Mohort (Pol, 1875)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Pol
Tytuł Mohort
Podtytuł Rapsod rycerski z podania
Pochodzenie Dzieła Wincentego Pola wierszem i prozą; t.3 serya pierwsza: poezye (Poezye Wincentego Pola. Pierwsze wydanie zupełne. Tom II)
Wydawca F.H. Richter
Data wyd. 1875
Druk W. Maniecki
Miejsce wyd. Lwów
Inne Poemat poświęcony Kazimierzowi Ostaszewskiemu herbu Ostoja, rotmistrzowi kawalerii narodowej.
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MOHORT.


RAPSOD RYCERSKI


Z PODANIA.




Cnota sławą się płaci!” rzekł Jan
z Czarnolasu:
Więc co było poczciwe za dawnego czasu,
Niech i dzisiaj to jeszcze jako hasło świéci
Dla drużyny od serca i dla ludzkich dzieci!



Do

EDWARDA TADEUSZA

BIELINSKIEGO.




Oto Ci niosę mój kochany Szefie
Pieśń o Mohorcie i księciu Józefie!
Pytasz mnie, widzę, jak do niéj przychodzę?
A jużciż tego nie znaleźć na drodze.

Jak kruszec drogi są stare podania,
Co za nim trzeba spuszczać się w głąb ziemi;
I do udziału serce się nie skłania,
Co z dawna tylko rozmawia z zmarłemi.

Bo ta pierś wierna, co podanie chowa,
Taka milcząca, jak deska grobowa,
I z wierzchu zimna i jak lodem ścięta,
A jak relikwiarz dla świata zamknięta...

Więc jak odważyć tę deskę grobową?
I czém wywołać zmarłe w piersiach słowo?
Czy to się nada, co się z grobu rodzi?
I czy relikwiarz otworzyć się godzi?

Długo się o to pytałem niepewny,
I długom milcząc na tych grobach siedział,
Nad zbiegłym czasem bolejący, rzewny,
Aż mi świat w końcu na to odpowiedział,

Jak zapowiednia lepszych przyszłych czasów
Nowe zasady poczęły wychodzić,
Co miały ludzkość na nowo odrodzić,
I świat wybawić z śmiertelnych zapasów.

Na takie hasło prosił każdy w progi
Posłów zbawienia, jako niebios gości, —
W imię nadziei i świata przyszłości
Każdy ustąpił nowym ludziom drogi.

I wystąpili na świat nowi ludzie,
I świat pracował w bardzo wielkim trudzie;
Aż padł nareszcie zlany krwawym potem,
Bo co mu święte, to zbryzgano błotem.

I wystąpili na świat ludzie nowi
Z owém pogaństwem, co przed krzyżem padło;
I zarażali wścieklizną zajadłą,
I nowy ołtarz wznieśli bałwanowi.

I świat się od nich odwrócił z boleścią,
I łaknął znowu za niebieską wieścią,
I szukał Boga — a lepsi i szczérsi
Naprzód się w żalu uderzyli w piersi.

I jako karę przyjęli tę chłostę,
Że mogli zwątpić i w święte i w proste,
Że zapomnieli na to, co się działo,
Że Bóg opatrzne rządy świata trzyma,
Że odkąd Słowo tu się Ciałem stało,
Już dla ludzkości nowéj prawdy niema!
Więc za kotwicę wziął świat znowu wiarę,
I znowu dzierży, co nazwane stare!
Stare rozumem i stare sumieniem,

A wiecznie młode duchem i natchnieniem,
I woli dobréj i świata miłości,
Jako duch z ducha — jako kościół z kości!




O łatwiéj było zdeptać to, co dzielne,
Niż sprostać temu — i łatwiéj to zmienić,
Czego człek w grzechu nie zdoła ocenić,
Niźli ogarnąć, co jest nieśmiertelne.

A więc i u nas puszczono na nicę
Łaski kościoła, Narodu skarbnicę,
I tylko prawie miłosierdzie Boże
Dało nam ujrzéć już zachodnie zorze
Wielkiéj przeszłości, tljącéj w iskierce,
I na obrońcę dało to, co dawa
Upadłéj sprawie „kochające serce,”
Aby poczciwa nie ginęła sława,
Aby nie było światu w poniewierce,
Co obok Świętych Pańskich w dziejach stawa.
Wielka przed Bogiem miłości zasługa
Co się trzymała — krzyża — szabli — pługa —
Tak prześwietlona duchem Bożym wiernie,
Ze godna przyjąć w siebie nawet ciernie.
W tej to zachodnéj już Narodu zorzy,
Na fali dziejów obraz się kołysze,
Jeden z tysiąca — a zawsze Mąż Boży:
Więc żywot jego na grobowcu piszę...




„W kim duch pogański lub dusza bezbożna,
Kto nie wié, co to rycersko i rolno,
Temu szlachcica zabić nawet można:
Ale drwić sobie z szlachcica nie wolno!”

Tak to mi mawiał niegdyś pan Ksawery —
I wiernie chowam czasy w upominku,
Gdyśmy po łowach nieraz przy kominku
Noce trawili w pogadance szczéréj.
Było to w owym Kalenickim dworze —
Mgły się jesienne wieszały po borze;
Czasem jak całun przerwały się chmury,
I znowu widne po miesiącu góry.

Było to w nocy i już dobrze późno —
Z wieczora czułem, że pod koniem mięknie;
Lecz się z północy wyjaśniło pięknie,
I jasno było, chociaż było mroźno.

Chociaż już zapiał kur i załopotał.
Jeszcze w kominie płonęła buczyna,
I wierny klejnot drzymał u komina,
I ów jaz szumiał i młynek turkotał;
A z tym to szumem i turkotem razem
Biegły godziny nieujętym zdrojem,
I myśli biegły przepuszczane płazem —
A pan Ksawery siedział w krześle swojém,
W końcu mi rzecze: „Na żywego Boga!
Co się to stało u nas czasy temi!
Wszakci do szczęścia była znana droga,
Którą szedł naród wiekami całemi.
Wszak po téj ziemi widne były stopy
Mężów rycerskich, a i Świętych Pańskich:
A dzisiaj wiara potraciła tropy,
I świat się upił w praktykach pogańskich!
Czego tu trzeba? po co szukać daléj?
Wszakżem sam z młodu duchem takim pałał,
I żył tém życiem i kochał i działał,
I znałem ludzi kutych jak ze stali.

A kiedy za mnie bywali takimi,
To jużciż musiał być tam ktoś przed nimi,
Co po Bożemu w ojczyźnie się porał,
I rolę ojców tak pod nich zaorał,
A potém posiał ją takim posiewem,
Że owoc światu szlachetny zrodziła:
Znana w kościele męczenników krzewem,
A w dziejach świata z bohatérów siła.
Czego tu trzeba? po co szukać daléj?
Kiedym poczynał mój zawód wojskowy,
Żył tam na kresach mąż dzielny, surowy,
I z jednéj sztuki kuty jak ze stali.
Z Litwy był rodem, choć na kresach służył;
A choć za Szwedów już téj krwi nie skąpił,
Po moje czasy znaku nie odstąpił,
A przecież nigdy w służbie się nie znużył.”

„Ty, co to lubisz przeszłe dzieje badać,”
— Rzekł Pan Ksawery po niejakiéj chwili —
„Twoję to młodość wzmocni i zasili.” —
I o Mohorcie począł opowiadać.

A jak się rozgrzał i szczérze rozgadał,
To od niechcenia sam się rapsod składał;
I gdym się wpatrzył w ową przeszłość ciemną,
Do razu posąg stał niby przedemną.




Ktoby to myślał, ktoby się spodziewał,
Że gdzieś za światem w bodziakach Czehryńskich,
Że gdzieś na kresach niegdyś Ukraińskich
Taki świat dzielny i uroczy bywał?



Od owéj nocy ubiegło lat wiela,
I ów dwór górski pusto stoi sobie,
I niema łowów, bo i przyjaciela
W czarnym żupanie złożyliśmy w grobie.
Ostatni jeszcze to pan Miłościwy,
Ostatni jeszcze w Sanockiém myśliwy,
I pełen ducha i pełen dzielności,
Jako krew ze krwi i jako kość z kości.
Więc na cześć Jemu, na cześć Mohortowi,
Niechaj ta karta coś i dalszym powié.
Cóż o nich mówić? kto z ludzi nie błądził?
Lecz Pan Bóg będzie ich łaskawie sądził:
Bo w domu ojców jak starszyzna stali,
I to czynili, co z wyroku padło;
Co Bóg powierzył, to na nich nie siadło,
Bo miłość swoję następcom podali.

Ztąd w téj zachodniéj już Narodu zorzy,
Na fali dziejów obraz się kołysze,
Jeden z tysiąca — a zawsze mąż Boży:
Więc żywot jego na grobowcu piszę.






WIECZORY KALENICKIE.




I.
N


Nie raz Ci pono już mówiłem o tém,
Z jakim ja żalem te strony porzucił;
Jak mnie dopiero step znowu ocucił,
Jak o bogdance zapomniałem potém,
Kiedy mnie owiał stepu oddech zdrowy,
Gdy mnie ożywił duch służby wojskowéj
Na Ukrainie.
O mój wielki Boże!
I kędyż to mnie koń nie nosił światem,
I czém ja myślał, że się skończy na tém,
Że w grobie ojców jeszcze głowę złożę?
Innem ja życie roił sobie z młodu.
Gdy wiatr dnieprowy owiał mnie od wschodu:
Wstępując w służbę jam sobie układał,
Że będę w bitwach i na koniu starzał,
W namiocie sypiał, przy ognisku jadał,
Że orzeł będzie nad nami się zważał;
Że całe życie na stepach mi spłynie,
Że krzywa szabla wśród boju zasłynie.
I jadąc w pole z sokołem na pięści,
Ja byłem pewien, że Bóg nam poszczęści,
A kiedym ujrzał mogiłę z daleka,
Tom roił sobie: że jak legnę w boju,
To takie łoże na stepach mnie czeka,
Gdzie niby Hetman wypocznę po znoju.

Nie darmo w stepy ukraińskie z dawna
Młódź się garnęła ochocza do boju:
Boć po Hetmanach kraina to sławna,
A woda bywa najczystsza u zdroju —
Ojczyzna mogił, to ziemia rycérzy,
Kto w Boga wierzy, ten i w szablę wierzy.

Kiedy mnie ojciec z Dubiecka wyprawiał
W drogę na kresy, nie długo zabawiał:

„Idź w dzikie pola, kędy życie chrobre
I exercitium dla młodego dobre,
Zawdy na koniu i zawdy w obozie,
W służbie, w posłuchu i w hetmańskiéj grozie!”

Takie to, takie brała namaszczenie
Rzeczpospolita na domowym progu,
Było rycerstwo, bo było sumienie,
I cześć dla starszych i ufanie w Bogu.

Z ciężkiém ja sercem pojeżdżałem z razu,
I dzisiaj jeszcze zapomnąć nie mogę
I ojca mego, i matki obrazu,
Boć też uczciwie wyprawili w drogę!

Cztéry wierzchowce, trzy konie do bryki,
A bryka długa i łubem wyszyta,
I jak spiżarnia Pani Matki syta —
Chłopcy gotowe na trud i wybryki,
Dobrze okryte, i jak ja niegłodne —
Zaprząg był nowy, rzędy były sprawne,
Dał téż Jegomość i trzy szable sławne,
I prócz szturmaka dwie strzelby dowodne,
Dwie smycze chartów, i sygnet herbowy,

I trzos z tynfami, i kaftan łosiowy,
I rzekł poważnie, gdy to wszystko dawał,
Gdym stopy jego ściskał najgoręcéj:
„W poczciwéj sprawie będziesz Wasze stawał —
O tém co daję, masz się Waść sposobić,
I w łasce Bożéj fortuny dorobić,
I dobréj sławy, bo nie dam nic więcéj...”

A matka znowu dała pokryjomu
Jeszcze dni kilka przed wyjazdem z domu,
Dała, jak mówią, na dziś i na jutro:
Więc drogą szpinkę, strojne czaple pióro,
Rysia na kołpak — niedźwiedzia na futro;
A bryka była i płótnem i skórą
Dobrze ładowna — że zapasu stało
Jeszcze w lat parę dla mnie i czeladzi;
A nadto jeszcze (co nigdy nie wadzi)
I sto czerwonych złotych się dostało;
A oprócz tego na mundur osobno,
Aby nie tykać woreczka ze złotem:
Więc się w świat można było puścić o tém,
Choć w sercu było długo mi żałobno.

Po drodze było jeszcze dość scen rzewnych:
Bo ojciec kazał objechać mi krewnych,
Błogosławieństwo na drogę uprosić,
I zlecić siebie łasce i pamięci;
Więc nie raz przyszło jeszcze oczy zrosić:
Bo cóż to serca i co dobrych chęci
Miał ten świat polski dla młodego człeka,
Każdy obdarzył — bo podróż daleka,
I błogosławił — bo kolej niepewna,
I żegnał chlebem na domowym progu,
I dał przestrogę, i polecił Bogu,
Że dzisiaj o tém pamięć jeszcze rzewna.

Ledwo we Lwowie mogłem się ukoić,
Gdziem sobie sprawił cały mundur nowy,
Abym przystojnie mógł się już wystroić,
I już na kresach stanął jak wojskowy.
Ale od Lwowa stał już świat otwarty,
I pojeżdżałem w kraje co raz nowe...
Na wierzchu bryki trzymał kuchta charty.
Na jeden popas szły przodem wierzchowe,

Dopóki jeszcze szła droga Podolem,
Jechałem sobie przez piękne obłogi
I dniem i nocą, i lasem i polem,
Jak swoją stroną, nie pytając drogi;
Lecz gdym się przebrał przez podolskie jary,
Kiedym się wybił na wielkie równiny,
Minąwszy nieco Konstantynów-Stary
Owiał mnie oddech już obcej krainy:
Bo tam na wschodzie od wioski Bachłaje
Już ów tatarski „Czarny-Szlak” nastaje
I wieją wschodnie wiatry ukraińskie,
I w trawnych stepach buja sobie oko,
I pierś oddycha wolno i szeroko:
Hej! gdzie Rzym? gdzie Krym? gdzie Karczmy Babińskie?

Wolno jechałem, bo była pogoda,
I maj na niebie i w duszy swoboda;
Nie raz mi nocleg przypadł w stepie czystym,
I głos przepiórki do snu mnie ułożył,
A kiedym oczy znów w nocy otworzył,
Tonęła dusza w tém niebie gwiaździstém:
I w ów czas czułem na łonie natury,
Że naszem sercem taka pieśń kołysze,
Któréj Pan Nieba błogosławi z góry,
Lecz któréj w słowach człowiek nie wypisze.

Są piękne chwile i czyste natchnienia
W życiu człowieka, co lgną do sumienia
Jak jasne gwiazdy, jak słowa miłości,
Dopóki jeszcze godzien tych piękności.

Takie to było w stepach me zaranie,
Od takiéj zorzy brałem powitanie,
I takie głosy nieba czy narodu
Niósł wiatr stepowy do duszy od wschodu..
I tak jechałem co raz daléj, daléj,
A step przepływał nakształt morskiéj fali.

Ze stepów Bohu, więcéj ku wschodowi
Zwróciłem konie na stepy Dnieprowe,
I pojeżdżałem szlakiem ku Dnieprowi,
Kędy na kresach wojska narodowe
Od ujścia Rosi począwszy już stały —
A gdzie mi tylko mignął futor mały,
I w każdym siole i nad każdą rzéką
Pytałem ludzi, czy jeszcze daleko
Do brzegów Dniepru. — A czém bliżej było,
Tém niespokojniéj serce moje biło:
Jakieś uczucie szczęścia i obawy,
Jakieś pragnienie i czynów i sławy
Paliło duszę — i z każdym noclegiem
Jechałem raźniej — jakby nad tém brzegiem
Raj obiecany gdzieś tam dla mnie leżał.
Jakbym się lękał, żeby nie odbieżał
Dniepr swego brzegu! —

I noc zapadała,
I znowu ranna zorza mi świtała,
I znów był dzionek i było południe,
Gdym ujrzał futor i dworek i studnię.

Zjechałem z szlaku chcąc się napić wody,
Wtém wyszedł z dworku człowiek już nie młody,
A widząc, żeśmy zjechali już z drogi,
Krótkiemi słowy zaprosił w swe progi.
Był to poważny szlachcic i wojskowy,
Co w kawaleryi służył narodowéj;
Właśnie już było nakryto do stołu,
Więc téż i obiad zjedliśmy pospołu.
Świadomy miejsca opisał mi drogę,
I rzekł, że w miejscu stanąć jeszcze mogę
Na piérwszej luce, nim słońce zapadnie,
Ale że dobrze pojeżdżać wypadnie.
Więc téż nie bawiąc uprzejmie żegnałem,
I wziąwszy mundur żwawo pojeżdżałem.
Noc już zapadła od godziny blisko.
Gdym w końcu stanął na luce strudzony,
Gdzie Pan Porucznik miał swe stanowisko,
Któremu listy byłem polecony.

Po drodze nocny rozjazd mnie powitał
I przeprowadził do saméj granicy,
Żołnierz od czaty naprzód mnie wypytał,
Potém samego puścił do strażnicy.

Zwolna wstąpiłem do izby ponuréj,
Którą z nad pułki kaganek oświécał,
A od téj półki wisiały trzy sznury,
Które jak lonty był ktoś porozniecał
Dymek błękitny płonącego włókna
Wązkim się pasem po izbie rozścielił,
W wielkim kominie płomień czasem strzelił,
I zbiegł wężykiem po szybach od okna. —
A izba była pusta jak stodoła,

Prócz kołków w ścianie, prócz ławy i stoła
I prócz proporca, nic więcéj nie było.

Przetarłem oczy, bom nie wierzył sobie,
I rozumiałem, że mi się przyśniło
Jakieś widziadło, niby w nocnéj dobie:
Jak gdyby z grobu powstał Hetman który,
Taki mnie widok ugodził potężny.
Taki mąż siedział przedemną orężny,
Sędziwy, dzielny, groźny i ponury,
Na koźle z drzewa uciesanym siedział
Niby na koniu — a choć sobie drzymał,
Czuwał jak żuraw i o sobie wiedział,
Bo spiąc pistolet w prawéj ręce trzymał. —
Biały włos lekko osrebrzał mu głowę,
A rysy były tak pięknie surowe.
Że więcéj prawie podobien z daleka
Był do posągu, niźli do człowieka. —
Był to pan Mohort.

A gdy przed nim stałem,
Gdy mu od ojca listy oddać miałem,
Patrząc na niego, dopiéro pojąłem,
Dla czego ojciec mówił: — „Czołem! Czołem!
I nie zapomnij Waść w gębie języka.
Gdy przyjdzie witać Pana Porucznika!”
Bo był to jeszcze wojownik z pod znaku,
I wielki strażnik hetmańskiego szlaku,
Czujny jak żuraw, całe życie zbrojny,
Jako lew dzielny, jak posąg spokojny.

Długo myślałem, co robić wypada:
Zbudzić? nie zbudzić? — trudna była rada;
Stoję i czekam — kaganiec się mroczy,

W tém brzęknął pałasz od przeciwnéj strony,
A pan Porucznik rozwarł zwolna oczy:
„Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony!”
— Na wieki wieków! — z cicha odpowiada,
I z kozła swego niby z konia zsiada,
A potém trochę kagańca poprawił,
A potém rzucił na mnie wzrok surowy,
I zmierzył ostro od stóp aż do głowy,
I pytał krótko — a gdym mu się sprawił,
Rzekł, wysłuchawszy z uwagą wszystkiego:
„Jak się dzień zrobi to i list wyczytam,
A teraz syna pana Antoniego
Jako krew bratnią z poczciwością witam!
Dziś już za późno, i jestem na służbie,
Lecz jutro Waści na kresach podrużbię:
Już tu nie jeden piérwsze żołdy czynił
Więc po staremu będę gospodynił . . .”

Poszedł ku pułce, kędy stał kaganek,
Do owych sznurów za zégar służących,
Policzył węzły na knotkach płonących,
I rzekł: „Nie zaraz będzie jeszcze ranek!
Wracaj do koni, boś zdrożony może,
A jak zatrąbią na poranne zorze.
Czekam tu Waści” — potem krzyknął — „służba!”
Starszy towarzysz, człowiek już nie młody,
Wstąpił do izby — „No, przybył nam drużba!
Dacie mu nocleg a koniom wygody,”
Rzekł Pan Porucznik, i zlecił nas Bogu,
I przeprowadził oczyma do progu.

