<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Momenty wychowawcze
Wydawca Spółka Akcyjna „Nasza Księgarnia“
Data wyd. 1924
Druk Zakłady Graficzne „Nasza Drukarnia“
Miejsce wyd. Warszawa — Łódź
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
IV.

Zdawało mi się zawsze, że dużą przeszkodą w racjonalnem wychowywaniu pojedyńczego dziecka jest niezawsze uświadomiona a mimo to obecna myśl, że — „nie warto“. Jako wychowawca wielu dziesiątków dzieci, mam poczucie wzmożonej odpowiedzialności, każde słowo moje znajduje echo w stu umysłach, każdy czyn śledzi sto par czujnych oczu; jeśli uda mi się wzruszyć, przekonać, pobudzić do czynu, to moje umiłowanie, wiara, czyn — potężnieje w sto; zawsze, nawet wówczas gdy zawiodą wszystkie nieomal dzieci, jedno czy dwoje — nie dziś to jutro — przekona, że zrozumiało, odczuło, jest ze mną. Wychowując sto, nie znam samotności, nie obawiam się zupełnej porażki. Oddając godziny, dnie, miesiące własnego życia jednemu dziecku — co czynię? Kosztem mego jednego własnego życia buduję też — jedno tylko życie. Każde moje zrzeczenie karmi tylko jedno. Łatwiej mi pokonać niechęć, znużenie, złe samopoczucie — i zaczynam opowiadać, gdy słuchać mnie będzie — sto.
Spotykając wychowawczynię, która dla jednego, dwojga dzieci — opuszczała gromadę, innemi słowy — przekładała miejsce prywatne nad ochronę, internat, — uważałem, że niema zamiłowania do swego zawodu, że pociągają ją: zysk, lepsze warunki i mniej pracy.
Dwa tygodnie tylko spędziłem ze Stefanem, jedenastoletnim chłopcem, — i przekonałem się, że obserwacja jednego dziecka daje równie bogaty materjał, równą sumę trosk i zadowoleń, co obserwacja wielkiej liczby dzieci. — Dostrzega się w tem jednem wiele więcej, odczuwa subtelniej i przemyśliwa każdy fakt głębiej.
Zdaje mi się, że znużony wychowawca gromady, ma prawo, może i obowiązek, — stosować taki płodozmian pracy: od tłumu usuwać się na czas pewien do zacisza i znów powracać do pracy nad tłumem. O ile wiem, do tej pory tak się nie działo — byli specjaliści indywidualnego i generalnego nauczania i wychowania.
Notatki czyniłem w formie pamiętnikowej, — tak je też pozostawiam. Jako dokument, mimo niezwykłe warunki czasu i terenu, mogą mieć pewną wartość.
NB. Byłem ordynatorem lazaretu polowego. W okresie wojennego zacisza wziąłem chłopca z przytułku; chciał się uczyć rzemiosła, a w lazarecie był warsztat stolarsko-ciesielski. — Dwa tygodnie z nim spędziłem tylko; zachorowałem i wyjechałem, chłopiec był jakiś czas jeszcze, potem zaczęły się pochody — ordynans zwrócił go przytułkowi.

Czwartek, dn. 8.III 1917 r.

Jest u mnie czwarty dzień. Chciałem notować od pierwszego dnia. Niestety jest tak zawsze z notatkami, że najwięcej do pisania, gdy niema czasu. To wielu zniechęca. Szkoda mi szeregu uczuć dziwnych, że minęły. Już się przyzwyczaiłem do jego obecności.
Nazywa się Stefan. Matka umarła, gdy miał 7 lat, — nie pamięta, jak było matce na imię. Ojciec na wojnie, czy w niewoli, czy zabity. Ma siedmnastoletniego brata, który jest w Tarnopolu. Mieszkał z bratem, potem z żołnierzami, od pół roku w przytułku. Przytułki otworzył związek miast, prowadzi je byle kto. Rząd to pozwala uczyć, to zabrania. To nie internat, a śmietnik, dokąd zrzucają dzieci, nieużytek wojny, smutne odpadki dyzenterji, tyfusu plamistego, cholery, które zmiatają rodziców, ba, matki tylko, bo ojcowie walczą o nowy podział świata. Wojna — to nie zbrodnia, to tryumfalny pochód, uczta oszalałych z pijanego wesela szatanów.
Ledwo zapytałem, czy chce, bym go wziął, już żałowałem.
— Nie teraz, w poniedziałek przyjadę po ciebie. Zapytaj się jutro brata, czy ci pozwoli. Poradź się, pomyśl.
Jedziemy — księżyc — śnieg. O czem myśli? — Rozgląda się ciekawie: kościół, dworzec, wagony, most. — Twarz pospolita. Jest podobno pracowity, — szpital ma swój warsztat ciesielski — oddam go Dudukowi na naukę.
Egzamin: nie zapomniał czytać. Zadanie arytmetyczne:
— Obecnie ile ma lat?
Czuję, że nie rozumie, co znaczy obecnie.
— Obecnie? To — jak komu co obiecać.
Nie poprawiam.
Dostał od brata 50 kop. — kupił ciastka z powidłami, cukierki, u nas jadł zimny salceson — arcydzieło Płaski, — wieczorem brzuch rozbolał. Ból w okolicy ślepej kiszki. To źle: chciałem, by jadał z kotła żołnierskiego, dopóki się nie rozstrzygnie, czy zostanie. — Chciałem, żeby odrazu miał ściśle określony plan dnia. — Walenty wzdycha:
— I poco to panu było?
Stefan ma wrodzone poczucie ładu: kiedy kończy lekcję, książki składa na boku stołu, pióro obok kałamarza. Zawiesił ręcznik, jeden koniec zwieszał się niżej — poprawił.
— Dlaczego za 50 kop. nakupił łakoci?
— A co będę żałował pieniądze?
To nie jego zdanie, a jakiegoś jego autorytetu: Nazarki, albo Klimowicza (Klim. ładnie rysuje).
— Ojciec wróci, — mówię mu.
— Jak wróci, to dobrze, a jak nie, to drugie dobrze.
To też musiał słyszeć. Ile głupstw mogłem mu powiedzieć na temat:
— Fe, jakże można... o ojcu... i t. d. Jego teraz inne sprawy zajmują:
— Poco są te paski przy lusterku?
— Ten pasek do mydła, ten do grzebienia, ten do szczotki do zębów.
— Czy ta papierośnica, jak była nowa, to też była skóra popękana?
— Tak, to jest niby krokodylowa skóra.
Uwaga dla wychowawców. Gdy przyjeżdżasz do domu w roli wychowawcy, niech dzieci będą w twoim pokoju, gdy rozpakowujesz rzeczy, niech ci pomagają rozwiązywać kosze czy kufer, wyjmować i ustawiać drobiazgi. Zawiąże się rozmowa na temat twego zegarka, scyzoryka, neseseru. Ta rozmowa szybko i naturalnie zbliża cię z dzieckiem. Ono w ten sposób zawiązuje znajomości z rówieśnikami. Wartoby nad tem pomyśleć: jak często dorośli zawiązują znajomości przez dzieci i dzięki rozmowie o dzieciach (w ogrodzie, na letniem mieszkaniu). Chłopcy zawiązują znajomość dzięki piłce, dziewczynki zaznajamiają się przez lalki. Jeśli powiesz, że nieładnie wszystko ruszać, o wszystko wypytywać, one się zażenują, odczują niechęć. Można im będzie powiedzieć za miesiąc, za trzy miesiące, gdy to dotyczeć będzie nie ciebie a kogoś obcego. A wy przecież znajomi.
— Ile kosztuje ta papierośnica?
— Pewnie dwa albo trzy ruble. Nie wiem, nie pamiętam, bo ją dawno już mam. O widzisz, zamek zepsuty: nie zatrzaskuje się.
— A czy nie można poprawić.
— Pewnie można, ale mi to nie szkodzi, bo się i tak papierosy nie wysypią.


