Prawda (Zola)/Część trzecia/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Prawda
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1909
Druk Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Verité
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Przez długie miesiące trwania badań Sądu Kasacyjnego Marek zamknął się wyłącznie w swojej szkole, gdzie ciałem i duszą oddawał się nauczaniu maluczkich, aby ich uczynić zdolnymi do pojmowania prawdy i sprawiedliwości.
Przechodził od nadziei do zniechęcenia, a jedna troska nurtowała w nim coraz mocniej. W pierwszych chwilach sprawy dziwił się, że cała Francy a nie powstała, żądając uwolnienia niewinnego. Było to jedno z ukochanych jego złudzeń: Francya szlachetna, wspaniałomyślna i sprawiedliwa, która tyle razy zapalała się w imię sprawiedliwości, raz jeszcze da światu dowód wielkiego serca, naprawi ohydną pomyłkę prawną. Lecz po procesie w Beaumont, widząc ją ociężałą i obojętną, doznał bolesnego zdziwienia, które z dniem każdym rosło i stawało się męczącem. Mógł był ją usprawiedliwić niegdyś, gdy nie znano prawdy, słyszano tendencyjnie rozpuszczane kłamstwa, dziś jednak, po tylu nowych faktach, wobec światła, rzuconego na sprawę, nie znajdywał możliwego tłómaczenia dla długiego, głębokiego, haniebnego snu w nieprawości. Tak-że się Francya zmieniła? Nie jest-że już oswobodzicielka? Nie może się zastawiać nieświadomością, dlaczegóż więc nie powstanie jak jeden mąż, zamiast być ślepym tłumem, zagradzającym drogę prawdzie?
Wracał zawsze do punktu, z którego wyszedł, gdy wziął na siebie skromne obowiązki nauczyciela. Francya dlatego pogrążona w ciężkim śnie nieświadomości, że nie ma dosyć wykształcenia. Dreszcz nim wstrząsał: iluż pokoleń, ilu wieków potrzeba, aby karmiony prawdą naród zdolnym był do sprawiedliwości? Od lat piętnastu blizko usiłował wychowywać ludzi sprawiedliwych, przez jego ręce przeszło już jedno pokolenie, w którem chciał widzieć krok ku przyszłości, zastanawiał się przecież, czy rzeczywiście krok ten przebytym został. Często starał się widywać z dawnymi uczniami, dziwiąc się, że nie są więcej z nim zbliżeni. Spotykając ich, lubił rozmawiać, porównywał ich z rodzinami, pogrążonemi w pierwotnej ciemnocie i z nowymi uczniami, których spodziewał się więcej jeszcze wyzwolić. W tem leżało jego zadanie, misya podjęta w chwili śmiertelnego kryzysu i prowadzona po przez tyle cierpień. Mógł w nią wątpić w godzinach znużenia, lecz zaraz podejmował ją z nową wiarą.
Pewnego pogodnego sierpniowego wieczora, przechadzając się po drodze do Valmarie, koło folwarku Bongard’ów, spotkał dawnego swego ucznia, Fernanda, który z kosą na ramieniu wracał od żniwa. Fernand żonaty był z Łucyą, córką mularza Doloir’a. On miał lat dwadzieścia pięć, ona dziewiętnaście, a oboje kolegowali byli w szkołach i bawili się w czasie rekreacyj. Na podwórku siedziała jasnowłosa Łucya właśnie i naprawiała bieliznę.
— No cóż, Fernandzie, zadowolony jesteś, masz dobre zbiory w tym roku?
Fernand miał zawsze grube rysy, czoło ważkie i niskie i powolną mowę.
— Eh, panie Froment, z czego być zadowolonym. Tyle zawsze zgryzot z tą przeklętą ziemią, co więcej bierze, niż daje.
Ojciec jego, mający zaledwie pięćdziesiąt lat, czuł, że zbolałe nogi mu ciężą, więc chłopiec zamiast iść w służbę, pomagał w domu. Z ojca na syna prowadzili zaciętą walkę z kawałkiem ziemi, z którego zdawali się zrodzeni, upadając w ciężkiej pracy, zapoznając jednak postęp i udoskonalenie.
— A czy już myślicie — dodał wesoło Marek — o malcu, któryby z kolei przyszedł wysiadywać na moich ławkach?
Łucya się zarumieniła, a Fernand odpowiedział:
— Dalibóg, zdaje mi się, że zaczyna kiełkować. Ale nieprędko pójdzie do pana, co? I kto wie jeszcze, co się z nami wszystkimi stanie, jak ten znch zacznie uczyć się liter!.. Zresztą, pan też nie jest szczęśliwy, choć ma tyle nauki w głowie.
Marek poczuł nieco drwiącej dla nauki wzgardy tego niegdyś złego ucznia, którego ciasna głowa i uśpiony umysł z trudnością uczył się lekcyi. Spostrzegł również aluzyę do wstrząsających okolicą wypadków, postanowił zatem skorzystać z tego, aby zbadać stan umysłu swego dawnego ucznia, gdyż kwestya ta nadewszystko go zajmowała.
— Ja zawsze jestem szczęśliwy, — odpowiedział z uśmiechem — kiedy moje chłopaki jako tako się uczą i niebardzo kłamią. Wiesz dobrze, pamiętasz... Przytem odebrałem dziś bardzo dobrą wiadomość o sprawie, która mnie bardzo obchodzi. Niewinność mego przyjaciela Simona napewno będzie uznaną.
Fernand się zmieszał, twarz mu spochmurniała, oko przygasło.
— Mówią wcale co innego.
— A cóż mówią?
— Mówią, że sędziowie znaleźli jeszcze jakieś rzeczy przeciw dawnemu nauczycielowi.
— Jakie rzeczy?
— O, różne!
Po długich ceregielach, zaczął wreszcie opowiadać dziwaczną historyę. Żydzi mieli byli dać swemu współwyznawcy, Simon’owi, ogromną sumę pieniędzy, coś z pięć miljonów, aby wydał pod gilotynę jednego z braciszków Doktryny Chrześcijańskiej. A że Simonowi się nie udało, więc pieniądze czekają, a żydzi robią wszelkie wysiłki, aby, nawet za cenę krwi całej Francyi, zgubić braciszka Gorgiasza, żeby tylko Simon mógł wrócić i wydobyć skarb ze skrytki jemu tylko znanej.
— Zlituj się, chłopcze — zawołał ogłuszony Marek — nie możesz przecie wierzyć w podobne głupstwa!
Chłopak patrzał na niego z zaspaną miną, wytrzeszczając oczy.
— Dlaczego nie?
— Bo rozum się oburza na to. Umiesz przecie czytać, pisać, pochlebiam sobie, że obudziłem o tyle twój umysł, iż masz możność rozróżnić prawdę od kłamstwa... Czyż nie zapamiętałeś nic z tego, czegoś się u mnie uczył?
Fernand zrobił ruch znużenia i lekceważenia.
— Aj, panie Froment, żeby tak wszystko pamiętać, toby głowa spuchła... Ja tam powtarzam panu, co zewsząd słyszę. Mądrzejsi ode mnie przysięgają na to... Zresztą czytałem coś podobnego przedwczoraj w „Małym Beaumontais“. Przecież jak wydrukowane, to musi być prawda.
Marek rozpaczliwie machnął ręką. Po tylu latach pracy, taka ciemnota! Co za łatwa zdobycz dla błędu i kłamstwa ten chłopiec, wierzący w najgłupsze baśnie, nie mający ani swobody umysłu, ani logiki, aby się odnieść krytycznie do bajek swego dziennika. Gruba jego łatwowierność dotknęła nawet Łucyę.
— O, — rzekła, podnosząc głowę — pięć milionów to trochę za wiele.
Była u panny Rouzaire uczennicą mierną, nie otrzymała nawet elementarnego świadectwa, potem jednak obudziła się w niej inteligencya. Uchodziła za bardzo pobożną, panna Rouzaire pyszniła się tą wychowanką, która bez omyłki recytowała długą, wielkotygodniową ewangelię. Od zamążpójścia nie oddawała się bardzo praktykom religijnym, chociaż zachowała fałszywą uległość i nieszczerość kobiet, zdobytych przez kler. Czasem jednak pozwalała sobie mieć własne zdanie.
— Pięć milionów w skrytce — powtórzył Marek — pięć milionów drzemiących w oczekiwaniu biednego Simon’a, toż to szalestwo!.. A co myślicie o nowych dokumentach, o wszystkich dowodach, oskarżających braciszka Gorgiasza.
Ośmielona Łucya rozśmiała się powabnie i zawołała:
— O ten, to prawdziwe ladaco! Może nawet ma dużo na sumieniu, ale nie trzeba go ruszać z powodu religii. Ja także czytałam i dało mi to do myślenia.
— No, — zakończył Fernand — jeżeli po czytaniu trzeba jeszcze myśleć, to nigdy końca nie będzie, lepiej siedzieć sobie spokojnie w swoim kacie.
Marek miał odpowiedzieć, gdy na odgłos kroków odwrócił się i ujrzał ojca Bongard’a, wracającego z pola z żoną i córką, Anielą. Bongard usłyszał słowa syna i zwrócił się do nauczyciela.
— Chłopak ma słuszność, panie Froment. Najlepiej nie łamać sobie głowy nad różnemi historyami... Za moich czasów nie czytaliśmy gazet i nie było nam gorzej. Nieprawdaż, kobieto?
— Z pewnością! — energicznie poparła Bongard’owa.
Aniela uśmiechnęła się sprytnie. Mimo małych zdolności zdobyła była elementarne świadectwo u panny Rouzaire. Tępa, o krótkim nosie twarz dziewczyny, ożywiała się chwilami jakiemś wewnętrznem światłem, dążącem do przebicia grubej materyi Za miesiąc miała poślubić brata swojej bratowej. Augusta Doloir’a, dzielnego chłopca, który, jak ojciec, był mularzem. Marzyła o świetnej przyszłości, o własnem dla niego przedsiębiorstwie, i obiecywała sobie pokierować mężem. Teraz dodała:
— Ja tam wolę coś umieć. Bez nauki nie dochodzi się do niczego. Wszyscy oszukają, okradną... Wczoraj jeszcze mama dałaby blacharzowi o trzy sous więcej, żebym nie była przeczytała rachunku.
Chłopi pokiwali głowami, a Marek zamyślony poszedł dalej. Podwórko folwarku ani na jotę się nie zmieniło od dawnych lat, od dnia aresztowania Simon’a, kiedy Marek tam zaszedł, starając się o przychylne dlań świadectwa. Bongardowie pozostali tak samo pogrążeni w grubej ciemnocie, nieufni, skryci, jak biedne, przykute do ziemi istoty, w wiecznej obawie, że ich pochłoną bogatsi lub silniejsi. Dzieci przedstawiały żywioł nowy, poczynający się wyzwalać i iść za postępem, połowiczne jednak wykształcenie nie dało im dosyć siły i popadały w inny rodzaj przesądów. Poszły przecież nieco naprzód, a każdy krok na długiej drodze ludzkiego postępu, pozwala mieć nadzieję.
