Pompalińscy/Część druga/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Po powrocie z Odrzenic, p. Żulietta wbiegła do ładnego, z doskonałym w istocie smakiem urządzonego salonu swego, drżącemi trochę rękami zaczęła zdejmować z siebie futro i kapelusz i zwrócona ku drzwiom przyległej sali jadalnej, wołała: — Delicyo! Delisiu! Delciu!
A gdy na wołanie to Delicya kończąc jeszcze rozwiązywanie wstążek do kapelusza, śpiesznie weszła do salonu, p. Żulietta z gorączkową porywczością ruchów, chwyciła ją w swe ramiona, posadziła obok siebie na kozetce i głowę jej z której kapelusz spadł na ziemię do piersi swych przyciskając, a czoło, włosy i policzki młodej dziewczyny namiętnemi pocałunkami okrywając, przerywanym mówiła głosem:
— Moje ty dziecko drogie, kochane! moja ty perło — najpiękniejsza! mój ty klejnocie! bracia twoi jechali z nami, nie miałam czasu popieścić cię, ani rozmówić się z tobą! jakaś ty była dziś śliczna i rozumna! jakaś ty posłuszna swej matce! O! bo ty wiesz, ze ja cię kocham więcej nad wszystko na świecie! że ja ci życzę lepiej jak ktokolwiek pod słońcem życzyć ci może! że cała myśl moja, wszystkie moje pragnienia, zwrócone są tylko ku temu, abyś ty perełko moja, szczęśliwą była! Cóż, czy rada jesteś z dzisiejszego zwycięztwa swego? pokaż mi swoje oczka, czy błyszczą one do tego pięknego świata, który dziś, zdaje się, że otworzył się przed tobą? No, podnieś główkę, Delciu, spójrz na mnie! czemuż tak pochylasz się nizko? nie wstydź się! Matka, to przyjaciółka twoja najlepsza, najbliższa! przed nią można i trzeba powiedzieć wszystko!...
Mówiąc to, p. Żulietta z łagodną i pełną czułości pieszczotą, usiłowała podnieść ku sobie głowę i spojrzeć w twarz swej córki, która nizko w istocie pochylona, całowała jej ręce i tuliła się do jej piersi.
— Co to? zawołała po chwili z nieudanym wcale żalem i przestrachem, ty płaczesz, Delicyo?
W istocie, błękitne oczy pięknej dziewczyny perliły się łzami, a na twarzy jej zamiast radośnego uśmiechu, o którym mówiła jej matka, rozlewał się wyraz smutku.
Co ci jest? powtarzała Żulietta, wyglądasz mi tak smutnie jakoś! czy może cóś się stało, o czem ja nie wiem? czy przed pożegnaniem może powiedziałaś cóś hrabiemu, co mu się niepodobać mogło i lękasz się teraz, aby się tem nie zraził? powiedz! powiedz! wszystko jeszcze da się naprawić! od tego ja jestem! może on pomagając ci wsiadać do karety, powiedział cóś, z czego złe wnioski snujesz?...
Delicya mocniej przytuliła się do piersi swej matki i z za łez patrząc na nią, więcej jeszcze zmięszanym niż smutnym wzrokiem, szepnęła:
— Nie mameczko najdroższa, nie! tylko... on,.. taki brzydki i taki jakiś... śmieszny!...
Pani Żulietta uśmiechnęła się z widocznem uczuciem ulgi i końcami białych swych palców, bledszy jak wprzódy policzek córki swój popieściła.
Nastraszyłaś mię, Delciu! myślałam że zaszło cóś ważnego! Czyż doprawdy znalazłaś hrabiego tak brzydkim!
— Ach tak, moja mamo, tak! szeptem potwierdziła Delicya.
— Mnie bo on się wcale takim nie wydał... wzrost ma ładny... uśmiech przyjemny, a gdy ożywił się rozmawiając z tobą, oczy jego nabrały blasku i wyrazu i stały się nawet wcale pięknemi.... Zresztą, Aniele mój kochany, alboż tu o to idzie, czy hrabia jest wzorem piękności czy nie?
