Sztuka i czary miłości/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Sztuka i czary miłości
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wyd. 1931
Druk Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ III.
Pieśń zwycięskiej miłości.
I. S. Turgenjew.
„Wage Du zu irren und zu träumen“
Schiller.

Oto, co przeczytałem w pewnym starym włoskim rękopisie.

I.

Około połowy XVI w. zamieszkiwało dwóch młodzieńców w Ferrarze — kwitła ona podówczas pod panowaniem swych wspaniałych i szlachetnych książąt — dwóch młodzieńców, noszących imiona: Fabjusza i Mucjusza.
Rówieśnicy a blizcy krewni nie rozłączali się prawie na chwilę i łączył ich węzeł serdecznej przyjaźni. Obaj pochodzili ze starożytnych rodów, obaj byli zamożni, obaj te same posiadali upodobania artystyczne. Mucjusz z zapałem poświęcał się muzyce, zaś Fabjusz malarstwu. A byli tak piękni, wykwintni i wykształceni, iż chlubiła się niemi Ferrara, niby najprzedniejszą swoją ozdobą... Jeno zewnętrznie nie zachodziło pomiędzy przyjaciółmi podobieństwo — gdy nieco wyższy wzrostem Fabjusz cerę miał bladą, włosy złociste, zaś w oczach jego przeglądał się lazur morza — Mucjusz odwrotnie — twarz śniadą, krucze włosy i niby rozżarzony węgiel oczy, których prawie nie rozświetlał nigdy błysk wesoły, ani jego oblicza nie krasił uśmiech pogodny, będący nieodłącznym towarzyszem twarzy Fabjusza. W rozmowie również był bardziej milczącym — obaj jednak przyjaciele podobali się paniom, gdyż słusznie uchodzić mogli za wzór rycerskości i szlachetnego postępowania.
W tym czasie mieszkała w Ferrarze dziewica imieniem Welerja. Była to piękność skończona, jedna z najpiękniejszych panien w mieście i wielu słało za nią rozmarzone spojrzenia, mimo, iż żyła w wielkiem odosobnieniu, nie odwiedzając zebrań liczniejszych, a cały czas, poza codzienną modlitwą w kościele, przepędzała z matką, niezamożną wdową, która prócz córki nie posiadała innej rodziny. Niektórzy, co prawda, twierdzili, że zbyt nieśmiałą i bojaźliwą jest panną, że trudno z niej wydostać słówko weselsze i niewiadomo nawet czy przyjemny ma głos, bo z nikim wdawać się nie chce w rozmowę. Inni natomiast opowiadali tajemniczo, że wczesnym rankiem, gdy jest jeszcze miasto uśpione, śpiewa u siebie w komnacie stare sentymentalne pieśni, sama sobie do nich wtorójąc na lutni. A starzy ludzie postrzegając Walerję szeptali:
— „O, jak szczęśliwym będzie ten młodzian, który potrafi wzbudzić uczucie w tym kwiatuszku i pod czyim wpływem ten dziewiczy i nierozwinięty pąk rozwinie się w bujne kwiecie”.

II.

Fabjusz i Mucjusz po raz pierwszy ujrzeli Walerję w czasie wielkich uroczystości ludowych, jakie wyprawił książe Ferrary Ercolo — syn słynnej Lukrecji Borgia — na cześć dostojnych gości, którzy przybyli z Paryża na skutek zaprosin księżnej, jego małżonki, córki króla Ludwika XII. Wraz z matką siedziała Walerja pośrodku pięknej trybuny, wybudowanej wedle rysunku Paladjusza, którą przeznaczono dla szlachetniejszych dam miasta.
Obaj — Fabjusz i Mucjusz — zakochali się w niej namiętnie od pierwszego wejrzenia, a ponieważ nie zwykli byli czynić przed sobą tajemnic, wkrótce każdy z nich wiedział, co się działo w sercu drugiego. Wtedy postanowili zbliżyć się do Walerji i starać o jej względy, a jeśli ona którego z nich zechce wybrać — to drugi bez szemrania, podda się swemu losowi.
W parę tygodni później, dzięki dobremu imieniu, jakie w mieście posiedli, udało im się zdobyć wstęp do domu wdowy, nie przyjmującej niemal nikogo i uzyskać zezwolenie od niej bywania i nadal. Od tej chwili codziennie widzieli Walerję i codziennie mogli z nią rozmawiać — a ogień żarzący się w ich sercach, wzmagał się z coraz większą siłą. Walerja nie wyróżniała z obu żadnego szczególniej — choć znać było, że rada przebywa w ich towarzystwie. Z Mucjuszem doskonaliła się w muzyce, z Fabjuszem częściej zato wiodła rozmowy, z nim jakby się czując mniej onieśmieloną.
Wreszcie postanowili przyjaciele wyjaśnić swe sprawy i wysłali do Walerji list, pisząc, aby zechciała się wypowiedzieć, któremu z nich zechce oddać swą rękę. Walerja wręczyła list matce i oświadczyła, że gotowa nadal trwać w panieństwie, wyjdzie atoli za mąż, jeśli matka tego zapragnie i tego wybierze, na kogo ona jej wskaże. Zacna wdowa rozpłakała się na myśl o rozłące z córką, ukochanem dzieckiem — odmawiać jednak nie miała powodu, gdyż obaj młodzieńcy jednako godni byli ręki jej córki. Jęła rozważać, a że osobiście bardziej jej do serca przypadł weselszy Fabjusz i podejrzewała, że ku niemu to również skłania swe uczucie Walerja — wskazała na niego. Nazajutrz Fabjusz dowiedział się o swem szczęściu. Mucjuszowi zaś nie pozostawało nic innego, jeno dotrzymać słowa i się pogodzić z tym wyrokiem.
Tak też postąpił — świadkiem jednak szczęścia swego przyjaciela a rywala być nie mógł. Natychmiast sprzedał większą część swego majątku i zebrawszy parę tysięcy dukatów, wybrał się w podróż daleką na Wschód. Żegnając się z Fabjuszem, oświadczył, iż nie rychlej powróci, nim zagasną ostatnie iskierki tkwiącej w sercu namiętności. Bolała Fabjusza rozłąka z towarzyszem lat dziecinnych, radość jednak, iż stanął u celu swych marzeń — głuszyła chwilowo inne uczucia.
Niezadługo później odbył się jego ślub z Walerją i wtedy dopiero poznał on, jaki to skarb posiada. Ponieważ miał w okolicach Ferrary piękną willę, otoczoną cienistym ogrodem, tam zamieszkał wraz z żoną i jej matką. Piękne nastały wtedy czasy. Małżeńskie pożycie wydobywało na jaw nowe zalety Walerji, a Fabjusz rozkochany w — tym pełnym harmonji bycie — udoskonalił się w malarstwie, stawał się ze zwykłego, jak dotąd miłośnika sztuki, prawdziwym mistrzem. Matka Walerji składała Bogu dzięki, spozierając na szczęśliwą parę. Tak niespostrzeżenie zbiegły cztery lata, niby rozkoszny sen. Jedno martwiło tylko młodych małżonków — nie mieli dzieci... ale jeszcze nie tracili nadzieji... Pod koniec czwartego roku, po raz pierwszy nawiedziło ich dom nieszczęście — matka Walerji umarła, po parodniowej chorobie...
Łez dużo wylała Walerja, długo nie mogąc się uspokoić po stracie. Lecz przeszedł rok, czas ukoił cierpienia i życie znów popłynęło dawnem łożyskiem... I oto, pewnego pięknego letniego wieczoru, nie uprzedziwszy nikogo, do Ferrary znów powrócił Mucjusz.


