Pan Jowialski/Akt II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Pan Jowialski
Rozdział Akt II
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom IV
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Indeks stron
AKT II.


SCENA I.

Pan Jowialski, Janusz, Szambelan,
(po prawej stronie w rzędzie).
Pani Jowialska, Szambelanowa,
(po lewej siedzą)
Helena,
(za nimi przy stoliku, z książką w ręku)
Ludmir.

(w środku w głębi śpi, nawznak leżąc na kanapie. Wszyscy w kaftanach tureckich. Czas jakiś milczenie — na migi rozmawiają i poprawiają swoje ubiory)
Ludmir (ziewa głośno i przeciągając się).
Tom się wyspał, jaż mi w nosie wierci — oczów otworzyć nie mogę — musi już być het z południa. (ziewa) Austerya jak się patrzy nie ma co mówić, dobrze em sy dzień przepędziuł. — Wypiułem coś grubo; ba, nie bardzo na trzech. — Dwie kwarty wódki (zadziwienie wszystkich wzrastające) garniec miodu, dwa garnce piwa, i więcej nic... ba, prawda, kwartę krupniczku. (ziewa)
P. Jowialski (na stronie).

Niechże go Bóg ma w swojej opiece!

Ludmir.

Grześku! Jaśku! a co? Wy śpicie jeszcze basałyki! (tu spogląda na bok, a postrzegłszy siedzących siada. Wszyscy wstają i kłaniają się nisko, Ludmir przeciera oczy wstając i patrząc wkoło i na siebie) Ja bo taki nie śpię patrzam się oczami. (zdejmując turban) Moi Państwo Wielmożni... Czy ja... czy wy państwo?.. bo... niech mnie siarczyste pioruny... ja bo nic nie wiem co to jest. (śmiech ciągły ale tajony, mężczyzn czasem i kobiet w ciągu sceny)

Mężczyzni (kłaniając się)

Najjaśniejszy Panie!

Ludmir.

A Państwo sy drwicie ze mnie.

Janusz.

Jesteśmy twoi najuniżeńsi słudzy i podnóżki.

Szambelan.

Najniższe podnóżki, dobrze mówi pan...

P. Jowialski.

Pst!.. Cóż raczysz rozkazać Najjaśniejszy Panie?

Ludmir.

Ta bójcie się Boga, ja nie pan.

Janusz.

Zapewne sen jakiś trapiący odurzył Waszę Sułtańską Mość.

Ludmir.
Przepraszam Pana, ja nie miałem żadnego trapiącego snu, mnie się śniło tylko — z respektem mówiąc, dużo osłów — całe stado — a jeden z figlów na mnie wyskoczył, a ja go kijem sparzyłem — a więcej nic. (śmieje się).
P. Jowialski.

Sen mara, Bóg wiara, Najjaśniejszy Panie.

Ludmir.

Ale bo nie jestem żadny pan, proszę ta suplikuję Jegomościów i Jejmościanek. A ja jestem Ignac Kurek, szwiec. A byłem sy we Lwowie w terminie, u majstra... ba, nie u majstra bo pomarł, tylko taki terminowałem u majstrowy na Horoszczyznie, pod numerem sto jeden i trzy, kole szynku pana Mikołaja. (do starej Jowialskiej) Jejmościunia znają?

P. Jowialska (przestraszona).

Co? co? (przechodząc do męża) Panie Jowialski...

P. Jowialski.

Cichoże!

Janusz.

Wszystko to sen Najjaśniejszy Panie. —

Ludmir.

A teraz szedłem na wędrówkę, w dalekie drogie, na Węgry. — A mój pas w tłómoczek em sy schował, jak się patrzy — i jak sy teraz przypominam byłem gdzieś, hej w ogrodzie, w gienstwinie położyłem mój tłómoczek. (do Szambelanowej) Jejmościunia nie widzieli?

Szambelanowa.

Nie widziałam — Rien du tout.

P. Jowialski.

Najjaśniejszy Panie, pozwól abym powiedział bajkę.

Ludmir.

Powiedźcie mi lepiej prawdę jak bajkę, mój stary Jegomościuniu, bo ja nie wiem co się ze mną dzieje. A mnie się wszystko widzi, że ja zwaryował, i że (oglądając się) jestem u Pijarów na górze, w szpitalu

waryatów.
Szambelan.

Tam do kata!

Janusz.

Jesteś, Panie, między swemi.

Ludmir.

A to ja waryat?

P. Jowialski (na stronie).

Niedźwiedź acz głaśnie, to w krzyżach trzaśnie.