Wyprostowała się p. Żulietta i zatrzymując w dłoniach swych ręce swej córki, nie z uniesieniem już jak wprzódy, ale z namysłem i powagą prawdziwie macierzyńską mówić zaczęła:
— Droga moja Delicyo! młode osoby jak ty bywają zwykle skłonnemi do zapatrywania się na małżeństwo ze strony zbyt lekkiej... wybacz mi moje dziecko, ale powiem... płochej nawet i nierozsądnej. Wyobrażają one sobie, że wszystko tu zależy tylko na wzajemnem podobaniu się, lub niepodobaniu, na więcej lub mniej miłem wrażeniu, jakie sprawia im widok człowieka mającego rozstrzygać o szczęściu lub nieszczęściu całego ich życia... Tymczasem dziecko moje, jest to kwestya bardzo ważna i opierająca się na wcale innych, daleko trwalszych, daleko realniejszych warunkach...
Tu p. Żulietta milczała chwilę, zbierając jakby myśli swe dla jaśniejszego ich wypowiedzenia, potem zaczęła znowu:
— Nie pierwszy to już raz mówimy o tem z tobą, jedyne dziecko moje, ale teraz... teraz, jeśli nie mylę się, nadchodzi dla ciebie chwila, w której przejąć się cała powinnaś wszystkiem, coś kiedykolwiek odemnie słyszała, a także przypomnieć sobie wszystkie smutne widoki, która miałaś przed oczami swemi, a które powinny były nauczyć cię wiele... wiele... Mówię to o sobie... drogie dziecię! Jam, wychodząc za ojca twego, kochała go... był to w istocie piękny bardzo mężczyzna, twój ojciec, o!... mógł się bardzo podobać każdej młodej pannie... Posiadał on do tego najlepszą opiniją — nikt powiedzieć o nim nie mógł inaczej, jak że był człowiekiem nadzwyczaj rozumnym i nadzwyczaj prawym... Mogłam więc, zdaje się, posiadać pewność że będę z nim szczęśliwą... nieprawdaż? I w istocie, szczęśliwą byłam przez pierwsze lat parę, to jest póty dopóki nie rozwiał się czar pierwszych złudzeń i wzruszeń... dopóki miłość nasza trwała w całej świeżości swej i powiem prawdę, w całej swej ślepocie... Taki jednak czar, taka ślepota nigdy dziecię moje, długo trwać nie może na biednym świecie naszym, a gdy rozwieje ją czas nieubłagany, trzeba nam wtedy do szczęścia codziennego życia czegoś innego już... czego ojciec twój dać mi i nie mógł i nie chciał...
Delicya która dotąd słuchała mowy matki swej z wielkiem natężeniem uwagi, uczyniła lekkie poruszenie i zcicha przerwała:
— Ojciec był jednak tak czułym... tak dobrym dla nas wszystkich... Wszak miałam już lat trzynaście, kiedy... stało się z nim to... nieszczęście i pamiętam dobrze jak nas sam uczył... jak nas pieścił...
Na czole p. Żulietty legła przy tych słowach córki chmurka niezadowolenia. Smutne wstrząsając głową, łagodnie jednak odpowiedziała:
— Prawda, prawda! Delicyo! ojciec twój był bardzo... dobrym... kochałaś go zawsze i teraz jeszcze kochasz... niemam ci tego za złe wcale, jakkolwiek posiadam wszelkie prawo żądać w twem sercu pierwszeństwa dla siebie... jam matka... jam to nie kto inny, noce bezsenne nad twem łóżeczkiem spędzała, kiedyś malutką jeszcze będąc chorowała nieraz ciężko... jam to nie kto inny, pielęgnowała piękność twą i uczyła cię stawiać pierwsze kroki w świecie gdy dorosłaś... od iluż to już lat gdy nieszczęście to zaszło z twoim ojcem... ja sama... słaba kobieta, myślę o losie moich dzieci, troszczę się szczególniej o twoją przyszłość, Delicyo!
Delicya wzruszona widocznie słowami matki, całowała znowu jej ręce i tuliła się do jej piersi.
