<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Dwadzieścia lat życia
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1937
Druk F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom pierwszy
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

III

Zatrzymał się i zajrzał do kapliczki z Matką Boską. U stóp jej leżały świeże i zwiędłe kwiaty, ale niżej coś cuchnęło obrzydliwie. Kamil zobaczył nieżywą wronę. Pokręcił nosem, przeżegnał się i usiadł obok kapliczki.
— Będę tu siedział z godzinę, a może i więcej. Strasznie mi gorąco i nogi mnie bolą, możesz sobie iść sama na zbity łeb.
Kamil zupełnie nie szanował ciotki Lucyny. Była za potulna i tylko uśmiechała się. Rzucasz w nią błotem — śmieje się. A przytem teraz Kamil był doprawdy zły. W taki upał, dwanaście kilometrów piechotą... Nie mogli te skąpiradła wyjąć pieniędzy z „Żywotów Świętych“ i dać im na furmankę. Rozciągnął się na trawie i pogwizdywał. Ciotka Lucyna przysiadła obok. „Bój się Boga, ty grzeszniku, nie gwiżdż przy niedzieli, i w dodatku matka ci umarła“. Na niebie ani jednej chmurki. Kamil nie mógł się zdecydować: martwić się czy nie? Matka rzeczywiście umarła, i niby wypadałoby pożałować trochę. Ale Kamil nic nie odczuwał; pustka, może trochę zdziwienia. Tak, jest bez serca, ale czy powiedział mu kto, co to jest serce, czułość. Na wiele rzeczy Kamil był wrażliwy, na śmierć matki akurat nie. Teraz miał jechać z ciotką Lucyną do Warszawy, należało zawiadomić rodzinę o nieszczęściu. Kamil pomyślał w duchu, że mogła to przecież załatwić ciotka Lucyna, po co i on, szkoda pieniędzy, ale babką w roztargnieniu nie pomyślała o tym. Taki kawał drogi, piechotą... potworne.
— Jesteśmy dopiero koło Ładzynia, jeszcze osiem kilometrów. Nie ruszam się, leżę, możesz iść sama.
Ciotka Lucyna wyjęła z węzełka zeschłą bułkę i kawałek sera. Połowę dała Kamilowi. Jadła, zbierając pilnie okruszki. Przeliczyła pieniądze. Kamil jadł leniwie i bez apetytu. Ciotka Lucyna wstała.
— To leż sobie, nie chcę spóźnić się na pociąg. Dostaniesz tęgie baty od babki, ty wałkoniu.
Poszła. Kamil pomyślał, że warto jednak przejechać się, zobaczyć miasto i ciotkę Zosię. Zerwał się i pobiegł ścieżką tuż przy szosie. W trawie cykały koniki polne. W upale wszystko znieruchomiało. Czarna suknia ciotki Lucyny żałobnie powiewała na białym pasmie szosy. Kamil biegł, przystawał, czasem biegł za motylem. Słupy telefoniczne jęczały monotonną melodią. Jakiś rowerzysta minął ich, z lewą ręką beztrosko opartą o biodro. Ciotka Lucyna, wielka i czarna, oddalała się, Kamil musiał ją doganiać, wreszcie zmęczony, mokry od gorąca, usiadł w chłodnym kącie na stacji. Ciotka Lucyna czekała swej kolei przy kasie, aby kupić bilet. Teraz dopiero, na stacji, ogarnął Kamila smutek. Byle drobiazg mógł w nim wytworzyć nagłą zmianę. Budynek stacyjny taki obcy, przejeżdżają tędy pociągi, uwożą ludzi gdzieś w bezkres, przemierzają świat cały. A on tutaj siedzi, mały, prawie sam na świecie, sierota. Na ceglastym tle budynku pocztowego poruszały się sennie gałązki brzozy. Przebiegła drobnym kroczkiem jakaś kobieta, wykrzywiona od ciężaru tobołów. Ludzie włóczyli się ospale z kąta w kąt. Kamil pomyślał, że popołudnie niedzielne na prowincjonalnej stacyjce jest straszne, zwłaszcza jeśli dziesięcioletniemu chłopcu umrze matka. Ciotka Lucyna kupiła już bilety; usiadła, położyła przed Kamilem szarą torebkę z landrynkami i wysepleniła przez zajęte ssaniem wargi: „Za kwadrans pojedziemy“. Cierpki, cytrynowy smak cukierka rozrzewnił Kamila. Może nie umarła, może tylko zasnęła tak twardo. Przecież są tacy co w trumnie się budzili. Jakie życie czeka teraz Kamila, czy będzie chodził do szkoły, czy pocałuje go kto, może już niedługo dorośnie i będzie mu wolno robić wszystko co robią starsi? Ale teraz chce mu się bardzo nic nie robić, biegać, być wolnym, czekać dorośnięcia. Czy naprawdę nic nie czuje? Leży zupełnie nieżywa, nie oddycha? Pożałował, że nie sprawdził, czy nie oddychała. Nadjeżdżał pociąg, ciotka Lucyna zerwała się gwałtownie. „Ach, chodź, chodź prędko. Boże, już jest, bo odjedzie“. Kamila to rozbawiło. Jaka głupia, pociąg jeszcze nie stanął, a ona mało ze skóry nie wyskoczy; zupełnie jak Zbyszek. Biegła teraz, z rozwianym płaszczem i w szalu. „Kamil, trzymaj się mnie, bo wpadniesz pod pociąg“.
Z ciotką Zosią stało się coś złego. Pogłaskała Kamila obojętnie, nie pochyliła się nad nim. Kiedy chłopiec z ciotką Lucyną wysiadł na dworcu Wileńskim, pomyślał sobie zaraz, że właśnie jedyna jest w tej chwili ciotka Zosia. Kochała go, okazywała mu to na każdym kroku. Za nic w świecie nie będzie strzygł chłopów u wuja Leona, będzie nalegał aby zostać u ciotki Zosi. I miasto było teraz przyjemne, witało go ciepłym, letnim zmierzchem, i kiedy tramwaj dudnił na moście, od rzeki biegł orzeźwiający podmuch. A więc przeprowadziła się. Kamil jeszcze nigdy nie był w tej dzielnicy. Kiedy most się skończył, wysiedli z tramwaju i poszli dołem, wzdłuż rzeki, ulicą Dobrą. Szyby okien czerwieniły się w słońcu, przed domami wysiadywali ludzie, odpoczywali zapewne po pracy, a dzieci hałaśliwie kończyły całodzienną zabawę. Dzielnica była gwarna, zamieszkała przez pracowitych, prostych ludzi. Skręcili w prawo, w ulicę Leszczyńską, po lewej stronie czerniał skwer i huczała elektrownia. Ta ulica była piękna, prosta i szeroka, wysadzana drzewami. Mnóstwo dzieci na środku ulicy i przed domami. Czteropiętrowa kamienica, w której mieszkała teraz ciotka Zosia, miała balkony, dwa sklepiki spożywcze mieściły się po obu stronach bramy. W bramie było chłodno i mroczno, weszli w ciemny korytarz na prawo. Tutaj, na końcu korytarza mieszkała ciotka Zosia. Pokój był duży, jak sala, również mroczny, trzeba było przejść cały, aby popatrzeć przez okno. Okno było duże, weneckie.
Ciotka Zosia prasowała właśnie jakiś materiał, pachniało jak u Piwowarskiego. Na podłodze, wśród ścinków, bawili się chłopcy: Zbyszek i Jerzyk. Twarz ciotki Zosi była blada jak zwykle, ale jakaś zwiędła, prawie szara. Postawiła żelazko na glinianym garnku i powiedziała matowo:
— Co ty powiesz, Ludka? Mój Boże, umarła Anka... ktoby się spodziewał.
