Poeta (Emerson)

>>> Dane tekstu >>>
Autor Ralph Waldo Emerson
Tytuł Poeta
Pochodzenie O poecie
Data wydania 1910
Wydawnictwo Księgarnia Polska B. Połonieckiego; E. Wende i Ska (T. Hiż i A. Turkuł)
Druk Drukarnia „Wieku Nowego“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
RALPH WALDO EMERSON
POETA

Tak zwani u nas znawcy sztuki są to niejednokrotnie ludzie, którzy zdobyli sobie pewną znajomość najbardziej podziwianych dzieł malarskich i rzeźbiarskich i posiadają zamiłowanie wykwintności; jeżeli jednak badać zaczniemy, czy i własny ich duch odpowiada wymaganiom piękna estetycznego, czy do pięknych obrazów podobne są także ich czyny, wówczas przekonamy się, że to zwykli, zmysłowi egoiści. Wykształcenie ich ściśle jest ograniczone, podobnie jak suchy kawał drewna, potarty dla wywołania ognia, w jednem się tylko rozgrzewa miejscu, gdy tymczazem reszta polana pozostaje zimną. Całe ich znawstwo sztuk pięknych polega na znajomości kilku prawideł i szczegółów rzeczowych, albo też na pewnym, przeważnie bardzo ograniczonym sądzie o barwach i kształtach, wygłaszanym dla rozrywki lub popisu. Jak powierzchowne jest pojęcie piękna u naszych miłośników sztuki, widać już z tego, że ludzie ci zatracili snać już całkowicie świadomość zupełnej, bezpośredniej zależności wszelkiej formy od ducha. W filozofii naszej brak nauki o formach. Wtłaczają nas w nasze ciała, jak ogień w panew i noszą z miejsca na miejsce; nikt nie przeczuwa, jak ściśle duch i jego narzędzie wzajemnie sobie odpowiadają, a tem mniej, że narzędzie to jest tylko latoroślą tamtego. Ludzie inteligentni nie wierzą już także w istotną zależność świata materyalnego od ducha i woli. Nawet teologowie, mówiący o duchowem znaczeniu okrętu, obłoku, miasta, uważają to za mrzonkę, i oni wolą stawać na pewnym gruncie dowodów historycznych; co więcej, i nasi poeci zadowalają się mieszczańskim, wyrównanym sposobem życia i utwory swoje piszą z wyobraźni, w bezpiecznem oddaleniu od swych doświadczeń. Najwyższe przecież duchy świata nie ustawały nigdy w badaniu dwojakiego, albo, lepiej mówiąc, czworakiego, a nawet stokrotnego, czy wielokrotniejszego jeszcze znaczenia wszelkich zjawisk zmysłowych: Orfeusz, Empedokles, Heraklit, Plato, Plutarch, Dante, Swedenborg i wszyscy arcymistrze rzeźby, malarstwa, poezyi. Nie jesteśmy bowiem ani panwiami, czy zarzewnicami, ani nawet świecznikami czy pochodniami, jesteśmy dziećmi ognia, z niegośmy się narodzili, ba, zgoła tego nie przeczuwając, jesteśmy niczem więcej, jak tylko przemianami tego bóstwa, oddalonymi od niego o dwa lub trzy stopnie rozwoju. A ukryta i zapoznana ta prawda, że źródła, z których wypływa strumień czasu ze wszystkimi swymi tworami, w najwewnętrzniejszej istocie swej idealne są i piękne, prowadzi nas do badania natury i zadań poety czyli twórcy piękna, do rozpatrywania środków i materyału, którymi się posługuje, do zajmowania się poziomem, na jakim sztuka jego w dzisiejszej znajduje się dobie.
Olbrzymi to problemat, albowiem poeta jest przedstawicielem ludzkości. W niezliczonym tłumie ludzi cząstkowych jest on człowiekiem całym, uczy nas poznawać nie swoje własne bogactwo, lecz bogactwo ogółu. Młodzieniec uwielbia ludzi genialnych, ponieważ, prawdę powiedziawszy, są oni bardziej nim, niż on sam. I oni i on poczynają z ducha, lecz oni więcej. W oczach ludzi miłujących przyroda zyskuje na pięknie przez to, że w wyobrażeniu swem spoglądają razem z poetą na jej wspaniałość. Odosobniony jest on wśród spółczesnych dzięki swej prawdzie i dzięki swej sztuce, ma jednak za towarzyszkę otuchę, że prędzej czy później dążenie jego musi za sobą wszystkich porwać ludzi. Albowiem wszyscy ludzie żyją z prawdy i potrzebują się wypowiedzieć. W miłości i sztuce, w skąpstwie i polityce, w zabawie i pracy pragniemy ujawnienia bolesnej naszej tajemnicy. Człowiek jest tylko połową siebie, druga połowa to jego wypowiedzenie się.
Ale mimo całego wysiłku przy ujawnianiu swego wnętrza, nigdy go istotnie wyrazić nie umiemy. Nie wiem, dlaczego zawsze potrzebny nam jest tłumacz, przeważna jednak część ludzi zdaje się składać z niepełnoletnich, którzy własnego nie posiedli jeszcze majątku, albo też z niemych, nie umiejących powtórzyć zwierzeń przyrody.
Niema człowieka, któryby nie przypuszczał, że słońce i gwiazdy, ziemia i woda, cel mają nadzmysłowy. Są, czekają, ażeby mu szczególne świadczyć przysługi. Ale w budowie naszej istnieje jakaś zapora lub nadmiar lenistwa, tak, że przysługi te nie mogą w całej wystąpić pełni. Wrażenia przyrody oddziaływują na nas zbyt słabo, iżby były zdołały zmienić nas w twórców. Przy każdem zetknięciu się z nią powinno w nas huczeć i brzmieć. Każdy powinien być do tyla twórcą, iżby przynajmniej w rozmowie zdołał wyrazić, co się z nim i w nim dzieje. Doświadczyliśmy przecież, że promienie i wrażenia dość mają siły, aby do naszych dotrzeć zmysłów, ale za mało, iżby dosięgnąć czynników ruchowych i wymusić odtworzenie zjawiska swego w słowie. Poeta jest natomiast człowiekiem, w którym moce te są zrównoważone, a w którego budowie niema żadnej zapory; jest człowiekiem widzącym jasno i opanowującym to, co u innych żyje tylko w snach; przebiega on całą skalę doświadczeń i w ten sposób staje się przedstawicielem całej ludzkości, jako że posiada najpotężniejszą zdolność przyjmowania i udzielania wrażeń.
Albowiem wszechświat troje ma dzieci, w tym samym urodzonych czasie, w każdym systemie myślowym pod rozmaitemi występujących imionami, bądź je nazwiemy przyczyną, działaniem i skutkiem bądź poetyczniej, Jowiszem, Plutonem i Neptunem, bądź też, teologicznie, Ojcem, Synem i Duchem, ale którym tutaj nadamy miano mędrca, działacza i wieszcza. Trójca ta oznacza, każdy z osobna, miłość prawdy, miłość dobra, miłość piękna. Jednakową posiadają oni wartość i każdy jest tem, czem jest, całą swą istotą, tak, że go ani przewyższyć, ani analizować nie można, każdy też z tej trójcy posiada, w stanie biernym, zdolność dwóch drugich, gdy tymczasem jego własna z nieograniczoną działa swobodą.
Poeta jest wieszczem, głosicielem i reprezentuje piękno. Władcą jest samoistnym i stoi w środku wszechświata. Świat nie jest bowiem pomalowany czy upiększony, lecz piękny od początku do końca i Bóg nie stworzył szeregu rzeczy pięknych (obok innych brzydkich), lecz piękno jest stworzycielem wszechbytu. Dlatego też poeta nie jest władcą z cudzej łaski, tylko królem z przysługującego mu prawa. Krytyka nasza zakażona jest materyalistyczną gadaniną, twierdzącą, że zdolności i czynności rękodzielne to najprzedniejsza ludzka zasługa, lekceważącą natomiast tych wszystkich, którzy obwieszczają a nie działają, zapomina ona przytem, że niektórzy ludzie, mianowicie poeci, są z natury swojej obwieścicielami, na świat ten zesłanymi po to, iżby go wyrazić słowem, a których nie można mieszać z ludźmi, co, mając odpowiednią dla siebie dziedzinę czynu, pole to opuszczają dla naśladowania tamtych. Ale słowa Homera są dla Homera nie mniej wspaniałe i godne podziwu, jak dla Agamemnona zwycięstwa Agamemnonowe. Poeta nie czeka na bohatera lub mędrca, lecz podobnie jak u nich działanie czy myślenie z bezpośrednich wynika źródeł, tak u niego pisanie; pisze więc to, co wypowiedziane być ma i wypowiedziane być musi, uważając tamtych za zjawiska w stosunku do siebie drugorzędne i za swoje sługi, jakkolwiek sami przez się znaczenie mają pierwszorzędne i są oni dla niego tem, czem modele w pracowni malarza, lub pomocnicy, znoszący architekcie materyał do jego budowy.