Ludmir.

A, moi państwo, powiedzcieże mi, gdzie jestem.

Janusz.

Kiedy taka wola Najjaśniejszego Sułtana żarty sobie stroić z wiernych swoich sług i poddanych, i pytać się o to, co mu aż nadto dobrze jest wiadomo, więc odpowiadać muszę. Jesteś panie w swojem królestwie.

Ludmir.

W mojém? a są w niém ludzie?

Szambelan (urażony).

Jegomość i ja, przecie nie jakowe zwierzęta.

P. Jowialski.

Ciszej, ciszej.

Ludmir.

A jak się zowie to królestwo?

Janusz.

Tambambuktuhan.

Ludmir.

Tambamban... to żaden uczciwy człowiek tego nie wymówi. — A mnie się widzi, że Państwo drwicie sy ze mnie nieboraka.

Helena (na stronie).
Biedny.
Ludmir.

A ja Panom nie zawadził w drodze.

Janusz.

Któżby się na to odważył — drwić!

Szambelan.

Z takiego człowieka!

P. Jowialski.

Nie pchaj rzeki, sama płynie; jak mówi przysłowie.

Helena (do Szambelanowej).

Dopókiż tego będzie?

Szambelanowa.

Dopóki się starszym podoba. — Vouz comprenez.

Ludmir.

A więc nie jestem Ignac Kurek?

Janusz.

Jesteś Mirza Ali Mustafa.

Ludmir.

Mustafa i Pan?

Mężczyzni (kłaniając się).

Pan, Pan Najjaśniejszy, Największy Sułtan.

Ludmir.

I mogę rozkazywać?

Janusz.

Możesz, Mirzo Ali Mustafo.

Ludmir.

I wszyćko co chcę?

Janusz.

Wszystko.

Szambelan.
Wszystko, wszystko.
P. Jowialski.

Ale kto źle rozkazuje, niedługo panuje; uczy przysłowie.

Ludmir.

A wy słuchać będziecie?

Janusz.

Jako najniżsi słudzy i podnóżki.

Ludmir (kładąc turban).

Ha, niechże i tak będzie.

Janusz (do Szambelana).

Dopièro będzie zabawa.

Szambelan.

I tak ledwo żyję z radości.

Ludmir (stawia krzesło na środku i siadając).

Jestem pan, Sułtan, słuchajcie co każę. — Jeść, pić, i pieniędzy —

P. Jowialski (na stronie).

Jakby się panem urodził!

Janusz.

Jeszcze nie czas obiadu, Najjaśniejszy Panie.

Ludmir.

Co to, nie czas? Ja, pan, mówię że czas — któż z poddanych powie: nie?

Janusz.

Zastanów się...

Ludmir.

Ani słowa, bo oberwiesz. — Jeść prędko i wina kwartę na ryńskiego — kiedym pan, tom pan.

P. Jowialski (kontent).

Wypełnij rozkazy Najjaśniejszego Pana.

(Janusz wychodzi)

Ludmir.

Stolik tu przedemnie! No! nie słyszycie? Ty (do Szambelana) w peruce, z czerwonym baranim nosem! stolik tu postawić.

Szambelan (do Jowialskiego).

A to...

P. Jowialski.

Kiedyś grzyb, leź w kosz — służ panu.

Ludmir.

Prędzej. (Szambelan stawia stolik) W samej rzeczy, mnie się śnić musiało, że byłem szewczykiem... Że byłem ubogi. — Chcę o tém zapomnieć. — Słyszycie, chcę zapomnieć. — A kto kiedykolwiek mi przypomni, każę mu łeb uciąć. — Rozumiesz jeden z drugim? co było, nie jest, nie pisać w regestr.

P. Jowialski (na stronie, jakby się obudził).

Co, co! przysłowie — czy diabeł przemówił przez niego. (wnoszą śniadanie, Janusz wraca)

P. Jowialska (na stronie do męża).

Niechże się Jegomość niebardzo przysuwa, bo to jakiś zawadyak.

P. Jowialski.

Tém większa zabawa.

Szambelanowa.

Nie wiem czy to żarty na dobrém się skończą.

Janusz.

Ja za to ręczę. Jest trochę zuchwały, ale tem śmieszniejszy.

Szambelanowa.

Jak to wino wypije!

Janusz.
Kazałem dać z wodą.
Ludmir (skosztowawszy)

Co to to za wino? słyszysz, ty stary Chińczyku!

P. Jowialski (do p. Jowialskiej serio).

Chińczyku!

P. Jowialska.

Widzisz Jegomość, że to burda.