Kiedy oświtłem — dopiéro ujrzałem,
Żem był w okopie, który zamykała
Brama, na piętro otoczona wałem.

Była to sobie taka twierdza mała
Nad brzegiem Dniepru — okop był sklepiony,
W nim stały konie na bramie strażnicy,
Nad bramą obraz był Boga Rodzicy,
A pod nim napis — „Pod Twoje obrony.”

Ledwom się trochę ogarnął z noclegu,
I ledwom sprzątnął po sobie me łoże,
Przybył towarzysz: że czas do szeregu.
Bo już zatrąbią na poranne zorze.

„Baczność!” i Mohort stanął przed szeregiem:
W górze nad bramą był ganeczek mały,
Z niego się trąby po rosie ozwały,
I głos ich skonał za Dnieprowym brzegiem.
Hajnał krakowski odgrali trębacze
Który od wieków, co zorzy porannéj
Z Maryackiéj wieży po nad Polską płacze
Czystemi łzami Przenajświętszéj Panny;
A potem męzkie podniosły się głosy,
I pieśń pobożną wysłano w niebiosy.

Jak nie zapomnę nigdy piérwszéj bitwy.
Tak nie zapomnę téj pierwszéj modlitwy,
Bo cudny urok miał ten śpiéw poranny
Polskich rycérzy do Najświętszéj Panny,
Który po wiekach i po bojowiskach
Od pokolenia staréj Polski płynął,
I tu dopiéro w dnieprowych urwiskach.
Na krańcach Polski w Ukrainie ginął!

Po téj modlitwie chórem odśpiewanéj
Rozjazdy nocne raporty złożyli,
Potem szła koléj i służby i zmiany,

A chwilą późniéj gdyśmy odstąpili,
Dopiéro wówczas znów mnie Mohort witał,
I rzekł, że listy od ojca odczytał,
I życzy sobie opatrzyć me konie.

Z nocy stał jeszcze mój tabor na stronie,
Ludzie przy bryce, konie posiodłane,
I do poręcza rzędem powiązane.

„Coś mi Waść dworno! a wyglądasz przecie
Jakbyś sam jeden mógł jeździć po świecie!”

Potem obejrzał cały tabor w koło.
Konie i ludzi, i z tyłu i z przodu,
I rzekł mi w końcu, pomusnąwszy czoło:
„No — konie dobre! i nie miały głodu!
A co do ludzi to zobaczym jeszcze.
Waść jedziesz ze mną — lecz na moim koniu,
A rzeczy twoje i ludzi umieszczę
Tu na podzamczu, w bezpieczném ustroniu,
Lecz swoje konie każ mi rozkuć zaraz.
Bo choć wierzchowe, nie bardzo im skoczno;
W znaczek je puścić — niech z drogi wypoczną,
Bo w wojsku konia potrzeba nie na raz.

Pisze mi ojciec, że się rwiesz do świata,
I że krew żwawo po żyłach się sączy,
Więc wyprobujem tutaj pana brata.
Jest tutaj pole, zobaczym czyś rączy,
Krewkość niedobra — ale krew rzecz święta,
I nie za piecem chowają orlęta!
Ptaku mój, ptaku pancernego znaku!„
Ot dzisiaj właśnie na kresy wyruszę,
Pojedziesz ze mną od szlaku do szlaku,

Kędy rycérskie rosły animusze,
Tam się rozpatrzyć trzeba Waści rano,
Bo co jest dzielne, to dla nas nieobce,
Boć i ojcowie mieli krew rumianą,
Jak świadczą w stepie mogiły i kopce!

Kiedy to mówił, zwolna sobie kroczył
I wstąpił ze mną na okop wspaniały;
A ztąd dorazu kraj się rozkrył cały,
Dniepr u przepaści wstęgę swą roztoczył,
A jak najdaléj sięgło tylko oko,
Świat się rozłożył za Dnieprem széroko,
A na wzdłuż rzéki pomiędzy skałami
Mgła się poranna zwijała kłębami,
I w tejże chwili pierwszy blask promienny
Ocknięte stepy z ukosa zadrasnął,
I świat się budził — ale Dniepr był senny
I spać się zdawał — jak pod mgłami zasnął...

Ledwom wrażenie w duszy stłumić umiał,
Ah! bo i w duszy było w ów czas rano...
A Mohort zda się, że mnie wyrozumiał,
Bo rzekł: „i oni mieli krew rumianą!”

Trąba z nad bramy dała znak pochodu.
„No weź żywności, byś nie doznał głodu,
Bo różnie bywa, a nabij Waść bronie,
Mnie czas opatrzyć i ludzie i konie!”

Bo trzeba wiedziéć, choć nie było wojny,
Przecież na kresach rzadki dzień spokojny.
Humańskiéj rzezi pamięć była świéża,
A bojaźń dżumy trzymała żołnierza
I dniem i nocą na czacie granicznéj:

Bo potrzeb wielka, a człek był nie liczny.
A że porucznik sobie nie folgował,
Więc i podwładnych w służbie nie żałował,
To i o plaster nie było tam trudno,
I trzeba było stawać nieobłudno.

Tam na dwór jakiś Tatary napadli
Na podgraniczu, i cerkiew złupili,
To znów Kozacy tabun nam ukradli,
Czeladź uwiedli, lub wioskę spalili,
Czasem i łotry od multańskiéj dziczy
Wtargnęli, siłą dostawszy języka,
Czasem téż nasi tak na ochotnika
Ruszyli sobie na odwet ku Siczy.

To téż, gdy Mohort objeżdżał granicę.
Zawsze wyruszał najmniéj we sto koni,
Gotów do boju — i w takiéj pogoni,
I tym téż razem opuszczał stannicę.

Poczt był prześliczny, gdy ruszył po błoniu;
Na przodzie jechał na srokatym koniu
Najstarszy trębacz, sławny nasz Kafarek,
A za nim siedział na kuli Zégarek.
Tak zwał koguta, co go woził z sobą,
Bo był jak sokół na to unoszony,
Aby znać dawał, kiedy nocną dobą
Czas zmieniać straże — jakoż ustrojony
Był czarny kogut w porządny kapturek:
We dnie na głowie a nocą na sznurek
Wzięty do nogi budził obóz cały,
I podług niego czaty się zmieniały.
Tak był łaskawy, że z rąk tylko jadał,
A przy ognisku na ramię nam siadał.

Kafarków srokacz nie dotykał darnia,
A nocą świécił przodem jak latarnia;
Sam zaś Kafarek był myśliwy sławny,
I do sokołów i do chartów sprawny;
Tuż przy nim biegło zawsze chartów kilka,
Z których brał każdy pojedynkiem wilka.

Kiedyśmy kresów objeżdżali kraniec,
A noc zapadła nas czasem na stepie,
W ówczas rozpalał Kafarek kaganiec,
I nie raz przygrzał Tatarowi w ślépie,
A lulkę przy nim pozwolił zapalić,
I w dobréj zgodzie z granicy oddalić.

Od ujścia Rosi — aż tam gdzie Siniucha
Na pograniczu już do Bohu wpada,
Szła linija kresów i ziemia tak głucha,
Że tylko czasem pod koniem zagada.

Sześć tam chorągwi pogranicza strzegło,
Daleko było od luki do luki,
I kilka rzędów mogił stepem biegło,
A czort stepowy wyprawiał swe sztuki.

Pan Mohort z dawna miał obyczaj taki,
Że gdy poczt sprawił i wywiódł na szlaki,
Opodal środka sam jechał na boku,
Aby miał ciągle cały poczt na oku,
I gdzie potrzeba, stanął w jednym skoku;
Tutaj poczynał o zorzy porannéj
Śpiéwać Godzinki do Najświętszéj Panny,
A wszystka wiara powtarzała za nim,
I pieśń płynęła po rosie zaraniem, —
Konie parskały, a jakaś otucha
W górę ku niebu podnosiła ducha.

Głos miał potężny: i czy tam bywało
Krzyknie przed siebie „A wolno od czoła!”
Czy na straż tylną w potrzebie zawoła,
To już wyraźnie człeku się zdawało,
Że w ucho mówił, chociaż się nie silił,
A na komendę nawet koń nie zmylił.

Z tego téż miejsca było najdogodniéj,
Kiedy już w stepach było nieco chłodniéj,
W miejscu opatrzyć zająca i strzelić,
Lub się w pochodzie charty rozweselić.
Jeźli Kafarek prześlepił na przedzie,
To już Pan Mohort pewno go dojedzie;
I zawsze bywał, kresy objeżdżając,
Lub na pieczyste, lub do barszczu zając.
A jak Kozacy dostarczali burek,
Tak lisy w rudkach krésowych lisiurek.
Pan Mohort w stepach rad zawsze polował,
I nie jednemu i wilki darował.




Jako nowicyusz ja na lewém skrzydle
Jechałem z razu, i koń mi się zrywał:
Spostrzegł to Mohort — „Jak tam koń w wędzidle?
Czy Waść na przedzie zawsze tylko bywał?
Poskocz no ku mnie!” a więc w jednym skoku
Zebrawszy konia, byłem mu u boku.
„Basta!” zawołał — „Śmiało jeździsz Wasze,
Jeźli tak samo zetniesz się w pałasze,
To nie źle będzie, boś równo osadził,
Byleś mi konia spokojniéj prowadził.
Jakże się Waści w tych polach podoba?
Tu już potrzeba z konikiem od żłoba!
Piérwsze to piérwsze pole na sokole,

Toć poznać trzeba tę rycérską rolę.
Kto w boju legnie, narodowi miły,
Bóg sieje ludzie — człek sypie mogiły....

Kto Boga w sercu, a kord ma przy boku,
Ten znać powinien, że oko puklerzem,
Że cała dusza ma być wiecznie w oku, —
Kto nie ma oka, nie będzie rycérzem —
A kto rycérzem, ten już po zakonie
Znać to powinien, czego bronić trzeba:
Więc naprzód stawać ma w wiary obronie,
I Maryi Panny, téj Królowéj Nieba,
Potém w obronie granicy — i basta!
Bo reszta z tego już człeku wyrasta.
A kto się takim puklerzem uzbroi,
Kto przy kościele i granicy stoi,
Ten się prócz Boga niczego nie boi.
Tyle słów wszystkich — i pasuję niemi
W Wielkiéj Ojczyźnie ciebie na rycerza:
Pilnuj zakonu ! dotrzymaj przymierza,
A wszystko składaj w Bogu albo w ziemi....
Tyle słów wszystkich.”

I jakoż ni słowa
Nie rzekł już więcéj do końca samego,
Ani następnie, ani dnia owego
Téj treści do mnie — lecz mądrość surowa
Przylgnęła mocno na zawsze do duszy!
I nic jéj z serca więcéj nie wyruszy!

Boć to zaprawdę nie zła była szkoła,
Gdzie oprócz nieba i stepu do koła,
Tylko mogiły świadczyły przeszłości,
I poprzedników pobielałe kości;

A prawdę poznać na rycérskim szlaku,
I ślad poczciwy własném sercem zmierzyć;
Hej ptaku, ptaku pancernego znaku!”
To w taką prawdę wiecznie trzeba wierzyć.

Kiedyśmy wyszli na hetmańskie szlaki,
Kazał Pan Mohort narodowe znaki
Odkryć — i z pierszéj stepowéj strażnicy
Kazał otrąbić pieśń Boga-Rodzicy,
I rzecze do mnie: „To już grunt klasyczny,
I w ręku dzielnych jak bułat dziedziczny,
Tu już tradycyą trzeba dziatwie matczyć,
Bo ci śpią głucho, co by mogli świadczyć.”

I odtąd wszystkie mogiły już liczył,
I wszystkie wały i graniczne kopce,
W których okopach gdzie kto stawał kiedy,
I kto dowodził, kto zwyciężył wtedy,
Wszystko to, wszystko nie było mu obce.
Nie raz to zjechał ze szlaku na milę,
By obóz stawał zawsze przy mogile,
Znał każdy futor, każdy młyn stepowy,
Każdą pasiekę pomiędzy parowy,
Każdą krynicę, każdy krzyż przy drodze —
I kiedy nocą pofolgował wodze,
Sam koń już wiedział, kędy mu potrzeba,
A ty patrz tylko gwiaździstego nieba —
I gdy ta ziemia dla nas wszystkich była
Zaklętą księgą, gdzie tajemnic siła,
O które każdy tylko serca pytał,
To on w téj księdze tylko jeden czytał.

Nie tyle grozą, jak raczéj dozorem
Stała chorągiew — bo Mohort był wzorem

Wojskowéj służby — i kto pod nim służył,
Służbę pokochał i nią się nie nużył,
I mimo wiedzy nabiérał spokoju,
Powagi, hartu i serca do boju.
Lubił odwagę w towarzystwie naszym,
Lubił i zręczność i dzielność na koniu;
Ale broń Boże brzęknąć tam pałaszem.
Lub dla pustoty harcować po błoniu,
Zawsze ukarał za takie junactwo —
To się téż strzegło i wybryków bractwo.

W samych początkach nie wiedziałem o tém,
I nabawiłem się trochę kłopotem:
Nad brzegiem Dniepru leżały tam kłody,
Kędy chorągiew z końmi szła do wody.

Chętka mnie wzięła: ano czy koń skoczy,
I nuż harcować przez kłody i łodzie,
A w towarzystwie rozległ się ochoczy
Okrzyk — a Mohort spuszczał się ku wodzie
Z góry wąwozem — ja go nie dojrzałem;
Ale jak wykle, w towarzystwie całém
Chciano koniecznie bym wpadł w samołówkę,
I jak nowicyusz opłacił frycówkę.
Więc nikt nie ostrzegł, że Porucznik jedzie,
Aż sam już krzyknął — „Będzie tego! będzie!
A jakiż junak! jaki rycérz srogi!
Ot z pozwoleniem ... Ot powiem ja Waci,
Nie wielka sprawa, że szkapa ma nogi!
Kto chce być dzielnym, niechaj sobą płaci!
A gdy się stawisz do skoków ochoczym,
To dla junaków są tu inne skoki;
Kłody wysokie, a Dniepr nie wysoki.
Więc proszę za mną — na tamten brzeg skoczym!”

I puścił konia — koń był dzielny, śmiały...
Spłynął a płynie, że widno grzbiet cały.
Z razu pół biédy — lecz gdy w środku rzéki
Przed się pojrzałem, a tu brzeg daleki,
A woda zniosła a strach mnie opłynął,
To byłbym może w ów czas tam i zginął.

Ale mój Mohort, jak na szpaku bryźnie,
Jak mnie nie poprze swoim koniem z boku,
Jak nie pochwyci, to już w jednym skoku
Wyrwany z toni stałem na mieliźnie.

Wir nie szeroki, lecz był bardzo rwący,
Daléj nie było koniom jak do brzucha. —
„A co ? — powiada — a gdzieś podział zucha?
Kipi Dniepr bratku, chociaż nie gorący!”
Ale z powrotem to już czajka w biegu
Zniosła nas lekko od drugiego brzegu.






II.
D


Dzielny był Mohort i silny i zdrowy,
Czysty jak gołąb, do ostatnéj nitki,
Nie brakło nigdy ni szabli, ni kitki,
Lecz jak się zdało był bardzo wiekowy.

Miarkując z tego co sam opowiadał,
Już dobrze z górą sto lat sobie liczył —
Jakoż na konia z klocka tylko siadał,
Z wieczora sypiał, raz na dobę jadał,
A już z północka wszystkie kury liczył.

Za szwedzkiéj wojny był już namiestnikiem,
I pięciu królów pamiętał na tronie,
Nie było człeka w Litwie i Koronie
Coby po służbie był mu rówiennikiem;
A jak pamięcią najstarsi sięgali,
Wszyscy Mohorta już siwego znali.

Z dawnych to wieków tak w Polsce bywało,
Że te chorągwie, co na Rusi stały,
Starzejąc w służbie i idąc za chwałą,
Więcej Hetmanów niż Królów słuchały.

Był to akt wiary każdego szlachcica
Na Ukrainie, że już po kościele
Niéma jak Hetman na rycérstwa czele;
Że nic świętszego w Polsce, jak granica!

A strzedz granicy — to rycérska sprawa!
Więc téż na kresach o to dbano mało,
Co się tam z królem i na sejmach działo,
Byle wojskowa nie cierpiała sława.
Lecz o to dbały ukraińskie duchy,
By się Pan Hetman choć raz na rok stawił,
I dodał wojsku serca i otuchy,
I sam chorągwie w czystém polu sprawił.

Więc téż i Mohort był na to zbyt czuły
Co dla rycerstwa niósł obyczaj stary;
A od Hetmanów dane artykuły
I straż graniczna była aktem wiary!
Tak zaś wysoko zasługi oceniał,
Że po pacierzu, sercu w upominek,
Imiona wszystkich Hetmanów wymieniał,
A potém mówił — „Wieczny odpoczynek”
Za wszystkich, wszystkich Litewskich, Koronnych
Wielkich i Polnych — a co bitew dawnych,
Co fortec wziętych, i co miejsc obronnych,
Wszystkie wymieniał przy Hetmanach sławnych;
A koléj dziejów miał tak ułożoną,
Żeby i we śnie dokończył jéj pono.
„Klemens Branicki! — tu się zwykle wstrzymał —
To już ostatni!... dodawał powoli,
To już ostatni! Panie i to boli...”
A potém westchnął — westchnął i zadrzymał.

Ha! był to rycérz polskiego przymierza,
Bo pamięć dziejów łączył do pacierza.

Z Litwy był rodem, choć na kresach służył;
Choć stan rycérski nad wszystko mu płużył,
Lubił i rolę, i miał stepu kawał.

Futor, pasiekę i wszystko prócz domu;
Ogrodu swego téż orać nie dawał
I obsiać ziarnem na wiosnę nikomu,
Lecz go sam orał — „Odwykać nie trzeba
Człeku od roli, a wyknąć do domu!”
Tak to zazwyczaj do nas młodych mawiał —
Co wiosnę zorał choć zagonów parę
Koło futoru — lecz domu nie stawiał:
Bóg i animusz grzeje starą wiarę!
A więc w namiocie od śniegu do śniegu
Mieszkał zazwyczaj — czasem w wielkie szargi
Przysiadł w pasiece — „O zacznijcie wargi”
I znów powracał po krótkim noclegu,
Ale nie ściągnął na leże zimowe
Jak równo z zimą, po piérwszéj ponowie,
Bo zwykł był mawiać: — „Złe szlaki tropowe!”
Szalone było téż u niego zdrowie,
Zawsze pochmurne, choć się nie frasował.
Nigdy w swém życiu i dnia nie chorował;
Podpił raz na rok w dzień swego Patrona,
„Vivat! Rycérstwo! Litwa i Korona!
I Ruś co żywi nas tym chlebem Bożym,
I kędy głowę i te kości złożym!”
Tak zwykle kończył, gdy go miód rozbierze,
I ciągnął w myśli na „zimowe leże!”
W maju krew puścił, i pił jakieś zioła,
I tyle szwanku miał na ciele zgoła,
Co odniósł w boju — ale był pocięty!
Ztąd gdy przed burzą rany go targały,
Ledwo mógł skończyć pacierz rozpoczęty,
Chociaż w modlitwie był wszystek i cały,
Choć Litwin z rodu, choć uniata hardy,
Choć jak dyament, był katolik twardy.




Cztéry mil prawie od granicznéj luki
Był tam monastér Ojców Bazylianów,
W nim księża wielkiéj cnoty i nauki,
Wspiérani łaską okolicznych panów,
I nie daremnie, bo miała przytułek
Tam młódź uboga z parafialnych szkółek:
I już nie jeden, co u furty jadał,
Kiedy się pięknie w tych szkółkach wyćwiczył,
Na starość w ławce przy ołtarzu siadał,
A syn już po nim i wioski dziedziczył.

Sławne to miejsce było odpustami,
A stary Mohort był tam niby w domu.
Bo żył w poważnej przyjaźni z księżami,
I całe dzieje klasztoru nikomu
Nie było równie znane, jako jemu...
I tu od wszystkich starszy, po staremu,
Jak i na kresach poważnie rej wodził
I z cicha kącik na starość łagodził.
I zawsze mawiał: — „kiedy już nie będzie
Mógł siąść na konia, a Bóg mu pozwoli
Zebrać co grosza, a klasztor zezwoli,
To na dewocyi u Ojców osiędzie.”

