<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Synowie pana Marcina
Podtytuł Powieść wiejska
Data wyd. 1896
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Nadszedł wieczór, jak na jesieni, wczesny, posępny, chłodny. Niebo pokryło się ciężkiemi chmurami, ani jedna gwiazdka nie przyświecała ziemi. Zrobiło się tak ciemno, że na trzy kroki przed sobą nie można było nic dostrzedz, tylko w oknach chat wiejskich migotały światła czerwone od ognisk rozpalonych na kominach, od łuczywa, przy którego blasku kobiety przędły, śpiewając smutne pieśni, lub słuchając opowiadania o zaklętych królewnach, strasznych smokach, siedmiomilowych butach, o trzech braciach, z których dwaj mądrzy marnieli wśród złych przygód, a trzeci, głupi, dochodził do bogactw i znaczenia.
Pieśniom smutnym i baśniom nadzwyczajnym, w fantazyi ludu wyrosłym, wtórował szum wiatru, co się z drzewami szamotał, do kominów wpadał, dziwnemi głosy zawodząc, co targał strzechy słomiane i ze studziennemi żórawiami się mocował, usiłując obalić je koniecznie... Z ciężkich chmur zaczął sypać deszczyk, kropelkami od ziarnek maku drobniejszemi, przenikający do kości, zimny, a taki uparty, że jak się uweźmie, to przez dwa tygodnie mży, ani na jedną chwilę nie ustając.
Cała okolica utonęła w głębokiej, nieprzejrzanej ciemności, ludzie siedzieli w domach, rozkoszując się ciepłem ognisk, psy tuliły się pod ścianami, ciemność, chłód i szaruga ogarnęły ziemię.
Godziny zbiegały jedna za drugą; coraz to w której chacie chłopskiej światło gasło, koguty zaczęły odzywać się, nadchodziła północ.
We dworze, w pokoju pana Marcina jeszcze płonęła lampa, a on sam, pochylony nad stołem, pisał. Otaczała go cisza, przerywana tylko, od czasu do czasu, ponurym jękiem wiatru w kominie i miarowem gdakaniem starego zegaru, zawieszonego na ścianie.
Kilka listów, gotowych do wysłania, leżało na stole, jeden, prawdopodobnie ostatni, był ukończony w połowie.
Może dla opóźnionej już pory, a może ze zmęczenia, pan Marcin przerwał robotę; rzucił pióro, wstał i miarowemi krokami zaczął się przechadzać po pokoju. Zwyczaj miał taki — i, podczas jasnego dnia, bystre oko mogło dostrzedz na dębowej posadzce jakby ścieżkę wydeptaną na ukos, po przekątnej dużego kwadratu, jaki ta posadzka tworzyła.
Gdy się zamyślał, gdy jaki ciężar miał na głowie, to zwykle takie wędrówki po pokoju odbywał, a że mu życie nie szczędziło ciężarów, że walczył z niem przez długie lata, że musiał dobrze mózg natężać, aby obowiązkom podołać, gorącym pragnieniom serca uczynić zadość, przeto nic dziwnego, że ścieżkę w twardych deskach dębowych wydeptał.
Lubił on w tym swoim pokoju przesiadywać nocą, samotnie, z własnemi tylko myślami, kiedy sen wszystkich mieszkańców domu już ukołysał, kiedy ustał gwar dzienny i praca, kiedy umilkły śmiechy i płacze, narzekania i pieśni, kłótnie i rozmowy, kiedy wszystko ucichło i umilkło. Myślał wówczas, rozpamiętywał, budował plany na przyszłość, marzył niekiedy...
Przysłowie mówi, że noc radę przynosi, może on w trudnych chwilach życia tej rady właśnie szukał, dość że często, zawsze prawie, do północy, a nieraz długo jeszcze za północ światło jaśniało w oknach jego pokoju i dwoma pasami rozkładało się przed domem; latem na trawie i kwiatach, zimą na białym śniegu, a, jak teraz, jesienią, na szarem, grzązkiem błocie.
Pan Marcin był z tych ludzi, co w siły własne wierzą, przeszkodami, niepowodzeniem nie zrażają się, mówią mało, czynią wiele, obowiązki swe szanują, i chociaż one ciężkie, trudne, przywiązują się do nich, pełniąc je z miłością, wytrwale, ze spokojem drwala, który, mając przed sobą grubą kłodę, nie miota się, nie przeklina jej sęków i twardości, lecz równo, miarowo, spokojnie uderza siekierą raz za razem dotąd, dopóki jej nie zmoże i celu nie osiągnie.
Był on z tych ludzi, którzy nie miotają się, lecz zawsze cisi i spokojni, bez uniesień, ale też i bez zniechęcania się, bez zapadania w chwilową apatyę, idą do celu krok za krokiem, czasu nie marnując, ani też sił na chwilowe wybuchy nie tracąc....
