Anusia (Konopnicka)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Anusia
Pochodzenie Moi znajomi
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1904
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ANUSIA


Szlachcianką była i miała brata księdzem.

To jej dawało pewne przywileje. Niewielkie, ale dawało. Przedewszystkiem siadała do stołu; na szarym wprawdzie końcu i głównie dla utrzymania pomiędzy dziećmi rygoru, ale siadała. Powtóre, ojciec mówił jej: «panno Kowalska», a kucharka i pokojówka «paniuńciu»; wreszcie stróż, Paweł, któremu dziecko trzymała do chrztu, całował ją w rękę.
O, jakże pamiętam te ręce! Szczupłe były, zwiędłe, spracowane, siecią sinawych żył nabiegłe, mające na dłoniach odciski od prasowania a na palcach ślady licznych zakłóć igłą, stwardnienia od naparstka i nożyczek. Dziś jeszcze widzę te biedne ciemne ręce, które mnie codzień myły, czesały, obuwały, zachowując zawsze jakiś układ skulony, jakby się już nigdy swobodnie rozprostować nie mogły. Lewą wszakże mniej znałam niż prawą.
Bywała ona bowiem zazwyczaj wsunięta głęboko w pończochę, podczas gdy druga wodziła delikatnie igłą, nawleczoną na bardzo długą i bardzo białą nitkę mięciuchnej bawełny. Na tej to ręce, na serdecznym palcu, świecił się cienki, wytarty, złoty pierścioneczek z turkusowem nadtłuczonem z jednej strony serduszkiem, obok pustej oprawki, z której drugie takie samo serduszko wylecieć musiało. Pierścioneczek zsuwał się po zeszczuplałym palcu Anusi, zatrzymywał na zgiętym nieco od ciągłego szycia stawie, i znów opadał na dawne miejsce swoje, przy powolnym ruchu wyciągającej długą nitkę lub nabierającej drobne ściegi ręki.
Siadywałam wtedy zwykle na małym stołeczku drewnianym przy nogach Anusi, biednych, szczupłych, płaskich nogach, w saczkowe, na przodzie sznurowane trzewiki obutych, które większą część dnia przedreptać musiały po pokojach, kuchni, spiżarni, albo przestać przy desce od prasowania. Jeśli zachowanie się moje było bez zarzutu, dostawałam od Anusi takąż igłę, z takąż samą nitką bawełny, którą natychmiast zaczynałam na sobie zszywać majtki z pończochami, albo spódniczkę z fartuszkiem. Mówiono wówczas, że mam wielkie zdolności do robót ręcznych.
Pod oknem w pokoju Anusi, który się garderobą nazywał, stał duży, czarno bejcowany stół, na którym zazwyczaj leżały stosy bielizny sporządzonej lub do sporządzania przygotowanej. Stół ten miał szeroką szufladę, w której się mieściły prawdziwe skarby: kawałki muślinu, perkalu, tiulu, skrawki wstążek, materyi, nitki kolorowego jedwabiu i splątane motki włóczek. Wszystko to razem nazywało się «gałganki», i było celem moich skrytych westchnień.
Lata zapewne składały się na utworzenie tego skarbu, który sześć razy na dzień bywał przewracany do góry nogami, ale zawsze dostarczał tego, czego było potrzeba. Co do włóczek, te, o ile dziś kombinuję, musiały należeć do niewykończonych, na pożółkłej kanwie szytych w niezapominajki i pączki róż, pantofli męskich, które na samym dnie Anusinego kuferka leżały zawinięte w białą jedwabną chusteczkę i niekiedy tylko, przy układaniu wszystkich drogocenności, jakie kuferek ten zawierał, rozwijane były i oglądane z ciężkiem westchnieniem. Istotnie, było nad czem wzdychać. Pączki róż tak zżółkły, jakby się już nigdy rozwinąć nie miały; niezapominajkom zaś mole wygryzły tu i owdzie serca. Nogi, które miały nosić te pantofle odeszły gdzieś widać daleko, bardzo daleko...
U jednego z rogów wielkiego stołu przyszrubowaną była wyblakła, stercząca jak jeż łebkami igieł i szpilek, czerwona aksamitna poduszeczka do szycia, której oprawę zdobiło małe okrągłe lusterko, tudzież widoczek czarno odbity na jasnem, politurowanem drzewie. Lusterko było krzywe, widoczek zaś przedstawiał dwie góry, które sobie na kark wlazły, chcąc się zapewne przeprawić przez płynące u ich stóp jezioro. Na jeziorze kołysała się łódka, w łódce stała panna w tyrolskim kapeluszu, z wielką różą u stanika bardzo krótkiej sukni; naprzeciwko łódki płynęły dwa łabędzie, a z za gór wychylał się strzelec z fuzyą na ramieniu.
Był to pierwszy pejzaż, jaki dokładnie z powodu umieszczenia go na wysokości nogi stołowej studyować mogłam, a także pierwsze lusterko, w którem zobaczywszy się, z wielką uciechą pokazałam sobie język.
Nieopodal od okna stało wysokie, biało i puszysto zasłane łóżko Anusine, na którem piętrzyło się kilka poduszek, ukoronowanych «jaśkiem» z falbaną i wszywkami. «Jasiek» ten był przedmiotem moich gorących pożądań, gdyż dość było wetknąć w niego zwinięty ręcznik i przewiązać chustką do nosa, aby mieć «dziecko w poduszce», takie samo, jakie niedawno karmiła Pawłowa. A Anusia rzadko i tylko przed praniem pozwalała na to; zazwyczaj zaś trzeba było piastować mały, drewniany, owinięty w chustkę pokojówki, stołeczek, któremu niezmiernie trudno było «dać piersi», gdyż nazbyt zawsze wystawiał swoje cztery nogi. Było to niezawodnie najniesforniejsze niemowlę, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam.
