Pani Walewska/Tom I/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Nie mało zdziwiła się pani Walewska, gdy nazajutrz z samego rana służebna zapowiedziała jej wizytę kawalera de Bolesza. Szambelanowa nie umiała sobie przypomnieć, gdzie i kiedy owego kawalera poznała, a przypuszczając, że odwiedziny zawdzięcza wyszukanej uprzejmości, kazała gościa przeprosić i powiedzieć mu, iż dla niedyspozycji przyjąć go nie może.
Służebna atoli powróciła po chwili z kartką i wiadomością, że kawaler de Bolesza pomimo wszystko widzieć się musi koniecznie z szambelanową.
Pani Walewska w pierwszej chwili jęła domyślać się jakiegoś nowego posła marszałka i już gotowała się do dania energiczniejszej odprawy natrętowi, gdy wzrok jej padł na wręczony jej bilecik. Szambelanowa zmieszała się. Bilecik zawierał lakoniczne wyrazy: „W imieniu i na usilne prośby Gorajskiego“.
Pani Walewska kazała wprowadzić gościa do saloniku za buduarem, a odziawszy się pospiesznie, wyszła doń, siląc się na spokój.
Bolesza powitał panią Walewskę uniżonym ukłonem.
— Sługa najniższy pani szambelanowej dobrodziejki! Jestem Bolesza!... Dzieciną ją znałem!... Parole d’honneur, ze starostą dobrodziejem lata przyjacielstwa!...
— Bardzo miło, siadaj waszmość, proszę! — odrzekła niepewnie szambelanowa.
— Dziękuję! Pani szambelanowa wybaczy śmiałość, lecz parole d’honneur, człowiekowi zdaje się, że to wczoraj było, gdym na rękach ją nosił! Dobre czasy — dawne czasy!
— Waszmość w imieniu imć pana? — zagadnęła szambelanowa, której twarz czerwona Boleszy i jego podpuchnięte, świdrujące oczy coraz więcej zaczęły się niepodobać.
Bolesza odsapnął, przysunął stołek nieznacznie ku pani Walewskiej i zagaił cicho.
— Właśnie imć pan Stanisław... Nie wiem, czy pani szambelanowej wiadomo! W najlepszej intencji wpadł w całą chryję! Ranny, ciężko ranny! Cóż taka rana, nie boli! Parole d’honneur, taka rana czasem ulgę przynosi!... Ja sam — ileż razy za dawnych czasów...
— Więc tedy kawaler Gorajski?!
— Źle jest, pani dobrodziejko!
— Grozi mu niebezpieczeństwo!?
— Wielkie, bardzo wielkie!
— Czy aby ma opiekę!?
— Starościc Kozietulski nie odstępuje go, rana ciężka, lecz nie o nią idzie! Pani dobrodziejka rozumie — cesarz, Napoleon!
— Nie wiem, co waszmość masz na myśli!
Bolesza mrugnął znacząco oczkami i jął cedzić z naciskiem.
— Cesarz jest osobiście tą sprawą dotknięty! Gubernator Gouvion ma rozkaz aresztowania kawalera de Gorajskiego i pociągnięcia do surowego responsu! Tak ci jest, niestety! Parole d’honneur, szelmą byłby każdy, ktoby inaczej postąpił! Hercau zemścił się podwójnie, bo nietylko dźgnął niespodzianie, ale potem oskarżył. Obraza majestatu urosła w oka mgnieniu! Krótko mówiąc, pani szambelanowo dobrodziejko, sytuacja okrutnie smutna, cały ratunek w pani!
— We mnie — ależ gdybym mogła tylko! Kawaler Gorajski chyba nie wątpi, że pomnąc na...
— Otóż właśnie — otóż właśnie! — przerwał żywo Bolesza. — Tu moja śmiałość znajduje usprawiedliwienie! Zabiegaliśmy, tędy i owędy szukając zwalenia całej sprawy, aż gdy się wszystkie środki wyczerpało, imć pan Stanisław za rękę mnie ujął i powiada: — Do niej idź — niby do pani szambelanowej dobrodziejki — ona mnie nie opuści, ona nie da zginąć, ona mi rękę poda! — Tak mówił, parole d’honneur! Człowieka aż szarpało!
— Gdyby tylko moje wstawiennictwo na co się zdało!
— Niezawodnie, pani dobrodziejko! Wszak, mówiąc bez osłonek, serdeczne zachowanie dla jej osoby stało się przyczyną, tedy nikt tu złego nie naprawi skuteczniej.
— Pragnęłabym szczerze — i mniemam, iż marszałek Duroc nie odmówi.
— A nie marszałek, pani szambelanowo. Marszałek tu nic nie wskóra, trzebaby wprost do cesarza samego!
— Ależ, mości Bolesza, toć dostęp niełatwy.
— No, chyba nie dla pani szambelanowej, — odparł z głupkowatym uśmiechem Bolesza.
Pani Walewska spuściła głowę.
— Jesteś waćpan w błędzie.
— Jednakże myślę, iż cesarz nie odmówiłby pani audjencji.
— Nie wiem, wątpię! — Zresztą, niepodobna mi myśleć o tej drodze.
Ergo pani dobrodziejka za nic sobie uważa nadzieje, pokładane w niej przez imć pana Gorajskiego?
— Mylisz się waszmość, najgoręcej będę się starała pomóc, ale w granicach mi dostępnych. Przedłożę sprawę wielkiemu marszałkowi, może zdołam trafić do pana de Périgord!
— Hm — tak — zapewne! Ale to dalekie instancje. Parole d’honneur, gdyby pani szambelanowa pozwoliła, ja — ja sam wyrobiłbym jej posłuchanie!
— Dziękuję waszmości, nie skorzystam z pośrednictwa!
Bolesza podniósł się ociężale.
— Cóż mam tedy powiedzieć kawalerowi Gorajskiemu?!
— Nic nad to, coś słyszał!
— Daruje pani szambelanowa, ale, znając dokładnie głębokie sentymenty tego kawalera, nie wiem, czy zdobędę się na odwagę, aby go tak boleśnie zawieść! Waszmość pani nie imaginujesz sobie snać, co mu grozi! Może zginąć, może stać się ofiarą mściwości!
Panią Walewskę jął drażnić ton głosu Boleszy.
— Zmartwiłabym się niepomiernie.
— Mościa pani, parole d’honneur! Tego zaręczenia nie dość! Trzeba go ratować, pani szambelanowa masz poniekąd obowiązek!... Zaczną się badania, co i z czego poszło... a stąd oczywisty dowód, nie koniecznie miły panu Anastazemu! Biedny Gorajski na inne względy rachował, ale kiedy afekt jego nie znajduje współczucia — toć, parole d’honneur, jakem Bolesza — niechże własne bezpieczeństwo zaważy.
Pani Walewska drgnęła.
— Waszmość nadto śmiałe stawiasz domysły. Kawalera Gorajskiego cenię jako przyjaciela mego brata!
— Oczywiście — oczywiście, nie ważą się o tem braterstwie wątpić, byle skutek był!
— Zobaczymy — tymczasem waszmość daruje!
Bolesza uśmiechnął się dobrodusznie, udając, że nie rozumie znaku do przerwania rozmowy.
— Pani szambelanowo, pojmuję doskonale położenie! Bolesza nie jedno widział i przeżył! Z Boleszą, parole d’honneur, zawsze można trafić do ładu!