Jakoż w klasztorze miał już własną celę,
A w niéj szlacheckie swoje depozyty:
Turecki namiot, drogie karabele,
Kilka par sukien, nie jeden pas lity,
Sadzone rzędy, co droższe rysztunki,
Słowem rycerskie sprawne moderunki.
Więc i ksiąg kilka i kilka puharów,
Kilka pamiątek jeszcze od Hetmana,
Parę kobierców i klasztornych darów,
I sławną szablę od samego Hana, —

I familijne w kantorku papiéry,
I relikwiarzyk od matki nieboszczki,
I z Matką Boską ryngraf złoto-szczéry,
Święcone wianki i palmowe rószczki, —
I Święci Pańscy ozdabiali ścianę,
A łoże nisko u ziemi wysłane
Było okryte końską skórą białą,
Jako na zakon rycérski przystało.

Miał i piwnicę własną dla wygody,
Co swoim sumptem przed laty zmurował,
W niej stare wina i wytrawne miody,
A jak mówiono i stary grosz chował,
Co go przekazał po najdłuższém życiu
Na klasztor (jako starszy brat cerkiewny);
Tylko ksiądz jeden i jeden dziad pewny
Wiedział o skarbie, gdzie leżał w ukryciu.

Chodziła bowiem gadka między ludem,
Że Mohort doszedł bogactw prawie cudem.
Bo mu się nocą jakiś duch pokazał,
Wichrami gnany w czyścowéj katuszy,
I pod mogiłą skarby mu przekazał,
Prosząc, ażeby pamiętał o duszy.
Dziwne to dziwne są te sądy Boże!

Łup hajdamaków znalazł się w klasztorze.
Czyli tak było? — nie wiem — lecz gadano,
Że tém siérotom dał nie jedno wiano,
Co po humańskiéj rzezi pozostały,
I z miłosierdzia w chatach się chowały.
A ile razy tylko nów nastawał,
Za dusze zmarłych na Msze Święte dawał.




Dwa razy na rok dłużéj się zabawiał
W murach klasztornych: raz gdy gości gościł
Na imieninach — to znowu gdy pościł,
I rekolekcye w Wielki Post odprawiał.

Na Symeona bywał prażnik w maju
I w monastérze, w Święto Symeona
Obchodził Mohort dzień swego Patrona.

Monastér leżał prześlicznie śród gaju
Cienistych dębów, śród lip i jaworów,
I cała szlachta z okolicznych dworów
W tym dniu zjeżdżała na solenizacyą;
A Mohort suto podejmował bracią.

Namiot turecki stał zwykle wzniesiony
Przed monastérem dla uroczystości,
A solenizant pięknie ustrojony
Stał przed namiotem i przyjmował gości,
I pośród gaju bywał dzień wesoły,
Bo pod lipami zastawiono stoły,
A gdy wiwatów nadeszła już pora,
Trąby ich odgłos roznosiły z wieży
Na okolicę — a na znak Rektora
Bito na vivat z klasztornych moździerzy.

A potém znowu cicho przez rok cały
Bywało w gaju — tylko słowik śpiéwał,
Tylko głos dzwonu wzdłuż jaru przepływał,
I po nad źródłem światełka migały,
Gdzie z pod kapliczki sączył się zdrój mały.

I w ciągu roku zdarzało się częściéj,
Że ze Mszą Świętą księża przybywali,

I dobrodzieja na luce zwiedzali,
Chcąc się dowiedziéć, jak mu Pan Bóg szczęści?

Na nabożeństwie czterdziesto-godzinném,
I na Popielcu z nami jeszcze bywał,
I „Gorżkie żale” po sumie zaśpiéwał;
Lecz po nich zdawszy już komendę innym,
Wracał na futor i brał kubrak na się —
A co uzbiérał przez rok cały w czasie
Z sadu, z pasieki, z bydła i ze młyna,
Z tego szła więcéj niźli dziesięcina
Do monastéru Ojców Bazylianów.

Dwie a czasami trzy wołowe maże
Suto ładowne szły dla Ojców w darze —
A na najpiérwszéj sam siedział na wierzchu,
I zwykle stawał na miejscu o zmierzchu;
A gdy zadzwonił u furty klasztornéj,
To już nie rycérz, lecz kubrak pokorny
Odsyłał ludzi do dom w Imię Boże,
A sam się wpraszał pokory słowami
Na rekolekcye — a wozy z wołami
I cały zapas zostawał w klasztorze.

To już przez cały Wielki-Post się bawił,
I włosiennicę pokutną przywdziewał,
Długie godziny na modlitwie trawił,
I z księżą razem w chórze pieśni śpiéwał;
Bo jako rycérz wziął pokorę z daru,
Więc na usługach cichych i pokornych
Czuwał przy chorych, a chłopców klasztornych
W koléj pacierza słuchał i alwaru.

Tu na rok cały léki przysposabiał:
Jeruzalemski balsam zwykle rabiał,

Maść Matki Boskiéj cudną od zranienia,
Rycérski kordyał z ziół i okowity,
Na wszelkie wnętrzne bóle wyśmienity.
I jakieś proszki od gadu kąsania.

Tu zapas kartek zwykle wygotował,
Któremi ludziom febrę odpisował;
A dla klasztornéj i własnéj wygody
Przepędzał wódki i rad sycił miody....

A gdy pomyślał o duszy i ciele,
O refektarzu, o świetle w kościele,
I o kalectwie klasztornéj furty,
Gdy chłopców postrzygł i w łaźni wyparzył,
I przybrał w nowe koszule i kurty,
A okoliczne ubóstwo obdarzył:
Wówczas dopiéro dla sławy Narodu,
Przy postnych grzankach i przy szklance miodu
Z całego roku z pomocą Rektora
I „Silvam rerum” spisywał z wieczora;
Aby w klasztornych księgach pozostało,
Co się w Ojczyźnie i w Kościele działo....

Gdy Wielki-Tydzień w końcu już nadchodził,
Mohort zazwyczaj wszystko załagodził;
A kiedy Mękę Pańską zakonnicy
Rozpamiętywać w końcu poczynali,
Klęczał i Mohort tam, gdzie się kapnicy,
Zakrywszy głowy, w skrusze biczowali . . .

Aż w Wielki-Czwartek znów był mundur wzięty
Gdy przystępował do spowiedzi Świętéj...
A choć post cały gdzieś w kąciku jadał,
To w Wielki-Czwartek, gdy mundur ubierze,

Po prawéj ręce Rektora zasiadał
I w Refektarzu jadł Pańską Wieczerzę.

A po Wieczerzy, starym obyczajem,
Na koń i do dom — komendę odebrał
Przed rezurekcyą — i do ust nic nie brał.
Póki się z nami nie podzielił jajem...




Przeszedł czas długi saskiego pokoju,
Rozpił się naród i odwykł od boju,
Po nim nastąpił wiek innego kroju:
Stanisław August i uczył i stroił,
Lecz nie douczył, ani téż dozbroił.
A mój Pan Mohort przez te wszystkie czasy,
Gdy inni tylko popuszczali pasy,
Jak słup graniczny na granicy siedział,
Starzejąc w służbie, a zawsze o swojém;
I choć na kresach o wszystkiém niewiedział,
Trapił się w kraju tak długim pokojem;
I dochodziły o nim Króla słuchy,
Poznał go nawet kiedy był w Kaniowie.
Lecz że królowi przydworni panowie
Ganili zawsze te stepowe duchy,
Ztąd téż i łaski u tronu nie mieli,
Chociaż w usługach ojczyzny starzeli.

Był tam Rudnicki, był tam Madaliński,
I Mokronowski późniejszemi laty,
Czasem przebywał i Hetman Ogiński...
A towarzystwo? to Konfederaty
Co drugi prawie — i komu zaduszno
Było w Koronie, w partyi ukraińskiéj
Znalazł i miejsce i okazyę słuszną,

Dawnych przyjaciół lub przymierze nowe,
I miał przynajmniéj już złożyć gdzie głowę.
Ztąd tutaj tylko, i u takiéj wiary
I duch rycérski i obyczaj stary
Mógł się przechować jeszcze po staremu;
I kto tu widział wszystko jeszcze cało,
Nie mógłby nigdy nawet wierzyć temu,
Co się podówczas już w Warszawie działo.
Lecz i na kresy przyszła w końcu kreska,
Bo się poczęto przypatrywać z bliska
Sprawom i ludziom, w obozie i w radzie,
Bo się ważyły rzeczy w nowym składzie.

W koronném wojsku miał żołnierz traktament,
I cudzoziemski był już autorament,
A kawaleryi narodowéj strojem
Każdy towarzysz sługiwał o swojém,
I sam się żywił, i zbroił i odział;
Komenda polska, na chorągwie podział,
I małe poczty prowadził namiestnik...
A już z chorągwią Pan Porucznik chodził,
Kiedy Rotmistrzem był Miecznik i Cześnik,
Co nigdy w służbie ludźmi nie dowodził,
Bo w Wielko-Polsce lub w Krakowskiém siedział
I o chorągwi swojéj ledwo wiedział.




Takim to sprawy szły podówczas szykiem,
I był Pan Mohort takim Porucznikiem.
A że najstarszy był służbą i wiekiem,
Że rzecz nie stała rangą, lecz człowiekiem,
Że wiecznie siedział na miejscu i łęku,
Ztąd wszystkie końce jeden trzymał w ręku; —
Przeszli Hetmani i Regimentarze,

A to się działo co pan Mohort każe,
Bo stał przy Bogu i brał rzeczy nago,
Ztąd stało wszystko tam jego powagą.
I gdy Król pytał: — „A cóż się tam dzieje?
Jakiż od Dniepru duch tam teraz wieje?”
To zawsze wyszedł z partyi ukraińskiéj
Na wierzch Pan Mohort i Pan Madaliński;
Lecz wypadało to w końcu odmienić:
Czego zgnieść trudno, to trzeba pocenić.
— Weźmy Mohorta tutaj do Warszawy,
A jakoś pójdą ukraińskie sprawy —
Lecz Pan Branicki im na to powiada:
„Weźmy Mohorta bardzo piękna rada,
Ale ja wątpię czy się to powiedzie,
On służbę rzuci, a tu nie przyjedzie,
I cała partya tylko się oburzy,
Bo Mohort służy, jako nikt nie służy.
Takich jak Mohort nie wielu naliczym;
Jeźli nie służbą, nie ujmiem go niczém!”

A pod te czasy przybył do Warszawy
Był Książę Józef, co się z Kińskiéj rodził,
I zagranicą długo do szkół chodził,
I nabył nawet już wojskowéj wprawy,
Bo Regimentem Cesarskim dowodził;
Ale że z rodu był w pół cudzoziemiec,
Że nie znał kraju, i nie miał zacięcia,
Ztąd nie miał w wojsku ni w narodzie wzięcia,
I pospolicie był zwan: Książę niemiec.
Król się tém strapił, bo go umiał cenić,
Więc wypadało coś jakoś odmienić,
I dać mu jakąś sankcyą osobliwą.
Tu Pan Ogiński wpadł na myśl szczęśliwą
Wezwać Mohorta i oddać mu księcia:

Polską komendę niech pozna co żywo,
To i nabierze polskiego zacięcia,
I jeszcze w wojsku i w narodzie wzięcia.
Więc jako Hetman i najstarszy drużba
Pana Mohorta taki list wyprawił:
„W Bogu, i z Bogiem!
Towarzyszu służba:
Konno i zbrojno będziesz tu się stawił.”
— „Niema co mówić, ordynans Hetmana”
Rzekł pan Porucznik kiedy list przeczytał;
Więc zdał komendę, a nazajutrz z rana
Już go na drodze promień słońca witał.

W Warszawie hetman zapoznał go z księciem;
Od piérwszéj chwili gdy mu spojrzał w oczy
I pojął, jaki to się świat w nich mroczy,
Był dla Mohorta z tak wielkiém zajęciem,
Iż rzekł w pokorze do Hetmana: „Wierzę,
Że mi się uczyć gdzie tacy rycérze!”
I odtąd tylko z Mohortem na koniu,
I odtąd tylko przy mustrze na błoniu
Widziano księcia, i poczęto chwalić,
A piękne panie poczęły się żalić:
„Co to za trudy na takie paniątko!
Z takim rębaczem zdziczeje książątko.”

A gdy pan Hetman coś w tygodni parę
Spytał Mohorta — „Czyś tam kontent z księcia?
Czy najdzie przecie na naszę tam wiarę?”
„Dobry — rzekł Mohort — nabiéra zacięcia,
Jest krew poczciwa, i serce i oko;
A jak się w boju spotka z Panem Bogiem,
To może z czasem urośnie wysoko,
I będzie kogo postawić przed wrogiem.”

U kapucynów stanąwszy kwaterą,
Ciągle na koniu, cały dzień na dworze,
Związał się z księciem przyjaźnią tak szczérą,
Że książę zwiedzał go nawet w klasztorze,
Gdzie także bywał i hetman Ogiński,
Przyjaciel całéj partyi ukraińskiéj.
Tam to o mustrze nie było już mowy,
Dyskurs duchowny, lub tylko sejmowy,
Bo Gwardyan — święty, Pan hetman — surowy,
Mohort — rycérski — ot i była szkoła:
To chociaż nie raz pokojowiec woła,
I listki nosi i na ustęp prosi,
To książę tylko ciągle go odgania,...
I tak do gustu szły mu owe zdania,
Tak je brał chciwie, że nie było mocy
Z klasztoru wyrwać Księcia o północy.

Jedyną tedy pociechą w Warszawie
Był Mohortowi Ogiński i książę...
Lecz choć i klasztor, choć i przyjaźń wiąże,
Tęsknił do kresów i zmizerniał prawie:
„Już mi tu zginąć widzę w téj Warszawie.”

Wisła mu Dniepru nie mogła zastąpić,
I każdą chwilą życia począł skąpić;
Więc kiedy księcia już nauczył służby,
Nie chciał pozostać w Warszawie i chwili:
„Tęsknią tam po mnie i konie i drużby,
Muszę na szlaki!”
Więc Król go przywołał,
I ledwo słowy wypowiedziéć zdołał,
Ile mu wdzięczny i ile go ceni,
Że mu synowca tak pięknie wyćwiczył
W rycérskich sprawach, że się szczęsnym mieni
Mieć go w swym wojsku, w końcu, żeby życzył,

Aby mąż taki, co tak dzielnie stawał
W obronie kraju przez lat szereg długi,
Przyjął nagrodę — a więc krzyż mu dawał,
I rotmistrzowską buławę zasługi
I ukraińską słobodę na wieczność,
A przy tém była i łaska i grzeczność
Króla tak wielka, że aż dwór się zdziwił,
Za co łask tyle i tyle partesów
Dla szerepetki z ukraińskich kresów.
Sam tylko Mohort coś trochę się skrzywił,
I rzekł do króla: — „Miłościwy Panie!
Umiem ja cenić choć w pomiernym stanie
I łaski Waszéj Królewskiéj Miłości,
I nie powszednie Jego dla mnie względy;
Ale nie dla mnie takie dostojności,
I po staremu rzecz nie idzie tędy!

„Chrzest, to Sakrament niczém niezmazany,
Ja na chrzcie świętym wyparłem się czorta,
I Krzyż przyjąłem krwią Boga oblany,
I ufam w Panu, że Pan Bóg Mohorta
Karać nie będzie choć przynajmniéj za to,
(Jeźlim nic więcej sobie nie wyprosił),
Bom dla ojczyzny ten Krzyż wiernie nosił,
Stojąc na czatach przez nie jedno lato;
Więc po raz wtóry krzyża wziąść nie mogę!

„Co do buławy — zaszczyt to rycérski,
Ale w chorągwi rotmistrzem Pan Kierski,
A ja chorągwi mojéj nie porzucę,
Bom w niej zastarzał Miłościwy Panie!

„A co do ziemi — to jéj mam nie mało;
A jeźli z resztą w życiu jéj nie stało,
To jéj dodadzą po śmierci — i stanie.”

Więc król mu na to: — „A to mi Spartanin,
To Polak twardy ! — To Republikanin...
Teraz dopiéro ciężą mi me długi,
Gdy mnie za serce taka cnota chwyta,
Gdy za ubogą jest Rzeczpospolita,
By mogła spłacić swych synów zasługi;
Więc jedną prośbę mam tylko pod niebem:
Nim się rozstaniem, przełamiem się chlebem.”
 
I wielki obiad był nazajutrz dany
Na cześć Mohorta na zamku królewskim...
I do obiadu przyszedł. Król ubrany
W złotym pancerzu i w płaszczu niebieskim,
Jak na obrazach bywa ustrojony;
Lecz do obiadu był tylko proszony
Sam jeden Mohort z królewską rodziną,
A był i Hetman.
Król bardzo łaskawy.
Ciągle się bawił tylko Ukrainą,
I wypytywał o ludzi i sprawy;
Pod koniec stołu zawołał: — „Panowie!
Ojciec ojczyzny wnoszę teraz zdrowie
Tu najstarszego w ojczyźnie rycérza!
Niechaj nam żyje, z nami się sprzymierza!”

I wypił kielich, i wszyscy powstali,
A po toaście wyszedł już król z sali,
I zdjął ów pancerz; a Pani Krakowska
Wniosła go za nim wraz z pięknym szyszakiem,
I wraz z pancernym przez nią szytym znakiem
Złożyła razem przed Mohortem zręcznie,
I słów nie wiele, lecz rzekła tak wdzięcznie,
Że wszystkich w głębi przejęły te słowa.
Na piersi zwisła Mohortowi głowa,

I rzekł wpatrując się w ów znak pancerny:
Hej! ptaku, ptaku pancernego znaku!
Jak zawsze byłem téj chorągwi wierny,
Tak Królu, Panie! stoję Bożą wolą,
Rany nie bolą — lecz łzy takie bolą.”
I Książę Józef na starca się rzucił,
Sam Król łzę otarł — Hetman się odwrócił...
I słychać było tylko czyjeś łkanie,
I takie było z Dworem pożegnanie.

Kiedy nazajutrz słońce w pełnym blasku
W Wiśle zagrało, poił Mohort konia
W Wiśle na drogę — wtém tętent przez błonia
I jakieś wierzchy wymykają z lasku.

Mohort się spojrzał — a tu jedzie książę
Na czele całéj dobranéj młodzieży,
I woła: — „Teraz Pan Mohort uwierzy,
Że kiedy służba, to i na czas zdążę!

„Z rozkazu Króla mam oddać tę zbroję
I konia z rzędem, i niech Bóg prowadzi!
A jeźli wolno, składam służby moje,
Bobyśmy gościa przeprowadzić radzi.”
 
„I owszem, proszę! — Rzekł Mohort wesoło;
To mi to życie, kiedy takie koło;
Jabym odprawiać miał taką drużynę?
Ja proszę z sobą choć na Ukrainę!”
 
A w tém nadjechał królewski Koniuszy,
Prowadząc konia — koń był wielkiéj duszy,
Oczy jak gwiazdy, jako piekło chrapy,
Szyja jak łabędź, a piersi jak wrota,
Rzęd staro-polski aż kapał od złota,
Choć przysłoniony tureckiemi kapy.

Koniuszy odkrył tyftyk, a u boku
Upięty pancerz i szabla w wytoku,
Szyszak na łęku, a tuż przy szyszaku
Spływa proporzec pancernego znaku.

Spojrzał się Mohort i podumał głową,
Koń parsknął raźno — a on krzyknął — „zdrowo!
Zdrowo mój kosiu! — takiego bachmata
Daj Hetmanowi, a przejdzie kraj świata!”
Pogłaskał konia i nareszcie powié:
„Ha, komu w drogę, temu czas panowie!”

I z koniem ruszył pan Koniuszy przodem,
Książę po lewéj, Mohort po prawicy,
Reszta za nimi, i wolnym pochodem
Jadąc ku Górze, w równéj okolicy,
Spojrzeli czasem ku murom stolicy....

Ranek jesienny był bardzo pogodny,
Ale od wschodu pociągał wiatr chłodny;
Ktoś ich dopędził — patrzą — ktoś w wilczurze
Pędził i stanął — A to ja, Ogiński,
Stary przyjaciel partyi ukraińskiéj,
Z rannym obiadkiem czekam Panów w Górze.

I jakoż w Górze z południa dopiéro
Pana Mohorta pożegnano szczéro...
I tu dopiéro, kiedy na podziękę
Do strzemiennego wyciągnął już rękę,
Siedząc na koniu, pieśń starą zaśpiéwał,
Którą dziękował, gdy podjętym bywał:

Czas do domu czas!
Zabawili nas!”





III.
D


Długo toczyła Wisła swoje fale,
I Dniepr niósł długo porohom swe żale,
O i nie mało upłynęło wody
Od owéj chwili, kiędy książę młody
Żegnał Mohorta aż do czasów owych,
Gdy już komendę hufców narodowych
Objął nareszcie w Polskiéj Ukrainie...

