Monologi. Serya druga/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Monologi. Serya druga
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Klemens Junosza.
MONOLOGI.
Z illustracyami Fr. Kostrzewskiego.
(SERYA DRUGA).
WARSZAWA.
Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki.
41.  Nowy-Świat  41.
1898.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 29 Апрѣля 1897 г.


Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego w Warszawie, Nowy-Świat 47.








MARCIN BADYL
PRZED SĄDEM GMINNYM.




A to, dopraszam się łaski przeświętnego sądu, było tak: szczerą prawdę powiadam, jak na świętej spowiedzi.
Szliśmy na jarmark, we trzech gospodarzy sprawiedliwych: Michał Dzięcioł, Wojciech Balasiński i ja, a zaś babów jeno dwie, bo moja słabowała na kolki i musiała w domu zostać, a zasie wieprzaków dwa, niby biały Dzięcioła Michała i czarny, niby mój.
Zaś baby miały, wedle przemożenia, jajka, masło i widzi mi się, koguta, albo może kokoszę, bo nie pamiętam... Chyba kokoszę... a zresztą może i koguta... Nie spieram się, może to był kogut, a może i kokosza...
Przeświętny sąd powiada, żeby gadać o sprawie, jako że mnie Icek, psia wełna, oskarża według pobicia. Nie było żadnego pobicia. Niech tu choćby pięciu dochtorów stanie; wszystkie gnaty mogą w nim porachować, czy który przetrącony, albo wykręcony! A ja sam mam krzywdę, bo za wieprzaka dostałem jedenaście rubli, we dwóch papierkach, niby jeden czerwony, a jeden żółty — i to mi ktoś ukradł — żaden dochtór tego nie znajdzie.

(Chwila przerwy).

Ano, juści sprawiedliwie przeświętny sąd powiada, żeby gadać, jak było; ja też gadam po porządku... Szliśmy na jarmark... trzech nas było gospodarzy sprawiedliwych: Michał Dzięcioł, Wojciech Balasiński i ja...
Gdzieśmy wstępowali po drodze? A dyć wstępowaliśmy w Wólce do karczmy, według tego, jako na świecie był ziąb. Na jarmarku piliśmy z rzeźnikiem litkup u Abrama. Godny rzeźnik, grubaśny taki oto...
A potem? A juści, przeświętny sądzie, z Balasińskim u Judki, a z Dzięciołem u Michla... Sąsiady to dobre, niby Balasiński i Dzięcioł. Piło się z jednym osobliwie i z drugim osobliwie, a potem zeszliśmy się wszystka trzech koło mostu u Srula i piliśmy w kupie. Na to jarmarki są, żeby sobie gospodarze mogli czasem grzdyki przepłukać.
A! dyć słucham, przeświętny sądzie, opowiadam jak było od początku... Szliśmy sobie na jarmark, trzech nas gospodarzy sprawiedliwych: Dzięcioł Michał, Balasiński Wojciech i ja..

(Chwila pauzy).

Ale gdzie zaś! przeświętny sąd pyta, gdzieśmy byli potem? niby od Srula wyszedłszy?... A juści byliśmy... zapomniałem, jak się ten żydzisko nazywa.. ale to pamiętam, że Balasiński był fundator. Ja już żółtego papierka nie miałem, jeno mi ostał czerwony. Owinąłem go we szmatkę, zapakowałem do kalety i rzekłem: siedź-że tu spokojnie; nie prędko świat obaczysz... Bo ja już taki jestem zawzięty...
Wielmożny sędzia każe gadać, a jak jeno ja gadam, to wielmożny sędzia dzwoni i każe nie gadać, jeno żeby o tem, co do sprawy należy. Toć gadam. Szliśmy na jarmark we trzech, gospodarze sprawiedliwe: Balasiński Wojciech...

(Pauza).

To niechże przeświętny sąd sam powie, co chce wiedzieć.

(Pauza).

No, dobrze... i dość na ten skutek, że jakeśmy na jarmark szczęśliwie przyszli, takeśmy szczęśliwie wyszli, jeno co Balasiński raz się w rów obalił, bez to, że mało ma kleju w nogach. Szliśmy gościńcem do samego lasu i lasem het znów het do samej Wygody — a to już przeświętnemu sądowi wiadomo, że nie tylko człowiek, ale i kużde bydlę w Wygodzie koło karczmy stanie; bo i ono, choć jeno wodę tylko pijące, rozumie i miarkuje, że o suchej gębie...
I znowu dość... Toć mówię, żeśmy wstąpili we trzech, gospodarze sprawiedliwe: Balasiński Wojciech, Dzięcioł Michał, niby ja — Marcin Badyl i babów dwie: Wojciechowa i Michałowa. A narodu było już jak nabił, żeśmy się ledwo do beczki dopchali, a fundator był Dzięcioł, bo ja już żółty papierek swój straciłem, a czerwony schowałem do kalety...

(Pauza).
A toć powiadam: było nas trzech gospodarzy... Nie? Jeno o Wygodzie? Słucham się przeświętnego sądu. Wypiliśmy po miarce. Michałowa powiada: jedźmy, ja powiadam: jedźmy; Balasiński nic nie odpowiada, jeno się przekomarza z żydami, bo się napchało chyba z piętnastu. Wiadomo przeświętnemu sądowi, że żydy w kupie bardzo harde: poczęli Balasińskiego popychać, a że kleju w nogach miał obrzednio, tedy się chłopisko obaliło — a żydy na niego powsiadały... Kumie ratuj! Jakże nie ratować?... I jego baba woła: kumowie, ratujcie! I zaraz sama też do żydów z pazurami... udrapała kilku... a ja widzę, że kiepsko i że na Balasińskim ścisk za duży — dalej onego ratować...
(Pauza).

Przeświętny sąd pyta: czym bił? Ja do bicia nie wyrywny i bić nie biłem, jenom ich krzynkę zeprał, i to nie kijem, ale gołą pięścią. Puścili Balasińskiego, nawalili się na mnie całą kupą... że choć klej w nogach mam, przecie powaliłem się na ziemię. Żydy na mnie, a Balasiński na wierzch na żydów, Dzięcioł na Balasińskiego... jeno mi było okropnie ciężko... bo choć żydy naród lekki, ale w kupie ważą... Chargotały jeno z zawziętości, aż im w gardzielach grało; już myślałem, że duch ze mnie wyjdzie — dopiero Wojciechowa z Michałową stągiew wody chwyciły i chlust na całą kupę! Żydy się wody boją... Ja się podniosłem... sięgam do kalety, czerwonego papierka niema. Mankulia mnie zdjęła... Ja do żydów — żydy w nogi... Icek się nawinął... kropnąłem go — a on, psia wełna, zaraz do sądu o pobicie...
Przeświętny sąd powiada, żebym się przyznał — toć sprawiedliwie mówię jak było. Szliśmy na jarmark we trzech, gospodarze sprawiedliwe: Dzięcioł Michał, Balasiński Wojciech i niby ja... Cicho?... dość?... noto dość.

(Po pauzie).

Albo trzy ruble kary, albo dwa dni kozy?... A juści, odsiedzieć, odsiedzę, ale com zeprał... tom zeprał... Bo to przeświętny sądzie, było tak... Szliśmy na jarmark we trzech, gospodarze sprawiedliwe: Balasiński, Dzięcioł i ja...
Za drzwi mam iść? — to pójdę; nie chceta słuchać, to nie słuchajta... ale com żydów zeprał, tom zeprał.






SIÓDMY DOM.
(Monolog pana Figelmana).




Ja pana radcego przepraszam, ale tak nie może być! U pana dobrodzieja lokator to pierwsza osoba! Za co? Czy on kupuje plac, cegłę, wapno, czy płaci za plan? Pan radca mówi, że on mieszka!... Za przeproszeniem, to jest gruba omyłka, to jest „fykcya.“ Jakim sposobem może mieszkać, kiedy dom wcale nie jest jeszcze postawiony? I kogo pan radca broni? Takiego, który nie jest, którego pan nigdy w życiu nie widział... Fe!
Powiada pan, że on będzie. Dobrze, niech będzie, wtenczas o nim pomyślimy, damy mu wszystkie dogodności, niech płaci i niech sobie używa. Damy mu śliczny apartament. Cztery pokoje i pasaż. Masz tobie! Pan radca znowuż zawróci głowę, że miejsca jest ledwie na trzy... Proszę pana, ja też jestem znawca, ja już buduję siódmy dom, ja w tę kochaną architekturę wsadziłem cokolwieczek kapitału, ja parzyłem się na gorącem, ja dmuchałem na zimne... mam smak... Ja się znam, ja lubię czysty gotyk. To jest śliczny styl... można dać wązkie okna, nie potrzeba dużo światła. Pan radca lubi się upierać przy powietrzu... Czy ja żałuję lokatorowi powietrza? Owszem niech on sobie idzie na spacer; ma Saski ogród, ma Łazienki. Czy ja jemu odbieram światło? Niech pali dwadzieścia cztery lampy... co mi do tego? Musi być cztery pokoje i pasaż, proszę pana radcego, to jest konieczne... ja bardzo lubię pasaż. Nie będzie ciasno, na moje sumienie, ja sam mierzyłem. Tam jedna kobieta, choćby otyła, zmieści się, i jeszcze może postawić dwa kuferki nieduże. Na kuferki położy trochę materacu, na materacu sama siebie... może ślicznie spać. Ja sam nie mam takiej wygody!
Proszę pana radcego, koniecznie cztery i koniecznie pasaż. W stołowym będzie ciemno? Dlaczego? Ta ściana od oficyny, co pan radca powiada, że zasłoni, ona nic nie zasłoni, owszem, ona nie dopuści za nadto wielkiej reparacyi słońca. Czy to przyjemnie, jak słońce w same oczy świeci? To bardzo niemiło, trzeba roletę sprawić... Niech pan rachuje, że to im zrobi dużę oszczędność. Pan radca mówi, że te ściany będą pod kątem piętnaście; a ja sumiennie zaręczam, że tam będzie jeden i to bardzo maleńki kącik. Ja się znam, ja siódmy dom stawiam, sześć przehandlowałem i wszystkie były bardzo zdrowe, tylko dwa trochę musiałem podstemplować, ale za to jakie ozdobne! Taka spekulacya na domach, to żaden smak. Można trochę zarobić, ale jaka praca! Pan radca ma grymasy a majstry to grube ludzie, bez delikatności... Siódmy dom! Czy to bagatela! Ja go nie stawiam na fuszerkę, bo to dla mnie. Ja go nie myślę sprzedać, chyba, żeby mi kto bardzo dobrze zapłaci...
On musi być bardzo ozdobny. Na froncie koniecznie trzeba dać takie złocone złocistości, takie mendaliony, jak imperyały wprost z pod stempla; trzeba dać kroksztynki, kaputele, gzymsy, figury... Ja zapłacę! Ja lubię elegancyę; ja już obstalowałem drewniane schody na marmur, także maleńkie terakotki do sieni. Pumpejańska sień czerwona, aksamitne balistrada do schodów, mosiężnych pręcików pod dywan; cztery żelazne bronzowane panienki do trzymania gazowych lamp, kolorowe szkło do okien schodowej klatki. Sztukateryę też obstalowałem u artystów... Oj! przyznam się pana radcego, że z tymi artystami to jest gorzkie życie! Ja ich znam, oni są rzeźbiarze, odlewniki z gipsu, oni też mogą zrobić, niech Bóg broni nagrobek... To dzikie ludzie! Ja przychodzę do jednego, zamawiam rozetów, fasetów, maskaronów na kominki. Daję nie dużo, bo kto może teraz dużo płacić? Wiesz pan co on powiada? On powiada: — panie Figelman, obstaluj pan sobie „majzoleje.“ Co to jest „majzoleje?“ Powiada: — to taki familijny nagrobek. Słyszałeś pan, jaki to gruby dowcip, artystyczny koncept!! Kto inny byłby się obraził, ja nie. Ja ich ukarzę pieniężnie, dostaną 5% mniej za robotę. Ja obstalowałem u nich rozety, fasety i maskaronów, cztery kantarydy do frontu, gzymsy do pilastrów i różne kroksztynki, jak pana radcego wiadomo, żeby było elegancko. Obstalowałem jeszcze przeszłego roku. Było z nimi dość kramu! Oni powiadają: — panie Figelman, pan potrzebujesz stylowe fasety, czysty barok: a ja mówię: „nie zawróć pan głowę, pan jesteś artysta, pan potrzebujesz wziąść zaliczkę i robić co ja chcę. Nie żaden barok tylko ptaszki! To bardzo ładny styl, ten ptaszkowy styl! Na fasecie co dziesięć cali jest gipsowe gniazdko i gipsowe dwa kanarki. Nasi lokatorowie to lubią, oni mają z natury taką poczciwą familijną tendencyę. Jeszcze artyści mi mówili o stylach, ale musieli zrobić, jak ja chciałem. To gadanie jest! Czyje pieniądze, tego styl.
Nie mogę powiedzieć, zrobili wszystko, oprócz maskaronów na kominki. Dlaczego to jeszcze nie gotowe, ja się pytam. Artysta mówi, że nie mógł dostać model. Co to jest model? Taki człowiek, co ma twarz w stylu, podług niego robi się maskaron. — A czy ja mam twarz w stylu? On obrócił mnie do okna i aż krzyknął: panie Figelman, pan masz w twarzy dwa style, trzy style: rokokie, barokie i kawałeczek zopfu. Pan jesteś urodzony na model... Siadaj pan, obaczysz jaką ja zrobię z pana małpę!... Był tak zachwycony moją twarzą, że nawet nie umiał się wyrazić delikatnie... No powiada, siadaj pan i siedź... Śmiej się pan cokolwiek — ja się śmiałem, a teraz mówi: zrób pan taką minę, jakbyś pan miał zmartwienie albo boleść... — Na co ja mam mieć boleść, jestem zdrów! — Nic nie szkodzi! Ja się skrzywiłem, on krzyczy: — zachowaj pan ten wyraz twarzy, to jest cudowne!... Słyszał pan?! Siadałem do tego interesu pięć razy i ten artysta zrobił coś fajn! To nie był maskaron, to ja byłem, moja własna twarz, moje oko, mój uśmiech, moje delikatne skrzywienie — cały ja!... Te maskarony miały być w moim szóstym domu, bo ja stawiałem wtenczas szósty, ale je zatrzymałem do siódmego, do tego, co, choć pan radca nie wierzy, ja stawiam dla siebie... Nad każdym kominkiem będzie maskaron z mojej twarzy, z twarzy gospodarza! Lokator będzie miał mnie przed oczami, on zrozumie, że mój przyjemny wyraz oczu znaczy, że ja delikatnie przypominam się o komorne, a boleść w moim skrzywieniu da mu poznać, że go z wielką przykrością będę musiał wyrzucić, jeżeli w terminie nie zapłaci.. Jaki to śliczny język sztuki, jaka wysoka myśl stylowa! Ja to zabieram do mego siódmego domu, tylko proszę pana radcego w tych lokalach musi być po cztery pokoje i pasaż... Oj znowuż lokatory! Fe, niech ich djabli wezmą... proszę pana radcego namyślić się i obliczyć. Ja w tym tygodniu przyjdę i pokażę fotografię z maskaronów... Śliczna twarz w trzech stylach: baroki, rokoki i zopf... I to mój portret!