— Nie mam nic nadto do powiedzenia!
— A zatem, pani szambelanowa decyduje się?
— Wybacz mi waćpan, lecz nie widzę potrzeby mu zdawać sprawy z moich zamiarów!
— Tu jednakże wymagać muszę! Parole d’honneur, muszę! O imć pana Stanisława idzie, o całą jego przyszłość — może o życie! Jeżeli zatem u waszmość pani nie znajdę zaręczenia, w takim razie wypadłoby udać się gdzieindziej.
— Udaj się zatem waćpan bez zwłoki, a mnie pozwól cię pożegnać!
Bolesza wykrzywił się ironicznie i jął zamaszyste składać ukłony, a ku drzwiom się cofać.
— Sługa najniższy! Otóż mi rzecz jasno wyłożona! Liczyliśmy z panem Stanisławem — stało się inaczej! Moje uszanowanie dla pani dobrodziejki. Gorętsze słowa proszę darować! Mam niepłonną nadzieję, iż pan szambelan dobrodziej łaskawszym się okaże! Powinny honor!
Pani Walewska na wspomnienie szambelana postąpiła ku drzwiom i zatrzymała Boleszę zapytaniem.
— Go waćpan zamierzasz?
— Nic, pani dobrodziejko! Kołatać! Ratować młodzieńca od zguby.
— Lecz cóż tu może szambelan?!
Bolesza podniósł wysoko brwi.
— A, bardzo wiele, bardzo wiele! O niego tu przecież idzie także! Oho! Pan Anastazy, parole d’honneur, ma wpływy, ma stosunki. Jego słowo zaważy, no, a o słowo nie będzie trudno, bo choć rankor może mieć do Gorajskiego — ale ludzkich języków strzec się musi!...
— Krótko mówiąc, chcesz waszmość wmówić w mego męża, iż godność jego wymaga, aby sprawę imć pana Gorajskiego za swoją uważał!
Bolesza otrząsnął się ze szczerem oburzeniem:
— Cóż znowu, pani szambelanowo! Gdzieżbym się ośmielił!? Przenigdy, tylko pomocy szukać będę, tylko współdziałania — użyję nawet wszelkich sposobów, żeby drażliwości uniknąć!
— A gdybym zgodziła się na przedstawienie sprawy cesarzowi?
— Pani szambelanowo dobrodziejko, dozgonna wdzięczność moja — i nie moja tylko — starościc Kozietulski, Krasiński, dwudziestu nas! Już nie mówiąc o kawalerze de Gorajskim, który i tak za fawor największy poczytuje sobie...
— Muszę jednakże się namyślić.
— Już miałem honor uprzedzić, iż to niemożliwe!
— W takim razie...
— Chyba do wieczora! Dłużej niepodobna odwlekać.
— Nadtoś waszmość gorący! Nawet mając postanowienie szukania słowa cesarskiego, nie znalazłabym tak szybkiej okazji!
— Zapewne, pani szambelanowo, chociaż wcale inaczej imaginowałem sobie. Afekt serdeczny w którym tyle pokładał zaufania kawaler...
— Nie mówmy więcej o tem! — przerwała pospiesznie pani Walewska. — Wieczorem odbierzesz respons — tymczasern racz zapewnić kawalera Gorajskiego, że przyjacielstwo jego dla brata mego skłoni mnie do uczynienia wszystkiego, co będzie w mojej mocy!...
— Mocno obligowany sługa! Byle tylko na posłuchanie do cesarza! Tylko na posłuchanie, pani szambelanowo, parole d’honneur, cesarz niewątpliwie zmięknie, a dla pani dobrodziejki bodaj wielką wstęgą imć pana Stanisława obdarzy! Najniższy! Proszę wartkie słowa darować, lecz z dobrego serca, z poczciwej myśli, nie chciałbym czcigodnego pana Anastazego martwić!
Bolesza skłonił się po kilkakroć z wyszukaną uniżonością i wysunął się z pokoju, pozostawiając szambelanowę.
Pani Walewska ledwie miała czas zastanowić się nad przedłożonem jej żądaniem i ocenić należycie postępowanie Gorajskiego, który z beznadziejnego, a smętnego zawsze adonisa, przeistoczył się nagle w wyrafinowanego intryganta, gotowego na posunięcie się bodaj do nikczemności, byle wyplątać siebie samego z jakiegoś zatargu z pachołkami dworskimi — gdy niespodziewanie we drzwiach, za któremi zniknął posłaniec Gorajskiego, ukazał się mąż.
Pani Walewska zmieszała się mimo woli, czując się złapaną na złych, gorzkich myślach, na postanowieniu prawie, że dla spokoju będzie zniewoloną podjąć się wstawiennictwa za Gorajskim.
Pan Anastazy atoli nie zauważył bynajmniej pomieszania żony, podszedł do niej z szacunkiem, złożył czuły pocałunek na jej czole i zapytał troskliwie.
— Jakże się czujesz, moje dziecko, po wczorajszem?
— Dziękuję bardzo — dobrze.
— Serdecznie się raduję! Serdecznie! Obawialiśmy się wszyscy wzruszenia! Chciałem wcześniej do ciebie, lecz nie chciałem cię trudzić, potem, mówiono mi, że jest u ciebie Bolesza! Wolałem ci nie przeszkadzać!... Wyglądasz dziś nadspodziewanie! Wczorajszy obiad zrobił wrażenie wstrząsające, roztrzygające! Pozwól się ucałować! Jesteśmy ustaleni! Rozumiesz, ustaleni! Sumitować się aż muszę z mego dawnego powątpiewania! Wykazałaś się takim taktem politycznym, że słów nie mam! O tobie tylko mówią! Gutakowski nawet stracił rezon, a zaskoczony, powiada: — Spiritus flat, ubi vult! Juści, musieli się poznać, przeszłaś spodziewania. Wczorajszy obiad ustalił nas, fundamenty ugruntowane przeze mnie wzmocnił, no i „Dąbrowszczyków“ w pałąk zgiął! Co tam „Dąbrowszczyków“! Małachowski o swoim sejmie limitowanym zapomniał i zaprasza się z odwiedzinami!
Szambelanowa słuchała wynurzeń radosnych męża, nie umiejąc ani podzielić ich, ani na nie odpowiedzieć.
Pan Anastazy trzasnął hałaśliwie pokrywką tabakierki, mrugnął znacząco na żonę i, przeciągając ręką od prawego ramienia przez zapadnięte piersi do lewego boku, oświadczył z naciskiem.
— Najpierw tutaj! Uważasz!
— Co takiego?
— Tutaj! — powtórzył pan Anastazy, ponawiając ruch ręki. — Tutaj się należy!
— Ależ nie wiem!?
— Wielka wstęga legji! — objaśnił szambelan z lekką wymówką w głosie. — Wielka wstęga! Będzie niezawodnie, a potem dopiero pomyślimy o dalszych honorach!
— Tak, tak, pewnie.
— Ciebie będą chcieli na damę dworu, chociaż nie wiem, czyby wypadało! Powiadają, iż to odznaczenie wielkie i przywileje, to się rozważy dopiero, no, ale zawsze możesz wspomnieć, o Ksawerym także wspomnij! Wezmę go do swego boku na urząd, niewiele z niego, lecz trzeba w nim imienia i rodu strzec! Nie nasze pokolenie teraz, nie nasze już, co?!..