W kilka dni potem poszedł Marek do Doloir’a, aby z nim pomówić o leżącym mu na sercu projekcie. Dawniej miał w klasie dwóch starszych synów mularza, Augusta i Karola, ostatnio zaś najmłodszy, Julek świetnie się u niego odznaczał. Zdał w dwunastym roku elementarny egzamin i miał opuścić szkołę. Martwiło to niezmiernie Marka, który marzył, iż go wykształci na nauczyciela, zawsze bowiem troskał się o rekrutowanie dobrego zastępu nauczycielskiego, o którym przyjaciel jego, Salvan, mówił z takim niepokojem.
Przy ulicy Plaisir, w dawnem mieszkaniu po nad szynkiem, zastał samą panie Doloir i Julka. Starsi mężczyźni nie powrócili jeszcze od roboty. Wysłuchała go z miną poważną i nieco tępą. Jako dobra gospodyni dbała jedynie o korzyść rodziny.
— Nie wiem. czy to się da zrobić, panie Froment. Julek jest nam potrzebny, oddamy go zaraz do terminu. Zkąd brać pieniędzy na naukę? Choćby za darmo, a zawsze kosztuje.
Zwracając się zaś do dziecka:
— Prawda, — dodała — że najlepiej wolisz być stolarzem, mój ojciec także był stolarzem.
Julek z błyskiem w oczach ośmielił się wyznać.
— Nie, mamo! Bardzo byłbym kontent, żebym się mógł jeszcze uczyć!
Marek pospieszył mu z pomocą, gdy wszedł Doloir z synami. August razem z nim pracował, a po drodze zaszli po Karola, mającego zajęcie u sąsiedniego ślusarza. Dowiedziawszy się o co idzie, ojciec zaraz stanął po stronie żony, uważanej w rodzinie za tęgą głowę, zachowawczynię i stróża zdrowych tradycyj. Kobieta była wistocie uczciwa i pracowita, ale uparta i egoistka. Mąż jej ulegał, chociaż się przechwalał, że jako żołnierz stał się wolnomyślnym w koszarach.
— Nie, nie, panie Froment, — rzekł — to niemożliwe.
— Zastanówmy się dobrze — mówił cierpliwie Marek. — Ja przygotuję Julka do Szkoły Normalnej. W szkole dostaniemy dla niego stypendyum, nic was to nie będzie kosztowało.
— A żywić przez ten czas? — spytała matka.
— Wyżywienie jednej osoby, gdzie kilka siada do stołu, nie stanowi wielkiego wydatku... Można przecie coś poświęcić, gdy dziecko zapowiada tak świetne nadzieje.
Starsi bracia się rozśmieli, ubawieni niespokojną, a zarazem dumną miną najmłodszego.
— To ty, bębnie — zawołał August — będziesz naszym sławnym człowiekiem! Nie masz co się tak nadymać, my też zdaliśmy elementarny egzamin. Tylko że my mieliśmy tego dosyć, w głowie się nam mąciło od czytania w książkach kupy różnych rzeczy, których końca nie widać... Dalibóg, wolę miesić wapno.
Zwracając się do nauczyciela, dodał wesoło.
— Nadokuczałem panu nieraz, prawda, panie Froment! Na miejscu usiedzieć nie mogłem, pamiętam, że czasem poruszyłem całą klasę. Szczęściem Karol był trochę rozsądniejszy.
— Z pewnością — rzekł rozweselony również Karol — tylko kończyło się zawsze na tem, że szedłem za tobą, nie chcąc uchodzić za osła, lub tchórza.
— O, nie były z nas osły — odparł August — ale co za próżniaki i uparciuchy... Przepraszamy pana teraz serdecznie. I co do mnie, podzielam pańskie zdanie, jeżeli Julek ma zdolności, trzeba go pchać. Cóż u dyabła! należy iść z postępem.
Słowa te ogromnie ucieszyły Marka, poprzestał na nich tymczasem, odkładając na później przekonanie rodziców. Chwilę jeszcze rozmawiał z Augustem, opowiedział mu, że widział jego narzeczoną, Anielę Bongard, osóbkę, która prawdopodobnie da sobie radę w życiu. Widząc, że chłopiec śmieje się z zadowoleniem, postanowił zrobić jeszcze doświadczenie, dowiedzieć się, co ten dawny jego uczeń myśli o zajmującej go nadewszystko sprawie.
— Mąż waszej siostry, Fernand... pamiętacie kiedy byliście razem w szkole...
Obadwaj bracia rozśmieli się razem.
— A, Fernand, toż to była ciasna głowa!
— Otóż właśnie Fernand, z którym mówiłem o tej nieszczęśliwej sprawie Simon’a, wierzy w owe pięć milionów, dane przez żydów; mają one być ukryte i czekają, aż nieszczęśliwiec wyjdzie z więzienia, a tam miejsce jego zajmie jeden z braciszków.
Pani Doloir nagle spoważniała i siedziała nieruchoma i zgarbiona. Doloir zrobił ruch niechętny i rzekł:
— Jeszcze te historye! Żona słusznie mówi, że nie trzeba się tem zajmować.
August jednak zawołał wesoło:
— Wiem, wiem, bajka o skarbie, drukowana w „Małym Beaumontais“. Nie dziwię się, że Fernand przełknął podobne bzdurstwo... Pięć milionów w ziemi, ha! ha! ha!
Zirytowany ojciec nie powstrzymywał się dłużej.
— Skarb? Cóż w tem niepodobnego?.. Zanadtoś mądry, mój chłopcze. Nie wiesz jeszcze, co żydzi potrafią. Znałem w wojsku kaprala, co służył był u żyda bankiera. Widział on, jak co sobotę bankier wysyłał do Niemiec całe beczki złota, wszystko złoto Francyi, jak mówił mój kolega. Jesteśmy sprzedani, to pewna.
— Ależ, papo, — przerwał August z miną zuchowatą — przestali już opowiadać pułkowe historye. I ja byłem przecie w koszarach i wiem, co tam za głupstwa... Przekonasz się sam, Karolu.
August wrócił właśnie ze służby wojskowej, a Karol miał ją zacząć w październiku.
— Rozumie się, że nie trawię takich głupstw, jak te pięć milionów, zakopane pod drzewem i które się odkopie przy blasku księżyca... Swoją drogą, myślę, że dobrze byłoby, żeby zostawiono w spokoju tego Simona i nie nawracano nam głowy jego niewinnością.
Nagłe to zakończenie, niespodziewane dla Marka, który już się cieszył z inteligencyi dawnego ucznia, przykro go zdziwiło.
— Jakto? — zapytał — Jeżeli jest niewinnym, to pomyśl, co za tortura! Nigdy, niczem nie będzie można wynagrodzić mu tej krzywdy.
— Czy niewinny, tego trzeba byłoby dowieść. Próżno czytam ciągle gazety, coraz więcej mąci mi się w głowie.
— Bo czytasz same kłamstwa. Pomyśl tylko: okazało się, że wzór kaligraficzny pochodził ze szkoły braciszków. Oddarty kawałek, znaleziony u ojca Philibina najlepszym jest dowodem. Podpis na wzorze, ręki braciszka Grorgiasza świadczy o grubej pomyłce ekspertów.
— Ja tam tego nie wiem, bo jakże pan chce, żebym czytał wszystko co drukują? Mówię panu; im więcej mi tłomaczą, tem mniej rozumiem. Koniec końców, ponieważ sąd i eksperci uznali kiedyś, że pismo jest skazanego, najprościej byłoby w to wierzyć.
Upierał się, mimo wysiłki Marka zrozpaczonego, że chłopiec, który przez chwilę wydawał mu się inteligentnym, tak jest ograniczony i niezdolny do przyjęcia prawdy.
— Dosyć o tem — rzekła nakoniec pani Doloir ze stanowczością kobiety prostej a ostrożnej. — Przepraszam pana, ale nie życzę sobie, aby pan mówił u nas o tej sprawie. Pan może robić, jak chce, nie mam nic do powiedzenia. Ale my, prości ludzie, najlepiej zrobimy, nie wtrącając się do tego, co do nas nie należy.
— A jednak, proszę pani, gdyby tak pani syna wtrącono niewinnie do więzienia? My właśnie dlatego walczymy, aby nigdy podobna niesprawiedliwość zdarzyć się nie mogła.
— Zapewne, panie Froment. Tylko, że żadnego z moich synów nigdy to nie spotka, bo ja staram się być w zgodzie ze wszystkimi, nawet z księżmi. Bo, widzi pan, księża są bardzo mądrzy. Wolę nie zadzierać z nimi!
Doloir uważał za stosowne przemówić w duchu patryotycznym.
— E, co mi tam księża! Ojczyznę należy bronić, a rząd właśnie poniża ją wobec Anglików.
— Zrób mi przyjemność, mój kochany i nie odzywaj się. Najlepiej zostawić w spokoju i rząd i księży. Starajmy się zawsze na chleb zarobić, to już wiele zrobimy.
Doloir stulił uszy, choć zawsze udawał przed towarzyszami, niewiedzieć zkąd, socyalistę. August i Karol, jakkolwiek z pokolenia więcej wykształconego, przyznawali słuszność matce, gdyż połowiczne, źle przetrawione wykształcenie raczej ich zepsuło, zaszczepiło zwątpienie i egoizm, nie rozwinąwszy ich o tyle, aby uznali prawo solidarności ludzkiej, wedle którego szczęście jednostki zależy od szczęścia ogółu. Julek, żarliwie pragnący nauki, słuchał uważnie, wyczekując, jak się to dla niego skończy.
Zasmucony Marek widział nieużyteczność sporu i skierował się ku wyjściu. Żegnając się, powiedział:
— Jeszcze się zobaczymy, kochana pani, pogadamy i spodziewam się, że nawrócę panią do mego zamiaru wykształcenia Julka na nauczyciela.
— Dobrze, panie Froment, ale niech pan uważa, żeby to nas ani grosza nie kosztowało, bo i tak będą wydatki.
Wróciwszy do siebie, Marek pogrążył się w gorzką zadumę. Równie jak u Bongard’ów, przeżył u Doloir’ów wspomnienie dawnych odwiedzin w dniu aresztowania Simon’a. Nieszczęśni ci ludzie, żyjący w ucisku społecznym, skazani na pracę nad siły, broniący się obojętnością, nie zmienili się w swej ciemnocie, nie chcieli wiedzieć o niczem ze strachu, by nie popaść w większą nędzę. Dzieci ich były z pewnością więcej uświadomione, lecz świadomość ich była mętną, niedostateczną, by stanąć w obronie prawdy. Wobec wrośniętego w ziemię Fernanda Bongard’a, August i Karol Doloir’owie postąpili nieco, zaczynali rozumować, nie wierzyli bezsensownym bajkom, ale ileż drogi muszą jeszcze przebyć ich dzieci, aby się zupełnie wyzwolić! Smutno było myśleć, że postęp szedł tak powoli, trzeba jednak było i tem się zadowolić, by mieć odwagę do ciężkiej pracy nad kształceniem i wychowywaniem dzieci.
