Włamywacz Raffles mój przyjaciel/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest William Hornung
Tytuł Włamywacz Raffles mój przyjaciel
Podtytuł Powieść awanturnicza
Wydawca Nakładem "Ilustrowanego Kuryera Codziennego"
Data wyd. 1929
Druk Zakł. Graf. "Ilustr. Kuryera Codz."
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Maria Manberowa
Tytuł orygin.
A Thief in the Night:
The Criminologists' Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.
Klub kryminologów.

— Ale co to za ludzie i gdzie się zazwyczaj schodzą. Powiedzże mi Raffles — w księdze adresowej daremnie szukałem ich lokalu!
— Jest to klub kryminologów. Liczy tak mało członków, że nie posiada własnego lokalu. Zaś ze względu na swój charakter musi być ekskluzywny i dlatego nie znajdziesz nazwisk członków w żadnym informatorze. Klub zalicza w skład swoich członków grono poważnych panów, ludzi wiedzy, którzy zajmują się bardzo serjo istotą i objawami współczesnej zbrodniczości. Od czasu do czasu schodzą się oni bądź to w lokalach innych klubów, bądź też u siebie w domu i dyskutują na ulubiony temat.
— No dobrze — ale w jaki sposób wpadli na ten szatański pomysł, aby nas zaprosić na kolację?
Zadając to pytanie, wskazałem na białe arkusiki zaproszeń, na których najwyraźniej w świecie widniały nasze nazwiska. Podpisany na nich był sam jaśnie wielmożny hrabia Thornaby, który najuprzejmiej prosił o zaszczyt spożycia kolacji w mojem towarzystwie w pałacu Thornaby, Lane Park, gdzie mieliśmy się zejść z klubem czcigodnych kryminologów. Przyznam się, że w uprzejmości tej wietrzyłem podstęp; niepokój mój zamienił się w prawdziwe przerażenie, gdy dowiedziałem się, że i Ralphowi wysłano zaproszenie.
— Zaprosili mnie jako wybitnego sportowca, ponieważ któryś z zacnych staruszków wpadł na pomysł, że wszelkie zawody sportowe stanowią przekleństwo i grób nowoczesnego sportu. Specjalnie zaś napawa ich trwogą i odrazą sportowiec zawodowy, to też pragną dowiedzieć się, czy moje doświadczenia zgadzają się z ich teorją.
— Ej, tak tylko mówią! To chyba pretekst!
— Nie, to ich istotny zamiar. Na dowód, że mają rację, przytaczają cały szereg wypadków samobójstw i morderstw na tle zawiedzionej ambicji sportowej. Wiesz przecież, że studja nad tym przedmiotem wchodzą niejako w zakres mojego zawodu.
— Ale co ja mam z tem wspólnego? — zawołałem zniecierpliwiony. — Nie, mój drogi, mylisz się tym razem. Poprostu zarzucili na nas wędkę i zamierzają wziąć nas pod dokładną obserwację. Inaczej nigdy nie wpadliby na pomysł, aby i mnie zaprosić.
Raffles śmiał się serdecznie z mojego przerażenia.
— Chciałbym mój kochany, abyś miał rację — rzekł Ralf z uśmiechem. — Cała ta heca miałaby jeszcze większy urok, aniżeli się zapowiada. Aby cię jednak uspokoić, poczuwam się do obowiązku wyjaśnić ci drogi Bunny, że to ja właśnie zwróciłem ich uwagę na ciebie. Powiedziałem im mianowicie, że jesteś daleko wspanialszym kryminologiem odemnie. Cieszy mnie to niezmiernie, że posłuchali mojej rady. A zatem spotkamy się na tej niesamowitej uczcie.
— Nie wiem, czy przyjmę zaproszenie — odparłem w tonie nagany, na którą Ralf zasługiwał, narzucając mi w tak lekceważący sposób swoją wolę.
— Jeżeli odmówisz, pozbawisz się przyjemności przygody, która jest zarówno w moim, jak i w twoim guście. Zastanów się, co robisz Bunny! Ci uczeni panowie schodzą się pod płaszczykiem studjów psychologicznych jedynie w tym celu, aby emocjonować się dreszczykiem grozy, opowiadając straszliwe historje o bandytach. My zaś rozkoszujemy się temi sprawami pozornie taksamo, jak gdybyśmy należeli do ich świata i nie wiedzieli na ten temat więcej od nich. Niejeden z nich wspomni tam o naszych sprawkach, nie domyślając się nawet, że ma sprawców w najbliższym sąsiedztwie. W ten sposób wydostaniemy od nich, co świat myśli o naszych uczynkach i co ludzie kombinują. Jako bohaterowie ich opowiadań i krytyk usłyszymy ich mniemanie o nas i ich doświadczony sąd o naszej metodzie włamań. Będzie to dla nas nie tylko zabawne, lecz i pożyteczne. Gdy znowu kiedyś puścimy się na bystre wody, nie od rzeczy będzie przypomnieć sobie, cośmy usłyszeli od tak sławnych kryminologów. A pozatem nie należy wzgardzić doskonałą kolacją, która nas oczekuje, o ile nie zawiedzie ustalona opinja naszego gospodarza.
— Czyżbyś go znał? — zapytałem zdziwiony.
— Poznałem go niegdyś na placu gry w krokieta i dziwię się, że jego lordowska mość raczy sobie znajomość ze mną przypomnieć — odparł zgryźliwie Ralf. — Chociaż on nie wie niczego o mnie, ja jednak jestem doskonale poinformowany o jego osobie. Przez pewien czas był przełożonym klubu gry w krokieta w Middlesex. Trudno o lepszego prezesa. Zna się doskonale na grze, jakkolwiek zwyczajem wszystkich przewodniczących klubów sportowych, sam nigdy nie bierze w grze udziału. Wogóle jest bardzo inteligentny i na wszystkiem zna się po trochu, chociaż się niczem nie zajmował. Nawet nie ożenił się i, jak twierdzą wtajemniczeni, nigdy ust nie otwiera bez widocznej potrzeby. Mimo wszystko ma opinję najmądrzejszego członka dostojnego zgromadzenia. Opinja ta musi być poniekąd uzasadniona, ponieważ sam słyszałem jego doskonałe przemówienie z okazji przybycia do nas Australczyków na rozgrywkę o mistrzostwo. Jest niesłychanie oczytany, lecz sam nie pisał ani słowa. Nielada to zasługa w naszych grafomańskich czasach. Mówią o nim, że w teorji jest ciężki jak wieloryb, natomiast w praktyce ruchliwy i elastyczny jak złota rybka. W kwestji kryminologji zdaje się jednoczyć obydwie właściwości.
Ralf zaintrygował mnie do tego stopnia, że poczułem żywe pragnienie osobistego poznania tego wybitnego męża. Oświadczyłem to mojemu przyjacielowi, na co on skinął głową z taką miną, jak gdyby nigdy nie wątpił w moją gotowość. Teraz dopiero widzę, jak dyplomatycznie zignorował mój opór. Niewątpliwie obmyślił sobie poprzednio wszystko z najdrobniejszemi szczegółami. Spisując obecnie te wspomnienia jak najdokładniej, dzięki mojej wybornej pamięci, odnoszę takie wrażenie. Jak wiem z doświadczenia, Ralf nigdy nie był bardziej wyrachowany, jak wtedy, gdy paląc nieodłączną fajeczkę, udawał, że mówi tylko tak, od niechcenia i daje się ponieść obranemu tematowi. Z czasem poznałem się na tych jego manewrach, lecz wówczas przyjaźń nasza znajdowała się jeszcze w stadjum początkowem. W każdym razie znałem go dokładniej, aniżeli ktokolwiek inny.
