Płodność (Zola)/Księga trzecia/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Płodność
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1900
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Fécondité
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Nazajutrz po południu, po niezwykle pracowicie spędzonym poranku, Mateusz, załatwiwszy się z biurowemi zajęciami, postanowił pójść do pani Bourdieu, by się dowiedzieć, co się dzieje z Noriną. Wiedział, że odbyła połóg przed dwoma tygodniami, więc zapragnął naocznie się przekonać o stanie zdrowia matki i dziecka, by sumiennie się wywiązać z obowiązku włożonego nań przez Beauchêne’a. Lecz ponieważ ten ani słowem nie odzywał się teraz w tej kwestyi, więc Mateusz, zawiadamiając go, że musi wyjść z biura, nie powiedział dokąd idzie. Wszakże zdawał sobie sprawę, że Beauchêne swobodniej odetchnie, dowiedziawszy się, że cała ta awantura już jest skończona, dziecko uprzątnięte a matka może już szuka nowego kochanka.
Znalazłszy się w domu akuszerki przy ulicy Miromeruil, zaprowadzony został do pokoju Noriny, bo jeszcze leżała w łóżku, chociaż termin jej pobytu kończył się w następny czwartek. Ździwił się, spostrzegłszy w jej pokoju kołyskę ze śpiącem dzieckiem, bo był przekonany, że już się postarała pozbyć swojego maleństwa.
— Ach, nareszcie pana widzę! — zawołała Norina z radością. — Już chciałam do pana pisać, pragnąc się z panem widzieć przed odejściem ztąd... moja siostra byłaby mój list zaniosła do pana...
Mateusz zastał przy niej Cecylię i najmłodszą z sióstr, Irmę. Matka Moineaud, nie mogąc opuścić swego gospodarstwa, wyprawiła córki, by odwiedziły Norinę i przysłała jej przez nie trzy piękne pomarańcze, leżące teraz na nocnym stoliku obok łóżka. Cecylia i Irma przyszły na piechotę, zadowolone z długiego spaceru przez środkowe ulice miasta, co dozwoliło im napatrzeć się na bogate sklepowe wystawy. A teraz cieszyły się swoją wizytą, znajdując, że siostra ich mieszka w bardzo okazałym domu, bawiło ich także dziecko, ta żywa lalka uśpiona za muślinowemi firankami. Patrzały na kołyskę z najwyższą ciekawością.
— Więc wszystko dobrze się odbyło i już skończone?... — spytał Mateusz.
— Tak, wszystko się już odbyło, od pięciu dni zaczęłam wstawać a niedługo już ztąd odejdę... Odejdę bez wielkiej ochoty, bo mi tutaj było bardzo dobrze, już kończy się moje używanie. Wiktoryo, wszak na ulicy nie łatwo odnajdziemy taki miękki materac i takie smaczne jedzenie jak tutaj?...
Mateusz teraz dopiero spostrzegł Wiktoryę, ową młodą służącę, którą słyszał rozmawiającą podczas swej poprzedniej bytności; siedziała teraz przy swojem łóżku i reparowała domową bieliznę. Odbyła połóg o kilka doi wcześniej niż Norina i miała jutro opuścić swoje chwilowe schronienie. Tymczasowo szyła coś z polecenia Rozyny, bogatej panny, umieszczonej tutaj przez kazirodnego swego ojca; połóg odbyła wczoraj i miała zamiar jeszcze jakiś czas pozostać u pani Bourdieu, zajmując osobny, wygodny pokój. Norina opowiadała, że od chwili wyjazdu Amy, była tylko samnasam z Wiktoryą w tym wielkim pokoju o trzech łóżkach; Amy nie udzieliła im o sobie żadnych wieści, więc utrzymywały, że oddawna musiała już dopłynąć do Anglii, będąc zupełnie zdrową po odbytym połogu.
Wiktoria, również jak Norina, żałowała, że musi ztąd odejść, więc podniósłszy głowę z nad roboty, rzekła:
— Oj tak, skończyło się wylegiwanie w czystem, miękkiem łóżko... już nam teraz nikt nie będzie przynosił gorącego mleka przed wstaniem. No, ale nie można powiedzieć, by widok tego szarego muru za oknem był bardzo zabawny... I to rzecz pewna, że nie można spędzić życia na ciągłem próżnowaniu...
Norina śmiała się, kręcąc głową, jakby nie podzielając zdania Wiktoryi. Ale nie mogła mówić swobodnie, bo się krępowała, z powodu obecności swoich dwóch siostrzyczek, postanowiła przeto pozbyć się dziewczynek.
— Więc mówicie — rzekła do nich — że ojciec wciąż jest zagniewany na mnie i że dlatego nie powinnam wracać do domu?...
— Papo nie tyle jest zagniewany na ciebie — odezwała się Cecylia — ile martwi się, żeś go pokrzywdziła na honorze i wciąż powtarza, że gdybyś powróciła do domu, to każdyby go palcem wytykał. Prawdę powiedziawszy, Eufrazya ciągle go buntuje przeciwko tobie, zwłaszcza od tej chwili kiedy zostało ułożone jej małżeństwo...
— Jakto?... Eufrazya wychodzi za mąż?... nic mi o tem nie powiedziałyście, za kogo? kiedy?...
Dziewczynki zaczęły mówić obie naraz, lecz Norina zrobiła minę niezadowoloną, dowiedziawszy się, że mężem Eufrazyi będzie August Bénard, młody mularz, wesoły chłopak, mieszkający w tym samym domu na wyższem piętrze. Zakochał się w Eufrazyi, chociaż była brzydka i chuda, lecz znajdował, że jest wytrzymała przy robocie a przytem rezolutna na dziewczynę mającą zaledwie lat osiemnaście.
— Winszuję im, ale nie zazdroszczę — zawołała Norina. — W parę miesięcy po ślubie zacznie go bić, bo to jędza ta Eufrazya... Powiedzcie mamie, że nie dbam o powrót do domu, nie dbam o was wszystkich i nikogo z was nie potrzebuję... Tymczasem nie jestem jeszcze na bruku, postaram się o robotę i niezawodnie znajdę kogo, co zechce mi dopomódz... Słyszycie? zatem nie wracajcie tutaj, nie chcę nikogo z was widzieć i nie chcę, by mnie zanudzano.
Serce ośmioletniej Irmy jeszcze było tkliwe, więc się rozpłakała, mówiąc:
— Dlaczego do nas przemawiasz tak brzydko?... Przecież chciałyśmy zrobić ci przyjemność naszemi odwiedzinami... A ja tak bardzo chciałam się ciebie zapytać, czy naprawdę do ciebie należy to małe dziecko w kołysce? i czy pozwolisz je pocałować?...
