Głowy do pozłoty/Tom I/Rozdział VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Głowy do pozłoty
Pochodzenie Dzieła Jana Lama
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wyd. 1885
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII.

Nie ma, jak podróż, dla ludzi skłonnych do marzeń i medytacyi — ma się rozumieć, jeżeli droga dobra i pogoda sprzyjająca, i jeżeli się nie ma towarzysza, mordującego nas rozmową o rzeczach obojętnych i nudnych. Wdzięczny byłem p. Klonowskiemu, iż po pierwszych kilku słowach uciął rozmowę ze mną i pogrążył się w dumaniu, zapewne o świetności nazwiska Swidrygajłów Kantymirskich i o równości szlacheckiej z książętami, która to równość, nawiasem mówiąc, objawia się najświetniej w tej okoliczności, że im częściej jaki szlachcic ma sposobność pokłonić się księciu panu, tem gęstsze odbiera ukłony od innej braci szlachty. Podczas, gdy mój opiekun dumał o tych zazdrości godnych stosunkach naszej hierarchii społecznej, ja próbowałem cieszyć się z tego, że wracam do Starej Woli, i układać różne plany co do reszty czasu mojego pobytu w tem zaczarowanem miejscu. Ale jakoś to nie szło — wrażenia ostatnich wypadków, które przebyłem, były zbyt silnemi i zaprzątały mi umysł pomimo mej woli. W dziwaczny sposób przyplątała się do nich dzisiej-sza rozmowa z ks. Olszyckim, którego nie udało mi się było wyprowadzić z jego błędu co do stosunku między mną a Herminą. Przyszła mi do głowy obawa, że ks. Olszycki może nietylko wobec mnie okazał się tak wielomownym, i że może kto więcej podzielał jego mylne zapatrywanie. Nagle przypomniało mi się kilka słów, które zasłyszałem był przypadkiem z rozmowy p. Wielogrodzkiego z żoną, kiedy wczoraj wchodziłem do pokoju komornika. Mówił on coś o nieustalonym losie Herminy i o stałym zamiarze zajęcia się nim, skoro przyjdzie do zdrowia, narzekając przytem, iż nie przewidział, co go spotkać może. Pani Wielogrodzka starała się uspokoić go i zapewniała, że jeszcze czas na to; gdy wszedłem, komornik dał jej znak, i przestali mówić. Czyliżby to wszystko mogło mieć jaki związek z przypuszczeniami ks. Olszyckiego? Słyszałem o różnych rodzinach, które wychowują przyszłych swoich zięciów; miał-żem przypuszczać, że szczere zajęcie się moim losem ze strony komornika miało podobne znaczenie? Na wszelki wypadek spokojny byłem przynajmniej co do zapatrywań Herminy, która mię przecież uczyła kochać Elsię. Ale cóż miała za znaczenie troska komornika o Herminę, i ta wzmianka o jej nieustalonym losie? Na razie nie zwróciłem był na to uwagi, teraz gubiłem się w przypuszczeniach i kombinacyach. Wyrwał mię z nich p. Klonowski, zapytując mię nagle z pewnym niepokojem:
— Nie przypominasz ty sobie Edmundzie, kiedyśmy wyjeżdżali z Hajworowa, czy dałem pisarzowi polecenie, aby posłał po stroiciela fortepianów?
— I owszem, poleciłeś mu to pan dwa razy.
— A nie przypominasz sobie, dokąd kazałem posłać, czy do Nieżałowic, czy do Czartopola?
— Tego już nie pamiętam, wiem jednak, że wspominałeś pan o Czartopolu.
— Byle tylko w istocie posłali tam, po Burglera, bo ten Świderski z Nieżałowic, to partacz ogromny.
Domyśliłem się, że zapewne panna Jadwiga Klonowska popisywać się ma na klawicymbale przed księciem Kantymirskim, a ponieważ instrument ten był w istocie w stanie opłakanej dyssonancyi, więc stroiciel był mu bardzo potrzebnym, inaczej, książęce uszy byłyby narażone na prawdziwą kocią muzykę. Zastanowiłem się tylko na chwilę, dlaczego p. Klonowski uwziął się właśnie sprowadzać Burglera, którego znałem z pierwszego mojego pobytu w Hajworowie i z tradycyi jako notorycznego pijaka. Był ponoś przedtem organistą, ale odpędzono go, ponieważ przy nieszporach zaintonował raz był, zamiast nabożnej pieśni: „Pił Kuba do Jakóba, Jakób do Michała“.
— A — dodał p. Klonowski, poprawiając się na siedzeniu — wiele mi na tem zależy, aby posłali po Burglera.
— Wszak to pijak i nic dobrego — nadmieniłem.
— Pijak, to prawda, ale rozumie swoją rzecz doskonale! Pijak, mój kochany, to pojęcie bardzo względne; znam takich, co bardzo dużo piją, a są ludźmi na swojem miejscu. Nie dalej, jak przyjaciel mój, Wielogrodzki, ten przecież także nigdy za kołnierz nie wylał i był swojego czasu Wielkim hulaką, ba, nawet i teraz pociąga sobie czasem, i to na nieszczęście, pija mocne wina, które mu zdrowie rujnują. A jednak jest to bardzo rozumny i bardzo rządny człowiek, a przytem, serce zacne, jak rzadko. Niezmiernie mi przykro, że poróżniłem się z tak poczciwym i dawnym przyjacielem; muszę koniecznie pogodzić się z nim. Już to, mój kochany, nie twoja to Wprawdzie wina, ale zawsze, ty byłeś mimowolną przyczyną, że musiałem rozpocząć ten fatalny proces, który mi sprawia wiele przykrości.
Zachowałem wymowne milczenie wobec tej dyplomacyi p. Klonowskiego, o której nie wiedziałem, dokąd ona zmierza.
— Córka państwa Wielogrodzkich musi być już bardzo piękną, dorosłą panną? — zagadnął mię po chwili mój opiekun.
— Jest w istocie bardzo piękną — odrzekłem.
— Z jakim ty to naciskiem powiadasz, ho, ho!
Co u licha, czy i Klonowski także zamierzał mię swatać z Herminą? Czułem, że to wszystko, co mówił, miało jakiś cel ukryty, i byłem przebieglejszym, niż sądził, bo dobrodusznością przybraną nie oszukał mnie ani na chwilę; ale dokąd właściwie zmierzało to wszystko, tego nie mogłem odgadnąć. ‹
— Hm, hm — prawił dalej. — Wiesz, że to może być bardzo dobra partya! No, nie chmurz się, już ja się domyślam, że ci się lepiej podoba panna Starowolska. Ale swoją drogą, panna Wielogrodzka może być nawet lepszą partyą od tamtej. Komornika szacują na ośmdziesiąt tysięcy złr. Czy nie wiesz, ile zapisał Herminie?
— Nie sądzę, by potrzebował jej co zapisywać, wszak jest jedynaczką.
— Tak, tak, jedynaczką powtarzał machinalnie mój opiekun, zapalając sobie cygaro. — Zawsze jednakowoż, Wielogrodzki, jako przezorny człowiek, musiał zrobić testament.
— Przeciwnie... — zacząłem i ukąsiłem się w język, na myśl — że mnie żań ciągnie p. Klonowski.
— A, więc sądzisz, że komornik nie zrobił testamentu? Czy może wstrętnem mu jest myśleć o śmierci?
Tak było w rzeczy samej, komornik nie lubił czarnych myśli i unikał systematycznie tego wszystkiego, co mogło mu psuć humor. O ile go znałem, nie mogłem sobie wyobrazić, by się zdobył na napisanie testamentu. Ale co to mogło obchodzić p. Klonowskiego? Bardzo mało rozumiałem się na interesach w owym czasie, i radbym był w tej chwili znać prawo cywilne, aby dojść, jaki związek mieć mogły zagadnienia stawiane mi przez mojego opiekuna z tem, co wspomniał komornik o ustaleniu losu Herminy.
Ale żaden, najbieglejszy nawet prawnik, nie dociekłby był tego związku, gdyby był na mojem miejscu. Pan Klonowski spostrzegł prędko, że mało mam ochoty do zwierzeń poufnych, popatrzył na mnie z pod oka i umilkł.
Po południu dojechaliśmy do Hajworowa. Już na dziedzińcu zauważyć można było, że zanosi się w dworze na jakąś wielką uroczystość. Droga przed gankiem była czysto zamieciona, ponaprawiano ogrodzenie gazonu, a na ganku przyjął nas dawny mój znajomy Antek, przystrojony w liberyę nowiutenką migdałowego; koloru, i słodko uśmiechnięty, zapewne z powodu świetnej garderoby, którą go obleczono, i nie domyślając się nawet pewnego, nader w oczy bijącego mankamentu, zachodzącego w jego stroju. Miał on bowiem krótkie pantaliony, przeznaczone do kamaszów, ale zamiast tych ostatnich, włożył był buty o cholewach ogromnie szerokich i niskich, tak, że między niemi a sprzączkami od eleganckiego haut-de-chausses zostawała luka, wypełniona wcale nieelegancko, brudną bielizną. To też ledwie pan Klonowski wysiadł z powozu, rozległ się na ganku odgłos silnego policzka, a Antek zakrył dłonią swoje uśmiechnięte oblicze.
— Jak ty wyglądasz? Popatrz sie! — strofował go pan Klonowski, pokazując mu inkryminowaną część jego liberyi, podczas gdy p. Klonowska, panna Jadwiga i panna Rozalia, jej guwernantka, gromadziły się na ganku.
— Kiedy, proszę pana, te kamasze po butach ani rusz wleść nie chcą!
— To włóż trzewiki!.
— Ba, kiedy nie mam!
Rozpoczęła się tedy wielka rada familijna, jakimby sposobem sprokurować Antkowi tę nieodzowną część ubrania. Była propozycya, aby mu obciąć cholewy od butów, ale przeciw temu protestował on tak energicznie, że zaniechano tej operacyi. Następnie, poznoszono do kredensu, dokąd udało się całe towarzystwo, wszystkie trzewiki p. Klonowskiego, i Antek z kolei musiał mordować się z każdą parą, ale żadnej z nich wdziać nie zdołał. P. Klonowski wypytywał się tymczasem, czy jest Burgler, i czy nastroił już fortepian, jakoteż, czy przyrządzono sypialny pokój stosownie do jego polecenia, i poszliśmy oglądać wszystkie te przygotowania, podczas gdy p. Klonowska wraz z klucznicą zajmowała się dalej obmyśleniem trzewików dla Antka. Burglera sprowadzono jeszcze wczoraj i kończył on właśnie swoje dzieło, wytrzeźwiwszy się już parę razy od czasu swojego przyjazdu. Była to oryginalna ñgura, wysoka, z czerwonym nosem i rozmaitemi, bardzo gęsto po twarzy rozsypanemi przylądkami i pagórkami karmazynowego koloru, sięgającemi aż do miejsca, gdzie się zaczynał porost włosów; miejsce to zaś było aż na tyle głowy, bo Burgler miał wysokie czoło. Odznaczał on się przytem brakiem wszelkiej bielizny, szyję miał owiniętą jakąś bawełnianą niebieską chustką w białe niegdyś cętki, i miał na sobie surdut popielaty, pożółkły i wyszarzany, zapięty pod szyję na guziki, należące poprzednio do rozmaitych garniturów. Wielka drewniana fajka na bardzo krótkim cybuszku, ogromna tabakiera i kraciasta chustka do nosa, prana zapewne jeszcze około Bożego Narodzenia, kompletowały pana Burglera i pomagały mu rozszerzać wkoło woń, niesłychanie niemiłą. Pan Klonowski przywitał to indywiduum bardzo uprzejmie i powiedział mu, że widział w Żarnowie jego żonę, na co Burgler obojętnie kiwnął ręką.
