Pani Walewska/Tom I/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


IX.

Pani de Vauban niepomału była zdziwioną, gdy zameldowano jej przybycie pani Walewskiej, hrabina jednak, instynktownie odgadując w tem jakąś poważną zmianę, musiała zapomnieć o niefortunnem rozstaniu się wczorajszem z szambelanową i powitała ją z całą swobodą.
Pani Walewska tem przyjęciem była zaskoczona, onieśmielona. W drodze układała sobie była przeproszenie hrabiny za wyrządzoną jej przykrość i usprawiedliwienie się wyjątkowem rozdrażnieniem, gdy tymczasem pani de Vauban rozmyślnie unikała wyjaśnień i rozmowę wiodła tak, jakby między nią a panią Walewską cienia rozdźwięku nie było.
— Niezmiernie się cieszę z twego przybycia! W mem osamotnieniu! Prześlicznie wyglądasz! Jeździłaś dzisiaj z wizytami?!
— Nie byłam usposobioną!...
— Bardzo wierzę, bo to nudne!...
— Tak, a przytem po wczorajszem...
— Czułaś się znużoną! Chère Marie! Jakże cenię, iż pamiętałaś o mnie.
— Skłonił mnie wzgląd!...
— Niechże cię ucałuję! Dobra, zacna, szlachetna w każdem tchnieniu!
— Pani mnie onieśmiela. — Przeciwnie wczoraj...
— Byłaś, jak zawsze, drogą moją przyjaciółką, dla której poświęciłabym wszystko.
— Pozwól pani! — przerwała szambelanowa, czując, iż musi zdobyć się na zmierzanie wprost do celu. — Byłam wczoraj dziecinną i nierozważną i nie wiem sama, czy uda mi się naprawić błąd popełniony!...
Na ten niespodziewany zwrot, pani Vauban nie wiedziała sama, co odrzec. Obawiała się tłumaczeń pani Walewskiej, bo rozumiała, że będą one tylko dalszym ciągiem parafjańszczyzny i zwietrzałych zasad, nie mających nic wspólnego z wielkim światem, w którym obracała się hrabina! Aż tu nagle słyszała przyznanie się do winy, żal prawie!...
— Jakto, jakto, moja serdeczna?! — badała niepewnie hrabina.
Szambelanowa zarumieniła się, pochyliła głowę i odrzekła cicho.
— To było dzieciństwo z mojej strony, nieświadomość... rozdrażnienie chwilowe!
Pani de Vauban rozpromieniała, przyciągnęła ku sobie szambelanowę i zaczęła obsypywać ją pocałunkami.
O chèrie! Jakżeś mnie wzruszyła! Ciebie nietylko kochać, ale i podziwiać trzeba! Całą masz mnie dla siebie! Jeszcze daj się uściskać! Nie chciałam dać ci poznać, chociaż bolało mnie! Musiało boleć. Pragnąć dla osoby kochającej szczęścia i widzieć je dla niej i patrzeć, jak ta osoba dobrowolnie je odtrąca, to, przyznasz, straszne!... Bo gdybyś mnie chciała słuchać, gdybyś mi zaufała!
— Mów pani, proszę!
Hrabina zmieszała się. Ta prosta odpowiedź, uchylając wszelką dyskusję, do której pani de Vauban była znakomicie przygotowaną, zbiła ją do reszty z tropu.
— Bo... to jest właściwie... wiadomo ci... cesarz?!...
— Cóż — cesarz?!....
— Bardzo jest tobą zajęty!
— Więc — co dalej?!
— Dalej?!... Dalej?!... Byłby uszczęśliwiony, gdybyś mu udzieliła!...
— Schadzki! — przerwała żywo szambelanowa.
— No, i w tem niema nic...
— Naturalnie!
— Więc... więc... zezwoliłabyś?!
— Przecież sama pani mówisz, że w tem niema nic!...
Hrabina zwróciła badawczo swe płowe oczy na szambelanowę.
Marie! Pozwól, tobie coś jest?!
Pani Walewska roześmiała się bezdźwięcznie.
— Ach! Skądże to mniemanie?
— Nie umiem ci powiedzieć... lecz słysząc cię tak mówiącą...
— Czyż to nie odpowiada przekonaniu...
— Najzupełniej, ale w stosunku do poprzednich twoich...
— Byłam dziecinną.
— A zatem? — rzekła po namyśle pani de Vauban, daremnie usiłując odgadnąć przyczynę zmiany, zaszłej w szambelanowej. — Możnaby dać do zrozumienia, naprzykład Durocowi, że w razie czego?...
— Można! — ucięła krótko pani Walewska.
Hrabina nie wiedziała, co rzec. Usposobienie szambelanowej, choć odpowiadało jej najskrytszym zamiarom, choć ją cieszyło, lecz zaczęło równocześnie trwożyć, budzić nieufność.
Pani Walewska darła niedbale róg chusteczki.
— Czy to pani przysyłała do mnie tego... tego pana de Boleszę?! — zagadnęła nagle szambelanowa.
Hrabina aż porwała się z siedzenia. Teraz odgadła panią Walewskę, teraz zrozumiała tajemnicę zmiany.
— Tak, to ja, moja najdroższa! Wiedziałam, jak cię obchodzi, wiedziałam, że go będziesz chciała ratować, że dla niego nie zaniechasz okazji! On na to zasługuje! Wszyscy z jak najlepszej strony znają kawalera de Gorajskiego! Domyślam się, że musiałaś ze sobą walczyć, lecz on wart tej walki! Twoje słowo bezwątpienia zaważy u cesarza!
I pani de Vauban, wyzbywszy się odrazu wszelkich wątpliwości, jęła roztaczać przed szambelanową całą zręczność swej wymowy, byle wzmocnić panią Walewskę w postanowieniu, utrwalić.
Szambelanowa dosyć uważnie słuchała wywodów hrabiny, nie próbując im zaprzeczać, ani też nie starając się przyznawać im słuszności. Wywody te atoli były krótkie, ile że pani de Vauban zaczęto meldować zjeżdżających gości. Hrabina, domyślając się, że ani sekundy nie wolno jej stracić z usposobienia szambelanowej, w oka mgnieniu zdecydowała się na stanowczy krok.
Marie! — rzekła czulej. — Muszę do salonu! Domyślam się, że będziesz wolała tu pozostać?!
— Przeciwnie — pójdę z panią!
— Tak, tak masz słuszność! Admiruję cię, jestem z ciebie dumną. Skoro raz postanowiłaś — lepiej nie dręczyć samej siebie myślami, lepiej iść, niż się cofać!
— Zapewne!
— Więc, gdyby zdarzyła się okazja dziś?
Szambelanowa pobladła zlekka.
— Mówisz pani, okazja?
— Pozwól, moje dziecko! Cesarz to dziwak, dziwak skończony! Od kilku dni jest podobno zajęty bardzo... Wczoraj nawet miał zamiar zaniechać obiadu! Duroc go z trudnością namówił. A zatem niewiadomo, czy będzie miał czas przyjąć cię... W każdym razie nie troszcz się, mnie się powierz. Dotrę, wybadam i ułożę wszystko! Powiadam ci, że to dziwak! Musisz ostrożnie z nim, niema wcale rycerskich manier! Lecz przy twoim wpływie nabierze ich bezwątpienia!...
W salonie dolnym rój gości otoczył zwartem kołem panią Walewskę, siląc się na najwyszukańsze komplementy, a skarbiąc sobie na prześcigi jej względy.
Szambelanowa zimno przyjmowała wynurzenia przyjaźni, obojętnym uśmiechem odpowiadała na strzeliste frazesy, samej sobie aż się dziwiąc, skąd się jej brała ta ironja, ten chłód, ten spokój.
Odpowiedzi szambelanowej nietylko nie ostudziły zainteresowania się gości pani de Vauban, lecz wzmogły je, podniosły, boć i ta pewność siebie, ten ziąb, bijący z pięknej twarzyczki pani Walewskiej, był poczytanym za niezbity dowód, że stanęła już tam, gdzie wolno jej lekceważyć ukłony pana Filipa de Ségur, pochlebstwa marszałka Davoust i wszelkie wpływy socjety warszawskiej, a nawet stosunki członków rządu tymczasowego.
Księżna Jabłonowska nie posiadała się z ukontentowania, a przyłapawszy panią de Vauban w ustronnym kąciku sali, uścisnęła ją serdecznie.
— Droga hrabino, wiem, co mamy ci do zawdzięczenia! Jesteś czarodziejką! Nie poznaję naszej Marylki! Jaką ona ma już znakomitą pozę, a jakie wzięcie!
Pani de Vauban przewróciła z powagą oczyma.
— Kochana księżno, czynię, co mogę, nad siły prawie!
— Widzimy to — cenimy! I jakże jest — jakże?!...
— Działamy!... Z oka jej nie tracimy...
— Książę Frioulu?!...
— Napisałam do niego przed chwilą... stanowczo!...
Księżna kiwnęła się ze wzruszenia całem ciałem.
Stannn...owczo?! I... i... cóż — cóż?...
— Czekam na odpowiedź!
Księżna zatrzepotała energicznie wachlarzem.
— Niewygasła wdzięczność, niewygasła! Boże, jaka to ważna chwila, jaka to rozstrzygająca chwila! Nie masz pod ręką soli rzeźwiącej, czuję, że mi słabo!...
— Kochana księżno!...
— A ona, nasza droga Marylka, co to za hart!
— I to dzięki sentymentowi dla Gorajskiego!
— Ileż w tem poezji, ile pięknych uczuć! Doprawdy, mam tylko dla niej uwielbienie. Nie sądziłam ją być zdolną do takich poświęceń, do takich budujących walk! Ale, możeby dobrze było być u Talleyranda?!... Może niejedno ułatwić... a przytem trzeba, by miał przeświadczenie, że się bez niego nie obeszło?...
— Jak pani uważa, chociaż tu idzie już o odpowiedź cesarza!
— Cesarza?... Droga hrabino! Cesarza?!...
— Bo posłuchanie mogłoby dziś się odbyć!
— Dziś — dziś? Serce mi zamiera! — Czy podobna?...
— Więc jeżeli... to kto wie, czy nie trzeba byłoby uspokoić pana Anastazego. Jest późno, posłuchanie może się przeciągnąć! Gdybyś, księżno, chciała mi dopomóc.
— Wszystko, wszystko uczynię, droga hrabino! Wiesz, dla rodziny, dla Marylki, dla Anastazego niema rzeczy dla mnie ciężkiej, niema poświęcenia dość wielkiego! Biorę na siebie! Anastazy będzie rozsądnym! Kochana Marylka, jak ona dziś zajmująco wygląda! A... a... pan Wybicki ją adoruje!... Skądże się wziął u ciebie pan Wybicki?
Hrabina poruszyła się niespokojnie i przyłożyła szkła do oczu.
— Istotnie! On! Nie spodziewałam się, ani nie tęskniłam do honoru! Nie rozumiem... i obawiam się nawet!
— I ja toż samo! Ręczę, że knuje intrygę! Już idzie mu o wpływy!...
Pani de Vauban uśmiechnęła się pogardliwie.
— Tu się ich nie doczeka!... Pozwól, księżno, dowiem się, czy nie ma odpowiedzi!
Hrabina wyszła do bocznych komnat. Księżna zaś, nie zadawalniając się pewnością pani de Vauban, bez wahania zawróciła ku miejscu, gdzie imć pan Józef Wybicki wiódł żywą rozmowę z szambelanową.
— A... pan poseł Wybicki! Niezmiernie miło! Czy nie przeszkadzam?
Wybicki skłonił się w milczeniu i spojrzał błagalnie na panią Walewską, ta ostatnia zrozumiała intencję spojrzenia i ozwała się.
— Daruj, mościa księżno, imć pan poseł jest przyjacielem ojca mego, mamy tyle do powiedzenia sobie rzeczy, tak mało interesujących kogokolwiek!...
Księżna drgnęła, lecz wykrzywiła usta do uśmiechu.
— Ach, to bardzo ciekawe! Nie wątpisz, Marylko, że każdy szczegół, ciebie obchodzący, najserdeczniej mnie zajmuje!
— Lecz to szczegóły mało zrozumiałe.
— Niedobre dziecko! — odparła spokojnie księżna, zasiadając przy szambelanowej — ani wiesz, jak czuję z tobą!
Pani Walewska nic nie odrzekła księżnie, a natomiast, zwróciwszy się do Wybickiego, rzekła z naciskiem:
— Zresztą, panie pośle, nie mamy nic nadto do mówienia. Słowa jego są mi zbyt drogie, aby mogły mi wyjść z pamięci!
Wybicki podniósł się ociężale.
