<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Marya
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1886
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LIST  XVI.
Klementyna do Jerzego.

Ongród, 24 Lutego.

Od dwóch dni dopiéro jestem tu, ukochany mój, a już opisać ci mogę wiele rzeczy, które obchodzą cię żywo przez wzgląd na Adama, tak jak mnie, przez wzgląd na Maryą.
Przyjechałam do Ongrodu, jak wiész, wieczorem, i ze stacyi kolei udałam się naturalnie wprost do mieszkania Maryi.
Na oświetlonych wschodach spotkał mię służący, ale zabroniłam mu oznajmiać o moim przyjeździe, gdyż chciałam najść Maryą niespodzianie. Będziesz znowu, mój najdroższy, śmiał się z zamiłowania mego w niespodziankach i przypiszesz je, jak zwykle, romantycznéj mojéj wyobraźni. Masz słuszność; nie cierpię komunałów w żywiołach życiowych i przepadam za wszyskiém, co ma najlżejsze choćby podobieństwa do wybuchających wulkanów.
Wpadłam tedy do sali jadalnéj tak, jak byłam, w futrze i kapeluszu, i znalazłam całą rodzinę, zebraną przy wieczerzy.
Marya stała przy samowarze, urządzając herbatę. Zobaczywszy mię, krzyknęła z radości, poskoczyła i rzuciła mi się na szyję; poskoczyła téż za nią Klotylda; wstał od stołu pan Michał; przybiegły dzieci. W mgnieniu oka byłam rozebraną z podróżnych okryć, ucałowaną przez kilkoro ust (honny soit, qui mal y pense! pan Michał całował mię tylko w obie ręce) i posadzoną przy stole, na którym stało wiele smacznych rzeczy i na który lampa, wisząca u sufitu, rzucała rzęsiste, wesołe światło.
Przyznam się, że jakkolwiek wstęp ten do gościny méj tutaj przyjacielskim był i wesołym, czułam w sercu pewne rozczarowanie. Wyobrażałam sobie, że znajdę Maryą samę w jéj ustronnéj, poetycznéj pracowni, i że będę mogła zaraz mówić z nią o tém, co piekło mi usta i niespokojnie wirowało po głowie. Bliższe jednak przyjrzenie się Maryi wynagrodziło mi z łatwością doznany zawód. Mówiłam ci przed wyjazdem z domu, że wyobrażam ją sobie mniéj pogodną i wesołą, niż dawniéj, a może i zniechęconą już trochę do swych domowych, powszednich zatrudnień i przyjemności. Tymczasem wieczoru tego, Marya nietylko nie wydała mi się bledszą, ani smutniejszą, ale uderzoną zostałam świeżém, mogę doprawdy powiedziéć, rozkwitłém jéj wyglądaniem. Zaszła w niéj wprawdzie zmiana pewna, ale taka, któréj każda z nas kobiet pragnąć tylko dla siebie może. Do zwykłéj piękności jéj przybyły nowe blaski. Ruchy jéj, mające w sobie zwykle coś ze spokojnéj i czystéj harmonii, nabrały niezwykłego ożywienia. Pełnia, a może i nadmiar życia tryskał z promieniejących jéj oczu i z ust, które nabiegły ciemną purpurą. W całéj postaci jéj, w twarzy, a nawet w dźwięku głosu, zjawiły się wdzięki jakieś świetne i zarazem pieszczotliwe, które dawniéj, utajone snadź, drzemały w jéj wewnętrznéj istocie.
Nic na świecie nie może być swobodniejszém, łatwiejszém, serdeczniejszém, jak rozmowa w kółku tych ludzi. Marya zapytała mię zaraz o to, co najwięcéj obchodzi mię na świecie, to jest o ciebie, mój Jerzy, i o twoje najnowsze prace. Masz wiedziéć, że książki twoje czytywane są w wielkiém mieście Ongrodzie, a nawet podobno wysoko cenione. Marya posiada naturalnie u siebie cały ich komplet, panna Klotylda zachwyca się pięknością ich stylu i tkliwością niektórych ich ustępów, Natalka nawet, która, nawiasem mówiąc, staje się coraz inteligentniejszą i piękniejszą dziewczynką, czytała ich parę pod przewodnictwem swéj matki. Jeden pan Michał tylko dzieła twe zna z opinii. Prawdę mówiąc, byłby on zupełnie doskonałym człowiekiem, gdyby choć raz w życiu swém przeczytał coś innego, niż tabelę, wykazującą kursa papierów publicznych. Marya serdecznie śmiała się z zakłopotania swego męża, gdy przyszło mu przyznać się wobec mnie do zupełnéj nieznajomości dzieł pana Jerzego Dalskiego; potém jednak bardzo poważnie wytłómaczyła, że kto tak ciągle i usilnie pracuje w specyalnym zawodzie, jak jéj mąż, ten ani czasu, ani sił miéć nie może do podróżowania po krainach abstrakcyi i poezyi. Mówiąc to, patrzała na męża okiem pełném przywiązania, pan Michał zaś uścisnął rękę jéj, dziękując, że go przede mną obroniła, poczém, zwykłym sobie ruchem, wkładając ręce w obie kieszenie surduta i nadymając nieco policzki, rzekł:
— Przyznam się zresztą państwu, że chociaż nieraz Marcia starała się przekonać mię inaczéj, ja dotąd nie zgadzam się, aby wszystkie te wasze abstrakcye i poezye służyć mogły do czego innego, jak do zabawki dla ludzi, którzy mają czas i ochotę do bawienia się.
Wielki zbiorowy okrzyk podniósł się wkoło stołu. Protestowałam ja, protestowała Klotylda, protestowała i, nie najgorszemi nawet argumentami posługując się, Natalka. Marya milczała i uśmiechała się tylko. Pan Michał obie dłonie przycisnął sobie do uszu.
— Gwałtu! — krzyknął — własne dzieci obracają się przeciw mnie! Ale wiedzcie państwo o tém, że tchórzem nie jestem. Ukamienujcie mię tu zaraz filiżankami i bułkami, a utrzymywać nie przestanę, że, jak żonę i dzieci kocham, najpiękniejszym pod słońcem poematem jest życie uczciwego i pracowitego człowieka!
— Michał ma słuszność — wyrzekła Marya.
Miał w istocie słuszność, ale niezupełną. Był to sąd prawego serca, ale nieukształconéj głowy. Nie mam cierpliwości Maryi i nie miałam może takich, jak ona, powodów, aby kończyć sprzeczkę przyznaniem słuszności ojcu dzieci, siedzących przy stole. Powiedziałam więc z trochą niecierpliwości, że jednak, gardzone te przez niego, abstrakcye i poezye, dopomagają ludziom do czynienia z istnień swych poematów uczciwości i pracy.
— Może być — odpowiedział Iwicki, — ale ja nie mam czasu, ani cierpliwości, łamać sobie głowę nad niemi.
Rzekłszy to, wstał, pocałował Maryą, mnie i siostrę swą w rękę, a wszystkie dzieci po kolei w głowę, i wyszedł z domu, bo tego wieczoru jeszcze miał traktować z jakimś przyjezdnym obywatelem o ważnym interesie.
Wtedy Marya zapytała mię, jak znajduję jéj dzieci?