— Pan już bardzo dawno nie widziałeś swojej żony?
Faveant dii — odrzekł p. Burgler — abym jej nigdy nie widział! Ja, proszę, illustrissime domino, ja jestem Socrates, a ona Xantyppa! — I p. Burgler począł próbować strój fortepianu, akompaniując ostatnie swoje słowa pierwszemi akordami cudownej melodyi: „Wlazł kotek na płotek i mruga“.
— Ona jednakowoż mocno pragnie widzieć się z panem — rzekł dalej p. Klonowski. — Czy nie wybierasz się pan kiedy temi czasy do Żarnowa?
— Ja panie, ja, do Żarnowa? Ja, człowiek, który skończył filozofię, linguae latinae peritus, ja mam dać się tyranizować takiej babie? Ona, za pozwoleniem dominationis vestrae, ona niewarta rozwiązać rzemyka u obuwia mojego, a jakem Jan Chryzostom Burgler, ona... et! Co tam już było w pożyciu małżeńskiem, to było, ale żeby mi ona w obecności księdza proboszcza i dwóch księży wikarych dała w papę, i to nie raz, ale cztery razy, tego już zawiele! Tego jej nigdy nie zapomnę! Przecież każdy człowiek ma swój honor i ja także mam mój honor, za pozwoleniem dominationis vestrae!
— Masz pan zupełną słuszność, panie Burgler, i pomówimy jeszcze kiedyś o tej materyi. Na jutro spodziewam się gości inie będę miał czasu, ale pojutrze niech pan nigdzie nie wyjeżdża z Czart0pola, bo mam do pana pilny interes. Chciałbym, uważasz pan, posłać memu Tadziowi do Janówki fortepian, który jest na sprzedaż tu na plebanii, po nieboszczyku księdzu. Musisz go pan oglądnąć, oszacować, potem odwieść i nastroić, więc niech pan czeka na moje konie pojutrze. — To mówiąc, pan Klonowski wsunął Burglerowi w rękę pięć, mówię: pięć złr. i ścisnął go przytem za rękę. Mistrz harmonii był uradowanym i zapewniając o swojej gotowości do usług, wśród mnóstwa ukłonówi frazesów łacińskich wyniósł się z pokoju.
Dlaczego pan Klonowski dał aż pięć złr. za nastrojenie fortepianu, skoro zwykle płacił tylko dwa? Nie mogło mi się to pomieścić w głowie. Od pewnego czasu przyzwyczaiłem się był upatrywać jakiś ukryty zamiar we wszystkiem, co mówił lub czynił mój opiekun. Zkąd ta jego łaska dla Burglera, o którym myślał jeszcze w drodze z Żarnowa? Wkrótce miało mi się to wyjaśnić. Nateraz odwrócił moją uwagę od tego przedmiotu Antek, który Wpadł do pokoju głucho tętniącym, ciężkim krokiem. Spojrzałem na jego nogi; ozdobiony był kamaszami, wdzianemi po... damskich trzewikach z lastyku. W całym domu tylko obuwie samej pani Klonowskiej okazało się dość obszernem na pomieszczenie jego drobnych stopek. Spojrzał na nie z zadowoleniem i wygłosił zdyszany:
— Proszę jaśnie pana, przenajświętszy książę przyjechał!
— Idźże, trutniu, ruszaj się! — zawołał p. Klonowski, wybiegając z pokoju na przyjęcie dostojnego gościa. Jednocześnie panna Jadwiga siadła do fortepianu i poczęła wydobywać z tego instrumentu całą powódź niezrozumiałych tonów, szumów, huków i kwików, które razem wzięte stanowić miały Opus muzyczne p. t. Les yeux d'azur. Okoliczność, iż bożek opiekujący się dawniej muzyką, nie wytępił pociskami swoich strzał tak kompozytora, jak i Wszystkich egzekutorów tego utworui wszystkich jemu podobnych, okoliczność ta świadczy najlepiej, że na Olimpie niema już bogów, które kochały piękno; okoliczność ta objaśnia zarazem, chociaż jej nie uniewinnia, egzystencyę Liszta i Lisztowców. ’
Panna Rozalia ruszała ramionami i zbliżywszy się do mnie, zwierzyła mi się pocichu, że z panny Jadwigi będzie księżna chyba tylko w bardzo poślednim gatunku. Prześladowana istota instynktem odgadła drugą, także prześladowaną, i poczęła wylewać przedemną część goryczy, którą było przepełnione jej serce. W ten sposób upłynął nam czas aż do herbaty, podczas gdy p. Klonowski przyjmował księcia W swojej „kancelaryi“ ile możności przyspOsobionej tak, aby wyglądała jak elegancki gabinet ministeryalny.
Przygotowania do herbaty szły energicznie, ale napotykały widocznie na nieprzewidziane nigdy trudności. Zwykle pijano W Hajworowie herbatę ze szklanek, na uroczystość atoli przybycia JO. księcia Etelreda Swidrygajły Kantymirskiego wydobyto serwis porcelanowy, który przez dwa dni uwalniano wprawdzie od osiadłego na nim pyłu, ale którego symetryczne ustawienie i bezpieczne przeniesienie z serwantki na stół wymagało widocznie większej liczby szturkańców, niż ich plecy Antka doświadczyły przez czas. długoletniej i wiernej jego służby w Hajworowie. Pani Klonowska i pani Kraśkiewiczowa (jej klucznica) były przez dwie godziny w nieustannym ruchu, a dzwonieniu porcelany, poszturkiwaniu Antka, nawoływaniu na rozmaite duchy służebne płci żeńskiej i nagabywaniu arendarza, iż tej albo owej ingredyencyi herbacianej nie przywiózł z miasteczka, towarzyszyła nieustanna niejako sądowo-wojenna egzekucya des yeux d'azur, jakoteż de la „priêre d’une vierge“, i śpiewanego romansu: „M'attendez-vous au bord du lac“ ze strony panny Jadwigi, do czego jeszcze dodać należy, że dziedziczka rodu Klonowskich i przyszła księżna Kantymirska z rzadką u płci swojej zawziętością upierała się przy tem, by tekst romansu wymawiać dosłownie tak: ̅Mat͝an-̅dew͝u-̅obo͝r-̅diul͝ak? Ktokolwiek litościwy w wyobraźni swojej zechce dodać do tych przyjemności, szeptane zwierzania się panny Rozalii o skąpstwie pani, i o trywialności panny, Klonowskich, ten pojmie, że moje młode i silne nerwy podpisały ostatecznie bezwarunkowo kapitulacyę, i że wyniosłem się na dziedziniec, aby odetchnąć świeżem powietrzem, aby nie słyszeć kaleczenia mojego ojczystego języka i kaleczenia mowy bogów, t. j. muzyki, i aby pomyśleć na chwilę o pięknych przymiotach Herminy i o wdziękach Elsi, zamiast o zamykaniu cukru na klucz przez p. Klonowskąi o nieksiążęcych kierunkach umysłu panny Jadwigi. Ale, niestety, ze Scylli, dostałem się w Charybdę. Szanowny Burgler, zmieniwszy naprędce piątkę, którą mu dał p. Klonowski, w karczmie hajworowskiej na drobniejszą monetę i na płyny alkoholiczne, oczekiwał właśnie na furę, która go miała odwieźć do Czartopola, i zobaczywszy mię, wziął mię za cel swojej łaciny iswojej exhalacyi w najwyższym stopniu mefitycznej. (Używam tu z umysłu obcych wyrażeń, aby nie obrazić delikatnego uczucia tych moich czytelniczek, które pod Wpływem grasujących obecnie odczytów już tylko końcami swoich ślicznych stopek dotykają się tego świata i wszelkiej jego sgnrodliwości). Opadł mię tedy, owiał mię wonią tabaki, i węgierskiego po 2 centy paczka, i różnemi innemi perfumami, i wycałował mię z rozczulenia, iż pod tym stopniem północnej szerokości i wschodniej długości znalazła się dusza, rozumiejąca Cicerona, a nazwawszy mię: o nihil post ullos nunguam memorande sodales, jął mi prawić o swoich stosunkach małżeńskich, które mię W tej chwili bardzo mało zajmowały. Dowiedziałem się jednak mimo mej woli, iż przed dwudziestą laty p. Burgler, spróbowawszy z kolei zawodu pisarza u mandataryusza, ochmistrza w domu „posesorskim“ i dyrektora orkiestry weselnej w małem miasteczku, postawił sobie pewnego razu w końcu stycznia zapytanie:

Mortiis caelebs quid agam calendis?[1]

Poczem, uderzony wdziękami pewnej syreny wykonującej podrzędną pewną część praktyki lekarskiej, a jeszcze więcej uwiedziony zamieszkiwanym przez tę syrenę ciepłym kątem i wygodną teraźniejszością, jaką mu uzmysłowiały pierzyna i rosół, zasięgnął rady u Horacego, a ponieważ tenże w pieśni ad Cajum Clinium Maecenatem, której początek stanowi wiersz powyższy, radzi cynicznie:

Dona praesentis carpe laetus home[2]

więc p. Burgler jeszcze przed kalendami marca przestał być caelebs, i od tego czasu tyle doświadczył nieprzyjemności i zgryzot pod egidą pochodni Hymenu, że postanowił nieodwołalnie zniknąć na wieki z, oczu syreny, która go wywiodła ze stanu bezżennego, i że drżał na myśl, iż ta nadobna istota dowiedzieć się może o miejscu jego pobytu, i zareklamować go jako swoją własność. Nie mogłem odmówić słuszności i uzasadnienia tym jego uczuciom, albowiem jako dawny mieszkaniec Żarnowa znałem z reputacyi panią Burglerowę, i wiedziałem, iż równie na języki, jak na pięście, nikt nie mógł tam rywalizować z nią, z wyjątkiem pani Buschmüllerowej.
Nunc audi, studiosissime puer! — ciągnął dalej p. Burgler — p. Klonowski, vir et ingenio, et gloria majorum, super omnes excellens, zdradził mię, i sine ira et studio, wyjawił tej Eumenidzie, tej furyi, quam dii mortalesque vitant (której bogowie i śmiertelni unikają) moje refugium w Czartopolu. Ergo, chciej carissime oświadczyć dobrodziejowi et maecenati, mea, p. Klonowskiemu, iż jako uczeń Apollina nie mam bynajmniej zamiaru czekać tutaj na discrimina, które mię spotkać mogą vi superum, saevaeque memorem Jimonis ob iram, ale jakem Jan Chryzostom Burgler, fugam, fugam, i nec locus ubi Burglar fuit, nikt mię pojutrze w Czartopolu nie znajdzie! O, niedarmo skończyłem filozofię! Natura horret bacalum, niechaj kto chce ogląda fortepian na plebanii; Burgler nie głupi, velocem pedibus non capient Achivi!
