąpiono do zasiewu. Maryanna znów się tutaj znalazła w dzień łagodnie pogodny i jeszcze dość ciepły, by mogła usiąść na trawie i dać piersi małemu Gerwazemu. Miał teraz blizko osiem miesięcy. Rósł nieledwie w oczach, z każdym dniem sił mu przybywało i ku radości matki, coraz więcej ciężał na jej ręku, gdy go przytulała do ciepłej piersi, z której czerpał swe istnienie. Nie był jeszcze od niej oderwany, tak jak ziarno złączone z ziemią, dopóki nie dojrzeje na roślinie, która je wydała. Powiew listopadowego powietrza zapowiadającego zbliżającą się zimę, oziębił delikatną twarzyczkę dziecka, ukryło ją więc w ciepłą pierś matczyną, ssąc w cichości, jakby rzeka życia głębiej się zanurzyła we wnętrzu ziemi.
— Zimno ci, malcze? — mówiła do niego Maryanna. — Już niedługo nie będzie można jadać na otwartem powietrzu!
Mateusz, przepasany workiem napełnionym ziarnem, wracał w ich stronę, rytmicznym gestem rzucając zasiew na spulchnioną ziemię. Dosłyszawszy odezwanie się żony, rzekł:
— Niechaj ssie zdrowo, niechaj śpi smacznie... a gdy ciepłe słońce powróci, będziemy z niego mieli tęgiego żeńca...
Wskazując na zasiewane pole, dodał:
— To wszystko wzrośnie i dojrzeje gdy nasz Gerwazy zacznie chodzić i mówić... Patrz, moja ukochana! patrz, cośmy już zdobyli!
Z usprawiedliwioną dumą spoglądał na swoją pracę. Już cztery do pięciu hektarów płaskowzgórza wykarczował z zarośli, wyswobodził z bagnisk i zrównał w obszerne pole ciemnego, mocnego gruntu, poprzecinanego rowami, któremi odpływała woda ze źródeł ku sąsiedniem piaszczystem nizinom. By te zamienić w urodzajne zagony, należało poczekać, by nasiąkły wilgocią. Będzie to praca na następne lata, praca powolnego powoływania do życia całego obszaru zaniedbanego, opuszczonego majątku Chantebled. Na początek należało się zadowolić temi kilku hektarami, z których zbiór udowodni słuszność pokładanej wiary i pozwoli wyżyć do obfitszych plonów na liczniejszych polach.
— Wieczór się zbliża... trzeba się śpieszyć.
Rzekłszy to, oddalił się, w dalszym ciągu rzucając pełne garście ziarna rozpraszającego się w rytmicznym, szerokim rozmachu. Maryanna patrzała za odchodzącym, szczęśliwa i uśmiechnięta a mała Rózia zapragnęła naśladować ojca. Poszła więc za nim i podnosząc ziemię garstkami podrzucała je ku niebu. Bracia to dostrzegłszy, zbiegli się ku niej, najpierwej Błażej i Denizy a potem i Ambroży. Wszyscy czworo sieli teraz zawzięcie, śmiejąc się z uradowania i kręcąc się z tyłu za ojcem, jak stado wesołych ptasząt. I zdawało się przez chwilę, że Mateusz tym samym rytmem powierzającym ziemi zasiew przyszłego plonu, sieje i te ukochane swoje dzieci, mnożąc je bez liku, do nieskończoności, by wyrósł lud przyszłych siewców, zrodzony z tego samego gestu, zaludniając świat cały.
Niespodziewanie, Maryanna ujrzała przed sobą państwa Angélin, ową rozkochaną w sobie parę małżonków, którzy z zamiłowaniem lubili odbywać długie, samotne przechadzki. Teraz, przed zimą, przed zamknięciem się na całą zimę w domku w Janville, spędzali wszystkie pogodne dni w żółknącym, jesiennym lesie, żegnając ścieżki, pełne ich miłosnych szeptów i uścisków. Zdawało się, że przytuleni do siebie, błąkali się po odludnych pustkowiach, tak dalece upojeni swą miłością, iż nic prócz siebie dojrzeć nie byli w stanie. Właśnie i teraz niespodziewanie zbudzili się z rozmarzenia, zdziwieni spotkaniem oraz widokiem tej nowej ziemi, o której uprawie niejednokrotnie już słyszeli. Mateusza uważali za oryginała, który zamiast kochać ziemię i chcieć i ją zapładniać, powinien był poprzestać na kochaniu swojej ślicznej żony. Lecz wszystko, co odnosiło się do innych w rzeczywistości, daleko było po za niemi.
Jednakże wdali się w rozmowę, udając, że się zachwycają osiągniętym rezultatem, lecz mówili tylko przez uprzejmość. Żyjąc w miłosnem rozmarzeniu, ujmującymi byli pragnieniem, by za ich przykładem wszyscy byli równie szczęśliwi. Dotychczasowo życie ich było uroczą idyllą. Ona cała pochłonięta upojeniem, że jest ubóstwianą kochanką swojego męża, on rozkochany, zdrów, bogaty i tylko chwilowo zmuszający się do malowania wachlarzy, by na nich utrwalić postać ukochanej kobiety i otoczyć ją kwiatami, które lubiła.
Pani Angélin stała oparta na ramieniu męża, z głową przytuloną do jego piersi; zadumała się, patrząc na Mateusza, który przywitawszy się z niemi, siał dalej, rzucając ziarno szerokim gestem ręki. Może bawił ją widok czworga dzieci, podążających za ojcem i naśladujących jego ruchy mnóstwem drobnych rąk, wyciągających się w górę; lecz niespodziewanie zaczęła mówić głosem powolnym, dopełniając jakieś własne myśli:
— Umarła mi niedawno ciotka... siostra mojej matki. Jestem przekonana, że umarła ze zmartwienia nad swoją bezdzietnością. Wyszła zamąż za wysokiego, pięknego mężczyznę, sama była również jak on zdrowa, piękna i wysoka... Pamiętam, jak rozpaczała z zazdrości, widząc drobne, brzydkie kobiety otoczone rojem dzieci. Mąż jej dorobił się znacznego majątku, posiadali więc wszystko, pieniądze, zdrowie, urodę, przyjaźń ludzką.. A jednak to wszystko jakby dla nich nie istniało... zawsze ich widziałam smutnych, z upragnieniem tęskniących za córką, albo synem... za potomstwem, któreby rozweseliło pustkę ich domu... A kłopotać się tem poczęli zaraz w pierwszym roku po ślubie, zrazu zdziwieni, że nic się nie zapowiada a następnie zaniepokojeni w miarę, jak upływały lata ciągłej bezpłodności. Wreszcie ogarnęła ich trwoga i zamieniła się w rozpacz, gdy rzeczywistość im dowiodła, że nigdy dziecka mieć nie będą. Nie możesz sobie wyobrazić, moja droga, czego oni nie próbowali, byle podtrzymać nadzieję dziecka... Radzili się doktorów, jeździli do wód, zażywali przeróżne lekarstwa... przez piętnaście lat trwała ta uporczywa ich walka... ale powoli zaczęli powątpiewać, wreszcie wstydzić się swoich wysiłków i kryć się ze swoją bezpłodnością, jak z hańbiącem piętnem. Jedynem pocieszeniem w ich niedoli było to, że nie przestali się kochać i że jedno drugiego nie obwiniało, jako winowajcę nieszczęścia. Dzielili wspólność swego bólu, jak biedne istoty zarównie ciężko dotknięte. A wiem o innem małżeństwie, gdzie bezpłodność zamieniła życie w piekło, bo ani mąż, ani żona, nie chcieli brać na swoje konto przyczyny zła, całość winy przypisując drugiemu... Ach, biedna, kochana ciotka!... Zawsze ją widzę w żałobie... we łzach... pogrążoną w rozpaczy brakiem macierzyństwa... ach... jakże ona nas całowała, nas, dzieci swojej siostry, gdyśmy jej składali noworoczne powinszowania. Gasła z umartwienia, z wyrzutów, jakie sobie bezustannie czyniła... a teraz jestem pewna, że zgaśnie niedługo jej biedny mąż, który opuszczony, osierocony śmiercią żony, wygląda jak zbłąkany wśród bezludnej pustyni.