Zamiast odpowiedzi, pocałowałam naprzód w różową buzie śliczną Natalkę, a potém przyciągnęłam do siebie Franusia i zaczęłam mu się przypatrywać. Dziecię to, o którém przed rokiem źle bardzo wróżyć można było, rozwinęło się i porozumniało znacznie. Znać, że Marya toczy o nie uporczywą walkę z naturą i odnosi nad nią powolne zwycięztwo. Co do Janka, tego pyzata twarzyczka ukazywała się z za matki, któréj szyję oplatał ramionami, a kiedy po chwili zaczęłyśmy z wielkiém zajęciem rozmawiać, dzieciak wspiął się na palce, powyjmował wszystkie szpilki z warkoczy Maryi i rozplótł je całkiem. Nie przeszkadzała mu w tém zajęciu, tylko, gdy już było ono ukończoném, schwyciła malca na kolana i, śmiejąc się, zakryła go całego swemi pysznemi włosami. Śliczny to był widok, mój Jerzy! Z za lasu czarnych włosów matki wybuchał srebrny śmiech i błyszczały jak brylanty oczy dziecka; ona, pochylona nieco, patrzała mu w twarz z uśmiechem na ponsowych ustach.
W godzinę potém Klotylda wysunęła się piérwsza z sali, Natalka poszła do snu ułożyć młodszych braci, a Marya, z zapaloną lampą w ręku, poprowadziła mię do swego pokoju; przechodząc, zobaczyłyśmy przez drzwi otwarte Klotyldę, klęczącą przed ołtarzykiem, urządzonym w jéj pokoju. Ołtarzyk przystrojony był w obrazki, kwiaty, muśliny i pióra; klęcząca przed nim kobieta, postać miała smutną i znękaną.
— Czy Klotylda zawsze jeszcze marzy o miłości i szczęściu? — zapytałam z cicha Maryi.
— Biedna! — odpowiedziała mi ze szczerą litością; — a teraz — dodała — jest ona biedniejszą, niż kiedy.
Nie zapytywałam jéj o znaczenie tych słów, bo głowę miałam zajętą zupełnie czém inném.
Gdy tylko znalazłyśmy się w ustronnym pokoju Maryi i usiadłyśmy obok siebie na jednéj z tych nizkich, leciuchnych kanapek, które tam stoją, wzięłam ją za rękę i zapytałam:
— Często widujesz pana Adama, Marciu?
Spojrzała mi w twarz i wybuchnęła szczerym śmiechem.
— O, moja ty złota marzycielko! — zawołała — z jakimże to uroczystym wyrazem twarzy zadajesz mi to pytanie! Wyglądasz tak, jakbyś mię chciała zapytać: Maryo, czy prędko myślisz sobie życie odebrać? Nie, moja droga! mniej niż kiedy pomyśléć mogę bez trwogi o nieznanych przepaściach, znajdujących się po drugiéj stronie ziemskiego bytu, bo życie to jest mi milszém, droższém, niż kiedy; bo więcéj, niż kiedy, cenię całe bogactwo, całą rozmaitość piękności i dobrodziejstw jego!
Rzekłszy to, uścisnęła mię z całéj siły i zaraz potém, pochwyciwszy ze stołu zeszyt, zapisany jéj własném, szybkiém pismem, na-pół żartem, na-pół z zapałem, czytać zaczęła przetłómaczony ustęp z obcego poety.
„Żyję! nie jestże świat ten marzeniem wielkiego Boga, który, śpiąc na samotnéj gwieździe, senne obrazy w rzeczywistość zamienia? Iliada, Platon, bój pod Maratonem, Mojżesz, Wenera Medycejska, wyznawcy i męczennicy, nie sąż pięknemi pomysłami w tym twórczym śnie Bożym? Niezadługo może świat ten rozpryśnie się w nicość, jak gdyby nie istniał nigdy, ale mniejsza o to! żyję. W żyłach moich wre płyn purpurowy, pod stopami memi drży ziemia, w namiętnym zapale ujmuję w objęcia drzewa i gwiazdy, wszystkie piękne dusze i mądre arcydzieła ludzkie, i odpowiadają mi one żywym uściskiem! Każda chwila jest dla mnie nieśmiertelnością, bo w tém już istnieniu dosyć przeżyć mogę, gdy, rzucając myśl mą wstecz i na przód, spajam życie me z życiem ubiegłych i przyszłych pokoleń i stwarzam sobie wiekuistość w krainach przeszłości i przyszłości!“
Przeczytawszy to, rzuciła na stół zeszyt, utopiła w mojéj twarzy oczy, mieniące się szafirem i srebrem, i uśmiechała się drżącemi nieco ustami.
Patrzałam na nią z trochą zdziwienia. Taką, jaką wtedy była, nie widziałam jéj jeszcze nigdy. Wezbrane życie zdawało się w całéj istocie jéj wrzéć i kipiéć. Oczy jéj, usta, dźwięk głosu, oddech, poruszający piersią, zdawały się razem z poetą, którego przed chwilą czytała, wydawać okrzyk: żyję! Byłaż to ta sama kobieta, która przed chwilą tak spokojnie obdzielała rodzinę swą wieczerzą, a potém tak serdecznie i swawolnie zaglądała w śmiejącą się twarz zakrytego włosami dziecka swego?
— Jak widzę — rzekłam — do zajęć twych, Maryo, przybyło tłómaczenie obcych pisarzy?
— Nie; — odpowiedziała — nie mam dość czasu, aby pracom takim oddawać się na seryo. Czytaliśmy tylko wczoraj książkę tę z panem Adamem i ten jéj ustęp przetłómaczyliśmy wspólnemi siłami.
Wzięła mnie za rękę i, siadając na kanapie wygodnie, jak do długiéj i poufnéj pogadanki, zaczęła:
— Z listów twoich, Klemensiu, wyczytałam, że dziwne dziwy wyroiły się o mnie w twojéj szalonéj trochę główce. Otóż widzisz, jestem żywa, zdrowa i wesoła, weselsza może nawet, niż byłam kiedykolwiek. Z panem Adamem widujemy się parę razy na tydzień, czasem nawet częściéj, i jesteśmy z sobą w bardzo serdecznéj i ścisłéj przyjaźni.