III.

Przez całych lat pięć, które upłynęły od jego wyjazdu, nikt o nim nie wiedział nic, nie słyszał nic, jakgdyby przepadł z powierzchni ziemi. Gdy Fabjusz napotkał przyjaciela na jednej z ulic Ferrary, o mało nie krzyknął zrazu ze zdziwienia, później z radości — i zaprosił go natychmiast do swej willi. Tam, w ogrodzie, stał spory, oddzielny domek — ofiarował go przyjacielowi na mieszkanie. Mucjusz zgodził się chętnie i tegoż dnia sprowadził się wraz ze swym sługą niemym malajczykiem — niemym, lecz nie głuchym i z pozorów sądząc, bardzo sprytnym człowiekiem. Miał język wyrżnięty. Mucjusz przywiózł wraz z sobą dziesiątki skrzyń, napełnionych kosztownościami, zebranemi w czasie długich podróży.
Walerja ucieszyła się z powrotu Mucjusza i on ją radośnie witał, lecz spokojnie, po przyjacielsku, snać całkowicie dochował danego Fabjuszowi słowa. W ciągu dnia zdążył urządzić się w swym domku, wyłożył przy pomocy malajczyka przywiezione rzadkie okazy: dywany, jedwabne materje, aksamitne stroje, broń, kubki, półmiski, puhary, złote i srebrne drobiazgi, szkatułki z bursztynu i kości słoniowej, dziwnego kształtu butelki, kadzidła, skóry zwierząt, pióra nieznanych ptaków oraz całą moc innych przedmiotów, służących do tajemniczych a niezrozumiałych celów. Śród tych skarbów znajdował się piękny naszyjnik z pereł, otrzymany przez Mucjusza od szacha perskiego za jakąś wielką a tajemniczą usługę. Poprosił on Walerję o zezwolenie włożenia jej naszyjnika osobiście na szyję: wydał się on jej dziwnym, dziwnie ciężkim i ciepłym.., i jakby przylgnął do ciała. Pod wieczór, po obiedzie, siedząc na tarasie willi w cieniu oleandrów i laurów, Mucjusz jął opowiadać swe przygody. Mówił o dalekich lądach i morzach, jakie zwiedził; cały Wschód był mu znany — przebył Persję i Arabję, gdzie konie są najpiękniejsze i najszlachetniejsze ze wszystkich stworzeń żyjących, przenikł do serca Indji, gdzie ród ludzki podobny jest do roślin wyniosłych, dobrnął do granic Tybetu, gdzie żywe bóstwo imieniem Dalaj Lama, zamieszkuje na ziemi, wcielone w milczącego człowieka z wązkiemi oczami.
Piękne były te opowiadania i niby zaczarowani przysłuchiwali im się Fabjusz i Walerja. Właściwie twarz Mucjusza nie zmieniła się wiele. Od dzieciństwa śniada — opaliła się więcej jeszcze pod skwarem bardziej gorącego słońca, tylko oczy nieco zapadły, ale wyraz tej twarzy stał się inny jakiś, skupiony w sobie i poważny, nie ożywiał się i wtedy nawet, gdy opowiadał on o niebezpieczeństwach, na jakie się narażał nocą, brnąc przez lasy w których rozlegał się ryk tygrysów i w dzień — pośród dróg, gdzie na podróżników czatują ludzie-zwierzęta, duszący ich na cześć żelaznej bogini, żądnej ludzkiej ofiary.
Nawet ruchy Mucjusza stały się spokojne, opanowane, zatraciły porywczość i szybką gestykulację, właściwą włoskiemu plemieniu. Przy pomocy sługi, owego ślepo oddanego a zręcznego malajczyka, pokazał on gospodarzom sztuk parę, których go wyuczyli indyjscy bramini. Schowawszy się więc uprzednio za kotarę, pojawił się nagle siedząc w powietrzu z podgiętemi nogami i tylko opierał się zlekka na pionowo postawiony bambusowy drążek, co niemało zadziwiło Fabjusza a nawet przeraziło Walerję... „Czy nie czarownik to?“ pomyślała. Gdy zaś począł on przyzywać do się, grając cicho na flecie, oswojone węże, gdy z pod pstrokatego nakrycia, z koszyka jęły się ukazywać płaskie głowy z wyciągniętemi żądłami, Walerja zlękła się na dobre i prosiła Mucjusza, aby corychlej pochował te wstrętne gady. W czasie wieczerzy Mucjusz częstował swych przyjaciół winem z Syrakuz, z okrągłej butelki o długiej szyjce; wino niezwykle pachnące i gęste, złocistej barwy, nalane w kryształowe kubeczki, lśniło tajemniczo, i ze smaku nie przypominało europejskich trunków: było bardzo słodkie i pieprzne a wypite powolnemi łykami rozlewało we wszystkich członkach uczucie przyjemnego rozmarzenia. Mucjusz zmusił i Fabjusza i Walerję do wychylenia czarki i wypił sam. Nad jej czarką, pochyliwszy się nieco, coś szeptał, potrząsając palcami. Walerja zauważyła to, ze względu jednak, iż w całem zachowaniu Mucjusza było coś obcego i dziwacznego, pomyślała tylko: Może przyjął on w Indjach wiarę nową, a może tam u nich zwyczaje takie? — poczem, po chwili milczenia zagadnęła go, czy przestał się on w czasie swych podróży zajmować muzyką? W odpowiedzi polecił Mucjusz malajczykowi przynieść skrzypce. Były one podobne do zwykłych, tylko miast czterech strun posiadały trzy, wierzch był obciągnięty niebieskawą wężową skórą — cienki smyczek miał kształt półokrągły, a na samym jego końcu błyszczał zaostrzony djament.
Mucjusz z początku zagrał parę smętnych wschodnich, jak twierdził, pieśni — dziwacznych, dzikich nawet dla włoskiego ucha a dźwięk metalowych strun był żałosny i słaby. Lecz gdy Mucjusz jął grać pieśń ostatnią, dźwięk nagle wzmocnił się, zabrzmiał donośnie i silnie. Namiętna melodja popłynęła z pod smyczka, popłynęła, wijąc się kusząco, jak ta żmija, co kryła swą skórą wierzch skrzypców i takim ogniem, taką zwycięską radością lśniła i płonęła ta melodja, że Fabjusza i Walerję ścisnęło coś za serce a łzy wystąpiły na oczy... Mucjusz z głową pochyloną, przyciśniętą do skrzypiec, z pobladłemi policzkami, z brwiami zesuniętemi wydawał się jeszcze bardziej skupionym i nieprzystępnym — jeno djament na końcu smyczka ciskał promieniste skry, niby również zapalony ogniem tej dziwnej pieśni. Kiedy Mucjusz skończył i wciąż jeszcze ściskając skrzypce między podbródkiem a plecami opuścił rękę, która trzymała smyczek. „Co to takiego? Coś ty grał nam?” zawołał Fabjusz. Walerja nie przemówiła ani słowa, lecz cała jej postać, zda się, powtarzała pytanie męża. Mucjusz położył skrzypce na stole i potrząsnąwszy zlekka włosami, odparł uprzejmie:
— Ta melodja... słyszałem ją raz na wyspie Cejlon... słynie ona tam, śród ludu, jako pieśń... szczęśliwej, zwycięskiej miłości...
— Powtórz ją! — wyszeptał Fabjusz.
— Nie, powtarzać nie można — odparł Mucjusz — pozatem późno już! Signora Walerja winna odpocząć... i ja jestem zmęczony...
A gdy na pożegnanie wyciągnęła rękę Walerja, Mucjusz który przez cały dzień zachowywał się bez zarzutu, uścisnął dłoń jej niezwykle silnie a w oczy zajrzał tak natarczywie, że mimo iż natychmiast opuściła powieki, wciąż czuła potęgę jego wzroku. Zdziwiona, wprawdzie nie rzekła nic — tylko wyrwała dłoń, lecz gdy się oddalił — długo spozierała na drzwi, któremi wyszedł wspominając jakto przed laty stale patrzyła na niego z obawą... a teraz nie wie, jak sobie ma tłomaczyć jego zachowanie...