SPECYALISTA.




Słusznie mówiła nieboszczka moja ciotka, Weronika, po której w swoim czasie odziedziczyłem spadek: „Jasiu, bierz się do jakiej specyalności, bo tylko człowiek specyalnie uzdolniony może mieć jakieś stanowisko na świecie.“ Złote słowa tej zacnej niewiasty obrałem sobie za godło i od najmłodszych lat życia jestem specyalistą... Tak... wiedzą o tem dobrze moi znajomi i — pochlebiam sobie — podziwiają jak daleko można zajść na obranej drodze, ma się rozumieć przy pracy i przy zdolnościach. Jeżeli się kiedy ożenię i jeżeli będę miał synów, każdemu powtórzę radę ciotki, każdemu z osobna i wszystkim razem. Zawołam wielkim głosem: Janie, Piotrze, Michale, Symforyanie, Achacyuszu, Rochu i Bonawenturo! bądźcie specyalistami, jak wasz ojciec — a zajdziecie daleko i wysoko. Ja czuję to, że jestem społeczeństwu memu użyteczny i potrzebny, czuję, że gdyby mnie nie było, to słowo honoru daję, sam nie wiem, coby to było...
Pytacie, jaka jest moja specyalność? To się nie da opowiedzieć w dwóch słowach, jest to albowiem specyalność specyalna, obszerna, wielka, nie skłamię, jeżeli powiem, że bezbrzeżna jak ocean. Bo proszę sobie wyobrazić naprzykład taką sytuacyę: ktoś, ma się rozumieć ze sfery moich znajomych, namiętny palacz cygar i człowiek zamożny, bo i to należy do mojej specyalności, że się z biedakami nie wdaję, jest w kłopocie... Zapas prawie wyczerpał, nowego jeszcze nie posiada, próbował nabyć tu i owdzie, nie może znaleźć takich, jakich żąda. Jest zmartwiony, cierpi, nareszcie, szczęśliwy traf zrządza, że spotkał mnie na ulicy.
— Józiu! — woła — ratuj, ty jesteś specyalista, a ja nie mam cygar, zmiłuj się, radź!
Sądzicie, że go opuszczę w nieszczęściu? O! to się po mnie nie pokaże! Z całą uprzejmością i poświęceniem zajmuję się nim, niby miłosierny Samarytanin, prowadzę do znajomego agenta, każę pokazywać różne gatunki, próbuję sam, i nie upłynie godzina, a mój przyjaciel znajdzie się już w posiadaniu tysiąca przepysznych „Manilli.“ Entre nous soit dit... przyjaciel wyprawia mi pyszne śniadanko, a od agenta kapnie coś w gotowiźnie. Mam z nim specyalne rachunki. Na cygarach wszakże nie koniec... o nie! Specyalność moja obejmuje także wina, powozy, konie, ładne mieszkania, obejmuje ona również pewne, że tak powiem, stosuneczki prywatne. Złośliwi robią z tego plotki, nie mające żadnego sensu, bo oczywiście albo się jest specyalistą, albo się nim nie jest. Ja jestem i to w najobszerniejszem znaczeniu tego wyrazu. Przyjeżdża ktoś znajomy ze wsi, chce wesoło przepędzić czas, zabawić się, ostatecznie, stracić trochę pieniędzy na rozrywki — któż mu w tem pomoże, jeżeli nie ja, człowiek fachowy specyalista? Nikt go nie oprowadzi sumienniej po wszystkich miejscach godnych widzenia. Ja, bo znam różne wejścia niekoniecznie frontowe, mogę wprowadzić przyjaciela do handelku przez sień, do ogródka przez kulisy, do cyrku przez stajnie, a że nie masz dla mnie tajemnic gabinetowych — to wiadoma rzecz. W całem mieście jestem jak u siebie w domu, a kto się mnie powierzy, może być spokojnym, gdyż dobrze ulokował swe zaufanie — oddał się specyaliście. Jeżeli mam prawdę powiedzieć, źle mi z tem nie jest. Życie upływa wesoło i bez wszelkich wydatków z mojej strony, bo juścić specyalność przynosi pewne dochody; nawet, jeżeli kto jest tak jak ja przewidujący i ostrożny, to i na czarną godzinę potrafi coś złożyć. Śniadania takiego, jak ja zorganizuję, nie zorganizuje nikt; takąż samą biegłość posiadam w urządzaniu obiadów, kolacyj, majówek, czy to w większem towarzystwie, czy w mile dobranem kółeczku „intime.“ Znają mnie też nietylko w Warszawie, ale i w okolicach podmiejskich i abym się tylko pokazał, służba kłania mi się nizko, gospodarz wybiega na moje spotkanie gdyż wie, że jako specyalista nigdy sam nie chodzę, lecz zawsze kogoś prowadzę za sobą.
I w rzeczy samej, albo się społeczeństwu swemu służy, albo się nie służy — ja mu służę, a pochlebiam sobie, że służę dobrze, uczciwie, z poświęceniem. Naprzykład podoba się komuś kusić fortunę — zwyczajna rzecz, młody człowiek ma coś do zaryzykowania, ale jest przyjezdny, nie zna nikogo w mieście. Do kogóż się uda po radę, kto go wyprowadzi z kłopotu? — Oczywiście ja — specyalista. W tej chwili znajdę czterech, pięciu, dziewięciu ludzi młodych, również pragnących próbować szczęścia i powiększyć swe kapitały. Ja ich wnet jednych z drugimi zapoznam, otworzę im moje własne mieszkanie, dam własny stolik, świece, karty, nawet dobrą kolacyę i wina, ile zechcą. Ktoby inny zrobił taką dogodność?! I nie myślcie państwo, że robię to tylko dla przyjaciół i blizkich znajomych? Bynajmniej — dla każdego, choćbym go widział po raz pierwszy w życiu. Ludzie, jak wiadomo, wdzięczni nie są — i częstokroć odpłacają złem za dobre. Tacy młodzieńcy przy grze pokłócą się czasem, niekiedy nawet idzie „de grubis“ i cała złość zwraca się na mnie. Mówią, że utrzymuję szulernię, zwabiam niedoświadczonych, grożą, bywa i taki, co rękę podnosi... Myślałby kto, że się obrażam, że wyzywam niegrzecznych na pojedynek... Przepraszam, albo się jest specyalistą, albo się nim nie jest. Otóż ja, szczerze mówiąc specyalistą od pojedynków nie jestem i nie wdaję się wogóle w takie głupstwa. Przeciwnie, zawsze chętny do zgody, mogę nazajutrz dać buzi moim adwersarzom, o ile, naturalnie, wynagrodzą mi wyrządzoną przykrość. To trudno, każdy medal ma dwie strony, a każda specyalność swoje przyjemności i nieprzyjemności, więc się godzę — i nie koniec na tem... Gdy się który z moich gości zgra do nitki, kto mu przyjdzie z pomocą, jeżeli nie ja? Kto ułatwi mu sprzedaż pierścionków, zegarka, zbywającej garderoby? Ja i tylko ja.
Kto zna wszystkie lombardy, wszystkich lichwiarzy pożyczających młodzieńcom niezupełnie jeszcze pełnoletnim, nie pytających się o ścisłą autentyczność podpisów, nabywających spodziewane sukcesye, jak niedojrzale zboże na pniu? Ja, tylko ja... Uczynność moja jest bez granic, a przyjaźń sięga aż do ostatniego rubla, ma się rozumieć, nie mojego, lecz owego młodzieńca. Gdy i tego zbraknie, nie pogardzam moim byłym przyjacielem, nie robię mu żadnych wymówek, ale poprostu nie znam go.
Powiedzcie państwo sami, czy można znać człowieka nie mającego rubla? Mnie, specyaliście, nie wypada nawet mieć takich znajomości; poprostu honor firmy na to nie pozwala, a pochlebiam sobie, że moja firma znana jest w szerokich kołach, jako bardzo solidna i zasłużona... Iluż to ja młodzieńców w świat wprowadziłem, ilu wykształciłem w sztuce życia!
Łajdaki są niektórzy z nich, nie dlatego, że mają indywidualne pojęcia o moralności, bo co mnie to w gruncie rzeczy obchodzi, ani ich matką, ani guwernantką nie jestem — ale łajdaki są dla tego, że wytwarzają mi konkurencyę, że biorą się do tego samego fachu, na którym ja zęby zjadłem. To boli, to piecze jak ogniem, taka czarna niewdzięczność życie zatruwa.
Podły świat! ale... przepraszam... przepraszam... już ósma, a o trzy kwadranse na dziewiątą zaczyna się u mnie tak zwana „partya pikiety...“ Trzeba iść i poświęcać się dla dobra drugich, bo albo się jest specyalistą, albo nie. Ja jestem — a jako taki, muszę być punktualny, jak zegarek.

(Wychodzi).





Praktyczne lekcye anatomii.
(Opowiadanie pana Grünfischa.)