Bo ciotka Lucyna, rozwiana i energiczna, krzyknęła od progu:
— Nie ma Anki, umarła!
Siostry usiadły naprzeciw siebie. Jedna była szczerze zatroskana, ale druga udawała troskę, była bowiem przy śmierci, a przez cały czas podróży wymartwiła się dość. Zbyszek szarpnął Jerzyka i zawarczał: „Te, ciotka Ania umarła, widzisz?“. I Jerzyk wodził bezmyślnie czarnymi oczami, ale nic nie widział. „Mamo, niech mama prasuje, bo drugie żelazko pali się w piecu“ — powiedział Zbyszek. Popatrzył przy tym zarozumiale na Kamila. Ciotka Zosia wróciła do swego zajęcia. Teraz ciotka Lucyna opowiedziała wszystko szczegółowo, z namaszczeniem. Kamil przykucnął koło kuzynów, ale ci spojrzeli na niego z wrogą obojętnością, wobec czego usiadł na małym czerwonym kuferku, takim, jakich chłopi używają kiedy idą do wojska.
— I ona leży tam, trzeba zwołać rodzinę i pojechać na pogrzeb, trzeba uszyć jej białą suknię, tak?
— Tak — bąknęła ciotka Lucyna.
— A co będzie z Kamilem? Co on teraz... gdzie ma być?
— Babka Weronika mówiła, że u ciebie, bo... gdzie? On sam nie chce być u Leona.
Przez chwilę ukazała się dawna ciotka Zosia. Lekkomyślna, nieobliczalna.
— Kamilku, moje ukochanie, chcesz być u mnie?
— Tak, wolę u cioci — odpowiedział Kamil.
Ale zaraz przestała się uśmiechać, zmarszczyła się nawet. Jej jest bardzo ciężko, a przy tym w mieszkaniu tak ciasno, jest ich przecież czworo, bo Stacha mieszka z nimi, żeby nie Stacha, to wogóle niewiadomo co by było, dzięki niej może trochę zarabiać. Spojrzała na chłopców i westchnęła. Ach, przecież jakoś być musi, tylko jeśli Stacha się zgodzi. I Kamil, z początku trochę zmartwiony, teraz się rozpogodził. Ciotka Stasia na pewno się zgodzi.
Zgodziła się, naturalnie, przyjęła go, nawet cieplej niźli ciotka Zosia. Nawet Kamil przyda się na coś, bo z tych dwóch wałkoniów nie ma żadnego pożytku, jeśli już się uda posłać którego po jedwab, to zgubi pieniądze. Kupi mu małe, żelazne łóżeczko, będzie sobie spał w kąciku. Biedaczek, matka umarła, ojciec w więzieniu, to też jakby go nie było. Ciotka Stasia była wzruszona. Pochyliła swoją ładną, zeszpeconą przez ospę twarz nad Kamilem i pogłaskała go. „Mój biedaczku, sierotko“. I właśnie teraz, kiedy przedtem ani mu się śniło płakać czy martwić, Kamil się rozpłakał. Ukrył twarz w ognistych włosach ciotki Stasi, płakał, wypłakiwał się za wszystkie czasy. Nie z żałości, a raczej z żałości, tylko nie swojej, lecz sprowokowanej przez ciotkę Stasię. Tajało, płacz sprawiał przyjemność.
Trzy siostry szyły białą suknię dla zmarłej, od rana, na drugi dzień po przyjeździe Kamila. W południe, ciotka Zosia zarzuciła chustkę i wybiegła do sklepu kolonialnego na przeciwko i stamtąd zatelefonowała do wuja Kazia. Przyjdzie nad wieczorem, namyśli się jeszcze, czy pojedzie na pogrzeb. W ciągu kilku godzin Kamil nawiązał znajomość z wszystkimi dziećmi tego domu. Szybko też wyróżnił spośród nich Marka. Marek był suchy i sczerniały jak korzeń, jego nogi były bez łydek, o lśniących goleniach z czarnymi plamami. Starczą twarz ożywiał najfiglarniejszy nosek, junacko zadarty. Marek był uczniem szkoły powszechnej i ukończył drugi oddział.
Właśnie puszczał na podwórku gołębie z papieru, kiedy podszedł do niego Kamil i powiedział:
— Czy nie chciałbyś pojechać w konie? Mam morowe lejce.
Potrząsnął pięknymi lejcami z kasztanów. Spod obszarpanego daszka błysnęły zbójeckie oczy Marka. Dwie dziewczynki wysunęły się zza jego pleców, podeszły do Kamila i popchnęły go do tyłu.
— Powieś się na swoich lejcach, wynocha, on nie ma czasu — powiedziała jedna, bardzo podobna do Marka.
Druga, pulchna i ładna, zaskrzeczała dziko i zakręciła się w miejscu. Kamil zamierzył się lejcami, ale Marek podbiegł i krzyknął:
— Te, zębów nie pozbierasz, to moje siostry! Jeżeli te lejce są długie, to zaprzęgniemy się we trójkę, a ty będziesz furmanił. Dawaj!
Lejce okazały się dostatecznie długie. Była to trójka bardzo narowistych koni, Marek rżał w środku. Obstąpiła ich gromada dzieci. Kamil cmoknął, i wspaniały zaprząg pocwałował na ulicę. Warkoczyki dziewczynek powiewały na wietrze. Kamila swędziły właśnie ręce do tych warkoczyków. Bose stopy klekotały na trotuarze, w szalonym galopie skręcili w Browarną, nad straganem mignęła ręka Marka, ręka ta schwyciła połówkę kawona, pędzono dalej, krzyk, wielki krzyk straganiarki.
Wrócili na podwórko, usiedli na kupę piasku i jedli kawon. Kamil był zachwycony tą kradzieżą, tak sprytnie popełnioną, jakby nigdy nic. „Te moje siostry, to jedna nazywa się Magda, a ta gruba Emilka“ — wyjaśnił Marek. Potem Kamil opowiadał im o wsi, z żalem wspomniał Burego. Marek zrewanżował się opowieścią o kocie, który miał na imię Kajzer. Ten Kajzer był ich własnością, wylegiwał się na parapecie okna i akurat dwa dni temu wyleciał z czwartego piętra. Usnął i ześliznął się po blasze. Zakopali go za śmietnikiem. Ale matka Marka krzyknęła: „Maareek na oobiad!“ i dzieci się rozstały.
Tego dnia poznał Kamil jeszcze Kazika, tęgiego wałkonia, zwanego „Kusią“. „Kusia“ lubił wystawać pod bramą, gdzie palił papierosy i spluwał. Miał czternaście lat, już pracował, pomagał murarzom przy budowie. Jego matka była posługaczką na kolei. „Kusia“ był zależny niejako od młodszego Marka, ojciec Marka był murarzem. „Kusia“ wykpił, dosłownie wyszydził aksamitne ubranko Kamila i jego czerwony beret. Chwycił go przedtem za głowę i nacisnął nos dłonią: „To będzie syfon, masz syfona, gówniarzu“. Rzeczywiście Kamil syczał nosem. Wydarł się wkońcu z jego rąk i pobiegł do domu. Nadchodził wieczór, trzy siostry kończyły suknię dla umarłej. Pochłonął talerz zupy i masę chleba, stało się to na skutek dobroci ciotki Stasi i sieroctwa, ponieważ o chleb było trudno, wystawała się za nim w kolejkach, po kilka godzin dziennie. Zapalono lampę, w mieszkaniu było duszno, z podwórka cuchnął klozet. Jerzy i Zbyszek prowadzili cichą, mrukliwą rozmowę w kącie, między łóżkiem i ścianą. Ustawiali ołtarz na małym stołeczku z dziurką. Zamierzali odprawić modlitwę za ciocię Ankę. Ciotka Stasia naciskała pedały maszyny, turkotało, Kamil oparł się o ścianę, patrzył na pracę i rozpamiętywał całodzienne wrażenia.