Zapanowało milczenie i zdawało się, jakby chłód ny dreszcz łagodnie przebiegł po szarem listopadowem niebie.
— Ale mnie się zdaje — odezwała się Maryanna — że ty sama nie chcesz mieć dzieci...
— Ja nie chcę mieć dzieci? Któż to mógł tobie powiedzieć! Nie chcę mieć teraz dziecka, bo wszystko powinno się odbywać we właściwym czasie... Jesteśmy oboje młodzi, więc tymczasowo pragniemy się nacieszyć naszą miłością... Ale gdy przyjdziemy do rozsądku, zobaczysz! Chcemy mieć aż czworo, dwie córki i dwóch synów!...
Dźwięczny, miły śmiech, rozkochanej młodej kobiety, rozległ się zcicha i nagle przygasł a wśród zapadłego milczenia, tchnął chłód od ziemi, zasypiającej już na zimowy spoczynek.
— A jeżeli za długo będziecie odkładać — rzekła znów Maryanna — i jeżeli będzie zapóźno urzeczywistnić wasze pragnienie?
Pani Angelin na nią spojrzała zdziwiona i zaczęła się zanosić wesołym śmiechem.
— Co też ty mówisz! Mybyśmy mogli nie mieć dzieci, gdy zechcemy! Ach, wiesz, jesteś zabawna!
Zamilkła zakłopotana, rumieniąc się na myśl różnych przypuszczeń, jakie mogły były powstać w głowie Maryanny. Więc przytuliła się pieszczotliwie do męża i jak rozmiłowana gołąbka, szepnęła półgłosem:
— Broń się... ona na ciebie napada... broń się, mój najdroższy... Czy słyszałeś, co powiedziała?.... Że my nie będziemy mogli mieć dzieci!...
— To jakbyś pani powiedziała — zawołał z żywością Augelin — że nie wyrośnie ani jeden kłos zboża na tem polu, zasiewanem przez męża pani!
Obie kobiety roześmiały się zarumienione i spłoszone. Mateusz doszedłszy na kraniec pola, zawrócił, również jak dwaj pracujący z nim pomocnicy. Szli równo na jednej linii, rzucając ziarno szerokim gestem, zapełniającym horyzont; powierzali zasiew zoranej ziemi, by je przechowała i użyźniła w swem łonie a po tygodniach tajemniczej pracy, zakiełkuje ono, zazieleni się nad ciemną niwą, by później dojrzeć pod gorącem słońcem wiosny i lata.
Na łonie Maryanny spoczywający Gerwazy, ssał powoli, prawie w uśpieniu. Usteczka jego ciągnęły zlekka pierś matki, więc pokarm prawie przestał płynąć, źródło mleka szemrało tak cicho, że zaledwie dosłyszeć je można było a jednak żyło, jak to ziarno na zimę ziemi powierzone i karmione wieczystym zdrojem życia, płynącym w żyłach ziemi.
W dwa miesiące później, w styczniu, w dzień mroźny, do pawilonu zamieszkanego przez Mateusza i Maryannę, weszli Beauchêne i Séguin, którzy wybrali się na polowanie na kaczki, licznie się gnieżdżące w bagniskach jeszcze nie zdrenowanego płaskowzgórza. Była to niedziela i cała rodzina była zebrana w obszernej kuchni, rozweselonej żwawo palącem się ogniskiem. Przez okna widać było daleko ciągnące się równiny, przysypane białym szronem, zastygłe i uśpione w kryształowych oponach, wyczekujące zmartwychwstania pod ciepłem, wiosennem słońcem. Gdy nadeszli goście, Gerwazy spał w białej jak śnieg kołysce, ociężały senną zimową porą, lecz tłusty i różowy i jak ziemia wyczekujący przebudzenia, by się ukazać z nabraną siłą podczas długiego wypoczynku.
Po wesoło spożytem południowem śniadaniu, rodzina pozostała zebrana dokoła ogniska; ale czwórka dzieci obsiadła stolik pod jednem z okien i pogrążyła się w tworzeniu dzieła, które ją zachwycało. Bliźnięta, Błażej i Denizy, przy pomocy młodszego brata Ambrożego, budowali wieś, klejąc ją pilnie z kawałków kartonu. Stawiali domki, ratusz, kościół i szkołę. A Rózia, której wzbroniono używania nożyczek, podawała klajster, smarując się nim, aż po same włosy. Głęboka cisza była przerywana ich śmiechami a ojciec z matką usiadłszy obok siebie w pobliżu ognia, wypoczywali z rozkoszą po ciężkiej pracy całego tygodnia. Pędzili teraz życie prawdziwie wieśniacze; pozbawione wszelkiego zbytku, lecz promiennie szczęśliwe, bo nieledwie że nie rozłączali się z sobą. Wygląd kuchni, w której zimową porą najchętniej przebywali, był wesoły, świadczący zarazem o prostocie życia rodziny, która jakby przyrósłszy do ziemi, zadawalała się prostaczą, łatwą dolą, bez żalu wyrzekłszy się sztucznych zapotrzebowań, drobiazgowych ambicyj i miejskich przyjemności. Żaden majątek, żadna władza, nie mogłyby dać tej słodyczy, tego spokoju, czego tutaj było pełno. Popołudniowy dzień niedzielny, płynął w błogości familijnego szczęścia, podczas gdy ostatnio urodzone dziecko, jeszcze niemowlę, spało cichutko snem smacznym, lekko poruszając usteczkami za każdym oddechem.
Beauchêne i Séguin wpadli tu jak niepowodzeniem dotknięci myśliwi, znużone mając nogi a twarze i ręce zdrętwiałe z mrozu. Wśród okrzyków zdziwienia, z jakiemi ich tutaj witano, zaczęli wyrzekać na niedorzeczną myśl swoją, by opuszczać Paryż w dzień tak wyjątkowo zimny.