Innego dnia Marek spotkał urzędnika Savin’a, z którym miewał kilka razy przykre sprzeczki, podczas, gdy dwaj synowie bliźniaki, tego zgorzkniałego biedaka, Achilles i Filip uczęszczali do szkoły. Savin wówczas był wystraszonym narzędziem Kongregacyi, a chociaż udawał niezależnego, surowego i pochmurnego republikanina, drżał zawsze z obawy gniewu swych zwierzchników i czuł się obowiązanym służyć Kościołowi przez politykę. Przytem zdarzyły się dwa wypadki, które ostatecznie zalały mu serce goryczą. Najprzód córka jego, owa ładna Hortensya, wzorowa uczennica, której gorącą pobożnością panna Rouzaire się szczyciła, w gruncie rozkosznie przewrotna i przedwcześnie dojrzała, w szesnastym roku oddała się jakiemuś parobkowi od mleczarza. Zrozpaczony i upokorzony ojciec, widząc, że jest w ciąży, musiał ją wydać za tego prostaka, on, który licząc na jej piękność, marzył iż poślubi syna którego ze zwierzchników. Później zadała mu zatrutą, wiecznie krwawiącą ranę zdrada żony, słodkiej, tkliwej Małgosi, którą gwałtem wysyłał do kościoła i spowiedzi, gdyż w chorobliwej zazdrości uważał, że religia jest jedynym hamulcem na przewrotność kobiecą. Narzucił jej na spowiednika, przeora Kapucynów, ojca Teodozego, czarnego mnicha, marzenie wszystkich dewotek. Nie wiedziano dokładnie, co zaszło, chodziły jednak wieści o złapaniu na gorącym uczynku, o tem, jak mąż poszedłszy wieczorem po żonę do kaplicy, znalazł ją w ciemnym kącie, w objęciach spowiednika, z którym się zawzięcie całowali. Szarpany między wściekłością i strachem, nie zrobił skandalu, tem więcej jednak cierpiał, że wierną mu dawniej żonę, przez głupią zazdrość, sam popchnął do błędu. Dodawano, że mścił się okrutnie nad nieszczęsną, dom na piekło zmieniając.
Obecnie przez nienawiść do księży i mnichów, sam garnął się do Marka. Wychodził właśnie z biura z miną gorzką i ogłupioną przez robotę podobną do wykonywanej przez starego, maszynowego konia; ujrzawszy Marka ożywił się trochę.
— A, rad jestem, że pana spotykam, panie Froment... Proszę, zajdź pan ze mną do domu. Mam zmartwienie z tym próżniakiem Filipinem, a pan jedynie mógłbyś do niego przemówić.
— Chętnie — odrzekł Marek, rad zawsze zbierać obserwacye.
W ponurem mieszkanku, przy ulicy Fauche, zastali panię Savin ładną mimo jeszcze czterdziestu czterech lat, zajętą wykończaniem paciorkowych kwiatów, które musiała zaraz odnieść. Od czasu swego nieszczęścia, Savin nie ukrywał się z tem, że żona pracuje jak prosta robotnica, uważając zapewne, iż w ten sposób pokutuje za winę. Dawniej dumnym był, gdy wychodziła z nim, jak dama w pięknym kapeluszu, teraz znosił, że w roboczym fartuchu zarabiała na życie. Sam zresztą również się zaniedbywał, nie zawsze nosił tużurek. Od progu zaraz krzyknął.
— Znowu zawaliłaś cały pokój! Gdzież posadzę pana Froment?
Łagodna, nieśmiała, zarumieniła się i pospieszyła sprzątać pudełka i kłębki.
— Ależ, mój drogi, potrzebuję do roboty miejsca. Nie oczekiwałam cię tak wcześnie.
— Wiem, wiem. Ty nigdy mię nie oczekujesz.
Słowa te, mogące stanowić okrutną aluzyę, dopełniły jej zmieszania. Wybaczyć nie mógł, że znalazł ją w objęciach pięknego samca, kiedy on był marny, znękany pracą bez wyjścia w ciasnem biurze. Jako człowiek chorowity, gderliwy, zawistny wściekał się, czytając w jasnych oczach żony usprawiedliwienie wobec pokuty, na jaką ją wystawił, dając możność porównania między sobą, a kwitnącym zuchem, z którym ją zbliżył. Pani Savin spuściła głowę nad robotą.
— Proszę siadać, panie Froment — rzekł Savin. — Mówiłem panu, że ten oto duży chłopak doprowadza mię do rozpaczy. Ma blisko dwadzieścia dwa lata, probował już dwóch czy trzech rzemiosł i potrafi tylko patrzeć, jak matka pracuje i wybierać dla niej paciorki.
Filip siedział w kącie milczący i obojętny. Pani Savin ukradkiem rzuciła synowi czułe spojrzenie, na które odpowiedział słabym uśmiechem, jakby chcąc ja pocieszyć. Czuć było, że się rozumieją i podzielają swoje cierpienia. Dawny ponury, tchórzliwy i kłamliwy uczeń był teraz bladym i chorowitym chłopcem, do niczego nie miał energii, krył się pod skrzydłami dobroci matki, która wyglądała raczej na smutną i współczującą siostrę.
— Dlaczegoś mię pan nie posłuchał? — rzekł Marek. — Można było zrobić z niego nauczyciela.
— A co to, to nie! Wolę go mieć na karku... Cóż to za zawód, napychać sobie głowę naukami do dwudziestu lat, aby potem zarabiać jakieś sześćdziesiąt kilka franków na miesiąc, a do stu dojechać po dziesięciu latach służby?.. Teraz nikt już nie chce być nauczycielem, prości chłopi wolą tłuc kamienie przy drodze!
Marek nie odpowiedział wprost.
—Zdawało mi się, że skłoniłem pana co do Leona. Więc nie przeznaczasz go pan na nauczyciela?
— Na honor, nie! Umieściłem go u fabrykanta sztucznych nawozów. Ma ledwie szesnaście lat i już zarabia dwadzieścia franków... Podziękuje mi kiedyś za to.
Marek żałował, że się tak stało. Znał Leona w powijakach jeszcze, potem od lat sześciu do trzynastu miał go jako ucznia. Chłopiec dużo był inteligentniejszy od starszych braci i dobrze rokował nadzieje. Pani Savin martwiła się zapewne, że dziecko musiało przerwać nauki gdyż wzniosła piękne oczy i nieśmiało rzuciła smutne spojrzenie na Marka.
— Cóż pan mi radzi? — zaczął Savin. — Przedewszystkiem, proszę, niech pan zawstydzi tego próżniaka, że dnie spędza na niczem. Może pana posłucha, jako swego nauczyciela.
W tej chwili wszedł Achilles, wracając z biura komornika. Zaczął, mając lat piętnaście, używany do posyłek, przebywał już od lat siedmiu, a jeszcze nie zarabiał na swoje utrzymanie, bledszy jeszcze i mizerniejszy od brata, bez zarostu, wyglądał na wyrostka i przypominał dawnego podstępnego i tchórzliwego ucznia, co dla uniknięcia kary gotów był zdradzić każdego kolegę. Zdziwił się, widząc nauczyciela i, przywitawszy go, zaraz złośliwie objawił nowinę:
— Nie wiem, co może być w „Małym Beaumontais“, ale u pań Milhomme wydzierają sobie numery. Pewnie znowu coś o tej wstrętnej sprawie.
Marek znał artykuł, było to bezczelnie kłamliwe sprostowanie braciszka Gorgiasza. Skorzystał jednak ze sposobności, by wybadać chłopców.
— Napróżno — odrzekł — „Mały Beaumontais“ wymyśla, historye zakopanych milionów i podaje zaprzeczenia faktów dowiedzionych, niewinność Simon’a wszyscy zaczynają uznawać.
Bracia bliźniaki zlekka wzruszyli ramionami. Achilles odpowiedział przeciągając.
— Zakopane miljony mogą imponować tylko głupcom; zresztą zbyt wiele kłamią, to widoczne. Ale, co u licha, nam do tego?!
— Jakto, co do tego? — spytał zdumiony nauczyciel.
— No tak, co może nas obchodzić ta cała sprawa, którą nas nudzą od tak dawna.
Marek zaczął się zapalać.
— Żal mi was, moje chłopcy. Czy uznajecie niewinność Simon’a.
— No, tak. Nie wszystko to tam jasne, ale czytając uważnie, wydaje się, że jednak może jest niewinny.
— I wobec tego nie oburzacie się, że siedzi w więzieniu?
— Zapewne, że to wcale nie zabawne dla niego. Ale nie on jeden jest niewinnie karany! Niech go sobie uwolnią, nie mam nic przeciwko temu. Zresztą dosyć się ma osobistych przykrości, po co sobie życie zatruwać cudzemi nieszczęściami.
Filip przemówił cicho:
— Nie zajmuję się historyą, gdyż zbyt wiele sprawia mi przykrości. Gdyby się miało władzę, obowiązkiem byłoby działać. Ale jeżeli nie można zaradzić, czy nie lepiej nic nie wiedzieć i siedzieć spokojnie?
Próżno Marek powstał przeciw temu nizkiemu egoizmowi, który uważał za najgorszą dezercyę. Protest wszystkich, nawet najbiedniejszych, najsłabszych stanowi wielki głos, nieprzepartą wolę ludu. Nikt nie ma prawa usuwać się od obowiązku, jeden czyn może czasem zmienić postać rzeczy. Nieprawdą jest wreszcie, że w tej walce chodzi o interesy jednostki, członkowie całego narodu są zainteresowani, każdy, występując w obronie cudzej wolności, ochrania zarazem swoją. Przytem co za wyborna sposobność za jednym zamachem wykonać robotę całego wieku powolnego postępu społecznego i politycznego. Z jednej strony wszystkie potęgi wstecznictwa, złączone przeciw niewinnemu w celu podtrzymania starego rusztowania katolicyzmu i monarchii; z drugiej — wszystkie siły przyszłości, umysły żądne wolności i wiedzy, z czterech stron świata przybyłe w imię prawdy i sprawiedliwości. Ci ostatni powinni zrobić wysiłek, by powalić pierwszych i zagrzebać ich pod spruchniałemi szczątkami starego, spękanego rusztowania. Sprawa ma szersze ramy: nie jest wypadkiem jednego nieszczęśliwca, niesłusznie skazanego. On staje się wcieleniem męki całej ludzkości, którą wyrwać należy z wiekowych kajdan. Uwolnienie Simona, to oswobodzenie Francyi w pochodzie ku godności i szczęściu.
Marek zamilkł nagle, widząc, że Achilles i Filip patrzą na niego osłupiali, mrużąc blade oczy.
— Co pan opowiada, panie Froment? Jeżeli pan w sprawie widzi tyle rzeczy, my nie możemy nadążyć za panem. Nie rozumiemy.
