Król Ryszard III (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Król Ryszard III
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom III
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


KRÓL RYSZARD III.


KRÓL RYSZARD III.


Ja brata nie mam, nie wiem, co braterstwo,
Niech miłość, którą starcy zowią boską,
Zamieszka w ludziach podobnych do ludzi,
Nie we mnie, jam jest sam w sobie jedyny[1].

T

Temi słowy w przedostatniej scenie Henryka VI Szekspir przygotowuje nas do pojęcia charakteru Ryszarda III, który z całem swem okrucieństwem zimnem, z egoizmem bezbrzeżnym i wszystko sobie święcić gotowym na ofiarę, ma wystąpić w najkrwawszym z dramatów Lancastrów i Yorków.

Chociaż mały przeciąg czasu oddziela napisanie Ryszarda III od Henryka VI, w układzie tej tragedyi, w jej budowie, w powadze poematu, w kunsztowności wykończenia, z dawniejszemi dziełami Szekspira porównać jej nie można.
Tu już poeta, rosnący szybko, jest w posiadaniu całych, rozwiniętych sił swoich. W niektórych tylko scenach bujna fantazya młodości igra jeszcze ze słowy; dają się jeszcze dostrzedz niektóre odcienia, zdradzające niezupełną dojrzałość, lecz wogóle Ryszard III przechodzi poprzedzające historye, poeta śmielszym w nim jest i nieskończenie samoistniejszym, poprawki nieforemności nauczyły go formy, krzesanie brył chropawych dało miarę wykończania; chaotyczne scen szeregi wskazały, jak czynność skupioną być powinna, poeta uczuł, że się ważyć może i iść o swej mocy.
Ryszarda III Szekspira, poprzedziły, jak inne historye-dramata dawniejsze tejże treści, a mianowicie:
„Ricardus tertius“, dramat łaciński d-ra Legge, grywany w Cambridge przez studentów już w roku 1593.
Z r. 1594: „The true Tragedie of Richard the third“ Williama Barley, która była drukowaną. Dodany do tytułu wyraz true (wierna, prawdziwa) mógłby pozwolić się domyślać, iż odznaczyć ją chciano od innej mniej wiernej.
Jakiegoś innego jeszcze Ryszarda, współcześnie z szekspirowskim, grywała współzawodnicząca z nim trupa Henslowa, ale ten źle musiał iść na scenie, bo Henslowe w roku 1602 zamówił sobie u Ben Johnsona, nowego „Ryszarda Garbusa“.
Ryszard III Szekspira ukazał się drukowany w r. 1597, w dniu 20 października tegoż roku wniesiony był na repertuar teatru Globus, prawdopodobnie jednak napisany być musiał wcześniej. Domyślają się tego ze wzmianki w epigramacie Johna Weuver, 1595 roku, wychwalającym „miodopłynnego Szekspira“, ulubieńca Apolina, do którego dzieł liczy Adonisa, Lukrecyę, a z dramatów Romea i Ryszarda; krytycy usiłują przekonać, iż mowa być nie może o Ryszardzie II, chociaż zbyt subtelne ich wywody nie dają nam pewności wielkiej.
Pierwsze wydanie w ćwiartce nosi tytuł:
„Tragedya o królu Ryszardzie III, zawierająca: zdradzieckie jego podstępy przeciwko bratu Clarensowi, litość budzące morderstwo niewinnych jego synowców; jego tyrańskie przywłaszczenie, z całkowitym przebiegiem jego ohydnego żywota i wielce zasłużonej śmierci“[2]. Następne wydania z imieniem Szekspira na tytule, wychodziły w latach: 1598, 1602, 1605, 1613 i t. d. a tekst poprawny ukazał się dopiero w zbiorze 1623 roku.
Nawet najmniej wprawne oko, porównywając naprzykład tę wątpliwą część pierwszą Henryka VI z Ryszardem III, dostrzeże, iż je od siebie dzieli cała epoka w życiu autora, epoka pracy i zdobywania sił, które tu są zastosowane. Ryszard III zbliża się już do tych arcydzieł osnutych na starych podaniach, jakiemi są: Macbeth, Hamlet i Król Lear (Lir). Samo wprowadzenie na scenę Małgorzaty Andegaweńskiej, tragicznej tej postaci, jakby ze starożytnego teatru greckiego zapożyczonej, znamionuje wielkiego poetę. Prorokini pomsty bożej, królowa wdowa i sierota ukazuje się jako widmo, tylko ażeby zwiastować konieczny wymiar sprawiedliwości nad „grzesznymi“. Stoi ona poza ramami akcyi dramatu, a daje mu niezmierną potęgę.
Charakter też Gloucestera-Ryszarda III nie jest trywialną maską pospolitego zbrodniarza, ale kreacyą, której rysy wzięte są z rzeczywistości i indywidualne. To szyderstwo jego z samego siebie, demoniczny jakiś poryw do krwawych zbrodni, przebiegłość, z jaką sobie umie pozyskać naprzód Annę, potem Elżbietę, aby z nich wnet szydził bez miłosierdzia; zimne, beznamiętne obrachowywanie występku, lekceważenie życia cudzego, węzłów rodziny; scena ta tak kunsztownie przeprowadzona, gdy udając pobożnego, otoczony duchownymi, wychodzi do ludu odmawiając przyjęcia korony, którą wnet ma pochwycić, jako onus pro peccatis, cały przebieg ohydnego tego żywota genialnie jest obmyślany i włożony w ramy tragedyi. Możeż być co doskonalszego nad układ sceny z Buckinghamem, gdy Ryszard udaje głuchotę? Jak w tem postępowaniu cudownie maluje się charakter człowieka?
Ryszard III, tytuł nosi właściwy, król bowiem gra w nim pierwszą rolę, około niego się skupia wszystko, w krwawym cieniu, jaki rzuca sobą, giną inne charaktery i postacie. Wszystko co go otacza, znika, maleje, oprócz Małgorzaty, która jest jakby posłanniczką pomsty Bożej.
Można sobie wystawić, co genialny artysta z takiego charakteru mógł uczynić na scenie i jakie wrażenie dramat na widzach wywierał.
Poeta, jakeśmy kilkakrotnie powtarzali, we wszystkich dramatach swych, szczególniej historycznych, uwydatniał moralne ich znaczenie, owoce cnoty i następstwa nieuniknione zbrodni. Tu wychodzi to jeszcze wyraziściej, szybciej na scenę, niż w innych, jak gdyby cała owa przeszłość krwawa runęła na ramiona ostatniego spadkobiercy. Nemezis dziejowa w postaci Małgorzaty, zwiastuje rachunek Boży, krew za krew, ząb za ząb, życie za życie. Z przeczuciem ziszczenia straszliwego proroctwa, czekamy końca.
Materyał do Ryszarda III wziął Szekspir cały z Halla i Holinsheda, ci zaś zaczerpnęli go z notat Tomasza Morus, później kanclerza i męczennika za panowania Henryka VIII. Morus dowiedział się tych wszystkich szczegółów od biskupa Ely, którego poeta w dramacie tym wyprowadza na scenę.
Morus tak pisze o Ryszardzie III:
„Ryszard, książe Gloucester, rozumem i odwagą równał braci swej Edwardowi i Jerzemu, ale pięknością i postacią zewnętrzną o wiele im nie sprostał, bo był wzrostu małego, członki miał nieproporcyonalne, garb na plecach, ramię lewe daleko wyższe od prawego i rodzaj twarzy niewdzięcznej, jaka po dworach uchodzi za marsową, a u pospolitych ludzi zowie się odstręczającą. Złośliwy był, przewrotny i zazdrosny. Opowiadano, że księżna matka jego z wielką trudnością na świat go wydała, i że nań przyszedł nogami naprzód i nie bez zębów“.
„Czy to było przesadną plotką jego nieprzyjaciół, lub też natura w istocie zmienia tryb swój zwykły od samego początku życia, które ma się odznaczyć tylą od natury zboczeniami? to Bóg wie jeden tylko. Na wojnie nie był złym wodzem, mając w niej więcej upodobania niż w pokoju. Odniósł zwycięstw kilka i kilka razy był pokonanym, ale nigdy z własnej winy, ani dla braku odwagi i politycznego ładu. Wspaniałomyślnym był, gdy obdarzał i szczodrym może nad miarę; darami znacznymi nabył sobie przyjaciół niepewnych, dla których ciągle musiał pożyczać, łupić i wydzierać drugim, co mu nieprzyjaciół najpewniejszych robiło“.
„Tajemniczym był i skrytym, jak najchytrzej podstępnym, w obejściu się nikczemnym, w sercu hardym a powierzchownie poufałość okazywał tym, których w sercu nienawidził, nie wstrzymując się od pocałunków z tymi, których na śmierć miał wydać. Mściwy i okrutny nie zawsze ze złej woli, ale często przez ambicyę, dla dojścia do celu; przyjaciół i nieprzyjaciół równie lekceważył, gdy szło o interes własny; nie oszczędził nikomu życia, ktokolwiek osobą swą planom jego zawadzał. Zabił w Tower króla Henryka VI mówiąc: „Teraz już nie ma król Edward innych męskich potomków, prócz naszego Yorków domu“. Zabójstwo to popełnionem było bez zezwolenia króla, któryby był pewnie ten rzeźniczy obowiązek powierzył komu innemu nie własnemu bratu. Mądrzy ludzie domyślają się także, iż własnym posługując zamysom, przyłożył się do śmierci rodzonego brata swego Clarensa, i choć niby się jej na pozór opierał, w duszy sobie życzył tego. Ci, co na sprawy i postępowanie jego zważali, dają za przyczynę postępowania, iż daleko wprzód, nim się panowanie Edwarda skończyło, Ryszard już myślał o koronie, na wypadek, gdyby brat jego, któremu życie skrócić mogły obyczaje rozpasane, zostawił dzieci małoletnie, co się też stało. Naówczas, gdyby żył książe Clarence, plan Ryszarda wielceby był utrudnionym, bo czyby Clarence wiernym został synowcowi młodemu królowi, czy samby sobie królestwo przywłaszczył, książe Gloucester miałby zawsze wszystkie rachuby przeciw sobie. Po śmierci Clarensa, wiedział, że mógł już działać na pewno. Nie są to jednak rzeczy dowiedzione, a ktokolwiek odgaduje lub wnioskuje, pójść może za daleko albo nie dojść do prawdy. Jednakże później sprawdziły się te domysły“.
Ks. Clarence zabity został w roku 1478, król Edward umarł wyniszczony rozpustą w roku 1483, księcia Gloucestera dzieci Edwarda tylko dzieliły już od tronu.
Następca, ks. Walii, miał lat dwanaście, gdy go obwołano królem. Wychowywał się on na zamku Ludlow, skąd na koronacyę, oznaczoną na dzień 4 maja, przybyć miał do Londynu. Dodaną straż uszczuplono umyślnie. Towarzyszyli mu Rivers, wuj jego, Grey, brat przyrodni i Tomasz Vaughan. Gloucester wyjechał, spodziewając się go spotkać na drodze w Northampton; tu nie znalazłszy, pogonił w czwał za nim do Stony Stratford i nazad do Northamptonu zawrócił. Uwięziono Grey’a i Vaughana. Królowa przerażona schroniła się do Westminsteru z młodszym synem ks. Yorku.
Gloucester jeszcze się był otwarcie nie odkrył ze swymi zamiarami. Uwięzienie krewnych królowej osłonił pozorem tym, że nastawali na życie jego; królowi zapewnił swą wierność; przy wjeździe do Londynu okazywał mu jak największe poszanowanie i troskliwość. Oburzał się niezmiernie przeciw okazanej mu nieufności królowej i zabraniu ks. Yorku. Hastings i kardynał Bourchier poszli uspokajać matkę i odebrać go od niej.
„Gdy kardynał i lordowie odebrali ks. Yorku, pisze Morus, zaprowadzili go do gwiaździstej komnaty, a tu protektor wziąwszy na ręce, zawołał ściskając go: „Witam cię, milordzie, z całego serca“. Mówiąc to, miał pozór człowieka głęboko wzruszonego. Odprowadził go potem królowi bratu, do pałacu biskupa Londynu, do św. Pawła, a stąd towarzyszył im, honory oddając obu braciom, przez City do Tower, skąd już nigdy wyjść nie mieli. Jak skoro protektor miał ich w ręku i w bezpiecznem miejscu umieścił, wnet zapragnął zamiar swój doprowadzić do skutku. Dla uniknięcia wszelkiego podejrzenia, zaprosił wszystkich lordów, o których wiedział, iż królowi byli wiernymi, aby się zebrali w zamku Baynard dla narady o koronacyi, sam zaś ze swymi sprzymierzeńcami i wspólnikami udał się na radę go Crosby-Ples, w innym zupełnie celu, aby koronę pochwycić. Mała tylko liczba zaufanych dopuszczoną tu była“.
Przygotowywano już koronacyę na 24 czerwca. Gdy się ten dzień zbliżał, Gloucester postanowił przyśpieszyć krok stanowczy, — ale chciał wprzódy pozyskać sobie lorda kanclerza Hastingsa. Catesby miał z nim mówić o tem, Hastings choć był zabójcą ks. Walii syna Henryka VI, choć podpisał dekret skazujący na śmierć krewnych królowej — oparł się morderstwu dzieci niewinnych. Bez namysłu, postanowiono się go pozbyć; ale tajemnica zachowaną była jak najściślej.
Hastings nic nie przeczuwał, trwożliwszy Stanley miał sny i przewidywania straszne.
„Nieszczęsnego tego poranku, pisze Morus — nim jeszcze Hastings wstał z łóżka, nawiedził go sir Tomasz Howard, syn lorda Howarda, któremu protektor z najtajniejszych myśli swych się zwierzał. Sir Tomasz przybył na pozór przez grzeczność, aby towarzyszyć Hastingowi mającemu jechać na radę, ale w istocie, aby przyjazd jego przyśpieszyć i spełnić rozkaz przez protektora mu dany“.
„Hastings na drodze wstrzymał się chwilę dla przyjęcia komunii od księdza, którego spotkał na Tower-Street. Proszącego o nią Tomasz odciągnął śpiesznie, wołając nań: — Jedźmy milordzie, co tam tak długo z księdzem rozmawiasz? Przecież ci jeszcze księdza nie potrzeba? I rozśmiał mu się w oczy, jakby chciał powiedzieć: Będziesz go wkrótce potrzebował. Hastings wcale się nie domyślał, coby to znaczyć miało; ale ci, co te słowa słyszeli, przypomnieli je sobie następnej nocy“.
„Niewinny Hastings nie podejrzywał nic, nigdy weselszym nie był i nigdy — co często bywa znakiem zmiany — nie czuł się pewniejszym życia. Trudno uwierzyć, jak szalone zaufanie miał ten człowiek, będąc tak blizkim śmierci“.
Morus ze szczegółami opisuje całą przejażdżkę do Tower; posłuchajmy końca:
— „Lordowie zasiadali właśnie i naradzali się, gdy protektor wpośród nich się zjawił — była godzina dziewiąta. Pozdrowił ich grzecznie, tłómacząc się z opóźnienia tem, iż tego ranka zaspał nad miarę. Chwilkę pomówiwszy z nimi, odezwał się do biskupa Ely: „Milordzie, doskonałe masz poziomki w ogrodzie swoim w Holborn, pozęstujże nas niemi. Bardzo chętnie, milordzie, odparł biskup, radbym mieć coś lepszego, czembym wam równie łatwo mógł usłużyć“. — I natychmiast posłał jednego ze swych ludzi po misę poziomek. Żywe zawiązawszy rozprawy, protektor prosił lordów, aby się bez niego obeszli na chwilę — i wyszedł. Między godziną dziewiąta a jedenastą powrócił do radnej sali, ale całkiem zmieniony, z twarzą pełną zajadłości i gniewu, z brwiami namarszczonemi, czołem posępnem, zakąsując wargi, — zajął swoje miejsce. Wszyscy lordowie przelękli się, okrutnie ich zdziwiło obejście się i nagła zmiana, nie wiedzieli bowiem, co się mogło stać protektorowi. W chwilę potem, przerwał milczenie temi słowy:
— Na co zasługują ci, co rozmyślają nad tem i knują, jakby się mnie pozbyli, mnie, tak blizkiego krewnego króla i protektora jego królestwa? Słysząc to pytanie, osłupieli lordowie, siedzieli milczący, w duchu rozmyślając, do kogo mogło stosować się to pytanie, przeciw któremu każdy z nich zabezpieczonym się zdawał. Naostatek lord Hastings, któremu się zdawało, że go ku temu upoważniała poufałość, w jakiej żył z protektorem, ośmielił się odpowiedzieć, że ci, coby to zamyślali, ktobykolwiek byli, godnymi byli kary zdrajców. Inni to potwierdzili. — A no! odparł protektor — winowajce... to ta wiedźma oto tam... żona mojego brata i ta druga z nią...
Stosowało się to do królowej.
Usłyszawszy to wielka liczba lordów, która jej trzymała stronę, zmieszała się mocno, ale lord Hastings wolał w głębi duszy, aby to spadało na królowę, niż na kogo innego z jego przyjaciół. Przykro mu tylko było, że się go o to nie poradzono jak wprzódy, gdy szło o porwanie i śmierć krewnych królowej.
— Patrzcie, mówił protektor, jak ta wiedźma wziąwszy w pomoc żonę Shore’a, ze swymi pomocnikami, ciało mi zniszczyła. I zakasawszy rękaw kaftana, obnażył po łokieć lewą rękę wyschłą i wychudłą.
Na ten widok wszystkich ogarnęło niedowierzanie, zrozumieli, że to był tylko pozór do swaru, boć wiedzieli, że królowa nadto miała rozumu, aby się podobnemi zajmować głupstwami, a gdyby się tego jęła, pewnieby żony Shore’a nigdy sobie na pomoc nie dobrała, bo nienawidziła tę nałożnicę, którą król jej mąż tak ukochał.
Zresztą wiedzieli wszyscy, że Gloucester od urodzenia taką miał rękę. Lord Hastings, który od śmierci króla Edwarda utrzymywał żonę Shore’a, bo się nią był nieco zajął za życia króla (a mówił, że się nią opiekował przez wzgląd na pamięć króla i wierność dla przyjaciela) — Hastings trochę był niezadowolony widząc, że ta, do której był przywiązany, tak ciężko została obwinioną i — jak to mu było wiadomem — tak niesprawiedliwie. — Odparł więc:
— Niezawodnie, milordzie, jeżeli one to uczyniły, zasługują na straszliwe ukaranie.
— Jakto, krzyknął protektor, ty mi myślisz służyć twojemi jeżeli i ale... Ja ci mówię, że one to uczyniły i dowiodę ci to na głowie twojej, zdrajco jakiś!
W tej chwili jakby wpadł w najstraszniejszy gniew, uderzył pięścią w stół gwałtownie. Na ten znak zewnątrz ktoś krzyknął: Zdrada! — Wtem drzwi wyłamują, zbrojni ludzie wpadają na salę w takiej liczbie, że ją wypełniają. Protektor odzywa się do Hastingsa:
— Zdrajco — jesteś uwięziony. — Jakto? ja, milordzie? odparł kanclerz. — Tak, ty — zawołał protektor. W tejże chwili jeden ze zbrojnych rzucił się na Stanleya, który padł pod stół, i gdyby nie to, czaszkęby miał napół rozpłataną, bo choć prędko umknął, dostał okołu uszu cięcie, z którego krew trysnęła. Nakoniec arcybiskupa Yorku, doktora Mortona, biskupa Eli, lorda Stanleya i wielu innych uwięziono i pozamykano w izbach osobnych. Został tylko lord Hastings, któremu protektor kazał się co prędzej spowiadać.
— Na Ś-go Pawła! zawołał, nie będę jadł obiadu, póki twej głowy spadającej nie ujrzę. — Na nic się nie zdało, że Hastings pytał o przyczynę. Przynękany, wziął księdza, krótką odbył spowiedź, boby na dłuższą nie pozwolono, tak protektorowi do obiadu było pilno, a wiedziano, że dla dotrzymania bezbożnej przysięgi, nie usiądzie do stołu, dopóki morderstwo spełnione nie zostanie. Tak tedy kanclerza zawiedziono na wzgórze obok kaplicy, wewnątrz Tower. Głowę mu przygięto na belkę, która tam leżała, bo około kaplicy budowano, i tyrańsko mu ją ucięto. Poczem zwłoki jego pochowano w Windsor obok pana, króla Edwarda III. Niech Jezus duszom ich będzie miłosierny“.
„Wieść o śmierci Hastingsa rozeszła się zaraz po City i okolicy, jakby ją wiatr niósł do uszu każdemu. Ale wnet po obiedzie, protektor, chcąc jakąś barwę nadać tej sprawie, rozkazał powołać do Tower znaczniejszych mieszczan kilku.
„Na przyjęcie ich, ks. Buckingham i on poprzybierali się, jak starzy rozbójnicy niepoczciwi, w takie zbroje, że chyba naglący przymus mógł ich skłonić do przywdziania czegoś podobnego.
Protektor wytłómaczył przybyłym, że Hastings i jego wspólnicy spisek uczynili na życie jego i Buckinghama, tegoż dnia w Radzie. Co mieli na celu sprzysiężęni, jeszcze o tem nie wiedziano. Protektor dowiedział się dopiero o zdradzie około godziny dziesiątej rano, i dlatego, przestraszeni, on i Buckingham zmuszeni byli poprzywdziewać zbroje, jakie się pod ręką znalazły. Lecz, dzięki Bogu, nieszczęście odwróciło się na tych, co je gotowali. Wszyscy odpowiedzieli na to ubolewając, choć nikt temu, co mówiono, nie wierzył“.
Śmierć Hastingsa przeraziła parlament, protektor począł się starać o to, ażeby naród dla zamiarów swych pozyskać i uczynić go swym wspólnikiem. Ujęto duchowieństwo, które w kazaniach dowodziło, że dzieci Edwarda nieprawemi były i zasługiwały, by je od tronu usunięto.
Kazanie takie, miane wobec całego dworu u Ś. Pawła, uczyniło ogromne wrażenie, ale zamiarom ks. Gloucestera przeciwne. Użył więc Buckinghama, najwymowniejszego ze wszystkich, aby przemawiał do mieszczan, Majora, gminy ludu. Przekupieni ludzie poczęli wołać: — Niech żyje król Ryszard. — Morus opisuje dzieje całe tej przewrotnej intrygi, którą Szekspir przedstawił w dramacie wiernie, podług powieści kronikarza. Gloucester w istocie kazał się prosić o przyjęcie korony, zmuszać, narzucać ją sobie — i wziął z rąk narodu, przynaglony. Z szatańską przewrotnością prowadzono tę sprawę, naprzód obmyślając krok każdy.
Dnia 6 lipca 1483, Ryszard koronuje się w Westminsterze z żoną Anną, wdową po synu Henryka VI, którego on był zabójcą!!
Dostąpił więc upragnionej korony, ale — dzieci Edwarda żyją! Możeż być spokojnym, dopóki one są na świecie. Opis tragicznej śmierci dwóch tych istot niewinnych, która natchnęła tylu poetów i artystów, u Morusa się też znajduje.
„Królowi Ryszardowi — pisze on, tkwiło w myśli, iż póty za prawego władcę poczytywany nie będzie, dopóki jego synowcowie żyją; knował więc, jakby się ich pozbyć co najrychlej — jak gdyby morderstwo krewnych miało uświęcić jego sprawę i zjednać mu uznanie za króla. Wysłał więc Johna Greena, dla którego miał szczególne zaufanie, do Roberta Brakenbury, konstabla w Tower, z listem powołującym go, aby dzieci jakimkolwiek pozbył się sposobem. John Green spełnił posłannictwo do Brakenburego, przyklęknąwszy wprzód przed N. Panną w Tower. Brakenbury odpowiedział, że nigdy nie zezwoli na zamordowanie ich wskutek takiego rozkazu. Green powrócił do Warwick, odnosząc tę odpowiedź królowi Ryszardowi, który był jeszcze w podróży. Król tak z niej był niezadowolony, iż tejże nocy odezwał się do pazia, przed którym chętnie się zwierzał: A! komuż tu zaufać? Ci, którym ja los dałem, których poczytywałem za sługi najwierniejsze, ci mnie nawet zawodzą i odmawiają spełnienia rozkazów — nie chcą nic uczynić dla mnie. Panie, odparł paź — jest tu człowiek który śpi w sieniach, a ten, ręczę, spełni wolę Miłości Waszej. Jużby chyba rzecz, nie wiem jak trudną była, ażeby odmówił. A mówiąc to, myślał o Jakóbie Tyrrel“.
„Jakób Tyrrel postanowił dzieci zamordować w łóżku, nie przelewając krwi. Do wykonania dobrał sobie Miles’a Forrest, jednego ze czterech stróżów, co nad niemi dozór mieli, chłopa, który był zbójstwem żywem, i dodał mu niejakiego Johna Dighton, własnego swojego dżokeya, łotra pleczystego, ogromnego i silnego. Wszystkich innych oddaliwszy, Moles Forrest i John Dighton weszli o północy do izby, w której biedne dzieci spały, i nagle zawinąwszy je w prześcieradła, obmotali niemi, obwiązali, nacisnęli im pierzyny i poduszki na usta tak silnie, iż w jednej chwili zdusili je i zamęczyli. Oddechu im zabrakło, dzieci poleciły Bogu niewinne dusze do niebieskich przeznaczone rozkoszy i ciała ich martwe na łożu zostały — dla katów.
„Gdy, chwilę ze śmiercią przewalczywszy, przestały się poruszać, zbójcy, osądziwszy, że już nie żyły, poskładali ciała ich na łożu i poszli do Jakóba Tyrrel, aby je sam zobaczył. Ten je ujrzawszy już bez życia, rozkazał pochować przez morderców w głębokiej jamie u wnijścia na schody, pod kupę kamieni.
„Poczem Jakób Tyrrel siadł na koń i pośpieszył do króla Ryszarda, aby mu z zabójstwa zdać szczegółową sprawę. Król go obsypał podziękowaniami i, mówią, że go naówczas rycerzem pasował“.
Za króla Henryka VII Tyrrel ten zawikłany w jakiś proces o zdradę kraju, osądzony został i ścięty; Forrest zgnił żywcem w szpitalu, Dighton żył jeszcze za czasów Morusa.
To morderstwo dzieci niewinnych oburzyło nareszcie Buckinghama, który na tyle innych zezwolił i do tylu dopomagał. Król oprócz tego zraził go i zniechęcił odmową przyobiecanego hrabstwa Hereford. Buckingham usunął się do Walii i razem z Mortonem począł knuć powstanie, chcąc na tronie osadzić hrabiego Richmonda (potomka Jana z Gandawy). Ruch ten jednak się nie powiódł, powstańcy się rozbiegli, Buckingham zdradzony, wzięty został i ścięty w Salisbury.
Ryszard więc zdawał się zupełnie ubezpieczonym na tronie. Parlament uznał dynastyę, naród ją przyjmował, zgadzano się z przeznaczeniem. Siła dawała mu prawność.
Wtem, wśród ciszy, gdy się tego najmniej spodziewano, Richmond zjawił się znowu. Wściekłość Ryszarda nie znała granic, siadł na koń, aby zwalczyć tego przeciwnika i popędził z wojskiem na niego. W okolicach Leicester, pod Bosworth rozbito namioty. Tu król miał mieć sen jakiś straszliwy, o którym wspomina Hall w kronice. Widzenie to senne zmąciło mu myśli, odebrało przytomność.
Kronikarz tak opisuje tę bitwę, która była wymiarem sprawiedliwości Bożej.
— „Król zaledwie przygotowania skończył, gdy dwa wojska wzajem się ujrzały. O, Boże! jakże pośpiesznie poczęli żołnierze zapinać hełmy, jak żwawo łucznicy naciągali łuki i przypasywali kołczany, jak szybko kopijnicy dźwignęli topory swe i spróbowali dzid. Wszyscy gotowi byli rzucić się w utarczkę, jak skoro okrutna trąba zadzwoni na krwawą trwogę — zwycięstwa lub śmierci! Pomiędzy dwoma wojskami była trzęsawica, którą Richmond zostawił na prawo, aby nią osłonić swe skrzydło. Tym ruchem tyłem się zwrócił do słońca, a nieprzyjacielowi biło ono w same oczy. Gdy król Ryszard ujrzał, że oddziały hrabiego przeszły przez trzęsawisko, wnet rozkazał uderzyć na nie. Zagrzmiały natychmiast trąby, żołnierze krzyknęli a łucznicy hrabiego nie próżnując, odpowiedzieli silnie.
„Gdy przeszło to pierwsze starcie, wojska się zwarły i pojedyncza walka rozpoczęła, nie szczędzono toporów ni mieczów — gdy w tej chwili lord Stanley połączył się z hrabią.
„W czasie gdy dwie przednie straże śmiertelnie walczyły z sobą, bo każda zwyciężyć i zgnieść drugą pragnęła, królowi Ryszardowi oznajmili przodownicy jego i szpiegowie, że hr. Richmond, z niewielką liczbą zbrojnych stał niedaleko. Zbliżywszy się i podszedłszy ku niemu, poznał go doskonale po znamionach pewnych i szczegółach, o których mu doniesiono. Zapalony gniewom, wzruszony zemstą nasycenia chciwą, wbił koniowi ostrogi i czwałem z szeregów wyskoczył, zostawując za sobą przednie straże walczące — jako lew zgłodniały pobiegł na hrabiego, kopiję nań wymierzywszy. Hr. Richmond postrzegł króla bieżącego nań zapalczywie — bitwa ta stanowiła o wszystkich jego nadziejach i planach przyszłych losów — więc zręczność tę pochwycił chciwie, aby się zmierzyć z nieprzyjacielem, ramię w ramię, mąż na męża. Król Ryszard tak pędził gwałtownie, że pierwszem uderzeniem zbił chorągiew hrabiego i zabił mu chorążego, Williama Brandona obalił śmiało, po krótkiej walce zblizka natarłszy Johna Chinyego, który mu chciał stawić czoło i przerąbał się mieczem torując sobie drogę. Naówczas hr. Richmond oparł się temu szałowi i wstrzymał go ostrzem miecza. Towarzysze jego mieli już wszystko za stracone dla niego, zrozpaczyli o zwycięstwie, gdy sir William Stanley przybył w pomoc ze trzema tysiącami ludzi, żołnierzy dzielnych. Króla Ryszarda odparto, zmuszono do ucieczki, a sam on walcząc dzielnie wśród nieprzyjaciół, śmiertelnie został ugodzony, na co zasłużył“.
Sławny ten wykrzyk króla:
— Konia, konia! królestwo moje za konia! — znalazł Szekspir w dawnym dramacie Will. Barley’a.
Śledząc i w tym dramacie sposób tworzenia poety, przekonywamy się, jak mało treści nowej potrzebował, aby rzecz stworzyć nową. Dostarczały mu materyału wszelkiego kroniki, stare owe ułomne dramata, podania — lada słowo jakieś znalezione w starym szpargale, z którego ręka twórcza klejnot drogi dotknięciem urobić umiała. Nie u jednego Szekspira, ale u wszystkich wieki swe przedstawiających poetów, znajdujemy takie przyswajanie sobie, odradzanie w formie nowej, przygotowanej im treści. Twórcą właściwie są dzieje same, wątek przędzie podanie ludowe, vox dei, która z widm bladych postacie żywe wysnuwa — poeta przychodzi, bierze z ust ludu, lub z ksiąg, w których się tradycya wpisała, okruchy i połamane szczęty, łączy je w całość, wskrzesza myślą wielką światy i przekazuje potomnym. Takimi wieszczami są: Homer, Dante i Szekspir... najwięksi twórcy, choć nie stworzyli nic oprócz życia, które tchnęli w popioły.