Albowiem poezya była już napisana, zanim czas się począł, a gdybyśmy tak subtelny posiadali ustrój, iżbyśmy mogli dotrzeć w przestworza, gdzie powietrze jest muzyką, posłyszelibyśmy wówczas owe pierwotne melodye i zapewne spróbowalibyśmy je spisać, ale tu i ówdzie wypada nam z pamięci jakiś wyraz, jakiś wiersz i wtedy to zastępujemy go naszym własnym, i w ten sposób psujemy poemat. Ludzie, delikatniejszem obdarzeni uchem, spisują melodye te wierniej, a transkrypcye ich, jakkolwiek niedoskonałe, stają się pieśniami narodów. Natura bowiem jest tak prawdziwie piękną, jak jest dobrą i rozumną, tak samo też trzeba na nią patrzeć, jak ją spełniać i poznawać. Słowa i czyny są pod względem wartości równorzędnemi formami, objawiającemi energię bożą. I słowa są czynami, a czyny są pewnym rodzajem słów.
Cechą i wiarogodnością poety jest to, że wieści sprawy, których nikt inny przepowiedzieć nie mógł. On jedynie prawdziwym jest nauczycielem, on wie i umie opowiadać, on jedyny mówi nam rzeczy naprawdę nowe, albowiem on jedyny był obecny i wtajemniczony w opisywane przez siebie zjawisko. On to widzi ideje, on opowiada wynikającą z przyczyn konieczność. Nie mówię tutaj o tak zwanych poetyckich talentach, zręcznie i pilnie piszących wiersze, lecz o prawdziwym poecie. Uczestniczyłem niedawno w rozmowie o pewnym nowszym liryku, człowieku o subtelnym umyśle, którego mózg wydawał się być gamą delikatnych melodyi i rytmów, a którego zręczności i panowania nad językiem nie mogliśmy się dosyć nachwalić. Gdy jednakże powstało pytanie, czy nietylko dobrym jest lirykiem, ale i poetą, musieliśmy wszyscy przyznać, że mamy przed sobą jedynie człowieka współczesnego, ale nie człowieka wieczności. Nie wyrasta on bowiem z ciasnych naszych granic, jak poza równik wystrzela Chimborasso, który z upalnej podstawy swej biegnie poprzez wszystkie klimaty i strefy ziemi, który wysokie i barwne swe ściany opasuje roślinnością wszystkich szerokości — nie, liryk nasz podobny jest do parku nowoczesnej siedziby, gruntownie ozdobionego wodotryskami i statuetami, gdzie po promenadach i terasach wysiadują lub przechadzają się dobrze wychowani mężczyźni i kobiety. Wśród całej tej zmiennej muzyki słyszymy zasadniczy ton naszego konwencyonalnego życia. Nasi poeci to ludzie talentu, którzy śpiewają, a nie synowie muzyki. Treść jest dla nich sprawą drugorzędną, ogłada wierszy rzeczą główną.
Nie rytm bowiem tworzy istotę poematu, lecz treść, która rytm ten wytwarza — myśl tak namiętna i żywotna, że, jak duch rośliny lub zwierzęcia, własną posiada architekturę i przyrodę nowem przyozdabia zjawiskiem. Poeta ma nową myśl, nowe doświadczenie, którem dzieli się z nami, opowiada nam, co się z nim działo, a świat zbogaca się o tyle jego szczęściem. Doświadczenie każdej nowej generacyi nowego domaga się wyznania, a świat zdaje się nieustannie oczekiwać poety. Przypominam sobie z lat młodzieńczych, jak głębokiego doznałem wzruszenia, usłyszawszy pewnego poranku, że młodzieniec, siedzący obok mnie przy stole, okazał się geniuszem. Porzucił swą pracę, powędrował niewiadomo dokąd, i napisał kilkaset wierszy, nie mógł jednakże powiedzieć, czy w wierszach tych wyraził, co czuł; nie mógł nic innego powiedzieć ponadto, że wszystko wydało mu się jak gdyby zmienione: zwierzęta i ludzie, ziemia, niebo i morze. Z jakąż przysłuchiwaliśmy się rozkoszą! Z jaką wiarą! Zdawało się nam, że z dawnego społeczeństwa nie pozostało ani śladu! Siedzieliśmy w zorzy wschodzącego słońca, które jakgdyby wszystkie zagasić miało gwiazdy. Boston zdawał się nam dwa razy tak odległym jak poprzedniego wieczora, albo daleko jeszcze odleglejszym. Rzym — czem był dla nas Rzym? Plutarch i Shakespeare zżółkłymi byli dla nas liśćmi, o Homerze nie było i mowy. Tak, co to znaczy wiedzieć, że w dniu tym dzisiejszym, pod jednym i tym samym dachem, tuż obok nas pisano poezye! Co?! Ten duch przedziwny jeszcze nie zaginął?! Te obrazy kamienne jeszcze się błyszczą, jeszcze żyją?! Wyobrażałem sobie, że wyrocznie dawno już zmilkły i zagasł ogień przyrody, a to przez całą noc wpływała znowu wszystkiemi porami ta wspaniała zorza poranna! Dla każdego człowieka zwiastowanie poety wielką posiada doniosłość, a nikt nie wie, jak bardzo go to obchodzi. Wiadomo nam, że tajemnica świata jest głęboką, ale kto nam ją wyjaśni, tego nie wiemy. Jakaś wędrówka po górach, jakiś nowy kształt twarzy, jakiś nowy człowiek może nam klucz dać do ręki. Wartość geniuszu polega naturalnie na prawdziwości jego objawień. Talent może igrać, może wyprawiać sztuczki, geniusz nowe tworzy walory. Tak daleko doszła ludzkość w zrozumieniu siebie i swych dzieł, a najprzedniejszy jej stróż obwieszcza z swej wieżycy, co widzi. Słowo jego najprawdziwsze ze wszystkich, które kiedykolwiek wypowiedziano, wyrocznia jego jest dla swej doby najwłaściwszym, najmuzykalniejszym, nieomylnym głosem świata.
Wszystko, co uświęconą nazywamy historyą, dowodzi, że narodziny poety są najgłówniejszem wszelkiej chronologi zdarzeniem. Mimo częstych rozczarowań, człowiek nie przestaje oczekiwać brata, któryby go do nowej przykował prawdy, dopóki się nią nie przejmie, dopóki się nie stanie jego własnością. Z jakąż niewysłowioną rozkoszą zaczynam czytać poemat, który uważam za prawdziwie natchniony. Teraz rozprysną się może kajdany, teraz się wyniosę ponad te obłoki i ciemne te przestwora — ciemne, jakkolwiek wydawać się mogą przejrzystemi — teraz z tej niebiańskiej wyżyny prawdy ujrzę i zrozumiem swą własną istotę! Odmłodzi się natura, pogodzę się z życiem, skoro rozpoznam, jak wszystkie, najdrobniejsze szczegóły jedno ożywia pragnienie, skoro swą własną zrozumiem działalność. Życie przestanie być pustym zgiełkiem; patrzeć teraz będę na mężczyzn i kobiety, nauczę się rozpoznawać cechy, odróżniające ich od głupców i czartów. Dzień ten więcej będzie znaczył dla mnie, aniżeli dzień moich narodzin; wówczas posiadłem życie, teraz czyste mam posiąść poznanie. Taką jest moja nadzieja, ale rozkosz muszę odroczyć. Zdarza się częściej, że uskrzydlony ten człowiek, chcący mnie wynieść ku niebiosom, porywa mnie w obłoki i skacze i wiruje razem ze mną od chmury do chmury, twierdząc, że droga jego wiedzie ku niebu, a ja, będący niestety nowicyuszem, spostrzegam późno i powoli, że człowiek ten drogi do nieba wcale nie zna i że niczego więcej nie pragnie, jak tylko, abym podziwiał jego prężność, z jaką na podobieństwo kury lub ryby latającej unosi się nieco ponad ziemię lub wodę; nigdy przecież ten człowiek nie uczyni sobie przybytku w przenikających, wszystko żywiących, przejrzystych przestworzach niebiosów. I oto znowu staczam się w dawne moje kąty, i znowu dawne, nienaturalne prowadzę życie i znowu straciłem wiarę w możność zjawienia się przewódcy, któryby mnie powiódł tam, dokąd z taką rozkoszą pragnąłbym dotrzeć.