— Widzisz więc, ciągnęła p. Żulietta, że pomimo nawet dobroci twego ojca, o której mówisz i która cię tak do niego przywiązała... pomimo że pięknym on był i jak powiadano rozumnym człowiekiem, ja nie byłam wcale szczęśliwą... Wychowana w domu rodziców moich w zbytkach i pieszczotach, nie posiadłam bynajmniej po zamężciu tego wszystkiego do czego byłam przyzwyczajoną... o czem marzyłam i czego spodziewać się miałam prawo... Aby mi dać te wszystkie przyjemności i osłody życia, charakter twego ojca był zbyt surowym, majątek niewystarczającym... Nie był on wcale ubogim, o! nie! gdyby bowiem tak było, nie wydali by mię z pewnością za niego, najlepsi moi rodzice... Białowzgórze dawało sporą intratę i zdawało się być majątkiem nieledwie pańskim... Ale ojciec twój, dziecko moje, nie posiadał upodobań odznaczających ludzi, którzy ze krwią swą wyssali umiejętność i zamiłowanie do szerokiego, prawdziwie przyjemnego życia... Znasz dobrze pochodzenie ojca twego... był on synem niezamożnego bardzo szlachcica, który w późnym dopiero wieku, ciężką pracą, szczęśliwemi spekulacyami, dobił się znaczniejszej nieco fortuny. Ojciec twój tedy miał przyzwyczajenia, mało szlacheckie, kierunek myśli i gustów nadzwyczaj... poważny... że nie powiem... pedantyczny... Zakopał się więc na wsi i mnie tu młodą... spragnioną świata... zakopał. Zaledwie raz jeden powiózł mię za granicę... a i to dla tego, że jak powiadał, potrzeba mu było przypatrzyć się gospodarstwom wiejskim w innych krajach... to też podróż ta była bardzo nudną i nie pozostawiła mi po sobie żadnych prawie miłych wspomnień... Czy ty wiesz o tem, dziecię moje kochane, że przez 28 lat, odkąd mężatką jestem, raz jeden tylko miesiąc cały przepędziłam w Warszawie, a i tam ojciec twój oddawać nie chciał żadnych wizyt, ani bywać na żadnych większych zebraniach, mówiąc, że ponieważ nie jesteśmy ani bardzo bogaci, ani wysoko urodzeni, nie mamy żadnej potrzeby piąć się do wielkiego świata stolicznego... Czy ty wiesz, moje dziecię o tem, żem ja przez całe życie ani jednej sukni aksamitnej nie miała, bo ojciec twój utrzymywał, że aksamit niestosownym jest dla kobiety żyjącej na wsi i nie bardzo majętnej... że te biedne mebelki w dwóch salonach naszych ja wywalczyć i wypłakać musiałam zanim ojciec twój zgodził się sprowadzić je z Warszawy na miejsce tych obrzydliwych starych gratów, które przecie pamiętać musisz, boś miała zaledwie lat 10, gdy utrzymywałaś już że są fatalnie brzydkie i niewygodne?... czy ty wiesz o tem mój Aniele, że kiedy parę razy do roku przyjmowaliśmy u siebie sąsiedztwo, przyjęcie nie kosztowało nas nigdy więcej nad wielce skromną sumkę, którą ojciec twój z góry na cel ten przeznaczał i od niej nigdy odstąpić nie chciał ani na jotę? Czy ty wiesz, złota ty moja pieszczoszko, że twoja mama przez długie lat kilkanaście nie jeździła inaczej jak staroświeckim, wysokim koczem, a dopiero to od czasu... nieszczęścia tego... zdobyła się już sama, o własnych siłach na jaką taką karetę — gorszą wiele od tych, któremi jeżdżą oddawna sąsiadki jej i starego kocza nie warte? Każda żywsza przyjemność, której w życiu użyłam, wszystko co tylko kiedy miałam piękniejszego, stosowniejszego dla siebie, wypłakanem było, wywalczonem od ojca twego... który... pomimo całej dobroci swej, miał w sobie wiele uporu i nie dających się przełamać uprzedzeń. Cierpiało na tem i pożycie nasze domowe, inaczej być nie mogło. Jego przywiązanie dla mnie stygło coraz bardziej z latami, ja także uniosłam się może nieraz zbytecznie i zawiniłam przeciw niemu przykrem jakiem słowem lub gwałtowną sceną, a wszystko to razem, przyznaj sama dziecko moje, nie stanowiło bynajmniej jasnej i wesołej doli, nie stanowiło szczęścia.
Wymawiając ostatnie słowa, p. Żulietta miała łzy w oczach. Chyliła głowę córki swej do swych piersi, jakby chciała ukryć przed nią ogarniające ją boleśne wzruszenie. Delicya obu ramionami objęła kibić matki.
— Biedna, biedna mamo! szepnęła. Wiem ja o tem wszystkiem, widziałam nieraz sama... słyszałam... pamiętam... Ależ, biedny ojciec pewno myślał, że to co czynił było dobrem...