— No i cóż ty kochasiu! — krzyknęła ciotka Stasia. Przerwała pracę i objęła Kamila.
— A nic — odpowiedział smutno.
Ciągle go tylko ściskały i wycałowywały, pewnie dlatego, że był ładny i świeży.
— Powiedz, — zwróciła się ciotka Stasia do ciotki Zosi, — gdybym go wtedy na moście nie przytrzymała, to nie wyrósłby na takiego cudnego chłopczyka. Co się tak gapisz, Ludka? Niosłam go raz przez most w powijakach, chciałam się przypudrować i oparłam go o barierę, przechylił się, gdybym go nie przytrzymała, wpadłby do wody, moje skarby, uchh, bo cię zjem. Ludka ty wariatko, nie pamiętasz tego? Przecież Anka o mało mi oczu nie wydrapała jak jej to powiedziałam. Teraz umarła, biedna, w tym wieku, ile miała? dwadzieścia osiem lat. Tak, maleńki, jutro pojedziesz z ciotkami i wujaszkiem na pogrzeb. A co to Kazik nie przychodzi. Zocha? Przecież miał przyjść nad wieczorem?
— A diabli go wiedzą.
Ciotka Zosia, zgarbiona, podszywała kamizelkę podszewką. Zakłuła się w palec i ssąc go, patrzyła na swoje dzieci.
Pod ścianą stał wielki, dębowy stół; jedzono na nim, służył jako warsztat, a dzisiaj miała na nim spać ciotka Lucyna. Kamil próbował bawić się z chłopcami, ale Zbyszek wrzasnął: „Mamo, niech on odejdzie, ten cholernik zakichany!“ Kamil usiadł przy stole, ciotka Zosia wetknęła mu przodek kamizelki i powiedziała: „Masz, powyjmuj fastrygi, tą kostką, tylko nie zrób dziury w materiale“. Kamil oczyszczał kamizelkę z białych nitek bawełny. Ogarnął go ten przeklęty smutek, jak tam, w oknie. Matka umarła i jest teraz sam, ciotki będą go biły kolejno i wysługiwały się nim. Czy też będzie mógł biegać z Markiem? Ale tutaj nie będzie przynajmniej tak nudno, nie będzie tych samotnych wysiadywań, Wercmana. Znikł gdzieś, przepadł, wczoraj ciotka Lucyna szukała go w mieszkaniu na Złotej, już tam kto inny mieszkał. Zato jutro pojedzie na wieś, zobaczy jeszcze Janka, a gdyby się Bury nawinął, to go poczęstuje kamieniem. Będzie szedł za pogrzebem, tuż za trumną, czy potrafi płakać?
Ktoś zaszurgał butami przy drzwiach. Wuj Kazio powiedział z daleka: „Dzień dobry“, ciotka Lucyna poprawiła: „Przecież już wieczór“. Wuj Kazio wyjął chusteczkę do nosa, rozłożył ją na kuferku i dopiero usiadł. Trzymał melonik na lasce i był sztywny. Przyjrzał się Kamilowi spod okularów, poczem zdjął je i przetarł.
— Ach, Lucyno, i czegóż ty mnie poprawiasz, ja wiem dobrze, że wieczór. — Zakasłał wytwornie. — To tak, jakby Anka opuściła ten świat, i na suchoty, powiadasz Zosiu? Hm, biedna kobieta... niewiele dobrego zaznała... No więc, potrzeba wam poprostu pieniędzy na pogrzeb?
— Składamy się, jak nie możesz, to same damy sobie radę — powiedziała ciotka Stasia.
— Ależ nie, i owszem... pojadę nawet z wami. Również Maria pojedzie, moja żona bardzo ceniła Ankę za... za jej wolnomyślność. Oczywiście, pojedziemy razem, spotkamy się na dworcu. Prawda, a Kamil, co będzie z Kamilem?
— Zostanie z nami, bo... cóż?
— A, bardzo pięknie. Poślecie go chyba do szkoły...ale o tym potem, ja muszę jeszcze iść do biura. Zatem pociąg, acha, o dziesiątej... o dziesiątej rano jestem na dworcu... doswidanja.
Wyszedł kroczkiem birbanta. Ciotka Stasia pokazała za nim palcami na nosie i powiedziała: „Nasz kochany braciszek, to skończony idiota“. Żwawo zakręciła się koło kuchni, grzała zbożową kawę. Ciotka Lucyna poczęła zamiatać podłogę. Na kuferku drzemali chłopcy jak dwa embriony. Kamil wyszukał gdzieś Karola Maya i czytał. Ciotka Zosia przeciągała się w oknie i ziewała. Wszyscy byli senni, ciotka Lucyna uklękła na podłodze, wyjmowała ze śmieci ścinki i odkładała na kupkę. Raptem zerwała się, krzyknęła: „Lampa filuje“. Podbiegła, przykręciła knot i wróciła do swych śmieci. Ciotka Stasia rozlała kawę do kubków, pokrajała chleb, obudziła ogłupiałych ze snu chłopców, po czym wszyscy usiedli do kolacji. Kamil nadrobił chleba do kawy, zamieszał i jadł brunatną paćkę. Ciotka Zosia powiedziała żałośnie:
— Mój Boże, dawniej biała kawa i chleb z masłem kłuły w zęby, a teraz pije się czarną lurę z sacharyną i smakuje, ależ czasy nastały...
— Nie narzekaj, dobrze, że chociaż chleb jest — odpowiedziała wesoło ciotka Stasia.
Kamil patrzył na trzy ciotki i dziwił się zmianie, jaka zaszła w ciotce Zosi. Dawniej różowa, pachnąca, pełna temperamentu, teraz siedziała melancholijna, w zniszczonej sukience z dużym dekoltem, ukazującym obwisłe piersi. Ciotka Stasia natomiast, fertyczna, kręciła się pełna energii, biła od niej młodość. Jerzyk i Zbyszek objadali się, przytuleni, małomówni, sprawiający wrażenie jakby ich łączyła jakaś ważna tajemnica. Zjedli, szybko rozebrali się i z cichym pomrukiwaniem wleźli do wielkiego łóżka. Ciotka Zosia przyciemniła lampę, rozebrała się i weszła w środek, miedzy dwóch synów. Kamil miał spać z ciotką Stasią, na mniejszem łóżku. W słabym oświetleniu ciotka Lucyna klęczała w koszuli przed stołem i odmawiała pacierz, przypomniało to ciotce Zosi, że jej dzieci nie uczyniły tego.
— W tej chwili zmówcie pacierz, a to co takiego!
— Jutro, mamo, jutro zmówię dwa — wybełkotał przez sen Zbyszek.
Dała im spokój, Kamil ukląkł przed łóżkiem i pomruczał trochę dla świętego spokoju. Wszyscy już leżeli, gawędzili sennie i powoli. Wreszcie ciotka Zosia powiedziała: „Ludka, zgaś lampę“. Ciotka Lucyna zeszła ze stołu i przykręciła knot. Światło konało, aż wreszcie obróciło się w błękitny, nieruchomy płomyk. Ucichło, tylko ciotka Stasia przytuliła do siebie Kamila i szeptała mu bajkę: zamiast oczu miał gwiazdy, zamiast głowy miał ziemię, zamiast ciała miał niebo, wysiadywał na piekle i płakał...