— Nie moja wdzięczność za te wyrazy!...
Księżna złożyła usta do uśmiechu.
— Mości Wybicki, gdybym waszmości nie znała, gotowabym cię wziąć za mocno sentymentalnego!
— I może, mościa księżno, nie byłabyś daleką prawdy! Mam honor!...
Wybicki skłonił się i odszedł na stronę.
— Dziwak, nieznośny dziwak! — zaopinjowała księżna po oddaleniu się Wybickiego. — Co za manjery, co za pozy ministerjalne, doprawdy, że tu rozumieć nie mogę cesarza!...
Pani Walewska milczała. Księżna spojrzała ku niej podejrzliwie i zauważyła z intencją.
— Nadewszyslko intrygant! Przebiegły a wytrawny intrygant, umiejący grać aż do znudzenia na najczulszych strunach i obnosić po świecie swoje poświęcenie, które go doprowadziło do zabrania mu tych Manieczek! Powiadam ci, że mu Prusacy rzetelną oddali przysługę — uwolnili go od zrujnowanej wioszczyny i ułatwili rzucanie ludziom piaskiem w oczy!
Szambelanowa i tym razem nic nie odpowiedziała bratowej.
Księżnę opanowało zniecierpliwienie.
Enfin, moja najdroższa, jestem pewna, że cię Wybicki namawiał do jakichś wielkich planów, naturalnie, które w istocie jego własne tylko kryją korzyści!
— Jesteś, mościa księżno, bardzo surową dla imć Wybickiego!
— Uchowaj Boże — idzie mi tylko o ciebie! Powinnaś o sobie myśleć, a pamiętać najwyżej o rodzinie. Wiesz, jak ci jest oddaną... Nie masz dwóch zdań — wszyscy, wszyscy bez wyjątku kochają cię, pragną...
— Nigdy o tem nie wątpiłam, dano mi tyle dowodów serdecznej życzliwości!
— Marylko, biorę to, co mówisz, co do litery!... — Mówmy otwarcie! Nie powinny cię razić pierwsze lody! Weszłaś w rodzinę naszą dosyć raptownie, niespodziewanie! Juści Anastazy tu winien najwięcej. Nie przygotował gruntu, nie utorował ci drogi — tylko obces wprowadził! Stąd chłód, stąd początkowe stronienie, lecz, dość było twego ukazania się, twego odezwania, aby znikły uprzedzenia, aby przeistoczyły się w najtrwalsze afekty! Weź — Antoś! Ślicznie się zapowiada, nie dla tego, że mój syn, mais vraiment, chłopiec z manjerą i stylem! Raz cię tylko widział! A zanudza mnie pytaniami o chère tante! Poprstu aż o zazdrość mnie przyprawia! Ma ogromną ochotę do sztabu cesarskiego! Siedemnasty rok dopiero, lecz w sztabie by mógł! Służba zaszczytna, chłopiec może znaleźć swoją fortunę... bo do regimentu bałabym się... Jeżeli więc będziesz miała okazję, „lansuj“ go trochę! Zasługuje na to, rzadki chłopiec.
Księżna urwała, spodziewając się solennego przyrzeczenia.
Pani Walewska bawiła się obojętnie sznurem wachlarza.
— Ale... może ja cię nudzę?!...
— Ach! Bynajmniej — i tak myślałam o czem innem!
Twarz księżnej Jabłonowskiej posiniała.
— Daruj, że cię trudziłam!... Nie imaginowałam sobie!.. Wielce obligowana za szczerość!! Nie poważę się więcej przerywać ci zamyślenia!... Jesteś bardzo w swoim tonie... admirruję... cię! Admirruję... choć nie wróżę stąd sukcesu!...
Tu księżna podniosła się z miejsca i, z całem poczuciem obrażonej godności, spadła na panią de Vauban.
Hrabina spostrzegła wzburzenie księżnej.
— Masz mi co do powiedzenia, droga przyjaciółko?
— Tak, lecz nie tu, nie tu!...
Pani de Vauban powiodła księżnę do ustronnego buduaru.
— Jesteś wzruszona?!
— Masz sole pod ręką? Daj mi się wzmocnić!... Ledwie oddycham!... To strasznie, to nie do zniesienia, na to pozwolić nie można!...
— Lecz co takiego?! Co się stało?...
— No, powiadam ci, wszystko na nic! Szkoda naszego poświęcenia, szkoda zachodów, szkoda trudów! No, poprostu, wyłamuje się! Rozumiesz?! Odpowiedziała mi przed chwilą tak, że znika wszelka myśl zdobycia w niej bodaj... bodaj życzliwej osoby!... Samolubna, zimna!!... Zaledwie poczuła grunt pod nogami, już bodzie...
— Ależ księżno!
— Tak, tak, moja droga! Jedno jej słowo wystarczyło mi! Przekonałam się i nie pozwalam, nie widzę przyszłości! Ślepemu nóż do ręki!... Ani myśli!... Choć to moja bratowa, lecz mezaljans, mezaljans! Anastazy popełnił krok nie do darowania! Przekładam jej, tłumaczę, każdy mój wyraz tchnie przywiązaniem — aż ona mi w końcu powiada: „Myślałam o czem innem!“ — C’est brusque — c’est inexplicable, indéfinissable! Tu nie można zupełnie liczyć, natura surowa, parafjańska...
— Więc cóż zatem? — zagadnęła chłodno pani de Vauban.
— Ja nie zezwalam, opieram się! Albo niech się mała upokorzy — albo niech wraca, skąd przybyła! Umywam ręce, nawet jadę natychmiast do pana de Périgord! Trzeba coś innego obmyśleć!...
— Nie sądzę, żeby to tak łatwo przyszło! Cesarz jest bardzo zajęty...
— Można nań oddziałać!
— Wątpię!
— Więc choćby nawet, a ja się cofam i nie pozwalam!
Pani de Vauban uśmiechnęła się pobłażliwie.
— Kochana księżno, obawiam się, czy nie zapóźno na odwrót?!
— Chcesz mi dać do poznania, że masz zamiar sama wytrwać...
— Nic mi innego nie pozostaje!...
— W takim razie dziwię ci się wielce, bo, jeżeli mniemasz, że spotka cię jakakolwiek wdzięczność — to się zawiedziesz! Dziś ją dopiero poznałam! Odgrywała komedję, póki nie ujrzała się dość silną!... Na szczęście, zdradziła się zawcześnie!...
— Wcale jej nie bronię! — odrzekła spokojnie pani de Vauban. — Wdzięczność mnie nie pociągała, niewdzięczność nie odstręcza!... Bawię się...
— A gdybym cię prosiła?!...
— Doprawdy... nie umiem ci odpowiedzieć! Pozwól! List!
Księżna zacięła usta.
Pani de Vauban rwała obojętnie podaną jej przez hajduka kopertę.
— Będzie odpowiedź?!...
Hrabina rzuciła okiem na mały bilecik.
— Nic — powiedz — że dobrze!
Hajduk zniknął za portjerą.
— Więc wracając do przedmiotu — ozwała się poważnie księżna — czy mogę liczyć na ciebie?...
Pani de Vauban uśmiechnęła się zagadkowo i podała księżnie tylko co odebrany list.
Bilet zawierał lakoniczne wyrazy: „Dziś o dziesiątej wieczorem; C. uprzedzony“.
Księżna spojrzała pytająco na hrabinę.
— Nie umiem odgadnąć... coś mocno tajemniczego!
— Ach, teraz niema tajemnicy, los rozstrzygnął! Jest to odpowiedź, na którą czekałam!...
— Dla niej?! Dla tej! — rzuciła nerwowo księżna.
— Od Duroca.
— Od Duroca?!... „Dziś o dziesiątej...“ „C. uprzedzony...“ Kto uprzedzony? Kto?!...
— Jesteś bardzo niedomyślną, mościa księżno! Constant! Wiesz, nieodstępny kamerdyner...
— Constant! Constant uprzedzony!... Nie, to nad moje siły!... Pozwól, niech spocznę! Słyszysz, ogarnia mnie sapka!... Sercowa sapka, z nadmiaru! Masz sole?... Natrzyj mi skronie!... Och!... Constant... Och!... Jakże mnie wzrusza! Czujesz?! — bije?!... Słabo mi, ale tak dobrze... tak dobrze... Trzyj, droga hrabino, niech się oswoję... niech się oswoję!
Hrabina dosyć powolnie spieszyła z pomocą księżnie, a snać solom nie wierząc, uciekła się do perswazji.
— Stało się, co się miało stać! Przeznaczenie było zapisane!... Sama nie spodziewałam się tak szybkiego postępu! Ale nie wróżę mu długotrwałości! Wątpię, czy ją będzie stać na utrzymanie afektu!...
— Mów, mów! — szeptała na wpół omdlałym głosem księżna — bo to oswaja uczucie... hartuje...
Marie zbywa na instynkcie, jest parafjanką! Mówię, naturalnie, między nami! Gotowabym przysiąc, że za miesiąc idylla pryśnie dla sprytu pierwszej lepszej aktorki... Napoleon nie zwykł się bawić w sentymenty!...
— Mów, mów droga!
— Cóż, mam mówić więcej! Tymczasem stoi u szczytu! Twoje, księżno, refleksje, są spóźnione, nie przeszkodzisz temu, co się stało, a raczej sama się...
Hrabina nie zdołała dokończyć zdania, spowiły ją bowiem objęcia księżnej.
— Droga, jedyna, kochana przyjaciółko! Póki życia! Ma foi, nie wyrażę się! Słyszysz sapkę?... Sercowa!... Prawda z ust twoich przemawia! Obowiązek wymaga, abym się dla niej poświęciła, abym się zaparła siebie!... Przy niej trzeba stanąć i nad nią czuwać! Bo jeżeli ja ją odstąpię...
— Ależ przed chwilą... — wtrąciła ironicznie hrabina.
— Nie sądziłam... „Dziś o dziesiątej wieczorem“. — „Ce uprzedzony!“ — To przechodzi pojęcie... to... to!... Pozwól, moja najdroższa! Muszę!...
— Dokąd?!...
— Nic! Zaraz ci służę!... Muszę!...
Księżna pochwyciła za tren swej powłóczystej sukni i zawróciła szybko do salonu.
Pani Walewska wiodła była właśnie pustą rozmowę z Rautenstrauchem, słuchając z całym wysiłkiem cierpliwości banalnych dowcipów stałego bywalca pod Blachą, gdy nagle spadł na nią grad pocałunków księżnej.
— Drogie dziecko! Kochane dziecko! Nie uwierzysz! Patrz na moje wzruszenie!... Nie umiem zapanować! Wszystko, co ciebie dotyczy...
— Mościa księżno?!
— Nic, nic, moje dziecko! Potrzeba mi było w tej chwili twego uścisku! W takiej chwili...
Rautenstrauch uśmiechnął się nieznacznie.
— Waćpanu, panie kawalerze, wydaje się dziwnem? Ale najdystyngowańszy salon ustaje tam, gdzie się zaczyna ognisko rodzinne...
— Mościa księżno, nie śmiałem wątpić!...
— Nie broń się waćpan! Znam waszą manjerę! Mam łzy w oczach?! Mam!... Bo... bo... widok Marylki tępi we mnie nawet konwenans!... Pozwól, panie kawalerze!
Rautenstrauch cofnął się dyskretnie, księżnę nowy wybuch ogarnął.
— Widzisz, droga! Ja ciągle o tobie, tylko o tobie! Nie imaginujesz sobie, co mnie kosztowało, nie wymiarkujesz, ile mozołu, ile przeszkód!... Pokonałam, zwyciężyłam — a wszystko w imię przywiązania! Nie mam córki! Ciebie pokochałam jak córkę!... Czujesz sapkę?! Sercowa! Zacne dziecko!...
— Pani hrabina ma zaszczyt prosić panią szambelanowę na chwilę rozmowy! — rozległ się monotonny głos kamerdynera pani de Vauban.
Księżna pobladła.
— Dobrze — zaraz... pani szambelanowa!...
— Bo pani hrabina...
— Możesz odejść!...
— Lecz, mościa księżno, pozwól — skoro...
— Wiem, co ci chce powiedzieć...
— Choćby nawet!...
— Otóż — otóż — jest odpowiedź — Wszystko skończone! Dziś o dziesiątej! Constant uprzedzony! Rozumiesz! Jej się strzeż! Chce cię usidlić dla swoich planów, całe życie była intrygantką! Ja pierwsza przynoszę ci wiadomość ostateczną — ja... Słów mi braknie! O, bo czucie dla mnie za bliskie! Niech cię jeszcze uściskam! Nie bierz mi za złe moich ciągłych przestróg, lecz obowiązek zniewala mnie strzec cię i chronić... Constant uprzedzony — a gdy on jest uprzedzony — więc cesarz!... Ale, chcesz, pojadę do Constanta?!... Pomówię o tobie!