— Z pewnością, potwierdziła p. Żulietta, mniemam nawet że myśląc tak nie mylił się wcale... Być może, iż gdyby nie ta jego przezorność, nie te jego surowe przyzwyczajenia i upodobania, bylibyśmy teraz zrujnowanymi majątkowo, jak tylu innych sąsiadów naszych... Oddaję ojcu twemu wszelką sprawiedliwość... przyznaję nawet że ze względu na majątkowe położenie nasze, w sporach, które pomiędzy mną a nim zachodziły, on miewał najczęściej słuszność... ale... nie przeszkadza to temu, dziecko moje, że ja całą mą młodość spędziłam smutnie i monotonnie, że mi w życiu brakowało mnóstwa przyjemnych, powiem nawet, niezbędnych rzeczy i że podobnej przyszłości dla ciebie nie chciałabym za nic... za nic!
Milczała chwilę, potem zaczęła znowu.
— Wśród smętnego, monotonnego, ze wszelkiego blasku, ze wszelkich żywszych uroków odartego życia, które wiodłam, wy tylko, dzieci moje, byliście mi pociechą i... nadzieją dni jaśniejszych. Nikt na ziemi uczynić mi nie może zarzutu tego, abym była złą matką...
— O nie! nie! ze szczerym wybuchem zawołała Delicya, byłaś mamo zawsze dla nas wszystkich najlepszą, najczulszą, najukochańszą mamusią!
— Tak; potwierdziła z dumą p. Żulietta, z podniesionem czołem zdać mogę światu rachunek ze spełnionych przezemnie obowiązków żony i matki. Jak przyjęte na siebie imię żony przechowałam nieposzlakowanem żadnym nawet cieniem płochości i przeniewierstwa — tak godnie i mężnie nosiłam imię i pełniłam obowiązki matki. Pielęgnowałam was w dzieciństwie i chorobach, otaczałam pieszczotą najczulszą gdyście dorastali. Nie umiałam nic wam odmówić i gdyby którekolwiek z was zażądało odemnie gwiazdy z nieba wysokiego, poszłabym była po nią gdybym tylko mogła! Potem ileż to ja walk stoczyłam z powodu wychowania i wykształcenia waszego! Ile łez, ile nocy bezsennych, spędzanych na obmyślaniu pretekstów i wybiegów różnych; kosztowały mię te bony i nauczycielki francuzkie, któreście miały przy sobie tylko przezemnie... tylko kosztem zdrowia i sił moich... ojciec wasz bowiem był im strasznie przeciwny. Ale gdy szło o was, jam już lwicą stawała, nie ustępowałam i zwyciężałam... Potem... gdy stało się to nieszczęście... miałam ręce rozwiązane, sama już, według własnego planu mego, dokończyłam waszego wychowania... Wyrzekłam się podróży, która jednak tak bardzo potrzebną mi była dla zrujnowanego śród tylu nieprzyjemności zdrowia, aby bracia twoi mogli tak jak i wszyscy porządni młodzi ludzie, parę lat przepędzić zagranicą... Dla was sprowadziłam metrów muzyki, angielskiego i tańców, słowem czyniłam niepodobieństwa, wyrzekałam się sama wszystkiego, żeby tylko wykształcić was dla świata, a tym sposobem położyć podstawy przyszłego waszego szczęścia... Ale... droga Delicyo moja i tu jak wszędzie ciążyły na mnie i ciążą konsekwencye nieuniknione pierwszego kroku uczynionego w życiu... zamąż pójścia mego... Na cóż się zdały wszystkie ofiary i starania moje, dla was dokonywane? Na cóż się zdało Sylwii i Romanii to wysokie wykształcenie, które im dałam? ten polor, ten wdzięk którym pomimo niezbyt awantażownej powierzchowności swej, odznaczały się one dzięki naukom moim. Znasz swoich szwagrów. Woryło jest dość majętnym człowiekiem, ale parafianin to, gbur trochę, trochę skąpiec i jedyne to tylko szczęście, że Sylwija umie dotąd panować nad nim... ale czy długo to potrwa? Trzewikowski znowu... trèx comme il faut... ale zrujnowany, ostatkami goni tak że... drżę co chwilę myśląc o przyszłości, która czeka Romaniją... Ty także, perełko moja... skończyłaś już, entre nous, 23 lata... Dla czegóż jednak jesteście wszystkie tak nieszczęśliwemi? oto zawsze dla jednej i tej samej przyczyny, która mi przez życie całe, we wszystkiem bruździła. Czy mogłam wywieźć was gdzieś na świat szerszy? pokazać ludziom takim, którzyby dla was odpowiednimi byli? Nie; gdybyście miały wielkie posagi, zjeżdżałby się świat do was i tutaj, ale... cóż macie? cóż mamy wszyscy? bracia twoi podzieliwszy się Białowzgórzami, posiadać będą nie więcej jak po 40,000 rubli funduszu, a cała ich na przyszłość nadzieja w pomyślnym maryażu... Posag każdej z was wynosi 15,000. Cóż to znaczy? szlachecki posążek wynoszący tyle ile powinnaby kosztować sama tylko wyprawa takich panien jak wy... moich córek... Doprawdy, winszować sobie jeszcze zmuszoną byłam, wydając w ten sposób uposażone, a w kącie chowane córki moje za takiego Woryłę i takiego Trzewikowskiego...