Z samego rana przygotowywano się jak do długiej, morskiej podróży. Dwie ciotki wyrywały sobie rurki, pożyczały pudru i odpychały od lusterka. Ciotka Lucyna klepała pacierze gdzieś w kącie, zapomniana. Wreszcie cała gromada wyruszyła, ciotka Zosia wróciła się jeszcze, aby sprawdzić, czy zamknęła drzwi. Wsiedli do tramwaju i to był wielki koszt, te bilety tramwajowe. Konduktor zakwestionował wiek Kamila: taki duży chłopak i pół biletu? Ma chyba więcej niż dziesięć lat. Jechały ze skupionymi minami, ciągle nawołując dzieci: „Nie wychylaj się, siadaj, zdejm buty z ławki“. W hali dworcowej stał wuj Kazio z żoną. Krytycznie spojrzał na grupkę sióstr i siostrzeńców. Okazało się, że nie byli sami: na skutek śmierci Anny powyłazili ze swych schronów nieznani dotychczas kuzyni, dalecy krewni. Dwóch mężczyzn i trzy kobiety. I oni też jadą na pogrzeb. Zaczęli się całować, jakieś wspomnienia; „tyle lat, biedna Anka!“ Mężczyźni byli odświętnie ubrani, jeden miał na imię Franek i czarną opaskę na lewym oku. Oglądali Kamila na wszystkie strony, starali się być sympatyczni, kobiety głaskały go po policzkach. Te kobiety, to były stryjeczne siostry ciotek Kamila, mężczyźni, to mężowie. Ten z opaską był bardzo wesoły, zaproponował, że może Kamil pociągnie papierosa, Kamil pociągnął, jedna z kobiet krzyknęła z oburzeniem, Kamilowi świat zawirował od dymu. Wuj Kazio był bardzo poważny, krzykliwych strofował wzrokiem, wreszcie skorzystał z chwili ciszy i na oczach wszystkich wręczył cioci Zosi banknot ze słowami:
— To na koszta podróży, a co do pogrzebu, to już postaram się załatwić na miejscu, prawda... ha, cóż, nieszczęście, jednak siostra... Do zobaczenia w Mińsku, ponieważ żona moja nie znosi plebsu, więc jedziemy drugą klasą... spotkamy się.
Ukłonił się zdaleka i podreptał za wielką figurą swej żony. Kiedy się oddalili, ciotka Stasia wykrzyknęła:
— A to klempa, plebsu nie znosi. Taki żyrardowski garkotłuk, patrzcie państwo!
— A jednak żona urzędnika — wyrzekł z szacunkiem jeden z mężczyzn.
Było to chuderlawe żyjątko i jak się okazało, drobny urzędnik z magistratu. Wyrzekł to i przerażony swym zuchwalstwem, schował się za żonę. Franek z opaską na oku, wykrzyknął: „No, chodźmy do pociągu, jedziemy do babki Weroniki na zieloną trawkę“.
Zajęli cały przedział. Pociąg ruszył, dzieci stanęły w oknie, Franek bawił wszystkich rozmową. Okazało się, że wrócił nie dawno z Rosji, że był świadkiem rewolucji:
— Raz, pamiętam, uciekamy z ojcem i matką przed czerwonymi. Ano, noc, mróz, zatrzymaliśmy się w oberży pod Kijowem. Pijemy herbatę, aż tu słyszymy: jadą czerwoni na konikach. Więc my w sanie i w nogi. Jedziemy co koń wyskoczy, księżyc, pędzimy, gonią nas... I doganiają, strzelając suto. Jedna z kul ojca w czoło! Staruszek zbladł, wyciągnął ręce jak ptak i wycharczał: „Synu, bądź uczciwy“... Tyle tylko, i już po nim. Ano, jedziemy dalej, aż tu matka mdleje mi w oczach. I ją trafiło, usunęła się na dół, w grochowinę. Oj, źle, myślę sobie. A tu kule mi gwiżdżą koło uszu, czerwoni już blisko... to ja, niewiele myśląc, wyskakuję z pędzących sań i... w żyto. Tyle mnie widzieli.
Oczka stanęły mu jak dwa guziczki. Znieruchomiał. Ciotka Stasia wysyczała:
— Jakże to, w zimie i w żyto?
— To znaczy, że... to...
Biedny Franek stał się ogólnym pośmiewiskiem. Coś tam jeszcze tłumaczył, że ściernisko, że raczej lasek młody, takie zarośla, ale to jeszcze bardziej pobudzało wszystkich do śmiechu. Powiedział jeszcze, że jego brat, straszny dziwak, były rotmistrz gwardii, miał u siebie w majątku, w tambowskiej gubernii, armatę w pokoju, i strzelał z niej, kiedy deszcz lał i chandra go dusiła. Franek z opaską wykończył się tym zupełnie, nie chciano go słuchać, a żona piekła się w ogniach wstydu.
Kamilowi podobał się Franek. Taki gadatliwy blagier, z fantazją. Franek odpowiadał na jego pytania, jak na pytania dorosłego.
Kiedy przyjechali do Mińska, Franek zaprosił Kamila na wodę sodową i kupił mu piernik, tego piernika Kamil nie jadł, bo nie lubił pierników, przełamał go na dwoje i wręczył ciotecznym braciom; byli tym zażenowani, taka dobroć była dla nich czymś niepojętym, zakrawała na głupotę.
Wymagania wujenki Marii rozciągnęły się również na furmanki. Pojechali bryczką, sami. Czarne pióro u kapelusza wujenki powiewało wśród kurzu jak oznaka wyższości. Reszta rodziny wdrapywała się na furę, wśród śmiechów, pisków, Franek bowiem używał tutaj sobie, był czynny, pomagał wsiadać. Kobiety w kolorowych sukniach w kwiaty i grochy, mężczyźni w jasnych garniturach; wszyscy tak świeżo wyglądali, wesoło, prawie radośnie, w tym lipcowym słońcu. Tylko ciotka Lucyna psuła nieco kolorystykę tego ludzkiego bukietu swoją zgarbioną postacią w czerni. Rozdzielili się na dwie fury, jedenaście osób ruszyło wyboistym traktem, jechano na wesoło, w kłębach kurzu, przekrzykiwano się, a Franek nawet pohukiwał. Dopiero ciotka Stasia wspomniała o żałobie, i na pierwszej furmance ucichło, zato tam z tyłu wrzało życie, Franek prowokował wesołość. Jechano teraz gładką szosą między obszarami zbóż, lasów i łąk, furmanka trzęsła się, Kamil próbował śpiewać, i głos jego trząsł się razem z furmanką. W dali chmurzyło się, niebo było czarne, zlewało się z szosą. Powiał wietrzyk, potem wiatr, pociemniało, kobiety poczęły wydawać okrzyki, szukano okryć, deszcz już padał wielkimi kroplami, ozwały się grzmoty, i zaczęła się burza, lato. Na furmankach ludzie pokurczyli się, przycichli, szeptem wspominali Annę, wyliczali jej zalety, żałowali. Wśród żałobnego nastroju wjechano do zadeszczonej osady, gdzie żydowskie dzieci babrały się w kałużach i gdzie rozlewała się atmosfera prowincjonalnego smutku. Talerze wuja Leona poruszały się na wietrze. Czesał właśnie wuja Kazia, rozpylał na jego głowie wodę kolońską. Babka Weronika monotonnym głosem opowiadała Marii o śmierci Anny, psioczyła na Kamila. Zmoknięta rodzina weszła do salonu, wszyscy szeptali żałobnie, i wytworzył się z tego jakiś niesamowity szmer, który lękiem przejął dzieci. Chłopcy skupili się w kącie, a Zbyszek objął nawet Kamila, palcami pokazywali sobie pokój, gdzie leżały zwłoki Anny.