— Nie wyobrazisz sobie — ciągnęła po chwili milczenia, — jak drogim mi jest ten stosunek, jak korzystnemi dla nas obojga są te krótkie godziny, które przepędzamy razem. Pisałaś do mnie, że czas, który kiedyś spędzałam z tobą we wzajemnéj zamianie myśli, a niekiedy i dziwacznych trochę rojeń fantazyi, czynił zadość jednéj z wewnętrznych potrzeb moich; zapytywałaś mię, czy nie czuję w sobie jakiéjś siły drzemiącéj i niewyzyskiwanéj. A więc tak. Nie umiem i nie chcę być nieszczerą. W zwykłem otoczeniu mojém znajduję wszystko, czego mi trzeba dla wypełnienia serca i czasu; ale wymagania umysłu mego może poniekąd i nie były dostatecznie zadowolonemi. Piérwsza młodość moja była na wskroś przesiąknięta wysokiemi uciechami wiedzy i sztuki. Nawykłam do tego. Stało się to drugą moją naturą. Wszak przeszłości nikt nie może wyrzucić za okno i przetworzyć siebie do gruntu, wedle warunków nowego położenia swego. Jestem zupełnie zadowoloną z losu mego, ale są chwile, w których mam czas zupełnie wolny. W dostatnim, widzisz, bycie jak nasz, najzabieglejsza gospodyni domu i najtroskliwsza matka nie jest wyrobnicą, pozbawioną godzin ciszy i samotności. W godzinach tych czułam się zawsze trochę samotną i doświadczałam szczególnych porywów biedz do kogoś, powiedziéć komuś: popatrz! posłuchaj! przeczytaj! Często téż powstają w mojéj głowie całe tłumy uwag, zapytań i wątpliwości, i takbym pragnęła wtedy miéć obok siebie myśl pomocniczą, z którą razem mogłabym zatrzymać się na jakimś: tak albo nie. Pozostawiona saméj sobie, nie mogę uspokoić się póty, aż odpowiem na własne pytania, albo o nich zapomnę. W piérwszym wypadku sprawia mi to zamęt w myśli, w drugim bywam zawsze trochę smutna. Żal mi, że przed oczyma memi przemknęła błyskawica prawdy, a ja jéj pochwycić i w głowie mojéj uwięzić, a zapewne także i w życiu zastosować, nie mogłam. Wszystko to są drobne bardzo rzeczy, to téż nie zatruwały mi one życia. Nie zastanawiałam się nawet nigdy nad niemi i z ich powodu łajałam siebie raczéj, niż użalałam się nad sobą. Łajałam siebie za to, że zachciewało mi się, jak dziecku, gwiazdy z nieba. Nie przeszkadza to jednak temu, że jeżeli-by człowiek, łający siebie za tęsknotę do gwiazd, otrzymał jednę z nich w prezencie, czuł-by się bardzo szczęśliwym...
Przestała mówić a ja, ujmując obie jéj ręce, rzekłam z cicha:
— Więc przyjaźń z panem Adamem jest dla ciebie gwiazdą, nagle spadłą z nieba?
— Nie nastrajajmy się, Klemensiu, na ton zbyt wysoki — odpowiedziała z uśmiechem. — Przyjazny stosunek z takim człowiekiem, jak pan Adam, nie jest zapewne faktem codziennym i nie może przejść w życiu bez śladu. Uważam go za jednę z łask losu, których doświadczyłam już tyle...
— Nie wyobrazisz sobie — mówiła daléj — jaką szczególną i nieznaną mi dotąd przyjemność znajduję w odkrywaniu przed tym pięknym męzkim umysłem światów myśli i fantazyi ludzkiéj, których nie znał on, albo o których zapomniał, pogrążony w wyłącznych swych pracach. Z pozoru można-by sądzić, że człowiek ten zimny jest i niedostępny wszelkim miękkim i łagodnym uczuciom. Nie wiem dobrze, w skutek jakich wpływów życia, przeważnym rysem jego charakteru stały się: surowość sądów i smutne trochę niedowierzanie tak ludziom, jak ideom! Jednak po za chłodem i sceptycyzmem tym ukrywa się skłonność do zapału i wielka żądza wiary. Wiész? wyraz twarzy jego zmienia się czasem tak wśród rozmowy ze mną, że gdyby ktokolwiek, kto widział go przed godziną, zobaczył go wtedy, powiedział-by chyba, że to nie ten sam człowiek. Uśmiech jego bywa czasem tak miękki i łagodny, jakby w tém sercu, opancerzoném surowością zasad i życia, mieściły się skarby słodyczy i tkliwości; czasem téż spuszcza on oczy i milczy długo, a wtedy twarz jego blednie trochę i spada na nią wyraz smutnego zamyślenia...
Oczy jéj błysnęły i nieruchomém wejrzeniem zawisły w powietrzu.
— Chciała-bym — dodała ciszéj — chciała-bym wiedziéć, o czém on wtedy myśli...
Na ustach jéj na-pół otwartych drżał uśmiech, w którym czuć było biegnącą do oka łzę.
Wkrótce potem udałyśmy się na spoczynek. Marya umieściła mię pomiędzy sypialnią swą a pokojem dziecięcym. Kiedy rozbierałyśmy się do snu i przez próg gawędziłyśmy jeszcze z sobą, zawołała nagle:
— Chciała-bym, aby pan Adam przyszedł do nas jutro na parę godzin! Miéć razem u siebie ciebie i jego! co za śliczny dzionek!
Słyszałam, jak przed zgaszeniem lampy zapytywała jeszcze służącą, czy mąż jéj wrócił z miasta i niepokoiła się trochę, otrzymawszy odpowiedź przeczącą.
— Biedny Michał! — rzekła — jak on pracuje, dniami i nocami!
Pan Michał, który późno w nocy wraca często z wycieczek swych na miasto i w okolice, przez wzgląd na spokojność żony i dzieci, urządził sobie sypialnią na dole domu.
Kiedy nazajutrz obudziłam się, usłyszałam głos Maryi, krzątającéj się już w jadalnéj sali. Wczesny z niéj zawsze ptaszek. W rannym szlafroczku żywéj barwy i z włosami ukrytemi pod białym czepeczkiem, wyglądała świeżo i ładnie, ale znowu inaczéj zupełnie niż w przeddzień wieczorem. Można-by było powiedziéć, że kobieta, natchniona i wrząca zapałem, która wczoraj z pałającém okiem i pulsującemi skrońmi czytała mi ustęp namiętnej poezyi, i gosposia, krzątająca się, teraz z kluczykami w dłoni dokoła jadalnego stołu, były to dwie różne całkiem istoty. Pan Michał pośpiesznie bardzo zjadł śniadanie i poszedł do swego biura. Człowiek ten posiada w istocie przymiot żelaznéj i szacunku godnéj pracowitości.
Zaledwie śniadanie było skończoném i Marya gospodarowała jeszcze w najlepsze w swoim szlafroczku i czepeczku, wydając domownikom przeróżne dyspozycye, gdy do sali jadalnéj wszedł pan Adam. W chwili właśnie wejścia jego, Marya stała przy wielkiéj szafie, rozwartej na oścież, i bardzo poważnie rozpowiadała niemłodéj kobiecie, którą sobie niedawno do pomocy wzięła, co tam w szafie do jakiego użytku jest przeznaczoném.
Uczony i sławny przyjaciel twój, Jerzy, po raz piérwszy zapewne, zobaczył, jak Marya wygląda przy swych porannych gospodarskich zajęciach. Zjawił się był w progu, poważny, chmurny nawet trochę; ale zanim postąpił kilka kroków, twarz jego wypogodziła się i z wesołym prawie uśmiechem patrzał na gospodynią domu, która, zatopiona w swém zatrudnieniu, nie spostrzegła była zrazu jego wejścia. Spostrzegłszy je, pośpieszyła ku gościowi z wyciągniętą na powitanie ręką.
— Tak pragnęłam, żebyś pan przyszedł dziś do nas! — zawołała — czy poznajesz pan mego gościa? — dodała, wskazując na mnie.
Klasnęła w dłonie z radością, dowiedziawszy się z powitań naszych, nietylko, że jesteśmy z sobą znajomi, bo o tém już ode mnie wiedziała, ale, że pan Adam jest najbliższym i bardzo dawnym przyjacielem twoim, Jerzy. Poprowadziła nas zaraz do dalszych pokojów. Pan Adam tłómaczył zbyt poranną swoję wizytę.