Norina, widząc łzy Irmy, żałowała szorstkiego obejścia się z małemi siostrzyczkami. Więc chcąc je pocieszyć, zaczęła je całować i nazywać swojemi kochanemi kociętami... ale teraz mogą już powrócić do domu a jeżeli je to bawi, to im pozwala, by jeszcze raz ją odwiedziły.
— Powiedzcie mamie, że jej dziękuję za przysłane pomarańcze a kiedy chcecie zajrzyć do kołyski, to popatrzcie na małego, tylko nie trzeba go dotykać, bo zarazby się obudził i zaczął tak wrzeszczeć, że nie możnaby rozmawiać.
Dziewczynki z kobiecą ciekawością pochyliły się nad kołyską a Mateusz skorzystał, by także spojrzeć. Zobaczył dziecko zdrowe i silne, o twarzy kwadratowej i grubych rysach. Wydało mu się, że jest uderzająco podobne do Aleksandra Beauchêne’a.
Wtem, weszła do pokoju pani Bourdieu, prowadząc za sobą jakąś kobietę; poznał, że to była Zofia Couteau, zwana zwykle la Couteau, owa dostarczycielka mamek na wsi i na miejsca w Paryżu, którą spotkał u państwa Séguin. I ona musiała poznać tego pana, męża pani będącej wtedy w ciąży a pyszniącej się, że sama karmi swoje dzieci, jakby nie wiedziała, że to ludziom odbiera zarobek. La Couteau udała wszakże, iż nie zna Mateusza, była bowiem dyskretna skutkiem swego zawodu i oddawna przestała być ciekawą, bo mnóstwo historyj codziennie przesuwało się przed jej oczami. Cecylia i Irma pożegnały się z siostrą i wyszły.
— Cóż, moja droga, czyś się namyśliła? — spytała pani Bourdieu Norinę. — Cóż zadecydowałaś zrobić z tem biednem maleństwem, tak milutko śpiącem w kołysce? Oto jest osoba, o której ci mówiłam... Przyjeżdża z Normandyi do Paryża co dwa tygodnie, przywozi ztamtąd mamki a wywozi na wieś niemowlęta, które tam rozmieszcza u różnych rodzin. Ponieważ upierasz się i nie chcesz karmić swojego dziecka, mogłabyś je powierzyć pani Couteau a gdy będziesz mogła, to je później zabierzesz. A jeżeli chcesz je zupełnie porzucić, to pani Couteau odda nam tę usługę, że dziecko odwiezie do podrzutków.
Norina silnie się zmieszała i rozpaczliwie opuściła głowę na poduszkę, przysłaniając ją swojemi prześlicznemi, rozpuszczonemi blond włosami... Twarz jej spochmurniała i rzekła jękliwie:
— Ach, mój Boże, mój Boże! pani znów chce mnie męczyć...
Zasłoniła oczy rękami, jakby nie chcąc nic widzieć.
— To mój obowiązek — rzekła akuszerka do Mateusza — zniżając głos i pozostawiając młodej matce czas do namysłu. Jest nam zalecone, by wszelkich użyć sposobów, w celu skłonienia matek, by nie porzucały swoich dzieci, zwłaszcza, gdy są w tem położeniu, jak ona... Zdarza się, że można je ku temu nakłonić, jeżeli zaczną same karmić... A pan rozumie, że wtedy i przyszłość dziecka jest uchroniona od zguby i matka zabezpieczona od smutnego losu, jaki jej zagraża... Zatem, chociaż z góry nam zapowiadają, że chcą porzucić dziecko, pozostawiamy je przy nich jak można najdłużej, karmiąc smoczkiem i wyczekując rozbudzenia się, uczuć macierzyńskich, które często zjawiają się, wywołane widokiem niemowlęcia... A dziewięć razy na dziesięć uczucie macierzyńskie zwycięża, jeżeli matka zdecyduje się dać piersi maleństwu... Oto dlaczego widzi pan jej dziecko jeszcze przy jej łóżku...
Mateusz czuł się wzruszony i zbliżywszy się do Noriny wciąż leżącej z głową ukrytą w poduszkach, z twarzą zasłoniętą włosami i rękami, przemówił do niej:
— Słuchaj, przecież nie jesteś bez serca... wiem, że dobra z ciebie dziewczyna... Dlaczego nie chcesz karmić i wychować swojego syna?
Odsłoniła twarz zalaną łzami, wołając:
— A czyż jego ojciec przyszedł chociażby raz, żeby mnie tutaj odwiedzić?... Nie, ja nie mogę kochać dziecka tego człowieka, który mnie tak nikczemnie porzucił... Nawet świadomość, że to dziecko jest tutaj przy mnie, w tej kołysce, obok mojego łóżka, doprowadza mnie do złości...
— Ale zastanów się, że to maleństwo w niczem przeciwko tobie nie zawiniło... A na niem się mścisz, chcesz je porzucić i tym sposobem sama siebie ukarzesz, bo pozostaniesz sama jedna a może ten syn wyrósłby na wielką dla ciebie pociechę...
— Nie! nie chcę! powiadam, że nie chcę! Czuję, że nie będę mogła nigdy tego dziecka kochać, wreszcie jestem za młoda, żeby brać na siebie taki ciężar bez pomocy człowieka, który jest przyczyną mojego nieszczęśliwego macierzyństwa.. A wiem, że ten człowiek nigdy już nic nie uczyni dla wspomożenia mnie w mojej biedzie... Zatem zbadałam siebie i nie mam odwagi a może tylko nie jestem dość głupia, by się sama obarczać... Nie, nie chcę! nie chcę! nie chcę!
Mateusz już się nie odezwał, czując, że nie zdoła pokonać jej chęci wyzwolenia się i samowładnego rozporządzania dalszem swem życiem. Patrzał na nią ze smutkiem, bez oburzenia i gniewu, usprawiedliwiając ją przed sobą samym. Była to ładna dziewczyna, pragnąca użyć swej młodości na miejskim bruku.
— Nikt nie będzie ciebie zmuszać, moja droga, byś karmiła dziecko — rzekła pani Bourdieu — raz jeszcze usiłując zmiękczyć jej serce. Ale to nieładnie z twojej strony, że chcesz je zupełnie porzucić... Dlaczego nie miałabyś je powierzyć pani Couteau, która umieści je na wsi a ty je odbierzesz, gdy znajdziesz zarobek... Odesłanie dziecka na wieś nie jest rzeczą kosztowną, wreszcie ojciec może się zgodzi opłacać utrzymanie syna...