— Tak, tak! — powtarzała machinalnie pani Walewska, najęta w tej chwili postanowieniem stanowczego przedstawienia mężowi swego dwuznacznego położenia i zastawionych na nią sieci.
Szambelan nie był zadowolony z monosylabowych odezwań żony, lecz starał się zachować poprzedni dobry humor.
— Admirowałem cię wczoraj! „Vaubanka“, przyznaję, zmieniła się na korzyść! Uległa właściwie, musiała ulec — no, jak i wszyscy zresztą! Poniatowski jeszcze sztywnego symuluje, tylko, że niezręcznie, niezręcznie! Siedzi teraz na dole i czeka — niech czeka!...
— Książę Józef jest tutaj, u nas?!
Szambelan roześmiał się dobrodusznie.
— Zapytaj się raczej, moje serce, kogo tu niema i kogo tu nie było! Wyjrzyjno przed podjazd! Procesja od samego rana! Nie kazałem cię zawiadamiać! Jednego Boleszę dopuszczono, bo powiadał mi się z posłaniem od Vaubanki do ciebie!...
— Bolesza był z posłaniem hrabiny?!
— Tak mnie zapewnił, więc zezwoliłem; boć, moje dziecko, masz przecież swoją wolę! Nie chciałem ci przeszkadzać w niewieścich twych relacjach, ale co zresztą, toć nie widziałem racji, abyś miała honory robić lada komu! Pełne pokoje! Kogo niema i kogo nie było! Poniatowski, Potocczyzna, Maret, Łubieńscy, Sobolewski, Talleyrand, Corvisart, de Ségur, generał Vincent, Radziwiłłowa, Rautenstrauch, Duroc, Meneval, Wojczyński, Matuszewicz, Moszyńska, książę Ornano...
— Książę Ornano! — powtórzyła przeciągle szambelanowa.
— Ba! Tłum! Ani wiem, kto mnie wita czasem, ani kto żegna! Jabłonowska „konsoluje“ się tam z nimi!
— Bardzo jestem ci wdzięczna — ozwała się żywo pani Walewska. — Nie chcę widzieć nikogo, ani słyszeć! Powiedz, że jestem cierpiącą, byle odstąpili, przestali się mną zajmować.
— To jest, trzymali się zdaleka! Naturalnie, naturalnie! Toż samo miałem na myśli. Ale, uważasz, przyjechał Małachowski, natarł na mnie, żeby mu wolno było widzieć się z tobą — no i czeka! Trzeba go przyjąć!
— Ależ ani usposobioną jestem do tego zaszczytu...
— Zaszczytu niema w tem żadnego, tylko polityka! Widzisz, z Małachowskim muszę ostrożnie. Małachowski ma swoje sposoby, potrafi z rozmaitymi! Należy go przyjąć. Tymczasem niech lgnie, niech się znieczuli, a potem my do niego! Będzie czas! Więc go przyjmij! Umiarkowanie, niech wie, że choć jest nam niepotrzebnym, ale nie odtrącamy go, nie odpychamy! Radzi jesteśmy pewnemu zbliżeniu, lecz bez skwapliwości, bez pośpiechu! Już ty potrafisz, niezawodnie!
— Przesadzasz moje zdolności, nie wiem nic o twoich zamysłach, przypisujesz mi...
Pan Anastazy złożył usta do pocałunku.
— Moje dziecko, tylko tego mi nie odmawiaj! Wiem, wiem, co mi chcesz powiedzieć! Lecz Małachowskiego musisz przyjąć! On w tem będzie miał zadatek mojej dobrej woli! Pokonwersuj sobie o byle czem, o byle czem! Więc ci go przyślę. Będziesz, będziesz umiała!...
— Ależ ja? Z marszałkiem sejmu!?
— Nie po twojej stronie honor, nie po twojej! Pozwól się ucałować!... Jakby cię nudził za długo, przerwę mu, sam przerwę!
Szambelanowa nie mogła wymówić się od przyjęcia odwiedzin Małachowskiego, pan Anastazy bowiem, mimo całej swej uległości pozornej, do żadnych wyjaśnień nie dopuścił, a wkońcu, obsypawszy żonę przesadzonemi czułościami, sam pośpieszył wprowadzić sędziwego marszałka.
Pani Walewska nie umiała nawet zdobyć się na dość przystojne powitanie.
Małachowski nie zdawał się jednakże zwracać uwagi na to widoczne roztargnienie szambelanowej i pierwszy się odezwał.
— Waszmość panią trudzić się ważę, a niepokoić, lecz niech waszmość pani uwzględni wyjątkowe termina! Wyjątkowe!
Pani Walewska wskazała marszałkowi fotel.
Małachowski obejrzał się nieznacznie za odchodzącym szambelanem, poczem ociężale zasiadł i głowę pochylił na piersi.
Nastąpiło długie, nieznośne dla pani Walewskiej milczenie.
Szambelanowa rozumiała, że na nią była kolej zagajenia, odpowiedzenia, a nie znajdywała słów, ani przystojnych uprzejmości, nawet frazesu złożyć nie umiała. Cała natomiast uwaga szambelanowej skupiała się na chudej, zeschniętej postaci marszałka, na jego bruzdami zoranem czole, na zaciśniętych ustach, na spuszczonych sennie powiekach, na wyrazie powagi, bijącym z każdego ruchu, na jasności, spływającej nie tylko z korony śnieżnobiałych włosów, okalających głowę Małachowskiego, lecz tryskającej z każdego ruchu, z każdego drgnięcia muskułów twarzy, z każdego załamu popielatego fraka, z każdej fałdy jedwabnej chustki owijającej szyję, z każdej żyłki, przeglądającej po przez skórę długich, kościstych rąk.
Małachowski w tem bliskiem zetknięciu nie stracił nic w oczach pani Walewskiej, nie rozwiał żadnego z jej wysokich o nim wyobrażeń, raczej nakazywał tem większe uszanowanie niż ośmielał, zdawało się, iż przywodził sobą grozę swych zasług, jakimś bólem niezmiernym promieniował, jakąś hardością upokarzał.
Upłynęła nużąca, długa chwila. Marszałek podniósł oczy i spojrzał ku szambelanowej łagodnie a smutnie.
Pani Walewska zapłoniła się lekko. Małachowski uśmiechnął się dobrotliwie.
— Waszmość panią dziwić muszą moje odwiedziny!
— Zaszczyt, panie marszałku!
— Wyjątkowe termina — wyjątkowe!... Rodzic pani zacnym był obywatelem, zacnym!... Przychodzę, dufając, że w waszmość pani ojcowskie cnoty odzew znalazły!... Przychodzę, w przekonaniu, że waszmość pani nie zawiedziesz pokładanych w niej spodziewań!
— Ja, ja, panie marszałku?! Nie rozumiem!...
Małachowski poruszył się niespokojnie.
— Drażliwa materja, lecz bacz pani na moje lata i dozwól być szczerym!...
— Racz panie marszałku!
Małachowski odchrząknął z wysiłkiem i zaczął cicho.
— Przeznaczenie chciało, aby ten, w którego ręku losy Europy, powziął był głęboki ku waszmość pani sentyment... Owóż, chociaż to ci się wyda dziwnem, a zgoła do wiary niepodobnem, my z owym sentymentem musimy się liczyć, musimy mieć go na widoku, musimy do niego się uciekać, w nim nawet szukać ościeni dla naszej przyszłości.