Jeszcze nie wychowuję, dopiero obserwuję, staram się nie robić żadnych uwag, żeby go nie płoszyć. A przecież w ciągu tych czterech dni dwa razy musiałem go pouczyć.
Pierwsze. Podczas lekcji ze Stefanem — wchodzi felczer. Byłem dyżurny: chorych przywieźli.
— Cały dzień do pana łażą, mówi zniecierpliwiony podniesionym głosem.
I ton i wyraz twarzy dowodzą, że to nie jego zdanie. Tak musiała mówić w przytułku albo panna Lonia, albo kucharka.
— Nie mów tak, — powiadam łagodnie po wyjściu felczera.
— A bo ja czytam, a on lezie.
Dziwi go, że w szpitalu jest 217 chorych i rannych.
— To pan, jak dyżurny, musi wszystkich oglądać.
— Nie, tylko nowych oglądam, żeby nie położyli jakiego zaraźliwego chorego obok zwyczajnych chorych.
— Prawda, że kur (odra) — to zaraźliwa choroba. Jak ja chorowałem na kur, to dusiłem się i już nic nie mogłem mówić. Tata dał mi naftę pić, to lepiej się zrobiło. Tata nigdy nie chodził do doktora, tylko sam wszystko wiedział jak leczyć.
— Tata twój był mądry człowiek, — mówię z przekonaniem.
— Pewnie, że mądry, — potwierdza głową.
Aż dusi mnie chęć, żeby zadać pytanie, jakże on tak powiedział, że jak tata nie wróci, to też będzie dobrze. Nie, jeszcze zawcześnie na to...
Druga uwaga.
— Słuchaj Stefek, nie mów na pana Walentego: „Walenty“, tylko: pan Walenty.
— Ja mówię: pan Walenty. Echo przytułku: wykręcanie się.
To była moja wina — teraz mówiąc ze Stefanem zawsze mówię: pan Walenty.
Sprawa ważna, szczególniej w internacie dla sierot. Stróż, pomywaczka, praczka czują żal do dzieci, gdy nazywają po imieniu. Mówiąc z dziećmi, zawsze należy mówić: pan Wojciech, panna Rózia, pani Skorupska.


Potwierdza się, co mówiłem o internacie: choroba w rodzinie zbliża dziecko. Nie darmo i rodzice i dzieci wspominają chętnie, a przynajmniej dobrze pamiętają — przebyte choroby. W internacie choroba — kłopot zbędny, częstokroć oddala.
Ile miałem kłopotu, aby mu umożliwić w łóżku pisanie. — Musiałem wyjąć z pudła całą zawartość, kałamarz umieściłem w puszce od konserwów, z której mi Walenty zrobił popielniczkę. Pod pudło trzeba było podłożyć z jednej strony poduszkę, z drugiej książki. Podziękował mi za to uśmiechem. — Na podobny luksus internat nie może sobie pozwolić.
— Wygodnie ci?
— Tak, — i uśmiech.
Zagospodarował się na tym stole: z boku książki, w rowku między deskami skrzynki — ołówek, — to poczucie ładu jest w nim wrodzone. Nowa sytuacja, więc nie naśladuje wzorów, — sam działa.
Teraz siedzi i przepisuje z elementarza wierszyk. Szepce.
— Białą — białą — białą...
I kończy z wysiłkiem myślowym:
— Białą koszu — białą koszulecz — koszuleczkę.
Wzdycha.
— Białą koszuleczkę... Dam jej na drogę białą koszuleczkę.
A mimo to zrobił tu błąd — napisał: blałą.
— Widzisz, zamiast białą napisałeś blałą.
Uśmiech zażenowania.
— Jeszcze raz przepiszę.
— Daj lepiej spokój teraz, już po herbacie przepiszesz.
— Nie, teraz.
Znów cisza, przerywana jego skupionym szeptem. — Chmurny patrzy, jak i w drugiem przepisywaniu są błędy. W pierwszem przepisywaniu przepuściłem dla zachęty parę błędów, tym razem — nie. Onegdaj wieczorem źle czytał, nie wiedział dlaczego.
— Bo głodny jesteś, — powiedziałem. Chciałem wiedzieć, czy tę uwagę pamięta.
— Jak myślisz: dlaczego teraz gorzej wyszło?
— Bo jak raz się nie uda, to już potem gorzej się nie udaje.
I z desperacją:
— Przepiszę jeszcze raz.
Aż zarumienił się, pięści ścisnął. — Pocałowałem go w głowę — idjotyczny pocałunek, usunął się lekko w stronę:
— Siero-sieroteńka uboga...
Akurat w niebezpiecznem miejscu, gdzie w poprzedniem przepisywaniu przepuścił cały wiersz, Walenty przynosi herbatę.
— Na drogę — na drogę dam jej — dam jej na drogę.
Walenty kładzie cukier do szklanki. — Stefan rzuca przelotnie wzrokiem, — dalej pisze.
— Znalazł się nóż, — mówi Walenty.
Stefan uważnie spojrzał: nóż — jaki nóż? — oparł głowę na ręce — lada moment zerwie się pytanie — nie, pokonał pokusę, — znów skupiony. — Walenty uśmiecha się, ja notuję szybko, szkicuję interesujący moment, — on nic nie dostrzega. I po chwili z tryumfem, pełnym oczekiwania:
— Już, psze pana, — i uśmiech.
— Dobrze, tylko literę jedną zjadłeś; chcesz poszukać?
Pije herbatę, zmarszczył brwi, — szuka zjedzonej litery.
Szkoda, że nie spojrzałem na zegarek: jak długo pisał.
— Zegarek — zegarek! — ileż razy ja sobie powtarzałem, — i zawsze zapominam.
Dwie myśli:
W ciągu długich miesięcy pobytu wśród gromady dzieci ani razu nie zwróciłem uwagi na uśmiech, — to objaw zbyt subtelny, zbyt drobny, poniżej proga świadomości. Teraz dopiero widzę, że to ważny, wart studjów objaw.
Gdy mnie się pytał niby od niechcenia:
— Czy będę mógł jeździć na koniu? To też z uśmiechem zniewalającym(?). Odpowiedziałem wykrętnie: teraz ślisko, konie źle podkute, — może w lecie. Dzieci muszą wiedzieć, że ich uśmiech obowiązuje.
Druga myśl:
Przepisywanie nie jest dla dziecka czynnością bezmyślną, — przeciwnie, wymaga nawet dużego wysiłku: żeby nie opuścić litery, wyrazu, całego wiersza; żeby dwa razy nie przepisać tego samego wyrazu, wiersza; żeby nie zrobić błędu; żeby wyraz bez przenoszenia mieścił mu się w wierszu; żeby litery były równe i w równem oddaleniu. Kto wie, czy przez przepisywanie nie dochodzi dziecko dopiero do zupełnego zrozumienia czytanego tekstu. Rzecz jasna, że umysły twórcze będą się szybciej nużyły biernem przepisywaniem. Stefan podczas przepisywania podobny był do malarza, kopjującego arcydzieło mistrza. Jakże biedny jest nauczyciel, zmuszony poprawiać mazaninę czterdziestu kajetów, jeśli nie widział, więc nie czuje wysiłku tej pracy zbiorowej.


Dla dziecka czytanie — to nie tylko trudność w składaniu liter, ale szereg niezrozumiałych wyrazów, niespodzianek gramatycznych. Więc czyta:
— Jabł-jab-ł-ka, jab-ł-ka (pauza, podczas której domyśla się znaczenia wyrazu) — i szybko, płynnie odczytuje ten sam wyraz — japka.
To samo w wierszyku:
— Bo mię-mię pol-skiej pio-pios-piosn-ki (z niedowierzaniem) pios-n-ki, piosnki (do siebie półgłosem) piosnki co tam piosnki (i kończy głośno) polskiej piosenki skowronki uczyły.