P. Jowialski.

To jest krajowe.

Ludmir.

Dajcieże niekrajowego. (do Szambelanowej) Słyszysz klucznico, weź to wino, a przynieś innego.

Szambelanowa.

C’est impertinence.

P. Jowialski.

Weź, weź.

Szambelanowa.

Na takie żarty dłużej wystawiać się nie myślę.

Ludmir.

A to co? Czy i tu kobiety mają swoje widzimisię?

(Szambelanowa odbiera butelkę i wkrótce inną przynosi)
P. Jowialski.

Muchy w nosie, jak mówi przysłowie — mają, mają Najjaśniejszy Panie.

Ludmir.

Zaraz temu poradzę.

Szambelanowa.

Cóż poradzisz szalony chłopcze? — Usuwam się od prostackiej zabawy, wylęgłej w głowie godnego aspiranta na członka familii Jowialskich. Żałuję tylko, że tego od razu nie uczyniłam! Très humble servante!

P. Jowialski.

Lepiej późno, niż nigdy.

Szambelanowa (ze drzwi).

Dla Jegomości już zawsze zapóźno. (odchodzi)





SCENA II.
Ciż sami, bez Szambelanowej.
Ludmir.

Cóż to wszystko znaczy? — Ale szynki więcej!

(szturchają się łokciami, nareszcie Szambelan idzie i przynosi)
P. Jowialski.

Pozwolisz sobie, Najjaśniejszy Panie, zrobić uwagę, czyli raczej powtórzyć przysłowie: Kto doje, dopije, ten w rozum nie tyje. —

Ludmir.

Bajka! Kto pije długo żyje. Ale przybliżno się, staruszku.

P. Jowialska.

Ostrożnie panie Jowialski.

P. Jowialski.

Nie psujcieże nam zabawy, kobiety.

Ludmir.

Cóż wy wszyscy jesteście?

P. Jowialski.

Twój dwór.

Ludmir.

Któż ty jesteś?

P. Jowialski.

Wielki Kanclerz koronny.

Ludmir.
Kanclerz? cóż to jest?
P. Jowialski.

Jest to Effendi od pieczęci i stróż praw krajowych.

Ludmir.

Czy prawami w piecu palisz, że się stróżem zowiesz?

P. Jowialski.

Nie, u nas to, Najjaśniejszy Panie... (na stronie) Wyborny szewczyk!

Ludmir.

A pieczęcią co pieczętujesz?

P. Jowialski.

Rozkazy twoje.

Ludmir.

Chcę abyś wszystkim głowy popieczętował.

P. Jowialski.

A to na co?

Ludmir.

Aby wszystkie głowy były pod jedną cechą, moją własną; bez cechy pańskiej ścinać się będą. (do Janusza) A ty? co małpę udajesz, jaką raz widziałem w budzie na Krakowskiém.

Janusz.

Grzeczność jest tu prawem.

Ludmir.

Dla ciebie, sługo; nie dla mnie pana. Czém ty jesteś!

Janusz (do Jowialskiego).

To jest bardzo niegrzecznie.

P. Jowialski.

Trzeba trochę znosić dla ogólnej zabawy. Kto chce wygrać gąsiora, musi ważyć kaczora. Zresztą pamiętaj, że to szewczyk Kurek.

Janusz.
Jestem Wielki Ochmistrz.
Ludmir.

Co to Och i Mistrz? — Dla czego? Och, czy dla tego, że ty Mistrzem?

P. Jowialski.

Jest to urząd, Najjaśniejszy Panie.

Ludmir.

Cóż on robi?

P. Jowialski.

Strzeże, aby wszystko u dworu działo się przyzwoicie.

Ludmir.

I ty to potrafisz?


Janusz.

Tak jest.

Ludmir.

To jesteś wielki człowiek! cóż jeszcze robisz?

Janusz.

Przedstawiam wszystkich, którzy chcą być u dworu.

Ludmir.

Jakto przedstawiasz?

Janusz.

Powiadam ci, Najjaśniejszy Panie, kto jest ten lub ów, i jak się zowie.

Ludmir.

I powiadasz: dobry czy zły, mądry czy głupi, łotr czy poczciwy?

Janusz.

Nie, tego nie powiadam.

Ludmir.

To jesteś bardzo mały człowiek. — Czémże jeszcze jesteś?

Janusz.
Jeszcze? (po krótkiém milczeniu) Jestem Effendi finansów.
Ludmir.

