Ożenić się nie mogę/Akt I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Ożenić się nie mogę
Rozdział Akt I
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VII jako ePub Pobierz Cały tom VII jako PDF Pobierz Cały tom VII jako MOBI
Indeks stron


AKT I.
(Salon w domu Pana Gdańskiego.)


SCENA I.
Gdański, Maciej.
(Maciej w pół ubrany sprząta i kurz ściera, za nim rozmawiając krok w krok chodzi Pan Gdański. — Pan Gdański gruby, czerwony, brwi duże, włos kędzierzawy, często pot sobie obciera czerwonym fularem — surdut jego leży na krześle.)
Gdański.

I gdzież byłeś na mszy?

Maciej.

U szwiętego Krzyża.

Gdański.

I Pani tam była zapewne?

Maciej.

A była.

Gdański.

Widziałeś?

Maciej.

A widziałem.

Gdański.
Wyszliście razem.
Maciej.

Razem. Pani jednemi, a ja drugiemi drzwiami.

Gdański.

Rozumiem, ty sam i ona sama?Maciej.

Maciej.

Ja szam, ale Pani nie szama. (Mruga na stronie.)

Gdański.

Z Panią Kotecką?

Maciej.

Nie z Panią Koteczką.

Gdański.

Ze starym Turkiewiczem?

Maciej
(mruga na stronie jakby mówił: Wiém o co idzie).

Nie.

Gdański.

Z kimże?

Maciej.

Z jakimszik młodym egelantem.

Gdański.

Znasz go?

Maciej.

Ż widżenia.

Gdański.

Gdzie?

Maciej.

Był tu pare raży jak Jegomoszci doma nie było.

Gdański.
A wiém, wiém... jakże wygląda?
Maciej.

Z czarnemi wąszami.

Gdański.

To Pan Karol... z wąsami i bródką?

Maciej.

Nie. Ż fajworytami.

Gdański.

To jéj kuzyn Leon... tak... niskiego wzrostu.

Maciej.

Nie, wyszoki... Ot ten Panie co to zawsze jeździ kariorką, chudemi końmi.

Gdański.

Chudemi?.. Nie wiém. Szedł zatém z Panią, a ty za niemi.

Maciej.

Ż daleka ża niemi.

Gdański.

A oni?

Maciej.

Szli przedemną — prowadzili się pod pachę.

Gdański.

A ty ciągle za niemi?

Maciej.

Cziągle przeż Szaszki dżiedżiniec — potém oni poszli szobie na ogród, a ja na wierzbowę.

Gdański.

Czemużeś nie szedł za niemi?

Maciej.
A po czo?
Gdański (p. k. m.).

Prawda — po co? — Macieju, szkoda że ty taki głupi.

Maciej.

O proszę Jemgoszci, są głupszejsi odemnie.

Gdański.

Doprawdy?

Maciej.

Ot nasz Ignaczy — ożenił się, teraz szobie palcze gryżie.

Gdański.

Dlaczego gryzie?

Maciej (na stronie mrugając).

Bo żonka młoda, firtacz się lubi, a on żażdroszny. Choczbym ja żawsze miał szposzób na żonę, niechby tam była jaka bądź.

Gdański.

Jakiżto szposzób, mądry Maciusiu?

Maciej (pokazując bicie).

Szmarować, szmarować, żawsze szmarować, proszę ja Jegomoszci... a dobrze się pojedzie.

Gdański (do siebie p. k. m.).

Smarować... hm!.. nieuchodzi... prostak.

Hermenegilda (wchodząc, do Macieja).

Cóż to? — W pół rozebrany chodzisz po pokojach? — Wieleż to razy trzeba ci powtarzać, abyś zawsze o pierwszej był już w liberyi i w przedpokoju. Lada chwila może kto z wizytą przyjechać. Słyszałeś?(Maciej odchodzi.)





SCENA II.
Hermenegilda, Gdański.
Hermenegilda.

Prawdziwie, że to jest pod wodą płynąć, chcieć naszemu domowi dać jaki taki pozór przyzwoitości. Lokaje chodzą rozmamani po salonach, jak gdzieś jaka czeladź po warsztacie.
I niema się co dziwić... Pan pierwszy daje przykład.

Gdański (wdziewając surdut).

Tak gorąco kochanko...

Hermenegilda.