Życie jego nie było usiane różami; nawet owe, najmilej przez wszystkich wspominane czasy szkolne, nie pozostawiły w jego pamięci jasnych obrazów. Nauka przychodziła mu z trudnością, umysł jego rozwijał się powoli, pamięć wyrabiała się opornie. Co inni w lot chwytali, on ciężko musiał zdobywać, gdy inni liczyli pracę swoją na godziny, on na dni i noce. Nikt go do roboty nie znaglał, tylko wrodzone poczucie obowiązku i ambicya. Prawie nie znał zabaw i rozrywek wiekowi dzieciaka właściwych, ale poznawał pracę, przyzwyczajał się do niej, tak, że stawała się ona niezbędną potrzebą jego życia. Z czasem umysł jego w nieustannych, wytrwale prowadzonych ćwiczeniach, rozwinął się i mężnieć zaczął: szło mu już o wiele łatwiej, ale pomimo tego młodzieniec folgi sobie nie dawał, nie odpoczywał aż do końca.
Wiedząc, że praca na roli go czeka, chciał się do niej, po swojemu, porządnie i systematycznie przysposobić, ale po dwóch latach musiał przerwać pracowicie prowadzone studya i powrócić do domu.
Powołała go depesza, donosząca o śmierci ojca.
Przyjechał, ostatnią posługę rodzicowi oddał, a potem rozpatrywać się zaczął w nowem swojem położeniu.
Był sam jeden, bo rodzeństwa nie miał, a matka już od lat kilku spoczywała na cmentarzu.
Odziedziczył wielki kawał ziemi i ogromną massę długów, gospodarstwo zaniedbane i opuszczone, interesa w opłakanym stanie, a przytem czas był zły, wartość ziemi prawie żadna, kredytu nigdzie...
Adwokat, dawny przyjaciel rodziny, bez ogródki młodemu dziedzicowi powiedział:
— Ty to rzuć, zrzeknij się wszystkiego, bo zginiesz. Jesteś młody, dorabiaj się na innej drodze, wreszcie, może się ożenisz bogato... Tu nic nie zwojujesz, więc zdrowej głowy pod Ewangelię nie kładź... Szczerze ci radzę.
Pan Marcin słuchał, głową kiwał, a w końcu rzekł z dobrodusznym uśmiechem:
— Ja jednak zostanę.
— Szalony jesteś! pomyśl, co czynisz!
— Już pomyślałem...
— Zmarnujesz się, młodości twojej szkoda.
— Spróbuję...
— A, jak chcesz! Ja ręce od wszystkiego umywam. Pamiętaj, żem cię ostrzegał, jako przyjaciel twego nieboszczyka ojca. On stary, schorowany, położenia swego nie rozumiał, umarł w złudzeniach, że jest bogaty i że ci wielki majątek zostawia. Nie miałem serca rozczarowywać go, bom wiedział, że dni jego policzone i że ostateczną katastrofę jeszcze na czas jakiś odwlokę; ale teraz... teraz już nic, rozumiesz mnie — nic! Szkoda twoich sił młodych, szkoda życia. Zginiesz, wszedłszy w to bagno, zatrujesz sobie wszystkie chwile, a rady nie dasz!
— A jednak...
— A jednak ja ci powtarzam, wstrzymaj się, głupstwa nie rób. Tu nic nie poradzisz, a gdzieindziej pole otwarte przed tobą. Kształć się dalej, a następnie pracuj na cudzem. Masz młodość, masz siły, wiele zdobyć możesz przy wytrwałości i pracy. Kręcisz głową... może nie masz o czem iść w świat? Powiedz, bądź szczery, ja ci dopomogę. Pożyczę ile trzeba: gdy się dobijesz stanowiska, to mi zwrócisz, jeżelibym już nie żył wtedy, oddasz moim dzieciom...
— Z całego serca panu dziękuję za życzliwość i chęci dobre, ale zostanę przy swojem.
— Nie rozumiem, słowo daję, że nie rozumiem. Co cię zatrzymuje, co nęci? Ambicya fałszywa, chęć posiadania tytułu własności? Ona ci, ta własność, kością w gardle stanie... Wejdziesz odrazu w takie tarapaty, że się z nich nie wydobędziesz nigdy.
— Spróbuję.
— A róbże sobie, co chcesz, szaleńcze! — zawołał stary prawnik — ale mnie w to nie mięszaj. Szukaj innego doradcy, bo ja cię do zguby popychać nie myślę, a wyjścia z tych interesów, z tego labiryntu — nie widzę... Jeżeli ci się zdaje, że można naprawić to, co zrządziły liczne klęski, długie lata niedołężnej gospodarki, braku wszelkiego rachunku, nieliczenia się z jutrem, niedbalstwa — to jesteś w grubym błędzie...
— Zapewne, panie, ale czy to każdy gospodarz do gotowego, uprawnego pola przychodzi?
— Jakto?...
— Niektórym taki los wypada, że muszą lasy karczować, zapuszczone od wielu lat odłogi uprawiać...
— Zapewne, zapewne... ale na to trzeba specyalnego amatorstwa.
Ostrzeżenia prawnika i jego złe wróżby nie zraziły młodego człowieka; odjechał do domu, w którym na świat przyszedł i zaraz zabrał się do roboty systematycznie, wytrwale.
Przez całe dni chodził po polach, przez całe noce niemal rachunki i różne papiery rozpatrywał, to znowuż nad mapą swojej fortuny ślęczył i kreślił na niej ołówkiem jakieś znaki. — Kilka tygodni, zeszło mu na tem, ład w gospodarstwie jaki taki zaprowadził, służbę zreformował, niesumiennego zarządcę oddalił.