Finansów? Ha! to ty oderznąłeś mój tłómoczek. — Zdaleka odemnie, bo jeszcze mam parę srebrników w kieszeni. — Ale prawda, on się teraz ze mną dzielić będzie. — (do Szambelana) A ty co się śmiejesz, a nic nie gadasz, masz także dwa rzemiosła?

Szambelan.

Jestem wielki Kuchmistrz koronny i Effendi wojny.

Ludmir.

A! do kuchni i do wojny — do siekaninki więc, do siekaninki. — Wojny nie chcę.

P. Jowialski.

Bardzo pięknie, Najjaśniejszy Panie; bo przysłowie mówi: Gdy panowie za łby chodzą, poddanemu włosy trzeszczą.

Ludmir.

Doprawdy?

P. Jowialski.

Czego panowie nawarzą, tém się poddani poparzą.

Ludmir.

Ale kuchnię lubię — siadaj kucharzu. — A dobrze ty gotujesz?

Szambelan.

Ja nie gotuję, to jest tylko tytuł.

Ludmir.

Musisz gotować. — Ale słuchajcie, gdzież jest Rozumnik koronny?

P. Jowialski.

Tego urzędu niema.

Ludmir.
Któż za nas rozum mieć będzie?
P. Jowialski.

Ten, komu ty każesz.

Ludmir.

Lubię być chwalonym, jest więc Chwalca koronny?

P. Jowialski.

Ten urząd, jest samym przez się, przy każdym innym...

Ludmir.

Któż są te panie? i tamta co się znarowiła?

P. Jowialski.

Sułtanki.

P. Jowialska.

Przecie Jegomość nie zechcesz...

Ludmir.

Moje żony?

P. Jowialski.

Tak jest.

Ludmir.

Jaż trzy!

Janusz.

Trzy zawsze nierozłączone.

Ludmir.

Chcę tylko jednę.

Janusz.

To być nie może, takie prawo.

P. Jowialski.

Co kraj, to obyczaj.

Ludmir.

Trzy! bagatela! Mój majster miał jednę, a Boże zmiłuj się... (surowo, wstając) Kto wspomniał o majstrze?

P. Jowialski.

Żaden dworak tego nie uczyni.

Ludmir (siadając znowu).
Nalejże wina. (wypiwszy) A teraz idźcie sy het — zostanę z żoną; (wskazuje na Helenę) z tą.
Janusz (do Jowialskiego).

Na to pozwalać nie można.

P. Jowialski.

Ale dlaczego, dlaczego?

(Rozmawiają przy stronie, Jowialski zdaje się być przeciwnego zdania, kiedy Ludmir przy drugiej stronie mówi z Heleną)
Ludmir (na stronie do Heleny).

Chciej Pani zostać, nie lękaj się, znam granice żartu i winne uszanowanie. Słowa nie mówiliśmy z sobą, a dusze nasze już się rozumieją.

Helena.

Cóż to jest? Co za mowa?

Ludmir.

O chwilę rozmowy śmiem błagać. Niech błogosławię Nieba za sposobność poznania pięknéj Heleny.

Helena.

Tak jestem zdziwiona, że słów brakuje...

Ludmir.

Słowo, dźwięk próżny; tajniejszy język dusza posiada, i tym z tobą, Pani, dawno już mówiłem.

Helena.

Czego Pan żądasz?

Ludmir.

Nie trwoż się moją przybraną rolą i zostań. — (głośno) No! jeszcze tu? (rozskakują się).

Janusz.

Odejść nie możemy.

P. Jowialski.

Ale chodźcie.

Szambelan.
Zostaniemy, podobno.
Ludmir.

A do stu piorunów! Precz! precz mówię!

P. Jowialska.

Panie Jowialski, Panie Jowialski, strzeż się Jegomość!

P. Jowialski (ku swoim drzwiom).

Coś brzękła kosa, pewnie kamień. Panie Ochmistrzu.

Janusz.

Pozwól Waćpan Dobrodziej.

P. Jowialski.

Powiedziałem że nie.

Ludmir.

Precz, bo basy! (chwyta za krzesło)

P. Jowialski (przy swoich drzwiach).

Kto niema zbroje, mijaj boje.

Janusz (cofając się).

To szaleństwo! to nadto! to strach!

(Ludmir z krzesłem w ręku postępuje. — Janusz cofa się za Szambelana, a Szambelan za Janusza, i tak aż za drzwi Szambelan w cofaniu powtarza każde słowo Janusza — Jowialski śmieje się).
P. Jowialski.

Chodźmy i my teraz, a miejmy oko przy szparze. — Dawnom się tak nie śmiał. (odchodzi).





SCENA III.
Ludmir, Helena.
Ludmir.