To siedź w swoim pokoju, ale mój salon szanuj z łaski swojéj. Zachowuj się przyzwoicie... a zwłaszcza nie strzepuj mi popiołu z cygarów po meblach i na posadzkę, bo prawdziwie trudno już daléj wytrzymać.

Gdański.

Jest! kwotidjanka. Zdaje się moja Hermenegildo, że nie miałabyś apetytu do obiadu, gdybyś się rano nie wykłóciła ze mną.

Hermenegilda.

Wykłóciła!.. Przekupki się kłócą.

Gdański.

A ty predygujesz?

Hermenegilda.
Na puszczy zawsze, niestety! Daremnie proszę cię i błagam, abyś chciał pozbyć się swoich kramarskich nałogów.
Gdański.

Kramarskich, kramarskich... Lepiéj pozbyłabyś się Wać Pani swoich wielkopańskich tonów... kramarskie nałogi dają pieniądze... a tony co?

Hermenegilda.

O pieniądze, pieniądze masz, ale tyle téż twego. Co zaś do tonów: Wiedziałeś w jakim świecie urodziłam się i wzrosłam. Wiedziałeś że nie mam majątku. Znałeś mój sposób myślenia, kiedy dla przypodobania mi się zamknąłeś swój handel. Czemuż mi teraz wymawiasz, a raczéj dlaczego ożeniłeś się ze mną szanowny Kasprze?

Gdański.

Głupstwo zrobiłem.

Hermenegilda.

Grzecznie.

Gdański.

Ale szczérze.

Hermenegilda.

I cóżbym ja powinna powiedzieć?

Gdański.

Pewnie nie toż samo.

Hermenegilda.

Tak myślisz?

Gdański.

Słuchaj Hermenegildo. Kiedy cię zaślubiłem przed dwoma laty, miałem szczérą chęć a co więcéj i przekonanie, że cię uszczęśliwić potrafię. W uniesieniu tego przekonania dałem ci zapis... (nosisz go przy sobie, jak relikwią, wiém). Zapis, którym obowiązuję zapłacić ci pięćdziesiąt tysięcy w razie gdyby kiedy przyszło między nami do sądowéj separacyi... (z mojéj winy, rozumié się.) Głupstwo zatem zrobiłem, ufając za wiele swojéj dobréj chęci. — Możesz że ty z twojéj strony toż samo powiedzieć? — Nie chcę a muszę posądzać cię, że twoim jedynym celem był ten zapis i że wstępując do domu męża, już oglądałaś się za temi drzwiami, któremiby z niego wyjść można jak najprędzéj.

Hermenegilda.

Pomysł czysto handlarski.

Gdański.

Jakże inaczéj tłómaczyć...

Hermenegilda.

Dobrze!.. teraz plujesz na dywan.

Gdański.

Jakże inaczéj tłómaczyć...

Hermenegilda.

I czemu tak krzyczysz?

Gdański.

Jakże inaczéj tłómaczyć postępowanie twoje? Zdajesz się wyszukiwać pilnie wszystko co mi jest najboleśniejszém.

Hermenegilda.

Świat mnie szanuje, uwielbia prawie, w domu tylko jestem kłótnicą i podłą intrygantką.

Gdański.

Świat, świat! świat suknia, a dom koszula.

Hermenegilda.
Lube porównanie.
Gdański.

Ile razy kto z moich dawnych przyjaciół przyjdzie do nas, odchodzi okryty pociskami twego dowcipu, albo milczeniem pańskiéj wzgardy. Ile razy tu zgromadzisz ten twój tak nazwany wielki świat, jestem zawsze celem przycinków, żartów, w których przyznać trzeba moja najukochańsza małżonka rej wodzi. — Jeżeli zatém upokarzasz mnie w twoim świecie, ja ci w moim domu oddaję wet za wet.

Hermenegilda.

Jedném słowem nie zgadzamy się nigdzie i w niczém.

Gdański.

A więc separować się trzeba. O nie moja Pani, możesz mieć w moim domu życie spokojne albo nieznośne — jedno z dwojga; innego nie osiągniesz, bądź pewna. Wierz mi, ja jestem...

Hermenegilda (kończąc).

Despota.

Gdański.

Z despotami... Ale jestem...

Hermenegilda.

Zazdrosny.

Gdański.

Prawda. Ale...

Hermenegilda.

Gwałtowny.

Gdański.
Prawda. Ale pomimo tego jestem, śmiało mogę powiedzieć, dobrym człowiekiem.
Hermenegilda.