IV.

Całą noc niemal Walerja nie mogła zmrużyć oka. Wciąż w uszach brzmiała dziwna melodja a kiedy wreszcie popadła w półsen, śniło jej się, że jest w niezwykłej komnacie, pełnej tajemniczych sprzętów, że nagle naprzeciw, z za kotary wychodzi Mucjusz i chwyta ją w swoje ramiona...
Z krzykiem obudziła się z tego koszmaru, — spostrzegła, że i mąż jej nie śpi... Nadsłuchiwał on... a z pawilonu, w którym zamieszkał ich dziwaczny gość, znów dobiegała ta sama melodja... pieśń zwycięzkiej... miłości...
Nagle urwała się pieśń. Małżonkowie opuścili, niby powodowani obcą wolą, głowy na poduszki i zasnęli, sami nie wiedząc kiedy, głęboko.

Gdy nazajutrz przybył na śniadanie Mucjusz, zapytał go się gospodarz:
— Nie mogłeś wszak zasnąć na nowem miejscu? Słyszeliśmy z żoną, żeś znowu grał wczorajszą pieśń.
— Słyszeliście? — mruknął Mucjusz. — Istotnie grałem tą pieśń! Lecz spałem przódy i miałem nawet dziwny sen!
Walerja drgnęła.
— Jaki sen? — zapytał Fabjusz.
— Widziałem — mówił Mucjusz, nie spuszczając wzroku z Walerji — iż jestem w jakiejś wielkiej komnacie, przystrojonej na sposób wschodni. Nie było tam ani okien, ani świec, a pokój jednak tonął w rożowawem świetle, jakby ściany zbudowano z przezroczystych kamieni. Wszedłem przez drzwi zawieszone kotarą — a w drugich drzwiach na wprost ukazała się kobieta, którą niegdyś kochałem... a była tak piękną... iż rozgorzałem do niej poprzednią namiętnością...
Mucjusz znacząco umilkł. Walerja siedziała pobladła, nieruchomo, tylko oddech jej stawał się coraz bardziej głębokim.
— Wtedy — mówił Mucjusz dalej — obudziłem się i zagrałem tą pieśń!
— Któż to była ta kobieta? — zagadnął Fabjusz.
— Kto była!... Hm... Żona pewnego indusa. Spotkałem ją w Delphi... Ale ona teraz już nie żyje... Umarła!
— A mąż? — zapytywał dalej Fabjusz, sam nie wiedząc czemu zadaje to pytanie.
— Mąż również, zdaje się umarł!
— Dziwne! — zauważył Fabjusz. — Moja żona też miała tej nocy niezwykły sen (Mucjusz uporczywie spojrzał na Walerję) lecz nie chciała mi go opowiedzieć!
W tej chwili Walerja wstała i wyszła z pokoju. Po śniadaniu odszedł Mucjusz, twierdząc, iż ma liczne sprawy do załatwienia w Ferrarze i że przed wieczorem nie powróci.