Ostatnie słowa p. Żulietta wymówiła z goryczą nieopisaną w głosie i wyrazie twarzy. Delicya westchnęła także.
— Prawda, mamciu, rzekła, gdybyśmy były mogły choć jedną zimę w Warszawie spędzić.... choć raz zagranicę wyjechać...
Smutnie i szydersko zarazem uśmiechnęła się p. Żulietta...
— Nie dla nas to podobne szczęście i przyjemności, rzekła, nie dla nas! I cóż więcej wynika jeszcze z tej ciasnoty, z tej nędzy materyalnych środków? oto poniewierka moralna i grzech nie jeden. Czy myślisz Delicyo, że duma moja, że powiem nawet sumienie moje i mój zmysł estetyczny nie oburzają się na te nieznośne, upokarzające konkury, które stroić muszę do tej okropnej baby z Odrzenic... do jenerałowej? czyż nie widzę, że ona mną i mojemi dziećmi poniewiera? czyż nie wiem, że źle jest ze wstrętem w duszy całować kogoś i przed kimś się uniżać? Ale — cóż mam czynić? czegóż nie uczyniłabym dla dzieci moich? Ona bogata! bogata! bogata! w niej więc jedyna nadzieja nasza! Ona może braciom twoim udzielić środków do zawarcia pomyślnych maryaży, ona zapisem swym ułatwi, uprzyjemni pożycie z nieznośnym Woryłłą biednej mojej Sylwii i zapobieży ruinie majątkowej męża Romanii... O tobie niema co mówić... cały twój los prawie w jej ręku... Jeżdżę więc, całuję po rękach i kolanach starą tę sknerę... marznę w jej domu, zjadam obrzydliwe kartofle z łupinami, widzę jak nieraz uśmiechają się ze mnie szydersko ludzie... znoszę od niej samej kpiny, docinki i te jej djabelskie chichoty.... cóż robić? cóż robić? nędzarką jestem!.. żebraczką jestem!.. muszę o kawałek lepszej doli, o odrobinę słońca i radości życia żebrać... dla dzieci moich....
Tu p. Żulieta poniosła chustkę do oczu i zapłakała cicho lecz rzewnie. Oczy Delicyi zrosiły się także łzami. Objęła ona matkę silnym, gorącym uściskiem i całując ręce jej, twarz i oczy szeptała:
— Biedna, biedna, najlepsza, najdroższa mamusiu!..
— Widzisz więc droga moja, mówiła dalej p. Żulieta, co znaczą bogactwo i ubóstwo i jaką rolę gra w życiu kobiety — zamąż pójście. Od tego cała przyszłość nasza zawisła... nie o większej więc lub mniejszej przyjemności przemijających wrażeń myśleć powinnyśmy gdy krok ten czynimy...
Tu p. Żulieta w przystępie gorączkowej prawie czułości, znowu córkę swą w ramiona ujęła.
— O! zawołała, ja dla ciebie zawsze, zawsze spodziewałam się czegoś lepszego, świetniejszego jak to czego dostarczyć mogła nieznośna parafia nasza! Nie chciałam cię dać żadnym Tutunfowiczom ani Kobyłkowskim... nie dla nich bowiem stworzoną jesteś, ani dla takiego losu, któryby oni zapewnić ci mogli... Ty byłaś zawsze najmilszą pieszczoszką, najkosztowniejszą perełką moją... byłaś... daj uszko... powiem ci pod sekretem... najukochańszem z pomiędzy wszystkich dzieci moich dziecięciem...