W sekrecie.

Gdański.

Chcieć, korzystając z wad moich, chcieć doprowadzić mnie do jakowego czynu, któryby uprawniał separacyą, jest, wierz mi, grą bardzo niebezpieczną, (zapalając się coraz więcéj) bardzo niebezpieczną.. ostrzegam cię!

Hermenegilda.

Cóż szanowny Otello, zadusisz mnie?

Gdański.

Chybaby przypadkiem.

Hermenegilda.

A wiec nie jestem pewną życia.

Gdański.

O! O! nie udawaj przestraszonéj. Wiesz dobrze, że jesteś w zupełném bezpieczeństwie... Ale o twoich drabantach w żółtych rękawiczkach... tego nie powiém... (coraz gwałtowniéj) Niech się strzegą! Niech mi z drogi schodzą! bo jak którego chwycę, to go ścisnę jak to krzesło... (Podnosi krzesło i kruszy go w ręku.)

Hermenegilda (z razu przestraszona — potém z powagą).

Kasprze!

Gdański.

Przepraszam cię, przepraszam... uniosłem się zbytnie.

(Hermenegilda spojrzawszy na niego z góry, odchodzi poważnie. Na zadzwonienie i wskazanie Gdańskiego, Maciej sprząta krzesło złamane, mrugając na stronie — potém odchodzi.)
Gdański (sam).

I powiedzieć, że ja tę kobietę kocham szalenie! Gryzę się... wściekam się... (podnosząc kamizelkę) schudłem o pięćdziesiąt procent, a jednak kocham szalenie... O miłości! miłości!





SCENA III.
Gdański, Florjan.
(Florjan ma jasne długie włosy, jasną bródkę, jasny półfraczek i takież spodnie, niebieską chustkę na szyi, skórzany kaszkiecik, trykotowe rękawiczki)
Florjan (we drzwiach odtrącając Macieja).

Cóż u djabła!.. ten to tego... jak się zowie...

Gdański.

Co widzę! Florjan! Florjan! Jakże mi się miewasz? (ściskając go) Bardzo, bardzo się cieszę, że cię uściskać mogę.

Florjan.

Nie ściskaj tak mocno... I ja się cieszę... Ale cóż to ten tego... jak się zowie...

Gdański.

Zawsześ widzę wymowny.

Florjan.

Nie, nie... to ten tego emocja... nie dekoncertuj mnie... Jak się raz rozgadam, to już potém idzie gładko ten to tego.

Gdański (powtarzając).
Ten to tego. — Zkądże przybywasz?
Florjan.

Zkąd? — Zewsząd... Ale powiédz pierwéj co to znaczy... handel zamknąłeś... lokaj w przedpokoju, w liberyi... chce gwałtem anonsować?

Gdański.

Tak, tak mój poczciwy Florjanie, różne zmiany zaszły... bo znasz dawne przysłowie: kto się ożeni, ten się odmieni.

Florjan.

Ożeniłeś się? — szczęśliwy człowieku! Ja od dziesięciu lat przebiegam wszystkie części świata szukając żony i ożenić się nie mogę.

Gdański.

Szczęśliwy człowieku!

Florjan.

Wyraźne fatum: ożenić się nie mogę.

Gdański.

Ale wszakże pisałeś do mnie z Węgier podczas wojny: „W ten moment wracam od ślubu... jutro więcéj napiszę etc. etc...?“

Florjan.

Prawda, prawda wróciłem od ślubu... I podczas wojny... O! wojna to rzecz straszna... słuchaj zaślubiłem ten to tego...

Gdański.

Pozwól, że ci przerwę. (dzwoni) Zjesz ze mną dziś obiad, prawda?

Florjan.
I dwa, jeśli każesz.
Gdański (do Macieja).

Powiédz Pani, że będziemy mieli gościa na obiad...

Florjan (poprawiając).

Gości. Bo Pan Milder, który ze mną ze Lwowa jechał, ma do ciebie listy rekomendacyjne. Wkrótce pewnie nadejdzie, więc wypadnie go może na obiad zatrzymać.

Gdański.

Powiédz więc, że będzie dwie osób. Tak. Teraz słucham cię kochany Florjanie. (Maciej odchodzi.)

Florjan.

Kochany Kasprze... nie ściskaj tak.

Gdański.

Siadaj, słucham.

Florjan.