OSOBY:

Król Edward IV.

Edward, książe Walii, później Edward V,  synowie Edwarda IV.
Ryszard, książe Yorku,
Jerzy (George), książe Clarence (Klarencyi),  bracia Edwarda IV.
Ryszard, ks. Gloucester, później Ryszard III,

Młody syn księcia Clarence (Klarencyi).
Henryk, hrabia Richmond, później Henryk VII.
Kardynał Bourchier, arcybiskup Canterbury.
Tomasz Rotherham, arcybiskup Yorku.
Jan Morton, biskup Ely.
Książe Buckingham.
Książe Norfolk.
Hrabia Surrey, jego syn.
Hrabia Rivers, brat żony Edwarda IV.

Markiz Dorset,  synowie Elżbiety, żony Edwarda IV.
Lord Grey,

Hrabia Oxford.
Lord Hastings.
Lord Stanley.
Lord Lovel.
Sir Thomas Vaughan (Wogan).
Sir Richard Ratcliff.
Sir William Catesby.
Sir James Tyrrel.
Sir James Blount (Blunt).
Sir Walter Herbert.
Sir Robert Brakenbury, komendant Toweru.
Krzysztof Urswick, ksiądz; inny ksiądz.
Lord Mer Londynu.
Szeryf z Wiltshire.
Elżbieta, żona Edwarda IV.
Małgorzata, wdowa Henryka VI.
Księżna York, matka króla Edwarda IV, księcia Klarencyi i księcia Gloucester.
Lady Anna, wdowa Edwarda księcia Walii, syna Henryka VI, później żona księcia Gloucester.
Młoda córka księcia Klarencyi.
Panowie, Służba, Posłaniec, Pisarz sądowy, Obywatele, Mordercy, Duchy, Żołnierze i t. d.

Scena w Anglii.




KRÓL RYSZARD III.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Londyn. — Ulica.
(Wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Dziś zimy naszej zmienia się niełaska
Na złote lato przy Yorka słońcu;[3]
Chmury nad naszym zawieszone domem
W głębiny morza zapadły nakoniec;
Wianek zwycięstwa skronie nasze stroi;
Miecz posiekany wisi na pamiątkę;
W radosne zejścia zmieniły się bitwy,
W rozkoszny taniec nasze groźne marsze;
Wojna zmarszczone czoło rozjaśniła,
Zamiast dzielnego dosiadać rumaka
Aby siać postrach w nieprzyjaciół duszach,
Tańczy dziś lekko w niewieściej alkowie,
Przy dźwięcznej lutni miłosnych akordach.
Lecz ja, do skocznych nie stworzony tańców,
Do podziwiania twarzy mej w zwierciedle,
Lecz ja, miłości pozbawiony wdzięków
Abym przed lekką pawic się mógł nimfą,
Lecz ja, odarty z pięknych ciała kształtów,
Przez złą naturę okradziony z wdzięków,

Szpetny, zaledwo napół wyciosany,
Na dzienne światło wyrosły przed czasem,
Ja, tak kulawy i tak połamany,
Że na mój widok psy nawet szczekają,
Ja w tych pokoju świegotliwych czasach,
Nie mam rozkoszy innej ni rozrywki,
Jak się mojemu przyglądać cieniowi
I szydzić z mojej własnej potworności.
Gdy więc nie mogę, jak tkliwy kochanek
W tych dniach uciechy, godzin moich spędzać,
Postanowiłem na łotra się zmienić,
Dni tych rozkosze nienawiścią zatruć.
Przez niebezpieczne wnioski i potwarze,
Ciemne proroctwa i sny już zbudziłem
Między mym bratem Clarensem a królem
Nieprzebłaganą, śmiertelną nienawiść.
Jeśli tak wierny król i sprawiedliwy
Jak ja fałszywy, podstępny i chytry,
Dzisiaj do klatki dostanie się Clarence
Wskutek proroctwa, które zapowiada,
Że przez G zginie Edwarda potomstwo.
Lecz tońcie myśli w duszy mej głębinach,
Widzę Clarensa. (Wchodzi książe Clarence pod strażą
i Brakenbury).Dzień dobry, mój bracie;
Co straż ta znaczy przy twojej osobie?
Clarence.  Król, w troskliwości o me bezpieczeństwo
Pod tą mnie strażą do Tower posyła.
Gloucest.  A to dlaczego?
Clarence.  Bo me imię Georg.
Gloucest.  Ach, dobry panie, to nie twoja wina,
Twych chrzestnych ojców trzeba za to karcić.
Ale przypuszczam, że król, pan łaskawy,
Ma zamiar w Tower ochrzcić cię na nowo.
Lecz mogęż wiedzieć, o co tu rzecz idzie?
Clarence.  Powiem ci wszystko, skoro się sam dowiem,
Dotąd nic nie wiem; jak się jednak zdaje,
Snom i proroctwom król się przysłuchuje;
Jedną literę G wziął z abecadła,

Mówi, iż jakiś wywróżył mu wieszczbiarz,
Że G potomstwo jego wydziedziczy,
A że me imię na G się zaczyna,
Jasny stąd wniosek, że to ja być muszę.
To i podobne jak słyszę dzieciństwa
Były powodem mego uwięzienia.
Gloucest.  Tak zwykle bywa gdzie panują żony.
Nie król to bracie w Tower cię zamyka,
Lecz żona jego; lady Grey swym wpływem
W tę ostateczność popchnęła monarchę.
Czyż to nie ona i ten mąż dostojny,
Antoni Woodville, jej brat, są powodem,
Że król do Tower posłał lorda Hastings,
Skąd dzisiaj właśnie ma być wypuszczony?
Niema tu dla nas, niema bezpieczeństwa.
Clarence.  Tu go, jak myślę, niema dla nikogo,
Chyba dla krewnych królowej i posłów
Drepczących między mistress Shore a królem.
Czyś słyszał, z jaką lord Hastings pokorą
Musiał o swoją upraszać ją wolność?
Gloucest.  Pokornie czołem bijąc przed jej bóstwem,
Odzyskał wolność swoją lord szambelan.
Słuchaj, ja myślę, że jedyny sposób,
Jeśli królewskiej nie chcem stracić łaski,
Jest pójść w jej służbę i barwę jej nosić.
Ona, z zazdrosną podstarzałą wdową,
Odkąd pasował król je na szlachcianki,
W naszej monarchii potężną są parą.
Brakenb.  Raczcie przebaczyć, dostojni panowie,
Lecz król mi baczność pilną dać nakazał,
By z jego bratem, pod żadnym pozorem,
Nikt żadnej nie miał prywatnej rozmowy.
Gloucest.  Czy tak? To możesz, dobry Brakenbury,
Byleś chciał, w naszej rozmowie mieć udział;
Niema w niej zdrady. Mówimy, że mądry
Król i cnotliwy, że jego królowa
Dosyć jest letnia, ładna, nie zazdrosna,
Że żona Shora ma nogę prześliczną,

Wiśniowe usta, wzrok jasny, a język
Nieporównany. Czy temu zaprzeczysz?
Brakenb.  Nic ja z tem wszystkiem nie mam do roboty.
Gloucest.  Co, nie masz z mistress Shore nic do roboty?
Ktoby z nią miał co robić, temu radzę
Skrycie to robić, wyjąwszy jednego.
Brakenb.  A kto ten jeden?
Gloucest.  Jej mąż. Czy przypadkiem
Chciałbyś mnie zdradzić?
Brakenb.  Racz przebaczyć, panie,
A razem z księciem zakończyć rozmowy.
Clarence.  Wiemy co musisz i będziem posłuszni.
Gloucest.  Musimy słuchać, jak królowej gawiedź.
Bądź mi zdrów, bracie. Do króla pośpieszę,
A jakiekolwiek wydasz mi rozkazy,
Choćby Edwarda wdowę siostrą nazwać,
Wykonam wszystko, byle cię wyzwolić.
Ale ta krzywda braterskiej miłości
Głębiej mnie rani, niżeli przypuszczasz.
Clarence.  Wiem, że po myśli żadnemu z nas nie jest.
Gloucest.  Ale nie będzie długie twe więzienie,
Lub cię uwolnię, lub będę za ciebie
I ja zamknięty. Tymczasem, cierpliwość.
Clarence.  Muszę ją znaleźć. Żegnam cię, mój bracie.

(Wychodzą: Clarence, Brakenbury i straż).

Gloucest.  Idź ścieżką, którą nigdy nie powrócisz,
Niewinny bracie! Tak cię z serca kocham,
Że cię do nieba co prędzej chcę wysłać,
Jeśli ten prezent z mych rąk przyjąć zechcesz.
Lecz któż to? Świeżo uwolniony Hastings.

(Wchodzi Hastings).

Hastings.  Dzień dobry, książe.
Gloucest.  To samo życzenie
Przyjmij ode mnie, lordzie szambelanie.
Witaj nam szczęsny na wolnem powietrzu!
Jak przecierpiałeś, lordzie, twe więzienie?
Hastings.  W milczeniu, książe, jak musi niewolnik.
Lecz dnia doczekam, w którym podziękuję

Łaskawym sprawcom mojego więzienia.
Gloucest.  O tak, zapewne, jak książe Klarencyi,
Bo twoje wrogi jego są wrogami,
I tryumfują nad nim jak nad tobą.
Hastings.  Tom gorzej, kiedy w klatce siedzi orzeł,
A kania buja na wolnem powietrzu.
Gloucest.  Co tam nowego słychać za granicą?
Hastings.  Nic tak smutnego, jak co słychać w domu.
Nasz król jest smutny, wycieńczony, słaby,
I w wielkiej trwodze jego są doktorzy.
Gloucest.  Zła to nowina, na świętego Pawła!
O, już od dawna król się nie szanował,
Nie szczędził swojej królewskiej osoby.
Serce się ściska kiedy o tem myślę.
A gdzie jest teraz? Czy w łóżku?
Hastings.  Tak, książe.
Gloucest.  Zostaw mnie chwilę; wkrótce się zobaczym.

(Wychodzi Hastings).

On żyć nie może; zanim jednak skona
Musi Georga do nieba wyprawić.
Pójdę braterską nienawiść podsycać
Argumentami z stali kłamstw kutymi.
Jeśli głęboki plan mnie nie zawiedzie,
Dnia się nowego Georg nie doczeka;
Niech potem Pan Bóg zabierze Edwarda
Do swojej chwały, a mnie świat zostawi!
Najmłodszą córkę Warwicka poślubię —
Co? Choć jej męża i ojca zabiłem?
Wynagrodzeniem dla dziewki najlepszem
Będzie: jej mężem i ojcem jej zostać.
Tak też i zrobię; nie tyle z miłości,
Co dla innego tajemnego celu,
Którego dopnę, biorąc ją za żonę.
Lecz znów na jarmark przed mym pędzę koniem.
Jak mi dwaj bracia zawadzać przestaną,
Czas będzie wtedy obliczyć wygraną.

(Wychodzi).
SCENA II.
Londyn. Inna ulica.
(Wnoszą ciało Henryka VI w otwartej trumnie, pod strażą szlachty zbrojnej halabardami, lady Anna w żałobie).

Anna.  Złóżcie na chwilę zaszczytny wasz ciężar,
Jeżeli zaszczyt może w trumnie leżeć,
Niechaj wypłaczę kilka słów żałoby
Nad tym przewczesnym Lancastra upadkiem.
O ty, świętego króla zimne ciało!
Ty blady domu Lancastrów popiele!
O ty, królewskiej krwi bezkrwisty szczątku!
Pozwól, bym twego przywołała ducha,
Niech będzie świadkiem łkań twej biednej Anny,
Twego Edwarda, twego syna żony,
Tą samą ręką zamordowanego,
Co i w twem sercu utopiła sztylet!
Na okno, którem uciekła twa dusza,
Leję ócz biednych balsam bezskuteczny.
Dłoń, co te rany zadała przeklęta!
Przeklęte serce, co dłoń tę natchnęło!
Krew ta przeklęta, co tę krew wylała!
Niech los straszniejszy dosięgnie nędznika,
Co nas nędznymi twoją robi śmiercią,
Niż mogę życzyć żmijom i ropuchom,
Pająkom, wszystkim jadowitym gadom!
Jeśli ma dzieci, niech będą potworne,
Niechaj przed czasem ujrzą światło dzienne,
Niech na ich widok szpetny, niezwyczajny,
Wszystkie nadzieje matki uschną w pączku!
Niech będą jego nieszczęść dziedzicami!
Jeśli ma żonę, niechaj ją śmierć jego
Potrąci w głębsze niedoli przepaście,
Niż nas wtrąciła śmierć męża i twoja!
Do Chertsey teraz nieście święty ciężar
Z świętego Pawła uniesiony murów;
A gdy znużeni staniecie na chwilę,

Ja płakać będę nad trupem Henryka.

(Gdy drążnicy biorą trumnę aby się oddalić, wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Stójcie i złóżcie na ziemię to ciało.
Anna.  Co za czarownik tego czarta zaklął,
Aby pobożne zatrzymać obrzędy?
Gloucest.  Złóżcie tu trupa! Na świętego Pawła,
Trupem upadnie pierwszy nieposłuszny.
1 Szlach.  Pozwól nam, panie, z trupem się oddalić.
Gloucest.  Stój, gdy ja każę, psie nieokrzesany,
Wyżej mej piersi podnieś halabardę,
Lub cię powalę u mych nóg, żebraku,
Na proch cię zetrę za twoje zuchwalstwo.

(Drążnicy składają trumnę).

Anna.  Strach was ogarnął? Jakto, wszyscy drżycie?
Nie chcę was ganić, jesteście śmiertelni,
A wzrok śmiertelny czarta znieść nie może.
Oddal się, piekła hydny wykonawco!
Miałeś nad ciałem jego tylko władzę,
Lecz mieć nie możesz duszy jego; precz więc!
Gloucest.  Przez miłosierdzie, mniej klątw, słodka święta.
Anna.  Przez miłość Boga, precz stąd, szpetny dyable!
Przestań nas dręczyć, bo na twoje piekło
Błogosławioną ziemię tę zmieniłeś,
Gdyś ją bluźnierczych przekleństw zalał falą.
Jeśli z radością patrzysz na twe czyny,
Spójrz na to morderstw twoich arcydzieło.
Patrzcie, panowie, umarłego rany
Z swych ust zamarzłych znów krew świętą sączą!
Rumień się, zbiorze szpetnych niekszałtności!
Bo to obecność twoja krew wyciąga
Z żył zimnych, pustych, w których krwi nie było.
Nadprzyrodzne, nieludzkie twe czyny
Nadprzyrodzony ten sprawiły potop.
Boże, coś krew tę stworzył, śmierć tę pomścij!
Ziemio, co krew tę pijesz, śmierć tę pomścij!
Niebo, piorunem spal tego mordercę,
Lub ty się otwórz, ziemio, by go połknąć,
Jak teraz pijesz krew dobrego króla

Jego piekielną zabitego dłonią!
Gloucest.  Czy nie znasz, pani, miłości nakazów?
Płać za przekleństwa błogosławieństwami,
A za złe dobrem?
Anna.  To ty, ty, nędzniku,
Nie znasz praw boskich i nie znasz praw ludzkich.
Najkrwawsza bestya nie obca ludzkości.
Gloucest.  Lecz ja jej obcy, nie jestem też bestyą.
Anna.  O cudzie! Dyabłom wychodzi z ust prawda!
Gloucest.  Większym jest cudem anioł wściekły gniewem:
Doskonałości boskich piękny wzorze,
Z niezasłużonych zbrodni tej oskarżeń
Usprawiedliwić pozwól mi się, proszę,
Anna.  Wszelkiej zgnilizny ludzkiej hydny zbiorze,
Za dowiedzione zbrodnie pozwól, proszę,
Twoją przeklętą przeklinać mi głowę.
Gloucest.  Nad wszelkie słowa piękniejsza kobieto,
Słuchaj cierpliwie mych usprawiedliwień.
Anna.  Nad wszelki pomysł sztuki ohydniejszy
Znaleźć nie zdołasz usprawiedliwienia,
Chyba że własną powiesisz się ręką.
Gloucest.  Taką rozpaczą sambym się oskarżył.
Anna.  Usprawiedliwiłbyś się tą rozpaczą,
Sam sobie słuszną wymierzając karę
Za mord niesłuszny na innych spełniony.
Gloucest.  Ale jeżeli ja ich nie zabiłem?
Anna.  Więc żyją jeszcze. Ale ach! umarli,
Przez ciebie tylko, czarta niewolniku.
Gloucest.  Jam męża twego nie zabił.
Anna.  Więc żyje.
Gloucest.  Nie, umarł, ręką Edwarda zabity.
Anna.  Bezczelnie kłamiesz, krwią jego dymiący
Widziała w ręce twej miecz Małgorzata,
Któryś skierował potem do jej serca,
Twoi go tylko bracia odtrącili.
Gloucest.  Bo mnie rozjątrzył język jej potwarczy,
Ich winę na me zwalający barki.
Anna.  Tylko twój krwawy rozjątrzył cię umysł

O rzezi tylko i mordach marzący.
Czyś nie ty króla tego zabił?
Gloucest.  Prawda.
Anna.  Więc się przyznajesz, gadzie? O, daj Boże,
Abyś za grzeszny ten czyn w piekle gorzał!
On tak był słodki, łagodny, cnotliwy!
Gloucest.  Tem więcej godny z królem niebios mieszkać.
Anna.  W niebie jest teraz, gdzie nigdy nie będziesz.
Gloucest.  Wdzięczność mi winien, że go tam posłałem;
Tam, nie na ziemi miejsce jego było.
Anna.  Jak twoje miejsce w jednem tylko piekle.
Gloucest.  Jest jeszcze inne miejsce, które powiem,
Jeśli pozwolisz.
Anna.  Pewno jaka turma.
Gloucest.  Twoja alkowa.
Anna.  Niechaj sen ucieka
Z alkowy, w której twa spoczywa głowa.
Gloucest.  I póki z tobą nie spocznę, ucieknie.
Anna.  Tak się spodziewam.
Gloucest.  Tego jestem pewny.
Lecz, piękna Anno, czasby już nam skończyć
Ten pojedynek ostry na dowcipy,
Na powolniejszy zgodzić się ton mowy.
Powiedz, czy sprawca tych przedwczesnych śmierci
Plantagenetów, Edwarda, Henryka,
Nie jest tak winnym jak ich wykonawca?
Anna.  Tyś jest przyczyną i przeklętym skutkiem.
Gloucest.  Twa piękność była przyczyną tych skutków.
Twą tylko piękność w moich snach widziałem:
Za jedną chwilę na twem drogiem łonie
Świat, bez wahania, całybym poświęcił.
Anna.  Gdybym wierzyła, zbójco, twoim słowom,
Piękność lic własną zmazałabym ręką.
Gloucest.  Me oczy tejby nie zniosły ruiny,
Obecny, twoją rękębym zatrzymał;
Jak słońce daje światu dzień i życie,
Tak dniem i życiem dla mnie piękność twoja.
Anna.  Niech dzień twój w ciemność, w śmierć życie się zmieni!

Gloucest.  O droga, sama siebie nie przeklinaj,
Boś ty dniem moim i mojem jest życiem!
Anna.  Bodaj tak było, bym się mogła pomścić!
Gloucest.  Jak bój wyrodny, na tym szukać zemsty,
Który nas kocha!
Anna.  Jak bój sprawiedliwy
Na męża mego pomścić się mordercy!
Gloucest.  Dlatego tylko on ci męża zabił,
By ci lepszego dać na jego miejsce.
Anna.  Lepszy od niego nie żyje na ziemi.
Gloucest.  Żyje przynajmniej co cię lepiej kocha.
Anna.  Kto?
Gloucest.  Plantagenet.
Anna.  To jego nazwisko.
Gloucest.  Jedno nazwisko lecz wznioślejsza dusza.
Anna.  Gdzie on jest?
Gloucest.  Tutaj. (Anna pluje na niego).
Czemu na mnie plujesz?
Anna.  Bodaj to była śmiertelna trucizna!
Gloucest.  Nigdy trucizna z takich ust nie padła.
Anna.  Nigdy trucizna szpetniejszej ropuchy
Dosiądź nie mogła. Precz stąd! bo twój widok
Rani mi oczy.
Gloucest.  Jak twe oczy, pani,
Raniły moje.
Anna.  Bodaj w bazyliszki
Zmienione mogły trupem cię powalić!
Gloucest.  Czemuż tak nie jest, bym od razu umarł!
Dziś mnie żyjącą zabijają śmiercią.
Twe oczy gorzkie łzy z mych wyciskają,
Ćmią me spojrzenia dzieciuchów kroplami,
Oczy co dotąd łez żalu nie znały,
Nie, kiedy nawet ojciec mój i Edward
Płakali, słysząc smutny jęk Rutlanda
Na widok miecza czarnego Clifforda;
Kiedy waleczny ojciec twój, jak dziecko,
Gorzką śmierć ojca mego opowiadał
A stokroć powieść przeiywał łkaniami,

Gdy lica wszystkich przytomnych błyszczały
Jak liście drzewa łzami deszczu zlane:
Męskie me oko skromną łzą wzgardziło.
Lecz czego przeszłe nie zdołały smutki,
Dziś piękność twoja ślepi je łkaniami.
Nigdym nie prosił przyjaciół ni wrogów,
Język mój słodkich nie umiał słów cedzić,
Lecz dziś piękności twej palone żądzą
Dumne me serce do prośby się zniża.

(Anna spogląda na niego z pogardą).

Nie ucz pogardy swych ust, kształtowanych
Do pocałunków a nie do pogardy.
Jeśli twe serce nie może przebaczyć,
Mój miecz ci ostry w mściwe daję ręce,
I gdy chcesz, utop w tych wiernych go piersiach,
Wyrwij z nich duszę, która cię ubóstwia,
Nagie wystawiam na twój cios z radością,
O śmierć pokornie na kolanach proszę.

(odsłania pierś; Anna wymierza ku niemu oręż i spuszcza).

O nie, nie zwlekaj! Jam zabił Henryka,
Lecz moim bodźcem twoja była piękność.
Spiesz się! Młodego jam zabił Edwarda,

(Anna wymierza ku niemu oręż).

Lecz dłoń mą wiodła twoja twarz anielska.

(Anna spuszcza oręż).

O, podnieś miecz ten, lub mnie podnieś, błagam!
Anna.  Wstań, obłudniku. Choć twej śmierci pragnę,
Nie chcę być twoim katem.
Gloucest.  Więc mi rozkaż,
Bym się sam zabił, a będę posłuszny.
Anna.  Już rozkazałam.
Gloucest.  W twej wściekłości szale;
Lecz powtórz rozkaz, a ręka, co przódy,
Dla twej miłości, twą zabiła miłość,
Zabije teraz, dla twojej miłości,
Stokroć wierniejszą miłość, a ty droga,
Obu tych morderstw będziesz uczestniczką.
Anna.  Jakbym chciała znać twe serce!

Gloucest.  Wierny obraz mój dał język.
Anna.  Język fałszywy jak serce.
Gloucest.  Więc na ziemi niema prawdy.
Anna.  Dobrze, dobrze; weź twój oręż.
Gloucest.  A więc pokój między nami.
Anna.  Będziesz później o tem wiedział.
Gloucest.  Lecz czy mogę żyć nadzieją?
Anna.  Wszak to zwykły ludzi pokarm.
Gloucest.  Racz ten pierścień wziąć na palec.
Anna  (kładąc pierścień). Kto przyjmuje ten nie daje.
Gloucest.  Patrz, jak pierścionek ten ściska twój palec
Tak pierś twa biedne moje ciśnie serce:
Nośże je razem, bo to własność twoja.
A jeśli słudze biednemu pozwolisz
Jeszcze o jedną upraszać cię łaskę,
Na wieczne czasy szczęście me zapewnisz.
Anna.  Czego chcesz?
Gloucest.  Pozwól smutnego obrzędu
Temu dokonać, który do żałoby
Ma najsłuszniejsze, największe powody.
Sama, bez zwłoki, do Crosby się udaj,
A ja, gdy zwłoki szlachetnego króla
W klasztorze Chertsey złożę uroczyście,
Grób jego zroszę łzą szczerego żalu,
Tam hołd mój złożyć pospieszę ci, pani.
Dla ważnych przyczyn, na teraz tajemnych,
Nie chciej mi proszę, łaski tej odmawiać.
Anna.  Przyzwalam chętnie, bo z radością widzę,
Że za twe dawne pokutujesz grzechy.
Tressel i Berkeley udadzą się ze mną.
Gloucest.  Racz mnie pozdrowić!
Anna.  Chociaż jest to więcej
Jak zasłużyłeś, jednak, gdy mnie uczysz
Jak ci pochlebiać, to wyobraź sobie,
Żem ci już dała pozdrowienia słowo.

(Wychodzą Anna, Tressel i Berkeley).

Gloucest.  Ponieście trupa.

Szlachcic.  Czy do Chertsey, książę?
Gloucest.  Do Karmelitów, tam czekajcie na mnie,

(Wychodzą wszyscy wynosząc trupa).

Któż kiedy szukał miłości w ten sposób?
Któż kiedy miłość w ten sposób pozyskał?
Będzie więc moją, ale nie na długo.
Co? Ja, com ojca i męża jej zabił,
Ująć ją, gdy mnie w sercu nienawidzi,
Ze łzą w źrenicy, z przekleństwem na ustach,
Przy krwawym świadku krzywd jej i jej wstrętu?
Gdy mi zaporą był Bóg, jej sumienie
A sprzymierzeńcem moim tylko dyabeł
I wzrok obłudny; zyskałem ją przecie,
Świat cały za nic. Ha, już zapomniała
Swego Edwarda, trzy temu miesiące
Tą ręką, w szale wściekłości i gniewu,
Pod Tewkesbury zamordowanego.
Słodszego pana przez fortuny łaskę
W piękniejsze dary uposażonego,
Młodość, odwagę, mądrość króla godną,
Świat ten szeroki nie pokaże dzisiaj;
A przecie na mnie zniża swoje oko,
Na mnie, com kwiat ten w złotej podciął wiośnie,
Wdową ją zrobił; na mnie, który cały
Jednej połowy nie wartem Edwarda;
Na mnie, straszydło hydne i kulawe.
O zakład księstwo me za grosz żebraka,
Niesprawiedliwy byłem sam dla siebie;
Czegom nie widział, ona zobaczyła,
Ze jestem wielce urodziwym gaszkiem.
Nie żal mi będzie grosza na zwierciadło.
I kopę krawców najmę, by szukali,
Jakby najmodniej ciałko me ustroić.
Teraz, gdym znowu do mej wrócił łaski,
Posypię złotem, aby jej nie stracić.
Pogrzebię najprzód tamtego ichmościa,
I wrócę płakać u nóg mej kochanki.

Zanim zwierciadło kupię, świeć dniu jasny
Bym mógł przynajmniej mój cień widzieć własny.

(Wychodzi).
SCENA III.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: królowa Elżbieta, lord Rivers i lord Grey).

Rivers.  Cierpliwość, pani, jestem bowiem pewny,
Że król niebawem do zdrowia powróci.
Grey.  Twa niecierpliwość stan jego pogorszą;
Przez Boga, pani, rozjaśń twe oblicze,
Wesołą mową pokrzep jego siły.
Elżbieta.  Jeśli on umrze, co za los mnie czeka!
Grey.  Tylko utrata takiego małżonka.
Elżbieta.  Ta strata wszystke zamyka nieszczęścia.
Grey.  Dobrym cię synem Bóg pobłogosławił,
By ci pociechą był po takiej stracie.
Elżbieta.  Ach, to syn młody, a w małoletności
Opieka spada na Ryszarda Gloucester,
A on, jak wiecie, nie sprzyja nam wcale.
Rivers.  Więc już zapadło? On jest protektorem?
Elżbieta.  Brak formalności tylko potwierdzenia.
Lecz tak być musi, jeżeli król umrze.

(Wchodzą: Buckingham i Stanley).

Grey.  Otóż lordowie Stanley i Buckingham.
Bucking.  Przyjmij, królowo, nasze pozdrowienie.
Stanley.  A Bóg niech dawne wesele ci wróci!
Elżbieta.  Hrabina Richmond, dobry lordzie Stanley,
Nie wiem, czy amen doda twej modlitwie.
Przecież, choć żoną twoją jest, Stanleyu,
Choć mnie nie kocha, wierzaj, dla jej dumy
Żadnej nie chowam ku tobie niechęci.
Stanley.  Błagam cię, pani, albo nie daj wiary
Podstępnych wrogów fałszywej potwarzy,
Lub, gdy na prawdzie skargi się gruntują,
Przebacz słabości, skutkowi choroby,

A nie wrodzonej złośliwości serca.
Elżbieta.  Lordzie Stanleyu, czyś widział dziś króla?
Stanley.  Przed chwilią właśnie, z księciem Buckinghamem,
Hołd mój ułożyłem naszemu monarsze.
Elżbieta.  O jego zdrowiu co myślisz, milordzie?
Bucking.  Był dobrej myśli; jest nadzieja, pani.
Elżbieta.  O, daj to Boże! O czemże rozmawiał?
Bucking.  Chce zgodę wrócić między twymi braćmi
A szambelanem i książęciem Gloucester;
W tej myśli wszystkich do siebie zawezwał.
Elżbieta.  Bodaj tak było! Ale tak nie będzie.
U szczytu dzisiaj szczęście nasze stoi.

(Wchodzą: Gloucester, Hastings i Dorset).