Pojmuję bardzo zadziwienie Pani, ale łatwo koniec mu położę, gdy powiem, że udawałem tylko spiącego w ogrodzie, kiedy pan Janusz wpadł na myśl arcyszczęśliwą, biednego wędrownika uczynić celem igraszki i szyderstwa.

Helena.

Takie to są zawsze prawie jego pomysły, taka wesołość zawsze: zawsze ją ktoś opłacić musi. Nieszczęściem dziadunio, aby miał tylko rozrywkę, niebardzo jest przebierający w sposobach do tejże.

Ludmir.

Pani zapewne będziesz mojego zdania: iż w oczach duszy szukającej upragnionej estetycznej piękności, każde uderzenie w ogniwo łączące ekscentrycznego uczucia zarzewie z kołem toczącem się zmysłowo w obrębie materyalizmu, wyrywa nas z mgły lubej tęsknoty, owej jutrzenki boskości.

Helena.

W samej rzeczy. Ileż to razy chroniłam się, uciekałam sama ze siebie przed zimnemi zarysami marmurowych kolei, w których mnie towarzyskość ołowianym więziła łańcuchem.

Ludmir.

Zdaje mi się, iż to: Jest, które działa w materyalnej bryle pana Janusza, pokryte zostało w pierwotném wyrobieniu pojętliwości, jakoby niejakim pyłkiem poziomych oddźwięków dotkliwego świata.

Helena.

Jest tylko tlejącém kagańca zarzewiem, nieoczyszczonym promieniem ognia, źródła niezgłębionej wieczności. — Zdaje się, iż jedynie dla plastyki został postawiony ręką natury w prądzie czasu.

Ludmir.
Na mnie teraz kolej nurzać się w mętnem morzu podziwienia.
Helena.

Jakichże przyczyn kołowrót mógł wyrzucić kostkę takiego skutku.

Ludmir.

To odlanie cieniów duszy w giętkie brzmienie mowy, którém raczysz pieścić ucho moje, odkrywa mi Pani, w tobie istotę wyższych pojąć skarbem udarowaną. Jakże się dzieje, że pan Janusz, którego odrętwiałość umysłowa młyńskim kamieniem do ziemi przyciska, mógł wznieść oko żądania ku twej wysokości? — A jeszcze więcej, jak mógł otrzymać z ust twoich różany promyk nadziei?

Helena.

Nie z moich ust, niestety! Mam macochę — więcej mówić nie potrzebują — jestem sama — od kolebki bez matki, idę w świat bez światła i rady. Pierwszy zaś rzut oka przekonał Pana zapewne, jak zresztą jestem otoczona dobremi ludźmi; ale tylko dobremi, dobremi i dla złych.

Ludmir (z prawdziwą czułością).

Bez troskliwych nauk matki zaczęłaś drogę życia, biedna Heleno. — Któż ci za złe mieć może mylne wyobrażenie rzeczy....

Helena.

W czémże mylne?

Ludmir.

Gdyby mylne były. — Sierota więc — między krewnemi a całkiem obcemi.

Helena.

Niestety!

Ludmir.

I moje usta nigdy nie wyrzekły: ojcze ani matko. Także sierota, od niemowlęcia sam w życie postępuję. Heleno! wybacz tę poufałość, ale szczerze teraz, szczerze serce moje przemawia za tobą — Heleno, przyjmij mnie za brata — rady moje zdać się mogą — więcej świata widziałem, więcej go doznałem.

Helena.

Któż jesteś dziwny człowieku? z jakiejże ciemnej nocy przemawia do mnie głos mi znany tylko przeczuciem?

Ludmir (na stronie).

Żal mi jej. — Widać że matkę za wcześnie straciła. O panny, panny! wolicie nie czytać, niż złe czytać.

Helena (na stronie).

Tajemnica jakaś cięży mu na sercu, usta głazem przyciska.

Ludmir.

Kto jestem, pytasz się Pani. — Ach gdybym to sam mógł wiedzieć!

Helena.

Słowa kształtem proste, splątane stają się zagadką.

Ludmir.

Cóż nie jest zagadką na tym świecie?

Helena.

Jednak Pan nie w swoim właściwym stroju podrożowałeś.

Ludmir.

Nie w zwyczajnym, ale może w najwłaściwszym, bo to był ubiór biednego.

Helena.

I jestżeś nim?

Ludmir.
Nie, źle się wyraziłem; biednym nie jestem, tylko ubogim.
Helena.