Nie potrzebuję państwu opowiadać, że nie jestem bynajmniej uczonym doktorem.
Uniwersytet znam tylko z widzenia, a do tego miejsca, do tej sali, w której prują nieboszczyków i patrzą, co w nich we środku jest, nie wszedłbym za żadne w świecie skarby.
Jestem maleńki finansista, i to bardziej komisowy, pośredniczący w interesach, aniżeli prawdziwy. Trochę pieniędzy mam, ma się rozumieć — bo dlaczego nie mam mieć?... Raz na parę lat potrafię wyjechać na kuracyę za granicę; a kiedy wydawałem za mąż moją najstarszą córeczkę, pannę Reginę, to położyłem na stół całe dwa tysiące rubli — a przecież to jest ładny kawałek pieniędzy!...
Czy ja mogłem kiedy przypuścić, że będę znał wyższe doktorskie nauki... taką naprzykład anatomię?!
Ja pracowałem spokojnie przez całe życie... Naprzód cokolwiek uczyłem się w che... to jest w takiej niższej szkółce handlowej; potem przechodziłem kurs w różnych innych zakładach, co już nawet nie pamiętam; potem byłem dla praktyki w kantorze, zanim samodzielnie zacząłem pracować w kleju...
To nie jest zły interes, tylko, że inne łajdaki zrobili już dużą konkurencyę.
Ja byłem chłopak młody, elegancki, ja lubiłem chodzić w cylinder, mieć na oku kawałek szkiełka, w ręku ładną laseczkę... ja nawet trochę hulałem. Co państwo chcecie, człowiek młody... miałem przyjaciół...
Nieraz, jak przyszliśmy we trzech, to nas było pełne całe Eldorado! Ach, to jest, jak Włoch lubi powiadać: „tępe passate,“ ale naprawdę to było „ostre passate,“ — nieraz pukał szampan — a piwo to płynęło jak rzeka...
Pamiętam, była panna Esmeralda, Hiszpanka... znałem ją od małego dziecka, bo jej ojciec miał na Czarnej ulicy sklepik... to jest... co ja powiadam? Widocznie pamięć mi nie służy... ona była hiszpańska Hiszpanka z samego Wiednia, szansonistka pierwszej próby... Nieraz jadałem z nią kolacyę.
Przy tem ja się nauczyłem z anatomii: że w kotlecie cielęcym jest kostka, a w kurczętach nadzienie.
Ja pozwalałem sobie jeść w restauracyi — to trudno — od wczesnej młodości miałem cokolwiek libertyńskie liberalności w głowie i do dziś dnia zawsze chodzę nietylko z laską, ale i z postępem. Ja też mam cokolwiek wykształcenia; a chociaż długi czas pracowałem tylko w kleju, jednak trafiało mi się czytywać książki, a co do gazet — to nie przepuściłem ani jednego ogłoszenia o licytacyi... Wszystkiem czytał...
Ta szansonistka Esmeralda kosztowała mnie trochę pieniędzy — ale na co ja to państwu opowiadam? Było, stało się, przepadło, czas przeszedł...
Ja miałem wujaszka... Pewnie go państwo znali — taki był pan w angielskim surducie, z piękną brodą, aksamitną czapkę zawsze nosił — więc jak on dowiedział się, że ja cokolwiek pieniądze puszczam, to on mnie zawołał i powiedział:
— Ty łaj... to jest on powiedział: ty ładny chłopaczku... czas już, żebyś nie był oszoł... to jest, oszołomiony tą jakąś pask... to jest panienką, i żebyś się ustatkował. Ja tobie nie dam więcej chodzić do Eldorado, ani do „Chateau des fleurs,“ ty potrzebujesz cokolwiek się ożenić i być człowiekiem; bo jeżeli nie, to zejdziesz na ostatniego łapserdaka.
On ostrą mowę miał ten wujaszek, ale był człowiek porządny; on mi wyszukał ładną panienkę, z bardzo godnej familii, z kawałkiem posagu; on mi dał posadę w innym kantorze i on mnie później wprowadził w klej....
Taki stolarski klej, bardzo dobry towar... Ja się ożeniłem, Esmeralda pojechała śpiewać do Katowic.
No?! co ja wtenczas mogłem znać anatomii? Chyba tyle, że... w rublu jest sto kopiejek, albo, że w rachunku może się znajdować feler. Czy ja miałem czas myśleć nad tem, jakie w człowieku znajdują się części. Co mi do tego! — Wolałem wiedzieć, jaki człowiek ma kredyt i ile kleju można mu dać na rachunek. To była cała moja anatomia...
Zrobiłem się człowiek poważny, solidny, zacząłem brać różne interesa komisowe, przybyło mi kilkoro dzieci, zacząłem wyglądać dobrze, coraz lepiej. Nie potrzebuję się chwalić, ale w jednokonnej doróżce mnie było bardzo ciasno, a w parokonnej nie czułem za nadto obszerności....
Byłem bardzo śliczny mężczyzna — moja żona nie mogła się nacieszyć, że ma tak grubego i wspaniałego męża... Jej też nie brakowało kształtów... W Krasińskim ogrodzie, jakeśmy szli, ludzie oglądali się za nami.
Krótkie gadanie! Inne kobiety, nawet znaczne, firmowe damy, aż zieleniały z zazdrości, widząc, że moja żona ma takiego pięknego męża!... Nie potrzebuję się chwalić... ale każdy człowiek ma jedną brodę — ja miałem trzy!
Tylko w tym czasie zacząłem miewać krótki oddech i kłucie w boku. Ma się rozumieć, poszedłem do doktora.
— Co jest? Niech pan doktor powie, co jest?...
Oj! on mnie gniótł, on mnie pukał, on słuchał uchem, co we mnie skrzypi... i jak wysłuchał, wypukał, to się pyta:
— Panie Grinfisch, czy pan masz pojęcie o anatomii?
— Panie doktorze, ja pracuję w kleju...
— Może dlatego pan jesteś bardzo rozklejony...
Ja krzyknąłem...
On mówi (bardzo porządny doktor):
— Nie potrzebujesz pan krzyczeć, panie Grinfisch, tylko odbyć kuracyę. Ja panu wytłómaczę anatomię.
On mi tłómaczył całą kanalizacyę, jaka w człowieku siedzi; on mnie nauczył, że wątroba to jest filtr, że ja mam tego filtra o jakie trzy funty za dużo, i że ten filtr jest zapichnięty i nie może dobrze filtrować, że przez to krew nieporządnie chodzi w swoich wodociągach, że całe wentylacye w moich płucach jest przez to felerowate, że ja jestem jedna fabryka tłuszczu, i że nie ma się co dziwić, że ja, wszedłszy na trzecie piętro, bardzo ciężko dycham... Przecież jestem ociężała fabryka...
Ja mówię do niego:
— Pan doktor mnie straszy!
— Nie bój się pan; ja pana informuję, żebyś pan wiedział, że trzeba się kurować.
Oh! ja odszedłem od niego z pełną głową anatomii — i od tej pory rozpoczęły się moje lekcye!
Chwalić Boga, ten doktor, ach, doskonały doktor! dał mi różne medycyny i kazał mi pojechać do Karlsbadu... Ja pojechałem — mnie pomogło.
Moja figura zeszczuplała, moje trzy brody zmniejszyły się o 50%, moja garderoba musiała być zwężona o... 10%, a moja gotówka zwęziła się po tym kochanym Karlsbadzie do 8½%... Proszę państwa, jaki klej może to wytrzymać?... ale przynajmniej nauczyłem się trochę anatomii.
Śliczna nauka! przynajmniej człowiek ma ten zysk, że jak go pika tu (pokazuje na serce), to wie, że jest do czynienia z sercem; jak tu (prawy bok), to kochana wątróbka; jak tu ciężko to wentylacya płucowa.
To już się idzie prosto do takich doktorów, którzy od tych chorób są. Ja już nie pytam doktora, co mi jest, — tylko mówię jemu: „Proszę mnie leczyć na lewe strone płuca od frontu, albo od pleców...“ Bo trzeba wiedzieć, że płuco to jest taki interes, co ma dwa fronty...
Doktór pyta:
— Panie Grinfisch, zkąd pan tak znasz anatomię?
— Znam... i jaką anatomię ja znam: pajtologiczną! To nawet nie każdy doktór potrafi. Oni znają więcej tę ordynaryjną anatomię!
Proszę państwa, ja nie mogę się pochwalić, żebym był zanadto zdrów, nie powiem też, żebym ciągle chorował; tak sobie mam — średnie zdrowie; raz na dwa lata jeżdżę na kuracyę za granicę, ale anatomii to ja się ciągle uczę. Mnie zaboli oko — ja idę do okulisty, on mnie da lekarstwo i musi mnie nauczyć, co jest w człowieka oku; mnie zaboli gardło, to się dowiaduję, co to jest za interes gardlany... i ciągle tak.
Ja mam wielką zdatność do takiej nauki i czuję się bezpieczniejszy przez to, że wiem, co mi dolega.
Ja mam takich przyjaciół, którzy śmieją się ze mnie, że ja sam sobie tworzę różne choroby; ale oni głupi są — ja wiem, co ja robię...
Ja lubię kontrolę — a jeżeli nie dam bez kontroli paczki kleju, to jak mogę dać doktorowi bez kontroli całą moją osobę? Pan Grinfisch nie jest głupi... bardzo dobrze wie, co robi.
Ja wciąż biorę moje lekcye anatomii... ja z czasem będę umiał więcej, niż sam najlepszy profesor.
A wiecie państwo, gdzie ja teraz jestem w mojej anatomii?...
Daleko jestem... bardzo daleko...
Czuję, to jest czułem pewne szczypienie w nodze.
Przyznam się, że nie wiedziałem, jaka to może być anatomia koło kolana. Powiedział mi jeden doktór, że to jest interes nerwowy... Ładny geszeft!

(Po chwili).

Aj! (chwyta się za ramię). Niech go licho weźmie! Ten interes nerwowy potrzebuje mieć filię w ramieniu? Nie wiedziałem... Ja taki znawca na całą pajtologię....

(Po pauzie).

A któż mi zaręczy, czy tam nie jest całkiem niezależny geszeft, czy to nie jaka nowa awantura kościana, muskułowa albo skórzana? Czy ja wiem?
Nie, przepraszam państwa, ale ja idę do doktora; ja się wolę spytać, naradzić się z nim... Choć ja jestem duży znawca, ale co dwie głowy, to nie jedna. Przytem... ja się trochę boję... Na ten ból w ramieniu nie zdarzyło mi się jeszcze chorować...






Wieczornym pociągiem.




Któraż to godzina? Kwadrans po czwartej! Wielki Boże! Obiad dopiero co się skończył, a miał być na drugą punktualnie.
Co za ironia! Punktualność i nasza Wojciechowa, zegar i gapiowstwo, pośpiech i rozlazłość w najwyższym stopniu!
Zapowiedziałam jej, że o dwunastej siadamy do stołu, w przekonaniu, że wyguzdrze się na drugą. Jej się zdawało, że ja wspominałam pierwszą i dała wszystko prawie surowe o trzeciej, dogadując jeszcze, że co nagle, to po dyable.
Niechże kto wytrzyma z taką babą! Mąż mój nie miał tej siły, uciekł.
Usłyszał też przed wyjściem, o! usłyszał, ale... on do tego przyzwyczajony; rządzi się filozofią obojętności. Tak to przynajmniej nazywa po swojemu...
Dobrze jednak, że sobie poszedł, bardzo dobrze. Możemy się pożegnać i na dworcu, a obecność mężczyzny, gdy cztery kobiety wybierają się w podróż, jest nieznośna.
Szczególniej obecność mego męża; ten pan bowiem liczy kuferki, pakunki, walizki, pudelka, zawiniątka, tłómoczki, kosze, koszyki i zapytuje: ile ma zamówić dorożek pod rzeczy, które bierzemy, a ile pod te, których zapomnimy?
O panie! my mamy lepszą pamięć niż sobie wyobrażasz, a twoja złośliwość nie robi na mnie żadnego wrażenia. Na tym punkcie może najlepiej uwydatnia się wyższość kobiety nad mężczyzną!
Dziś wyjeżdżamy nareszcie z tej dusznej Warszawy, z murów rozpalonych od słońca, wyjeżdżamy dla wypoczynku, dla zdrowia, a najbardziej dla spokoju.
Ach, spokoju! Niczego tak gorąco nie pragnę. Warszawa męczy, szczególniej w tak zwanym letnim karnawale, który jest uciążliwszy od zimowego, gdyż odbywa się specyalnie na świeżem powietrzu i wymaga efektownych toalet spacerowych.
Koncerta, wycieczki, wyścigi... Mąż mówi nieraz: co cię obchodzą wyścigi, czy się znasz na koniach?
Bardzo przepraszam, kto ma trzy córki dorosłe, ten się zna na wszystkiem i wszystko go obchodzi. Gdyby były w modzie wyścigi żab lub koncert zakatarzonych kotów, musiałbyś kupić lożę i przypomnieć światu, że masz żonę i córeczki: Kazię, Micię i Florcię.
Dziękuję Bogu jednak, że się to już skończyło, że odetchnę na wsi.
Co za rozkosz! Wieś, cisza, nie ma prawie nikogo. Willa, hamak i negliż!
Jak na pustyni, w cieniu palm... według wyrażenia Kazi, która ma talent do poezyi, prześlicznie maluje, a teraz uczy się wypalania na skórze...
Tak... ze strojami rozbrat stanowczy, biorę tylko po dwa negliże dla panienek... prześliczne, leciutkie, powiewne jak zefiry, no i dwa dla mnie, ubierane jedwabiem, strojniejsze.
Nie można się przecież zaniedbywać.
Mąż mówi, że za dużo tych fatałaszków. Jacy oni niewyrozumiali! Zdaje im się, że kobieta powinna chodzić w worku i przepasywać się sznurem konopnym.
Za dużo fatałaszków! a tu raptem: po dwa negliże, po dwie sukienki spacerowe, po dwie wizytowe i po jednej strojniejszej. Myślałby kto, że cały wagon sukien, a tylko po siedm, a że nas jest cztery, więc całej parady... ileż to? Cztery razy siedm... to mamy zaledwie dwadzieścia ośm.
Tak, trochę więcej niż dwa tuziny, no, do tego okrycia, parasolki, rękawiczki, kapelusze, naturalnie bielizna, pościel... przecież niepodobna tego wszystkiego zmieścić w portmonetce albo w kieszonce od zegarka i rzeczywiście jest kilka pakuneczków, a on mówi, że to „sterta tłomoków“!!
I zapytuje na co? Dlaczego tyle rupieci z sobą zabieram! Dlaczego biorę tyle naczyń kuchennych, bielizny stołowej, szkła, porcelany?
Dlaczego?
Co za naiwne pytanie! Dlatego, że trzeba jeść, spać i utrzymywać stosunki towarzyskie.
Wytacza się nowy argument, ciężki jak armata, a złośliwy jak osa (naśladuje głos męża): — Ależ zastanów się, kochanie, jesteś zmęczona, znużona, jedziesz na wieś dla wypoczynku, dla zdrowia, dla spokoju... przedewszystkiem dla spokoju. Jak sama powiadasz, chcesz oddychać swobodnie i napawać się ciszą pustyni...
Ależ tak, sto razy tak, mój panie, ja chcę oddychać, chcę się napawać ciszą, tylko niech ci się nie zdaje, że na pustyni nie ma ludzi!
Kilkanaście rodzin, z któremi bliżej żyjemy, już wyjechało. Niech ci się nie zdaje, że będziemy siedziały jak w więzieniu. O przepraszam, bardzo przepraszam!
Coby to był za wypoczynek bez krokieta, lawntennisu, wycieczek na łodziach, bez podwieczorków w lesie, bez tańców, bez teatru amatorskiego!
Micia już ma ładną rolę i prześliczny kostyum.
Boże! gdzie ta dziewczyna przepada? Już piąta, za pół godziny czas jechać na kolej... Poszła do magazynu, żeby jej odmienili kwiat przy kapeluszu i dotychczas nie wraca... Florcia z Kazią pobiegły po rękawiczki i różne drobiazgi. Maryannę posłałam do szwaczki...
A mąż marudzi.
Śmieje się, że miałyśmy wyjechać jeszcze wczoraj, także wieczornym pociągiem, o szóstej, i że nie mogłyśmy się wybrać.
Ten człowiek wyobraża sobie, że wybrać się z domu to tak łatwo, jak jemu naprzykład, zrobić plan jakiej głupiej gorzelni, albo młyna! To zupełnie co innego usiąść wygodnie przy biurku i rysować, a co innego pozbierać tyle drobiazgów, ułożyć porządnie, żeby się nie pomięły, o wszystkiem myśleć.
Ach! myśleć, myśleć. Gdy się ma trzy córki w domu, to myśleć o czem jest.
Trzy, na przyszły rok może będzie tylko dwie albo jedna, bo pan Kalikst widocznie wyróżnia Kazię, a pan Antoni Micię.
Oni też będą na letniem mieszkaniu; zapowiedzieli wizytę...
Wobec tego, zapytuję, jak wygląda zarzut męża, że bierzemy za wiele tłomoków?! Coś podobnego powiedzieć może tylko wogóle mężczyzna, specyalnie człowiek złośliwy, a najspecyalniej i przedewszystkiem kochany mój małżonek!
Ach Boże! Kazi jeszcze nie ma, Micia z Florcią nie wracają, a Maryanna musiała kogoś spotkać. Ta dziewczyna ile razy jest posłana po jaki pilny sprawunek, tyle razy musi, ale to musi koniecznie, trafić na pożar i zobaczyć wszystkie pięć oddziałów straży ogniowej. O, już to ja mam wogóle szczęście do sług!
Panienki nie wracają, Maryanna na pewno przy ogniu, a niegodziwy zegar nie idzie, ale leci jak waryat!
On się chyba spieszy, ale nie (idzie do okna), u zegarmistrza vis-â-vis zegar wskazuje to samo co do minuty.
Istna zmowa na moje nieszczęście...
Ach! byłabym zapomniała na śmierć. Me zapakowałam zarzutki koronkowej; zdaje się, że została w szafie... ale... co ja mówię!? Wzięłam ją. Tak, tak, jest w największym kufrze.
W głowie się mąci, doprawdy!
Dzwoni ktoś.
To napewno Kazia. Ta dziewczyna jest dziwnie punktualna. Eh, złudzenie! Szlifierz dzwoni na podwórzu, a mnie się zdawało, że to ona w przedpokoju.
Zostaje dziesięć minut czasu. Nie sposób ułożyć reszty rzeczy, znieść do dorożek, ubrać się, włożyć rękawiczki, zapowiedzieć Wojciechowej, żeby się ani jednego razu przez lato nie upiła, żeby codzień sprzątała, podlewała kwiaty, dawała jeść kanarkom...
Nie, to nad siły ludzkie!
Założyłabym się, że mój małżonek czeka na dworcu, aby kupić bilety, wyprawić bagaż i pożegnać się z nami.
On jest dobry, ja wiem, ale pewnie pociąg już odszedł.
Teraz Florcia dzwoni, poznaję.... Tak, to ona. Rychło w czas! nie ma co, przepadło... ten pociąg dla nas stracony.
Kto koleje żelazne urządzał, nie miał dobrze w głowie. Rozkład zrobili, jak na przekorę, taki, żeby się publiczność koniecznie spóźniała. Co pomoże, że „Kuryer“ wciąż pisze o nosie i tabakierce. Dużo to ich obchodzi? Aby bilety sprzedawać i pieniądze zgarniać, to główne zadanie tych panów!
O! teraz Kazia przyszła... otwiera zatrzask kluczem, wchodzą wszystkie trzy.
Spóźniłyście się panienki, pociąg już odszedł. Pojedziemy rano o dziesiątej... Nie zdążycie, więc o drugiej? Micia mówi, że za gorąco — ma słuszność. Ano, dobrze.
Jutro już napewno wieczornym... jeżeli kochana Wojciechowa znów obiadu nie spóźni.