My, akrobaci płynnego czytania, gdzie z dwóch liter domyślamy się wyrazu, a z dwóch wyrazów całego zdania, nie umiemy zdać sobie sprawy ani z trudności, z któremi walczy dziecko, ani ze sposobów, których używa, by sobie ułatwić pracę.
Onegdaj cztery razy czytał w powiastce „Franek“ zamiast: „Felek”. Nie poprawiałem. Kiedy skończył czytanie, pytam się:
— Jak się ten chłopak nazywał?
— Franek.
— Jutro a nie dziś.
— A Franek.
— Załóż się ze mną, że nie Franek.
Czyta:
— Fra-Fre-Fe-Felek.
— A widzisz, dobrze że się nie założyłeś.
— A dobrze.
— Pewnie znasz Franka?
— Znam.
— A Felka?
— Nie znam.
Toż samo było przy arytmetyce. Zamiast: ogórki, dwa razy przeczytał: gruszki.
— Pięć gruszek, — oznajmia mi odpowiedź zadania.
— Ani się zaczyna.
Milknie, po chwili stanowczo z odcieniem gniewu:
— A właśnie, że pięć.
— A no pięć, ale nie gruszek.
— A czego?
— Zobacz, to będziesz wiedział.
— ...gru ...ogru ...ogó ...ogórków.
— A widzisz: słuchaj Stefan, może ty czarodziej jaki albo co: z Felków robisz Franków, z ogórków gruszki.
Jest taki miły w zadziwieniu, w tem zaskoczeniu, w tem: co się dzieje, jak to się stało, — że go całuję. (Zbyteczne zupełnie, — kiedy ja się od tego oduczę?).


Gniewa go niezrozumiały zwrot.
Czyta:
— Przekupka ma 9 jabłek. Ile jabłek jej zostanie, jeżeli 4 chłopców weźmie po 2 jabłka każdy.
I do siebie półgłosem:
— Jakiś tam każdy. (I głośno). Jedno jabłko.


∗             ∗

— Dwie monety... Monety, już wiem, co to jest, ale zapomniałem.
To pozornie nielogiczne zdanie ma jednak rozumną podstawę: jeśli nie wie, bo zapomniał, to może sobie jednak przypomnieć.


∗             ∗

Przy dwudziestem już jakiemś zadaniu proponuje:
— Będę cicho czytał i będę panu pisał, ile wypadnie.
— Dobrze, a ja będę kiwał głową czy dobrze.
Nie on pierwszy robi mi podobną propozycję. Nie wiem, czy dziecko chce w ten sposób wprowadzić pewne urozmaicenie w pracy, czy też jest w tem życzeniu — głębsze podłoże: potrzeba ciszy przy skupionej pracy.

Wieczór.

Zmówił modlitwę, pocałował w rękę (echo domu rodzinnego, rozbitego przez wojnę gniazda, jednego ze stu, z tysiąca, tysięcy). Piszę. Leży cicho — oczy ma otwarte.
— Proszę pana, czy to prawda, że jak ogolić, to już włosy nie rosną?
Boi się, by otwartą wzmianką o łysinie nie urazić mnie.
— Nieprawda, przecież brodę się goli, a rośnie.
— Niektórzy żołnierze mają takie brody do pasa — jak żydzi. Dlaczego?
— Już taki zwyczaj. A anglicy to nawet wąsy golą.
— Czy prawda, że u niemców jest dużo żydów?
— Są u niemców, są ruscy żydzi, są żydzi polacy.
— Pan mówi żydzi polacy. Czy polacy to żydzi?
— Nie, polacy są katolicy. Ale jak kto mówi po polsku, chce żeby polakowi było dobrze, dobrze im życzy, to też jest polak.
— Moja mama była rusinka, a tato polak. A chłopcy idą za ojcem. — A pan wie, gdzie są Podgajce? Mój tata jest stamtąd.
— A ile lat ma twój tata?
— Miał 42, a teraz ma 45.
— To cię tata może nie pozna, bo urosłeś.
— Nie wiem, czy tatę bym poznał.
— A nie masz fotografji?
— Ta gdzie? A są żołnierze podobni do mego taty.
Cisza. — Wieczór — to niezwykle ważna pora dla dziecka. Najczęściej — wspomnienia, też często — ciche refleksje i łagodne szeptane rozmowy. To samo w domu sierot, to samo na kolonji letniej.
— Czy pan książkę pisze?
— Tak.
— Czy pan sam napisał mój elementarz?
— Nie.
— To pan kupił?
— Tak.
— Pewnie pan pół rubla zapłacił.
— Nie, tylko 25 kopiejek.
Znów cisza. Zapalam papierosa.
— Prawda, że siarką można się otruć?
— Można. A bo co?
Nie rozumiem intencji pytania.
— Bo byli zapałki, to jak szli na manewry...
Echo jakiegoś zatartego opowiadania ojca o wyższości pewnych gatunków zapałek — coś, słyszane przed laty: kiedy ojciec jego był kawalerem i służył w wojsku, w zupie była siarka — żołnierze się potruli.
Nie zrozumiałem, Stefan mówi sennym głosem, mętnieje — śpi.
Jak ja w dzieciństwie gorąco pragnąłem zobaczyć swego anioła stróża. Udawałem, że śpię, a potem nagle otwierałem oczy. Nic dziwnego, że się ukrywał. I w ogrodzie Saskim: myślisz, że niema w pobliżu stróża, a tylko na trawnik wbiegłeś po piłkę, już jest i grozi zdaleka. Przykro mi było, że ten mój anioł nazywa się stróżem.

Piąty dzień.