V.

Na parę tygodni przed powrotem Mucjusza, Fabjusz rozpoczął portret swej żony, którą przedstawił w postaci Św. Cecylji. Portret niemal był zupełnie gotów, pozostawało jeno paru sztrychami wykończyć oblicze — i Fabjusz mógł, sprawiedliwie, dumnym być ze swego dzieła. Pozostawszy teraz sam podążył do pracowni, gdzie zwykle o tej porze oczekiwała go Walerja, lecz tam jej nie zastał; zawołał ją — wołanie pozostało bez odpowiedzi. Fabjusza ogarnął niepokój, począł szukać. W domu żony nie było. Pobiegł do ogrodu i zdala w jednej z samotnych aleji spostrzegł Walerję. Siedziała na ławce z głową opuszczoną na piersi, ze skrzyżowanemi na kolanach rękoma a nad nią z powód zieleni cyprysów, wyzierał marmurowy satyr, o wykrzywionem w złośliwym uśmiechu obliczu.
Walerja widocznie ucieszona pojawieniem się męża, na jego niespokojne zapytania odrzekła, iż nieco boli ją głowa, lecz nic to nie znaczy i chętnie będzie mu pozować. Fabjusz zaprowadził żonę do pracowni, usadowił, wziął pędzel do ręki — ale ku wielkiemu swemu niezadowoleniu, w żaden sposób nie mógł tak wykończyć na obrazie twarzy, jak tego — sobie życzył. Nie dla tego by malować nie mógł tego dnia — ale wprost nie odnajdywał w rysach żony niewinnego, czystego wyrazu, który mu się spodobał i który naprowadził go na myśl przedstawienia jej w postaci świętej Cycylji. Zniechęcony wreszcie, cisnął paletę i pędzel oświadczając żonie, iż dziś nie jest usposobiony do malowania, ona zaś najlepiej uczyni, jeśli uda się na spoczynek, bo wygląda na zmęczoną — odwrócił stalugi do ściany. Walerja zgodziła się, że najrozsądniej będzie odpocząć, znów napomknęła o silnym, dręczącym bólu głowy — i udała się do sypialni.
Fabjusz pozostał w pracowni. Czuł dziwne jakieś, jemu samemu niezrozumiałe, rozdrażnienie. Pobyt Mucjusza pod jego dachem, pobyt o który sam prosił — krępował go i dręczył. Nie aby był zazdrosny — czyż można było podejrzewać Walerję — lecz w swoim przyjacielu nie poznawał dawnego towarzysza. Wszystko to obce, niewiadome, nowe, które Mucjusz wyniósł z sobą z dalekich krain, — i co zdawało się weszło mu w ciało i krew — wszystkie te magiczne sposoby, pieśni, trunki, ten niemy malajczyk, nawet ta odurzająca woń, którą przesiąkła odzież, włosy, rzekłbyś oddech Mucjusza — wszystko to budziło w Fabjuszu uczucie podobne do podejrzliwości a może nawet do strachu. Czemu ten malajczyk, usługując do stołu, tak nieprzyjemnie spogląda na niego, Fabjusza? Doprawdy, przypuścićby można, iż rozumie po włosku. Mucjusz mówił o nim, że tracąc język uczynił on wielką ofiarę, w nagrodę za co obdarzony został siłą niezwykłą. Jaką siłą i w jaki sposób mógł on ją zdobyć za tą cenę straszliwą? Wszystko to bardzo dziwne i bardzo niezrozumiałe!
Fabjusz udał się do żony, do sypialni — leżała w ubraniu na łóżku — lecz sen nie kleił jej powiek. Gdy posłyszała jego kroki drgnęła, później ucieszyła się tak, jak wtedy w ogrodzie. Fabjusz usiadł obok na łóżku, wziął Walerję za rękę i pomilczawszy nieco zagadnął — co to za niezwykły sen przeraził cię tak ostatniej nocy? I czy nie był ów sen w rodzaju tego, o którym opowiadał Mucjusz? Walerja poczerwieniała i szybko odparła.
— O nie, nie... widziałam straszliwego potwora, pragnącego mnie pożreć!
— Potwora... w postaci ludzkiej? — dalej pytał.
— N... n... — ie... zwierza...
Walerja odwróciła się i ukryła w poduszkach swą zapłonioną twarzyczkę. Fabjusz czas jakiś trzymał rączkę żony w swych dłoniach, poczem w milczeniu powoli podniósł ją do swych warg — i wyszedł.
Nie wesoło dzień cały spędzili małżonkowie. Rzekłbyś, ciemnego coś, zawisło nad ich głowami... lecz co to było... sami nie umieli określić. Chcieli być wciąż razem, niby chroniąc się przed jakimś niebezpieczeństwem — a gdy razem byli nie wiedzieli o czem mówić i co rzec do siebie. Fabjusz, usiłował pracować nad portretem, czytać Ariosta, którego poemat niedawno ukazał się w Ferrarze i rozbrzmiewał po całej Italji — daremnie...
Późno, przed samą wieczerzą, powrócił Mucjusz.