Ale dajmy spokój tym ofiarom własnej próżności i z świeżą rozpatrujmy nadzieją, jak przyroda z pomocą godniejszych upewnia popędów, że poeta dochowa wiary swemu posłannictwu obwieszczania tego świata przez piękno, które staje się pięknem nowem i wyższem, skoro będzie wypowiedziane. Przyroda nastręcza mu wszystkie swoje twory jako mowę obrazami. W każdym przedmiocie użytym jako symbol, objawia się druga wartość, daleko donioślejsza od jego pierwszej, pierwotnej wartości, podobnie jak w naciągniętej linie cieśli, melodyjne na wietrze wydającej dźwięki, gdy do niej jak najbliżej przyłożymy ucho. „Rzeczy, wspanialsze od wszelkiego obrazu, wypowiada się obrazami“, mówi Jamblichus. Rzeczy można traktować jako symbole, ponieważ sama przyroda jest symbolem zarówno w swej całości, jakoteż w każdej poszczególnej części. Każda linia, pociągnięta w piasku, ma swoje znaczenie, nie ma ciała bez ducha, czy geniuszu. Wszelka forma jest odbiciem charakteru, wszelki stan jest wynikiem sposobu życia, wszelka harmonia wypływem zdrowia (dlatego też wszelkie upatrywanie piękna powinno być sympatyczne i stanowić właściwość tylko ludzi dobrych).

Piękno opiera się zawsze na konieczności. Duch tworzy sobie ciało, jak nas mądry uczy Spencer:

Im czystszy wszelki duch, im bardziej żywa
Mieszka w nim siła niebieskiej światłości,
Tem nadobniejsze ciało on zdobywa,
W którem chwalebniej i wspanialej gości,
Szczęśliw z tej swojej czarującej włości.
Bo formą duszy ciało się wyraża,
Bo duszą forma, która ciało stwarza.[1]

I oto stanęliśmy odrazu już nie na przyjemnych drogach spekulacyi krytycznej, ale na świętym gruncie, po którym winniśmy chodzić w milczeniu i pobożności. Stoimy wobec tajemnicy świata — tam, gdzie jaśń przeistacza się w zjawę, a jedność przemienia się w wielość.
Wszechświat jest uzewnętrznieniem ducha, wszelkie życie wytryska w zjawiskach. Cała nasza wiedza jest wiedzą zmysłów i dlatego też jest powierzchowna. Ziemię i ciała niebieskie, zjawiska fizykalne i chemiczne badamy zmysłami, jak gdyby swój własny miały byt, a przecież są one tylko świtą naszej jaźni. „Potężne niebiosa“ — mówi Proklus — „ukazują w swoich transfiguracyach wyraźne obrazy blasku świadomości zmysłowych, ponieważ wszystkie w ścisłym pozostają związku z utajonymi okresami w życiu natur duchowych“. Dla tego też wiedza wyrasta tylko do miary człowieka i dotrzymuje kroku religii i metafizyce; albo wyrażając to inaczej: stan wiedzy jest indeksem naszej samoświadomości.
Ponieważ wszystko w naturze odpowiada sile duchowej, dlatego też wszelkie zjawisko może tylko dopóty pozostać niepojętem i ciemnem, dopóki w badanym odpowiednia nie obudzi się zdolność.
Nie dziwota więc, iż te wody tak są głębokie, że z religijnym stoimy nad niemi lękiem. Piękność bajki jest dla poety i dla innych dowodem doniosłości jej znaczenia; albo, jeżeli chcemy, każdy człowiek na tyle jest poetą, że posiada wrażliwość na te czarodziejskie moce przyrody. Wszyscy bowiem ludzie uczestniczą w ideach, których uroczystem obwieszczeniem jest wszechświat. Uważam, iż cały urok spoczywa w symbolu. Któż kocha naturę? któż jej nie kocha? Czyż tylko poeci i ludzie wykształceni przepędzają z nią wolne swe chwile? Nie, tak samo i myśliwi, chłopi, ujeżdżacze i rzeźnicy, tylko, że miłość swą wyrażają nie w doborze słów, tylko w wyborze zawodu. Uczony dziwi się, co woźnica lub myśliwy może tak cenić w jeździe, psach, lub koniach. Nie powierzchowne ich właściwości. Rozgadaj się z nim, a przekonasz się, że tak mało sobie je waży, jak każdy inny. Miłość jego ku nim w utajonej spoczywa sympatyi, nie umie on tego wyrazić, ale poddaje się tej żywej sile, której obecność w przyrodzie niejasno odczuwa. Nie zadowoliłoby go żadne naśladownictwo, żadne igranie z temi rzeczami; pragnie on naprawdę mieć naokoło siebie burzę i deszcz, las, skały i żelazo. Droższe jest nam piękno, którego nie możemy objaśnić, aniżeli piękno zrozumiałe. Według surowego, ale głęboko odczutego obrządku, modli się on do przyrody jako symbolu, do przyrody, wyciskającej rzeczom nadprzyrodzonym piętno pewności, do ciała, przelewającego się nadmiarem życia.
Serdeczność, tajemniczość tego głębokiego przywiązania popycha człowieka wszelkiego stanu do używania znaków i godeł. Szkoły poetów i filozofów nie mniej są upojone swymi symbolami, aniżeli pospólstwo swoimi.
Trzeba tylko zastanowić się nad potęgą odznak i emblementów w naszem życiu politycznem. Na przykład ta wielka kula, którą toczą od Baltimore do Bunkerhill! A owe pochody polityczne, w których Lovell kroczy ze swą szmatą, Linn ze swym trzewikiem, Salem ze swym okrętem! Przypomnijmy sobie ową beczkę do wina, ów blokhauz, ową palmę karłowatą i te wszystkie inne, niezliczone odznaki partyjne. A cóż dopiero mówić o potędze emblematów narodowych! Na widok kilku gwiazd, lilii albo lampartów, półksiężyca, lwa, orła lub innych obrazów, które Bóg wie, w jaki sposób do takiego doszły znaczenia, umieszczonych na strzępie starej flagi, powiewającej na forcie w jakimś zapadłym kącie świata, może zagotować się krew zarówno w żyłach ludzi najprostszych, jak i największą posiadających ogładę. Ludzie wmawiają w siebie, że nie cierpią poezyi, a przecież sami są poetami i mistykami.
Pominąwszy tę powszechność języka symbolicznego, boskość owego wznioślejszego użytku rzeczy (zamieniającego świat w świątynię, której ściany pokryte są godłami, wizerunkami i przykazaniami bóstwa) poznajemy i po tem, że niema wydarzenia w przyrodzie, któreby w całości nie mieściło w sobie ducha przyrody; wszystkie bowiem nasze podziały spraw i zjawisk, na wysokie czy nizkie, szlachetne czy podłe, znikają z chwilą, gdy przyrodę zaczniemy pojmować symbolicznie. Przenikająca wszystko idea pozwala czynić użytek z wszystkiego, a skarbiec mowy człowieka wszechwiedzącego zawierałby słowa i obrazy, wykluczone z języka salonów. Słowa płaskie, a nawet sprośne — dla sprośnika — nabierają cechy dworności z chwilą wypowiedzenia ich w nowem powiązaniu myśli. Pobożność proroków hebrajskich uświęca prostacką rubaszność ich sposobu wyrażania się. Obrzezanie jest dowodem potęgi poezyi, uszlachetniającej nawet to, co poziome i gorszące. Nikłe, małoznaczne sprawy te same wyświadczają przysługi, co wielkie symbole. Co więcej, im niepozorniejszym jest symbol, wyrażający jakieś przykazanie, tem skuteczniej działa, tem silniej utrwala się w pamięci ludzkiej, podobnie jak my, celem noszenia ze sobą jakiegoś niezbędnego narzędzia najmniejszą wybieramy szkatułkę czy pochewkę. Umysłowi wrażliwemu, obdarzonemu wielką wyobraźnią, sam wykaz słów nowe poddaje idee; opowiadają przecież, że lord Chattam przerzucał słownik Balley’a, ilekroć chciał przemawiać w parlamencie. Najuboższe doświadczenie dostatecznie jest bogate, aby dla wszelkiej myśli odpowiedni znaleźć wyraz. Pocóż ta nieustanna żądza poznania nowych szczegółów? Dzień i noc, dom i ogród, kilka książek, kilka faktów mogą nam te same świadczyć usługi, co wszystkie rzemiosła i wszystkie osobliwości. Dalekośmy jeszcze od tego, aby wyczerpać treść wszystkich, używanych przez nas symbolów. Możemy jeszcze dojść do tego, że używać ich będziemy z przeraźliwą prostotą. Poemat nie potrzebuje być długi. Onego czasu każde słowo było poematem. Każdy nowy stosunek nowy stwarza wyraz. Nawet błędów i szpetności do świętych używamy celów, wyrażając tem samem przekonanie, że zło tego świata tylko złemu oku złem się wydaje. Mitologia starożytna przypisuje naturom boskim ułomności — Wulkan jest kulawy, Kupido ślepy i t. d., aby wyrazić bujność i nadmiar w innym kierunku.