Otóż ten to tego jak się zowie w Eperies.... (Eperies albo Przeszów wszystko jedno) w Eperies zaślubiłem baronównę Genowefę Tömecz-Körecz.

Gdański (powtarzając).

Tomasz Deresz.

Florjan.

Tömecz-Körecz... wielka familia... O pół głowy wyższa odemnie...

Gdański.

Familja?

Florjan.

Nie. Genowefa — piękna kobieta! Wróciłem od ślubu szczęśliwy jak cesarz Marokański... Ale przy wieczerzy poddano mi zaprawnego pewnie wina... gałgany!.. Ja piję bona fide... Nareszcie tak się ten to tego, jak się zowie...

Gdański.

Spiłem.

Florjan.

Tak jest, spiłem się podług wszelkiego prawdopodobieństwa, bo końca wieczerzy nie pamiętam... gałgany!.. Nazajutrz, budzę się — wiész gdzie?

Gdański.

W łożu pod adamaszkową kotarą — co?

Florjan.

Tak, w łożu, piękne łoże! Budzę się... słuchaj... na wozie i w kajdanach.

Gdański.

Czy być może?

Florjan.

Na wozie, przy mnie kozak brodaty na straży. Odezwałem się do niego uprzejmie: „Proszę Wać Pana Dobrodzieja...“ A on na to: „Małczy Sukinsyn!“ — Ja jeszcze wtenczas po rosyjsku nie umiałem, dopiero późniéj nauczyłem się, że Małczy znaczy: milcz, a sukinsyn...

Gdański.

Rozumiem.

Florjan.

Niegrzecznie? Co? Ale nie mogłem się gniewać, bo jednego pogodnego poranku ofuknąwszy się nieco dostałem przez plecy pletnią... (Pletnia jest to ten

to tego...)
Gdański.

Nahaj, wiem.

Florjan.

Djable boli. Nie mogłem się więc gniewać?

Gdański.

Oczywiście.

Florjan.

Przez kilkanaście dni byłem ciągle oddawan, odsełan, przekazywan od ręki do ręki tak dalece, że wkrótce jak ja tak i nikt nie wiedział za co, kiedy, przez kogo zostałem wolności pozbawion.

Gdański.

Przykre położenie.

Florjan.

Arcyprzykre, honorem ręczę. Zwłaszcza, że lubo ja jeszcze wtenczas nie umiałem po rosyjsku, zrozumiałem jednakże, że byli tacy, którzy doradzali aby mnie jako niepewne indywiduum ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Powiesić.

Florjan.

Jak gdybyś tam był. — Chcieli mnie powiesić... rzecz przykra, ale Bóg ustrzegł mnie od téj nieprzyzwoitości, dlatego zapewne abym się jeszcze kiedyś ożenił. Koniec końców odséłan od miasta do miasta, przybyłem nareszcie do Kijowa. Tam doznałem wiele

względów i tam przeżyłem kilka miesięcy. Tam poznałem Pannę Teodorę Babinosów...
Gdański.

Babinosów?

Florjan.

Babinosów — piękna kobieta o głowę wyższa odemnie. Byłbym mógł ożenić się...

Gdański.

Jakto? Będąc żonatym?

Florjan.

Ale nie. Mówię byłbym mógł, gdybym był z Genowefą ślubem nie związan. Bo Panna Teodora zdawała się być mi przychylną... Ale inaczéj los zrządził. Nadszedł dzień mego uwolnienia... Odjeżdżam, pędzę na perekładnej... Wiesz co to jest perekładne?

Gdański.

Wiem.

Florjan.

Djable trzęsie. — Przybywam do Eperies (Eperies albo Przeszów, wszystko jedno), biegnę do domu Barona Tömecz-Köresz... wchodzę przez ogród... postrzegam moją żonę... piękna kobieta, o pół głowy wyższa odemnie, postrzegam stojącą we drzwiach salonu — skradam się z tyłu... spinam na palce i cmok ją w szyję. Byłem uprawnion, co?

Gdański.

Niezawodnie.

Florjan.

Otóż bardzo zawodnie, bo żona moja krzyknęła i zemdlała, a z ciemnego kąta powstał ten to tego jakiś olbrzym z rudą brodą i bez żadnéj przemowy jak mnie nie schwyci! jak mną nie wstrząśnie! aż mi ten tego sto świeczek w oczach zaświeciło i padłem bez zmysłów. Otrzeźwiono mnie, otrzeźwiono moję żonę... piękną kobietę... przyszło do objaśnień... bo objaśnienia trzeba było? Co?