Norina wybuchnęła gniewnie:
— On! on miałby płacić! Pani tak mówi, bo pani go nie zna! Więcej niż pewno, że mógłby to zrobić bez krzywdy dla własnej kieszeni, bo jest bogaty i posiada miliony! Ale ten człowiek niczego tak nie pragnie, jak zagłady, zniknięcia tego dziecka, gdyby był śmiał, to byłby mi doradził, bym je własnemi rękami zabiła... Proszę się zapytać tego pana, czy ja kłamię, tak mówiąc!... Widzi pani, że ten pan milczy, bo nie może mi zaprzeczyć!,.. Więc jabym musiała płacić koszta utrzymania dziecka a czem? kiedy nie posiadam ani grosza i kiedy jutro sama będę na bruku bez zarobku, bez kawałka chleba!... Nie, nie chcę i nie mogę, nie mogę...
Zdenerwowana, zrozpaczona, zaczęła szlochać, mówiąc przerywanemi zdaniami:
— Błagam, pozostawcie mnie państwo w spokoju... Od dwóch tygodni pani mnie zamęczasz tem dzieckiem, zmuszasz mnie, bym je ciągle miała przy sobie i próżno mnie pani przynaglasz, bym zaczęła je karmić... Ciągle mi je pani przynosisz, podajesz, kładziesz na łóżku, bym na nie spojrzała, bym je pocałowała... Ciągle mi pani o niem mówisz a może zmuszasz, by krzyczało, chcąc, bym zaczęła się nad niem litować, rozczulać a może i dać piersi!... Czyż pani nie rozumie, że to wszystko mnie męczy!... ja umyślnie odwracam głowę, nie chcę na to dziecko patrzeć, ani je pocałować, bo się boję że ulegnę, że kochać je pocznę, jak każda samica kochająca swoje małe a to byłoby największem nieszczęściem tak dla mnie, jak i dla niego... Będzie ono szczęśliwsze, same sobie pozostawione na świecie... Błagam więc państwa, uprowadźcie ztąd zaraz to dziecko i przestańcie się znęcać nademną...
Padła znów na poduszki, zanosząc się od płaczu, twarz ukryła w zupełności i tylko widać było jej bujne włosy, oraz piękne ramiona, z których opadła bielizna podczas tej gwałtownej sceny bronienia własnej wolności.
Nieruchoma, milcząca la Couteau stała w nogach łóżka, czekając. Miała na sobie ciemną wełnianą suknię, czepek ze wstążkami i wyglądała na chłopkę, ubraną po niedzielnemu; ściągła jej twarz, jakby wązką maska chciwości i przebiegłości, ale siliła się, by wyrażać prostoduszne politowanie. A chociaż była prawie pewna, że napróżno wyrecytuje zwykłą swoją reklamę, odezwała się:
— Mogłaby pani być spokojna, że synek byłby w Rougemont jak w rodzicielskim domu... W całym departamencie niema lepszego powietrza jak w naszej wiosce, wiele osób przyjeżdża do nas aż z Bayeux dla nabrania zdrowia... A żeby pani wiedziała, jak my wszyscy dbamy, aby tym maleństwom dobrze u nas było! pielęgnujemy je tak i pieścimy jak swoje rodzone... Cała nasza okolica tylko tem się zajmuje, by chować, kochać i rozpieszczać małych paryżan, powierzonych nam przez rodziców... A od pani wezmę jaknajtaniej, mam przyjaciółkę, która już ma troje niemowląt na wychowaniu a ponieważ karmi je smoczkiem, więc czwarte dzieciątko niewiele przymnoży zachodu, weźmie przeto synka pani prawie darmo... No, chyba na takie warunki to się pani zgodzi i powierzy synka mojej przyjaciółce z Rougemont...
Lecz widząc, że Norina dalej szlocha nie odpowiadając, zniecierpliwiła się, jak kobieta czynna i nie mająca czasu do stracenia. Za każdą dwutygodniową podróżą do Paryża, przywoziła bandę mamek a rozmieściwszy je w kantorach stręczeń, biegła do akuszerek, by w kilka godzin uzbierać odpowiedni zasób niemowląt i tego samego dnia przyjechawszy do Paryża zrana, odjeżdżała wieczorem, z dwiema lub trzema pomocnicami, które jej zwykle towarzyszyły dla przewiezienia dzieci. Tym razem bardzo się śpieszyła, bo pani Bourdieu, która ją oddawna używała w różnych okolicznościach, zapowiedziała jej, że jeżeli Norina nie da jej dziecka na wychowanie do Rougemont, to będzie musiała je odwieźć do domu podrzutków.
— Zatem będę miała ztąd tylko jedno dziecko do odwiezienia na wieś? — spytała panią Bourdieu. — Proszę mnie do owej pani zaprowadzić, bym mogła się umówić o warunki... A potem wrócę tutaj zabrać tego malca, by go coprędzej odstawić, gdzie trzeba a muszę się śpieszyć, bo wyjeżdżam jak zwykle pociągiem o godzinie szóstej...
Poszła z panią Bourdieu do pokoju Rozyny, by się umówić o zabranie jej dziecka wczoraj urodzonego. Mateusz pozostał przy Norinie zanoszącej się od płaczu i nie przerywając jej lamentowania, usiadł przy kołysce dziecka, patrząc na nie z najwyższem współczuciem. Maleństwo dalej spokojnie spało za muślinowemi firankami. Wiktorya, która milcząc szyła, zaczęła teraz mówić powoli, bez końca, nie odrywając oczu od roboty:
— Masz słuszność Norino, że nie chcesz powierzać swojego dziecka tej paskudnej kobiecie... Cokolwiekby z niem zrobiono w domu podrzutków, zawsze mu z tem będzie lepiej, aniżeli w ręku la Couteau... Przynajmniej w ten sposób jest szansa, że wyżyje... Dlatego też i ja uparłam się jak ty, by moje dziecko zaraz tam zaniesiono... Wiesz, że jestem z tamtych stron, urodziłam się i wychowałam w Berville o sześć kilometrów od Rougemont, więc dobrze wiem, kto jest la Couteau, nasłuchałam się opowiadań o niej! oj tak, nasłuchałam... Znam całą jej ładną historyę... Postarała się mieć dziecko, bo się jej zachciało być mamką a przekonawszy się, że nie dość szybko się wzbogaci sprzedając pokarm własnych piersi, zaczęła frymarczyć cudzem mlekiem... A trzeba być wierutną łotrzyca, żeby takie rzemiosło uprawiać, ale la Couteau nie ma serca ani sumienia. Po niedługim czasie znalazła sobie męża, tęgiego brutala, którego zdołała zawojować i zrobić godnym siebie pomocnikiem... Gdy potrzeba, gdy nawał roboty przynagli, potrafi on ją zastąpić i za nią zwozi mamki do Paryża a z powrotem zabiera transport biednych niemowlątek... Ta para ludzi więcej ma na sumieniu zbrodni, aniżeli ci wszyscy, których kaci ścinają za wykryte przestępstwa... Nasz wójt z Berville, bardzo porządny człowiek, bogaty burżuaz, wypoczywający na starość w rodzinnych stronach, głośno powiada, że Rougemont jest gniazdem zbrodni i że Rougemont jest hańbą dla całego departamentu. Wiem ja, że pomiędzy Rougemont a Berville jest wieczna zwada... No, ale to nie przeszkadza, że ludzie z Rougemont są łajdakami, uprawiając taki wstrętny handel niemowlętami z Paryża... Bo oni wszyscy w Rougemont tem się trudnią, cała wieś tylko z tego żyje a trzeba widzieć, by uwierzyć, jak to tam wszystko jest zorganizowane, by jaknajwięcej marło tego biednego paryzkiego drobiazgu... Towar przywożony z Paryża coraz się wyprząta, by nowemu miejsca ustąpić... Bo im częściej następuje taka odmiana, tem handel idzie lepiej i większe są zyski... Więc teraz wiesz dlaczego la Couteau tak chciwie się ugania za niemowlętami i jakim sposobem zawsze znajduje miejsce, by ulokować transport wywożony ztąd każdego tygodnia...