Później w drogę się wybrał; do okolicznych miasteczek, do wierzycieli, do adwokatów, do sądów.
Stary prawnik o wszystkich jego krokach dobrze powiadamiany, kręcił tylko głową i powtarzał:
— Kozioł, kozioł... uparty, rzuca się i zginie, jak mucha...
Pewnego dnia wezwał pana Marcina, aby natychmiast przybył, w nader ważnym interesie.
Młody człowiek stawił się zaraz.
— No, — rzekł adwokat, ujrzawszy go w swoim gabinecie, — pokazuje się, że przysłowie o śmiałkach jest prawdziwe; szczęście ci sprzyja. Słuchaj: przyjechał tu Niemiec parcelator, plenipotent gromady kolonistów, pragnących nabyć grunta w tych stronach i osiedlić się... Był u mnie: szuka majątku do nabycia, płaci gotówką, odrazu i zaraz. Posłałem w ten moment po ciebie, a Niemcowi poleciłem, żeby przyszedł do mnie dziś, przed wieczorem... Jeżeli sprzedasz dwa folwarki, będziesz mógł jeszcze przez jakiś czas wegetować... Cóż na to mówisz?
— Dzięki panu dobrodziejowi za łaskawą pamięć o mnie i życzliwość.
— Niema za co. Życzliwość moja jest dawna, jeszcze twoi rodzice ją posiadali, na ciebie przeszła prawem spadku — ale to coś rzekł, nie jest bynajmniej odpowiedzią na propozycyę. Namyśl się... chociaż, co tu się namyślać! Owszem, chwytać Niemca i trzymać się go obydwiema rękami, bo ty jesteś tonący, a on deska ratunku, jedna i, mojem zdaniem, jedyna... Mogę ci dopomódz w przeprowadzeniu układów i przygotować projekt kontraktu...
— Niezmiernie obowiązany jestem, ale to niepodobna... ja bowiem w te układy wchodzić nie mam zamiaru...
— Co?! czy dobrze słyszę?
— Doskonałe...
— Jakto? odrzucasz jedyny, możliwy ratunek — i dlaczego?
— Dla zasady...
— Piękna to rzecz zasada, ani słowa, tylko, jak w danym razie, trochę za kosztowna.
— Bynajmniej...
— Więc powiedz mi nareszcie na czem swoją rachubę opierasz? Czy znalazłeś skarb ukryty, czyś wygrał na loteryi, czy ci wraz z deszczem spadły tysiące... że myślisz trzymać taki duży majątek?
— Nie znalazłem skarbu.
— Więc?
— Zrobię to, co zrobiłby każdy na mojem miejscu; ze stu włok gruntu, jakie posiadam, a z których wyrzuconoby mnie niezawodnie, sprzedam sześćdziesiąt — a przy czterdziestu zostanę i mam nadzieję, że na dość długo...
— Komuż u licha sprzedasz, jeżeli doskonałych nabywców odrzucasz?
— Ja mam nabywców i jestem w trakcie układów.
— Któż to, jeżeli zapytać wolno...
— Chłopi...
— Ależ oni pieniędzy nie mają...
— Nic nie szkodzi, nie mają odrazu, ale mieć będą częściowo — rozkładam im wypłatę na lat dziesięć...
— A czy twoi wierzyciele zechcą czekać?
— Sądzę, że tak.
— I na czem ten sąd opierasz?
— Układam się z nimi, i jak dotychczas trudności nie czynią.
— I zapewne darmo robią tę łaskę?
— To już kwestya układu, szanowny panie...
Adwokat wpadł w zły humor, rozgniewał się. Z właściwą sobie szorstkością, a w dosadnych wyrazach, powiedział młodemu człowiekowi, że interes pieniężny to nie romans, że wszelkie sentymenta należy na bok odrzucić i traktować rzecz po kupiecku, realnie.
Mówka nie sprawiła pożądanego efektu, pan Marcin wysłuchał jej w milczeniu, poczem pożegnał jak najgrzeczniej zirytowanego prawnika i odjechał do domu.
Upłynęło kilka lat, zanim wszystkie interesa według swego planu przeprowadził; układy z chłopami o sprzedaż gruntów nie szły łatwo, kolonizowanie i podział przedstawiały również niemałe trudności, a prawna strona kwestyi miała niezliczone komplikacye. Podołał jednak wszystkiemu i przez swoją cierpliwość, wytrwałość, pracę istotnie ciężką, nieraz siły jego przechodzącą, doszedł do tego wreszcie, że z dużej i zupełną ruiną grożącej fortuny ojcowskiej wykroił dla siebie folwark średniej wielkości, nie bardzo obciążony, i mógł zabrać się do gospodarstwa.
Nieraz, nocą, gdy się już wszystko w domu uciszy, on, chodząc po swym pokoju, przypomina sobie te ciężkie chwile początków, i myśli, że gdyby mu powtórnie przechodzić je wypadło, to niepodołałby może zadaniu.
W istocie, były to dla niego lata ciężkie, spędzone w natężonej pracy, a prawie w osamotnieniu, gdyż w najbliższej okolicy nawet towarzystwa odpowiedniego znaleźć nie mógł.