ZDATNY CHŁOP.




...Już, wielmożny panie, mnie nie pierwszyzna; od maleńkości po dworach służę, do każdej roboty zdatność mam, że aż mi w garści piszczy, jak się czego chwycę.

(Kłania się).

...Wielmożny pan pyta, jak dawno we służbie jestem? Ile lat?
Ktoby ta rachował!... Ano juści... zara jak tatulo odumarł, to mnie wzięli do Boliboków, do gęsi; pasłem bez dwa lata za wikt i przyodziewek, a zimową porą popychali mnie do różnej posługi, po letkości...
Na trzeci rok pasłem świnie w Zawrotkach, we dworze, ale mi się okrutnie mierziło bez cały dzień we świńskiej kompanii ostawać i jako, że to stworzenia zdradliwe i szkodne, a rządca o byle co po karku tłukł, tak się we mnie złość zburzyła, rżnąłem czapkę o ziemię i powiedziałem: nie chcę i tylo...
Mieli mnie znów do owiec obrócić i byłbym może przystał, jako, że taki inwentarz jest poczciwy, ale się owczarza bałem, bo czarownik był wielki, zioła zbierał, baby po wsi lekował, a jak chciał komu zadanie złe zadać, to zadał i zaraz takiego pokuliło het, że jeno za żywot się trzymał i tak chodził.
Nie chciałem być koło takiego człowieka i zgodziłem się do Wólki, do bydła, ale zaraz na drugi rok stangret z Chabęcina mnie namówił, żebym się zgodził do stadniny, niby do źrebaków — i byłem sprawiedliwie przez trzy roki, jeno, że wikt był marny, a szafarka skąpa, to znów rżnąłem czapkę o ziemię i rzekłem, że nie chcę i na tem skutek.
Poszedłem na jarmark do Ogonowa, kupić buty, i zara mnie żydy obstąpiły i poczęły namawiać, żebym się zgodził do Zabłocia za fornala...
Dogadywały, że pensya leguralna, wikt dobry, a dziedzic bardzo wspaniały pan, że będę siedział sobie w wygodzie, że się, na to mówiący, ożenię, dostanę ordynaryą...
Skusiły mnie, poszedłem...
Tymczasem dziedzic był starozakonnego narodu, taki sam, jako i te faktory, zamiast pensyi jeno kwitki na gorzałkę dawał i na śledzie do dziedziczki, jako że sama z córką w karczmie siedziała.
Zamiast jakiej roboty, żeby choć, na to mówiący, orać albo bronować, albo co inszego robić, to jeno woziłem dziedzica i jego familiantów po jarmarkach, po żydowskich weselach, gdzie jeno kazał...
Wielmożny pan powiada, że pewnie znów rznąłem czapkę o ziemię... A juści że nie co, jenom rznął dziedzicowi pod same nogi. Sądem odgrażał, ale ja jeszcze lepiej. Rozwarłem gębę, bo rozwarłem, a mnie co!... Miałem się bać takiego?...
Juści że mnie przypozwał i świadków postawił czterech; jak poczęli szwargotać, żem go zdyfamował, żem się odgrażał, do bicia się rwał... jak poczęli łgać te świadki, kazał mi sąd przy gminie trzy dni w kozie odsiedzieć.
Radzili mi apelacyą robić, ale nie chciałem; co będzie to będzie; odsiedzę, a jak swoje wysiedzę, to go jeszcze lepiej zdyfamuję.
Ma się rozumieć, żem odsiedział, a bardziej tom odkopał.
Niby że to była sama wiosna, przed Wielkanocą, pisarka kazała mi w ogrodzie grzędy kopać. Kopałem dokumentnie, nie przykrzyło mi się, jeść pisarka dawała dobrze i dość, a na noc słałem sobie w kozie dwa snopki słomy, stróż mnie zamykał na kłódkę, jako niby żebym nie uciekł, i spałem lepiej, niż mój starozakonny dziedzic na swoich betach.

(Pauza).

Proszę wielmożnego pana, to bajki; dużo służbów różnych miałem, ale za to, do każdej roboty, do czego mnie jeno obrócić, zdatny jestem i odpowiedzialny.
Wołami to wołami, końmi to końmi, do sierpa, do kosy, do cepów, do grabi, do lady, do sieczkarni, do czego jeno kto chce... a siekierą też potrafię.
Jak się w Dziurawej Woli stodoła zawaliła, to przy cieślach robiłem i takem ją wyrychtował, że po dzisiejszy dzień stoi jak nowa i choć nieraz duży wiater bywa, ani nie zatrzeszczy.
Już nie mam się co chwalić, wielmożny panie, ale zdatność we mnie jest okrutna do każdego obrotu i bylem sobie dobrze podjadł, a pensya mnie doszła, to się lada czego nie zlęknę i za dwóch zrobię...

(Pauza).

Świadectwa wielmożny panie miałem, sprawiedliwie miałem, ale teraz, po prawdzie mówiący, nie mam.
Gdziem podział? Czy zgubiłem?
Nie, wielmożny panie, łgać nie będę, anim zgubił, anim podział; jeno spożytkowałem, bo choć człowiek nie jest piśmienny, ale zawdy papier mu czasem bywa potrzebny...
Na co? A dyć czasem się człowiekowi kuczy, to radby papierusa wypalić, jako że fajki teraz niemodne... to się bierze garsteczkę tiutiuniu i kawałek papieru, ukręci się taką, nie przymierzając, kiszeczkę i jest rozweselenie w markotności, a gdzie ta papieru białego szukać, wycinało się i zapisany.

(Pauza).

Eh, nie wielmożny panie, tego nie zrobię, ani we stodole, ani w oborze, ani w inszym budynku, ani nawet w chlewie; co inszego w polu, albo, na to mówiący, w chałupie przy kominie, jako że na taką przygodę jestem próbant, bo już widziałem, jak fornal całe obejście z dymem puścił...
Wielmożny pan pyta, gdzie była ostatnia moja służba? W Saganówce, u pana Wierzgajskiego.
Bez dwa roki u niego byłem, dobre panisko, jeno, że go okrutnie żydy obsiadły i bez to pieniędzy ma obrzednio. Ledwie dycha nieboraczek i pewnie z posiedzialności swojej pójdzie, bo się precz na niego odgrażają, że niby obdłużony jest i że komorniki mają Saganówkę sprzedać. Niech go tam Pan Jezus miłosierny ratuje, bo chudziaczek na ostatnich nogach stoi, a te się na niego zawzięły i precz go piłują.
Niby do czego służyłem i dlaczego odchodzę, skoro pan rzetelny i dobry?
No juści, zgrzeszyłbym ciężko, gdybym na niego narzekał, dobry pan, że takiego drugiego w świecie poszukać.
Bez jeden kwartał byłem u niego za fornala, a bez siedm kwartałów za dziewkę i byłbym do dzisiejszego dnia, jeno że z dzieciakiem nie mogę sobie dać rady...
A co wielmożny pan tak patrzy? Toć nie łżę, jeno sprawiedliwą prawdę powiadam.
W Saganówce takie założenie było, że się dziewki nie wiodły.
Będzie inne miejsce, że się nie wiodą owce, insze znów złe na konie — w Saganówce było takie złe na dziewki. Co jaką przyjmą, to albo sama ucieknie, albo trzeba wypędzić.
Jedna ci próżniak, druga wałkoń, insza latawica, że jeno zęby grzeje na słońcu; co się która trafi, to takie gałgaństwo, że jeno w harmatę nabić i wystrzelić.
Ostatnia była przy krowach Jagna, ale ukradła gospodyni spódnicę i uciekła, a pan Wierzgajski mnie woła i powiada: — „Janie, już mi te dziewczyska kością w gardle stoją, patrzeć na nie nie mogę. Rób co chcesz, musisz mnie ratować — bądź ty za dziewkę!“
A ja się, wielmożny panie, po głowie skrobię, jako że od maleńkości dziewką nie byłem i kobieckiego wypraktykowania nie mam... Ale pan Wierzgajski szafę otworzył, kielich gorzałki mi nalał i mówi znów: „Janie, nic się nie bój, będzie z ciebie dziewka lepsza, niźli te latawice, zębów nie szczerząca, przy studni nie wystająca, na tańce w karczmie nie ochotna, a co się tycze kobieckiego obrotu, też się nie bój, tyś zdatny, wszystkiego się domyślisz, a jakbyś czego nie potrafił, to cię Onufrowa, niby gospodyni, douczy, jako wypraktykowana we wszystkich babskich sposobach.“
Ja gorzałkę wypiłem, skłoniłem się panu grzecznie i powiadam: — „Skoro tak pan każe, trudno — niech się co chce dzieje, będę za dziewkę.“

(Pauza).

O, wielmożny pan się dziwuje, jak sobie rady mogłem dawać. Bajki! krowy obrządzałem, doiłem, gotowałem kartofle dla gadziny, siekałem zielsko, Onufrowej pomagałem w kuchni, wszystko, co jeno potrzeba, robiłem.
Juści mi się trochę przykrzyło, to prawda, ale dla dobrego pana to się człowiek przemoże i wszystko ze szczerości serca uczyni... i byłbym jeszcze parę lat posiedział w Saganówce, ale nie mogłem sobie rady dać z dzieciakiem...
Maleństwo, samego w chałupie zostawić nie można, oddać na wychowanie duży koszt, familii po blizkości nie miałem, a Onufrowa też przy swojem zatrudnieniu nie mogła mi pomocy dać.
Bez to ja wielmożny panie służbę zmieniam, a skoro pan chce mnie za fornala, to zaraz zadatek biorę, a od świętego Jana do obowiązku przyjdę.
Jeno inaczej nie, tylko na ordynaryę, bo się muszę ożenić...
A no juści, wdowiec jestem, żona mi zmarła, dzieciątko ostawiła...
Niech się wielmożny pan nie boi, czapki o ziemię nie rznę, zadatku nie odniosę, a co do zdatności, to się wielmożny pan przekona.
Potrafiłem za dziewkę być i pan Wierzgajski był kontent i mówił, że w życiu swojem lepszej dziewki nie miał — to i za fornala jeszcze potrafię, jako że wszyscy wiedzą, że jestem zdatny chłop na wszystkie cztery boki.






Feniks.