VI.

Wydawał się spokojnym i zadowolonym, lecz opowiadał mało; więcej rozpytywał Fabjusza o poprzednich wspólnych znajomych, o stosunki panujące w kraju, wspominał, iż pragnie udać się do Rzymu, aby ujrzeć nowego papieża. Znów częstował Walerję winem z Syrakuz a na jej odmowę, mruknął, zda się do siebie — „teraz już zbyteczne“.
Powróciwszy z żoną do sypialni, Fabjusz wkrótce zasnął... i zbudziwszy się godzinę później, stwierdził, iż nikt nie dzieli z nim jego łoża — Walerji nie było. Szybko się zerwał, lecz w tejże chwili ujrzał żonę, jak w nocnym stroju powracała z ogrodu do sypialni. Księżyc jasno świecił. — Z zamkniętemi oczami, z wyrazem ukrytego przerażenia na nieruchomej twarzy, zbliżyła się Walerja do łoża i namacawszy je wyciągniętemi do przodu rękoma, legła spiesznie i w milczeniu. Fabjusz zwrócił się do niej z zapytaniem, lecz nie dała odpowiedzi, wydawało się, iż była uśpioną. Dotknął jej — i poczuł na szacie, na włosach krople dżdżu — a na piętach obnażonych nóg — ziarenka piasku.
Wtedy porwał się i pobiegł przez napółotwarte drzwi do ogrodu. Blask księżyca, jasno oświecał wszystko. Fabjusz rozejrzał się i spostrzegł na piasku alei podwójne ślady nóg — jedna para z nich była bez obuwia. Wiodły te ślady do altanki z jaśminów, znajdującej się z boku, pomiędzy domem a pawilonem. Przystanął zdumiony — i znów, znów rozległy się tony tej pieśni, którą słyszał nocy ubiegłej...
Fabjusz wzdryga się, wpada do małego domku. Mucjusz stoi pośrodku pokoju i gra na skrzypcach — Fabjusz rzuca się ku niemu.
— Byłeś w ogrodzie, byłeś... twa szata jest mokrą od deszczu...
— Nie wiem... nie... zdaje się... nie wychodziłem... urywkowo odpowiada Mucjusz, niby zdziwiony odwiedzinami przyjaciela i jego wzburzeniem.
Fabjusz chwyta go za rękę — Czemu znów grasz tą melodję? Czy nawiedził cię sen? Odpowiedz.
Mucjusz patrzy nieprzytomnie.

Księżyc wszak dziś sprzyja mi.
Zdala srebrem rzeka lśni.
Druh mój czuwa a wróg śpi,
Jastrząb kurkę zje w te dni.
Pomóż mi...

bełkocze przeciągle, niby w malignie.
Fabjusz ustąpił o parę kroków, spojrzał na Mucjusza, pomyślał... i powrócił do domu, do sypialni.
Walerja spała ciężkim snem, przechyliwszy głowę na ramię i bezsilnie rozrzuciwszy ręce. Nie prędko dobudził się jej... lecz skoro go ujrzała, objęła go za szyję, objęła konwulsyjnie a całe jej ciało dygotało. „Co ci, kochanie, co ci?“ powtarzał starając się ją uspokoić. Lecz ona wciąż drżała przywarta do piersi Fabjusza. „Ach, jakież sny straszliwe mnie dręczą!“ szeptała, tuląc się do męża. Fabjusz chciał pytać... lecz ją jeno wstrząsały dreszcze...
Promienie poranka barwiły szyby okien, gdy wreszcie zdrzemnęła się w jego objęciu.

VII.

Nazajutrz Mucjusz zniknął od rana a Walerja oświadczyła małżonkowi, iż zamierza odwiedzić klasztor sąsiedni, gdzie bawił jej spowiednik, stary mnich, do którego żywiła bezgraniczne zaufanie. Na zapytania Fabjusza, wyznała, że pragnie szczerą spowiedzią pokrzepić swą duszę, zaniepokojoną i wstrząśniętą wypadkami ostatnich dni. Spojrzawszy na zapadniętą i pobladłą twarzyczkę małżonki, pochwalił ten zamiar, wszak pater Lorenzo mógł służyć jej dobrą radą, rozwiać wątpliwości... Pod ochroną tedy czterech służących udała się ona w zamierzoną drogę, a Fabjusz pozostał w domu sam, błądząc to po pokojach to po ogrodzie targany gniewem, obawą i nieokreślonemi podejrzeniami, pragnąc pojąć co właściwie z żoną dziać się mogło.
Zachodził parokrotnie do pawilonu, lecz Mucjusz jeszcze nie powrócił a sługa malajczyk spozierał na niego, niby bałwan bronzowy z lekkim — jak się Fabjuszowi wydawało — ironicznym uśmiechem.
W tym czasie Walerja wyznała wszystko spowiednikowi, nie tyle ogarnięta wstydem, co przerażeniem. Mnich wysłuchał uważnie, odpuścił jej grzech mimowolny, pobłogosławił a powymyślawszy w duchu „czary djabelskie jakieś... tak tego zostawić nie można!“... pod pozorem, iż pragnie ostatecznie ją uspokoić, wraz z nią udał się do willi.
Ujrzawszy mnicha — Fabjusz zaniepokoił się nieco ale doświadczony starzec z góry już sobie ułożył, co ma mu powiedzieć. Pozostał z nim sam na sam nie zdradzając oczywiście małżonkowi tajemnicy spowiedzi, radził oddalić niebezpiecznego gościa, który swemi opowiadaniami, muzyką, zbytnio podnieca chorobliwie wyobraźnię Weroniki. Pozatem wedle zdania padre — Mucjusz już poprzednio nigdy wielką gorliwością dla wiary się nie odznaczał a spędziwszy czasu tyle w krainach nie opromienionych słońcem chrześcijaństwa, mógł z tamtąd w rzeczy samej przynieść zarazę nauk fałszywych, mógł nawet zapoznać się z tajemnicami magji — dla tego też mimo, że przyjaźń dawna ma swe prawa, rozsądna ostrożność nakazywała konieczność rozłąki.
Fabjusz zgodził się całkowicie ze zdaniem spowiednika a twarz Walerji aż promieniała, gdy mąż powiadomił ją o tem postanowieniu — i padre Lorenzo żegnany błogosławieństwem małżonków, obdarzony sowicie darami dla klasztoru i biednych, wyruszył w drogę powrotną.
Fabjusz zamierzał natychmiast rozmówić się z Mucjuszem, lecz dziwny jego gość nie powrócił na wieczerzę. Z konieczności, odłożono rozmowę do następnego dnia — i małżonkowie, radzi z siebie udali się na spoczynek do sypialni.