Gdański.

Oczywiście.

Florjan.

Kiedy w dzień ślubu wyszedłem z domu, jakim sposobem dostałem się do obozu rosyjskiego, stojącego za ogrodem, nikt nie wiedział i nie wié. Szukano mnie trzy miesiące, trzy miesiące wzywano ten to tego jak się zowie... edyktalnie, a nie osiągnąwszy żadnych wiadomości, małżeństwo moje zostało anihilowane, — tém łatwiéj, że małżeństwo nie było tam to tego jak się zowie...

Gdański.

Rozumiem.

Florjan.

I moja żona poszła za tego honweda z rudą brodą. Człowiek wielkiéj siły... Spiesznie jéj było? ale miała prawo? co?

Gdański.

Niezawodnie.

Florjan.

Niezawodnie. Ja téż nacisnąwszy czapkę na uszy, wróciłem do domu. Tam w samotności przypominam sobie Pannę Teodorę. Pędzę do Kijowa na perekładnej... wiesz co to?..

Gdański.
Wiem, wiem.
Florjan.

Djable trzęsie. Przybywam, pytam się o Pannę Teodorę... O fatum! Teodora przed dwoma tygodniami...

Gdański.

Poszła za mąż.

Florjan.

Nie. Umarła.

Gdański.

Umarła?

Florjan.

Umarła w połogu.

Gdański.

A!

Florjan.

Fatum, prawda. — Biorę furmana, jadę do Lwowa, ztamtąd do Krakowa Eilwagenem — wiesz co to Eilwagen?

Gdański.

Wiem.

Florjan.

Brudna kareta. Dla mnie jednak była niebem, bo się w niéj znalazłem z młodą, piękną, bogatą wdową z Bukowiny... Jechał z nami i Pan Milder, który ma listy do ciebie... krótko mówiąc pokochaliśmy się.

Gdański.

Z Panem Milderem?

Florjan.
Ach gdzież tam! Z wdową. A jeżeli teraz się nie ożenię, to już nigdy.
Gdański.

Tak ci pilno? — Ach kochany Florjanie, nie wszystko złoto co się świeci.

Florjan.

Miałżebyś ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Nie być szczęśliwym? — Tak jest... mówiąc ściśle między nami... nie jestem szczęśliwy. Pokochałem młodą, piękną osobę znamienitéj familii. (z westchnieniem) Ożeniłem się. Towarzystwo mojéj żony inne, a moje inne. Jéj gusta inne, moje inne.

Florjan.

Jeden do sasa drugi do lasa. Rozumiem.

Gdański.

Przytém, przytém... (biorąc go za rękę) ale o tém ani słowa, rozumiesz ani słowa.

Florjan.

Ten to tego... Nie ściskaj tak...

Gdański.

Przytém zazdrość mię dręczy... zabija... schudłem jak szczypce.

Florjan.

No, tak dalece...

Gdański.

Jestem zazdrosny o wszystkich... bo trzeba ci wiedzieć, że moja Hermenegilda...

Florjan (zadziwiony nazwiskiem).
Hermenegilda?
Gdański.

Miała przed kilku laty iść za niejakiego Marskiego, pędziwichra, urwisza na wielki kamień... ale pomimo wzajemnéj miłości, wzajemnéj rozumiesz, rzecz do skutku nie przyszła.

Florjan.

To dobrze.

Gdański.

Dobrze. Ale ja tego Marskiego nigdy nie widziałem. W każdym więc młodzieńcu zbliżającym się do mojéj żony, lękam się jéj dawnego kochanka... Pojmujesz ty tę mękę?

Florjan.

Niekoniecznie.

Gdański.

Niedawno dowiaduję się, że jest w Poznaniu. Biorę pocztę, pędzę jedynie aby go zobaczyć. — Już był wyjechał. Staram się, chcę przepłacić jego portret, nadaremnie. Mówiono że w Neapolu był pchnięty sztyletem.

Florjan.

O! ten to tego...

Gdański.

I ja mam prawdę wyznać cieszyłem się...

Florjan.

Ale to mnie, mnie nie Marskiego jakiś Makaroni pchnął sztyletem... przez omyłkę prawda, wziął mnie za kogo innego... ale ja przerwałem rozpoczętą konkurencyą... bo straciłem fiducyą.. i wyjechałem czém prędzéj... Piękna kobieta!.. Ale nie chcę ci przerywać... Dźgnął mnie... brygant! słucham! Bodaj go djabli wzięli!.. słucham...