Szambelanowę ogarnęło nerwowe drżenie, marszałek nie zwracał uwagi i ciągnął z gorzkim uśmiechem.
— Tak, mościa pani, na to nam przyszło! Do tego nas przywiodło! Widzisz, co się dzieje! Napoleon zapalił umysły, Napoleon zjawił się tu, jak piorun, zburzył gmach dotychczasowych rachub, niemożliwych, nieprzewidzianych dokonał przewrotów, a nas postawił na przełomie, na igraszkę polityki rzucił, na magazyny wojskowe, na zakłady rekruta zamienił! Oprzeć mu się nie możemy, nie mamy potemu ani sił, ani pojęcia dostatecznego, iż on właśnie jest wrogiem najzaciętszym naszego biednego życia! A, by iść za nim, braknie nam haseł, braknie zaręczeń, braknie gwarancji, że intencję ma uczciwą, że ją ma w ogóle! Wymaga, żąda, a w zamian nawet obiecywać się nie zdaje, nawet nie sili się nas łudzić! Żadnego stanowczego słowa, żadnego... Otóż, ten wyraz, to słowo, tyś mu pani powinna wziąć, tyś powinna bodaj wydrzeć przemocą, tyś powinna do dania go skłonić!
— Ja, ja, panie marszałku? — szepnęła zdziwionym głosem pani Walewska.
— Tak ty, mościa pani! Ty masz wpływ, masz po temu moc, masz dzielniejszy bodaj sposób, niźli wszystkie nasze przedłożenia, nasze prośby, żale nasze, zasługi! Bolesna to dla nas i poniżająca droga — bacz, że nie w sensie uchybienia ci mówię — lecz i tej nie wolno nam pominąć, nie wolno zaniechać. Rozwaga waszmość pani, rozsądek jest mi rękojmią, iż wpływu swego użyjesz bez rozgłosu, że ocalisz pozory! Boć nam pozory tylko zostają! Czyń wszystko z własnego porywu, z tego, co w waszmość pani bije krwią praojców, co nie zezwala obojętnem okiem spoglądać na dno przepaści, ku której nas wiedzie Napoleon! On mocen jest nas zwrócić — a tyś mocną jego zjednać!
Marszałek urwał nagle, a spojrzał smutnie ku szambelanowej.
— Waszmość pani milczysz?!
Pani Walewska zacisnęła kiście rąk na poręczach fotela.
— Nie widzi się pani to piękne zadanie, wolisz swemu władcy nie stawiać tak ciężkich warunków! Przekładasz skromniejsze, lecz bodaj pewniejsze stanowisko faworyty cesarskiej, nad niebezpieczną rolę Judyty!... Nie jesteś przygotowaną ani na Esterkę, ani zdolną do panowania jak Dalila! Rozumiem, wystarczają ci upodobania La Vallière, bez ambicji pani de Pompadour! Lecz w takim razie, jeżeli działać nie chcesz, nie przeszkadzaj przynajmniej, nie odmawiaj pomocy, odezwania przychylnego nie skąp, pomnij na ziemię, z której się poczęłaś, pomnij na prochy twego rodzica!!...
Marszałek odetchnął ciężko.
— Waszmość pani nie odpowiadasz?!
Szambelanowa podniosła z wysiłkiem głowę i wyjąkała cicho.
— Mości marszałku, przynajmniej imienia ojca mego nie wypominaj!
— Nie chciałem waszmość panią urazić!
Pani Walewska porwała się z miejsca, oczy jej rozgorzały.
— Po raz wtóry powtarzasz toż samo — a mimo to nie wahasz się wypowiadać najobelżywszych suppozycyj, cieniem domysłów i wróżb szarpać moje dobre imię? Za kogo mnie uważasz, mości marszałku, czem dałam okazję, abyś mnie na kochankę czyjąkolwiek sforował!
Małachowski stropił się.
— Waszmość pani daruje, lecz sympatje, które sobie zaskarbić zdołałaś u cesarza!
— Są snać klątwą mego spokoju, mego życia, bo mnie na takie, jak twoja, panie marszałku, narażają napaści! Czego wy ode mnie chcecie, czego żądacie, dokąd zaprowadzić usiłujecie!?
— Lecz cesarz!
— Powiedziałam mu, że mam męża, i tobie powtarzam to samo, panie marszałku! Tamten pościg oburzał mnie, lękiem przejmował, ale dotąd utrzymywał w mniemaniu, że... że... że do niego nigdy nie posunęliby się ci, których od dzieciństwa czcić i szanować mnie nauczono! Tymczasem, widzę, że byłam zaślepioną! Nie masz względów, nie masz puklerza, mogącego osłonić godność niewiasty, która na swoje nieszczęście wpadnie w sieć rachub dworskich! Dociekasz, panie marszałku, jaki los przekładam — więc ten, który mnie jak najdalej stać pozwoli od waszych planów, waszych świetności, waszych wpływów i waszego świata! Mości marszałku, niech ci Bóg przebaczy wyrządzoną mi krzywdę!
Panią Walewskę spazm płaczu chwycił za gardło.
Marszałek podniósł się żywo z fotela i ujął szambelanowę za rękę.
— Przebacz, pani, nie wiń! — ozwał się z uszanowaniem. — Miej wzgląd na siwą głowę, biedną, skołataną głowę! Wierzę najgoręcej, najmocniej w czystość twoich myśli, twoich czynów, w zacność duszy!... Widzę, że nie masz w tobie plamy! Całe zachowanie, cały szacunek dla ciebie! Dziadem twoim mógłbym być! Nie sądź mnie źle — mówiono — a ludzie są bezwzględni! Więc nie gniewasz się, darowujesz?!
Szambelanowa uśmiechnęła się przez łzy.
— Panie marszałku, to mi było najboleśniejszem iż ty właśnie...
— Cofam, kaję się stokrotnie! Widzisz, mościa pani, los wypadków, labirynt, bezdroże, człowiek się błąka! A tyle naopowiadano o tobie! Ba, no i patrząc na cię, wcale dziwnem nie byłoby, gdyby nawet taki potentat głowę przed tobą schylił! Nie chmurz się tylko pani, najżywszą moją przyjaźń deklaruję! Dumny jestem z poczciwej odpowiedzi, a choć mi zadałaś cale tęgo, raduję się, cieszę! Bacz, co za niegodziwa obmowa! Dziw, skąd się wzięła, a gdybyś wiedziała, jak wyrafinowaną osnuto intrygę! No, przyznam się, że ja sam, widząc cię rozmawiającą z cesarzem, miałem pewność!...
Szambelanowa, poruszona ojcowską serdecznością marszałka, jęła żywemi barwami malować historję swego pierwszego spotkania z cesarzem.
Marszałek słuchał z uwagą, a gdy skończyła, jął zasypywać pytaniami szambelanowę, dobywając z niej kolejno wszystkie szczegóły, dotyczące spotkań z Napoleonem, rozmów z Durociem i całej sieci, zastawianej na sławę pani Walewskiej.
W miarę opowiadania, twarz Małachowskiego poważniała.
— A zatem domniemania o afekcie cesarza nie są przesadzone?!
— Niestety nie i dlatego, panie marszałku, do twojego wpływu się odwołuję, abyś pomocy nie odmawiał...
— Pomocy?! Tu dla mnie zgoła inna otwiera się droga...
— Inna!?