— Wyobraź sobie — rzekł Beauchêne do Mateusza — żeśmy nie zobaczyli ani jednej kaczki. Zapewne i kaczkom jest za zimno, by spacerować w taki mróz jak dzisiaj... Strach, jaki lodowaty wiatr dmie tam na górze nad bagniskami, otrząsając szron z zarośli i sypiąc nim prosto w oczy. Ani myśleć o polowaniu... woleliśmy wyrzec się zwierzyny... a teraz państwa poprosimy o szklankę gorącego wina i wracamy do miasta.
Séguin był w jeszcze gorszym humorze. Stał przy ogniu, by rozgrzać się trochę i podczas gdy Maryanna zajęta się grzaniem wina, zaczął mówić o wykarczowanych polach, koło których dopiero co przeszedł. Z powodu mrozu i grubej warstwy szronu, nie mógł dojrzeć śpiącego w ziemi zasiewu a nic nie rozumiejąc spraw mających styczność z rolnictwem, zachmurzył się, nabrawszy przekonania, że próba Mateusza jest rzeczą nieudaną a więc że on zrobił zły interes i nigdy zapłaconym nie będzie. Będąc pod tem wrażeniem, pozwolił sobie na ironię.
— Wiesz, mój drogi — rzekł do gospodarza domu — zdaje mi się, żeś napróżno stracił sporo czasu i wysiłku, chcąc zająć się rolnictwem. Widziałem wykarczowane grunta, ale wątpię, by to mogło na co się przydać. Doprawdy, dziwię się, że masz nadzieję zbierać zboże na przegniłej ziemi, która od wieków leży odłogiem i nie chce nic innego rodzić, jak chwasty i zarośla.
— Trochę cierpliwości — odrzekł spokojnie Mateusz. — Poczekaj do czerwca i wtedy przyjedź zobaczyć...
Beauchêne przerwał ich rozmowę
— Zdaje mi się, że jest pociąg do Paryża o godzinie czwartej... Spieszmy się więc, bo przyznaj, Sêguin, że byłbyś zły, gdybyśmy się spóźnili na kolej w Janville?...
To mówiąc, spojrzał znacząco, jak kamrat wiadomego spisku. Musieli wspólnie coś zprojektować, pragnąc wyzyskać dzień swobodny, gdy żony obudwóch są przekonane, że są zajęci polowaniem. A gdy wino wypili, ogrzali się, zaczęli szydzić po przyjacielsku:
— Podziwiam was, moi drodzy — rzekł Beauchêne — że wy możecie wyżyć, wytrzymać w takiem pustkowiu podczas zimy! Jabym umarł z nudów! Jestem zwolennikiem pracy, ale cóż u dyabła, by człowiek w nagrodę nie mógł się zabawić!
— My się wybornie tutaj bawimy! zawołał z przekonaniem Mateusz, spoglądając dokoła na ściany wiejskiej izby, będącej kuchnią i ulubionem miejscem zebrania całej rodziny.
Goście mimowoli spojrzeli wraz z nim na te ściany pełne półek i gospodarskich sprzętów, na proste drewniane stołki i stoły, na dzieci w dalszym ciągu budujące kartonowe domki i nie zważające na przybyłych dwóch panów, którzy je na powitanie obdarzyli bezmyślnym całusem. Zapewne, że Séguin i Beauchêne nie byli zdolni pojąć, jakiego rodzaju przyjemność można znaleźć w tak ubogiem otoczeniu, bo znacząco pokręcili głowami, powstrzymując drwiące uśmiechy. Był to dla nich nadzwyczajny jakiś sposób życia, oznaczający dziwne zamiłowania mieszkających tutaj ludzi.
— Zobaczcie panowie mojego Gerwazego — rzekła uprzejmie Maryanna. — Tylko ostrożnie... proszę mi go nie obudzić...
Przez grzeczność pochylili się nad kołyską, dziwiąc się, że dziesięciomiesięczne dziecko może być tak silnie rozwinięte. I jest grzeczny, śpi. Ale zapewne gdy się budzi, musi wrzeszczeć, aż uszy bolą? lecz jeżeli piękne, zdrowe niemowlę wystarcza ludziom do szczęścia, to doprawdy dziwić się należy, iż wogóle wszyscy się wystrzegają posiadania podobnego skarbu. Zawrócili w stronę komina i grzejąc się przed ogniem, ze skrytą niecierpliwością wyczekiwiali chwili podążenia z powrotem do Paryża.
— Więc naprawdę nie możecie z nami zostać na obiad?.. pytał Mateusz.
— O nie! nie możemy! odpowiedzieli jednogłośnie.
Lecz dla złagodzenia niegrzeczności tego okrzyku, Beauchêne zaczął żartować, przyjmując zaprosiny na później, gdy latem wieś stanie się możliwą.
— Słowo honoru, nie możemy zostać, bo mamy ważne interesa do załatwienia dziś w Paryżu... Ale gdy będzie ciepło, przyjedziemy tu z naszemi żonami i z dziećmi na całe popołudnie. Pokażesz nam wtedy swoje pola i przekonamy się, czy rzeczywiście miałeś słuszność, osiadając na tem pustkowiu. Tymczasem życzę ci powodzenia. Do widzenia, kuzynko. Do widzenia, malcy a pamiętajcie, że dzieci powinny zawsze być grzeczne.
Nastąpiły pożegnalne uściski, całusy i dwaj paryżanie znikli, podążając na stacyę kolei żelaznej. Gdy znów zapadła głucha, lecz słodka wiejska, zimowa cisza, Mateusz siedział jak przedtem tuż obok Maryanny, dzieci kończyły budowanie wioski, smarując się klajstrem a Gerwazy spał smacznie w głębi swej białej kołyski. Czy im się tylko zdawało, że odwiedzili ich goście z Paryża, przynosząc z sobą echa gorączkowego, niezdrowego tamtejszego życia? a może tylko wspomnienia chwilowo wionęły na ich łagodne, ciche szczęście? Po za oknami okolica stała sztywno zmrożona; lecz palący się ogień na kominie ocieplał izbę, śpiewając nadzieję powrotu skwarnego słońca. Zadumany Mateusz, nagle zaczął mówić, jakby teraz dopiero znalazłszy odpowiedź na mnóstwo pytań, które dotąd napróżno sobie stawiał.
— Wiesz, dlaczego tym ludziom jest źle, pomimo, że mają tyle danych do szczęścia?.. Oni nie kochają, oni są niezdolni kochać. Pragną pieniędzy, władzy, zaspokojenia ambicyi, zmysłów i wszystko to mieć mogą, ale nie umieją kochać, nie rozumieją miłości. Ci mężowie zdradzający żony, nawet kochanek swoich nie kochają... Nigdy nie płonęli prawdziwą miłosną żądzą, boską żądzą będącą duszą świata, ogniem wieczystego istnienia. A to objaśnia wszystko. Kto nie posiada żądzy, kto nie kocha ten nie może mieć odwagi i siły. Czyny i twórczość wypływają z miłości. Jakże chcieć, by ludzie dzisiejsi pragnęli mieć liczne rodziny, kiedy nie mają miłości, która jest czynnikiem życia! Okłamują się więc, oszukują, bo nie kochają! Cierpią, stopniowo chylą się ku najmizerniejszemu upadkowi moralnemu i fizycznemu, bo nie kochają! A rezultatem takiego stanu rzeczy jest rozpadanie się zgniłego społeczeństwa, rozpadanie się coraz gwałtowniejsze, jak to na własne oczy codziennie widzimy. Wreszcie znalazłem tę prawdę, której tak długo szukałem. Ach tak, tylko żądza, tylko miłość, przynoszą nam zbawienie! A kto kocha, kto działa, kto tworzy, ten jest rewolucyjnym zbawcą, ojcem ludzi, mających świat odrodzić!