Delicya podniosła twarz rozkosznie uśmiechnioną i z minką, z poruszeniem swawolnej pieszczochy zawiesiła się ustami na ustach swej matki.
— Tak, rzekła uśmiechając się już swobodnie p. Żulieta, Pan Bóg wysłuchał próśb moich gorących i zmiękczył dla nas serce tej starej wiedźmy Odrzynieckiej... Nie wiem zkąd się to u niej wzięło... ale zaczęła widocznie zajmować się twoim losem... sprowadziła do siebie hrabiego umyślnie, aby cię zobaczył i poznał... reszta będzie już naszem dziełem. Delciu moja! jakże w twem uszku brzmią następujące wyrazy: hrabina Delicya Pompalińska! prawda, że to brzmi wcale pięknie... do tego milionowa pani... i synowa hrabiny Wiktoryi, z domu księżniczki X. O! znam ja tę hrabinę Jarosławową. Spotkałam ją parę razy w życiu na zebraniach. Dumna kobieta jak szatan... w jej oczach, tacy jak my to robaki, na których spojrzeć nie warto... Otóż pokażemy jej co znaczymy. Przez małżeństwo twoje z jej synem, staniesz z nią na równi, wejdziesz do tych wszystkich domów, które stanowią jej towarzystwo... bo drzwi najpierwszych salonów w kraju, otworzą się przed moją Delicyą... przed milionową panią, hrabiną Pompalińską...
Delicya podniosła głowę, wyprostowała się i wyciągając przed siebie obie swe splecione ręce, zawołała z uśmiechem:
— O, prawda, prawda mamusiu! że to będzie miło! bardzo wesoło...
— A widzisz! widzisz! potwierdzała uradowana matka.
— Pojadę zaraz... gdzie? do Włoch... do Paryża... do Wiednia... wszędzie... takam ciekawa... ciekawa świata... I mamusia pojedzie z nami...
— Zbiorę ostatki, a pojadę aby być świadkiem pierwszych tryumfów twoich i pierwszych chwil twego szczęścia...
— Na zimę zamieszkamy w Warszawie.... otworzę salony i pokażę p. hrabinie Jarosławowej, że potrafię tak dobrze przyjmować wielki świat u siebie jak i ona...
— Jeszcze lepiej, mój ty klejnocie, jestem pewna, że jeszcze lepiej...
Delicya przestała nagle uśmiechać się. Chmurka smutku przyćmiła rozpromienione jej czoło.
— Ach, mamusiu! westchnęła, żeby tylko on był choć trochę mniej brzydki... Żeby to był nie on... ale brat jego stryjeczny; hr. Wilhelm?
— Skądże ci znowu przyszedł do głowy hrabia Wilhelm?
— Najpiękniejszy to człowiek, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam...
— Zkądże wiesz? nie widziałaś go nigdy!
— A fotografija jego?
Tu Delicya poskoczyła ku stołowi, wzięła jeden z leżących na nim albumów i roztworzywszy go pokazała matce fotografiją bardzo w istocie przystojnego i czupurną miną odznaczającego się mężczyzny.
— A prawda! zaśmiała się p. Żulietta, przypominam sobie... zainteresowała cię ta fotografija i kupiłaś ją sobie w zakładzie fotograficznym w Warszawie.
— O moje śliczności! uśmiechając się wpołfiglarnie, wpółsmutnie mówiła do fotografji Delicya, co to za włosy! co za oczy! jakie usta! Ach mamusiu! mamusiu!
Przypadła do kolan matki i kryjąc w suknią jej twarz spłonioną zawołała.
— Gdyby to na miejscu hr. Cezarego był... hr. Wilhelm... doprawdy, chybabym, mamusiu, oszalała z radości!
— Przestań dziecinić się Delicyo, wyrzekła z powagą matka, hr. Wilhelma nie znasz i poznasz go wtedy chyba, gdy będziesz już hrabiną Cezarową... Na świecie nie można posiadać wszystkiego razem, a gdy szczęście przychodzi do nas, chwytać je trzeba choć jest niezupełnem.