Wówczas to schodziłem się z Ralfem bardzo często, wyjątkowo nawet on odwiedzał mnie częściej, aniżeli ja jego. Swoim zwyczajem przychodził bez zapowiedzenia, kiedy jemu było najdogodniej, często nawet nie w porę, gdy wybierałem się do miasta. Nieraz zastawałem go w mojem mieszkaniu po powrocie do domu, ponieważ dawno już oddałem mu drugi klucz do dyspozycji. Było to w lutym najmniej sympatycznym dla mnie miesiącu. Przegwarzyliśmy niejeden wieczór, dyskutując namiętnie o sprawach społecznych, o sztuce, sporcie, tylko nie na temat naszego dziwnego trybu życia i niezgodnych z ustawą postępków. W rzeczywistości jednak nie było wówczas sposobności do omawiania naszych uczynków. Ralf prowadził w owym czasie najprzykładniejszy tryb życia i przebywał w bardzo poważnych towarzystwach. Słuchając jego rady, spędzałem cały wolny od zajęć czas w naszym klubie.
— O tej porze roku nie mamy wszak nic lepszego do roboty — zwykł mawiać Ralf jak gdyby na usprawiedliwienie. — W lecie grywam w krokieta, zachowując w ten sposób pozory przez cały rok uczciwie pracującego człowieka. Należy przestawać w towarzystwie ludzi od rana do wieczora, a nie wpadnie im na myśl zastanowić się, co my robimy w nocy. To najlepszy sposób odwrócenia uwagi od siebie.
Jednem słowem nasze zachowanie się w ostatnich czasach tak dalece bez zarzutu, że owego dnia, w którym miał się odbyć ów słynny obiad u lorda Thornaby, obudziłem się bez cienia niepokoju, a nawet zagadkowy klub kryminologów przestał zupełnie być dla mnie groźny. Jedynem mojem życzeniem było zjawić się w jaskini lwa w towarzystwie mojego wspaniałego przyjaciela, toteż prosiłem go, aby przyjechał po mnie swojem autem. Niestety brakowało zaledwie pięć minut do pory oznaczonej na zaproszeniu, a Ralfa jak nie było, tak nie było. Byliśmy zaproszeni na godzinę trzy kwadranse na ósmą, punktualnie o godzinie ósmej miał się rozpocząć obiad; nie pozostawało mi wreszcie nic innego, jak samemu udać się do pałacu lorda Thornaby.
Na szczęście miałem drogę niedaleką, ponieważ pałac znajdował się na tej samej ulicy, na której wówczas mieszkałem. W chwili gdy zamierzałem zadzwonić do bramy, nadjechał elegancki kocz dwukonny. Myślałem, że to Ralf dogonił mnie w ostatniej chwili, lecz zawiodłem się. Mimowoli stanąłem pod balustradą, obserwując, kto wysiadał z powozu. Wyskoczyło kilku panów i podczas gdy jeden z nich płacił dorożkarzowi, dwaj pozostali zamienili następujące słowa:
— Słyszałem, iż Thornaby założył się o poważną kwotę, że prędzej czy później ptaszek wpadnie w zastawione sidła. Ma się rozumieć, że zakład ten nie rozstrzygnie się dzisiaj, w każdym razie osobnik ów wmawia sobie, że został zaproszony w charakterze znakomitego gracza w krokieta!
— Chciałbym, aby Thornaby wygrał zakład z Fredem Verekerem — odparł drugi pan, głosem brzmiącym niemile i chropawo, podczas gdy głos jego towarzysza był dźwięczny i łagodny — lecz jestem przekonany, że to wszystko są czcze wymysły i brednie bez sensu.
— A jednak przekona się pan, że więcej jest na rzeczy, aniżeli się panu zdaje — odparł ten pierwszy i w tej chwili zamknęły się drzwi za nimi.
W bezradnej rozpaczy opuściłem ręce. A zatem Ralf został zaproszony na tę niesamowitą kolację nie w charakterze gościa, lecz podejrzanego przestępcy! To właśnie Ralf, ten nieomylny Ralf był tym razem w błędzie i nie przeczuwał zasadzki, zaś ja miałem wyjątkowo trafne przeczucie! Tymczasem czas upływał, a jak na złość Ralf się nie zjawiał. Nawet nie mogłem go ostrzec, że grozi mu zasadzka, niestety biła właśnie godzina 8-ma.
Nic dziwnego, że nawet dzisiaj na wspomnienie tej strasznej chwili, dreszcz mnie przenika. Jestem przekonany, że nawet dźwięk bijącego zegara odebrał mi do reszty przytomność umysłu, i że właśnie dzięki temu zagrałem moją nędzną rolę automatycznie i tem samem doskonale. Mimo ogólnej tępoty umysłu, która jak gdyby spowiła moją zdolność odczuwania sytuacji w gęstą mgłę, nigdy jeszcze mój zmysł spostrzegawczy nie był tak bystry, jak w owej chwili. Zachowałem w pamięci wszystkie szczegóły tej fatalnej sceny, zdaje mi się, że słyszę jeszcze przeraźliwy dźwięk dzwonka, na który otworzyły się podwoje pałacu. Wewnątrz przedstawił mi się widok, przypominający jakąś uroczystość kościelną. Po obydwu stronach schodów ustawił się podwójny rząd lokajów w liberji, czarnych, jedwabnych spodenkach i takichże pończochach. Na czele służby stał marszałek dworu z buławą, jak gdyby kapłan, udzielający pastorałem błogosławieństwa. Uspokoiłem się nieco i odetchnąłem swobodniej. Po pewnym czasie znalazłem się w bibljotece, gdzie grono poważnych panów zabawiało się ożywioną rozmową. Ku mojemu zdumieniu zastałem tam Ralfa, dyskutującego z zapałem z jakimś panem o twarzy buldoga. Jak się później okazało, owym „buldogiem“ był właśnie nasz znakomity gospodarz.
Wybałuszył na mnie swoje wypukłe oczy bez wyrazu, witając się ze mną, i poruczył opiece jakiegoś wysokiego, starszego niezdary, do którego zwracał się z wymuszoną powagą. Nazwiska jego nie zdołałem się nigdy dowiedzieć. Ten zaś — w towarzystwie nazywano go Ernestem — z niezgrabnym, nieśmiałym ukłonem przedstawił mnie jakimś dwom panom. Jak się okazało, byli to właśnie owi mężczyźni, którzy rozmawiali przed domem o Ralfie. Jeden z nich przedstawił mi się jako adwokat Kingsmill, drugiego zaś poznałem na pierwszy rzut oka z fotografji, wystawionej w oknie pobliskiej księgarni. Był to znany nowelista, który świeżo wszedł w modę, autor wydanego niedawno tomu „Opowiadań z głębi lasu“, Farrington. Obydwaj stanowili groteskowy kontrast; adwokat Kingsmill był to tłuściutki pan o pielęgnowanej, napoleońskiej twarzy, zaś literat był najbardziej zaniedbanym człowiekiem we fraku, jakiego zdarzyło mi się kiedykolwiek spotkać. Żaden z nich nie zwracał na mnie specjalnej uwagi, natomiast zauważyłem, że obydwaj przez dłuższy czas przyglądali się bacznie Ralfowi.
W tej chwili lokaj zaanonsował uroczyście: „podano do stołu!“ Zajęliśmy miejsca przy okrągłym stole jadalnym, w olbrzymiej, ponurej hali, w której nasz stół i nasze szczupłe grono gubiło się formalnie. Na tak nieliczne zebranie nie byłem przygotowany, to też z ulgą w sercu pomyślałem sobie dosyć niemądrze, że w najgorszym razie przypadnie zaledwie dwóch na jednego. Lecz już wkrótce uznałem mylność mojej rachuby i tęskniłem do tłumu, w którym zdaniem ogółu bezpieczeństwo jest znacznie pewniejsze, ponieważ łatwiej można się stracić. Było nas zbyt mało przy stole, aby dało się rozmawiać poufnie ze sąsiadem bez wciągania w rozmowę wszystkich współbiesiadników. A nawet ogólna konwersacja przeszła wkrótce w tak sprytnie obmyślany i tak perfidnie przeprowadzony atak na Ralfa, że nie mogłem sobie wyobrazić, w jaki sposób Ralf zmiarkuje, że akcja ta jest przeciw niemu skierowaną napaścią. Przytem nie miałem pojęcia, jak ostrzec go przed niebezpieczeństwem. Czy i ja byłem przedmiotem intrygi, uknutej przeciw mojemu przyjacielowi, o tem do dnia dzisiejszego nic nie wiem. Bardzo być może, że zdawano sobie sprawę z charakteru mojej osoby, lekceważono mnie jednak jako mniej interesujący przedmiot obławy.