Kiedy wszyscy się rozgrzali i osuszyli, babka Weronika przyłożyła palec do warg, pochyliła głowę, złożyła ręce i modląc się, poprowadziła rodzinę do pokoju umarłej. Matka Kamila leżała w trumnie, okryta prześcieradłem. Twarz jej była sina, bardzo brzydka, a na klatce piersiowej, tuż pod brodą, smużyły się granatowe plamy, wpadające miejscami w fiolet. Ciało psuło się najwidoczniej, cuchnęło rozkładem, razem z zapachem palących się gromnic, w pokoju panował zaduch. Trzynaście osób modliło się za duszę zmarłej, wuj Leon kończył czesać wuja Kazimierza. Rozmawiali o polityce. Kamil obserwował babkę Weronikę i zauważył, że staruszka jest tym wszystkim podniecona, jakby uradowana. W pewnej chwili wypchnęła ciotkę Lucynę do kuchni, aby zajęła się obiadem, po czym rozkrzyżowała ręce, padła plackiem przed trumną i zapłakała głośno. Wszystkie kobiety, prócz ciotki Stasi, zawtórzyły jej. Było mroczno, żółte światło gromnic pełgało po kątach, płomienie poruszały się od oddechów. Na progu stanął zażenowany wuj Leon i godny, wypomadowany wuj Kazio. Babka Weronika głośno i płaczliwie zaintonowała modlitwę za umarłych. Kamil stał oparty o piec i patrzył na to wszystko w posępnym przygnębieniu. Co ta babka wyprawia? Przez tyle dni namodliła się chyba dość, a za życia matki oczekiwała jej śmierci z dnia na dzień. Jak można tak na zawołanie płakać, przecież najwyraźniej udaje rozpacz, raduje ją ten cały obrządek. Kamil wierzył w szczerość żalu ciotki Lucyny, ta była doprawdy zrozpaczona. Dlaczego dorośli tak udają i okłamują się wzajemnie? Przecież dla całej rodziny pogrzeb był przyjemną wycieczką na wieś. Jemu samemu nie żal jest znów tak bardzo matki, umarła i koniec, trudno, ale dlaczego ci wszyscy, którzy tak bardzo wierzą w Boga, nie szanują Jego woli i udają rozpacz, właśnie wtedy, kiedy Stwórcy podobało się Annę Kurant powołać do siebie? Życie jest pełne smutku, trzeba przymusem stwarzać w sobie radość, może to i przyjemnie usnąć sobie na zawsze. Babka mówiła o niebie, piekle i czyśćcu, może dobry Bóg przebaczy matce, że nie pojechała z ojcem do Rosji, że chodziła do Wandy, i potrzyma ją trochę w czyśćcu, a potem weźmie do siebie na górę, i matka z tej szczęśliwej wysokości patrzeć będzie na Kamila, który będzie jadł zupę kartoflaną z kartkowym chlebem i obdarty, włóczył się z ulicznikami po Powiślu. A jeśli to jest nieprawda z tym niebem, to matka nie będzie wogóle nic czuła, a to jest lepsze niż straszne nieznane z Burym czy Genią.
Wreszcie wszyscy powstali z klęczek i przeszli do drugiego pokoju. Ciotka Lucyna zestawiła kilka stołów, nakryta je białym obrusem i przygotowała masę jedzenia. Okazało się, że babka Weronika zabiła prosiaka na stypę. Stypa, to było słowo, które brzydko dźwięczało w uszach Kamila. Zajmowano miejsca. Wuj Leon nadskakiwał wujowi Kaziowi. Babka Weronika wyjaśniła, że właściwe przyjęcie odbędzie się po pogrzebie, teraz daje gościom małą przekąskę. Ciotka Lucyna usługiwała. Podczas jedzenia, babka Weronika opowiadała o wielkich deszczach jakie tu padały od niedzielnego popołudnia, że zboże pogniło. Pytała o pogodę w mieście, porównywała. Potem zaczęła się skarżyć na umarłą, że nie wyspowiadała się przed śmiercią i że wielebny ksiądz proboszcz nie chce jej wziąć do kaplicy, a o pochowaniu na poświęconym miejscu mowy być nie może. Dlatego też ciało musiało leżeć w domu i zepsuło się, bo za gorąco. Ona sama nogi zerwała na wizytach u wielebnego księdza proboszcza, żeby pozwolił pochować grzesznicę na poświęconym miejscu, ale sługa Boży jest twardy i trzyma się praw boskich. „Anka wyraźnie przecież nie chciała się wyspowiadać, w ostatnich czasach czuła się tak źle, namawiałam ją, a człowiek nie wie dnia ani godziny, teraz ma za swoje“. Będzie więc w tym miejscu pochowana, gdzie leży jakiś samobójca i bandyta Kiełbasa, ten którego zabił Janek. Wielka to hańba dożyć na stare lata aby córka pochowana była razem z bezbożnikami. W tym miejscu babka Weronika westchnęła, ciotka Lucyna uroniła kilka łez, wuj Kazik zmarszczył się okropnie, a Kamil pomyślał grzesznie, że mamusi wszystko jedno, gdzie gnić będzie, bo i tak nic nie czuje. Ciotka Zosia wyjęła z podróżnej torby białą suknię i babka Weronika poszła z ciotką Lucyną przebrać trupa. Za oknem lał wściekły deszcz, jakby mu mało było kilka dni. Jerzyk i Zbyszek czołgali się po podłodze, udając dwóch bodących się byków. Wuj Kazio opowiadał szczegóły aresztowania Andrzeja, wszyscy ponuro biadali nad tym. Wróciła babka i myjąc ręce mruczała, dlaczego jeszcze nie dzwonią na pogrzeb, wyprosiła to przecież u wielebnego księdza proboszcza. Potem zwróciła się do mężczyzn z prośbą, żeby nieśli trumnę uważnie i nie za prędko. Wuj Kazik się żachnął:
— Jakto, będziemy nieść trumnę na ramionach? Oszalała mama!
— No, naturalnie, przecież tu karawanu niema. Czyżbyś nie chciał ostatni raz odprowadzić siostry na miejsce wiecznego spoczynku?
— Ale niechże mama nie żartuje. Na taką szarugę... furą, najmę furmankę... zaraz pójdę, albo ty, Lolek... masz tu pieniądze.
Ale wuj Leon nie miał tu nic do powiedzenia, stał przy oknie, i palcem wypisywał coś w powietrzu. Jemu też się nie chciało dźwigać trumny w taką pluchę, i to z gołą głową. Babka Weronika nie sprzeczała się z wujem Kaziem, to prawda, że jest wyczerpany swym dużym stanowiskiem, jest wątły, wobec tego zastąpi go Lucyna. Ciało Anny poniosą barki najbliższych na miejsce wiecznego spoczynku.