Śmiejąc się drwiąco, ruszając ramionami, Sarin słuchał dotąd, nie przerywał. Nakoniec wybuchnął, zwrócony ku nauczycielowi:
— Wszystko to głupstwa, za przeproszeniem pana. Niewinność Simona to rzecz bardzo wątpliwa! Nie kryję, że pozostałem przy dawnem zdaniu i nie chcę nic czytać; dałbym się raczej zabić, niż zmusić do przełknięcia jednego wiersza ze śmiecia, które się drukuje. A chwalić Boga, nie mówię tego z miłości dla księży! Wstrętne bydło, niech ich zaraza wydusi! Tylko religia jest religią. To tak jak wojsko, co jest krwią Francyi, Jestem republikaninem, francmasonem, nawet socyalistą, w dobrem znaczeniu tego słowa, przedewszystkiem jednak jestem Francuzem, nie chcę, aby naruszano to, co stanowi wielkość mojej ojczyzny. Simon jest winny, wszystko za tem przemawia: uczucie ogółu, dowody, przedstawione w sądzie, wyrok, obrzydliwe intrygi prowadzone przez żydów dawniej i teraz aby go uwolnić. Gdyby zaś cudem jakim nie był winny, byłoby to nieszczęściem dla kraju. Musi bezwarunkowo być winnym.
Przed takiem upartem zaślepieniem Marek zrezygnował. Miał już odejść, gdy nadeszła Hortensya z siedmioletnią córeczką Lolą. Nie była to dawna ładna Hortensya, lecz kobieta, przygnębiona troskami ubogiego gospodarstwa. Savin niezbyt dobrze ją przyjmował, gdyż jego pycha małego urzędniczka cierpiała nad tem, że musiał wydać córkę za uwodziciela, prostego mleczarza. Jedynie inteligentna, miła Lola łagodziła gorzki stosunek.
— Dzień dobry dziadzi, dzień dobry babci... Znowu byłam pierwsza z czytania, panna Mazeline dała mi medal.
Była tak rozkoszna, że pani Savin porzuciła robotę i rozradowana wzięła ją pieszcząc na kolana! Dziewczynka zwróciła się do Marka, którego dobrze znała.
— Wie pan, panie Froment, jestem pierwsza. To ładnie być pierwszą?
— Tak, moja pieszczotko, bardzo ładnie. Wiem, że jesteś bardzo grzeczna... Trzeba zawsze słuchać panny Mazeline, bo ona zrobi z ciebie kobietę rozsądną, szczęśliwą i dającą szczęście wszystkim dokoła.
Hortensya siadła zakłopotana, Achilles i Filip spoglądali po sobie, chcąc się wymknąć. Savin mruczał głucho: da wszystkim szczęście, — to byłoby nowością, bo ani babka ani matka wcale jego nie uszczęśliwiły. Jeżeli panna Mazeline dokona cudu i z dziewczyny zrobi istotę porządną i użyteczną, to on sam pójdzie objawić to pannie Rouzaire. Następnie, zły, że żona odmłodzona, wyładniała, śmieje się z dzieckiem, tak szorstko przypomniał jej robotę, że ze łzami w oczach pochyliła głowę nad paciorkami.
Widząc, że Marek wstaje, powrócił do swej troski.
— Nic mi pan nie poradził dla tego próżniaka Filipa... Przez pana Salvan’a, który się przyjaźni z panem Le Barazer’em możeby się udało dostać dla niego jakie miejsce w Prefekturze.
— Rzeczywiście, można sprobować. Pomówię o tem z Salvan’em, przyrzekam panu.
Na ulicy Marek szedł powoli, z głową spuszczoną i rozważał rezultat trzech wizyt u rodziców swoich dawnych wychowańców. Achilles i Filip, synowie urzędnika Savin’a okazywali umysł dojrzalszy i swobodniejszy niż August i Karol, synowie mularza Doloir’a, którzy znowu wolni byli od grubej łatwowierności Fernanda, syna chłopa Bongard’a. U Savin’ów zauważył ślepy upór ojca, który niczego się nie nauczył i niczego nie zapomniał, wciąż drepcząc po tej samej błędnej ścieżce głupoty, podczas kiedy dzieci posunęły się nieco ku rozumowi i logice. Był więc zrobiony krok jeden i Marek musiał się nim zadowolić. Ze smutkiem jednak widział, jak mało się polepszyło po jego piętnastoletnich blisko usiłowaniach. Zadrżał na myśl, ile upartej pracy, poświęcenia, wiary wyłożyć muszą skromni nauczyciele elementarni, zanim biednych, cierpiących, ogłupionych, służalczych i poniżonych zdołają przerobić na ludzi świadomych i wolnych. Trzeba na to całych pokoleń. Nie przestawał myśleć o biednym Simon’ie i bolał, że nie może, jak zdrowego żniwa, zebrać ludu, kochającego prawdę i sprawiedliwość, zdolnego powstać i naprawić dawną krzywdę. Naród jego nie chciał być szlachetnym, wspaniałomyślnym, sprawiedliwym, — a tak był wierzył w niego! Raniło to jego umysł i serce, nie mógł się przyzwyczaić do myśli, że Francya może być tak bezmyślnie fanatyczną. Nagle ujrzał promienne zjawisko, małą Lolę inteligentną i szczęśliwą z pierwszeństwa w klasie. Odzyskał nadzieję. Przyszłość należy do dzieci. Czy te małe, rozkoszne istoty nie mogą stawiać olbrzymich kroków, jeżeli zdrowe i prawe umysły poprowadzą je do światła?
Dochodząc do szkoły, spotkał panię Férou i serce ścisnęło mu się smutkiem. Szła tamtędy; odnosząc robotę. Straciła starszą córkę po długich cierpieniach, raczej z nędzy niż z choroby, a z młodszą mieszkała w ohydnym kącie, gdzie obie zabijały się pracą, nie dającą im nawet dostatecznego pożywienia.
Marek, widząc, że się przemyka ze spuszczonemi oczami, zawstydzona swą nędzą, zatrzymał ją. Dawna tęga, przystojna blondynka o mięsistych ustach i wypukłych, jasnych oczach, zestarzała się przedwcześnie, zgarbiła i wynędzniała.
— Dzień dobry, pani Férou. Jakże tam idzie szycie.
Zmieszana zrazu, odzyskała śmiałość.
— Nigdy dobrze nie idzie. Próżno psujemy sobie oczy, jeżeli czasem dojdziemy we dwie do dwudziestu pięciu sous przez dzień, to wielki majątek!
— A co się stało z prośbą o wsparcie, którą pani podała do Prefektury, jako wdowa po nauczycielu?
— Nie odpowiedziano nam wcale, a jak się sama zdecydowałam pójść, to myślałam, że mię wpakują do kozy. Jakiś wysoki brunet z piękną brodą zapytał mię, czy sobie kpię z łudzi, że śmiem przypominać mego męża, sądzonego sądem wojennym dezertera, anarchistę którego musiano zastrzelić jak wściekłego psa. Tak mnie nastraszył, że uciekłam jak szalona.
Widząc współczucie w oczach Marka, mówiła zupełnie już śmiało:
— Mój Boże, biednego mego męża nazywać wściekłym psem! Pan go znał, jak byliśmy w Moreux. Marzył jedynie o poświęceniu, sprawiedliwości, braterstwie i tylko nędza, prześladowania i krzywdy doprowadziły go do szaleństwa... Opuszczając mię ostatecznie, powiedział: „Francya jest krajem straconym, wtrąconym przez księży w zgniliznę, zatrutym przez haniebne dzienniki, pogrążonym w takie błoto nieuctwa i łatwowierności, że nigdy się z tego nie wydobędzie...“ Widzi pan, miał słuszność.
— Nie, nie, pani Férou. Nie trzeba nigdy wątpić o swoim kraju.
Uniosła się.
— A ja panu mówię, że miał słuszność!.. Nie ma pan chyba oczu? Czy to nie hańba, co się dzieje w Moreux? Ten Chagnat, księża kreatura, wysila się, aby ogłupiać dzieci! Od lat już żaden nie zdał elementarnego egzaminu. A Jauffre, co nastąpił po panu w Jouville? Ten także dobrze pracuje ku zadowoleniu księdza Cognasse! Jeżeli tak dalej pójdzie, to można się spodziewać, że w przeciągu niespełna lat dziesięciu Francya oduczy się czytać i pisać!
Wyprostowała się i prorokowała, uniesiona nienawiścią i oburzeniem zgniecionej niesprawiedliwością społeczną kobiety.
— Słyszy pan, panie Froment, to zgubiony kraj, po którym nie można się spodziewać nic dobrego ani sprawiedliwego, który zejdzie do rzędu narodów umarłych, a na ciele jego siędzie katolicyzm jak zgnilizna i robactwo!
Wzburzona tą sceną, drżąca od długiej mowy, uciekła z miną niespokojną do przybytku cierpienia, gdzie na nią czekała blada milcząca córka.
Marek stał chwilę ogłuszony, zdawało mu się, że słyszy samego Férou. Tak, to był głos Férou z grobu podnoszący swój pesymizm, dziki protest zgnębionego pracownika! Po za przesadą urazy, dużo w nim było prawdy: Chagnat ogłupiał wioskę Moreaux, Jauffre pod ograniczonym i upartym kierunkiem księdza Cognasse prowadził dzieło zniszczenia w Jouville, wrząc głuchym gniewem, że mimo długich i wielkich zasług nie zrobiono go jeszcze dyrektorem w Beaumont. W całym zresztą kraju ważne dzieło elementarnego nauczania nie lepiej się miało. Prawie wszystkie szkoły w Beaumont zostawały w rękach nauczycieli i nauczycielek nieśmiałych, myślących jedynie o awansie i oszczędzających Kościół. Dewocka gorliwość panny Rouzaire ogromne miała powodzenie. Doutrequin, republikanin starej daty, który pod wpływem trosk patryotycznych poszedł do reakcyi, miał zawsze wielkie wpływy i cytowany był jako przykład młodym. Jakim sposobem mogli młodzi nauczyciele wierzyć w niewinność Simona i pracować nad upadkiem szkół księżych, jeżeli człowiek tej miary, bojownik z 1870 roku, przyjaciel założyciela Republiki, stawał po stronie kongregacyj w imię zagrożonej przez żydów ojczyzny? Na jedną taką pannę Mazeline, wytrwale pracującą w kierunku postępowym, na jednego Mignot’a, przykładem nawróconego i zyskanego dla walki o dobro, — iluż było tchórzów i zdrajców i jak powoli nauczyciele elementarni dochodzili do swobody umysłu, szlachetności i poświęcenia, pomimo posiłków, co rok przybywających ze Szkoły Normalnej! A jednak Salwan tam pracował nad odrodzeniem z wiarą gorącą, w przekonaniu, że jedynie skromny nauczyciel wybawi kraj od wyniszczenia klerykalnego, wówczas jednak, gdy sam się wyzwoli i zdolnym będzie wpajać uczniom prawdę i sprawiedliwość, Salvan zwykł był mawiać: wartość elementarnego nauczyciela stanowi o wartości narodu. Postęp dla tego idzie tak zwolna, że robota kształcenia dobrych wychowawców musi się rozkładać na pokolenia, jak z drugiej strony kilku pokoleń uczniów trzeba było na to, aby otrzymać naród sprawiedliwy, wolny od błędu i kłamstwa. Tak więc niefortunne wywiady i krzyk rozpaczy, grzmiący z mogiły Férou, obudziły w Marku gorączkę walki i zdwoiły jego wysiłki. Od niejakiego czasu zajmował się przeważnie instytucyami pozaszkolnemi, dążącemi do utrzymania stosunków między nauczycielami i dawnymi uczniami, których wedle prawa odbierano im, gdy kończyli lat trzynaście. Wszędzie się tworzyły towarzystwa Przyjacielskie, myślano, aby pojedyncze połączyć w związek towarzystw okręgowy, departamentalny, wreszcie utworzyć jeden związek na całą Francyę. Były jeszcze stowarzyszenia Opieki, Wzajemnej pomocy, Emerytalne i Dobroczynności. Najbardziej jednak pożądanemi dla celu, do którego dążył Marek, były wieczorne kursy dla dorosłych, przy szkołach gminnych. Panna Mazeline dała pierwsza przykład, uwieńczony ogromnem powodzeniem, urządzając w niektóre wieczory lekcye kucharstwa, hygieny domowej, doglądania chorych, przeznaczone dla dorosłych dawnych jej uczennic. Wobec napływu słuchaczek, poświęciła niedziele i miała poobiednie lekcye dla tych, co nie rozporządzały wieczorami. Wyznawała, iż jest niezmiernie szczęśliwą, że wpoiwszy w swoje dziewczynki o ile możności najwięcej prawdy, może im dopomódz, aby były dobremi żonami i matkami, rozsiewającemi wkoło siebie wesołość, zdrowie i szczęście. Za jej przykładem Marek otwierał szkołę trzy razy na tydzień wieczorem, zwołując dawnych uczniów i starał się dopełnić ich wykształcenie w praktycznych kwestyach życia. Rzucał w młode umysły pełną garścią dobre nasienie, licząc, że dostatecznie będzie wynagrodzony za trud, jeżeli chociaż jedno na sto ziarno wyrośnie i wyda owoc. Nadewszystko zajmował się rzadkimi uczniami, których zdołał pociągnąć do zawodu nauczycielskiego. Zatrzymywał ich najdłużej, przygotowywał do egzaminu do Szkoły Normalnej, oddawał się im całkowicie. Tym chłopcom poświęcał niedzielne popołudnia, z których się cieszył, jak z najweselszej zabawy.