Uf! gorąco dziś jest... Ktoby się spodziewał, w Warszawie 30° w słońcu... w takiej Warszawie!
Nie dziwiłbym się, żeby w Wiedniu, bo tam inne zupełnie miasto, tam cywilizacya, tam świat!
U nas panują jeszcze grube zabobony, ciemnota. Ja sam posiadam w familii takich stryjaszków, co chodzą w długich kapotach i takie ciocie, co noszą peruki. Ja nie jestem zabobonny człowiek, noszę surdut krótki, ubieram się elegancko — moja żona mnie namawia, żebym sobie sprawił perukę, ale to głupstwo jest. Ja byłem w Wiedniu i znam tamtejszą modę.
Najpierwsi bankierowie noszą łysiny, dlaczego ja nie mam nosić łysiny? To wygląda poważnie i świadczy, że człowiek jest finansista solidny, zahlfähig — wypłatny.
O mnie powiadają — przepraszam, ja sobie trochę usiądę, na takie gorąco człowiek traci siły, bardzo traci (siada i ociera twarz chustką), 30° na Warszawę, gdzie normalna temperatura procentowa jest tylko 12°!
Ja też jestem trochę finansista, niewielki, bo na to mnie nie stać, ale cokolwiek: dwa razy w życiu miałem spory skład galanteryi, teraz prowadzę interes z garderobą na raty. Cóż robić, trzeba pisać: „walutę w haweloku, w spodniach, w kamizelce i w smokingu otrzymałem.“
Stara zasada uczy, że jeżeli na drodze stoi przeszkoda, to trzeba ją ominąć.
Ja omijam. Wolę handlować spokojnie wiedeńską garderobą, aniżeli ze zmartwieniem pieniędzmi.
A może kto myśli, że ja jestem krawiec? Nie; w naszej familii krawców nie było i nie będzie. Ja jestem handlujący i syn...
Mój syn będzie czem zechce, bo ja jemu daję wysoką edukacyę. Ja chcę jego śrubować do góry.
Och, edukacya! Jeżeli mam prawdę powiedzieć, to nie rozumiem sposobów tej edukacyi; chociaż sprytne dziecko, ze wszystkiego potrafi sens wyciągnąć.
Wczoraj naprzykład było takie zdarzenie. Ja siedziałem grubo, grubo zamyślony... moja żona liczyła pieniądze, moja córeczka reperowała swój kapelusz, o! bo ona wielka elegantka jest; ona lubi wyglądać na ulicy jak najwspanialsza dama, a mój syn Leoś czytał swoje lekcye.
Ja byłem bardzo zamyślony. Teraz wszystkie sklepy chcą mieć dziką firmę: „Colorado,“ „Pensylwania,“ „Kolumbia!“ Jabym chciał przyozdobić mój skład garderoby jakim ładnym tytułem.
Moja córeczka, ta elegantka, co sobie reperuje kapelusz, ma w sobie cokolwiek złośliwości, lubi się śmiać z tego, co nie trzeba... to ona robiła mnie propozycyę, żeby mój wielki magazyn garderoby nazwać: „Szmatenseite,“ „Lumpenland,“ Tandeteninsel“ — więc ja się rozgniewałem i powiedziałem do niej: — „Halt mojl dy Ryfke,“ to znaczy: Nie dowcipkuj, ty kochana Reginko! i byłem jeszcze bardziej zamyślony, a tymczasem Leoś, mój synek Leoś, ciągle czytał swoją lekcye.
Jakieś bajki! Czytał, że była na świecie jedna kura, czy wrona, co się nazywała Feniks i co zrobiła taką sztukę, że się spaliła zupełnie na popiół i że z tego popiołu znowuż się zrobiła żywa kura, czy wrona, taka sama, jak była wpierw i ta sama co była wpierw!
Więc mnie się uprzykrzyło takie zawracanie głowy i mówię do synka: — Słuchaj Leoś, ja mam duże myślenie, nie przeszkadzaj mi i czytaj swoje bajki po cichu, jeżeli zaś koniecznie chcesz czytać głośno, to idź do kuchni i czytaj.
Nasza kucharka, stara Mośkowa, bardzo lubi różne bajki i plotki, to akurat dla niej zabawa.
Państwo myślą, że Leoś poszedł do kuchni? Nie; on się obraził.
— No, powiada, ojciec sobie żartuje z tego ptaka?
— Żartuję!
— To ojciec się nie zna na klasyczności.
— Idź do licha ze swoją klasycznością! Ja lubię prawdę. Jakim sposobem może kto ożyć i odrosnąć z swojego popiołu?
On się zaczął śmiać, Reginka także się śmiała i moja żona jak zobaczyła, że wszyscy się śmieją, też puściła w ruch swoje trzy podbródki i złapała się rękami za boki.
Ja jeden nie śmiałem się, bo byłem bardzo zły.
Jakto! ja pracuję głową, ja się męczę, ja chcę wymyśleć coś efektownego dla mego magazynu, śliczną firmę w wiedeńskim guście, a oni się śmieją? Więc krzyknąłem głośno, tupnąłem nogą i powiadam do Leosia:
— Kiedyś taki mądry kawaler, to pokaż mi takiego ptaka.
On się znów śmieje.
— Nie mam co długo szukać, znaleźć go mogę u nas, w naszej familii, przy tym samym stole.
— Gdzie jest ten Feniks?
— Tate jest Feniks. Tate już dwa razy był spalony na popiół przy galanteryi, teraz się tate odrodził przy garderobie wiedeńskiej. Może nie prawda? Może wierzyciele nie dostali popiół zamiast pieniędzy. Niech tate teraz powie, że tate nie jest Feniks?!
Tu ja już nie mogłem wytrzymać i także zacząłem się śmiać. Dalibóg, zdolne dziecko ze wszystkiego wyciągnie naukę, nawet z takiej zwyczajnej bajki!
Feniks! na moje sumienie Leoś ma racyę. Ja byłem już raz Feniks i byłem drugi raz Feniks. Ha! ha! ha!

(Śmieje się).

Leoś zdolny chłopak, on to odrazu zmiarkował!...
Ach... cóż robić, każdy człowiek pracuje, jak może — ja robiłem w galanteryi. Miałem ładny sklep na Długiej ulicy.
Mnie szło. Był kredyt, był ruch publiczności, a gdy idzie, gdy jest u hurtowników kredyt, a w sklepie ruch, to dlaczego nie zbankrutować?
Ja tak się urządziłem, że towar zniknął, a w sklepie zostały same pudełka, potem czekałem, aż będzie termin wekslu wystawionego hurtownikowi. Termin przyszedł sobie, a ja poszedłem do Saskiego ogrodu sobie.
Mnie zrobili protest, ogłosili upadłość, chcieli sprzedać pudełka, ale ja mam delikatną naturę, ja im powiedziałem: Moje kochane wierzyciele, my się dobrowolnie ułóżmy i handlujmy spokojnie dalej, ja wam proponuję ośm kopiejek za rubla. Oni zażądali dwanaście i pół — stanęło na dziesięciu, ze mnie zdjęli upadłość i zacząłem znowu handlować galanteryą.
Jak ślicznie powiada ten mój kochany Leoś! — Ja byłem wtenczas pierwszy raz Feniks. Ja sobie całkiem odrodziłem; na Długiej ulicy w sklepie, który zajmowałem, został mój popiół, a na Marszałkowskiej ufundowałem nowy, bardzo elegancki sklep i tam znowuż siadłem i siedziałem, jakby całkiem świeży ptaszek, co z popiołu wyfrunął.
Jaki to był sklep, jaki szyk, jaka elegancya, jaka taniość! Moja żona stała przy kasie, czasem Reginka (właśnie tam ona nabrała fanaberyi).
Trzymałem dwóch subiektów z francuskiemi językami, po dwadzieścia pięć rubli na miesiąc, a sam cztery razy do roku jeździłem do Wiednia aby wybrać różne figielki, nowości...
Bardzo dobrze było, dobrze szło... no, ale co państwo chcecie?
Najlepszy koń czasem źle nogę postawi, najlepsza firma może zbankrutować. Ja też miałem taki przytrafunek — ogłosili mi znowu upadłość.
Tym razem było trochę trudniej, wierzyciele zawzięli się, chcieli dostać 40 kopiejek za rubla.
Takie łajdaki bywają czasem nienasycone; gardła im zapchać nie sposób!
Kłócili się ze mną, nawet robili mi osobisty przymus, tak, że musiałem trochę siedzieć, ale skończyliśmy zgodnie, dostali 21 za sto.
Niech ich djabli porwą, czas coraz cięższy jest.
Ten łobuz Leoś ma racyę. Ja zrobiłem się drugi raz Feniks i wylazłem z popiołu.
Do galanteryi nie było po co wracać; hurtownicy już nie chcieli dać kredytu, więc handlowałem potrochu pieniędzmi...
No, ale i ten interes w ostatnich czasach zaczął się robić nieprzyjemny, więc założyłem mój wielki magazyn z garderobą na raty...
To trochę idzie, bo ludzie lubią elegancko wyglądać, jeżeli ich to niedrogo kosztuje.
A u mnie garderoba jest bardzo tania, ja potrafię dać najmodniejszy garnitur za kilkanaście rubli!
Plotkarze mówią, że ja kupuję stare łachy od handlarzy...
Pfe!
Ja mam wszystko z samego Wiednia, a czy w Wiedniu kupują od handlarzy, tego nie wiem.
Ja patrzę tylko na plombę. Który magazyn potrafi dać teraz z plombą? Co najwyżej zdobędzie się na ołowiane guziki.
Głowa mnie bolała od myślenia nad tem, jaką nazwę nosić ma mój magazyn.
Już byłem zdecydowany na „Kalifornię,“ ale Leoś otworzył mi oczy — będzie „Feniks.“ Śliczny interes, śliczna firma.
Leoś mówi, że to trzeba pisać „Phoenix,“ jeszcze ładniej! a że ja mam na imię Fajbuś, to się napisze tak: „Grand magazin de Mr. Phaybouche Piperblatt,“ a nad tym napisem każę wymalować samego Feniksa, jak on wyskakuje z popiołu.
Zaraz idę do malarza, tylko mam wielką trudność: Nie wiem jakiego ptaka malarz powinien dać za Feniksa. Leoś nie może mi udzielić informacyi, gdyż, jak powiada, żaden Feniks nie stoi w zoologii.
On zawsze ma wyższe i klasyczne wyrażenia ten Leoś.
Trzeba wybierać samemu: wróbel jest za mały na Feniksa, wrona to smutny Feniks, kura bardzo pospolity.

(Zamyśla się).

Może kanarek... Nie, może... albo ja wiem, jak on się nazywa... ale także nie; może papuga, to podobno drogi ptak... ale nie, nie, na nic!
Ja potrzebuję ptaka okazałego, żeby był imponujący, żeby ludzie widzieli zdaleka, że jest w dobrym gatunku.

(Zrywa się nagle).

Już mam! mam! Wyborna myśl!
Mój Feniks będzie gęś! to jest ptak duży, ładny, to jest coś!
Mnie się zdaje że lepszego nawet mój Leoś nie znajdzie.
Biegnę do malarza, zapłacę mu dobrze, bo konkurencya nie śpi, mogą mi ukraść pomysł i handlować pod moim rodzonym Feniksem!






CZEŚĆ ZASŁUDZE!




Cześć zasłudze!
Oto hasło, które, że się tak wyrażę — zgromadziło nas przy tym stole biesiadnym, zgromadziło nas, to jest kogo? Oczywiście tych, którzy przyszli, ażeby uczcić dwudziestopięcioletnią rocznicę posiadania domu murowanego w Warszawie przy ulicy Niewyraźnej, Nr. hypoteczny 7,378 h i j, a policyjny 1,920.
Któż jest tym szczęśliwym a zasłużonym światu posiadaczem rzeczonej realności? Któż figuruje w wykazie hypotecznym, w księgach meldunkowych, na liście lokatorów, wreszcie na blasze cynkowej, przybitej na froncie?
Któż jest ten mąż?
Znacie go, to nasz jubilat dzisiejszy, to nasza chluba, nasz przyjaciel, najdroższy, najukochańszy towarzysz zabaw, wycieczek, partner winta... Konstanty Kopytkiewicz!
Źle mówię: Konstanty. Takim może on być dla świata, dla lokatorów, dla wszystkich, dla nas zaś jest to... Kocio.
Nie przerywajcie mi burzą oklasków, huraganem zachwytu, nie! Muszę wypowiedzieć to, co mam na sercu, bo uczucie kipi we mnie jak w kotle, jak lawa w wulkanie, jak... jak... no ostatecznie, dość, że kipi, a skoro kipi, to musi wydobyć się na zewnątrz, musi wybuchnąć płynącym z głębi serca okrzykiem:
Cześć zasłudze!
Panowie! Biografię kochanego Kocia skreślę w kilku słowach. Nie mając nic lepszego do roboty, urodził się w roku... po co daty? Już ukończył pięćdziesiąt..! I ja także skończyłem. I nie dość na tem, że się urodził, o! bo to nie wystarczyłoby dla zadowolenia jego ambicyi, on się wychował!... I nie przestając na tem, że się wychował, wszedł do pierwszej klasy, mając zaledwie może jedenaście, może dwanaście wiosen życia...
Tam go poznałem...
Panowie! niech mi nie będzie poczytanem za samolubstwo, bo skromność moja granic nie ma — ale, co to w bawełnę owijać! Podczas gdy ja jak lew walczyłem z łaciną, on spuszczał przed nią uszy pokornie, jak osioł. Daleki od próżnej chwały, to jednak mogę powiedzieć, że jego wyrzucono z klasy czwartej, a ja, broniąc się jak lwica, dobyłem w piątej do Nowego Roku.
To jest głupstwo, kochani panowie. Szkoła furda, prawdziwą naukę daje dopiero życie... a ja jestem najlepszym świadkiem życia naszego czcigodnego jubilata!
Szło ono, to życie, również jak moje życie, po dwóch liniach równoległych i to daje nam najwyraźniej poznać całe niedołęztwo nauki szkolnej.
Swego czasu do kozy wsadzano mnie za to, iż nie wiedziałem o tem, że dwie linie równoległe nigdy się spotkać nie mogą, a my z Kociem po liniach równoległych idąc, spotykaliśmy się codziennie wieczorem pod „Gwiazdą,“ gdzie piliśmy X kwadratów z paru kufelków...
Cześć zasłudze!...
Okrzyk ten zawsze wyrywa mi się z głębi serca, gdy patrzę na naszego kochanego Kocia.
Uczyliśmy się razem, on odziedziczył po rodzicach kamienicę, ja również; on się ożenił, ja także; on doczekał jubileuszu — mój za tydzień.
Posłuchajcie, panowie!... Ja się nie chwalę, ale kamienice nasze były zupełnie jednakowe. On ma ze swojej 3,000, ja 4,000; on ma lokatorów niewypłacalnych w połowie, u mnie ani jeden grosz nie zginie, bo psu z gardła wydobyć potrafię; on się reparuje co roku, ja raz na pięć lat; on front chlapie co dwa lata, ja pomalowałem się olejno; on do tej pory piszczy, że nie ma za co, ja jestem skanalizowany już od roku i już z tego powodu podniosłem wszystkim lokatorom komorne.
Cześć zasłudze, panowie!
Mało jest takich obywateli jak nasz Kocio! Na honor, mało.
Nie należy on do żadnego towarzystwa filantropijnego, bo szanuje grosz; ja, nie chwaląc się, należę do trzech i, wprawdzie groszy wiele nie daję, ale honorowo urzędy pełnię.
Znają mnie na Starem i na Nowem Mieście, a takie mam niewzruszone, takie katonowskie zasady — że gdyby kto z głodu konał, to mu nie wyjednam ani szeląga wsparcia, dopóki cała sprawa nie przejdzie przez czternaście komisyj! Robią mi czasem zarzuty, że biedny w samej rzeczy umarł, nim się rezolucyi doczekał — ale cóż ja temu winien, że był w gorącej wodzie kąpany i nie czekał na decyzyę ostateczną.
Panowie! jeżeli podnoszę ten kielich, to tylko dlatego, aby w tem to szlachetnem gronie oddać należną cześć zasłudze.
Kochany Kocio ożenił się w tym samym roku co i ja. Nie chcę bynajmniej wymawiać, że zacna pani Konstantowa, małżonka szanownego jubilata, była w chwili, gdy się dozgonnym połączyli węzłem, nie młoda, nie imponująco piękna, nie tęgiego zdrowia, nie bogata i że miała ubogich krewnych.
Co do mnie, wziąłem w tymże czasie pannę piękną jak Venus, zdrową jak rydz, młodą i świeżą jak poranek, i bogatą... dwadzieścia tysięcy gotówki było na stole!...
Ostatecznie ja dziś jestem panem w domu, a Kocio pod pantoflem siedzi... atoli zawsze, panowie, zawsze, wszędzie, na każdym kroku powiadam:
Cześć zasłudze!
Kochany Kocio, człowiek pełen energii i tego ognia duszy, który nazywają Zniczem, trzyma rządcę, który mu urządza różne malwersacye. Ja inaczej te rzeczy pojmuję: ja meldunki sam, odbiór komornego sam, reparacye sam, ja jestem w domu alfą i omegą, ja nie mógłbym wytrzymać, nie mógłbym żyć inaczej, ja nikomu nie wierzę ani na jeden grosz i dlatego, szanowni panowie, powiadam, wołam, krzyczę z całej głębi duszy:
Cześć zasłudze!
W ostatnim czasie, jak wiadomo, złym dla obywateli, gdy oto kanalizacya i to i owo, trzeba było poruszyć wszelkie sprężyny, drogi kochany nasz Kocio, wyczerpawszy możliwe możliwości Towarzystwa Kredytowego miasta Warszawy, znalazłszy szczęśliwie jakąś sumę nieletnich, której dał w swojej hypotece starosławiańską gościnność, znalazł się jednak w konieczności zaciągnięcia pożyczki prywatnej, w czem dopomógł mu szczerze niejaki Joel Dyament.
Co prawda, szanowni panowie, ja w takich wypadkach nie szukam ani nieletnich, ani Dyamentów, otwieram tylko moją kasę ogniotrwałą i to mi wystarcza... ale... trudno... każdy ma swój system.
System Kocia o tyle był gorszy, że dziś Dyament egzekwuje swoją należność i dom naszego kochanego, drogiego jubilata jest wystawiony na sprzedaż...
Panowie! Ja się nie chwalę, ale zje djabła, kto mnie ruszy z mojej posiadłości! Panowie, daleki jestem od wszelkiej próżności, ale przyznacie, że trzeba być chyba cielęciem, aby mając dom, dać się z niego wyzuć sromotnie.
Dlatego też, Szanowni Panowie, z okazyi dwudziestopięcioletniego obywatelstwa, ćwierćwiekowego małżeństwa kochanego Kocia z kamienicą — wznoszę toast: Niech żyje nieoszacowany nasz przyjaciel, kolega i wielce szanowny obywatel Kocio...
Cześć zasłudze!