Wprost łóżka stał wielki, kaflowy, pożółkły i popękany piec, za którym suszyły się wysoko ułożone i drobno połupane drewka. Kiedy przyszedł «ksiądz-brat», — nazywaliśmy go wszyscy «księdzem bratem», — Anusia zrywała się od stołu, biegła do pieca, klękała przed nim, rozpalała ogień i przyrządzała kawę; a gdy jej woń aromatyczna rozeszła się po wszystkich kątach garderoby, Anusia nalewała szklankę «księdzu bratu», a resztą obdzielała nas dzieci, po łyżeczce wlewając kolejką w nadstawione i szeroko pootwierane usta. Żeśmy ich wtedy nie porozdzierali sobie — Bóg łaskaw. Każdemu z nas zdawało się bowiem, że im szerzej usta otworzy, tem większą dostanie porcyę. Ostatnia łyżeczka z «wyskrobkami», bywała sumiennie na troje dzielona. Obdzieliwszy nas, siadała Anusia na zwykłem swojem miejscu, brała pończochę, kładła na palec srebrny, wytarty, powyginany, z karniolowem, nawpół wyłupanem denkiem, naparstek, nawłóczyła nawet igłę, ale nie cerowała, tylko podparłszy ręką głowę, wpatrywała się z rozrzewnieniem w «księdza brata».
Był to młodzieńczyk wysoki, smagły, o białych i rumianych policzkach, z niepomiernie dużemi uszami, któremi ruszał, jak królik, gryząc bułkę z kawą. Te uszy wprawiały mnie w szczególny podziw.
Anusia, znacznie starsza, wychowała sama «księdza brata» własną swoją ciężką pracą; był on jej chlubą i ostatnią sierocego życia nadzieją. Gdy nie przychodził dni kilka, twarz jej pożółkła jeszcze się żółciejszą stawała, szare jej oczy jeszcze nieruchomiej patrzyły przed siebie, a lekkie znaki po ospie zdawały się pogłębiać na szczupłych jej policzkach. «Jaśka» też wtedy ani rusz, a nawet igły z bawełną. Dopiero gdy się «ksiądz brat» zjawił, wpadaliśmy wszyscy w wyborny humor. Anusia była młoda, ładna, i wcale, ale to wcale nie dziobata; wszystko też można było w dniu takim wyprosić u niej. Wtedy to w zadziwiający sposób wypróżniała się szuflada z «gałgankami», a «Jasiek» bywał gwałtownie huśtany, forsownie karmiony, przewijany i usypiany wreszcie w kąciku na ziemi, między piecem a Anusinym kuferkiem.
Kiedy nadeszła szara godzina, Anusia opowiadała nam «bajki». Właściwie mówiąc, nie były to bajki, tylko «żywoty Swiętych»; ale ponieważ wyraz «bajka» oznaczał w naszem pojęciu wszystko, co się opowiadało i było zajmującem, nazywaliśmy przeto i te «żywoty» bajkami.
Po roku pobytu Anusi u nas tak byliśmy oswojeni z całem martyrologium, żeśmy o wyrwanych językach, rozpalonych kleszczach, plecach dartych pasami ze skóry i piłowanych ciałach rozprawiali, jak o chlebie z masłem, i gdyby które z nas spotkało św. Dyonizego, idącego z własną, uciętą głową pod pachą, myślę, że niebardzo byłoby zdziwione.
Zoologiczne nasze pojęcia także się ustaliły w tej epoce znacznie; a kiedy przyszło później do nauki naprawdę, żadne z nas nie miało kłopotu z określeniem lwa, tygrysa, lamparta, hyeny i innych dzikich bestyi. Były to wszystko «takie zwierzęta, co świętych jadają».
Wkrótce utworzyły się dwa obozy. Jeden stanowił brat mój Janek, drugi ja i starsza moja siostra. Myśmy utrzymywały, że największe męki zniosły św. męczennice: np. Dorota, Blandyna, Barbara, Perpetua i inne; Janek dowodził, że «co tam takie babskie męki» w porównaniu do św. Andrzeja, Wawrzyńca, Szczepana... Wynikały z tego gwałtowne spory, które, że niezawsze Anusia zagodzić mogła, opierały się aż o «księdza brata».
«Ksiądz brat» znajdował się wówczas w trudnem położeniu, nie chcąc sobie w żadnym obozie robić nieprzyjaciół. Uśmiechał się najpierw do jednego obozu, potem do drugiego, wreszcie z pomieszaniem decydował, że wprawdzie święci męczennicy byli bardzo dzielni, ale i taka św. Blandyna albo Dorota «to też były... oho!»
Po takim wyroku obie partye uznawały się za tryumfujące i szły grać «w lisa» razem z «księdzem bratem», który podgiąwszy sutanny, biegał po garderobie, uciekając przed goniącą go z piskiem i krzykiem trójką, a pytki bił takie, że nam ręce puchły. Utrzymywaliśmy przecież mężnie, że nas to wcale nie boli. Oczywiście, cóż to było w porównaniu do darcia skóry pasami?
Gdy przyszedł post, śpiewała z nami Anusia «Gorzkie żale». Jakże pamiętam tę szarą bibulastą książczynę, która się wtedy rozkładała na stole! Tytuł był na niej wypisany gotykiem z wielkiemi zakrętasami, u samej góry oko Opatrzności, w pośrodku krzyż, a na nim Chrystus, z którego ciała szły pięciu strugami gęste krople na duszyczki czyścowe, wynurzające się u spodu karty z morza piekielnych płomieni. Na samym dole spoczywał wąż zwinięty w krążek i trzymający w pyszczku jabłko z dwoma listkami, z rajskiego drzewa zerwane.
Pocieszny to był widok, kiedy Anusia pryskając na rozpostartą do prasowania spódnicę, intonowała:

Rozmyślajmy dziś, wierne chrześcijany.