Gdy już w ten sposób powziąłem przekonanie, iż p. Burglerowi wcale nie było na rękę, że p. Burglerowa z ust p. Klonowskiego — w skutek nieznanego mi zbiegu okoliczności, dowiedziała się, gdzie on przebywa, i gdy po wielu studyach nad równowagą ciał, połączonym usiłowaniom gumiennego Mikoły i parobka Fedia udało się nakoniec ulokować na furze tego Sokratesa, chroniącego się przed gniewem swojej Ksantyppy, Antek dał mi znać, iż podano herbatę. Miałem tedy zaszczyt znaleść się oko w oko z dziedzicem historycznego imienia Kantymirskich, który — niestety — był żywem zaprzeczeniem teoryi darwinistów o dziedziczeniu się przymiotów fizycznych i moralnych. Przypuszczam bowiem, iż pierwszy protoplasta jaśnie oświeconego gościa, opromieniającego Hajworów swoją obecnością, nim założył swoją dynastyę, musiał niepospolicie współczesne sobie indywidua rodzaju ludzkiego przewyższać i wzrostem, i siłą barków i pięści, i pewnem nakoniec jaśniejszem pojmowaniem tego wszystkiego, co się wkoło niego działo — podczas gdy książę Etelred fizycznie nie przewyższał nawet kawalera Kazimierza de Pomulskiego, a intelektualnie, z zastrzeżeniem możliwości pomyłek z mojej strony — nie zdawał się nawet przewyższać Antka. Miał jednak kędzierzawe włosy, i kostyum myśliwski, popielaty z zielonemi wypustkami, i nadmiar mankietów, jakoteż kołnierzyka, połączony z nadmiarem krawatki, i mówił ciągle od rzeczy, i oczy jego zwrócone były w słup i zdawały się nie widzieć otaczających ›go przedmiotów, a skoro raczył ruszyć się z miejsca, włóczył nogi za sobą w sposób przedziwnie dystyngwowany — jednem słowem, gdybym chciał wyobrazić sobie, jak wygląda np. don Alonso de Burbon y Fugaschrustas, albo inny jaki równie nieszczęśliwy pretendent do niemożliwego tronu, to fantazya moja nie potrzebowałaby wytwarzać nowych kształtów, bo książę Etelred Swidrygajło-Kantymirski wyglądał tak, jak gdyby świeżo wyszedł z fabryki OO. jezuitów w Tirlemont i jak gdyby ludzkość winna mu była listę cywilną i przybocznego lekarza, wraz z nagrobkiem w Escurialu i krótką biografią w Czasie krakowskim. Ma się rozumieć, iż pani Klonowska umierała z admiracyi wobec takiej doskonałości, i że panna Jadwiga była bardzo pulchna i bardzo rumiana, i że ja wraz z panną Rozalią usunięci byliśmy na drugi plan, w cień poza karafką, abyśmy nie psuli tego żywego obrazu z high life, jaki się ugrupował przypadkiem w skutek zetknięcia się osób powołanych do budzenia zazdrości w sercach mniej dobrze urodzonych. Jednakowoż, panna Rozalia w ciągu karmienia Jego Oświeconości zakąskami i pojenia jej herbatą, powołaną była do poświadczenia qu’il fait extrêmement chaud, ja zaś zmuszony byłem skonstatować, iż szynka po angielsku nazywa się ham, i że Milton skomponował the lost Paradise, podczas gdy spleen równie jak habeas corpus wydarzają się jedynie w Wielkiej Brytanii, zjednoczonej z Irlandyą i oblanej morzem. Sądzę, iż te dowody pielęgnowanej niejako na gruncie hajworowskim erudycyi musiały w wysokim stopniu rozmarzyć dostojnego gościa, na którego imię i nazwisko składały się aż cztery narodowości — anglosaska, litewska, tatarska i polska-na pierwszą bowiem wzmiankę ze strony p. Klonowskiego raczył on odpowiedzieć łaskawie, iż czuje się w istocie bardzo sennym, w skutek czego z wielką ceremonią odprowadzony został do sypialnego pokoju państwa Klonowskich, i ułożonym do snu w asystencyi p. Klonowskiego i swojego grooma. Pośledniejszych gości lokowano zazwyczaj w jednym z gościnnych pokojów — ale księcia umieszczono w przybytku najsekretniejszych larów i penatów domu, podczas gdy państwo sami postanowili koczować tej nocy w lokalu, poświęconym kultowi Radogosta, NB. jeżeli Radogost był w istocie bogiem gościnności, bo u Słowian nie można spuszczać się na znaczenie wyrazów, skoro n. p. u Polaków „nieborak“ przemieszkuje na stałym lądzie, nie zaś w niebie lub w wodzie, jakby to etymologia przypuszczać kazała.
Wobec tak Wielkiej dyslokacyi całej „rodziny, nie zdziwiłem się wcale, gdy Antek oświadczył mi, iż będę spał w oficynie. I nie miałbym nic przeciw temu, ale nie wiem, czy to in gratiam księcia, czy z innego powodu, wybielono Właśnie tego dnia na świeżo całą oficynę, a natura obdarzyła moje plebejuszowskie nerwy takim wstrętem do zapachu wilgotnego wapna, że na samą myśl o takim noclegu dostałem migreny. Nauczony doświadczeniem, zwierzyłem się z mego kłopotu Antkowi, i dla nadania dobitniejszego wyrazu mojemu wstrętowi ku oficynie, wręczyłem mu aż cztery „szóstki“, tj. o dwadzieścia sześć srebrników mniej od kwoty, za którą Judasz sprzedał Chrystusa. Antek poskrobał się w głowę, uśmiechnął się znacząco, zafrasował się z kolei, i nareszcie, przybierając wyraz wielkiej determinacyi, oświadczył, iż ulokuje mię W drugim gościnnym pokoju, ale że muszę zachowywać się bardzo cicho, nie krząkać i nie chrapać, bo „państwo“ będą spali tylko o ścianę, a ściana jest bardzo cienka, prowizoryczna i złożona z desek źle spojonych i naprędce pobielonych. P. Klonowski zaś nie przebaczyłby Antkowi nigdy naruszenia regulaminu domowego, i byłaby wielka „bieda“, gdyby się pokazało, iż spałem pod dachem, osłaniającym księcia. Przyrzekłem solennie zastosować się do okoliczności, i Antek wprowadził mię cichaczem do zakazanego przybytku, gdzie — aby światło świecy nie zdradziło mojej obecności-musiałem przy księżycu ulokować się jak mogłem na sofie pod iluzoryczną, ażurowa ścianą. Gwary, chodzenia i otwierania, jakoteż zamykania drzwi w całym domu cichły powoli, i poczynałem już drzymać, gdy nagle przez szparę W ścianie usłyszałem następującą opryskliwa apostrofę pani Klonowskiej:
— Słuchaj — no mężu, co to znowu za głupi koncept z tym fortepianem dla Tadzia? Jemu tam właśnie potrzeba fortepianu! Wolałbyś posłać mu parę byków, i kilkanaście korcy hreczki, bo chybiła w Janówce! — No, no, wiem ja dobrze, że Tadziowi nie potrzeba fortepianu, ale widzisz moja kochana, 111 nie potrzeba Burglera!
Ten Burgler prześladował moja wyobraźnię i domyślność od rana. Zbudziłem się i począłem słuchać.
— Czyś oszalał, po co ci Burglera? Masz czasem takie koncepta, że to w istocie ni przypiąć, ni przyłatać! Burglera mu potrzeba!
— Et, nie gadaj, póki nie wiesz! A czy wiesz ty, moja duszko, że ten Burgler wart dla nas swoich dziesięć, dwadzieścia, ba, do sześćdziesięciu i do ośmdziesięciu tysięcy złotych reńskich? A co? Czy głupi koncept?
— Spodziewam się, że głupi! Burgler wart w tej chwili guldena, bo tyle mu zostało niezawodnie z tej piątki, którą mu dałeś tak sobie od niechcenia, jak gdybyśmy nie mieli dzieci i jak gdyby pieniądze rosły jak perz w polu!
— Już to ja lepiej pamiętam o dzieciach, niż ty, moja duszko, i powiadam ci, że Burgler pomoże mi kupić wioskę dla Gucia, którego potrzeba będzie Wkrótce usadowić. Milowce, Zawadów i Czeremchówkę musimy dać Jadwisi, bo inaczej trudno skoligacić się z książętami, w Janówce gospodaruje już Tadzio, a dla Gucia, wiesz, że dla Gucia Obmyśliłem coś nowego?
— Pewnie znowu coś tak mądrego, jak ten proces z Wielogrodzkim, o którym już zaczynają pomrukiwać tu i owdzie niestworzone rzeczy.
— To, to, to, właśnie o Wielogrodzkiego mi chodzi! Jak twoja babka była z domu?
— Moja babka! Wszak cały świat wie, że moja babka była kasztelanówną Fagasińską!
— Ale nie ta, nie ta, wszak i twoja matka miała matkę!
— Ej, co tam, moja matka i jej matka! Może zechcesz mię jeszcze wywodzić aż od Ewy?
— No, no, bez urazy! Twojej matki matka, pani Klusecka, widzisz moja duszko, była z domu Wielogrodzka, a rodzonym jej bratem był dziad komornika Wielogrodzkiego, który nie ma innych krewnych, oprócz ciebie.
— Co mi tam za pokrewieństwo, dziesiąty kół w płocie! Ani znam tego twojego Wielogrodzkiego, ani on mnie nie zna, ani wiem o żadnej koligacyi, ani to nikogo nie obchodzi, kto był czyim bratem za króla Cwioczka!
— O-u, moja duszko, ależ-to nie masz nic cierpliwości! Już to prawda, że twoja babka, kasztelanówna Fagasińska, nierównie jest lepszą parentelą, świeć panie nad jej duszą, od pani Kluseckiej, której mąż dorobił się z ekonoma. Ale widzisz, po Fagasińskich nie zostało nic, oprócz tego, że Tadzio i Gucio będą mogli zostać hrabiami, jeżeli się rozumnie poprowadzą, a Wielogrodzki ma znaczny majątek, i jest twoim cioteczno-ciotecznym bratem, choć oboje nie wiedzieliście o tem, bo jużto potrzeba mojej głowy, aby wyszperać takie rzeczy!
— No i cóż mi z tego, Wielogrodzcy mają przecież jakąś córkę, a on był kauzyperdą, kołtunem, czy aptekarzem, i możesz mnie nie bratać z taką hołotą, jeżeliś łaskaw.
— Otóż tu sęk, moja droga, tu sęk właśnie! Ty powiadasz, że Wielogrodzcy mają jakąś córkę, a ja ci powiadam, że Wielogrodzcy nie mają żadnej córki, ani żadnego dziecka, ani żadnego krewnego, ani krewnej, oprócz ciebie! I powiadam ci jeszcze, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, Wielogrodzki, którego szlag trafił, umrze nie zrobiwszy testamentu, i że jego żona w najlepszym razie będzie miała prawo do kwarty a ta jakaś córka nic nie dostanie, bo nie jest niczyją córką, i ty będziesz jedyną prawną spadkobierczynią! A co, he? Która babka lepsza, czy Fagasińska, czy Klusecka, i czy Klonowski od proporcyi nosi głowę na karku?
— Nic a nic nie rozumiem tych bajek! Co to za córka, która nie jest córką, i co to za spekulacye przemądre; ja wiem tylko, że mój pradziad był kasztelanem, i że zrobiłam mezalians, i że ty zawsze coś wykomponujesz, co się nikomu w głowie pomieścić nie może.
Wstrzymywałem oddech, aby nie zdradzić mojej obecności w pobliżu. To co zasłyszałem z ust komornika o nieustalonym losie Herminy, stawało mi żywo w pamięci, i chciwie chwytałem każde słowo, które wymawiał p. Klonowski, chociaż im więcej mówił, tem bardziej gmatwało mi się w głowie i stawało niezrozumiałem. Jedno tylko czułem z całą pewnością, a to, że z tej samej strony, z której ja doznawałem prześladowania, groziło coś Herminie. Dałbym, był chętnie połowę życia za to, by p. Klonowski wyraził się jaśniej — na szczęście moje obeszło się bez tej ofiary, bo zacne to małżeństwo nie domyślało się, że ma słuchacza, i spowiadało się nawzajem bez ogródek.