Szambelanowa spojrzała z przerażeniem na marszałka.
Małachowski ozwał się z perswazją.
— Posłuchaj mnie pani! Gdym tu szedł, jedna zdejmowała mnie tylko wątpliwość, czy wiadomości o składanych ci atencjach nie są przesadzone, czy istotnie tak dalece twoją osobą się zajmują... Potem, po twej szlachetnej odprawie, biorąc z niej respekt dla zacności, rozumiałem, że i co do atencji zupełnie się pomyliłem, a teraz przekonałem się ostatecznie, że moje pierwsze przedłożenia w skutkach byłyby donioślejsze, głębsze, niż przypuszczano, bo mają rękojmię czystości twego charakteru!
— Więc i pan — pan mości...
— Tak! — odparł porywczo Małachowski. — Widzę, że rachuby, w tobie pokładane, mogą sprawić wiele dobrego dla sprawy, możesz stać się naszą dźwignią, możesz osiągnąć to, o co daremnie błagamy: słowo Napoleona! słowo cesarza! Pani je otrzymasz, pani je musisz otrzymać! Nie przerywaj mi! Nie ma więzów dość silnych, nie ma przysiąg dość świętych, abyś ich w tym razie nie była obowiązana potargać! Przed tobą cel wielki! cel potężny! Za podeptanie więzów, za dobrowolne wzięcie na ramiona płaszcza faworyty, czeka cię wdzięczność niepożyta! Szacunek ku tobie nie wygaśnie! Upadek twój będzie wzniesieniem się, tem czystszem, iżeś dotąd nie miała ani ambicji małej, ani myśli nikczemnej!
Szambelanowa obrzuciła Małachowskiego suchem, palącem spojrzeniem.
— A moje dobre imię — mąż — rodzina?!
Marszałek uśmiechnął się cierpko.
— Toć na twego męża jeno zaszczyt stąd spłynie, rodzinie staniesz się droższą, świadomość poświęcenia, świadomość ofiary da ci niewygasłe zadowolenie...
Pani Walewska cisnęła rękoma swe pulsujące skronie.
— Mości marszałku, dlaczego tak do mnie mówisz? Dlaczego burzysz we mnie resztki spokoju! Ja nie mam sił po temu! Mylicie się wszyscy!... Wyobrażenia nie mam o planach, o zamysłach, o dyplomacji... Ja się go boję! Słyszysz, panie marszałku, boję się go! Pozwólcie mi żyć w mem odosobnieniu. Macie inne, godniejsze. Nie potrafię nic wyjednać — on mnie wzrokiem swym łamie.
Małachowski uścisnął rękę szambelanowej i rzekł cicho:
— Czy, wierzysz pani, że rodzonego dziecka nie wydałbym na zmarnowanie, że pragnąłbym dlań szczęścia, że radbym oddalił odeń każdą chęć niską?!
Pani Walewska skinęła machinalnie głową.
— Więc, pomnij, że gdybyś pani była moją rodzoną córką, nie wahałbym się tak samo do ciebie przemawiać!
Szambelanowej łzy z oczu trysnęły. Marszałek pochylił się ku niej ze wzruszeniem.
— Zacne łzy szlachetne! Lecz bodaj należą się temu położeniu, w którem się znajdujemy, które nas niewoli takiemi chodzić drogami. Wielbię twoją hardość i sam nie bez walki staram siebie przekonać! Ponure czasy a ciężkie! Bodajby ten Napoleon raczej nie jawił się wcale, byłoby może złudy mniej, lecz i zawodów także! Szamotanie, błędne koło zagmatwanych słów, a zresztą ta tylko świadomość, że mamy za nim iść, za niego walczyć, za niego ginąć!
Pani Walewska otarła łzy i zagadnęła nerwowo.
— Więc cóż mam czynić?
Małachowski rozpogodził twarz; wielkie, szare jego oczy zwróciły się ku szambelanowej z wyrazem uwielbienia.
— Niech ci Bóg nagrodzi ofiarę, niech cię natchnie, abyś się stała naszym dobrym duchem.
— Cóż zatem!? Muszę wiedzieć!? — pytała nerwowo szambelanowa.
— Nadewszystko tajemnica! Nikt domyślać się nie może, iż twoja powolność nie płynie ze wzajemnego afektu. Rozumiesz pani — nikt! Ja z Wybiciom będziemy czuwali... będziemy osłaniali cię, ile sił i mocy, lecz ty, pani, musisz milczeć! Dwór cesarski, rodzina twoja, najbliżsi twoi nie mogę się nawet domyślać...
Pani Walewska roześmiała się gorzko.
— Cha — cha! Mości marszałku — a zatem mam się rzucić w objęcia cesarzowi, mam stać się...
— Powoli, droga pani! Mówmy spokojniej! Jeśli od Napoleona wydobędziesz jedno słowo, jeden wyraz tylko — już spełnisz więcej, niż cały dziesiątek lat zabiegów Wybickiego, niż wszystka krew przelana przez legjony na ziemi italskiej! O to jedno słowo idzie!
— Lecz aby je otrzymać, należy mieć sposobność!
— Będziesz ją miała prędzej, niż się spodziewasz! Wybicki mówił mi, że dwór i rachuby postronne oddały cię w ręce pani de Vauban... Otóż ona bezwątpienia ułatwi ci drogę, utoruje przystęp — twoja rzecz ulegać!... Nadto hrabina zbyt wielkie upatruje korzyści, aby ci odmówić wskazówek! Znoś ją tymczasem — ma doświadczenie. O reszcie zaś dokładniej, lepiej powiadomi panią Wybicki.
Marszałek odetchnął z trudem.
— To wszystko!
— Tak, wszystko! — powtórzyła głucho szambelanowa.
Małachowski wstał z fotela i ucałował rękę pani Walewskiej.
— W każdej wątpliwości, w każdej ciężkiej chwili życia pamiętaj waszmość pani, że masz we mnie oddanego ci przyjaciela!
— Chcę być samą! — wyjąkała z trudem szambelanowa.
Marszałek uścisnął raz jeszcze rękę szambelanowej i wyszedł.
Pani Walewska, po oddaleniu się marszałka, stała przez chwilę nieporuszona, jakby skamieniała. Naraz dreszcz ją przejął, kurcz schwycił za gardło i zaparł oddech, szambelanowa uczuła, że się dusi, że braknie jej tchu, i z rozpaczliwym wysiłkiem rzuciła się ku oknu, targnęła zawiasami, roztworzyła ramy i jęła spazmatycznie falującą piersią chłonąć strumienie mroźnego powietrza.
Zwolna nachodziło ją uspokojenie, orzeźwienie, lecz wraz z niem i jakaś pustota dzika, niezrozumiała dla niej samej.
Pani Walewska śmiała się, śmiała z siebie samej. Do śmiechu ją pobudzało wspomnienie każdego zdania, wyrzeczonego do niej przez Małachowskiego, śmiesznemi były jej i racje marszałka, i skrupuły własne i obawy.
Szambelanowa poglądała na podwórzec pałacowy, po którym uwijały się gromadki służby w różnorodnej barwie, i śmiała się z myśli, że ta służba może wdzieje teraz zielone mundury ze złotymi galonami, — śmiała się do wyglądającej z półotwartej wozowni staroświeckiej kolebki, że więcej nią jeździć nie będzie, śmiała się i do mrozu, skrzącego się na szybach, i do blado stalowych chmur wysrebrzonych na rąbkach promieniami słońca, i do wróbli, koziołkujących na śniegiem usłanym szczycie dachu gospodarskiej oficyny.