Do zwycięztw zaliczał, iż zdołał przekonać panią Doloir, która pozwoliła mu nadal uczyć Julka, aby mógł wstąpić do Szkoły Normalnej. Był już tam jeden z dawnych uczniów, drogi jego sercu Sebastyan Milhomme, którego matka, pani Aleksandrowa znowu zajęła w sklepie miejsce obok bratowej, pani Edwardowej, odkąd kwestya niewinności Simon’a podniosła opinię szkoły świeckiej. Trzymała się jednak nieco na uboczu, aby nie odstraszać zawsze przemożnej klienteli klerykalnej. Drugi rok już był w Szkole i stał się również ulubieńcem Salvan’a, który z rozkoszą liczył na niego, jako na posła dobrego słowa po wsiach odległych. Ostatnich wakacyj Marek miał przyjemność powierzyć staremu przyjacielowi drugiego ucznia, Józefa Simon’a, syna niewinnej ofiary, który pomimo niemiłych przeszkód, postanowił być nauczycielem, aby zwyciężyć na tem polu, na którem jego nieszczęśliwy ojciec tak tragicznie walczył. Sebastyan i Józef spotkali się w Szkole, ożywieni jednakową wiarą i gorliwością i węzeł dawnego koleżeństwa w ścisłą zawiązali przyjaźń. Mając wolne popołudnie, z największą przyjemnością przybiegali obydwaj do Maillebois, aby się zobaczyć z dawnym nauczycielem.
Wśród zwolna płynących zdarzeń Marek czekał ciągle, miotany nadzieją lub rozpaczą. Próżno spodziewał się, że Genowefa uświadomiona, uleczona moralnie — powróci; obecnie jedyną pociechą jego, stałą nadzieją była spokojna wytrwałość Ludwini. Przychodziła do niego, wedle obietnicy co niedziela i czwartek, zawsze wesoła i pełna słodkiej energii. Gdy sama nie mówiła, nie śmiał jej wypytywać o matkę; nie chciała zapewne poruszać smutnego tematu, nie mając dobrych do oznajmienia nowin. Miała już blizko szesnaście lat, z wiekiem coraz lepiej rozumiała ranę, od której wszystko troje cierpieli i pragnęła niezmiernie stać się pojednawczynią i lekarką, doprowadzić do zgody ukochanych rodziców. Niekiedy, widząc w oczach ojca bolesny niepokój, mówiła o okrutnem położeniu, nad którem, milcząc, cierpieli.
— Mama nie jest jeszcze zdrowa, trzeba ją bardzo oszczędzać, nie śmiem z nią mówić jak z przyjaciółką. Nie tracę jednak nadziei; są chwile, kiedy mnie bierze w objęcia i mocno ściska ze łzami w oczach. Prawda, że czasem znów jest ostra i niesprawiedliwa, mówi, że jej nie kocham, skarży się, że nikt nigdy jej nie — kochał... Widzi tatuś, trzeba jej okazywać wiele dobroci, bo musi strasznie cierpieć, myśląc, że nigdy nie zadowoli swojej potrzeby kochania.
Marek wołał w uniesieniu:
— Czemuż nie powróci? Ja kocham ją śmiertelnie i gdyby ona mnie kochała, moglibyśmy być tak szczęśliwi!
Łagodnie, ruchem pełnym pieszczoty i smutku, Ludwinia kładła mu na usta rękę.
— Nie, nie! ojcze, nie mówmy o tem. Źle zrobiłam, żem zaczęła, to powiększa nasze cierpienia... Trzeba czekać... Teraz jestem z mamą i muszę ją kiedyś przekonać, że my tylko oboje ją kochamy. Usłucha mnie wtedy i wrócimy.
Innym razem przychodziła do ojca z błyszczącemi oczami i stanowczą miną, jak po stoczonej walce. Zgadywał, mówił jej.
— Miałaś znów przeprawę z babką.
— Aha, poznaje tatuś! Znowu mnie rano trzymała całą godzinę, zawstydzając i grożąc z powodu pierwszej komunii. Mówi do mnie jak do najostatniejszej, przepowiada mi najokropniejsze męczarnie w piekle, zdumiewa się i oburza na mój niepojęty, jak mówi, upór.
Marek rozjaśniał czoło pocieszony. Tak bardzo się był lękał, że jego dziecko ustąpi jak inne dziewczynki, szczęśliwy był zatem, widząc w niej wytrwałość i rozum, nawet gdy nie miała jego poparcia. Potem ogarniało go wzruszenie: wyobrażał sobie, jak żyła wśród różnych napaści, łajań i scen, które jej ciągle urządzano.
— Ileż trzeba ci odwagi, moje maleństwo! Muszą ci sprawiać przykrość te ciągłe kłótnie.
— O, nie kłótnie, tatusiu! Zbyt wiele okazuję szacunku babci, aby się z nią kłócić. Ona się gniewa i piorunuje nieustannie, a ja słucham z miną, pełną szacunku i nie pozwalam sobie na żadną uwagę. A kiedy powtórzy ze trzy razy swoje kazanie, wtedy odpowiadam łagodnie: „Trudno, babciu, obiecałam tatusiowi, że poczekam do dwudziestu lat, zanim postanowię czy przystąpić czy nie do pierwszej komunii i dotrzymam bo przysięgłam. Rozumie tatuś, zawsze powtarzam to zdanie, umiem je napamięć i nie zmieniam ani słowa. To mój puklerz. Czasem żal mi tej biednej babki, tak wpada we wściekłość i trzaska mi drzwiami przed nosem, jak tylko zacznę moj frazes.
W głębi serca cierpiała nad tą ciągłą wojną, ale widząc radość ojca, pieszczotliwie brała go za szyję.
— Niech tatuś będzie spokojny, jestem nieodrodną córką tatusia. Nikt, nigdy mnie nie skłoni do zrobienia czegoś, czego postanowiłam nie robić.
Musiała również stoczyć walkę o to, aby uczyć się dalej, gdyż postanowiła niezmiennie być nauczycielką. Szczęściem miała po swojej stronie matkę, która popierała jej zamiary wobec niepewnego jutra, zaniepokojona tem, że babka Duparque trwoni fortunkę na religijne instytucye. Od czasu jak Ludwinia zamieszkała z matką, babka, dla dokuczania Markowi, zażądała od nich, aby płaciły za utrzymanie, co mocno obciążało szczupłą pensyę Marka. Spodziewała się może, iż odmówi, zrobi awanturę, czego tak pragnęli jej tajemni doradcy! Marek jednak, zadawalając się sam byle czem, przystał natychmiast, rad być ojcem i podporą rodziny. Posiłek, który spożywał z Mignot’em stał się niesłychanie skromnym. Nie cierpiał przecież nad tem, wystarczało mu, że Genowefę wzruszyła jego bezinteresowność i że z tego powodu popierała zamiar Ludwini zostania nauczycielką, dla zapewnienia sobie niezależnej przyszłości. Ludwinia otrzymała już dyplom elementarnego nauczania i pracowała z panną Mazeline, przygotowując dyplom wyższy, co znowu stało się powodem niemiłych zajść z babką Duparque, zirytowaną na tę modę pchania nauk do głowy dziewczynom, dla których dostateczną jest znajomość katechizmu. Ponieważ zaś Ludwinia zawsze odpowiadała jej z respektem „tak, babciu... zapewne, babciu...“ wpadała w srogi gniew i atakowała Genowefę, która stawiała jej opór.
Słysząc to, Marek wyraził zdziwienie.
— To mama sprzecza się z babką? — spytał.
— O, tak, tatusiu. Kilka razy nawet. I mama nie zadaje sobie tyle trudu, co ja. Unosi się, krzyczy, a potem idzie się dąsać do swego pokoju, jak dawniej robiła u nas.
Słuchał, nie śmiąc wyrazić radości i nadziei, co się w nim budziła.
— A czy pani Bertliereau wtrąca się do sprzeczek?
— E, babcia Berthereau nigdy nic nie mówi. Myślę, że jest po naszej stronie, ale ze strachu nie śmie nas podtrzymywać. Wygląda na bardzo smutną i chorą.
Znowu jednak płynęły miesiące, a nadzieje Marka się nie spełniały. Rzadko i ostrożnie wypytywał córkę, gdyż nie chciał z niej robić szpiega, donoszącego mu o tem, co się dzieje w ponurym domku przy Placu Kapucynów. Czasem nie mówiła nic przez tygodnie całe, a on popadał w beznadziejny niepokój. Pocieszał się tylko miłemi godzinami spędzanemi dwa razy na tydzień z córką. Często dwaj uczniowie Szkoły Normalnej, Józef Simon i Sebastyan Milhomme przybywali z Beaumont koło godziny trzeciej i zostawali w Maillebois do szóstej, z przyjemnością spotykając się z dawną towarzyszką, Ludwinią, równie jak oni pełną młodocianego zapału i wiary. Wesołe lub poważne ich rozmowy ożywiały na długo samotne mieszkanie nauczyciela. Marek niezmiernie lubił te zebrania; czasem prosił Józefa, aby przyprowadził z sobą siostrę, Sarę, od Lehman’ów, do których zawsze chodził na przywitanie. Zapraszał również przez Sebastyana panię Aleksandrową. Pragnął gromadzić około siebie wszystkich porządnych ludzi, wszystkie siły przyszłości. W przyjacielskich tych zgromadzeniach, odzywały, przybierając charakter poważny i czuły, dawne sympatye między Sebastyanem i Sarą, Józefem i Ludwinią, Marek zaś uśmiechnięty, ufny w zwycięztwo tych bojowników jutra, pozwalał działać naturze i dobroczynnej miłości.