Gdy odebrawszy listy Madaliński,
Przybycie Księcia Józefa zwiastował,
Była ztąd radość w partyi ukraińskiéj,
Bo Mohort księcia wielce umiłował;
A choć się trapił Najjaśniejszym Panem,
I sejmem takim nad wszystko się smucił,
Co starą władzę Hetmanów ukrócił,
Rad byłby księcia powitał hetmanem,
Bo jego szczére znał dla kraju chęci,
I mile chował te czasy w pamięci,
Kiedy mu hetman młodzieńca poruczył,
Aby poczciwie służby go nauczył.




Z przybyciem Księcia wojska narodowe
Na kresach życie rozpoczęły nowe:
Bo wiele pięknéj przybyło młodzieży,
Przybyło ducha, serca i dzielności,

Wszystkie chorągwie wzmocnił zaciąg świéży,
I co dzień nowych miewaliśmy gości;
Bo młody książę, jeździec zawołany,
Lubił i harce i rycérskie sprawy;
A więc z wojskową służbą na przemiany
Szły karuzele i wiejskie zabawy...
Często i Panie obóz odwiedzały,
A nawet bale i tańce bywały.

Wszystko zaś było takie przyzwoite,
I wesołością taką ożywione,
Takie dostojne, takie wyśmienite,
Że nawet Mohort czoło namarszczone
Na chwilę czasem jeszcze rozweselił,
I z młodą wiarą zabawę podzielił.

Kogoż nie zbiedzi, i kogoż nie znudzi
Na Ukrainie ta rozkal wiosenna?
Lecz co za roskosz, gdy się ziemia senna
Po długiéj nocy znowu ze snu budzi!
W ów czas się wiosna do razu już robi,
Bo to zaledwo że się śniég roztopił,
A tu wiatr ciepły, i dészczyk przekropił,
I już zielono — i ziemia się zdobi
W trawy i kwiaty — zwiérz opuszcza nory,
A w pole wabi nadzieja i praca,
Step się uśmiecha, i kwitną futory,
I co dzień nowe ptastwo do gniazd wraca.

W taki to ranek zawezwał o świcie
Książę do siebie cały kwiat młodzieży,
Chcąc się wykąpać w stepowym błękicie,
I znów przehulać konie co najszczérzéj.
Co to tam było serca i ochoty,

I co konceptów! co dzielnéj pustoty!
Przez parę godzin, niepilnując drogi,
Niosły nas konie w nieznane rozłogi;
A choć do koła był tylko step goły,
Przecież tak piękny był świat i wesoły,
Jakby go Pan Bóg dopiéro był stworzył,
I młodą duszę ku niemu otworzył.

Słońce już było podbiegło wysoko,
Gdyśmy stanęli nad debrą széroką.
„Nie źle się składa! — rzekł Starszy Krésowy, —
Bo to jak widzę futor Mohortowy!”

„A to wybornie! — rzekł wesoło Książę,
To i odwiedzim dziś starego ćwika!
Puśćcie mnie naprzód, niechaj pierwszy zdążę
Po służbie witać mego Porucznika!”

I sam się spuścił najpiérwszy do jaru;
Jar był széroki i pięknie obrosły,
Jak uroczysko, niby pełen czaru —
Drzewina kwitła, dąb strzelał wyniosły,
A na dnie jaru jeszcze z nocnéj rosy
Trawy nietknięte, — w dali jakieś skały,
Nad nami w krzewach leśnych ptasząt głosy,
A żywe wody pod nami zagrały....

Święty Onufry z brodą za kolana
Klęczał w pustyńce śród małéj pieczary,
A wnijście do niéj brzost ocieniał stary,
A u stóp jego krynica rozlana
Żywym do jaru upływała zdrojem —
I jar oddychał uroczym pokojem,
I wonne jego owiały nas chłody —

A niżéj nieco zbiérały się wody,
W stawku niewielkim, i turkotał młynek;
Daléj pasieka pośrodku kalinek,
A jeszcze daléj lasek czeremchowy,
A w nim rozpięty namiot Mohortowy.

Ognisko z nocy jeszcze nie wygasło,
A przed namiotem wiała chorągiewka,
Kilka się koni niżej młyna pasło,
I jakaś smutna ukraińska śpiéwka
Płynęła jarem....

Wstrzymaliśmy konie,
Patrząc do koła urokiem zaklęci:
Takie to cudne było ustronie!

„W takich to jarach żyli Pańscy Święci!”
Rzekł stary Kozak — skoczył do krynicy,
Z czcią się pożegnał w pustyńce uroczéj,
Czerpnął ze zdroju, i przemywszy oczy
Wyniósł dla księcia wody w ładownicy.

„Na zdrowie, szczęście, na wiek i urodę,
Niechaj wam będzie! a pijcie tę wodę,
Bo takiéj wody ani w naszym kraju,
Ani nie dostać nawet i z Dunaju!
A kto na Jura tak do gwiazdy wstanie,
Że raniéj oczy od ptaszka obmyje,
I pierwéj zdroju od niego dostanie,
I niezmąconej wody się napije,
Temu na życie stanie prawdy w głosie,
I będzie patrzał czysto jak po rosie!”

W istocie była to wyborna woda!
Raczej dla duszy niż ciała ochłoda,

I każdy rad téż był wytchnąć po znoju,
I przemyć oczy i przejrzéć się w zdroju,
I ładownicą zaczerpnąć z krynicy,
Którą za świętą czczono w okolicy

Ale już z łąki i konie zarżały,
I psy się głośno od młyna ozwały.
„Na koń! rzekł książę — tam widzę ktoś orze?
Ba to sam Mohort!” i puścił się przodem —
— Daj Boże szczęście! — A Mohort: „Szczęść Boże!
Co widzę, Książę? i z takim narodem?
Hej ptaku, ptaku pancernego znaku!
A czy od szlaku droga czy z Budziaku,
Z czego człek powstał, o tém myśleć trzeba,
Ani Hetmanom bez Boga i chleba!
Gdy Bóg dał gości, to puść w łąkę woły,
Niech i im będzie dzisiaj dzień wesoły...”

Chłopak posłuchał — pług został na roli,
A Mohort przeszedł po niéj się powoli,
Z kraju basztanu, na piérwszym zagonie,
Stała po starym zwyczaju zatknięta
Szabla, bo orzeł w rycérskiéj koronie,
A ziemia szablą broniona jest święta,
A pług miał miejsce i przy Piastów tronie.

Mohort wziął szablę i wąsów poprawił,
I jak po służbie przed księciem się stawił:
„Porucznik Mohort, na kresach stojący,
A Waszą Miłość wielce miłujący!”
Książę go ścisnął — a on do komendy:
„Do woli z konia! Towarzyszom wszędy
Wolno się bawić — a konie w ordynek!
Pachołki z końmi staną tam pod płotem,

Siedmiu na wartę, po dwóch przed namiotem,
Na krótkie straże — reszta na spoczynek!”

— Otóż to lubię! — rzekł wesoło Książę —
Gdy jest komenda, to i dobrze będzie!
A Mohort na to: „Jakoś to się zwiąże,
Niech tylko książę z konia już zesiędzie.”

I nie ubiegła może i godzina,
A już podano śniadanie ze młyna —
Na prędce zbito z kilku tarcic stoły,
A z drugich kilku ławy przyrządzono,
Wiarus kucharzył z młynarką na poły,
I obozową ucztę zastawiono:
Barszcz był wyborny, a baran był z rożna,
I jajecznica a arcy-wielmożna.
Bo przystrojona wieńcami kiełbasy,
A był do tego i podpłomyk świéży,
Kubek gorzałki i kufelek miodu,...
Sztuciec i łyżkę jeszcze w owe czasy
Miał każdy z sobą zwyczajem żołniérzy;
A więc nie było kłopotu ni głodu.

Po tém śniadaniu Mohort pchnął cichaczem
Kilku posłańców i pachołków konnych
Do monastéru, by nie brakło na czém,
I w zaprosiny do dworów postronnych.
I rzekł do księcia: „Ha wprawdzie pospołu
Nie zjadłem z księciem jeszcze beczki soli,
Lecz jeźli łaska, zjemy razem wołu,
I beczkę miodu wypijem powoli!”

W koło namiotu tok był wystrugany,
I jaworowym liściem usypany,

I sam ksiądz Rektor jeszcze przed wieczorem
Przybył z zapasem i klasztornym dworem,
Z miodem, i ze mszą, i przywiózł specyały,
I ów turecki namiot okazały.

Nazajutrz zrana już marszałek księcia
Nadciągnął z kuchnią i całym taborem,
I było więcéj co chwila zajęcia,
Bo nawet Panie przybyły wieczorem...
I do stu osób siadało do stoła,
I trzy dni trwała gościna wesoła.

Sam dziś już z tego nie umiem zdać sprawy,
Jak można było w stepowym futorze
Wyprawiać takie uczty i zabawy,
I podejmować jak na pańskim dworze
Z taką łatwością piérwszych ludzi kraju:
Że nikt się z gości ni skrzywił, ni pieścił,
Że się gdzieś każdy niezgorzéj pomieścił.
Jak się to działo? — nie wiem — lecz się zdaje,
Że cały sekret leży w obyczaju.

Szlachetne były proste obyczaje,
A szlachetnemu nic nie bywa krzywe,
A prostéj duszy wszystko jest poczciwe;
Więc téż umiano wszystkiego tam użyć,
A jak rozumiem, umiano i służyć.

Człowiek był wszystkiém, reszta wszystko niczém,
Ztąd gdy w świat patrzał poczciwém obliczem,
Podnosił wszystko w górę do téj miary
Szlachetnéj duszy i do dobréj wiary,
Jaką się w życiu i w sumieniu rządził,
I nią téż ludzi i wypadki sądził....

Gdy się bawiono, każdy chciał zabawy,
Więc się nią zajął, i nikt się nie nudził,
A że obyczaj dawał wiele wprawy,
Ztąd téż zabawą nikt się nie utrudził,
Ale umiano zająć każdą chwilę,
I każdą rzeczą zatrudzić się mile;
Jedno ukochać a drugie wysławić,
Ot krótko mówiąc: umiano się bawić.
A więc gdzie padło, w pałacu czy w borze,
Wszystko szło gładko — więc i na futorze
Z obecnych gości nikt nie myślał o tém,
Żeby być mogło lepiéj lub inaczéj.
Gdy każdy kontent, a gospodarz raczy.

Książę i Mohort stali pod namiotem,
I tu straż stała, bo to swoją drogą
Szła służba służbą — Marszałek załogą
Stanął we młynie z całym księcia dworem;
Wszyscy panowie pod szopą taborem;
Rektor z piwnicą mieścił się w stebniku,
Licząc gąsiory i butle w kąciku;
A wszystkie panie sypiały pokotem
Pod owym sławnym tureckim namiotem,
Co był pod Wiédniem niegdyś jeszcze wzięty,
A w Kalinowym lasku dziś rozpięty.

Więc książę Józef, jak gospodarz drugi,
Sam się marszałkiem dworu Pań mianował,
Cały oddany Damom na usługi,
Wszystkiém tak zręcznie w chwili pokierował,
Że były rade i pełne wdzięczności:
„Bo gotowalnia cała do Jejmości.”

Sam zaś gospodarz choć miał oko wszędzie,
Tylko Panami znowu się zajmował,

Bo wiedział z resztą, że głodu nie będzie,
Wiedział że woły i skopy podchował,
Że tu jest woda, tam ogień we młynie,
Że sam ksiądz Rektor pomyślał o winie...
A więc już resztę zdał na drugich wolę,
I tylko bawił ciągle w męzkim kole.

Jakoż i słusznie, bo gdzie książę bawi,
Tam i Marszałek i kucharz się sprawi;
A gdzie są panie, tam i panny dworskie,
Więc i wykwintne koncepta zamorskie,
Bo dworska panna jak konceptem ruszy,
I do skarbnicy swych sekretów sięgnie,
To wiarusowi tak dogrzeje w duszy,
Że nawet djabła do roboty wprzęgnie.

Więc téż przy każdéj zwijał się pałasik,
I każda miała piorunem szałasik,
Pod ręką ogień i wodę i służbę,
I wystruganą ściéżkę do namiotu,
I w pogotowiu posłańca do lotu,
I powolnego w każdéj chwili drużbę;
Więc były rade i pełne grzeczności:
„Bo gotowalnia cała do Jejmości.”

Z rana Msza Święta codziennie bywała
W owéj pustyńce u świętego zdroju,
A że to wiara do świtu wstawała,
Więc tu się każdy pomodlił w pokoju,
A do Mszy Świętéj sam Pan Mohort służył;
I kiedy po Mszy pogodę powróżył,
Już przed namiotem zbierały się Panie;
A Pan Marszałek zarządzał śniadanie;
A potém na koń i daléjże w pole.

Były i panie, co jeździły konno;
A gdy Kafarek wypuścił sokole,
To nawet łabędź nie wyszedł obronno,
Jeźli dosiedział w stepowém jeziorku,
A drobnéj ptaszki co niemiara w worku.
Po takich łowach bywał obiad w lasku,
A już wieczorem przy kagańców blasku,
Sukno przed namiot, a na wóz trębacze,
I taka radość, że aż serce skacze;
Więc pełném sercem, co się komu godzi,
Za kielich starsi a do tańca młodzi.

Rej tam wodziła Pani Pupardowa,
Prześliczna, młoda, pełna wdzięku cała,
Kamińska z domu, żona Jenerała,
Który nie umiał po polsku i słowa,
I w owe czasy brygadą dowodził,
Gdy cudzoziemski autorament wchodził.

Jeździła konno gdyby Amazonka,
A w tańcu Gracya, że tylko malować,
I kuć piękności każdego jéj członka;
Grzeczność ukazać, wdzięk umiała chować,
A przy tém skromna i sercem wyniosła,
Jak gdyby wcale na królowę wzrosła,
Chociaż Pan Pupard był brzydki i stary;
Więc książę co miał do Pań słabość wielką,
Ale zarazem dla cnoty cześć wszelką,
Palił tu wdziękom i cnocie ofiary.

Po takim balu, gdzie jasno pod niebem
Świeciły gwiazdy, a dołem kagańce,
Pan Mohort innym obdzielił nas chlebem,
Gdy nas nazajutrz wywiódł w step na tańce:

Bo tu i popis i szkoła nie lada,
Gdy nam podpędzić kazał swoje stada;
Dwa były stada: jedno zwał hetmańskiém,
W niém rosły konie polskiego zawodu,
Drugie nazywał zazwyczaj sułtańskiém,
To już drobniejsze choć wielkiego rodu.

Kiedyśmy stada objeżdżali w koło,
Zawołał ku nam pan Mohort wesoło:
„No tu jest arkan, więc panowie młodzi,
Kto chce mieć konia, niechaj arkan rzuci,
I weźmie konia, co w tabunie chodzi,
I niech na obiad do nas na nim wróci!”

Więc jaki taki w rzemiośle nieznaném
Próbował szczęścia i rzucał arkanem,
Ale daremnie —
„Hej! hej! szczęście nasze,
Że dziś z Tatarem nie wojuje Lasze.”
Zawołał w końcu, gdy spłoszone konie
Już się poczęły rozbiegać po stronie;
Lecz gdy po chwili rozsypane z rzadka
Stanęły znowu — rzekł: — „Oto jest matka!
Ta klacz wilczata, co tutaj na przedzie,
I ona wiecznie całe stado wiedzie;
Dziśby zginęła wzięta z tego stada,
I żadna matka tak już nie przypada
Za swojém dzieckiem, jak za końmi ona,
I jako lwica, tak nie ustraszona.
To postrach wilków, i chociaż już starka,
Utłucze wilków więcej od Kafarka...
A tu ta druga z małą strzałką, gniada,
To już ostatki Wiśniowieckich stada,
Krew arcy-pańska! tego rodu koni

Łapać na arkan, ni ujeżdżać trzeba,
Bo same z młodu przychodzą do dłoni;
Gdy je chcesz użyć, podaj z solą chleba,
Ogłaszcz, oklepaj, i załóż wędzidło,
Siądź i jedź światem, byleby nie zrywać.
U każdéj nogi u nich orle skrzydło,
Lecz się tych skrzydeł nie godzi używać,
Chyba już tylko w potrzebie ostatniéj,
Kiedy ma wyrwać ze śmiertelnéj matni;
U mnie jak dzieci na ręku się rodzą,
I za człowiekiem niewiązane chodzą.

„Oto jéj córka, zwie się Korybutka,
Jak na rzut oka niby trochę krótka,
Ale jak niema krótkiego pałasza,
Bo jeźli krótki, to pomkniéj się bliżéj,
Tak kiedy trzeba, ni dłużéj, ni chyżéj
Sumak nie skoczy, jak ta perła nasza.
Przed kilku laty zginęła ze stada,
A po trzech latach sama wraca rada,
Lecz sądzisz książę, że do koni może?
Nie! mnie starego szuka na futorze,
I rży i lata, że aż ziemia dudni;
Poznałem rżenie, wychodzę z namiotu,
A ona do mnie, i aż drży od lotu;
Więc ogłaskałem i wziąłem do studni;
Ktoś jej dopiéro jedne okuł nogę,
Więc rozkuć zaraz kazałem niebogę;
A potém sobie przed namiotem legła,
Jakby się sama obcéj ręki strzegła.

„A to Giżycka, co chodzi po stronie,
Jacy Giżyccy, takie ich i konie,
Czém starsze, tęższe — a pewne po ćmaku,
Ztąd nie ma równych do stepu i szlaku.

„A to już sławny jest ród Sahajdaczny,
Biały jak mléko, ale skóra czarna,
Hardy i twardy, i z razu opaczny;
Ale jak ręka uchodzi go karna,
Całemu wojsku za przednią straż stoi;
Ktoby uciekał na nim, nie ujedzie;
Lecz się nie lęka ni ognia, ni zbroi,
I kto naciéra, ten będzie na przedzie;
Daleko widzi i słyszy na milę,
A daléj jeszcze wietrzy i przeczuwa;
Nigdy nie legnie, chyba przy mogile,
I inni kłusem, gdy on stępem suwa;
Kędy raz przejdzie, nie zmyli już drogi,
Sam na sam hardy, lecz przyjaciel duszny,
I jako ręka człeku jest posłuszny,
Kiedy już przyjdzie do okazyi srogiéj.
W tém spytał książę — „A to co za hetki?”
Gdy troje konie myszatych pomknęło.
Na to rzekł Mohort — „To inwentarz letki,
Ot i sam nie wiem, zkąd się w stadzie wzięło.

„Odkąd ma dusza końskiéj maci rada,
Zawsze się myszka przybije do stada,
I jakaś niby napaść oczywista!
Nie lubię myszki, bo maść narowista.
Ale ksiądz Rektor myszki tylko chowa,
Bo grubo-płaskie — więc i trudna rada.
Dawniejm odganiał tę hańbę od stada.
Lecz teraz trudno powiedzieć i słowa:
Gdy klasztorowi myszka tak na czasie,
To niechaj sobie i ta sierć się pasie.
A jeźli gorszy Księcia to myszate,
Jakże się wyda izabelowate,
Co tam spokojnie po stronie się wlecze?

Cóż Mości Książę o téj klaczy rzecze?
To moja Iskra — „Kahorlicka córa,”
Z stada Tarnowskich, z bachmatów hetmańskich,
Nie sierść, lecz jedwab — pargamin, nie skóra,
Zdatna do harców tylko arcy-pańskich.
Ktoby chciał widziéć jaka cnota w rodzie,
Niech ją użyje w rycérskiéj przygodzie;
Dopóki młode, ma to krowie nogi,
Podobne osłu — coś później do muła;
Rok siódmy, ósmy dodaje ostrogi,
I więź i oko i zagra krew czuła;
A gdy chrzest broni i trąbkę usłyszy,
Rozdziera nozdrza i aż drży, aż dyszy,
I czuć wyraźnie aż w sercu przez siodło,
Kto téj krwi panem i co w bój go wiodło.