— Byłem wczoraj na wsi — mówił — i dziś tam znowu jadę. Nie wrócę aż jutro wieczorem i chciałem dowiedziéć się, czy nie jestem państwu na co potrzebnym.
Wszyscy w domu byli zdrowi.
— Czy masz pan godzinę do darowania nam? — zapytała Marya.
Adam spójrzał na zegarek.
— Mogę sobie darować trochę nawet więcéj, niż godzinę. Sześć godzin wystarczy mi do odwiedzenia moich chorych, a potém pojadę na wieś!
— Klementyno! — zawołała Marya — prezentuj nam teraz swoje albumy.
Wiesz o tém, że przed wyjazdem ze stolicy kupiłam dla Maryi parę najświeższych wydań artystycznych, wiedząc, że wielką jéj tém zrobię przyjemność. Zaniosłam do pokoju Maryi zbiór ten kopii najświeższych arcydzieł malarskich, i po kilku chwilach, siedzieliśmy przy kominku, rozpatrując te piękne rzeczy i gwarząc nad niemi. Natalka należała do grona osób, przypatrujących się i zachwycających, młodsze dzieci bawiły się, jak zwykle, w pobliżu matki.
Nie wyobrazisz sobie Jerzy, jak nam było dobrze i wesoło. Ciebie mi brakło bardzo, ale, pomimo tęsknoty za tobą, nie mogłam obronić się od wpływu téj czystéj i pogodnéj, a tak pełnéj idealnego jakiegoś życia, atmosfery, która otacza Maryą.
Od czasu do czasu spoglądałam na dwoje przyjaciół naszych i myślałam, że równie dobrze dobranéj pary ludzi nie widziałam na świecie. Od dwóch lat, w czasie których nie widzieliśmy go, Adam nie zmienił się wcale. Ma on zawsze tę samę postawę szlachetną i pełną energii, tę samę cerę twarzy, w któréj bladości znać podjęte mozoły umysłu i mnogie noce, spędzone bezsennie nad książkami lub przy łożach cierpień; te same oczy, ze spokojném i chłodném nawet wejrzeniem, na których dnie jednak pali się żar niewygasłych, bo niezmarnowanych, ogni uczucia.
W ciągu godziny, którą z nami przepędził, uważałam, że kilka razy przygarnął do siebie Franusia, dając mu różne łagodne zapytania, na które dziecię odpowiadało śmiało, również łagodnie. Piękną była tkliwość ta poważnego i energicznego mężczyzny, okazywana biednemu, upośledzonemu dziecięciu. Ale i Marya upośledzone dziecię to najczęściéj i najczuléj garnie do siebie. Wiem teraz, że Adam dopomógł jéj bardzo radami swemi do rozwoju ociężałego umysłu tego dziecka. Dzieli téż czułość jéj dla niego.
Upewnić cię mogę, ukochany mój Jerzy, że ranki te, które dwoje tych ludzi spędza niekiedy razem, są najpromienniejszemi i zarazem najniewinniejszemi z ranków, jakim kiedykolwiek przyświecało Boże słońce. Ale — długoż tak trwać będzie?



28 Lutego.

Mieliśmy tu, w spokojnym zwykle domu tym, parę dni burzliwych, które na mnie wywarły przykre wrażenie, a dla Maryi rozpoczną może nową fazę życia,
Piérwszą z burz podniosła Klotylda. Trzeba ci naprzód wiedziéć, mój Jerzy, że gdyby ktokolwiek umyślnie po całym świecie szukał dwóch kobiet, najbardziéj do siebie niepodobnych, aby umieścić je pod jednym dachem, nie mógł-by znaleźć doskonalszéj sprzeczności, jak ta, którą przedstawiają sobą Marya i Klotylda. O ile piérwsza energiczna jest i żywa, o tyle temperament drugiéj przedstawia najpiękniejszy exemplarz flegmy i apatyczności. A jednak dziwném ci się może z razu wyda to, co powiem, że kobieta, pełna energii i życia, przedstawia tu sobą żywioł pokoju i przedziwnéj czystości, a flegmatyczna i apatyczna — żywioł burzy i namiętności. O ile Marya dumnie wzgardziła miłością w pospolitém jéj rozumieniu i zuchwale zrzekła się jéj na życie, o tyle dla Klotyldy miłość taka stanowi jedyny, ale to jedyny, przedmiot pragnień, tęsknot i nigdy niegasnących zapałów. Stosunek jednak pomiędzy dwiema kobietami temi nie przedstawia żadnych niezgód ani niechęci; ale pan Michał, który nie posiada cierpliwości Maryi i jéj wysokiego poglądu na ludzkie słabości, spogląda na siostrę, jak na stare dziecko, które lada chwila popełnić może kłopotliwe jakieś szaleństwo, i obchodzi się z nią czasem z pewną szorstkością, oznaczającą brak istotnego szacunku.
Parę dni temu, po obiedzie, gdy rodzina zgromadzona była w bawialnym salonie, Klotylda wzięła rękę Maryi i zapytała drżącym głosem, czy spełniła ona jéj prośbę. Marya wydawała się zasmuconą i trochę niespokojną; gdy jednak siostra nalegała wciąż na nią pocichu, zwróciła się do męża i rzekła:
— Klotylda prosi cię, Michale, abyś dał jéj odpowiedź na to, o czém ci dziś za pośrednictwem mojém oznajmiła.
Pan Michał, który dnia tego mniéj wesołym był, niż zazwyczaj i wprzódy już chmurnie trochę na siostrę spoglądał, zerwał się z krzesła i, stanąwszy przed Klotyldą, siedzącą ze spuszczonemi oczyma, grzmiącym głosem, zawołał:
— Chcesz, abym odpowiedział ci stanowczo na zapytanie, które mi przez żonę moję przysłałaś? Dobrze więc; odpowiem, że byłaś, jesteś i całe życie będziesz nierozsądną.
Ostatni wyraz dosadniéj nieco brzmiał w ustach pana Michała, niż go tu powtórzyłam.
— Michale! — zawołała Marya proszącym głosem.
Klotylda podniosła roziskrzone nagle oczy i krzyknęła także:
— A ja ci powiem, Michale, że byłeś i jesteś dla mnie nieczułym, złym bratem!
Gniew pana Michała wzmógł się.
— Dlaczego? — wołał — dlaczego byłem i jestem złym bratem? czy dlatego, że parę razy w życiu przeszkodziłem ci popełnić głupstwo!
— Zagradzałeś mi zawsze drogę do szczęścia!
— Do pięknego szczęścia! Wyprawiłem z domu mego kilku głupców i łotrów, którzy kochali się nie w tobie, ale w twoim posagu i których poślubiwszy, miała-byś piekło, nie życie...
— Ja ich kochałam! — ze łzami w głosie wyrzekła Klotylda.
— Kogoż i kiedyż ty nie kochałaś! — ciągnął pan Michał, wzburzonym krokiem chodząc po pokoju — kogoż ty nareszcie kochać nie możesz, jeżeli nawet ten lis, Ryszard, zdołał podbić twoje serce!