Wiktorya mówiła spokojnie, bez uniesienia, jak prosta wiejska dziewczyna jeszcze nie wyćwiczona w kłamstwie i wypowiadająca w szczerości to, co wiedziała.
— A dawniej, podobno, że było jeszcze gorzej... Mój ojciec wspominał, że za jego młodości, to kobiety z Rougemont same jeździły do Paryża i każda co tydzień zwoziła po cztery i pięć niemowląt odrazu. Nakładały je w kosz jak kurczęta i niosły pod pachą, ani się troszcząc, co się z niemi dzieje a na dworcu kolei żelaznej, w poczekalni, wsuwały pod ławy dzieci w węzełkach, jakby jakie szmaty, nawet któraś z tych bab zapomniała kiedyś jeden z takich pakietów i narobiło to niemałej wrzawy w dziennikach, bo służba kolejowa znalazła dziecko już nieżywe... A cóż dopiero się dzieje, gdy te baby, tak objuczone, wsiądą do wagonu! gdy biedne, stłoczone dzieciska wrzeszczą z głodu!... A zwłaszcza podczas zimy, gdy mróz każdemu dokucza, cóż dopiero pomyśleć o tych biedactwach! trzęsie się to z zimna całe zsiniałe i ledwo że przysłonięte jakiemi zbrukanemi łachmanami... Wiele też marło podczas drogi, więc je zostawiano na stacyach i grzebano na najbliższym cmentarzu... Domyślasz się, w jakim stanie dojeżdżały do Rougemont maleństwa, które nie wymarły w drodze! U nas w Berville, ludzie dbalsi są nawet o świnie, bo nie naraziliby prosiąt na podróżowanie w takich warunkach... Mój ojciec mówił, że nawet kamienie ulitowałyby się nad losem tych paryzkich dzieci, wysyłanych na wieś do wykarmienia... Ale teraz jest rządowy nadzór i mamkom niewolno wieźć naraz więcej, jak tylko jedno niemowlę. Umieją one oszukiwać i wiozą po dwoje a przytem wchodzą w układy z kobietami jadącemi w tą samą stronę, oj, umieją one, umieją sobie radzić, byle źle robić... A już la Couteau to wszystkie prześcignęła w pomysłach, by chytrze obejść prawo... Wszyscy mieszkańcy w Rougemont są z nią w zmowie, bo przecież to dla nich ona dostawia towar, więc trzymają się za ręce, by się wywijać przed policyą, mogącą kiedy wpaść i zajrzeć w sprawy skrywane jak kto może... I chociaż rząd wysyła inspektorów każdego miesiąca a ci żądają wpisowych książeczek, poświadczonych przez wójta, nic to nie pomaga; ludzie w Rougemont nauczyli się kpić z tych rządowych formalności... Baby w dalszym ciągu uśmiercają małych paryżan i handel idzie żwawo, coraz to nowym towarem. Mamy kuzynkę mieszkającą w Rougemont, to jak dziś pamiętam, gdy jak o rzeczy zwyczajnej, rzekła kiedyś do mojej matki: „Kumie Malivoire zawsze się szczęści, w przeszłym miesiącu aż czworo jej naraz zmarło.“
Wiktorya na chwilę umilkła, by nawlec igłę. Norina zapewne nie słyszała jej opowiadania, bo z głową utkwioną w poduszki wciąż szlochała. Mateusz milcząc z przerażenia, słuchał z oczami wpatrzonemi w dziecko śpiące w kołysce. Wiktorya znów dalej zaczęła mówić:
— Tak, zapewne, teraz mniej się złego mówi o Rougemont, aniżeli za dawniejszych czasów... Lecz jeszcze i tego jest dosyć, by zniechęcić tych, którzyby chcieli swoje dzieci tam posyłać... Znamy kilka małżeństw w Rougemont, o których żal się Boże co ludziska opowiadają.. Wiadomo jest, że niemowlęta smoczkiem są karmione, otóż te smoczki nigdy nie są myte, ani czyszczone, obrosły więc brudem a w butelkach mleko jest takie zimne, że aż się ścina, gdy mróz a latem warzy się i kwaśnieje... A kuma la Vimeux znajduje, że smoczek za drogo kosztuje i żywi niemowlęta jakąś paćką, mrą więc u niej jak muchy a brzuszki mają rozdęte, jakby skóra na nich zaraz miała pęknąć... U kumy la Loiseau brud jest taki, że trzeba sobie nos zatykać, zbliżając się do kąta, w którym leżą niemowlęta, gnijąc w szmatach nigdy niezmienianych. Kuma la Gavette najmniej trudu sobie z niemi zadaje, bo idzie z mężem do roboty na pole a pięcioro albo sześcioro niemowląt, pozostawia pod opieką starego ojca, mającego lat przeszło siedemdziesiąt a tak zniedołężniałego, że kury przy nim mogą najspokojniej wydziubywać oczy zagłodzonym dzieciskom. La Canchois radzi sobie inaczej, nie mając nikogo do pilnowania dzieci, przywiązuje je w kołysce, by sobie głowy nie rozbiły, padając na ziemię. W każdej chałupie w Rougemont można coś takiego zobaczyć, bo wszyscy gospodarze frymarczą tym samym towarem... W Barville jest inaczej, w Barville ludzie wyrabiają sery, jabłecznik, kobiety robią koronki na sprzedaż... Ale w Rougemont trupy paryzkich niemowląt są jedynym wyrobem.