Tylko dzięki oderwaniu, dzięki oddaleniu się od życia bóstwa wydają się nam rzeczy brzydkiemi, a poeta, umiejący wszystkie rzeczy zespolić na nowo z przyrodą i powszechnością, co więcej, dzięki głębszemu wniknięciu sprowadzający nawet rzeczy sztuczne i spaczone do właściwych kształtów przyrody, łatwo daje sobie radę z rzeczami choćby najnieznośniejszemi. Czytelnicy, wykształceni poetycko, widząc fabryki i koleje żelazne wyobrażają sobie, że cierpi na tem poezya krajobrazu, a to dla tego, ponieważ dotychczas, w ich lekturze, rzeczy tych nie uświęciła sztuka; poeta jednak widzi z łatwością, że dadzą się one tak samo w wielkim postawić szeregu, jak ul lub geometryczna przędza pająka. Przyroda przyjmie je niebawem w kręgi swego życia, a pędzący naprzód pociąg kocha jak własne swe twory. Zresztą na umysł jasny i ustalony mechaniczne wynalazki nie wielkie wywierają wrażenie. A przytem, choćbyście milion nowych, najbardziej zdumiewających dodali wynalazków, istota mechaniki nie zyska na wadze ani drobiny. Znaczenie duchowe żadnej nie ulegnie zmianie bez względu na to, czy szczegółów przybędzie dużo czy mało; podobnie jak góra nie ma odpowiedniej wysokości, by złamać krzywiznę ziemi. Kuty na cztery nogi chłopak wiejski przybywa poraz pierwszy do miasta, a zarozumiały mieszczuch czuje niezadowolenie, tak mało widząc w nim podziwu. A ten brak zdumienia przypisać należy nie temu, jakoby chłopak tych wszystkich pięknych domów nie widział, albo nie wiedział, że czegoś podobnego nigdy jeszcze nie oglądał, ale poprostu temu, że załatwia on się z niemi tak samo prędko, jak poeta znajduje miejsce na kolej. Główna wartość rzeczy polega na tem, że podwyższa wielki i stały ogrom życia, wobec którego wszelkie szczegółowe zjawiska razem i każde z osobna wyglądają karłowato, a dla którego muszelkami ozdobiony pas Indyanina i cały handel Ameryki jednakowe mają znaczenie.
W ten sposób świat oddaje się duchowi na usługi jako verbum i nomen, ale tylko poeta umie językiem tym przemawiać. Bo jakkolwiek życie jest wielkie, jakkolwiek na wszystko czar swój wywiera i wszystko pochłania, i jakkolwiek wszyscy ludzie rozumieją symbole, które mu nadają nazwiska, to przecież nie wszyscy ludzie nauczyli się używać ich samodzielnie. My jesteśmy symbolami i zamieszkujemy symbole; robotnicy, praca i narzędzia, wyrazy i rzeczy, narodziny i śmierć, to wszystko same symbole, ale my dla symbolów tych za dużo zużywamy uczucia i wprowadzeni w błąd zwykłem powszedniem znaczeniem rzeczy, zapominamy, że są ideami. Poeta, mający głębsze zrozumienie istoty rzeczy, udziela im swej siły, dzięki której zapomina się o ich dawnem znaczeniu, nadając wszystkim niemym i bezdusznym przedmiotom oczy i język. Pojmuje niezawisłość idei od symbolu, niezmienność idei, przypadkowość i pierzchliwość symbolu. Tak jak oczy Lynkeusa przenikały ziemię na wskróś, podobnie i poeta przemienia świat w szkło i ukazuje nam istotny dopiero ład i następstwo wszystkiego, co jest. Albowiem dzięki lepszemu zrozumieniu, znajduje się on o krok bliżej wszystkiego, widzi falowanie i przemiany rzeczy; widzi, że wszelka idea jest wielokształtną, że w kształcie wszelkiego stworzenia przemieszkuje siła, zniewalająca je do przybierania kształtów doskonalszych; śledząc w ten sposób najwewnętrzniejszą głąb życia, używa on tych samych kształtów, w których wyraża się to życie, i oto słowa jego toczą się razem z strumieniem przyrody. Wszystkie wydarzenia w państwie zwierzęcem, rodzaj, odżywianie się, ciąża, narodziny i wzrost są symbolami przejścia świata w ducha człowieka, aby się w nim przekształcić i w wyższej pojawić się znowu wartości. Posługuje się on kształtami, odpowiadającymi wewnętrznemu ich życiu, a nietylko czczej formie. To właśnie prawdziwą jest wiedzą. Poeta tylko rozumie astronomię, chemię, wegetacyę i życie animalne, nie zatrzymuje się on bowiem na samych zjawiskach, ale posługuje się niemi jako symbolami. On wie, dlaczego pole przestrzeni obsiano kwiatami, które zowiemy słońcem, księżycem i gwiazdami; dlaczego głębię rozległą ozdobiono ludźmi, zwierzętami i bóstwami, albowiem z każdem wypowiedzianem przez siebie słowem jeździ on na nich jako na rumakach myśli.
Mocą tej wiedzy poeta jest rozdawcą nazwisk, twórcą mowy, nazywającym rzeczy zaraz po ich zjawieniu się odpowiednio do ich istoty, nadającym każdej rzeczy właściwe miano i w ten sposób sprawiającym duchowi ową rozkosz, której doznajemy przy należytem rozdzieleniu i rozgraniczeniu rzeczy. Poeci stworzyli wszystkie wyrazy i dlatego też język jest niby archiwum dziejów, a równocześnie i grobowcem muz. Bo jakkolwiek początek przeważnej części naszych słów jest już dzisiaj w zapomnieniu, to przecież ongi każde słowo było łyskiem ducha, iskrą geniuszu i pozostało w obiegu, ponieważ w onej chwili od razu świat zamieniało w symbol i dla tego, kto je pierwszy wypowiedział, i tego, kto je pierwszy posłyszał. Etymolodzy twierdzą, że najbardziej zmartwiałe słowa były ongi promiennymi obrazami. Język kopalną jest poezyą. Podobnie jak wapień na lądzie jest wytworem niesłychanej ilości skamieniałych skorupiaków, tak samo i język składa się z obrazów i przenośni, które dzisiaj w pochodnem swem znaczeniu przestały już nam przypominać poetyczny jego początek. Atoli poeta nadaje rzeczy właściwe miano, ponieważ ją widzi, ponieważ jest jej o krok bliższym, niż wszelki inny człowiek. Ten wyraz, to miano nie jest sztuką, lecz drugą przyrodą, która wyrasta z pierwszej, jak liść wyrasta z drzewa. To, co nazywamy przyrodą, jest jakimś rodzajem regulującego się własną mocą ruchu i zmianą; przyroda też spełnia wszystko własną ręką, nie pozwala, iżby ją chrzcili inni, chrzci się sama i to znowu dzięki przemianom. Przypominam sobie, że pewien poeta tak mi to opisał:
Geniusz to czynność, zapobiegająca zanikowi rzeczy, bez względu na to, czy zanik ten w całości, czy też tylko częściowo materyalnego i znikomego jest rodzaju. Przyroda ubezpiecza się sama we wszystkich swych dziedzinach. Nikt nie stara się o posianie marnego grzyba, dla tego ona sama wytrząsa z fałd kwiecia nieprzeliczone pyłki rozrodcze, z których każdy, gdy się utrzyma, może jutro lub pojutrze rozsiać nowe ich biliony. Nowy grzyb, powstały w ten sposób, może mieć widoki, których tamten nie miał. Ten atom jego posiewu padł na nowe miejsce, nie podległe już przypadkowi, który o dwie stopy dalej zniszczył jego rodziciela. Przyroda tworzy nowego człowieka, a, doprowadziwszy go do wieku dojrzałości, nie chce narażać się na niebezpieczeństwo nagłej utraty tego cudu, oddziela więc od niego nową jaźń, ażeby gatunek uchronić od wypadków, którym podlega jednostka. Tak samo, gdy dusza poety osiągła dojrzałość myśli, oddziela od niego poematy i pieśni, nieznające lęku, bezsenne, nieśmiertelne potomstwo, nie wystawione na przypadki państwa, czasu, nie znającą lęku, żywotną gromadę skrzydlatych latorośli (tak wielką była potęga duszy, która je zrodziła), chyżo i daleko ulatujących na swych skrzydłach i nieuchronne wijących sobie gniazda w sercach ludzkich. Im bogatsza i piękniejsza dusza poety, tem potężniejsze są te skrzydła. Tak więc nieśmiertelne te pieśni odlatują śmiertelnego swego twórcę; ściga je zgiełkliwe stado obelżywych krytyk, w daleko większej rojących się ilości i grożących im pożarciem: ale brak im skrzydeł. Po króciutkim locie spadają ciężko na ziemię i gniją, ponieważ od dusz, z których się poczęły, nie otrzymały skrzydeł piękna. Za to melodye poety potężnie wynoszą się w górę i wnikają w głębie nieskończonego czasu.