— Do... do kamerdynera?...
— Dziecko drogie — a Ryx?... Nasz dawny Ryx, kawaler orderu! Każdy musiał się z nim liczyć... Taki ma zawsze przystęp do osoby i cierpliwe ucho pana!... Ja biorę Constanta na siebie!
Pani Walewska teraz dopiero zrozumiała całą prawdę. Oczy szambelanowej mgłą zaszły.
— Mówisz zatem, mościa księżno, że dziś?!...
— Tak — tak, Marylko! Z pewnością dziś!.. Constant uprzedzony. Więc... jeżeli będziesz miała okazję wspomnieć, chociaż najlepiej byłoby odrazu się zastanowić, czego masz żądać...
— Jakto?!
Księżna spuściła oczy.
— Bo, widzisz... nie wiem, czy potrafię ci wyświetlić... Mężczyźni są wszyscy jednakowi. W pierwszym zapale gotowi na wszystko, nie masz dla nich dość ciężkiej ofiary, potem stygną. Więc to, czego nie zyskasz odrazu, nie zyskasz może nigdy.
— Prawda, prawda! — rzekła w zamyśleniu szambelanowa.
— Musisz się zastanowić! Dla Anastazego wielką wstęgę i krzesło w senacie... Nawet pewno cesarz sam z siebie będzie o nim pamiętał...
Pani Walewska drgnęła.
— Dalej, Ksaweremu możnaby urząd jakiś... byle z intratą, bo wiesz, dzieci dużo... Starsi chcą do wojska, z tem nie będzie trudności, pułkowników dwóch więcej, czy mniej...
— A pani, mościa księżno, pani?!
— Ja? — odrzekła skromnie księżna, nie poczuwszy oschłości zapytania. — Ja?! Nic! Idzie mi o syna — o starostwach przepadłych już ci wspominałam! Zresztą nic! Byle z tobą, byle przy tobie... chyba, żeby się zdarzyła sposobność, w takim razie, deklarowałabym się na damę dworu...
— I cóż więcej?!
— Marylko, mówisz, jakbyś wątpiła o mej bezinteresowności!
— Przeciwnie — jestem jej pewną!
Po tej rozmowie, przerwanej po raz wtóry przez kamerdynera pani de Vauban, pani Walewska trafiła na zwierzenia hrabiny, które, choć różne nieco treścią i wytwornością formy, zgadzały się w osnowie.
Pani Walewska i tym razem wysłuchała cierpliwie całej skali wykrzykników, przysiąg, zaklęć, niewinnych westchnień, skromnie podkreślonych uwag o należnej wdzięczności, aż biernością swoją zmęczyła tak hrabinę, że ta pierwsza zmieniła przedmiot i przeszła do udzielania rad.
— Musisz się uzbroić w przytomność! Odpowiadaj mu szybko, frazes każdy odwracaj, na każde słowo musisz mieć dziesięć... Pamiętaj o sentymencie! Wiem z pewnością, że sentyment mu się będzie podobał. Naturalnie, będziesz podkreślała, iż dla purpury masz cześć, że olśniona jesteś sławą bohatera, ale afekt twój tam się zaczyna, gdzie jest on tylko sam, bez korony, bez dworu! Pozwól, dam ci gotową apostrofę. Gdy, bezwątpienia, będzie ci wyrzuty czynił za oziębłość, ty oczy przymrużysz zlekka, nadasz głosowi cichy, nieśmiały „wibr“ i powiesz: „Twój majestat, sire, tłumił serca bicie!“ — A w dalszym ciągu dodasz, żeby lepiej się zaakcentować: „Bo... je lękiem przejmował, bo je blaskiem oślepiał, bo pragnęłoby czasem widzieć cię, tylko w mundurze twego żołnierza, bo trwoży się spoglądać ku ponad chmury wyrosłym szczytom, bo ono nie dla imperatora uderzyło!...“ Tu westchniesz cicho, żałośnie i twarz w dłoniach skryjesz...
W ten sposób prowadzona instrukcja przeciągnęła się do późnego wieczora.
Szambelanowa siedziała w głuchem milczeniu, ani słowem nie protestując, nie przerywając, o nic nie pytając, niczemu nie przecząc.
Od czasu do czasu oczy pani Walewskiej ożywiały się, rozpalały się jakimś ogniem i zdawały się wskroś przezierać wątłą postać hrabiny.
Pani de Vauban, mimo całej swej wrodzonej zimnej krwi, pod magnetycznem tem spojrzeniem mieszała się, plątała i z trudem wracała do wątku. Chwilami znów ten spokój szambelanowej, ta jej bierność — budziły niepewność, nieufność w hrabinie. I pani de Vauban występowała śmielej, zapuszczała się aż na krańce przypuszczeń, spodziewając się znaleźć protest, opór — daremnie.
Pani Walewska pozostawała niewzruszona.
Noc zapadła, wilgotno zimna, przejmująca noc. Salony pałacu pod Blachą opustoszały. Goście pani de Vauban, nie mogąc się docisnąć do ukrywającej się w bocznych pokojach pani Walewskiej, rozjechali się, rozwożąc po mieście setki najdziwaczniejszych plotek, osnutych na półsłówkach hrabiny i domyślnikach, rozrzuconych obficie przez księżnę.
W buduarze pani de Vauban, księżna Jabłonowska w towarzystwie Fryny Czosnowskiej czekała na koniec rozmowy hrabiny z szambelanową. Fryne starała się zabawić księżnę, a rozproszyć jej zniecierpliwienie, lecz, w miarę posuwania się wskazówki zegara, niepokój księżnej wzrastał, potęgował się.
Wybiła dziewiąta. Księżna porwała się z kanapki.
Ma foi, to niemożliwe. Hrabina nie zastanawia się nad skutkami! Czas najwyższy!...
— Zaręczam, że Vaubanka nic nie spóźni!
— Być może... ale nareszcie i ja mam coś jeszcze do powiedzenia Marylce... Chyba jako familjantka...
— Ileżbym dała za to, żeby być na jej miejscu!
— Nie, dłużej czekać niepodobna! Dziewiąta! Może zapomniała o godzinie!
— Och! Vaubanka! Vaubanka nie zapomni! — rzekła z przekonaniem Fryne.
Jakby na potwierdzenie słów Czosnowskiej, w bocznych drzwiach ukazała się hrabina.
Księżna podeszła śpiesznie ku przybyłej.
— Moja najdroższa!... Dziewiąta!... Czas wielki!...
— Stąd przecież tylko parę kroków!...
— I cóż Marylka?... Jakże?...
Hrabina westchnęła zlekka.
— Uczyniłam wszystko, co w mojej mocy!
—  ?... i?!...
— I zdaje się, że jest dobrze! Tylko!...
— Tylko co?! — badała natarczywie księżna.
— Jest tak zrezygnowaną, aż jestem niespokojna.
— Pozwól, moja najdroższa... muszę wiedzieć...
— Poddanie się jej tak raptowne, tak nieograniczone, utwierdza mnie tylko w podejrzeniu, że sentyment jej dla Gorajskiego sięga tam, gdzie może się stać groźnym.
— Groźnym?!
— I bardzo! Dziś dla niego skłania się — nie wątpię, że o nim nadewszystko mówić będzie cesarzowi...
— Lecz w takim razie sprawa gotowa się wydać!...
— No, nie odrazu — byłam o tyle ostrożną, że cesarz wie o jakiemś zajściu, więc go prośba nie zdziwi. O dziś nie trzeba się obawiać, lecz o jutro!
— Cóż zatem myślisz?!
— Tymczasem gra zaczęta — potem zobaczymy, będziemy musiały akkomodować do wypadków!
— Złote, zacne serce! Henrjetko! Wiesz, niema poświęcenia, do którego nie byłabym zdolną!...
Damy serdecznemi uściśnieniami stwierdziły tę decyzję i z równą energją przystąpiły do ostatnich przygotowań, przyczem, gdy księżna wzięła na siebie trudy uzupełnienia rad i wskazówek, mogących być pożytecznemi szambelanowej, hrabina zajęła się przeprowadzeniem ostatniej, piorunowej korespondencji z Zamkiem...
Na parę minut przed dziesiątą u podjazdu pałacu pod Blachą stanęła kareta. Z kozła jej zeskoczył strzelec w bogatym uniformie, ruszył prosto do przedsionka i polecił się zameldować hrabinie.
Służba pałacowa zdziwiła się nieco tej śmiałości swego kolegi, a więcej jeszcze zastanowił ją uniform przybyłego. Wahanie atoli przerwał kamerdyner pani de Vauban.
Przybycie karety znalazło natychmiastowe echo w buduarze hrabiny, o nerwowe drżenie przyprawiło księżnę Jabłonowską, nawet na różowej twarzyczce Fryny Czosnowskiej wywołało silniejsze kolory.
Pani de Vauban zbliżyła się do zasuniętej w ramiona głębokiego fotela szambelanowej i dotknęła zlekka jej ramienia.
— Marylko — już czas!
— Czas?!
— Tak, droga moja, kareta czeka! Musimy jechać!
Pani Walewska skinęła przyzwalająco głową.
Hrabina dała znak Frynie.
Czosnowska z całą gorliwością zajęła się sama otulaniem pani Walewskiej w wielką, puszystą szubę i spowijaniem jej chustami.
Szambelanowa poddawała się biernie Czosnowskiej, nie próbowała dociekać, dlaczego Fryna z takiem wzruszeniem ściskała ją, dlaczego szeptała raz po raz: „Ach, jaka pani musi być szczęśliwa!“ Panią Walewskę nie dziwiło ani rozrzewnienie księżnej, ani czułości, okazywane jej przez panią de Vauban. Słyszała i rozumiała wybornie i te wezwania do rozwagi i serdeczne napomnienia o potrzebie skupienia przytomności i pobożne westchnienia o pomyślność, i te różnorodne gamy uczuć, rozkładanych ostentacyjnie przez wszystkie trzy damy.
Pani Walewska choć potakiwała swym opiekunkom, choć niby to dzieliła z niemi i obawy i nadzieje, w sobie samej jednak była zimną, spokojną. To, co się działo z nią i dokoła niej, wydawało się jej zupełnie naturalnem, słusznem i logicznem. Wszak podjęła się prawie pośrednictwa, przyrzekła marszałkowi, dała słowo Wybickiemu! Wszak uprzedzono ją, że ma zachować tajemnicę, że ma sama ponieść cały ciężar wobec opinji, że nie wolno zaprzeczyć ani małych rachub, ani mizernych planów, że nikt domyślać się nie powinien, jaki ciężar słów ponieść ma cesarzowi na pierwsze spotkanie!
Tą świadomością dźwiganego brzemienia falowała pierś szambelanowej, głuchym łomotem biło jej serce, i ta świadomość prostowała ją hardo, pogardliwym uśmiechem zakwitała na jej ustach, pewnością znaczyła każdy ruch pani Walewskiej.
W imię najdroższych uczuć, najgorętszych zaklęć zażądano, by się poświęciła, aby się ziemi swej Judytą stała! I będzie nią, byle prędzej, byle już spotkać się z nim oko w oko, byle rzucić mu do stóp te doniosłe wyrazy, byle nieugięte podyktować mu warunki, a potem... potem żyć życiem innych, oddychać wiewem, dokonanego dzieła, a smutek własny, ból ponieść w zaświaty.
Panią Walewskę opanowało nerwowe drżenie. Powolność pani de Vauban drażniła ją.
— Jedziemy!
— W tej chwili, moja najdroższa!... Tylko jeszcze tiunikę!
— Gotujesz się pani, jak na dworskie przyjęcie! — zauważyła opryskliwie szambelanowa.
— Muszę — na wszelki wypadek.
W karecie szambelanowa uspokoiła się nieco.
Hrabina, która z całem zaparciem się dopełniała obowiązków opiekunki, jeszcze i tych ostatnich chwil chciała użyć na udzielenie swej pupilce światłych rad, lecz pani Walewska nie dała jej przyjść do słowa.
— Pozwól mi, hrabino, zebrać myśli!
— Właśnie sądziłam, że ci dopomogę... przedewszystkiem!...
— Wiem, co mam czynić...
— Moje dziecko!... Co to? Brama!... Jesteśmy w Zamku!...
Kareta zadudniła głucho, jeszcze potoczyła się kilkanaście kroków po podwórcu zamkowym i zatrzymała się w drugiej bramie.
Drzwiczki otworzyły się z hałasem. Pani Walewska stanęła przed słabo oświetloną sienią, przed którą rysowała się barczysta postać grenadjera.