Daleko, poprzez deszcz i szare powietrze, zajęczał dzwon pogrzebowy. Przyszedł chłop i zabił trumnę ćwiekami. W czasie tej czynności zapłakał ktoś najrzewniej, ktoś naprawdę bardzo wzruszony. To ów urzędnik, mały, pokraczny blondynek z twarzyczką jak wysuszone jabłko, zapłakał sobie. Poprzez łkanie wyrzucił kilka słów nawet, coś w rodzaju: „Boże, Boże, jakie to smutne... taki pogrzeb“. Odwrócił się do ściany i ukrył twarz w chustce. Żona jednak pociągnęła go za rękaw, ze słowami: „Idźże, idźże do dźwigania, trumnę trzeba zanieść na cmentarz, rozumiesz?“ Przed domem utworzył się dach z parasolek, w jego czerni czerwieniła się parasolka żony Franka. Wyniesiono trumnę w ten sposób, że wuj Leon i ciotka Lucyna byli na przedzie a z tyłu Franek i zapłakany urzędnik, podpierający swoją część trumny głową. Nogi dźwigających zabawnie się rozsuwały w błocie. Wuj Kazio szedł na przedzie, z rozpiętym parasolem i kapeluszem na brzuchu. Dzwon jęczał, siepał deszcz, za brudnymi szybami mieszkań i sklepów sterczały nieruchome twarze gapiów, z tyłu turkotała furka z kulkami wapna. Urzędnik psuł symetrię głów pochylonych po bokach trumny. Wleczono się w szarudze i milczeniu. Na cmentarzu stało dwóch drabów, opartych o łopaty, nad świeżo wykopanym dołem. Na dnie była woda, brudna z pianą. Draby spuścili trumnę na sznurach, i kiedy trumna chlupnęła w wodzie, zapłakał Kamil, wydało mu się bowiem straszne, że teraz właśnie przez szpary dostaje się woda, zalewa matkę i brudzi jej białą sukienkę. „Ależ ją topią!“ wykrzyknął histerycznie urzędnik, i zaraz wszyscy zaczęli płakać, a wśród tego szlochu uwijało się dwóch drabów, śpiesznie zasypywali dół, gdyż zerwał się wiatr i siekł strumieniami wody. Babka Weronika wetknęła w grób blachę z napisem, i wszyscy zaczęli szybko żegnać się i przygotowywać do powrotu. Wuj Leon przyznał się w drodze, że jest głodny, i odrazu przeszedł po wszystkich, jakby jakiś prąd, głowy uniosły się, zaczęto zachowywać się raźniej. Kobiety unosząc nieco spódnic, przeskakiwały kałuże. Tańczący Murzyni na filmach posuwali się naprzód w ten sposób, i Kamila rozśmieszyły te rodzinne postaci, śpieszące w pozornej żałobie na dobry obiad, przy którym będą mogli omówić stare i nudne plotki. Przy wejściu do domu, babka Weronika ofuknęła wuja Leona, wuj Leon bowiem gwizdał sobie wesoło, tak jakby matka Kamila urodziła się a nie umarła. Kiedy rodzina obsiadła stół, Kamil doznał wrażenia, że wiele osób nosi maski na twarzach. Tylko ciotka Lucyna i niepozorny urzędniczyna mieli szczerze wzruszone i rozżalone miny. Babka i ciotka Lucyna zastawiały stół. Wuj Kazio zdjął surdut, poprawił sobie gumy na rękawach koszuli, zdjął binokle, przetarł je i powiedział:
— To nie jest w porządku z tym pogrzebem Anki... Ksiądz nie postąpił jak należy, i wogóle... nie podoba mi się to.
— Ależ bój się Boga, Kazik, co też ty wygadujesz! Ksiądz musiał tak postąpić, ona była grzesznicą i nie skorzystała z łaski Świętego Sakramentu... On wiedział, jakie Anka wiodła życie, bo ja mu się przyznałam, ja się wyspowiadałam za nią. Ona nie mogła być pochowana na poświęcanej ziemi, wierzaj mi. — Babka Weronika pochyliła się nad synem i gorąco mu to przekładała.
Nagle gdzieś w kącie powstał z ławy niemrawiec i jął piszczeć:
— Ale to topienie, pytam się, czy wolno topić nieboszczyka?... Gdzieś w rowie błotnym, z opryszkami... Boże mój, Boże. Ja to tak przykro odczuwam.
— No, to już jest kwestia niepogód — powiedział sennie i poważnie wuj Kazio.
Na stole piętrzyło się jedzenie. Wuj Leon obchodził wszystkich z pękatą butlą wódki zabarwionej jagodowym sokiem i napełniał kieliszki. Zrobiło się gwarno, wuj Kazio utkwił wzrok w kawałku cielęciny na talerzu, wypił wódkę. Kamil czuł, że wujowi Kaziowi chciało się bardzo śmiać i dowcipkować, ale udawał powagę chwili. Smutny nastrój przerwał Franek, nagle i skutecznie, takim okrzykiem:
— Hej, siup, pijemy! Za szczęście nieboszczki, która wedle najnowszych badań spirytystycznych nie odczuwa absolutnie nic oraz dusza jej jest z nami, przy synku nieletnim... sierocie. Nalej no jeszcze, Loluś! Wszyscy pomrzemy!
I babka Weronika także wypiła kieliszek wódki. Usiadła pod oknem na stołeczku, skrzyżowała ręce na kolanach i wspominała całe życie, swoje i dzieci, i męża. Siedząc tak nisko straciła niejako na swej godności, ci u stołu słuchali jej gderliwego głosu, jedząc, pijąc, kobiety wzdychały niekiedy. Franek próbował przerwać to żałosne wywlekanie przeszłości, zrezygnował wkońcu i pił dużo i jadł. Czynili to wszyscy w żałobnym milczeniu, babka Weronika była świadkiem tylu pogrzebów, umiała stworzyć atmosferę stypy. Z tego co teraz mówiła, wynikało, że Bóg zawsze zwracał specjalną uwagę na ich rodzinę i dlatego ją doświadczał. Gdyby Anka nie umarła, jakażby ją czekała hańba na wypadek, gdyby ją Wercman opuścił. A Zocha ma teraz pracę i po tylu latach szczęścia Bóg dał jej poznać rozkosz cierpienia. Powoli jednak babka Weronika obsunęła się z wyżyn prawd metafizycznych i przeszła do surowego realizmu. Andrzej, to łotr, wyzuty z wszystkiego, co ludzkie, przesiąknięty złem, i on to winien wykolejeniu Janka...
— Bóg winien... od Boga wszystko zależy, przepraszam, że nadużywam jego... doświadcza, to winien... no nie?.. Stwarza człowieka, to co potem się przyczepia?
Słowa te wyskoczyły gdzieś z kąta jak małe szatanki. Powiedział je pijaniuteńki urzędnik. Jego główka trzęsła się jak u starca, powstał, oczy miał lekko napuchnięte od płaczu, oparł się rękami o krawędź stołu, zapytał: „No nie?“, po czym usiadł. Przez chwilę trwało milczenie. Babka Weronika powiedziała:
— Bój się Boga, Albin, jak mogłeś się tak upić?... Lolek, w tej chwili zabierz tę butelkę... a to bluźnierca!
Wuj Leon wstał ociężale ze słowami:
— Muszę zakropić wódkę sokiem i przynieść, bo rzeczywiście już niema, a Albin nie dostanie, wszystko lubię, z babką się nie zgadzam, ale Albin przesadził, fakt... Franek, zaczekaj, idę zakropić...