Nigdy tak jasno nie zrozumiał jak w tej chwili, że on i jego żona byli odmienną od innych parą małżonków. Uwydatniało się to obecnie w jego umyśle z nadzwyczajną siłą; narzuciły mu się porównania ich życia tak prostego, bez zazdrości dobrobytu innym, pogardy jaką mieli dla zbytku, dla używania i próżności błyszczenia w świecie. Ich wspólna ochota do pracy i czynu, godzenie się z trudnościami życia, które oboje miłując, czcili miłością, stanowiło siłę, ich szczęście było źródłem energii, krzepionej boską żądzą posiadania się jaką niezmiennie i wzajemnie płonęli. Jeżeli później okaże się, że zwycięztwo po ich stronie stanęło, jeżeli pozostawią po sobie dokonane dzieła zdrowia, szczęścia, to jedynie dlatego, że posiadali moc miłości, odwagę płodzenia ludzi, liczną rodzinę powstałą z nich, jako żniwo dla dalszego podboju świata. Oczywistość tych prawd rozegzaltowała go, rozpłomieniając krew w żyłach i pochylił się ku żonie wzruszonej jego słowami, by miłośnie ucałować jej usta. Boski żar miłości ogarnął ich oboje. Lecz pomimo, że omdlewała rozpieszczona i oczy jej pałały, patrząc na niego, wysiłkiem woli powstrzymała go, by z łagodnym uśmiechem rzec ze słodkim wyrzutem:
— Uspokój się, bo Gerwazego obudzisz... Później... gdy on przestanie mnie potrzebować...
Pozostali przy sobie, trzymając się za ręce i mocno ściskając dłonie, milczeli, pogrążeni w miłosnem upojeniu.
Zmrok zapadał, wzmagając spokój panujący w izbie. Dzieci cieszyły się uszczęśliwione, dokończywszy kleić projektowaną wioskę i stawiając patyczki pomiędzy domkami, utrzymywały, że są to zielone drzewa. Mateusz i Maryanna ogarnąwszy wzrokiem rozbawione dzieci, patrzyli po za okno, ku polom przysłoniętem białością szronu a przechowującem ziarna, z których wyrośnie bogate żniwo; następnie wzrok ich powrócił i spoczął na kołysce z ich ostatnio urodzonem dzieckiem, kołysce, w której także spała nadzieja.
Znów upłynęły dwa długie zimowe miesiące. Gerwazy ukończył pierwszy rok życia a piękne, słoneczne dni rozpoczynającej się wiosny budziły ziemię z uśpienia. Któregoś poranku Maryanna poszła z dziećmi na spacer w stronę płaskowzgórza, pewna, że tam zastanie Mateusza. Aż przystanęła z podziwiania nad przemianą, jaką słońce wywołało na polach, zdobytych na dawnych bagniskach. Pole było jakby rozpostartym, olbrzymim dywanem z zielonego aksamitu, zboże rosło gęsto i zdrowo, chociaż było jeszcze delikatnej, szmaragdowej barwy. Zbiór zapowiadał się cudownie, zdumiewająco. Zebrana rodzina wpatrzyła się z radością w tę spodziewaną płodność pracy, w tę zapowiedź spełnienia się nadziei a radość ojca i matki jeszcze zwiększała rzeźkość Gerwazego, który wyswobodzony z więzów pierwszego niemowlęctwa, budził się do samoistnych ruchów, coraz wyraźniej wzmagając się na siłach. Ponieważ zanadto kręcił się leżąc w wózku, matka go wyjęła i próbowała postawić na ziemi, wtem wyrwał się do lotu i chwiejąc się, postąpił kilka kroków, by łapkami uczepić się o nogi ojca. Była to pierwsza jego próba, więc rodzice zawołali z niezmierną uciechą:
— Chodzi!.. sam chodzi!...
Ach, te pierwsze zapoczątkowania woli dziecka! te pierwsze po sobie następujące objawy: jak pierwsze spojrzenie, pierwszy uśmiech, pierwszy krok, ileż one przynoszą radości sercom kochającej się pary rodziców! Są to rozkoszne etapy wyczekiwane przez nich, niecierpliwie spodziewane, witane okrzykami tryumfu, jakby każda była nowem zwycięztwem, nową zdobyczą, bogacącą wstęp do dalszego istnienia. Już widzą dziecko dorastające, już stało się człowiekiem! Ach a pierwszy ząbek, wyżynający się jak koniec igły z różowego dziąsła; a pierwsze wybełkotane słowo „mama“, albo „papa“, które to słowo tylko rodzice w pierwszej chwili rozumieją, bo dla innych jest ono zgubione w powodzi niesformowanych dźwięków, które można raczej porównać do mruczeń kociątka, do szczebiotu ptaszyny, lecz nie do wyrazistej ludzkiej mowy. Ach te wiecznie odtwarzające się sceny pierwszego dzieciństwa! zawsze jednakie a zawsze wywołujące zachwyt i wzruszenie ojca i matki w podziwie tego rozkwitu ich ciała i duszy!
— Poczekaj! — zawołała Maryanna — on teraz powróci do mnie... Gerwazy!.. Gerwazy!.. chodź... chodź...
I dziecko wróciło, trochę się chwiejąc, próbując raz i drugi, aż wreszcie puściło się i wykonało powtórnie cztery kroki, rozłożywszy ramiona i machając niemi w powietrzu jak pomocniczemi wahadłami.
— Gerwazy!... Gerwazy!... wołał znów Mateusz.
Dziecko znów wróciło. Ponowiono z dziesięć razy tę próbę, każdą taką podróż malca przyjmując z okrzykami radości, znajdując, że jest milutki, pocieszny, niezrównanie zabawny.
Lecz czwórka starszych dzieci zanadto się rozdokazywała z uciechy i zaczęła naprzykszać się Gerwazemu, chcąc go wciągnąć do swojego kółka, więc Maryanna wzięła go na ręce, by usiąść z nim na młodocianej trawie i dać piersi, bo jak mówiła, zasłużył na to, chociaż właściwa jego godzina jeszcze nie zupełnie nadeszła. Lecz był od zawsze gotów i z apetytem rzucił się całą twarzą, z łakomym pośpiechem a wraz powstał szmer życiodajnego, płynącego mlecznego zdroju, który znów spływać począł żyłami świata, by karmić dojrzewające przyszłe żniwa.