Klotylda porwała się z krzesła. Zwykła flegma jéj zniknęła. Łzy lały się potokiem z jéj oczu a usta drżały.
— Proszę nie ubliżać wobec mnie narzeczonemu memu! — zawołała.
— Jakto! — krzyknął pan Michał — więc mu już nawet przyrzekłaś swoję rękę!
— Przyrzekłam.
— Czy zapomniałaś o tém, że jest on z piętnaście lat młodszym od ciebie?
— Kocham go!
— Czy nie wiész o tém, że to człowiek najgorszych skłonności, którego dziesięć już razy wyprawiłbym z mego biura, gdyby nie wzgląd na nieszczęśliwych jego rodziców!
— Kocham go!
— Czy ślepa jesteś, że nie widzisz, iż zły ten i leniwy dzieciak oszukuje cię najniegodziwiéj, chcąc posiąść nie ciebie, ale twój fundusz!
— Kocham go! — powtarzała wciąż Klotylda jednym tonem i z rękoma na piersiach splecionemi.
— Ależ on wyłudzi od ciebie wszystko, co masz a potém rzuci cię i czmychnie tam, gdzie pieprz turecki sieją!
— Kocham go!
Pan Michał zaśmiał się na całe gardło i jednocześnie łzy mu w oczach stanęły. Gniewał się bardzo, ale i żal mu było siostry.
— A to kochaj go sobie i gub się ze szczętem, jeżeli już tak chcesz tego koniecznie. Jesteś pełnoletnią i pozwolenia mego nie potrzebujesz, ale zapowiadam ci z góry, że w domu moim młokosa tego widywać nie będziesz, bo go we dwadzieścia cztery godziny już tu nie będzie! — Rzekłszy to, wyszedł w ogromném wzburzeniu i z całéj siły stuknął drzwiami od przedpokoju. Klotylda, płacząc, poszła do swego pokoju, a Marya siedziała długo zamyślona.
— O czém tak myślisz, Marciu? — zapytałam.
Spójrzała na mnie smutnemi oczyma i odrzekła:
— I takiemi-to są te sławione miłości! I to nazywa się kochać!
Tak; postacie, w jakich miłość przedstawia się jéj oczom, w jakich zresztą najczęściéj zjawia się ona na świecie, budzą w niéj dumny wstręt do tego rodzaju uczucia. Dlatego nie przypuszcza go ona w sobie i dla siebie i stąpa po wulkanie ze spokojem dziecka.
Nazajutrz po burzliwéj scenie owéj, siedziałyśmy bardzo spokojnie w pokoju Maryi. Ja czytałam z Natalką książkę jakąś, ona dawała Franusiowi lekcyą rachunków, która ku wielkiéj jéj uciesze szła wcale dobrze, gdy usłyszałyśmy na dole domu rozgniewany i grzmiący głos pana Michała. Trzeba ci wiedziéć, że Iwicki popędliwym jest z natury, brak zaś ogłady towarzyskiéj nie pozwala mu nad objawami uniesień swych dostatecznie panować. Dawniéj przecież wybuchał daleko rzadziéj. Teraz spostrzegam w nim pewne rozdrażnienie, którego powodów może i domyślam się trochę, a które charakter jego czyni więcéj jeszcze niejednostajnym. Maryą uniesienia męża niepokoją zawsze, częścią przez wzgląd na jego zdrowie, częścią zaś, jak mi się zdaje, przez obawę, aby wśród nich nie popełnił jakiéj niesprawiedliwości, któréj-by potém sam najmocniéj żałował Przerwała téż lekcyą z dzieckiem, wzięła mię pod rękę i zeszłyśmy razem na dół. Tu, w jednéj z sal biurowych, zobaczyłyśmy gwałtowną i zarazem smutną scenę. Dwudziestoletni Ryszard, oblubieniec Klotyldy, stał, przyciśnięty plecami do ściany, wylękły i blady. Iwicki grzmiał i piorunował, grożąc mu oddaniem go w ręce sprawiedliwości. Ze wzburzonych słów rozgniewanego zwierzchnika dowiedziałyśmy się, że młody człowiek, z przebiegłym i niedobrym wyrazem na ładnéj w istocie twarzy, bądź to pod wpływem nieprzezwyciężonéj jakiéjś namiętności, bądź też ufając w pobłażliwość pryncypała, z racyi stosunku, jaki łączył go z jego siostrą, dopuścił się grubego oszustwa, które wykonał z nadzwyczajną zręcznością i przebiegłością. Marya zbliżyła się do męża i prosiła go, aby wspólnie z nią udał się na wyższe piętro domu. Wpływ jéj nad gwałtownym człowiekiem tym jest potężny. Zaledwie dłoń jéj dotknie jego ramienia, uspakaja się on i przemienia w łagodnego baranka.
Poszliśmy więc na górę. Iwicki radził się żony, co ma czynić z nieuczciwym młokosem, sam bowiem chciał go skarżyć przed sądem. Marya stanowczo oparła się temu. Nie należało, mówiła, gubić bezpowrotnie tak młodego człowieka. Nagłe zresztą usunięcie Ryszarda z biura i domu, albo téż uczynienie go zbyt nieszczęśliwym, mogło-by, według zdania Maryi, rozdrażnić bardziéj uczucie dla niego Klotyldy i przyprowadzić ją do szalonego jakiegoś kroku. Iwicki zżymał się i unosił jeszcze trochę, ale potém przyznał słuszność żonie i poszedł, aby, spokojniéj już ale stanowczo rozmówić się z winowajcą. Spodziewam się, rzekł, wychodząc, że teraz już przynajmniéj Klotylda wybije sobie z głowy tego młokosa. Mylił się. Przed końcem dnia, Klotylda wiedziała o wszystkiém, co zaszło z jéj ukochanym; ale kiedy Marya wspomniała jéj o potrzebie stanowczego zerwania z nim, wyprostowała się jak struna, zaśmiała się szydersko i odpowiedziała:
— O nie! ja nie zmieniam uczuć moich dla lada potwarzy, rzuconéj przez ludzi.
— Nie wierzysz więc Michałowi? wszak wiész, że nic nie jest sprzeczniejszém z charakterem jego, jak kłamstwo — z łagodnym wyrzutem rzekła Marya.
— A choćby i tak było, jak mówicie — odparła czuła ta istota, — cóż mnie to obchodzi? Ja kocham go!
Gdy znalazłyśmy się same, Marya zawołała:
— Jak mogą ludzie bluźnić w ten sposób imieniu miłości! Kiedy patrzę na Klotyldę i na jéj Ryszarda, zdaje mi się, że widzę pierwotnych ludzi, którzy, w ciemnych głębiach jaskini swéj, padają sobie w objęcia, bo tak im każe uczynić dziki ich popęd.
Wyraz głębokiego wstrętu odmalował się na jéj twarzy.
Domowe sceny te, a także chmurna niezgoda, która zapanowała między siostrą a bratem, martwią i nużą Maryą.