Przewlekanie czynności Sądu Kasacyjnego zaczynało już doprowadzać do rozpaczy Marka i Dawida, gdy nagle otrzymali od Delbos’a list, zawiadamiający, że ma dla nich ważną nowinę. Natychmiast udali się do niego. Wielką nowiną, mającą sprawić w Beaumont piorunujące wrażenie, było to, że Jacquin, budowniczy dyecezyi, prezydujący przysięgłych, którzy skazali Simon’a, po długiej, okrutnej walce, zdecydował się oczyścić swoje sumienie. Człowiek ten, pobożny, uczęszczający do spowiedzi i komunii, miał wiarę skrupulatną i głęboką uczciwość, która spowodowała, iż zaczął się niepokoić o swoje zbawienie, zapytując siebie, czy ma prawo taić dłużej prawdę bez narażenia się na potępienie wieczne. Mówiono, że zwykły jego spowiednik nie śmiał wypowiedzieć się w danym wypadku i poradził mu zwrócić się do ojca Crabot’a. To było przyczyną, że architekt tak długo taił prawdę, gdyż ojciec Jezuita w imię politycznych interesów Kościoła zabraniał mu mówić. Jacquin jednak właśnie przez niepokój chrześcijanina, przez głęboką wiarę w Chrystusa, który zstąpił na ziemię, aby zapewnić tryumf prawdy i sprawiedliwości, nie mógł dłużej utrzymać strasznej tajemnicy. Prawda, której posiadanie paliło go dzisiaj, był to dokument, okazany przez prezydującego przysięgłym, a zatajony przed obrońcą i oskarżonym. Wezwany do sali obrad, aby objaśnić przysięgłych co do zastosowania kary, prezydujący pokazał im, otrzymany po zamknięciu rozpraw, sławny ów list Simon’a do przyjaciela z przypiskiem, podcyfrowanym podobnie jak wzór kaligraficzny. Do tego to dokumentu czynił aluzyę ojciec Philibin w głośnem zeznaniu, kiedy zawołał, że na własne oczy widział dowód winy Simon’a, lecz związany tajemnicą spowiedzi, więcej powiedzieć nie może. Obecnie dowiedziono, że list był w istocie pisma Simon’a, lecz przypisek i cyfry stanowiły fałszerstwo bezczelne i tak niezręczne, że dziecka oszukaćby nie mogło.
Dawid i Marek zastali Delbos’a tryumfującego.
— No, nie mówiłem wam? Już i bezprawna komunikacya dowiedziona! Jacquin napisał do Prezesa Sądu Kasacyjnego, wyznając prawdę i prosząc o przesłuchanie... Wiedziałem, że list Simon’a jest w aktach, wiedziałem, że Gragnon nie śmiałby go zniszczyć! Przewąchałem fałsz, czułem rękę strasznego ojca Philibin’a... A, ten ciężki, pospolity człowiek, przy rozpatrywaniu sprawy, okazuje się prawdziwym geniuszem podstępu i zuchwalstwa. Widzicie, nie dość mu było oderwać pieczęć na wzorze kaligraficznym, sfałszował jeszcze list Simon’a i tak pokierował, aby zdecydować przysięgłych w ostatniej chwili. Fałszerstwo bowiem jest z pewnością jego dziełem.
Dawid, tak często zawodzony, lękał się jeszcze.
— Czy jednak jesteś pan zupełnie pewnym, że ten Jacquin, architekt dyecezyi, zależny od księży, w wyznaniach swoich dojdzie do ostatka?
— Jestem przekonany... Nie znasz pan Jacquin’a. Nie zależy od księży. Jest to jeden z rzadkich chrześcian, zależnych jedynie od swego sumienia. Opowiadano mi rzeczy nadzwyczajne o jego rozmowach z ojcem Crabot’em. Jezuita zaczął bardzo zgóry, chcąc go zmiażdżyć w imię swego despotycznego Boga, który odpuszcza, a nawet uświęca najgorsze czyny, kiedy idzie o dobro Kościoła. Jacquin odpowiadał mu również w imię Boga, lecz swego Boga dobroci i sprawiedliwości, Boga niewinnych i prawych, który nie uznaje błędu, kłamstwa i zbrodni. Chciałbym być obecnym przy tej wspaniałej walce między człowiekiem wierzącym i agentem politycznym upadającej hierarchii. I, dodawano, że w końcu jezuita się upokorzył i na klęczkach go prosił, nie zdołał go jednak odwrócić od spełnienia obowiązków.
— Zapewne; nie utrzymuję, że dostrzegł zaraz swój obowiązek. Najprzód, przez całe lata nie wiedział, że zakomunikowanie listu przysięgłym było nieprawne. Większość przysięgłych nie ma wyobrażenia o prawach i spuszcza się we wszystkiem na wyższych urzędników sądowych. Następnie, choć nosił się z wyrzutami sumienia, wahał się widocznie z obawy skandalu. Nie zrozumiemy nigdy walk i niepokojów tego człowieka, który pod grozą potępienia przystępował do spowiedzi i komunii. Zapewniam was jednak, że od chwili, jak się upewnił, że dokument był fałszywy, nie wahał się wcale, postanowił mówić, choćby to miało pociągnąć za sobą zawalenie się katedry świętego Maxencyusza, w przekonaniu, że służy swemu Bogu.
Następnie, z radością człowieka, co po długich wysiłkach, zbliża się do celu, Delbos streścił położenie.
— Według mego zdania, rewizya jest postanowioną. Mamy dwa nowe fakty, których się domyślałem, ale których trudno było dowieść. Po pierwsze: wzór kaligraficzny pochodzi od braciszków i podpis nie jest Simon’a. Po drugie: prezydujący Gragnon nieprawnie zakomunikował przysięgłym dokument, który się okazał fałszywym. W tych warunkach niepodobieństwo, aby wyrok nie był skasowany przez Sąd.
Dawid i Marek odeszli promieniejący. W Beaumont powstał straszny harmider, gdy się dowiedziano o liście Jacquin’a, jego wyznaniu i zamiarze świadczenia. Prezes Gragnon, na którego uwaga powszechna była zwrócona, zamknął się w domu, nie przyjmował dziennikarzy, drapował się w wyniosłe milczenie. Mówiono, że nie błyska dobroduszną ironią wielkiego łowcy i amatora kobiet, że znękany jest wobec katastrofy, która mu groziła w chwili otrzymania emerytury i krzyża komandora. Żona jego, piękna pani Gragnon, przekroczywszy wiek czytania wierszy w towarzystwie młodych oficerów generała Jarousse’a, dokonała spóźnionego nawrócenia męża, przedstawiając mu korzyści pobożnej starości.
Chodził z nią do kościoła, spowiadał się, komunikował, słowem stał się gorącym katolikiem, co tłomaczyło namiętną gorliwość ojca Crabot’a z jaką przeszkadzał Jacquin’owi do oczyszczenia sumienia. Jezuita starał się nadewszystko wynagrodzić wiernego tej miary co Gragnon, dumę Kościoła. Całe zresztą sądownictwo broniło dawnego wyroku, jako swego dzieła, prawie arcydzieła, którego nie wolno było tknąć pod grozą obrazy ojczyzny. Pod pięknym pozorem oburzenia drżał niski strach, strach podły, wstrętny, strach przed więzieniem, przed żandarmami, nakładającymi ciężką łapę na wspaniałe, zdobne gronostajami, czerwone lub czarne togi.
Były prokurator, piękny Raul de la Bissonniere został przeniesiony do sąsiedniego miasta Morneay, gdzie truł się ostatecznie tem, że mimo giętkości wobec różnych ministeryów, nie może dosięgnąć Paryża. Sędzia śledczy Daix awansował również, lecz nie opuścił miasta. Żona jego, zawsze ambitna i żądna przepychu, dręczyła go po dawnemu, lecz rozchodziły się wieści, że Daix wymyka się z pod jej despotycznej władzy i podobnie jak Jacquin, dręczony wyrzutami sumienia, ma zamiar wyznać, jako niegdyś nikczemnie jej uległ i, wobec braku dowodów, nie wydał rozkazu umorzenia sprawy. W ten sposób cały Trybunał był w rozstroju, szarpany prądami gniewu i strachu przed kataklizmem, co znieść może spróchniałą budowę sprawiedliwości ludzkiej.
Polityczny świat w Beaumont niemniej był wzburzony i przerażony. Deputowany Lemarrois, mer miasta, czuł, że się nie ostoi na stanowisku radykalnego republikanina, że okropna katastrofa zniesie ustalone partye i wyrzuci na widownie żywe siły ludu. Salon inteligentnej pani Lemarrois, zawsze pełen gości, zwrócił się znowu w kierunku wstecznictwa. Widywano tam często deputowanego Marcilly, niegdyś przedstawiciela inteilgentnej młodzieży, nadzieję myślącej Francyi. Obecnie, unieruchomiony ciągłą obawą stracenia mandatu, popadł w rodzaj paraliżu politycznego, nie wiedząc zupełnie, gdzie leży jego korzyść osobista. Bywał tam również generał Jarousse, którego nicość moralna stała się zaczepną, odkąd nie myślano o żadnym zamachu Stanu. Zahukany był ostatecznie przez małą, czarną żonę, tak już wyschłą, że stała się cnotliwą. Niekiedy ukazywał się także prefekt Hennebise z żoną, oboje spokojni, pragnący żyć ze wszystkimi w zgodzie, gdyż takiem było życzenie rządu: żadnych awantur, uśmiechy i uprzejmość. Obawiano się niepomyślnych wyborów w departamencie, rozgorączkowanym wznowieniem sprawy Simon’a. Marcilly, a nawet Lemarrois, nie uwiadamiając się wzajemnie, postanowili przyłączyć się cichaczem do kolegów z reakcyi, którym przewodniczył Hektor de Sangleboeuf, aby zmiażdżyć kandydatów socyalistycznych. Chodziło im głównie o Delbos’a, gdyż powodzenie jego było pewnem, jeżeli wygra sprawę niewinnego męczennika. Ztąd świat polityczny zaniepokoił się również, dowiedziawszy się o wystąpieniu Jacquin’a, które rewizyę procesu czyniło nieuniknioną. Simoniści tryumfowali, antysimoniści byli chwilowo przybici. W Alejach Jaffres, promenadzie wielkiego świata, o niczem innem nie mówiono. Próżno „Mały Beaumontais“, dla zadowolenia swej klienteli, pisał co rano, że rewizya odrzuconą zostanie przez dwie trzecie głosów, nie uspakajało to rozpaczy przyjaciół Kościoła, bo obliczenia, którym się namiętnie oddawano po domach, wprost przeciwny dawały rezultat.