Delicya westchnęła zcicha i położyła album na stole. Do salonu weszli dwaj młodzi synowie p. Żuliety. Jeden z nich wchodząc zawołał:
— Panie tu gawędzą sobie, a myśmy po sławnej uczcie u jenerałowej, spragnieni i zgłodniali. Mamciu! kolacya na stole!
— Pójdźmy! rzekła wesoło Żulieta, przy stole pogawędzimy wspólnie o interesach naszych.
Wsparła się na ramieniu starszego syna, Delicya pochwyciła swawolnie ramię młodszego i przeszli tak do sali jadalnej, również jak salon białemi rączkami p. Żulietty bardzo smakownie urządzonej, ze stołem pośrodku, politurowana tafla którego zastawioną teraz była przyborami do herbaty i półmiskami zawierającemi dość wykwintną i obfitą kolacyą. Pani Żulieta odprawiła służbę składającą się z dwóch lokajów. — Niech nikt tu nie wchodzi, dopóki nie zadzwonię! rzekła.
Po odejściu służby, przez kilka minut panowało w sali jadalnej zupełne milczenie, przerywane tylko dzwonieniem nożów i talerzy. Zgłodniali goście Odrzynieccy zapomnieli na chwilę o ważnych rodzinnych sprawach, a nawet p. Żulieta i Delicya pomimo wzruszeń doznanych, zajęły się gorliwie woniejącemi na półmiskach potrawami. Oprócz dźwięku stołowych naczyń, milczenie panujące w sali jadalnej przerywanem jeszcze było dochodzącymi z sąsiedniego pokoju odgłosami kroków męzkich, równych, powolnych, miarowych, ani na chwilę nie ustających. Było cóś dziwnie posępnego, rzec nawet można, tajemniczego w tych krokach samotnie, a niezmordowanie stąpających po pokoju oddzielonym od reszty mieszkania ściśle zamkniętemi drzwiami. Znajdujące się przecież w sali jadalnej osoby nie zdawały się zwracać na nie najlżejszej uwagi, przywykły znać tak bardzo do tych posępnych odgłosów domu swego, że nie słyszały już ich prawie. Jedna Delicya tylko spoglądała od chwili do chwili ku drzwiom zamkniętym i zdawała się niekiedy przysłuchiwać stąpaniom samotnego za drzwiami wędrowca. Stała ona przy samowarze nalewając herbatę matce i braciom, a gdy jednemu z tych ostatnich podała filiżankę ze starannie przyrządzonym napojem, pochwycił on ją za drobną, białą rączkę i patrząc w spuszczone jej oczy, zapytał z uśmiechem:
— Cóż, siostrzyczko? czy mam ci powinszować? czy pewną już jesteś swego zwycięztwa!
Delicya uderzyła lekko brata po ręku i poskoczywszy, schowała się znowu za samowar, p. Żulieta zaś rzekła z żartobliwym uśmiechem:
— Sessya zagajona przez Władysława... możemy teraz mówić wszyscy o tem co nas wszystkich tak bardzo obchodzi. Władysławie! Henryku! wszak domyślacie się o czem mówić ze sobą mamy?
— Naturalnie! jednogłośnie ozwali się dwaj bracia.
— Jakże się wam wydał młody hrabia?
— Trochę... dziwny! ale oryginalność bywa często przybraną manjerą wielkich panów. Zawsze to dla Delicyi świetna, niespodziewanie świetna partya.
— Nieprawdaż, moi drodzy? Ale ja powiem wam cóś więcej jeszcze. Jeżeli ta prawdziwa łaska Boska spłynie na nas i maryaż ten dojdzie do skutku, Delicya moja stanie się prawdziwym aniołem pomocy dla nas wszystkich, dla braci swych szczególniej... Czy rozumiecie mię? Wszak przez nią, przez jej dom, otworzą się salony wielkiego świata i dla was, moi synowie a wtedy z waszą powierzchownością, z waszem wychowaniem znajdziecie tam pewnie niejedną sposobność stosownego ożenienia się...
— Prawda! potwierdził brat starszy, a młodszy dodał:
— Już bo też mnie te nasze gąski parafialne obrzydły doprawdy.
— Gąski te nie dla was i wy nie dla nich stworzeni jesteście, mówiła p. Żulieta patrząc na synów swych z dumą i miłością. Władysław powinien znaleźć sobie żonę z dużym posagiem, aby módz spłacić bratu połowę Białowzgórz, a Henryk ożeni się z jaką herytierą i mając kapitał własny, osiądzie w dobrach swej żony.