Gloucest.  Oni mnie krzywdzą; nie, tego nie zniosę.
Cóż to za ludzie przed królem mnie skarżą,
Żem za surowy i że ich nie kocham?
Mało ten króla kocha, co nad uchem
Brzęczy ma ciągle te niezgodne wieści.
Żem niećwiczony pochlebiać i zwodzić,
Durzyć słuchaczów cukrowanem słowem,
Uginać krzyżów w francuskich pokłonach,
Za zjadliwego biorą mnie tu wroga.
Czyż tu uczciwy człowiek żyć nie może,
Żeby prostoty jego nie szkalował
Lada jedwabny, farbowany lizus?
Grey.  Do kogoś, książę, wymierzył te słowa?
Gloucest.  Do ciebie, człeku bez czci i bez wiary.
Powiedz mi, kiedy ja cię pokrzywdziłem,
Ciebie, lub ciebie, albo kogo z waszych?
Bodaj zaraza na wszystkich was padła!
Król — daj mu Boże lepsze tylko zdrowie
Niż to serdecznem jest waszem życzeniem —
Nie może chwili spokojnie odetchnąć,
Dręczony ciągłem waszych skarg bezwstydnych.
Elżbieta.  Bracie Gloucesterze, mylisz się w twym sądzie,
Król bowiem, z własnej swej królewskiej woli
A nie pod żadnych skarg obcych podnietą,
Dostrzegłszy może w twem postępowaniu

Jasne dowody skrytej nienawiści
Do mnie, mych dzieci i do moich braci,
Wezwał cię, aby wybadać przyczyny
Twoich niechęci i wszystkich pogodzić.
Gloucest.  Nie wiem co mówić. Dziś świat tak się popsuł,
Że królik dziobie, gdzie siąść orzeł nie śmie.
Odkąd szlachcicem każdy został Maciek,
Niejeden szlachcic w Maćka się przemienił.
Elżbieta.  Bracie Gloucesterze, znam dobrze twe myśli,
Z zazdrością patrzysz na me wyniesienie
I mych przyjaciół. Uchowaj nas Boże,
Byśmy cię kiedy mieli potrzebować!
Gloucest.  Ale tymczasem my was potrzebujem.
Waszą jest sprawą brat nasz uwięziony,
Jam wpadł w niełaskę, szlachta jest w pogardzie,
Gdy co dzień widzim nobilitowanych
Ludzi, co w wilią ledwo byli warci
Jednego nobla.
Elżbieta.  Bóg, który mnie wyniósł
Do kłopotliwej wielkości z ukrycia,
W którem szczęśliwe pędziłam godziny,
Bóg wie, żem nigdy nie kusiła króla
Przeciw książęciu Clarence, lecz że zawsze
Obronicielką sprawy jego byłam.
Wielką mi krzywdę wyrządzasz, milordzie,
Takich podejrzeń robiąc mnie ofiarą.
Gloucest.  Może zaprzeczysz, że nie z twej przyczyny
Był uwięziony niewinny lord Hastings?
Rivers.  Może, milordzie.
Gloucest.  Może, lordzie Rivers?
A któżby wątpił? Może nawet więcej,
Może do wielkich podnieść cię urzędów,
A potem przeczyć, że miała w tem rękę,
Wszystko twym świetnym przypisać zasługom.
Czegóż nie może? Łatwo może pojąć —
Rivers.  Co może pojąć?
Gloucest.  Może króla pojąć.
Niezgorsza partya, myślę że twa babka

Nie była równie w tym względzie szczęśliwą.
Elżbieta.  Lordzie Gloucesterze, nazbyt tylko długo
Znosiłam twoje gorzkie urągania,
Zanieść do króla zmuszasz mnie nakoniec
Skargę na twoje słowa obraźliwe.
Chętniejbym na wsi prostą była dziewką,
W takich warunkach, jak wielką królową,
Znosząc podobne napaści i wzgardę.
Mało mi szczęścia przyniosła korona.

(Wchodzi królowa Małgorzata w głębi).

Małgorz.  (na str.). Bodaj to mało Bóg w mniej jeszcze zmienił!
Mnie się należy twój honor, tron, godność.
Gloucest.  Co? Więc mi grozisz skargami do króla?
I owszem, skarż mnie, skarż bez miłosierdzia.
Com mówił, w króla także obecności
Powtórzę śmiało; niech mnie zamknie w Tower.
Czas wielki mówić. Już w niepamięć poszły
Moje zasługi.
Małgorz.  (na str.).Dobrze je pamiętam,
Przeklęty dyable, ty w Tower zabiłeś
Mojego męża, a pod Tewkesbury
Me biedne dziecko, mojego Edwarda.
Gloucest.  Nim ty królową, nim mąż twój był królem,
Ja do spraw jego byłem jucznym koniem,
Jam wielkich jego plewił nieprzyjaciół,
A szczodrze jego płaciłem stronników;
Krwią moją jego krew umonarszyłem.
Małgorz.  (na str.). Prawda i lepszą jak twa krew i jego.
Gloucest.  Przez ten czas cały ty z mężem twym Greyem
Służyłaś wiernie domowi Lancastrów —
Jak i ty Rivers. Czy mąż twój nie poległ
Za Małgorzatę na polach Saint-Alban’s?
Ja ci przypomnę, o czem zapomniałaś,
Czem byłaś wtedy, a czem jesteś teraz,
A czem ja byłem i czem teraz jestem.
Małgorz.  (na str.). Jesteś, jak byłeś, nikczemnym mordercą.
Gloucest.  Ojca Warwicka biedny zrzekł się Clarence,
I krzywoprzysiągł — odpuść mu to Chryste!

Małgorz.  Pomścij to, Boże!
Gloucest.  By stanąć do boju,
W którym koronę jak łup znalazł Edward.
Dziś, na nagrodę, w klatce biedak siedli.
Obym miał serce jak Edward kamienne,
Lub Edward serce tkliwe miał jak moje!
Jestem za głupie dziecko dla tej ziemi.
Małgorz.  (na str.). Więc porzuć ziemię, a wracaj do piekła,
Tam jest królestwo twoje, Lucyperze.
Rivers.  Lordzie Gloucesterze, w tamtych dniach zamętu,
W których nasz opór jak grzech nam wyrzucasz,
Byliśmy wierni naszemu królowi,
Jak będziem tobie, gdybyś ty był królem.
Gloucest.  Gdybym był królem? Wolę być kramarzem;
Precz, precz podobna myśl z mojego serca!
Elżbieta.  Jak mało w duszy uczułbyś radości,
Gdybyś tej ziemi królem został, lordzie,
Tak równie mało, a możesz mi wierzyć.
Czuję dziś, będąc ziemi tej królową.
Małgorz.  (na str.). Mało jej czuje królowa tej ziemi!
Bom ja królową, a we łzach dziś tonę.
Ale nie mogę miarkować się dłużej (zbliża się).
(Głośno) Słuchajcie, swary wiodący korsarze:
Gdy o dział chodzi skradzonych mi skarbów,
Kto z was tu może mój wzrok znieść bez drżenia
Choć przed królową nie chylicie czoła,
Drżycie na widok detronizowanej
Przez zbrodnie wasze, bando buntowników.
O, nie odwracaj oczu twych, nędzniku.
Gloucest.  Po coś tu przyszła, hydna czarownico?
Małgorz.  Przyszłam pokazać ci twych zbrodni dzieło,
I nim ci odejść dozwolę, pokażę.
Gloucest.  Pod karą śmierci byłaś stąd wygnaną.
Małgorz.  To mi wygnanie było boleśniejsze
Niż śmierć bolesna na ojczystej ziemi.
Ty mi winieneś małżonka i syna,
Ty znów królestwo, a wszyscy poddaństwo.
Moje się smutki wam z prawa należą,

A radość wasza moją jest własnością.
Gloucest.  Przekleństwa mego szlachetnego ojca,
Gdyś mu ubrała w koronę z papieru
Rycerskie czoło, łzy mu wycisnęła
Słowem pogardy, a na ich otarcie
Podała księciu szmatę umaczaną
We krwi niewinnej pięknego Rutlanda,
Przekleństwa jego na ciebie rzucone
W goryczy serca, wszystkie na cię spadły.
Krwawy uczynek nie my lecz Bóg skarał.
Elżbieta.  Tak mści niewinnych Boża sprawiedliwość.
Hastings.  Czyn to był straszny, zabić to niemowlę;
O okrutniejszym świat nigdy nie słyszał.
Rivers.  Na powieść o nim płakali tyrani.
Dorset.  Wszyscy wróżyli pomstę niewątpliwą.
Bucking.  Świadek morderstwa płakał, Northumberland.
Małgorz.  Nim przyszłam, jeden na drugiego warczał,
Gotowy wściekle do gardła mu skoczyć,
A teraz wszyscy na mnie się rzucacie?
Yorka klątwy byłyż tak potężne,
Że śmierć Henryka, śmierć mego Edwarda,
Strata korony, bolesne wygnanie,
Są tylko pomstą za tego bachura?
Mogąż przekleństwa chmur przebić zaporę,
Do nieba wzlecieć? A więc się rozstąpcie,
Otwórzcie drogę przekleństwom mym chmury!
Niech król wasz umrze przez zbytki nie wojnę,
Jak nasz przez zabój, by go królem zrobić!
Niech Edward, syn twój, dzisiaj książę Walii,
Za mego syna, co był księciem Walii,
Jak on, przedwczesną, nagłą umrze śmiercią!
Ty, dziś królowo, za mnie, przód królowę,
Przeżyj twą chwałę, jak ja nieszczęśliwa!
Żyj, o żyj długo, śmierć twych dzieci płakać,
I widzieć inną w twe ubraną prawa,
Jak ja ubraną w moje dziś cię widzę!
Twe szczęście długo przed tobą niech umrze!

A po przewlekłych latach łez i żalu
Skonaj, nie będąc matką ani żoną,
Ani królową tej angielskiej ziemi!
Rivers, Dorsecie, byliście świadkami,
Jak ty, Hastingsie, kiedy krwawy sztylet
Wydarł mi syna; błagam cię, o Boże!
Aby z was żaden swą nie umarł śmiercią,
Wszystkich przypadek niespodziany porwał!
Gloucest.  Skończ twe zaklęcia, wyschła czarownico.
Małgorz.  Ciebie ominąć? Psie, kolej twa teraz.
Jeśli ma plagę jaką Bóg w zapasie
Od tych straszniejszą, które mogę znaleźć,
Niech ją zachowa, aż twe grzechy dośpią,
Potem na ciebie niechaj gniew swój ciśnie,
Pokoju świata krwawy burzycielu!
Robak sumienia niech twą toczy duszę!
Przyjaciół trzymaj w podejrzeniu zdrady,
A za serdecznych przyjaciół bierz zdrajców!
Niech sen na twoje nie spadnie źrenice,
Chyba że jakie okrutne marzenie
Widokiem piekła, dyabłów, cię przestraszy!
Palcem szatana znaczony pomiotku,
Ryjący wieprzu, w chwili urodzenia
Na niewolnika natury wybrany!
Potwarco łona matki, synu piekła!
Biodr ojca twego obrzydłe potomstwo!
Szmato honoru — grozo —
Gloucest.  Małgorzato.
Małgorz.  Ryszardzie.
Gloucest.  Słucham.
Małgorz.  Nie wołam cię wcale.
Gloucest.  A więc mi przebacz, zdało mi się bowiem,
Żeś mi te wszystkie gorzkie dała przezwy.
Małgorz.  Dałam, lecz nie chcę żadnej odpowiedzi.
Pozwól mi teraz skończyć me przekleństwo.
Gloucest.  Już je skończyłem słowem: Małgorzato.
Elżbieta.  Tak więc rzuciłaś sama na się klątwę.
Małgorz.  O malowana, biedna ty królowo,

Marny fortuny mej cieniu, i czemuż
Cukrem pająka pękatego wabisz,
Co cię śmiertelną owije tkaniną?
Szalona, sama nóż na siebie ostrzysz.
Przyjdzie czas, w którym zapragniesz ust moich,
By ci przyjść w pomoc i razem przeklinać
Tę pełną jadu garbatą ropuchę.
Hastings.  Skończ te fałszywe proroctwa i klątwy,
Lub z twoją krzywdą stracimy cierpliwość.
Małgorz.  Hańba wam! Dawno zabiliście moją.
Rivers.  Tenby prawdziwą oddał ci przysługę,
Coby nauczył twej cię powinności.
Małgorz.  Kto mi prawdziwą usługę chce oddać,
Niechaj należną odda mi powinność,
Swojej królowej hołd złoży poddańczy,
Służąc mi, swej się uczy powinności.
Dorset.  Co z nią rozprawiasz? Wszak to lunatyczka.
Małgorz.  Mości markizie, impertynent z ciebie.
Zbyt jeszcze świeży twych honorów stempel
Nie ma obiegu. Młode twe szlachectwo
Bodaj poznało jak gorzko je stracić!
Wiatr zwala łatwo stojących wysoko,
A gdy upadną, tłuką się w czerepy.
Gloucest.  Korzystaj z dobrej nauki, markizie.
Dorset.  I tobie może przydać się, milordzie.
Gloucest.  I lepiej; lecz tak wysoko się lągłem,
Że na wierzchołkach cedru nasze gniazdo
Z wiatrami igra i śmieje się z słońca.
Małgorz.  Niestety! nawet i słońce zaciemnia!
Świadkiem mój Edward, dzisiaj w cieniach śmierci,
Którego jasne, pogodne promienie
Twa chmurna wściekłość w cieniach pogrążyła.
Twe gniazdo w naszem usłane jest gnieździe;
Widzisz to, Boże, nie ścierp tego dłużej!
Krew je zyskała, niech więc we krwi zginie!
Bucking.  Przez wstyd skończ, pani, jeśli nie przez miłość.
Małgorz.  Nie mów o wstydzie do mnie ni miłości,
Boście nie mieli dla mnie miłosierdzia,

Bez wstydu moje zabili nadzieje;
Miłością moją jest hańba, wstyd życiem,
W tej hańbie żyje wściekłość moich smutków!
Bucking.  Skończ!
Małgorz.  Buckinghamie, dłoń twą pocałuję
Na znak przymierza i przyjaźni z tobą.
Szczęść Boże tobie i twemu domowi!
Krew nasza twojej nie plami odzieży,
W przekleństw też moich nie stoisz ty kole.
Bucking.  I nikt z przytomnych, bo nigdy przekleństwo
Ust nie przechodzi tego co je ciska.
Małgorz.  Ja wierzę jednak, że leci do nieba
I budzi słodko śpiący Boży pokój.
O Buckinghamie! Strzeż się, strzeż psa tego;
Łasząc się kąsa, a kiedy ukąsi,
Ząb jego wsącza śmiertelną truciznę.
Strzeż się go, książę, uciekaj od niego!
Grzech, śmierć i piekło stemplem go swym znaczą
I na swój rozkaz wszystkie ma ich sługi.
Gloucest.  Co ci tam szepcze, lordzie Buckinghamie?
Bucking.  Nic coby godne mej było baczności.
Małgorz.  Jakto? Więc dobrą moją gardzisz radą?
Dyabłu, o którym ostrzegam cię, schlebiasz?
Przypomnij sobie me słowa w dniu gorzkim,
Gdy ci boleścią twe przeszyje serce,
Powiedz: prorokiem była Małgorzata.
Żyjcie przedmiotem jego nienawiści,
Jak on jest waszej, a wy wszyscy bożej! (wychodzi).
Hastings.  Włosy mi stają na te jej przekleństwa.
Rivers.  Jak mnie. Rzecz dziwna, że jest jeszcze wolną.
Gloucest.  Ja jej nie mogę ganić, bo, przez Boga!
Ciężkie jej krzywdy, i z serca żałuję
Udziału, jaki w krzywdach tych mieć mogłem.
Elżbieta.  Ile wiem, nigdy jej nie pokrzywdziłam.
Gloucest.  Lecz z jej krzywd wszystkie posiadłaś korzyści.
Widzę, żem w służbie tych był za gorący,
Którzy za zimno dzisiaj o tem myślą.
I Clarence, pewno w swych zasług nagrodę,

By się utuczył, zamknięty w oborze.
Niech sprawcom tego Bóg przebaczyć raczy!
Rivers.  Prawdziwie, cnota jest to chrześcijańska
Za tych się modlić co nas pokrzywdzili.
Gloucest.  Tak zawsze robię, gdy dobrych rad słucham.
(Na stronie). Gdybym klął teraz, to kląłbym sam siebie.

(Wchodzi Catesby).

Catesb.  Do swej komnaty król wzywa cię, pani,
Jak ciebie, książe, i jak was panowie.
Elżbieta.  Idę. Panowie czy chcecie iść ze mną?
Rivers.  Chętnie ci, pani, będziem towarzyszyć.

(Wychodzą wszyscy prócz Gloucestera).

Gloucest.  Przód sam złe robię, pierwszy potem wrzeszczę,
Zbrodni przeze mnie dokonanej skrycie
Na innych karki cały zwalam ciężar.
Sam do ciemnicy popchnąłem Clarensa,
Ale go płaczę w obecności gąsiąt
Jak Stanley, Hastings i książę Buckingham.
Wołam, że z bandą stronników królowa
Podszczuwa króla przeciw memu bratu,
Oni też radzą, bym się na Dorsecie,
I na Riversie i na Greyu pomścił;
Ale ja wzdycham i cytuję Biblią,
Gdzie Bóg nam każe za złe dobrem płacić.
Nagie łotrowstwa me odziewam pięknie
W szmaty z Świętego Pisma ukradzione,
Świętym się zdaję, gdy dyabła gram rolę.

(Wchodzi dwóch morderców).

Lecz cicho, widzę dwóch moich oprawców.
Co tam nowego, dzielni pomocnicy?
Czy zamierzacie rzecz tę zaraz skończyć?
1 Mord.  Przychodzim właśnie po upoważnienie,
Byśmy do jego wejść mogli komnaty.
Gloucest.  Myśl bardzo dobra; wszystko mam gotowe.

(Daje mu upoważnienie).

Gdy się rzecz skończy, pośpieszcie do Crosby.
Tylko się śpieszcie, nie marnujcie czasu,
Słuchając jego wymownej obrony,

Bo Clarence pięknie każe i być może,
Że w sercach waszych rozbudziłby litość.
1 Mord.  Ba, ba, milordzie, nie będziem świegotać;
Rzadko gaduła dobry jest do czynu;
Ręki tam trzeba, ale nie języka.
Gloucest.  Młyńskie kamienie niech z oczu wam ciekną,
Gdy z głupich źrenic łzy będą się sączyć.
Lubię was, zuchy; a więc do roboty,
Idźcie, a śpiesznie.
2 Mord.  Idziemy, milordzie (wychodzą).

SCENA IV.
Izba w Tower.
(Wchodzą Clarence i Brakenbury).

Brakenb.  Dlaczego, książe, tak smutną masz postać?
Clarence.  Ah, opłakaną noc tu przepędziłem,
Snów pełną groźnych i szpetnych widziadeł.
Jak prawowiernym jestem chrześcianinem
Nie chciałbym drugiej takiej nocy spędzić,
Choćbym miał za nią świata kupić szczęście;
Tak była pełną zgrozy i postrachu.
Brakenb.  Jakież to było widzenie, mój książe?
Clarence.  Marzyło mi się, że z Tower uciekłem,
Żem do Burgundyi płynął na okręcie
W Gloucestera, brata mego towarzystwie.
On mnie na pokład z kajuty wywabił,
Stamtąd, na brzegi Anglii poglądając,
Wywołaliśmy tysiąc czarnych wspomnień
Z wojen Yorka i Lancastra domów.
Gdyśmy po chwiejnym stąpali pomoście,
Gloucester się potknął, chciałem go zatrzymać,
Lecz on mnie w fale ryczącej pchnął wody.
Ah, co za boleść była we śnie tonąć!
Jak przeraźliwy szum morza w mych uszach,
Jak w moich oczach straszny widok śmierci!
Widziałem we śnie tysiąc smutnych rozbić,

Ryby tuczone tysiącem topielców;
Kotwice, sztaby złota, stosy pereł,
Drogich klejnotów, bezcennych kamieni
Porozrzucanych na dnie Oceanu.
Jedne leżały w czaszkach zmarłych ludzi,
Do jam, co niegdyś ócz były mieszkaniem,
Jak na szyderstwo, wpadły jasne perły,
Patrząc miłośnie na muł dna przepaści,
Lub z rozproszonych śmiejąc się piszczeli.
Brakenb.  Miałżeś dość czasu, książe, w chwili śmierci
Na tyle morza poglądać tajemnic?
Clarence.  Miałem, i często chciałem oddać ducha,
Ale zazdrosne trzymały go fale,
Nie dozwalając wylecieć mu z głębi
Na puste, wolne obszary powietrza,
Dusząc go w moich zadyszonych piersiach,
Co prawie, chcąc go wyrzucić, pękały.
Brakenb.  I czyś się w strasznej nie obudził zmorze?
Clarence.  Nie, i po śmierci sen się mój przeciągnął.
Wtedy mej duszy poczęła się burza.
W marzeniu czarne przepłynąłem wody
Łódką, o której śpiewają poeci,
W krainę cieniów, z groźnym przewoźnikiem.
Duszę mą obcą pierwszy tam powitał
Mój pra-teść Warwick, który tak przemówił:
„Jakąż ma chłostę to cieniów królestwo
Dla wiarołomcy i zdrajcy Clarensa?“
To mówiąc zniknął, po nim się przybłąkał
Cień jakby anioł, jasne jego włosy
Krew oszpeciła, a on głośno wołał:
„Przybył fałszywy, wiarołomny Clarence,
Co mnie na polach Tewksbury zabił;
Wiedźcie go, jędze, do wiecznych męczarni!“
I wraz mnie dyabłów straszny pułk otoczył,
I w moje uszy tak wył przeraźliwie,
Żem na wrzask cały drżący się obudził,
I długo jeszcze na jawie myślałem,
Że byłem w piekle, tak straszne wrażenie

Na moje zmysły ten sen wywarł groźny.
Brakenb.  Nie dziw, milordzie, że cię sen przeraził,
Gdy mnie, choć słucham tylko, dreszcz przejmuje.
Clarence.  O Brakenbury! wszystkie te uczynki,
Co teraz przeciw duszy mojej świadczą,
Wszystkie spełniłem dla brata miłości;
Patrz, jak mi Edward płaci za nie teraz!
Jeśli cię moje nie mogą modlitwy
Przebłagać, Boże! jeśli mnie chcesz skarcić,
Rzuć na mnie cały gniewu twego ciężar,
Oszczędź mą żonę i niewinne dzieci!
Proszę cię, dobry stróżu, zostań przy mnie,
Bom jest znużony i chętniebym spoczął.
Brakenb.  Zostanę książe; Bóg ci daj wytchnienie!

(Clarence się oddala w głąb sceny).

Smutek zamąca snu godzin porządek,
Z nocy poranek, noc robi z południa.
Książęta mają za chwałę tytuły,
Zewnętrzny honor za wewnętrzny kłopot,
Za urojoną w wyobraźni radość
Jak często znoszą troski rzeczywiste!
Głośny ich tytuł a imię nieznane
Mają dźwięk marny za jedyną ścianę.

(Wchodzą dwaj mordercy).

1 Mord.  Hola! kto tu!
Brakenb.  Czego chcesz? Jak tu przyszedłeś mopanku?
1 Mord.  Chcę mówić z Clarensem, a przyszedłem tu na moich nogach.
Brakenb.  Odpowiadasz węzłowato.
2 Mord.  Lepiej to, panie, jak nudno. Pokaż mu nasze upoważnienie i nie mówmy o tem więcej.

(Oddaje pismo Brakenburemu, który je czyta).

Brakenb.  Pismo to daje wyraźny mi rozkaz
Księcia Clarensa w wasze oddać ręce.
Nie pragnę zgłębiać, co się ma to znaczyć
Bo nie chcę żadnej spółki brać w znaczeniu.
Tutaj są klucze, tam śpi książę Clarence.
Teraz do króla śpieszę by mu donieść,

Żem w ręce wasze mego oddał więźnia.

1 Mord.  Wolno ci, panie; krok to roztropny; więc szczęśliwej drogi! (Wychodzi Brakenbury).
2 Mord.  Jakże? Czy go zabijemy we śnie?
1 Mord.  Nie, bo jak się obudzi, gotówby powiedzieć, żeśmy go zabili nikczemnie.
2 Mord.  Ba, nie obudzi się on do dnia sądnego.
1 Mord.  To wtedy powie, żeśmy go we śnie zamordowali.
2 Mord.  Dźwięk tego słowa: dzień sądny obudził we mnie pewien rodzaj zgryzoty sumienia.
1 Mord.  Co? Czy się boisz?
2 Mord.  Nie boję się go zabić, bo mam na to rozkaz, ale się boję potępienia za zabicie, bo od tego żaden rozkaz mnie nie uratuje.
1 Mord.  Myślałem, że byłeś zdecydowany.
2 Mord.  I jestem, zostawić go przy życiu.
1 Mord.  Idę powiedzieć to księciu Gloucester.
2 Mord.  Nie, proszę cię, zaczekaj chwilę. Spodziewam się, że ten paroksyzm litości przeminie, zwyczajnie nie trwa on u mnie dłużej jak trzeba na wyliczenie dwudziestu.
1 Mord.  No, jakże ci teraz?
2 Mord.  Jeszcze w sobie czuję pewne męty sumienia.
1 Mord.  Pamiętaj o nagrodzie po dokonanej sprawie.
2 Mord.  Prawda; niech więc ginie! Zapomniałem o nagrodzie.
1 Mord.  A gdzie teraz twoje sumienie?
2 Mord.  W sakiewce księcia Gloucester.
1 Mord.  A jak otworzy sakiewkę by nam wyliczyć zapłatę, wyleci twoje sumienie.
2 Mord.  Mniejsza o to, niech sobie leci; nie wielu jest ludzi a może i wcale ich niema, coby je chcieli przyjąć w gospodę.
1 Mord.  A jeśli wróci do ciebie?
2 Mord.  Nie myślę się z niem wdawać; gość to niebezpieczny, który z człowieka robi tchórza. Człowiek kraść nie może, żeby go nie oskarżało; nie może krzywoprzysięgać, żeby go nie zatrzymało; nie może spać z sąsiada żoną, żeby go nie oskarżało. Jest to rumieniący się wstydliwy duch, który się buntuje w ludzkiem sercu; zawala mu ciągle drogę zasiekami. Toć mnie ono zmusiło pewnego razu oddać sakiewkę pełną złota, którą znalazłem przypadkiem. Ono żebraka robi z każdego, co je pielęgnuje; wygnano też je z miast i grodów jako rzecz niebezpieczną, a ktokolwiek chce żyć wygodnie, rachuje na samego siebie i żyje bez niego.
1 Mord.  Stoi teraz właśnie przy moim boku i radzi mi, żeby nie zabijać księcia.
2 Mord.  Nie wierz temu dyabłu i zamknij go w myśli; chciałby się wkręcić do ciebie, żeby cię wzdychać nauczyć.
1 Mord.  Silnie ja zbudowany i nie dam mu się zwyciężyć.
2 Mord.  Mówisz jak zuch, który szanuje swoje dobre imię. No, czy mamy teraz wziąć się do roboty?
1 Mord.  Palnij go w mózgownicę rękojeścią twojej szabli; rzucimy go potem w beczkę małmazyi w drugiej izbie.
2 Mord.  Myśl przewyborna! Zrobimy z niego maczankę.
1 Mord.  Cicho! budzi się.
2 Mord.  Bij!
1 Mord.  Nie, porezonujemy z nim trochę.
Clarence.  Gdzie jesteś, stróżu? Daj mi kielich wina.
1 Mord.  Wkrótce będziesz miał podostatkiem, milordzie.
Clarence.  Przez Boga żywego, kto ty jesteś?
1 Mord.  Człowiek jak ty, milordzie.
Clarence.  Ale nie jak ja z krwi królewskiej.
1 Mord.  Ani ty z krwi wiernej jak my królowi.
Clarence.  Głos twój jak piorun, lecz wzrok twój pokorny.
1 Mord.  Głos mój królewski teraz, a wzrok własny.
Clarence.  Jak słowa twoje ciemne, a jak straszne!
Grozisz mi okiem. Dlaczegoś tak blady?
Kto cię tu przysłał? Po co tu przychodzisz?
2 Mord.  Żeby — żeby — żeby —
Clarence.  Żeby mnie zabić?
1 i 2 Mord.  Tak jest, tak jest.
Clarence.  By mi to wyznać, serca wam nie stało,
By to wykonać, nie stanie wam serca.
W czem, przyjacielu, kiedym cię obraził?

1 Mord.  Nas, nigdy, ale króla obraziłeś.
Clarence.  Niebawem wrócę do jego znów łaski.
2 Mord.  Nigdy, milordzie, gotuj się więc umrzeć.
Clarence.  Na toż śród tłumu ludzi was wybrano
By niewinnego zabić? Jaki grzech mój?
Gdzie są dowody mego oskarżenia?
Gdzie werdykt, który w surowego sędzi
Oddał mnie ręce? Kto wyrok ten wydał,
Którym na gorzką śmierć jestem skazany?
Nim wedle prawa będę osądzony,
Śmiercią mi grozić gwałtem jest nieprawym.
Wzywam was przeto, jak chcecie zbawienia,
Przez krew wylaną za wszystkich nas grzechy,
Na życie moje targnąć się nie ważcie;
Za czyn podobny sprawców piekło czeka.
1 Mord.  Co chcemy spełnić, spełnimy na rozkaz.
2 Mord.  A ten, co rozkaz wydał, naszym królem.
Clarence.  Błędny wassalu! Czyż wielki król królów
Na prawa swego tablicy nie wyrył:
Nie będziesz brata zabijał? Czy chcecie
Jego wyrokiem wzgardzić, spełnić ludzki?
Strzeżcie się! W ręku on swem piorun trzyma
Na głowy prawa swego gwałcicieli.
2 Mord.  I ten sam piorun ciska dziś na ciebie
Za twe morderstwo i krzywoprzysięstwo.
Czy nie związałeś świętą się przysięgą
Walczyć w obronie praw domu Lancastrów?
1 Mord.  A ślub złamałeś, zdrajco przeciw Bogu,
I zdrajcy mieczem rozdarłeś wnętrzności
Syna swojego monarchy i pana.
2 Mord.  Którego kochać i bronić przysiągłeś.
1 Mord.  Jak możesz wzywać groźne prawo boże,
Któreś sam zgwałcił w tak okrutny sposób?
Clarence.  Dla kogóż zły ten spełniłem uczynek?
Dla brata mego Edwarda miłości.
Zabić mnie za to nie on was przysyła;
On grzechu tego jak ja ciężko winny.

O, pamiętajcie, że gdy Bóg chce karcić,
To karci jawnie, z rąk jego potężnych
Nie wydzierajcie krzywd jego zuchwale;
Nie on uboczną i nieprawną drogą
Karci grzesznika, który go obraził.
1 Mord.  Kto na krwawego wybrał cię oprawcę,
Gdyś zamordował zieloną latorośl
Plantagenetów, walecznego księcia?
Clarence.  Dyabeł, ma wściekłość, mego brata miłość.
1 Mord.  Twojego brata miłość, twoja zbrodnia
I posłuszeństwo zabić cię nam każą.
Clarence.  Czuć nie możecie ku mnie nienawiści,
Jeżeli brata mojego kochacie;
I ja go kocham, jam jego jest bratem.
Jeśli mnie zabić chcecie dla zapłaty,
Idźcie do brata mojego Gloucestera,
On za me życie zapłaci sowiciej,
Niźli król Edward za wieść o mej śmierci.
2 Mord.  Mylisz się, Gloucester brat cię nienawidzi.
Clarence.  Nie, on mnie kocha; idźcie więc do niego
W mojem imieniu.
1 i 2 Mord.  To myślą jest naszą.
Clarence.  Powiedźcie, że gdy zwycięską prawicą
Trzem synom książę York błogosławił,
Gdy z głębi duszy miłość im zalecał,
Nie myślał o tem zerwaniu przyjaźni;
Mówcie mu o tem, a Gloucester zapłacze.
1 Mord.  Młyńskim kamieniem, jak nam radził płakać.
Clarence.  Nie potwarzajcie go, bo on jest dobry.
1 Mord.  Jak śnieg na żniwa. Mylisz się, milordzie,
On nas przysyła, aby cię tu zabić.
Clarence.  To być nie może; płakał nad mym losem,
Przysięgał, kiedy wśród łkania mnie żegnał,
Że będzie nad mą pracował wolnością.
1 Mord.  Pracował nad nią, skoro cię wyzwala
Z niewoli ziemskiej do niebieskiej chwały.
2 Mord.  Pogódź się z Bogiem, bo umrzesz, milordzie.
Clarence.  Gdy macie w duszach święte miłosierdzie

Radząc mi, żebym z Bogiem się pogodził,
Dlaczegóż, ślepi na własne zbawienie,
Mą śmiercią Bogu wojnę wydajecie?
Wierzajcie, człowiek który was tu przysłał,
Będzie was później za czyn nienawidził.
2 Mord.  Co począć?
Clarence.  Skruchą dusze zbawić wasze.
1 Mord.  Skruchą? Nie, rzecz to tchórzliwych jest niewiast.
Clarence.  A zabić rzecz jest dzikich bestyi, dyabłów.
Widzę w twych oczach iskierkę litości;
Jeżeli twoje nie zwodzi mnie oko,
Stań po mej stronie, o me błagaj życie.
Czyliżby żebrak nie uczuł litości,
Gdyby zobaczył żebrzącego księcia?
Któryż z was, gdyby królewskim był synem,
A był z wolności tak jak ja odarty,
Na widok takich jak wy dwaj morderców
Nie chciałby błagać o litość i życie?
2 Mord.  Odwróć się, książe.
1 Mord.  Bierz, co mam dla ciebie (zabija go).
Jeśli to mało, to jest w drugiej izbie
Beczka małmazyi, w której cię utopię.