Nagle przestała szyć i spojrzała na Mateusza, ale spostrzegłszy, że na nią nie patrzy, mówiła dalej:
— Ale najgorszą opinię to ma la Couillard, stara złodziejka, która przez sześć miesięcy siedziała w kozie a potem wyniosła się ze wsi i osiadła w odosobnionej chałupie pod lasem... Nigdy żadne dziecko nie uchowało się u tej wiedźmy... Uśmiercanie niemowląt to jej specyalność... Gdy la Conteau niesie do niej dziecko, to już każdy wie, co to znaczy... La Couteau najwięcej zarabia na tych niemowlętach, których śmierć zapewniła przed wywiezieniem z Paryża. Ta rzecz załatwia się bardzo prosto... Rodzice dają jej odrazu trzysta albo czterysta franków pod warunkiem, że dziecko zatrzyma na wsi aż do odbycia pierwszej komunii, więc naturalnie, że takie dziecko umiera zaraz w pierwszym tygodniu, przecież byle jaka nieostrożność łatwo o śmierć przyprawia takie małe stworzonka... Ojciec opowiadał, że jedna taka baba to uśmiercała niemowlęta wystawiając je na mróz... Wiesz, Norino, jestem przekonana, że dziecko panny Rozyny, la Couteau zaniesie do chałupy pod lasem, bo kilka dni temu panna Rozyna umawiała się z nią o sumę wypłaconą z góry, zapłaci czterysta franków odrazu, ale nie chce o niczem nigdy wiedzieć...
Wiktorya zamilkła, bo do pokoju weszła la Couteau, by wziąść dziecko Noriny, która już przestała płakać i z zajęciem przysłuchiwała się opowiadaniu towarzyszki. Lecz ujrzawszy tę kobietę wchodzącą bez pani Bourdieu, rzuciła się znów twarzą w poduszki, jakby z przerażenia. Może siły jej zabrakło, by patrzeć na zabieranie dziecka. Mateusz wstał, odsunął się od kołyski, blady ze wzruszenia.
— Więc rzecz postanowiona, zabieram małego, rzekła la Couteau. Pani Bourdieu dała mi papier, na którym jest napisana data i dzielnica miasta... Ale potrzebuję wiedzieć, jak mu będzie na imię... Jakże pani chce, by syna nazywano?...
Norina nie odrazu odpowiedziała. Wreszcie z pomiędzy poduszek rzekła zdławionym głosem:
— Aleksander.
— Dobrze! Aleksander, ale dobrze pani zrobi dając mu i drugie imię, tym sposobem łatwiej go będzie można odszukać, jeżeli kiedykolwiek przyjdzie pani fantazya odnalezienia syna.
Znów trzeba było wyczekiwać na odpowiedź Noriny.
— Honorat!
— Dobrze! Aleksander Honorat. To zapewne pani imię to pierwsze a drugie ojca?... Ale nie dopytuję się, ma chłopiec dwa imiona a tylko tego chciałam. Ale już jest czwarta godzina, więc się boję, że nie zdążę się załatwić z umieszczeniem chłopca, chyba, że wezmę dorożkę, która mnie dowiezie na godzinę szóstą na dworzec kolei żelaznej, bo mój pociąg odchodzi o godzinie szóstej... A dom podrzutków ztąd daleko, wszak to po drugiej stronie luksemburskiego ogrodu. Dorożka drogo kosztuje, to nie na moją kieszeń... Więc niechaj pani powie, cóż mam zrobić?...
Podczas gdy la Couteau tak lamentowała usiłując otrzymać trochę pieniędzy od zdenerwowanej płaczem młodej kobiety, Mateuszowi przyszło na myśl, że właściwie postąpi, spełniając swoją misję do końca, więc zawiezie la Couteau z dzieckiem do domu podrzutków, by módz zaręczyć Beauchêne’owi, że osobiście był świadkiem tego ostatecznego załatwienia sprawy. Powiedział więc, że na swój koszt weźmie dorożkę i odwiezie gdzie trzeba.
— I owszem, dziękuję panu! — zawołała la Couteau. — A więc się teraz śpieszmy... Szkoda budzić tego maleńkiego, bo śpi tak smacznie, ale niema rady, trzeba go zabrać kiedy tak postanowione.
Kościstemi rękami, przywykłemi do przerzucania towarem, pochwyciła dziecko z kołyski, zapominając o udawanej słodyczy; może to szarpnięcie pochodziło z niezadowolenia, że zamiast wydać jej niemowlę na pastwę, każe je odwozić do instytucyi, którą uważała za zbyteczną konkurencyę. Dziecko się obudziło i zaczęło mocno krzyczeć.
— A ładną będziemy mieli muzykę w dorożce, jeżeli się malec nie uciszy! — zawołałała Couteau. No chodźmy.
Ale Mateusz ją zatrzymał, mówiąc:
— Norino, czy nawet na pożegnanie nie po całujesz swojego dziecka?...
Wychyliła głowę z poduszek zniecierpliwiona przedłużającą się sceną.
— Nie chcę! nie chcę! zabierajcie je coprędzej! dosyć się już nacierpiałam! nie rozpoczynajcie mnie męczyć na nowo!
Przymknęła powieki a rękami odpychała obraz, którym ją prześladowano. A gdy poczuła, że la Couteau położyła dziecko przy niej na kołdrze, cała drgnęła, uniosła się, złożyła pocałunek w powietrzu, bezwiednie ustami dotknąwszy czepeczka na maleńkiej główce. Oczy miała odemknięte, lecz tak zaszłe łzami, że nie mogła widzieć syna, który krzyczał, jakby protestując w chwili, gdy go ostatecznie rzucić miano na nieznane losy.
— Zabierajcie go! zabierajcie! bo zabijacie mnie, tak się nademną znęcając!
W dorożce dziecko się uciszyło. Może go ukołysał ruch powozu a może przeraził turkot i ruch miejski. La Couteau, trzymając je na kolanach, milczała, udając zapatrzoną na chodnik jaskrawo oświetlony słońcem. Mateusz, czując dotknięcie nóżek małego biedactwa, zamyślił się boleśnie. Nagle, la Couteau, zaczęła mówić, głośno wypowiadając swoje uwagi:
— Ta pani źle zrobiła, nie chcąc mi powierzyć swojego syna, byłabym go umieściła w Rougemont u poczciwej mamki, gdzie wyrósłby na tęgiego chłopaka... Ale cóż! takie młode matki nie mają doświadczenia i wyobrażają sobie, że się je namawia w celu osobistego zysku... A przecież niewiele od niej żądałam! byłabym się zadowolniła pięcioma frankami za fatygę i zapłatą za podróż, przecież nie byłaby się zrujnowała! a taka ładna dziewczyna jak ona, zawsze z łatwością znajduje pieniądze... Ale wracając do mojego rzemiosła, to prawda, że są kobiety nieuczciwie się tem trudniące, zajmują się tym jak zyskownym handlem, wymagają pieniędzy naprzód, umieszczają niemowlęta tam, gdzie najtaniej, okradają rodziców i mamkę. Ale takich nieuczciwych zawsze można się ustrzedz i na szczęście niema ich wiele, bo trzeba być bez serca, by te kochana maleństwa uważać jak coś do sprzedania i traktować narówni z drobiem i jarzynami, dowożonemi na targi... Ach, są kobiety tak oschłego serca, z niemowlętami obchodzą się szorstko, nie przywiązują się do nich i wymieniają je, ustępują je sobie jak najzwyczajniejszy towar... Ale ja, panie, jestem uczciwą kobietą... mnie każdy szanuje a wójt w Rougemont wystawił na moje nazwisko świadectwo z pieczęciami a także zaświadczenie moralności i mogę te papiery całemu światu pokazać na własną moją chlubę. A jeżeli kiedy pan będzie w Rougemont, proszę się kogokolwiek zapytać o Zofię Couteau, każdy panu odrazu odpowie, że to uczciwa, pracowita kobieta, która nie ma ani grosza długu...