Pierwszy pocisk wycelował przeciw Ralfowi bezpośrednio po zjedzeniu przekąski sam gospodarz, który siedział między Ralfem po prawej, a nowelistą Parringtonem po lewej ręce. Mnie przypadło w udziale siedzieć w sąsiedztwie adwokata i pana Ernesta, prawdopodobnie krewnego gospodarza.
— Mr. Raffles — przemówił lord Thornaby — opowiadał mi przed chwilą interesującą historję. Chodzi tu mianowicie o owego nieszczęśnika, którego powieszono ubiegłej wiosny. Wspaniały zgon, moi panowie, zaiste wspaniały zgon! Był wprawdzie na tyle nieuprzejmy, że odciął kobiecie głowę, lecz w każdym razie śmierć jego zasługuje na zaszczytną wzmiankę w historji szubienicy. Proszę, mr. Raffles, może zechce pan łaskawie opowiedzieć panom tę sensacyjną historję. Przypuszczam, że i wam, moi panowie będzie równie obca, jak mnie.
— I owszem, powtórzę ją dosłownie, jak ją słyszałem zeszłego roku w czasie rozgrywek krokietowych; o ile mi wiadomo, dzienniki nie doniosły o tem zupełnie — rzekł Ralf poważnie. — Panowie przypominają sobie zapewne, jakie szalone zdenerwowanie wywołało swego czasu zdobycie przez naszą drużynę w Australji mistrzostwa gry w krokieta. Rozstrzygnięcie meczu przypadło na ten sam dzień krytyczny, który był zarazem ostatnim dniem tego nieszczęśliwca na ziemi. Zbrodniarz ów jednak błagał na wszystkie świętości, aby zaczekano z egzekucją, aż do chwili ogłoszenia zwycięstwa. Odnieśliśmy je wówczas na całej linji. Gdy skazaniec dowiedział się o tem, uradował się niezmiernie i oznajmił, że teraz może już spokojne pobujać na szubienicy.
— Powtórz pan, co wówczas jeszcze powiedział! — prosił lord Thornaby, zacierając pulchne ręce.
— Gdy ksiądz czynił mu wyrzuty, że w ostatniej chwili życia absorbują go kwestje sportowe, miast troska o zbawienie duszy, skazaniec odpowiedział z tupetem: „Ależ na wynik meczu czekają całe rzesze potępieńców w piekle! Jestem przekonany, że pierwsze pytanie, jakie mi zadadzą, będzie na temat, która drużyna krokietowa odniosła zwycięstwo!‘‘
Historja ta była dla mnie zupełną nowością lecz nie miałem czasu zastanowić się nad znaczeniem pointy. Natomiast bacznie obserwowałem towarzystwo, jakie wrażenie uczyniła opowieść mojego przyjaciela. Pan Ernest zanosił się przez dłuższą chwilę od śmiechu. Natomiast mój sąsiad po lewej, sławetny literat zachwycał się opowiadaniem z entuzjazmem, a nawet utrwalił je ołówkiem na powierzchni mankietu. Na adwokacie Kingsmillu opowiadanie Ralfa nie wywarło pozornie najmniejszego wrażenia, dopiero gdy przemówił, spostrzegłem, że byłem w błędzie.
— Cieszy mnie to niezmiernie — oznajmił swoim słodko ckliwym głosem. — Nie spodziewałem się po tym człowieku innej śmierci, jak właśnie tak odważnej, tak — powiedziałbym — bohaterskiej!
— Czyżby pan go znał osobiście? — zapytał lord Thornaby.
— Broniłem go z urzędu — odparł prawnik, mrugając oczyma. — Byłem niejako jego przewodnikiem do krainy śmierci!
Cios ten wymierzony był wprawdzie mimo woli, lecz nie mniej był bardzo dotkliwy. Lord Thornaby spojrzał z pod oka na okrutnego adwokata, mądry Ernest przerwał na chwilę wybuchy wesołości swej, Parrington szukał nerwowo ołówka, a ja wypiłem jednym duszkiem wino, mimo że było dosyć mocne i mogło to zwrócić uwagę. Wystarczyło spojrzeć na przerażoną twarz Ralfa, aby zmiarkować, że bynajmniej nie ma się na baczności.
— O ile sobie przypominam, wypadek ten nie obudził zaciekawienia ani współczucia — zauważył Ralf, przerywając ogólne milczenie.
— Istotnie, prawie żadne — odpowiedział adwokat.
— Musiało to być dla pana osłodą po poniesionej porażce — zauważył Ralf oschle.
— Dla mnie byłoby to w każdym razie stanowiło osłodę — zapewnił z zapałem literat, podczas gdy adwokat uśmiechał się ironicznie. — Natomiast byłoby mi niezmiernie przykro, gdybym musiał odegrać jakąkolwiek rolę w procesie Peckhama i Solomonsa, których onegdaj stracono.
— Dlaczego właśnie ta sprawa tak pana obchodzi? — zapytał gospodarz.
— Ponieważ ci biedacy bynajmniej nie mieli zamiaru uśmiercić tej starej damy, którą napadli.
— Ależ te zbiry udusiły biedaczkę w jej własnem łóżku, jej własną poduszką!
— To obojętne — odparł srogi literat — W każdym razie nie morderstwo było celem ich napadu na staruszkę. Cóż oni temu winni, że ta stara warjatka narobiła takiego wrzasku, że musieli zatykać jej usta! Nie udało się im i na tem właśnie polega pech zbrodniarzy!
— Istotnie, pecha mieli ci spokojni, wzorowi złoczyńcy, pełniący najprzykładniej w świecie swój zawód — dodał ironicznie lord Thbrnaby. A gdy zwrócił się do Ralfa, uśmiechając się z zarozumiałą pewnością siebie, wiedziałem, że część programu wieczoru, którą można było nazwać „wypróbowaniem Ralfa“, dobiegała końca. Obliczono widocznie dokładnie, że tę część wieczoru zakończy podanie szampana. Nie omieszkałem wyrazić mojego uznania na widok tak pożądanej zaprawy naszej uczty. Ralf zaś śmiał się z, dowcipu naszego nadętego gospodarza tak serdecznie, z miną tak nieświadomą grozy sytuacji, że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, iż dlatego tak zręcznie gra rolę człowieka nie przeczuwającego zasadzki, ponieważ istotnie nie zdawał sobie z niej sprawy. Przyznaję się, iż mimo przerażenia odczuwałem pewną podświadomą satysfakcję, że także nieomylny, zawsze przedrwiwający moją nieudolność Ralf daje się raz wziąć na kawał. Świadomość ta miała dla mnie tyle uroku, iż nagle odzyskałem humor i apetyt na doskonałe dania, wchodzące w skład przyjęcia jego lordowskiej mości. Wyborna pieczeń sarnia bynajmniej nie zepsuła mi apetytu na duszoną kuropatwę i z utęsknieniem wyczekiwałem deseru, gdy nagle pewna uwaga gaduły literata znowu naprowadziła rozmowę na porzucone przed chwilą tory.
— Zapewne pański talent retoryczny uratował wielu zbrodniarzy na szkodę społeczeństwa, a temsamem pańskich przyjaciół i rodziny? — zwrócił się Parrington do adwokata.
— Wielu — hm — to mała przesada. W każdym razie kilku młodzieńców, posądzonych mniej lub więcej uzasadnienie o rozmaite przestępstwa. W Londynie zajmuję się niechętnie sprawami kryminalnemi.
— Jest to jedyny dział, kolidujący z ustawą spraw, który mnie, jako literata, zajmuje — wtrącił Parrington, zajadając galaretkę owocową.
— Zgadzam się z panem najzupełniej — przyznał nasz gospodarz. — Gdybym był adwokatem, najsympatyczniejszym dla mnie klientem byłby właśnie zuchwały, nieustraszony włamywacz.