W wyższem ciele nauczycielskiem panowała dyskretna radość. Wszyscy byli przekonanymi Simonistami, lecz doznali byli tyle razy zawodu, że nie śmieli się cieszyć. Rektor Forbes myślał z uczuciem ulgi o chwili, kiedy będzie wybawiony od kwestyi nauczyciela z Maillebois, tego Marka Froment, z powodu którego ciągle znosił napaści od partyi wsteczników. Pomimo, iż postanowił nie mieszać się do niczego i zdać wszystko na inspektora akademii Le Barazer’a, z tym ostatnim jednak zmuszonym był roztrząsać potrzebę załatwienia kwestyi. Samemu Le Barazer’owi przebrało się już cierpliwości i przewidywał, że przyjdzie czas, kiedy jego mądra polityka zmusi go do poświęcenia Marka. Zwierzył się z tem Salvan’owi, który się mocno zmartwił. Wesoło też i radośnie przyjął Marka, przynoszącego mu wielką nowinę o pewności rewizyi. Uściskał go i zawiadomił o blizkiem niebezpieczeństwie, które mogło zażegnać jedynie pomyślne postanowienie Sądu.
— Moje drogie dziecko, gdyby rewizya nie przyszła do skutku, dostałbyś napewno dymisyę, gdyż zadaleko się posunąłeś i cała reakcya żąda twej głowy,.. Ach, jakże rad jestem, że wyjdziesz zwycięzko ty i szkoła świecka.
— A szkoła bardzo tego potrzebuje, bo strasznie mało zdobyła gruntu na błędzie i ciemnocie, pomimo osobistych usiłowań pana, aby ją obdarzać dobrymi nauczycielami.
Salvan zrobił zwykły giest niezachwianej nadziei.
— Zapewne, że trzeba kilku pokoleń, ale to nic nie znaczy: idziemy, zatem dojdziemy.
Co jednak najwięcej przekonywało Marka, że zaczyna zwyciężać, to zachowanie się inspektora elementarnego, pięknego Mauraisin’a, który, zobaczywszy go wychodzącego od Salvan’a, rzucił się ku niemu.
— Ach, kochany panie Froment, jakże rad jestem że pana spotykam! Tak mało jest sposobności widywania się po za obowiązkami służby!
Od wznowienia sprawy, Mauraisin’a pożerał śmiertelny niepokój. Odnaleziony wzór kaligraficzny, rożek oddarty przez ojca Philibin’a, fałsz nowo odkryty przejęły go obawą, iż poszedł złą drogą. Dotychczas otwarcie stawał po stronie antysimonistów w przekonaniu, że księża potrafią się zawsze wykręcić. Jeżeli jednak przegrają partyę, jakże on się z tego wydobędzie? Tracił głowę na myśl, że sprzymierzeńcy jego mogą nie być górą.
Nachylił się ku Markowi i szeptał mu do ucha, mimo że nikt nie przechodził ulicą:
— Wie kochany pan, że ja nigdy nie wątpiłem o niewinności Simon’a. W gruncie pewny byłem, tylko, nieprawdaż? my ludzie publiczni, musimy być tak ostrożnymi
Oddawna już Mauraisin czyhał na następstwo po Salvan’ie. Gdyby Simoniści mieli tryumfować, warto było skarbić sobie ich łaskę w wigilię zwycięztwa. Że jednak nie było ono zupełnie pewnem, lepiej było nie afiszować się w ich towarzystwie. Opuścił też wkrótce Marka, szepcąc mu na pożegnanie:
— Zwycięztwo Simon’a będzie naszem ogólnem zwycięztwem.
Za powrotem zauważył Marek zmianę w Maillebois. Spotkał dawnego mera Darras’a, który nie poprzestał, jak zwykle, na szybkim ukłonie, lecz zatrzymał go wśród ulicy i z dziesięć minut głośno, wesoło z nim rozmawiał. Darras od pierwszej chwili był simonistą, ale od czasu jak z żalem musiał ustąpić z merostwa przed klerykałem Philis’em i płonął nadzieją wyrugowania go na swoją korzyść, schował sztandar do kieszeni, stał się niemym, dyplomatyzował i szczelnie zamykał drzwi, zanim powiedział, co myśli. Jeżeli więc w biały dzień zapomniał się do tego stopnia, musiał wierzyć w blizkie uniewinnienie Simon’a. A że właśnie w tej chwili Philis spiesznie przechodził trotoarem z głową spuszczoną i skośnem spojrzeniem, rozśmieszony Darras rzucił Markowi porozumiewawcze spojrzenie i rzekł głośno:
— Hę? kochany panie Froment, co jednym sprawia przyjemność, gryzie innych. Co mnie dziś, jutro tobie.
Znać było w istocie wielki przewrót wśród publiczności. W ciągu kilku następnych tygodni Marek stwierdzał wzrastające codziennie powodzenie sprawy, której bronił. Najważniejszą miarą zdobytego terenu był list barona Nathan’a, bawiącego w la Dèsirade u zięcia, Hektora de Sangleboeuf, w którym prosił Marka o przybycie w celu pomówienia o nagrodzie, jaką chciał ustanowić dla szkoły świeckiej. Marek poczuł pretekst. Dwa czy trzy razy baron dawał po sto franków, które rozdawano najlepszym uczniom na książeczki kasy oszczędności. Zdziwiony i zaciekawiony Marek udał się do la Dèsirade.
Nie był tam od czasu, kiedy towarzyszył był Dawidowi, pragnącemu zwrócić uwagę wszechpotężnego barona na sprawę swego oskarżonego i uwięzionego brata. Pamiętał najdrobniejsze szczegóły tej wizyty, sposób, w jaki żyd u szczytu powodzenia, król finansowy, teść hrabiego Sangleboeufa pozbył się żyda biednego, przybitego powszechną nienawiścią. La Dèsirade stała się jeszcze wspanialszą i piękniejszą; milion wydano na nowe tarasy i fontanny, które placowi przed pałacem iście pański nadawały wygląd. Wśród wód szumiących i roju pląsających nimf doszedł do ganku, gdzie w liberyi zielonej ze złotem czekali dwaj lokaje. Jeden z nich zaprowadził Marka do saloniku, prosząc, by zaczekał. Marek, zostawszy na, chwilę sam, usłyszał niewyraźne głosy, dochodzące zapewne z sąsiedniego pokoju. Potem hałas dwojga drzwi, cisza i ukazanie się barona Nathan’a z wyciągniętą ręką.
— Proszę mi wybaczyć, kochany panie Froment, że pana trudziłem, wiem jednak, jak pan jest oddany swym uczniom, a właśnie chciałem podwoić sumę, jaką w ostatnich latach dawałem panu dla nich. Zna pan moje szerokie ideje, moje pragnienie nagradzania zasługi, gdziekolwiek się ukaże, bez względu na kwestye polityczne i religijne... Tak, tak, nie czynię żadnej różnicy między szkołami zakonnemi i świeckiemi, chodzi mi o Francyę.
Mówił w ten sposób dalej, a Marek patrzył na jego krótką, zgarbioną postać, żółtą twarz i duży nos na kształt dziobu drapieżnego ptaka. Doszło do jego wiadomości, że baron zbogacił się niedawno kradzieżą stu milionów w jakiejś aferze kolonialnej i kolosalną tą zdobyczą podzielił się z bankiem katolickim. Stał się zagorzałym wstecznikiem, gdyż w miarę jak gromadził miliony, uczuwał konieczność księży i wojska, aby bronili jego dóbr źle nabytych. Nie dość mu było, że przez córkę wszedł do starożytnej rodziny Sangleboeufów, lecz wypierając się swej rasy, afiszował zajadły antysemityzm, był monarchistą, militarystą, wielbicielem odwiecznych prześladowców żydostwa. Marek podziwiał w baronie mieszaninę pychy z niezmiernego majątku i wrodzonej pokory, wiecznego strachu przed prześladowaniem, strachu od którego bladły mu oczy, pilnujące drzwi, jak gdyby wobec najmniejszego niebezpieczeństwa gotów był pod stół się schować.
— Postanowione zatem — dodał baron po rozmaitych, tendencyjnie zawikłanych objaśnieniach — że rozporządzać pan będzie temi dwustu frankami wedle swego uznania, gdyż mam całkowite zaufanie do rozsądku pana.
Posłuchanie zdawało się skończone. Marek podziękował, ale jeszcze nie zrozumiał. Nawet polityczna potrzeba utrzymania dobrych ze wszystkimi stosunków, ani chęć znajdowania się w towarzystwie zwycięzców, jeżeli simoniści otrzymają przewagę, nie tłomaczyły tego wezwania zaszczytnego a bezużytecznego, tego zbyt dobrego przyjęcia w la Dèsirade. Odchodził już, gdy zagadka się wyjaśniła.
Baron Nathan, odprowadziwszy Marka do drzwi salonu, zatrzymał go z przebiegłym uśmiechem, jakby pod wpływem nagłego natchnienia.
— Kochany panie muszę popełnić niedyskrecyę... Gdy zawiadomiono mię o przybyciu pana, byłem z osobą, z bardzo poważną osobistością, która zawołała: „A, pan Froment, pragnąłbym bardzo chwilę z nim pomówić!“ Prawdziwy krzyk serca, upewniam pana.
Zamilkł i chwilę czekał zapytania Marka. Gdy jednak Marek się nie odzywał, rozśmiał się, w żart obracając.
— Byłby pan bardzo zdziwiony, gdybym powiedział nazwisko osoby.
Widząc jednak, że wciąż milczy przezornie, zawołał:
— Ojciec Crabot! Cóż, nie spodziewał się pan tego... Tak, ojciec Crabot, który przypadkiem był tu na śniadaniu. Wie pan, że zaszczyca moją córkę sympatyą i częstemi wizytami. Ojciec Crabot zatem wyraził chęć pomówienia z panem. Chociaż odmiennych od pana przekonań, jest to człowiek wielkiej zasługi. Dlaczego miałbyś pan odmawiać zobaczenia się z nim?
Marek, zrozumiawszy nakoniec, zaciekawiony, odparł spokojnie:
— Ależ nie odmawiam zobaczenia ojca Crabot’a. Jeżeli ma coś do powiedzenia, wysłucham go z ochotą.
— Wybornie! wybornie! — zawołał baron zachwycony powodzeniem swej dyplomacyi — zaraz go uprzedzę.
Znowu dwoje drzwi otworzyło się z kolei i niewyraźne głosy doszły do saloniku. Potem milczenie. Marek czekał dość długo. Zbliżywszy się do okna, ujrzał wychodzące na taras osoby, których głosy był słyszał. Poznał Hektora de Sangleboeuf i jego żonę, zawsze piękną Leę w towarzystwie najlepszej przyjaciółki, margrabiny de Boise, która, mimo pięćdziesięciu siedmiu lat, była jeszcze piękną ruiną. Następnie ukazał się baron Nathan, a w oszklonych drzwiach salonu rysowała się wysoka sylweta ojca Crabot’a, rozmawiającego z gospodarzami domu, uszczęśliwionymi, że mogą mu ustąpić miejsca, aby przyjmował gościa jak u siebie. Margrabina zdawała się mocno ubawiona tą historyą. Zamieszkała już na stałe w zamku, chociaż postanowiła sobie, że się usunie, skończywszy lat pięćdziesiąt, nie chcąc przez kokieteryę i życzliwość narzucać Hektorowi zbyt starej kochanki. Utrzymywano jednak, że jest zachwycająca, dlaczegóż więc miała przestać uszczęśliwiać młodą parę, Hektora, którego rozsądnie ożeniła, zamiast go wiązać ze swoją nędzą, Leę, której stała się najlepszą przyjaciółką, zastępując ją w obowiązkach zbyt ciężkich dla kobiety z temperamentem ospałym, kochającej tylko siebie? Więc chociaż czas płynął, szczęście stale gościło w la Dèsirade, w otoczeniu przepychu, akompaniamencie delikatnego uśmiechu i pobożnych błogosławieństw ojca Crabot’a.