„Po Izabelce, nie ma już w tém stadzie
Jak ta tu z grubą hreczką, co na zadzie,
To ród sułtański dalekiego wschodu,
Gdzie struś w pustyni gniazdo swoje kładzie;
Więc orle piórko nie wychodzi z rodu.
Wielkie na koniu Bóg położył znaki,
Jednak i wicher bywa nie jednaki;
Poniżéj oczu podły wicher wszelki,
Powyżéj oka wielkiego przymiotu,
Bo rozum znaczy — na szyi znak lotu,
A już na piersi znak odwagi wielkiéj;
I koń o jednym wichrze to już dobry,
O dwóch, ma narów — ale znowu taki,
Coby miał razem trzy niebieskie znaki,
To już i mądry, i lotny, i chrobry;
I wielką łaską ma u Pana Boga,
Komu do boju padnie na nim droga,
Bo nie da dotknąć jeźdca; gdy na przedzie,

Wszystkich wybiega; gdy wyciągnie szyję,
Nie ma co rębać, bo piersią rozbije;
A jak wnijść umiał, tak samo wywiedzie.
Nie darmo w świecie to pustynia słynie:
Póki w ojczyźnie jeszcze nie zaginie
Koń do pęciny od łba żyłkowany,
Póty i rycérz będzie jeszcze znany.

„Ten brudny kasztan, co tam jeden chodzi,
To syn Sułtański, a koń pod Hetmana,
Trzy orle piórka i tam gdzie się godzi,
I biała nóżka do tego sudanna,
Więc nic lepszego!”
I krzyknął: „Arkana!!..
To koń dla księcia, bo to wichrów czoło!”
Skoczyli ludzie — czychają w około,
Wzrok się zapalił panu Mohortowi,
Zebrawszy arkan podjechał z nienacka,
I jak pierścionek tak go rzucił z gracka!
A gdy padł prosto na szyję koniowi,
Kiedy koń ruszył, Mohort arkan ima,
Wziął go o kulę, pod nogę, i trzyma!
I jękła ziemia, i przypadli ludzie,
A w mgnieniu oka i koń się powalił,
Że się z nas każdy nad nim aż użalił;
Ale tabuńczyk po niedługim trudzie
Już go ochełznał, i tak się uwinął,
Że siadł na niego i z oczu nam zginął.

Długo Pan Mohort patrzył za nim w pola;
I rzekł nareszcie: — „I to Boża wola,
I pójdzie ręką, gdy się tak prowadzi,
Bo poszedł równo, a jak strzała sadzi.”

A gdy wysoko książę ten dar ważył,
Taki był kontent, że już dnia owego
Nie tylko starszych, lecz i nas każdego
Koniem ze stada swojego obdarzył.

Nazajutrz tylko książę damy bawił,
I niewidziany karuzel wyprawił.
Śliczna to była gonitwa i wprawa,
A co się zowie rycérska zabawa.
W pierścień toczono, a tureckie głowy
Padały w koło od strzału i cięcia.
„Śliczna zabawa nie ma ani mowy,”
Rzekł nawet Mohort pod koniec do księcia.
I tak się bardzo dnia tego rozbawił,
Że podwieczorek w pasiece wyprawił,
Choć tam nikogo nigdy nie prowadził,
I z cicha tylko z pasiecznikiem radził.
Tu już świat inny:

Bujna w stepach pszczoła,
Pni przeszło tysiąc stało do okoła...
Kilka grusz starych chyliło się w środku,
A oddech kwiatów i smółki czy miodku
Napełniał wonią całą okolicę;
Z pola wracały ciche pracownice,
I całe grono ucichło na chwilę
Oczarowane tą wonią tak mile.
A Mohort rzecze: „Dziwić się nie trzeba
Tutaj niczemu, bo to dary nieba,
Któremi Pan Bóg ziemię z niebem brata —
Jest to jak mówią: Gratia gratis data.

„Sławna to, sławna Mości Książę pszczoła,
I jest tradycya, co krąży do koła

Po Stepach Bohu, i po stepach Rosi,
Z którą się Naród po pasiekach nosi.

„Był Mości Książę Hetman od Różańca,
Wielkiego herbu, potężnéj buławy,
I jasnéj cnoty i szérokiéj sławy,
Go od chłopięcia chodził z wrogiem tańca,
Co z chełmu jadał, a sławy przysporzył,
Z turzego rogu w czasie uczty pijał,
Co naród kochał, co królowi sprzyjał,
A za ojczyznę siwą głowę złożył;
„Stróżem Podola” nazwał go lud cały,
Gdy legł — to śmiercią uszył on Koronie
Czarną sukienkę i po jego zgonie
Dziéwki na Rusi tańców zaniechały.

„Otóż to o nim powieść stara chodzi:
Że raz gdy wojsko na stepach postawił,
Chcąc dotrzéć twardo, czy liczny wróg godzi,
Sam na podsłuchy pod noc się wyprawił,
I z jedném tylko giermkiem ważył życie,
A całą ordę do koła objechał,
I do obozu powracał o świcie,
Kończąc pacierze — i rad się uśmiechał.

„Starsi czekali powrotu pańskiego;
Lecz choć im niedał rozkazu żadnego,
Nikt się z czeladzi nawet nie zatrwożył,
Widząc, że hetman przespać się położył.

„Usnął — a giermek wnijście od namiotu
Zasuł oponą — a choć nikt nie cichał,
Tak cicho było, jakby człek nie dychał,
Że jak ptak leciał, toś dosłyszał lotu.

„Było to w lipcu, właśnie pod czas roju,
Słońce podbiegło i stało wysoko,
Kiedy pan hetman przetarł ze snu oko,
Tak twardo usnął po rycérskim znoju,
I byłby jeszcze spał, bo się utrudził,
Ale brzęk roju, co minął w polocie
Cały nasz obóz, ze snu go obudził,
Bo opadł prawie na pańskim namiocie.

„Gdzie to już słońce! a co powie włodarz?
— Rzecze pan hetman — zły ze mnie gospodarz,
Gdy mnie rój budzi. Czas poprawić cnoty —
Zagiął rękawy, i pełen ochoty,
Niby pasiecznik wziął się do roboty;
I zgarnął muchę, i z lekka podkadził,
I w braku ula w pancerzu osadził,
I dziewięć było szyszaków téj muchy?
I wszystek naród nabrał ztąd otuchy,
Że Bóg rój spuścił na namiot hetmana,
Że żadne żądło nie dotknęło pana.
Jakoż Bóg szczęścił, i była wygrana.

„Choć bez pancerza Hetman wroga pobił!
A gdy w też miejsca znowu wojsko sprawił,
Stał ul żelazny tak, jak go postawił,
A rój był pięknie już głowę zarobił.

„Więc dobra wróżba! — pan hetman powiada, —
Niechże dar Boży w stepie nie przepada.”
I kazał naprzód cały jar poświęcić,
A potém czeladź do pracy zachęcić.
Usypał groblę, i stawek wyprawił,
I ściągnął ludzi i młynek postawił,
Ogrodził futor i okopał wałem,

Opatrzył bydłem; ot i owo zgoła
Odsypał kopce na stepie do koła.
Spisał przywiléj, i z dobytkiem całym
Oddał na własność rycérskiemu człeku,
Co się był dobrze ojczyźnie zasłużył,
By w tym futorze dokonał już wieku,
I zdał go wówczas dopiéro potomnie,
Gdy już nie będzie więcéj granic stróżył —
Tak to się dostał w końcu futor do mnie.

„W tém samém miejscu, gdzie onego czasu
Stał ul żelazny, dziś się pszczoła roi,
W tém samém miejscu, gdzie mój namiot stoi,
Stał i hetmański namiot pośród lasu:
I w téj pustyńce od owéj pamięci
Święty Onufry błogosławi wodzie,
I co rok woda w tém zdroju się święci,
I słynie odtąd łaskami w Narodzie.
„Żelaznym ulem” jest ten futor zwany,
A ów ul sławny — jak to każdy powie —
U Karmelitów był jeszcze chowany
Za czasów króla Jana w Berdyczowie;
Król Jan dopiéro zabrał ten ul z sobą,
I w pańskiéj Żółkwi był skarbca ozdobą.
A wszystkie sławne pasieki do koła
Z tego to roju poszły po futorach,
I po słobodach, i po pańskich dworach;
A wielką sławę ma — „hetmańska pszczoła.”

„Nigdy nie spadnie jak inne pasieki,
Lecz w łasce Bożéj przetrwa na wiek wieki,
Byleby tylko człek nie był zachłanny
Co je choduje — a początek wzięty
Był z trzech pni tylko — na cześć Trójcy Świętéj,

A światło dane do Najświętszéj Panny;
To się i wiedzie i jest i pożytek,
Więcéj niż potrzeb i prawie nad zbytek,
I na przednowek i sobie i komu,
I dla kościoła i ludzi i domu..“




W ciszy słuchało starca całe grono,
I żadne słowo w kole nie przepadło...
A w tém i słońce za dąbrową siadło,
I przed namiotem zorzę otrąbiono,
I niebo zwolna już ku gwiazdom bladło.

Zdala się ozwał głos przeciągły, cichy,
I biegł po rosie cudownym urokiem,
Daléj chór cały — czasem jakieś śmiechy:
To ludzie z pola powracali mrokiem.

Książę co nieznał jeszcze Ukrainy,
Spytał Mohorta: „Czemuż nucą smutno?“ —
A Mohort na to: „Smutne zwykle syny,
Kędy ojcowie wiek przeżyli butno!
Smutne to pieśni, a smutne bo stare,
Bo jako zmory żyją w ludzie całym;
A stara piosnka albo jest kordyałem,
Lub stanie sercu na wieki za karę.
Znam ja te pieśni, co po mroku płyną!“
I tu głos jego złączył się z drużyną:
Kto na Krymu ne buwau,
Perekopu ne wydau! —“






IV.
T


Tyle to zdrowia, ach i szczęścia tyle,
Co dadzą człeku ranne życia chwile!
I takie były te ostatnie czasy
Na Ukrainie méj wojskowéj służby,
Zanim na niebie znaki lichéj wróżby
Zapowiedziały ostatnie zapasy...

Rzecz niepojęta — lecz wielkie wypadki
Poprzedza zawsze Narodu przeczucie.
Jak wśród tysiąca rozeznasz głos matki,
Jako treść pieśni poznasz po jéj nucie,
Tak po przeczuciu poznasz, co cię czeka,
I że stanowcza chwila niedaleka.

Głuche powieści obiegały w tłumie,
Które pojmować rozum ledwo umié,
A gdy je zwolna nie jeden duch badał,
Dziwny niepokój umysły owładał:
Bo straszne jakieś dochodziły słuchy,
Że się w mogiłach niepokoją duchy,
Że w węgłach domów coś strzéla i brzęczy,
Że nawet ziemia w czystym stepie jęczy,
Że krew w krynicznéj wodzie nawet bywa,
Że się w kościołach zapadają groby,
Że chodzą z dawna umarłe osoby,
A pies się w nocy jak szalony zrywa.

Jakiś koń dziki, co żywą krwią pryskał
We dnie, a w nocy żarem z nozdrzy ciskał,
Obiegał stada jak zwiastun złowrogi...
A nieraz nawet i w chorągwi naszéj
Tak razem we śnie coś wszystkich przestraszy,
Że koń i człowiek zrywa się na nogi.
A więc do straży! a straż stoi blada,
I od przestrachu ledwo mową włada,
I klnie się Bogiem, że jasność niezmierna
Oblała ziemię, jak ziemia obszérna —
A na niebiosach zeszła niebios Pani,
Że ziemia pękła, a z wielkiéj otchłani
Wyszły na sam przód ogniste języki,
A w ślad ich zbrojnych wojowników szyki.

Ot krótko mówiąc: coś strasznie się plotło,
I nocą groził kometa swą miotłą,
A kiedy zmory rozpędziło słońce,
Lecieli drogą do obozu gońce,
I to rozkazy nowe ze stolicy,
To nowe wieści biegły z okolicy...

Każdy to widział, że przyjdzie do wojny,
Z któréj nie łatwo będzie nam wyjść cało;
Lecz czém na większą burzę się zbierało,
Tém więcéj bywał Pan Mohort spokojny.

Pozór wojenny przybrał obóz cały,
I młody żołnierz nabierał postawy,
Bo co dzień nowe wieści obiegały,
Że całe wojsko ruszy do Warszawy.
Kresy ściągnięto — piechotne komendy
I artylerya stała pod Bracławiem,
A więc się znaczył i nam marsz tamtędy,

I każdy wiedział, że krótko zabawiem,
I że z Bracławia ruszym prosto w pole

Książe Mohorta mianował Oboźnym,
I niby Hetman we dnie okiem groźném
Po okolicy i po wojsku wodził,
A jak duch nocą po obozie chodził.

Ja byłem wówczas dany mu do boku,
I wierny świadek każdego już kroku,
Bo i sypiałem i jadałem razem,
I nic z tych czasów nie puściłem płazem.

Dni już ostatnich przed naszym pochodem
Wstał był pan Mohort swym zwyczajem rano,
Ale miał wielce twarz zafrasowaną;
A gdym o powód spytał mimochodem,
Rzekł mi: — „Pan Hetman śnił mi się nad ranem.
Hetman — śmierć pewna rycérskiemu człeku;
Ha, czas ze świata, bo téż już i z wieku.
A jak na jawie mówiłem z Hetmanem,
I oczywiście że mnie sam nawiedził —
Więc już nie długo będę się tu biedził;
I nie stąd pełen jest mój duch frasunku,
„Ale że może potrzebny ratunku”...

Uczułem zimno gdy mnie tknął buławą,
Gdy mi pokłonił i dał rękę prawą...
„Hetman, śmierć pewna — i nie ujdzie płazem;
Więc czas się przybrać i pojednać z Bogiem,
Bo sen poranny, to śmierć już za progiem,
Do monastéru pojedziem dziś razem.”

I gdy do stajni wstąpiliśmy oba,
Tylko Mohorta leżał koń u żłoba.

A więc podumał — „I on się gotuje;
Patrz Wasze, zgadłem, i koń drogę czuje....”

I gdy pachołek konie pokulbaczył,
Na przełaj stepem ruszyliśmy oba,
Ale Pan Mohort przemówić nie raczył,
Tak czarna serce zjęła mu żałoba:
I tylko milcząc w świat poglądał czasem,
Lub wstrzymał trochę konia przy mogile,
Albo zsiadł z konia i wytchnął na chwilę,
Gdyśmy stanęli pod strażniczym lasem.

Kiedy nareszcie błysnął nam z daleka
Krzyż monastéru, śród świętego gaju,
Rzekł: — „Czy wiesz Wasze, co to Waści czeka?
Będziesz za świadka — po starym zwyczaju;
Trzeba zakończyć poczciwie i ładnie,
Jak Bóg przykazał, to ziemskie kaléctwo;
Więc baczność, pamięć Waści mieć wypadnie,
Bo może przyjdzie kiedyś dać świadectwo.”

I jakoż ledwo że stanął w klasztorze,
Kazał przywołać z monastéru dziada,
I Łukowskiego bliskiego sąsiada,
Co od pół wieka siedział na futorze,
I razem poszli do lochów cerkiewnych.
I szmer się rozszedł, że Mohort te kraje
Pewno już rzuci, kiedy skarby zdaje,
Gdy wziął do lochów takich łudzi pewnych.

Mnie kazał spisać wszystko co miał w celi,
A własną ręką dodał już, co komu...
Potém z Łukowskim obaśmy musieli
Stwierdzić kodycyl — a potém do domu

Wyprawił obu — a więc naprzód dziada,
By go nikt z ludzi klasztornych nie badał,
Potém do furty sprowadził sąsiada,
A ciepłą ręką obom coś powkładał.

Gdyśmy od furty razem powrócili,
Rzekł mi wesoło po niejakiej chwili:
„I Waść nie wyjdziesz z rękoma gołemi;
Więc wybierz szablę, która się podoba,
Bo się to nada bardzo czasy témi,
I trzeba będzie z konikiem od żłoba!”
Wybrałem.

Dobra! wiernie w ręku siedzi —
Rzekł mi Pan Mohort: — „a teraz już pono
Czas do jutrzejszéj mieć się nam spowiedzi,
Bo na pacierze właśnie zadzwoniono.”
Cicho upłynął wieczór w naszéj celi,
Lampa mrugała przed świętym obrazem,
Psalmy pokutne mówiliśmy razem,
I dzisiaj jeszcze duszę mą weseli
Piękna pamiątka takiej chwili świętéj,
Gdzie jego duchem byłem w niebo wzięty.

Cicho noc zeszła — a nazajutrz rano
Mszę miał żałobną za duszę hetmana
Naprzód ksiądz Rektor — a po mszy żałobnéj
Wyszła wotywa w kaplicy osobnéj;
Pan Mohort ukląkł, odpiął karabelę,
Złożył wraz z czapką na stopniach ołtarza,
A sam padł krzyżem, że aż w grobach jękło
Choć dzień powszedni, ludzi było wiele,
A wszystkim serce tak od płaczu miękło,
Że nawet Kapłan — co się rzadko zdarza —

Gdy się do ludzi zwrócił od ołtarza,
Łzami się zalał.

W końcu po wotywie
I księża poszli, i lud się rozbieżał,
A Mohort ciągle krzyżem jeszcze leżał.
Widząc to rektor, skinął niecierpliwie
Na mnie i bliższych dwóch cerkiewnych braci,
I gdyśmy starca dźwignęli z podłogi,
Widoczne było, że przytomność traci,
Bo mu już ledwo statkowały nogi.

Rektor wziął szablę ze stopni ołtarza.
Nasadził czapkę Panu Mohortowi,
I kazał z sobą iść do refektarza:
Tam podał winną poléwkę starcowi,
I otarł pulsa i skronie i czoło...
A gdy Pan Mohort spojrzał znów wesoło
Po refektarzu — kiedy nam dziękował —
Rektor w refleksye:

„A Panie Szymonie!
Za cóż tak bardzo duch się upracował?
Wszak Waść najstarszy w Litwie i w Koronie,
I cały żywot za pokutę stanie;
A wszakże mówim i to dnia każdego
Modląc się Panu : — Od nieporządnego
W nieszczęściach smutku zachowaj nas
Panie!
A i Psalm mówi: — Nie usprawiedliwi
Nikt się przed Panem z tych co jedno żywi!
Co to tam myśleć, Panie poruczniku!
Po co tu, po co kusić Panem Bogiem,
Czasby odpocząć już w swoim kąciku,

I z przyjaciółmi zostać za tym progiem.
Zkąd myśl téj wojny — niech wojują młodzi,
A coś przyjaźni i Bogu się godzi.”
Więc Mohort na to: — „A to być nie może,
Jam nie potrzebny człowiek jest w klasztorze,
Bo ja ojczyźnie łaski nie uproszę,
Ja Boga chwalę, kiedy szablę noszę.”

Rektor do ręki — „Ja upraszam Pana,”
A Mohort upadł przed nim na kolana;
„Mój Ihumenie! o Boże mój, Boże!
Jegomość płaczesz. Czyż mi łez potrzeba?
Ta, coby po mnie zapłakała może,
Z niéj ni kosteczki — toć na miłość nieba
Zaklinam Waszmość, nie płacz, bo to boli,
O i nie próbój Waszmość mojéj woli
Łzami kapłana, bom człowiek ułomny,
Ale gdy legnę, bądź na duszę pomny!
Rektor go podniósł:
„Nie, Mości Rektorze!
Mnie nie na łożu kończyć i w klasztorze;
Kto czém wojował, niech od tego ginie!
Od krzyża swego nikt się nie wyprosi;
Dla mnie czas wielki — na złe się zanosi...

„Przez całe życie prosiłem jedynie
O śmierć szczęśliwą — i wysłuchać raczył
Pan mojéj prośby — Hetman mnie nawiedził,
Wiem jaki koniec Bóg dla mnie przeznaczył,
I już nie długo będę się tu biedził....”

Widząc ksiądz Rektor, że próżne namowy,
Poczcił nareszcie wolę siwéj głowy,
I do drzwi samych tylko odprowadził;

A w celi Mohort już się w drogę ładził.
Kiedy był gotów, przykląkł przed obrazem,
I jeszcze stoczek u lampy zapalił,
Święconą wodę podał mi u proga,
I rzekł spokojnie: — „Będzie tutaj Boga
Jeszcze i po nas wszelaki duch chwalił —
A teraz bracie wychodźmy już razem,
Dla ciebie piérwsza, mnie ostatnia droga.”

I zamknął celę, klucz za listwę schował,
Zdjął sygnet z palca, drzwi opieczętował,
I poszedł ze mną razem do ogrodu.

Tu stał dąb stary u samego wchodu,
A obok niego kapliczka nad zdrojem...
Mohort podumał i pokiwał głową,
I rzekł do dębu: — „Stój mój druhu zdrowo.
A i ty wodo upływaj pokojem;
Ja już ostatni raz tu z wami bawię;
Lecz jak mnie Pan Bóg, ja wam błogosławię.