— Ludka, ukrajno jeszcze mięsa — powiedziała babka. Wuj Kazio wesołym wzrokiem odprowadził brata. Kamil obserwował to wszystko z pewnym szyderstwem, podobał mu się najbardziej Albin i Franek, prócz tego bardzo plastycznie widział trumnę pełną brudnej wody i matkę przemokłą, wydało mu się, że jest opuchnięta. Granatowe plamy na piersiach. Odszedł spod pieca i wsunął się między łóżko i szafę. Dojrzał go wuj Kazio i przywołał do siebie:
— No, cóż? napijesz się wódki?
Kamil potrząsnął głową. Nie chce wódki, natomiast chętnie zjadłby coś. Zauważył, że wuj Kazio ma maślane oczy i przypatruje mu się z bardzo nieprzyjemnym uśmieszkiem. Przypomniała mu się Lola, i myśl, że wuj Kazio mógłby na głos poruszyć teraz ten temat, przejęła go strachem. Chciał się wysunąć z kącika, lecz wuj Kazio powiedział:
— Stój! kropniemy po wódce, za pamięć matki... Zapomnij co tam między nami było.
Zaczął zlewać niedopitki do jednego kieliszka, ale popatrzył na Kamila, powiedział: „Czekaj, dam ci z butelki“ i podał mu kieliszek. Powiedział:
— No, cyk... żebyś duży urósł! Będziesz miał teraz ciężkie życie, ale wiedz o tym, że masz we mnie przyjaciela... pijże!
Gdyby nie historia z Lolą, Kamil powiedziałby wujowi Kaziowi coś brzydkiego, tak go w tej chwili nie znosił. Traktuje go jak dorosłego: „zapomnij co tam między nami było“, a później, na trzeźwo, wyniosłość i pogardliwe traktowanie. Wypił, odrazu nabrał animuszu, podszedł do stołu, usiadł i zaczął jeść. Właściwie, nie zwracano na niego uwagi, i byłby stał tak Bóg wie jak długo pod piecem, głodny, gdyby nie pijacka zachcianka wuja Kazia. Jadł więc i obserwował, popatrzył nieco z góry na synów ciotki Zosi. Siedzieli pod oknem na podłodze, i jedli gotowany bób. Skąd oni wzięli ten bób! — pomyślał Kamil. Szumiało mu przyjemnie w głowie, i czuł ogromny apetyt. Mężczyźni przy stole byli pijani, kobiety senne, małomówne i marzycielskie. Żona Albina powiedziała mętnym głosem, że kieliszek wódki ją rozebrał, na co Franek zaczął pokpiwać, w rodzaju: „To dobrze wiedzieć. Musiała pewnie pić wódkę po weselu, bo Albin taki mały, nie mógł sobie sam poradzić.“ Wszyscy się śmiali, a Albin siedział w kącie bardzo smutny i zamyślony. Babka Weronika sączyła kazania ze swego stołeczka, i słuchały ją tylko kobiety, odurzone małą ilością wódki, siedzące z rękami złożonymi na piersiach. Ciotka Lucyna tłukła przy kuchni kartofle dla świń. Na dworze siekł deszczyk i przez okno widać było jak na ogródku drżą kwiatki od uderzeń drobnych kropel. Nieba nie było widać, tylko szare, zgęszczone powietrze, a w nim smutne, omszałe dachy z drewnianych gontów. Kamil zobaczył właśnie te kwiatki i nieruchome kury przy chlewie. Ten cały niepogodny dzień, pogrzeb, kieliszek wódki, wszystko przejęło go bezbrzeżnym smutkiem i siedział na ławce z opuszczoną głową.
Do uszu wsączały się natrętnie żałosne słowa babki Weroniki. Raptem zrobiło się bardzo cicho, babka wyjęła książkę do nabożeństwa i kiwając się, zaczęła czytać. Nikt nic nie mówił, widać na chwilę zabrakło wszystkim tematu, tylko ciotka Lucyna postawiła szaflik z kartoflami w oknie i ze słowami: „Boże, jakież to ciężkie“ — jęła przełazić do ogródka.
W wibrującym zapachami mięsa, alkoholu i tytoniu — powietrzu snuła się żmudna cisza. Barwny nieład stołu; przewrócony kieliszek, widelec wpijający wilgotne po ćwikle pazurki w obrus, skórka od chleba tkwiąca w plamie z musztardy, wszystko to obramowane pochylonymi głowami i fragmentami torsów ludzkich, wydało się Kamilowi przykrym i sugestywnym obrazem. Nad żującymi bób chłopcami, tuż nad książką tkwiła obleczona posępem twarz babki, wzorzysta jakby, zdająca się czytać nie wzrokiem, tylko dwiema smużkami komicznie ruchliwych warg. Siedząc na ławce pod ścianą, w pobliżu Albina, Kamil oczekiwał jakiegoś mocnego zakończenia tego obiadu. Narazie jednak babka Weronika wypowiadała nielogiczne słowa z książki i wuj Kazio wypalał swoje żółte papierosiki. Albin jakoś ciepło przysunął się do Kamila i szepnął trwożnie:
— Pan jako sierota, jest niejako bohaterem tej biesiady... lecz nikt się panem nie zajmuje... wprawdzie szanowny wuj pana, ale to na krótko... Co też pan odczuwa po śmierci najdroższej śmiertelnikowi istoty... Ja pana o to błagam!
— Jest mi trochę smutno i trochę dziwnie — odpowiedział Kamil i zaraz przeraziła go niepospolitość pytania i powaga odpowiedzi. Spojrzał z niechęcią na Albina, który pokornie odsuwał się pod bok swojej żony. W tej chwili babka Weronika odłożyła książkę i bezradnie opuściła ręce, jakby nagle odczuła, że się już nie uda wycisnąć żadnego efektu z tego smutnego dnia. Stała chwilę w niezdecydowaniu i wreszcie — nie mogąc nic lepszego wymyślić, rozpłakała się głośno i poszła sobie nie wiadomo dokąd, rozszlochana, z twarzą w dłoniach.
Wuj Kazio włożył marynarkę, upozował się w ramach otwartego okna i począł mówić:
— Nieubłagane prawo czasów w jakich żyjemy, w okresie kiedy ojczyzna wspierając się na granicach wytyczonych kulą karabinową, osłabiona jeszcze, podnosi się aby po okresie rekonwalescencji stanąć w zaszczytnym szeregu państw świata, w tym okresie jak gdyby symbolicznie staje do zapasów z życiem jej młody obywatel, ten tu właśnie obecny między nami sierota, mój siostrzyniec, Kamil Kurant. Będą razem iść naprzód i rozwijać się: społeczeństwo i cząstka jego organizmu, której rozwój jest miniaturowym wzorcem rozwoju wszelkiej państwowości. Kamilu! Człowiek, który ci dał życie winien dla ciebie przestać istnieć! Matkę twą najbliżsi dziś pogrzebali...
— Utopili... szanowny pan wybaczy śmiałość... Utopili a nie pogrzebali. Tak — przerwał boleśnie Albin.
— ...To gra słów, mój panie... Otóż zostałeś sam na świecie, na którym wszystko co słabe ginie a tylko hart i ukochanie ojczyzny wyniesie cię ponad zwykłą codzienność! Kamilu, rozpocząłeś dziesiąty rok życia a już danym ci jest samemu troszczyć się o siebie! Przyjmij od życzliwego ci krewnego życzenia wszelkiej pomyślności na tej drodze. Oto moja ręka!
Kamil podał wujowi mdłą rękę i przyjął ten aktorski uścisk. Zmysł rzeczywistości przejmował go wstrętem wobec wszystkiego co się odbyło na tle tego posępnego dnia. Wszyscy jakby się ocknęli. Różowa strużka wódki krążyła nad kieliszkami. Franek krzyknął:
— Ach ty! Kulą karabinową wytyczony! Kamilu daj blat! Niech ja skonam, cząstko organizmu...