Może potrzebny wsparcia? — (porywczo ku stołowi) nie śmiem..., nie wiele.... ale chciej. (daje mu pieniądze)

Ludmir.

Dobrą więc jesteś, Heleno. — Jakżeś piękna teraz! Ale pieniędzy nie potrzebuję — dziękuję ci, stokroć dziękuje, —

Helena (prosząc).

Sierota sierocie.

Ludmir.

Nie, nie, ale ta czynność twoja w mojej pamięci nigdy nie zgaśnie — nigdy. (całuje ją w rękę)





SCENA IV.
Helena, Ludmir, Janusz.
Janusz.

Panno Heleno, co to znaczy?

Ludmir.

Ja się pytam, co to znaczy panu Sułtanowi przerywać rozmowę z panią Sułtanową.

Helena.

Wielki Ochmistrzu, znasz wolę moich rodziców.

Janusz.

Czy tak bardzo się podobało?

Helena.
Proszę pamiętać, że wszystko czynię na rozkaz dziadunia, a na prośbę pana Janusza.
Janusz (przymuszając się).

Jestem Ochmistrzem; do mnie należy przestrzegać wszelkich uchybień przeciw przyzwoitości.

Ludmir.

Ja ci radzę, nakryj głowę i idź za drzwi.

Janusz.

Ja za drzwi?

Ludmir.

I okno otwarte.

Janusz (hamując złość).

Racz, Najjaśniejszy Panie, pozwolić jedno słowo do tej pani.

Ludmir.

Mów a prędko. (odchodzi w głąb sceny)

Janusz.

Parmo Heleno, co Pani robisz? czemu ztąd nie odejdziesz?

Helena.

Nie chce mnie puścić.

Janusz.

Ależ to nieprzyzwoicie.

Helena.

Sam Pan tego żądałeś.

Janusz.

Ale teraz już nie żądam i dawno już byłbym skończył ten żart za daleko posunięty, gdyby nie pan Jowialski, którego mój kłopot jeszcze więcej bawi, niż ten z głupia-frant.

Helena.

I który bardzoby źle przyjął zerwanie tej niewinnej zabawy bez jego wyraźnego rozkazu.

Janusz.
Niewinnej! ależ ona staje się wcale winną.
Helena.

Ja tego nie widzę.

Janusz.

Tém gorzej dla Pani.

Helena.

Raczej dla Pana.

Ludmir.

Prędko koniec będzie?

Janusz.

Panno Heleno, ja od siebie odchodzę — ja się stałem celem pośmiewiska.

Helena.

Cóż ja mogę poradzić?

Janusz.

Nie pozwalać tyle poufałości temu prostakowi.

Helena.

Wcale nie prostak.

Janusz.

Coraz lepiej; i ja jeszcze grać muszę komedyą.

Helena.

Jeżeli cenisz przyjaźń dziadunia.

Janusz.

Podoba się więc szewczyk Kurek?

Helena.

Panie Januszu.

Janusz.

Podoba się?

Helena.

I jakiém prawem to pytanie?

Janusz.

Prawem, prawem, że Waćpannę kocham, że chcę żenić się z nią, że z kimkolwiek tak długie rozmowy sam na sam, żadnym sposobem podobać mi się nie mogą.

Helena.

Wszak sam Pan chciałeś.

Janusz.

Chciałem, chciałem... Bodajbym był nigdy nie chciał.

Ludmir.

Wynoś się Och i Mistrzu!

Janusz.

Zaraz, zaraz.

Ludmir.

A do stu piorunów siarczystych! (dobywa pałasza)

Janusz (cofając się szybko).

Poczekaj hultaju!

Ludmir.

Precz!

Janusz (wracając z za drzwi).

Panno Heleno!

Ludmir.

Jeszcze! (Janusz wychodzi)





SCENA V.
Helena, Ludmir.
Helena.

Nie mogę prawdziwie utrzymać się teraz od śmiechu. Sam zaplątał się w swoje sidła. — Niech w nich siedzi, przynajmniej tém zemszczę się za tysiączne nieprzyjemności doznane z jego powodu, a które gorzko zatruwają jasne dnie wiosny mojego życia.

Ludmir.

I ja bardzobym żałował, gdyby pan Jowialski już położył koniec temu żartowi.

Helena.

O! tą trwogą serca kołatać nie można. — Dziadunio nie tak łatwo zmienia przedmioty swoich zabaw. Nie raz to już pierwszy, że ledwie nie na klęczkach wszyscy błagać musimy, aby jakibądź żart zaprzestał.

Ludmir.

Mogą więc wpuścić do duszy nadzieję, iż jeszcze dzień cały ze mną bawić się będą?