Wtem ktoś nadjechał. Bokiem pola biegła boczna, mało uczęszczana droga, skracająca komunikacyę z jedną z sąsiednich wiosek. Jakiś wózek wlókł się powoli, skutkiem dołów i kamieni a powożący chłop tak się zapatrzył na pola pokryte zielonem runem zbóż, iż byłby pozwolił koniowi zboczyć w zarośla, gdyby siedząca przy nim kobieta nie pociągnęła za lejce.
— A więc to pańska robota, panie Froment?..
Mateusz i Maryanna teraz dopiero spostrzegli, że byli to małżonkowie Lepailleur, młynarze z nad rzeki. W całej okolicy drwiono z paryżanina, który osiadł wśród pustkowia w nadziei żęcia zboża w bagnach na płaskowzgórzu. Zwłaszcza Lepailleur drwił z tego śmiałka, wyszydzając niedorzeczność mieszczucha, będącego burżuazem, mającego dobrą posadę w Paryżu a tak głupiego, że woli stać się chłopem i rzucić co miał grosiwa w tę nędzną ziemię, która połknie i jego z żoną i z dziećmi, bez wydania ani jednego kłosa ze zmarnowanego ziarna, jakie pełnemi garśćmi ciskał w to błoto. Na widok zielonego pola, Lepailleur aż zdrętwiał z zadziwienia. Oddawna tędy nie jeździł i nie widział przemian, jakie tu zaszły, zadawalniając się powtarzaniem, że ani jedno ziarno nie wzejdzie, bo ziemia jest zgniła. Złość dławiła go w gardle, gdy spostrzegał, że zasiew rósł gęsto, lecz chociaż zadawało to kłam jego przepowiedni, uparł się tem zawzięciej, udając, że nie wierzy, by zboże tutaj rodziło.
— A więc pan myślisz, że to naprawdę wyrośnie?.. Nie można zaprzeczyć, że wzeszło!... Tak... Ale zobaczymy czy dojrzeje!
A widząc, że Mateusz uśmiecha się spokojnie pewien jak najlepszego plonu, mówił dalej, pragnąc zatruć jego nadzieję:
— Aj, zobaczysz pan, że stanie na mojem... przekonasz się pan, że ziemia to gorzej niż kobieta... i nigdy człowiek nie jest pewien, czy będzie z niej miał pociechę, czy biedę... Ileż razy widziałem takie pola zieleniące się na wiosnę a z kretesem przepadłe, gdy zboże zaczyna się wiązać... byle co a podła ziemia zdradzi tego, który się nad nią zeznoił.. Dość zimnego wiatru... burzy a wszystko przepada... a często nic zgoła niby nie zawadzi a mimo to ziemia zakpi z człowieka i ani ziarnka nie odda z włożonego zasiewu... Lecz pan nie możesz się znać na tych figlach... jesteś za młody a przedewszystkiem nie rolnik... ale nieszczęście nauczy pana niechybnie..
Pani Lepailleur przysłuchiwała się jak zawsze z podziwem, że mąż tak pięknie potrafi mówić, przytakiwała mu głową a chcąc i sama coś powiedzieć, odezwała się do Maryanny:
— Niech pani nie przypuszcza, że mój mąż to wszystko gada ot tak tylko, by państwa zniechęcić... On zna się na rzeczy... I ma racyę gdy mówi, że ziemia nic nie warta... Ziemia to tak nieprzymierzając jak dzieci... Jedne żyją, inne umierają i nie można wiedzieć, które będzie pociechą dla rodziców a które doprowadzi ich do grobu z umartwienia... Ale dobrze wszystko policzywszy, to zawsze więcej się daje, aniżeli się zbiera... i złe nikogo nie minie... Zobaczycie państwo... sami się o tem przekonacie...
Nie odpowiadając, Maryanna podniosła oczy i wpatrzyła się z ufnością w Mateusza, czerpiąc w nim otuchę do spokojnego zniesienia tych złośliwych przepowiedni. Mateusz przez chwilę gniewny wobec takiej ciemnoty sąsiadów, urażony ich zawistnem urąganiem, opanował się i odpowiedział żartobliwie:
— A tak, zobaczymy, przekonamy się... Gdy wasz syn Antoni będzie prefektem a moje dwanaście córek będę wydawał zamąż, zaproszę państwa na ich wesele... bo wtedy na tej ziemi tak dużo rodzić się będzie zboża, że wasz młyn będzie odbudowany i postawicie maszynę parową, by mleć pszenicę rosnącą w moich dobrach...
Ręką, Mateusz zakreślał tak szerokie granice swoich przyszłych posiadłości, że młynarz aż się nachmurzył z gniewu, nie lubiąc, by z niego kpiono. Smagnął konia biczem i wózek ruszył po wyboistej drodze.
— Zboże kiełkujące nie jest zbożem we młynie... Do widzenia i życzę szczęścia...
— Do widzenia i dziękuję za życzenie!
Dzieci rozbiegły się poszukując pierwiosnków wśród mchów i zeszłorocznych liści a Mateusz usiadł przy Maryannie, czując, że drży ze wzruszenia. Nie pocieszał jej, wiedząc, że jest dość silna, by przemódz chwilowy niepokój i obawy, jakie wywołać mogły słowa młynarza i jego żony. Wiedział, że zachwiane jej serce prędzej się uspokoi, gdy przy niej pozostanie, więc przysiadł się tuż obok i patrzał na nią, uśmiechając się do niej. I rzeczywiście zaraz wróciła do zwykłej równowagi i już pogodnie uśmiechnięta patrzała na niego, podczas gdy Gerwazy, który jeszcze nie zważał na złośliwe ludzkie gadaniny, ssał z niezmąconą żarłocznością, pomrukując na znak rozkosznego zadowolenia. Mleko płynęło i płynęło bezprzestanku, a krzepione niem ciało dziecka rosło z dniem każdym, nabierając siły i zdawać się mogło, że mleko w obfitości płynące łączyło się z sokami ziemi, napełniając świat, karmiąc życie potęgujące się z każdą godziną, kwitnące wieczystą płodnością.