— Widzisz moja duszo — przemówił p. Klonowski — nie ma się o co sprzeczać, rzecz ma się w krótkości tak: Ta dziewczyna, którą Wielogrodzcy mają u siebie, nie jest ich córką, Bóg wie zkąd się wzięła. Ktoś zapłacił Burglerowej, akuszerce w Żarnowie, aby ją dała ochrzcić jako swoje dziecko. Burglerowa dała ją na wieś, do chłopki, w Monastercu, gdzie przyjeżdżali często Wielogrodzcy w odwiedziny do właściciela tego majątku. Byli i są bezdzietni, dziecko było ładne i podobało im się, wzięli je do siebie iwychowali jako własną córkę, i ona sama nie wie, że nie są jej rodzicami. Wielogrodzcy płacą Burglerowej pensyę roczną, aby milczała, a Wielogrodzki robi wszelkie usiłowania, by mu pozwolono adoptować tę dziewczynę. Ale ponieważ Burgler wobec prawa jest jej ojcem, i ponieważ Burglerowa jest sekutnicą, przed którą ten pijak uciekł z domu i ukrywa się od lat kilku, ponieważ nakoniec prawo wymaga zezwolenia ojca, nim może nastąpićladoptowanie, więc Wielogrodzki nie mogąc odszukać Burglera, dotychczas nie wykonał swego zamiaru; a że nie zrobił dotychczas testamentu, to wiem z niejednej strony. Otóż rozumiesz teraz, moja duszko? Albo Wielogrodzki kłapnie, i ty weźmiesz sukcesyę, albo w najgorszym razie, ja pochodzę koło tego pijaka Burglera, i zadamy dyabelnego szacha komornikowi. Przepada on za tą dziewczyną i ma takie oryginalne usposobienie, że nie dałby jej za nic w świecie, a nawet zapłaciłby połową swego majątku całą tajemnicę, byle się nie dowiedziała o swojem pochodzeniu. Cóż myślisz, gdyby się nie udało z sukcesyą, i gdyby komornik przeżył swoją chorobę? Oto, nastrajam Burglera, który w imię praw ojcowskich odbiera Wielogrodzkim ich wychowankę, ii odda ją pod opiekę swojej małżonki, zacnej pani Burglerowej, a to bardzo zacna niewiasta, bardzo! Ręczę, że lepsze od niej wysłano już przez szubienicę na same dno piekła! Oczywiście, Wielogrodzki zapłaci grubo za to, by Burgler odstąpił od swego prawa, a ponieważ ja, rozumiesz, ja będę prowadził sprawę Burglera, ja pozyskam sądy, i ja będę miał wszystko w ręku, więc pojmujesz?...
— Ale zkąd ty wiesz to wszystko? Może to bajka!
— No, to rzecz bardzo prosta! są przecież akta sądowe, a wiesz, że tam mam przyjaciół. Przypadkowo, przy sposobności tej sprawy z Moulardem, dowiedziałem się o zabiegach komornika, odszukałem Burglerowę, zapłaciłem jej i dowiedziałem się reszty. Burglera mam tutaj, pod ręką, i wszystko złożyło się, jakby umyślnie. Zaraz pojutrze sprowadzam go z Czartopola i rozpoczynam kampanię. Nastraszyłem go, że żona wie o miejscu jego pobytu, aby mu nie przyszła ochota zbliżyć się do Żarnowa, bo się boi baby jak ognia. Potrzymam go jakiś czas w Hajworowie, aby mię kto nie podszedł, i nie uzyskał od niego konsensu. To gratka wyborna!
Strętwiałem był z przerażenia, słuchając tej historyi, zaledwie zdołałem powstrzymać się, aby nie zdradzić mojej obecności jakim szmerem. Złe przeczucia nie omyliły mię, ten brudny, zapity Burgler grał ważną rolę w mojej historyi — bo co obchodziło Herminę i mnie obchodzić musiało, obchodziło do żywego — zapomniałem na długo o Starej Woli, o Elsi, o sobie samym, wobec tego com się dowiedział.
Nastała była krótka przerwa w rozmowie mojego opiekuna z zacną jego połowicą, która widocznie udobruchana wyjaśnieniami co do korzyści swojego pokrewieństwa z komornikiem, medytowała nad szansami powodzenia całego tego interesu. Rezultat atoli tej medytacyi musiał być nie ze wszystkiem zadawalającym, bo po chwili prawnuczka kasztelana Fagasińskiego odezwała się dość cierpko:
— Nie, nie, już ja ci to powtarzam zawsze, że ty kiedyś coś przemądrujesz! Tak głupio poprowadziłeś ten interes z Moulardami, a osobliwie tę ostatnią awanturę z Przesławskim, że już doprawdy każda baba znalazłaby się była lepiej na twojem miejscu. Teraz Przesławski będzie się chwalił wszędzie, że ci rozbił głowę, a ty schowałeś to do kieszeni! Wypada koniecznie, abyś go wyzwał na pojedynek, rozumiesz! Ja nie mogę być żona człowieka, któremu rozbijają głowę w karczmie, i na moich biednych dzieciach nie może ciężyć ta plama! O, ja nieszczęśliwa! Dobrze to mówiła ś. p. babka moja, że jeszcze nikt nie zrobił mezaliansu, aby go prędzej lub później żałować nie musiał! Raz w życiu zrobiłam głupstwo, żem poszła za ciebie, i Pan Bóg ciężko mię karze! Gdybyś przynajmniej odszukał był skrypt, który dałeś Moulardowi, i ten list tyczący się kupna dożywocia na Janówce! Piękna będzie historya, jak te papiery znajdą się kiedyś w cudzem ręku!
— Ależ moja duszo — przerwał p. Klonowski — jak Boga kocham i dzieci nasze, tak natychmiast po przybyciu do Żarnowa, po śmierci tej Moulardowej, przetrząsłem w jej mieszkaniu wszystkie papiery, wszystkie schowkii kryjówki, rozstąp się ziemio! Listu i skryptu nigdzie nie było! Nawet na strych łaziłem; nie było kata, któregobym był nie przeszukał, nie było i nie było skryptu! Cóż chcesz, czy miałem krzywdzić własne dzieci, i darować temu chłopcu dziewięć tysięcy pięćset złr. dlatego, że może kiedyś skrypt się znajdzie! Może miałem mu jeszcze odstąpić połowę Janówki, kiedy taki był układ między mną a jego ojcem, a list mój, co go już pewnie myszy zjadły, gotów znaleść się razem ze skryptem!
— A któż ci też znowu każe krzywdzić własne-dzieci i wyrzucać pieniądze za okno! Mogłeś przecież poprowadzić rzecz inaczej, oto tak np. jak z Pomulskim. To rozumiem, to inna zupełnie sprawa, nikt ci nie może zarzucić najmniejszej rzeczy! Z Moulardem także, byłoby nas to kosztowało może trochę więcej, ale zawsze najwięcej tysiąc złr. i bylibyśmy mieli spokój! Drżę z obawy, gdy sobie przypomnę, że będziesz musiał przysięgać w sądzie, żeś nie nie winien Moulardowi! Najświętsza Panno Podkamieniecka i słodki Jezusie Milatyński, ratujcie! Nieboszczka matka moja, świeć Panie nad jej duszą, Opowiadała mi zawsze, jak to Nabokowskiemu z Poddębiec wykrzywiło twarz za to, że krzywoprzysiągł, i bydło mu wyginęło, i potem sam umarł na wodną puchlinę, a jego żona na padaczkę. Czy dałeś przynajmniej na mszę do św. Antoniego, jak ci mówiłam?
— Ale dałem, dałem, uspokój się moje serce, nic nam nie będzie! Te wszystkie wasze babskie lamenta, gdybym nie miał głowy na karku, doprowadziłyby nas do tego, żebyśmy poszli w końcu z torbami. Ostatecznie, dzięki mojej obrotności, wszystko idzie jak najlepiej: nabyłem Milowce za bezcen od Pomulskiego, Przesławskiemu wyperswadowałem jego gniewy i nie ma ani sensu, ani potrzeby, abym się narażał na to, że mi drugi raz rozbije głowę, kulą albo pałaszem. Co się zaś tyczy interesu z Moulardem, to do przysięgi jeszcze daleko, a tymczasem, za jego pieniądze mamy Janówkę, która warta sześćdziesiąt tysięcy, a drugie tyle, pamiętaj, wzięliśmy indemnizacyi. Najwięcej zaś cieszy mię interes, który teraz napiąłem, bo i zysk mam już jakby w kieszeni, i odwdzięczę się Wielogrodzkiemu za jego nieproszona opiekę nad młodym Moulardem! Ten stary głupiec nie ma nic lepszego do czynienia, jak zbierać na ulicy b.....ów i zajmować się ich losem! Ale nasolę ja mu i napieprzę! Żandarmami, moja duszko, żandarmami każemy mu zabrać z domu pannę Burglerównę i oddać ją pod prawowita władzę macierzyńską! Chachacha, dałbym coś za to, gdybym mógł być obecnym przy tej scenie!
— A jeżeli Wielogrodzki właśnie dlatego zrobi testament, i zapisze jej swój majątek? Albo jeżeli ułoży się z Burglerem, i zapłaci mu, aby pozwolił adoptować tę dziewczynę?
— Zje on dyabła, jeżeli znajdzie Burglera, już ja go dobrze schowam! To nie taka łatwa historya i potrzeba mieć dokument, urzędownie legalizowany, a na to potrzeba odszukać Burglera, sprowadzić go do miasta, gdzie jest urząd, albo przynajmniej eksponowany komisarz cyrkularny, i uzyskać później zatwierdzenie sądu, jako władzy opiekuńczej, choć mówił mi Opryszkiewicz, że w tym wypadku kompetentnym jest magistrat w Żarnowie, i że komornik bez potrzeby udawał się do forum nobilium. No, skoro książę pojedzie, weźmiemy się do Burglera, tylko jeszcze jutro rano muszę wyekspedyować ztąd jak najprędzej tego Moularda, aby Burgler po pijanemu nie wyśpiewał przed nim całej historyi.
P. Klonowski uprzedzał tym sposobem jedynie najgorętsze moje życzenia. Im dłużej słuchałem jego rozmowy z żoną i im lepiej poznawałem jego plany, tem bardziej pierwsze moje przerażenie i osłupienie ustępowało wobec dziwnej jakiejś energii, która budziła się we mnie. Niespodziewane odkrycie, że Hermina nie jest córką państwa Wielogrodzkich, wystarczałoby było może w innym wypadku, aby zaprzątnąć mój umysł, teraz atoli nie zastanawiałem się nad tem wcale. Szczególnym trafem przypuszczony do tajemnic całej kuźni intryg, i poznawszy, jak mało w gruncie potrzeba zręczności i sprytu do ich knowania, a jak wiele natomiast potrzeba mieć szczęścia, pomyślałem sobie, że chyba zły geniusz p. Klonowskiego sprowadził mię do tego pokoju, bo czułem się na siłach pokrzyżowania mu jego projektów. Z obawy, aby najmniejszy szmer nie zdradził mojej obecności W pobliżu i pod wrażeniem myśli, które tłoczyły się w mojej głowie, nie spałem wcale. O pierwszym brzasku dnia ubrałem się po cichu i z zachowaniem wszelkiej ostrożności wyniosłem się do ogrodu, bo przypuszczałem, że p. Klonowski może wstać bardzo rano i sp0strzedz, gdzie noc przepędziłem. W istocie, mogła być zaledwie piąta, gdy zacny mój opiekun był już na nogach i wydawał na dziedzińcu rozmaite rozkazy. Pospieszyłem przywitać go i sprawiłem mu tem niemałą przyjemność.