Tyle powiedział mi ów pieśniarz w swobodniejszym swym języku. Ale przyroda, tworząc nowe indywidua, wyższe ma cele, aniżeli samo ubezpieczenie się, dąży mianowicie do tego, aby ducha uszlachetnić czyli ku doskonalszym poprowadzić go kształtom. Znałem w młodszych latach rzeźbiarza, twórcę posągu młodzieńca w naszym parku. O ile pamiętam, nie umiał on absolutnie powiedzieć, co go czyni szczęśliwym a co nieszczęśliwym, a udało mu się dojść do określenia przedziwnie krętemi drogami. Pewnego dnia wstawszy, — według zwyczaju, przed świtem i spromieniony ujrzawszy poranek, wielki, jak wieczność, z którego się wydobywał, całymi dniami trudził się, jakby wyrazić ten spokój i oto dłuto jego wyciosało z marmuru postać przewspaniałego młodzieńca, Phosphorusa, światłodawcę, na którego widok, jak mówią, wszyscy ludzie pogrążać się muszą w milczeniu. Tak i poeta poddaje się swemu nastrojowi i oto duch, który nim wstrząsał, wypowiada się, ale jako alter idem w całkiem nowych kształtach. To wypowiedzenie się jest organiczne, jest tylko nowym typem, który przybierają rzeczy, skoro się wyzwolą. Powolnie jak przedmioty, oświetlone słońcem, rysują swój obraz na siatkówce oka, tak i one, uczestnicząc w dążeniu wszechświata, dążą do tego, aby w duchu poety daleko subtelniejszą narysować kopię swej istoty. Zamiast przemiany rzeczy w wyższe formy organiczne, zjawia się różnej wartości przemiana ich w melodyę. Nad każdą rzeczą unosi się jego demon czy duch, a powolnie jak zarysy rzeczy odzwierciadlają się w oku, tak duch jego odzwierciadla się w melodyi. Morze, grzbiety gór, Niagara i każda grządka kwiatów istniały dawniej i w doskonalszym stopniu w „przedśpiewach“, falujących w powietrzu jak wonie, a człowiek dostatecznie własnem obdarzony uchem, przechodząc koło nich, posłyszy te dźwięki, spróbuje je spisać bez rozbijania ich na pyłki i bez fałszowania. I w tem też ma uprawnienie krytyka, w przeświadczeniu naszego ducha, że wszystkie poezye są tylko popsutą reprodukcyą tekstu przyrody, z którym powinny się zgadzać. Rym sonetu nie mniej powinien być wdzięczny od skrętów muzyki albo od barwnej przeplatanki równych, a zmiennych form w bukiecie kwiatów. Parzenie się ptaków jest idyllą, ale nie tak nudną, jak nasze idylle; burza dziką jest odą bez fałszywego, napuszonego patosu, lato z swym siewem i żniwami jest pieśnią epicką, podzieloną na wielką ilość przedziwnie wykończonych śpiewów. Dla czegóżby harmonia i prawda, przenikające swym dźwiękiem rzeczy tamte, nie miały przepływać w naszego ducha, dlaczego nie mielibyśmy uczestniczyć w wynalazczej mocy przyrody? To wnikanie w rzeczy, znajdujące swój wyraz w tem, co nazywamy wyobraźnią, jest wysokim rodzajem patrzenia; nikt patrzenia tego nauczyć się nie może, przypadło ono w udziale jedynie duchowi, który sam jest tam, gdzie coś widzi, i sam jest tem, co widzi, duchowi, który sam towarzyszy biegowi i rozwojowi rzeczy poprzez formy i potem rzeczy te, rozwiązane przez siebie, ukazuje innym. Ale bieg rzeczy w głębokiem spełnia się milczeniu. Czyż w tym pochodzie zniosłyby one obok siebie kogoś, co mówi? Nie zniosą szpiega; przedsię człowiek miłujący, poeta jest transcendencyą, wypełnieniem ich własnej natury — poetę zniosą!
A poeta wypowie się prawdziwie jedynie wówczas, jeżeli całkiem i bez zastrzeżeń podda się owemu tchnieniu boskiemu, wszystkie przenikającemu kształty i jego tylko pójdzie śladem — warunek to niezbędny. Jest to tajemnicą, którą każdy rozumny człowiek szybko pojmuje, że poza siłą ducha, którego jest świadom i którym włada, może inną zdobyć siłę (niejako ducha zdwojonego w sobie), jeżeli całkiem podda się naturze rzeczy; że poza siłą specyalną, w której uczestniczy jako indywiduum, istnieje jeszcze wielka siła powszechna, w której może uczestniczyć, jeżeli zaryzykuje otwarcie swych drzwi, aby w ducha swego eteryczne przepuścić fale i dać im swobodnie krążyć w swem wnętrzu: wówczas to porwie go życie wszechświata, wówczas mowa jego stanie się grzmotem, myśl jego prawem, a słowa jego tak będą powszechnie zrozumiałe, jak rośliny i zwierzęta. Poecie wiadomo, że tylko wówczas zupełnie się wypowiada, jeżeli wyraża się nieco dziko „kwiatem ducha“, jeżeli duchem swoim nie posługuje się jako narzędziem, ale z wszelkiej zwolniwszy go służby, pozwoli mu obrać drogę odpowiednią do swego własnego niebiańskiego życia, albo — jak się wyrażali starożytni — jeżeli przemówi nietylko duchem, ale duchem, który się upoił nektarem. Podobnie jak zbłąkany jeździec puszcza koniowi wodze i odnalezienie drogi pozostawia instynktowi zwierzęcia, tak samo i my powinniśmy postępować z tem boskiem zwierzęciem, które nas przez świat ten prowadzi. Bo skoro tylko instynktowi temu w jakikolwiek sposób dodać możemy bodźca, nowe do wnętrza natury otwierają się nam drogi, duch wnika i przenika rzeczy najtrudniejsze i najwyższe i przemiana staje się możliwą.