Na domiar biedy, zmuszoną ona była wczoraj przyjąć u siebie, z powodu familijnéj jakiejś rocznicy, kilkanaście osób z rodziny swego męża. W mieszczańskich zamożnych rodzinach, rocznice takie obchodzi się zawsze z uroczystością, a Marya nie chciała obrażać przybranych swych krewnych lekceważeniem świętego dla nich zwyczaju. Był to więc obiad proszony, czyli, trzy godziny piekielnéj nudy. Wszystko tam było wystrojone, gadatliwe, krzykliwe albo nadęte. Parafianizm, pretensyonalność i zły smak przedstawiły mi się w pełnym blasku.
Mówiono tam o mydle i kucharkach z emfazą, godną ód Horacyusza, wyrzekano na złą pogodę i ciężkie czasy i popisywano się zarówno z jedwabiami, jak i przerażającą francuszczyzną. Marya wyglądała w tém towarzystwie, jak Madonna Syxtyńska, którą-by otoczono dokoła tuzinem obrazków, sprzedawanych zazwyczaj w budach jarmarcznych.
Cóż więc dziwnego, że gdy umilkł gwar ten, goście powychodzili, a pan Michał, wyskarżywszy się z gniewem i żalem na siostrę, wyszedł za interesami, twarz Maryi, zesztywniała nieco w dniu tym od przymusu i znużenia, ożywiła się i błysnęła radością na widok wchodzącego pana Adama. Od trzech dni nie był on w jéj domu. Przy powitaniu zaraz powiedział, że przez czas ten był niezmiernie zajęty, mając wiele do czynienia, i w mieście, i na wsi, i z pacyentami, i z rządowemi władzami.
— A cóż się dzieje u Państwa? — zapytał.
Marya powiedziała mu o chorobie młodego Ryszarda, który ze zgryzoty może, czy ze wstydu, albo téż jeszcze w skutek zbyt wesołych zabaw, którym oddawać się podobno lubi, zasłabł dnia tego dosyć ciężko.
— W porę więc przybyłem — rzekł pan Adam i, wziąwszy kapelusz, natychmiast udał się do oficyny, w któréj znajduje się mieszkanie chorego. Niebawem jednak wrócił, mówiąc, iż stan młodego człowieka jest dość groźnym i że, ponieważ w mieszkaniu jego urządzić należy pewne konieczne zmiany, może która z pań zechce zejść na dół i powziąć na miejscu stosowne informacje.
Marya spojrzała na Klotyldę, która, przez cały dzień ubiegły, płacząc, biadała nad chorobą ukochanego.
— Może zechcesz, Klosiu, pójść tam z panem Stroszem? — zapytała z cicha.
Czuła istota zarumieniła się aż po swe lniane warkocze, spuściła oczy i z zawstydzeniem wyjąknęła:
— Czy sądzisz, Marciu, że było-by to przyzwoitém?
Marya uczyniła ramionami mimowolny i rzadko u niéj zdarzający się ruch niecierpliwości, owinęła się długim ciepłym płaszczem, który podała jéj Natalka, i poszła z lekarzem do chorego. Patrzałam na nich przez okno, gdy przechodzili długi dziedziniec i przypomniałam sobie dawną chwilę piérwszego ich na świecie spotkania. Zapytałam téż siebie: czy, gdy teraz znowu znajdą się razem u łoża chorego, przed ich pamięcią także nie stanie w ogniu i w kwiatach całe wspomnienie piérwszego obowiązku dokonanego wspólnie, piérwszych uczutych w życiu silnych uderzeń serca.
Gdy wrócili, w salonie pełnym kwiatów, zmrok zaczynał zapadać i duży ogień palił się na kominku. Marya drżała trochę od silnego chłodu, który dnia tego panował, nie zdejmując więc płaszcza swego usiadła na kanapie. Nie jest ona wcale zakochaną w strojach, jednak lubi piękne i czasem fantastyczne trochę ubrania. Nad wszystkie barwy przekłada ponsową. Nosi téż różne ubrania tego koloru, a dnia tego, płaszcz, który miała na sobie był także ponsowy. Gruba draperya ta, którą się owinęła, i ogień palący się naprzeciw, rzucały na twarz jéj przelotne błyski i rumieńce. Pan Adam stanął przy kominku, ja siedziałam z dala od nich, w zaciemnionym kątku pokoju.
Marya musiała mówić w drodze towarzyszowi swemu o wypadku, zaszłym z młodym Ryszardem, bo, usiadłszy na kanapie, i jakby ciągnąc daléj rozpoczętą rozmowę, zawołała:
— Czyż żadnego dobrego i rozsądnego pomysłu nie można urzeczywistnić w zupełności? Mnie tak żywo obchodzą, tak na sumieniu leżą losy i charaktery młodych tych ludzi, pod dachem moim pracujących! usiłowałam zawsze dopomagać im, o ile tylko mogłam, materyalnie i moralnie. Aż oto jeden z nich został nieuleczalnym leniwcem, a w dodatku jeszcze i oszustem. Jest to wprawdzie wyjątek pomiędzy nimi, ale czy w istnieniu tego wyjątku niéma jakiéj mojéj winy? Czy nie powinnam była uczynić czegoś więcéj, niż czyniłam? zwrócić uwagę Michała na to, aby baczniejsze miał nań oko? Żałuję teraz bardzo, że nie zaznajomiłam się z rodzicami jego; udzielili-by mi oni może wiadomości jakich o nim, które-bym na jego korzyść obrócić mogła! Nie pomyślałam o tém nigdy, i mam to sobie teraz do wyrzucenia!
Gdy Marya to mówiła, pan Adam, stojąc przy kominku, nie spuszczał wzroku swego z jéj twarzy.
— Dziwnie delikatne posiadasz pani sumienie, — rzekł po chwili milczenia, — wyrzuca ono pani nieraz to, co innym dało-by powód do skarżenia się na złość i na niewdzięczność ludzką. Cóż więcéj możesz pani czynić dla ludzi tych, nad to, co czynisz? Materyalnie i moralnie włączyłaś ich pani do domu swego...
— Bo téż należą oni do domu mego — z żywością przerwała Marya.
— Nie wszystkie naczelniczki domów były-by tego zdania — ozwałam się z ciemnego mego kątka.
— Być może, ale obowiązki nasze zakreśla nam przecież niecudze, lecz własne zdanie. Ja zaś przez wyraz dom, nie rozumiem czterech ścian tylko, które osłaniają ludzi od słoty i chłodu, ani śpiżarni tylko, kuchni i jadalni. W mojém wyobrażeniu dom jest pracownią, w któréj wyrabiać się powinny nietylko przedmioty codziennego użytku, ale także charaktery i rozumy ludzkie. Gdy wymawiam wyraz domy, wyobrażam sobie zawsze mnóztwo ognisk, z których każde, według sił swoich, rozsyła na znajdującą się dokoła przestrzeń promieniowanie światła i ciepła.
— W naszém szczególniéj położeniu — dodała po chwili przestanku, — tu, gdzie niedostaje wszelkich narzędzi i organów publicznego działania, domy są wszystkiém: strażnicami obyczajów, spójniami serc, warsztatami, wyrabiającemi lepszą przyszłość. Cóż dziwnego, jeżeli do idei tak pojętego domu można przywiązać się z całéj siły, i jeżeli przeszkody, w urzeczywistnieniu jéj napotykane, sprawiać mogą trwogę i niepokój sumienia!
Głos jéj, jak zwykle, gdy mówi z zapałem, brzmienie miał przyciszone nieco i drżące.