Gdański.

Koniec końców ten Marski jest wrogiem mojéj spokojności, nieustającą zmorą, nieuchwyconą marą. A przytém żona moja nie stara się przekonywać mnie o swojéj miłości.

Florjan.

Może ty ją nie dość ten to tego jak się zowie...

Gdański.

Nie dość kocham? Szanuję? — Ach Florjanie, kocham ją szalenie!

Florjan.

Nie ściskaj tak.

Gdański.

Jest jeszcze inna okoliczność, która jak skała wisi nademną. Ale tego powierzyć ci nie mogę, bo lubo jesteś moim najdawniejszym przyjacielem, jesteś jak to mówią malekowaty.

Florjan.

Malekowaty?

Gdański.

Czego się tkniesz, popsujesz.

Florjan.

Prawda, prawda, ale nie znałem tego wyrazu, malekowaty, malekowaty.

Maciej (cicho do Gdańskiego).
Proszę Jegomości... jakasz tam Pani chcze do Pana.
Gdański.

Pani? do mnie? — jak się zowie?

Maciej.

Nie chcze powiedzieć. (mrugając) I chcze się widżieć z Jegomoszcią szam na szam.

Gdański.

Jakaś kwesta.

Maciej.

Otóż masz! kweszta! To jakasz egelantka aż sztrach, ale jéj barżo pilno.

Gdański.

Któż to być może? Florjanie wejdź proszę cię do mojego pokoju — zapal cygaro, zaraz ci służyć będę... Jakaś dama chce ze mną mówić. (do Macieja) Proś, niech wnijdzie.

(Maciej odchodzi w środkowe a Florjan we drzwi na lewo.)




SCENA IV.
Gdański, Julja.
Julja (rzucając się w jego objęcie).

Kochany Ojcze!

Gdański.

Julka! — Przez Boga żywego co ty tu robisz?

Julja.

Przyjechałam do ciebie.

Gdański.
Idź, idź czémprędzéj... jednéj chwili pozostać tu nie możesz.
Julja.

Także mnie Ojcze przyjmujesz?! Także mię kochasz?!

Gdański (oglądając się niespokojnie).

Kocham, kocham, jak Boga kocham, kocham, ale znasz moje położenie.

Julja.

Właśnie dlatego że znam, chcę abyśmy z niego wyszli jak najprędzéj.

Gdański.

Ależ moja żona jeszcze nic nie wié.

Julja.

To się dowié.

Gdański.

Co ty mówisz!

Julja.

I dlaczegóż mam się bać macochy?

Gdański.

Ach ty nie wiesz...

Julja.

Od trzech miesięcy nie odbierając od ciebie kochany Ojcze odpowiedzi na pilne i ważne moje listy, musiałam przyjechać, aby się przekonać co to znaczy.

Gdański.

Musiałaś, musiałaś! Czyliż ci na czém brakowało?

Julja.
Na niczém z wdzięcznością wyznaję, ale teraz nie o tém mowa.
Gdański.

Słuchaj Julko. Niepomyślne a zatém i niedługie było moje pożycie z twoją matką. Ona została we Lwowie, ja osiadłem w Warszawie. Kiedy przed trzema laty umarła, pojechałem do ciebie i umieściłem cię u Pani Szarmantowiczowej. Źleż ci tam było?

Julja.

Bardzo dobrze, ale Pani Szarmantowiczowa poszła za mąż. Dłużéj przy niéj bawić nie mogłam. Tém więcéj (całując go w rękę) że i ja chciałabym pójść...

Gdański (oglądając się niespokojnie).

Pójdziesz, pójdziesz moje dziecię, tylko teraz ztąd pójdź precz, o to cię proszę.

Julja.

Ale ja za mąż pójść nie mogę, póki moje położenie w świecie wyjaśnioném nie będzie.

Gdański.

Wyjaśnioném! Alboż ja tego nie pragnę?

Julja.
Żeniąc się kochany Ojcze, napisałeś do mnie, że musisz taić przed swoją narzeczoną, że jesteś wdowcem i ze masz córkę już dorosłą, bo młoda Hermenegilda nie chciałaby za nic w świecie zostać macochą, — ale zapewniałeś razem, że po ślubie wszystko da się łatwo ułożyć; prosiłeś mnie przeto, abym czekała cierpliwie. Otóż dwa lata już mija a macocha, jak mówisz, o niczém jeszcze nie jest uwiadomioną.
Gdański.