— Niewątpliwie musi to być najbardziej interesująca gałąź zbrodni — zauważył Ralf, podczas gdy ja wstrzymałem oddech z przerażenia. Lecz ton jego odezwania się był tak lekki, tak swobodny, że gdyby nawet był świadomy niebezpieczeństwa, co do czego ja ciągle jeszcze nie miałem pewności, artyzm jego gry musiałby mu przynieść zaszczyt. W tej chwili jednak zauważyłem, że nareszcie Ralf zmiarkował, co się święci. Nieznacznie odsunął od siebie szampan, który ja w mojem zdenerwowaniu wypiłem duszkiem jak wodę. Lecz niebezpieczeństwo polegać musiało na czem innem, jak ja sobie to wyobrażałem. Ralf nie miał powodu niepokoić się tematem, na który byliśmy obydwaj przygotowani, bawiąc w klubie kryminologów. Także ataki jego przeciwników miały charakter stosunkowo zupełnie spokojny i nie zaszło nic takiego, co mogłoby budzić specjalne obawy człowieka, nieświadomego, że jest podejrzany.
— Nie mam zbyt pochlebnego wyobrażenia o mr. Sikeu — lekko rzucił uwagę adwokat, jak gdyby dając znak umówiony.
— Ależ to mamut przedpotopowy — odparł lord. Z powodu jego nieudolności polało się ostatnio wiele krwi skazańców.
— Najzręczniejszym włamywaczem ostatniej doby, który zakończył życie na szafocie, był tak zwany piękny Willjam. Od tego mniej więcej czasu mamy spokój — dodał widocznie znudzony dyskusją literat.
Ale nie tak łatwo było odwieść lorda od raz obranego tematu.
— Tak William jak i „długi Karol“ to wielkości pośledniego gatunku w porównaniu do pewnego draba, który jako włamywacz niewątpliwie uzyska nieśmiertelną sławę. Jest to ów spryciarz, który niedawno obrabował sklep biednego jubilera Danby na ulicy Bond Street — oznajmił lord na pozór zupełnie obojętnie. Nagle uczułem, że krew stygnie mi w żyłach.
— Znam go doskonale — rzekł Ralf, obrzucając wzrokiem obecnych.
Lord Thornaby spojrzał na Ralfa zarazem zdumiony i przerażony. Po raz pierwszy uśmiech na napoleońskiej twarzy adwokata miał nieszczery i wymuszony charakter. Literat, który przez cały czas zajadał łakomie ser nożem, miał na wąsach kroplę krwi, wywołanej nagłem draśnięciem. Jeden Ernest, który, jak to już dawno zauważyłem, nie był w spisek wcale wtajemniczony, śmiał się w dalszym ciągu z niezmąconym spokojem.
— Co?! — zawołał lord, tracąc zimną krew — więc pan zna osobiście tego ptaszka?
— Pragnąłbym tego szczerze — odparł Ralf, śmiejąc się serdecznie. — Nie, milordzie, miałem na myśli ofiarę opryszka, biednego jubilera Danby, u którego załatwiam zawsze moje sprawunki, ilekroć która z moich kuzynek wychodzi zamąż.
W tej chwili z piersi trzech spiskowców wyrwały się trzy westchnienia ulgi.
— A to istotnie dziwny zbieg okoliczności — zauważył oschłym tonem lord Thornaby — ponieważ, jak mnie pan poinformował, znał pan również osoby, u których okradziono lady Melrose, pozbawiając ją drogocennego naszyjnika.
— Naturalnie, że ich znałem, wszak byłem tam w charakterze zaproszonego gościa — odparł skwapliwie Ralf. Żaden samochwał i snob nie skorzystałby tak ochotnie ze sposobności pochwalenia się, w jakich towarzystwach się obraca, aniżeli Ralf w tej chwili.
— Jesteśmy tego zdania, że to sprawka tego samego łotra, który okradł Danby‘ego — odezwał się znacznie łagodniej lord Thornaby, przemawiając widocznie w imieniu kryminologów.
— Pragnąłbym kiedyś spotkać się z tym jegomościem — odparł Ralf skwapliwie — bo trzeba panom wiedzieć, że jest on jako typ przestępcy daleko więcej w moim guście, aniżeli wasi mordercy, napadający niewinne staruszki, lub w chwili śmierci interesujący się krokietem.
— Ha ha — a to byłaby historja, gdyby on przebywał w tej chwili w tym domu — rzekł lord, patrząc bystro Ralfowi w oczy. Miał minę aktora, który doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że gra rolę nieodpowiednią, lecz mimo wszystko zdecydowany jest nie zrezygnować ze zwycięstwa i odegrać ją konsekwentnie do końca. Do tego niemiłego uczucia dołączała się świadomość przegranego zakładu, uczucie przykre nawet dla najbogatszego człowieka.
— Ależ byłby to znakomity kawał — dodał nowelista.
— Absit omen! — dodał Ralf. — Nie wywołujcie panowie wilka z lasu.
— Przyzna pan jednak, że byłaby to niebywała okazja przyłapania go na gorącym uczynku — powiedział adwokat Kingsmill. — A nawet licowałoby to z charakterem owego bandyty zjawić się nieustraszenie w jaskini lwa, odwiedzić samego prezesa klubu kryminologów i w dodatku wybrać właśnie ów wieczór, w którym klub znajduje się w komplecie.
W wycieczce tej brzmiało znacznie więcej wewnętrznego przekonania i świadomości sytuacji, aniżeli w słowach naszego wytwornego gospodarza. Akcent ten należało jednak położyć na karb fachowej sztuki maskowania się doświadczonego obrońcy. Lecz lordowi Thornaby bynajmniej nie uśmiechała się ewentualność, poruszona przez prawnika, a która była właściwie kontynuowaniem gry przez niego rozpoczętej. To też nagle przemówił do swego marszałka dworu:
— Panie Legett, proszę zaglądnąć, czy wszystkie pokoje na górze są pozamykane i czy w pokojach panuje normalny porządek.
To — doprawdy, nieprzyjemna myśl, która wylęgła się w mojej czy też w pańskiej głowie, panie Kingsmill — dodał nasz gospodarz, starając się z niedającym się ukryć wysiłkiem przybrać znowu uprzejmą maskę. — Nie przypominam sobie, kto sprowadził nasz temat z bystrych i porywających nurtów morderstwa na grząskie wody włamania. Gdyby ziściło się wasze życzenie, moi panowie, bylibyśmy nieuchronnie i gruntownie ośmieszeni. — Mr. Raffles, czy zna pan arcydzieło De Quiceya „Morderstwo traktowane jako sztuka“?
— Nie przypominam sobie dokładnie, lecz zdaje mi się, że czytałem tę książkę — odparł Ralf niezdecydowanie.
— To niech ją pan koniecznie przeczyta, a przekona się pan, że jest to najbardziej wyczerpujące i ciekawe opracowanie tego interesującego tematu. No i cóż, Legett? — zapytał wchodzącego właśnie majordomusa.
Sapiąc i kurczowo łapiąc oddech podszedł Leggett do swego pana. (Dotychczas nie zauważyłem, że staruszek cierpiał na astmę).
— Wasza wysokość wybaczy, lecz mam wrażenie, że wasza wysokość zapomniał...
— Co zapomniałem, jeśli wolno zapytać, mój kochany? — Przesadnie słodki, jak gdyby do skoku zaczajony głos lorda dziwnie odbijał się od zachrypłego głosu starca.
— Milord zapomniał widocznie, że zamknął tak zewnętrzne jak i wewnętrzne drzwi garderoby — zdołał wreszcie wyjąkać nieszczęśliwy Legett. — Sam byłem na górze, aby się o tem przekonać i zastałem tak jedne jak i drugie drzwi zamknięte od wewnątrz!
Na te słowa okazał wytworny rozkazodawca więcej jeszcze przerażenia, aniżeli służący, który widocznie stracił zupełnie panowanie nad sobą. Na czole, rasowem, władczem czole arsytokraty nabrzmiały żyły, jak gdyby lada chwila miały pęknąć, policzki omal, że nie uległy naporowi wzburzonej krwi. — W tej chwili lord zapomniał najwidoczniej o obowiązkach gospodarza i jak oparzony wybiegł z pokoju. Za nim pobiegli goście, nie zważając na dobry ton.