Dokoła, na dużej przestrzeni, koloniści, przeważnie Niemcy, się rozsiedli, kilka majątków żydzi na licytacyach nabyli, owdzie znów spekulant jakiś osiadł, któremu z gospodarstwem wcale nie szło, lecz o handel jedynie. Las wyciąć, ziemię kawałkami rozprzedać i wędrować dalej, aby znów do nowej podobnej operacyi przystąpić, takie było jego zadanie.
Sam sobie tedy musiał młody człowiek wystarczać, a jedyną pociechą w tem odosobnieniu od ludzi, były mu dzienniki i książki, którym zwłaszcza podczas długich zimowych wieczorów, po kilka godzin poświęcał; one to łączyły go ze światłem, z cywilizacyą.
Niekiedy, ale rzadko, do miasta gubernialnego przyjeżdżał; miał tam kilka domów znajomych, no i starego prawnika, który, przez szczerą życzliwość, zawsze się nim zajmował, rady mu dawał — i irytował się.
Ten aczkolwiek stale zagniewany, że pan Marcin samodzielnie postępuje i ślepo za radami jego nie idzie, zajmował się nim jednak, zapraszał do siebie, nauki prawił, zżymał się, ale w gruncie rzeczy bardzo go szanował i szczerze mu był życzliwy.
Gdy widział, że młody człowiek zwycięża wszystkie trudności, że się wybija i coraz pewniejszy grunt ma pod nogami, przestał się wtrącać do spraw majątkowych i tylko przez ciekawość o nie dopytywał, ale natomiast inna myśl zajmować go zaczęła.
— Słuchaj no, panie Marcinie — mówił — nie zginąłeś, jak ci to przepowiadałem; prawda, ale nie przypisuj stąd sobie wielkich zasług, widocznie masz szczęście. Trafiłeś na chłopów zamożnych, na wierzycieli miękkich jak wosk, wiodło ci się, dał Pan Bóg kilka lat urodzaju, ceny się trochę podniosły, no i dotychczas dyabli cię nie wzięli, chociaż nie tryumfuj jeszcze i nie mów hop, aż przeskoczysz...
— Czyż ja co mówię?
— Nie mówisz, ale myślisz, bo wy, młodzi, jesteście dziwnie zarozumiali.
— Z pewnością nie...
— Znam ja was, ale do rzeczy. Chociaż postępowałeś nie tak jak trzeba, jednak przyznaję, że jesteś już na niezłej drodze, gdybym się nie obawiał przeholować, powiedziałbym nawet, żeś na dobrej — ale, tak czy owak, droga to tylko droga, a więc jeszcze nie meta, nie ostateczny cel podróży...
— Sądzę, panie, że do tego daleko...
— Bynajmniej; bliżej niż myślisz. Co to mówić. Urodziłeś się w czepku, masz szczęście — idź tylko za mojemi wskazówkami, a odrazu staniesz na nogach, na murowanej podstawie... Wtenczas będziesz sobie drwił ze wszystkiego, zyskasz bowiem spokój, niezależność i pewny kawałek chleba do śmierci.
— Jaką drogą?
— Ożeń się...
— Co prawda, o tem jeszcze nie myślałem.
— Ale ja myślałem za ciebie. Dom porządny, koligacya piękna, panna jak malowanie i trzydzieści tysięcy posagu zaraz, nie mówiąc o tem, co będzie po najdłuższem życiu rodziców, a będzie na co spojrzeć, wierzaj mi, bo majątek czysty i pójdzie tylko na dwie głowy, to jest na tę pannę, o której mówię, i na jej brata. No co, źle?
— Ślicznie, tylko czy piękna i bogata panna zechce patrzeć na chudopachoika...
— Zechce...
— Skąd szanowny pan ma taką pewność?
— Mam. Znasz mnie, że nigdy nie kłamię, zresztą, co mam ukrywać!? Kocham cię, pragnę twojego dobra, myślę o tobie, więc mówiłem z ojcem panny i ta myśl mu się bardzo podobała... pojedziesz do nich ze mną, pannę poznasz, a jeżeli spodobacie się sobie nawzajem, to zaręczam ci, że ze strony rodziców żadnych przeszkód nie będzie...
Pan Marcin zaczął się wymawiać, że o małżeństwie dotychczas nie myślał, że sytuacya jego majątkowa, jak obecnie, nie pozwala na założenie rodziny, że dom w Budach, jako stary i zaniedbany, wymaga reparacyi kosztownej — ale adwokat słuchać tego nie chciał.
— Niema dyskusyi — rzekł — pojedziesz. Musisz to uczynić, choćby ze względu na mnie. Ja już wizytę twoję zapowiedziałem, jam się szczegółowo z ojcem panny porozumiał, projekt intercyzy przedślubnej gotowiuteńki mam w biurku. Sam osądź, jakbym ja wyglądał, gdybym cię nie przywiózł i nie pokazał przynajmniej? Spodziewam się, że za dobre serce i życzliwość, jaką mam dla ciebie, tak grubo mnie kompromitować nie zechcesz?
Pojechali.
Jeszcze teraz, po tylu latach, gdy pan Marcin ową wyprawę wspomina, uśmiechu powstrzymać nie może; przychodzi mu na myśl adwokat, zły, obrażony, zagniewany śmiertelnie, ale któż temu winien?