Bo uwiadomić było niepodobieństwem.

Julja.

Dlaczego?

Gdański.

Bo w zatajeniu, że byłem wdowcem, znalazłaby teraz powód do separacyi.

Julja.

Alboż jéj pragnie?

Gdański.

Niestety?

Julja.

Nie wielka więc miłość, zatém troska zbyteczna.

Gdański.

Najprzód miłość wielka... z mojéj strony, powtóre w razie separacyi musiałbym jéj zapłacić pięćdziesiąt tysięcy.

Julja.

A! A!

Gdański.

Widzisz więc, że i twój w tém interes, aby węzeł rozwiązywać z wszelką oględnością.

Julja.

Rozwiążemy kochany Ojcze, spuść się na mnie.

Gdański.

Nie znasz twojéj macochy.

Julja.
Poznam ją. Nie boję się.
Gdański.

Ale ja.

Julja.

Co?

Gdański.

Bać się — nie boję... ale to charakter twardy... pomówimy o tém... A teraz idź... idź... Ach już zapóźno.

(Słychać głos Hermenegildy i Macieja w pokoju; kiedy Gdański pomieszany zbliża się do środkowych drzwi, Florjan wychodzi na scenę.)




SCENA V.
Gdański, Julja, Florjan, później Hermenegilda.
Florjan (na stronie).

Ten głos... Ha! moja wdowa.

Julja (do Florjana prędko).

Ani słowa, że mnie Pan znasz.

Florjan.

Ani ten to tego?

Julja.

Szczęście moje od tego zawisło. Przyrzekasz?

Florjan.

Ależ ten to tego?

Julja.

Milczenie — albo mnie już nigdy nie ujrzysz.

Florjan.
Zrobię jak Pani każesz.
Gdański (wracając się).

Idzie... idzie... (biorąc za ręce Florjana i Julię — sam we środku) Słuchajcie... a milczcie... w waszém milczeniu mój los.

Florjan.

Co? Co? I ten to tego...

Gdański (do Florjana).

Cicho; (idąc z niemi na spotkanie Hermenegildy) Kochana żono, prezentuję ci Pana Florjana Florka... Barona Florka.

Florjan.

Barrrrr...

Gdański.

Mego najdawniejszego przyjaciela... i jego małżonkę...

Florjan.

Ten to tego... (przysiadając z bólu) Nie ściskaj tak... jak się zowie.

Gdański.

Z domu Hrabiankę Temecz-Prziskoczil.

Florjan.

Jak? Co?

Gdański (do Florjana na stronie).

Cicho!

Hermenegilda.

Dawni znajomi mego męża są zawsze miłymi dla mnie gośćmi... Niechże Państwo usiądą, z łaski swojéj.

(Damy siadają na kanapie.)
Pani Baronowa dawno w Warszawie?
Julja.

Od kilku godzin.

Hermenegilda.

Jeżeli mogę jéj być do czego pomocną, proszę rozkazać.

Julja.

Jako zupełnie obca w Warszawie, z wdzięcznością przyjmuję jéj opiekę. Muszę jednak pierwéj przeprosić, że tak nagle bez poprzedniego zezwolenia wstąpiłam do jéj salonu. Ale mojemu mężowi tak pilno było uściskać Pana Gdańskiego, że musiałam uledz jego niecierpliwości. Mężu powiedzże słowo... Weź aby część winy na siebie.

Florjan.

O! tak, tak, ten to tego jak się zowie.

Hermenegilda.

Nie trzeba, nie trzeba najmniejszego uniewinnienia. Owszem, wyznam szczérze, iż odebrawszy uwiadomienie, że mamy gości na obiad...

Gdański (na stronie).

Otóż masz!.. zginę...

Hermenegilda.

Nie spodziewałam się tak zaszczytnego towarzystwa. Najmilsza zatém niespodzianka.

Maciej (wchodząc).

Już dano do stołu.

Hermenegilda (podając rękę Florjanowi).
Służę. Mężu, podajże rękę Pani Baronowej. Co za roztargnienie — złe dasz wyobrażenie o gościnności naszéj.
Julja.

O! proszę Pani uważać nas jako dawnych przyjaciół i domowych.

(Odchodzą.)
Koniec aktu I.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.