Duduk chwali Stefana: pracowity. Kiedy byłem w warsztacie, piłował drzewo. Nie mogłem spokojnie patrzeć: deska jeździ na wszystkie strony, piła tępa skacze po desce, — tak łatwo może pociąć palce. — Ale nie mówię nic. Przecież to byłby nonsens mówić, żeby był ostrożny. Już i tak:
— Nie wychodź boso na dwór. Nie pij surowej wody. Czy ci nie zimno, czy brzuch nie boli?
Toć to właśnie egoizuje, deprawuje, ogłupia — „nasze“ dzieci.
Wrócił z warsztatu o 6-ej.
Nie chce jechać w niedzielę do Tarnopola.
— Po co? Tydzień i zaraz jeździć. Czy pan Walenty też z nami pojedzie? Czy długo będziemy?
Nie chce pisać listu do brata.
— Przecie go zobaczę.
— A jak go nie zastaniesz w domu?
— No to niech już będzie.
— Więc co na początku napiszesz?
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— A dalej?
— Nie mogę wiedzieć.
— Czy napisać, że byłeś słaby?
— Nie!
Ledwo się powstrzymałem od ironicznego pytania: „no, a o ciastku z powidłami i salcesonie?”
List krótki: pracuję w warsztacie ciesielskim, robota mi się podoba, pan uczy mnie czytać i rachować, możesz być o mnie spokojny.
— Jak podpisać?
— Stefan Zagrodnik.
— A może napisać: całuję cię serdecznie.
— Eee, nie potrzeba.
— Dlaczego?
Szeptem:
— Bo się wstydzę.
Proponuję:
— Czy chcesz teraz ze swego przepisać na czysto, czy ja ci napiszę na kartce, a ty z kartki przepiszesz?
Daję papier listowy i kopertę — Dwa razy probował, — nie udało się. — Tyle papieru zepsuł. — Dobrze, jutro z mojej kartki przepisze.
Zadania arytmetyczne robiliśmy bez przerwy półtorej godziny.
— Już dosyć?
— Nie, do końca stronicy.
Kto wie, czy zbiór zadań nie jest najlepszym podręcznikiem do ćwiczeń w czytaniu. — Zadania, zagadki, szarady, żartobliwe pytania — dziecko je nie tylko musi, ale chce zrozumieć. — Zresztą nie wiem: może rozdwojenie uwagi nie jest pożądane. — Dość, że w dzisiejszej lekcji zadania wyrugowały i zastąpiły czytanie.
— Ile pan papierosów pali, pewnie pięćdziesiąt?
— Nie, dwadzieścia.
— Niezdrowo palić: jeden chłopiec chuchnął na papier, to się zrobił cały żółty. Jak w papierosie jest wata, to zatrzymuje dym.
— A ty paliłeś już kiedy?
— Czemu nie?
— W ochronce?
— Nie, jak byłem z bratem.
— A skąd brałeś?
— Jak leżały na stole albo na szafie... A czy panu się kręci w głowie.
— Pewnie się trochę kręci.
— A mnie się kręciło... Ja nie chcę się przyzwyczajać do palenia.
Pauza.
— Prawda, ze jak będzie ciepło, to będziemy na koniach jeździli? (to dla niego ważne, — pamięta obietnicę).
— Lepiej, żebyśmy nie jeździli, a stali na miejscu.
— Nie, ja myślę — do Tarnopola.
— Konie boją się samochodów.
— No to co, jak trochę poniesie...
— A jak w bok skoczy?
Opowiadam, jak się pod Łomżą koń o mało co nie zwalił z wysokiej góry.
Kładzie się do łóżka. Ja nakręcam zegarek.
— Prawda, że są zegarki, co się w obie strony nakręcają.
Pokazuję, że i mój nakręca się — „w obie strony“.
Biorę się do pisania, — porządkowania notatek.
— Proszę pana, ja włożyłem nową stalówkę, bo tamta zacinała papier.
— Zepsuła się prędko, bo pisałeś nią po stole, a od drzewa koniec się tępi.
Dopiero teraz, mimochodem, zwróciłem uwagę na niewłaściwość, przekonałem się wielokrotnie, że podobne uwagi mają znacznie większą wartość.
Cisza...
— Dlaczego pan tyle kartek podarł?
Tłomaczę, co znaczy notowanie naprędce, a co opracowanie notatek.
— Naprzykład notuję coś o chorym: kaszel, gorączka. A potem jak mam czas, przepisuję porządnie.
— Mama kasłała, krwią pluła — był cyrulik — powiedział, że z tego nic nie będzie. Potem mama chodzili do szpitala, aż umarli.
(Westchnienie, potem ziewnięcie. Westchnienie jest naśladownictwem: tak się zwykło wzdychać, mówiąc o zmarłych).

Szósty dzień.

Ledwo wypił herbatę, pobiegł do warsztatu. Mignął mi na chwilę podczas obiadu — wrócił o 6-ej.
Rozpocząłem bardzo ciekawą próbę: patrzę na zegar, jak długo czyta daną powiastkę i ile błędów zrobił, — nie poprawiam go podczas czytania, dopiero po skończeniu. Więc dwa razy czyta, pierwszy raz 4 minuty 35 sekund przy 8 błędach, za drugim razem 3 minuty 50 sekund i tylko 6 błędów.
Awantura o konia. Gramy w warcaby. W przytułku — byli chłopcy, którzy dobrze grali, z nim nie chcieli grać: „kto będzie się chciał bawić, jak nie umiem“. — Nabrał jednak od nich manier dobrego gracza, a oto: przed posunięciem przebiera w powietrzu palcami, żeby jak jastrząb spaść na pionki przeciwnika, to cmoka ustami, to posuwa z nonszalancją uderzeniem paznokcia, z pogardliwym wyrazem twarzy i lekceważącem wydęciem ust. Są to niemiłe maniery nawet u dobrego gracza, tembardziej u partacza, któremu dla zachęty daję czasem nierozegraną.
Gramy tedy. Nagle:
— Proszę pana, niech pan jutro jedzie koleją, a ja z panem Walentym pojedziemy na koniu.
— Głupiś. Czy konie są do jazdy, — myślisz? Zresztą poproś pułkownika.
— A da?
— Figę da.
— No, niech pan suwa.
Mówi to głosem rozdrażnionym. Zaczyna grać nieuczciwie, postanawia wygrać za wszelką cenę, — zemścić się.
— Ee, jak pan idzie... No prędzej... Taki pan mądry.
Udaję, że nie dostrzegam, ale gram uważniej, żeby pomimo to wygrać, — ukarać go.
— Zobaczy pan, że pan przegra.
— Ty przegrasz, bo grasz nieuczciwie, — mówię głosem spokojnym ale stanowczym.
Jeśli swoją wolę podporządkuję woli dziecka, to musi wkraść się lekceważenie. Faktami, bez gderania, należy przeciwstawiać się, zabiegać o zachowanie autorytetu.
Figur pozostało niewiele, — zadaję mu cios dotkliwy: traci damę.
— Nie umiem grać damami, — mówi z rezygnacją.
— I pionkami jeszcze nie grasz dobrze, ale się nauczysz.
Kiedy myłem ręce, nalewa mi wodę z kubka, podaje ręcznik, mówi, żebym pił herbatę, bo wystygnie. Bez słowa jednego okazałem urazę, on bardzo subtelnie przeprosił za to, co czuł względem mnie.
W tej awanturze o konia było, prócz gniewu, i lekceważenie. — Skąd się wzięło, gdzie jego źródło? Może moje: czy chcesz rachować — czytać — pisać? — może to go niecierpliwi. Dzieci lubią pewien przymus: to im ułatwia walkę z wewnętrznym oporem, oszczędza pracę myślową wyboru. Decyzja jest mozołem dobrowolnych zrzeczeń przy wzmożonej odpowiedzialności za wynik. Nakaz obowiązuje tylko zewnętrznie, wolny wybór — wewnętrznie. Jeśli pozostawiasz mi głos decydujący, toś albo głupi, więc sam nie wiesz, albo leniwy, więc sam nie chcesz:
Skąd ten lekki jeszcze obłok lekceważenia? — Jemu daje obwarzanki, sam jem chleb razowy. Już dwa razy zachęcał mnie do obwarzanków, sobie wziął lepsze, wypieczone: nikt go nie uczył obłudy tych towarzyskich drobniusich ofiar, które mają ujawniać gotowość do istotnych, dużych ofiar.
Ten drobiazg, to nic, co nazwałem awanturą o konia — dowodzi, że minął okres ośmielania go, że mogę zwolna zacząć go wychowywać. Zbieram materjał do tej rozmowy...
Wieczorem przeglądam jego brudną koszulę; rozumie się — wesz.
— Co tam było? (niepokój w głosie).
— Weszka.
— Bo w ochronie prześcieradeł nie zmieniali. Kołdry takie brudne.
— To nic, — już teraz pewnie nie będzie. — A dlaczego nie zmieniali prześcieradeł?
— Nie wiem, pewnie im się nie chciało prać.
Pierwsza rozmowa o ochronce.
— Sanitara się nie boją, a sołdata się boją. — Nie, sołdat też nie bije, bo nie wolno bić — pani by się na niego gniewała.
— Czasem tylko jak sołdat krzyczy, to da pasem, ale bić to nie bije.
— A ty dostałeś kiedy?
— Co nie miałem dostać?
Wygląda tak: nie biją, ale biją. — A jednak Stefan ma słuszność: nie biją, nie wolno bić, sołdat krzyczy, zapewne grozi, a zrzadka, wyjątkowo, w tajemnicy da pasem.
Dawniej śmiałem się z tej pozornie nielogicznej mowy. Przestałem się śmiać jakieś trzy lata temu, gdy Lejbuś powiedział:
— Ja bardzo lubię łódką jeździć.
— A ty jeździłeś kiedy?
— Nie, nigdy w życiu.
Conajwyżej błąd w wysłowieniu, a nie brak logiki: on pewien jest, że to przyjemne.