VIII.

Walerja szybko zasnęła, lecz Fabjusz nie mógł zmrużyć oka. Śród nocnej ciszy jeszcze żywiej rysowały mu się ubiegłe wypadki, jeszcze natarczywiej zadawał sobie pytania, na które nie znajdował odpowiedzi. Azali naprawdę Mucjusz stał się czarnoksiężnikiem i czy aby nie zatruł on Walerji?
Bezwątpienia jest chorą... lecz jakiego to rodzaju choroba?
Podczas, gdy podłożywszy rękę pod głowę i wstrzymując oddech gorący, pogrążał się w ciężkie dumy — księżyc znów wypłynął na pochmurne niebo a wraz z promieniami księżyca — czyż wydało się to Fabjuszowi? — jęło się sączyć jakoweś tchnienie, na podobieństwo lekkiej wonnej fali... ot słychać, uporczywy namiętny szept... i w tymże momencie spostrzegł, że Walerja zaczyna się słabo poruszać. Wzdrygnął się... i znów spojrzał. Wstaje, opuszcza najprzód jedną nogę, i potem drugą z łóżka — i jak lunatyczka, patrząc się wprost przed siebie wygasłemi oczami, bez życia, wyciągnąwszy ku przodowi ręce, idzie w stronę drzwi, wiodących do ogrodu. Fabjusz momentalnie wyskoczył drugiemi drzwiami i okrążywszy dom szybko od zewnątrz zatrzasnął pierwsze drzwi, wiodące do ogrodu. Zaledwie zdążył pochwycić za klamkę, gdy poczuł, iż ktoś z tamtej strony usiłuje je otworzyć, napiera i... posłyszał przygłuszone jęki.
— Ale przecież Mucjusz nie powrócił z miasta! — przemknęło w głowie Fabjusza i popędził w stronę pawilonu.
Cóż zobaczył?
Naprzeciw, po dróżce, zalanej potokami księżycowego światła, idzie również, niczem lunatyk, wyciągnąwszy przed się ręce i rozwartemi bez życia oczami — idzie Mucjusz. Fabjusz podbiega doń, lecz ten go nie widzi, miarowo postępując krok za krokiem a nieruchoma twarz uśmiecha się w świetle księżyca, niczem u malajczyka... Fabjusz chce zawołać go po imieniu, lecz w tejże chwili z tyłu, w domu, stuknęło okno... Ogląda się...
W rzeczy samej, okno w sypialnym pokoju jest otwarte i uniósłszy nogę do góry, jakby chciała zeń wyskoczyć, stoi Walerja... jej ręce wyciągają się w stronę Mucjusza... widać, iż dąży do niego... Niewypowiedziana wściekłość zalała pierś Fabjusza raptowną a gwałtowną falą.
— Przeklęty czarowniku! — wrzasnął dziko i pochwycił jedną ręką Mucjusza za gardło a drugą namacawszy sztylet w jego pasie — po rękojeść wbił mu ostrze w bok.
Donośnie krzyknął Mucjusz i zaciskając ranę dłonią pobiegł z powrotem, do pawilonu... Lecz w tejże chwili, kiedy uderzył go Fabjusz równie przeraźliwie krzyknęła Walerja i jak podcięta osunęła się na ziemię.
Fabjusz rzucił się ku niej, podniósł, złożył na łożu, począł przemawiać.
Długo leżała nieruchomo, wreszcie rozwarła oczy, odetchnęła głęboko i radośnie, jak człowiek uratowany od nieuchronnej śmierci — i ujrzawszy męża oplotła jego szyję ciepłemi ramionami, przycisnęła się do jego piersi: „To ty, to ty!“ — szeptała. Pomału rozplotły się jej ręce i głowa opadła do tyłu... „Bogu dzięki, wszystko skończone! Takam zmęczona!“ — wyrzekła cicho i zasnęła mocnym, spokojnym snem.

IX.