Chrapliwy głos pana Anastazego przerwał to usposobienie szambelanowej.
Pani Walewska ze zdumieniem wysłuchała perory o chronieniu się przed zaziębieniem, zdziwiła się nawet, że mąż nakazał służebnej zaryglować natychmiast okno, a gasnący ogień na kominku podsycić.
— Jesteś nieostrożna, nierozważna! — strofował tymczasem szambelan, tuląc szyję w ramiona i rozcierając ręce. — Mróz na dworze, a waćpani w oknie! A — toć najzdrowszemu dokuczy! Aż parę widać! Brr! Jakże można!... Ziąb — ziąb!
— Tutaj?
— Trzęsę się cały! Pozwól stąd do siąsiedniej komnaty! Nierozsądek — roztrzepanie, zadufanie!... Nic na własne zdrowie nie masz względu! Hm! A cóż Małachowski?! Mówił co, mówił? Hę? Zabiega?.. Co?!...
Szambelanowa uśmiechnęła się.
Ugiął się! Byłem tego pewny! Nie sporo imć panu marszałkowi karku nachylać! Cha — cha! Przyszło im na moje podwórko się napraszać! A jakże mnie wyściskiwał przy pożegnaniu! Przyjaciel! Druh! No, no, lecz mamy ze sobą stare porachunki! Dwa starostwa mi wydarł razem z Kołłątajem i panem Ignacym Potockim... przed nieboszczykiem królem czernił, a jak była okazja, buty szył! Nic, nic, policzymy się teraz, policzymy! Walewski ma dobrą pamięć, wyborną pamięć! Wie, jak rzeczy przedstawić cesarzowi. Czego się waćpani śmiejesz?! Oczywiście, nie będę krył, co myślę, ani o Dąbrowszczykach, ani o Małachowszczyźnie! Tu nie ma okazji do żartów. Z nikim władzą dzielić się nie będę — lada godzina spodziewam się stanowczych propozycyj od Talleyranda. Wybickiemu...
Szambelanowa roześmiała się głośniej.
Pan Anastazy spiął się na palcach i skrzywił niechętnie.
— Proszę cię, zaniechaj tego śmiechu bo tak wygląda, jakbyś sobie za nic miała stanowisko, które nas czeka!
— Nas?!
— Hm, bezwątpienia, że nas! Uważasz, wszak i tobie chyba nie jest tajnem, iż najjaśniejszy pan ma ku tobie upodobanie! Cóż, trudno mieć mu za złe, można wiele zyskać, bardzo wiele, byleś była roztropną.
Pani Walewska spoważniała nagle i zagadnęła.
— Więc dajesz swoje przyzwolenie?
— Przyzwolenie? Tu nie ma mowy o żadnem przyzwoleniu. Cesarz radby mnie zjednać — toć widocznie! Chce mieć Walewskiego, chce pozyskać sobie zaufanie męża — tandem ma na względzie i Walewskę, mniema, jako żona ma wpływ. Temu nie skąpi wyróżnień, a tę darzy grzecznościami. Ergo, nasza dyplomacja takoż powinna się dopełniać. Oboje dajemy posłuch, no i oboje pamiętamy, aby się ladajako nie pozwolić zbyć! Najpierw tu... rozumiesz?!... Wielka wstęga! Bez wstęgi ani myślę imienia swego dawać! I cóż na mnie tak poglądasz dziwnie! Wstęga, powiedziałem!
Pani Walewska wzruszyła obojętnie ramionami.
— Jadę do pani de Vauban!
Ten zwrot niespodziewany zdziwił pana Anastazego.
— Do hrabiny? Teraz?!...
— Jadę!
— No... dobrze, ale pozwól, obiad! Mamy księżnę i pana Ksawerego z żoną — przytem prawdopodobnie który z generałów zostanie!...
— Muszę jechać!
— Jakto musisz? — protestował szambelan, drepcząc za żoną, która jęła pospiesznie poprawiać uczesanie przed zwierciadłem. — Nawet nie wypada! Mówiłem, że jesteś cierpiącą, a tu zobaczą cię w kolebce! My, coprawda, nie potrzebujemy znów z lada kim się liczyć — ale jednak...
— Jest mi to obojętne. Muszę być u pani de Vauban!
Pan Anastazy spojrzał z pod oka na żonę, lecz uderzony stanowczością jej głosu, uśmiechnął się domyślnie.
— A... a! To co innego! Jedź, drogie dziecko!... Gdybyś tam kogo spotkała! Może księcia Bassano. Ma nieograniczone zaufanie cesarza! Wspomnij mu! Tobie przyjdzie łatwiej, niby niewieścia twoja satysfakcja, żeby mężowi twemu lada kto nie mógł imponować!... Wiesz, legja!... Wybicki odchoruje!
Szambelanowa zbyła męża kilku słowami, nawet nie starała się zapewnić go, że ocenia przedłożone jej plany i, pożegnawszy go skinieniem głowy, wybiegła do przedsionka.
Pan Anastazy był z początku niemile draśnięty tą samowolą żony, lecz, po krótkiem zastanowieniu, uśmiechnął się tajemniczo do siebie i powlókł się do komnat gościnnych czynić honory domu.
— Tam, na samym wstępie, natarła nań księżna Jabłonowska.
— I cóż Marie?! Cóż?!... Małachowski wynurzał się?... Cóż mówi?
— Nic!
— Jakże nic? Panie bracie, chyba mnie możesz zaufać!.. Jest Davoust!... Przed minutą przyjechał!... Nie bez kozery!... Dobrze byłoby, gdyby Marie wyszła do niego!
Szambelan potrząsnął tajemniczo głową.
— Koniecznie powinna wyjść. Davoust ma objąć dowództwo formującego się koprusu, Davoust ma u cesarza głos! Szczególniej teraz! Księciem został!... Davousta nawet Murat się boi!... Imaginuj sobie! Murat! Słyszałam na własne uszy od pana d’Hedouville!... Namów ją, niech wyjdzie, niech się pokaże chociaż!...
— Niepodobna, nie ma jej w domu!
Księżna trzepnęła ze zdumieniem rękoma.
— Nie ma jej w domu?! Czy podobna?
— Musiała do Vaubanki! Musiała!
— Muu...ssiała?! — powtórzyła z wybuchem księżna, i nie czekając na dalsze objaśnienia brata, pospieszyła do kanapy, na której rozpościerała swą paljową suknię pani Moszyńska.
— Cóż szambelanowa? Cierpiąca? Jakże mi niewypowiedzianie przykro! Wiesz, droga księżno, że całą mnie ma dla siebie!
Księżna Jabłonowska pochyliła się ku przyjaciółce i odrzekła zagadkowo.
Ma chère! Wiesz, dla ciebie wszystko! Gdyby było możliwe, zaprowadziłabym cię do naszej drogiej Marylki... ale... to daremnie!
— Daremnie, mówisz? Kochana księżno, więc daremnie!
Księżna Jabłonowska zasłoniła usta wachlarzem.
— Niema jej! Muśśś...siała!
— Muu?!! — wykrztusiła pani Moszyńska, zachłysnąwszy się na pierwszej sylabie słowa.