Pojechali. Dom był obszerny, quasi pałac, urządzony z komfortem, z elegancyą, służba liczna. Pan pozował trochę na lorda, pani na wielką damę, a co do panny, adwokat prawdę powiedział, była ona w istocie jak malowanie, bardzo przystojna. Wysoka, zgrabna, blondynka o ciemnych oczach, rozmowna, wesoła, pewna siebie, mogła się podobać każdemu, zwłaszcza gdy podobać się chciała.
Przyjmowano pana Marcina i jego poważnego towarzysza etykietalnie; ale widać w tem jednak było pewną serdeczność i zachętę do dalszego bywania. Adwokat dobrze grunt przygotował, a na pannie pan Marcin robił sympatyczne wrażenie. Rozmowa ożywiała się coraz bardziej, pierwsze lody topniały, a stary prawnik naprawdę się cieszył, że jego starania na pomyślnej są drodze.
I szło tak doskonale aż do obiadu, który, wcale nie wiejskim i nie gospodarskim trybem, podano o piątej wieczorem.
Przy stole znalazła się jeszcze jedna osoba, młoda panienka w żałobie, dziewczyna oryginalnej, dziwnie pociągającej powierzchowności. Przy córce gospodarstwa wyglądała ona, niby kwiatek polny przy pełnej, wspaniałej róży. Szczupła, małego w zrostu, brunetka, o rysach drobnych i regularnych, cerze białej, delikatnej, miała duże, wymowne oczy szafirowej barwy, z wyrazem szczególnego jakiegoś smutku i zadumania.
Od razu, od pierwszego wejrzenia, Pan Marcin postanowił sobie, że wizytę powtórzy, że przyjedzie i przyjeżdżać będzie często, dla tych oczu pełnych słodkiej tęsknoty. Nie zdawał sobie dokładnie sprawy z wrażenia, jakie one na nim zrobiły, nie analizował, czuł tylko, że jakaś siła nieznana, niepojęta, ciągnie go ku nim, zdawało mu się, że w nich maluje się przepiękna, szlachetna a silna dusza, bogata wielkiemi skarbami uczuć. Dotychczas żadna kobieta nie wywarła na nim takiego uroku, jak to ciche, skromne dziewczątko.
Pani domu z kilku przelotnych spojrzeń domyślała się czegoś, gdyż na poczekaniu, opowiedziała z westchnieniami, z ubolewaniem, z pełną afektacyi czułością, historyę kochanej, a bardzo nieszczęśliwej kuzynki, Zosi, która po stracie rodziców, została na świecie prawie sama jedna, bez rodziny, bez majątku, prawie bez sposobu do życia...
— Dobre, kochane dziecko; całem sercem pragnę zastąpić jej matkę, chociaż... czy to możliwe? — dodała z westchnieniem.
Pan Marcin po dwóch tygodniach znowuż złożył wizytę, następnie przyjechał za tydzień, i wyraźnem już było, że nie do pięknej i bogatej jedynaczki, lecz do biednej sieroty serce go ciągnie.
Za następną bytnością doznał bolesnego zawodu: nie zobaczył ślicznych, zadumanych ocząt, Zosia wyjechała.
Pani domu objaśniła, że musiano wyprawić ją koniecznie, dla zdrowia. Wątła panienka zagrożona jest suchotami; trzeba jej zmiany, powietrza, lasu — a że właśnie jedna jej kuzynka, która, nawiasowo powiedziawszy, zrobiła mezalians, jest za nadleśnym w dobrach ordynackich, więc skorzystało się z okazyi... Oczywiście, balsamiczne powietrze będzie dla niej lekarstwem, chociaż...
Nie kończąc zdania, pani przyłożyła do oczu batystową chusteczkę, zapewne w celu powstrzymania łez, przeznaczonych na grób pięknej sierotki.
Młody człowiek... słysząc to, doznawał takiego uczucia, jak gdyby mu kto chłodne ostrze noża wbijał w piersi. Wizytę znacznie skrócił, tłómacząc się niezdarnie, że bardzo ważna sprawa powołuje go do miasta, że teraz dopiero przypomniał sobie o terminie, że gdyby się nie stawił, poniósłby nieobliczone straty.
Kłamał jak mógł, byle tylko wyrwać się co prędzej, gonić za temi ślicznemi oczami, które błysnęły przed nim, jak dwie gwiazdy jasne, oczarowały go, olśniły i zniknęły nagle...
Zarazem przejmował go najwyższy niepokój i obawa; czy to prawda, co mówiono? Czy rzeczywiście ów śliczny kwiatek polny ma zwiędnąć i zeschnąć zanim się zupełnie rozwinie? Czy ta dusza jasna, co przez szafirowe oczy wygląda, już rozwija skrzydła, aby ulecieć wysoko w przeczyste, eteryczne wyżyny.
Nie! to być nie może, wielka miłość musi ją tu zatrzymać, a Bóg nie zechce tak pięknego tworu swego rzucić robakom na pastwę...
Co konie wyskoczyć mogły pędził do domu. Tam ledwie parę godzin zabawił, wydał dyspozycyę, co mają robić podczas jego nieobecności, i znowuż w daleką drogę się wybrał, ku owym wielkim lasom, ku dębom i sosnom olbrzymim, pod konarami których wdzięczny, polny kwiateczek się ukrył.