— Śliczne projekty naszej mamusi! zawołał śmiejąc się Władysław.
— Oby się spełniły! dodał również wesoło Henryk.
— Spełnią się niezawodnie, jeśli nam, mnie i Delicyi, dopomódz zechcecie...
— Ależ z całego serca! choćby nawet nie było w tem interessu naszego... dla siostry przecież...
— Już dopomagamy, przerwał bratu Henryk, poznajomiliśmy się z hrabią należycie i zaprosiliśmy się do niego na jutro na polowanie...
— Już to, z lekkiem zamyśleniem zauważyła matka, stosowniejby było, aby hrabia jako nie mieszkający stale w tych stronach, pierwszy wam oddał wizytę... ale pomiędzy młodymi ludźmi zachowywanie ścisłe etykiety światowej może i niekonieczne.
— Naturalnie; szczególniej że jak mi się zdaje hrabia Cezary nie jest ani zwolennikiem, ani wielkim znawcą etykietalnych ceregieli...
— Tem lepiej. Tem łatwiej pójdzie wszystko. Po odbytem polowaniu, przywieziecie nam tu naturalnie hrabiego na herbatę.
— Postaramy się o to mamusiu!
— Pójdźcie teraz wszyscy do mnie, kochane dzieci moje, niech was uścisnę!
Władysław i Henryk chętnie i wesoło powstawali ze swych krzeseł i pochyliwszy się przed matką, ponieśli do ust jej ręce.
— Już to mamusia nasza umie doskonale wszystko obmyśleć! rzekł jeden z braci.
— Niema, comme j’aime Dieu, lepszej i mędrszej pod słońcem kobiety, jak nasza mamusia! dodał brat drugi.
— A ty Delicyo? rzekła Żulieta rozpromienionym od pieszczot synowskich wzrokiem spoglądając ku córce.
Delicya lekko i szybko podbiegła, stanęła pomiędzy braćmi za krzesłem matki i objąwszy ramionami jej szyję, a twarz swą do twarzy jej przyłożywszy, szepnęła jej na ucho: — Mamusiu! duszko! Aniele!
Gruppa ta złożona z matki pięknie jeszcze i młodo wyglądającej, z dwóch młodych, urodziwych synów i pięknej jak róża majowa dziewicy, malowniczo oświecona spuszczającą się od sufitu lampą, przedstawiała godny podziwu obraz miłości i zgody rodzinnej. I błogo, radośnie, rozkosznie byłoby patrzyć na nią... gdyby...
W przyległym pokoju odzywały się wciąż, wciąż za zamkniętemi drzwiami, jednostajne, nieustanne stąpania męzkie. Rzekłbyś niespokojny duch jakiś pokutujący tam wśród ciszy i zamknięcia, lub więzień smutny, z niedającym mu spokoju robakiem w piersi.
— Ach! zawołała Delicya uwalniając z uścisku szyję matki, trzeba ojcu zanieść herbatę...
— Zawołaj Jakóba, niech zaniésie... markotnie jakoś ozwała się p. Żulieta.
— Nie mamciu, ja sama pójdę... jak zwykle, rzekła Delicya z miną i poruszeniem pieszczonego dziecka, któremu niczego wzbronić nie można.
Nalała filiżankę herbaty, postawiła ją na małej srebrnej tacce na której ułożyła też kilka najlepszych ciastek z pomiędzy znajdujących się na stole i wziąwszy tackę w obie ręce, zgrabna, lekka jak Sylfida, ale z twarzą zamyśloną trochę i poważniejszą niż zwykle, skierowała się ku drzwiom zamkniętego pokoju. Władysław wyprzedził siestrę o parę kroków, aby przed nią drzwi otworzyć, a gdy to czynił, usuwając się jednak na stronę, aby dla osoby znajdującej się w przyległym pokoju niewidzialnym pozostać i jej wzajem nie ujrzeć, przez drzwi na wpół roztwierające się i przepuszczające śliczną postać Delicyi, ukazała się obszerna komnata, słabo oświetlona przyćmionym płomieniem lampy, z wielkim, książkami zarzuconym stołem pośrodku, a w koło którego ze schyloną głową i rękami w tył założonemi, równym, miarowym krokiem, chodził mężczyzna wysoki, chudy, z długą siwiejącą brodą i oczami głęboko zapadłemi pod wielkiem, zbrużdżonem czołem...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.