(Wychodzi z trupem).

2 Mord.  Krwawy uczynek, krwawo dokonany!
Chętnie, jak Piłat, chciałbym umyć ręce
Z tego strasznego a grzesznego mordu.

(Wchodzi pierwszy morderca).

1 Mord.  Cóż się to znaczy, że mi nie pomagasz?
Doniosę księciu o twojem tchórzostwie.
2 Mord.  Ach, czemuż o tem donieść mu nie możesz,
Żem bratu jego uratował życie!
Powtórz mu moje słowa, weź zapłatę,
Bo ja żałuję, że książę zabity (wychodzi).
1 Mord.  Ja nie żałuję. Idź, obrzydły tchórzu!
A teraz ciało w jakiej schowam jamie,
Póki go książę nie każe pogrzebać.
Raz zapłacony nie mam co tu czekać,
Zanim wieść gruchnie, bezpieczniej uciekać (wychodzi).




AKT DRUGI.
SCENA I.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzi król Edward, słaby i prowadzony, królowa Elżbieta, Dorset, Rivers, Hastings, Buckingham, Grey i inni).

Król Edw.  Uczciwej dziennej dokonałem pracy;
W tej świętej zgodzie dotrwajcie, panowie.
Ja codzień posła wyglądam od Pana,
Który mnie z ziemskich wybawi kłopotów.
Spokojniej dusza ma ku niebu wzięci,
Gdym wrócił pokój wśród moich przyjaciół.
Riversie, podaj rękę Hastingsowi;
Przysiężcie odtąd wieczną sobie miłość.
Rivers.  Bóg widzi, z duszy nienawiść wyganiam,
I ręką szczerą przyjaźń pieczętuję.
Hastings.  Tak szczęść mi, Bożo, jak szczerze przysięgam.
Król Edw.  Strzeżcie się fałszem króla oszukiwać,
Albo król królów skarci wasze kłamstwo,
I wzajem zgubą będziecie dla siebie.
Hastings.  Niech zginę, jeśli fałszywie przysięgam.
Rivers.  I ja, jeżeli nie kocham Hastingsa.
Król Edw.  Nie jesteś, pani, w sprawie tej bez winy,
Ni ty, Dorsecie, ni ty, Buckinghamie,
Wzajemną niechęć w sercach karmiliście.
Odtąd z Hastingsem żyj w przyjaźni, żono,
Daj mu twą rękę do pocałowania,
A bez obłudy niech pokój ten będzie.
Elżbieta.  Starą nienawiść zacieram w pamięci,
Tak mi dopomóż Boże i mym dzieciom!
Król Edw.  Teraz, Dorsecie, pocałuj Hastingsa.
Lordzie, bądź odtąd jego przyjacielem.
Dorset.  Przysięgam, zgoda będzie ta z mej strony
Niepogwałconą.
Hastings.  Ja przysięgam z mojej (całuje Dorseta).

Król Edw.  Tę zgodę, książe, przypieczętuj teraz
Pocałowaniem krewnych mojej żony;
Jednością waszą zróbcie mnie szczęśliwym.
Bucking.  (do królowej). Jeżeli odtąd w swem sercu Buckingham
Ku tobie, pani, rozbudzi nienawiść,
Przestanie kochać z powinną miłością
Ciebie i twoich, niechaj Bóg mnie skarze
Tych nienawiścią, na których rachuję
Najwięcej miłość; w godzinę potrzeby
Pomocnej ręki, niechaj będzie dla mnie
Ten, na którego rachowałem przyjaźń,
Zwodnym, podstępnym i fałszywym zdrajcą.
Niech mnie tak skarze Bóg, jeśli ostygnę
W szczerej miłości ku tobie i twoim.

(Całuje Riversa i t. d).

Król Edw.  Twoja przysięga, książę Buckinghamie,
Jest kordyałem dla mojego serca.
Brak tylko brata mojego Gloucestera,
By szczęśliwego dopełnić pokoju.
Bucking.  Właśnie przybywa książe w dobrą porę.

(Wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Dzień dobry, królu, i tobie, królowo,
I wam, dostojni panowie, dzień dobry!
Król Edw.  Dobry, zaprawdę, jak go spędziliśmy.
Na chrześcijańskim zbiegł nam dzień uczynku;
Wojnę na pokój, nienawiść na miłość
W tym dniu, Gloucesterze, potrafiłem zmienić.
Gloucest.  Błoga to praca, wszechwładny mój panie.
Jeśli jest człowiek w tem dostojnem kole,
Który przez błędny domysł, wieść kłamliwą,
Chce we mnie widzieć zawziętego wroga;
Jeśli bezwiednie, albo w gniewu szale
Mogłem się czynu jakiego dopuścić,
Coby obraził którego z przytomnych:
Do świętej zgody powrócić z nim pragnę,
Bo śmiercią dla mnie ludzka jest nienawiść.
Wszystkich uczciwych pragnę miłość zyskać.
Najprzód o pokój ciebie błagam, pani,

Pokój ten wierną zapłacę ci służbą;
Ciebie, szlachetny kuzynie Buckingham,
Jeżeli kiedy mogłem cię obrazić,
I ciebie lordzie Rivers i Dorsecie,
Niezasłużonym tchnących ku mnie gniewem,
I was, lordowie Woodeville, Scales, was wszystkich
Tu zgromadzonych książąt, hrabiów, lordów.
Niema człowieka na angielskiej ziemi,
Którego w duszy mejbym nienawidził
Więcej niż dziecko nowonarodzone.
Dziękuję Bogu za moją pokorę.
Elżbieta.  Na zawsze święty dzień to dla nas będzie.
Niech Bóg na zawsze skończy swary nasze!
A teraz, królu, błagam cię pokornie,
Brata Clarensa przywróć do swej łaski.
Gloucest.  Na toż ci, pani, miłość mą przyrzekłem,
Byś mi w królewskiem urągała kole?
Bo któż tu nie wie, że Clarence nie żyje?

(Wszyscy wzdrygają się).

Krzywdzisz go ciężko, szydząc z jego trupa.
Król Edw.  Kto nie wie? Spytaj raczej, kto wie o tem.
Elżbieta.  Cóż to za świat ten, wszechmogący Boże!
Bucking.  Czym jest tak blady jak wszyscy, Dorsecie?
Dorset.  Jak wszyscy, książę, z każdego oblicza
Uciekł rumieniec.
Król Edw.  Co? Clarence nie żyje?
Wszakże był wyrok śmierci odwołany.
Gloucest.  Ale on umarł przez twój pierwszy wyrok,
Który skrzydlaty poniósł mu Merkury,
Gdy odwołanie niósł jakiś koślawiec
Co przybył, żeby świadkiem być pogrzebu.
Bodaj mniej wierny, mniej niż on szlachetny,
Dalszy krwią ale bliższy krwawych myśli,
Cięższej od niego nie był godny kary,
Choć dotąd wszelkich uniknął podejrzeń!

(Wchodzi Stanley).

Stanley.  O łaskę błagam za długie me służby!
Król Edw.  Daj pokój! Dusza moja pełna smutku.

Stanley.  Nie wstanę, aż mnie wysłuchasz, mój królu.
Król Edw.  Więc wręcz mi powiedz, o co chcesz mnie prosić!
Stanley.  O życie mego sługi, który dzisiaj
Księcia Norfolka zabił dworzanina.
Król Edw.  Język, co bratu memu wydarł życie,
Niewolnikowi maż teraz przebaczyć?
Myśl nie uczynek grzechem jego była,
A tę myśl gorzką zapłacił mi śmiercią.
W mym szale gniewu kto za nim się wstawił?
Kto na kolanach o namysł zaklinał?
Kto o miłości, o braterstwie mówił?
Kto mi przypomniał, że brat ten opuścił
Warwicka stronę, aby za mnie walczyć?
O Tewksburskiej kto mówił mi bitwie?
Kiedy mnie Oxford o ziemię powalił,
On mnie wyzwolił i ratując wołał:
„Żyj, drogi bracie, i królem bądź naszym!“
Kto mówił, gdyśmy leżeli na polu
Prawie bez życia od śniegu i mrozu,
Jak on owinął mnie własnym swym płaszczem,
I nagi, długą, zimną noc przeczekał?
Zwierzęca wściekłość wszystkie te wspomnienia
Zatarła grzesznie, żaden z was ich przecie
Przez miłosierdzie w myśli mi nie zbudził!
Lecz gdy wasz sługa, albo wasz woźnica,
W karczemnej kłótni pijaną prawicą
Odkupiciela drogi zniszczy obraz,
Klęcząc wołacie: królu, przebaczenia!
A ja je muszę dać niesprawiedliwie.
Lecz nikt za bratem moim nie chciał mówić,
Ja też, niewdzięcznik, bronić go nie chciałem
Przed sobą samym; najdumniejszym nawet,
Póki żył, łaskę niejedną wyświadczył,
Żaden z was przecie nie wstawił się za nim.
Lękam się, żeby Bóg za to w swym gniewie,
Mnie, was i moich i waszych nie skarał.
Do mej komnaty, prowadź mnie, Hastingsie.

Biedny Clarensie!

(Wychodzą: król, królowa, Hastings, Rivers, Dorset i Grey).

Gloucest.  To skutki pośpiechu!
Czyście zważali na bladość oblicza
Występnych krewnych królowej na słowa:
Clarence nie żyje? Oni, bez wytchnienia,
Naglili króla. Bóg ich za to skarze.
Idźmy, panowie, Czy chcecie wraz ze mną
Edwarda naszą cieszyć obecnością?
Bucking.  Służyć ci, książę, jesteśmy gotowi. (Wychodzą).

SCENA II.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzi księżna York z synem i córką Clarensa).

Syn.  Powiedz nam, babko, czy umarł nasz ojciec?
Księżna.  Nie.
Córka.  Więc dlaczego płaczesz tak żałośnie,
Bijesz się w piersi i ze łkaniem wołasz:
O mój Clarensie, nieszczęśliwy synu?
Syn.  Czemu potrząsasz głową, patrząc na nas,
Imię nam dajesz sierot nieszczęśliwych,
Jeśli nasz ojciec jest jeszcze przy życiu?
Księżna.  Mylny jest sąd wasz, piękne me wnuczęta;
Choroba króla te łzy mi wyciska,
Nie śmierć waszego szlachetnego ojca.
Stracony smutek płakać po straconem.
Syn.  Stąd wnosisz, babko, że ojciec nasz umarł,
Umarł naszego stryja, króla winą.
Bóg śmierć tę skarze, o śmierci tej pomstę
Co dzień go będę w modlitwach mych błagał.
Córka.  Ja także.
Księżna.  Dosyć, dosyć tego, dzieci,
Bo król was kocha; w waszej niewinności
Kto śmierci sprawcą, nie możecie zgadnąć.
Syn.  Możemy, babko; mój dobry stryj Gloucester
Mówił, że skutkiem podszeptów królowej

Król wydał rozkaz uwięzienia ojca.
A gdy to mówił dobry stryj mój płakał,
Całując nad mym ubolewał losem,
Mówił, bym liczył na niego, jak ojca,
Bo on mnie będzie kochał jakby syna.
Księżna.  Czemuż obłuda taką piękną szatą
I cnoty maską kryć swe może wady!
On moim synem, to moją jest hańbą!
Lecz tej obłudy z piersi mych nie wyssał.
Syn.  Więc myślisz, babko, że mój stryj mnie zwodził?
Księżna.  Tak jest.
Syn.  Ja, babko, nie mogę tak myśleć.
Lecz cicho! Słyszysz? Co wrzawa ta znaczy?

(Wbiega królowa Elżbieta w obłąkaniu, za nią Rivers i Dorset).

Elżbieta.  I któż mi płakać, kto jęczeć przeszkodzi?
Los mój oskarżać, samą siebie dręczyć?
W przymierzu, przeciw mej duszy, z rozpaczą
Nieprzyjacielem sama będę sobie.
Księżna.  Co znaczy dziki ten boleści wybuch?
Elżbieta.  Jedną jest sceną tragicznej rozpaczy.
Mój mąż a syn twój, nasz król, Edward skonał.
Gdy korzeń usechł, czemu kwitnie gałąź?
Płacz, jeśli żyć chcesz, śpiesz się, gdy chcesz umrzeć,
By nasze dusze lotnem mogły skrzydłem
Króla dogonić, jak wierne poddanki,
Z nim do wiecznego ulecieć pokoju.
Księżna.  W twojej boleści tyle mam udziału
Ilem praw miała do twojego męża.
Płacząc nad śmiercią godnego małżonka,
Żyłam widokiem jego wizerunków;
Dziś, gdy postaci jego dwa zwierciadła
Złośliwej śmierci potrzaskała ręka,
Tylko fałszywe szkło mam na pociechę,
W którem, z boleścią, wstyd mój tylko widzę.
Choć owdowiała, matką jeszcze jesteś,
W dzieciach ci twoich została pociecha;
Ale z mych objęć śmierć wydarła męża,
A z rąk dwie kule: Clarensa, Edwarda.

Gdy boleść twoja połową jest mojej,
Ileż mam przyczyn twe łzy w mych utopić!
Syn.  Po ojcu naszym nie płakałaś ciotko,
Jakże dziś z tobą moglibymy płakać?
Córka.  Łez odmówiłać naszemu sieroctwu,
My ich nie damy twej wdowiej boleści.
Elżbieta.  W płaczu mym waszej nie żądam pomocy;
Nie jestem płonna w oznakach rozpaczy.
Do ócz mych wszystkie źródła swe ślą wody,
I z nich, pod wpływem mokrego księżyca,
Dość łez wypłynie, aby świat zatopić.
O mój małżonku, drogi mój Edwardzie!
Dzieci.  O nasz rodzicu, o drogi Clarensie!
Księżna.  O równie drodzy Edwardzie! Clarensie!
Elżbieta.  Gdzie ma podpora, gdy mój Edward zginął?
Dzieci.  A gdzie jest nasza, gdy ojciec nasz zginął?
Księżna.  Gdzie ma podpora po obu ich stracie?
Elżbieta.  Równej nie znała straty żadna wdowa.
Dzieci.  Ani sieroty nigdy równej straty.
Księżna.  Równej nie znała straty nigdy matka.
Ach! jam jest matką wszystkich tych boleści;
Wy macie smutków moich po połowie.
Ta po Edwardzie płacze, ja z nią razem,
Ona nie płacze ze mną po Clarensie;
Ja z temi dziećmi płaczę po Clarensie,
One nie płaczą ze mną po Edwardzie.
Ach! na mnie, trzykroć nieszczęśliwą, płyną
Tych łez trzy strugi; ja smutków tych matką,
Łkaniem też mojem będę je karmiła.
Dorset.  Ukój się, matko. Bóg jest rozgniewany
Za twą niewdzięczność na jego wyroki.
Niewdzięcznym zowią w rzeczach tego świata,
Kto dług oddaje z uporną niechęcią,
Co mu szlachetna pożyczyła ręka;
Lecz skarżyć niebo większą niewdzięcznością,
Gdy pożyczony skarb ci odebrało.
Rivers.  Pamiętaj pani, z macierzyńskiem sercem,
O twoim synu, przywołaj go śpiesznie,

Włóż mu koronę; w nim twoja pociecha.
Złóż rozpacz w grobie zmarłego Edwarda,
A na Edwarda żyjącego tronie
Posadź twą radość.

(Wchodzą: Gloucester, Buckingham, Stanley, Hastings, Ratcliff i inni).

Gloucest.  Siostro, ukój żale.
Wszyscy my mamy nie małe powody
Płakać zaćmienia jasnej twojej gwiazdy,
Ale łzy nasze straty nie powrócą.
Ach! matko przebacz, lecz cię nie widziałem.
Klęcząc pokornie o twoje cię proszę
Błogosławieństwo.
Księżna.  Niech Bóg twemu sercu
Da litość, miłość i wierność posłuszną!
Gloucest  (na stronie). Amen! Doczekać da mi się starości!
Tak, błogosławiąc, zwykły kończyć matki;
Dziwna, że o tem księżna zapomniała.
Bucking.  Chmurni księżęta i smutni panowie,
Ciężką dotknięci spólną wszystkim stratą,
Szukajcie pociech w wzajemnej miłości.
Gdy w królu naszym jedno tracim żniwo,
Nowy plon dla nas w synu jego rośnie.
Gdy nienawiści waszej wzdętą wściekłość
Przyjazna ręka zdołała ukoić,
Pilnujcie wiernie przywróconej zgody.
Mem zdaniem trzeba, w nielicznym orszaku,
Z Ludlow młodego przywołać tu księcia,
I koronacyi dopełnić obrzędu.
Rivers.  Dlaczego, książę, w nielicznym orszaku?
Bucking.  Żeby tłum liczny nie otworzył znowu
Rany niezgody ledwo zagojonej.
Niebezpieczeństwo byłoby tem większe,
Że się rząd nowy nie ustalił jeszcze.
Gdzie każdy rumak panem jest wędzidła
I może lecieć, gdzie go myśl skieruje,
Mem zdaniem równo trzeba zapobiegać
Obawie złego, jak samemu złemu.

Gloucest.  Ja myślę, że nas wszystkich król pogodził;
Co do mnie, w zgodzie jestem niezachwiany.
Rivers.  Jak ja, i sądzę, jak jesteśmy wszyscy.
Lecz gdy ta zgoda jeszcze bardzo świeża,
Lepiej unikać powodów zamętu,
O co nie trudno w kole nazbyt licznem.
Zgadzam się przeto z księciem Buckinghamem,
By drobny orszak sprowadził tu króla.
Hastings.  Myśl tę podzielam.
Gloucest.  Niechże i tak będzie.
Trzeba nam teraz na wybór się zgodzić
Orszaku, który do Ludlow wyprawim.
Matko i siostro, chodźcie z nami razem
O tej się ważnej porozumieć sprawie.

(Wychodzą wszyscy prócz Buckinghama i Gloucestera).

Bucking.  Ktobądż do króla będzie wyprawiony,
My tu przynajmniej nie zostaniem, książe.
Śród drogi znajdę sposób, by na prolog
Sztuki, na którą zgoda między nami,
Od księcia krewnych królowej oddalić.
Gloucest.  Mój ty ja drugi, rady mej filarze,
Mój ty proroku! drogi mój kuzynie,
Jak dziecko pójdę za twoim kierunkiem.
A więc do Ludlow, nie traćmy tu czasu!

(Wychodzą).
SCENA III.
Londyn. Ulica.
(Wchodząc spotykają się dwaj obywatele).

1 Obyw.  Dzień dobry! Gdzież to spieszysz tak, sąsiedzie?
2 Obyw.  Sam nie wiem dobrze, by ci prawdę wyznać.
Czyś słyszał wieści?
1 Obyw.  Słyszałem; król umarł.
2 Obyw.  Zła wieść, a trudno lepszej się spodziewać.
Bardzo się boję, by świat się nie zmącił.

(Wchodzi trzeci obywatel).

3 Obyw.  Szczęść Boże, zacni sąsiedzi!
1 Obyw.  Dzień dobry!
3 Obyw.  Czy się potwierdza wieść o śmierci króla?
2 Obyw.  Aż nazbyt. Boże, zlituj się nad nami!
3 Obyw.  Czekają na nas rozruchy i bieda.
1 Obyw.  Nie, bo korona przechodzi na syna.
3 Obyw.  Biada krajowi, gdzie króluje dziecko!
2 Obyw.  Miejmy nadzieję, że w małoletności
Sprawami będzie rada kierowała,
Póki nie dojdzie sam król lat dojrzałych;
Na dobre rządy rachujmy tymczasem.
1 Obyw.  Tak stały rzeczy, kiedy Henryk Szósty,
W dziewiątym roku życia, był w Paryżu
Koronowany.
3 Obyw.  Czy tak stały rzeczy?
Nie tak, Bóg widzi, nie tak, przyjacielu.
Za owych czasów kraj nasz był bogaty
W mądrych statystów; cnotliwych miał stryjów
Król do obrony i do swej porady.
1 Obyw.  Jak ma dzisiejszy po ojcu i matce.
3 Obyw.  Byłoby lepiej, gdyby wszyscy byli
Tylko po ojcu, lub tylko po matce.
Ich spory będą dla nas wszystkich biczem,
Jeśli w dobroci swej Bóg nas nie zbawi.
O, niebezpieczny jest ten książe Gloucester;
Dumni są bracia i syny królowej;
Gdyby rządzeni byli, nie rządzili,
Chora ta ziemia przyszłaby do zdrowia.
1 Obyw.  Zbyt czarno widzisz. Wszystko pójdzie dobrze.
3 Obyw.  Mądry, gdy widzi chmury, płaszcz swój wdziewa;
Zima nadciąga, gdy spadają liście;
Z zachodem słońca kto nocy nie czeka?
Niewczesne burze głód zapowiadają.
Na dobre wszystko Bóg może obrócić,
Lecz to nad nasze byłoby zasługi,
Nad me nadzieje.
2 Obyw.  To prawda, sąsiedzie,
Pełne są trwogi wszystkich ludzi serca.

Nie spotkasz człeka, w któregobyś twarzy
Nie czytał znaków smutku i obawy.
3 Obyw.  Tak zawsze bywa w wielkich zmian przedjutrzu.
Bożem natchnieniem myśl ludzka dostrzega
Niebezpieczeństwo, jak widzimy fale
Wzdęte nim burza nadleci rycząca.
Lecz bożej woli zostawmy to wszystko.
Dokąd idziecie?
2 Obyw.  Do sądu, na rozkaz.
3 Obyw.  Jak ja; więc idźmy razem, jeśli chcecie. (Wychodzą).

SCENA IV.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: Arcybiskup Yorku, młody książe York, królowa Elżbieta i księżna York).

Arcybisk.  Noc w Stony Stratford spędzili ostatnią,
Dziś wieczór mają przybyć do Northampton,
A tutaj staną jutro lub pojutrze.
Księżna.  Z całego serca księcia pragnę ujrzeć;
Urósł zapewne, odkąd go widziałam
Po raz ostatni.
Elżbieta.  Nie, jak powiadają,
Prawie już brata przerósł syn mój York.
York.  To prawda matko, choć chciałbym inaczej.
Księżna.  A to dlaczego? Dobra to rzecz rosnąć.
York.  Raz przy wieczerzy, babko, wuj mój Rivers
Mówił, że rosnę prędzej niźli brat mój,
Na co stryj Gloucester tak mu mu odpowiedział:
„Zwykle są wdzięku pełne drobne ziółka,
Chwast rośnie prędko“. Odtąd już nie chciałem
Róść nazbyt spiesznie, gdy śpieszą się chwasty,
A wonne kwiaty tryskają powoli.
Księżna.  Wcale się jednak nie sprawdza przysłowie
Na tym, mój wnuku, co ci je powiedział,
On w swej młodości tak był niepokaźny,
Tak rósł powoli, że byćby powinien

Wcielonym wdziękiem, wedle swej reguły.
Arcybisk.  Dostojna pani, jest nim też, nie wątpię.
Księżna.  Tak się spodziewam; pozwól matkom wątpić.
York.  Szkoda, żem wówczas nie przypomniał sobie
Lepszego żartu o wzroście stryjowskim,
Niż było jego o moim szyderstwo.
Księżna.  Jakiż to żart był?
York.  Powiadają ludzie,
Że stryj mój Gloucester z takim rósł pośpiechem,
Iż mógł zgryźć grzankę, gdy dwie liczył godzin,
Gdym ja ząb pierwszy po dwóch dostał latach.
Nie prawda, byłby żart to kąsający.
Księżna.  A któż to o tem powiedział ci, wnuku?
York.  Kto? Jego mamka.
Księżna.  To rzecz niepodobna,
Ona umarła przed twem urodzeniem.
York.  Jeśli nie ona to kto? wcale nie wiem.
Elżbieta.  Lepiejbyś skończył; sam nie wiesz co pleciesz.
Księżna.  O, dobra pani, nie łaj, proszę, dziecka.
Elżbieta.  Ściana ma uszy. (Wchodzi posłaniec).
Arcybisk.  Nadbiega Posłaniec.
Co nam przynosisz?
Posłaniec.  Przynoszę nowiny,
O których mówić nie mogę bez smutku.
Elżbieta.  Jak się ma książe?
Posłaniec.  Książe zdrów jest, pani.
Księżna.  Co więc chcesz mówić?
Posłaniec.  Lord Grey i lord Rivers,
Z nimi sir Thomas Vaughan, są posłani
Do zamku Pomfret jak więźniowie stanu.
Księżna.  Kto ich uwięził?
Posłaniec.  Potężni książęta
Gloucester, Buckingham.
Arcybisk.  Z jakiego powodu?
Posłaniec.  Wszystko com wiedział, panie, powiedziałem,
Powód rozkazu jest mi tajemnicą.
Elżbieta.  Ach! widzę domu mojego upadek!
Niewinną łanię tygrys trzyma w paszczy.

Zuchwała przemoc napaść już zaczyna
Na tron niewinny ale bez obrony.
Witaj zniszczenie i krwi i morderstwo!
Widzę wszystkiego koniec jak na karcie.
Księżna.  O dnie przeklęte sporów i zatargów,
Jak już was wiele oczy me widziały!
Mój mąż sięgając po koronę zginął;
Widok mych dzieci w fortuny przemianach,
To łzy, to radość niósł mi po kolei;
Dziś, gdy domowa ucichła już burza,
Zwycięzcy wojnę sami z sobą toczą,
Brat przeciw bratu, krew przeciw krwi własnej.
Wstrzymaj twą wściekłość, przeklęta niezgodo!
Lub niechaj umrę, by na śmierć nie patrzeć!
Elżbieta.  Chodź synu, szukać w świątyni schronienia.
Żegnam cię, pani.
Księżna.  Czekaj, pójdę z wami.
Elżbieta.  Nie masz do tego powodów.
Arcybisk.  (do królowej).Idź, pani,
A zabierz z sobą wszystkie twoje skarby.
W ręce twe złożę pieczęć którą dzierżę,
A mnie samemu Bóg niech dopomoże,
Jak będę wiernie tobie i twym służył!
A teraz, pani, idźmy do świątyni. (Wychodzą).




AKT TRZECI.
SCENA I.
Londyn. Ulica.
(Przy odgłosie trąb wchodzą: książe Walii, Gloucester, Buckingham, kardynał Bourchier i inni).

Bucking.  Witaj nam, książe, w Londynie, twym domu!
Gloucest.  Witaj kuzynie, myśli moich panie!

Długa ta podróż smutnym cię zrobiła.
Ks. Walii.  Nie, lecz śród drogi doznane przykrości
Zrobiły podróż nudną i bolesną.
Radbym usłyszał wujów pozdrowienie.
Gloucest.  Drogi mój książę, lat twoich niewinność
Jeszcze cię w świata nie kąpała zdradach.
Dla ciebie człek się różni od człowieka
Zewnętrzną formą, która, Bóg to widzi,
Nigdy lub rzadko z sercem żyje w zgodzie.
Wujowie twoi byli niebezpieczni;
Słuchałeś, książę, ich słówek cukrowych,
A nie widziałeś serca ich trucizny.
Niech Bóg cię strzeże od zdradnych przyjaciół!
Ks. Walii.  Niech strzeże! Ale nie oni w ich liczbie.
Gloucest.  Lord Mer przychodzi pozdrowić cię, książe.

(Wchodzi Lord Mer z orszakiem).

Lord Mer.  Niech ci Bóg, książe, da zdrowie i szczęście!
Ks. Walii.  Dzięki, milordzie, i dzięki wam wszystkim

(Wychodzi Lord Mer z orszakiem).

Myślałem, że mój brat York i matka
Od dawna tu mnie pozdrowić nadbiegną.
Co to za wielki leniwiec ten Hastings,
Ze dotąd wieści o nich mi nie przyniósł.

(Wchodzi Hastings).

Bucking.  Właśnie nadbiega Hastings cały w potach.
Ks. Walii.  Witaj milordzie! Czy przybywa matka?
Hastings.  Z jakich powodów, nie ja, Bóg wie tylko.
Matka twa książę, z twym bratem Yorkiem
W świątyni teraz schroniona; brat młody
Chętnieby nadbiegł powitać cię, panie,
Ale go matka gwałtem zatrzymała.
Bucking.  Co za kapryśny krok to i niewczesny!
Racz jej przełożyć, lordzie kardynale,
Aby natychmiast pośpieszył tu York
Na królewskiego brata pozdrowienie.
Jeśli odmówi, idź z nim, lordzie Hastings,
Z jej rąk zazdrosnych przemocą go wydrzeć.
Kardynał.  Jeśli ma słaba wymowa potrafi

Z jej rąk młodego księcia York wyrwać,
Wnet go tu ujrzysz, lecz uchowaj Boże,
Jeśli na prośby moje głuchą będzie,
Abym się targnąć poważył zuchwale
Na przywileje świętego kościoła.
Za światbym grzechu tego nie popełnił.
Bucking.  Zbyt uporczywie obstajesz, milordzie,
Przy uświęconych podaniem obrzędach.
Lecz sądź je zdrowym czasów tych rozsądkiem:
Uwodząc księcia nie gwałcisz świątyni;
Schronienie zawsze tam jest zapewnione
Tym, których czyny szukać go tam zmuszą,
Co się go własnym domagają sądem;
Lecz ni go żądał ni zasłużył książe,
Więc nie ma prawa do niego mem zdaniem.
Biorąc go z miejsca, gdzie być nie ma prawa,
Nie gwałcisz, lordzie, żadnych przywilejów.
Nieraz słyszałem o mężach świątyni,
Pierwszy raz słyszę o świątyni dzieciach.
Kardynał.  Zdanie mnie twoje przekonało, książe,
A więc bez zwłoki idźmy, lordzie Hastings.
Hastings.  Idźmy.
Ks. Walii.  A z wszystkich sił śpieszcie się, proszę.

(Wychodzą: Kardynał i Hastings).

Stryju Gloucesterze, jeśli brat przybędzie,
Gdzie będziem czekać na dzień koronacyi?
Gloucest.  Gdzie sam zapragniesz, miłościwy książe,
Lecz jabym radził, przez dwie lub trzy doby,
Z nudnej podróży wytchnąć w murach Tower,
Bo tambyś znalazł miejsce jak najlepsze
Dla twego zdrowia i twojej zabawy.
Ks. Walii.  Tower z miejsc wszystkich jest mi najwstrętniejszy.
Czy to nie Juliusz Cezar go budował?
Gloucest.  On budowanie rozpoczął, mój książe,
Następne wieki budowały resztę.
Ks. Walii.  Czy są piśmienne dowody, czy tylko
Wieść nam podaje, że on go fundował?
Bucking.  Świadectwo o tem pismo przechowało.