Pan Adam nie spuszczał z niéj wciąż oczu.
— Tak zawsze bywa ze wszystkiemi na świecie ideami — wymówił zwolna — praca nad ich sprawdzeniem zabiera nam myśl i spokój, a czy daje szczęście?
Teraz powieki jego opadły na źrenice, które, od blasku ognia może, zaświeciły złotym połyskiem. Na podniesioném nieco czole jego zarysowały się dwie podłóżne zmarszczki, a po ustach przemknął zamyślony i niedowierzający uśmiech.
— Szczęście — powtórzyła Marya, jak echo, i jakby przelękniona dźwiękiem, który wydały własne jéj usta, umilkła nagle.
— Tak — rzekł Adam — czy idąc dumnie i wytrwale wytkniętą raz drogą, kochając wiedzę i pracę dla ludzi, a wszystko, co nie jest niemi, wzgardliwie mijając, nie stajemy czasem, nagle uderzeni pytaniem: azali nie popełniliśmy ważnéj jakiéj pomyłki? Nie jestże życie ludzkie syntezą, któréj wszystkie składowe części wspierają się wzajemnie, i z któréj bezkarnie żadnego żywiołu wyrzucić nie wolno? Spojrzenia ich spotkały się ze sobą. Oczy pięknego człowieka tego, tak spokojne zawsze i prawie chłodne, wyglądały teraz jak dwie ciemne gwiazdy, palące się i palące. Widać, że ogarnęło go nagle jedno z tych uczuć, których gwałt najbardziéj niezmożonym bywa, gdy dotknie surowéj i niezmęczonéj namiętnościami piersi. Zbliżył się szybko do Maryi, usiadł przy niéj i, cichszym nieco, niż dotąd, głosem, wyrzekł:
— Pani, która kochasz idee i urzeczywistniasz je wciąż tak ochoczo i pracowicie, możesz najlepiéj zagadnienie to rozwiązać. Czy jesteś pani istotnie zupełnie szczęśliwą?
Kilka miesięcy temu, Marya, w ten sposób zapytana, dała-by odpowiedź twierdzącą, szybko, głośno, z uśmiechem i silną wiarą. Teraz widziałam, że lekkie drżenie poruszało fałdami jéj płaszcza od ramion jéj aż do stóp. Chwilę milczała, potém jednak wyprostowała kibić, podniosła głowę i odpowiedziała:
— Tak, jestem szczęśliwą!
Ja tylko jedna, która ją znam tak, jak siebie samę, dostrzedz mogłam na dnie wejrzenia jéj, zawieszonego w przestrzeni, mękę nagle zrodzonéj wątpliwości. Adam jéj nie dostrzegł. Zbladł bardzo. Na czole jego dwie zmarszczki, zaledwie widzialne przed chwilą, pogłębiły się i rzuciły mu na twarz całą wyraz posępny. Dość długo siedział zamyślony i nieruchomy, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wstał potém i bardzo powoli wyciągnął rękę po stojący na stole kapelusz.
— A! — rzekł, nie podnosząc oczu — bywają na świecie uprzywilejowane wyjątki. Ideały mają także swych ulubieńców. Co do mnie, jestem zdania, że życie prowadzi z nami często grę, podobną do téj, w jaką czasem bawią się dzieci, ukazując współtowarzyszom trzymane w ręku przysmaki i wnet potém chowając je sobie za plecy. Stosuje się to do wszelkich ponęt życiowych, do urzeczywistnienia idei, zarówno jak do zdobywania osobistego szczęścia!
Mówiąc to twarz miał wciąż bladą i rysy zesztywniałe, kamiennéj prawie nieruchomości. Głos z trudnością wydobywał mu się z piersi. Sięgnął na pożegnanie po rękę Maryi i, gdy mu ją podała, zaledwie jéj dotknął. Mnie skłonił się z daleka.
Po chwili byliśmy sam na sam z Maryą. Zbliżyłam się do niéj i spostrzegłam, że drży cała pod grubemi fałdami swego płaszcza.
— Co ci jest? — zapytałam.
— Nic! — odpowiedziała bardzo cicho — nic... zimno mi trochę.
Potém nagle wyprostowała się, obie dłonie przeciągnęła po bladém czole i, patrząc na mnie, zapytała szeptem prawie:
— Klemensiu! co to było? co to się stało? dlaczego wyszedł on tak nagle? dlaczego był on taki smutny?
Moment, tylko co ubiegły, był dla niéj momentem objawienia. Inaczéj być nie mogło. W naturę tę, przedziwnie czystą a nieświadomie namiętną, świadomość miłości wpaść musiała, jak grom nagły i na chwilę druzgocący przytomność.
Objęłam ją obu ramionami i szepnęłam:
— Co to się stało, Maryo? Stało się... że ty go kochasz!
Wyrwała się z mego objęcia i stanęła sztywnie wyprostowana. Oczy jéj patrzyły w przestrzeń ze szklistym wyrazem przerażenia.
— Nie! — wymówiła po chwili stłumionym szeptem — nie! nie! nie!
I, pochwyciwszy moję rękę, ścisnęła ją z taką siłą, jakiéj nigdy spodziewać-by się nie można po jéj giętkiéj, delikatnéj dłoni. Był to przecież spazm walki, wyprężającéj wszystkie nerwy fizycznéj i moralnéj jéj istoty.
Przemocą prawie przyciągnęłam ku sobie głowę jéj i złożyłam ją na mojém ramieniu. Gorzko żałowałam niebacznie wyrzeczonego słowa, ale wiész, Jerzy, że zawsze trochę zawraca mi się głowa, gdy patrzę na miłość dwojga dobrych i pięknych ludzi. Tu zaś idzie o Maryą i o człowieka, którego ty, mój Jerzy, tak kochasz.
Gdy tak stałyśmy, milcząc, ona, wsparta na mnie, z suchym ogniem w szeroko otwartych źrenicach, ja z żalem w sercu, na progu salonu zjawiła się ochmistrzyni i oznajmiła pani swéj, że, jak codziennie bywało o téj porze, domownicy różni przyszli do niéj z rachunkami i po dyspozycye. Kobieta ta tak otaczała się przez całe życie zachodami i zajęciami powszedniemi, że rzeczywistość pochwytuje ją teraz w chwilach najbardziéj od nich oddalonych.
Z razu nie usłyszała głosu ochmistrzyni, gdy jednak ta zbliżyła się i powtórzyła oznajmienie, podniosła ciężką głowę i wymówiła, jak przez sen:
— Powiedz im pani... żeby przyszli późniéj!
Kobieta, zdziwiona trochę tym niezwykłym rozkazem, uczyniła parę kroków ku drzwiom, gdy Marya zawołała nagle:
— Niel nie! nie odsyłaj ich pani! idę już, idę!
— Idę! — powtórzyła jeszcze, obu dłońmi pocierając czoło, które wysoko podniosła, i drżącemi rękoma rozpinając płaszcz, którego zapięcie przykro snadź dolegało ścieśnionemu jéj gardłu. Szybko potém, bardzo szybko przeszła przez salon, udając się do sali jadalnéj, gdzie odbywała zwykle z domownikami swymi gospodarskie narady i rozporządzenia.