A «wierne chrześcijany», z których najstarsze miało lat z ośm może, a najmłodsze pięć zaledwie, odpowiadały:

Jako Pan Jezus za nas cierpiał rany,
Jak od pojmania nie miał spoczywania
Aż do skonania...

Epicki ton tej pieśni robił na mnie niesłychane wrażenie. Dreszcz szedł mi po twarzy, po szyi, po plecach, oczy mi się mrużyły, a usta otwierały nerwowem ziewaniem. Dwoje starszych z naszej trójki patrzyło na mnie ze wzgardą. W Wielki piątek szliśmy wieczorem do ogrodu na «rozmyślanie». Wiosenna pełnia zalewała cichem światłem regularnie przecinające się aleje, przy których sztywnymi szeregami stały bezlistne jeszcze drzewa. Rosę czuć było w powietrzu, po wilgotnej i miękkiej ziemi pełzały pierwsze tegoroczne żuki; donośny rechot żab słychać było z leżącego poza ogrodem stawku. Dreptaliśmy przy Anusi, trzymając się jej prostej, szarej, zakonnej niemal sukni, której fałdy ściskało każde, jak mogło najmocniej w ręku, z obawy przed mogącym się ukazać z za krzaków rozwiniętego już agrestu Judaszem, lub «tłuszczą, z kijmi, z mieczmi, z pochodniami». Naraz zatrzymała się Anusia i rzekła:
— Moje dzieci, o takiej to godzinie modlił się Pan Jezus w Ogrojcu...
Nie znała z pewnością szekspirowskiego: «w taką to noc...», a jednak przedziwnie w tenże ton trafiała.
Starsi przyjęli heroicznie to oświadczenie Anusi; lecz co do mnie, ponieważ byłam zziębła i senna, zrobiło mi się tak strasznie żal Pana Jezusa, który o takiej godzinie musiał jeszcze mówić pacierz, co i mnie czekało niezawodnie przed pójściem do łóżka, że uderzyłam w głośny płacz, ku wielkiemu zbudowaniu obecnych, i tak się skończyło pierwsze moje «rozmyślanie».
W rok wszakże potem klęczałam na zroszonej ziemi pod takąż wiosenną pełnią, z oczyma wlepionemi w księżyc, z którego zdawał mi się spływać anioł «z kielichem męki». Coby to był za «kielich męki», nie miałam dokładnego pojęcia, ale wyobrażałam sobie coś bardzo gorzkiego, coś w rodzaju tysiącznika naprzykład. Gorącemi więc usty powtarzałam za Anusią: «Ojcze, jeżeli chcesz, odwróć ode mnie ten kielich». Ale nie odwrócił... A tu oliwne drzewa szumią, szumią... a tam w rogu, za altanką, gdzie Paweł grabie i łopatę stawia, posnęli apostołowie...
Przy końcu książeczki z «Gorzkiemi żalami», była «Pieśń o narzekających sierotach», którą nam Anusia czytywała niekiedy, i z powodu której stołeczek ów, zastępujący Anusinego jaśka, «Jackiem» się nazywał. Pieśń tę lubiliśmy niezmiernie, a jeszcze bardziej pewno się jej bali. Była tam mowa o złej macosze i o krzywdzie osieroconych dziatek. Do dziś pamiętam niektóre wiersze...

... Co ona wyrabiała, nogami je kopała,
Służebnej zaś mówiła, co będzie dziś robiła,
«Od dzisiaj, miej w pamięci, nie dasz mleka dla dzieci».

Tu zwykle zaczynaliśmy mocno wzdychać, patrząc na płaski kamienny garnczek ze śmietanką, której tłusty kożuszek wznosił się i opadał i grzejąc się przy drobnych węgielkach, czekał na księdza brata. Cóż tam męki, rozpalone kleszcze, albo ucięte głowy! Ale nie dostać mleka, nie dostać żadnych wyskrobków!... Aż węgle zaczynały żarzyć się i trzeszczeć od naszego wzdychania.
Potem następowała scena na cmentarzu. Matka słyszy narzekania dziatek i wstaje z grobu.

Nogami się oparła, trumnę niemi otwarła,
Podniosła się ku wstaniu, idzie ku pomieszkaniu.

W tem miejscu przytulaliśmy się jedno do drugiego i do Anusinych kolan, poglądając na drzwi ukradkiem. Pomimo wszakże śmiertelnego strachu, za nic nie dalibyśmy Anusi przerwać czytania, następowały bowiem rzeczy najciekawsze.

...Jak się już przybliżyła, brama się otworzyła,
Domostwo ją witało, wielką krzywdę znać dało.
Jak do izby wstąpiła, ciemność ją oświeciła,
Dziatki jak ją ujrzały, zaraz matkę poznały,
Których sześciorgo było, a każde się skarżyło.
Od łez nie mogła mówić, musiała się odwrócić,
Wtem wejrzy na kominek, tam leży mały synek,
Leżał tam jako krzaczek, jej najmilejszy Jacek...