Mateusz nie mógł się powstrzymać, by na nią nie spojrzeć, zaciekawiony, jaką miała minę, głosząc tak bezczelnie swoją pochwałę, która była jakby wprost odpowiedzią na opowiadanie Wiktoryi. Czyżby ta przebiegła chłopka odgadywała, że dopiero co mógł słyszeć oskarżenie całej jej działalności?... Badawczy wzrok Mateusza silnie ją zaniepokoił, pomyślała, że kłamstwa swe wypowiedziała bez należnego zapała i przekonania, że się może zdradziła jakiem nieoględnem słowem. Więc stała się słodszą i zaczęła wychwalać Rougemont jako raj prawdziwy, gdzie wszystkie te ukochane paryzkie dzieciątka są pieszczone i żyją w wygodach, jak małe książątka. Lecz znów zamilkła, widząc, że ten pan chyba jej niedowierza i dlatego nie odzywa się do niej ani jednem słowem. Osądziła, że napróżnoby się starała o podbicie jego przekonań. Dorożka toczyła się i toczyła hałasując po bruku, mijając ulice jedne za drugiemi. Już przejechano przez most na Sekwanie i dojeżdżano do luksemburskiego ogrodu. Wtedy la Couteau znów się odezwała:
— Tem lepiej, jeżeli ta pani sobie wyobraża, iż jej dziecku będzie dogodniej w domu podrzutków... Nie chcę, aby pan przypuszczał, że napadam na administracyę, ale każdy przyzna, że możnaby jej wiele przyganić... Przecież w Rougemont mamy sporo dzieci powierzanych nam przez administracyę, zatem wiem, że śmiertelność pomiędzy niemi wcale nie jest mniejsza, umierają równie często jak tamte, dane nam wprost przez rodziców... No, ale każdemu należy pozostawić swobodę rozporządzania się według upodobania... Ale chciałabym, aby pan chociaż w części wiedział, jakich to nadużyć dopuszczają się w domu podrzutków!...
Dorożka zatrzymała się. Już dojechano na ulicę Denfert Rochereau podług wskazanego adresu. W szarym, wysokim i długim murze administracyjnych gmachów, były niewielkie drzwi, do których la Couteau doszedłszy z dzieckiem, weszła jak do domu dobrze sobie znajomego. Mateusz wszedł za nią, lecz nie chciał jej towarzyszyć do biura, w którem urzędniczka zapisywała odbiór dzieci, lękał się pytań, jakby był wspólnikiem spełnianej zbrodni. La Couteau upewniała go, że nikt o nic pytać go nie będzie, że oddanie dziecka jest otoczone poszanowaniem tajemnicy rodziców, wolał pozostać w przedpokoju, poprzedzielanem z boku na zamknięte przegrody, w których przybywające osoby wyczekiwały swojej kolei zdania przyniesionego dziecka. Mateusz popatrzył za la Couteau znikającą po za drzwiami z dzieckiem, które zachowywało się teraz spokojnie i oczy miało szeroko otwarte.
Czekał na nią nie więcej niż dwadzieścia minut, lecz czas niewymownie mu się dłużył. Grobowa cisza ponowała w tym ponurym przedpokoju o ścianach do połowy wysokości wykładanych dębem i smutnych szpitalnym wyziewem. Chwilami dolatywało go kwilenie nowonarodzonego niemowlęcia, któremu wtórował płacz kobiecy, może matki, zamkniętej z niem w jednej z przegródek. Wspomniał o dawnym obyczaju składania podrzutków w kole, okręcającem się w murze, matka przynosiła wtedy dziecko pokryjomu, kładła dziecko w wyżłobienie i zadzwoniwszy, uciekała coprędzej. Był za młody, by osobiście to pamiętać, lecz widział takie koło, funkcyonujące na scenie w jakimś melodramacie, wystawionym w teatrze Porte Saint Martin. Lecz ileż z tem obyczajem łączyło się opowiadań! O niemowlętach przywożonych w koszykach z prowincyi, o dzieciach księżniczek przynoszonych przez podejrzane osobistości, o zastępach nieszczęśliwych uwiedzionych dziewczyn, oswabadzających się w cieniach nocy od uciążliwego owocu chwilowej miłostki. Od owych czasów rzeczy przybrały odmienną postać, koła zniesiono i złożenie dziecka odbywało się jawnie, wchodzono z niem przez niewielkie drzwi, w szarym murze olbrzymiego przytułku i administracya zapisywała daty, imiona, gwarantując dochowanie jaknajściślejszej tajemnicy. Mateusz wiedział, że wiele osób utrzymuje, iż zniesienie koła zdwoiło liczbę poronień i dzieciobójstw. Jednakże z dniem każdym wzmaga się opinia potępiająca wczorajszy ustrój, godzący się ze złem istaiejącem, by je potajemnie ująć, skanalizować; dzisiejsze poglądy uważają za konieczność kładzenie tamy przeciwko złemu, walczenie z niem jawne, tępienie w samym zarodku. Jedynym sposobem umniejszenia liczby porzucanych dzieci jest wspomaganie nieszczęśliwych matek, dawanie im, możności pozostania matkami. Lecz Mateusz czuł się wzburzony, chwycony litością i nie był zdolny rezonować, bo serce mu się krwawiło na myśl, ile nieszczęść, ile dramatów i męczarni widziały ściany tego przedpokoju, w którym obecnie wyczekiwał na powrót la Couteau. Urzędniczka przyjmująca i zapisująca niemowlęta w głębi tajemniczego swego biura, ileż musiała codziennie słyszeć okropnych zwierzeń i na ileż musiała patrzeć najdotkliwszych ran wszelkich nędz ludzkich! Wicher burzy bezustanku ku niej spędzał niewinne ofiary paryzkiego bruku, zrodzone w rozpaczy, wstydzie, hańbie, odepchnięte w nieznanych a najboleśniejszych męczarniach. Tutaj był port ocalenia dla tych rozbitków, ciemna otchłań, w którą nieszczęśliwe matki rzucały swój owoc skazany na zatracenie.