— Do Vaubanki! Prawdopodobnie naradzić się co do strojów! Vaubanka ma gust!... A przytem, gdyby wypadło jechać do Paryża....
Pani Moszyńska aż spąsowiała. Wargi jej drżeć zaczęły nerwowo, oczy niespokojne rzucać spojrzenia po sali.
— Teraz wiesz, moja najdroższa!
— Naturalnie, naturalnie! Nie może być inaczej!... Muszę do domu!... A późno już... bardzo późno!... Pozwól kochana księżno.
— Zawsze jestem dla ciebie!... Marylka będzie żałowała!...
— Ach, przecież pojmuję! O, niechże cię ucałuję!
— Zawsze masz mnie z całym komplementem!...
Damy po kilkakroć dygnęły sobie i za każdym razem z równym impetem zamieniły pocałunki, aż rozpadły się w dwie przeciwne strony sali.
Księżna przysiadła się do pani Sobolewskiej, pani Moszyńska przystanęła około Rautenstraucha...
Gościnne komnaty pana Anastazego ożywiły się nagle, wypełniły szeptami i zaczęły się niespodziewanie opróżniać.
Przed podjazdem raz po raz rozlegały się rozkazy wsiadających do kolebek, rozkazy zawarte w czterech krótkich wyrazach: „do pałacu pod Blachą“ — zapoczątkowane przez panią Moszyńską, powtórzone i przez panią Sobolewską i Łubieńską, i Gutakowską, oddane z tą samą jasnością przez marszałka Davousta, co i przez pana Filipa de Ségur i pana Flahaut, adjutanta księcia Bergu.
Gościnne komnaty pana Anastazego pustoszały, wyludniały się tak szybko, tak gorączkowo, że szambelan zorjentować się nie mógł, gdy pozostał sam na sam z księżną Jabłonowską. Dziwnym mu się wydawał ten pośpiech, z jakim żegnali go nawet ci, którzy od kilku godzin snuli się ociężale po salonach, a natarczywie opadali go i niemal błagali o każde słowo.
Pan Anastazy atoli nadto sam był utrudzonym, aby równocześnie nie powitać z zadowoleniem chwili wytchnienia.
Pożegnawszy więc ostatniego ze swoich gości, z całem poczuciem sumiennie zapracowanego wczasu rzucił się na fotel, zażył tabaki i uśmiechnął się znacząco do księżnej.
— I cóż?! Hę?! Widziałaś sama?!... Figuruj sobie tylko dobrze!!... Liczą się! Hę?! Mówisz co?!... Nic — teraz zastanowić się trzeba, zastanowić i rozważyć!... Dobrze, że zostałaś, naradzimy się!... Siadaj, proszę cię!...
Księżna obejrzała się niespokojnie dookoła.
— Dziękuję ci! Prawdziwie późno już! Obiecałam się do pani oboźnej!
— Hm, ale bo widzisz, właśnie jest chwila wolna do naradzenia się, idzie o stanowczy krok! Mamy za sobą wszystko, pozostaje przedłożenie uczynić...
— Tak, tak! — powtarzała z roztargnieniem księżna, zbierając niedbale do woreczka porzucone na konsoli drobiazgi.
— Tylko pierwsze słowo nie może wyjść ode mnie! Oni powinni zacząć!... Najprzystojniej byłoby mi wstęgę — wielką wstęgę tu... Tabakierka, owszem, nie neguję, lecz nadewszystko wstęga! Dają, ja dziękuję, przychodzi do wymiany słów i życzeń, deklaracja, konferencja!... Mówisz co?! Nic! Aha! Układ pozostaje w tajemnicy do czasu! Ja wydaję bal, cesarz przyjeżdża, zaprasza się co najprzedniejszych... Cesarz ma długą ze mną rozmowę, ogólne poruszenie, szepty, domysły — a nazajutrz skrypt, publikacja, instalacja stante pede!... Mówisz co?!
— Nic — tylko...
— Inaczej ani mowy! Trzeba przystojnie i trzeba z formą!... Tak ci dawniej bywało i w Paryża, i w Wiedniu! Kolumna-Walewski skłania się do rachub, przyjmuje plany, ale Kolumna-Walewski to nie żaden adjutancik, żołnierzyk, co znów marzy o szlufach, a śni o pióropuszu generalskim! Jeżeli Kolumna-Walewski potrzebuje Napoleona, toć Napoleon potrzebuje Kolumny-Walewskiego! No, dopełniają się wzajemnie, wspomagają! Bo Kolumna-Walewski sobie, a Napoleon sobie!...
— Daruj, mój Anastazy...
— Co? Co?! Myślisz, że inaczej?
— Bynajmniej, tylko pani oboźna czeka!...
— Niech czeka! Wszyscy oni niedługo czekać będą musieli!...
— Oczywiście!... Lecz teraz muszę, muszę koniecznie! Ty sobie wypoczniesz tymczasem, to ci się należy! Umęczyłeś się dzisiaj!... A na mnie czas największy!
— Ależ, pani siostro, niepodobna ci się oddalać, wszak sama wzięłaś na siebie honory domu, Marylki niema, jeżeli kto nadjedzie...
— Ręczę, że nikt się nie zjawi!
Pan Anastazy poruszył się z grymasem.
— Hę?! Nikt?! Dlaczego?! Jakto?! Liczę, że książę Borghese! Szwagier cesarski! Jeno dla Kolumny-Walewskiego nie splendor żaden! Pamiętasz, jak mi mówił nieboszczyk król?! „Walesiu“. Poprostu „Walesiu“.
Księżna złożyła pocałunek na czole brata.
— Wybornie pamiętam, wybornie! Jadę do pani oboźnej! Na wypadek przyślesz strzelca! Wytchnij tymczasem! Może będą nowiny! Z pewnością będą! Drogi Anastazy, tylko przez wzgląd dla ciebie muszę do pani oboźnej, muszę! Trzeba pilnować, trzeba czuwać! Bezwątpienia są nowiny!
Księżna Jabłonowska zatrzepotała się, i zanim szambelan zdobył się na nowy protest, wyszła do przedsionka, zarzuciła pospiesznie szubę i wybiegła na podjazd, ku czekającej ją karecie.
Pan Anastazy pozostał na swoim fotelu, oszołomiony gwałtownem pożegnaniem siostry, własnemi myślami rozkołysany, wyprowadzony z równowagi.
Szambelan widział się był u progu rojeń; władza, do której tyle lat darł się, nareszcie stawiała się na jego usługi, nareszcie oglądał ją, czuł w ręku.
Szambelan był ambitnym, tak był ambitnym, że przez ambicję właśnie lata całe krył swoje zakusy, maskował, nie pozwolił nikomu ich przeniknąć.
Bolało pana Anastazego, że, mimo swe prawa, nic dotąd nad szambelanję i starostwo nie zdobył, że na dawnym dworze widziano w nim tylko układnego dworaka, że nie przykładano wagi do jego wystąpień, że nie dopuszczano go, a raczej nie uproszono, by stanął z innymi przy sterze.
Szambelana nawet nieboszczyk król nie rozumiał! Ileż razy wiódł z nim długie rozmowy, ileż razy oddawał sprawiedliwość racjom pana Anastazego, jakże chętnie wysłuchiwał jego wywodów, a jednak ani razu nie powiedział szambelanowi: „Czyń, bierz w ręce powody, kieruj“. Nie powiedział, choć bezwątpienia chciał. Toć jeszcze w Grodnie rękę pana Anastazego ściskał i ze łzami mówił mu „Walesiu“! Chciał, ale mu Małachowszczyzna nie dała. Nie król, ale Kołłątaj winien i Ignacy Potocki.