— Ho, ho, ranny ptaszek z ciebie, spieszysz się, jak widzę, do Starej Woli! No, dobrze, dobrze, odeślę cię natychmiast, tylko musisz wybaczyć: moje konie zajęte są wożeniem zboża, dostaniesz stójkę ze wsi. Oto jest właśnie obywatel Hryń Zadorożny ze swoim ekwipażem, który cię odwiezie. A czujesz, Hryńku — dodał po rusku, zwracając się do włościanina, stojącego w pokornej postawie — abyś meni ne jichaw na Czartopil, ałe na Wilku Hajworiwska, ta na Dobrowleny, bo tam tra rohaczku płatyty, a na hostynci z tej wiz duże trjese i takij porach, szcza hody wytrymaty, szcze panycza rozbołyt kołowa, nim jego zawezesz do Staroj Woli, rozumijesz?
Ta, rozumiju, proszu pana, aboż to meni perszyj raz jichaty? — zauważył Hryńko.
— No, bądź zdrów kawalerze i kłaniaj się odemnie panu Starowolskiemu — rzekł mój opiekun, wracając do dworu. Antek wyniósł tymczasem mój tłumoczek z oficyny i zapytał mię w sekrecie z wielką obawą, czy „pan“ nie pytał się, gdzie spałem? Uspokoiłem go w tej mierze i pozyskawszy jego dalszą przyjaźń dwoma szóstakami, wylazłem na wóz wyścielony słomą; poczem Hryńko, klnąc po rusku, ale w sposób pogański, zaciął konie i ruszył przez wieś ku karczmie, znajdującej się na jej końcu, zkąd rozchodziły się drogi, jedna do Czartopola, a druga do Wólki Hajworowskiej i do Dobrowlan, obydwie zaś prowadziły do Ławrowa i do Starej Woli. Zrozumiałem był aż nadto dobrze troskliwość p. Klonowskiego o to, aby mię wóz nie strzął i aby mię kurz nie dusił na murowanym gościńcu i postanowiłem bądź co bądź pojechać na Czartopol. Z początku atoli daremne były moje usiłowania porozumienia się z Hryńkiem, bił on konie i klął co się wlazło, snać miał coś na sercu, co go wprawiało w zły humor. Niewielka szczypta dyplomacyi z mojej strony wystarczyła, aby się dowiedzieć, że miał tego dnia wozić swoje snopy z pola, a tymczasem p. Klonowski, od którego na przednowku wziął był pół korca jęczmienia, kazał mu za procent jechać do Starej Woli, co w istocie nikogoby w dobry humor wprowadzić nie mogło. Zaproponowałem tedy, aby stanął koło karczmy i aby się pokrzepił na mój koszt kieliszkiem wódki, a gdy nektar ten Zdziałał już swój rozweselający skutek, poszedłem cokolwiek dalej w moich propozycyach i wkrótce przyszedł między nami do skutku układ, mocą którego Hryńko zobowiązał się odwieźć mię do Czartopola, zkąd miałem jeszcze przed południem pojechać dalej dyliżansem i dać mu karteczkę, poświadczającą, iż odwiózł mię do Starej Woli. Hryńko nie widział w tem nic nienaturalnego, że taki mołodyj i fajnyj panycz, jak ja, woli jechać pocztą niż drabiniastym wozem i był mocno uradowanym, iż zamiast ośmiu mil, będzie miał tylko dwie do zrobienia. O ósmej godzinie stanęliśmy W Czartopolu; Hryńko zajechał W podsienie żydowskie, aby podkarmić konie i napić się gorzałki, której mu nie szczędziłem, ja zaś przystąpiłem do wykonania planu, który układałem W głowie od chwili, gdy się dowiedziałem o niebezpieczeństwie, w jakiem znajdowała się Hermina. Pierwszą rzeczą było odszukać Burglera, co w Czartopolu nie przedstawiało najmniejszej trudności, kończył on bowiem właśnie swój nocleg pod stołem w szynkownej izbie tego samego żydowskiego zajazdu, w którym stanęliśmy wraz z Hryńkiem. Hojność, z jaką nietylko kazałem częstować Hryńka gorzałką, ale odmówiłem nadto przyjęcia ośmiu centów reszty z dwóch szóstaków, stanowiących cenę tego traktamentu, usposobiła bałabustę (gospodarza hotelu) i całą jego rodzinę tak dalece na moją korzyść, że wszyscy viribus unitis przystąpili do trudnej operacyi wydźwignięcia p. Burglera z poziomego położenia i nadania mu sytuacyi pionowej. Snać p. Klonowska nie pomyliła się w swojem przypuszczeniu; musiał on przepić od wczoraj najmniej cztery guldeny, bo choć przy pomocy stróża i Hryńka usadowiono go na ławce i oparto o ścianę, kiwał się na wszystkie strony i mówił od rzeczy.
Domine Burgler — zawołałem w nadziei, że może łacina okaże się skuteczniejszą od exhortacyj polskich, ruskich i żydowskich — quomodo vales, carissime domine?
Non ebur, neque aureum mea renidet in domo lacunar! Hehehe! Versus trochaicus, dimeter, catalecticus! Quinti Horatii Flacci carmen ad avaros! To się tyczy Moszka, ale kuda kuchti do patyny!
Wszystko to było nadzwyczaj trafnem, bo i mieszkanie p. Burglera było więcej niż skromnem, i skandował Horacego poprawnie, i Moszko mógłby był wziąć do siebie filipikę poety przeciw skąpstwu, ale nie rozumiał po łacinie. Jednakowoż ta wędrówka umysłowa w czasy klasycyzmu łacińskiego, jaką przedsiębrał p. Burgler, nie rokowała mi wiele nadziei, bym zdołał porozumieć się z nim w kwestyi tak wyjątkowo romantycznej, jak ta, o którą mi chodziło. Poczynałem już rozpaczać, gdy nagle przyszła mi W pomoc służąca szynkarki, wylewając garnek zimnej wody na głowę mojego łacinnika, w skutek czego tenże zerwał się na nogi i wygłosiwszy grzmiącym basem: Quo, quo scelesti ruitis? spostrzegł mię nakoniec i poznał. Wytrzymałem z dobrą miną cały grad cytatów łacińskich, który się na mnie posypał i odpowiedziałem na nie całą salwą Wirgiliusza, w skutek czego p. Burgler obcałował i obtabaczył mię siarczyście, i zaproponował mi, abym się z nim napił kieliszek kontuszówki.
— Później, później, vir doctissime — odparłem — mam panu Wprzód zakomunikować rzecz największej wagi, która, o ile mi wiadomo, obejdzie pana mocno i przerazi.
— Czy może moja żona?... — zapytał przerażony.
— Zaraz, zaraz, poczekaj pan, aż będziemy sami; to sekret, secretum, imo servandum in pectore...
— Słusznie, bardzo słusznie: odi profanum valgus, et arceo! — dodał, machając ręką na znak wzgardy, jaką czuł dla Moszka, i dla szynkarki, i dla wszystkich obecnych. — Chodź, carissime adolescens, do mojej skromnej habitacyi... lecz wiesz: non ebim, neque...
Dokończyłem resztę pieśni, aby przyspieszyć akcyę; odprawiłem Hryńka do domu i oddawszy mój pakunek Moszkowi do przechowania, poszedłem z Burglerem do jego mieszkania. Znajdowało się ono na strychu nad izbą szynkowną, i nie potrzeba być Balzakiem, aby opisać umeblowanie tego apartamentu, nie zawierał on bowiem nic, oprócz siennika, skrzypców i próżnej ñaszki, na której szyjce ślady łoju świadczyły, iż służyła po wypróżnieniu, za lichtarz. Byłem w duchu bardzo dumnym z niepospolitego talentu do dyplomacyi, który nagle czułem w sobie i który rokował powodzenie moim zamiarom. Nadto dodawała mi otuchy ta okoliczność, iż nie byłem bez funduszów, miałem bowiem około 400 złr. przy sobie, dzięki układowi, który zrobiłem z p. Klonowskim i poprzedniej jego, a raczej klasztoru ławrowskiego, munificencyi. Mogłem tedy wywieść Burglera z Czartopola, kupić go, uzyskać od niego dokument, potrzebny do uwolnienia Herminy od jego ojcowstwa — bylem nie popełnił jakiej niezręczności. Bałem się cokolwiek, czy nie zbyt wcześnie odprawiłem Hryńka i czy pan Klonowski nie dowie się o jego powrocie; ale oczywistem było, że Hryńko tego dnia nie pokaże się nikomu w dworze, aby się nie wydało, że nie jeździł do Starej Woli.
Pierwszą myślą szanownego Burglera, gdy się dowiedział, że mam mu udzielić jakiejś nowiny, była myśl o jego żonie. Widocznie więc znakomity ten filozof drżał na samo wspomnienie o spotkaniu się ze swoją małżonką, i to ułatwiało mi niezmiernie moje zadanie. Zapytałem go z miną tajemniczą, czy pod żadnym warunkiem nie rad widzieć pani Burglerowej? W odpowiedzi na to, jął on z największem oburzeniem po raz setny wyliczać mi wszystkie powody niesnasków swoich z tą damą; umiałem już je na pamięć, bo jeszcze wówczas, gdy przepędzałem wakacye w Hajworowie, p. Burgler miał parę razy sposobność wynurzenia swojej łaciny i swoich kłopotów domowych przedemną i przed p. Krutyłą. O ile mogę wydać sąd w tej mierze, oburzała p. — Burglera szczególnie ta okoliczność, iż konstytucya jego wymagała koniecznie pewnego quantum alkoholu, bądź w takiem rozcieńczeniu, w jakiem go zawiera piwo i wino, bądź też w postaci bardziej skoncentrowanej, nieznanej wprawdzie Rzymianom, ale bardzo praktycznej w naszym klimacie i z tego powodu po rzymsku ochrzczonej „aqua vitae“. P. Burgler miał różne cierpienia gastryczne, które sprawiały, iż z porady lekarskiej, równie jak z własnego doświadczenia, zmuszony był krzepić się jak najczęściej tym płynem, chociaż nie częściej jak trzy razy na dzień, mianowicie raz od rana do południa, drugi raz od południa do wieczora, a trzeci raz do poduszki, której zwykł był powierzać swoją skołataną głowę, póki jej nie zastawił u Herszka, t. j. poduszkę, nie głowę. W przeciwnym razie, t. j. jeżeli p. Burgler nie mógł się pokrzepić, wilgoć panująca w naszym klimacie dawała się czuć tak srodze jego kompleksyi fizycznej, iż był jak niebo bez słońca, albo Horacy bez Mecenata. Et praesidium, et dulce decus jego był ten likwor ożywczy, podczas gdy p. Burglerowa wyznawała wprost przeciwne zasady terapeutyczne i co gorsza, odmawiała swemu małżonkowi wszelkich potrzebnych mu środków leczenia się, a nawet pozbawiała go takowych, co było rzeczą nawet w rzymskiej historyi niesłychaną; albowiem nullus rerum romanorum scriptor nie wspomina, aby Messalina zakazywała kiedykolwiek pić Klaudyuszowi, albo co więcej, by go fizyczną przemocą porywała z grona ucztujących „pod śpiewającą rybą“ przyjaciół i eskortowała do domu. Dodawszy do tego ów despekt, który spotkał p. Burglera ze strony jego połowicy w obecności księdza proboszcza i dwóch księży wikarych, suma pobudek do niezgody małżeńskiej była dopełnioną, i raczejby fractus runął orbis, niźliby tak znakomity filozof naraził się na spotkanie z Ksantypą.
— Otóż, panie Burgler — rzekłem — wysoki szacunek, jaki mam dla wzniosłego umysłu i wielkiego wykształcenia pańskiego zniewolił mię, iż przejeżdżając przez Czartopol, zatrzymałem się, aby pana ostrzedz o niebezpieczeństwie.