Którejś niedzieli w trzy miesiące później, państwo Beauchêne i państwo Séguin, dotrzymując danej obietnicy, przyjechali wraz z dziećmi spędzić w Chantebled całe popołudnie. Zdecydowali nawet Morange’a, by im towarzyszył z Reginą, chcieli tym sposobem chociażby na jeden dzień wyrwać go z bolesnego smutku, w jakim żył pogrążony. Skoro tylko ci miejscy goście wypoczęli z odbytej podróży koleją, udano się spacerem na płaskowzgórze, bo wszyscy byli zaciekawieni zobaczyć owe sławne pola, dla których uprawy Mateusz stał się chłopem, co dotąd wydawało się im dziwaczną, niczem niewytłómaczoną zachcianką. Śmiał się, prowadząc ich i z prawdziwą dumą wskazał im pole, ciągnące się w nieskończoność pod jasnem niebieskiem niebem i jak zielone morze wysokiego zboża o ciężkich kłosach, słaniające się miękiemi falami pod najlżejszym podmuchem wiatru. Dzień był ciepły i pogodny, jakby dla tem większego tryumfu płodności ziarn, rzuconych w żyzne skiby roli, która od wieków nieuprawiana, żywiła zasiew nagromadzonemi w sobie sokami, dając już teraz miarę obfitości plonu. Bogactwo tego zielonego łana zboża śpiewało hymn na cześć ziemi, kryjącej w swem łonie niewyczerpane źródło życia. Wezbrany pokarm został spożytkowany i zboże rosło wspaniale, z niesłychaną energią tworząc zdrowie i siłę, wypowiadając, co może praca człowieka, który w miłości czuje się solidarnym z naturą. Zielone, bujne pole było dobroczynnem, hojnem morzem, obiecującem zaspokoić głód świata a silnie rozwinięte kłosy, zdawały się głosić dobrą zapowiedź o innych tu powstać mających urodzajnych polach, wypełniających horyzont od krańca do krańca. Było to zwycięztwo jaśniejące w tryumfalnych promieniach słońca Konstancya i Walentyna nie czuły się wzruszone widokiem tej trawy, bo głowy ich snuły innego rodzaju ambicye; Morange, równie jak one, patrzał obojętnemi oczami a wzrok jego był tak błędny i przygasły, że napewno nie wiedział nawet na czem się jego oczy zatrzymały. Lecz Beauchêne i Séguin nie mogli się dość wydziwić nadzwyczajności widoku, przypominając sobie, jak będąc tutaj w styczniu, widzieli tylko obumarłą ziemię, spoczywającą pod lodowatą osłoną białego szronu. Nie umiejąc odgadnąć tajemnicy rolnego gospodarstwa, stali, odurzani siłą cudownego zmartwychpowstania, zwycięzkiem powodzeniem podboju, który dzikie, bagniste płaskowzgórze zamienił w pole żyjącego bogactwa. Zwłaszcza Séguin stał się hojny i wymowny w pochwałach. Był teraz pewny, że Mateusz zdoła spłacać mu raty a może nawet zażąda kupna nowej części dóbr leżących odłogiem.
Powróciwszy do pawilonu, który już teraz nabrał wyglądu siedziby farmera, czekano w ogrodzie na obiad i rozmowa toczyła się o dzieciach. Właśnie wczoraj Maryanna odstawiła Gerwazego od piersi, karmiąc go po raz ostatni przed nocnym spoczynkiem. Kręcił się teraz pomiędzy paniami, chwiał się jeszcze na nogach, lecz dreptał od jednej do drugiej, nie zważając, że bezustannie się przewraca, padając przodem lub tyłem. Było to dziecko wesołe, rzadko kiedy płaczące, zapewne dlatego, że było zdrowe. Wielkie, jasne oczy wciąż mu się śmiały, łapki wyciągał przyjacielsko do każdego, był biały, różowy, bardzo silny i wysoki na swoje piętnaście i pół miesięcy. Zdrój mleka i tędy przepłynął, karmiąc tę ludzką roślinę, wspaniale wyrosłą w żyznym gruncie, na który padło życiodajne ziarno. Konstancya i Walentyna zachwycały się jego urodą a Maryanna z uśmiechem wciąż musiała od siebie odpędzać malca, który ciągnął się jeszcze do piersi, łapki wyciągając dla pochwycenia skarbu, jakiego się domagało jego łakomstwo.
— Nie! nie! mój panie! — mówiła. Już to się skończyło... Teraz będziesz jadać z talerza, jak przystało na tak dużego chłopca...
— Ach, odstawianie dzieci od piersi, cóż to za straszliwy kłopot! — rzekła Konstancya. Zapewne nie dał ci spać dzisiejszej nocy?...
— Spaliśmy wszyscy wybornie, bo nigdy nie karmiłam go podczas nocy... Ale dziś rano był przerażony nie otrzymując swojej porcyi, więc krzyczał z powodu krzywdy, o jaką mnie posądzał... Ale teraz, jak panie widzicie, jest już grzeczny. Z innemi dziećmi nie więcej miałam kłopotu.
Beauchêne stojąc, przysłuchiwał się z miną jak zawsze zadowolnioną z siebie i z wiecznem swem cygarem w ustach. Konstancya zawezwała go jako świadka:
— Słyszysz, co mówi Maryanna?... Pojąć nie mogę, jakim sposobem jej dzieci z taką łatwością dają się odstawiać od piersi, wszak pamiętasz, ile mieliśmy umartwienia z naszym Maurycym, gdy mamka odeszła... Przez trzy noce z rzędu nie można było zmrużyć oka tak przeraźliwie wrzeszczał... I doprawdy, jest to jeden z powodów, dlaczego nie chciałam mieć drugiego dziecka!
Roześmiała się a Beauchêne zawołał:
— Chodź! przypatrz się, jak twój Maurycy dokazuje! przynajmniej dziś nie będziesz się uskarżać, że niedomaga!
— Ale ja tego nigdy nie mówię! Maurycy jest zdrów, zdrów zupełnie a jeżeli chwilowo niedomaga, to nigdy się tem nie martwię, bo wiem, że jest nadzwyczaj silnego zdrowia...
Pomiędzy ulicami i klombami ogrodu, ośmioro zebranych dzieci bawiło się wybornie. Było tam czworo dzieci domowych: Błażej, Denizy, Ambroży i Rózia; Gaston i Łucya państwa Séguin, którzy uznali za zbyt kłopotliwe zabieranie swej maleńkiej Andrei; Regina, jedynaczka Morange’a i Maurycy, jedyny syn państwa Beauchêne. Maurycy rzeczywiście lepiej trzymał się teraz na nogach, ale był blady, pomimoże twarz miał pełną, kwadratową, o grubych, wyraziście występujących szczękach. Matka, widząc że chłopiec jest zadowolony, patrzała na niego uszczęśliwiona i stała się uprzejmiejszą względem tych ubogich krewnych, którzy osiedlając się na wsi i prowadząc tutaj życie niemożliwe, prawdziwie chłopskie, już tem samem nazawsze się wykreślili ze świata, do jakiego należała. Przestali istnieć.
Beauchêne również zadowolony, że jedynak bawi się wesoło, rzekł ze zwykłą pewnością siebie:
— Nie często pozwalam sobie na dziecko, ale jak zbuduję, to takie! Patrz Mateuszu, — jaki tęgi mój chłopak!