Podczas gdy czekał, trzy takie kobiety przeszły około niego; pierwsza była niezawodnie biedną robotnicą, szczupłą i ładną, chudą a bladą a z tak obłąkanym wyrazem twarzy, iż mu się przypomniał fakt, wyczytany w wiadomościach bieżących o młodej matce, która porzuciwszy swe dziecko, poszła prosto ku rzece, by się utopić; druga wyglądała na żonę robotnika, zapewne bieda ją popchnęła do porzucenia dziecka, którego przybycie ogłodzić mogło całą rodzinę; trzecia musiała być rozpustnicą, wysoka, tęga, wyzywająca i harda, była zapewne jedną z tych, które co rok przynoszą tutaj niemowlę, porzucając je z obojętnością, jak kubeł śmieci wyrzucanych na ulicę każdego poranku. Weszły jedna za drugą i zaprowadzono każdą do osobnej zagrody. Serce Mateusza wezbrane było łzami nad okrucieństwem losu ciążącego nad bytem tylu istot.
Ody wreszcie la Couteau powróciła z pustemi rękami, nie rzekła ani słowa a Mateusz nie zadał jej żadnego pytania. Milcząc, wsiedli do dorożki, lecz gdy wjechali w ludniejsze ulice, la Couteau głośno się roześmiała a ponieważ jej towarzysz nie śpieszył się ją zapytać o przyczynę nagłej wesołości, rzekła sama od siebie:
— Pan nie wie z czego się śmieję... Otóż przetrzymałam pana tam w poczekalni, bo wychodząc z biura spotkałam jedną z moich przyjaciółek, która jest infirmierką w domu podrzutków... A może pan nie wie tego, że właśnie infirmierki rozwożą niemowlęta do mamek na prowincyę?... Otóż moja przyjaciółka powiedziała mi, że jutro jedzie do Rougemont z dwiema innemi infirmierkami i że niezawodnie przywiezie mi dziecko, które dopiero co tam oddałam...
Znów się roześmiała zgrzytliwie, jak na urągowisko, chociaż wyraz twarzy usiłowała zachować słodkawy jak zwykle.
— A co? czy to nie zabawne? matka nie chciała, bym zabrała dziecko do Rougemont a pomimo to sami mi je odwiozą! Ot, często się tak zdarza, iż pomimo przeszkód dzieje się tak, jak stać się miało!
Mateusz nie odpowiedział, lecz jakiś zimny, lodowaty powiew przeszył mu serce. Więc cóż się stanie z tym biednym synem Noriny? czy zaraz umrze? czy skazany będzie na długie cierpienie? czy wyżyje i nędza doprowadzi go do zbrodni? Na jakie losy skazała go matka, porzucając jak szczenię zabrane suce i rzucone przy drodze na pastwę najgorszych przygód!
Dorożka turkotała, wymijając się z coraz to innemi powozami a gdy przystanęła przed domem na ulicy Miromesuil, la Couteau zaczęła ubolewać, że nie zdąży na pociąg, bo już teraz jest godzina wpół do szóstej a przecież musi się jeszcze rozmówić z panią Bourdieu i zabrać dziecko powierzone jej na wychowanie. Mateusz wziął dorożkę na godziny, chcąc się kazać odwieźć na dworzec kolei północnej, lecz rozbudziła się w nim ciekawość zobaczenia niemowląt odjeżdżających z Paryża pod strażą la Couteau i jej towarzyszek, więc rzekł jej, by się śpieszyła a on na nią poczeka. Zapowiedziała, że wróci dopiero za kwadrans, więc wysiadł z dorożki i poszedł raz jeszcze zobaczyć się z Noriną.
Gdy wszedł do pokoju zastał ją samą. Siedziała na łóżku wsparta o poduszki i jadła jedną z trzech pomarańcz, przyniesionych od matki przez małe siostrzyczki. Tłusta, ładna ta dziewczyna, starannie odrywała cząstki owocu i ssała je z widocznem zadowoleniem, przymykając oczy i różowiejąc z łakomstwa, oblizywała czerwone, świeże usta z rozkoszą kotki, spijającej śmietankę. Drgnęła, gdy niespodziewanie drzwi się otworzyły a poznawszy wchodzącego uśmiechnęła się zakłopotana.
— Już się stało — rzekł Mateusz — siadając.
Nie zaraz odpowiedziała, ocierając palce o chustkę od nosa. Ale czując, że powinna się odezwać, rzekła:
— Ponieważ pan mnie nie uprzedziłeś, że powrócisz, zatem wcale się pana nie spodziewałam... Więc już się stało, tem lepiej, ponieważ nie można było uczynić inaczej... A niechaj mi pan wierzy, iż ja nie mogłam brać na siebie takiego ciężaru...
Zaczęła mówić o potrzebie znalezienia roboty, gdy ztąd odejdzie. Spytała, czy może wrócić do zakładu, oświadczając przytem, że w każdym razie popróbuje tam pójść, chociażby dla przekonania się, czy właściciel odważy się za drzwi ją wyrzucić.
— Ale pana upewniam, że wcale się nie martwię możliwością nędzy, bo pewną jestem, że potrafię sobie dać radę a w najgorszym razie znajdę sobie kogo... a trudno przypuścić, by gorzej ze mną postąpił niż ten pierwszy...
Rozmowa była uciążliwa, Mateusz zaledwie, że odpowiadał, wreszcie wpadła do pokoju la Couteau, znów obarczona połowem, już z innem dzieckiem na ręku.
— Śpieszmy się, śpieszmy — wołała. Rachunki z temi paniami ledwo że ukończyłam, bo się targują o każdy grosz i zawsze się im wydaje, że za wiele od nich żądam.
Norina zatrzymała ją, mówiąc:
— To dziecko panny Rozyny? Proszę, niech pani mi je pokaże...
A odsłoniwszy przykrytą twarz dziecka, zaczęła podziwiać:
— Ach, jakie tęgie to maleństwo a jakie śliczne! Z pewnością się uchowa, bo takie zdrowe...
— Naturalnie, chciałoby żyć — zauważyła filozoficznie la Couteau. Zwykle tak bywa, że dziecko, gdy przyjdzie na świat nieproszone i wszystkim jest zawadą, żyje i chowa się wybornie...
Norina uśmiechnięta, rozczulona, patrzała pieszczotliwym wzrokiem kobiet, i miłością interesujących się każdem dzieckiem. I zaczęła frazes:
— Jaka szkoda, jak można mieć serce porzucać...