Umyła tedy matka dzieci, uczesała, nakarmiła, a pogroziwszy palcem macosze, zniknęła.

To pogrożenie palcem włosy nam podnosiło na głowach.

...Mężu, mężu wstań prędko, bo otwarte jest wszystko,
Jeszcze kury nie piały, jak psy we wsi szczekały,
Nieboga tutaj była, palcem mi pogroziła...

Zbici w kupkę, nie śmieliśmy przy tym epilogu spojrzeć poza siebie, a jeżeli stara Meresia drzemiąc pod piecem warknęła we śnie, dech w nas po prostu zamierał. Przez cały wieczór nie wypuszczaliśmy potem z objęć owego stołka, który reprezentował «najmilejszego Jacka», odziewaliśmy go w jednę i w drugą chustkę, żeby mu tylko zimno nie było, pakowaliśmy go pod Anusiną pierzynę, i wszyscy kolejno dawaliśmy mu «piersi», pomimo odstręczającego zachowania się jego czterech, zawsze sterczących do góry nóg, z któremi rady sobie dać nie było można, a to wszystko, aby tylko matka jego nie wstała z grobu i nie pogroziła nam palcem...
Za tą książczyną z «Gorzkiemi żalami» zasuniętą zwykle bywała na oknie talia starych, bawełną przewiązanych na krzyż kart, z których Anusia w niedzielne popołudnia układała «pasyanse».
Pasyanse te były różne, miały też rozliczne kombinacye i nazwy; ale pamiętam dwie tylko: «Krzyżówkę» i «Kapryśną damę». Daleko większą powagę i wiarę miała «Krzyżówka». « Kapryśna dama» zabawką była prawie. Ksiądz brat na jednę i na drugą wprawdzie wzruszał, ramionami z jakimś nieokreślonym uśmiechem, ale niech tylko Anusia zaczęła tasować karty, zaraz przysiadał się do niej, łokcie opierał na stole i rozpoczynało się «zamyślanie». Anusia zwykle zamyślała głośno. Przedewszystkiem szło o to, czy rychło ksiądz brat wikarym zostanie? Jeśli Krzyżówka dała odpowiedź pomyślną, zaraz znów szło o probostwo. Jeśli i probostwo wyszło, Anusia ożywiała się niezmiernie i zamyślała coraz nowe rzeczy, a to czy plebania będzie porządna, a to czy będzie ogród przy domu, a to czy parafia duża, czy będą się dobrze chowały krowy?...
Ksiądz brat słuchał tego w milczeniu, wodząc oczyma karty, z których na stole powstawały gwiazdy, kwadraty, szachownice i równoległoboki. Niekiedy wszakże przytrzymywał rękę Anusi i sam coś «zamyślał». «Zamyślenia» swego wszakże nigdy nie wyjawiał. Jeśli pasyans wyszedł, zrywał się od stołu i robił z nami «młynka». Co było wtedy tupotu, furkania spódniczek i kurzu, to nieopowiedziane rzeczy.
Jeżeli ksiądz brat bardzo był kontent, to po «młynku» następowała niemniej hałaśliwa «drobna kaszka», aż do utraty tchu i zawrotu głowy. Wtedy padał na krzesło, bił rękoma o kolana, rozpinał sutannę i śmiał się szalonym dziecinnym śmiechem, pokazując białe zęby od ucha do ucha.
Jeżeli wszakże pasyans nie wyszedł, ksiądz brat zadumywał się, wzdychał przez nos i mówił, że to obraża Pana Boga wierzyć takim głupstwom.
Dla siebie Anusia kładła pasyans rzadko i tylko w takie niedziele, kiedy księdza brata nie było. Wtedy to rozłożywszy przed sobą stare pożółkłe karty, podpierała głowę i patrzyła na nie długo, powolnym, jakby nieśmiałym ruchem ręki zbierając i nakładając ich szeregi. Szare jej źrenice stawały się przy tem jaśniejsze i jakby drżały w szeroko otwartych oczach, a turkusowe serduszko w pierścioneczku migało to tu, to tam, na jej wychudzonym palcu. Była to zwykle «krzyżówka», która czy wypadła źle, czy dobrze, niezmiennie się kończyła głębokiem westchnieniem.
Oprócz tej talii, tułało się po oknie kilka kart luźnych z sędziwszej jeszcze i już nieistniejącej. Niedobitki to były armii, która uległa zupełnej rozsypce. Młódki poszły z niej kolejno na kłębki, na tutki z solą, które czasu zimy między okna wstawiano, na lejki, z których przeciskano lukier w piękne esy floresy, gdy przyszła Wielkanoc i baby. Z figur istniało jeszcze w owym czasie cztery, i te stanowiły mój teatr. Teatr ten odbywał się zupełnie bez widzów; nie lubiłam nawet, kiedy kto patrzał na niego, i urządzałam go zwykle w ciemnym jakim kącie, usiadłszy na «najmilejszym Jacku» przed drewnianem krzesłem, i trzymając w noszonym na ramiączkach fartuszku cały mój personel dramatyczny. Co do repertoaru, ten był mało urozmaicony, możnaby nawet powiedzieć, że była to ciągle taż sama, coraz dalej rozwijana historya, do której przybywały nowe epizody i która nigdy jakoś skończyć się nie mogła. Aktorów moich stanowiły trzy damy i król. Dama karo, nazwana przeze mnie «Anusią», była piękną, dobrą i uciśnioną przez jakieś, niezupełnie mi świadome nieszczęścia, bohaterką.