Byłem czerwony jak ćwik i czułem, że nie tak jest łatwo kłamać, jak mi się to zdawało w nocy, gdy się zastanawiałem nad niewielką w gruncie zręcznością p. Klonowskiego. Lecz Burgler miał dar spostrzegania przytłumiony w skutek heroicznej kuracyi, której poddał był tej nocy swoje cierpienia gastryczne. Zerwał się na równe nogi i zbladł, o ile na to pozwalała jego nader żywa cera, t. j. zbladł z wyjątkiem nosa.
— Moja żona... — wybełkotał.
— Pani Burglerowa jest w Hajworowie, przyjechała wczoraj w godzinę po pańskim odjeździe, i byłaby już tutaj, gdybym z przyjaźni dla pana nie był uprosił Antka, by jej nie dawał znać, że już odjeżdżam. Mieliśmy jechać razem; teraz przyjedzie zapewne sama.... tylko co jej nie widać!
Deus in Adjutorium meum intende, domine, ad adjuvandum me festina! — krzyknął p. Burgler, i gdybym go był nie zatrzymał, byłby może przez jedno z nieoszklonych okien rzucił się na rynek czartopolski w przypuszczeniu, że p. Burglerowa jest już na drabinie, prowadzącej do jego mieszkania.
Eheu, me miserum! — wołał dalej — Puść mię, puść, młodzieńcze! Puść, niechaj uchodzę! Ani chwili dłużej nie mogę zabawić w tem miejscu! Puść mię!
— Uspokój się pan, panie Burgler, i zostaw pan to mnie: przecież pieszo nie zdołasz pan ujść pogoni, a w całej okolicy znają pana i wskażą, którędy pan poszedłeś. Chciałem panu właśnie zaproponować, aby pan jechał ze mną: za godzinę odchodzi dyliżans ztąd do Ławrowa, tam w klasztorze potrzebują organisty, księża zakonnicy łaskawi są bardzo na mnie, jedźmy tedy, a nikt nas nie dogoni i nikt nas nie znajdzie!
Optime, Optime! Uciekajmy, uciekajmy zaraz! Ale... jakże ja pojadę pocztą, skoro... deest mihi pecunia!
— Wielkie rzeczy! Towarzystwo tak wykształconego człowieka i takiego znawcy literatury klasycznej jest dla mnie zbyt cennem i cenniejszem od tych trzech reńskich, które trzeba zapłacić na poczcie! Tembardziej, gdy wyświadczę klasztorowi przysługę, sprowadzając tak biegłego muzyka!
Ile jest pochwał łacińskich w różnych klasykach, tyle ich wysypał p. Burgler na mnie. Zebraliśmy się szybko, bo nie miał on żadnych pakunków, ani tym podobnych przeszkód; poszliśmy do jakiegoś Herszka wykupić zastawiony u niego za 1 złr. płaszcz, bez którego mimo wszelkiej łaciny markotno było memu przyjacielowi puszczać się w drogę, i ruszyliśmy ku domkowi, w którym znajdowała się poczta. Dyliżans nadszedł wkrótce i był zupełnie próżny; zapłaciłem za dwa miejsca, usadowiłem się wewnątrz ogromnego żółtego pudła obok p. Burglera; konduktor ukończył prędko swoją czynność urzędową, pocztylion jeszcze prędzej ułatwił się z zaprzęganiem koni, trzasnął z bicza, zatrąbił i byliśmy w drodze do Ławrowa.
Teraz dopiero odetchnąłem swobodnie. Pierwsza część mojego planu udała się wybornie. A widzisz, panie Klonowski — pomyślałem sobie — widzisz, że i uczciwy człowiek potrafi oszukać, skoro zechce, i oszukać tem lepiej, im mniej się po nim tego spodziewać można! Musiałem wprawdzie zmyślać i kłamać, i rumienić się pierwszy raz w życiu z tego powodu, ale za to ty nie znajdziesz teraz Burglera, nie zniewolisz go do użycia swojej władzy ojcowskiej, nie porwiesz Herminy z domu komornika i nie będziesz się bogacił jego kosztem! Co za myśl okropna! Hermina, ta Hermina taka piękna, że musiałem wyznać, iż jest piękniejszą nawet od Elsi — taka dobra, taka starannie wychowana wśród pieszczot i troskliwości rodzicielskiej, ta Hermina, która dla mnie, nie wiem dlaczego, mimo wszystkiego, co mi mogło świtać w głowie, była niejako całą moją rodziną, moją siostrą, moim aniołem opiekuńczym — a tu obok mnie ten pijany i cuchnący Burgler i pani Burglerowa w Żarnowie, jako reprezentanci Oojcowskiej i macierzyńskiej władzy, podbechtani przez p. Klonowskiego!... nie, krew burzyła się we mnie wobec zestawienia tych p0jęć, wyobraźnia moja wzdrygała się przed taką okropnością i bałem się skierować myśl na ten przedmiot. Potrzeba jednak było koniecznie nietylko myśleć, ale i działać, aby odwrócić niebezpieczeństwo raz na zawsze. Burglera miałem pod ręką, trzymałem go za płaszcz i nie odstępowałem go jak jego cień, gdyśmy wysiadali na stacyach, z obawy, aby go gdzie nie zgubić. Czytelnik domyślił „się zapewne, iż nie mając nadziei namówienia tego filozofa do podróży do Żarnowa, chciałem przedewszystkiem wywieść go jak najdalej od Hajworowa, aby go mój opiekun nie użył do swoich planów. W Ławrowie był O. Markary, do tego miałem zamiar udać się, opowiedzieć mu wszystko i prosić go o radę i o pomoc, tembardziej, gdy chodziło tu o formalności prawne, nieznane mi zupełnie, i o stosunki, o których z podsłuchanej rozmowy państwa Klonowskich miałem bardzo niedokładne wyobrażenie, choć pamiętałem każde słowo. Na razie próbowałem tylko zdaleka wybadać Burglera, do czego wydała mi się najstosowniejszą chwila, gdyśmy już opuścili trzecią stacyę, na której posiliłem mego towarzysza podróży czterma kieliszkami okowity i kilkoma ogromnemi kuflami piwa. Nie było to łatwa rzecza dowiedzieć się od niego czegokolwiek, przy najlżejszej bowiem sposobności umysł jego robił tak długie dygresye W dziedzinę klasycyzmu, że wątek rozmowy wikłał się i przedłużał się w nieskończoność. Doszedłem atoli nakoniec, że ośmnaście lat upływało od czasu, jak muzykalny ten adept Sokratesa wstąpił był w stan małżeński, i że do opłakanych następstw tego fatalnego wypadku należał między innemi syn, który był garbaty z powodu, iż mu matka w przystępie złego humoru nadwerężyła kość pacierzową, czy łopatkę.
— A córki nie mieliście państwo? — zapytałem, wpatrując się w drzemiącego i kiwającego się Burglera.
— Alboż to niedość jednego nieszczęścia! Satis! — I jak pozytywka za pociśnięciem sprężyny, wymówiwszy przypadkiem to słowo, towarzysz mój począł skandować dalej: „satis jam nivis, et dime grandinis“ itd.
— To dziwna rzecz — nadmieniłem, gdy się skończyła deklamacya wraz z objaśnieniami prozodycznemi — dziwna rzecz, że p. Klonowski powiedział mi jako rzecz pewną, że państwo macie córkę.
— Nie, broń Boże, nie mamy córki! I dobrze, że jej nie mamy, bo byłaby niezawodnie kulawą, albo jednooką! Ja sam dziwię się, że nie jestem i kulawym, i jednookim, i garbatym, po dziesięcioletniem pożyciu z taką Megaerą!
— A znasz pan państwa Wielogrodzkich?
Czy niewygodnie było siedzieć p. Burglerowi, czy niewinne moje zapytanie tak go zelektryzowało — nie wiem, dość, że począł ruszać się niespokojnie i spoglądać na mnie z niedowierzaniem.
— Zkąd ci tyle ciekawości, młodzieńcze? — zapytał mię zmienionym, wytrzeźwionym prawie głosem. — Indagujesz mię jak sędzia śledczy!
— Nie indaguję wcale, przypomniał mi się tylko interes, o którym mówił mi p. Klonowski, i dla którego chciał widzieć się z panem koniecznie.
— A, pan Klonowski! To wielki człowiek! To bardzo znakomity człowiek! Lumen et decus całej okolicy! Lecz — dodał z niepokojem — jaki to jest interes i czego może chcieć odemnie ten potężny dygnitarz? Gotów jestem zawsze do usług Jaśnie Wielmożnego Klonowskiego; lecz jaki to interes?
— Nic, bagatelka! — rzuciłem od niechcenia. — Państwo Wielogrodzcy mają wychowankę, która, jak mi mówił p. Klonowski, ma być pańską córką wobec prawa, to znaczy, że zapisana jest w metryce jako pańska córka...
Burgler bladł w miarę, jak mówiłem.
— Pst! silentium! Młodzieńcze, nie gub mię! — zawołał w największem przerażeniu. — To jest crimen, ale Bóg świadkiem, żem ja temu nie winien, moja żona namówiła mię, zmusiła mię do tego, choć później groziła mi w furyi swojej nieraz kryminałem za to fałszerstwo! Jeżeli masz Boga w sercu, miej litość i nie gub mię! Wstaw się za mną do p. Klonowskiego, niech mnie nie gubi! Jam nic nie winien, to moja żona! Ja byłem pijany, gdym podpisał moje nazwisko w księdze metrycznej!
Ta strona kwestyi była dla mnie zupełnie nową, nie wiedziałem bowiem iż Burgler mógł mieć jaki powód do obawy w skutek odkrycia, które zrobił p. Klonowski. Domyśliłem się, że obawa ta byłaby potężną bronią w ręku mojego opiekuna, gdyby miał pod ręką samozwańczego ojca Herminy. Podczas gdy Burgler zsunąwszy się z siedzenia, błagał mię na klęczkach, abym go protegował u p. Klonowskiego, namyślałem się, co robić, i jak korzystać z mojej pozycyi.
— Ależ uspokój się pan — powiedziałem nakoniec z jak najlepszą miną — p. Klonowski jest bardzo dobrym człowiekiem i nie zrobi panu nic złego! Cała rzecz chodzi o to, że p. Wielogrodzki chciałby adaptować swoją wychowankę, a na to potrzeba pańskiego pisemnego zezwolenia, które musi być urzędownie legalizowane. Otóż p. Wielogrodzki jest w przyjaźni z p. Klonowskim i prosił go, aby pana odszukał i wziął od pana ten dokument. W tym celu przyjechała także pańska żona do Hajworowa, i oczywista rzecz, że póki nie będą mieli dokumentu, póty będą szukali pana wszędzie i w końcu znajdą. Ale jeżeli pan nie, chcesz widzieć się z nimi, a osobliwie ze swoją żoną, to możemy na to poradzić. Skoro tylko przyjedziemy do Ławrowa, sporządzimy akt, którego potrzeba, a ja wyszlę go pocztą panu Klonowskiemu prosząc go, aby nie wyjawiał miejsca pańskiego pobytu. P. Klonowski zrobi to dla mnie...
O generosissime et suavissime puer! — zawołał Burgler, dusząc mię w swoich uściskach — o salus et spes mea! Jaka to głowa w tak młodym wieku! Młodzieńcze, będziesz kiedyś drugim Seneką! Ja ci powiadam — perque omnia saecula fama, si quid veri habent vatum praesagia, vivas! No, w oryginale stoi, vivam, a es jest krótkie i spondeus przepadł w skutek tego, ale i trocheus może stać w tem miejscu, vives, wives et vivas! — Tau nastąpiły nowe uściski i nowie wiersze łacińskie, aż do czwartej stacyi.