„Gdym tu raz piérwszy stanął — byłem młody,
Lecz po ucisku i ciężkiej chorobie,
I nie wiedziałem, co sam z sobą zrobię;
Lecz gdym się napił z tego źródła wody,
I tu pomodlił w tego drzewa cieniu.
Natchnął Bóg łaską, i w owém natchnieniu
Na żywot cały znalazłem już radę;
Więc poję konia, i siadam, i jadę.”

„W tém mi Ihumen zabiegł z nagła drogę,
I rzekł z ludzkością: — „Ja puścić nie mogę,
Dom nasz, to stara gospoda rycérzy,
A już i słońce do spoczynku bieży,

To się téż godzi przyjąć tu gospodę,
A już na krésy sam jutro wywiodę. — ”
Więc zsiadłem z konia, i w téj saméj celi
Jam się noc piérwszą wówczas przenocował,
W któréj mnie późniéj tyle lat Bóg chował...
I odtąd tutaj zwykłem się spowiadał,
I tum szlachecki mój depozyt składał.

„Dawno przed Bogiem starzy przyjaciele,
Którzy zaznali tych związków początek,
I przeminęło w świecie rzeczy wiele,
Lecz dla mnie wiecznie pamiętny ten kątek,
Bo tu znalazłem bezpieczną ostoję,
Za którą odtąd dziękowałem co dnia
Bogu, co bierze na Opatrzność swoje
Biedną siérotę, wdowę i przychodnia.

„I Pan posadził mnie na równéj ziemi
I dał przyjaciół pomiędzy obcémi.

„Nigdym do związków w kraju się nie łączył,
Bo światem wichrzyć nie rozumiem cnotą!
I zawszem Boga prosił tylko o to,
Bym tak jak zaczął, przy chorągwi kończył;
Bo wojskowemu służba rzecz najzdrowsza.
Jeszczeć te związki przeciwku obcemu!..
Lecz jak nastała już praktyka nowsza,
Że związek stawał wbrew królowi swemu,
To już tę sprawę niech sam Pan Bóg sądzi,
I pono tylko w służbie człek nie zbłądzi!

„Raz tylkom w życiu z granicy ustąpił,
Ale nie przeto, abym krwi méj skąpił,
Tylko bom nie chciał przelewać krwi bratniéj;

Kiedy już przyszło do hańby ostatniéj,
Przetrwałem wojnę, związki i napaści,
I głód i dżumę, trzymając się właści;
Ale za krzywdy i za grzéchy stare
Nową Pan zesłał na tę ziemię karę.

„W chorągwi ludzi na rożenek prawie,
A tu step kipi czernią zbuntowaną...
I z siwą głową popaść téj niesławie
By z nożem walczyć szablą poświęcaną,
To dopust ciężki! i na pokuszenie
Nie wódź nas Panie! Krew to rzecz kosztowna,
A już krew bratnią w wielkiéj Bóg ma cenie.

„Stannica była porządnie warowna...
Więc rzekłem krótko towarzystwu memu:
I stać, i czekać — służba po staremu.

„Bunt się po kraju rozszérzał tymczasem...
A w tém ksiądz Rektor znagła znać mi daje,
Że na monastér jakaś czerń nastaje,
I obozuje pod poblizkim lasem!
Za to, że przyjaźń dobrą z Lachy chowa,
Ma oddać srébra! — A więc dzięki Bogu,
Że nie w obronie własnéj padnie głowa,
Lecz że ją złożym na święconym progu,
Rzekłem do wiary; i nocy téj saméj
Stanąłem jeszcze u klasztornéj bramy.
Struchlał ksiądz Rektor — bo jużciż sądzono,
Że na monastér idą hajdamaki;
Lecz gdy poznano i ludzi i znaki,
To w mgnieniu oka bramy otworzono.
Nim się dzień zrobił tak się poczt mój sprawił,
Że klasztor w stanie obrony postawił;

Były armatki, moździerze, i prochy,
I dość żywności i niepróżne lochy.

„O samym brzasku przybył pan Łukowski,
Co zebrał szlachtę, i wprędce uzbroił;
A więc tym strojem przy pomocy Boskiéj
Poczt nasz do razu prawie się podwoił.

„Otóż zatknąłem sztandar w dobréj wierze,
O wschodzie słońca, na owéj wieżycy,
I otrąbiłem pieśń Boga-Rodzicy.
Jako sodalis rycérskie pacierze
Zmówiłem razem z klasztorną załogą,
I sam na bramie wziąłem stanowisko.

„Patrzę — aż jadą jacyś ludzie drogą...
Gdy podjechali już pod mury blizko,
Kazałem spytać czego im potrzeba;
A oni rzekli — „i soli i chleba!”
Więc jakieś posły — kazałem otworzyć,
Zawiązać oczy, i wziąść w furtkę ciemną;
Z razu się jęli niby trochę trwożyć;
Lecz gdy sam na sam ujrzeli się ze mną,
Nabrali serca, i mówią mi w oczy:
Że się krew lacka po ich nożu toczy,
Że się ksiądz rektor ma w obozie sprawić,
I wsystko srébro i miody dostawić;
A gdyby w murach znalazł się Lach jaki,
To naprzód oddać ma wojenne znaki,
I z niemi pieszo iść do Atamana;
Inaczéj licho z monasterem będzie,
I nie dostoi już do jutra rana,
Bo hajdamaki wzięli górę wszędzie.

„Rzekłem więc krótko księdzu Rektorowi:
„Kto gospodarzem, niech ten tu stanowi.
Gdyby to miało monastér ocalić,
To ja się mogę z komendą oddalić,
I sam się spotkam z tą czernią na szlaku,
A tu wpaść nie dam, i nie wydam znaku!”

„Lecz się ksiądz Rektor nie wahał i chwali.
„Ja miałbym zdradzić a Święty Bazyli!
Ja głowę oddam, a duszy nie zdradzę,
Siebie i klasztor oddaje pod władzę,
I przy tym znaku, i przed tym obrazem
Brońmy się razem albo gińmy razem.”

— „Więc dosyć! rzekłem — kiedy taka wola,
To w Imię Pana mojego i Króla,
I najjaśniejszéj Rzeczypospolitéj,
Któréj znak stoi na téj twierdzy wbity,
Sądem hetmańskim już odtąd stanowię
O bezpieczeństwie załogi, i głowie.”

„Więc się już same osądziło bractwo:
Rabunek świątyń, jawne świętokradztwo.
Więc trzech na gardle skarać rozkazałem,
A już czwartego w powrót odesłałem,
Aby poselstwo do czerni odprawił. —
Skoro w obozie napowrót się stawił,
Tysiącem wilków zawył obóz cały;
A potém w niebo tumany się wzbiły,
I przypuszczono do nas atak śmiały,
Do bram klasztornych zbiwszy wszystkie siły.

„Ha, jużciż łatwiej było ich bić w kupie,
Stojąc za murem, gdy oślep lecieli;

Ale nie wiele brakło, że nie wzięli
Obronnéj bramy po swym własnym trupie.

„Po trzech atakach porządnie odparci,
Zawyli wściekle, i znikli jak czarci.
Więc trupy naprzód kazałem pochować,
I do obrony nowéj się gotować;
Bo dochodziły nas pono nie bajki,
Że hajdamackie zbierają się szajki,
I zamyślają na klasztor uderzyć;
Więc wypadało się w czujności dzierżyć.

„Jakoż zbliżały się znowu rozruchy,
I podchodziły dziady na podsłuchy,
I z każdą nocą zwiększała się trwoga;
Jednak gdy Pan Bóg chce człeka ocalić,
Nawet poganin umié się użalić
Nad obcą wiarą, i poczci sąd Boga.

„Jakieś się wojsko pomknęło po drodze,
Więc do obrony dałem znak załodze;
Wojsko porządne — więc pono nie kruki?
A w tém poznałem tatarskie buńczuki.

„Poznałem Murzę, sąsiada po koniu...
Zatrzymał ludzi opodal na błoniu,
I wysłał posła — więc pono nie zdrada?
Puściłem posła, a on mi powiada:
Że Murza słysząc o opresyi mojéj,
Jak sprzymierzeniec porzucił swę raję,
I w pogotowiu ku odsieczy stoi,
I wojsko w zaciąg Królowi oddaje.

„Prawda żem chował z Murzą przyjaźń starą,
Bo choć poganin, kochał sprawiedliwie;

Lecz nie poskromić buntów własną wiarą?
I pogan ściągnąć na swą własną niwę?
To mi się przecie jakoś nie zdawało...
Jeźli Bóg zechce, i tak wyjdziem cało!

„Podziękowałem tedy za przymierze,
A miałem spory turecki puharek,
Więc pełen złota dałem na podarek,
I konia z rzędem, i szablę sadzoną.
Przyjął to wszystko Murza w dobréj wierze.
A gdy na oścież bramę otworzono,
Samotrzeć tyko podjechał do bramy,
I w odwet złożył sztukę drogiéj lamy,
I sztukę złota za ostrze mi płaci,
Jako jest zwyczaj, nikt szabli nie bierze,
Kiedy się sercem na prawdę już braci.
Więc i jam w takie uwierzył przymierze,
A ksiądz Ihumen rad z téj całéj sprawy,
Dał sto baranów Tatarom odprawy.

„Cóż na to mówić? Chłopstwo na swawolę
Szatan rozpasał — a bisurmanowi
Pod czas przygodny dał Bóg taką wolę,
Że nie zwykł dawać lepszéj rycérzowi.

„W koło czychały hajdamackie szpiegi...
Kiedy więc Murza przywiódł swe szeregi,
Sądziło bractwo, że zawarł przymierze,
I pogranicze pod swój puklerz bierze.
Jakoż — choć Murzę nikt o to nie prosił,
Sojusz z Koroną przez posły ogłosił,
I zajął krésy, i póty stał wiernie,
Aż Bóg poskromił i ukarał czernię.

„Nim Pan Stępkowski upacyfikował
Bunt niepotrzebny — jam był już w stannicy;
I po staremu stałem na granicy,
I mą chorągiew tylko Bóg salwował.

„Świadkiem tych czasów jeno dąb i źródło:
Lecz dotąd wielbię miłosierdzie Boże
Wdzięcznością w sercu nigdy niewychłódłą,
Że nas nie dało na hańbę i noże!....”

Tu oko starca na krynicę padło,
I długo w źródło patrzał, jak w zwierciadło,
I z biegiem wody poglądał na strugę;
Zdjął sygnet z ręki, i rzekł zadumany:
„Oto mój klejnot od rodzica dany,
I już ostatnią oddał mi posługę,
I wszystko przeszło — jak to źródło bieży,
I cały żywot już za mną dziś leży!”....

„Ostatni z rodu, komuż go zostawię?
I komuż z duszy tak pobłogosławię,
Jako mnie ojciec niegdyś błogosławił?...

„Więc tobie ziemio! ty arko miłości,
Co wiernie trzymasz miłosierdzia klucze!
I tobie dębie! coś w prostéj wielkości
Szmerem swych liści wielkość Pana sławił...
A już ten sygnet niech wiecznie zdrój płucze!...”

I rzucił sygnet w sam środek krynicy,
I łza ostatnia błysła na źrenicy....




Na Anioł-Pański zadzwoniono z wieży;
Więc kędy w grobach legło koło bratnie,

Udał się jeszcze na modły ostatnie,
I do ostatniéj zasiadł już wieczerzy....

Modlitwą zaczął, i modlitwą skończył,
Ostatek miodu w puhary wysączył,
I powstał nagle — „To już do strzemienia!”
I podniósł oczy — „Tam do zobaczenia!”

A potém burkę zarzucił na kurtę,
I krzyknął nagle: — „Hej konia przed furtę!”
I jednym rzutem wsunął się na siodło,
Jakby go bardzo coś w sercu ubodło.

„Bądźcie tu zdrowi, i ostajcie z Bogiem!
Już ja nie stanę więcéj za tym progiem!”

I ścisnął konia, i kopnął się cwałem,
Że się dopiero za bramą zrównałem.






V.
Ś


Śliczny był wieczór, cichy i pogodny,
I miesiąc zeszedł, i stepy oświécał,
Konie szły raźno pośród nocy chłodnéj,
Czasem się w polach ogień gdzieś rozniecał;
Czasem w przelocie ozwały się ptaki...
A Mohort drogę prostował na szlaki,
I milcząc jechał, patrząc w twarz miesiąca,
Aż w końcu słowa wycisła tęsknota:

„Ostatni świadek mojego żywota,
A jeszcze wiernie świéci mi do końca! —
Gdzież to te czasy? gdzie w nieznane progi
Tak samom jechał do mojéj niebogi?

„Prawie w ostatniéj potrzebie z Szwedami
Poległ śród boju Pan Miecznik Różański,
A że miał wielki mir pomiędzy nami,
Otóż stanęło na radzie hetmańskiéj,
Ażeby ciało odwieźć w jego progi,
I z asystencyą oddać jego wdowie.

„Waść będziesz czynił,” Pan Hetman mi powié
I wydasz ciało sam w ręce niebogi,
I w mém imieniu będziesz na pogrzebie,
I od rycérstwa wyrządzisz poczciwość;

„Ja z kondolencyą dam listy od siebie,
Boć wzgląd mieć trzeba na niewieścią tkliwość,
I na zasługi poległego w boju;
Niechaj nam z Bogiem spoczywa w pokoju.”

„I tak się stało — że z pocztem osobnym
Ruszyłem prosto, z konduktem żałobnym
Z pobojowiska — wszystko to zabrawszy
Co po Mieczniku było pozostało.

„W piérwszym miasteczku trumnę zrobić dawszy,
Złożyć kazałem na rydwanie ciało,
I księży wziąwszy z piérwszego klasztoru,
Jechałem wolno do wdowiego dworu....

„Miesiąc w téj drodze świécił mi tak samo,
Aż w końcum stanął przed klasztorną bramą,
Gdziem Przeorowi całą rzecz otworzył,
I nieboszczyka tymczasowo złożył.

„W sąsiedztwie mieszkał Pan Wojski Proszczycki,
Pobliski krewny Starościny Lidzkiéj,
Więc wypadało go naprzód nawiédzić,
I o nieszczęściu rodziny uprzedzić.

„Z boleścią przyjął on moje poselstwo,
Bo go łączyło wielkie przyjacielstwo
Oprócz krewieństwa: od chłopiąt z Miecznikiem
Długo służyli razem z nieboszczykiem
W jednéj chorągwi, — oba w jednym roku
Pojęli żony, — w sąsiedztwie osiedli,
I wspólny żywot niby bracia wiedli,
I wspólnych mieli przyjaciół u boku.

„Kiedym zajechał — Wojski w ganku siedział,
I rzecz zrozumiał nawet bez słów wiela,
I ciężko spłakał, kiedy się dowiedział
O owéj śmierci swego przyjaciela;
Ale boleści nie folgował marnéj,
Ukląkł i zmówił: wieczny odpoczynek;
Potém wstał, włożył na się żupan czarny,
I rzekł mi krótko: — „Jedźmy do Malinek:
Smutne poselstwo trzeba odnieść wdowie.”

„Dwór Miecznikowéj stał w pięknéj dąbrowie,
Od wsi Wojskiego ledwo o pół mili...
Ksiądz Przeor znacznie wyprzedził nas rankiem,
I był już naszę bytność zapowiedział;
A więc dwór cały czekał nas pod gankiem,
I o nieszczęściu dom już cały wiedział.

„Gdyśmy nareszcie stanęli przed panią,
Nikt z nas przemówić nie śmiał ani słowa,
Ale i oczy złego posła ranią;
Nieboga swoje nieszęście odgadła,
I rzekła mężnie: — „Czuję to, żem wdowa!”
A śliczna córa jak kalina zbladła,
I u stóp matki bez duszy upadła.

„Zbiegł się fraucymer. — „Na ustęp Panowie!”
Rzekł nam Pan Wojski — i tylko z Przeorem
Zostali oba przy córce i wdowie;
I obiem ujrzał dopiéro wieczorem....

„Nazajutrz bliżsi zjechali sąsiedzi;
Przeor miał lektę w żałobnym ornacie.
Kirem odziana Pani po swéj stracie
Według zwyczaju z całym swoim dworem

O świcie jeszcze była u spowiedzi.
A po mszy świętéj z Wojskim i Przeorem
Złożyłem radę, jakby uroczysty
Kondukt odprawić, i akt ten ogłosić,
I województwo całe ściągnąć listy,
I na żałobny chléb wszystkich zaprosić.
Więc naprzód Przeor wysłał zaprosiny,
I do kolegiat i dalszych klasztorów;
Pan Wojski znowu w imieniu rodziny
Obesłał listy do zamków i dworów;
A ja nareszcie, ordynans Hetmana,
Jak mi był dany od mojego Pana,
Po województwie obwiozłem do koła,
Rzecz poczynając porządnie od czoła;
Więc od samego Pana Wojewody
Aż do ostatniéj szlacheckiéj zagrody.

„Nadszedł nareszcie dzień oczekiwany:
Każdy towarzysz miał po dwóch pocztowych,
Każdy wypoczął, był dobrze ubrany,
A wszystka szlachta na koniach harcowych,
Więc co się zowie było okazale;
Gdym poczt mój sprawił i stanął na czele,
Pan wojewoda wyruszył wspaniale
Także na koniu, bo w rycérskiém kole;
I towarzystwa grzecznego nie mało
Nawet z ziem dalszych na zaciąg zjechało.

„Wspaniały rydwan ruszył od klasztoru,
I śpiew się ozwał wdłuż wielkiego chóru,
Znać że do grobu wieziono rycérza;
Bo za rydwanem stąpał koń Miecznika,
Chorągwie szwedzkie na krzyż u puklerza,
A obok trumny zbroja nieboszczyka.....

„Stu księży mszalnych, dwanaście klasztorów,
I ksiądz Sufragan eksportował ciało;
A za konduktem, z okolicznych dworów
Tak wiele kolas i bryczek jechało,
Że czoło blizko już wdowiego dworu,
A koniec ledwo wyruszył z klasztoru.

„Przed wioską tedy zatrzymałem czoło,
I cały kondukt ściągnął się na błoniu;
Do koła trumny zatoczono koło,
I tylko poczt mój pozostał na koniu.

„Przed dworem na krzyż schodziły się drogi,
I kondukt stanął przed bramą niebogi,
Co z dworu wyszła na smutne spotkanie
Powitać zwłoki męża na rydwanie.

„Obok niéj córa po nad matką zgięta,
Niby to lilija albo jaka święta —
Obie w zakonnym stroju otulone,
I smutnym dworem w koło otoczone.

„Koń mi się ciskał jak odyniec ranny,
A tu przemówić z konia wypadało;
A więc westchnąłem do Najświętszéj Panny:
„Ratuj mnie Pani!” i tak téż się stało,
Bo mi włożyła w usta wdzięczne słowo,
A koń stał wryty, gdym stanął przed wdową.

„Jam nie orator! — łzą mi zaszło oko —
Ale w prostocie człowiek Boga chwali!
A kiedy sięgnie do duszy głęboko,
I nad niedolą ludzką się użali,
To z serca płyną słowa nieuczone,
A z oczu bHźnich łzy nieutulone.

„O jam nie retor! lecz przy łasce Bożéj
Jam Sakramentów w sobie nie zatracił!
A jak człek rękę do serca przyłoży
I w krwi poczuje: z czém i z kim się bracił?
To na Hetmana dusza mu urasta,
I godzien nawet przemówić w kościele,
A w boju stanąć, na rycérstwa czele.
A w grobie legnąć, nawet obok Piasta.

„Com w ów czas mówił, powtórzyć nie umiem,
Bo w ów czas nawet nie znałem, com prawił
W afekcie duszy — ale tak rozumiem,
Żem rozkaz Pana mego dobrze sprawił!