Ona pierwsza wychodziła z fartuszka na scenę, a przedstawienie rozpoczynało się niezmiennie od słów: «Anusia zaś: Ach Boże!» — Tu następował monolog, w którym było więcej westchnień niż wyrazów, a mglista atmosfera wielkiego smutku i wielkiej melancholii życia ogarniała całe krzesło, stołek i mnie samą. Prawdopodobnie tych to właśnie żarliwych i gorących westchnień wstydziłam się wobec widzów, i dlatego teatr mój odgrywałam zwykle sama dla siebie.
Obok Anusi występowały w tym nigdy niekończącym się dramacie: dama pik, «Herodyada», której czarny charakter był mi wybornie znanym jeszcze z czasów owej krwawej misy z martwą głową Jana, tudzież dama treflowa «Szarlota», tak nazwana od imienia bony, Szwajcarki, przychodzącej do nas czasem z dziećmi z naprzeciwka, płocha szatyna, element ułudy, kaprysów i zmienności. Jedynym mężczyzną w tym personalu był król karo «Mąż prawy».
Nie wiem już dzisiaj, jakimi tam torami szły moje myśli wówczas, że ze wszystkich przymiotów męskich «prawość» uderzyła mnie jako charakterowa cecha najbardziej; dość, że «Mąż prawy» nie mógł się jakoś nigdy, skutkiem intryg Herodyady i Szarloty, zejść z «Anusią» na krześle, i zdaje mi się, że to było głównym powodem ich nieszczęścia, a moich westchnień, jako też osnową całego dramatu.
Ta żądza, czy potrzeba smucenia się czegoś i wzdychania ot tak, w powietrze, były też zapewne źródłem moich żarliwych modłów w owym czasie. Postępy moje w pobożności były wprost zdumiewające. Dotąd pamiętam «kapliczkę», którą urządziłam sobie pomiędzy dwiema, szafami, tworzącemi w rogu garderoby dość duży kąt, zasłoniony perkalową firanką. W kącie tym stał z zapasową pościelą stary, wysoki, obszarpany kufer, którego okucia i gwoździe sterczały ze wszystkich stron połamane i z miejsca wybite. Na ten to kufer gramoliłam się kilka razy dziennie, aby ucałować ścianę o jaki łokieć niżej od brzydkiego, papierowego bez ramek obrazka z sercem Chrystusowem, który pokojówka na moją prośbę przylepiła klajstrem. Wyżej z klęczek dostać nie mogłam; ale samo już wznoszenie oczu do tej niedosiężonej świętości miało dla mnie jakiś urok tajemniczy. Długo jeszcze potem, kiedy sprzęty w garderobie przestawiono inaczej, a «kapliczka» moja sprofanowaną została jakiemś innem przeznaczeniem, znać było na bielonej ścianie plamkę ciemnawą, ślad moich ust, gorąco tulonych do wapna.
Jednocześnie wszakże z urządzeniem kapliczki rozeszła się o mnie w domu bardzo brzydka sława. Mówiono, że drę na sobie ubranie, jak chłopak, że niezawodnie biegam do dzieciaków Pawła, mocować się z niemi; a gdy zobaczono, że mam na kolanach sińce i podrapaną skórę, zrodziło się podejrzenie, że włażę na drzewa po wiśnie.
Podejrzeń tych nie usiłowałam odpierać, ale strofowana spuszczałam oczy i zacinałam się w milczeniu. Zdawało mi się, że stojąc tak, jestem niezmiernie podobna do św. Blandyny która była zawsze moim ideałem. Raz tylko, kiedy mi zapowiedziano, że odtąd nosić będę majtki i spódniczki z gładkiemi obrąbami, a nie z koronką, nie mogłam utrzymać męczeńskiej mojej stałości i rozpłakałam się głośno.
Kiedy dzień przymierzchł i ruch domowy ucichał, rozlegał się w powietrzu dzwon «od Bernardynów» jednostajnem i posępnem brzmieniem. Wtedy Anusia odmawiała z nami «Anioł pański», po którym następował «Wieczny odpoczynek» za różne dusze. To za te, które najdawniej cierpią, to za inne, które znikąd ratunku nie mają, to jeszcze za takie, które w grzechu śmiertelnym z tego świata zeszły.
Z czasem trójka nasza utworzyła sobie prawdziwy sport z tych «wiecznych odpoczynków», dodając do nich coraz to nowe, swego własnego pomysłu. Janek naprzykład, po części urzędowej, odmawiał zwykle trzy jeszcze: za Robinsona, za Piętaszka i za jego ojca. Zaimponowało nam to niesłychanie, ale żadna z nas na coś podobnego zdobyć się nie umiała. Janek tryumfował. Z biciem serca oczekiwałyśmy teraz, co on też nowego wymyśli? Pobudzało go to, dodawało natchnienia. Dziś był Wieczny odpoczynek za Washingtona, jutro za marszałka Neya, pojutrze za Napoleona, a wreszcie za Kolumba i za Kopernika.