Ralf okazywał zdenerwowanie, tak samo żywe, jak my wszyscy, a nawet powiedziałbym, że jeszcze nas prześcignął. Prawnik z anielskim uśmiechem ubiegał się na wyścigi ze mną o uzyskanie przedostatniego miejsca w pochodzie gości. Wreszcie udało mi się go zwyciężyć. Za nami, niby tylna straż honorowa postępowali, sapiący marszałek na czele służby. Nasz bezceremonjalny literat pierwszy ofiarował swoje rady i usługi.
— Wyłamanie drzwi od zewnątrz jest w tym wypadku zupełnie bezcelowe — wołał literat. — Prawdopodobnie zniszczymy drzwi, lecz nie zdołamy ich otworzyć. Milordzie, czy w domu jest drabina sznurkowa?
— Prawdopodobnie musi być przygotowana na wypadek pożaru — odparł niepewnie lord, podczas gdy wzrok jego błądził po naszych twarzach. — Gdzie jest schowana, panie Legett?
— William przyniesie ją w tej chwili, milordzie, odpowiedział służbiście marszałek.
Jak wiewiórka pobiegły dwie opięte w jedwabne pończochy muskularne nogi na górę.
— Nie musi jej znosić ze strychu — zawołał zdenerwowany poeta. — Wystarczy spuścić ją przez okno strychu na okno pokoju lorda, a ja zejdę po niej i wejdę do pokoju. Zobowiązuję się niezwłocznie otworzyć jedne lub drugie drzwi, dłutem i świdrem.
Zamknięte drzwi, o których była mowa, znajdowały się w prawym kącie platformy, którą obecnie zajmowała nasza gromadka. Lord Thornaby uśmiechał się do nas kwaśno, odnosząc się do literata, jak myśliwy do psa gończego.
— Jak to dobrze, że mamy tutaj naszego przyjaciela Parringtona — rzekł z uśmiechem lord. — Wszak okazuje on o wiele więcej zapału dla sprawy i doświadczenia w tym kierunku, aniżeli ja, mimo że jestem prezesem klubu kryminologów i sprawa ta zasadniczo dotyczy mnie jednego.
— Jest to woda na jego młyn — uczynił Ralf uwagę dobrodusznym tonem.
— Kto wie, czy pan nie odgadł! Być może, iż całą tę historję przeczytamy w następnym jego romansie.
— Spodziewam się jednak, że przedtem usłyszymy o niej w sądzie karnym — odparł Parrington.
— Słusznie, słusznie! Jak to pięknie, jeżeli wraz z poetcznym umysłem łączy się praktyczność i zapał do czynu! — dodał dziwnym tonem Ralf.
Jakkolwiek uwaga ta wydawała mi się w ustach Ralfa dosyć banalna, to jednak ton, w jakim wypowiedziane były te słowa, uderzył mnie dziwnie. — Wyjątkowo pojąłem znaczenie tego tonu: ze słów Ralfa przebijała wdzięczność za to, że literat, pragnąc wyświetlić tę sprawę, usiłował tem samem niejako oczyścić go z zarzutu. Nagle w moim umyśle zrodziła się myśl dziwna: kto wie, a może Parrington, który był wtajemniczony w spisek na Ralfa, pragnął wykorzystać podejrzenie przeciw niemu skierowane i sam upiec na tym ogniu swoją pieczeń! A jeżeli był to drab skończony, który chciał dla własnego zysku wykorzystać nastrój przeciw Ralfowi! Już znowu bez namysłu zmieniłem o nim moje zdanie, gdy wtem usłyszeliśmy jego kroki w garderobie lorda. Z okrzykiem tryumfu powitał nas i w kilka chwil później drzwi garderoby były już wyłamane. Przed nami stał Parrington, zgrzany i rozczochrany, uzbrojony w żelazne dłuto.
Wewnątrz panował nieład nie do opisania. Dokoła sterczały porozrzucane szuflady, których zawartość leżała porozsypywana na dywanie. Szafy wyłamane, puste kasety na kołnierze i spinki świeciły otwartemi wnętrzami. Zegar, owinięty w ręcznik, leżał na krześle, jak gdyby w ostatniej chwili porzucony przez włamywacza. Z otwartej, wmurowanej ścianę szafy, wyzierało wieko stalowej skrzyni. Wystarczało spojrzeć na przerażeniem wykrzywioną twarz lorda Thornaby, aby przekonać się o tem, że skrzynię zrabowano doszczętnie.
— Cóż za komiczny wybór! — rzekł lord, starając się opanować przerażenie i trwogę. Wkrótce udało mu się przybrać swą twarz buldoga w maskę humoru. — Jak widzę, złakomił się złoczyńca na mój płaszcz i insygnia para Anglji.
W milczeniu otoczyliśmy gospodarza, jak przystało w takich okolicznościach. Spodziewałem się, że nasz literat zdradzi się jednak i okaże swoje niezadowolenie, iż znalazł się ktoś, kto go ubiegł, lecz nawet on udawał żal i przerażenie — a może odczuwał je istotnie!
— Zapewne każdy z was, moi panowie, myśli w tej chwili, że wybrałem nieszczególne miejsce do przechowywania odznak mojej godności i pamiątek rodzinnych — lecz gdzież u licha miałem je umieścić? — rzekł lord Thomaby. — Teraz dostaną się one w ręce jakiegoś bandyty, który zaszarga moją nieskalaną dotychczas tarczę herbową. Na przyszłość postaram się jednak lepiej troszczyć o bezpieczeństwo moich klejnotów i insygniów rodowych.
I z zupełnem opanowaniem sytuacji zaczął dowcipkować, jak gdyby to nie on był poszkodowany. Żaden z nas nie przypuściłby nigdy, że małomówny ten człowiek, przed chwilą tak przerażony, potrafi swobodnie przejść nad wypadkami tego rodzaju do porządku dziennego. Lecz przyczyna tego dobrego humoru dopiero potem wyszła na jaw. Po chwili opuściliśmy pokoje lorda i oddaliśmy teren działaniu policji. Lord Thornaby ujął Ralfa pod ramię i tak schodzili razem ze schodów. Jego krok stał się giętki i elastyczny, powierzchowność zyskała wiele, nawet jego dobry humor stracił poprzednią złośliwość i sarkazm. Zaraz odgadłem, jaki ciężar spadł z gościnnego serca naszego gospodarza.
— Pragnę gorąco, aby ta przygoda dopomogła nam do zaznajomienia się z tym panem, o którym poprzednio była mowa i do stwierdzenia jego identyczności — odezwał się lord — wszystko bowiem wskazuje na to, że sprawcą włamania jest ten sam człowiek, o którym poprzednio przy stole była mowa.
— O, i mnie się tak wydaje — odparł Ralf z szelmowskim uśmiechem, patrząc na mnie z pod oka.
— Ja zaś jestem o tem niezłomnie przekonany — rzekł lord Thornaby. — Do takiego zuchwalstwa, które nie ma równego sobie w dziejach kryminalistyki, tylko on jest zdolny. Już sam fakt okradzenia domu prezesa związku kryminologów w czasie zgromadzenia członków, stanowi dla mnie wyraźny dowód, że moje przypuszczenia są uzasadnione. Wydarzenia tego nie należy przypisać jedynie zbiegowi okoliczności, lecz wyrafinowanej, obliczonej akcji, która miała w stosunku do nas być niejako moralnym policzkiem, wymierzonym związkowi kryminologów. Taki postępek nie wpadłby na myśl żadnemu z przestępców angielskich, tylko właśnie jemu.
— Niewątpliwie ma pan rację — dodał z niewinną, obojętną miną Ralf. Być może, że do zagrania roli obojętnego widza skłonił go wyraz mego spojrzenia, które rzuciłem mu, pragnąc go wszelkim sposobem ostrzec przed niebezpieczeństwem.