Szambelanowa machinalnie zawróciła ku sieni, lecz grenadjer zmierzył ją bystrem spojrzeniem i zagadnął ostro.
— Kto? Dokąd?
Pani Walewska zmieszała się, nie wiedząc, co odpowiedzieć, lecz równocześnie prawie strzelec nawiązał cichą rozmowę z grenadjerem.
Pani de Vauban zaś, która pospieszyła wysiąść za szambelanową, uznała za stosowne wyjaśnić tę niespodziewaną przeszkodę.
— Jeszcze nie wiedzą!... Osłoń twarzyczkę woalem! naturalnie, to się potem zmieni... Dworski porządek, no i niedoświadczenie Duroca! Na dworze Ludwików marszałek za podobną niestosowność byłby usuniętym ze służby!... No, tu bądź co bądź, są obozem, nie mieli czasu... trzeba mieć wyrozumienie!...
— Ja tam o niczem nie wiem! — rozległ się nagle silniej głos grenadjera, rozmawiającego ze strzelcem. — Dawno po dziewiątej, rozkazu niema! Proszę zameldować się u służbowego kapitana, tam na lewo, w rogu... w tem oknie, gdzie światło!...
Strzelec pobiegł we wskazanym mu kierunku. Grenadjer, niezadowolony snać z odwiedzin, mruczał do siebie pod nosem.
— Constant! Mnie żaden Constant nie ma nic do rozkazania! Constant! Sacrebleu! dziewiąta, capstrzyk, i żeby bataljon Constantów szedł, ani kroku!... Nawet... nawet licho nadało, że tę landarę do bramy wpuściłem!... Damy do pana Constanta!...
— Mój przyjacielu! — ozwała się pojednawczo hrabina, chcąc przerwać monolog grenadjera. — Rzecz się wyjaśni, niepotrzebnie wpadasz w zły humor!...
Grenadjer stuknął niecierpliwie karabinem.
— Przedewszystkiem nie żaden „przyjaciel“... tylko sierżant drugiej kompanji grenadjerów pieszych gwardji! A potem, tyle się wyjaśni, że po dniu wolna droga do pana Constanta! Radzę do pudełka siadać i zawracać zpowrotem!
— To już nie wasza rzecz!
— Moja, czy nie moja, a Constanta pani nie zobaczysz! Mały kapral jeszcze ani myśli o śnie, Constantowi na krok odejść nie wolno! Zresztą, nie masz pani pojęcia!
— Zabawny człowiek! — zauważyła hrabina, z udaną swobodą zwracając się do pani Walewskiej.
— No, no, tylko proszę bez uwag i rezonów! Idzie kapitan... będzie miała pani odpowiedź!...
W głębi podwórza rozległ się miarowy brzęk ostróg.
Panią Walewskę ogarnęło nagle nerwowe drżenie.
— Wracajmy! — szepnęła do pani de Vauban.
— Dziecko! co za myśl!...
— Wracajmy! — nalegała szambelanowa. — Ja tu nie chcę... nie mogę ani chwili dłużej.
Hrabina ujęła panią Walewskę pod ramię.
Marie! Zastanów się! Niepodobna!
— Pozwól mi do domu!
— Co za nierozsądek! — Pomyśl tylko — on czeka! Odwagi, zimnej krwi! Zaklinani cię! Oficer! Osłoń twarz — osłoń!...
Szambelanowa machinalnie nasunęła chustkę na oczy.
— Panie będą łaskawe pozwolić za mną! — rzekł oschle, przyprowadzony przez strzelca, oficer i ruszył w głąb podwórza.
Hrabina mocniej ścisnęła ramię pani Walewskiej i pociągnęła ją za sobą.
Oficer prowadził szybko, zamieniając urywane wyrazy z krążącymi szyldwachami i dążąc ku wąskiej, ciemnej sieni. Stąd krętemi schodami powiódł na pierwsze piętro do wielkiej, sklepionej komnaty, w której dwóch innych oficerów zabawiało się grą w karty.
Oficerowie, na widok kolegi i dwóch postępujących za nim kobiet, porwali się raźno z za stołu.
— Kapitanie, do kroćset... — zaczął wesoło młodszy z oficerów, — toć dalipan czarodziejem jesteś, że na tem bezrybiu!...
Kapitan przerwał mówiącemu energicznym ruchem ręki i rzekł chmurnie:
— Poruczniku Rousseau, zaprowadzisz te damy do dyżurnego komisarza i powiesz mu, że przybywają w sprawie pana Constanta!
Porucznik wyprostował się, dociągnął bandolet pałasza na piersiach i, skłoniwszy się damom, ruszył naprzód ku drzwiom. Kapitan zaś dodał równocześnie, zwracając się do pani de Vauban.
— Proszę za porucznikiem!...
— Bardzo dziękujemy! — ozwała się z godnością hrabina.
Kapitan skrzywił się ironicznie.
— O, niema za co!... Porucznik czeka!
Pani de Vauban uścisnęła znacząco rękę pani Walewskiej i zapuściła się w labirynt ledwie oświeconych przejść, komnat nawpół opuszczonych, a tonących w mrokach krużganków i korytarzy.
Rousseau prowadził szybko — już po kilku minutach zatrzymał się przed drzwiami, strzeżonemi przez grenadjerów gwardji, a chcąc snać korzystać ze światła dwóch jasno palących się lamp, zwrócił się ku hrabinie.
— Jesteśmy na miejscu. Może pani życzy sobie wypocząć?
— Nie, panie kawalerze! — odrzekła pospiesznie pani de Vauban, osłaniając twarz przed natarczywem spojrzeniem oficera.
— W takim razie!... Proszę!
Rousseau nacisnął klamkę i wprowadził damy do wielkiej, czworokątnej komnaty, w której przy małem biureczku, wpół siedział a wpół leżał na fotelu barczysty mężczyzna w zielonym fraku ze złotymi galonami.
Mężczyzna, na widok wchodzących, ziewnął obojętnie i wyciągnął silniej nogi w kierunku buchającego żywym płomieniem kominka.
Porucznik podszedł do komisarza i konfidencjonalnie szepnął mu kilka słów do ucha. Komisarz powstał szybko z fotela, zmierzył bystrym wzrokiem przybyłe damy, i rzucił zagadkowe pytanie porucznikowi.
— Za pozwoleniem, wiem o jednej — a tu dwie!...
Rousseau uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
Komisarz dobył okularów z szufladki, nałożył je z powagą, zaczem jął rozpatrywać leżącą na biureczku kartkę.
— Wyraźnie jedna! — bąknął. — Chociaż kto go wie! Constant mógłby śmiało od alfabetu zacząć! Lecz skądby dwie?!...
— Ja sądzę, że... że... to niemożliwe! — zauważył powoli porucznik.
Komisarz zmarszczył się.
— Panie Rousseau... do miłego zobaczenia.
Porucznik, doprowadzony tem pożegnaniem do służbowego porządku, wyszedł z komnaty.
Komisarz wskazał przybyłym damom na krzesła.
— Proszę tymczasem, zobaczymy! Zaczem pociągnął za sznur dzwonka i, wydawszy jakieś ciche rozkazy przybyłemu lokajowi, zapadł w poręcze fotela.
Nastąpiła znów dla pani Walewskiej nieznośnie długa chwila oczekiwania, którą pani de Vauban daremnie starała się rozproszyć i usprawiedliwić zaręczeniami, że choć na dworze Ludwika bezwątpienia panował o wiele większy ład, jednak to marudztwo trzeba przypisać wyjątkowemu nieporozumieniu, które więcej się nie zdarzy.
Nareszcie lokaj powrócił z odpowiedzią. Komisarz znów przez okulary jął rozpatrywać podane mu pismo, znów wybełkotał uwagę o potrzebie oddania Constanta na naukę alfabetu, aż wkońcu zbliżył się z przesadzonym ukłonem ku damom i zadeklarował uroczyście.
— Pan Constant czeka!...
— No przecież! — westchnęła z ulgą pani de Vauban. Można tu doprawdy nauczyć się cierpliwości!
— Jakto?!
— Od godziny prawie... nie możemy się dostać do Constanta!
Komisarz wydął obwisłe policzki.
— Do pana Constanta! — poprawił z godnością. — Zależy o której godzinie! W nocy rzeczywiście lada komu nie wolno spacerować po cesarskiej kwaterze!
— Jesteś pan grzecznym!
— Jednakowo dla wszystkich! Proszę tędy!
Komisarz zawrócił szybko ku kotarze, zasłaniającej wyjście na korytarz, a stąd, po kilku zakrętach śród labiryntu wąskich przejść i niewielkich komnatek, zatrzymał się przed małemi drzwiami.
— Tu jest pan Constant!
Hrabina chciała ująć za klamkę. Drzwi atoli otworzyły się raptownie, ukazując suchą, kościstą głowę mężczyzny o małych, świdrujących oczach i jowialnie uśmiechniętej twarzy.
— Sługa najniższy! Proszę, proszę dalej! Może tu, na kanapce, będzie wygodniej....
Hrabina pociągnęła zlekka szambelanowę ku wskazanej kanapce. Mężczyzna kłaniał się, uśmiechał i mówił dalej.
— Może niewygodnie! Może lepiej tu, na prawo!... Już byłem w niepewności... bo dziesiąta się zbliża!... Duroc wprawdzie zaręczył, lecz z paniami trudna sprawa zawsze!... Przed dwoma laty z panią de Vaudey mieliśmy audjencję wieczorną, wyznaczoną od tygodnia z górą... Czekamy, mijają godziny, niecierpliwimy się... niema! Cóż się okazuje...
— Pozwól, panie Constant, że ci przerwę! — wtrąciła raptownie hrabina, postrzegłszy w porę, że gadatliwość kamerdynera cesarskiego wkracza na zbyt niepożądane tory. — Ledwie dostałyśmy się! Co tu formalności. Co tu legitymacyj!
— Główna kwatera, pani hrabino! Niema czasu na zaprowadzenie udogodnień! W Tuillerach mamy drogę ułatwioną, tu niepodobna inaczej! Ale niechże panie raczą zdjąć okrycia! Gorąco, potem łatwo się przeziębić! Jeszcze w tym okropnym kraju! Proszę, proszę!
Constant posunął się żwawo ku damom, pomagając im uwolnić się z szub i chust, a okiem znawcy przyglądając się pani Walewskiej, gdy w końcu ta ostatnia nerwowym ruchem zrzuciła z głowy ostatnią koronkową zasłonę.
Constant oczy przymrużył i nagle umilkł.
Szambelanowa, uczuwszy na sobie wzrok cesarskiego kamerdynera, zacięła usta gniewnie. Wzrok ten drażnił ją, obrażał.
— Czy długo jeszcze!?
Constant wyciągnął zegarek.
— Pięć minut, całe pięć minut!
— Jesteś pan, widzę, punktualnym!
— Co robić, z dziwakiem inaczej nie można! O dziesiątej wolno mi zameldować!... A uczynię to z całą przyjemnością... Cały mój szacunek i gotowość do usług... Ale!... Przed chwilą byłem w nielada ambarasie, bo komisarz przysyła mi zapytanie, czy i drugą damę ma wprowadzić! Naturalnie domyśliłem się, lecz na razie, pani hrabina rozumie — zakłopotanie, bardzo zabawne zakłopotanie!
Constant zarechotał przeciągle.
Szambelanowa cisnęła ręką pulsujące skronie.
— Mój panie Constant, — zagaiła pani de Vauban. — Przecież nie mogłam pozwolić, aby szambelanowa sama!
— Bezwątpienia, bezwątpienia! — przyznał kamerdyner, mrugając filuternie małemi oczkami. — Trzeba się do nas przyzwyczaić!... Dziesiąta dochodzi! Panie pozwolą — pójdę się dowiedzieć.
Constant wyszedł szybko z pokoju.
— Wcale miły człowiek!
— Lokaj!
Hrabina westchnęła.
— Cesarza!... Lecz pojmuję twoją szlachetną odrazę!... A cóż ja mam powiedzieć! Sądzisz, że we mnie krew Barbantane’ów nie upomina się, o należne względy! Rozsądek zaparcia się, a przyjaźń lekkiem czyni poświęcenie! Constant ma stanowisko, ma przystęp do osoby! U Ludwików golarze umieli grozić ministrom — Napoleon goli się sam, stąd wpływ Constant! Wpływ tem większy, że mameluk Rustan nie umie ze swego korzystać...
Szambelanowa skrzywiła się sarkastycznie.
— Ciebie, Marylko, dziwi!
Pani Walewska nie zdążyła odpowiedzieć, gdy w pokoju zjawił się Constant z miną uroczyście zafrasowaną.