Aczkolwiek ekstrapocztą pan Marcin jechał i hojnymi datkami woźniców do pośpiechu pobudzał, droga wydawała mu się niesłychanie długą i sądził, że się nigdy nie skończy.
Nazajutrz po wyjeździe z domu, już prawie o zachodzie słońca, znalazł się w obrębie wielkich lasów, na szerokiej rozrzuconych przestrzeni. Czarną półkolistą ścianą obejmowały one widnokrąg, a oko nie mogło dostrzedz, gdzie ich początek, gdzie koniec. Jeszcze pól mili bocznej, wśród drzew wijącej się dróżki, i oto przed oczami pana Marcina ukazała się piękna wzgórkowata polana, kawał szmaragdowej łąki, wartkim strumykiem przeciętej, dworek drewniany, zabudowania...
Więc to tu! Tak, tu... Z po za białej firanki, z po za zieleni roślin okno zdobiących, błysnęły na chwilę szafirowe oczy, nie smutne jednak i zadumane, ale jakby uradowane, zdziwienia pełne, a na twarzyczce bladej zwykle i białej, taki gorący rumieniec wykwitnął, że aż ją sparzył niby ogniem, gdyż cofnęła się w tejże chwili i zniknęła w głębi pokoju.
Na spotkanie gościa wyszedł mężczyzna barczysty, o szerokiej, ogorzałej twarzy, od której, dziwnie odbijało wysokie białe czoło, mężczyzna snać silny, a prostoduszny i szczery, wyszedł, przybyłemu rękę na powitanie podał i pod dach go wprowadził.
Rozmawiali godzinę sam na sam, pan Marcin celu swego przyjazdu nie ukrywał, odrazu jasno powiedział, co go ze stron dość dalekich sprowadza — i o mało nie krzyknął z zadziwienia, gdy usłyszał, że Zosia zdrowa jest jak rybka, że jej żadne niebezpieczeństwo nie grozi, że wspominała o nim niejednokrotnie...
Długo tego wieczora w dworku leśnika płonęło światło, długo trwała ożywiona rozmowa na ganku.
Była prześliczna noc letnia, pełny księżyc oświetlał ziemię, ogromne drzewa szumiały, strumyk szemrał, a wszystko dokoła było takie śliczne, rozśpiewane, rozkochane, pachnące...
Cały tydzień pan Marcin w tem ustroniu przepędził. Przybywał w obawie śmiertelnej, w rozpaczy niemal, że może tę, którą tak ukochał bardzo, postradać — wracał szczęśliwy, wzajemności pewny, z pierścionkiem zaręczynnym na palcu. Śpieszył do domu, aby go odświeżyć, urządzić, na przyjęcie młodej pani przygotować...
Adwokat o mało apopleksyi nie dostał ze złości, gdy się o zamiarach pana Marcina dowiedział. Nazywał go szaleńcem, którego należałoby ubezwłasnowolnić i w kuratelę oddać, burzycielem własnej przyszłości, lekkoduchem i szaławiłą.
Z pobłażliwym uśmiechem na ustach młody człowiek wysłuchał tyrady, wygłoszonej przez sędziwego przyjaciela rodziny, pocałował go w ramię i uprzejmie, z wielkim spokojem w głosie, na wesele prosił.
Stary prawnik odburknął szorstko, że ma się za poważnego człowieka, i że przy aktach młodzieńczej lekkomyślności nie asystuje z zasady. Nie przeszkodziło mu to później pogodzić się z faktem spełnionym, bywał w Budach i młodą gosposię, ze staroświecką galenteryą, po drobnych rączkach całował.
Na jesieni, już szafirowe oczy jaśniały pod strzechą starego dworu, dokąd wniosły miłość i szczęście; dla pana Marcina rozpoczęło się życie nowe, pełniejsze; miał już pracować dla kogo i z kim, miał towarzyszkę serdeczną na dolę i niedolę, na radość i smutki...
W księdze jego życia rozpoczęły się najpiękniejsze karty.
Często cofa się myślą w przeszłość i rozpamiętuje dzień po dniu, rok po roku — i widzi przed sobą zawsze małą, szczupłą kobietę, o przepięknej duszy, którą niegdyś od pierwszego spojrzenia, w szafirowych jej oczach poznał i przeczuł, o niewyczerpanych skarbach serca, o charakterze silnym, usposobieniem równem, zawsze jednakowo łagodnem i słodkiem.
W tej wątłej istocie był niewyczerpany zasób siły, energii, woli i wytrwałości. Dawała tego dowody jako żona, matka, obywatelka, pani domu. W obowiązkach nie dała się nikomu wyręczać: po nocy spędzonej bezsennie przy kołysce chorego dziecka, przez cały dzień była na nogach, nie ustając ani na chwilę w zwykłej codziennej pracy, myśląc o potrzebach tej gromadki, która się pod strzechą dworku tuliła, zaglądając na wieś do chorych, nieszczęśliwych, cierpiących...
Dwóch synów chowała i wychowała szczęśliwie, acz z trudem, kosztem zdrowia i sił, a kiedy już podrośli do szkół odjechali, było jej bardzo smutno w domu, szafirowe oczy znowu przybierały wyraz zadumania, tęsknoty i niepokoju, twarz bardziej niż zwykle bladła, sen ze zmęczonych powiek uciekał.