— Następnym dowodem, że moje przypuszczenia są słuszne, jest fakt, że żaden włamywacz na całym świecie nie umiałby po tak genialnie przeprowadzonym planie dać swemu dziełu tak olśniewającego zakończenia — ciągnął dalej lord Thornaby. — Jestem przekonany, że pan komisarz policji jest tego samego zdania.
W międzyczasie bowiem na arenie wypadków ukazała się nowa osoba: komisarz policji, który zapukawszy, wszedł właśnie do pokoju bibljotecznego.
— Przepraszam, nie dosłyszałem, co wasza lordowska mość raczyła zauważyć...
— Chciałem powiedzieć, że sprawca tego humorystycznego zamachu jest niewątpliwe identyczny z dżentelmenem-włamywaczem, który przed kilku laty obrabował w tak pomysłowy sposób lady Melrose, pozbawiając ją biżuterji i który zdołał w rafinowany i sprytny sposób opróżnić sklep tego nieszczęsnego złotnika Danby‘ego.
— Mam wrażenie, że domył waszej lordowskiej mości jest najzupełniej trafny.
— I że jest to ten sam niezrównany i wytworny spryciarz, który skradł lordowi Timbleyowi klejnoty rodzinne, aby je potem, jak panu zapewne wiadomo, odesłać lordowi z wyrazami ubolewania.
— Być może, że z waszą lordowską mością postąpi również elegancko.
— Nie sądzę, aby się w tym wypadku tak stało — odparł lord Thornaby. — Nie mam jednak bynajmniej zamiaru wylewać gorzkich łez z powodu strat poniesionych, lecz z całego serca użyczam temu drabowi tych wszystkich bogactw, któremi zdołał się tutaj obłowić. Cóż to znowu nowego — zapytał lord, zwracając się do komisarza, który uczynił zdziwioną minę, jak ktoś, kto dokonał decydującego odkrycia.
— Stwierdzam, że kradzież popełniono o godzinie 8.30.
— To niemożliwe! Skądżeż na Boga może pan wiedzieć o tem z zupełną pewnością?
— Ponieważ znalazłem właśnie zegar, na który widocznie ptaszek miał apetyt, lecz mu przeszkodzono. Zegar ten stanął właśnie na godzinie 8.30, to znaczy, że o tej porze zawinięto go w ręcznik, celem zabrania go ze sobą.
— Czy przesłuchał pan mojego służącego!
— Tak jest, mylordzie. Twierdzi stanowczo, że przebywał w pokojach mylorda aż do godziny 8.15.
— Przypuszcza pan zatem, że złoczyńca ukrywał się w domu!
— Tego nie mogę powiedzieć z całą stanowczością. W każdym razie jest rzeczą wykluczoną, aby mógł jeszcze tutaj przebywać, ponieważ w rachubę wchodzi jedynie pokój sypialny lub garderoba. Te zaś obydwa pokoje przeszukaliśmy jak najdokładniej, lecz bez żadnego rezultatu.
Po chwili komisarz pożegnał nas, widocznie zadowolony z wyniku swojej misji. Lord zaś zwrócił się znowu do nas:
— Zależało mi przedewszystkiem na stwierdzeniu tego właśnie faktu, ponieważ byłem przekonany, że wszystko to stało się z powodu niedbalstwa mojego służącego. Rad jestem, że sprawa przedstawia się inaczej i że mój służący jest niewinny.
I ja powinienem się był cieszyć z takiego obrotu sprawy, ponieważ moje podejrzenia względem naszego literata, jako sprawcy, okazały się zupełnie nieuzasadnione. Jego zachowanie jednak mogło mnie w błąd wprowadzić. Nie miałem o to do niego urazy, lecz mimowoli odczuwałem pewnego rodzaju rozczarowanie. Nie ulega wątpliwości, że jakkolwiek stanowczo należało wykluczyć wszelką możliwość, jakoby on był sprawcą, to jednak moje przypuszczenia, iż nasz literat chciał upiec na tym ogniu swoją pieczeń, były najzupełniej umotywowane. Jego zachowanie się zmieniło się całkowicie od chwili otworzenia nam drzwi do pokoju toaletowego. Z poufale wesołego przeobraził się Parrington w nadąsanego i mrukliwego. Teraz dopiero przypominam sobie dokładnie, że i lord Thornaby tolerował tę poufałość tak długo, jak długo spodziewał się odnieść z tego korzyść. Z chwilą tą jednak, gdy misja jego gościa skończyła się, nagle i niespodziewanie zmienił front i stał się nieprzystępny i opryskliwy.
Koniec końcem jednak Parrington nie uchodził w moich oczach za winowajcę, lecz i Ralf temsamem został zrehabilitowany w mniemaniu tych, którzy do niedawna byli przekonani, że swemi podejrzeniami utrafili w samo sedno. Przez niepojęty, cudowny zbieg okoliczności oczyścił się całkowicie ze stawianych mu zarzutów w mniemaniu tych, którzy do niedawna spodziewali się, że wkrótce już zdołają wymierzyć przeciw niemu cios ostateczny. Cud ten jednak stał się faktem dokonanym i ujawniał się na twarzy każdego z obecnych, nawet w brzmieniu głosu kryminologów. Nie mam naturalnie na myśli pana Ernesta, którego wogóle nie wtajemniczono w spisek przeciw Ralfowi. Ten filuterny kryminolog stracił w tem pierwszem zetknięciu się ze zbrodnią humor i pewność siebie i przyglądał się dalszemu biegowi wypadków trwożnie i osowiale. Pozostali trzej towarzysze na wyścigi starali się poprawić błąd popełniony. Słyszałem, jak adwokat Kingsmill z największą, na jaką go stać było uprzejmością, zapraszał mojego przyjaciela, podając mu najodpowiedniejszą porę. Zapewniał Ralfa, iż nie omieszka mu dać znać o każdym interesującym wypadku zbrodni i zarezerwuje mu miejsce na sali rozpraw. Parrington plótł coś o dedykacji Ralfowi swoich dzieł zbiorowych i oświadczeniem tem zjednał sobie znowu względy gospodarza. Co się tyczy samego lorda Thornaby, to obiła mi się o uszy nazwa klubu „Ateneum“, najbardziej ekskluzywnego i arystokratycznego w Londynie i paragraf 2, warunkujący przyjęcie na członka. Obydwaj panowie siedzieli jednak tak blisko siebie, że nie mogłem słyszeć dokładnie, o czem była mowa.
Policja ciągle jeszcze kręciła się po pokojach na piętrze, badając przebieg i teren zbrodni, gdy wreszcie rozeszliśmy się w rozmaitych kierunkach, syci wrażeń i chwały. Z trudem udało mi się namówić Ralfa do wstąpienia do mojego mieszkania, mimo, że jak poprzednio wspomniałem, mieszkałem w pobliżu pałacu lorda Thornaby. Wreszcie ustąpił, ponieważ uważał prowadzenie rozmowy na temat włamania za mniej ryzykowne w zamkniętem mieszkaniu, aniżeli na ulicy. Zaledwie znaleźliśmy się u mnie, opowiedziałem mu o niebezpieczeństwie, jakie groziło mu u lorda Thornaby. Przedstawiłem mu cały przebieg wypadków, począwszy od sceny przed bramą, gdy udało mi się podsłuchać tych kilka słów, które objaśniły mnie o sytuacji, wykazując, jak kruche było jego bezpieczeństwo i jak łatwo mógł wpaść w kabałę. Jemu było to wszystko naturalnie najzupełniej obojętne, ponieważ nie przeczuwał, co się święci, lecz powinien mieć to na względzie, jakie męczarnie przechodziłem, wiedząc o wszystkiem, a nie mogąc niczemu zapobiec. Było nas tak mało przy stole, że nie byłem w stanie nawet palcem ruszyć, aby go ostrzec.
Raffles pozwolił mi się wypowiedzieć, wreszcie, zaciągnąwszy się ulubionym papierosem, odrzucił niedopałek i zdobył się wreszcie na replikę.
— Nie, dziękuję ci, paliłem już dosyć. Chcę teraz odpowiedzieć na stawiane mi przez ciebie zarzuty, mój Bunny. Sądzisz zatem, przyjacielu, że od początku nie przejrzałem ukartowanej gry tych nadętych głupców?