Oto dla czego pieśniarze lubią wino i miód, wszelkiego rodzaju narkotyki, kawę, herbatę, opium, dym sandałowego drzewa i tytoniu i wszelkie inne środki animalne, wywołujące podniecenie. Wszyscy ludzie używają wszelkich nadarzających się im środków, aby do sił swych normalnych i tę jeszcze nadzwyczajną dodać siłę, dlatego cenią konwersacyę, muzykę, obrazy, rzeźby, tańce, teatr, podróże, wojnę, zbiegowiska, pożary, grę, politykę i miłość albo też wiedzę, czy odurzenie fizyczne, środki, będące grubszym lub delikatniejszym quasi­‑mechanicznym surogatem prawdziwego nektaru, polegającego na owym zachwycie ducha, który się zjawia, skoro duch wniknął w istotę rzeczy. Wszystkie te środki służą tylko odśrodkowej dążności człowieka, tęskniącego ku dali i swobodzie, pomagają mu one do wydobycia się z kaźni ciała, w którą go wtrącono, z więziennego dziedzińca więżących go stosunków indywidualnych. Dlatego też niejeden zawodowy przedstawiciel piękna, niejeden poeta, muzyk i aktor prowadzi w daleko większym stopniu, niż inni, życie wesołe i rozwiązłe; można to powiedzieć o wszystkich z wyjątkiem nielicznych, prawdziwym obdarzonych nektarem, a ponieważ zdobywanie wolności na tej drodze zawsze było błędnem, ponieważ było emancypacyą, nie prowadzącą ku niebu, lecz ku swobodzie w dziedzinach niższych, dlatego też korzyści, w ten sposób zdobyte, musieli wszyscy opłacać zmarnieniem i zepsuciem. Natura nie pozwoli sobie żadnej korzyści wydrzeć podstępem. Duch świata, wielka, spokoju pełna obecność Stwórcy nie da się zakląć czarodziejskimi sztukami wina lub opium. Wzniosłe wizye ukazują się tylko czystej i prostej duszy w prostem i nieskalanem ciele. Środkom narkotycznym zawdzięczamy nie natchnienie, lecz pseudowzruszenie i szał. Milton powiada, że poeta liryczny może sobie pić wino i rozwiązłe prowadzić życie, natomiast epikowi, który ma śpiewać o bóstwach i o tem, jak zstąpili pomiędzy ludzi, przystało pić wodę z naczynia drewnianego. Albowiem poezya nie jest „winem czarta“, lecz winem boga. Dzieje się tu podobnie, jak z zabawkami dziecięcemi. Dłonie i pokoje naszych dzieci napychamy rozmaitymi lalkami, bębnami i końmi drewnianymi, odwracając przez to ich oczy od prostego oblicza przyrody i od rzeczy, które powinny im wystarczyć, od słońca, księżyca, zwierząt, wody i kamieni, które powinny być ich zabawkami. Tak samo i tryb życia poety powinien być nastrojony na tak prosty kamerton, iżby go najzwyklejsze zachwycały wrażenia. Wesołość jego powinna być darem światłości słonecznej, natchnienie powinien czerpać z powietrza, upajać powinna go woda. Duch, spokojnym wystarczający sercom, przemawiający do nich z każdej kępy suchej trawy, z każdego pnia sosnowego, z każdego napół zagrzebanego głazu, oświetlonego bladem słońcem marcowem, duch ten objawia się tylko ubogim, głodnym i prostym. Jeżeli jednak mózg swój napełnisz zgiełkiem Bostonu i Nowego Yorku, modą i rozwiązłością: jeżeli udręczone zmysły podniecać będziesz winem i czarną kawą, juścić w samotnej pustyni lasów jodłowych nie dostrzeżesz promieniowania mądrości bożej.
Jeżeli wyobraźnia oszałamia poetę, to i w innych ludziach nie jest bezczynną. Przemiana wywołuje i w zwykłym widzu radosne wzruszenie. Posługiwanie się symbolami wywiera na wszystkich ludzi wpływ wyzwalający i rozweselający. Zdaje się nam, jakby nas czarodziejska dotknęła różdżka, ni to dzieciom szczęśliwym, kazała nam tańczyć i skakać z radości. Stajemy się podobni do ludzi, którzy z jaskini lub piwnicy na świeże wyszli powietrze. Tak oddziałują na nas przenośnie, bajki, wyrocznie i wszystkie inne formy poetyckie. W ten sposób stają się poeci wyzwalającemi bóstwami. Ludzie naprawdę nowy zdobyli zmysł, w świecie swoim świat mają nowy, co więcej, odkryli całe gniazdo światów, albowiem odgadujemy, że przemiana, raz się zjawiwszy, na jednym się nie zatrzyma. Nie będę zastanawiał się nad tem, jakim urokiem obdarza to zjawisko algebrę i nauki matematyczne, mające również swoje przenośnie; ale czar ten w każdej czujemy definicyi. Tak n. p. jeżeli Arystoteles określa przestrzeń, jako nieruchome naczynie, zawierające wszystkie rzeczy, albo gdy Plato określa linię jako punkt, będący w ruchu, albo kształt jako ograniczenie ciała stałego i t. p. Jakież radosne odczuwamy poczucie swobody, gdy Witruwiusz wypowiada dawne przekonanie twórców, że architekt, nie posiadający znajomości anatomii, porządnego nie wybuduje domu. Gdy Sokrates mówi w Charmidesie, że pewne choroby duszy leczyć można pewnemi czarnoksięskiemi zamawianiami, będącemi niczem innem, jak tylko świetnemi rozumowaniami, które duszę przywodzą do umiarkowania i opamiętania; gdy Plato świat nazywa zwierzęciem; gdy Timeusz twierdzi, że i rośliny są zwierzętami, lub dowodzi, że człowiek niebiańskiem jest drzewem, rosnącem w zwyż krzewem, to znaczy głową wzniesioną do góry, jak, naśladując go, pisze Jerzy Chapman:

„Jak w drzewie ludzkiem, którego korzenie
Rosną na miejscu wierzchołka...[2]


gdy Orfeusz o białych mówi włosach, jako „o kwieciu białem, oznaczającem wiek najwyższy“; gdy Chaucer w swym peanie, sławiącym „Gentilezzę“, człowieka szlachetnej krwi, na podrzędnem znajdującego się stanowisku, porównywa z ogniem, który, choćby go przyniesiono do najciemniejszej chaty, stojącej gdzieś pomiędzy naszemi górami a Kaukazem, przecież stosownie do swej natury tak jasno się pali, jakby go widziało dwadzieścia tysięcy ludzi; gdy Jan w Apokalipsie ujrzał zagładę świata przez grzech i patrzał na gwiazdy, spadające z nieba ni to owoce niedojrzałe, które zrzuca drzewo figowe; gdy Ezop przywodzi nam przed oczy mnóstwo wydarzeń i stosunków z naszego życia codziennego w postaci pochodu zamaskowanych ptaków i czworonogów —: wtedy to widzimy w tem wszystkiem jak gdyby znak radosny, obwieszczający nieśmiertelność naszej istoty we wszystkich tysiącznych ich przemianach i odpływach, wtedy to czujemy, że do nas stosuje się to, co cyganie mówią o sobie: „nadaremnie ich wieszać, przecież i tak nie umrą“.

Tak więc poeci są naprawdę bóstwami wyzwalającemi. Starożytni bardowie brytyjscy oznaczali powołanie swe tytułem: „Oto ci, którzy są wolni na całym świecie“. Są wolni i wyzwalają. Książka, z bujną napisana wyobraźnią, daleko większe wyświadcza nam usługi w pierwszej chwili, gdy nas swymi rozpłomienia obrazami, aniżeli później, gdyśmy już jaknajdokładniej poznali sens autora. Mojem zdaniem jedyną rzeczywistą wartość książki stanowią pierwiastki transcedentalne i niezwykłe. Jeżeli kogoś tak rozpalą i porwą jego myśli, że zapomina o autorach, książkach i publiczności a poddaje się tylko swym snom, które opętały go jak obłęd, wtedy dajcie mi do czytania jego pismo, a ja wam za to oddam i logikę i historyę i krytykę. Cała wartość Pitagorasa, Paracelsa, Korneliusza Agryppy, Kardana, Kepplera, Swedenborga, Schellinga, Okena i wszystkich innych, którzy w kosmogonię swą wprowadzili takie wątpliwe rzeczy, jak anioły i dyabły, jak magia, astrologia, chiromantyka, mesmeryzm, polega na pewności, że tutaj właśnie odstąpiono od rutyny, że nowy tu wystąpił świadek. To także największe ma powodzenie w rozmowie, ta magia swobody, dająca nam świat do ręki, jak piłkę. Ale i swoboda wyda się nam tanią a nawet wszelkiej pozbawioną wartości, jeżeli jakieś wzniosłe wyrażenie doda siły duchowi, że mógłby nawet przyrodę ruszyć z posad i podźwignąć do góry; wtedy dopiero olbrzymie rozwierają się nam widnokręgi. Ludy, czasy i systemy pojawiają się i nikną jak włókna barwnego, wzorzystego dywanu; sen następuje po śnie, a dopóki trwa upojenie, gotowi jesteśmy, kąpiąc się w tem nowem bogactwie naszem, sprzedać nasze łoże, naszą filozofię, naszą religię. Dostateczny też mamy powód, aby cenić to wyzwolenie. Dola biednego owczarza, który, zabłąkawszy się w zawiei, oślepion płatami śniegu, ginie w tej kurniawie o kilka kroków od swego szałasu, oto symbol położenia, w którem znajduje się człowiek. Umieramy nędznie nad brzegiem zdroju życia i prawdy. Zdumiewająca to rzecz, jak niedościgłą jest dla nas każda myśl, prócz tej, która nas właśnie ogarnia. Na nic się nie zda zbliżenie się do niej; kiedyśmy jej najbliżej, jesteśmy od niej tak samo daleko, jak wówczas, gdyśmy byli najdalej. I każda myśl jest więzieniem; tak, każde niebo jest więzieniem. Dla tego miłujemy poetę, wynalazcę, który w jakiejkolwiekbądź formie, czy to w formie pieśni, czynu, spojrzenia, czy zachowania się, nową uraczył nas myślą. Rozbija nasze kajdany i oczom naszym nową otwiera widownię.