Z giestów, z ruchu głowy zrozumiał Marek, że okrutny Sangleboeuf o grubej, rudej twarzy i wązkiem, ograniczonem czole, zżymał się na dyplomacyę, na zaszczyt, robiony anarchicznemu belfrowi, którego raczono przyjmować i wchodzić z nim w rozmowę. Chociaż za pięknych czasów swego kirasyerstwa nigdy się nie bił, nie przestawał mówić, iż cały świat wyciąć należy szablą. A margrabina, która go wykierowała na deputowanego, próżno, na wyraźny rozkaz papieża, starała się skłonić do pogodzenia się z republiką; zawsze pozostał malkontentem, wpadał w gniew w imię sztandaru i lubował się w wojskowych anegdotach. Ileż błędów popełniłby bez tej dobrej margrabiny! Była to jedna okoliczność więcej, którą usprawiedliwiała wobec siebie brak siły, aby go opuścić. Tym razem również musiała się wmieszać, łagodnie go pociągnęła i drobnemi kroczkami poszła ku parkowi miedzy mężem i żoną, wesoła i macierzyńska dla obojga.
Baron Nathan, żywo wrócił do salonu, zamknął oszklone drzwi i poszedł po Marka.
— Bądź pan łaskaw za mną, kochany panie Froment.
Poprowadził go przez salę bilardową, a potem otwierając drzwi do salonu, wpuścił Marka, a sam się usunął, rad z roli, którą odegrywał, gnąc kark w postawie, w której pokora rasy przebijała się pod próżnością finansowego mocarza.
— Proszę wejść, czekają na pana.
Sam nie wszedł, zniknął, zamknąwszy cicho drzwi, a Marek znalazł się wobec ojca Crabot’a, który w długiej, czarnej sukni stał pośrodku wspaniałej czerwonej ze złotem komnaty. Zapanowało milczenie.
Jezuita, odznaczający się szlachetną powierzchownością i pięknem, światowem ułożeniem, zdał się Markowi postarzałym: osiwiał, a twarz miał zniszczoną strasznemi troskami, które od niejakiego czasu burzą obijały się o jego głowę. Głos jednak zachował dawne pieszczotliwe, ujmujące dźwięki.
— Ponieważ okoliczności sprowadziły nas jednocześnie do tego gościnnego domu, wybaczy mi pan, że zażądałem rozmowy, której pragnąłem oddawna. Znam zasługi pana i umiem oddać cześć wszelkim przekonaniom, o ile są szczere, prawe i odważne, Mówił długo, obsypywał pochwałami przeciwnika, chcąc go ogłuszyć i zdobyć. Metoda jednak była zbyt znana, zbyt dziecinna, to też Marek, skłoniwszy się przez grzeczność, czekał z miną obojętną, starając się ukryć ciekawość, tem żywszą, iż wiedział, że taki człowiek musiał mieć ważne powody, jeżeli się zdecydował na podobną rozmowę.
— Jakże to godne pożałowania — zawołał nakoniec ojciec Crabot, — że nieszczęśliwe okoliczności dzielą godne siebie inteligencye! Są ofiary naszych waśni prawdziwie zasługujące na współczucie. Ot, naprzykład prezes Gragnon...
Nagle zatrzymał się, spostrzegłszy żywe poruszenie, którego nauczyciel nie mógł powstrzymać.
— Wymieniam jego, bo go znam dobrze. Jest moim penitentem i przyjacielem. Trudno spotkać szlachetniejszą duszę, bardziej prawe, większe serce. Wie pan w jak strasznem znajduje się położeniu, oskarżają go o fałsz — toż to ruina całej karyery sądowniczej. Sypiać nie może, dręczy się, obudziłby w panu litość, gdybyś widział jego agonię.
Teraz Marek zrozumiał. Chciano ocalić Gragnon’a, bo Kościół byłby poniżony przez upadek swego wszechpotężnego dotąd syna.
— Rozumiem jego troskę — odpowiedział wreszcie Marek — cierpi jednak za własną winę. Sadownik powinien znad prawo; nieprawna komunikacya, przez którą zawinił, okropną była w skutkach.
— Ależ zapewniam pana, że postąpił całkiem naiwnie! — zawołał jezuita. — List otrzymany w ostatniej chwili, wydawał mu się nieważnym. Trzymał go w ręku, idąc na wezwanie przysięgłych do sali obrad i sam nawet nie wie, jakim sposobem go pokazał.
Marek wzruszył zlekka ramionami.
— Niech więc to opowie nowym sędziom, jeżeli będzie rewizya procesu... Nie rozumiem dobrze, dla czego pan udaje się do mnie. Nic zaradzić nie mogę.
— O, niech pan tego nie mówi! Pod skromnymi pozorami jest pan człowiekiem wpływowym. Dlatego pomyślałem udać się do pana. W całej sprawie pan byłeś wolą myślącą i działającą. Jesteś pan przyjacielem rodziny Simon’a, zrobią, co pan im poradzi; czy nie zechce pan oszczędzić nieszczęśliwego, którego zguba nie jest konieczną?
Składał ręce i błagał z takim ogniem, że Marek ponownie popadł w zdumienie, czemu przypisać ten rozpaczliwy krok, natarczywość do tego stopnia niezręczną i niepolityczną. Czyżby jezuita sprawę, której bronił, uważał za straconą? czy miał specyalne wiadomości, że rewizya została postanowiona? Zrezygnował się i wyrzekał się dawnych swych pionków, zbyt dziś skompromitowanych. Biedny braciszek Fulgenty był to umysł mętny, chwiejny, a skutki jego działalności wprost zgubne. Nieszczęśliwy ojciec Philibin był niezawodnie pełnym wiary duchownym, lecz w charakterze miał niedostatki, na przykład rozpaczliwy brak zmysłu moralnego. Co zaś do zabójczego braciszka Gorgiasza — tego potępiał kompletnie: była to istota awanturnicza, stracona, prawdziwy wrzód Kościoła. Jeżeli ojciec Crabot nie głosił jeszcze niewinności Simon’a, niedalekim był przecież od przypisywania braciszkowi Gorgiaszowi wszelkich możliwych zbrodni.
— Widzi kochany pan, że się nie łudzę, lecz są inni ludzie, względem których byłoby doprawdy okrucieństwem kazać im pokutować za proste pomyłki. Pomóż nam pan ich ocalić, a my pana wynagrodzimy, przestając walczyć z panem na innych punktach.
Nigdy nie odczuł Marek mocniej swojej siły, siły prawdy. Przeciągał rozmowę, wywoływał dyskusyę, aby sobie wyrobić wyraźne przekonanie o wartości ojca Crabot’a. Zdziwienie Marka granic nie miało, gdy w miarę posuwania się w rozmowę przenikał przeciwnika. Taką nadzwyczajną nędzę argumentacyi, tak wyraźną niezręczność mógł mieć tylko człowiek próżny, przywykły do ślepego posłuszeństwa. Więc to był ten głęboki dyplomata, który wszystkich trzymał w grozie swym przebiegłym rozumem, którego rękę chciano widzieć we wszystkich ważnych wypadkach?! W przykrem tem, marnie przygotowanem spotkaniu przedstawił się jako ubogi, stropiony umysł, bez powodu zbytecznie się odkrywający, niezdolny do obrony swej wiary wobec zwyczajnie rozsądnego i logicznego przeciwnika. Miernota, poprostu miernota z pokostem światowych zalet, którego blask zwodził zdaleka. Rzeczywista jego siła leżała jedynie w głupocie trzody, w uległości, z jaką wierni gięli się przez niezaprzeczalną bezwzględnością jego twierdzeń. Wobec mierności człowieka zrozumiał Marek, że ma przed sobą zwykłego jezuitę na pokaz, przeznaczonego na to, by błyszczał i zachwycał, ale że po za nim inni, na przykład ojciec Poirier, prowincyał z Rozan, o którym nie mówiono wcale, kierowali wszystkiem z głębi swej kryjówki z głęboką, choć niepopularną mądrością.
Ojciec Crabot miał jednak tyle przebiegłości, iż spostrzegł, że wchodzi na fałszywą drogę i usiłował ile możności odzyskać grunt utracony. Rozmowa skończyła się na chłodnych uprzejmościach ze stron obu. W tej chwili baron Nathan, który musiał podsłuchiwać pode drzwiami, ukazał się ze skwaszoną miną, pragnąc jak najprędzej pozbyć się belfra, tak głupiego, że nie dostrzegł własnego interesu. Odprowadził go na ganek i patrzał za odchodzącym. Idąc przez ogród pomiędzy szumiącemi fontannami i marmurowemi nimfami, ujrzał Marek zdala, wśród drzew i krzewów margrabinę de Boise, jak czule uśmiechnięta, między przyjacielem Hektorem i przyjaciółką Leą przechadzała się zwolna.
Wieczorem tegoż dnia poszedł Marek na ulicę Tron do Lehmanów, gdzie naznaczył spotkanie Dawidowi. Zastał tam szaloną radość. Odebrano bowiem depeszę od jakiegoś przyjaciela z Paryża, który donosił, że Sąd Kasacyjny wydał nareszcie jednogłośnie wyrok, unieważniający wyrok sądu w Beaumont i odsyłający Simon’a przed sąd w Rozan. Dla Marka było to wyjaśnieniem i mniejszą mu się wydała niedorzeczność ojca Crabot’a. Widocznie dobrze powiadomiony, znał już nowinę i, wobec postanowionej rewizyi, chciał ocalić, co było możliwem do ocalenia. U Lechmanów płakano z radości: kończyło się długie nieszczęście! Józef i Sara ściskali zapamiętale Rachelę, postarzałą i wyczerpaną małżonkę i matkę. Wszyscy byli odurzeni blizkim powrotem opłakanego i długo oczekiwanego męża i ojca. Zapominano o obelgach i męczarniach, gdyż uniewinnienie było pewnem, ani w Maillebois ani w Beaumont nikt o tem nie wątpił. Dawid i Marek, dwaj pracownicy w dobrej sprawie, serdecznie wzruszeni, uściskali się gorąco.
Nazajutrz jednak powstały niepokoje. Simon tak niebezpiecznie zachorował w więzieniu, że przez długi czas niemożliwością byłoby sprowadzić go do Francyi. Długie miesiące upłynąć muszą zanim rozprawy nowego procesu będą mogły się zacząć w Rozan. W ten sposób niesprawiedliwość skorzysta, aby odżyć i znowu się krzewić w kłamstwie i nędznej ciemnocie tłumu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.