— A więc — zapytałem uradowanego Burglera, podczas gdy zmieniano konie u wozu pocztowego — czy zgoda? Zaraz po przybyciu do Ławrowa piszemy pozwolenie i wyprawiamy je pocztą?
— Zgoda, zgoda! Napiszemy, podpiszemy i wyprawimy! Ale... czy nie uważasz, że jest jakaś wilgoć w powietrzu? Sądzę, że dobrzeby było napić się czego, a potem wyrecytuję ci wspaniały ustęp z Bukolików, który umiem na pamięć! Co, he?
— Zapewne, zapewne — odpowiedziałem:
„Serce człowieka wino rozwesela,
Ale piosenka jest dla myśli winem“ — jak powiada Mickiewicz!
— Mickiewicz, Mickiewicz! A, to z talentem człowiek, szkoda, że nie pisze po łacinie, ale utitur sermone vulgari.
Zawołałem żydka, który stał przed karczmą naprzeciw budynku pocztowego, i wkrótce p. Burgler posilił się sporym kielichem gorzałki.
— To dla „serca“, jak powiadasz, a teraz drugi dla „myśli“. Brr — szkaradny napój! Nalej-no jeszcze jeden! Ja ci powiadam, że Mickiewicz źle robi, iż nie pisze po łacinie. Łacina, mój młodzieńcze, i filozofia, są to dwa lumina mundi, dlatego też pielęgnuję je całe życie! Radzę ci, idź za moim przykładem, aby ci się rozjaśniło w głowie i abyś nie był sicut rudis, indigestaque moles! Bez filozofii świat byłby chaosem: czy wiesz ty, co jest das Absolut? To ci jest dcpiero system i jasność! Hm, der klare, abstrakte Begriff...
Od reszty wykładu zostałem ocalony, bo p. Burgler zmordowany siódmym od dwóch godzin kieliszkiem wódki, nie licząc piwa, usnął, wcisnąwszy się W kąt powozu. Tak dowiozłem go szczęśliwie do Ławrowa i ocuciwszy, zaprowadziłem do klasztoru. O. Makary uradowany z mojego niespodzianego przybycia, kazał nam rozgościć się w „górnym konwikcie“, wypróżnionym z powodu wakacyj, i postarał się o to, by nam natychmiast dano posilić się czem po podróży. Była przytem i buteleczka miodu, nader pożądana, bo mogłem ją zostawić, aby pilnowała Burglera, podczas gdy wyszedłem z O. Makarym do ogrodu opowiedzieć mu moje przygody i kłopoty. Butelka wywiązała się ze swojej misyi wybornie i szybko, Burgler usnął bowiem pod jej strażą, nim skończyliśmy rozmowę. Kochany O. Makary słuchał mię z największem zajęciemi współczuciem, jak zwykle, a dowiedziawszy się, o co mi chodziło w tej chwili, ułatwił mi szybkie uskutecznienie mojego planu. Urzędnik, upoważniony do legalizowania dokumentów, był codziennym prawie gościem w klasztorze; podyktował on mi z grzeczności według wszelkich form prawnych sporządzone pismo i poszedł’ na pulkę preferansa do celi ks. prefekta. Gdy się Burgler przedrzymał i odzyskał należną „poczytności zdolność do działań umysłowych“, jak się wyrażał urzędnik, daliśmy mu dokument do podpisu, poczem przyłożono pieczęć urzędową do tego aktu iza0patrzono go wszelkiemi innemi prawnemi formalnościami. Poczta do Żarnowa odchodziła o północy; zostawiłem Burglera pod opieką O. Makarego, wytłómaczywszy mu, że lepiej będzie, jeżeli osobiście wstawię się za nim u p. Klonowskiego, i pożegnałem się z moim nieocenionym przyjacielem klasztornym, który radby mię był zatrzymać dłużej, a uznawał, iż powinienem spieszyć się jak najbardziej. Ruszyłem tedy na nowo w podróż trapiony myślami, co też może dziać się w domu pp. Wielogrodzkich, i jak mam sobie postąpić, aby bez narażenia chorego komornika na niebezpieczeństwo życia, opowiedzieć mu wszystko, czego się dowiedziałem i co zrobiłem. Przychodziło mi na myśl, że najlepiej może będzie zapieczętować dokument i powierzyć go ks. Olszyckiemu, by go natychmiast doręczył komornikowi — ale z drugiej strony zdawało mi się moim obowiązkiem, wyjawić wszystkie plany p. Klonowskiego, jeżeli tylko stan chorego na to pozwoli. W Żarnowie, dokąd przybyłem na drugi dzień w południe, prosto z poczty poszedłem do dr. Goldmana.
„Konsyliarz“ zdziwiony był bardzo mojem pojawieniem się wcale niespodziewanem, i cieszył się mną wielce. Nim zdołałem wyłuszczyć mu powód mojej wizyty, musiałem poprzednio zdać mu dokładnie sprawę z szwanku, jaki poniosła głowa p. Klonowskiego w owem starciu z p. Przesławskim. Przykro mi wyznać, że zacny ten zresztą medyk ubolewał mocno, iż opiekun mój doświadczył więcej strachu i bólu, niż rzeczywistej szkody — miał on za złe p. Przesławskiemu, że nie bił lepiej i pocieszał się jedynie komiczną sytuacyą, w jakiej znalazł się był p. Klonowski, kiedy szukał schronienia na strychu z sianem, ciągnąc ku sobie drabinę, aby go nie dopadł zajadły przeciwnik, póki nie nadbiegła odsiecz złożona ze stróżów i kelnerów. Miałem za młodu nieco talentu do karykatur i do chwytania podobieństwa rysów ołówkiem, a ponieważ i mnie uderzyła była komiczna strona tego zajścia, więc w Ławrowie, czekając na dyliżans w biórze pocztowem, skreśliłem był W książeczce z notatkami rysunek, przedstawiający koszlawo, ale dobitnie, p. Klonowskiego na dachu z drabiną, a p. Przesławskiego z kijem na dole. To dzieło sztuki tak zachwyciło dr. Goldmana, że musiałem wyciąć kartkę z książeczki i dać mu ją, bo obstawał przytem, iż musi to dać oprawić w ramki i powiesić w swoim bawialnym pokoju.
— Chachacha! Opryszkiewicz wścieknie się ze złości, jak mu to pokażę! — śmiał się doktor. — Ale nie wiem, czy wiesz, że zostałeś baronem? Panny Opryszkiewiczówny opowiadały mojej żonie, że był u nich temi dniami młody baron Müller ze swoim Opiekunem, hrabią Klonowskim. Ma to być bardzo dystyngwowany kawaler i bawiły się wybornie w jego towarzystwie — zdaje się nawet, że panna Eugenia podobała mu się bardzo, bo adresował się do niej szczególnie i obiecał jej Wpisać wiersz do albumu. Chachacha! Moja żona, która wiedziała odemnie, kogo Klonowski zaprowadził do Opryszkiewiczów i jak się odbyła cała wizyta, musiała ukąsić się w usta, aby im się nie rozśmiać w oczy! Mój kochany Edmundzie, zrób, mi jedną grzeczność! Zostaniesz przecież dziś w Żarnowie, przyjdź więc na chwilę do nas wieczorem, panny Opryszkiewiczówny będą tu z pewnością; jabym chciał, aby mogły odnowić znajomość z baronem Müllerem! No, pamiętaj, przyjdź koniecznie!
Musiałem przyrzec, że przyjdę, skoro mi czas pozwoli — i teraz dopiero udało mi się wyjaśnić konsyliarzowi, że w bardzo pilnym i niekoniecznie przyjemnym interesie potrzebowałem koniecznie donieść coś komornikowi, i że byłem w obawie, czy zdrowie jego zniesie taką rozmowę. Dr. Goldman odpowiedział mi, że komornik ma się wcale dobrze, że „wynaczynienie krwi“ nie było snać wielkie, i nie zostawiło żadnych złych następstw po sobie — ale że na wszelki wypadek unikać potrzeba każdego wzruszenia i wstrząśnienia, i dlatego też najlepiej zrobię, jeżeli odłożę interes na później, „choćbym miał na tem stracić“. Zdziwił się poczciwy doktor niemało, gdym mu wytłómaczył ogólnikowo, iż sprawa, o którą mi chodzi, nie tyczy się mnie wcale, i że oprócz mnie i komornika, nikt o niej wiedzieć nie powinien, a zwłoka może być fatalną, bo ta sama wiadomość, której ja pragnę udzielić komornikowi, może spaść na niego winnej zupełnie formie i zastać go nieprzygotowanego. Po dłuższym namyśle i wybadawszy mię, czy w istocie rzecz jest tak naglącą, doktor udecydował, że pójdzie ze mną natychmiast do państwa Wielogrodzkich, i że pomoże mi znaleźć sposób rozmówienia się w cztery oczy z komornikiem — bo nie wiedziałem w istocie, jak to urządzić? Było coś tak niezwykłego w tej okoliczności, że chcę mówić z Wielogrodzkim o rzeczy, o którejby Hermina nie wiedziała, że wszelkie inne trudności, z jakiemi dotychczas się spotkałem, nikły wobec tej jednej. I w istocie, nie na wiele przydała się cała nasza dyplomacya. Zastaliśmy panią Wielogrodzkę i Herminę w usposobieniu nierównie weselszem, niż to, w którem je zostawiłem przed dwoma dniami — komornik miał się dobrze i straszył wszystkich już tem tylko, że się napije kieliszek Madery, której mu dr. Goldman jak najsurowiej zabronił — moje zjawienie się wywołało w całym domu taką radość, że głaz chyba wstrzymałby się od łez wdzięczności, i wszystko szło jak najlepiej, tylko nie było sposobu rozmówienia się z komornikiem bez świadków, a gdyśmy nareszcie obydwaj z dr. Goldmanem wyjawili nasz zamiar, uczyniliśmy to tak niezręcznie, że powstał popłoch ogólny. Kobiety pobladły z przerażenia, ja stałem jak winowajca i rumieniłem się po same uszy, a doktor, im bardziej chciał. uspokoić wszystkich, tem gorzej psuł rzecz całą. Pani Wielogrodzka uchwyciła mię za rękę i odprowadziwszy mię w najodleglejszy kąt pokoju, zaczęła mię zaklinać na miłość Boga, abym jej wprzód opowiedział wszystko. Nie mogę dotychczas pojąć, jakim sposobem, przejęty ważnością mojej tajemnicy i mojej misyi, wyobraziłem sobie, że nie powinienem nie mówić pani Wielogrodzkiej — dowodzi to tylko może, że mimo wszystkiego, co wiedziałem od dwóch dni, ani na chwilę nie pozbyłem się dawniejszego mojego przeświadczenia, iż ta zacna osoba jest w istocie matka Herminy — bo też była nią w całem tego słowa znaczeniu i węzeł krwi nie mógł być silniejszym, ani czulszym od przywiązania jej do mojej przybranej siostry. Zjawisko to zresztą niezbyt rzadkie u kobiet — i nieraz później W życiu miałem sposobność obserwować stosunek podobny. Nasi materyaliści, wykarmieni na systemie wykrojonym przez spekulatywnych Niemców, z tymczasowego rezultatu badań przyrodników angielskich — wynajdą niezawodniei w tym tak niemateryalnym objawie uczucia pewną analogię ze zjawiskami, dającemi się dostrzedz tu i owdzie w świecie zwierzęcym, pokażą nam jaką kurę, gdaczącą za pisklętami, wylęgłemi z jaj, które jej podłożono, albo kundysa, który zaprzyjaźnił się z jeżem, i udowodnią na tej podstawie, że niema nic boskiego W naturze ludzkiej, ale wszystko jest działaniem substancyi nerwowej i mózgowej, krwi i... pepsyny. Niechaj się cieszą tym swoim zabobonem, póki znowu jaki zamorski badacz nie dociecze nowej jakiej prawdy, i póki Niemcy na podstawie tego odkrycia nie ulepią nowego systemu, który my kupimy, i o który będziemy się sprzeczać z zacofanymi już wówczas materyalistami. Wyprzedźmy instynktem ten powolny postęp nauki, i wierzmy, póki nam tego nie udowodnią, wierzmy, że jest dobroć, niezawisła od systemu nerwowego, że jest rozum, niezawisły od konfiguracyi mózgu, i że jest miłość, niemająca związku z krążeniem krwi w żyłach; wierzmy, że nerwy, mózg i krew są tylko składowemi częściami instrumentu, którego struny trąca czasem tajemnicza, niewidzialna ręka wielkiego mistrza, ale nie wierzmy, by instrument sam wytwarzał harmonię, bo to jest zabobon równie nierozsądny, jak każdy inny. Wszak jeżeli nawet bezpośredniem źródłem każdego najszlachetniejszego, najmniej zmysłowego uczucia jest potrzeba wewnętrzna pewnej senzacyi, pewnego wrażenia, którego siedzibą jest ten lub ów organ fizyczny — to jeszcze zawsze istnienie tej wewnętrznej potrzeby jest objawem, niemającym związku z wymogami gospodarstwa przyrody w jej zakresie działania, a więc objawem wyższym, boskim. Wnukowie nasi dożyją może tego, że tak, jak po kilkodziesięciowiekowem używaniu gipsu nazwano go nakoniec siarkanem wapna, tak też i popularne wyrazy: Bóg i dusza, zastąpione zostaną umiejętnemi nazwami, zawierającemi definicyę ich istoty, my kotentujemy się dawną nomenklaturą i brońmy jej wobec materyalistów, wpatrując się w kochające serca, w dusze wzniosłe i bezinteresowne, i zapytując tych panów, który też nerw, za pomocą jakiego drgania i w jakim celu, wywołał tu litość, tam smutek, tam znowu wesele, a tam poświęcenie, urągające prawidłu o instynkcie zachowawczym?