Helena.

Wychodzi to z wszelkiego obrębu niepewności.

Ludmir.

Nie widzę zatém potrzeby odkrycia, iż nie jestem szewczykiem, coby popsuło zabawę dziadunia dobrodzieja.

Helena.

I mnie się zdaje, że niema potrzeby. Przytém i my, odwetem wzbudziwszy wesołość, jej rosą odświeżymy duszy spiekotę — Ale mogęż spytać o nazwisko?

Ludmir.

Ludmir.

Helena (na stronie).

Wdzięczne imie!

Ludmir.
Co się tyczy zkąd jestem, kto jestem, długiego potrzebowałbym czasu na opowiedzenie dla mnie tylko ważnych zdarzeń. A wkrótce nadejdzie Janusz, którego brać na męki zazdrość zaczyna.
Helena.

Zazdrość? być może — tém lepiej.

Ludmir.

Nie moglibyśmy wejść do ogrodu, odpocząć trochę.

Helena.

Dlaczegoż nie — ogród przed oknami — temi drzwiami.

Ludmir (podając rękę).

Służę Pani!

Helena.

Zazdrość! mnie to bawi. (odchodzą w drzwi lewe od aktorów)




SCENA VI.
Janusz (sam; zagląda, potém wchodzi).

Niema — gdzież się podzieli? — rzecz dziwna!... (otwiera drzwi prawe) Niema... (patrzy przez okno) A! otóż są w ogrodzie. Rękę jej podaje... brat za brat... nie trzebaż tu oszaleć! (chodzi) Panna Helena niech mi wybaczy, ale kaducznie nieostrożna... za daleko posuwa chęć zabaw... jeżeli tylko zabaw. (przy oknie) I chodzą sobie — chodzą — a ja głupi tu stoję, głupi mimo mego rozumu. (chodzi) Wszakże sam Pan chciałeś — prawda, że chciałem, ale... (przy oknie) O! o! nachylają się ku sobie... śmieją się! (chodzi coraz prędzej) śmieją się... Jak Boga kocham śmieją się... i wszyscy spokojni... i wszyscy...




SCENA VII.
Janusz, Szambelanowa.
Janusz.

Ach Pani, Pani Dobrodziejko łaskawa zmiłuj się, radź, ratuj — co się tu dzieje, to nie do wytrzymania!

Szambelanowa.

Sam Pan tego chciałeś.

Janusz.

Wszyscy dali sobie słowo jedno mi powtarzać.

Szambelanowa.

Mój pierwszy mąż ś. p. Jenerał-Major Tuz byłto człowiek charakteru...

Janusz.

Cóż byłby zrobił, co Mościa Dobrodziejko, w takim przypadku?

Szambelanowa.

Nie byłby nic zrobił, bo będąc charakteru przezornego, dziesięć razy się cofnął, nim raz naprzód ruszył. Nie byłby rozpoczynał. — C’est cela.

Janusz.

Mościa Dobrodziejko, łaskawa Mościa Dobrodziejko, ja źle zrobiłem, bardzo źle, ja głupi jestem, dam na piśmie; ale już się stało i o to idzie, jak przerwać ten kłopot. Oto patrz pani: panna Helena, panna Helena, którą kocham, przechadza się po ogrodzie sam na sam z tym hultajem, jak gdyby nic... jak gdyby nic.

Szambelanowa.
Proszę, proszę, romansowa panna Helena, której wszystko było za poziome, znajduje przyjemność w rozmowie z tym nieokrzesanym parobkiem. — C’est extraordinaire!
Janusz.

Wziął panią Szambelanową za klucznicę.

Szambelanowa.

Idź Waćpan i zawołaj tu Helenę. — Nous verrons!

Janusz.

Tak, zawołaj, kiedy ma pałasz i już raz dobył go na mnie; ledwie że uciekłem, powoli.

Szambelanowa.

Mój pierwszy mąż ś. p. Jenerał-Major Tuz byłby powiedział: ne fait rien.

Janusz (przy oknie).

O! O! patrz Pani, w rękę pocałował.

Szambelanowa.

Nic nie znaczy, może ją o co prosi.

Janusz.

Diabła tam prosi! dziękuje, dziękuje, Mościa Dobrodziejko, ja ztąd widzę.

Szambelanowa.

Jednak Helena będzie żoną Pana, wcześniej, później trochę.

Janusz.

Jakto później? tego sobie nie życzę.





SCENA VIII.
Szambelanowa, Janusz, Szambelan.
Szambelan (nucąc podskakuje jak zawsze).