Przyznam się, że wątpiłem w to, aby Ralf znał sytuację jeszcze przed kolacją, lub przeczuwał zasadzkę. Dlaczego zatem nie uważał za stosowne uprzedzić mnie o tem? Byłem na zupełnie fałszywym tropie, jak się okazało z przebiegu całej sprawy. — Z oburzeniem powiedziałem mu to w oczy. Wszak nie sądzi chyba, abym ja był na tyle naiwny i wierzył, iż naraża swe bezpieczeństwo ot, tak sobie, dla emocji lub rozrywki! A zresztą cóż za sens miałoby takie wciąganie mnie w niebezpieczeństwo, jedynie dlatego, abym się przyjrzał jego szaleństwu?
— Zapominasz o tem Bunny, że mogłeś mi się przydać. Nie wiele już do tego brakowało!
— Czyż moja uczciwa twarz miała stanowić dla ciebie rękojmię zaufania kryminologów i gwarancję bezpieczeństwa?
— Twoje towarzystwo zawsze przynosiło mi szczęście i napawało mnie otuchą w powodzenie przedsięwzięcia. Ani nawet nie wiesz, jakim bodźcem do czynu jest dla mnie twoja obecność w takich razach.
— O ile cię dobrze rozumiem, stanowię twoją galerję i suflera w jednej osobie?
— Doskonale to określiłeś, Bunny! Zapominasz jednak, że bynajmniej nie wchodził tu w grę jakiś pusty żart dla zabicia czasu, lecz że ryzykowałem poważną stawkę, mój chłopcze! Każda chwila groziła niebezpieczeństwem, a poczucie, że w razie groźnego zwrotu w sytuacji mogłem liczyć na twą pomoc i to liczyć niezawodnie, miało dla mnie w danych okolicznościach zasadnicze znaczenie.
— Ależ na co mogłem ci się przydać, Ralfie?
— Na to, aby ułatwić mi przedarcie się przez zastęp wrogów i ewentualnie ucieczkę — odparł, zaciskając usta z wyrazem zawziętej stanowczości, przyczem z szarych jego oczu błysnął promień wesołości i łobuzerstwa.
Zdumiony zerwałem się z krzesła.
— Chyba nie chcesz powiedzieć przez to, że włamanie u lorda to twoja sprawka?
— Tak jest, moja i niczyja zresztą, Bunny.
— Ależ to niemożliwe, wykluczone! Przecież w chwili krytycznej siedziałeś razem z nami przy stole. Chyba miałeś wspólnika, specjalnie wynajętego celem zmylenia śladów, o co zresztą już nie pierwszy raz cię podejrzewam.
— Wierzaj mi Bunny, że jeden mi najzupełniej wystarczy — odpowiedział Ralf suchym tonem, sięgając po drugi papieros. I ja przyjąłem papierosa z jego papierośnicy, gdyż, jak wiedziałem z doświadczenia, obrażać się na Ralfa nie miało najmniejszego celu. Przytem nie mogłem zlekceważyć jego uwagi — a nuż ten szatański człowiek miał słuszność?
— O ile istotnie ty osobiście jesteś wykonawcą tej całej niesamowitej afery, — rzekłem wreszcie, — nie będę naturalnie krytykował sposobów, za pomocą których ci się to udało. Dokazałeś rzeczywiście cudów nadludzkich. Pokonałeś nie tylko bardzo groźnego przeciwnika, który postawił sobie za zadanie zgubić cię nieuchronnie, lecz ponadto wpoiłeś w spiskowców przekonanie, że cię skrzywdzili, podejrzewając niesłusznie. Jest to dla ciebie okoliczność bardzo ważna ze względu na to, że teraz będą się starali naprawić wyrządzoną ci w ich mniemaniu krzywdę, zabiegając o twe względy. To wszystko, co ci tu powiedziałem, opiera się jednak na tem jednem słóweczku „gdyby“. Nie sądzisz bowiem, abym uwierzył w to, że ty sam, bez niczyjej pomocy, dokonałeś tego wszystkiego. Przysięgam na świętego Jerzego — zawołałem ze szczerym zapałem — że mnie jest zupełnie obojętne, jak to uczyniłeś, lub kto ci w tem dopomógł. Tak, czy owak, jest to najwspanialszy czyn, na jaki zdobyłeś się w czasie całej twojej karjery włamywacza!
W każdym razie nigdy jeszcze nie widziałem Ralfa tak promieniejącego i zadowolonego ze siebie, jak w tej chwili. W oczach miał ten miły wyraz swawoli, którego nie widziałem u niego od dawnego czasu.
— Jeżeli mnie posłuchasz i nie będziesz mi się sprzeciwiał, dowiesz się o wszystkiem, aż do najdrobniejszych szczegółów — rzekł mi w odpowiedzi.
— Gadaj, gadaj prędko, umieram z ciekawości!
— Zgaś światło!
— Wszystkie żarówki!
— Ma się rozumieć.
— Dobrze, opowiadaj zatem!
— A teraz idź du okna, wychodzącego na podwórzec i podnieś storę.
— No i cóż dalej?
— Zaraz, zaraz, idę już do ciebie. Wspaniale! — O tej porze nigdy jeszcze nie wyglądałem przez twoje okno! Widzisz? To małe okno w dachu przeciwległego domu jest jeszcze oświetlone.
Mówiąc to wskazał na małe okienko, które widniało zdala, jak migotliwa, jasno-żółta plama. Wychyliłem się przez otwarte okno, aby przyglądnąć się dokładnie przedmiotowi obserwacji Ralfa.
— Chyba nie zechcesz wmówić we mnie, że to jest dom lorda Thornaby? — zawołałem, nie orjentując się wcale w sytuacji widoku z mojego okna na podwórze.
— A właśnie, że tak, niebożątko. Przyglądnij się tylko domowi przez lunetę polową, która oddała mi już niejedną usługę u ciebie.
Zanim jednak nastawiłem szkła, już wiedziałem wszystko. Nagle otwarły mi się oczy. Pojąłem jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, dlaczego w ostatnich czasach Ralf tak często przesiadywał u mnie, a zwłaszcza dlaczego zastawałem go najczęściej między godziną 7-mą a 8-mą wieczorem, pogrążonego w jakichś tajemniczych kontemplacjach, z tą właśnie lunetą w ręku. Uważnie wyjrzałem przez okno. Jasna plama, którą wskazał mi Ralf, migotała, jak wielki robaczek świętojański. Trudno mi było wglądnąć przez wskazane okno do wnętrza, lecz cienie osób, kręcących się po pokoju, odcinały się wyraziście od tła spuszczonej rolety. Zdawało mi się, że widzę nawet drabinę odznaczającą się ciernią nitki na ścianie domu, ową drabinę, po której spuścił się nieustraszony Parrington, aby oddać nam wszystkim przysługę.
— Jesteś wreszcie na właściwym tropie — rzekł Ralf, obserwując moje zdumienie. — Jest to właśnie to samo okno, które stanowiło przedmiot mych studjów z tej oto placówki. Za dnia możesz widzieć wszystkie okna, wychodzące na tę stronę domu na innych piętrach. Między innemi znajduje się również okno tego pokoju, w którym przebiera się lord w strój galowy. Jest to poprostu szczęśliwy zbieg okoliczności. Spostrzeżenia tego dokonałem dosyć szybko. Pewnego dnia wczesnym rankiem — spałeś jeszcze w najlepsze — widziałem lorda, poddającego się zabiegom upiększającym swego fryzjera. Wieczorem zatrzymuje się zazwyczaj kamerdyner lorda nieco dłużej w pokoju, aby uporządkować rzeczy. Musiałem, chcąc usunąć niepożądanego świadka, użyć podstępu. Studjując życie prywatne tego szlachetnego męża, stwierdziłem, że oddał swoje serce pewnej nadobnej dziewoji z sąsiedztwa. Zatelefonowałem mu zatem w jej imieniu, że oczekuję go przed domem lorda o godzinie 8-ej wieczorem. Naturalnie nieszczęsna ofiara miłości nie przyznała się do tego wykroczenia, na co naturalnie liczyłem. Aby utwierdzić lorda i policję w mniemaniu, że biedny chłopiec spełnił swój obowiązek i był o oznaczonej porze w pokoju, uporządkowałem pokój nienagannie, zanim jeszcze zabrałem się do mojej roboty i dopiero potem doprowadziłem go do stanu, w którym go wszyscy widzieliście.