Pewnego wszakże razu przeszedł sam siebie i odmówił Wieczny odpoczynek za duszę Cheopsa. Było to tegoż dnia, kiedy ze Stefankiem z przeciwka oglądali piramidy w książce z obrazkami. Oniemiałyśmy z admiracyi; ale Anusi, która akceptowała w milczeniu Kopernika i Napoleona, imię «Cheopsa», może dla niezwykłości brzmienia, wydało się mniej przy pacierzu właściwem. Przestała tedy szeptać swe modlitwy i odwróciwszy głowę, spytała surowo:
— Co tam Janek plecie?...
Co do mnie, miałam także swoje wieczne odpoczynki, lubo nie tak świetne. Odmawiałam je najpierw za «Barani kożuszek», co to: «dębie, dębie otwórz się», potem za «Pielgrzyma z Dobromila», potem za św. Barbarę, a wreszcie za «Kanię».
«Kanię» znało całe miasto. Jedni mówili, że to waryatka, inni, że opętana, jeszcze inni nic nie mówili, ale schodzili z drogi i odwracali się od niej ze wzgardą i wstrętem.
«Kania» miała lat ze trzydzieści może, postać słuszną, wychudzoną, śliczne ciemne włosy, roztargane i zwichrzone pod byle jak narzuconą chustą, twarz smagłą, znędzniałą, bladawą i głęboko zapadłe, jak próchno świecące oczy.
Na grzbiecie jej wisiały jaskrawe łachmany starej jedwabnej sukni, a bose, niezwykle drobne nogi, tkwiły w jakichś wielkich, potwornych, na śmietnisku gdzieś zebranych trzewikach.
Skąd się «Kania» wzięła — niewiadomo. Powiedział mi raz Janek Pawłów, że ją wrony w dziobie przyniosły, ot taką już dużą, jak teraz, i w tej jedwabnej sukni, do miasta i na ulice puściły. Zdawała się nie mieć innej nad ulice siedziby. Włóczyła się po nich czy deszcz, czy pogoda, a za nią całym hurmem uliczniki krzycząc: «Kania dżdżu! Kania dżdżu!» Przed krzykiem tym Kania czasem uciekała, jak wiatrem niesiona, uszy sobie zatykając rękoma; czasem znów wpadała w sam środek gromady chłopaków, wyprawując dzikie skoki, śmiejąc się szalenie i razem z całą czeredą wykrzykując ochrypłym głosem: «Kania dżdżu! Kania dżdżu!» Widywano ją nieraz, jak zaczepiała pięknie ubranych panów, po imieniu na nich wołając, jakby na swoich znajomych; a pięknie ubrani panowie odwracali się od niej i nawet pomimo błota przechodzili na drugą stronę ulicy. Wtedy Kania zatrzymywała się, kiwała głową, aż nagłą złością chwycona, zaczynała wygrażać pięścią i przeklinać głośno.
Kobietom i dzieciom sama schodziła z drogi; chyba, że była pijana, co się zdarzało często. Wtedy ujmowała się pod boki, śpiewając piosenki i tańcząc nie bez pewnego wdzięku, a szturchania policyanta nic jej nie obchodziły jakoś. W tym stanie zaczepiała nieraz i damy.
— Jak się masz, kochanie? — mówiła do pani sędziny. — Ot, udało się tobie męża dostać, gospodarstwo i sługi mieć, w pięknych sukniach chodzić, ludzkie pokłony odbierać... Ot, udało się! Bóg łaskaw! A pamiętasz ty, jak my obie razem szalały? Ha! nie polubił mnie nikt. Każdy wziął i cisnął, a ciebie polubił. Ot los! Ot dola!
I kiwała głową, a gęste jej włosy pasmami spadały na twarz.
Dopiero kiedy jeden i drugi chłopak od szewca wyleciał, a zakrzyknął: «Kania dżdżu!» a gwizdnął przeraźliwie, włożywszy w usta dwa palce, zrywała się Kania biedz, jak bezpamiętna. Aż za rogatki nieraz ją tak wygoniły chłopaki. I kilka dni czasem jej w mieście nie było. Ale wracała. Szło wojsko, wlokła się za niem; szły Tatary z towarem, to się ich czepiała, tańcząc i śpiewając, a oni w śmiech gruby... Ot, taka już Kania.
Wszystkie te szczegóły wiedzieliśmy od pokojówki, Marynki; Anusia nie mówiła z nami nigdy o Kani. A gdyśmy ją idąc ulicą, spotkali, sprowadzała nas na bok, z daleka.
— Co to za Kania? — pytamy, bywało, Anusi.
A ona: — Ot, nieszczęśliwa.
I na bladą, szczupłą jej twarz wynikały ciemne, szybko niknące rumieńce.
Raz wyszliśmy na szosę, za miasto, bo się już trawy ruszyły w polu, i świat pachniał wiosną. Idziemy, aż tu w rowie coś leży. Była to Kania. Głowa na burcie, chustka z niej opadła, prześliczne ciemne włosy rozsypane, jak snop dookoła; a słońce południowe świeci na oczy zamknięte, i na bladawe, lekko posiniałe usta. Nie wiem, czy spała, czy odpoczywała tylko; ale zerwawszy się nagle siadła, i zawstydzona jakby, zaczęła na sobie poprawiać łachmany.
Anusia szarpnęła się w tył, mieliśmy wracać. Ale Kania podskoczyła za nami.
— Panno! Panienko! — krzyknęła. — Panno Kowalska!
Anusia przyśpieszyła kroku, ciągnąc nas za sobą. Znać w niej było wielki przestrach, przerażenie prawie.
— Panno Kowalska! — wołała Kania, dopędziwszy nas i chwytając się Anusinej sukni. — Odpuść mi panna! O nikogo mi nie chodzi, a o pannę mi chodzi! Dawno ja chciałam... ale cóż! nie dopuścili mnie... Bóg świadkiem, że dawno chciałam... Ot i człowiek przecie ma sumienie. A gryzie, gryzie!...