Wyzwolenie to drogiem jest dla wszystkich, a moc udzielania go ludziom, z większej wynikając głębi i z szerszego widnokręgu myśli, jest miarą zdolności. Dla tego też żyją tylko książki, stworzone przez wyobraźnię, to znaczy wszystkie te, które wybijają się na takie wyżyny prawdy, że autor widzi przyrodę pod sobą i uważa ją niejako za wykładnik swego własnego ducha. Każdy wiersz, każde zdanie, posiadające tę siłę, stara się samo o swą nieśmiertelność. Religie świata to przecież modły strzeliste kilku zaledwie ludzi, bogatą obdarzonych wyobraźnią.
Atoli cechą wyobraźni jest to, że płynie, a nie zamarza. Poeta nie zadowolił się barwą i kształtem, lecz pojął ich znaczenie; ale i znaczenie mu wystarczyć nie może, dopóki rzeczy tych nie zamieni w wykładniki swej nowej myśli. I tutaj spoczywa różnica pomiędzy poetą a mistykiem. Mistyk przygważdża symbol do sensu, który w onej chwili prawdziwym był sensem, ale który w następnej już godzinie staje się przestarzałym i błędnym. Albowiem symbole są płynne; wszelki język toczy się naprzód i nieustannie się przetwarza, służy do poruszania się naprzód, jak lektyka lub konie, a nie aby na nim osiąść, jak dom, czy folwark. Mistycyzm polega na pomieszaniu symbolu przypadkowego i indywidualnego z symbolem powszechnym. Zorza poranna jest w oczach Jakóba Boehmego najulubieńszem przypadkowo zjawiskiem śród wszystkich innych i dzięki temu posiada dlań to samo znaczenie, co prawda i wiara; wierzy on wiernie, że i dla wszystkich czytelników te same przedstawiać będzie wartości. Ale tak samo zrozumiale, najbliższy już czytelnik będzie wolał symbol matki z dzieckiem, albo ogrodnika z cebulą lub też jubilera, szlifującego jakiś kamień drogi. Każdy z tych symbolów i miriady innych będą tak samo dobre dla człowieka, w którego oczach odpowiednie mają znaczenie. Nie należy ich tylko przeceniać, trzeba je natomiast z całą chęcią na równoznaczne przekładać wyrazy, jakimi posługują się wszyscy inni. A mistykowi trzeba nieustannie powtarzać: „Wszystko, co mówisz, jest tak samo prawdą bez twych nużących symbolów, jak z nimi. Daj nam raczej trochę algebry, zamiast tej zdawkowej retoryki — ogólnie zrozumiałe znaki, zamiast utartych w jednej wioszczynie — a obaj dojdziemy prędzej do ładu. Snać uczą nas dzieje hierarchii, że błąd wszystkich religij polegał na zbytniem stwardnieniu i skostnieniu symbolu, tak, że ostatecznie stał się tylko szczątkowym wyrostkiem mowy.
W nowszych czasach nie było człowieka, któryby przyrodę tak przekładał na myśli, jak Swedenborg. Nie znam w dziejach człowieka, dla któregoby przedmioty miały w taki sam sposób wyłączne znaczenie myśli. W oczach jego nieustanna rozgrywa się przemiana. Na czemkolwiek spocznie jego oko, wszystko to duchowym i moralnym ulega popędom. Figi, które spożywa, zmieniają się w winogrona. Gdy który z aniołów jego wypowiada jakąś prawdę, liście wawrzynowe zakwitają w jego ręku. Hałas, który z oddali wydawał mu się skrzypieniem i odgłosem młotów, okazał się z blizka warkiem swarzących się ludzi. W jednej z jego wizyi wydali mu się ludzie, w nadziemskiem widziani oświetleniu, smokami w głębokiej ciemności, ale oni sami uważali się pomiędzy sobą za ludzi, a gdy do ich chaty wtargnęło światło niebieskie, skarżyli się wzajemnie na nagłą ciemność i musieli pozamykać okna, ażeby módz widzieć.
Posiadał on ów dar spostrzegania, czyniący z poety lub wieszcza przedmiot lęku i przerażenia; widział on, że ten sam człowiek, ta sama gromada ludzi może w własnych oczach i w oczach swych towarzyszy wyglądać zupełnie inaczej, aniżeli w spoglądającej na nich źrenicy duchów wyższych. Niektórzy duchowni, uczoną, według jego opisu, zajęci rozmową, wydali się dzieciom, z pewnego oddalenia, cielskami padłych koni i tym podobnymi potworami. Nasuwa się też odrazu duchowi pytanie, czy owe ryby pod mostem, owe wody na pastwisku, owe psy w podwórzu są naprawdę rybami, wołami i psami, czy też tylko nam się tak wydają? Czy w własnych swych oczach nie są może prosto chodzącymi ludźmi? A wreszcie czy ja sam w oczach wszystkich ludzi wyglądam na człowieka? Bramini i Pitagoras to samo stawiali pytanie, a w oczach poety, który podobne dostrzegł przekształcenie, będzie ono zapewne zgodne z wielu innemi doświadczeniami. Wszyscyśmy przecież nie mniejsze widzieli przemiany na ziarnku pszenicznem albo na gąsienicach. Poeta to właśnie widzi poprzez „żywą szatę“ niezmienną wiekuiście przyrodę, on­‑ci to umie wypowiedzieć i grozą i miłością porwać nas za sobą.
Daremnie rozglądam się za poetą, którego opisuję. Nie umiemy się z dostateczną prostotą i głębią zwrócić do życia, nie mamy też odwagi opiewania naszych własnych czasów i naszych stosunków społecznych. Gdybyśmy dzień nasz tęgą wypełnili pracą, nie wahalibyśmy się głosić jego chwały. Czas i przyroda nie jednego nie poskąpiły nam daru, ale dotąd nie dały nam męża naszej epoki, nie dały nam tej nowej religii, tego pojednawcy, którego wszyscy oczekują. Sława Danta polega na tem, że miał odwagę dzieje własnego żywota olbrzymiemi głoskami wpisać niejako w księgę wszechświata. W Ameryce nie mieliśmy dotąd geniusza, coby okiem tyrana rozpoznał wartość naszego nieocenionego materyału, coby wśród barbarzyństwa i materyalizmu tego świata ujrzał inny karnawał tych samych bogów, którego obraz tak podziwia w Homerze, a który powraca w wiekach średnich i w kalwiństwie. Banki i taryfy, dzienniki i posiedzenia klubów, metodyści i unitaryusze będą tylko w oczach tłumu płytkiego zjawiskiem jałowem i płytkiem, spoczywają bowiem na tym samym podłożu cudownym, na którym stała Troja i świątynia delficka, tak samo też prędko przeminą, jak one. Nie opieśniano dotąd naszych taktyków politycznych, naszych mów wyborczych i agitacyi, naszego rybołóstwa, naszych murzynów i Indyan, naszych statków, złośliwości naszych rzezimieszków i miękkości serca naszych poczciwców, handlu Północy, plantacyi na Południu i karczunków na Zachodzie, nie opiewano dotychczas Oregonu i Teksasu. A jednak w naszych oczach Ameryka jest poematem, geografia jej oślepia naszą wyobraźnię, nie będzie też potrzebowała długo czekać na swoje metra. Ale podobnie jak nie mogę śród mych ziomków odnaleźć tego prawdziwego skojarzenia darów, którego szukam, tak samo przeglądając Chalmersa antologię poetów angielskich z ostatnich pięciu wieków, nie mogłem znaleźć urzeczywistnienia idei poety. Są raczej ludzie utalentowani, aniżeli poeci, jakkolwiek byli pomiędzy nimi i poeci. Ale trzymając się ideału poety, nie będziemy mogli nawet z Homerem i Miltonem tak zupełnie przyjść do ładu. Milton jest zbyt uczony, a Homer zbyt dosłowny i nazbyt historyczny.