Utrzymanie ładu, dostatku i sprawiedliwości w domu tak ludnym i zamożnym, jak dom Iwickich, wymaga istotnie niemałych zachodów i starań.
Teraz także w jadalnéj sali znajdowało się kilka osób różnéj płci, z których jedne prosiły o sprawdzenie rachunków, inne żądały rozporządzeń na dzień jutrzejszy.
Stanęłam w progu i patrzałam na Maryą, gdy i dziś także spełniała codzienne swe obowiązki. Z razu patrzała ona i odpowiadała machinalnie, prawie jak przez sen, ale po chwili wyraz przytomnéj myśli wrócił zupełnie do jéj oczu. Siedziała przy stole nad podanemi jéj kilku arkuszami papieru, pełnego cyfr. Z ołówkiem w ręce podkreślała i sumowała cyfry, zwracając się niekiedy do domowników z zapytaniami i uwagami. Od chwili do chwili tylko czoło jéj marszczyło się pod wpływem wysiłku woli, z jakim skupiać umiała myśl na przedmiot swego zajęcia, raz także ołówek zadrżał w jéj ręce, na rzęsę jéj wybiegła łza i, spłynąwszy po pochylonéj twarzy, spadła na papier.
Nikt zapewne łzy téj nie spostrzegł, prócz mnie i pana Michała, który w téj saméj chwili wszedł do sali drzwiami, znajdującemi się naprzeciw miejsca, na którém siedziała Marya.
Wszedł; spojrzenie jego, jak zwykle, naprzód znalazło twarz żony, i tym razem spoczęło na niéj długo i nieruchomie. Czoło jego sfałdowało się nagle w mnóztwo zmarszczek. Było to przecież jedno tylko mgnienie oka. Zbliżył się do żony z twarzą zupełnie już zwyczajną. Tylko spojrzenie jego zdawało się być przykutém do wilgotnéj plamki, spoczywającéj na papierze, leżącym przed Maryą.
Cały wieczór potém zszedł zupełnie jak zwykle. Pani domu nie poskarżyła się nawet na ból głowy, jak to czynią zwykle kobiety, które chcą milczéć i myśléć. Nie milczała téż. Owszem, rozmawiała z mężem, ze mną i z dziećmi, wieloletnie przyzwyczajenia i silna wola zapanowały nad niepokojem wyjątkowéj w jéj życiu chwili.
Lecz późniéj... o tém, co powiem późniéj, nie mogę pisać bez drżenia ręki i serca. Ale ty, Jerzy, powinieneś wiedziéć o wszystkiém, tracę sama głowę i potrzebuję twojéj rady.
Kiedy wszyscy spali już w domu, a ja, niespokojna i smutna, cicho leżałam, usłyszałam szelest w sypialni Maryi. Usiadłam na łóżku i przez dwoje drzwi rozwartych, wśród mroku, rozświeconego palącą się lampą nocną, zobaczyłam Maryą, jak w białém ranném ubraniu, zarzuconém na ramiona, weszła do swojéj pracowni. Tu stanęła przed jedném z okien, wychodzących na ogród. Podniosłam się nieco na mém siedzeniu i rzuciłam wzrokiem po-za ogród, na mieszkanie Strosza. Pomimo bardzo spóźnionéj pory, w mieszkaniu tém dwa okna były jeszcze oświetlonemi. Jakiż pociąg niezmożony, jakaż rozdzierająca tęsknota zmuszały Maryą do patrzenia na te dwa światłe punkta, za któremi pracował on, albo cierpiał. Przez kilka minut stała ona tam prosta, nieruchoma, wytężonym wzrokiem wpatrzona w szybę, lecz wkrótce wysmukła postać jéj pochyliła się i upadła na klęczki.
Splecione ręce oparła o podstawę okna i przycisnęła do nich czoło. Ramiona jéj zadrżały płaczem, milczącym z razu. Potém jednak usłyszałam łkania, ciche naprzód, bo usilnie tłumione, lecz stopniowo coraz głośniejsze, głębsze, częstsze, wypierane z piersi wielką przemocą łez i boleści.
Piérwszym popędem moim było zerwać się i biedz do niéj. Ale ogarnęła mię nieśmiałość, prawie trwoga.
Kobieta, którą bardzo kocham, przebywała tam, w zmroku i ciszy nocnéj, straszną i uroczystą chwilę. W postawie upokorzonéj, wielkim płaczem witała ona namiętność, tę despotyczną realność życia, która po raz piérwszy, w szkarłacie i ogniu, wstąpiła do piersi téj, pełnéj dotąd uczuć idealnych i przeczystego spokoju. Cóż mogłam powiedziéć jéj? czém ją wesprzéć? jak pocieszyć? Czy i tak już nie powiedziałam za wiele? nie przyśpieszyłam téj chwili cierpienia i płaczu? Alboż zresztą pewną jestem, co jéj doradzić, na jaką stronę usiłować zwrócić szalę zwycięztwa? Jestem może wielką grzesznicą, Jerzy, ale ty wiész o tém, że sąd mój przychyla się zawsze na stronę miłości, ile razy szczególnie zjawia mi się ona w postaci dwojga ludzi, tak młodych sercem, a tak dojrzałych rozumem, tak godnych szczęścia i tak wielkie szczęście dać sobie mogących, jak ci ludzie, tobie i mnie tak znani i drodzy! Z innéj strony, mam-że prawo, najlżejszém choćby dotknięciem, popychać delikatne i zarazem surowe sumienie Maryi w uwielbioną moję stronę?
Piszę to o bardzo rannéj porze w pracowni Maryi, przy jéj biurku, stojącém u okna, za którém widzę mieszkanie Adama, na które w téj chwili właśnie pada różowy blask wschodzącego słońca. Idąc tu, przechodziłam przez sypialnią Maryi, i przypatrywałam się jéj uśpionéj. Początek snu jéj trudny snadź był i niespokojny, bo poszewki poduszek zmięte są i okryte włosami jéj, splątanemi w nieładzie. Ale na tych splątanych włosach twarz jéj spoczywa, blada i ze śladami łez na powiekach, lecz spokojna. Spokojny też oddech porusza jéj piersią i na ustach przewija się łagodny uśmiech. Jestem pewna, że śni ona o dzieciach swych. Ten sam promień słoneczny, który barwi okna Adama, wnikając do pokoju z za uchylonéj story, opasał czoło jéj różanym rąbkiem...
Jerzy! młodsza od niéj o lat parę, lecz tysiąc razy doświadczeńsza w burzach i namiętnościach serca, bezdzietna jeszcze i więcéj do marzeń i uniesień, niż do surowych myśli, skłonna, ja czuję się nieśmiałą wobec dziewiczéj niewinności téj dojrzałéj kobiety, wobec téj powagi dobrowolnie przyjętego macierzyństwa, w obec tego życia, palącego się dotąd, jako kadzidło przed ołtarzem nieskazitelnéj cnoty!
Ja nie mogę obojętnie patrzéć i milczéć, a nie wiem, co mam mówić i czynić! Pragnę téż wracać do ciebie, a nie mogę jéj opuścić! Napisz do mnie jak najprędzéj i daj mi radę, którą spełnię ślepo, bo sama zdolna jestem tylko kochać i cierpiéć z tymi, których kocham.
Klementyna.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.