Siódmy dzień.

U Czekowa byli goście — karty. Kolacja spóźniona. Walenty był dyżurnym w jadalni. Wychodzę zły koło dwunastej. Wracam do chałupy, zapalam lampę, — Stefana niema. Kie licho? — Wychodzę, we drzwiach spotykam się ze Stefanem.
— Gdzie byłeś?
— W kuchni. Co raz wychodzę, patrzę przez okno, a pan siedzi. Aż patrzę — pana niema. — Tak leciałem, żeby pana dogonić.
— Bałeś się?
— Ta czego się miałem bać?
Nie, nie bał się. Czekał, wyglądał, biegł, żeby razem. — Dwa lata nie widziałem nikogo ze swoich, pół roku temu — list, krótki, pognieciony, przypadkiem przedarł się przez kordon bagnetów, rewizorów, szpiegów. — I oto znów nie jestem sam.
Doznałem uczucia bezgranicznej wdzięczności dla tego dziecka. Niema w niem nic wybitnego, nic coby pociągało, przykuwało. Twarz pospolita, postać bez wdzięku, umysł przeciętny, mało wyobraźni, brak czułostkowości zupełny — nic z tego, co zdobi dzieci. Ale przez to niepozorne dziecko, jak przez krzew bylejaki, przemawia natura, jej prawa odwieczne, Bóg. Dzięki ci, właśnie żeś taki — ot sobie...
— Synek mój, — pomyślałem tkliwie.
Jak mu podziękować?
— Słuchaj, Stefek, jak masz o coś zapytać, albo masz zmartwienie, albo coś chcesz, — to powiedz mi.
— Ja nie lubię dokuczać.
Tłomaczę, że nie.
— Jak nie można, to ci powiem, że nie, wytłomaczę. Naprzykład z koniem; konie muszą wozić drzewo, chleb, chorych...
— Ja chcę, żeby pan mi przyniósł obwarzanki.
— Dobrze, będziesz miał obwarzanki.
Dziś właśnie skończył się zapas, przygotowany na okres diety.


Pojechaliśmy do Tarnopola sankami. Stefan smutny jakiś. Ani jednej z tych uwag dziecięcych, które każą nam patrzeć na to, czego już nie dostrzegamy i wspominać to, cośmy niegdyś bardzo — bardzo widzieli.
Stefan miał iść z Walentym do kościoła, potem Stefan do brata, a Walenty za sprawunkami. Ja miałem poszukać okulisty, który był podobno w jakimś szpitalu wojskowym. Zejdziemy się w ochronce. — W ciągu drogi kilkakrotnie zmienia postanowienie: najprzód pójdzie do ochronki, nie, najprzód do brata, nie — z Walentym chce iść.
W ochronce pani go zawołała: stał jakiś dziwnie tępy, bezbarwny, odpowiada na pytania głosem cichym, apatycznym. Dopiero gdyśmy wyszli, zrozumiałem, dlaczego nie chciał jechać do Tarnopola, dlaczego w drodze był smutny, dlaczego tak prędko powiedział: „no, idziemy już“, gdy wyszedłem z pokoju pani.
Stefan bał się, że go zostawię.
Trzeba kupić czajnik.
— To ja pójdę z panem Walentym, ja wiem, gdzie można kupić.
Wyjmuję portmonetkę.
— O, Walek (nie — pan Walenty) dostanie 10 rubli, kupimy sobie ciastka...
Ten jego ton zaczepny ma znaczyć: „wcale się nie bałem, wiedziałem, że nie zostawicie mnie tu...“
Dziwnie niechętnie mówi o bracie. Nie wiem, dlaczego. Nie chce, abym się z bratem spotkał: co to ma znaczyć?


Czyta, — skończył.
— No, ile błędów zrobiłem?
— Zgadnij.
— Pięć.
— Nie, tylko cztery.
— To o dwa mniej, jak pierwszy raz.
Źle przeczytał i zaraz sam się poprawił.
— Czy to pan liczy?
Ten sam wierszyk za pierwszym razem czyta 20 sekund, za drugim razem 15 sekund, za trzecim też — 15.
— Czy jego nie można już prędzej czytać?
Stara się szybko czytać:
— Strach—stra—sta—staruszka...
Szybko przewraca stronicę, żeby nie tracić czasu.
Wiersz „Wisła“ czytał wczoraj trzy razy, dziś — cztery razy; rezultat niezmiernie ciekawy:
Wczoraj: 20 sekund, 15 sekund, 11 sekund.
Dziś:111076 sekund.
Wiersz „Sierotka“ to samo:
Wczoraj: 20 sekund, 15 sekund, 15 sekund.
Dziś:151210
Zyskana podczas trzeciego wczorajszego czytania wprawa — przechowała się w całości.
Notuję w formie ułamka: licznik to ilość sekund, mianownik — ilość błędów. Więc 24″/3 = 24 sekundy, 3 błędy. — Wychodząc z założenia: oceniam czas pracy i jakość, — mogę zrzec się stopni z czytania.
Przy czytaniu zaplątał się na wyrazie: piosenka — stracił dużo czasu, — przerwał:
— Eee, to będzie długo.
Walenty robi uwagę:
— To tak jak koń — zahaczy się i nie może pociągnąć.
Pozwoliłem mu zacząć na nowo.

Ósmy dzień.

Pisałem wczoraj: uwagi dziecięce, które zmuszają nas znów do patrzenia na to, czego już nie dostrzegamy. Oto parę przykładów:
— O, niech pan patrzy, jaka pieczątka na herbacie. (Gdy włożył cukier, wypłynęły na powierzchnię pęcherzyki powietrza).
— Ile kawałków cukru pan włożył?
— Jeden.
— A niech pan patrzy, że są dwa. (Szklanka jest szlifowana)...
Przy obwarzanku:
— Z czego się robi mak? — Ja: rośnie. — A dlaczego czarny? Ja: bo dojrzały. — Prawda, że on ma we środku takie ścianki, i w każdej ściance jest potrochu? — Ja: Mhm. — Czy z ogrodu może być taki cały talerz maku?
Jego pojęcie ogrodu składa się z czterech, pięciu wyobrażeń, moje — ze stu, z tysiąca. — To takie jasne, a jednak dopiero dzięki temu pytaniu długo zastanawiałem się nad tem. Wiele pozornie nielogicznych pytań dziecięcych w tem ma swe źródło. Dlatego tak trudno porozumieć się nam z dziećmi, że one używając tych samych, co i my, wyrazów, wkładają w nie zupełnie inną treść. Moje: ogród, ojciec, śmierć nie są jego ogrodem, ojcem, śmiercią.
Ojciec — lekarz pokazuje kulę, którą podczas operacji wyjął z rannego.
— Czy ciebie, tatusiu, taką samą kulą zabiją? — pyta się ośmioletnia córeczka.
Wieś i miasto też nie mogą się zrozumieć, pan i niewolnik, syty i głodny, młody i stary, może — mężczyzna i kobieta. My tylko udajemy, że się rozumiemy.