— Cóż, jakże?
— Nic! Zleciłem Rustanowi! Zaraz będzie odpowiedź!... Meneval pisze jeszcze w najlepsze! Trzech kurjerów czeka!
— Więc może...
— Nic nie wiadomo, pani hrabino!... Nic nie wiadomo! U niego co sekunda nowina. Czasem aż ciężko! Przed chwilą Rustan podawał mu lody! A potem będzie miał Corvisart za swoje!... Wszystkiego Sebastiani narobił! Zdaje mi się, że skończy w Konstantynopolu swoją karjerę! Mam po temu dane!
Constant zasunął uroczyście rękę za klapę fraka mundurowego.
— Czy być może? Książę Borghese mówił wczoraj przeciwnie!
Constant otrząsnął się pogardliwie.
— Ten nie ma wyobrażenia! Spotka go nawet nauczka, odeślemy go do Paryża żonie!... Ale, może wolno mi czem służyć pani szambelanowej!? Może kieliszek burgunda?... Bo to, panie, rozmaicie...
Pani Walewska spojrzała ostro na kamerdynera.
— Mój panie Constant, zechciej spełnić nadewszyslko swój obowiązek i zamelduj o mojem przybyciu najjaśniejszemu panu!
Na ten zwrot ostry, suchy, Constant wtulił głowę w ramiona i wyjąkał niepewnie.
— Owszem, właśnie... Rustan powiadomiony!...
Panią Walewskę odpowiedź ta wzburzyła, jakąś rozpaczliwą obudziła energję.
— Nie do Rustana miałeś mnie pan meldować! Nie przybyłam tu, aby antykamery zwiedzać — odjeżdżam!
Szambelanowa podniosła się i zmierzała ku wyjściu.
Hrabina porwała się za nią i jęła zatrzymywać.
Constant, przerażony tą stanowczością, usprawiedliwiał się, a perswadował.
— Ani myślałem urazić!... Pani szambelanowa raczy się mylić!... Z powodu spóźnionej pory jesteśmy w oficynie zamkowej... Rzecz się natychmiast ułoży...
— Ależ naturalnie, Marylko, pan Constant jest....
— Z całą życzliwością, pani szambelanowo dobrodziejko! Z całym szacunkiem.... Poczekalnia cesarska pełna ordynansów!... Czyżbym śmiał tam wprowadzać...
— Bezwątpienia, drogie dziecko, pan Constant tylko przez życzliwość...
— Wracam.
— Bądź rozsądną! Pomyśl, co świat na to powie! Zastanów się!...
Lekkie pukanie do drzwi w głębi przerwało zatarg.
Constant uchylił pospiesznie drzwi, — zamienił kilka słów z osobą, stojącą po za niemi, i powrócił do pani Walewskiej z miną triumfującą.
— Pani szambelanowo, najjaśniejszy pan rozkazał prosić panią do zielonego gabinetu!...
— Widzisz... widzisz, niedobra!...
Pani Walewska pochyliła głowę.
— Niech pani raczy za mną... tylko radziłbym narzucić chusteczkę... będziemy przechodzili przez sale służbowe...
— O, jaki pan dobry, panie Constant! Jaki pan dobry! Pozwól, moje dziecko! Tak — teraz możesz, osłania cię wybornie!...
— Służę pani! — nalegał kamerdyner.
Szambelanowa postąpiła parę kroków, a postrzegłszy, iż pani de Vauban nie idzie za nią, przystanęła.
— A pani? — zagadnęła niespokojnie.
— Ja — ja, moja Marylko, tu... zostanę! Zaczekam!... Pojmujesz...
— Tak, tak! — przytwierdziła gorączkowo pani Walewska. — Ma pani słuszność! Sama muszę! Zresztą to nie długo potrwa! Wiem, co mam powiedzieć!... Proszę czekać, za chwilę, zaraz powrócę!...
— Tylko kurażu, tylko kurażu więcej! Słuchaj, a sama do niczego się nie zobowiązuj, wiesz! Pamiętasz, com ci mówiła! — szeptała pani de Vauban.
Szambelanowa próbowała się uśmiechnąć.
— Och! Bądź pani spokojna!
— Mój panie Constant!...
Kamerdyner skłonił się głęboko pani de Vauban i przerwał.
— Zgaduję, co mi pani hrabina chce powiedzieć! Cała moja uwaga, całe moje doświadczenie... Służę, służę! Tędy!
Zaledwie pani Walewska przestąpiła próg komnaty, w której honory domu czynił jej Constant, gdy mocne, głuche dotąd izby i sale zamkowe przybrały zgoła inną postać. Tu potoki światła biły z każdego zakamarka, rozpraszały każdy cień, każdą taflę posadzki zalewały. Tu Zamek żył i tu czuwał.
Pani Walewska po kilkakroć ocierać się musiała o mundury sztabowców, adjutantów, o fantastyczne ubiory mameluków, o fraki i galony dworskiej służby.
Constant kroczył przodem, zamieniając niekiedy ze spotkanymi uprzejme ukłony, niekiedy na uśmiech odpowiadając uśmiechem, a niekiedy mrużąc tylko filuternie oczy i kładąc znacząco palec na ustach.
Po kilkakroć wśród szepczących między sobą gromadek oficerów, na widok pani Walewskiej, powstawał przeciągły, drażniący szmer, w którym nietrudno było odróżnić stłumiony chichot, — lecz jedno spojrzenie Constanta odgłosy te uciszało.
Pani Walewska odgadywała znaczenie tych szmerów, rozumiała szyderstwo uśmiechów, po przez narzucony na twarz woal czuła bezczelność słanych ku niej spojrzeń, zdołała nawet pochwycić cichy wykrzyknik młodego oficera gwardzisty: — „Sapristi, nie lada to musi być kąsek!“ — a mimo to, nietylko nie traciła przytomności i pewności, lecz zdawała się nabierać mocy, hartu i siły. Szła dumnie, hardo, pewnie — szła; a każdy jej puls, każdy muskuł, każda kropla krwi, walącej młotami o jej skronie, brzmiała echem słów Małachowskiego, dźwięczała świadomością czynionej ofiary.
Ta czereda bezduszna, stopiona w skinieniu Banapartego na miazgę, pełzająca u jego stóp, ani wie, kogo ma przed oczyma! Ani się spodziewa, że pan jej, że mocarz, przed którym oni się gną, pozna za chwilę i ujrzy kres swej władzy! Ani domyśla się, jakie zaklęcia ów potężny musi złożyć, aby bodaj ręki tej mógł się tknąć!
— Już zaraz gabinet zielony! — szepnął Constant, odwracając się ku szambelanowej.
Pani Walewska kiwnęła spokojnie głową.
— Dobrze!
Constant odchrząknął, poprawił machinalnie klapy fraka i rozsunął wielką firankę, zasłaniającą szczelnie drzwi.
Pani Walewskiej mignął się w oczach zawój mameluka i twarz śniada, rozpłaszczona, apatyczna.
Drzwi otworzyły się cicho. Szambelanowa znalazła się w wielkim pokoju, słabo oświetlonym kandelabrem, obwieszonym zasłonami niebieskiemi.
Szambelanowa rozejrzała się niepewnie. Pokój był pusty, tylko w przeciwległym końcu, na tle jasnych odrzwi, rysował się wysmukły cień służbowego oficera.
Constant przystanął i wskazał pani Walewskiej fotelik pod ścianą.
Szambelanowa zdziwiła się.
— Czy to tu? — zagadnęła szeptem.
— Tu! Widzi pani... Tam, gdzie ordynans służbowy... tam cesarz!...
— A... a! Więc?!
— Nic! — objaśniał dalej kamerdyner. — W tej chwili jest zajęty, lecz zaraz pewno każe panią prosić. Już wie, że pani czeka!.... Tu można zdjąć woal zupełnie swobodnie!... Odrobinę cierpliwości! Duszno?!... Ba! A wyrzeka jeszcze, że mu zimno!... Ja tymczasem będę obok!
— Pan odchodzi?
— Taki regulamin, tu tylko ordynans i osoby przypuszczone do wyjątkowego posłuchania! Ale już niedługo, bo dwóch kurjerów odjechało!
Constant skłonił się i wyszedł na palcach z komnaty.
Panią Walewskę to nowe oczekiwanie nieprzyjemnie dotknęło, zatamowało odrazu bieg myśli jasnych, prostych, a trzeźwych i znów obudziło w szambelanowej jakieś uczucie niepewności, trwogi.
Nastrój ten spotęgowała cisza, panująca wokół i mrok, strojący w fantastyczne kontury całe wnętrze komnaty.
Zwolna pani Walewska oswajała się i z ciszą i mrokiem. Pierwsza zaczęła przemawiać do niej chrobotem, idącym nieprzerwanie od strony gabinetu cesarskiego, chrobotem nieokreślonym, niezrozumiałym, chwilami wydającym się być strzępami żwawej, ucinkowej rozmowy, a chwilami zakrawającym na szelest przerzucanych papierów. Ów chrobot nadto zagłuszało od czasu do czasu ciche brząkanie ostróg, znaczące niedostrzegalne ruchy ordynansa służbowego, lub oddalony zgiełk uliczny, nieśmiało zakradający się do komnaty.
Mrok również zwijał przed oczyma szambelanowej swe zasłony.
Pani Walewska rozróżniała dokładnie marmurowe linje kominka, wzorzyste obicia na ścianach, wielkie portrety, bijące szkarłatem, a poglądające trupio blademi twarzami, zawiłe, pstre zygzaki rozciągniętego na podłodze kobierca, złocone krawędzie rozstawionych stołków i foteli, dostrzegła nawet podpinkę lśniącą u niedźwiedziej czapy stojącego nieruchomie oficera i szamerowania na jego mundurze i wielką rękojeść pałasza.
Oczekiwanie przedłużało się, zaczynało męczyć szambelanowę. Po kilkakroć zdawało się, że słyszy szarpnięcie klamki... że lada oka mgnienie, a padnie jej nazwisko, lecz za każdem takiem złudzeniem jeno cisza w komnacie zapadała dla Pani Walewskiej głębsza, jeno martwota większa.
Naraz ostrogi zadźwięczały dłużej, przeciąglej.
Pani Walewska machinalnie zwróciła głowę ku sylwetce oficera — twarzy atoli, ocienionej mocno, strzępiącym mu się tuż po nad czołem, brzegiem bermycy, dojrzeć nie mogła.
Szambelanowej przyszło na myśl, że nie jej samej tylko czas dłuży się nielitościwie i że ten oficer bezwątpienia musi być mocno zaciekawiony jej obecnością i zapewne skraca sobie czas domysłami.
Pani Walewska uśmiechnęła się sama do siebie, cóż ją obchodzić mogła opinja takiego pionka, gdy zdeklarowała się całemu światu rzucić rękawicę w osobie Napoleona.
Wtem, drzwi, któremi szambelanowę wprowadził Constant, rozwarły się gwałtownie. Do komnaty wszedł oficer, w niedającym się rozeznać uniformie, zamienił z ordynansem niemy ukłon wojskowy i wyrzucił zadyszanym głosem.
— Kurjer z Paryża!
Ordynans zastukał do drzwi cesarskiego gabinetu i po małej przerwie otworzył je.
Strumień światła wpadł z gabinetu do komnaty.
Pani Walewska w strumieniu tym widziała dokładnie marsowo ciemną twarz kurjera, dostrzegła nawet skurcz gwałtowny jej muskułów w chwili, gdy przed nią zarysowała się wyrazista głowa cesarza. Słyszała każdy wyraz.
— Skąd?
— Z Paryża, najjaśniejszy panie!
— Nareszcie! Dawaj!
Nastała chwila milczenia, przerywanego trzaskiem rozdzieranych kopert, poczem lakoniczna konkluzja.
— Dobrze! Jutro zamelduj się w sztabie!
Kurjer cofnął się tyłem za próg. Oficer ordynansowy postąpił naprzód, aby zamknąć drzwi, lecz, potrącony z lekka przez kurjera, odwrócił się, aby go przepuścić.
Strumień światła, bijącego z gabinetu padł przytem na bladą twarz oficera ordynansowego...
Pani Walewska zadrżała zleklca — oficerem tym był po rucznik Ornano.
Drzwi tymczasem zamknęły się, mrok znów zapanował. Kurjer zamienił ukłon z ordynansem i wyszedł. Ordynans zapadł w swą skamieniałą postawę u progu cesarskiego.
Pani Walewska otrząsnęła się z pierwszego wrażenia.