Ale nim pp. filozofowie uszykują swoje sofizmata do odpowiedzi, wróćmy do opowiadania, od którego oderwało mię wspomnienie macierzyńskich uczuć pani Wielogrodzkiej dla Herminy. Wprawiła mię ona w kłopot niemały, z którego wybawić mię mogło chyba kłamstwo. Snać też tak się wprawiłem w to rzemiosło, dzięki wczorajszej przeprawie z Burglerem, że po niejakiem jąkaniu się zeznałem, iż chcę prosić o coś komornika, nic więcej. P. Wielogrodzka odetchnęła — robiąc prawdziwą bardzo uwagę, że „Wincenty nie irytuje się nigdy, gdy go się o co prosi“. Tymczasem komornik, w którego pokoju odbywała się ta cała scena, zapewniał doktora, że czuje się nieprzystępnym wszelkiemu wstrząśnieniu i że bez ceremonii można z nim mówić o najprzykrzejszych nawet interesach. Wszystko to razem trwało z półtora godziny, i tak byliśmy wszyscy przejęci obawą, by komornik ze wzruszenia nie dostał nowego ataku apopleksyi, że trapiliśmy go w nieskończoność oczekiwaniem rewelacyi, z którą miałem wystąpić, i naszemi zafrasowanemi minami. Nakoniec usadowiono go jak najwygodniej w fotelu, pani Wielogrodzka położyła na poręczku poduszkę skórzaną, aby mógł oprzeć głowę, i wszyscy wyszli, zostawiając nas samych.
— No, mów-że już raz, Mundziu — odezwał się komornik z uśmiechem — gracie ze mną coś nakształt komedyi: „I radość przestrasza.“ Ręczę że Klonowski wymyślił jakieś nowe szelmostwo, ale bądź spokojny, jestem przygotowany na wszystko z jego strony.
— Tak jest w rzeczy samej.
— Czy nie dotrzymał ci może układu i chce rozporządzić tobą wbrew twojej woli?
— Nie, nie chodzi o mnie.
— A więc ogłosił może na zebraniu szlacheckiem, że strułem rodzoną matkę, zadenuncyowałem dwóch patryotów i zrabowałem dyliżans, wiozący kasę podatkową?
— I o pana nie chodzi wcale, a przynajmniej nie tak bezpośrednio. Ale ponieważ nowa intryga mojego opiekuna nie udała się, więc wolę zacząć moje opowiadanie od końca, bo ten jest jeszcze najlepszy z wszystkiego. — To mówiąc, wyjąłem z kieszeni dokument Burglera i podałem go komornikowi, który go przejrzał szybko i zawołał z radością:
— A to doskonale! To przepysznie! Chodź-że, niech cię ucałuję, kochany moj chłopcze; nie mogłeś mi sprawić większej przyjemności, dniemi nocą myślałem tylko o tem! Lecz — dodał, poważniejąc nagle — zkąd ty wiesz o tem?... Czy broń Boże nie dowie się Hermina?
Opowiedziałem ile możności krótko i treściwie rzecz całą, nie tając żadnego szczegółu z rozmowy państwa Klonowskich i wpatrując się przytem pilnie w twarz komornika, czy nie robi to na nim zbyt silnego wrażenia. Kiedy wspomniałem o projekcie, według którego Burgler miał wystąpić ze swojemi prawami ojcowskiemi, komornik żachnął się z oburzenia. Przestałem natychmiast mówić, ale pan Wielogrodzki uspokoił się natychmiast i potrząsając papierem, który trzymał, powtarzał z zadowoleniem:
— No, no, nic nam teraz nie zrobią, kiedy to mamy w ręku!
Podróż moja do Czartopola i uwięzienie Burglera wprawiły zacnego komornika w śmiech serdeczny, a gdy skończyłem, nie szczędził mi pochwał, twierdząc, że bardzo zręcznie przeprowadziłem całą operacyę.
— Ten Burgler przepadł mi właśnie wtenczas, kiedy mi był najpotrzebniejszym — zauważył. — Póki był tu w Żarnowie, nie mogliśmy wykonać naszego zamiaru, bo moja żona nie miała wówczas jeszcze lat pięćdziesięciu, a prawo wymaga między innemi od przybranych rodziców, aby ten wiek skończyli. Później przepadł gdzieś bez śladu, uciekłszy z domu przed żoną. Klonowski mógłby go był w istocie użyć za narzędzie, gdybyś był nie otrzymał od niego tego pisma. Co się tyczy sukcesyi po mnie, to pomylił się Klonowski; babka jego żony nie była wcale Wielogrodzką z domu, ale tylko panną służącą u mego dziada i wyszedłszy za mąż, za ekonoma, który dorobił się wioski, wmówiła we wszystkich i w siebie samą podobnoś, jest panną Wielogrodzką z domu, chociaż to, między nami mówiąc, nie wysoka parentela, bo i ja mój ród wywodzę od jakiegoś podstarościego, który zresztą niczem nie splamił mojego drzewa genealogicznego. Gorzej już było z nieboszczykiem dziadem, choć był to swojego czasu dygnitarz ziemski i posłował na różne sejmy za Sasów i Stanisława Augusta. Ale cóż: pomagał zrywać te sejmy, przepijać kraj i rozszarpywać go, dusił chłopów w królewszczyznach, które trzymał, i podczas wojen napoleońskich dostał order austryacki za to, że przyczynił się do sztyftowania jakiegoś regimentu, który potem bił się z legionami Dąbrowskiego. Tfu, na takie szlachectwo, tfu, tfu! Daruję pani Klonowskiej mego dziada, razem z jego orderem! Zawsze atoli, dzięki naszym sądom, Klonowski mógłby w razie nagłej śmierci mojej wytoczyć proces, który pociągnąłby się najmniej dwadzieścia lat i zjadłby sukcesyę. Czekaj, zrobimy mu figla. Swoją drogą poczynię zaraz wszystkie kroki, aby załatwić, co potrzeba w sprawie adoptowania Herminy, a oprócz tego natychmiast przywołam świadków i spiszę testament, papiery zaś i gotówkę ciepłą ręką podzielę między żonę a Herminę. Moja mała, moja kochana Herminka! — Tu komornik ukrył twarz, udając, że czegoś szuka, a po chwili nie mogąc opanować swego wzruszenia, dodał zmienionym głosem: Tak, tak, mój Edmundzie, Pan Bóg odmówił nam własnych dzieci, ale dał nam za to małego aniołka w nasz dom, i szczerą z niego, serdeczną, prawdziwą pociechę! Niech ona nie dowie się nigdy, że nie jest naszą córką... pamiętaj, mój chłopcze! Wszak nie chciałbyś jej zasmucić, nieprawdaż? ty jesteś także dobrem, poczciwem dzieckiem!
Łzy płynęły po twarzy komornika, gdy mówił te słowa, a ja całowałem go W rękę i szlochałem tak, jak gdyby nie było teoryi Darwina na świecie, i jak gdybym nie był potomkiem Orangutana, i jak gdyby W organizmie naszym istniał nerw, przeznaczony do rozczulania się bez potrzeby i namacalnego powodu.
— Muszę ci powiedzieć, mój Mundziu — ozwał się komornik uspokoiwszy się trochę. — Za życia jeszcze nieboszczki twojej matki, która jedna Oprócz nas i Burglerów wiedziała o tajemnicy pochodzenia Herminy, chcieliśmy Oprócz córki, mieć jeszcze syna. Ale matka twoja sprzeciwiała się temu, a później Klonowski stanął nam na przeszkodzie. I kto wie, może lepiej się stało, że nie jesteście rodzeństwem, ty z Herminą. Kochacie się, może się kiedy pobierzecie! Mówiliśmy nieraz o tem z twoją nieocenioną matką, i choć to było zawsze pół-żartem, bo byliście małemi dziećmi, to panią Moulardowę cieszyły te żarty i wprawiały w dobry humor, a nas także. I teraz jeszcze zawcześnie mówić z tobą o takich rzeczach, ale widzisz, ja jestem stary, lada dzień mogę pożegnać was na zawsze, a chciałbym pożegnać was szczęśliwych. Powiedz mi, prawda, że kochasz Herminę?
— Kocham... — odpowiedziałem zmięszany i chciałem powiedzieć coś więcej, ale wstrzymały mię dwie myśli. Najpierw, jak to powiedzieć komornikowi w chwili, gdy był tak rozrzewnionym, a powtóre, skoro wyjawił mi, że miał zamiar adoptować mię, i że go po części wstrzymał od tego zamiaru projekt ożenienia mię z Herminą, czy nie mógłby przypuszczać, że pragnę, by wrócił do pierwszego swojego planu, opowiadając mu historyę moich kłopotów sercowych. Jak więc zostawiłem ks. Olszyckiego w jego błędzie, tak też postąpiłem z komornikiem, nie powiedziałem ani słowa więcej.

P. Wielogrodzki milczał chwilę, snać potrzebował się uspokoić. Potem polecił mi, abym zawołał jego żonę. Wykonałem to polecenie i zastałem w bawialnym pokoju resztę naszego towarzystwa, niespokojną i jakoś zaambarasowaną. Zdawało mi się, że wszyscy patrzą na mnie z nieufnością, że w oczach Herminy dostrzegam coś nakształt wyrzutu. Co gorsza, i we własnem sercu czułem coś podobnego. Doktor pożegnał nas i wyszedł; zostałem sam z Herminą i nie, śmiałem oczu podnieść na nią. Tak mi coś gniotło duszę, tak mię coś w niej bolało, i nie mogłem zdać sobie sprawy z tego, co mi było...






  1. Co pocznę, nieżonaty, dnia pierwszego marca?
  2. Chwytaj rad, coć obecna ofiaruje pora.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.