Stefan przez cały tydzień patrzał obojętnie, jak wszyscy wokoło rówieśnicy zjeżdżają ze wszystkich górek i wzgórków — na sankach. Taka silna pokusa: a sam pracuje u cieśli. — Jeszcze przed obiadem robił z Dudukiem łóżka dla chorych, wieczorem — wrócił z sankami.
— Ja tylko dwa razy zjadę.
— Dwa razy, a nie trzy razy? — pytam się z niedowierzaniem.
Uśmiecha się, poleciał. Długo go nie było. Było pusto w izbie i cicho; tajemnicą jest dla mnie, dlaczego Walenty, który ciągle jeszcze zrzędzi na kłopot bez pożytku, dwa razy chciał go wołać do domu: może i jemu stały się potrzebą wieczorne moje lekcje ze Stefanem.
Wrócił, usiadł — czeka.
— Czy dobre sanki?
— Nie wyjeżdżone jeszcze.
Rzuciłem obojętne pytanie, niczem nie zdradziłem, jak całą duszą jestem po jego stronie, jak zupełnie przebaczam opóźnienie nie jemu, ale temu rumieńcowi zdyszania i pogodnego zdrowego wzruszenia. — I zrozumiał, i chciał wyzyskać: sięgnął ręką po warcaby, patrząc pytająco na mnie.
— Nie, synku.
Bez cienia protestu, przeciwnie, z zadowoleniem bierze książkę. Miałem uczucie, że gdybym był ustąpił, sprawiłbym mu przykrość.
— Ale bez zegarka, — mówi szybko.
— Dlaczego?
— Bo z zegarkiem zdaje się, jakby kto na głowie stojał i poganiał.
Czyta. Tak jeszcze nie czytał. To było natchnienie. Jestem zdumiony, — uszom własnym nie wierzę. Nie czyta, a sankami ślizga się po książce, ustokrotnionym wysiłkiem woli zdobywa przeszkody. Cały nierozproszony hazard sportu przenosi na naukę. Już teraz pewien jestem, że poprawiać błędy w czytaniu — to nonsens: on nie widzi mnie i nie powinien widzieć, — sam na sam ze swoją rwącą wolą.
Biorę pióro, — notuję.


Błędy, pochodzące z chęci opanowania tekstu, rozumienia treści:
Czyta: „dzieci poszli, mówili“. Czyta: „chleb się robi“ zamiast: „rodzi“. Czyta: „dał znak“ zamiast: „dał znać“. Czyta: „Hanusia“ zamiast: „Anusia“, (porównaj: Felek i Franek).
Czyta:
— Lekarz dał znak babce, aby ich (dzieci) wyprowadziła, — zamiast: aby je wyprowadziła...
Walka o treść:
— W gużej książce — nie — w dużej książce. — Gdy nauczyciel się wierszy — aaa — gdy nauczył się wierszyków.
Błędy, bo myśl mąci wzrok.
Tekst:
Poklękały dzieci z babcią... z płaczem wołały: „Boże, Boże, zachowaj nam kochaną mamę przy życiu. Wstaw się za nami, Najświętsza Panno Marjo! Spraw, żeby nasza mama wyzdrowiała.
— Potem poklękała babcia dzieci do łóżek (zamiast: pokładła babcia...)
Tekst:
O tej porze matka krzątała się zwykle koło obiadu. Do obiadu zgromadzała się cała rodzina. Na pierwszych miejscach siedzieli pochyleni wiekiem staruszkowie: dziadzio i babcia Jasia.
— Dziadzio był niegłodyś (zamiast niegdyś)...
Dziwactwa mowy pisanej: toć mówi się: s konia, fstał, japka, muk, wzioł, szczelać; dlaczego pisze się: z konia, wstał, mógł, wziął, strzelać.
Jeśli dziecko tego nie powie, to z głosu, wyrazu twarzy, pauzy w czytaniu, akcentu na cudacznych literach — poznać można, że to je dziwi, niekiedy niecierpliwi...
Jeśli nie poszturgujemy dziecka przy pracy czytania ciągłem poprawianiem, objaśnianiem, — możemy piękne robić obserwacje:
Stefan czyta: „wy—wybec—wy... wypiec. Ja poprawiam: wybiedz. On powtarza: wypiec — i czyta dalej, nie słyszał, co ja powiedziałem, zajęty pracą, pogrążony w pracy czytania...
Nie lubią, żeby im przerywać, bo to im przeszkadza. Stefan czyta: „na gzyms“. Dostrzega, że chcę objaśnić, więc uprzedzając, mówi szybko: „ja wiem, co znaczy gzyms“ i czyta dalej...
Trudności: składanie wyrazów, niezrozumiałe wyrazy, dziwactwa pisanej mowy, nieznane formy gramatyczne:
Stefan czyta: „dał chłopcu“ i mówi cicho do siebie: „chłopcowi“, i dalej znów głośno: „chłopcu wiśnie“. Kiedy skończył czytanie, chcąc sprawdzić, czy zrozumiał, pytam się:
— O czem tu się mówi.
On:
— O niedbałym chłopcowi.
Echo przelotnej myśli o nowej formie gramatycznej: byłby powiedział: o chłopcu, ale mętnie pamiętał, że tam w książce było jakoś inaczej, niż mu się zdawało, że być powinno...


Jakże niezmiernie ciekawe, że właśnie dziś, po sankach, zaciężył mu przymus zegarka. — Początkowo nie zwróciłem na to uwagi.


Stoję przy piecu i rozmyślam nad dzisiejszą lekcją. Nagle Stefan, który leży już:
— A pan mi obiecał.
— Co?
— Bajkę.
Pierwszy raz sam się o bajkę upomina:
— Czy opowiedzieć ci jaką nową?
— Nie, o Aladynie... Ale niech pan siądzie.
— Gdzie?
— Tu bliżej — na krześle.
— Poco?
— No to niech pan przy piecu opowiada.
Niby nic, a ile w tem treści.
Z trzech bajek: o kopciuszku, o kocie w butach i Aladynie — wybiera tę, która jest mu najbliższa: tam do biednego chłopca przychodzi czarodziej i swoją cudowną lampką wpływa na losy, tu — lekarz nieznany (oficer) zjawia się nagle i zabiera z przytułku, w bajce na szczerozłotych półmiskach murzyni niosą przysmaki, tu Walenty daje obwarzanki.
„Ale niech pan siądzie“ — mówi Stefan szeptem. To mi tłumaczy, dlaczego dzieci skupiają się przy bajce, chcą być blisko opowiadającego: ja powinienem przy nim siedzieć. Moje pytania: „gdzie — poco?“ — gniewają go. Uczucie zażenowania nie pozwala mu się zwierzać. To jest już skutkiem naszej deprawacji, że dziecko bezwstydnie mówi: „ja ciebie tak lubię, ja chcę być blisko, smutno mi, jaki ty dobry“. Stefan wstydził się podpisać pod listem do brata: całuję, kochający...
Stefan mówi podczas śniadania:
— Pan zamiast sam jeść obwarzanki, mnie daje.
Odpowiadam: mhm, — i on już nic nie dodaje.


Po bajce tłomaczę, że zegar przy czytaniu nie powinien go popędzać.
— Jeżeli za pierwszym razem czytałeś 3 minuty, a za drugim 3 min. bez 5 sekund, to i tak jest dobrze. Dalej: jeżeli dziś czytałeś dłużej, niż wczoraj, to trzeba tylko pomyśleć, dlaczego: albo — że śpiący dziś jesteś, albo że się zmęczyłeś więcej w warsztacie, albo że sanki ci przeszkodziły.
— A ja źle dziś czytałem?
— A ty sam jak myślisz?
— Nie wiem. (Po chwili wahania). Bo mnie się zdaje, że dobrze.
— Tak, dobrze dziś czytałeś...


Już i prawe oko mnie boli, łzawi się. Z trudem piszę, — muszę odpoczywać. A szkoda notatek — takie nieprzebrane skarby.

Dziewiąty dzień.