„Wiem tylko tyle, żem począł od Boga,
I od ojczyzny, i od krwi poczciwéj,
Co jak orlica uderza na wroga,
Kiedy jéj gniazda dotknie gad zelżywy;
A gdym nareszcie złożył w ręce wdowy
I pierścień ślubny i sygnet herbowy —
I relikwiarzyk, co na piersi nosił,
Oddałem córce, jak sam o to prosił —
Gdym spojrzał na nią, a ona mnie w oczy,
A tu się perła po jagodach toczy,
I jakaś światłość od jéj obliczności
Padła mi w duszę — to już od żałości
Nie mogłem więcéj wymówić i słowa,
I tak się na tém skończyła ta mowa.
Przez trzy dni całe trwał akt pogrzebowy,
Msze się prawiły, eksorty i mowy, —
A dnia piérwszego eksportacya była,
A dnia drugiego wzniosła się mogiła,
A dnia trzeciego eksekwie prawiono,
I przed północą stypę zakończono;

I jaki taki, kiedy łzę osuszył,
Pożegnał wdowę, i odjechał w ciszy.
A gdy do domu Wojewoda ruszył,
I jam odpuścił moich towarzyszy,
Bo téż już było po szwedzkiéj potrzebie,
Więc rad téż każdy powracał do siebie.
Sam zaś zostałem i z wielką ochotą,
Bo matka z córą prosiły mnie o to.
A gdy już miesiąc był prawie upłynął,
I żal co większy już nieco przeminął,
Poczęto pytać o wszystkie wypadki
Szwedzkiéj potrzeby — i chwile ostatnie
Pana Miecznika — a choć człek był gładki,
Nie raz się splątał jakby popadł w matnie.
Gdy przyszło mówić o takiéj boleści,
I wytrwać mężnie wobec łzy niewieściéj,
Bo choć się obie łez jak grzéchu strzegły,
Choć Panna Anna znów do krosien siadła,
A sprawy domu zwykłym trybem biegły,
To często jeszcze łza na wzory padła.
I dosłyszałem nie raz stojąc z boku,
Jak do poufnéj rzekła ze łzą w oku:
„Czy to już późno? czy się dziś tak mroczy,
Że mi już nie chcą statkować i oczy,
Że i jedwabiów rozeznać nie mogę?”

„A ta to niby wyręcza niebogę;
I kiedy do jéj pracy się przysiada,
To łzę ustyma z oczu jéj wykrada.”




O biada sercu! i téj głowie biada!
Bo Panna Anna była mi tak droga,

Że się tak kochać godzi tylko Boga!
I możem w życiu za to pokutował,
Żem taką miłość dla niewiasty chował,
Jaką człek wierny tylko niebu mierzy,
Jaka po Bogu ojczyźnie należy...

„Sześć niedziel zbiegło mi na wdowim chlebie,
Jak gdyby jedna godzina gdzieś w niebie,
I kiedy przyszło w końcu do rozstania,
Anna nieśmiało przy matce się skłania,
I tak mi rzecze już na samym progu:
„Kiedy się, kiedy podobało Bogu,
Że kądziel tylko zostawił w tym domu,
To szabli ojca nie ma nosić komu,
A że jéj smutno będzie w tym spoczynku,
Więc przyjm ją Waszmość proszę w upominku.”
To téż przyjąłem szablę ze łzą w oku,
I odtąd wiernie noszę ją przy boku...

„Tak samo świécił miesiąc, gdym wyjechał,
I znowum nigdzie nie spoczął w téj drodze...
Pogoda była, i świat się uśmiechał,
Lecz myśli moje tylko przy niebodze.

„Gdym znowu stanął na dworze hetmana,
Rzecze mi hetman raz pewnego rana:
„Coś Waść posmutniał mi na wdowim dworze,
Czy Miecznikówna tak do serca wpadła?
To Szwed cię nie zjadł, a podwika zjadła?
No — ja pomogę, jeśli Bóg pomoże?”
I rok sześć niedziel milczeliśmy oba;
Aż się w Malinkach skończyła żałoba.
W ów czas dopiéro hetman mi powiada:

„Mój poruczniku! jeżeliś nie zmienił
Dotąd twéj myśli, to jechać wypada
Nam do Malinek, i będę cię żenił!
Ojca zastąpię, co już leży w grobie,
Pannie i Waści — i pobłogosławię!
(A Koszowacki klucz wypuszczam tobie,
I przenosiny sam Waszmości sprawię.)”

„Wiernym ty drużbą byłeś mi wśród boju,
To ja Starostą chcę ci być w pokoju;
A ufam w sercu, że się nie rozłączy
Ta przyjaźń nasza, chyba ją Pan skończy.”

„Do nóg mu padłem nie rzekłszy ni słowa,
A on mnie podjął i ścisnął mi głowę,
I rzekł łaskawie: „Wesela połowę
Mamy już tedy! — pisz Wasze do domu,
Bo gdzie się córa we dworze uchowa,
Tam jéj nie dadzą bez prośby nikomu.
Znam, że się prośba Miecznikowéj nada,
Lecz list od matki Waści mieć wypada
Do Miecznikowéj. — Pan Wojski Proszczycki
Wszak bliski sąsiad Starościny Lidzkiéj;
Więc niech tam z listem czeka nas posłaniec,
A na ostatki — da Bóg — pójdziem w taniec!”

„Prawda, żem wierny był Panu w potrzebie,
I służyć miałem do śmierci ochotę...
Lecz cóż za dusza, co za serce złote,
Że mi los taki obmyślił u siebie!

„Od rezydencyi zwyczajnéj hetmana
Cztery dni drogi było do Malinek,”[1]

We wsi Wojskiego stanęliśmy z rana —
Ale nim jeszcze poszedł na spoczynek,
Oświadczył Hetman rzecz krótkiemi słowy,
A Wojski przyjął zamysły łaskawie,
I jako bliski pani Miecznikowéj,
Przyrzekł nam pomoc życzliwą w téj sprawie.

„Nazajutrz przebiegł do Malinek rankiem,
I przed śniadaniem jeszcze do nas wrócił,
Lecz znać słów parę o zamiarach rzucił,
Bo tylko Pani witała pod gankiem,
Gdyśmy poszóstno w dziedziniec wjechali.
Najprzód słów parę o Mieczniku padło,
I westchnień parę z piersi się wykradło,
A kiedy Pani chciała prosić daléj,
Rzecze pan hetman:

„Kawaler stateczny,
Ozdoba naszéj chorągwi walecznéj,
Porucznik Mohort — prawa ręka w boju,
A domu mego przyjaciel w pokoju,
Prosi by wolno było wejść w te progi.”
A Pani na to — „Od dawna nam drogi!
Witam i proszę!” i skłoniła grzecznie,
A Panu rękę podała statecznie....

„Przez trzy dni trwała gościna wesoła,
Lecz hetman koni nie kazał wykładać,
Chcąc się z zamiarów jawnie wyspowiadać;
Ztąd pannęm tylko widywał u stoła.
Aż dnia czwartego rzekł mi hetman z rana:
„Trzy dni tu gościm bez szaréj poléwki,
A więc się skłonić wypada w kolana,
A jak rozumiem nie odmówią dziéwki;

Sygnet przezemnie daje hetmanowa,
Bo lepszą pamięć miała białogłowa
O tém, co tutaj będzie nam potrzebne.
Jeźli Bóg zdarzy zabiegi swadziebne,
A mnie się uda sprawę z matką ubić,
To córę zaraz najlepiéj poślubić.

„Najdzielniéj bije serce pod pancerzem:
Więc wezwij naprzód w pomoc Pana Boga,
I opnij pancerz, jakbyś szedł na wroga,
Niech i ja czuję, że swatam rycérza.

„Jeźli Wojskiego przyszlę do Waszeci,
Dobry znak będzie — jeźli krzyknę z sali:
W konia! to siadaj i pojeżdzaj daléj,
Bo znać nie dla nas szczęście tutaj świéci.”

„Nigdy mi serce nie biło tak w boju,
Jak w owéj sali na serdecznéj straży;
A koń przed gankiem rwał się w niepokoju,
Jakby przeczuwał, że mój los się waży.

„Wtém wpadł pan Wojski i krzyknął „wygrana!”
Pani siedziała w krześle upłakana,
Obok stał hetman ku niéj nachylony,
Kiedy pan Wojski uchylił opony,
I kiedym zwolna wstąpił na próg sali.

„Do nóg, jak matce!” rzekł mi hetman głośno...
I padłem do nóg przejęty do żywa,
A w sercu było mi coś tak żałośno,
Jak pod pancerzem nigdy tam nie bywa.

„I hetman podał list méj rodzicielki,
I list przejrzała z płaczem Miecznikowa,

I rzekła Panu: „Widzę, że Bóg wielki,
Co w pieczy swojéj i siéroty chowa,
Czuwać nad domem wdowy nie przestaje,
Gdy opiekunów takich Annie daje;
To niech się dzieje wola Jego święta,
Niech Anna przyjdzie.”

„Weszła Anna w bieli,
Jako na ziemię zstępują Anieli,
Jakoby z nieba prosto była wzięta....
A matka rzekła:

„Anno! ojciec w grobie,
Pan Hetman, Anno! chce być ojcem tobie,
I o twym losie wraz ze mną stanowi,
I oddasz rękę Panu Mohortowi.”

„Zadrżała Anna, i jak lilija zbladła,
I do nóg matki na kobiercu padła.

„Potém Pan Wojski pannie błogosławił,
A potém Hetman, — i stała rumiana —
A Hetman rzecze: „Gdy tak Pan Bóg sprawił,
To nim po wieniec schylimy kolana,
I łaskę domu zdołamy zawdzięczyć,
Niech wolno będzie nam pannę zaręczyć.”

„Anno! daj pierścień na wieczyste śluby,”
Rzekła jéj matka, — a twarz mojéj lubéj
Jakieś niebieskie okrasiły wdzięki,
I po raz piérwszy dotknąłem jéj ręki,
A kiedym pierścień na rękę jéj wkładał,
To biło serce, że aż pancerz gadał.

„Wieczorem wiele zjechało się gości...
Pan Hetman dodał uczcie wspaniałości,
I akt ogłosił w okazałéj mowie,
I w koléj puścił méj bogdanki zdrowie;
A potém póty nie odstąpił matki,
Aż wyznaczyła dzień ślubu w ostatki.

Z Malinek jadę objąć Koszowatę,
I zrozumiałem, co za kawał chleba
Dał mi Pan Hetman — wszystko tam bogate,
Więcéj wszystkiego było niż potrzeba:
Zasobno, chlebno, i miodno i mléczno,
Mączka i łączka i ryby i grzyby,
We dworze czysto, w dziedzińcu słoneczno,
W koło poczciwych sąsiadów siedziby,
I niedaleko do kościoła było...
A przecież wszystko razem nie cieszyło;
Czy to, że byłem sam jeden w tym dworze,
Czy, że tak nagle spadły dary Boże,
Że człeku trudno było w to uwierzyć,
By się udało taki los zadzierżyć?
Dość, że tak było.

„Jadę więc do matki,
Bo się już zbliżał wreszcie czas wesela,
Po drodze wziąwszy z sobą przyjaciela,
By miéć już drużbę z sobą na ostatki;
W domu nie byłem od dawnego czasu,
Bo raz ostatni przed szwedzką potrzebą,
Więc gdy dwór matki zaświécił od lasu,
To mi się zdało, żem zobaczył niebo!

„Nieba téż rada była mi przychylić,
Wszystkiém obdarzyć i wszystkiém zasilić;

Lecz gdym niejaki czas w domu przesiedział,
Wszystko jak było, matce opowiedział,
Rzekła mi matka:
„Serce mi się lęka,
I niech tém wszystkiém Pańska rządzi ręka,
By się weselem skończyło wesele...
Tyś dał relikwiarz — ona karabelę.”

„I jedna wiara” mówi Paweł święty!
Rzekłem w ufności, chcąc ją uspokoić;
Ale złéj wróżby przeczuciem dotknięty,
Własnego serca nie mogłem ukoić...
Błogosławieństwo wziąwszy więc od matki,
I dla synowéj przyszłéj upominek,
Wraz z przyjaciołmi ruszyłem w ostatki
Do méj niebogi i owych Malinek.
Mróz pofolgował, jak w ostatki bywa,
Puszczać poczęło i kruszały lody,
Wiatr powiał ciepły i spadła ulewa,
I krę na Niemnie ruszyły już wody.

„W miejscu przeprawy wielkie kry się sparły,
I lód stał jeszcze — lecz ani po lodzie
Nam się przeprawić, ani téż po wodzie,
Bo strach, by kryhy łodzi nie zatarły;
Pół dnia czekałem, czy nie zniesie lodu...
Wreszcie przeszedłem po nim raz i drugi,
A że to człowiek gorący za młodu
Choć i na lodzie — krzyknąłem na sługi:
„Nie ma złéj drogi do mojéj niebogi!
Puszczaj, przejedziem!”

„Lecz gdyśmy zjechali,
I już drugiego brzegu dobijali,

Lód tak ogromnie jak z armaty strzelił,
I krą od brzegu z nami się oddzielił;
I kry naparły a my z wodą płyniem,
I bez ratunku oczywiście giniem.

„Dobyłem szabli i odciąłem konie,
I napędziłem, i skoczyły z lodu
Po krach do brzegu. Wołam! stojąc z przodu,
A kra się łamie i człowiek mi tonie.
W spód poszły sanie — pod lód poszła służba,
I wszystkie rzeczy, i koni siedmioro...
Po krach skaczemy, ja wprzód, za mną drużba,
Aż nas nareszcie kry już z sobą biorą,
I światem niosą całym pędem rzéki,
I woda zda się co raz bardziej rosła,
A wieczór siadła na kępie dalekiéj.
Straszna noc była! — pośród kry i fali
Całąśmy dobę na kępie przestali;
Aż się nareszcie jakiś rybak zjawił,
I do poblizkiéj wioski nas przeprawił.

„Umiejąc pływać — to mogłem przepłynąć!
Ale mój drużba tak się napił wody,
I skostniał wszystek, że przyszłoby zginąć,
Gdybym go rzucił śród takiéj przygody;
Nadto trzos ciężki, ba i szablę miałem,
I już obojga uronić nie chciałem.

„O losie naszym była już wieść w biegu,
Bo już i nasze konie pochwytano,
I po zaściankach sobie powiadano,
Że mnie wraz z drużbą zniosła kra od brzegu;
Więc nas téż ludzie nad wodą szukali,
I jak z tamtego świata nas witali.

Poczciwa szlachta siedziała w zaścianku,
Kiedy nas rybak wynalazł o ranku,
Przybyli na brzeg z posiłkiem skwapliwie,
I jako braci podjęli życzliwie.

„Drużba już nie mógł słowa wypowiedziéć,
Choć był człek mężny, i miał serce z rodu;
A gdy się napił z korzeniami miodu,
Dreszcz go rzuciła, ale począł bredzić;
Nie dobrze, myślę, coś się nam nie wiedzie!
A on w gorączce: „Co to z tego będzie?
A gdzie mój ręcznik? to nie dobra wróżba,
A gdzież jest wieniec? o biédny ja drużba!”
A w nocy wołał: „Panie bracie, konie!
Pędźmy co wyskok — panna młoda tonie!”

„O świcie przybył braciszek z klasztora,
I krew mu puścił, lecz było zapóźno,
Jak obłąkany patrzył w koło groźno,
I na mym ręku skonał do wieczora.

„I wszyscy ze wsi za pogrzebem wyszli,
I słowa matki stanęły mi w myśli,
I jakiś zawrot głowy opanował:
On mnie miał drużbić — a jam go pochował!

„Kiedy się wiedzie, bywa tego troje...
Szlachcic do wózka zaprzągł konie moje,
I do Malinek pojeżdżamy oba;
Tutaj dopiéro czas rozważyć miałem,
Że od wypadku piąta przeszła doba,
Że ludzie z końmi i taborem całym,
dzień podróżny za nami ciągnęli,
 ostrzeżeni przecież ocaleli.

Lecz co się z nimi stać już mogło daléj:
Czy powrócili słysząc o przygodzie?
Czy na przewozie czekają przy wodzie?
Czy do Malinek może dojechali?
Nie mogłem zgadnąć — i tém większa trwoga
Zbiérała serce, czém bliżéj już było,
I zaklinałem: Jedź! przez rany Boga —
Bo mi coś serce nie dobrze wróżyło.

„W tém odgłos dzwonów odezwał się głucho,
I śpiew żałobny uderzył me ucho;
Wpadam na groble — a tu tłum narodu,
Chorągwi, światła i czarny krzyż z przodu —
Straszliwa chmura kruków i gawronów
Zaćmiła niebo, zgłuszyła śpiew chóru,
I nawet odgłos tych żałobnych dzwonów...
A tutaj trumnę wynoszą ze dworu:
W oczach i w duszy zrobiło się ciemno!
Co to? kto umarł? Co to? Wielki Boże!
A z grobli wszystko pierzchnęło przedemną:
„Upiór! topielec! ratuj się kto może!”
I pierzchli w strony, a przedemną przodem
Leciało ptastwo czarnym korowodem.
„Upiór! topielec!” jeden głos do koła,
A czarne ptastwo straszną chmurą kraczy;
Więc pędzę groblą, co koń wyrwać zdoła,
I zrozumiałem, co to wszystko znaczy,
I bies mnie w kleszcze pochwycił rozpaczy.

„Śpiewy ucichły koło bramy staréj,
I wszystko pierzchło, i stanęły mary —
Skoczyłem z wozu, i oko nie wierzy —
Trumna otwarta — w trumnie Anna leży....

I takie były me weselne gody,
Bo mnie witała w stroju panny młodéj,
I jako lilija taka była strojna,
A jako anioł uśpiony spokojna.

„Jakże się udał sen mojéj panience!
Porwałem trumnę jak dziécię na ręce,
Porwałem trumnę i lecę i niosę,
A wiatr mi do ust przygarniał jéj kosę,
I białe wstęgi u wieńca furkocą...
I mnie coś niosło jakąś dziwną mocą.

„Nie wiem, gdzie biegłem, i dokąd ją niosłem,
Ale nad dachy i dęby urosłem,
I jakaś siła od ziemi mnie niosła,
I trumna w rękach ku niebu mi rosła,
I nagle wpadłem w jakąś bezdeń ciemną,
I daléj nie wiem , co się działo ze mną....




„Po wielkiéj burzy noc nastała głucha:
Lecz czym w letargu długą noc przeleżał?
Czy to w rozpaczy rozum mnie odbieżał?
Czylim się dostał pod moc złego ducha?
Tego sam dzisiaj powiedziéć nie umiem.

„Czasem świtało na chwilę w rozumie,
I nibym wiedział, że mi głowa chora,
I poznawałem Wojskiego, Przeora,
Słyszałem modły — brałem jakieś leki —
Lecz skoro tylko skleja się powieki,
Już znowu szatan płatał swoje sztuki,
I w koło głowy krążyły gawrony,

I w uszach biły ciągle tylko dzwony,
I przed oczyma snuły mi się kruki.

„Jak długom leżał bez myśli, bez woli
Nie mogę wiedziéć — ale bez ustanku
Czułem w tym stanie, że coś bardzo boli.
Kiedym się ocknął nareszcie o ranku,
Patrzę — a w celi nie było nikogo —
Robię znak krzyża — a ręka mnie słucha,
Probuję powstać — staję jedną nogą,
Ba daléj drugą, i nabrałem ducha —
I wdziałem szaty, a gdym karabelę
Zdjąwszy z nad łoża przypasał do boku,
Zdrów się uczułem na duszy i ciele.
Wschodzące słońce gorzało w obłoku,
I coś mnie dziwnie nęciło w świat Boży;
Wychodzę — mijam krużganek niezgorzéj,
Schodzę ze schodów i ledwo sam wierzę,
Zkąd taka siła i oddech się bierze.
W dziedzińcu jakaś owiała mnie wonia,
Jak z łąk skoszonych — patrzę, a to lato,
I posłyszałem w stajni rżenie konia;
Wchodzę do stajni — a tutaj jak na to,
Koń kulbaczony rwie się koło żłobu.
Patrzę — mój własny — o czas dla nas obu
W skrytości serca pomyślałem sobie,
I siadłem na koń powoli po żłobie;
Parsknął z radości — nie było nikogo,
A więc z dziedzińca puściłem się drogą,
I ciąglem jechał w świat ku jednéj stronie,
Aż zajechałem tu na dzikie pola;
I taka była znać już Boża wola:
Bo odtąd żyję już tylko w zakonie......




„W trzy lat dopiéro po mojém przybyciu
Tutaj na kresy — kiedy nawet gadka
O mnie ucichła, znalazła ślad matka,
Któréj już więcéj nie widziałem w życiu;
I wyprawiła, chociaż z tak daleka,
W te kraje za mną wiernego człowieka
Z trochą substancyi, z końmi, papiérami,
I z listem, w którym żegnała mnie łzami!
I na téj drodze, na domiar boleści,
Także z Malinek odebrałem wieści.

„Kiedym się w ów czas załamał na lodzie,
Przybył mój tabor w dzień po nas do Niemna,
A jeden z ludzi choć noc była ciemna,
Nie wiele myśląc, nie długo zabawił,
I jak z czém dobrém na gwałt się przeprawił,
I do Malinek doniósł o przygodzie.

„Gdy wpadł w dziedziniec, był to właśnie ranek,
A piérwsza Anna wybiegła na ganek:
„A gdzież Pan został?” ze trwogą go bada,
A ów nieszczęsny pachołek powiada:
„Pan nasz utonął!”