Spotkanie to nie było jej miłem. Sama nie wiedziała dlaczego, lecz dałaby wiele, żeby teraz jego tu nie było, żeby na miejscu porucznika stał, wszystko jedno kto, byle nie on!
Czy tylko nie omyliła się!? Błąd wydał jej się niemożliwym!... To był on! On bezwątpienia, choć jakby zmieniony, niepodobny do siebie!
Szambelanowa natężyła wzrok. Oficer ordynansowy zdawał się być na głaz stężałym, bo już nawet teraz brzęk ostróg nie zdradzał najlżejszego poruszenia.
Pani Walewska westchnęła.
Porucznik widocznie jej nie poznał. I nie mógł jej poznać, bo mu na myślby nie przyszło, aby to ona mogła być! Rozmawiali tak krótko.
Przekonanie, że jest niepoznaną, uspokoiło szambelanowę, równocześnie atoli obudziło w niej myśl dziwną, że choć tak jak jest — jest lepiej, lecz mimo wszystko jest źle — źle bardzo! Pani Walewska starała zdać sobie sprawę z tego zła, opędzić się temu dziwnemu przeświadczeniu, daremnie.
Ornano powinien był ją poznać, powinien był!...
A jeżeli poznał i udaje dyskrecję...
Pani Walewskiej zimny pot wystąpił na czoło.
— Byłoby straszne! — szepnęła do samej siebie. — Dlaczego!? — podpowiedział jej głos rozsądku.
— Straszne, straszne! — mówiły niedosłyszalnie drżące usta szambelanowej.
— Wyobrażam sobie zniecierpliwienie pani szambelanowej! — wmieszał się z boku zgięty cień.
Pani Walewska drgnęła.
— A to pan, panie Constant!
— Do usług! Znów mamy kurjera! Cambacères wybrał się w porę! Lecz to już ostatni!... Mnie samemu nieprzyjemnie! Gdybym przewidział, uprzedziłbym, że przed jedenastą nie ma co!...
— Tak — pewnie!
— Lecz niech pani szambelanowa będzie jeszcze cierpliwą... pójdę sam i przypomnę — najprostsza sprawa! Musi być w dobrym humorze, bo w Paryżu wszystko dobrze...
— Panie Constant! — zagadnęła nagle szambelanowa, pochłonięta ciągle dręczącemi ją domysłami. — Kto jest ten oficer... tu?!...
Kamerdyner pochylił się do ucha pani Walewskiej.
— Ornano! Kuzynek! Faworyt! Porucznik strzelców. Może panią szambelanowę krępuje, to znajdziemy zaraz na niego sposób! Lala pałacowa! — Nie?! — Myślałem!... Bo, pani szambelanowo, my tu mamy zawsze środki pod ręką... Słówko dowódzcy warty wystarczy... i taki oficerek póki życia nie zobaczy progu cesarskiego! Ho — ho! Inaczej radybyśmy sobie na pokojach nie dali!...
— Cóż znowu — pytałam tak...
— Ornano — Ornano! Książę! I gorzej niż taki z wczorajszego rozkazu dziennego!
— Dziękuję.
— Pójdę sam... przypomnieć!... Bo, doprawdy, pani szambelanowa raczy wierzyć, mnie samemu przykro!...
Constant zgiął się uniżenie, wtulił głowę w ramiona i podszedł do progu cesarskiego...
Strumień światła znów wpadł do komnaty.
— Co... czego?! — rozległ się ostry głos.
Sire... pani!
— Niech czeka — powiedziałem!
Constant cofnął się pospiesznie.
— Pani szambelanowa słyszała! Zajęty jeszcze, ale już nie długo! A jak wpadł na mnie! Później będzie przepraszał!...
Pani Walewska jakimś gestem odpowiedziała kamerdynerowi, nie rozumiejąc, co do niej mówi, ani z czego się usprawiedliwia. Nie miała nawet wyobrażenia, co i z kim mówił Constant, bo w chwili, kiedy z gabinetu cesarskiego wpadło światło, ukazała się jej po raz wtóry twarz porucznika Ornano, lecz tak zmieniona, taką napełniona goryczą, że szambelanowej marą się zdała.
— Poznał cię! Przekonał się nareszcie coś warta! — syczały w uszach pani Walewskiej szydercze głosy.
Szambelanowa całą moc zbierała, aby opanować wzruszenie.
— Co jej do niego! Poznał więc... choćby nawet... nic mu do niej! Myśli! Wolno mu myśleć!... Ona ma przed sobą zadanie tak wielkie, tak doniosłe... że... że... ustają wszystkie względy...
— Wie coś warta! Wie! — podpowiadały wciąż te same głosy.
Cień pod drzwiami cesarskiemi słaniał się, chwiał, ostrogi pokilkakroć zabrzęczały przeraźliwie.
Pani Walewska ukryła twarz w dłoniach.
— Lada chwila cesarz wezwie... a wówczas przejść będzie musiała obok niego... tuż obok niego!... Odwróci głowę! Nie! Nie powinna!... Niech spojrzenia ich się spotkają!... Jeżeli nie rządzi nim prosta ciekawość — odczuje, odgadnie ją!... Musi odgadnąć! Urojenia — śmieszne urojenia!... Ornano!... Raz w życiu go widziała! Prawda, był innym, niż wszyscy — innym bezwątpienia!
Nagle szambelanowa zatrzęsła się całem ciałem — tuż około niej rozległ się głos zdławiony, cichy. Tak — on mówił do niej — mówił długo, rwał zdania, wyrzucał jednym tchem.
Pani Walewska nie rozumiała słów.
Ornano roześmiał się sucho.
— Nawet pani nie odpowiada! Nawet pani nie zaprzecza!?
Szambelanowa odsłoniła twarz.
— Przepraszam... nie uważałam! — wyjąkała nakoniec.
Ornano, który stał tuż przed panią Walewską, cofnął się w tył.
— Pani daruje, byłem szalony! Wierzyłem!... Gdy mnie przekonać chciano... broniłem! Broniłem snu... Niech pani przebaczy śmiałość!
— Nie mam nic do przebaczenia!
Dlaczego pani miałabyś być inną?! — ciągnął półszeptem porucznik. — Dlaczego byś miała być lepszą... czy różną od swych poprzedniczek!? Takie złudy jawią się czasem niewiadomo skąd!... Z początku własnym oczom nie wierzyłem! Bałem się wierzyć, lecz teraz... już to wrażenie przeszło... zupełnie.
Szept porucznika rozwiał się w ciszy, zalegającej komnatę. Ornano umilkł.
Pani Walewska z trudem zaczerpnęła powietrza i spojrzała ku porucznikowi. Czapka niedźwiedzia na głowie Ornana chwiała się.
— Ja... nie wiem... co pan chce przez to powiedzieć!?
Porucznik targnął się.
— Pani tu... tu... o tej porze?
— Cóż stąd?! — odrzekła pytaniem szambelanowa, czując, że mówi coś sprzecznego z jej własnemi myślami.
— Wie pani, dokąd te drzwi prowadzą?
— Wszak... do gabinetu cesarskiego!
— Do hańby! — Słyszysz pani — do hańby!... Chcesz, aby cię spotkał ten sam los, co Lacoste, de Vaudey lub Carlottę Gazzani?!
Ornano ujął panią Walewskę za rękę.
— Uchodź stąd, póki czas!... Uchodź!...
— Nie mogę — jęknęła szambelanowa.
— Roi ci się panowanie — wpływy?! Ani o tem marz!... Jutro, pojutrze odtrącą cię, odrzucą! Rozumiesz pani! Ocenią twoją lekkomyślność na złoto i zapłacą ci! Słyszysz! Nic nadto!
Szambelanowa zacisnęła kurczowo usta.
Ornano odetchnął ciężko i mówił dalej gardłowym szeptem.
— Cofnij się, póki czas! Uchodź pani! Zaklinam cię! Nie sądź, abym ja tu siebie brał w rachubę!... Jutro, natychmiast, wyjadę — nie zobaczysz mnie już nigdy!... Jedynem mojem pragnieniem jest, abym o tobie zachował pamięć czystą, abym nie był świadkiem twego obłąkania! Milczysz pani?!
Pani Walewska wyciągnęła z trudem szyję i, wskazując ruchem głowy na drzwi gabinetu cesarskiego, rzekła gorączkowo.
— Tam muszę!... Muszę powiedzieć mu, muszę zażądać odeń przyrzeczenia! Nikt inny, tylko ja! Bo pan nie wiesz, nie domyślasz się, lecz tak musi być!... Obowiązek! Podjęłam się dobrowolnie!...
Ornano wybuchnął przeciągłym śmiechem.
— Może sądzisz pani, że zdołasz panować? Nigdy!... Cesarz! Cesarz jeden ocenia wartość kobiet!... Depcze je — i inaczej czynić nie ma prawa! Pocoś pani tu przyszła?! Po co?! Po co?! Mogłabyś zaprzysiąc, iż chcesz widzieć cesarza, a nie kryjesz zamiarów dorwania się do jego potęgi, bogactw?!... Cesarz umie odpłacać — wie, co warte są względy dam, wyczekujących w jego antykamerach na audjencję...
— Milcz pan!
Ornano szarpnął pendentem.
— Masz pani słuszność... zaszedłem za daleko!... Powiedziałem za wiele!... Proszę zapomnieć o mojem znalezieniu. Zdawało mi się, iż moim obowiązkiem jest... Teraz nie mam sobie nic do wyrzucenia!
— Jestem przekonaną! Nie łudziłam się, abyś pan widział coś więcej nad pozór!...
— Jakto?
— A więc, panie kawalerze, zapamiętaj sobie, że względy, które mnie tu przywiodły, stoją poza granicami pańskich domysłów! Zresztą, ani pan nie masz prawa mnie pytać, ani ja odpowiadać!...
Ornano wyprostował się.
— Tak — tak, masz pani słuszność... nie mam prawa! Żakostwo, dzieciństwo, urojenie!... Śmieszne, dziecinne urojenie!... A jednak — zaklinam panią, błagam, odejdź stąd, wracaj! Jeszcze czas, byleś miała odrobinę woli! Zawołam Constanta!
— Mam wyznaczoną audjencję!
Ornano roześmiał się sucho.
— Audjencję! Pani nazywasz to audjencją?...
Pani Walewska podniosła głowę.
— Nie rozumem tej ironji! Czekam na posłuchanie u cesarza Francuzów!
— To niepodobna! Nie — sto razy nie! Otumaniono cię, zwabiono, okłamano! Panibyś tu dobrowolnie nie przyszła! Użyto podstępu!...
— Panie kawalerze — szepnęła z napomnieniem pani Walewska, którą drżący głos porucznika lękiem zaczynał przejmować. — Panie kawalerze, słów jego wytłumaczyć sobie nie umiem! Mówisz, jakbyś wątpił o honorze!...
— Prawda — prawda! Sam nie wiem, co mówię, lecz czemuś tu przyszła! Odpowiedz! — Rozumiem, oszukano cię, omylono twą czujność! Dlaczego milczysz pani?
Szambelanowa ukryła twarz w dłoniach. Ornano pochylił się ku pani Walewskiej.
— Więc nawet nie próbujesz pani usprawiedliwić się?... Więc byłożby to prawdą, że sama, dobrowolnie!...
— Chcesz pan wiedzieć — a zatem tak, dobrowolnie tu przybyłam!
— Nie zdając sobie sprawy z tego, jak ta audjencja będzie tu rozumianą!...
— Jest mi to obojętnem!
Ornano odpowiedział spazmatycznym chichotem.
— Sięgasz, pani tak wysoko!... Cha — cha! Cóż tobie świat, co ludzie!... Cha — cha! Zdaje się pani, że tak samo nie mówiły tamte! Cha, cha!... A wiesz, że jeszcze pytanie, czy cię przyjmą! Słyszałaś rozkaz: „niech czeka!“... Po nim bardzo często następuje: „niech sobie idzie!“ Przyznaj pani, czy najjaśniejszy pan nie ma słuszności? Czy zasługuje, która z was na inne obejście? Bo co was do niego skłania, co sprowadza?! A ja nie wierzyłem! Słyszysz pani, dziś jeszcze, przed chwilą, kląłem się za ciebie! Zdawało mi się, że ty, pani, jesteś inną, że komu Bóg dał tyle piękna, kogo taką krasą ustroił, temu i duszę dał czystą i serce bez zmazy!... Przeklęta niech będzie chwila, w której cię ujrzałem, pani; za dzień jeden rozmarzenia, za sekundę rojeń — bierzesz ze mnie straszną lichwę rozczarowania!
— Nic pana nie upoważniło do czynienia mi wymówek! Nie dałam powodu! — wyjąkała pani Walewska.