Ks. Walii.  Lecz gdyby nawet i nie było pisma,
Prawdaby żyła od wieku do wieku,
Ustnem podaniem wciąż przekazywana
Od pierwszej chwili aż do końca świata.
Gloucest.  (na str.). Tak mądre dzieci, mówią, krótko żyją.
Ks. Walii.  Co mówisz, stryju?
Gloucest.  Mówię, że bez pisma
Ustnie podane wieści długo żyją.
(na str.) Wzorem starego grzechu nieprawości
Dwa różne zdania jednem kończę słowem.
Ks. Walii.  Ten Juliusz Cezar wielki to był człowiek.
Za skarb przez męstwo dowcipowi dany
Dowcip zapłacił męstwu wieczną chwałą.
Śmierć nie podbije tego podbiciela,
Nie żyjąc bowiem w swojej chwale żyje.
Czy wiesz co myślę, książę Buckinghamie?
Bucking.  Co książe?
Ks. Walii.  Jeśli lat męskich dożyję,
Odzyskam stare nasze prawa w Francyi,
Albo jak żołnierz zginę, będąc królem.
Gloucest  (na str.). Przed krótkiem latem wczesna zwykle wiosna.

(Wchodzą: York, Hastings i Kardynał).

Bucking.  Na szczęście książe York nam przybywa.
Ks. Walii.  Jak się masz, bracie, Ryszardzie Yorku?
York.  Dobrze, mój królu, bo tak cię zwać muszę.
Ks. Walii.  Z mym wielkim smutkiem równie jak i twoim
Zbyt wcześnie umarł ten, z którego śmiercią
Niemało stracił tytuł majestatu.
Gloucest.  Jakże twe zdrowie, szlachetny kuzynie?
York.  Dziękuję, stryju. Mówiłeś, milordzie,
Że prędko rosną niepotrzebne chwasty;
Patrz, książę, brat mój przerósł mnie o wiele.
Gloucest.  Prawda, milordzie.
York.  Więc on niepotrzebny?
Gloucest.  Nie mogę tego powiedzieć, kuzynie.
York.  To on ci winien większą jak ja wdzięczność.
Gloucest.  Jak mój król on mi rozkazywać może,
A ty jak krewny masz władzę nade mną.

York.  Proszę cię, stryju, daruj mi twój sztylet.
Gloucest.  Z całego serca, mały mój kuzynku.
Ks. Walii.  Co? żebrzesz, bracie?
York.  U dobrego stryja,
Który mi chętnie da o co go proszę.
A że to cacko, da mi je bez żalu.
Gloucest.  Rzecz większą chętnie dałbym ci kuzynie.
York.  Rzecz większą, stryju? Więc miecz ten w dodatku.
Gloucest.  Gdyby był lżejszy.
York.  Więc dajesz, jak widzę,
Tylko co lekkie, a w rzeczach ważniejszych
Nie, bez wahania mówisz żebrakowi.
Gloucest.  Miecz ten za ciężki dla dłoni twej, książe.
York.  Lekkim go znajdę, choćby był i cięższy.
Gloucest.  Więc pragniesz miecza mego, mały książe?
York.  Bym podziękować mógł tak jak mnie zowiesz.
Gloucest.  Jak?
York.  Mało.
Ks. Walii.  Zawsze widzę książe York
Cierpki w rozmowie; ale dobry stryju,
Słowa te łatwo zniesiesz bez urazy.
York.  Chce mówić zniesiesz nie słowa lecz mówcę.
Z obu nas, stryju, jak widzę, brat szydzi.
Myśli, że skorom mały jak małpeczka,
Łatwo mnie zniesiesz na twoich ramionach.
Bucking.  W rozumowaniach swoich jest szczypiący!
Łagodząc dany stryjowi przycinek,
Sam z siebie zręcznie i grzecznie żartuje.
Dziwny w tak małem dziecku taki dowcip!
Gloucest.  Racz się sam w drogę udać, drogi książę.
Ja z Buckinghamem, dobrym mym kuzynem,
Do matki waszej pójdę, by raczyła
Udać się w Tower obu was pozdrowić.
York.  Jakto, mój panie, czy chcesz iść do Tower?
Ks. Walii.  To jest życzenie lorda protektora.
York.  Spokojnie usnąć w Tower nie potrafię.
Gloucest.  A to dlaczego? Czegożbyś się lękał?
York.  Clarensa, stryja mego, gniewnej duszy.

Babka mówiła, że był tam zabity.
Ks. Walii.  Umarłych stryjów nie lękam się wcale.
Gloucest.  Ani żyjących, spodziewam się, książe.
Ks. Walii.  I ja tak myślę, byle tylko żyli.
Lecz idźmy, lordzie; z smutną o nich myślą,
I z ciężkiem sercem w drogę się tę puszczam.

(Wchodzą: książe Walii, York, Hastings, Kardynał i orszak).

Bucking.  Czy myślisz, książe, że ten szczebiot York
Nie był przez zręczną matkę podniecony
W tak obraźliwy szydzić z ciebie sposób?
Gloucest.  Nie wątpię wcale. Mały ten gaduła
Jest śmiały, żywy, dowcipny i zręczny:
Od stóp do głowy to żywa jest matka.
Bucking.  Dajmy mu pokój. Przybliż się Catesby.
Przysiągłeś pomoc w naszych przedsięwzięciach,
I tajemnicę o tem co powiemy.
Nasze zamiary w drodze ci odkryłem.
Co myślisz? Rzeczą nie byłożby łatwą
Na stronę naszą przeciągnąć Hastingsa,
Aby na wyspy tej królewskim tronie
Posadzić tego szlachetnego księcia?
Catesby.  Przez pamięć ojca on tak księcia kocha,
Że wszelki zamach na niego odepchnie.
Bucking.  A Stanley, myślisz, równie będzie twardy?
Catesby.  Krok w krok on pójdzie za lordem Hastingsem.
Bucking.  Więc dobrze, teraz, miły mój Catesby,
Idź do Hastingsa, i zlekka wymiarkuj,
Coby powiedział na nasze zamiary.
Zaproś go takżo na jutro do Tower,
Aby wziął udział w święcie koronacyi.
Gdybyś przypadkiem znalazł go przystępnym,
Dodaj mu ducha, odkryj mu rzecz całą;
Gdy będzie zimny, ciężki i niechętny,
I ty bądź równie; utnij z nim rozmowę.
O jego myślach przynieś nam wiadomość,
Bo jutro tajną odbędziemy radę,
Na której ważne odbierzesz zlecenia.
Gloucest.  Lordowi Hastings poleć mnie, Catesby,

Powiedz, że bandzie starych jego wrogów
Krwi upuścimy jutro w zamku Pomfret;
Niech za nowinę mistress Shore da Hastings
Gorący jeden pocałunek więcej.
Bucking.  Zajmij się tylko gorliwie tą sprawą.
Catesby.  Użyję wszystkich sił mego dowcipu.
Gloucest.  Czy co usłyszym od ciebie przed nocą?
Catesby.  Tak myślę.
Gloucest.  W Crosby będziem oba czekać.

(Wychodzi Catesby).

Bucking.  Co poczniem, lordzie, jeśli odkryjemy,
Że Hastings naszej nie podziela myśli?
Gloucest.  Utniem mu głowę — musim coś przedsięwziąć.
Gdy będę królem, domagaj się u mnie
Hrabstwa Hereford, wszystkich ruchomości,
Których był Edward, brat mój, posiadaczem.
Bucking.  Tę obietnicę przypomnę ci, lordzie.
Gloucest.  A licz na moje chętne dotrzymanie.
Teraz nam wcześnie potrzeba wieczerzać,
By potem spisek w pewne ująć formy.

(Wychodzą).
SCENA II.
Przed domem lorda Hastings.
(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec  (stukając). Milordzie! Milordzie!
Hastings  (za sceną). Kto stuka?
Posłaniec.  Posłaniec lorda Stanley.
Hastings.  Która godzina?
Posłaniec.  Dochodzi czwarta. (Wchodzi Hastings).
Hastings.  Czy nocy przespać lord Stanley nie może?
Posłaniec.  Takby się zdało z tego co mi zlecił.
Najprzód lord Stanley poleca się panu.
Hastings.  A potem?
Posłaniec.  Potem donosi, że marzył,
Jakby mu z głowy zerwał hełm odyniec;

Mówił prócz tego, że dwie siedzą rady;
Postanowienia jednej mogą sprawić,
Że wam bolesny będzie w drugiej udział,
Więc ci się pyta, czy zechcesz, milordzie,
Z nim konia dosiąść, ku północnym kresom
Pędzić co siły przed niebezpieczeństwem,
Szukać schronienia, które w duszy przeczuł,
Hastings.  No, dobrze, dobrze. Wróć do twego pana;
Niech dwie osobne nie trwożą go rady;
Na jednej wspólnie będziemy zasiadać,
A mój przyjaciel Catesby na drugiej;
Co tam zapadnie, a nasby tyczyło
Bez zwłoki mojej dojdzie wiadomości.
Trwoga więc jego czcza i bez podstawy.
A co do marzeń, powiedz, iż się dziwię,
Jak może zważać na senne ułudy.
Nim dzik nas goni przed dzikiem uciekać
Jest to podszczuwać dzika na zwierzynę,
O której może i nie myślał wcale.
Idż, powiedz panu, że go tutaj czekam,
Pójdziem do Tower razem, tam zobaczy,
Że znajdziem dobre u dzika przyjęcie.
Posłaniec.  Idę wykonać, lordzie, twe rozkazy (wychodzi).

(Wchodzi Catesby).

Catesby.  Dzień dobry memu szlachetnemu panu.
Hastings.  Witaj, Catesby; ranny z ciebie człowiek.
Co tam nowego na tym chwiejnym świecie?
Catesby.  To prawda, świat ten chwieje się i póty
Na podwalinach stałych nie usiądzie,
Dopóki Ryszard nie ustroi głowy
Tych ziem girlandą.
Hastings.  Chcesz mówić koroną?
Przód ta korona z moich ramion spadnie,
Nim tak koronę ujrzę poniżoną.
Lecz czy przypuszczasz, że on o tem myśli?
Catesby.  Tak, na me życie, spodziewam się nawet,
Że mu w tej sprawie pomożesz, milordzie,
Za co ci dobrą przysyła wiadomość,

Że dzisiaj, w zamku Pomfret śmierć dogoni
Twych starych wrogów, a królowej krewnych.
Hastings.  Prawda, na wieść tę nie wdzieję żałoby,
Bo ich nieprzyjaźń wszędzie mnie ścigała,
Lecz żebym głos mój dać miał Ryszardowi,
Tronu prawego wyrzekł się dziedzica,
Bóg widzi, tego do śmierci nie zrobię.
Catesby.  Niech Bóg w tej dobrej myśli cię zachowa!
Hastings.  Lecz śmiać się będę od dziś za rok jeszcze,
Żem dożył końca ludzi, których sprawą.
Była mojego pana ku mnie niechęć!
Słuchaj, nim będę dwa tygodnie starszy,
Sprzętnę i innych, co o tem nie marzą.
Catesby.  Straszna to jednak sprawa jest, milordzie,
Umierać nagle bez przygotowania.
Hastings.  O straszna, straszna, taką śmiercią giną
Rivers, Grey, Vaughan; taką zginie śmiercią
Niejeden jeszcze, któremu się zdaje,
Że jest bezpieczny, jak my dwaj jesteśmy,
Których, wiesz dobrze, serdecznie kochają
I Ryszard Gloucester i książe Buckingham.
Catesby.  Prawda, wysoko stawiają twą głowę;
(na str.). Bo aż na moście pragną ją wystawić.
Hastings.  Wiem o tem dobrze; zasłużyłem na to.

(Wchodzi Stanley).

A cóż to z twoim zrobiłeś oszczepem?
Boisz się dzika, a chodzisz bez broni?
Stanley.  Dzień dobry, lordzie, dzień dobry,
Catesby.  Możesz żartować, ale na krzyż święty,
Nie po mej myśli te podwójne rady.
Hastings.  Życie me, lordzie, drogie mi jak twoje,
A nawet nigdy, wyznaję ci szczerze,
Nigdy tak drogie jak teraz nie było.
Byłżebym, czując najmniejszą obawę,
Tryumfującym jak mnie widzisz teraz?
Stanley.  Lordowie w Pofmret, opuszczając Londyn,
Byli bezpieczni, z uśmiechem na ustach,
Boć nieufności nie mieli powodów;

Przecież, jak nagle dzień się ich zachmurzył!
Trwoży mnie nagły cios ten nienawiści!
Daj Boże, abym drżał dziś bez obawy!
Czy chcesz do Tower? Słońce już wysoko.
Hastings.  Lecz mam dla ciebie nowiny, milordzie:
Dziś giną ludzie, o których mówiłeś.
Stanley.  Godniejsi nosić za wierność swą głowy,
Niż kapelusze ich oskarżyciele.
Lecz dosyć tego, idźmy, bo czas nagli.

(Wchodzi pomocnik herolda).

Hastings.  Idźcie; mam krótką z tym człowiekiem sprawę.

(Wychodzą: Stanley i Catesby).

No, jak tam stoją twoje interesa?
Pomocnik.  Tem lepiej panie, że mnie o to pytasz.
Hastings.  I moje także stoją teraz lepiej,
Niż gdym ostatni raz z tobą się widział.
Szedłem podówczas do Tower jak więzień,
Skutkiem podszczuwań krewniaków królowej.
Powiem ci teraz, lecz zachowaj sekret,
Nieprzyjaciele moi giną dzisiaj,
A jam szczęśliwy jak nie byłem nigdy.
Pomocnik.  Bóg was zachowaj długo w tej radości!
Hastings.  Dziękuję. Przepij to za moje zdrowie.

(Rzuca mu sakiewkę).

Pomocnik.  Za podarunek dzięki ci, milordzie (wychodzi).

(Wchodzi ksiądz).

Ksiądz.  Błogie spotkanie; rad widzę cię, lordzie.
Hastings.  Z całego serca dziękuję ci, ojcze.
Jeszczem ci dłużny za dawną jest spowiedź,
Lecz przyjdź w niedzielę, a będziesz rad ze mnie.
Ksiądz.  Będę posłuszny. (Wchodzi Buckingham).
Bucking.  A cóż się to znaczy?
Nasz lord szambelan z księdzem? W zamku Pomfret
Ksiądz potrzebniejszy twoim przyjaciołom,
Ciebie, milordzie, spowiedź tak nie nagli.
Hastings.  Wyznaję, widok świętego człowieka
Ludzi, o których mówisz, mi przypomniał.
Co, czy do Tower idziesz, mości książe?

Bucking.  Tak jest, na krótką jednak tylko chwilę,
Bo wrócę stamtąd przed tobą, milordzie.
Hastings.  Nie wątpię, bo tam na obiad zostaję.
Bucking.  (na str). I na wieczerzę, chociaż nie wiesz o tem.
A więc idziemy.
Hastings.  Jestem na rozkazy. (Wychodzą).

SCENA III.
Pomfret. Przed zamkiem.
(Wchodzą: Ratcliff ze strażą, prowadząc na śmierć Riversa, Greya i Vaughana).

Ratcliff.  Pójdźcie, wyprowadźcie więźniów.
Rivers.  Ryszardzie Ratcliff, pozwól mi powiedzieć,
Że dziś zobaczysz ginącego męża
Za posłuszeństwo i lojalną wierność.
Grey.  Od waszej sfory niech Bóg strzeże księcia!
Jesteście bandą przeklętych pijawek.
Vaughan.  Dzień przyjdzie, w którym pożałujesz tego.
Ratcliff.  Spieszcie się, wasze dni doszły do kresu.
Rivers.  O Pomfret, Pomfret, krwawe ty więzienie,
Złowróżbe parom szlachetnym królestwa!
W ciemnych tajnikach grzesznych twoich murów
Na śmierć był Ryszard Drugi zasiekany,
A na ohydę większą twoją dzisiaj
Pić ci dajemy krew naszą niewinną.
Grey.  Przekleństwo na nas spada Małgorzaty,
Na mnie, Hastingsa i na was rzucone,
Że obojętnem patrzeliśmy okiem,
Kiedy jej syna Ryszard sztyletował.
Rivers.  Przeklęła razem Ryszarda, Hastingsa,
I Buckinghama; nie zapomnij, Boże,
Jak o nas teraz, tak o nich w przyszłości!
A za mą siostrę, królewskich jej synów,
Przyjmij krew naszą w zadośćuczynienie,
Którą niewinnie dzisiaj przelewamy!
Ratcliff.  Dalej, godzina śmierci upłynęła.

Rivers.  Greyu, Vaughanie, niechaj was uściskam;
Bądźcie mi zdrowi aż w niebie was spotkam.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Londyn. — Izba w Tower.
(Buckingham, Stanley, Hastings, biskup Ely, Ratcliff, Lovel i inni siedzą przy stole; woźni pełnią służbę).

Hastings.  Najpierwszym celem naszego zebrania
Jest dzień oznaczyć święta koronacyi,
Raczcie więc wybrać chwilę uroczystą.
Bucking.  Czy do obrzędu wszystko już gotowe?
Stanley.  Postanowienia waszego brak tylko.
Ely.  Mem zdaniem jutro dzień będzie szczęśliwy.
Bucking.  Jaki sąd o tem lorda protektora?
Kto zna najlepiej myśli jego tajne?
Ely.  Najłatwiej tobie znać jego myśl, książe.
Bucking.  Znamy oblicza nasze; mego serca
Nie zna on lepiej niźli ja znam wasze,
Ani ja jego niż ty mego. Lordzie
Hastingsie, wasza przyjaźń najściślejsza.
Hastings.  Wiem, że mnie kocha, dzięki jego łasce,
Lecz myśli jego co do koronacyi
Nie chciałem badać, a on nie objawił
Swoich zamiarów żadnem dotąd słowem.
Lecz dzień wyznaczcie, dostojni panowie,
Ja się poważę za księcia głosować,
Czego, jak myślę, za złe mi nie weźmie.

(Wchodzi Gloucester).

Ely.  W szczęśliwą chwilę sam książę przybywa.
Gloucest.  Dzień dobry wszystkim dostojnikom Rady!
Zaspałem trochę, ale mam otuchę,
Ze nieobecność moja nie odwlokła,
Co w obecności mejby mogło zapaść.
Bucking.  Gdybyś nie przybył w porę, mości książe,
William lord Hastings byłby cię zastąpił,

Dał głos za ciebie o dniu koronacyi.
Gloucest.  Nikt nie miał prawa śmielszym być od niego,
On zna mnie dobrze, a wiem, że mnie kocha.
Lordzie biskupie, kiedy byłem w Holborn,
W twym sadzie piękne widziałem poziomki,
Proszę, racz posłać kogo po nie teraz.
Ely.  Z całego serca, bez zwłoki milordzie (wychodzi).
Gloucest.  Książe Buckingham, mam ci coś powiedzieć

(Bierze go na stronę).

Myśli Hastingsa wybadał Catesby,
I tak gorący opór w nim napotkał,
Że zginąć woli niż zgodzić się na to,
By dzieci pana jego, jak je zowie,
Straciły prawo do królestw tych tronu.
Bucking.  Na krótką chwilę oddalmy się, książe.

(Wychodzą: Gloucester i Buckingham).

Stanley.  Nic nie zapadło o dniu uroczystym;
Lecz, mojem zdaniem, jutro jest zawcześnie;
Ja sam, naprzykład, nie będę gotowy,
Jeśli nie będzie święto odroczone.

(Wchodzi biskup Ely).

Ely.  Gdzie książę Gloucester? Wedle jego woli
Pobiegł do Holborn sługa po poziomki.
Hastings.  Pogodny dzisiaj i wesoły książe.
Kiedy dzień dobry tak pochopnie mówi,
Coś przyjemnego musi mieć na myśli.
Niema człowieka, co mniejby był zdolny
Swoją nienawiść lub miłość utaić;
Z wyrazu twarzy poznasz jego serce.
Stanley.  Co z jego serca w twarzy jego czytasz
Na widok jego dzisiejszej radości?
Hastings.  Że do żadnego z nas urazy nie ma,
Inaczej swemby zdradził to spojrzeniem.

(Wchodzą: Gloucester i Buckingham).

Gloucest.  Powiedźcie, proszę, jakiej godni kary
Ci, co piekielne knują na mnie spiski,
Ci, co przeklętą czarów pragną siłą
Me ciało zgubić z dyabłami w przymierzu?

Hastings.  Moje do ciebie przywiązanie, książę,
Daje mi śmiałość, abym wypowiedział
Pierwszy me zdanie w twojej obecności.
Śmierci jest godzien ktobądź to zamierzył.
Gloucest.  Bądźcie świadkami praktyk ich zbrodniczych!
Na czarów skutek patrzcie, na to ramię
Uschłe jak gałęź od drzewa odcięta,
Tak mnie Edwarda naznaczyła żona
Z tą nierządnicą Joanną Shore w spółce:
To dzieło dwóch tych przeklętych czarownic.
Hastings.  Szlachetny książe, jeśli to ich sprawa —
Gloucest.  Jeśli? Obrońco szpetnej ladacznicy,
Co mi o jeśli prawisz? I ty zdrajca;
Precz z jego głową. Nic do ust nie wezmę,
Póki tej głowy nie ujrzę, przysięgam.
Lovelu, Ratcliff, wykonajcie rozkaz.
Niech za mną teraz idzie, kto mnie kocha.

(Wychodzą: Gloucester, Buckingham, za nimi Rada).

Hastings.  Nad losem Anglii, nie nad moim płaczę.
Szalony! Mógłem wszystkiemu przeszkodzić.
Dzik, we śnie, z głowy Stanleya hełm zerwał;
Jam się śmiał z niego, nie chciałem uciekać;
Mój rumak trzykroć potknął się śród drogi,
Jak wryty stanął, gdy Tower zobaczył,
Nie chciał nieść pana swojego do jatek.
Jak mi potrzebny ksiądz, z którym mówiłem!
Ah! jak żałuję, żem z tryumfem mówił,
Iż wrogi moje, w tajnikach Pomfretu,
Zamordowani dziś byli okrutnie,
Gdy ja bezpieczny w łaskach księcia żyję!
O Małgorzato, teraz twe przekleństwo
Spadło na głowę biednego Hastingsa!
Ratcliff.  Śpieszmy się; książe chciałby iść na obiad;
Skróć trochę spowiedź; na głowę twą czeka.
Hastings.  O krótkotrwała śmiertelników łasko
Od bożej łaski skwapliwiej ścigana!
Kto swe nadzieje na tobie buduje,
Żyje jak majtek pijany na maszcie,

Gotowy upaść, na każdy ruch statku,
W morskiej głębiny fatalne przepaście.
Lovel.  Śpieszmy się; na nic twoje wykrzykniki.
Hastings.  Krwawy Ryszardzie! Anglio nieszczęśliwa!
Wróżę ci czasy, jakich nigdy jeszcze
W najboleśniejszych nie widziałaś latach.
Do pnia mnie prowadź; śmiejące się oczy
Z mojej dziś śmierci, śmierć wkrótce zamroczy.

(Wychodzą).
SCENA V.
Londyn. Mury Toweru.
(Wchodzą: Gloucester i Buckingham w zardzewiałych zbrojach, w największym nieładzie).

Gloucest.  Czy możesz trząść się i blednąc, kuzynie,
Twój oddech w środku wyrazu ucinać,
Zaczynać znowu, znowu się wstrzymywać,
Jakgdyby przestrach rozum ci odebrał?
Bucking.  Wybornie mogę rolę grać tragiczną,
Wodzić do koła niespokojne oczy,
Na słomki powiew drżeć cały, jakgdybym
Śmierć przewidywał; mam na me rozkazy
Wzrok obłąkany, uśmiech wymuszony;
Wszystko to zawsze stoi w gotowości,
Aby podejściom mym na pomoc lecieć.
Lecz czy Catesby poszedł?
Gloucest.  A jak widzisz
Już wraca, lorda mera z sobą wiodąc.

(Wchodzą: lord Mer i Catesby).

Bucking.  Lordzie merze —
Gloucest.  Daj baczność na most zwodzony.
Bucking.  Czy słyszysz? Bębny.
Gloucest.  Catesby, pilnuj muru.
Bucking.  Lordzie majorze, powody dla których —
Gloucest.  Baczność! do broni! bo to nieprzyjaciel.
Bucking.  Niech nas niewinność nasza i Bóg strzeże!

(Wchodzą: Lovel i Ratcliff z głową Hastingsa).

Gloucest.  To przyjaciele: to Ratchff i Lovel.
Lovel.  Oto jest głowa nikczemnego zdrajcy,
Niebezpiecznego obłudnika Hastings.
Gloucest.  Tak mi był drogi mąż ten! Muszę płakać.
Jam go brał zawsze za duszę otwartą,
Najniewinniejsze z wszystkich bożych stworzeń.
On mi był księgą, w której dusza moja
Swych tajnych myśli wpisywała dzieje;
Tak zręcznie wadom swym dał pokost cnoty,
Że z jednym tylko występku wyjątkiem,
(Mówię o jego z żoną Shora związkach),
Cienia podejrzeń nawet mi nie dawał.
Bucking.  A przecie był to najchytrzejszy zdrajca
Co kiedykolwiek po tej ziemi stąpał.
Czybyś przypuścił, ba, czybyś uwierzył,
Gdyby nas jawny cud nie uratował
Na żywych świadków, że ten hydny zdrajca,
Dziś, w izbie Rady, zamierzył podstępnie
Mnie i dobrego lorda Gloucester zabić?
Lord Mer.  Jakto, milordzie? i byćże to może?
Gloucest.  Czy nas za Turków bierzesz i pohańców?
Czyżbyśmy chcieli, wbrew prawa przepisom.
Tak nagłą śmiercią karać nikczemnika,
Gdyby nam nagłość jawnych niebezpieczeństw
Naszym osobom, pokojowi Anglii,
Tego pośpiechu nie nakazywała?
Lord Mer.  Więc szczęść wam Boże! Na śmierć tę zasłużył;
Czyn wasz był dobry i będzie przestrogą
Dla innych zdrajców, chcących spiski knować.
Nic się lepszegom nie spodziewał po nim,
Odkąd go mistress Shore ujęła w sidła.
Bucking.  Postanowieniem jednak było naszem
Wziąć cię za świadka śmierci jego, lordzie,
Lecz zbytni pośpiech, miłością natchnięty
Naszych przyjaciół, zamiar ten zniweczył.
Chcieliśmy, lordzie, abyś sam usłyszał
Wyznanie zdrajcy o planach morderstwa,
Byś je mógł potem dokładnie wyłożyć

Obywatelom, którzy teraz mogą.
Na złe tłómaczyć nasz zmuszony pośpiech,
I opłakiwać śmierć podłego zdrajcy.
Lord Mer.  Słowo twe, lordzie, równie będzie dobre
Jak me świadectwo, gdybym był przytomny.
Bądźcie więc pewni, dostojni książęta,
Iż wiernym miasta przedstawię mieszkańcom,
Że sprawiedliwość wiodła was w tej sprawie.
Gloucest.  Twej obecności pragnęliśmy, lordzie,
Aby uniknąć oszczerców potwarzy.
Bucking.  A choć przybyłeś później jak chęć nasza,
Będziesz nam świadkiem naszej dobrej myśli,
I w tej nadziei żegnamy cię, lordzie.

(Wychodzi lord mer).

Gloucest.  Za nim, śpiesz za nim, dobry mój kuzynie,
On idzie teraz co prędzej do Guildhall.
Tam, korzystając z pierwszej sposobności,
Mów o bękarctwie dwóch Edwarda synów;
Dodaj, jak Edward pewnego mieszczana
Na śmierć dał za to, iż głośno powiedział,
Że syna zrobi dziedzicem korony,
Dziedzicem swego rozumiejąc domu,
Znanego w mieście pod znakiem korony.
Nie zapominaj o jego rozpuście,
Która bydlęcą podniecana żądzą,
Ich sługi, córki, żony ich kusiła,
Gdzie tylko oko łakome lub serce
Niepowstrzymanie gnało go za łupem.
W potrzebie zwróć ich myśl ku mej osobie,
Mów, że gdy matka moja zaszła w ciążę
Nienasyconym tym księciem Edwardem,
W Francyi szlachetny ojciec mój wojował,
A obliczając ściśle czas ubiegły
Doszedł, że syna tego nie był ojcem,
Czego dowodem jego były rysy
W niczem do ojca mego niepodobne.
Mów o tem mało, jakby przypadkowo,
Bo wiesz, milordzie, że matka ma żyje.

Bucking.  Wierzaj mi, książe, będę sprawy bronił
Jakbym miał złote otrzymać poczesne.
Tą obietnicą żegnam cię, milordzie.
Gloucest.  Jeśli pomyślny obrót wezmą rzeczy,
Do zamku Baynard przyprowadź ich z sobą,
Gdzie będę czekał w zacnem towarzystwie
Dostojnych ojców i mądych biskupów.
Bucking.  Idę, a koło trzeciej albo czwartej
Licz na przysłane z Guildhall wiadomości (wychodzi).
Gloucest.  Idź, doktorowi Shaw, powiedz, Lovelu
(Bo Catcsby). A ty mnichowi Penker, że w godzinę
Na obu przyjście w zamku Baynard czekam.

(Wychodzą: Lovel i Catesby).

A teraz idę tajne dać rozkazy,
Z oczu usunąć Clarensa bachury,
Polecić, aby pod żadnym pozorem
Nikt się do książąt przybliżyć nie ważył (wychodzi).

SCENA VI.
Ulica.
(Wchodzi Woźny).

Woźny.  Oto jest lorda Hastings oskarżenie
Pięknie spisane, aby je dziś jeszcze
W kościele Pawła świętego czytano.
Rozważmy tylko cały rzeczy wątek:
Catesby przyniósł pismo wczora wieczór,
Którem kopiował godzin jedenaście,
A oryginał tyleż zabrał czasu,
Pięć jednak godzin temu żył lord Hastings
Nieoskarżony, niesłuchany, wolny.
Co za świat piękny! Któż byłby tak tępy,
Żeby jawnego nie dostrzegł podejścia?
Lecz kto tak śmiały, żeby to powiedział?
Zły to świat, wszystkie źle skończą się sprawy,
Gdy myślą tylko sądzi się czyn krwawy.

(Wychodzi).
SCENA VII.
Londyn. Podwórze zamku Baynard.
(Gloucester i Buckingham spotykają się).