Ledwie to powiedział, zaraz pożałował; zadrgały mu powieki i jakiś chłód spadł mu na policzki, gdy spotkawszy się ze wzrokiem Mateusza wyczytał w jego oczach wspomnienie o tym drugim swoim synie, o dziecku Noriny, rzuconem niewiedzieć na jakie zgubne przeznaczenie. Zapadło pomiędzy nimi milczenie i chociaż rozlegały się wesołe okrzyki dzieci bawiących się w ślepą babkę w ogrodzie, przed oczami Mateusza mignęły ciągnące cienie niemowląt, skazywanych na śmierć jeszcze przed pojawieniem się na świecie; cienie tych przeklinanych małych trupów fabrykowanych u akuszerek, w szpitalach, w domu podrzutków, wszędzie zbieranych z resztką życia przez potworne kobiety, tytułujące się wiejskiemi mamkami a będące zbrodniarkami, tępiącemi niemowlęta głodem i chłodem. Mateusz nagle opanowany okropnością tych wywołanych widziadeł, nie znalazł słowa, by odpowiedzieć Beauchêne’owi a wzruszenie jeszcze wzmogło się w jego sercu, gdy spostrzegł Morange’a zapatrzonego w Gerwazego, który śmiał się, przewracał, szczebiotał. Widok tego zdrowego, wesołego dziecka pochłonął całą uwagę Morange’a, którego oczy nabiegły łzami. Czyż i on był pod wrażeniem smutnych widziadeł?, zapewne wywoływał postać ukochanej żony, zmarłej, uprowadzonej przez dziecko, którego nie chciała. Byłoby ono synem przez nich oboje pragnionym a na śmierć przed urodzeniem przez nich samych skazanym! Te tragiczne widma jawiły się na tle ohydnej nory, w której la Rouche zabijała macierzyństwo a obraz tych wspomnień na chwilę nie przestawał dręczyć zbolałego Morange’a, pomimo, że siedział teraz w słonecznym ogrodzie, przepełnionym wesołą wrzawą i śmiechami bawiących się dzieci. Mateusz, pragnąc przerwać dokuczliwy wątek jego myśli, rzekł swobodnie:
— Jaka twoja Regina jest śliczna, milutka... Patrz, jak biega i bawi się razem z dziećmi, chociaż niedługo będzie dorosłą panną, którą za mąż wydasz!
Morange zwolna podniósł głowę i spojrzał na córkę a w oczach jego jeszcze pełnych łez, pojawił się uśmiech, złączony z wyrazem ubóstwienia. Z każdym dniem dostrzegał on wzrastające podobieństwo Reginy do matki i ztąd powstawała w nim coraz silniejsza miłość dla tej ukochanej jedynaczki, po za którą nic już na świecie dla niego nie było. Pragnął, by była najpiękniejszą, najszczęśliwszą, najbogatszą. W tem upatrywał odkupienie win swoich, jedyną radość, jakiej ma było wolno spodziewać się w życiu. Lecz to wielkie przywiązanie czyniło go zazdrosnym względem przyszłego męża Reginy, tego człowieka, który mu ją zabierze, bo wtedy nazawsze już samotnym pozostanie, samotnym, z grozą wspomnień o śmierci Waleryi.
— Mam ją za mąż wydać? — szepnął. — O, nie ona ddopiero co ukończyła lat czternaście.
Wszyscy się zadziwili, bo Regina wyglądała na lat osiemnaście, tak była wysoka, rozwinięta i ładna kobiecą pięknością. Z gęstych, ciemnych jej włosów, z cery śniadawej, lecz niezrównanie świeżej, promieniała przedwczesna żądza miłości a pragnienia matki marzącej o życiu wystawnem, o światowych popisach i używaniu, były w córce spotęgowane, zdradzając się w każdem jej słowie spojrzeniu, w ruchach, nawet gdy bawiła się z dziećmi jak dzisiaj. Każda przyjemność pochłaniała ją całkowicie, oddawała się wtedy bez namysłu, z rodzajem bezprzytomnego upojenia.
— Prawdę powiedziawszy — rzekł ojciec, pochlebiony w swej miłości — już proszono mnie o jej rękę. Wiecie państwo, że baronowa de Lowicz chętnie zabiera Reginę do siebie, za co jej jestem niewymownie wdzięczny, bo dziecko trochę się wtedy rozerwie... Otóż pani baronowa opowiadała mi, że jakiś milionowy cudzoziemiec jest do szaleństwa rozkochany w Reginie... Niech poczeka! Jeszcze pięć, albo sześć lat zatrzymam ją przy sobie!
Już nie płakał, nawet roześmiał się z egoistycznem zadowoleniem, nie zauważywszy, jaki chłód spadł na obecnych, gdy wymówił nazwisko Serafiny; nawet Beauchêne znajdował, że jego siostra jest niestosownem, kompromitującem towarzystwem dla młodej dziewczyny.
Maryanna dla przerwania zapadłego milczenia, zwróciła się z pytaniem w stronę Walentyny a Gerwazy z tego korzystając, podstępnie dostał się wreszcie na kolana matki.
— Dlaczego pani nam nie przywiozła swojej małej Andrei? Byłabym z radością ją ucałowała. A miałaby towarzysza w Gerwazym, bawiąc się z nią, nie dokuczałby mi jak oto teraz...
Lecz Séguin odpowiedział wprzód, nim żona zdołała wyrzec pierwsze słowo:
— W takim razie mnieby tutaj nie było! Zdaje się, że dość narobiliśmy sobie kłopotu, zabierając z sobą dwoje starszych!.. Andrea jest nieznośniejsza od nich obojga, ciągle skrzeczy aż uszy bolą, zwłaszcza od czasu, jak odprawiliśmy mamkę...
Walentyna potwierdziła, że Andrea rzeczywiście jest bardzo niegrzecznem dzieckiem. Odstawiono ją od piersi tydzień temu i la Catiche, która przez rok jak była mamką terroryzowała cały dom, obecnie swoim odjazdem, pogrążyła wszystkich w nieopisany kłopot. Ach ta la Catiche! kosztowała ona niemało a chcąc uniknąć przykrości, jakie byłaby wywołała, gdy ją zmuszono do abdykowania z urzędu, obsypano ją podarkami dla niej, dla jej męża, dla jej córki, dla całej okolicy! A przytem rozkaprysiła Andreę, która do niej się przywiązawszy, od rana do wieczora przyzywa ją, zanosząc się od płaczu i odpychając piastunkę, jaką ma teraz przy sobie. Po odjeździe la Catiche, wykrywają się z dniem każdym liczne jej złodziejstwa, zabrała z sobą mnóstwo domowej bielizny a całą służbę zdołała zbuntować, popsuć, tak, iż obecnie panuje nieład przechodzący wszelkie granice i chyba zmuszeni będą do rozpędzenia wszystkich domowników. Konieczność mamki, gdy się ma dziecko, wystarcza do powstrzymania młodych małżeństw od liczniejszego potomstwa.
— Byle dzieci były zdrowe, to się zapomina o pobocznych kłopotach, odezwała się pojednawczo Maryanna.
— Niechaj pani nie sądzi, że Andrea jest zdrowa! — zawołał Séguin z brutalnym wybuchem. — Prawda, że poprawiła się przy la Catiche, lecz w ostatnich czasach, nie wiem co jej ta kobieta zrobiła, ale to pewna, że dziewczyna ma tylko skórę i kości!
Walentyna chciała protestować, lecz rozgniewał się:
— Więc ja kłamię?.. Lecz nie tobie, ale mnie każdy uwierzy, gdy spojrzy na dwoje naszych starszych dzieci. Ledwie, że trzymają się na nogach, takie to słabe... A są takie, bo nie chcesz i nie umiesz zajmować się niemi. Wiesz przecie, że Santerre je nazywa dziurawemi workami.