— Nic mnie nie upoważniło! Miałżem pytać lilji o zezwolenie wielbienia jej?! Przed gwiazdą więc schylić czoła nie wolno?... Trzebaż mieć było inny jeszcze powód do pokochania cię nad jedno spotkanie głębi twoich oczu?! Upoważnienie?!... Więc patrz, w piersi mej bije ku tobie serce, bije całem mojem życiem, bije myślą niesamolubną, chce zachować cię nieskalaną, chce z obrazem twym zamrzeć! Dziwi cię, pani, że broni go, że drży o jego czystość, że trwoży się o lada skazę?!... Marjo! Do nóg się twych chylę? Niczego nie żądam dla siebie — niczego! Ani śmiem przypuścić, byś ty mogła zejść z drogi obowiązku, abyś ty mogła dla losu swego być nie dość hardą, abyś zwróciła oczy ku mnie! Przysięgam ci, że nic, jeno odejść chcę z twym obrazem, odejść samotnym! A jeżeli tu przemawiam, jeżeli cię ostrzegam, to nie czynię dla intencji małej, dla intrygi, dla zawiści!... Za temi drzwiami jest cesarz!... Cesarz, którego wielbię, na skinienie którego jestem gotów życie ponieść!... A ty, pani, jawisz się na to, abym go nienawidził! Wiem, wiem, o panowaniu myślisz! I pewnie! Nie znam godniejszej skroni do noszenia korony koron! Gdybym był dość silnym, oddałbym ci ją pierwszy! Ciebie chciałbym mieć cesarzową, ciebie chciałbym strzec, pod twoim progiem służby odprawować, twoich słuchać rozkazów. Gdybym był dość silnym!... Niestety, nie tylko danem mi jest widzieć niemoc własną, lecz i twoje zaślepienie!... Zdaje ci się, że za temi drzwiami czeka na cię władza, wyciągasz ręce, a nie postrzegasz przepaści, która cię od niej oddziela!... Zginiesz!... Słyszysz!... Dwór cię wyssie, zemnie, powlecze śliną swego pustego życia i odrzuci, mając pod ręką inną znów ofiarę! I co potem! Powiedz?!
Szambelanowa drżała całem ciałem. Słowa porucznika wzruszyły ją, otworzyły oczy, pociągnęły siłą, rozpaliły podrażnioną imaginację.
— Tak — tak jest! Pan masz słuszność! — zaczęła nerwowo pani Walewska. — Ja nie mogę tu pozostać! Ani chwili jednej! To nie dla mnie miejsce! Małachowskiemu się zdawało! Nie mam sił, nie mam mocy do tych wielkich zadań! Słabą jestem — zginę! Ani chwili dłużej!... Szalona myśl mnie tu przywiodła!... Pan mnie wyprowadzisz!.. Wyprowadzisz mnie stąd!... Wracam do domu, do Walewic, do mojej pustki, do ciszy!... Wracam!...
Szambelanowa odetchnęła ciężko, Ornano pochylił się do jej ręki.
— Tyś dobra, zacna, szlachetna! — mówił z rozradowaniem. — Taką cię sądziłem, taką odgadłem i taką jesteś!... Bo inną byś nie mogła być!... Daruj mi śmiałe słowa!... Wybacz!...
Pani Walewska zerwała się z miejsca.
— Uciekajmy stąd! Uciekajmy!... Prowadź mnie pan — prowadź!
Ornano otrząsnął się.
— Pozwól pani... zawołam Constanta! Byleś umiała się oprzeć. Ja towarzyszyć ci nie mogę — jestem na służbie!...
— Więc pan mnie opuszczasz?!
— Panią opuścić! Gdybyż mi wolno było!...
— Constant może mnie nie usłuchać! — przerwała gorączkowo szambelanowa.
— Zaręczam pani, że ustąpi! Zamek! Na każdym kroku pełno ludzi! Zresztą gabinet ma to jedno wejście! A ja przy niem trzymam straż!...
Porucznik, nie czekając na odpowiedź pani Walewskiej, rzucił się w kierunku drzwi, prowadzących do służbowej antykamery i ujął za klamkę, — gdy, naraz, przeciwległe drzwi gabinetu cesarskiego rozwarły się z trzaskiem na ścieżaj. Na tle snopu światła zarysowała się sylwetka Napoleona.
— Ornano! — rozległo się gromkie zawołanie.
Porucznik stanął ubezwładniony, wryty w ziemię.
— Kto na służbie!?
Sire! — wybełkotał z trudem porucznik.
— Więc Ornano!... Masz tu papiery! Do Mareta, natychmiast!...
Porucznik zbliżył się automatycznie do cesarza, odebrał z rąk jego zwój papierów i ociężałym krokiem zmierzał ku drzwiom.
Napoleon tymczasem postąpił na środek komnaty ku pani Walewskiej.
— A... pani!? Proszę za mną...
W odpowiedzi na te słowa, ostrogi porucznika zabrzęczały gwałtownie pod drzwiami.
Cesarz poruszył się niecierpliwie.
— Ornano!
— Jestem, sire!
— Czy mam ci powtórzyć!? Marsz!
Ornano wyprostował się tak silnie, że na nim aż złote szamerowania zachrzęściały i — zawrócił znów ku drzwiom.
Napoleon spoglądał za porucznikiem dopóki drzwi się za nim nie zamknęły, poczem wycedził przez zęby do pani Walewskiej.
— No, więc proszę!
Szambelanowa pochyliła się całym swym ciężarem ku przodowi i poszła za cesarzem.
Napoleon, nie oglądając się na panią Walewskę, wszedł do gabinetu i zasiadł przed biurkiem, założonem papierami.
Szambelanowa przestąpiła próg i zatrzymała się, szukając oparcia na oddrzwiach.
Cesarz przerzucił kilka papierów, targnął jakimś wielkim arkuszem, a spojrzawszy nieznacznie po za siebie, ozwał się krótko.
— Zamknij pani drzwi za sobą! Siadaj!
Pani Walewska spełniła rozkaz, — gabinet zaległa cisza.
Teraz dopiero szambelanowa zaczęła się oswajać z łunami światła idącego ze świeczników, odbijających się w dwóch wielkich zwierciadłach, teraz dopiero próbowała zapanować nad przenikającym ją wskroś lękiem, aby ogarnąć cisnące się myśli.
Była więc u cesarza! Widziała go tuż przed sobą pochylonego nad biurkiem! Mogła swobodnie przyglądać się chmurom przebiegającym czoło cesarskie. Słyszała raz poraz powtarzający się krótki, gwałtowny skrzyp pióra, poprzedzający każde odrzucenie na bok papieru, rozróżniała wielkie mosiężne inicjały na porozrzucanych na podłodze tekach, nie uszły jej uwagi ani zawiłe esy ciemno-czerwonego adamaszku, pokrywającego ściany, ani trupi wyraz portretu króla Stanisława, ani skulona postać sekretarza cesarskiego, zgiętego nad papierami w niszy gabinetu, ani zegar stojący na kominku, ani szpada porzucona na krześle, ani wykrzywiona twarz satyra, zawisła u spodu zegarowej tarczy.
Była więc u cesarza! Jeszcze chwila, a zrzuci z siebie cały ciężar tłoczących ją uczuć. Powie mu! Musi powiedzieć!... A gdyby... Prawda, ta audjencja jest dosyć dziwną! Kazał jej czekać. — Dlaczego? Jest zajęty.
Była więc u cesarza! Wezwano ją przecież, prawie zniewolo do przybycia, a teraz nawet uwagi na nią nie zwracają! Może przybyła zawcześnie, może zegary hrabiny się spieszą, a może jaka ważna sprawa!
Naraz zdało się szambelanowej, że tuż za drzwiami zabrzęczały ostrogi.
Tam był Ornano! Był bezwątpienia. Skąd mu się wzięły te obawy! Mówił tak przekonywująco, a jakże się mylił. Bo i cóż? Jest przecież u cesarza, no i w obejściu nie widzi nic krom chłodu, oziębłości, nawet lekceważenia!
Sytuacja wydała się pani Walewskiej śmieszną. Tyle gwałtownych rozpraw, tyle obaw, przestróg, walk, a w końcu przyjęto ją ze wzruszeniem ramion, a teraz każdym ruchem dawano do zrozumienia, że jej obecność nie może opóźnić odczytania żadnego z tych papierów, że nie zasługuje bodaj na tyle zachowania, by jej poświęcić kilka sekund rozmowy między jednym raportem a drugim.
A Małachowskiemu się zdawało! Nie jemu tylko! Wszyscy, ona sama była w błędzie...
Lecz w takim razie, pocóż ją tu wzywano?
Panią Walewskę ogarniać zaczęło zniecierpliwienie. Myśl, że zapomniano o jej obecności nurtowała ją coraz silniej. Cesarz nie odrywał oczu od papierów, poruszył się kilka razy na fotelu, lecz jakby dlatego tylko, aby więcej jeszcze odwrócić się od szambelanowej.
Upłynęła nieznośnie długa dla pani Walewskiej chwila. Nareszcie w niszy gabinetu rozległo się lekkie stuknięcie. Sekretarz cesarski wstał z krzesełka, zebrał papiery i, zbliżywszy się na palcach do Napoleona, położył mu je na krawędzi biurka.
— Skończyłeś?! — mruknął cesarz.
— Tak jest, sire!
— Możesz iść!
Sekretarz skłonił się i szedł ku drzwiom. Napoleon zawołał do odchodzącego.
— Meneval!
Sire!
— Przypomnij mi jutro o Talmie! W komedji znów zaczynają się niesnaski!
Meneval skłonił się po raz drugi i wyszedł.
Cesarz został w gabinecie sam na sam z panią Walewską.
Po odejściu sekretarza, szambelanową napadło nerwowe drżenie. Była pewną, że teraz lada minuta cesarz zwróci się do niej, że teraz nadeszła decydująca chwila dla nadziei marszałka, dla niej samej.
Wbrew atoli przypuszczeniom — Napoleon pochylił się nad biurkiem i skupił nad papierami.
Szambelanowa uspokoiła się powoli. Gorzki uśmiech wykrzywił jej piękną twarzyczkę. Zegar na kominku z przeciągłym chrobotem wydzwonił godzinę dwunastą.
Cesarz podniósł się raptownie z fotela, odepchnął go i przeszedł się miarowym krokiem po komnacie. Zaczem przystanął raptownie w pobliżu pani Walewskiej.
— Zagaś pani świeczniki.
Szambelanowa wstała i poszła ku świecznikom.
Cesarz znów jął przechadzać się, zatrzymując się niekiedy przed biurkiem i zaglądając do rozłożonych papierów, jakby treść ich sprawdzając.
Pani Walewska, po zagaszeniu świeczników, powróciła na miejsce swe na kanapie, okrążając biurko, aby nie spotkać się z przechadzającym się cesarzem.
W gabinecie zapanował półmrok — słabo rozpraszany przez stojącą na biurku lampę olejną, osłoniętą zielonym, przezroczystym daszkiem, a skupiającą swe promienie tylko na papierach i tekach.
Szambelanowa ścigała nieznacznie sylwetkę cesarza, lecz ta ginęła raz po raz w mrokach, rozpływała się, ledwie za zbliżeniem się ku lampie migała barwami munduru, a ukazywała ostre kontury głowy.
Pani Walewska liczyła machinalnie poruszenia zegara.
— Pięć... dziesięć... dwadzieścia... trzydzieści! Nie — tak dłużej być nie może! Wstanie i wyjdzie! Cesarz jest zajęty! — nie ma czasu!... Powinna oddalić się niepostrzeżenie!... Późno! bardzo późno!... A tam Vaubanka bawi się domysłami!... Czy ona jedna?! Księżna Jabłonowska, Ornano, Fryne — oni wszyscy... Swoją miarę przykładać chcieli do niego, do Napoleona!... A gdyby teraz zastąpić mu drogę, do nóg paść i powiedzieć, z czem przybyła! Wyznać całą prawdę — zawierzyć mu najskrytsze myśli!...
Szambelanowa uśmiechnęła się sarkastycznie do samej siebie.
— I jakże zacznie, jakiż punkt wyjścia znajdzie!... Wszak wezwano ją — a jeżeli... mimo tego wezwania, nie mają nic do powiedzenia, jeżeli nawet nie czują się w obowiązku wyrzec kilku zdawkowych wyrazów grzeczności, jeżeli traktują tak zimno, tak obojętnie, ledwie racząc uwagę zwrócić na jej obecność, to gdzież sposobność do zagadnięcia, do przedkładania próśb!... Cesarz mówił, żądał rozmowy, schadzki!.. A dziś, teraz może sam żałuje, może sam myśli nad sposobem uwolnienia się od narzuconych mu odwiedzin...