Stefan ma świerzbę. W przytułku miał ją dwa razy — raz leczył się trzy, a raz sześć tygodni. Nic dziwnego, że bał się przyznać, po dziecięcemu odkładając na później katastrofę. Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego parę razy dopytywał się, czy i kiedy będzie łaźnia. Zlekceważyłem te pytania — to był błąd. Powinna mnie była uderzyć, ździwić ta niezwykła troskliwość o czystość wojennego dziecka. Nie zwróciwszy uwagi, prawdopodobnie tłomaczyłem to sobie chęcią odwiedzenia, spróbowania nieznanej mu kąpieli (słyszał, że dla chorych jest łaźnia).
Na Walentym odkrycie to zrobiło niezmiernie silne wrażenie: co będzie z bielizną, z jedzeniem?
— Nigdy nic takiego nie miałem, mówi z wyrzutem, sądząc nie wiem czemu, że teraz już musi się zarazić.
Krótki wykład o świerzbie, jej etjologji, stopniu zaraźliwości, leczeniu — i to w ciągu trzech dni.
— Idź synku do warsztatu, a w obiad cię wysmaruję.
Tak, tu potrzebne było i pieszczotliwe słowo i pocałunek.
— Ja w domu nigdy krost nie miałem, — mówi szeptem.
Zanim poszedł do warsztatu, długo woził się sankami. Gdym wszedł do warsztatu, spojrzał na mnie z niepokojem: czy aby nie powiem Dudukowi.
Jakie to wszystko niedobre, jak wytrąca z równowagi. — Właśnie dziś chciałem z nim porozmawiać, — nazbierałem dostateczny materjał, a więc: że wydarł stronicę z kajetu, zaniósł do warsztatu bombę a nie pytał się, czy ja pozwolę pokazać, zrobił sanki, choć nie wiedział, czy ja się zgodzę; że nie mówi mi prawdy: nie chciał, żebym się z jego bratem zobaczył, więc coś ukrywa pewnie, powiedział, że w ochronie nie biją, a potem dopiero przyznał, że dostawał pasem. — Chciałem, żeby wiedział, że jestem z niego zadowolony, ale są pewne drobiazgi, o których mu ot przy sposobności mówię; bo chcę, żeby wiedział, że choć milczę, dostrzegam. Teraz dodam i świerzbę, którą też ukrywał, — ale wszystko dopiero za kilka dni, kiedy jego skóra i moje oczy się wygoją. — Niewysłowienie ważne jest rzadkie, masowe robienie uwag w formie życzliwej rozmowy. Boimy się zwykle, że dziecko zapomni: nie, ono dobrze pamięta, — to raczej my zapominamy i dlatego wolimy — załatwiać „na gorąco“, innemi słowy — nie w porę, — brutalnie.


Wieczorem czytał źle. Wczoraj 27 wierszy w 6½ minut, dziś 16 wierszy w 7 minut.
Kazałem opowiedzieć, co przeczytał. W ciągu ubiegłych dni opowiadał krótko swojemi słowami, po dziecięcemu zaczynając od: „więc to tak“... Dziś nie wiem czemu, po opowiedzeniu pierwszej powiastki zapytał:
— Prawda, że źle opowiedziałem?
A drugą postanowił opowiedzieć słowami książkowemi, — jak w szkole. Odrazu wpadł w ten okropny monotonny, bezmyślny, żebraczy ton szkolnego opowiadania, — zaglądając ukradkiem do książki, skąd wychwytywał byle jakie zdania i plątał bez sensu.


W warcaby gra znacznie lepiej. Znikły blagierskie ruchy, — gra uważnie i poważnie. Rozumiem: dawniej naśladował, małpował gracza, wzorując się na autorytetach, teraz zaczął już — sam.
Pomagam mu, zwracam uwagę na popełniane błędy.
— Tylko niech pan nie mówi. Jak pan mówi, to ja łatwo sobie ważę.
To poprawianie każdego błędu w czytaniu, pisaniu, — czy nie wywołuje tego samego skutku: że uczeń łatwo sobie waży pracę.


Stół się chwieje. Rozlał trochę herbaty na stole — robi palcem drogę do brzegu — herbata ścieka.
— Niech pan patrzy, jak spływam herbatę.
— Mhm.
— Ona sobie tak spływa.
Dziecko bezspornie posiada czucie, powiedziałbym — sumienie gramatyczne (i ortograficzne). — Wiele razy obserwowałem, jak dziecko, wsłuchawszy się w niegramatycznie zbudowane zdanie, samo je zmienia, nie wiedząc jak poprawić. Czy systematyczna nauka nie zabija tego sumienia? Czy niezrozumiałem, niedostępnem tłomaczeniem nie utrudniamy mu raczej pracy?
Umysł dziecka — las, którego wierzchołki lekko się poruszają, gałęzie splatają, liście drżąc dotykają. Są chwile, gdy drzewo łączy się delikatnem dotknięciem z sąsiedniem, a przez sąsiada udziela mu się drganie stu, tysiąca drzew — całego lasu. — Każde nasze: „dobrze — ile — uważaj — jeszcze — raz“ — to jak wicher, który chaos wprowadza. — Szedłem raz za nasionkiem mlecznika — ziarenko, zawieszone na białym pióropuszu. Długo za niem chodziłem: zlekka przefruwa z źdźbła na źdźbło, z trawki na trawkę, — tu dłużej, tu krócej się zatrzyma — aż zaczepi się i wyrośnie. Myśli ludzka, nie znamy praw, któremi się kierujesz, — pragniemy — nie wiemy — korzysta z tego zły genjusz ludzkości.


Zamiast: łzy — czyta: zły...
W zadaniu gniewa go wyraz: otrzymał.
— Otrzymał, to przecie znaczy, że dostał. (Do siebie). Koniecznie — trzy... Dostał sześć śliwek...
Czyta:
— Nieufnie (jeszcze raz uważnie) — nieufnie (trzeci raz — z rezygnacją) nieufnie...
I czyta dalej...


Czyta:
— Biegły... biegły... Czy biedny?... Tu jest biegły...
Zastanawia go zwrot gramatyczny: „siedzisz, dziecię“. — Po przeczytaniu i upewnieniu się, że przeczytał dobrze, myśli nad tem.


— Proszę pana, czy w pana zegarku jest złota strzałka?
— Nie, zwyczajna.
— Bo są złote.
— A ty widziałeś?
— Widziałem: panna Lonia miała.
Innym razem:
— Niech pan sobie kupi pilniczek do pazurów.
— Poco?
— A taki, jak panna Lonia miała.
Widocznie sprawia mu przykrość, że ja — mężczyzna, oficer, teraźniejszy jego opiekun, — stoję niżej od panny Loni, upośledzony o złotą strzałkę i pilniczek.


Przed pójściem spać smaruję go.
— To za trzy dni wszystko przejdzie? — pyta się z niedowierzaniem.
— A dlaczego mi nie mówiłeś nic?
— Wstydziłem się (półgłosem).
— Czego? żeś chory?
— Ja w domu nie miałem żadnych krost, — odpowiada wymijająco: nie chce powiedzieć, że w przytułku się śmieją, brzydzą świerzby.
— Pan się tak umazał.
— No to się umyję.
Leżąc w łóżku pyta się:
— Nie woziłem się długo sankami, prawda?
Wobec mojej dobroci, niepokoi go grzech, który popełnił. Pytanie to, takie niby niewiadomo skąd, tak sobie tłomaczę:
— On się nie gniewa na nic. Dlaczego się nie gniewa, — może nie wie? A ja się sankami woziłem. A on chce, żebym się uczył. Długo woziłem się sankami, a może i nie tak długo?

Dziesiąty dzień.