HARDA BASIA.




...Znaliście państwo zapewne Dziurdziulewicza Damazego? No, naturalnie z tych Dziurdziulewiczów, z Gołomłynia...
Rodem kurki czubate, bo niedaleko jabłko pada od jabłoni. — Harde... żaden sobie, panie dzieju, w kaszę dmuchać nie dał, każdy miniasty był, a chciał przyjmować u siebie, jak książę!... Zastaw się, paniedzieju, a postaw się; niech znają pana po cholewach!...
Oczywiście mina była i cholewy były, ale że znowu jak bieda, to do żyda, więc się i Abrama po brodzie całowało... i mówiło się: Mój złociutki, mój taki, mój owaki...
Jak zwał, tak zwał, byle co dał — ale że gdzie cienko, tam się rwie i że dzban dotąd wodę nosi, póki się ucho nie urwie, więc to tam z tem Gołomłyniem nietęgo i Dziurdziulewicz siedział na folwarczku, jak pies na płocie, a żydzisko łaził po stodołach i zaglądał wszędzie i patrzył, jak sroka w kość... Marnowało się wszystko potrosze i na taki psi koniec zeszło, że, paniedzieju, ani juszki, ani pietruszki — ani czem wkroić, ani w co wdrobić.
Damazy oczywiście spuścił nos na kwintę, bo czem skorupka za młodu nasiąknie, tem na starość trąci, a po gołym owsie goła sieczka nie idzie koniowi w smak...
Szumiećby się chciało, ale z próżnego nawet Salomon nie naleje, a z pustej stodoły wróbel nie wyleci; nawet żydy z Łysobyk powiadają: „Nyśtu gield, nyśtu kompliment.“ Więc choć Dziurdziulewicz się kręcił, ale na niżej podpisanego nic nie mógł dostać, i prędzejby z kamienia wodę wycisnął, aniżeli z nich rubla...
Było mu paniedzieju ciepło, jak w pokrzywach, tembardziej, że i córeczka rosła... moje uszanowanie!!
Jak malowanie dziewczyna, jak orzech! Oczy niby tarki, buzia jak śmietana — odpowiedzialna panna na wszystkie cztery boki, z prozapią... z parantellą, tylko że substancya niucha tabaki nie warta.
Na czarnej roli chleb się rodzi, a po białej pies chodzi, a na Gołomłyniu piaseczek... Maciek zrobił Maciek zjadł... Przecudowne kraje: korzec siej, kopę zbieraj, kopa korzec daje; przytem długów po same uszy... Więc choć niby Barbarka panna cudna jak jagoda, ale... ojciec nic nie doda...
A ja bo znowuż tak: swego chowu człowiek jestem, węża w kieszeni mam, pieniądze szanuję, bo kto grosza nie ceni, ten szeląga nie wart.
Gospodarstwo prowadzę po staremu, w trzy pola; nowości nie lubię, bo mi jeszcze nieboszczyk ojciec zapowiadał: „Synku, nie buduj! łataj, podpieraj, a zbieraj; pamiętaj, że gdyby nie glina i mech, toby cieśla, za przeproszeniem, z głodu zdechł; kładź na dziurę łatę, będziesz miał intratę...“
Mądry to był człowiek, świeć Panie nad jego duszą! Słucham też jego rady, w domu siedzę, bo pańskie oko konia tuczy, a kto nie dopatrzy wzrokiem, ten dołoży workiem — służbę trzymam w garści, bo myszy wojują, gdy kota nie czują — a pieniążki składam, gdyż ziarnko do ziarnka, to się zbierze miarka.
Siedzę ja sobie, paniedzieju, raz wieczorem przed domem, letnią porą, aż tu dryndula się toczy.. Dziurdziulewicz jedzie... Właśnie myślałem o nim; o wilku mowa, a wilk tuż... Witam, ale dumam sobie: Nie ma karesu bez interesu; przyszła koza do woza... Ale po co?
Mówi: Tak cię kocham, Wicusiu, żem się stęsknił do ciebie...
Ano... lepiej mieć stu przyjaciół, niż jednego nieprzyjaciela; na grzeczności nikt nie traci, a gość w dom, Bóg w dom... Czem chata bogata, tem rada — więc dalej na stół kwaśne mleko, paniedzieju, ulęgałki i zostało trochę kaszy z kolacyi...
— Posilże się, sąsiadeczku, a przebacz, że mięsa nie daję... raz, że taki człowiek nadziany, jak i nalany; po drugie, że dziś piątek; po trzecie, że kasza grosza nie wystrasza, a zaś jak z mięsem, to i z ekspensem...
On machnął ręką i rzekł:
— Dobra, mój sąsiedzie, psu i mucha; bo na bezrybiu i rak ryba, a w braku laku wystarcza opłatek... Ja bo, powiada, ogródkami chodzić nie lubię: co mam na myśli, to i na języku...
— To też mówię — najlepiej, poprostu z mostu, w bawełnę nie owijając, a mądrej głowie dość dwie słowie...
— Czemu się, Wicusiu, nie żenisz? — pyta. — Jeszcze rannego wstania i wczesnego ożenienia nikt nie żałował, a dobra żona domu korona.
— Ha — powiadam — dużoby o tem gadać...
— Ale przecie...
— Widzisz, sąsiad, co mąż furami zbierze, to żona fartuszkiem wyniesie...
— Nie zawsze...
— Po drugie... jestem nieco łysy, a wiadomo, że z łysiną do panny, a z jeżem do psa nie przystępuj.
— Żenią się jednak i łysi...
— Po trzecie, kochany sąsiedzie, tak mi z tem, jak i bez tego, a może lepiej bez tego, aniżeli z tem. Na co zdrową głowę pod Ewangelię kłaść?...
— Et — powiada — głupstwo... Żydzi mówią, że człowiek bez żony to to samo, co rubel bez numeru.
— Nie racya, bo jeżeli rubel srebrny, to numer tak mu potrzebny, jak dziura w moście...
Widzi Dziurdziulewicz, żem twardy; zaczyna z innej beczki.
— Wiesz — powiada — kochany sąsiadeczku, że mojej nieboszczki żony stryjaszek bardzo chory, lada dzień może umrzeć...
Ja powiadam:
— To jeszcze widłami na wodzie pisano...
— Młody może, stary musi, a majątek spadnie na moją Barbarkę...
— E — mówię — sąsiadeczku, kto czeka na buty po teściu, to musi długo boso chodzić...
Skrzywił się trochę... ale mnie zaczęło jakoś brać... Patrzyłem na ulęgałki, a widziałem czarne oczy...
Co u licha, czym się zakochał nagle, jak dyabeł w suchej wierzbie! czy co? Nie, nie tak nagle... już to nie od dziś ta Barbarka... Masz tobie! gdzie dyabeł nie może... No, nie miała baba kłopotu...
Dziurdziulewicz odjechał, a ja przyrzekłem, że go nazajutrz odwiedzę. Jużci trudno... sąsiedzki obowiązek... Jadę tedy nazajutrz; chciałem zwlec, ale myślę sobie: Co masz zrobić jutro, zrób dziś, a co masz dziś zjeść, zjedz jutro.
Nie kazałem gotować obiadu. Jadę... Myślę sobie: miłość o głodzie sprzykrzy się i panu komisarzowi... Ale gdzietam!... Jakem ją zobaczył, zajechała mi odrazu w głowę, jak fura siana. Zacząłem do niej smalić cholewki; widzę, że panna nie od tego, sprzyja mi...
Wiadoma rzecz: kot łowny, a chłop mowny, zawsze sobie rady na świecie da — a chociaż własna chwała u drzwi stała, jednak, co prawda a nie grzech, człowiek języka w gębie nie zapomina, a i pięknej sentencyi pożyczać nie pójdzie, bo ją w głowie ma...
I zrobiło się ze mną coś dziwnego: Chociaż blizki czterdziestki jestem i niby łysinka trochę prześwieca, ale uczułem się takim młodym, jakby mi kto ze dwadzieścia lat ukradł... Bo Barbarka jest jak przylepka, a dyabeł niekoniecznie tylko w starym piecu pali... Jakem ztamtąd wyjechał, to właśnie jakbym z łaźni wyszedł i takiegom sobie ćwieka w głowę zabił, że ani rusz...
Parobek mi mówi o owsie — ja myślę o Barbarce; gospodyni chce pieniędzy na sól — ja nie słyszę; dają mi znać, że cielęta w jęczmieniu, a mnie się zdaje, że jestem w Gołomłyniu...
Dziad o szydle, baba o motowidle... Na drugi tydzień byłem tam znowuż, na trzeci też, a później prawie co dzień; nie ma złej drogi do mojej niebogi... Jużem ją i w rączkę całował... Nareszcie raz, choć wiadomo mi, że słówko ptaszkiem wyleci, a wołem nie wróci, bucham się, panie dobrodzieju, na kolana i powiadam:
— Panno Barbaro, śmierć i żona od Boga przeznaczona; oto wóz i przewóz. Kocham panią z całego serca, a czy wisieć za jedną nogę, czy za dwie, to wszystko jedno, więc niech raz będzie kapucyn, albo starosta... zostań pani moją żoną...
Klęczę i czekam... czekam czasu, jak żyd szabasu; patrzę na nią miłosiernie, jak kot na szperkę, a ta siedzi... i nic.
— Panno Barbaro! — wołam, czekam zmiłowania.
Ta się, paniedzieju, podnosi, spogląda na mnie z partesa i dopiero:
— Byłam życzliwa — mówi; — ale dać kurowi grzędę, to on powiada: jeszcze wyżej siędę. Niech pan pamięta, że jestem Dziurdziulewiczówna, a to za wysokie progi na pańskie nogi...
Zaczerwieniłem się jak burak i jużem chciał jej powiedzieć ostro: że ja też nie wypadłem sroce z pod skrzydła, że skoro niemiła księdzu ofiara, chodź cielę do domu, że dyabli po tytule, jak pustki w szkatule — ale nie mogłem... ugryzłem się w język...
Po co palić za sobą mosty?... A że od pierwszej instancyi nikt nie umarł, umyśliłem zaapelować do ojca, naradzić się: boć zawsze co dwie głowy, to nie jedna... A że kobiecy humor jest jak jesienna pogoda, więc mogłem przypuszczać, że to się zmieni... Ukłoniłem się zgrabnie, nizko, z rewerencyą, i wyszedłem — ale czułem, że jestem zapalony, jak żyd w tańcu, i że coś we mnie tak krzyczy, jak na jarmarku... Ma się rozumieć, do Dziurdziulewicza jak w dym; ale i ten jakoś grubo śpiewa.
— Panna — powiada — harda; nie dziw się, z prozapią, z Dziurdziulewiczów wychodzi, matka była Doliwówna; przytem piękność, uroda, edukacya, Gołomłynie...
Nie miała baba kłopotu...
— A wreszcie — powiada — czekaj, cierpliwości...
Czekałem... Ale myślę: niema ognia bez dymu... co oni chcą?...
Ha, no, słówko wiatr, pismo grunt, obiecanka cacanka...
— Ty jej, Wicusiu — powiada Dziurdziulewicz — zrób zapis...
Jak żyję. nie robiłem zapisów; ale... ostatecznie... kocham ją... choć harda panna... Robię zapis; jadę do rejenta i niech się dzieje co chce!...
Stało się; co z wozu spadło, to przepadło, wzięli dyabli krowę, niech wezmą i cielę... Na wyprawę jej dam, choć taka harda; dom każę pobielić z wierzchu i w środku...
Dziurdziulewicz tryumfuje, bo mnie wziął, chociem niby taki dyplomata; ale nikt nie jest prorokiem w swojej parafii, a jeszcze, jak takie śliczne oczy człowieka prześwidrują, to, paniedzieju, trudno być w Psiej Woli Bismarkiem...