Miłość własna poruszyła szambelanowę. Pani Walewska podniosła się z miejsca i jęła ku drzwiom kierować.
Cesarz atoli pochwycił szelest sukni pani Walewskiej, odwrócił głowę i rzucił niecierpliwie.
— Dokąd idziesz?!
— Najjaśniejszy panie!
— Siadaj!
Pani Walewska stała nieporuszona. Napoleon zbliżył się ku szambelanowej.
— Cóż mi powiesz?!... Hę!... Przyszłaś nareszcie?!... Któż cię nauczył te komedje odgrywać ze mną!?... Jesteś ładna!... Dla ciebie to nie nowina!... Powtarzasz sobie pewno to samo codzień!... Co?!... Nie chmurz się!... Ładna jesteś, ładna!...
Głos Napoleona przeszedł w jakiś cichy pomruk, połączony z lekkim chichotem, ręka cesarza musnęła twarzyczkę pani Walewskiej.
Pani Walewska cofnęła się z odrazą, cesarz pochwycił ją za rękę.
— No, no! Nie bocz się!... Cóż, nic nie mówisz!?... Wiesz dlaczego cię wezwałem!?... Żeby ci powiedzieć, że cię kocham!... Słyszysz!... Kocham cię!...
Pani Walewska ukryła twarz w dłoniach. Napoleon zmarszczył się.
— Bądź-że rozsądną! — Nie lubię scen! — Nadużyłaś i tak mojej dobrej woli!... Zdaje ci się, iż będę, jak młokos, wzdychał! Uspokój się! Boisz się?!... A może masz jaką prośbę!?... Co, pewnie!... Cha — cha!... Wykrztuś-że prędzej, bo to zaczyna być ckliwem!
Szambelanowa szarpnęła się gwałtownie i rzekła z wybuchem, tłumiąc łkanie.
— Tak, najjaśniejszy panie, mam prośbę!... Więcej niż prośbę!...
— Cóż takiego?!
— Abyś mnie, najjaśniejszy panie, nie lżył!... Abyś nie poniewierał!...
Głos pani Walewskiej złamał się i przeszedł w spazmatyczny szept.
— Abyś nie poniewierał.
Oczy Napoleona zadrgały żywym blaskiem, usta złożyły się do łagodniejszego uśmiechu.
— Jesteś rozkapryszonem dzieckiem! Nie bierz źle moich słów!... Siadaj tu, przy mnie! Tak!... Opanowałaś mnie! Myślisz, iż rad jestem temu uczuciu?!... Pierwszybym chciał potargać te więzy, któremi mnie omotałaś!... Stąd wzburzenie! Oho! moja maleńka — myślałaś, że opór jest tylko twoim przywilejem!.... Boisz się!... A sądzisz, że głębie twych oczu, że te piękne pazurki, te perłowe ząbki nie są niebezpieczniejsze stokroć?!... Ja ciebie poniewierać?!... Masz słuszność! Przyznaję się! Wiesz dlaczego? — Bo mi się zdało, iż przybyłaś tu nietylko po to, aby mnie łańcuchami spojrzeń twych skuć, lecz aby mi nadto wydrzeć jeszcze bodaj cząstkę z mojej mocy!... Bo mi się zdało, że nie przyszłaś do mnie — tylko do mojej korony, do mego berła, do gronostajów!... Co — może zaprzesz!?... Widzisz!... masz więc prawo dziwić się! Ja ciebie lżyć! Jesteś mi taką, taką... że gdybym mógł podniósłbym cię tam, gdzie ani ja schylać się do ciebie, ani ty do mnie wspinaćbyś się nie potrzebowała! Poniewierać cię!... Marjo, ja ciebie chcę, bo ja ciebie muszę kochać! Anim cię szukał, ani poznać starał, sama zabiegłaś mi drogę...
— Czy nie wolno poddance...
— Nie mów tak! Przeznaczenie wiodło cię... i stało się!... Przyszłaś! Dziś, teraz, nie wypominaj nawet pobudek, które tobą kierowały!... Wystarcza mi, że jesteś przy mnie, że twoim widokiem mogę się upajać!...
Głos cesarza miękł, cichł — oczy Napoleona gorzały.
— Najjaśniejszy panie, pozwól mi już odejść!
Bonaparte roześmiał się pobłażliwie.
— Więc doprawdy możesz przypuszczać, iżbym zezwolił?!... Lękasz się, lękasz się mnie?! Płaczesz! Takimże cię smutkiem przejmuje myśl, że mojem będziesz szczęściem, mojem dobrem?!
— Nie rozporządzam sobą!
Napoleon ujął gwałtownie rękę pani Walewskiej i zaczął z wybuchem.
— Tak — bo jesteś moją! Rozumiesz! Odtąd nikt do ciebie nie ma prawa!... Będziesz ze mną i przy mnie! Jestem dość potężnym, aby cię otoczyć taką mocą, aby nikt oczu ku tobie nie ośmielił się podnieść! Dam ci pałace, dam nieprzebrane bogactwa, stworzę ci życie piękne, rozkoszne, gwiazdą moją będziesz i panią, każde twoje życzenie, każde pragnienie rozkazem dla mnie się stanie, najdumniejszych zmuszę do szukania na twych ustach uśmiechu, na kartach dziejów imię twe wyryję! Ja świat mieć będę u nóg — ty mnie!... Na każdy rąbek twej szaty, na koronkę twej chustki — tysiące istnień ludzkich składać się będzie. Wszystko, co tobie jest drogiem, co sercu bliskiem, co miłem — będzie niem i dla mnie!... Rodzinie twej dam zaszczyty, dam majątki — dam, co zechcą, bo dla ciebie nie znam ofiary dość wielkiej, dość trudnej!... A w zamian ty — pozwolisz mi przy sobie szukać wypocznienia po trudach, dasz serdeczne odezwanie, dasz zapomnienie, dasz świadomość, że nie koronie, nie berłu miłość ślubowałaś!...
Bonaparte umilkł. Pani Walewska siedziała nieporuszona, jakby wsłuchując się w przebrzmiałe echo słów cesarskich. Napoleon pochylił się ku jej twarzyczce.
— Jesteś moją! Słyszysz, Marjo! Roznieciłaś we mnie płomienie! Kocham cię!
Szambelanowa odgarnęła szybkim ruchem promień włosów, zsuwający się jej na czoło i cisnąc nerwowo zaciśnięte kiście rąk, ozwała się niepewnie.
— Najjaśniejszy panie, gdybyś nie był cesarzem, nie wahałabym się z odpowiedzią!...
Bonaparte porwał ręce pani Walewskiej i do ust przycisnął.
— Mów tak jeszcze! Przeczucie mnie nie zawiodło!...
— Lecz, najjaśniejszy panie! — ciągnęła szambelanowa ze wzrastającą mocą — jeżeli ty masz wątpliwości, czy mnie rachuby tu nie przywiodły, ja muszę się obawiać, że to jedynie twoje wszechwładztwo, twoja chęć, nie znająca przeszkód, twój dwór, schlebiający każdej twej zachciance, oddaje mnie tobie na ofiarę chwilowego szału!... Na podeptanie!...
Napoleon puścił ręce pani Walewskiej.
— Mów dalej, mów!
Szambelanowa podniosła się i, skrzyżowawszy ręce na piersiach, rzekła po małej pauzie.
— Dlatego, najjaśniejszy panie, muszę być przezorną, muszę pamiętać o jutrze, które mi niełaskę przynieść może, muszę zawczasu myśleć, abym w opuszczeniu znalazła pociechę...
Napoleon roześmiał się szyderczo.
— Aha! Jesteś tak zabiegliwą!... Cha! — cha! No, dalej!... Ile?! Ile żądasz?!... Mów — czemu nie mówisz!... Zapewne, lepiej z góry ustanowić cenę!... No! Czegóż żądasz — dalej, prędzej — nie lubię długich targów!...
Pani Walewska zachwiała się pod brzmieniem chropowatego głosu cesarza.
Napoleon nie zwracał uwagi na sprawione wrażenie i nalegał ze wzrastającem rozdrażnieniem.
— Nie róbże ceregieli! Gotów jestem uznać za dobre taką otwartość! Wykrztuś nareszcie! Jestem dosyć bogaty!... No — cóż, umilkłaś?
Szambelanowa zachwiała się silniej i padła do nóg cesarzowi.
— Co tobie?! Co?!...
— Najjaśniejszy panie, wróć ziemi mojej byt, wskrześ ją, do życia powołaj... odbuduj!...
Bonaparte pochylił się ku szambelanowej, aby ją podnieść.
— Szalona kobieto! Stokroć szalona!...
Pozwól mi tak zostać! Niewolnicą twoją będę, ostatnią ze sług! Byleś wejrzał na te miljony wyciągniętych ku tobie rąk, byleś dał posłuch nadziejom legjonów, byleś im lata wierności nagrodził.
— Wstań, pani!
— Niczego nadto nie żądam! — błagała pani Walewska. — Niczego nie pragnę!
— Wstań! — rozkazał oschle cesarz, podnosząc szambelanową. — Sama nie wiesz, co mówisz! Dzieciństwa! Podmówili cię, chcą użyć za narzędzie!...
— Tak, prawda, najjaśniejszy panie! — rzekła z wysiłkiem pani Walewska. — Bo ufam, bo wierzę głęboko, że własnym twym zamiarom wtóruję, że urzeczywistnienie tęsknic naszych da ci miljony serc, miljony ramion, gotowych na każde skinienie stanąć przy tobie, krocie piersi, dyszących poświęceniem, krocie, których dumą będzie życie ponieść dla twego imienia!
Napoleon zasunął rękę pod mundur i jął gorączkowo przechadzać się po komnacie.
— Słowa twego wyczekują, najjaśniejszy panie... nadzieją usłyszenia go żyją...
Bonaparte zatrzymał się raptownie przed panią Walewską.
— Kto cię nauczył tej oracji?! Więc na toś przyszła! Pótyś się ociągała, póki nie zapamiętałaś deklamacji!... Co wam się zdaje, że na waszego błędnego rycerza się zaciągnę, że będę z gruzów kłótni, bezładu, urojonych ambicyj, samolubstwa waszych magnatów, rozzuchwalenia się waszej szlachty, tu, o setki mil od mojej ojczyzny, pałac z kart wznosił? Odpowiedź zresztą dałem — odpowiedź aż nazbyt szczodrą — a za nią mam dotąd klęski, mam obietnice, mam głód w armji, mam choroby z braku kwater!... Mam wykręty i żale, że... żałować mi przychodzi, że nie wszedłem do was po nieprzyjacielsku!...
Sire! — szepnęła drżącym głosem pani Walewska.
— Milcz! Wydałaś wyuczoną lekcję i dosyć! Nie znoszę kobiet, mieszających się do polityki! Dosyć!!
Szambelanowa zacisnęła usta i cofnęła się ku drzwiom.
Cesarz zastąpił jej drogę.
— Dokąd?!... Tu zostaniesz!...
— Najjaśniejszy panie...
— Zostaniesz! — powtórzył stłumionym głosem Bonaparte. — Bo ja tak chcę!... Słyszysz!...
Pani Walewskiej w oczach pociemniało. Czuła tuż na swojej twarzyczce tchnienie gorączkowego oddechu, słyszała wyrazy, które samem brzmieniem sylab paliły ją, łamały, raniły — rozumiała, że każde odezwanie się Napoleona i jego śmiech niedosłyszalny i te zaklęcia i przysięgi są jednym łańcuchem obelg, nieubłaganie cynicznych, okrutnych, a nie miała ani sił, by na nie odpowiedzieć, ani nie znajdywała słów.
A głos cesarza od wybuchu rozdrażnienia, od stalowej przenikliwości zniżał się do pijanego pomruku, do chropowatego szeptu, który ledwie że pełzł z ust Napoleona.
— Kocham cię! Przy mnie zostać musisz i zostaniesz! Biorę cię sobie!... Jesteś piękną i moją!...
— Nigdy! — zawołała z rozpaczliwym wybuchem pani Walewska.
Bonaparte pobladł, z ócz skry mu trysnęły. Pochylił głowę, ręce wyciągnął i zacisnął je kurczowo na ramionach szambelanowej.
— Słuchaj, ty — rzucił przez zęby. — Nie odgrywaj ze mną komedji, bo cię każę osmagać!...
Pani Walewska poruszyła wargami, lecz głos jej zamarł w jęku — zemdlała.
Napoleon, uczuwszy ciężar, słaniający mu się bezwładnie na rękach, roześmiał się krótko, cicho. Śmiechowi temu odpowiedziały z poza drzwi rozbrzęczane ostrogi służbowego ordynansa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.