Gloucest.  Co tam nowego? Co mówią mieszczanie?
Bucking.  Na Matkę Bożą, mieszczanie są niemi,
Nie mówią słowa.
Gloucest.  Czy im napomknąłeś
O synów króla Edwarda bękarctwie?
Bucking.  O jego z lady Łucyą zaręczynach,
O drugim ślubie we Francyi przez posłów,
O gwałtowności żądz jego niesytych,
O gwałtach jego na kobietach miejskich,
Jego tyranii, i jego bękarctwie,
(Bo był poczęty, gdy ojciec był w Francyi),
O rysach jego księciu niepodobnych;
Dodałem później, jak twoja oblicze
Było ojcowskiej twarzy powtórzeniem,
O podobieństwie ciała i umysłu,
O twoich w Szkocyi zwycięstwach mówiłem,
Odwadze w bitwach, mądrości w pokoju,
Dobroci, cnotach i pięknej skromności;
Słowem, w mej mowie wszystko wyliczyłem,
Coby posłużyć twojej mogło sprawie.
Gdy się mój wywód miał już ku końcowi
Rzekłem: niech każdy, co ojczyznę kocha,
Wykrzyknie ze mną: „Naszego Ryszarda,
Naszego króla, zachowaj nam Boże!“
Gloucest.  I wykrzyknęli?
Bucking.  Nie, Bóg mi jest świadkiem;
Żywe kamienie, milczące posągi,
Biedzi jak trupy patrzeli na siebie.
Gromiąc ich, lorda mera zapytałem,
Co uporczywe milczenie to znaczy;
A on mi odrzekł, że lud nieprzywykły
Do innych mówców prócz swego pisarza.
Na rozkaz, aby słowa me powtórzył:

„Tak mówi książe, tak książe wnioskuje“.
Lecz ani słówka z swej nie dodał strony.
Gdy skończył, kilku moich domowników
W głębiach przysionka podrzuciło czapki,
I może jakich dziesięciu krzyknęło:
„Boże zachowaj nam króla Ryszarda!“
Ja też, chwytając w przelocie sposobność,
Dzięki wam, rzekłem im, obywatele,
Wasze okrzyki i powszechny oklask
Waszej mądrości znakiem jest, dowodzi
Waszej miłości dla króla Ryszarda;
I na tem kończąc opuściłem izbę.
Gloucest.  Przeklęte kloce! Więc nie chcieli mówić?
Więc i mer z swoją nie przyjdzie tu Radą?
Bucking.  Mer już jest blisko. Udaj przestrach, książe,
Przyjmij go tylko po długich błaganiach,
A przedewszystkiem Ołtarzyk miej w ręku
I z każdej strony miej przy sobie księdza;
To mi da powód do świętej perory.
Do naszej prośby nie łatwo się przychyl:
Bądź jak dziewczyna, mów: nie a bierz wszystko.
Gloucest.  Jeśli tak dobrze będziesz za nich mówił,
Jak ja za siebie będę „nie“ powtarzał,
Wcale nie wątpię o szczęśliwym końcu.
Bucking.  Oddal się teraz, książe, lord mer stuka.

(Wychodzi Gloucester. — Wchodzi lord Mer, Aldermani i obywatele).

Witaj milordzie, tańczę tutaj solo,
Książe, jak widzę, z nikim nie chce mówić.

(Wychodzi z zamku Catesby).

Cóż na mą prośbę odpowiada książe?
Cates.  Prosi cię, panie, byś twe odwiedziny
Na jutro, albo pojutrze odłożył;
Dziś jest na świętem rozpamiętywaniu
Z przewielebnymi dwoma biskupami;
Lęka się, żeby światowe go względy
Nie odwróciły od pobożnych ćwiczeń.
Bucking.  Dobry Catesby, wróć jeszcze do księcia,
Powiedz, że z lordem merem, z jego Radą,

W rzeczach niemałych, w sprawach wielkiej wagi,
A dotyczących publicznego dobra,
Śpiesznie się chcemy z księciem porozumieć
Catesby.  Idę i wasze powtórzę mu słowa (Wychodzi).
Bucking.  Ha, ha, milordzie, książe ten nie Edward,
Nie na rozpustnem lula się on łożu,
Lecz na kolanach liczy się z sumieniem;
Nie w kortezanek chychocze się pląsach,
Lecz medytuje w teologów kole;
Nie snem leniwe swoje tuczy ciało,
Ale modlitwą swą duszę zbogaca.
Szczęśliwa Anglia, gdyby władzy ciężar
Chciał wziąć na barki cnotliwy ten książe;
Lord Mer.  Broń Boże, żeby nam „nie“ nie powiedział!
Bucking.  Lękam się tego. Lecz otóż Catesby. (Wchodzi Catesby).
Jakąż od księcia przynosisz odpowiedź?
Catesby.  Dziwi się, z jakich przyczyn, w jakim celu
Z tak wielkim tłumem mieszczan przybywacie
Bez poprzedniego o tem ostrzeżenia.
Nic stąd dobrego dla siebie nie wróży.
Bucking.  Boleję nad tem, że zacny mój kuzyn
O mych uczuciach ku sobie źle trzyma;
Bóg widzi, pełni przychodzim miłości.
Więc idź raz jeszcze i powiedz to księciu.

(Wychodzi Catesby).

Gdy mąż pobożny odmawia różaniec,
Ciężko do rzeczy światowych go skłonić,
Taka jest słodycz pobożnych rozmyślań.

(Pokazuje się Gloucester na galeryi między dwoma biskupami; icraca Catesby).

Lord Mer.  Patrz! w dwóch kapłanów towarzystwie książe!
Bucking.  Dla pobożnego księcia dwa filary,
By od próżności chronić go upadku.
Czy widzisz? Trzyma w ręku swem Ołtarzyk:
To są klejnoty świętego człowieka.
Plantagenecie, łaskawy nasz książe,
Skłoń do próśb naszych przychylne twe ucho,
A daruj, żeśmy przeszkodą ci byli

W twych chrześcijańskich, pobożnych ćwiczeniach.
Gloucest.  Nie potrzebujesz wymówki tej lordzie
Ja raczej proszę was o przebaczenie,
Jeżeli bożą zatrudniony służbą
Odwlokłem dobrych przyjaciół przyjęcie.
Lecz skończmy. Jakie wasze jest żądanie?
Bucking.  Żądanie, które spodoba się, sądzę,
Bogu na niebie, a uczciwym ludziom
Na tej bezrządem nawiedzonej wyspie.
Gloucest.  Pewnom się błędu jakiego dopuścił,
Który obraził miasto; przychodzicie,
Ażeby słuszne robić mi wyrzuty.
Bucking.  Tak jest, milordzie, bodaj prośby nasze
Mogły cię skłonić do spiesznej poprawy.
Gloucest.  A pocóż żyłbym w chrześcijańskim kraju?
Bucking.  Wiedz przeto, książę, że przez twoją winę
Zostawiasz tronu najwyższy majestat,
I przodków twoich urząd berłowładny,
Los przynależny twemu urodzeniu,
Dziedziczną chwałę królewskiego domu,
Pnia spróchniałego skalanym wyroślom.
Tak jest, w łagodnem myśli twych uśpieniu,
(Z którego budzim cię dla dobra kraju),
Członki swe traci wyspa ta szlachetna,
Niesławy szramy szpecą jej oblicze,
Chwast na królewskim jej pniu zaszczepiony
Ledwo już, ledwo nie popchnął jej w czarną
Niepowrotnego przepaść zapomnienia.
By ją ocalić, błagamy cię, książe,
Abyś łaskawie sam podjąć się raczył
Tej ziemi twojej królewskiego rządu,
Nie jak protektor, namiestnik, zastępca,
Podrzędny faktor dla obcego zysku,
Lecz jak właściciel prawem urodzenia,
Jak pan wszechwładny krwi swojej dziedzictwem.
Dlatego w gronie dobrych mych przyjaciół,
Obywateli wiernego ci miasta,
Ich naleganiom natrętnym posłuszny,

Tę sprawiedliwą przekładam ci prośbę.
Gloucest.  Prawdziwie, nie wiem, czy w milczeniu odejść,
Czyli was gromić przystałoby lepiej
Mojej godności, albo krokom waszym;
Bo gdybym milczał, moglibyście wnosić,
Że mi wiążąca język mój ambicya
Doradza złote chętnie przyjąć jarzmo,
Które niemądrze włożyć na mnie chcecie;
Gdybym was znowu gromił za tę prośbę,
O waszej wiernej świadczącą miłości,
Sambym najlepszych odstręczał przyjaciół.
Więc by pierwszego ujść niebezpieczeństwa,
A jednak, mówiąc, w drugie się nie rzucić,
Stanowczo taką daję wam odpowiedź:
Dzięków mych godna wasza ku mnie miłość,
Lecz me zasługi zbyt na to są nizkie.
Gdyby i wszystkie zniknęły zawady,
Gdybym szedł równą drogą do korony
Jako należnej memu urodzeniu,
Takie jest mego rozumu ubóstwo,
Tak mnogie, wielkie moje niedostatki,
Żebym się wolał skryć przed mą wielkością,
Ja, łódź niezdolna morskich pruć bałwanów,
Niż w mej wielkości za mą zgubą lecieć,
I sam się dusić w chwały mej wyziewach.
Lecz, dzięki Bogu! nie jestem potrzebny;
(A gdybym był nim, jak wiele mi braknie!)
Królewskie drzewo zostawiło owoc,
A ten gdy z godzin upływem dojrzeje,
Stanie się godnym królewskiego tronu,
A swoim rządem zapewni nam szczęście.
Jemu zostawiam to, co dać mi chcecie,
Prawo i szczęście błogiej jego gwiazdy,
A strzeż mnie Boże, abym mu je wydarł!
Bucking.  Słowa twe świadczą o twej sumienności,
Dostojny książe, lecz chwila rozwagi
Skrupułów twoich czczość całą wykaże.
Mówisz, że Edward brata twego synem;

To prawda, tylko nie przez jego żonę;
On był wprzód lady Łucyi zaręczony,
Czego żyjącym świadkiem matka twoja;
Później przez swoich posłów wziął za żonę
Bonę, monarchy francuskiego siostrę;
W końcu dopiero, biedna suplikantka,
Stroskana matka licznego potomstwa,
Płacząca wdowa, piękność więdniejąca,
Już przy zachodzie swoich dni najlepszych,
Rozpustne jego podchwyciła oko,
I z wysokości tronu go ściągnęła
W obrzydłą przepaść grzesznego dwójżeństwa.
Przez nią, w nieprawnem spłodzony był łożu
Edward, przez grzeczność księciem nazywany.
Z większą goryczą mógłbym o tem mówić,
Przez wzgląd jedynie dla żyjących osób
Mego języka miarkuję gwałtowność.
Więc, dobry panie, racz łaskawie przyjąć
Ofiarowaną ci królewską godność,
Jeśli nie dla nas i dla szczęścia kraju,
To, by szlachetny ród twój znów sprowadzić
Z nadużyć czasu, z manowców zepsucia
Na równą drogę prawego potomstwa.
Lord Mer.  Obywatele twoi o to proszą.
Bucking.  Miłości ludu nie odpychaj, książe.
Catesby.  Przyjęciem słusznej uszczęśliw ich prośby.
Gloucest.  Czemu ten ciężar chcecie na mnie zwalić?
Nie jestem zdolny do królewskiej władzy;
Mojej odmowy na złe nie tłomaczcie;
Być wam posłusznym nie mogę i nie chcę.
Bucking.  Skoro odmawiasz, gdy w zbytku miłości
Wzdrygasz się strącić syna twego brata
Przez znaną światu czułość twego serca,
I przez niewieście skrupuły sumienia,
Których dowody twojemu rodzeństwu
I wszystkim stanom ziemi naszej dałeś,
Wiedz, że czy przyjmiesz, czy odrzucisz prośbę,
Syn twego brata królem tu nie będzie;

Innego pana posadzim na tronie,
Na domu twego hańbę i ruinę.
Więc cię żegnamy z tem postanowieniom.
Obywatele, idźmy, dość już błagań.

(Wychodzą: Buckingham i obywatele).

Catesby.  Racz ich przywołać, książę, przyjm ich prośby.
Twoja odmowa będzie kraju zgubą.
Gloucest.  Chcecie więc gwałtem w przepaść trosk mnie rzucić?
Dobrze, niech wrócą, nie jestem kamienny,
Do błagań waszych muszę się przychylić,

(Wychodzi Catesby).

Chociaż na przekor duszy i sumieniu.

(Wraca Buckingham, z obywatelami).

Kuzynie, mądrzy, poważni panowie,
Gdy chcecie gwałtem, mimo woli mojej
Fortuny ciężar na barki me włożyć,
Muszę cierpliwie losowi się poddać.
Lecz, jeśli skutkiem waszego przymusu
Czarna mnie spotka potwarz i nagana,
Z nieczystej plamy przed światem mnie całym
Omyje na mnie gwałt dziś dokonany;
Bo Bóg wie dobrze, co w części widzicie,
Jak dusza moja obca jest tej żądzy.
Lord Mer.  Niech ci za dobroć twoją Bóg zapłaci!
Widzim to, książe, i światu powtórzym.
Gloucest.  A prawdę tylko światu ogłosicie.
Bucking.  Więc cię królewskim pozdrawiam tytułem:
Niech żyje Ryszard, dostojny król Anglii!
Wszyscy.  Amen.
Bucking.  Czy jutro dzień jest koronacyi?
Gloucest.  Skoro tak chcecie, to niech i tak będzie.
Bucking.  Więc jutro, królu, stawim się przed tobą,
A dziś z radosnem żegnamy cię sercem.
Glouc.  (do biskupów). A my do świętych wróćmy teraz ćwiczeń.
Bądź zdrów, kuzynie, i wy, przyjaciele.

(Wychodzą).



AKT CZWARTY.
SCENA I.
Przed Tower.
(Wchodzą: z jednej strony królowa Elżbieta, księżna York i markiz Dorset; z drugiej Anna, księżna Gloucester, prowadząc lady Małgorzatę Plantagenet, młodą córkę Clarensa).

Księżna.  Kto się przybliża? Wnuczka Plantagenet
Pod czułą strażą swojej ciotki Gloucester?
Zapewne serca wiedzione natchnieniem
Idą pozdrowić młodego książęcia.
Witaj mi, córko!
Anna.  Niech Bóg ci da, pani,
Radość i szczęście!
Elżbieta.  To samo życzenie
Przyjm, dobra siostro! Dokądże tak śpieszysz?
Anna.  Idę do Tower; jeśli się nie mylę,
Tem co ty, pani, wiedziona uczuciem,
Młodym książętom złożyć me życzenia.
Elżbieta.  Dzięki ci, siostro, pójdziemy więc razem.

(Wchodzi Brakenbury).

Właśnie komendant Tower się przybliża.
Powiedz nam, panie, jak króla jest zdrowie?
Jak się ma młody syn mój, książe York?
Brakenb.  Dobrze. Lecz błagam, racz przebaczyć pani,
Jeżeli króla posłuszny rozkazom
Nie mogę wejścia do nich wam pozwolić.
Elżbieta.  Króla?
Brakenb.  Chcę mówić lorda protektora.
Elżbieta.  Niech Bóg go strzeże od króla tytułu!
Kładzie zapory między mną a nimi?
Jestem ich matką, kto śmie nas rozdzielać?
Księżna.  Jestem ich ojca matką, chcę ich widzieć.
Anna.  Z krwi jestem ciotką, z miłości ich matką,
Więc daj mi przystęp, twe nieposłuszeństwo

Biorę na siebie, odpowiadam za nie.
Brakenb.  Przebacz mi, pani, wpuścić was nie mogę,
Jestem do tego związany przysięgą (wychodzi).

(Wchodzi Stanley).

Stanley.  Jeśli was, panie, za godzinę spotkam,
Księżnie Yorku pokorny hołd złożę
Jak szczęsnej matce dwóch pięknych królowych.

(Do księżny Gloucester)

Śpiesz się co prędzej pani do Westminster
Włożyć koronę jak króla małżonka.
Elżbieta.  Przetnijcie sznurki, by mogło bić serce,
Lub na tę straszną wieść upadnę trupem.
Anna.  Okrutna wieści!
Dorset.  O uzbrój się w męstwo!
Jak ci jest, matko?
Elżbieta.  Uciekaj, Dorsecie!
Śmierć i zniszczenie w trop za tobą gonią.
Matki twej imię śmiertelne jest dzieciom.
Jeśli żyć pragniesz, uciekaj za morze,
Przed piekła ręką schroń się do Richmonda.
O, śpiesz się, synu! z jatek tych uciekaj,
Jeśli umarłych liczby nie chcesz zwiększyć?
Pod Małgorzaty przekleństwem niech skonam,
Bez dzieci, męża, bez korony Anglii!
Stanley.  Twa rada, pani, mądrością natchnięta.
Korzystaj śpiesznie z przelotnej godziny;
Polecający list dam ci do syna,
Który na twoje przybędzie spotkanie.
Nie daj się schwytać zwłoce nierozsądnej.
Księżna.  O straszne wichru nieszczęść rozproszenie!
Przeklęte łono moje, śmierci łoże,
Które wydało na świat bazyliszka,
Miotającego śmierć pewną spojrzeniem!
Stanley.  Idźmy, bo pośpiech był mi nakazany
Anna.  Idę, lecz z wielką duszy mej niechęcią.
O, bodaj obręcz złotego metalu,
Który za chwilę skronie me otoczy,
W mój się mózg wjadła jak stal rozpalona!

Obym trucizną pomazana czarną
Skonała przody, nim wykrzykną tłumy:
Boże zachowaj nam królowę naszą!
Elżbieta.  Idź, biedna, twej ci nie zazdroszczę chwały;
By gniew mój karmić, nie chcę ci złorzeczyć.
Anna.  O, nie! bo czemu? Gdy ten co mym mężem
Dziś jest, przy trumnie Henryka mnie spotkał
Z dłonią zaledwo z drogiej krwi omytą
Ran mego męża, mojego anioła,
Którego wiodłam ze łzami do grobu,
Na twarz Ryszarda poglądając rzekłam:
„O, bądź przeklęty ty, któryś mnie zrobił
Tak młodą żonę, tak starą dziś wdową!
Gdy żonę pojmiesz, niechaj wiecznym będzie
Smutek łożnicy twojej towarzyszem!
Żona twa (jeśli znajdziesz tak szaloną)
Niech przez twe życie nieszczęśliwszą będzie,
Niż mnie zrobiłeś przez śmierć mego męża!“
I prędzej niźli mogłabym powtórzyć
Przekleństwo moje, niewieście me serce
Podbite siłą jego słów cukrowych
Na łup mnie dało własnych moich przekleństw.
Na me źrenice sen odtąd nie zleciał;
Przy jego boku, na jedną godzinę
Snu złotej rosy nie użyłam jeszcze,
Budzona strasznych marzeń jego trwogą.
Przez ojca mego Warwicka nienawiść
Wkrótce nie wątpię, pozbyć mnie się zechce.
Elżbieta.  Żegnaj! Twe skargi litość we mnie budzą.
Anna.  Równą w mej duszy dla smutków twych czuję.
Dorset.  Żegnaj, boleścią witająca chwałę!
Anna.  Żegnaj, boleścią chwałę żegnający!
Księżna  (do Dorseta). Idź do Richmonda, a niech Bóg cię wiedzie!
(Do Anny). Idź do Ryszarda, niech anioł cię strzeże!
(Do Elżbiety). Idź do świątyni, a znajdź tam pociechę!
Ja pójdę szukać pokoju w mym grobie.
Lat osiemdziesiąt w boleściach przeżyłam,
Chwilę radości płacąc łez tygodniem.

Elżbieta.  Stój chwilę jeszcze; spojrzyjmy na Tower.
O miejcie litość, stare wy kamienie,
Dla młodych sierót w głębiach murów waszych
Zazdrosną ręką okrutnie zamkniętych!
Twarda kołyska dla pięknych aniołków!
Szorstka ty mamko, stara towarzyszko
Igraszek dzieci, bądź dla nich litosna!
Głazy, tak żegna szalona was boleść. (Wychodzą).

SCENA II.
Tronowa sala w pałacu.
(Trąby. Ryszard, jako król na tronie, Buckingham, Catesby, Paź i inni).

Król Rysz.  Odstąpcie wszyscy. Kuzynie Buckingham —
Bucking.  Łaskawy panie.
Król Rysz.  Daj mi twoją rękę.
Za twoją radą, przy twojej pomocy,
Król Ryszard zasiadł na angielskim tronie;
Lecz czy dzień jeden w tej żyć będzie chwale,
Lub czy nią długo będziemy się cieszyć?
Bucking.  Bodaj, jak dzisiaj, tak trwała na wieki!
Król Rysz.  Teraz probierczym trącam cię kamieniem,
Teraz zobaczę, czyś szczerem jest złotem.
Edward oddycha — zważaj co chcę mówić!
Bucking.  Mów, miłościwy królu.
Król Rysz.  Buckinghamie,
Mówię, że chciałbym na prawdę być królem.
Bucking.  Jesteś nim, trzykroć dostojny monarcho.
Król Rysz.  Ha, jestem królem? Prawda, lecz on żyje.
Bucking.  Tak, mości książe.
Król Rysz.  O jak gorzki skutek,
Że Edward żyje! „tak jest, mości książe“.
Kuzynie, dawniej nie byłeś tak tępy,
Mam jasno mówić? Chciałbym tych bękartów
Na marach widzieć, a chciałbym natychmiast.
Co mówisz na to? Mów śpiesznie a krótko.
Bucking.  Łatwo ci, królu, spełnić twe życzenia.

Król Rysz.  Ba, jesteś z lodu, przyjaźń twoja marznie.
Powiedz, na śmierć ich czy zgadzasz się ze mną?
Bucking.  Pozwól mi chwilę odetchnąć, mój królu,
Nim na pytanie stanowczo odpowiem.
Postanowienie moje ci przyniosę (wychodzi),
Cates.  (na stronie) Gniew miota królem; patrz jak wargi gryzie.
Król Rysz.  Wolę się udać do zakutych mózgów, (schodzi z tronu)
Do pustych dzieci. Nie po mojej myśli
Mędrki, co pragną w oczach moich czytać.
Dumny Buckingham stał się podejrzliwym.
Paziu!
Paź.  Mój królu.
Król Rysz.  Czy nie znasz człowieka,
Któryby złota ujęty ponętą
Podjął się tajnie śmiertelnej wyprawy?
Paź.  Znam ja szlachcica, którego duch dumny
W niezgodzie żyje z ubogą iścizną;
Złoto, silniejsze od dwudziestu mówców,
Łatwo go, myślę, do wszystkiego skłoni.
Król Rysz.  Jak się nazywa?
Paź.  Nazywa się Tyrrel.
Król Rysz.  Znam go po części; przywołaj go, paziu.

(Paź wychodzi).

Głęboki, mądry, dowcipny Buckingham
Przestał być moich zamiarów sąsiadem.
Gdy szedł tak długo ze mną bez znużenia,
Staje odetchnąć. Dobrze, niech tak będzie.

(Wchodzi Stanley).

Witaj, Stanleyu! Jakie masz nowiny?
Stanley.  Łaskawy panie, Dorset, jak słyszałem,
Uciekł schronienia szukać przy Richmondzie.
Król Rysz.  Zbliż się, Catesby. Rozpuść między ludźmi,
Że żona moja, Anna, ciężko chora.
Pod czujną strażą trzymać ją zalecę.
Znajdź mi jakiego chudego szlachcica,
Wraz mu za żonę córkę dam Clarensa;
Syn mnie nie trwoży słaby na umyśle. —
O czem tak dumasz? Powtarzam, idź rozgłoś,

Że śmierci bliska żona moja Anna.
Śpiesz się, bo wiele mi na tem zależy,
Aby w zarodku wszystkie zgnieść nadzieje,
Których wzrost moim szkodzić mógłby planom.

(Wychodzi Catesby).

Muszę mojego brata córkę pojąć,
Lub na szkle kruchem tron mój zbudowany.
Braci jej zabić a pojąć ją potem!
Wątpliwa droga; lecz tak już daleko
We krwi zabrnąłem, że grzech z grzechu rośnie.
Płaczliwa litość nie mieszka w tem oku.

(Wchodzi paź z Tyrrelem).

Zowiesz się Tyrrel?
Tyrrel.  Jakób Tyrrel, królu,
A twój poddany wierny i posłuszny.
Król Rysz.  Czy pewno?
Tyrrel.  Racz mnie, królu, wziąć na próbę.
Król Rysz.  Czyś gotów zabić mego przyjaciela?
Tyrrel.  Dwóch nieprzyjaciół wolałbym mieć zabić.
Król Rysz.  Więc masz ich; moich dwóch najsroższych wrogów
Mego pokoju, snu mego zabójców
Chciałbym powierzyć ręce twej, Tyrrelu;
O dwóch bękartach w Tower chcę ci mówić.
Tyrrel.  Nakaż mi wolny przystęp do nich, panie,
A wnet cię z trwogi życia ich wyzwolę.
Król Rysz.  Słodką pieśń nucisz. Słuchaj mnie, Tyrrelu,
Idź za tym znakiem. Zbliż się, nadstaw ucho;

(Mówi mu do ucha).

Otóż i wszystko. Powiedz, że spełnione,
A licz na moją miłość i fortunę.
Tyrrel.  Natychmiast idę sprawę tę załatwić.

(Wychodzi. — Wchodzi Buckingham).

Bucking.  Sprawę, o której chciałeś sąd mój zbadać,
Dobrzem rozważył.
Król Rysz.  Nie mówmy już o niej.
Czy wiesz, że Dorset uszedł do Richmonda?
Bucking.  Słyszałem.
Król Rysz.  Syn to żony twej, Stanleyu,

Pilną daj baczność.
Bucking.  Domagam się, królu.
Tego co moje wskutek twych obietnic,
Na coś dal w zakład honor twój i wiarę,
Hrabstwa Hereford, które mi przyrzekłeś
Z ruchomościami na wieczne dziedzictwo.
Król Rysz.  Miej baczne oko na żonę, Stanleyu,
Bo jeśli prześle listy do Richmonda,
Odpowiesz za to.
Bucking.  Co pan mój łaskawy
Na sprawiedliwe mówi me żądanie?
Król Rysz.  Pamiętam, Henryk Szósty prorokował,
Że Richmond królem będzie, kiedy jeszcze
Był niedorosłym, kapryśnym dzieciakiem.
Królem, a może —
Bucking.  Panie —
Król Rysz.  Lecz dlaczego
Nie mógł mi prorok podówczas powiedzieć,
Gdym był przytomny, że ja go zabiję?
Bucking.  Panie mój, hrabstwo mi przyobiecane —
Król Rysz.  Richmond! Gdy byłem niedawno w Exeter,
Mer z uprzejmością zamek pokazując,
Nazwał go Rougemont, zadrżałem na wyraz,
Bo bard irlandzki raz mi przepowiedział,
Że mi nie wiele pozostanie życia,
Gdy ujrzę Richmond.
Bucking.  Miłościwy królu —
Król Rysz.  Która godzina?
Bucking.  Śmiem do twej pamięci
Przywołać dane kiedyś przyrzeczenie.
Król Rysz.  To bardzo dobrze. Lecz która godzina?
Bucking.  Za krótką chwilę wybije dziesiąta.
Król Rysz.  To daj jej wybić.
Bucking.  Co? Mam dać jej wybić?
Król Rysz.  Bo jak sprężyna, zatrzymujesz młotek
Między żebraniem twojem a mą myślą.
Nie jestem dzisiaj w humorze szczodroty.
Bucking.  Więc powiedz, czy mi chcesz dać, czy odmawiasz?

Król Rysz.  Mącisz mi myśli; nie mam dziś humoru.

(Wychodzi król Ryszard z orszakiem).

Bucking.  Czy tak? To płaca wielkich moich zasług?
By tak mną gardził, królem go zrobiłem?
Brecknock przed dolą Hastingsa mnie schowa,
Póki na barkach cała jeszcze głowa (wychodzi).

SCENA III.
Tamże.
(Wchodzi Tyrrel).

Tyrrel.  Tyrański, krwawy czyn już dokonany,
Najopłakańsza, najstraszniejsza zbrodnia
Spełniona dotąd na angielskiej ziemi.
Dighton i Forrest, których zakupiłem
Do wykonania tej okrutnej rzezi,
Jakkolwiek łotry wcielone, psy krwawe,
Promieniem czułej zmiękczeni litości,
Śmierć ich malując płakali jak dzieci.
„Tak,“ mówił Dighton, „spały niemowlęta,“
„Tak,“ dodał Forrest, „w wzajemnym uścisku
Alabastrowych, niewinnych swych rącząt,
Jak cztery róże, kwitnące ich usta
W swym się wiosennym blasku całowały.
Na ich poduszce Złoty był Ołtarzyk,
Który,“ rzekł Forrest, „myśl mą prawie zmienił,
Lecz szatan“ — tutaj łotr mowę swą przerwał,
A Dighton skończył: „i zadusiliśmy
Najdoskonalsze dzieło rąk natury
Lepione przez nią od stworzenia świata“.
I wyszli, pełni smutku i zgryzoty,
A ja rozpaczą niemych opuściłem
O krwawym czynie króla uwiadomić.

(Wchodzi król Ryszard).

Nadchodzi właśnie. Witam cię, mój panie!
Król Rysz.  Dobry Tyrrelu, czym wieścią twą szczęsny?
Tyrrel.  Jeśli spełnienie poleconej sprawy
Szczęściem jest twojem, bądź szczęśliwy, królu,

Bo czyn spełniony.
Król Rysz.  Widziałeś ich trupy?
Tyrrel.  Widziałem.
Król Rysz.  Czyś ich pogrzebał, Tyrrelu?
Tyrrel.  Kapelan Toweru pogrzebał ich, panie,
Lecz gdzie? wyznaję, nie umiem powiedzieć.
Król Rysz.  Wróć po wieczerzy do mnie, mój Tyrrelu,
By mi szczegóły śmierci ich opisać.
Tymczasem rozważ, w czem ci mogę pomódz,
A będziesz wszystkich życzeń twych dziedzicem.
Bądź zdrów.
Tyrrel.  Z pokorą żegnam cię, mój królu.

(Wychodzi).

Król Rysz.  Już syn Clarensa zamknięty jak trzeba,
Córka jest żoną chudego szlachcica,
Na Abrahama łonie śpią szczęśliwie
Edwarda dzieci, a żona ma Anna
Rzekła ostatnie dobranoc tej ziemi.
Wiem, że się Richmond chce kusić o rękę
Młodej Elżbiety, córki mego brata,
I przez ten węzeł do tronu się wdzierać,
Więc idę do niej w miłosne zaloty. (Wchodzi Catesby).
Catesby.  Panie mój —
Król Rysz.  Dobre czy złe wiadomości?
Że obcesowo tak przychodzisz do mnie?
Catesby.  Złe, królu. Morton uciekł do Richmonda,
Buckingham, z dzielnych Walijczyków armią,
Wyruszył w pole, ciągle w siły rośnie.
Król Rysz.  Ely z Richmondem więcej mnie kłopoczą
Niż z ruchawkami swojemi Buckingham.
Lecz idźmy! Długie trwogi komentarze
Są ołowianym zwłoki pomocnikiem,
Za nią bezsilne wlecze się żebractwo.
Wiedź mnie pośpiechu ognistemi pióry,
Królów heroldzie, Jowisza Merkury!
Idź, zbierz zaciągi. Tarczą mą odwaga,
Pośpiech jest wszystkiem tam gdzie bunt się wzmaga.

(Wychodzią).
SCENA IV.
Londyn. Przed pałacem.
(Wchodzi królowa Małgorzata).

Małgorz.  Szczęście zaczyna dojrzewać nakoniec,
Niedługo w zgniłą paszczę wpadnie śmierci.
Niepostrzeżona w tych się kryłam stronach,
Na moich wrogów czekając upadek,
A gdym początku jego była świadkiem
Pójdę do Francyi, z nadzieją że koniec
Będzie zarówno gorzki, czarny, smutny.
Ktoś idzie; skryj się, biedna Małgorzato.

(Małgorzata oddala się w głąb sceny; wchodzą królowa Elżbieta i księżna York).