Wówczas pan Marcin, widząc, że żona tęskni, że brak jej tych dwóch urwisów, co cały dom napełniali śmiechem i gwarem, wziął na wychowanie sierotę, daleką kuzynkę, Władzię. — Tak więc cała rodzina z pięciu się osób składała, gdyż ową dziewczynkę traktowano jak własne dziecko i wzięto na zawsze, postanowiwszy wychować ją, do obowiązków życia przysposobić, a gdy czas przyjdzie wyposażyć i wydać za mąż... Zawsze też mówili państwo Marcinowie, że mają troje dzieci: Józia, Leonka i Władzię...
Ta ostatnia, w początkach zwłaszcza, niemało przybranej matce przyczyniała kłopotu... temperamentem żywym, niepokornym, ognistym.
Była nad wiek swój wysoka, a przytem chuda, niezgrabna, ruchliwa jak wiewiórka; oczy miała czarne, pełne blasku, a na głowie istny las włosów ciemno-kasztanowatych, powichrzonych, niepokornych jak ich właścicielka. Ileż to bywało ambarasu i roboty z tą twardą czupryną! Ledwie że uczesana, ledwie pod opaskę z szerokiej wstęgi ujęta, już za chwilę rozwichrzyła się na wszystkie strony, niby grzywa rozhukanego źrebca; grubemi pasmami wydobywała się z pod wstążek, spadała na czoło; jeżyła się dziko na samym czubku głowy.
Władzia miała wówczas, gdy ją pan Marcin do swego domu przywiózł, siedm lat życia dopiero, książka była jeszcze dla niej osłonięta mgłą tajemniczości, liter dziewczyna nie znała, umiała tylko skakać, śpiewać, figlować, gonić się z psami po dziedzińcu, wypatrywać gniazdka ptasząt w ogrodzie. Żaden płot nie stanowił dla niej przeszkody, przez najszerszy rów umiała przeskoczyć, a wdrapać się na drzewo było dla niej zabawką.
Pierwszego dnia po przybyciu do Bud, zapytana przez panią Zofię, czemby chciała się bawić, Władzia wskazała ręką na wracające z pastwiska źrebaki — i rzekła:
— Chciałabym na tym gniadym jeździć.
— Ależ, moje dziecko, dziewczynki w twoim wieku lalkami się bawią.
— Ja lalek nie lubię... wolę konia.
Pani Zofia postanowiła to dzikie stworzonko oswoić i obłaskawić, i udawało się to dość pomyślnie. Dziewczynka, traktowana po macierzyńsku, łagodnie, z coraz bardziej wzrastającą ufnością, spoglądała na swą opiekunkę i, o ile mogła, spełniała wszystkie jej zlecenia.
Niepokorna, wichrowata czupryna padła pod ostrzem nożyczek, Władzia stała się podobną do rekruta. Zaczęto ją też mustrować, ale powoli, łagodnie. Bystre oczy musiały przez kilka godzin na dzień spokojnie patrzeć w książkę, palce manewrować igłą, szydełkiem lub drutami. Ciężko to było z początku...
Nieraz, siedząc z robótką przy otwartem oknie, miała wielką ochotę rzucić bawełnę na podłogę, wyskoczyć na dziedziniec i biegnąć, biegnąć wprost przed się, do lasu, do motyli, do ptaszków, ale jedno łagodne spojrzenie pani Zofii hamowało te zapędy; dziewczyna spuszczała oczy i, jakby przeczuwając, że opiekunka jej myśli odgadła, brała się znowuż do robótki.
Wielkie było zdziwienie chłopców, gdy, przyjechawszy na wakacye zimowe do domu, zastali tę niezgrabną, chudą dziewczynę. Z początku dziczyli się trochę, ale następnego już dnia, gdy się przekonali, że jest doskonałą towarzyszką zabaw, że z całym zapałem garnie się do gry w piłkę, lepienia bałwanów ze śniegu, do jazdy sankami, że jest dość mocna i wcale nie bojaźliwa, zaczęli ją traktować jak kolegę, co najmniej z pierwszej klasy.
Dla Władzi święta Bożego Narodzenia, Wielkiejnocy i wakacye letnie, to były najmilsze chwile. Z utęsknieniem oczekiwała dnia przyjazdu chłopców, bo też wówczas i cały dom w Budach ożywiał się i przybierał nastrój świąteczny. Wesoło było, ruch, gwar, śmiechy, bieganie po ogrodzie, wycieczki na łąki, do lasu, nad rzekę na połów muszel, które woda na brzeg wyrzucała, to znów z wędkami na ryby, z koszykami na czernice i poziomki. Zbierano zioła i kwiaty, aby je zasuszyć w zielniku, osobliwsze kamienie na pola, formowano zbiory motyli, muszek, żuków najrozmaitszych.
W pogoni za owadami Władzia prym zawsze trzymała: motyl, za którym obadwaj chłopcy gonili napróżno, jej rąk nigdy nie uszedł; biegła za nim od kwiatu do kwiatu, jak wiatr, szybko, bez szelestu, to znowuż, gdy usiadł, przystawała na chwilę i kocim ruchem chwytała go w rękę lub w siatkę. Co to było wówczas uciechy i radości!