Lecz zatrzymała się i przestawiła słowa:
— Jak serce boli, będąc zmuszoną porzucać takie aniołki...
— Do widzenia, życzę pani wszystkiego dobrego — mówiła la Couteau — zabierając się do wyjścia. Z pani powodu może się spóźnię na pociąg... A mam przy sobie powrotne bilety dla nas wszystkich, moje pięć towarzyszek już pewnie się niecierpliwią, wyczekując na mnie na dworcu... Tożby zaczęły na mnie wrzeszczeć, gdybym się spóźniła...
Cwałem zbiegła ze schodów, nie zważając na dziecko trzymane na ręku. Wskoczyła do dorożki a gdy Mateusz zajął przy niej miejsce, zawołała uszczęśliwiona, że powóz już ruszył:
— Nareszcie! już myślałam, że nie zdołam się dziś wyrwać... A czy pan zauważył, co powie działa Norina... Sama nie chciała zaryzykować piętnastu franków na miesiąc dla swojego dziecka a napada na pannę Rozynę, która dała mi czterysta franków, bym zajęła się jej synem, aż do pierwszej komunii... Bardzo poczciwa osoba ta panna Rozyna a niechaj pan spojrzy, jakie śliczne jest jej dziecko... Dzieci poczęte z miłości są najpiękniejsze! Ale szkoda, że właśnie te najkrócej żyją...
Mateusz spojrzał na dziecko, które na kolanach la Couteau zajęło miejsce syna Noriny. Leżało owinięte w cienkie płótna i koronki, jak małe książątko, odtrącone z rodzinnego gniazda i uwożone na zatracenie w drogocennych oponach swej królewskiej kołyski. Mateusz wspomniał w myśli na zdrożne jego pochodzenie, na ową historyę ojca, zastępującego zmarłą żonę rodzoną swoją córką a oto dziecko będące owocem tego kazirodnego stosunku, zostało teraz zaprzedane kobiecie, która je zgładzi spokojnie, przypisując śmierć przypadkowo otwartemu oknu lub drzwiom odemkniętym na mroźne podwórze. Dziecko chociaż dopiero przed paru dniami urodzone, miało rysy delikatne, promieniało pięknością aniołka i leżało spokojnie z otwartemi oczami. Mateusz wzdrygnął się przed okrucieństwem czyhającej na nie zbrodni.
Przed dworcem kolei la Couteau żwawo wyskoczyła z dorożki.
— Dziękuję panu, najuprzejmiej dziękuję a proszę o mnie pamiętać w razie potrzeby!
Mateusz, stanąwszy na chodniku, patrzał przez chwilę na towarzyszki la Couteau. Było ich pięć, miały wygląd chłopek a każda trzymała na ręku niemowlę, nie zważając na potrącanie tłoczących się podróżnych. Biegały spłoszone, wystraszone, jak stado wron, kołując i przysiadając wśród przewożonych pakunków i nawoływań tragarzy. A gdy dostrzegły la Couteau, zakrakały równocześnie i rzuciły się ku niej gwałtownie, otoczyły łapczywie, jakby ją miały rozszarpać. Wymieniwszy krzykliwe wymówki, zbiły się wszystkie sześć w jedną bandę i podążyły ku wagonom, unosząc każda swoją zdobycz. Biegły pędem aż wstążki od czepków fruwały z tyłu za niemi i otrząsały się fałdziste spódnice. Poganiał je lęk, że nie zdążą dopaść wagonu, mającego je dowieźć do trupiarni, zasilanej przez nie każdego tygodnia świeżym transportem paryzkich niemowląt. Ale zdążyły zająć miejsca i znikły wśród dymu i świstu napełniającego powietrze po ich odjeździe.
Mateusz stał czas jakiś w zamyśleniu, samotny wśród ruchliwego tłumu. Wiedział, że przeszło dwadzieścia tysięcy nowonarodzonych paryżan chwytają corocznie takie same żarłoczne wrony i unoszą ze sobą, by nigdy ich nie oddać. Więc nietylko, że ziarno ludzkie było marnowane, padając na nieurodzajne grunta, wprost na bruk wielkomiejski, lecz uratowany zasiew od pierwotnej zagłady, wyrywały zbrodnicze ręce przy pierwszem zakiełkowaniu, czyhając nań przez cały ciąg dojrzewania, uśmiercając poronieniem, dopuszczając się dzieciobójstw a jeżeli pomimo wszystkie te sprzysiężone nieprzyjazne siły, dziecko urodziło się zdrowe i silne, chwytały je te zbrodniarki, uwożąc daleko dla tem dogodniejszego spełnienia zyskownego morderstwa. Z czterech krańców horyzontu spadały na Paryż stada drapieżnych ptaków i upolowawszy drobną istotę zrodzoną do życia, zamieniały w swój żer będący śmiercią. Takich la Couteau były tysiące. Obłowione niewinnemi swemi ofiarami pędziły z niemi na dworce kolei żelaznej, wypróżniwszy kołyski w prywatnych klinikach, w szpitalach i przytułkach miejskich, w położniczych izbach akuszerek, na poddaszach ubogich małżeństw i uwiedzionych nieszczęsnych dziewczyn. Potworne było to ich żniwo nie znające zastoju. Sierpy ich bez przerwy napotykały dojrzałe kłosy. I dzieci zrodzone do życia śmierć podcinała zaraz na wstępie, odrywano je od łona matek, których mleko było jedynem zapewnieniem ich zdrowia.
Ożywcze ciepło opłynęło serce Mateusza, gdy nagle stanął przed nim obraz Maryanny, jego ukochanej, zdrowej i silnej Maryanny, która będzie dzisiaj na niego czekać przy moście nad rzeczką, karmiąc Gerwazego. Lecz znów spochmurniał, przypomniawszy sobie cyfry śmiertelności noworodków. W departamentach, gdzie ludność trudniła się przemysłem karmienia miejskich niemowląt, przeciętnie umierało ich pięćdziesiąt w najlepszych czterdzieści a w najgorszych siedemdziesiąt na sto. Obliczono, że w przeciągu jednego wieku wymarło w tych warunkach przeszło siedemnaście milionów małych francuzów. Najkrwawsze wojny, najzawziętsze rzezie zdobywców i tyranów, nie mogły się poszczycić tak doniosłemi cyframi w tak krótkim okresie czasu. Przerażająca śmiertelność niemowląt równa się dla Francyi jakby corocznie przegrywanej wielkiej bitwie, jest otchłanią, niweczącą siłę przyszłości, zagładą ciągłości nadziei, nieuniknioną śmiercią narodu. Mateusz tknięty przerażeniem zerwał się z miejsca, by podążyć do siebie na wieś, by się pocieszyć przy Maryannie i upewnić się, że z nią żyje w spokoju, w mądrości i zdrowiu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.