Elżbieta.  Biedni książęta! drogie moje dzieci!
Wonne me pączki, jeszcze nie rozwite!
Jeśli w powietrzu duch wasz jeszcze pływa
Do wiecznych siedzib sądem nie posłany,
To waszem drogiem otoczcie mnie skrzydłem
I matki żalów bądźcie słuchaczami!
Małgorz.  Przyjdźcie powiedzieć jej, że słuszną karą
Młody wasz ranek w noc się zapadł starą.
Księżna.  Nawał niedoli tak mój głos przydusił,
Że w ustach język oniemiał znużony.
O mój Edwardzie, i czemuż umarłeś?
Małgorz.  Taka przeznaczeń sprawiedliwość twarda;
Dług śmierci płaci Edward za Edwarda.
Elżbieta.  Mógłżeś opuścić niewinne jagnięta
I w paszczę wilka rzucić je, o Boże?
Spałżeś gdy czyn tak krwawy się dokonał?
Małgorz.  Gdy święty Henryk lub gdy syn mój konał?
Księżna.  Umarłe życie, ślepe ty widzenie,
W śmierci żyjący ty biedny mój duchu,
Sceno boleści, hańbo tego świata,
Własności grobu przez życie skradziona,
Skrócona księgo pamiątek dni gorzkich,
Spocznij znużona na tej ziemi prawa

Krwią niewinności nieprawnie spojona! (siada).
Elżbieta.  Gdybyś grób mogła równie dać mi łatwo,
Jak łatwo smutną dać możesz mi ławę,
Mojeby kości tam nie tu spoczęły.
Prócz nas kto płaczu może mieć powody?

(Siada przy niej).

Małgorz.  Jeżeli stary żal najdostojniejszy,
Dajcie mojemu starszeństwa przywilej,
Niech gniew wyzionie swój na pierwszem miejscu.

(Siada przy nich).

Jeśli żal może scierpieć towarzystwo,
Na widok moich liczcie wasze smutki:
Miałam Edwarda, aż go Ryszard zabił;
Miałam małżonka, aż go Ryszard zabił;
Miałaś Edwarda, aż go Ryszard zabił;
Miałaś Ryszarda, aż go Ryszard zabił.
Księżna.  Miałam Ryszarda, a ty go zabiłaś,
Mego Rutlanda ty pomogłaś zabić.
Małgorz.  I ty Clarencyi miałaś także księcia,
Ryszard go zabił; z psiarni twego łona
Pies się piekielny wymknął, który dzisiaj
Na śmierć nas wszystkich okrutnie poluje;
Pies, który zęby wprzódy miał niż oczy
Męczyć jagnięta, chłeptać krew ich czystą;
Dzieł bożej ręki przeklęty niszczyciel,
Co w łzawych oczach płaczących króluje;
Ten wielki tyran ziemi z twego łona
Wyszedł, by wszystkich nas do grobu zagnać.
O sprawiedliwy w sądach twoich Boże,
Jak ci dziękuję, że ten krwawy kądel
Pożera własnej matki swej potomstwo
I jęków naszych robi ją spólniczką!
Księżna.  Żono Henryka, nie szydź z mych boleści,
Bo ja, Bóg widzi, płakałam nad twemi.
Małgorz.  Przebacz mi, jestem bowiem głodną zemsty,
Której się słodkim sycę dziś widokiem.
Edward twój umarł, co mojego zabił,
I drugi Edward płaci za Edwarda,

A młody York jest tylko dokładkiem,
Bo i w dwóch mojej nie równają stracie.
Clarencya, mego Edwarda morderca,
Umarł, a sceny tej tragicznej świadki,
Bezwstydny Hastings, Rivers, Grey i Vaughan,
Przedwcześnie w ciasnym gniją teraz grobie.
Tylko ten mekler piekła, Ryszard żyje
Dlatego, by mu kupował tu dusze
I tam wysyłał; ale się przybliża
Zgon opłakany jego nie płakany;
Goreje piekło, ziemia się otwiera,
Modlą się święci a ryczą szatany,
Ażeby nagła śmierć go stąd porwała.
Podrzej, o Boże, oblig jego życia.
Bym żyjąc mogła: zdechł pies ten powiedzieć!
Elżbieta.  Prorokowałaś, że dzień niedaleki,
W którym zażądam twych przekleństw pomocy
Na tę obrzydłą, garbatą ropuchę,
I na pająka tego pękatego.
Małgorz.  Zwałam cię wtedy losów mych pozorem,
Ubogim cieniem, królowej obrazkiem,
Tego czem byłam marnem przedstawieniem,
Krwawej tragedyi pochlebnym afiszem,
Zbyt podniesioną by upaść tem głębiej,
Dwóch pięknych dziatek na śmiech tylko matką,
Snem twej przeszłości, jaskrawą chorągwią,
Za cel służącą strzałom niebezpiecznym,
Szyldem wielkości, tchnieniem, bańką wody,
Na żart królową w teatralnym blasku.
Gdzie mąż twój teraz? gdzie są twoi bracia?
Gdzie dwaj synowie? gdzie jest twoja radość?
Kto klęcząc woła: Boże strzeż królowej!
Gdzie koło parów pokornie schylonych?
Gdzie tłum cisnących za tobą się dworzan?
Wszystko przepadło! Patrz, czem jesteś teraz.
Z szczęśliwej żony nędzną jesteś wdową;
Z szczęśliwej matki łkasz dziś na ten wyraz;
Miast błagań słuchać błagasz dziś w pokorze;

Troski jedyną twoją dziś koroną;
Wprzód mną gardziłaś, ja tobą dziś gardzę;
Świat drżał przed tobą, drżysz dzisiaj przed światem;
Rozkazywałaś, dziś nikt cię nie słucha.
Gdy się fortuny koło obróciło,
Na łup wypadków zostałaś oddaną,
Tylko ci pamięć przeszłości została
Na większe w doli obecnej cierpienie.
Wzięłaś mi miejsce, czy nie bierzesz teraz
Trosk moich słusznie należnej ci części?
Pół mego jarzma dumny kark twój dźwiga,
Znużoną głowę wymykam tu z jarzma,
Tobie zostawiam cały jego ciężar.
Żegnaj, królowo smutku, Yorka żono!
Z angielskich nieszczęść śmiać się będę w Francyi.
Elżbieta.  Biegła w przekleństwach, zatrzymaj się chwilę,
Mych nieprzyjaciół naucz mnie przeklinać.
Małgorz.  Pość we dnie, noce przepędzaj bezsenne,
Umarłe szczęście z żywym równaj smutkiem,
Marz większą dziatek twych piękność niż była,
A większą szpetność niż jest ich zabójcy.
Zwiększone straty w duszę głębiej wpadną,
Myśl ta przeklinać nauczy cię snadno.
Elżbieta.  Me słowa tępe, naostrz je na twoich.
Małgorz.  Twoje cierpienia ostrz im dadzą moich (wychodzi).
Księżna.  Czemu nieszczęście ma być słów tak pełne?
Elżbieta.  Wietrznym rzecznikom nieszczęść, swych klientów,
Beztestamentnym dziedzicom radości,
Biednym, znużonym ludzkich nieszczęść mowcom,
Puść wolne lice, bo jeśli nie więcej,
Z serca choć cząstkę odwalą ciężaru.
Księżna.  Jeśli tak, idźmy, a bądźmy słów szczodre,
Gorzkiem ich tchnieniem mego zduśmy syna,
Jak on dwóch słodkich synów twych zadusił.

(Słychać odgłos trąb za sceną).

Grzmią trąby, idźmy, a nie szczędźmy przekleństw.

(Wchodzi król Ryszard, z orszakiem).

Król Rysz.  Kto mi w pochodzie drogę zastępuje?

Księżna.  Ta co w swem tonie dusząc cię przeklętem,
Mogła, nędzniku, pochód twój zatrzymać
Do wszystkich morderstw przez ciebie spełnionych.
Elżbieta.  Czoło twe kryjesz pod złotem korony,
Na którem, gdyby prawo prawem było,
Wypiętnowane byłoby morderstwo
Krewnego, co był dziedzicem korony,
I śmierć mych biednych synów i mych braci.
Mów, mów, nędzniku, gdzie są moje dzieci?
Księżna.  Powiedz, ropucho, gdzie twój brat Clarencya?
Gdzie jest syn jego, Edzio Plantagenet?
Elżbieta.  Gdzie Rivers, Vaughan, Grey?
Księżna.  Gdzie dobry Hastings?
Król Rysz.  Zagrzmijcie, trąby, i uderzcie, bębny!
By niebo kobiet tych nie dosłyszało,
Słowem bożego lżących pomazańca.
Uderzcie, mówię. (Odgłos trąb i bębnów).
Lub bądźcie cierpliwe,
Łagodne w mowie, albo w wojny grzmotach
Utopię wszystkie wasze złorzeczenia.
Księżna.  Jestżeś mym synem?
Król Rysz.  Jestem, dzięki Bogu,
I dzięki ojcu mojemu i tobie.
Księżna.  Słuchaj cierpliwie mej niecierpliwości.
Król Rysz.  Mam charakteru twojego to piętno,
Żem nie jest zdolny znieść tonu wyrzutów.
Księżna.  Pozwól mi mówić.
Król Rysz.  Mów, lecz ja nie słucham.
Księżna.  Łagodną będę i spokojną w słowach.
Król Rysz.  A razem krótką, matko, bo mi śpieszno.
Księżna.  Czy ci tak pilno? Ja przecie, Bóg świadkiem,
Długo na ciebie w boleściach czekałam.
Król Rysz.  Czym na pociechę twą nie przybył w końcu?
Księżna.  Nie, na krzyż święty, o nie, sam wiesz dobrze.
Tyś przyszedł w piekło ziemię tę mi zmienić;
Twe urodzenie ciężarem mi było;
Swarliwe, krnąbrne twe było dzieciństwo
Twa młodość straszna, dzika i szalona;

Twa pierwsza męskość śmiała, ryzykowna;
Dojrzałość dumna, podstępna i krwawa,
Niebezpieczniejsza z większą łagodnością,
Płaszczem dobroci kryjąca nienawiść.
Powiedz mi jedną godzinę pociechy,
Którą spędziłam w twojem towarzystwie?
Król Rysz.  Żadnej, wyznaję, tylko z tej wyjątkiem,
W której śniadałaś daleko ode mnie.
Lecz gdy mój widok tak oczom twym wstrętny,
Pozwól mi odejść, dłużej cię nie dręczyć.
Uderzcie, bębny.
Księżna.  Słuchaj mnie na chwilę.
Król Rysz.  Zbyt gorzka twoja mowa.
Księżna.  Jedno słowo;
Po raz ostatni do ciebie przemawiam.
Król Rysz.  Niech i tak będzie.
Księżna.  Lub w tej zginiesz wojnie,
Przez sprawiedliwe Boga rozrządzenie,
Zanim z wyprawy powrócisz zwycięzcą.
Albo mnie starość i smutki zabiją;
Nigdy już twego nie ujrzę oblicza.
Zabierz więc z sobą me ciężkie przekleństwo,
Które ci w boju niechaj cięższe będzie
Od wszystkiej zbroi, co cię będzie słonić!
Z twym wrogiem moje stać będą modlitwy,
A duszki biednych niemowląt Edwarda
Będą szeptały do dusz nieprzyjaciół
Słowa nadziei, zwycięstw i tryumfu.
Jak krwawo żyłeś, tak i krwawo zginiesz;
Hańba żywota i śmierć twą zaznaczy (wychodzi).
Elżbieta.  Choć więcej przyczyn, mniej sił mam przeklinać,
Więc do jej przekleństw: amen tylko dodam.

(Chce wychodzić).

Król Rysz.  Wstrzymaj się, pani, mam ci coś powiedzieć.
Elżbieta.  Nie mam już więcej synów krwi królewskiej,
Byś ich zamęczył; me córki w klasztorze
Modlić się będą, nie płakać na tronie;
Przestań, Ryszardzie, czyhać na ich życie.

Król Rysz.  Masz córkę, której imię jest Elżbieta,
Dziewicę polną cnoty i urody.
Elżbieta.  I czyż ma za to umrzeć? O, Ryszardzie,
Daruj jej życie, a wdzięki jej zniszczę,
Zepsuję cnotę, sama się oskarżę,
Ze byłam łożu Edwarda niewierną,
Na jej kolebkę rzucę cień ohydy;
Byle ją z krwawych rąk wydrzeć morderstwa
Powiem, że ona nie Edwarda córką.
Król Rysz.  Nie szkaluj dziecka twego krwi królewskiej.
Elżbieta.  Zaprzeczę temu, byle ją ocalić.
Król Rysz.  Jej bezpieczeństwem jest jej urodzenie.
Elżbieta.  To bezpieczeństwo braci jej zabiło.
Król Rysz.  Pod złą się gwiazdą bracia jej rodzili.
Elżbieta.  Nie, przyjaciele źli byli ich zgubą.
Król Rysz.  Nieunikniony przeznaczeń jest wyrok.
Elżbieta.  Gdy się wróg nieba spełnić go podejmie.
Ich przeznaczeniem śmierć była piękniejsza,
Gdyby ci zdarzył Bóg piękniejsze życie.
Król Rysz.  Mówisz, jakgdybym synowców mych zabił.
Elżbieta.  O prawda, prawda, byłeś dla nich stryjem,
Tron, wolność, życie, wszystko im zabrałeś.
Jakabądź ręka przeszyła ich serce,
Tą ręką twoja głowa kierowała,
I nóż krwawego mordercy, wprzód tępy,
Na twem kamiennem zaostrzył się sercu,
Żeby się broczyć w jagniąt mych wnętrznościach.
Gdyby czas wielkich boleści nie studził,
Nimby do uszu twych mój język posłał
Dzieci mych imię, moje wprzód paznokcie
W twoichby oczach kotwicę rzuciły,
A ja do portu przybijając śmierci,
Jak nawa biedna, z swych żagli odarta,
Na twych krzemiennych rozbiła się piersiach.
Król Rysz.  Niech mi tak niebo w mojem przedsięwzięciu.
W tej niebezpiecznej wojnie dopomoże,
Jak pragnę tobie i twoim dopomódz
Więcej niż mogłem zaszkodzić wam wprzódy.

Elżbieta.  Jakież mi dobro niebo może słonić,
Które, odkryte, dobro mi przyniesie?
Król Rysz.  Twych dzieci, dobra pani, wyniesienie.
Elżbieta.  Na rusztowanie, gdzie głowa ich spadnie.
Król Rysz.  Nie, lecz do szczytu chwały i fortuny,
Do granic ziemskiej wielkości ostatniej.
Elżbieta.  Pociesz więc moje smutki tą powieścią,
Mów, jaką godność i jakie zaszczyty
Możesz któremu z dzieci mych ustąpić.
Król Rysz.  Cobądź posiadam, wszystko, mnie samego
Na jedno z dzieci twoich pragnę przelać;
Tylko ty w Lete twojej gniewnej duszy
Utop bolesne krzywd wszystkich pamiątki,
Które, twym sądem, mogłem ci wyrządzić.
Elżbieta.  Mów krótko, żeby dobroci twej pamięć
Nie była dłuższą od trwania dobroci.
Król Rysz.  Twą córkę, pani, z całej kocham duszy.
Elżbieta.  Mej córki matka wierzy temu z duszy.
Król Rysz.  Mów, czemu wierzy?
Elżbieta.  Że tak z całej duszy
Córkę mą kochasz, jak kochałeś braci;
Z całego za to dziękuję ci serca.
Król Rysz.  Nie tłomacz spiesznie na złe mych zamiarów;
Mówię, twą córkę z całej kocham duszy,
I chcę ją zrobić ziemi tej królową.
Elżbieta.  Dobrze, a ziemi tej kto będzie królem?
Król Rysz.  Ten właśnie, który królową ją zrobi,
I któżby inny?
Elżbieta.  Kto? ty?
Król Rysz.  Tak jest, pani.
Co o tem myślisz?
Elżbieta.  Jaką do niej drogą
Pójdziesz w zaloty?
Król Rysz.  Tego mnie nauczysz,
Bo znasz najlepiej jej usposobienie.
Elżbieta.  Chcesz mojej rady?
Król Rysz.  Chcę z całego serca.
Elżbieta.  Więc przez człowieka, co braci jej zabił,

Dwa zakrwawione poślej do niej serca,
Każ na nich wyryć słowa: Edward, York;
Może ten widok z ócz jej łzy wyciśnie,
Więc nie zapomnij posłać razem chustki,
(Jak Małgorzata twemu niegdyś ojcu
We krwi Rutlanda posłała maczaną)
A twój posłaniec niech powie: ta chustka
Otarła krwawe drogich braci krople,
Niech ona teraz ócz twych łzy osuszy.
Jeśli miłością i to jej nie natchnie,
Twoich szlachetnych spis jej poślej czynów,
Mów, jak zgładziłeś stryja jej Clarensa,
Wuja Riversa; jak dla jej miłości,
Dobrą jej ciotkę Annę wyprawiłeś.
Król Rysz.  To są szyderstwa; nie w ten sposób zyskam
Córki twej miłość.
Elżbieta.  Niema innej drogi,
Chyba że w inne obleczesz się kształty,
Nie będziesz sprawcą dzieł twoich, Ryszardem.
Król Rysz.  Gdybym to wszystko z miłości dlań zrobił?
Elżbieta.  Tem większym wstrętem ku tobie zapłonie,
Żeś pragnął miłość jej tak krwawo kupić.
Król Rysz.  Ha, co się stało, już się nie odstanie;
Człek lekkomyślnie nieraz czyny spełnia,
Których w późniejszych żałuje godzinach.
Jeślim królestwo twoim wydarł synom,
By złe naprawić, dam je twojej córce;
Jeślim owoce łona twego zabił,
Aby potomstwa twojego przysporzyć,
Z twej krwi, z twą córką spłodzę me potomstwo.
Nazwisko babki tchnie prawie jednakim
Miłości duchem, co nazwisko matki,
Bo to są dzieci jednym stopniem niżej,
Z twojej krwi, z twojej lepione natury,
Przez córkę w równej rodzone boleści,
Jakie ty dla niej wycierpiałaś kiedyś.
Twe dzieci były młodości twej krzyżem,
Moje starości twej będą pociechą.

Twą stratą syn jest tylko, co był królem,
Ta strata córkę twą w królowę zmienia.
Gdy ci nie mogę, jakbym chciał odpłacić,
Przyjmij ofiarę, którą mogę złożyć.
Syna twojego, Dorseta, co w trwodze
Na obcej ziemi smutne wlecze kroki,
Ten piękny związek do domu przywoła,
Do wysokości, do świetnych dostojeństw;
Król, co twą piękną córkę żoną zowie,
Dorseta bratem nazwie poufale.
I znów, jak przódy, króla będziesz matką,
Wszystkie ruiny czasów opłakanych
Zdwojona radość bogato naprawi.
Jeszcze niejeden dzień szczęścia zobaczym;
Krople łez, które w strapieniu wylałaś,
Wrócą na perły wschodnie przetopione,
Jakby na lichwę pożyczony pieniądz,
Zysk dziesięćkrotny szczęścia ci przyniosą.
Więc idź do córki, idź, dodaj śmiałości
Twem doświadczeniem latom jej wstydliwym.
Do słów miłosnych ucho jej przygotuj,
Tkliwe jej serce zapal ogniem żądzy
Złotej korony; mów jej o słodyczach
Tajemnych godzin małżeńskich rozkoszy.
A gdy to ramię skosi Buckinghama,
Małego, tępej głowy buntownika,
Wrócę, z tryumfu wieńcami na czole,
Powieść twą córkę do łoża zwycięzcy.
Oddam jej wszystkie podboje, i będzie
Jedyną panią, Cezara Cezarem.
Elżbieta.  Co jej powiedzieć? Czy że brat jej ojca
Chce być jej mężem, czy raczej, że stryj jej?
Lub że morderca braci jej i wujów?
Mów, w jaki sposób mam ci dziewosłębić,
Aby Bóg, prawo, mój honor, jej miłość,
Mogły cię młodym latom jej zalecić?
Król Rysz.  Powiedz, że związek ten da pokój Anglii.
Elżbieta.  A który ona wieczną kupi wojną.

Król Rysz.  Że król, co mógłby rozkazywać, prosi.
Elżbieta.  O to, co królów król jej zakazuje.
Król Rysz.  Że będzie wielką, potężną królową.
Elżbieta.  By opłakiwać tytuł jak jej matka.
Król Rysz.  Mów, że ją będę kochał, a na wieki.
Elżbieta.  A to na wieki jak długo trwać będzie?
Król Rysz.  Do dni jej słodkich końca nieprzemiennie.
Elżbieta.  Jak długo będą te słodkie dnie płynąć?
Król Rysz.  Jak długo niebo przeciągnąć je raczy.
Elżbieta.  Jak długo piekło i Ryszard pozwolą.
Król Rysz.  Mów, że ja, pan jej, jestem jej poddanym.
Elżbieta.  Twoja poddanka gardzi takiem państwem.
Król Rysz.  Bądź krasomowcą za mnie.
Elżbieta.  Prosta powieść
Uczciwych żądań najlepszym obrońcą.
Król Rysz.  Więc moją miłość powiedz jej po prostu.
Elżbieta.  Co nieuczciwe po prostu rzec trudno.
Król Rysz.  Twoje powody zbyt płytkie, zbyt żywe.
Elżbieta.  Nie, zbyt głębokie raczej i umarłe,
Jak moje biedne dzieci w swej mogile.
Król Rysz.  Tej strony, pani, nie trącaj; to przeszło.
Elżbieta.  Trącę, aż pękną serca mego struny.
Król Rysz.  Więc na Jerzego, Podwiązkę, koronę —
Elżbieta.  Któreś zbezcześcił, pokalał, przywłaszczył —
Król Rysz.  Przysięgam —
Elżbieta.  Na nic, bo to nie przysięga.
Twój święty Jerzy swoją stracił świętość,
Cnotę na zastaw dała twa Podwiązka,
Z chwały odarta skradziona korona.
Żeby przysięga twoja miała wiarę,
Przysięgnij na to, czego nie skalałeś.
Król Rysz.  Na mnie samego —
Elżbieta.  Sam się upodliłeś.
Król Rysz.  Na świat —
Elżbieta.  Twe zbrodnie świat ten oszpeciły.
Król Rysz.  Śmierć mego ojca —
Elżbieta.  Twem jąś życiem splamił.
Król Rysz.  Na Boga —

Elżbieta.  Bogaś najwięcej obraził.
Gdybyś mu danej nie złamał przysięgi,
Jedność przez męża mego skojarzona
Trwałaby dotąd, bracia moi żyli;
Gdybyś mu danej nie złamał przysięgi,
Królewska obręcz, co twą wieńczy głowę.
Skronie mojego synaby stroiła,
Mojeby biedne oddychały dzieci,
Które złamana wiara twa rzuciła
W prochu mogiłę na pastwę robakom.
Na cóż więc możesz przysiądz?
Król Rysz.  Na czas przyszły.
Elżbieta.  Czas przyszły twojąś pokrzywdził przeszłością;
I ja niejedną łzę jeszcze wyleję,
By omyć przeszłe twe krzywdy w przyszłości.
Zabitych przez cię ojców żyją dzieci
Płakać w starości młodych lat sieroctwo;
Żyją rodzice dzieci, któreś zabił,
By w starych latach swój pień płakać uschły,
Nie, nie przysięgaj na przyszłość zużytą,
Nimeś jej użył, przeszłem nadużyciem.
Król Rysz.  Jak chcę w pokucie tylko szczęścia szukać,
Niech tak w zapasach moich niebezpiecznych
Szczęście mi sprzyja! niechaj się sam zgubię,
Niech niebo bramy tryumfu mi zamknie,
Dzień światła, noc mi odmówi spoczynku,
Wszystkie planety niech staną na drodze
Moich przedsięwzięć, jeśli w świętych myślach
Z niepokalanem serca poświęceniem,
Nie kocham pięknej córki twej, księżniczki.
W niej moje szczęście i twoje spoczywa,
Bez niej mnie, ciebie, ją i kraj ten cały,
I chrześcijańskich dusz tysiące czeka
Śmierć, utrapienie, nędza i zagłada.
Innej uniknąć tego niema drogi;
Tylko tą drogą tego unikniemy.
Więc, droga matko, (bo tak zwać cię muszę)
Bądź przy niej mojej miłości rzecznikiem!

Mów, czem być pragnę, a nie to czem byłem,
Nie com zasłużył, ale co zasłużę;
Broń mnie złych czasów smutną koniecznością,
Wielkich zamiarów nie tamuj uporem.
Elżbieta.  Mamże się dyabłu temu tak dać kusić?
Król Rysz.  Daj, jeśli kusi cię do dobrych czynów.
Elżbieta.  Zapomnieć samej siebie?
Król Rysz.  O, zapomnij,
Jeśli się krzywdzisz pamięcią o sobie.
Elżbieta.  A przecie jesteś dzieci mych zabójcą.
Król Rysz.  Ale je grzebię w łonie twojej córki;
W tem wonnem gnieździe na nowo odżyją
Z swoich popiołów na twoją pociechę.
Elżbieta.  Mamże do woli twojej skłonić córkę?
Król Rysz.  Zostać szczęśliwą matką tym uczynkiem.
Elżbieta.  Idę. Ryszardzie, pisz do mnie niebawem,
A ja ci sprawę z jej dam postanowień.
Król Rysz.  Mój pocałunek miłości jej ponieś (całuje ją).

(Wychodzi Elżbieta).

Ha, płytka, gniewna, szalona kobieto!

(Wchodzi Ratcliff, za nim Catesby).

Co za nowiny?
Ratcliff.  Od zachodniej strony
Widać las masztów; na naszych wybrzeżach
Cisną się tłumy wątpliwych przyjaciół,
Bezbronnych, mało do oporu chętnych.
Mówią, że Richmond jest ich admirałem,
A na przybycie Buckinghama czeka,
By z swoją całą wylądować siłą.
Król Rysz.  Niech kto pośpieszy do książęcia Norfolk;
Ty, lub Catesby. Gdzie on?
Catesby.  Jestem, królu.
Król Rysz.  Leć mi do księcia.
Catesby.  Co mi siły starczy.
Król Rysz.  A ty, Ratcliffie, pędź do Salisbury,
Gdy tam przybędziesz — (do Cat.) Leniwy nędzniku,
Czemu już w drodze do księcia nie jesteś?
Catesby.  Bo czekam, królu, na twoje rozkazy.

Król Rysz.  Ach, prawda; przebacz, dobry mój Catesby.
Powiedz, niech zbierze jakie może siły
I w Salisbury ze mną się połączy.
Catesby.  Idę (wychodzi).
Ratcliff.  Co każesz spełnić w Salisbury?
Król Rysz.  Cóż tam chcesz robić przed mojem przybyciem?
Ratcliff.  Dałeś mi rozkaz królu tam pośpieszyć.

(Wchodzi Stanley).

Król Rysz.  Zmieniłem zdanie. Stanley, co przynosisz?
Stanley.  Nic zbyt dobrego, cobyś chętnie słuchał,
I nic zbyt złego, cobym wyznać nie śmiał.
Król Rysz.  Cóż to? Zagadka? Ni złe ani dobre?
Po co okrążać daleką tak drogą,
Gdy prosto mogłeś do powieści przybyć?
Co mi przynosisz?
Stanley.  Richmond jest na morzu.
Król Rysz.  Bodaj to morze w swych go skryło falach!
Jaki ma zamiar tchórzliwy dezerter?
Stanley.  Nie wiem z pewnością, domyślam się tylko.
Król Rysz.  Cóż więc przypuszczasz?
Stanley.  W mojem przypuszczeniu
Dorset, Buckingham, Mortimer go pchnęli
Szukać korony na angielskiej ziemi.
Król Rysz.  Czy tron jest próżny? Czy miecz nie ma pana?
Alboż król umarł i kraj osierocił?
Czy prócz nas żyje jaki dziedzic Yorków?
Kto Anglii panem, jeśli nie ich dziedzic?
Więc powiedz, po co na morze się puścił?
Stanley.  Innej przyczyny nie mogę wynaleźć.
Król Rysz.  Jeśli nie płynie, by twym zostać panem,
Nie możesz innych wynaleźć powodów?
O buncie widzę myślisz i ucieczce.
Stanley.  Nie, dobry królu, ufaj mej wierności.
Król Rysz.  Gdzie więc twe siły, aby go odeprzeć?
Gdzie sługi twoje i twoi lennicy?
Czy nie pobiegli na zachodnie brzegi
Wylądowanie rokoszan ułatwić?
Stanley.  Nie, przyjaciele moi na północy.

Król Rysz.  Zimna to przyjaźń; czemu na północy
Nie na zachodzie, by mi wiernie służyć?
Stanley.  Bo żadnych na to nie mieli rozkazów.
Lecz zechciej, królu, dać mi przyzwolenie,
Zbiorę przyjaciół, połączę się z tobą,
Gdzie mi rozkażesz, na dniu oznaczonym.
Król Rysz.  Pilno ci, widzę, złączyć się z Richmondem.
Nie mam ufności w tobie.
Stanley.  Dobry panie,
Nigdym powodów nie dał ci podejrzeń;
Jak dotąd byłem, tak będę ci wierny.
Król Rysz.  Więc śpiesz, zbierz siły, ale zostaw przy mnie
Twojego syna, Jerzego Stanleya;
Daj baczność, żeby nie zmiękło ci serce,
Lub głowa jego nie bardzo bezpieczna.
Stanley.  Mej wiary głowa jego jest rękojmią (wychodzi).

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Potężny królu, w tej chwili w Devonshire,
Jak mi donoszą moi przyjaciele,
Sir Edward Courtney i brat jego starszy,
Biskup Exeter, prałat dumy pełny,
Z licznym zastępem za oręż chwycili.

(Wchodzi inny posłaniec).

2 Posłan.  W Kent dom Guilfordów zbrojno w polu stanął,
A co godzina nowy tłum rokoszan
Powiększa zbrojne siły buntowników.

(Wchodzi trzeci posłaniec).

3 Posłan.  Królu, wielkiego armia Buckinghama —
Król Rysz.  Przeklęte sowy! Ciągle śmierci pieśni? (Uderza go).
Weźże tę płacę za twoje nowiny.
3 Posłan.  Nowina, którą przynoszę ci, królu,
Jest, że gwałtowne deszcze i wylewy
Rozbiły całą Buckinghama armię,
A on sam uciekł, lecz gdzie, niewiadomo.
Król Rysz.  Przebacz mi! Przyjmij z mych rąk tę sakiewkę
Na uleczenie danego ci razu.
A czy się znalazł roztropny przyjaciel,
Coby wspaniałą obiecał nagrodę

Temu, oo zdrajcę więźniem przyprowadzi?
3 Posłan.  Tak jest, widziałem, królu, ogłoszenie.

(Wchodzi inny posłaniec).

4 Posłan.  Sir Thomas Lovel i lord markiz Dorset
W York, jak mówią, królu, bunt podnieśli.
Lecz na pociechę dobrą wieść przynoszę:
Bretańską flotę burza rozpędziła.
Richmond na brzegi Dorset wysłał barkę
Zapytać tłumy licznie zgromadzone,
Czy stoją przy nim, czy przeciwko niemu;
Odrzekli, że ich Buckingham wyprawił
Na jego służbę, on przecież, nieufny,
Rozwinął żagle, do Bretanii wrócił.
Król Rysz.  Więc naprzód; skoro oręż mamy w dłoniach,
Jeśli nie z obcym walczyć napastnikiem,
To w domu niszczyć bandy buntowników.

(Wchodzi Catesby).

Catesby.  Szczęśliwą, królu, przynoszę wiadomość:
Buckingham wzięty. Muszę jednak razem
Być ci chłodniejszej nowiny zwiastunem:
Richmond z swą armią w Milford wylądował.
Król Rysz.  Do Salisbury! Gdy tutaj czas tracim,
Królestwa losy może bój rozstrzygnąć.
Niech jeden spieszy z rozkazem, by za mną
Do Salisbury wiedli Buckinghama,
Reszta sił za mną co prędzej wyruszy. (Wychodzą).