Fabjusz siedział obok jej łoża, opuściwszy głowę w zadumie. Myślał o tem, co zaszło i o tem również co czynić ma obecnie. Jak postąpić? Jeśli zabił Mucjusza — a przypominając sobie jak głęboko kindżał wbił się w jego w bok na chwilę nie mógł mieć wątpliwości — jeśli więc zabił Mucjusza, faktu tego nie będzie mógł ukryć. Należy powiadomić sędziów, powiadomić władze. Lecz, jak wytłomaczyć, jak opowiedzieć równie niepojętą sprawę. On, Fabjusz, zabił u siebie w domu, swego krewniaka, swego najlepszego przyjaciela! Poczną badać: za co? z jakiej przyczyny?... A jeśli Mucjusz nie umarł?... Fabjusz nie był w stanie nadal pozostawać w niepewności, to też sprawdziwszy raz jeszcze czy śpi Walerja, cicho powstał z miejsca, wyszedł z domu i skierował swe kroki w stronę pawilonu. Wszystko tam było ciemne, jeno w jednem z okien błyskało światełko. Z zamierającem sercem otworzył wejściowe drzwi (zauważył na nich ślad okrwawionych palców a na piasku ścieżki czerniały krwawe krople) przeszedł przez pierwszą ciemną komnatę i przystanął na progu, porażony zdumieniem.
Pośrodku pokoju, na perskim dywanie, z aksamitną poduszką pod głową, okryty szerokim czerwonym szalem, leżał z nieruchomo wyciągniętemi członkami Mucjusz. Twarz jego, żółta, niby wosk, z zamkniętemi oczami i posiniałemi powiekami, była zwróconą w stronę sufitu, nie znać było, aby oddychał, wydawał się umarłym. U nóg jego otulony w czerwony szal, klęczał malajczyk. Trzymał w lewem ręku, gałąź nieznanej rośliny, podobną do liścia paproci i pochylony nieco do przodu, uporczywie wpatrywał się w swego pana. Jedynie mała pochodnia, zatknięta w podłogę zielonkawym płomieniem oświetlała komnatę. Płomień jej ani się chwiał, ani też nie dymił. Malajczyk nie poruszył się nawet przy wejściu Fabjusza, tylko spojrzał na niego, poczem znów wpatrywał się w Mucjusza. Od czasu do czasu podnosił i opuszczał gałąź, potrząsał nią w powietrzu a nieme jego wargi poruszały się, jakby wymawiając bezdźwięczne wyrazy jakiejś modlitwy.
Pomiędzy malejczykiem a Mucjuszem leżał na podłodze kindżał, którym Fabjusz uderzył swego przyjaciela; malajczyk trącił gałęzią po ostrzu sztyletu.
Przeszła minuta... druga... Fabjusz zbliżył się do malajczyka i nachyliwszy ku niemu cicho zapytał: „czy umarł?“
Malajczyk pochylił głowę od góry ku dołowi, poczem oswobodziwszy z pod szalu swą rękę prawą — wskazał rozkazująco na drzwi. Fabjusz chciał ponowić zapytanie, lecz rozkazująca ręka powtórzyła swój gest — i Fabjusz wyszedł pospiesznie, oburzając się w duchu i dziwiąc, czemu rozkazu tego usłuchał.
Znalazł Walerję, jak przedtem uśpioną, lecz na twarzy jej rozlany był spokój i radość. Nie rozbierając się, zajął miejsce pod oknem, podparł się na ręku — i znów pogrążył w zadumę. Wschodzące słońce zostało go w takiej pozycji. Walerja się nie obudziła.

X.

Fabjusz pragnął doczekać się jej przebudzenia — gdy wtem ktoś lekko zastukał do drzwi sypialni. Fabjusz wyszedł i ujrzał swego starego ochmistrza Antonia.
— Signor — począł stary — malajczyk przed chwilą nam oznajmił, że pan jego zaniemógł i pragnie przenieść się wraz ze wszystkiemi rzeczami do miasta. Wobec tego prosi waszą miłość, aby mu dała ludzi do pomocy przy układaniu sprzętów a na obiadową porę konia i paru woźniców. Czy pan zezwala?
— Malajczyk ci to powiedział? — zapytał Fabjusz. — W jaki sposób? Wszak jest niemy?
— Napisał, wasza miłość, wszystko po włosku ot, na tym papierze...
— Hm... Powiadasz, że Signor Mucjusz zachorował?
— Tak! Jest bardzo chory! Nie wolno go nawet odwiedzać!
— A czy lekarza wzywano?
— Malajczyk nie pozwolił!
— I to również napisał?
— Tak!
Fabjusz zamilkł. — Daj mu wszystko, czego zażąda! — rzekł po chwili. Ochmistrz skinąwszy głową, odszedł.
— A więc nie zabiłem go — myślał, pozostawszy sam, nie wiedząc, czy się z tego radować czy smucić. Chory? — Lecz wszak parę godzin temu jeszcze widziałem nieboszczyka?
Fabjusz powrócił do Walerji. Obudziła się, podniosła głowę. Małżonkowie zamienili długie wieloznaczące spojrzenie.
— Niema go już! — wyrzekła.
Fabjusz drgnął. — Jakto niema? Czyżbyś...
— Wyjechał? — dalej pytała.
— Nie jeszcze — odrzekł, czując, iż ciężar mu spada z serca — ale dziś odjeżdża!
— Nigdy go już nie ujrzę?
— Nigdy!
— A te sny się nie powtórzą?
— Nie!
Walerja radośnie odetchnęła i wyciągnąwszy ręce do męża, zawołała.
— Nigdy, nigdy nie będziemy mówili o nim! Nie wyjdę z pokoju dopóki nie odjedzie! Teraz przyszlij mi służebne... ale... zaczekaj... zabierz to... zabierz... wskazała na naszyjnik z pereł leżący na nocnym stoliku, naszyjnik podarowany jej przez Mucjusza — i wrzuć do najgłębszej studni... Obejmij mnie, jam twoja Walerja! — i nie przychodź, dopóki tamten nie wyjedzie!
Fabjusz wziął naszyjnik — perły wydały mu się matowemi — i spełnił rozkaz żony. Później błąkał się po ogrodzie, spoglądając na pawilon, koło którego już kręcili się ludzie, wynosząc skrzynie, i jucząc je na konie. Nieprzeparta ciekawość ciągnęła Fabjusza, aby ujrzeć raz jeszcze, co dzieje się tam wewnątrz. Przypominał sobie, że w tyle małego domku znajdują się potajemne drzwiczki i że przez nie przedostać się można do wnętrza komnaty, gdzie rano leżał Mucjusz. Podkradł się do tych drzwi, znalazł je niezamkniętemi i rozsunąwszy nieco ciężkie kotary, rzucił do środka niepewne spojrzenie.

XI.