Ale czuję, że nie dorosłem do zadania krytyki narodowej i dlatego też chwilkę jeszcze pozostanę przy niewyczerpanym zasobie omawianego pojęcia, aby z poruczoną mi przez Muzę nowinę o sztuce poety załatwić się już do końca.
Sztuka jest drogą twórcy do jego dzieła. Drogi te czyli metody idealne są i wieczne, jakkolwiek mało jest ludzi, którzyby je znali, — częstokroć nie zna ich nawet sam twórca, nie zna ich długie lata, nawet całe życie, dopóki nie wypełni ich warunków. Malarz, rzeźbiarz, kompozytor, rapsod epicki, mówca, wszyscy jedno mają pragnienie: chcą się wypowiedzieć i to symetrycznie i w całości, nie karłowato i ułamkowo. Przypadkiem lub umyślnie poddali się wpływowi pewnych warunków, jak malarz i rzeźbiarz wobec pociągających kształtów ludzkich, jak mówca na zgromadzeniu ludowem, jak tylu innych, szukających czy spotykających się z cieniami, które poruszają ich ducha, które nowe budzą w nich pragnienia. Twórca słyszy jakiś głos, widzi jakiś znak. I oto spostrzega ze zdumieniem, jak go otaczają tłumy demonów. Nie znajduje już spokoju, powiada, jak ów dawny malarz: „Na Boga! To wszystko jest we mnie i musi wyjść ze mnie!“ Ściga piękno, które ujrzał napoły, a które przed nim ucieka. Poeta, znalazłszy się w samotności, przepowiada sobie wiersze. Niejedno z tego, co mówi, jest niewątpliwie powszedniością. Ale tu i ówdzie wydobywają się z niego rzeczy oryginalne i piękne. To go zachwyca, pragnie, aby tego było więcej. W zwykłych naszych rozumowaniach powiadamy: „To mówisz ty, a to mówię ja“; lecz poeta wie, że nie on to mówi, że wydaje mu się to równie obcem i wspaniałem, jak i wam; i on pragnąłby takiej samej wymowy słuchać dalej. Zakosztowawszy raz tej nieśmiertelnej krwi bożej, nie może się nią nasycić, a że w takich poznaniach przedziwnie twórcza przemieszkuje siła, dlatego jest to sprawa niezmiernej wagi, aby rzeczy te wypowiedziano. Jakżeż mało z tego, co wiemy, zawarto w słowach! Ileż to kropli zaczerpnęliśmy z oceanu naszej wiedzy! A jakżeż przypadkowo tylko wydobyły się one na jaw! A ileż to jeszcze tajemnic drzemie w przyrodzie! I stąd pochodzi ta przegwałtowna żądza mowy i śpiewu, stąd dreszcz i bicie serca mówcy u wrót zgromadzenia — niewysłowiona tęsknota, aby myśl wyjawić jako logos czyli SŁOWO.
Poeto, nie wątpij, a wytrwaj! Mów: „Jest we mnie i musi wyjść ze mnie!“ Stój, rozczarowany i oniemiały, zająknięty i zawstydzony, wygwizdywany i wyszydzany, stój i walcz, aż szał obudzi w tobie ową potęgę marzenia, która każdą noc twojej podda władzy — potęgę, przekraczającą wszystkie granice i zapory, a dzięki której staje się człowiek kierownikiem całego prądu elektryczności. Wszystko, co chodzi i pełza, co staje się i co istnieje, musi jedno po drugiem zjawić się przed nim; kroczyć przed nim jako model i wykładnik jego ducha. Skoro moc tę uzyska, geniusz jego będzie już niewyczerpany. Wszystkie stworzenia dążą parami i według rodzaju do wnętrza jego ducha, jak do arki Noego, ażeby wyjść z niego jako mieszkańcy nowego świata. Jak zapas powietrza niezbędny dla naszego oddychania albo dla ognia na naszym kominku, nie ogranicza się do pewnej ilości galionów, ale, w razie potrzeby całą posługuje się atmosferą, tak i poeta całym rozporządza światem. Dla tego też duchy bogatych poetów, jak Homer, Chaucer, Shakespeare i Rafael, żadnych nie znają szrank prócz kresu życia swych twórców; podobne są do zwierciadła, niesionego po ulicach, odbijającego obraz wszystkich tworów.
Poeto! Nowe szlachectwo rozdają po łąkach i gajach, nie, jak ongi bywało, w zamkach, z użyciem miecza. Warunki twarde, lecz sprawiedliwe. Musisz się wyrzec świata i znać tylko muzę. Nie wolno ci już znać czasów i obyczajów, łask, polityki i opinii ludzkich; wszystko odbierać masz z rąk muzy. Albowiem czas trwania miast ogłoszą światu dzwony pogrzebne; tam zaś w przyrodzie, liczą się godziny wszechświata kolejnem następstwem pokoleń roślin i zwierząt, liczą się radością, wyrastającą z radości. Wolą­‑ci też boską, iżbyś zaprzestał wieloraki, dwoisty prowadzić żywot, iżbyś się zadowolił, by inni działali za ciebie. Inni będą za ciebie światowcami, przedstawicielami wszelkiej dworskości, wszelkiego życia salonowego; inni znowu dokonywać będą za ciebie wielkich, rozgłośnych czynów. Ty zasię przebywać będziesz w ścisłem ukryciu z przyrodą, nie możesz żyć jednocześnie na Kapitolu i Giełdzie. Świat jest pełen wyrzeczeń i ma lata terminowania dla wszystkich; a oto twoje: długi czas uchodzić będziesz za szaleńca i to za nieokrzesanego dziwaka­‑odludka. Osłona to i pąkowie, którem Pan ochrania najulubieńsze swe kwiecie, a poznają cię tylko twoi ludzie i najczulszą pocieszać się będą miłością. W pieśni swej nie będziesz mógł nawet wymienić nazwiska przyjaciół, powstrzyma cię dawna wstydliwość wobec świętego ideału. A twoja nagroda jest taka: że ideał stanie się dla ciebie rzeczywistością i że na nietykalną istotę twą spływać będzie, jak deszcze letnie, obfite lecz łagodne. Cały kraj będzie twym zamkiem i parkiem, morze twą kąpielą i stawem, po którym okręty twe żaglować będą bez ceł i zawiści; własnością twoją staną się lasy i rzeki, a ty niezależnym będziesz panem tam, gdzie inni są tylko dzierżawcami i komornikami. Ty, prawdziwy władco lądu! morza! powietrza! Gdzie tylko pada śnieg lub płynie woda lub skrzydlate szybuje ptactwo, gdzie tylko dzień i noc spotykają się w zmierzchu, gdzie niebo błękitne obwieszone jest obłokami lub zasiane gwiazdami, gdzie tylko istnieją kształty o przejrzystych zarysach, gdzie tylko są bramy niebieskich widnokręgów, gdzie tylko przemieszkuje niebezpieczeństwo i groza i miłość, wszędzie tam rozlane jest dla ciebie Piękno, obfite, jak deszcz i choćbyś cały przewędrował świat, nigdy i nigdzie nie znajdziesz nic niepotrzebnego i nic pospolitego.


Przypisy

  1. So every spirit, as it is more pure,
    And hath in it the more ot heavenly light,
    So it the faires body doth procure
    To habit in and it more fairly dight,
    With cheerful grace and amiable sigt.
    For ot the soul the body form doth take,
    For soul is form and doth the body make.
  2. So in our tree ot man, whose nervic root
    Springt in his top;“.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.