SCENA V.
Sala w domu lorda Stanleya.
(Wchodzą: Stanley i sir Christopher Urswick).

Stanley.  Sir Krzysztoforze, powiedz Richmondowi,
Że w błocku tego najkrwawszego dzika
Siedzi trzymany syn mój, Jerzy Stanley;
Byłem się ruszył głowa jego spadnie;
Trwoga ta dziś mi wspierać go zabrania.
Wracaj więc, względom Richmonda mnie poleć.
Dodaj, że chętnie królowa przystaje

Na jego związek z córką swą Elżbietą.
Lecz powiedz, gdzie jest teraz książę Richmond?
Sir Christ.  W Pembroke lub w Harford, na Walijskiej ziemi.
Stanley.  Jacy stanęli przy nim dostojnicy?
Sir Christ.  Sir Walter Herbert, żołnierz doświadczony,
Sir Gilbert Talbot i sir William Stanley,
Sir James Blunt, Oxford i waleczny Pembroke
I Rice ap Thomas z potężnym orszakiem,
I wielu innych wielkich imion mężów.
Z całą swą siłą ciągnie do Londynu,
Jeśli mu Ryszard w drodzie nie zaskoczy.
Stanley.  Wracaj. Całuję pana twego rękę;
Moje mu myśli list ten wytłómaczy,
Więc żegnaj! (Wychodzą).




AKT PIĄTY.
SCENA I.
Salisbury. Otwarty plac.
(Wchodzą: Szeryf i straż prowadząca Buckinghama na śmierć).

Bucking.  Król Ryszard nie chce dać mi posłuchania?
Szeryf.  Nie, dobry lordzie, bądź przeto cierpliwy.
Bucking.  Hastingsie, dzieci Edwarda, Riversie,
Święty Henryku z synem twym Edwardem,
Greyu, Vaughanie i wszystkie ofiary
Podstępnych knowań niesprawiedliwości,
Jeżeli dusze wasze zagniewane
Widzą przez chmury dolę mą obecną,
Z mego upadku śmiejcie się przez zemstę!
Czy nie zaduszny dziś dzień, towarzyszu?
Szeryf.  Tak jest, milordzie.
Bucking.  To dzień ten zaduszny
Jest mego ciała sądem ostatecznym.

Za czasów króla Edwarda pragnąłem,
Aby nieszczęście w dniu tym na mnie spadło,
Jeżeli zdradzę żony jego krewnych,
Lub jego dzieci; w dniu tym chciałem zginąć
Niewiarą męża, w którym całą ufność
Moją złożyłem, dzień ten, dzień zaduszny
Jest dla mej trwożnej duszy krzywd mych końcem.
Bóg wszechmogący, z którego szydziłem,
Obłudne prośby moje na mnie zwrócił,
Dał mi na prawdę, o com błagał żartem.
Tak to on zmusza występnych oręże
Zwrócić swe ostrza na swych panów piersi;
Tak Małgorzaty sprawdza się dziś klątwa:
„Pomnij, gdy serce twe rozedrze smutkiem,
Że Małgorzata była prorokinią“.
Idźmy, gdzie topór na mnie czeka krwawy:
Złe z złego rośnie, niesława z niesławy. (Wychodzą).

SCENA II.
Równina w blizkości Tamworth.
(Wchodzą przy odgłosie bębnów, z rozwiniętemi chorągwiami: Richmond, Oxford, sir James Blunt, sir Walter Herbert i inni na czele armii w pochodzie).

Richmond.  Drodzy mojemu sercu towarzysze,
Jarzmem tyranii ciężko przyciśnieni,
Mogliśmy ziemi tej dosięgnąć głębi
Żadną w pochodzie nie wstrzymani siłą.
Tu odbieramy list pełny zachęty
Przez ojca mego Stanleya pisany.
Ten przywłaszczyciel, dzik krwawy i straszny,
Co zdeptał pola wasze i winnice,
Krew waszą czystą jak pomyje chłeptał,
Z wnętrzności waszych swe koryto zrobił,
Wieprz ten obrzydły, jak to nam donoszą,
W środku tej wyspy obozuje teraz,
W bliskości miasta Leicester, odległego,

Tylko o jeden dzień marszu od Tamworth.
Więc w imię Boże odważnie, radośnie
Idźmy po żniwo wiecznego pokoju
Na tem ostatniej krwawej bitwy polu.
Oxford.  W sumieniu każdy tysiąc mieczów znajdzie,
By walczyć przeciw krwawemu mordercy.
Herbert.  Myślę, że właśni zdradzą go stronnicy.
Blount.  Trwoga mu tylko dała tych stronników;
W niebezpieczeństwie wszyscy go opuszczą.
Richmond.  Wszystko nam sprzyja. Naprzód, w imię Boże!
Słuszna nadzieja skrzydła ma sokole,
Prostaków w króle, w bogów zmienia króle.

(Wychodzą).
SCENA III.
Pole pod Bosworth.
(Wchodzą: król Ryszard z wojskiem, książe Norfolk, hrabia Surrey i inni).

Król Rysz.  To pola Bosworth, tu rozbijmy namiot.
Lordzie Surreyu, dlaczegoś tak smutny?
Surrey.  Serce me stokroć weselsze od wzroku.
Król Rysz.  Lordzie Norfolku.
Norfolk.  Co rozkażesz, królu?
Król Rysz.  Nieprawdaż, książe, będziem mieli tuzy?
Norfolk.  O tak jest, królu, dane i oddane.
Król Rysz.  Rozbijcie namiot, tu noc dziś przepędzę.

(Żołnierze zaczynają rozbijać królewski namiot).

Ale gdzie jutro? Ba, wszystko mi jedno.
Jakie o liczbie zdrajców są donosy?
Norfolk.  Sześć albo siedem tysięcy najwyżej.
Król Rysz.  Toż pułki nasze trzykroć więcej liczą.
Prócz tego silną wieżą imię króla,
Na którem zbywa bandzie przeciwników.
Rozbijcie namiot. Tymczasem, panowie,
Idźmy w korzyściach pola się rozpatrzyć,
Niech kto przywoła ludzi miejsc świadomych.

A przygotowań żaden niech nie zwleka,
Jutro nas bowiem mozolny dzień czeka. (Wychodzą).

(Wchodzą z drugiej strony pola: Richmond, sir William Brandon, Oxford i inni lordowie. Kilku żołnierzy rozbija namiot Richmonda).

Richmond.  Zmęczone słońce zapadło śród złota,
A jasnym śladem ognistego wozu
Zda się na jutro zwiastować pogodę.
Sir William Brandon będziesz mym chorążym.
Przynieście papier do mego namiotu,
Bo chcę nakreślić plan jutrzejszej bitwy,
Oznaczyć miejsce każdego dowódcy,
Rozdzielić drobne siły stosunkowo.
Sir William Brandon i sir Walter Herbert
Z lordem Oxfordem przy mnie pozostaną;
Pembroke swojego nie opuści pułku.
Blunt, me dobranoc śpiesz ponieść hrabiemu,
A powiedz razem, że o drugiej rano
Chciałbym go w moim zobaczyć namiocie.
Lecz jedną jeszcze wyświadcz mi przysługę:
Czy wiesz, gdzie stoi obozem lord Stanley?
Blunt.  Jeśli mnie oczy moje nie zawiodły,
(A jestem pewny, żem się nie omylił)
Widziałem sztandar jego rozwinięty
Dobre pół mili od królewskiej armii.
Richmond.  Jeżeli możesz bez niebezpieczeństwa,
Idź go zobaczyć, drogi kapitanie.
Wręcz mu ode mnie list ten wielkiej wagi.
Blunt.  Kosztem żywota spełnię to zlecenie.
Niech Bóg spokojny ześle ci sen, królu!
Richmond.  Dobranoc, dobry kapitanie Bluncie!
Idźmy o jutrze w mym radzić namiocie,
Bo zimna tutaj wieczorna jest rosa.

(Wchodzą do namiotu. — Wchodzi do swojego namiotu król Ryszard, z nim Norfolk, Ratcliff i Catesby).

Król Rysz.  Która godzina?
Catesby.  Dziewiąta już, królu,
Pora wieczerzy.
Król Rysz.  Nie chcę dziś wieczerzać!

Przynieś mi papier, atrament i pióro.
Czy hełmu mego lżejszy niż był wizyer?
Czy wszystka zbroja w moim jest namiocie?
Catesby.  Wszystko jest, królu, gotowe, jak chciałeś.
Król Rysz.  Dobry Norfolku, idź na stanowisko,
Rozstaw na czatach ludzi niewątpliwych.
Norfolk.  Idę.
Król Rysz.  A jutro wstań ze skowronkami.
Norfolk.  Licz na to, królu (wychodzi).
Król Rysz.  Ratcliffie.
Ratcliff.  Mój panie?
Król Rysz.  Poślij herolda do pułków Stanleya,
Niech je przed wschodem słońca przyprowadzi,
Jeżeli nie chce, by jego syn, Jerzy
Wpadł w ciemną jamę wiekuistej nocy.
Nalej mi puhar wina; daj pochodnię.
(Do Catesby). Na jutro siodłaj białego Surreya.
Bacz, by mój oszczep nie był nazbyt ciężki.
Ratcliffie —
Ratcliff.  Królu?
Król Rysz.  Czy widziałeś dzisiaj
Northumberlanda melancholicznego?
Ratcliff.  On o godzinie, w której kur spać idzie,
Z hrabią Surreyem przebiegał szeregi,
I słowem ducha żołnierzy podnosił.
Król Rysz.  To bardzo dobrze. Daj mi puhar wina.
Umysł mój nie jest tak dzisiaj radosny,
Ni duch pochopny, jak dawnymi czasy.
Postaw go. Czy już papier jest gotowy?
Ratcliff.  Gotowy, królu.
Król Rysz.  Nakaż baczność strażom.
Oddal się teraz. Około północy
Przyjdź do mojego zbroić mnie namiotu.
Odejdź, powtarzam, chcę zostać samotnym.

(Król Ryszard oddala się w głąb namiotu, Ratcliff i Catesby wychodzą. — Otwiera się namiot Richmonda, gdzie go widać w kole oficerów. Wchodzi Stanley).

Stanley.  Niechaj zwycięstwo na twym siądzie hełmie!

Richmond.  Dostojny ojcze, niech noc ciemna zleje
Swe pokrzepienia wszystkie na twą głowę!
Mów mi o zdrowiu mej szlachetnej matki.
Stanley.  Ja ci w zastępstwie matki błogosławię,
Która za tobą do Boga się modli.
Dość o tem. — Ciche zbiegają godziny,
Ciemność włochata drze się już na wschodzie,
Szybki czas nagli. Niech wczesny poranek
Do krwawej bitwy gotowym cię znajdzie;
Twojej fortuny oddaj rozstrzygnienie
Szabli twej cięciom i śmiertelnej wojnie.
Ja, gdy nie mogę zrobić cobym pragnął,
Zrobię co mogę i przewłoką czasu
W boju wątpliwym pomocą ci będę.
W twej sprawie trudno zbyt mi być pochopnym,
Lub głowa brata twojego, Jerzego,
Pod okiem ojca w prochu się potoczy.
Bądź zdrów! Okrutny czas nam nie pozwala
Gwarzyć o naszej wzajemnej miłości,
Rozciągać słodkie rozmowy godziny
Tak upragnione długo rozłączonym.
Niech Bóg do tego lepszą da nam porę!
Bądź zdrów, raz jeszcze! Bądź dzielny i zwycięż!
Richmond.  Do jego pułków wiedźcie go panowie.
Chciałbym pokrzepić snem myśl niespokojną,
By ołowiany sen mnie nie przycisnął,
Gdy mi potrzeba przypiąć jutro rano
Skrzydła zwycięstwa. Panowie, dobra noc!

(Wychodzą panowie z Stanleyem).

O ty! którego sądzę się być wodzem,
Rzuć na me siły spojrzenie łaskawe!
Ich dłoniom gniewu stal daj druzgoczącą,
By mogli łatwo na ziemię powalić
Przywłaszczyciela i rot jego hełmy!
Twej chłosty, panie, zrób nas narzędziami,
Byśmy cię mogli w twem wielbić zwycięstwie!
Tobie polecam duszę czuwającą,

Zanim się przymkną źrenic moich okna:
Bądź mą obroną we śnie i na jawie! (zasypia)

(Duch księcia Edwarda, syna Henryka VI, wstaje między dwoma namiotami).

Duch  (do Rysz.). Niech jutro duszy twej będę ciężarem!
Przypomnij sobie jak pod Tewkesbury
Zamordowałeś mnie w dni moich wiośnie;
O, więc rozpaczaj i giń! (do Richm.) Ty, Richmondzie,
Bądź dobrej myśli; dusze pokrzywdzone
Zamordowanych książąt walczą z tobą;
Otuchę syn ci Henryka przynosi.

(Wstaje duch króla Henryka VI).

Duch  (do Rysz.). Na ziemi, ciało moje namaszczone
Na śmierć zakłute twoją było ręką;
Myśl więc o Tower i o mnie. Rozpaczaj!
Henryk ci każe rozpaczać i ginąć.
(Do Richm.). A ty cnotliwy, święty, bądź zwycięzcą!
Henryk, co wróżył ci, że królem będziesz,
Dziś we śnie tę ci przynosi pociechę:
Żyj, bądź szczęśliwy! (Wstaje duch księcia Clarencyi).
Duch  (do Rysz.). Niech jutro duszy twej będę ciężarem!
Ja, w wstrętnem winie na śmierć ukąpany,
Biedny Clarencya, knowań twych ofiara.
Myśl o mnie niechaj stępiony twój oręż
W jutrzejszej bitwie wytrąci z twej ręki!
Rozpaczaj i giń! (do Richm.) Potomku Lancastrów,
Za tobą Yorka skrzywdzeni dziedzice
Modły zanoszą; niech aniołów chóry
Strzegą cię w boju! Żyj i bądź szczęśliwy!

(Wstają duchy: Riversa, Greya i Vaughana).

Rivers  (do Rysz.). Niech jutro duszy twej będę ciężarem!
Zamordowany w Pomfret jestem Rivers;
Rozpaczaj i giń!
Grey  (do Ryszarda).Niechaj myśl o Greyu
Obudzi rozpacz w duszy twej Ryszardzie!
Vaughan  (do Rysz.). Myśl o Vaughanie, a zbrodniarza trwoga
Niech w boju oszczep z twej ręki wytrąci!
Rozpaczaj i giń!

Wszyscy trzej  (do Richm). Zbudź się, a pomyśl, że krzywd naszych pamięć
Zgubi Ryszarda. Zbudź się, bądź zwycięzcą!

(Wstaje duch Hastingsa).

Duch  (do Rysz.). Krwawy zbrodniarzu, jak zbrodniarz się obudź,
I w krwawym boju skończ występne życie!
Myśl o Hastingsie, rozpaczaj, umieraj!
(Do Richm.) Zbudź się, spokojna i niewinna duszo!
Zbrój się, walcz, zwycięż dla zbawienia Anglii!

(Wstają duchy dwóch młodych książąt).

Duchy  (do Rysz.). Marz o synowcach w Tower zaduszonych!
Na twojem łonie usiądziem, Ryszardzie,
Aby cię przygnieść do hańby i śmierci!
Synowców dusze do ciebie wołają:
Rozpaczaj i giń! (do Richm.) A ty, śpij Richmondzie
W błogim pokoju, a zbudź się w radości!
Niechaj od dzika strzegą cię anieli!
Żyj i bądź szczepem szczęsnej królów linii!
To ci Edwarda biedne wróżą dzieci.

(Wstaje duch królowej Anny).

Duch  (do Rysz.). Twa żona, Anna, żona twa nieszczęsna,
Co chwili z tobą nie spała spokojnie,
Powraca dzisiaj by twój sen zakłócić.
W jutrzejszej bitwie myśl o mnie, Ryszardzie!
Niech miecz stępiony wypadnie z twej ręki!
Rozpaczaj i giń!
(Do Richm.) Ty snem spokojnym spokojna śpij duszo!
Marz o zwycięstwie! Wroga twego żona
Do nieba modły za tobą zanosi.

(Wstaje duch Buckinghama).

Duch  (do Rysz.). Jak do korony pierwszy ci pomogłem,
Tak twą tyranią poczułem ostatni.
W jutrzejszym boju myśl o Buckinghamie,
I giń w przestrachu zbrodniczego życia!
Marz o krwi, śmierci! Śród boju omdlony
Rozpaczaj! Ducha wyzioń zrozpaczony!
(Do Richm.) Zgon mię zaskoczył, gdy ci pomoc niosłem,
Lecz nie trać serca; jestem szczęścia posłem:
Z aniołów armią Bóg przy tobie stoi,

A Ryszard spadnie z szczytu chwały swojej.

(Duchy znikają; król Ryszard budzi się).

Król Rysz.  Innego konia! Opatrzcie me rany!
Litości, Jezu! — Cicho! to sen tylko.
Jakże mnie dręczysz, trwożliwe sumienie!
Bledną pochodnie; głucha teraz północ.
Zimny pot trwogi drżące kryje ciało.
Drżę sam przed sobą? Niema tu nikogo.
Ryszard Ryszarda kocha; jestem sobą.
Jest tu morderca? Nie — tak — ja tu jestem.
A więc uciekaj! Jakto? Sam przed sobą?
Jak wielki powód! Czemu? Bym nie pomścił?
Czego? Samego siebie na mnie samym?
Ja kocham siebie. Czemu? Dla dobrodziejstw,
Które sam sobie niegdyś wyświadczyłem?
Lecz ach! ja raczej sam się nienawidzę
Dla krwawych czynów przeze mnie spełnionych.
Jestem nędznikiem — lecz kłamię, nie jestem.
O głupcze! dobrze o sobie mów samym;
Ale nie, głupcze, nie pochlebiaj sobie.
Moje sumienie tysiąc ma języków,
A każdy język inną prawi powieść,
A każda powieść nędznikiem mnie świadczy.
Krzywoprzysięstwa niesłychane przody,
Morderstwa, jakich niewidziano jeszcze,
Tysiące grzechów w tysiącznych postaciach
Stają przed sądem, wołając: występny!
Rozpacz mnie bierze; nikt mnie tu nie kocha,
I nie zapłacze nikt po mnie, gdy zginę;
Lecz czemuż miałby płakać, gdy litości
Sam nie znajduję w sercu mem dla siebie?
W namiocie moim zdało mi się widzieć
Zamordowanych sprawą moją dusze,
A każda głowie Ryszarda groziła
W jutrzejszej bitwie zgotowaną pomstą.

(Wchodzi Ratcliff).

Ratcliff.  Królu!
Król Rysz.  Kto tam?

Ratcliff.  Ja, Ratcliff, królu. Czujny kogut wiejski
Już dwakroć ranną pozdrowił jutrzenkę;
Zbroją się wszyscy twoi przyjaciele.
Król Rysz.  Ratcliffie, straszne miałem sny tej nocy!
Jak ci się zdaje, czy wszyscy stronnicy
Wierni mi będą?
Ratcliff.  Ani wątpię, królu.
Król Rysz.  Ratcliffie, bardzo, bardzo się obawiam —
Ratcliff.  Nie daj się trwożyć cieniom, dobry panie.
Król Rysz.  Bóg świadkiem, w duszy Ryszarda te cienie
Większy zbudziły przestrach, niżby mogło
Dziesięć tysięcy zbrojnych przeciwników
Pod naczelnictwem płytkiego Richmonda.
Jeszcze daleko do dnia, chodź więc ze mną;
W moich namiotach będę podsłuchiwał,
Czy kto nie myśli zdradzić mnie w potrzebie.

(Wychodzą: król Ryszard i Ratcliff. — Richmond się budzi; wchodzą: Oxford i inni panowie).

Panowie.  Dzień dobry, Richmond!
Richmond.  Raczcie leniuchowi
Przebaczyć, czujni panowie, ospalstwo.
Panowie.  Łaskawy panie, jak noc przepędziłeś?
Richmond.  Nigdy sen słodszy, piękniejsze marzenie,
Nie zawitały do głowy śpiącego.
Gdyście odeszli, marzyłem, że dusze
Zamordowanych przez Ryszarda ofiar
Wbiegły w mój namiot; wstań! leć do zwycięstwa!
Wołały do mnie. Serce me pokrzepia
Samo wspomnienie pięknego marzenia.
Która godzina?
Panowie.  Wnet czwarta wybije.
Richmond.  Pora się zbroić i wydać rozkazy (zbliża się do wojska).
Czas nie pozwala, kochani rodacy,
Abym się nad tem dłużej mógł rozwodzić,
O czem poprzednio już wam napomknąłem.
To tylko dodam, że po naszej stronie
Bóg i uczciwa sprawa nasza walczą.
Modlitwy świętych i dusz pokrzywdzonych

Jak nieprzebite słonią nas puklerze.
Oprócz Ryszarda, każdy z wrogów naszych
Zwycięstwa życzy nam raczej niż jemu;
Bo któż ich wodzem? Zaprawdę, panowie,
Okrutny tyran, krwawy mężobójca,
Krwią wyniesiony, krwią utrzymywany;
Któremu wszystkie środki były dobre,
Który swych własnych zabił pomocników;
Nikczemny kamień, który w cenę urósł,
Zdradą w angielskim osadzony tronie;
Mąż, który Boga był nieprzyjacielem.
Gdy z Boga wrogiem będziecie się mierzyć,
Bóg strzedz was będzie jak swoich żołnierzy;
Gdy w pocie czoła zwalicie tyrana,
Sen wasz spokojny będzie z jego śmiercią;
Wznosząc miecz przeciw wrogom waszej ziemi,
Znajdziecie płacę w waszej ziemi szczęściu;
Żon waszych broniąc, będziecie witani
Jako zwycięzcy od żon za powrotem;
Jeśli od miecza dzieci wyzwolicie,
W starości wnuki za to wam zapłacą.
Więc w imię Boże, w praw świętych obronie
Dobądźcie mieczy, rozwińcie sztandary!
Co do mnie, w śmiałych przedsięwzięć okupie,
Chętnie me ciało zimnej oddam ziemi.
Jeśli zwyciężę, ostatni z żołnierzy
W mojej wygranej cząstkę swoją znajdzie.
Uderzcie w bębny! naprzód! śmiało, żwawo!
Bóg! Święty Jerzy! Richmond i zwycięstwo!

(Wychodzą. — Wchodzą: król Ryszard, Ratcliff, orszak i wojsko).

Król Rysz.  Co Northumberland o Richmondzie mówił?
Ratcliff.  Że nigdy w sztuce wojny się nie ćwiczył.
Król Rysz.  Powiedział prawdę. A co Surrey na to?
Ratcliff.  Z uśmiechem odrzekł: więc tem lepiej dla nas.
Król Rysz.  Słuszna odpowiedź; tak jest w rzeczy samej. (Bije zegar).
Ha, słyszę zegar. Dajcie mi kalendarz.
Kto dzisiaj widział słońce?
Ratcliff.  Nie ja, królu.

Król Rysz.  Nie chce nam świecić, bo wedle tej książki,
Już od godziny wejść mu należało.
Czarny to dzisiaj dla kogoś dzień będzie.
Ratcliffie —
Ratcliff.  Królu?
Król Rysz.  Słońce się schowało;
Nad armią naszą niebo się zachmurza;
Chciałbym, te rosy łzy by z ziemi znikły.
Nie świeci dzisiaj — wszystko mi to jedno —
Jak Richmondowi, boć to samo niebo
Chmurząc się dla mnie, i nań gniewnie patrzy.

(Wchodzi Norfolk).

Norfolk.  Do broni, królu! Wróg już pole zajął.
Król Rysz.  Nie traćmy czasu; siodłajcie mi konia.
Stanleya z jego pułkiem przywołajcie.
Gdy na równinę wyprowadzim szyki,
Taki porządek bitwy będzie mojej:
Przednia straż, w jednej rozwinięta linii,
Tyle mieć będzie jazdy, co piechoty;
Moich łuczników w środku uszykuję;
Jan książę Norfolk, Tomasz hrabia Surrey
Będą prowadzić piechotę i jazdę,
My z główną siłą pociągniem za nimi;
Po obu skrzydłach stanie wybór jazdy,
A święty Jerzy niech w pomoc nam przyjdzie!
O moim planie co myślisz, Norfolku?
Norfolk.  Plan doskonały, waleczny mój królu.

(Podając mu papier)

Dziś rano w mym to znalazłem namiocie.
Król Rysz.  (czyta). „Jocky Norfolku, nie bądź zbytnie śmiały,
Bo Dickon, pan twój, sprzedany jest cały“.
To jawny wymysł moich nieprzyjaciół.
Idźcie, panowie, zająć stanowiska;
Niech sny dziecinne dusz nie trwożą waszych.
Wyraz: sumienie, dla użytku tchórzów,
Był wymyślony na postrach dla mocnych;
Dla nas, sumieniem silne ramię nasze,
A prawem, ostre przy boku pałasze.

Więc naprzód! gdzie nas wojna wzywa wściekła,
Razem do nieba, lub razem do piekła!
Co mogę jeszcze do moich słów dodać?
Pomnijcie, komu stawić macie czoło;
Włóczęgom, łotrom, zbiegom i wygnańcom,
Śmieciom Bretanii, chłopom i lokajom,
Z wstrętem przez własną wyplutym krainę
Na rozpaczliwy zamach i śmierć pewną.
Przyszli nas zbudzić ze snu bezpiecznego;
Mieliście ziemie, przychodzą je wydrzeć,
I piękne żony, przychodzą je hańbić.
Kto ich prowadzi? Żebrak, długie czasy
W Bretanii kosztem matki mej żywiony.
Mleczak, co nigdy w życiu swem nie uczuł
Większego zimna jak w śniegu po kostki.
Batem włóczęgów wygońcie za morze,
Wymiećcie z Anglii francuskie łachmany,
Głodnych żebraków, znudzonych żywotem,
Którzyby z głodu już się powiesili,
Gdyby nie miły sen o tej wyprawie.
Jeżeli mamy uledz zwyciężeni,
To niech przynajmniej pobiją nas męże,
Nie te bękarty, na własnych dzielnicach
Przez ojców naszych chłostane, ćwiczone,
W kronikach wiecznej zostawione hańbie.
Damyż im zabrać ziemie, żony nasze,
A córki hańbić? — Lecz słyszę ich bębny.

(Odgłos bębnów w odległości).

Angielska szlachto, naprzód! walczmy śmiało!
Dzielni łucznicy, natężcie cięciwy!
Dodajcie koniom ostrogi! w krwi brodźcie!
Zaćmijcie błękit drzazgami oszczepów!

(Wchodzi posłaniec).

Co odpowiedział lord Stanley? Czy przyjdzie
Ze swoim pułkiem?
Posłaniec.  Królu, przyjść odmawia.
Król Rysz.  Precz z głową syna jego!
Norfolk.  Nieprzyjaciel

Już bagna przeszedł; czas będzie po bitwie
Ukarać śmiercią Jerzego Stanleya.
Król Rysz.  W piersiach mych czuję bicie serc tysiąca.
Naprzód, sztandary! Uderzmy na wroga!
Niech stare hasło: piękny święty Jerzy!
Natchnie nas smoków ognistych wściekłością!
Naprzód! Zwycięstwo na hełmach nam siedzi.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Inna część pola.
(Alarm. Wycieczki. Wchodzi Norfolk na czele wojska, biegnie ku niemu Catesby).

Catesby.  Na pomoc, lordzie Norfolku, na pomoc!
Król Ryszard czynów dokazał nadludzkich,
Lecąc zuchwale w tysiąc niebezpieczeństw.
Koń pod nim upadł; walczy na piechotę,
Szukając w śmierci gardzielu Richmonda.
Na pomoc, lordzie! lub przegrana bitwa.

(Alarm. Wbiega król Ryszard).

Król Rysz.  O, konia! moje królestwo za konia!
Catesby.  Oddal się, królu, przywiodę ci konia.
Król Rysz.  Stawiłem życie na jeden rzut kostki,
Gotowy rzutu wszystkie znieść hazardy.
Zda się, że sześciu Richmondów jest w polu;
Pięciu zabiłem dziś już za jednego.
O konia! moje królestwo za konia! (Wychodzą).

(Alarm. Wchodzą: król Ryszard i Richmond, walcząc. Ryszard pada zabity. Odwrót i trąby. Za chwilę wchodzą: Richmond, Stanley, niosąc koronę, inni lordowie i wojsko).

Richmond.  Boga i dłoni waszej dzielnej sprawą
Zwycięstwo nasze; wściekły pies nie żyje.
Stanley.  Patrz, te znamiona królewskiej godności
Z przywłaszczyciela zabitego skroni
Zdarłem, by twoje ubrać niemi czoło.
Noś je dla twego i naszego szczęścia!

Richmond.  Wszechmocny Boże, powiedz na to: amen!
Ale czy młody Jerzy Stanley żyje?
Stanley.  Tak jest, bezpieczny żyje w mieście Leicester,
Gdzie, jeśli pragniesz, możem teraz ciągnąć.
Richmond.  Jacy z stron obu legli dostojnicy?
Stanley.  Jan książe Norfolk i Walter lord Ferrers,
Sir William Brandon, Robert Brakenbury.
Richmond.  Ze czcią należną pogrzebcie ich ciała.
Ogłoście wszystkim zbiegłym przebaczenie,
Jeśli się zechcą poddać bez oporu.
Ja potem, wierny danej wam przysiędze,
Z różą czerwoną złączę białą różę.
Długo zawistne sporom ich niebiosa,
Niech dziś z uśmiechem na związek ten spojrzą!
Gdzie zdrajca, coby nie rzekł na to: amen?
Szalejąc Anglia, szarpała się długo,
Brat swego brata krew ślepo przelewał,
Syna mordował ojciec wściekłą ręką,
A syn własnego ojca był rzeźnikiem.
Niezgoda domów York i Lancaster
Była niezgody tej domowej źródłem.
Niechajże dzisiaj Richmond i Elżbieta,
Prawi dziedzice dwóch królewskich domów,
Bożych wyroków połączą się wolą,
A ich potomstwo — racz sprawić to, Boże! —
Pięknym pokojem czas przyszły zbogaci,
Dnie mu zapewni błogiej obfitości!
Racz stępić, panie, ostrze zdrajców szabli,
Coby te krwawe dnie chcieli przywrócić,
Płaczącą Anglią w krwi znowu zanurzyć!
Niechaj ta ziemia nędznika pochłonie,
Coby chciał zdradę zaszczepić w jej łonie!
Wojny domowej rany pokój goi;
Daj Boże, niech się na wieki ostoi! (Wychodzą).








  1. I have no brother, I am like no brother:
    And this word »love«, which greybeards call divine,
    Be resident in men like one another,
    And not in me: I am myself alone.
  2. The tragedy of King Rishard the third, containing: His treacherous Plots againts his brother Clarence; the pitiefull murther of his innocent nephewes; his tyrannical usurpation; with the whole Course of his detested life, and most deserves death. As it hath beven lately Acted by the Right honourable the Lord Cahmberlaine his Servants. At London. Printed by Valentine Sims, for Andrew Wise, dwelling in Paul’s Churchyard, at the signe of the Angell, 1597.
  3. Aluzya do godła Edwarda IV, przyjętego po bitwie pod Mortimer’s Cross. Czy wzrok mnie myli, czy widzę trzy słońca? Król Henryk VI, część III, akt II, scena I.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.