Mucjusz nie leżał już na dywanie. Ubrany był w strój podróżny. Siedział w fotelu, lecz sprawiał wrażenie trupa, jak podczas pierwszych odwiedzin Fabjusza. Głowa ciężko opadła do tyłu, a wyciągnięte, nieruchome ręce, tworzyły plamę na kolanach. Około fotelu, na podłodze, usianej przeróżnemi trawami, stało parę płaskich filiżanek z ciemną cieczą, wydającą silny, duszący niemal zapach, zapach muszkatu. Dokoła każdej filiżanki połyskując złotemi ślepiami, okręciła się, mała żmijka, miedzianego koloru a tuż przed Mucjuszem o dwa kroki od niego, widniała długa postać malajczyka, przybranego w atłasową, pstrą długą szatę, przepasaną ogonem tygrysa, z wysoką czapką na głowie, kształtu śpiczastej tjary. Lecz nie stał on nieruchomo, to kłaniał się z szacunkiem i gdyby modlił, to znów prostował, to kurczył niemal klękając, to miarowo i szeroko rozkładał ręce, to wyciągał je w kierunku Mucjusza i rzekłbyś, groził czy rozkazywał, bo sępił brwi a nawet niecierpliwie tupał nogą. Wszystkie te ruchy wykonywał widocznie z wysiłkiem, bowiem ciężko dyszał a pot spływał z jego twarzy. Nagle zamarł na miejscu i wciągnąwszy w piersi powietrze a zmarszczywszy czoło, wyprężył i pociągnął ku sobie ściśnięte swe dłonie, jakby w nich lejce trzymał... i ku nieopisanemu przerażeniu Fabjusza... głowa Mucjusza powoli uniosła się od oparcia fotela i podążyła w ślad za rękoma malajczyka. Malajczyk opuścił ręce... i głowa znów bezsilnie opadła do tyłu; malajczyk powtórzył swe ruchy a posłuszna głowa wykonywała je wraz z nim...
Ciemna ciecz w filiżankach poczęła kipieć, filiżanki zadźwięczały jakimś metalicznym dźwiękiem a miedziane żmijki falisto popłynęły wokoło nich. Wtedy malajczyk postąpił o krok naprzód i wysoko uniósłszy brwi, że oczy rozszerzyły się niepomiernie, skinął głową na Mucjusza... a powieki zmarłego zadrżały, rozchyliły się nieco, a z pod nich wyjrzały szare, niby ołów, źrenice.
Twarz malajczyka zajaśniała dumnym tryumfem i radością, złą niemal radością; szeroko rozwarł swe wargi a z samej głębi jego krtani z wysiłkiem wyrwało się przeciągłe wycie. Wargi Mucjusza rozwarły się również a słaby jęk zadźwięczał z poza nich w odpowiedzi na nieludzki ten zew...
Fabjusz nie mógł wytrzymać dłużej; wrażenie miał, iż jest świadkiem jakiegoś djabelskiego szabasu! I on również krzyknął i rzucił się do ucieczki, nie oglądając poza siebie, w kierunku domu, żegnając się i szepcząc modlitwy.

XII.

W trzy godziny później przybył ochmistrz Antonio i zameldował, iż wszystko jest gotowem, rzeczy zostały spakowane a Signor Mucjusz zbiera się do wyjazdu. Nie odpowiedziawszy słudze ani słówkiem, wyszedł na taras willi, skąd, jak na dłoni widać było pawilon. Stało tam parę objuczonych koni a przed sam ganek podprowadzono potężnego czarnego ogiera, z siodłem szerokiem, przystosowanem dla dwóch jeźdźców. Opodal stali służący z obnażonemi głowami i uzbrojeni przewodnicy.
Drzwi pawilonu rozwarły się i ukazał się w nich Mucjusz, podtrzymywany przez malajczyka, który zdążył się był przyoblec w swe zwykłe szaty. Twarz Mucjusza była trupia i jak u trupa zwisały mu ręce, ale szedł... tak szedł, poruszał nogami a posadzony na konia, trzymał się prosto i po omacku odnalazł cugle. Malajczyk włożył jego nogi w strzemiona, otoczył ręką jego stan — i orszak wyruszył. Konie szły stępa, a gdy skręcały koło domu, Fabjusz odniósł wrażenie, że śród ciemnej twarzy Mucjusza zajaśniały dwa białe punkciki. Azaliż on ku niemu zwrócił źrenice? Malajczyk skłonił mu się przejeżdżając, ironicznie... wedle zwyczaju.
Czy widziała to wszystko Walerja? Żaluzje jej okien były opuszczone, lecz wszak stać mogła poza niemi?

XIII.

Kiedy przyszła do obiadu była bardzo spokojna i łagodna, lecz skarżyła się na znużenie. Ale nie znać było po niej ani trwogi ani poprzedniego ciągłego podrażnienia... Nazajutrz po wyjeździe Mucjusza, Fabiusz znów jął malować swój portret. Teraz odnajdywał w jej wyrazie twarzy ten czysty i święty wyraz, którego przez dni tyle poszukiwał napróżno... a pędzel pobiegł po płótnie lekko i sprawnie...
Małżonkowie powrócili do dawnego trybu życia. Mucjusz zczezł z ich pamięci, jak gdyby nigdy nie istniał... I Walerja i Fabjusz rzekłbyś zmówili się, aby nie wspominać o nim... Razu pewnego Fabjusz, powodowany niewiedzieć jakiem uczuciem, zapragnął opowiedzieć żonie wszystko, co zaszło w ową ponurą noc... lecz ona, snać odgadła jego jego zamiar, bo nagle zbladła a oczy zmrużyły się, jakby oczekując ciosu... Fabjusz zrozumiał... i nie zadał jej tego ciosu....
Kiedyś, w słoneczny jesienny dzień Fabjusz wykańczał swój wizerunek Św. Cecylji, Walerja siedziała przed organami a jej palce błąkały się po klawiszach.... Nagle, wbrew jej woli, z pod jej rąk popłynęła ta pieśń, pieśń zwycięskiej miłości, którą ongi grał Mucjusz — i w tejże chwili, po raz pierwszy po ślubie, poczuła wewnątrz siebie drżenie nowego, budzącego się życia....
Cóż to oznaczało? Czyżby....


Tu urywał się rękopis.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.