Żałuj, żeś nie był!




Nie, kochany Jasiu, stanowczo nie! Wszystko to jest głupstwo! Nauka... ideały, dążenia, marzenia, wierzenia, wszelka filozofia, metafizyka, okultyzm... Ha! ha! Oddałbym to wszystko razem za porcyę dobrej sztukamięsy... ale wiesz, takiej, takiej (gestykuluje) przerastałej, przy kości, z doskonałym ogórkiem... albo może być i sos... owszem, z pomidorowym sosem, albo szczawiowym...
Nie! trzymam się stanowczo ogórka, bo tylko pierwsze natchnienie jest rzeczywiście natchnieniem.
Widzisz, mój Jasiu, ludzie mają różne namiętności.
Ludzie są głupi... Jeden szaleje za kobietami... także satysfakcya! inny traci majątek na karty... czysty waryat! Trzeci zbiera numizmaty, pasy lite, stare skorupy, osobliwe książki... szaleniec! Jabym całe muzea oddał za dobrą pieczeń z rożna.
Ty się nie śmiej, Jasiu! Pieczeń z rożna to jest w swoim rodzaju kwintesencya i szczyt wszelkiej filozofii. Niechże mi Platon, Seneka, Kartezyusz, Hegel, lub inny, coś mądrzejszego wymyśli.
Ale, uważasz, pieczeń taka, o! zrumieniona w samą miarę, zapach, para, a po przekrojeniu krew. Uważasz, to mi jest dopiero rozkosz! Jadłem właśnie taką onegdaj u bankiera Bombelsteina. Żałuj, żeś nie był. Jaki obiad, co za obiad!
Wiem ja, mój kochany, że mnie nazywają pieczeniarzem... ależ ja z tego drwię, choć właściwie mógłbym się pysznić tym tytułem, bo proszę cię, Jasiu, sam Stwórca do jedzenia człowieka przeznaczył. Już Terencyusz w starożytności mawiał: „Jadam, więc jestem,“ a inny mędrzec rzekł: „Powiedz mi co jadasz, a ja ci powiem, kim jesteś.“ Największym filozofem w Europie był Brillat-Savarin, a jedna pani Lucyna zasłużyła się światu więcej niż Deotyma pomnożona przez Konopnicką, Orzeszkową, Marrénową, Hajotę, Rodziewiczównę, Ostoję i Esteję.
Nie, Jasiu, „pieczeniarz,“ jeżeli głęboko zastanowimy się nad znaczeniem tego wyrazu, nie jest tytułem ubliżającym, wprost przeciwnie, zaszczyt człowiekowi przynosi. Pieczeniarz to jest człowiek wierzący w pieczeń, szanujący pieczeń, znający się na pieczeni. Przepyszna była u Bombelsteinów.
Żałuj, żeś nie był.
Widzisz, kochanie, ja obraziłbym się śmiertelnie, gdyby mnie kto nazwał „kartoflarzem,“ „śledziarzem,“ albo „sałaciarzem“ — ale za pieczeniarza nigdy.
U Bombelsteinów był obiad — palce lizać.
Żałuj, żeś nie był.
Uleczyłbyś się z antysemityzmu i został porządnym człowiekiem... bo to, wyobraź sobie, zupa żółwiowa, łosoś w majonezie, kotlety pożarskie, pieczeń z rożna, a deser, a owoce, a sery, a mokka, likiery, wina...
Jadłem niewiele, wszystkiego po troszeczku, po odrobince, ale en masse uzbierało się i... czuję się...
Co tam! czuję się zdolnym do zjedzenia drugiego takiego obiadu.
A mam dużo jeszcze, dużo pracy przed sobą...
Bo widzisz, drogi Jasiu, ja trzymam się tej wspaniałej zasady starożytnego pisarza, który mówi: „Nulla sine linea dies.“
Codzień muszę coś robić: jak nie śniadanko, to obiadek, jak nie obiadek, to podwieczorek na świeżem powietrzu (szparagi, raki, kurczęta — rozkosz!), jak nie podwieczorek, to kolacyjka. Codzień, codzień, nawet w święto wypoczynku sobie nie daję.
Onegdaj byłem na kolacyjce w wesołem towarzystwie. Przeciągnęło się do późnej nocy, ni z tego ni z owego wywiązało się małe nieporozumienie.
Miecio pokłócił się z Kaziem i wyrzucono za drzwi... mnie.
Żałuj, żeś nie był, bo takiego indyka z truflami chyba jeszcze w życiu swojem nie widziałeś. Nie chwaląc się, zjadłem dobry kawałek.
Pytasz się, za co mnie wyrzucono? Oczywiście zaszło jakieś nieporozumienie. Miecio miał do mnie żal, żem go podobno obmówił. Nie wiem. Może i wspomniałem co komu, gdyż jego kucharz jest skończony fuszer i gotować nie umie.
No, proszę cię, czy człowiek, który się szanuje, powinien trzymać takiego parzygnata, toć przecie hańba dla domu!
To widzisz, o to mu głównie poszło... ale ja mam charakter żelazny, zniosłem tę przykrość ze stoicyzmem, zresztą wyrzucono mnie już po kolacyi, kiedy właściwie nie było po co dalej siedzieć.
Ale przyjdzie koza do woza. Miecio zgłosi się do mnie sam. Niezadługo jego urodziny, wyprawi obiad, a któż mu ułoży lepsze menu niż ja?
Bo widzisz, taki naprzykład Barcewicz, ani słowa, artysta w szerokim stylu, gra jak anioł. I ja mogę się pochwalić, że jestem takim samym mistrzem wobec talerzy i kieliszków, jak on wobec swoich skrzypiec... ale on jest tylko genialnym wykonawcą, ja zaś mam nad nim tę wyższość, że puszczam się na kompozycye.
Widzisz!
Jak skomponuję „menu,“ zwłaszcza kiedy jestem natchniony, to niech się schowa Mozart, Beethoven, Rossini... taka jest we mnie siła geniuszu!
W tem mojem menu jest harmonia, zdumiewająca istrumentacya, boć każda potrawa jest instrumentem w tym razie — instrumentacya kunsztowna — wszystko zrobione kontrapunktycznie, według wszelkich zasad i reguł.
Nawet co to równać? Taki muzyk dogadza tylko uszom, moja kompozycya łaskocze języki, sprawia rozkosz podniebieniom, raj żołądkom.
Wierzaj mi, że gastronomia jest jedną z najpiękniejszych sztuk pięknych. Naprzykład w zeszłym tygodniu u Hipolita — żałuj, żeś nie był.
On dorobił się majątku podobno na jakichś nieczystych sprawach, ale co mnie to obchodzi?
Jeżeli u kogoś podają „Buisson d’homards en belle vue,“ „saumon à la moderne,“ „pain de gibier à la renaissance“ i jeszcze to, jeszcze owo, gdzie płynie burgund, złoci się tokaj, strzela szampan, gdzie likiery sprowadzone są bezpośrednio z Amsterdamu, a każde cygaro rubla warto, to pytam, co komu do tego, zkąd amfitryon przyszedł do majątku?
Człowiek, który tak jada, jest wyższy nad wszelkie opinie.
Ach! byłbym zapomniał! To już pierwsza — śniadanie u Bolesława. Bądź zdrów, spieszę, bo gotowi na mnie nie czekać. Ach ten obiad u Hipolita!
No, do widzenia, do widzenia.
Żałuj, żeś nie był...






Wędrujący sak.




Nic łatwiejszego niema na świecie, jak omylić się, zrobić omyłkę.
Ja czasem się mylę, państwo często się mylą, nawet w tej chwili też są w błędzie.
Naprzykład, patrząc na mnie, na moją osobę, na moją słowiańską twarz, brodę à la Mierzwiński, na moje okulary, tuszę; widząc, że jestem ubrany elegancko, że mam ładne futro od bober, nowiutki cylinder prosto z pod żelazka, że posiadam chustkę na szyi, rękawiczki, dwa nowe kalosze, jeden mało używany parasol — państwo myślą sobie: oto musi być solidny kapitalista, który bardzo lubi złoto i drogie kamienie.
Ja potrzebuję się z tego grubo roześmiać!
Jestem wprawdzie trochę kapitalista, ale do złota, do drogich kamieni, do brylantów, rubinów, szafirów, szmaragdów, ja poprostu mam obrzydliwość.
Jak widzę sznur pereł, to mi się robi mdło, a jak mi kto pokaże kawałek złota, to mam ochotę splunąć.
Na prywatny użytek, dla żony na paradę, dla córeczek na wyprawę, dla siebie na gruby łańcuszek do zegarka, to jeszcze mogę znosić złoto, ale do interesu... pfe!
Państwo się dziwią, państwo zgadują, jaki to może być interes, co złota nie lubi, i państwo mogą mieć przypuszczenie, że ja prowadzę handel pierzem, żelazem, rybami, może białym towarem. Też jest omyłka, bo ja wcale nie jestem handlujący. Ja robię co innego i mogę się pochwalić, że prowadzę solidny, honorowy interes.
Mam kassę pożyczkową na zastaw ruchomości.
Złożyłem kaucyę, mam swoje biuro, swój magazyn, swoich oficyalistów.
Śliczny personel! Pan taksator (on jest mój wujaszek, bardzo porządny człowiek, dawniej handlował starzyzną i przez to jest gruby znawca na biżuterye kortowe), pan woźny (też mój krewny, ale kapcan), pani kasyerka, a naprawdę dwie panie kasyerki: jedna moja żona, druga moja córeczka. Eleganckie biuro, familijny i bardzo uzdolniony personel.
Krótko mówiąc, ja mam lombard...
Państwo powiedzą, że to właśnie proceder najbardziej chciwy na kosztowności, że on tak łyka zegarki, jak kot myszy. To jest omyłka! Ja nie lubię złota, ja wprost mówię takim klientom: Idźcie sobie do dyabła, albo do Banku dyskontowego i nie zawracajcie komu głowy z precyozami!
Państwo się dziwią; ma się rozumieć, nie każda głowa bierze w siebie odrazu sam cymes interesu, a kto nie jest znawca, ten nie może zmiarkować, w czem jest smak i co ja lubię?
Co ja lubię? Ja nie lubię kosztowności, ja nie lubię te waryackie rowery z wydymaną gumą, nie lubię maszyn do szycia, ani luster, nie wezmę obrazu olejnego, choćby nawet był malowany czystą prowancką oliwą. Od takich interesów są specyaliści, ja zaś jestem taki specyalista, że bardzo lubię używaną garderobę.
To jest niezły interes — a dlaczego niezły? Bo tak...
Bywa czas dobry, bywa gorszy, bywa jeszcze gorszy, teraz właśnie jest gorszy — teraz ciężko żyć. Co najwyżej, można brać jeden procent na miesiąc, jeżeli odrobinę więcej, to najporządniejszy człowiek jest nazwany lichwiarzem, a co to jest jeden procent? To jest nic... Niby prócz tego można mieć trzy procent za przechowanie. Państwo się śmieją, a ja powiadam, że to jest także nic.
W magazynie są myszy, trzeba trzymać kota.
Czy taki łajdak mało kosztuje? To jest pażerne zwierzę, on jak zobaczy kość, to aż się trzęsie, a jeżeli go nie zamknąć na klucz, to zamiast łapać myszy i pilnować garderoby — on idzie na dach śpiewać swoje uwertury. Nie można mu nic powiedzieć, a jeżeli kucharka wybije go miotłą, to on ucieka. Choćby z tej jednej przyczyny trzy procent za przechowanie nie jest dużo.
A teraz wojna z mólami! Czy państwo wiedzą co to jest mól? To jest taki maleńki ptaszek, bardzo maleńki, który lubi zjadać salopy i paltoty, ma wielką chciwość na futra i na wełniany towar. Jego trzeba straszyć, trzeba go truć, trzeba łapać. Ja niszczę tych mólów, ile mogę, mnie sama terpetyna dziesiątkę na miesiąc kosztuje, ja ich niszczę, a co nie wyniszczę, to sprzedaję przez licytacyę razem z niewykupioną w terminie garderobą.
Właśnie wczoraj było zdarzenie, że córeczka zobaczyła móla w składzie. On sobie fruwał, jak kanarek.
My wszyscy zaczęliśmy jego gonić. Ja nie jestem lekki człowiek, moja żona też waży blizko sześć pudów, wujaszek taksator ma astmę, woźny ledwie łazi, a mój syn buchhalter i córeczka kasyerka to są delikatne dzieci, nawet nieożenione jeszcze.
Och, myśmy wszyscy gonili i łapali tego jednego móla! To była ciężka, nadzwyczajna praca, myśmy zdrowie stracili. Ja dostałem ciężki oddech, moja żona chwyciła się za serce, wujaszek wpadł w kaszel, a woźny, zwyczajnie jak ordynaryjny człowiek, przeklinał swoich wrogów i życzył im, żeby przez całe życie mieli tylko z mólami wesele.
Swoją drogą mól uciekł.
Teraz państwo widzą sami, że jeżeli się bierze trzy procent za przechowanie, to się nic nie bierze i więcej jest przytem straty zdrowia, aniżeli zysku.
Oj, na moje sumienie, jabym już dawno ten lombard zamknął, żeby nie wędrująca garderoba, żeby nie podróżujący sak i beinkleidery. To jedno daje jeszcze cokolwieczek zysku.
Naprzykład tak: W poniedziałek rano, ledwie się dzień zrobi, to już u nas jest pełno interesantów. Oni siedzą w sieni, czekają na schodach, a niektórzy, gwałtowni, kołaczą do drzwi, wprost do kantoru, żeby im zaraz otworzyć.
No, cóż robić, oni potrzebują, a ja mam takie serce, że lubię ludziom wygodzić, więc zrywam się z łóżka, kładę na siebie szlafrok, każę otwierać biuro. Cały personel jest w negliżu, moja żona, moja córeczka też w negliżu, bo nie ma czasu na robienie elegancyi.
Zaczyna się ruch, każdy interesant zastawia sak, parę spodni albo, jak zimową porą, palto. Zastawia na miesiąc, dlatego, że na krótszy termin u nas się nie przyjmuje. Bierze pieniądze, bierze kwit i idzie sobie do swojej roboty.
Mamy takiego gwałtu dwie godziny, a potem, jak oni wszyscy sobie pójdą, my bierzemy się trochę do śniadania. Potem ja się ubieram, idę na miasto, do Saskiego ogrodu, pospaceruję koło giełdy...
Zawsze po pracy człowiek potrzebuje trochę ruchu i odpoczynku. Po obiedzie ja lubię iść do cukierni; tam jest bardzo porządne towarzystwo, można przeczytać „Gazetę Handlową,“ można trochę gawędzić, dowiedzieć się różnych nowości, zagrać w szachy — a ja jestem też trochę szachista.
Wieczorem to bywam w domu; pytam, co było, jak było, przeglądam księgę.
Przez cały tydzień u nas w lombardzie cicho jest ruch, ale nie ma gwałtu, niema hałasu; wujaszek może spokojnie robić swoje taksacye, obejrzeć porządnie każdą sztukę pod światło i przez okulary zobaczyć, ile razy była nicowana i czy się da jeszcze raz przewrócić, czy może z niej być kilka czapek.
Dopiero w sobotę na wieczór znowu się zaczyna. Wszystkie spodnie, saki, paltoty zaczynają wędrować.
Ledwie się u nas szabas skończy, już pełne schody interesantów, tych samych, co byli w poniedziałek.
Wtenczas oni potrzebowali zastawić, teraz potrzebują wykupić — i wykupują.
Płacą rzetelnie co się należy: kapitał, procent i za przechowanie za miesiąc, biorą swoją garderobę i idą na miasto.
W poniedziałek rano wszyscy są z powrotem, znowuż cały personel mego biura jest w negliżu, znowuż się robi gwałtowny ruch; saki, paltoty idą napowrót do magazynu, a ja, jak zwyczajnie, trochę na spacer.
To nie jest lekki chleb, wierzcie państwo, to nawet ciężka praca! Klientela jest głównie z prostego stanu, z takich ludzi, co zarabiają rękami.
Ja ich znam, ja wiem, co oni potrzebują... A co oni potrzebują?
W sobotę odbierają swoją zapłatę i zaraz im się chce pić i porządnie ubrać, więc wykupują swoje saki; w poniedziałek znowuż im się chce jeść, a do roboty im nie trzeba porządnej garderoby, więc zastawiają napowrót swoje odzienie — tym sposobem wędrujący sak jest zawsze w ruchu, a ja dwa razy tygodniowo mam wielkie zatrudnienie.
Ciężkie życie, na moje sumienie, i lombard nie słodki interes. Państwo sami wiedzą, że jeden procent na miesiąc, a trzy procenty za przechowanie to się nie opłaci.
Utrzymanie kota policzyć, terpentynę policzyć, a stratę zdrowia policzyć, gonienie móla, własne sapanie i kaszel, to co jest w zysku? Nic.
Całe szczęście, że ta zastawiana garderoba lubi wędrować, że w jednym roku bywa pięćdziesiąt dwie niedziele i kilkanaście świąt, że za każdym razem liczy się procent za miesiąc. Takim sposobem można jeszcze mieć odrobinkę życia.
Czy to człowiek dużo potrzebuje? — aby się kapitał trochę ruszał. Więcej nic.
Zastawiona kosztowność jest ociężała, nie robi prędkich obrotów i dlatego właśnie ja mam obrzydliwość do złota. Nie cierpię pereł, ani brylantów, ale bardzo, bardzo lubię wędrujący sak...