Dwa miesiące wakacyj przechodziły jak dzień jeden szybko, niepostrzeżenie prawie, chłopcy odjeżdżali i znowuż dom zapadał w zupełną ciszę.
Przy każdem pożegnaniu, Władzia z wysiłkiem powstrzymywała łzy cisnące się do oczu, a gdy już bryczka zniknęła za bramą, wówczas uciekała do ogrodu i tam ukryta, niewidziana przez nikogo, dawała folgę żalowi. Płakała długo, serdecznie, gorącemi łzami i powracała do domu zamyślona, smutna, poważna.
Zaraz też przychodziło jej na myśl, że tak być nie może... Płakać nie wypada, ale dowód pamięci trzeba dać koniecznie i to prawdziwy dowód, wymowny — a miły — przypominała sobie nawet, że w spiżarni są konfitury, jest miód, sery, wędliny, orzechy, że w ogrodzie gruszki jesienne można będzie najdalej za trzy tygodnie zrywać, a potem znowuż zimowe jabłka, takie duże, czerwone, pachnące. Umiała się zawsze wywiedzieć o okazyi do miasta, a wywiedziawszy się, przychodziła do pani Zofii, zarumieniona, nieśmiała i, składając pocałunek na jej ręce, prosiła o pozwolenie obrabowania spiżarni...
— Tylko ten jeden koszyczek, proszę cioci, ten malutki — mówiła, pokazując potężny kosz z przykrywą. — Oni tam pewnie są głodni, pracować muszą ciężko. Józio mówił, że w drugiej klasie, to już ledwie można wytrzymać, a w pierwszej także trzeba kuć, że aż w plecach trzeszczy. Niech ciocia pozwoli, bardzo proszę...
Ciocia nietylko że nie odmawiała pozwolenia, ale sama towarzyszyła Władzi do śpiżarni, i tam dopiero spostrzegano, że wartoby jeszcze posłać trochę tego i tego, i że koszyk stanowczo jest za mały; wybierano więc większy, albo też dodawano jeszcze jeden.
Uszczęśliwiona Władzia wysyłała ten dowód pamięci i przez jakiś czas, na „stancyi,“ gdzie chłopcy państwa Marcinów mieszkali, były złote czasy. — Nie żałowali sobie, wiedzieli bowiem, że znów za parę tygodni, Władzia, choćby pod ziemią okazyę wynajdzie i nowy transport nadeśle.
Nieraz chłopcy mówili o swej towarzyszce. Młodszy, Leonek, pierwszoklasista o pucołowatej twarzy, z wielką powagą rzekł raz do starszego brata.
— Wiesz, Józiek... ta nasza Władzia to porządna kobieta. Jak ty myślisz?
— Bardzo porządna... Z początku, jak ją zobaczyłem pierwszy raz, pomyślałem, że to zwyczajna sobie koza, ale nie...
— A widzisz, doskonale ojciec zrobił, że ją wziął, bo to i nam weselej i pomoc przy gospodarstwie...
— Oho!
— Jakbyś wiedział; mama ją chwali, mówi, że zdatna, że jak chce, to się wszystkiego nauczy. Obiecała nam przecież uszyć ładne krawaty, a na przyszły rok ma dla nas sama konfitury smażyć.
— Władzia? Niby ona potrafi?!
— Zobaczysz. Wiesz, Józiu, co ja myślę?
— No?
— Jakkolwiekbądź, trzeba być honorowym.
— Jakto?
— Ona o nas tak dba, tyle dobrych rzeczy przysyła, a my dla niej nic.
— Prawda, masz racyę, trzeba jej jaki prezent kupić, ale co? Może ładną lalkę...
— To na nic! Ona się lalkami nie bawi.
— Więc?
— Ja myślę, że będzie wolała łyżwy. Zbierajmy pieniądze do świąt i kupmy jej łyżwy, ale szyk... angielskie...
— Kiedy ona nie umie ślizgać się...
— Nauczymy ją podczas świąt. Na sadzawce za ogrodem będzie śliczny lód.
Po krótkich debatach, dwaj honorowi ludzie przyszli do przekonania, że najodpowiedniejszym podarunkiem dla zacnej i porządnej kobiety będą właśnie łyżwy.
W istocie pomysł był doskonały, Władzia zachwycała się dowodem pamięci chłopców i wspaniałością daru, a po kilku lekcyach, uczenica dorównywała już w zręczności swym mistrzom — i traktowała sport łyżwiarski na seryo, ze znajomością rzeczy i z powagą co najmniej drugoklasisty.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Od czasu tych pierwszych prób upłynęło z górą lat dziesięć: łyżwy zardzewiałe leżą gdzieś na strychu, Władzia nie używa ślizgawki, a chłopcy są tak daleko, że nie można posyłać im przez okazyę koszów napełnionych przysmakami. Zresztą nie chłopcy to już, lecz młodzież — a i Władzia zmieniła się tak bardzo, że niktby w niej nie poznał owej dziewczyny chudej, niezgrabnej, o włosach zjeżonych.
Obrazy lat ubiegłych jak w kalejdoskopie, przesuwają się w pamięci pana Marcina, rozpamiętuje też szczegóły przeszłości, zastanawia się, myśli.
Wreszcie usiadł przy stole, przerwane chwilowo pisanie zakończył i po chwili światło w oknach jego pokoju zagasło.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.