— Ależ moja kobieto — przemówiła Anusia, siląc się na spokój, choć jej wargi latały, jak w febrze. — Co mnie do was?... Ja nie wiem, czego chcecie...
— Oj wiecie, panienko, wiecie! Żebym tak szczęśliwe skonanie miała, jak wiecie... Odpuśćcie tylko! Przebaczcie!... Dla miłości boskiej przebaczcie! Nie ja go ciągnęłam... sam lgnął... latał za mną... Jeszcze ja nie była taka jak dzisiaj... Oj, przebaczcie panienko! Ja go nie ciągnęłam... Bóg widzi... Ja ostatnia... kopnąć nogą szkoda... ale ja wiedziałam, że on się żenić ma... Mówię jemu: z Kowalszczanką się żeń, a za mną nie lataj, bo ja twoja zguba... A on nic... duszę gubi... strach... Cóż ja?... Ja już dur taki miała... takie zadanie... Ale jego nie ciągnęłam... Niech mnie tak Bóg sądzi, jak nie ciągnęłam... A czy mi ich mało było? Podotąd mi ich było... Powozami do mnie zjeżdżali, drzwiami i oknami leźli... Hej, ha! Życie! życie! życie!...
Zaśmiała się gorzko i zaczęła trząść głową. Anusia znów się szarpnęła i przyśpieszyła kroku. Była tak blada, że aż biała prawie na twarzy, a zęby szczękały jej głośno. Ale Kania nie puściła jej sukni.
— Nie uciekajcie panienko! A toć nasi rodzice sąsiadami byli... toć my od dziecka... Panno Kowalska! Raz człeku śmierć, a prawdę tu trzeba zostawić, nie z sobą do grobu brać... Co ja jego namolestowałam!... I nic. Przylgnął tak, że i smołęby odlepił, a jego nie... Żenić się — powiada — z Kowalszczanką nie będę i z żadną nie będę... nic nie chcę... ciebie chcę... — A ja taka owaka — mówię jemu. — A bądź ty sto razy taka — powiada — przepadł ja z tobą i dla ciebie... Aż też i zmarniał. Nie pierwszy ci i nie ostatni... Ale mnie gryzie przez to, że wy, panienko...
Zaniosła się wielkim kaszlem, ale biegła za nami, urywanym z zadyszania, chrapliwym głosem przebaczenia prosząc, chwytając suknię Anusi, która z białą twarzą i zaciśniętemi ustami, otulała nas rękoma przed dotknięciem Kani, zaganiając przed sobą, jak stado gąsek do miasta.
— Prędzej, prędzej dzieci! — wołała na nas, jakby nieprzytomna; do Kani wszakże nie przemówiła ni słowa. Biegliśmy zdjęci jakimś tajemnym przestrachem.
Pod rogatką dopiero puściła się nas Kania, zakląwszy i zaniósłszy się przeraźliwym kaszlem, który nią wstrząsał aż gdzieś do dna piersi.
Chwilę tak stała, pasując się z sobą, poczem rozśmiawszy się głośno, chwyciła oburącz swoje łachmany i zaczęła przed drożnikami tańcować.
Anusia drżała, jak w zimnicy, gdyśmy dopadli do domu. Tego wieczora nic nam już nie opowiadała, tylko wcisnąwszy w poduszki twarz zakrytą rękoma, mocno płakać zaczęła, ani zważając na świeżo wyrurkowane poszewki. Nigdy jeszcze dzwon wieczorny nie wydawał mi się tak posępny i rozgłośny, jak wtedy. Anusia, lubo wtulona w poduszki, też go usłyszeć musiała, gdyż podniosła głowę i rzekła:
— Dzieci, zmówcie «Anioł pański». — Zaraz też rzuciliśmy się na kolana, trzepiąc jedno przez drugie, co tam które spamiętać mogło. Naraz przyszła mi myśl genialnia i kiedy Janek nic nad swego Kopernika wymyśleć przy «Wiecznych odpoczynkach» nie mógł, ja, z pominięciem zupełnem «Pielgrzyma» i «Baraniego kożuszka», odmówiłam mój «wieczny odpoczynek» za... Kanię. Zrobiło to pewną senzacyę, ale nikt mi nie oponował. Świata żywych nie rozróżnialiśmy jeszcze zbyt wybitnie od świata umarłych, a istota i cel tej modlitwy nie zupełnie nam były jasnemi. I tak się to jakoś przyjęło, Kania swoją drogą po dawnemu latała i szalała po ulicach, a ja swoją mówiłam za nią codzień «Wieczny odpoczynek».
Aż raz, a było to znów wiosną, zrobił się na podwórzu nagły krzyk i tumult. Na chwilę przedtem wyszła Anusia do kuchni, pozostawiwszy okno w garderobie otwarte.
Wdrapaliśmy się tedy natychmiast na stół i zobaczyli jakąś kobietę, jak z bramy wpadła na nasze podwórze, a za nią cała chmara uliczników z piekielnem wyciem i wrzaskiem: «Kania dżdżu! Kania dżdżu!...»
Gdyby nie ten wrzask, nie byłabym Kani poznała. Twarz jej była cała w strasznych, białawych, lekko przyschłych ranach, włosy niemal do skóry zgolone, ciało ohydną nagością świecące. Od bramy biegła, jak ścigane zwierzę i padła tuż przed schodkami naszego ganku, uderzając nędzną głową o kamienie. Natychmiast chłopaki rzuciły się na nią, ciskając błotem, ziemią, śmieciem, plując i wyjąc jak stado szatanów.