— Jednej rzeczy nie rozumiem: kiedy znalazłeś czas na to wszystko!
— Pochowanie części garderoby lorda zabrało mi zaledwie minutę czasu. Zegar nastawiłem naprzód na godzinę 8.20, aby w ten sposób zyskać alibi. Jest to zresztą stary podstęp, aby nastawiać zegar stosownie do sytuacji. Przyznasz jednak, że urządziłem to zręcznie i że wyglądało to tak, jak gdyby zegar przygotowany był przez złodzieja do zabrania go. W ten sposób mogło się zdawać, że włamania dokonano wówczas, gdy siedzieliśmy wszyscy przy stole. W rzeczywistości sprawa przedstawiała się w ten sposób, że w jednej minucie wyszedł z pokoju toaletowego lord Thornaby, za nim bezpośrednio jego służący, ja zaś dostałem się do pokoju w następnej minucie.
— Przez okno?
— Ma się rozumieć. Czekałem na dole w ogrodzie. Posiadanie ogrodu w mieście jest z wielu względów kosztownym zbytkiem. Widziałeś mur, otaczający ogród i małą zgrabną bramkę od tyłu? Otóż zamek w tej furtce był poniżej wszelkiej krytyki.
— Ale jak dostałeś się do okna? Znajduje się wszakże na pierwszem piętrze?
— Zaraz ci to wytłómaczę. — Mówiąc to, odkręcił Ralf rączkę swojej laski i wyjął z niej kilka coraz to cieńszych lasek bambusowych. Następnie wyciągnął z kieszeni gruby hak żelazny i umocował go na jednym końcu laski, podczas gdy do drugiego przywiązał cieniutką, mocną linkę manilową. Linka ta była w odstępach zaopatrzona w haki do wchodzenia po niej.
— Spodziewam się, że teraz rozumiesz już wszystko. Hak ten przyczepiam tu oto, — Ralf rozpiął kamizelkę i pokazał mi pas, zaopatrzony w kolucho — zaś drugi koniec zaczepiam o pierwszy lepszy przedmiot, wystający z fasady. W tym wypadku nie byłem w kłopocie, ponieważ z łazienki lorda wystaje na zewnątrz fasady oficynowej kilka rur wodociągowych, których istnienie stwierdziłem, dokonując oględzin domu za dnia, w przebraniu.
— Linkę tę sporządziłeś zatem wyłącznie w tym celu, aby wystrychnąć panów kryminologów na dudków?
— Mój drogi Bunny, jak wiesz, jestem zasadniczym przeciwnikiem wszelkiego używania drabinek w naszym zawodzie. Postanowiłem sobie jednak, że jeżeli będę kiedykolwiek zmuszony do wdrapywania się, użyję w tym celu drabinki własnego systemu, najlepszej, na jaką się zdobędę. Ta oto drabinka jeszcze nieraz może mi się przydać.
— Jak długo przygotowywałeś się do tej całej historji?
— Użyłem na to tyle czasu, aby oderwać się od matki ziemi i na nią powrócić. Dzisiaj wystarczyło mi nie całe pięć minut.
— Co?! Chyba ne zechcesz mi wmówić, że zdążyłeś w ciągu pięciu minut wdrapać się do góry, spenetrować mieszkanie, wszystkie szafy i szafeczki, wyłamać ów kufer z płaszczem i insygniami para Anglji, zaryglować wszystkie drzwi i wynieść się cichaczem wraz z zabranym łupem?
— Ani mi się śni. Któż ci to powiedział?
— A zatem wytłómacz mi, jak dokonałeś tego wszystkiego?
— Nocy poprzedniej urządziłem próbę generalną i wówczas zabrałem ze sobą wszystko, na co miałem ochotę i co mi było potrzebne. Przez cały ten czas chrapał nasz wytworny przyjaciel w najlepsze w przyległym pokoju. Sam przyznałeś, że spisałem się nieźle. Nie tylko bowiem wziąłem ze sobą wszystko co uznałem za łup odpowiedni, lecz także pozostawiłem teren działania w nieskazitelnym porządku. Jako dobrze wychowany młodzian, pozasuwałem wszystkie szuflady, pozamykałem wszystkie kasety, chowając je na swojem miejscu, aby pokój pozostawić w tym stanie, w jakim go zastałem. Naturalnie czynność ta zajęła mi znacznie więcej czasu. Dzisiaj natomiast zainscenizowałem tylko włamanie, do czego wystarczyło powyrzucać kilka kasetek, otworzyć i pozostawić w nieładzie kilka szafek i szuflad, aby upozorować pospiech i obawę przed przyłapaniem. Na tem polegała cała kwintesencja mojego kawału. Nie tylko bowiem przekonałem kochanych kryminologów, że to nie ja dokonałem tego włamania i że było to fizyczną niemożliwością, lecz wpoiłem w nich przekonanie, że istnieje drugi taki osobnik, który jest w stanie dokazać tej sztuki, lecz że w zaślepieniu swojem wypuścili go z rąk i zamienili go ze mną.
Myślałby kto może, że wpatrywałem się w mojego przyjaciela w niemym podziwie, zdumiony treścią jego słów. Lecz ja już dawno wyszedłem z tego stadjum. Gdyby mi Ralf powiedział, że w tej chwili udało mu się włamać do banku angielskiego lub nawet do pałacu królewskiego, nie wątpiłbym w to ani chwili. Dla mnie byłoby to zupełnie naturalne, gdybym w tej chwili poszedł z nim do jego mieszkania i znalazł w jego pudle na kapelusze klejnoty koronne. Sięgnąłem po palto z zamiarem odprowadzenia go, lecz Ralf ani słyszeć nie chciał tego wieczoru o mojem towarzystwie.
— Nie, daj spokój drogi Bunny, obecnie pragnę jedynie snu i wypoczynku. Jestem przesycony nazbyt emocjonującemi wrażeniami. Prawdopodobnie nie wierzysz mi i uważasz mnie za potwora, pozbawionego uczucia wdzięczności, lecz wierzaj mi, że tych pięć minut nawet dla mnie były nazbyt męczące i wyczerpujące. Zaproszenie wystosowane było na godzinę trzy kwadranse na ósmą z uwagą, że punktualnie o ósmej zasiądzie się do stołu, a ja — wyznam ci to szczerze, — brałem w rachubę, że spotrzebuję dwa razy tyle czasu, niż istotnie zużyłem. Lecz żaden z gości nie zjawił się przed godziną 7.50, wobec czego i lord nie okazywał zbytniego pośpiechu. W każdym razie nie chciałem budzić podejrzeń i przyjść ostatni. Istotnie udało mi się zjawić się w salonie punktualnie pięć minut przed ósmą. Kosztowało mnie to jednak więcej nerwów, aniżeli przypuszczałem.
Najciekawsze jest jednak zakończenie tej całej historji, a mianowicie: co uczynił Ralf z szatą para Anglji, dostojnego Earla of Thornaby. Opowiadał mi o tem, zbierając się już do odejścia. Postąpił mianowicie z insygniami lordowskiemi zupełnie identycznie, jak nam opowiadali przy kolacji członkowie klubu kryminologów, gdy była mowa o owym tajemniczym złoczyńcy, który skradł klejnoty pewnego arystokraty angielskiego i następnie mu je odesłał. W ten sposób udało mu się tem bardziej wpoić w nich przekonanie, że sprawcą włamania u lorda jest ów nieznany włamywacz. Obawiając się w tym wypadku skorzystać z usług jakiejś firmy spedycyjnej, a tem mniej poczty, zawiózł Ralf drogocenny fant do garderoby dworca kolejowego Charing Cross i przesłał pocztą lordowi Thornaby recepis pakunkowy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest William Hornung i tłumacza: Maria Manberowa.