GRYMASY.




Sprawiedliwie powiadają ludzie, że jeno daj kurowi grzędę, to on zaraz poczyna się drzeć: „jeszcze wyżej siędę,“ zaś inszemu człowiekowi, żebyś nie wiem co dał, to mu się jeszcze zachciewa: szybki z okna, kafla z pieca, to zaś gwiazdki z nieba...
Ja ich znam takich grymaśników dokumentnie, bo to koło Warszawy mieszkając, dość się człowiek różnych cudaków napatrzy.
Będzie taki, co łazi po wsi, szuka, na to mówiący, jajka, dasz mu jajko — jużby chciał jajecznicy — najdzie jajecznicę — żąda kury, a ma kurę, pyta o ptasie mleko...
Także cudaki!
Jeno, że płacą sprawiedliwie za każdą rzecz, jakiej im się zażąda...
Ano, niech ich ta.
Dawniej nie znali ludzie tego, co teraz.
Gdzie kto mieszkał, to i mieszkał; chłop w chałupie, dziedzic we dworze... insze państwo i żydy w Warszawie.
Teraz im się zachciało letkiego powietrza i aby jeno lato, zaraz ci z pięknych pokojów warszawskich pcha się to precz do chłopskich chałup według tej letkości.
Gospodarze mają ztąd zarobek... I ja także gospodarz jestem, nazywam się Grzępiel, po imieniu Franciszek, chałupę mam i gości z Warszawy co roku.
Dla nich to kosztu nie żałowałem, dwa pomieszkania z chałupy robię, a sam z kobietą i dziećmi do stodoły się na lato wynoszę... Dwa pomieszkania zrobiłem i rewerendów dwie, jedna ode drogi, druga od obejścia, precz dzikiem winem obsadzone; piaskiem przed progiem wysypałem, świniom chodzić nie daję do stancyi, do państwa prosiąt nie puszczam, psa na uwięzi trzymam, żeby jakiej letniczki bez pończochę nie ugryzł; dogadzam każdemu jak wrzodowi i myślita, że są kontente?
— A to powiadają: gospodarzu, robaki łażą po ścianach, a to powiadają: gospodarzu, muchy, muchów trzymacie za dużo!
— A jakże — mówię — pani letniczka chce? W zimie muchów niema, bo na to jest lato, żeby były... Inszy zaś robak i w zimie jest, jak na ten przykład świerszcz, co za kominem cirka...
Letniczka mówi, że Niunia się boi tego cirkania i nie może spać. Każcie, powiada, tego cirkającego robaka wypędzić...
Jakże ja go wypędzę?
Śmieję się i powiadam, że on mnie nie posłucha, i że na muchy też rady nie mam, bo gdzie jeno zdybuje się bydło, to i muchy za niem idą.
— Bydła nie trzymać na lato, mówi taki letnik... a juści! O mleko wciąż się dopomina, żeby prosto od krowy, żeby w nim ani kropecki wody nie postało...
Insza letniczka idzie sama patrzeć jak moja kobieta krowy doi. A juści, ona myśli, że moja kobieta głupia!
O nie! baba też ma swój dowścip, a chociaż insza letniczka będzie ze starozakonnego narodu, przebiegła na wszystkie cztery boki, moja baba znajdzie i na nią sposób.
Niby to skopek przepłucze dla porządku, a z kwarcinę wody na dnie zostawi; letniki zaś smakują, że dobre, jako prosto od krowy.
A no, toć prosto.
Na masło też okrutnie łase i choć już na końcu pomieszkania, pod jesień, jeszcze im się majowego zachciewa, żeby było żółciuchne... Ale i to się im daje, niech ta jedzą i niech płacą. Marchwi, Bogu dziękować, nie brak w ogrodzie, to kobieta maślisko zafarbuje krzynkę na żółto i mają majowe.
A młodych kartofelków. Ha! ha! dość ja po dworach nachodziłem, szukając nasienia, które najwcześniejsze. — Swiętojanków dostałem doskonałych, ale albo to im dość? Chcą młodych kartofelków zaraz z wiosny.
I to im się robi, bo moja kobieta na każdy sposób sprawna i spekulantna. Bierze stare kartofliska, blaszaną łyżką z nich precz powykrawa maleńkie, w wodzie krzynkę wymoczy, a potem na jeden dzień zakopie w ogrodzie, żeby je ziemią czuć było i żeby się zamorusały!
Takie młode kartofelki mają i jedzą, aż inszego i inszą żywot zaboli; potem kwękają, a ja powiadam: — Proszę państwa, juści te młode kartofle szkodzące, bo za młode; koszt duży, a na pożytek nie idzie.
Wiadomo, że koszt musi być duży, w Warszawie ogrodniki po pół rubla za funt takiego drobiazgu biorą, to i ja nie mogę mieć krzywdy. Choć nie tyle wezmę, ale wezmę.
Jeździć okrutnie lubią i zaraz z miejsca pytają: A czy macie konie wierzchowe, a wyjazdowe, a bryczkę?
— A dyć powiadam, mam, a jakże, bo i sprawiedliwie dwie kobylska są do wszystkiego sposobne: pod wierzch, to pod wierzch, do wyjazdu, to do wyjazdu, a do brony, to do brony. Zwyczajnie, jak szkapy. Bryczkę mam, bo przy tych letnich grymaśnikach wszystko człek musi trzymać — to też kładę wasąg na wóz, siedzenie robię ze słomy i jest bryczka lepsza niż insza żydowska.
Oj, jeżdżą też, jeżdżą! A to do kolei, a to do lasu na majówkę, a to znowu do miasteczka po sprawunki, a to po gości, a to odwieź gości.
Szkapy dzień w dzień chodzą, chyba, że już wielka ulewa, to mają spokój.
Jednemu letnikowi zachciało się wierzchem paradować... pyta:
— Franciszku!
— A co?
— Konia pod wierzch macie?
— Konia nie mam, ale kobyła jest.
— A czy dobrze chodzi?
— Oj, oj... aby jeno na nią kawałek patyka, a twardego, to idzie jak wiater.
— A siodło macie?
— Nie mam.
— A jakże siadacie na szkapę!
— Juści staromodnie, z płotu.
Dumał, dumał, nareszcie powiada:
— Pojadę, ale podścielę sobie dywanik. Ile za wynajęcie?
— Niby szkapy?
— A tak.
Poskrobałem się w głowę i rzekłem:
— Rubelka pan da...
Dał bez targu. Licho wie, jak z takim narodem gadać. Szkoda, że nie rzekłem dwa ruble.
Położyłem na szkapie dywanik, podsadziłem letnika, niech se jedzie; ale kobylsko myślało, że do pojenia, do stawu, na wyścigi, jak się kopnie; letnik krzyczy gwałtu, ona jeszcze lepiej, dywanik z pod letnika wyleciał, on spadł.
Szczęście, że na piasek, jeno sobie krzynkę nos zadrasnął... powiada:
— Niech was licho z takim koniem!
A ja rzekłem:
— Panie, toć mój Wojtek ma dopiero pięć lat i jeździ na niej przez dywana.
Więcej już nie chciał.
Ciężki z nimi los, ale zawdy dochód jest, dogadza się im, bo dogadza. Ja im jajko sprzedam, ja kurczątko, ja kokoszę, kaczuszkę, ja mleko, masło, chleb, z ogrodu wszystko co potrzeba, ja marchewkę, pietruszkę, cebulę, rzodkiewkę, koper, szczypiorek i co jeno dusza zapragnie i biorę tylko krzynkę drożej niż w Warszawie, bo zawdy mają bez to oszczędność, jako że nie jeżdżą sami, nie płacą za furmankę do kolei, za bilet, za deróżkę.
Zawdy im to coś uczyni.
Słomy im sprzedam do sienników, drzewa do kuchni, dogadzam jak wrzodom — no i mam z takich dwóch familiów bez całe lato więcej niż czterysta rubli.
Ale ledwie wytrzymać mogę te grymasy... A to komin dymi, a to z pułapu się leje, a to się dzieciak mało w kałuży nie utopił na podwórku, a to że kogut za głośno pieje i za wcześnie, jakby przy zegarku taki ptak chodził, a psi szczekają za dużo.
Zeszłego roku narobiły krzyku okrutnego, jako że ziaba jest we studni. Chciały do niej sprowadzać komisyję, doktora, sędziego i witryniarza... Mówię:
— Czegój? Toć ziaba nie topielec, ani wisielec, żeby do niej komisyje zjeżdżały i żywa jest, bo się rucha, a jeżeli zaś nie podoba się wam, że w studni siedzi, to ją wiaderkiem wyciągnijcie, i albo puśćcie, żeby sobie poszła gdzie chce, albo zabijcie, żeby drugi raz we studnię nie wlazła.
Krzyczały, pomstowały, ale dla świętej spokojności kazałem Wojtkowi, żeby odzienie z siebie zrzucił, do studni wlazł i ziabę wyjął.
Sprawił się chłopak dobrze, ziabę w garść wziął i przyniósł letniczce na pokazanie, jako jest zdrajczyni złapana...
Wyrzuciły go za drzwi ze stancyi.
Panowie — to znów okrutnie do kart chciwe, gdy im jednego brakuje do czterech, to każdy chodzi taki markotny, jakby mu, na to mówiący, krowa zdechła.
I z tem do mnie przyszli.
Powiada jeden:
— Gospodarzu, nauczcie się grać we winta, będziecie na czwartego.
— Owszem, panie, ale co dostanę za granie?
— Ha, po dwie dziesiątki od „lobra“.
Co mam robić? uczę się, bo kto ma letników, to wszystkie grymasy musi znosić. Uczę się i będę grał, ale po dwie dziesiątki nie mogę.
Za tanio.
Niech dadzą po cztery dziesiątki od „lobra“ i osobliwie znów, do każdego „lobra“ cygaro.
Albo sobie przy kartach z nimi wypalę, albo na zimę schowam, na ten czas, kiedy grymaśniki odjadą...
Nie wiem tylko, czy za te „lobry wintowe“ nie zażądałem za mało, czym się nie oszukał?







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.