Wybiegli ludzie z suteren, z kuchni, stary Paweł sztykutał z miotłą do ogrodu. Wtedy Kania podniosła zranioną głowę i zawołała: «Jezu!» Co to był za głos!
W tejże chwili przypadła z ganku Anusia. Zarzuciła na Kanię własną swoją chustkę, pomogła jej wstać i pociągnęła za sobą. Chłopaki wykrzykiwały jeszcze przez chwilę, ale gdy Paweł z miotłą bliżej się posunął, odeszli, świstając i bijąc się nawzajem pięściami po plecach.
Przez kilka dni następnych rzadko widywaliśmy Anusię. Zgorączkowana, roztargniona, załatwiała w milczeniu swoje domowe prace, znikając potem na całe godziny. Gdzie? Po co? Nie mogliśmy się jakoś od nikogo dowiedzieć.
Pewnego razu zarzuciła chusteczkę na głowę, sięgnęła do kuferka po swój wyszarzany woreczek z pieniędzmi i wybiegła na miasto. Po powrocie usunęła na drugi róg stołu wycerowaną bieliznę, a rozciągnąwszy dość grube, z miasta przyniesione płótno, zaczęła krajać koszulę. Pamiętam, że ta koszula wydawała mi się niezwykle długą. Skrajawszy, siadła i szyła pośpiesznie, gdy wtem wpadła Marynka z wystraszoną twarzą. Poszeptały coś z sobą, poczem Anusia, rzuciwszy robotę, wybiegła.
Chwyciłam wtedy utkwioną w płótno igłę, i uszczęśliwiona ze zdarzonej sposobności «prawdziwego» szycia, zrobiłam w równym, zaczętym przez Anusię szwie, dwa ściegi, z których jeden szedł do góry, a drugi na dół, poczem zabierałam się właśnie do zrobienia trzeciego, kiedy igła utkwiła mi w palcu, a jasna, pełna kropla krwi rozpłynęła się po sinawem płótnie. Świeczki mi w oczach z bolu stanęły, ale większy od bolu był strach, aby się nie wydały ślady mojej gorliwej pracy. Obawa ta wszakże była zupełnie daremną, gdyż wróciwszy, chwyciła Anusia robotę z wielkim pośpiechem i nie podnosząc głowy, szyła w zupełnem milczeniu.
Całą tę noc świeciło się w garderobie, a kiedy tam rano wbiegłam, Anusia z wpadłemi i zaczerwienionemi lekko oczyma, kończyła obszywać szlarką czepeczek z białego muślinu. Złożona koszula leżała na stole. Dojrzałam natychmiast w szwie jej bocznym dwa okropne ściegi, i tuż zaraz rozpłyniętą krwi własnej kropelkę. Skończywszy obszywanie czepka, schyliła się Anusia nad swoim kuferkiem, dobyła z niego prześcieradło i poszewkę, poczem sięgnęła na dno samo, wyjęła owe niedokończone pantofle, odwinęła z nich swoją jedwabną chusteczkę, pantofle schowała napowrót, a resztę zabrawszy, wyszła.
Byliśmy już po śniadaniu, kiedy wróciła i pozwoliła nam iść z sobą.
Złote, wiosenne słońce zalewało całe podwórko; u studni stała lśniąca landara pułkownika Późniaka, której koła polewał wodą z kubła Hryciek, w głębi widać było drwalkę; ścieżka do niej usypana była świeżo piaskiem, drzwi otwarte, we drzwiach garstka kobiet i dzieci. Gdy Anusia podeszła, rozstąpiono się i puszczono nas do wnętrza.
Jakiś czerwonawo-złoty, miejscami przyćmiony blask uderzył mnie od progu. To słońce prześwietlało cienkie smolne tarcice, z których drwalka była skleconą. Każdy sęk błyszczał jak rubin; każda kropla żywicy, jak bursztyn słońcem nabrany; szczeliny w regularnych odstępach dawały na tem tle różnych blasków cudne lamowanie, z góry padał ukośno snop złotawych pyłów. Zapach żywicy, świeżych trocin i gałęzi jodłowych wypełniał całą drwalkę, której głąb zajęta była wysoko ułożonemi szczapami i drobno łupanem łuczywem.
W pośrodku, cała pod promieniami owych złotych pyłów, leżała na nizkiem, zbitem z tarcic łóżku, w owej siwawej, długiej koszuli i czepeczku na nędznej głowie — Kania. Kiedyśmy weszli, klęczał przy niej, kończąc modlitwy, ksiądz brat, którego wielkie uszy, prześwietlone odbitem od żywicznych tarcic światłem, zdawały się powiewać, jak ogniste flagi. Wpatrzyłam się w nie jak urzeczona, przejęta wielkiem wzruszeniem. Ksiądz modlił się półgłosem, trzymając na piersiach poduszkę z wijatykiem; mały chłopiec w komeżce, poruszał lekko dzwonek. Słychać było świegot jaskółki, ścielącej gniazdko pod krokwią i ciężki, chrapliwy oddech umierającej.
— Ojcze nasz... — zaczął ksiądz głośniej.
Szept przeleciał po drwalce, kobiety poklękły. Chwilę trwała cisza; chrapliwy oddech ustawał zwolna.
— Już... — szepnął ktoś z obecnych.
Wtedy Anusia podniosła się cała drżąca z klęczek od progu, pochyliła nad Kanią i zakryła jej twarz białą swoją, jedwabną chusteczką.
Wyszliśmy cicho, na palcach...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.