„I więcéj nie trzeba
Było dla Anny — bo po takiej wieści
Wpadła w malignę — i wziął Bóg do nieba
Anioła swego po krótkiéj boleści;
A mnie się twardy żywot tu zaznaczył,
Lecz krzyż poniosłem, bo nim Pan uraczył.”




Tu umilkł starzec, i dobył różaniec...
Jutrzenka zeszła — i sam ziemi kraniec
Już się nawodził piérwszym brzaskiem zorzy..
Spojrzałem w koło — ha, piękny świat Boży!
Więc i jam westchnął w téj chwili porannéj,
Patrząc w Jutrzenkę do Najświętszéj Panny!







VI.
I


Ileż to razy uderzał o uszy
Odgłos komendy, i szedł mimo duszy.

Lecz jak inaczéj, jak wcale inaczéj
Głos ten przenika aż do serca głębi,
I dreszczem przejmie i aż w krwi zakłębi,
Gdy się marsz wojsku już do boju znaczy.

W ów czas w komendzie leży cała waga,
I moc tajemna i prawda tak naga,
Że się jéj oprzeć już nic nie odważy,
Że już nie rozum, ale ręka słucha,
Że już nie wola, lecz ciało się waży,
A koń ma z jeźdzcem po połowie ducha.

Na koń! — odezwał się naprzód Oboźny,
Na koń!! — obiega dokoła głos groźny,
Na koń!!! — zawrzało i zamęt śród wrzawy,
Na koń! — i jezdnych połowa już w biegu,
Na koń! — i wszystkie skończone już sprawy;
Baczność! — i wszyscy stali już w szeregu....

I słońce błysło złocisto u wschodu,
I Książę dosiadł bachmata wesoło,
Przejrzał szeregi, i pomknął na czoło,
A jedna trąbka dała znak pochodu.

„Marsz!”

I blask słońca zaigrał po stali.

Marsz!!!

I jak rzéka całe wojsko wali!

Poważna cisza — i tylko po rosie
Słychać głos trąbki, lecz w tym jednym głosie,
Co się rozlegał w téj chwili rozstania,
Leżała cała waga pożegnania.

I każdy patrząc na tę ziemię żyźną,
Mówił sam sobie z żałośném uczuciem:
„Żegnaj rycérzy i mogił ojczyzno!
I kiedyż znowu do ciebie powrócim?
Pod jaką wróżbą? i z jakiém obliczem?
I czy w szeregach jeszcze się policzem?”

Wesoło płyną narodowe znaki!
Széroka droga na rozstajne szlaki,
I koń i serce ochocze do lotu...
Lecz gdzie się oprzem? gdzie położym kości?
I czy nam stanie drogi do powrotu?
I czy nie zmarni się tyle miłości?...

Każdy to uczuł, że został pod niebem,
I jechał wolno jakby za pogrzebem;
Więc książę krzyknął: „Hej naprzód śpiewaki,
Pieśnią pożegnać ukraińskie szlaki!
A tam na niebie widzę klucz żórawi,
Więc dobra wróżba! Niech się wrogi smucą —
Bojem się tylko kraj dźwiga i sławi.
Wszak i żórawie lecą a powrócą?

Toć i my jeszcze tu powrócim może;
Naprzód śpiewaki! naprzód w Imię Boże!”

To chociaż w duszy nie było wesoło,
Słowem się wodza pokrzepiła wiara,
I wymykali śpiewaki na czoło,
I miła wszystkim wojskowa pieśń stara
Zabrzmiała w stepie:

„Hej tam na górze
Jadą rycérze,
Puku, puku w okieneczko,
Wstań i otwórz panieneczko,
Koniom wody daj!”




Jest nić tajemna, która wiąże duchy,
I serce wodza z sercem całéj wiary,
Że wspólnie biją i do jednéj miary,
Jak w elektronu chwycone łańcuchy.

Kiedy się pieśnią książę rozweselił,
Promień nadziei także w wojsko strzelił,
I duch powrócił, i znowu ochoczo
Pryskają konie, i zastępy kroczą.
Tuż obok księcia Pan Oboźny jechał,
I głaszcząc konia z cicha się uśmiéchał,
I rzecze księciu; — „No, co tak, to ale!
Tak po hetmańsku, i to sobie chwalę!
Gdy klucz żórawi tak dobrze posłużył,
Że z lotu ptaków książę nam powróżył,
To powiem Panom, co w podobnéj sprawie
Stary Przeździecki z młodu mi powiadał,
Który był z królem Janem na wyprawie,

Jak tam się orzeł dziwnie wojsku nadał —
Są bowiem rzeczy, mimo ludzkie zdanie,
Do których rozum nie dorobi kluczy,
Których człek prosty na wojnie się uczy;
A całe wojsko patrzało tam na nie —
Król szedł na Kraków i Tarnowskie góry,
I chyba tylko z Pańskich Świętych który
Tak się gotuje przed swojém męczeństwem,
Jak się gotował król przed tém zwycięstwem.

„Procesyą obszedł Krakowskie kościoły,
I czynił śluby i wota w szczodrości,
I stare progi Jagiellońskiéj szkoły
Jak wierny uczeń odwiedzał w miłości,
I adoracyą serdeczną oddawszy
Relikwiom Świętych Patronów Korony,
Szedł na wyprawę jak Król najłaskawszy,
I w łasce Bożéj mocarz namaszczony,
A w pochód biły mu Krakowskie dzwony.

„Choć był jak rycérz dzielnością przejęty,
Choć taką wiarę miał i nabożeństwo
Do matki Boskiéj i do Trójcy Świętéj,
Nie ufał sobie, czy mu da zwycięztwo...
Otóż zwyciężył — bo go daje temu
Pan — co nie sobie, ale ufa Jemu...

„Już na Morawach zabiegł drogę Panu
Prymas Węgierski, Arcybiskup Granu,
I za przymierze dziękował życzliwie,
I podjął w drodze Króla miłościwie.

„Aż tu o świcie przygoda nielada:
Podług pogłoski niedalekie wrogi,

A wojsko naszło na krzyżowe drogi,
I nie wiadomo kędy iść wypada.

„Król skinął ręką — stanęły zastępy,
I patrzą przed się ponuro jak sępy,
Lecz król na niebie dawno orła tropił,
Co się z poblizkich gór raźno wychopił,
I w koło wojska wielkiém kołem płynął,
A potém nagle nad Królem się zwinął,
I zawisł nisko, i okiem go zmierzył,
I przodem w drogę środkową uderzył.

„Król, choć był królem, to miał zwyczaj taki,
Że równo z berłem czcił hetmańskie znaki —
Pamięć Chocima była mu tak drogą,
Że nawet Królem idąc na wyprawę,
Zawsze na siodle Chocimską buławę
Hetmańskim strojem miał pod lewą nogą.
Więc gdy się z orłem oko w oko zmierzył,
A orzeł w drogę środkową uderzył,
Wysoko w górę buławę wyrzucił,
W lewo buławę, w prawo koniem zwrócił,
A jak przystało tylko na junaka,
Dał na tym zwrocie gładkiego szczupaka,
I chwycił zręcznie lecącą z wysoka
Druchnę Chocimską, jak gdyby do tańca.
I jakby koniem tratował pohańca!
Tak po królewsku strzeliło mu z oka,
I krzyknął głośno nim posunął przodem:
„Za orłem wiara! jeszcze Bóg z narodem!”

„To mi krew Pańska! To mi duch proroczy,
Go orła pojmie, gdy mu spojrzy w oczy!
I wam tak samo niech da Bóg mój Książe!
I niech z Narodem na wieki was zwiąże.”

A książę ścisnął Mohorta serdecznie,
I rzekł wzruszony: „Bóg i Naród wiecznie!
Za mną Panowie!“
I z szlaku się rzucił,
I ku wysokiéj mogile się zwrócił,
I cały orszak stanął na mogile,
I na szyk wojska spoglądał przez chwilę.

Jako po stepie széroki szlak płynął,
Tak krętą rzéką korpus się rozwinął,
I wstęgą suną pułki coraz nowe,
W powietrzu wieją znaki narodowe,
Na przedzie widne i jeźdzce i konie,
Daléj się czernią tylko górą kaski,
Daléj kolumna płynie jak most płaski,
A jeszcze daléj błyszczą tylko bronie,
I po nad wojskiem tylko tuman płynie,
A już nareszcie step w obłoku ginie.....

Z nadzieją Książę spoglądał w świat Boży,
A tu na niebie znowu klucz żórawi
Po nad mogiłą i wojskiem się pławi,
A bachmat jego, co miał orle skrzydło,
U każdéj nogi przeżuwał wędzidło,
Rwał grunt kopytem, i drżał od rączości,
I póty grzebał — aż się dobił — kości!....




Długoby trzeba myślami się wodzić,
1 brnąć w nadludzkich boleściach okropnie,
Gdyby to przyszło z kolei przechodzić
Wszystkie od chwały do upadku stopnie.....




Jest w Boryszkowcach staw i grobla długa,
Grobla széroka, i niby bezpieczna,
Poniżéj grobli płynie w bagnach struga,
A na niéj stoi mogiła odwieczna.

Tam do piérwszego przyszło więc spotkania,
Bo nieprzyjaciel szedł krok w krok za nami,
A parł na korpus trzema kolumnami...
Z rzadka już strzały padały od rania,
I pan Kościuszko przednią straż prowadził,
I był się znacznie przodem już odsadził —
Głównym korpusem sam Książę dowodził,
A w tylnéj straży komendę Jenerał
Wielhorski miał — i z lekka odpiérał
Nieprzyjaciela, który na nią godził.

Marsz trwał dzień cały — pod wieczór się miało,
I Boryszkowską groblę wypadało
Przebyć przed nocą — most za sobą spalić,
I przez marsz nocny znacznie się oddalić
Od nieprzyjaciół — jakoż po dwa razy
Przysyłał Książę z takiemi rozkazy.

Rzecz była dobrze z góry obmyślana,
Bo staw z błotami, i z tą groblą długą
Oddzielał korpus nieprzebytą smugą...
A nim most stanie aż nazajutrz z rana,
I nieprzyjaciel przez most się przeprawi,
Nim się po takiéj przeprawie znów zładzi,
To i nie mały czas w miejscu zabawi,
A nasz się korpus tymczasem odsądzi:
Bitwy nie chciano jak nad Bugiem stoczyć.

Gdyśmy na groblę weszli Boryszkowską,
Już się zdawało, że z pomocą Boską

Ujdziem szczęśliwie — poczęło się mroczyć...
Spieszno nam było, więc trochę w nieładzie
Zbite szeregi jęły w bród się tłoczyć;
Jenerał przeszedł po moście na czele,
A Mohort jechał ostatni na zadzie,
I wołał: „Stępo!!!” tak silnie i karno,
Że każdy słyszał, chociaż było gwarno.

W tém straszny łomot i tysiączne głosy
Wojennéj trwogi wzbiły się w niebiosy.
— Co tam?!

Na przedzie most się nagle zwalił,
A nieprzyjaciel téjże saméj chwili,
Gdyśmy się z trwogą na groblę wtłoczyli,
Z tyłu w kolumnę ze trzech dział wypalił:
I na trzech liniach czysto jak po miotle —
A koło mostu zawrzało jak w kotle,
Z ludzi i z koni niby kra się sparła;
Gdy się most zwalił, sam upust już wody
Nie mógł dotrzymać — i groblę wydarła,
I woda buchła nagle rzéką całą,
I wszystko w stronę od strzałów pierzchało,
I wpław do stawu, i z grobli na błota,
A i ranionych było już bez liku.

Po trupie Mohort przedarł się na siłę,
I do rotmistrza — który jeszcze w szyku
Swych ludzi trzymał — rzekł: „A to sromota!
Hej! Ostaszewski za mną na mogiłę!”
I jak duch bitwy stanął na mogile,
I powiódł w koło oczyma przez chwilę
I krzyknął: „Baczność! równaj się szóstkami!”
W połowie grobli ta mogiła stała...

I gdy komenda z jéj wierzchu zagrzmiała,
Każdy rozumiał, że pójdziem na działa,
I już przerzadło na grobli przed nami.

„Ja pójdę naprzód, i piérwszy się rzucę,
Ty stój w odwodzie! jeżeli nie wrócę,
Zaraz w też pędy idź z drugim oddziałem,”
Rzekł do rotmistrza, i z kopyta cwałem
Ruszył, krzyknąwszy jeszcze dla zachęty:
I jedna wiara — mówi Paweł święty.”

Z dział uderzono: i w szarym obłoku
I wódz i oddział zginął nagle oku.
Czekamy chwilę — koń Mohorta wraca...
A Ostaszewski: — „Teraz na nas praca!
Marsz!” i już cały drugi zastęp w locie.
Wpadamy — patrzym, a działa w odwrocie,
I kanoniery leżą już pod koniem:
Więc za działami jeszcze chwilkę gonim,
A potém stajem, kędy stały działa,
I noc zapadła — i skończona sprawa.
Równo z działami cichła z wolna wrzawa,
A z błot i z wody wiara się ściągała.

Koło północy stanął już most nowy,
I kto na grobli nie położył głowy,
Szedł za drugimi.

W tém rozruch na przedzie,
I głos podają — „Książę! Książę jedzie!”
Książę z raportu już o wszystkiem wiedział,
Że Mohort zginął, a na placu bitwy

Jest Ostaszewski i pagórka strzeże,
Gdzie działa stały — rzekł: „Szkoda méj Litwy!
I jakże zginął?”
„Jak giną rycérze!”
Rzekł Ostaszewski — „jak dąb się powalił,
Ale nas wszystkich swym zgonem ocalił!”
A Książę na to: „Ha, nie czas żałować,
Lecz jak rycérza trzeba go pochować.”
I kazał szukać pomiędzy trupami
Pana Mohorta. — Gdy go znaleziono,
Nieśli go groblą towarzysze sami,
I na mogile ogień nałożono;
Książę na ziemię rzucił płaszcz ze siebie,
I kazał na nim złożyć towarzysza,
I była długa i poważna cisza...
Nikt nie rzekł słowa przy całym pogrzebie;
Aż gdy grób cały w końcu był zasuty,
Rzekł Książę tylko do obecnych tyle:
„Żył z szablą w ręku, niech leży w mogile!”
A towarzysze przyklękli na grobie,
I pieśń żałośną zanucili sobie,
Którą po uczcie zwykle Mohort śpiewał,
Dziękując z serca gdy podjętym bywał:

Czas do domu, czas,
Zabawili nas!”

A potém na koń! i samo ognisko
Gorzało tylko, bo już stanowisko
Rzuciła w końcu nawet straż ostatnia,
I ze wszystkiego pozostało tyle:
Rycérz w mogile — w sercu żałość bratnia —
I ten samotny ogień na mogile.
I długo jeszcze w żałości tajemnéj,

Kiedy już cały korpus się oddalił,
Patrzyłem w marszu, jak z mogiły ciemnéj
Stos pogrzebowy śród nocy się palił.




W kilka dni prawie po owéj przygodzie,
Stanął był korpus wieczorem przy wodzie.

Patrzę za drogą — aż drogą ktoś jedzie,
I na łańcuch został zatrzymany;
Konie i zaprząg coś niby mi znany,
Konie myszate, bryka jakaś spora;
Ktoś wysiadł zwolna, i żołnierz go wiedzie:
Aż tu w podróżnym poznaję Rektora.

„A cóż Pan Mohort?” pyta mnie.

— Nie żyje! —
„A więc nie darmo jadę z tą obawą?
Poległ?”
— Legł w boju jak rycérz ze sławą,
I w Boryszkowcach mogiła go kryje. —

„Ha, pokój wieczny!” — rzekł Rektor z żałobą —
„Długie to lata przeżyliśmy z sobą!
I znak niezwykły jak widzę nie myli,
Sam przepowiedział swój zgon w łasce Pańskiéj,
A o ostatniéj jego życia chwili
Ostrzegł nas w celi dzwonek Loretański.

„Po wyjściu wojska był smutek w klasztorze;
Prowadź ich Panie! ratuj wielki Boże!
Mówiłem braciom, bo słychać o bitwie,
I dzień nam cały schodził na modlitwie.

„Aż dnia jednego, przed samą wieczerzą,
Strwożeni bracia korytarzem bieżą,
Więc ich wstrzymuję i pytam, a oni
Mówią że dzwonek Loretański dzwoni
W Pana Mohorta celi, choć zamknięta.
Patrzę na pieczęć, w istocie nietknięta,
Więc rzekłem braciom: — oto palec Pański...
Od wszego złego w modlitwie obrona...
A gdy nas wzywa dzwonek Loretański,
Módlmy się bracia — to Pan Mohort kona.

„Wziąłem gromnicę, wziąłem braci drżących,
I poczniem mówić akty konających...
I łzę serdeczną nie jeden uronił,
A dzwonek ciszéj, coraz ciszéj dzwonił,
I głos się w końcu perełką już sączył,
Ucichł — i rzekłem: — „Pan Mohort zakończył!”
I w téjże chwili korytarze jękły,
I przez sam środek drzwi od celi pękły.

„A więc począłem: — „Wieczny odpoczynek!”

Kiedym się lepiéj rozmówił z Rektorem,
Było to prawie nad samym wieczorem
A i dnia tego i téj samej chwili,
Gdyśmy na grobli krwawy bój stoczyli.
Na to rzekł Rektor: „Wielka to otucha,
Że Bóg nas ostrzegł o téj krwawéj bitwie,
I żeśmy o nim myśleli w modlitwie,
Kiedy Pan Mohort oddawał już ducha.”




Cóż na to mówić? — ledwo do pojęcia,
Jak się to dziwnie nie raz w życiu wiąże;

Jeden był koniec Mohorta i księcia,
I sen podobny miał przed śmiercią, książe!

Trzy dni przed Lipską bitwą mu się śniło,
Że sobie łoże pod dębem wyścielił,
I spał spokojnie, choć słońce świeciło;
A wtém — z jasnego nieba piorun strzelił
I dąb roztrzaskał — po chwili już dębu
Nie było więcéj, ni słońca ni błonia,
Ale się ujrzał jeden pośród zrębu
Pustego w koło, bez szabli i konia,
I pot śmiertelny wybił mu na czoło;
A kiedy wołał — „A na miłość Boga!
Konia i szabli!” i rzucał się w koło...
Nadjeżdża Mohort na swoim rumaku,
Spokojny, zbrojny, jak niegdyś od szlaku,
I zesiadł z konia i dał księciu strzemię.

Duch wstąpił w księcia, gdy Mohorta zoczył,
Lekko mu było, gdy na siodło skoczył,
Lecz koń już więcéj nie dotykał ziemi,
Ale się wyniósł lekko w jednym skoku,
I niby orzeł popłynął w obłoku...

Kiedy nazajutrz w oficerów kole,
Książę wesoły przy śniadaniu siedział,
I niby na żart swój sen opowiedział,
To zgasła nagle wesołość przy stole;
Choć jeden tylko był jeszcze w orszaku,
Co znał Mohorta, i służbę na szlaku.

Spostrzegł to książę, i sam zgasł na chwilę,
A potem mówił o Mohorcie tyle,
Że serca wszystkich zajął i rozrzewnił,
I w złém przeczuciu tém więcéj upewnił.

„Był to ostatni rycérz z pod szyszaku,”
Tak kończył książę — „ostatni od szlaku,
Dusza hartowna, wielka i pobożna;
Po nim — żołnierzem być już tylko można.”

„Przed śmiercią hetman śnił się Mohortowi,
A mnie dziś Mohort po latach tak wielu;
I któż to zgadnie? kto zgadnie, i kto wié
Czy mi nie podasz strzemię przyjacielu?
Hej ptaku, ptaku pancernego znaku!
A czy od szlaku droga, czy z Budziaku!

„Ty strzegłeś Polski i hetmańskich szlaków:
Bóg mi powierzył dziś honor Polaków,
Bogu go oddam!”

I westchnął głęboko,
I tak daleko puścił myśl i oko,
Jakby zatęsknił za swym młodym wiekiem,
Jak gdyby śledził coś w stepie dalekim,
Jak gdyby dziejów przeszłych o coś pytał,
Albo na przyszłość w losach Polski czytał;
A potem rzucił i ręką i głową,
I z cicha nócił piosnkę Mohortową:

Czas do domu czas,
Zabawili nas!...





Skończyłem w Krakowie 28. Grudnia 1852 roku
W dzień ŚŚ. Młodzianków Męczenników.







  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku — zbędny cudzysłów zamykający.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Pol.