Zdanie Santerre’a miało nadal dla niego niezachwianą nieomylność. Walentyna już się nie odezwała, zadawalniając się lekkiem wzruszeniem ramion. Obecni zaś, nieco zakłopotani, patrzeli na Gastona i Łucyę. Rzeczywiście byli oni rażąco mizerni, łatwo się męczyli i nie mogli podążyć za innemi dziećmi a wątłe ich postacie i buzie, wyrażały zalęknienie i znużenie.
— Powiedz, moja droga — spytała Konstancya Walentyny — czy nasz poczciwy doktór Boutan nie przypisuje zła temu, żeś sama nie karmiła swoich dzieci? Wyobraź sobie, że przy keżdem niedomaganiu Maurycego, wręcz mnie obwinia, poczytując za zbrodnię, jeżeli matka nie chce być zarazem mamką!
Rzucone przez Konstancyę nazwisko doktora Boutan, wywołało przyjazne okrzyki oburzenia, och Boutan!.. on jest stronny jak każdy specyalista. Séguin szydził, Beauchêne dowcipkował o obowiązkowej służbie macierzyńskiego karmienia niemowląt, nakazanej prawem, zadekretowanem przez obie Izby. Tylko Mateusz i Maryanna milczeli. Lecz Konstancya zwróciwszy się do tej ostatniej, rzekła:
— Moja droga, tylko nie przypuszczaj, że z ciebie żartujemy... Twoje dzieci są rzeczywiście wyjątkowo zdrowe i dorodne, nikt temu nie jest w stanie zaprzeczyć.
Maryanna skinęła głowę pobłażliwie, na znak, że pozwala nawet ze siebie żartować i będzie zadowolona, jeżeli to się przyczyni do ogólnej wesołości. Ale spostrzegła, że Gerwazy korzystając, iż nie zwraca na niego uwagi, dobiera się do jej stanika, szukając utraconego raju. Spuściła go więc na ziemię, mówiąc:
— Nie... nie, mój panie... Już powiedziałam, że się to skończyło... Czyż nie widzisz, że śmianoby się z nas obojga!..
I stała się rzecz rozkoszna. Mateusz wzruszony wpatrzył się w Maryannę. Była mu więc przywróconą, odzyskiwał ją dla siebie, bo już spełniła obowiązek, już ostatecznie ukończyła postawienie na własne nogi dziecko, karmiąc je własnem swojem ciałem. Była więc znów żoną, kochanką, kobietą, wesołą ze swej swobody, z powracającej i dla niej wiosny i jak wypoczęta ziemia, gotową była do dalszej płodności. Nigdy jeszcze nie wydała mu się piękniejszą. Podziwiał jej spokojną urodę pełną siły, widział w niej tryumfatorkę szczęśliwego macierzyństwa i była dla niego świętą tem zdrojem mleka, które z niej spłynęło, krzepiąc świat cały. Serce Mateusza śpiewało jej hymn pochwalny, hymn czci dla prawdziwej matki, która karmi urodziwszy, bo inne nie są zupełnemi matkami, usuwając się od obowiązku karmienia, są przestępczyniami wywołującemi obliczyć się nie dające szkody. A widząc ją w tej apoteozie i otoczoną zdrowem potomstwem, jak dobrotliwą boginię nieustającej żyzności, mówiącą już o jutrzejszych darach, czuł, że ją miłuje, że jej pożąda, że ją mieć pragnie w płomiennym uścisku nieśmiertelnego słońca miłości. Boska żądza jawiła się, ta żądza będąca żarem i duszą wszelkiego istnienia, drżąc w słonecznych promieniach ponad polami, wirując w wodach, płynąc wraz z wiatrem, zapładniając w każdej sekundzie miliardy jestestw. Może Mateusz był tylko upojony lekkim zapachem jej włosów, pieszczącym go wonią nowo rozkwitłego kwiatu?... A może znienacka wymienili z sobą jedno z tych spojrzeń, które ich wzajemnie podbijało obietnicą wspólnego oddania sobie tego co w każdem z nich należało do drugiego?.. Dość, że równocześnie wpadli w ekstazę, zapominając o reszcie świata, o tych wszystkich ludziach, którzy ich otaczali. Nie widzieli ich, w całości pogrążeni w potrzebie należenia do siebie, szeptania sobie, że się kochają, że nadeszła pora nowego rozkwitu miłości. Pochylił się nad nią, wyciągając ku niej usta, ona podała mu swoje i pocałowali się z upojeniem.
— Ładnie!.. Nie żałujcie sobie! — zawołał z podochoceniem Beauchêne. Co was opętało?..
— Może chcecie, byśmy wyszli i pozostawili was sam na sam?.. dorzucił tym samym tonem Séguin.
A podczas gdy Walentyna zanosiła się od śmiechu a Konstancja przybierała miny zgorszone, Morange wyrzekł słowa głębokiego smutku głosem pełnym łez, które dławiły go ciężką goryczą niepowrotnej dla niego miłosnej przeszłości:
— Ach, jakże wielką macie słuszność!
Zadziwieni tem co zrobili a czego nie byliby chcieli zrobić w obecności świadków, Mateusz i Maryanna przez chwilę wylęknięci spojrzeli na siebie ze szczerem zakłopotaniem. Lecz oprzytomniawszy, oboje się roześmieli z ujmującą poczciwością i swawolnie zaczęli przepraszać gości. Kochać! kochać! módz kochać!.. oto całe zdrowie życia, lecz trzeba chcieć i trzeba módz!
— A więc — mówił żartobliwie Beauchêne — zaraz zacznie się coś szóstego! nie odkładając, będzie szóste!
Gerwazy, jeszcze chwiejnie trzymając się na nogach, doszedł wszakże do kółka bawiących się dzieci i patrzał na galopujących swych trzech braci i siostrę, podziwiając jak rej wodzili wśród całego grona.
— A tak, teraz będzie szóste! potwierdził Mateusz a Maryanna kiwnięciem głowy dawała na to przyzwolenie.
Zwrócił się w stronę pola, które słaniając się i falując jak zielone morze, przyobiecywało bogate plony.
— Można zapragnąć szóstego dziecka, bo oto tam dojrzeje zboże, które je wyżywi!
Był to okrzyk człowieka czynu, energii i woli, człowieka zobowiązującego się przed sobą samym, by płodząc dziecko, stworzyć zarazem nowy zasób, dający mu możność wyżycia. Uważał taką przezorność za prosty obowiązek uczciwości a znalazłszy to rozwiązanie zadania, miał spokojne sumienie, że nie rzuci na świat pasorzytów. W miarę zwiększania się rodziny, powiększać będzie ilość pól, zdobywanych na odłogiem leżącem pustkowiu; karczować będzie zarośla, osuszać bagna, usuwać kamienie i zwilżać piaszczyste wydmy, by i one rodzić poczęły. A ziemia i kobieta dopełnią dzieła stworzenia, zwycięzko dążąc ku wzmożeniu życia, siły i nadziei.

KONIEC KSIĘGI TRZECIEJ.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.