Frankowi przerwała ciotka Stasia, która przyciągnęła Kamila do siebie i obcałowując mówiła:
— Ach ty sierotko słodka! Wcale nie zostałeś sam na świecie... I jeszcze masz czas troszczyć się o siebie... Będziesz u nas, będziesz chodził do szkoły... Prawda, Zocha? — Przysunęła usta do jego ucha i szepnęła: — Nie słuchaj co ten wyszczekany wujek tutaj wygaduje... Zamiast rad i ściskania rączki lepiej by ci jakoś pomógł, bo wie, że nam ciężko. Ale my sobie damy same radę i będzie ci u nas dobrze. Daj buźki i pójdź poszukać babki. Powiedz jej żeby ci pokazała gdzie będziesz spał i najlepiej połóż się.
Ale przemowa wuja Kazia spopularyzowała niejako Kamila w podpitym gronie, bo zaczęto go sobie niemal podawać z rąk do rąk, ściskać i całować, pakować mu kęsy do ust. Nawet odległa i posągowa żona wuja Kazia, ta wytworna wujenka Maria, pijąca herbatę z pokłóconym, odstającym małym palcem, nawet ona jakoś smutnie chrząknęła, pogładziła Kamila po głowie, pochyliła się nawet, jakby z zamiarem ucałowania go, ale tylko badawczo zajrzała w ucho chłopca i zaraz rożek chusteczki wsadziła sobie w prawe oko. Wyglądało to na płacz. Moneta ta w sytuacji Kamila miała wartość ironii. Przy stole zrobiło się gwarno. Dwie lampy naftowe żółciły głowy biesiadujących. Franek siedział bez marynarki, gestykulował i kosmyki włosów wymykały mu się spod opasującej głowę przepaski. Przypomniał Kamilowi widzianą gdzieś rycinę z rewolucji francuskiej, przedstawiającą wzburzonego sankiulotę. Przekrzykiwano się wzajemnie. Kamil jeszcze chwilę stał oparty o kolano ciotki Zosi, po czym wymknął się do fryzjerni. Dobiegły go słowa Albina:
— Z pana Kazia mówca... sceniczny... sceniczny!
W mrocznym i w chłodno pachnącym fiksatuarem salonie usiadł Kamil w fryzjerskim fotelu i począł się przymuszać do żałosnych rozmyślań. Chciał popłakać, ale czuł się raczej rozbawiony. Jednocześnie cierpiał że tak trudno mu osiągnąć żal za matką. Lustro obramowane błyszczącymi ćwiekami niewyraźnie ukazywało drobną postać chłopca z komicznie zasępioną twarzyczką, z lekko skośnymi oczami, które w połączeniu z figlarnym noskiem zdawały się stwierdzać, że ich właściciel wyjdzie zwycięsko z awantur w jakie go los wprowadzi. W lustrze ujrzał Kamil pochylającego się nad nim wuja Leona ze skrzypcami w ręku. Czerwony na twarzy i zgrzany wyszeptał zapachem wódki:
— Pocieszę cię... słuchaj... śpiewaliśmy to w wojsku!
I wuj Leon począł grać melodię: „O mój rozmarynie!“ Przytupywał nogą i wił się razem ze swymi skrzypcami na tle przymglonych mrokiem luster.
O świcie gromadka z miejska ubranych ludzi wysunęła się sznureczkiem z fryzjerni i niemrawo poruszając się na tle prowincjonalnej, dżdżystej tęsknicy, oczekiwała pod brzęczącymi na wietrze blaszanymi talerzami na furmanki. Wszyscy byli w fatalnych humorach. Z postawionymi kołnierzami, pod parasolami: mężczyźni, wodząc skisłymi od snu oczyma, palili papierosy; kobiety jakby spuchnięte, wsłuchane w swe wnętrza.
Osada wyłaniała się na tle rzednących brudów deszczowej nocy. Nad błotnym rynkiem wiatr pędził ciężkie i niechlujne chmury, widoczne w pomarszczonych kałużach. Daleko przemknął w zdecydowanym kierunku, łaciaty pies na trzech nogach. Upiorna i siwa, rozkudłana kobieta w koszuli pokazała się na jednym z progów, po czym wsunęła się do chałupy niby biała larwa; zaraz też od lasu sypnęło łachmanami wron i z bocznej uliczki wypełzły dwie szlochające szprychami fury. Po chwili brodząc po kolana w błocie i z naprężonymi grzbietami, konie pociągnęły w żmudną podróż dwa bukiety, niemal wrzeszczące jadem barw sukien i garniturów. Kamil siedział z tyłu fury ze zwisającymi nogami, oparty łokciami i podbródkiem o poziomy łańcuch. W dali, pod potrójną aureolą z mosiądzu, wuj Leon pisał palcem w powietrzu coś, czego Kamil nie mógł odczytać. Za nim stała babka Weronika w chustce na głowie, drobna i groźna. A pod ścianami budynków, omijając kałuże szła czarna, pyzata i wyniosła ciotka Lucyna ze złożonymi na piersiach rękami, niepewnie i opieszale odprowadzając odjeżdżających. Za zakrętem osada usunęła się do tyłu, popielata szosa poprowadziła na swym grzbiecie dwie skrzypiące, naładowane ludźmi o skwaszonych twarzach — fury. Po obu stronach wlokły się dwa smutne pejzaże wilgotnych zbóż i łąk. Słowa wujenki Marii zabrzmiały tonem taniej pociechy:
— Dzisiaj sobota... Żydów chwała Bogu nie będzie w pociągu...
— Posuń się Albin, bo jak pana Boga kocham! wszędzie cię pełno! — zawołał Franek.

IV

Powiśle dyszało upalnym sierpniem, barwiło się owocami w koszach straganów i kopiasto naładowanych berlinkach, ciągnących się soczystym sznurem wzdłuż wybrzeża. Od Wisły biegł rozprażonymi ulicami wilgotny powiew, rozpraszając między domami osłabione odległością głosy syren ze statków lub pracowity warkot maszyn czerpiących piasek. Gmach elektrowni czerwonym monumentem wynosił się ponad bujną zieleń skweru oddzielającego suche, zawalone kopcami żwiru, piasku i głazów wybrzeże od głównej dzielnicy proletariatu Wielkiej Warszawy. Od skweru oko biegło ku przeciwległej Pradze; nad łyskającą mieliznami wodą unosiła się nienazwana melodia szczęścia i smutku; wibrowała niesłyszaną pieśnią i nieznanym żalem nadwiślańskiego kraju. Gdzieś plusnęło brązowe ciało, gdzieś zabrzmiał okrzyk radosny czy przywołujący? Fale kląskały głucho o dna berlinek i czerniejących smołą, pustych kryp. Na lewo gigantycznym krokiem biegły nad rzeką popielate wiązania mostu Kierbedzia. Na prawo strzępił się urwiskiem, niby powstrzymany w skoku, niewykończony most Poniatowskiego. Praga skrzyła się szklanymi poblaskami i ostrą igłą kłuła niebo wieża kościoła świętego Floriana. Skwer ziewał próżniactwem rzadko obsiadłych ławek. Drzemiąca dziewczyna z opuszczoną głową poruszała rytmicznie nogą wózek z dzieckiem. Dalej żołnierz zwisający ramieniem przez poręcz, z czapką na twarzy, trwał nieruchomo w przykrej niewygodzie. Na innej ławce leżał młody i zasępiony człowiek,


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.