Pan Anastazy zmrużył ociężałe powieki. Gorzkie wspomnienia zagłuszyła świetność czekającego nań jutra... I szambelan rządził, panował, rozdawał senatorskie krzesła, obsadzał stanowiska, ukrócał samowolę, w żelazne pęta zakuwał cały kraj, jednem pociągnięciem pióra załatwiał dawne porachunki, a sam bił łunami wstęg orderowych, spojrzeniem zginał w okół najtwardsze karki, wybranym pozwalał się oglądać i wielbić.
I w rojeniach tych szambelan szedł coraz dalej, coraz wyżej, nie bacząc, że do drugiego zbliżał się stulecia...
Głos Baptysty przerwał panu Anastazemu osnowę nominacji książęcej.
Szambelan poruszył się niecierpliwie.
— Co? Czego?... Obiad! Nie chcę obiadu! Daj mi derkę na nogi! Filiżankę rosołu!...
— Może pan pozwoli do zielonego gabinetu?
— Nie, nie chcę, zostanę!
— Ale tu ciemno!!
— Dlaczego światła nie zapalają? Zapalić natychmiast! Wszystkie światła!
— Jakto wszystkie?!
— Wszystkie, powiedziałem! Słyszysz? Natychmiast!!
Baptysta wzruszył ramionami i rzekł niedbale.
— Skoro pan tak każe!... Chociaż nikogo niema!
— Niema! Więc będą! Wszyscy tu muszą być! Rozumiesz?... Derkę!...
Baptysta bez pośpiechu poszedł powtórzyć służbie rozkazy.
Szambelana otulono derką, podano mu rosół i jęto zapalać świeczniki.
Pan Anastazy przez pewien czas przyglądał się z upodobaniem łunom świateł, bijących z każdego zakątka sali, przeglądających się i mnożących w taflach zwierciadeł, grających kolorami w kryształach, błyszczących w złoconych ramach portretów, a lśniących w polerowanej kunsztownie posadzce, lecz zwolna opanowywać zaczęło szambelana uczucie pustki, opuszczenia.
Pan Anastazy klasnął w dłonie na pokojowca.
— Jaśnie oświecony pan wolał?!
— Wołał — przedrzeźniał szambelan. — Służby nie pilnujecie! Na cztery wiatry rozpędzę! Baptystę do mnie! Gdzie Baptysta?!
Pokojowiec znikł pośpiesznie. Pan Anastazy krztusił się i sapał.
— Nieporządek, nieład! Z oka spuścić nie można! A, to ty, Baptysto!
— Ja, panie!
— Aha! Dobrze! Cóż, przyjeżdżało wielu! Pytało się? Co? Hę? Mówię, czy się meldowało?
— Nie, panie, nikt!
— Nikt? Nie może być!...
— Z pewnością — byłem w przedsionku!
— Głupi jesteś! — odburknął się gniewnie szambelan. — Byli niezawodnie! I odjechali z niczem, tak będzie teraz codzień! Oni chcą, a ja nie przyjmuję! Ja nie mam czasu na konsolowanie się lada wizytą! Wszystko jedno kto! Książę nie książę, marszałek czy senator, niech się zasługuje, niech się naprasza! Inaczej nie ma dostępu! Nie ma konfidencji!... Rozumiesz? Co?!
— Nic!
— Dlaczego — nic! Cóż to znaczy — nic? Jesteś hardy — zaniedbujesz się!... Nie widzisz... że mam febrę! Naciągnij mi derkę! Rosół? Nie chcę rosołu! Wam się wszystkim zdaje! Jaśnie oświecona pani nie wróciła? Hę?! Co?! Może nie wiesz? Musiała powrócić!... Dla kogo tyle światła? Razi mnie!
— Wszak pan sam kazał!
— Kazałem! Chciałbyś, żebym w ciemnicy siedział? Pozapalali wszystkie! Razi mnie!
— Zaraz pogaszą!
— Na cóż gasić! Owszem, trzeba, żeby widzieli światło w oknach.
Baptysta westchnął znudzonym tonem.
Szambelan szarpnął derką.
— Nie podoba ci się u mnie?! Co?! Ze mną krótka sprawa!... Stu takich kamerdynerów znajdę!
— Kiedy jestem niepotrzebny...
— Kto ci powiedział! Głupi jesteś!
— Pan sam...
— Czepiasz się wyrazów! Taka wdzięczność! Wiem, wiem — nie spodziewałem się innej!
— Rosół można zabrać?
— Nie — daj go, wypiję!... Wyborny! Uu!!
— Pan zostanie w sali, bo tu przestronniej!
Szambelan przewrócił groźnie oczyma.
— Ani myślę! Znalazł sobie! Mam zostawać?! Podaj mi rękę! Idę do siebie! A!! Patrz, senny jestem!
— Nie znać wcale!
— Powiadam, że jestem senny, to dosyć! Zapowiedzieć w przedsionku, że nie przyjmuję nikogo!
Pan Anastazy zrzędził jeszcze długo, utyskiwał, wyrzekał, aż ułożony na posłaniu zapadł w odrętwienie. Starcza apatja wzięła znów przewagę i sprowadziła go do poziomu kłócia za uchem i strzykania w kolanach.
Baptysta z flegmą spełniającego sumiennie swe obowiązki służbisty, pilnował zmiany wody gorącej w butelkach, rozgrzewających nogi szambelana, poił ziółkami i próbował uśpić opowiadaniami o księciu de Ligny.
Pan Anastazy stękał, sapał, to znów cichł i niby słuchał, lecz w istocie rzeczy tylko monotonny, miarowy takt zegara dosięgał go, on tylko zdawał się szambelana zajmować, jego ociężałe posuwanie się niepokoić. Ale snać szambelan nie ufał swemu wzrokowi, bo mimo, iż tarcza zegara biła ku niemu czarnemi cyframi, a mosiężnemi wskazówkami, pan Anastazy co chwila pytał o godzinę, a od czasu rzucał słabnącym głosem.
— Jaśnie oświecona pani przyjechała?!
Baptysta podnosił się z miejsca swego, około wezgłowia, wychodził do przedsionka, wracał i odpowiadał obojętnie.
— Nie przyjechała.
Po każdej takiej odpowiedzi szambelan wzdychał ciężko i znów zaczynał wsłuchiwać się w takty wahadła.
Około północy niepokój pana Anastazego wzmógł się.
— Baptysto, jaśnie oświecona pani?!
— Nie powróciła! Czekają z wieczerzą.
— Bardzo dobrze, ale... chyba musiała wrócić!
— Dowiadywałem się przed chwilą! Zapowiedziałem, żeby dali znać!
— Trzeba było posłać do pałacu pod Blachą!..
— Posyłałem, księżna Jabłonowska kazała uspokoić!...
— Tak! No, to dobrze!... Kiedy księżna mówiła... istotnie musiało coś wypaść! Mówisz co?! Nic! Bo, widzisz zmiany się gotują, wielkie zmiany. Jaśnie oświeconą panią tam oblegają, chcą trafić do mnie!... Uważasz! Natrzyj mnie wódką, słaby jestem, a jutro może trzeba będzie mieć dużo sił, bardzo wiele sił!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.