Awantura i pojednanie.
Walenty dyżuruje. Nalewam Stefanowi herbatę.
— Co pan mi nalał tylko pół szklanki?
— Żebyś nie rozlał na stole.
— Ee, ja sobie doleję.
Nie odpowiadam. Dolał, postawił szklankę, a podczas tego, gdy się przeciskał między ławką i stołem, stół zachwiał się — sporo herbaty się rozlało. Zmieszał się. Idzie — przynosi ścierkę.
Mówię głosem spokojnym ale stanowczym:
— Proszę cię, Stefan, żebyś nic nie brał z rzeczy pana Walentego, bo on tego nie lubi.
— Ja chciałem wytrzeć.
— A skąd wiesz, może to ścierka do szklanek?
Skonfudowany odnosi ścierkę. — Uchylam stół, a resztę wycieram bibułą. Stefan milczy, wreszcie głosem niepewnym, — na próbę:
— Dlaczego na tym szkle (od lamp) jest H. S.?
— Pewnie to są pierwsze litery imienia i nazwiska fabrykanta.
Zadaje szereg pytań — oznaczają one:
— Ot, rozmawiamy sobie. Tamto już zapomniane. Ktoby tam o takim drobiazgu pamiętał?
A przecież pamiętał. Wieczorem:
— Ja naleję herbatę, — dobrze?
— Dobrze.
Mnie nalewa pełną szklankę, a sobie niewiele więcej, niż połowę.
— Niech pan przytrzyma, — mówi, przeciskając się za stół. — Teraz się nie wylało już.
Gdyby nie oczy, opisałbym dokładnie, — opuściłem szereg szczegółów. Rano po herbacie powiedział: dziękuję, — podał mi ręcznik. Przeprosił nie słowami, ale czynami.


Dziecko obserwuje siebie, analizuje swe czyny. My tylko tej pracy nie dostrzegamy, bo nie umiemy czytać między wierszami jego od niechcenia rzucanych zdań. Chcemy, żeby nam się dziecko zwierzało ze wszystkich myśli i uczuć. Sami niezbyt skłonni do zwierzeń, nie chcemy, czy nie umiemy zrozumieć, że dziecko jest wiele wstydliwsze, drażliwsze, czulsze na brutalne śledzenie jego duchowych drgnień.
— Ja się dziś nie modliłem, — mówi Stefan.
— Dlaczego?
— Zapomniałem. (Pauza). Jak się rano umyję, to potem zaraz się modlę, a jak się nie myć, to się modlić zapomina.
Nie myje się z powodu świerzby.


Sprawia mu trudność forma: pan.
— Zgadnij pan — poczekaj pan — nie mów pan — obok: niech pan zgadnie.
To znów.
— Pan by sobie pisali, a ja gadam i panu przeszkadzam.


Sprawę sanek omówię w tej generalnej rozmowie. Niezadługo zapewne i śniegu nie będzie. I dobrze się stało, że nie zrobiłem mu uwagi. Oto tajemnica jego zaniedbania:
— Tak się bałem w warstacie, żeby majster nie poczuł maści. Jak on tu, to ja zaraz na drugi koniec. A rano woziłem się sankami, żeby się wywietrzyć.


Dwa przytułkowe zwyczaje:
Stefan śmieje się cicho, zasłaniając usta.
— Dlaczego nie chcesz się głośno śmiać?
— Bo to nieładnie, pani mówiła.
— Może dlatego, że tam dużo dzieci, to byłby hałas...
Drugie: codziennie zostawiał na stole kawałek obwarzanka i na dnie trochę herbaty. Widocznie coś się w tem kryje.
— Powiedz, Stefek, dlaczego ty zawsze zostawiasz?
— Nie, ja zjadam.
— Słuchaj, synuś, jeżeli nie chcesz powiedzieć, dlaczego, to nie mów. Czasem nie chce się czegoś powiedzieć. (Prawo do tajemnicy!). Ale ty zostawiasz.
— Eee, bo mówią, że jak wszystko zjadać, to tak wygląda, jakby kto cały rok nic nie jadł.
Widząc, że i to przyszło z trudnością, nie nalegałem więcej. Mimo woli go uraziłem. I mnie byłoby przykro, gdybym coś zrobił dla pochwalenia się znajomością form towarzyskich i przekonał się nagle, że to wcale do dobrego tonu nie należy.
Naśladownictwo.
— Proszę pana, ja chcę pisać duże K tak, jak pan pisze.
W Domu Sierot wiele dzieci przejmowało niektóre moje litery. Te litery, używane przez dorosłych, są lepsze, wartościowsze. Pamiętam, jak długo biedziłem się, by nauczyć się pisać duże W tak, jak ojciec pisał na kopertach w adresie: Wielmożny. Sądziłem, że zaimponuję nauczycielce, a spotkałem się z szorstką odprawą:
— Jak będziesz tatusiem, będziesz mógł pisać, jak zechcesz.
Dlaczego? co jej to szkodzi? co w tem złego? Byłem ździwiony i urażony...
Dziś podczas dyktanda przyszedł felczer z papierami. Nie zauważyłem, że Stefan uważnie patrzy, jak ja piszę. A patrzał: bo po wyjściu felczera sam zaczął pisać tak prędko, że nawet marzyć nie można było, by to potem odczytać.
Jako nauczyciel, mam tylko trzy wiersze karygodnie niestarannego pisma, jako wychowawca — mam bardzo subtelny odruch buntu przeciw własnej niedoskonałości:
— Chcę pisać tak prędko, jak ty, chcę być do ciebie podobny.
A no, — sprobujemy:
— Patrz, chłopak, coś ty tu nabazgrał. Blam... dziam... bram... Dlaczego te trzy wiersze tak ci się nie udały?
— Nie wiem (uśmiech zażenowania).
— Może zmęczony już byłeś?
— Nie byłem zmęczony.
Nie chce kłamać, a nie może powiedzieć prawdy.


Sprawdzaliśmy postępy w biegłości czytania. Ponieważ czytamy teraz książkę z drobniejszym drukiem, trzeba było liczyć litery.
— Tam było 37 wierszy po 17 liter — to znaczy 629 liter. Czytałeś je 210 sekund, więc 3 litery na sekundę. A tu jest 65 wierszy po 27 liter w wierszu, — przeczytałeś je w sześć i pół minut. Więc prawie 5 liter czytasz w sekundę.
Nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia, choć ciekawie przyglądał się moim wyliczeniom.


Przed zaśnięciem.
— Pocałować cię na dobranoc?
— A bo ja święty?
— Czy tylko...
— Albo ksiądz — albo co?


Lubię, kiedy w czytaniu spotykają się łatwe wyrazy:
— Zawołała, zadowolona, zapaliła.
Gniewają mnie:
— Troszcząc się... dżdżysty dzień...


Zadanie łatwe; trudniejsze już rozwiązywał, — a teraz plącze się, — myli. Kie licho?
— O proszę pana — tu krosteczka.
— Gdzie?
— O tu, — pokazuje na szyi. — Czy to nie świerzba?
— Nie, jutro się wykąpiesz i będziesz zdrów.
I już bez przeszkód idzie arytmetyka.

Jedenasty dzień.

Kiedy włożyłem niebieskie okulary, Stefan zapytał szeptem:
— Czy pana bardzo oczy bolą?
Szept i uśmiech, — zawdzięczam Stefanowi, że zwróciłem na nie uwagę, — w internacie nie dostrzegłbym.


— Ja zdrów, a pan chory, — powiedział wieczorem.
To jest uczciwy sposób okazywania współczucia. My ładniej mówimy, ale mniej czujemy. — Wdzięczny mu jestem za to zdanie.


Nie wiem dlaczego powiedział:
— Ja teraz wcale o bracie nie myślę.
— To źle, powinieneś myśleć o ojcu i bracie.
Nikczemna wojna.


Płakał, kiedy jechałem do szpitala. — Przypuszczam, że to wspomnienie rodzinnego gniazda: trzeba płakać, gdy ktoś idzie do szpitala, umiera.


Odwiedził mnie z Walentym w szpitalu.
— Proszę pana, czy ci oficerowie też są chorzy?
— Tak.
— Na oczy?
— Nie, na różne choroby.
— A czy oni na pieniądze grają w karty?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.