Cóż, Wielki Ochmistrzu, gdzie jest nasz Sułtan?

Szambelanowa.
Powiedz, czego się śmiejesz?
Szambelan.

O! przepraszam, nie postrzegłem cię, Basiu.

Szambelanowa.

Nie wiesz; prawda?

Szambelan.

Tak dalece...

Szambelanowa.

Śmiechu tu niema, wkradł się w dom jakiś człowiek.

Szambelan.

Wkradł? — Pan Janusz kazał go przynieść, to ty nie wiesz, że to on sprawił nam...

Szambelanowa.

Słuchać proszę. Człowiek ten, prostak w najwyższym stopniu, znalazł jednak sposób, nie mówię podobania się, ale zajęcia Heleny.

Szambelan.

Ale wszakże ona pełni tylko wolę Janusza.

Janusz.

Jest! znowu moję wolę pełni!

Szambelan.

Wszakże sam chciałeś!

Janusz.

Chciałem, chciałem do stu czartów! chciałem i głupio chciałem, ale teraz nie chcę.

Szambelan.

A więc dobrze, jak się podoba.

(chce odejść)
Janusz.

Przez Boga żywego, panie Szambelanie, jesteś przecie ojcem.

Szambelan.
Wszyscy tak mówią.
Janusz.

Użyjże swojej powagi.

Szambelan.

Dobrze, bardzo dobrze.

Janusz.

Zakaż córce, by sam na sam z tym człowiekiem nie rozmawiała.

Szambelan.

Oho! sam na sam.

Janusz (prowadząc do okna).

Przypatrz się — przypatrz!

Szambelan.

Ha!

Janusz.

Prawda?

Szambelan.

Dwa szczygły w samotrzasku. (Wybiega).





SCENA IX.
Janusz, Szambelanowa.
Janusz.

Szczygły! oszaleję, oszaleję... szczygły! żebym przynajmniej nie był mu pałasza przypasać kazał — szczygły! Pani Dobrodziejko — Pani łaskawa — zmiłuj się nademną, radź.

Szambelanowa.

Mój pierwszy mąż śp. Jenerał-Major Tuz nauczył mnie postępować zawsze roztropnie i gdyby nie był, niestety, zawcześnie utonął... słyszałeś Waćpan kiedy o tym okropnym przypadku?

Janusz. (patrząc w okno).

Słyszałem, słyszałem już dwa razy, trzy razy słyszałem...

Szambelanowa.

Ale pewnie nie ze wszystkiemi szczegółami. Roku 1807 nocowaliśmy w karczmie nad samym brzegiem Wisły, gdyż kry idące przewozu na żaden sposób nie dozwalały. — Wtém, koło północy — hałas — łoskot, szum nadzwyczajny budzi nas i trwoży. — Woda! woda! krzyczą... Zrywamy się... woda już w sieni — noc najciemniejsza. — Służąca porywa kołyskę z naszym synkiem. — Wybiega — krzyczy. — Pierwszy mój mąż ś. p. Jenerał-Major Tuz który komenderował francuzką brygadą, złożoną du douxiéme et quinzième de chasseurs cheval, biegnie, morbleu! zkąd krzyk. — Ja mdleję! — Przyszłam do siebie na bliskiém wzgórzu, dzień już był — karczmy ani znaku — zaparte kry...

Janusz.

Weszli do altany.





SCENA X.
Pan Jowialski, pani Jowialska, Janusz, Szambelan.
Janusz (do Jowialskiego).
Weszli do altany, Mości Dobrodzieju! Zmiłuj się, pozwól, niech się to wszystko już skończy — dłużéj wytrzymać nie mogę.
P. Jowialski.

Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma.

Janusz (prosząc).

Panie Dobrodzieju (do pani Jowialskiéj) Pani Dobrodziejko. (do Szambelanowéj) Pani Szambelanowo.

P. Jowialski.

Ale wszakże sam chciałeś.

Janusz.

A! już zginę, umrę, skonam z tém wieczném: sam chciałeś.

P. Jowialski (śmiejąc się).
Jakiegoś piwka nawarzył, takie wypij. — I to wszystko, nie stosując jednak do osób przywodzi mi stosowną jednę bajeczkę na pamięć.
Janusz.

Jeżeli mnie jutro nie pochowają, wiecznie żyć będę.

P. Jowialski.

Słuchajże panie Januszu.

Janusz.

Słucham, słucham. (na stronie) Ach, gdyby kto mnie w ten moment z armaty wypalił, w rękę bym go pocałował.

P. Jowialski.

Powtarzam jeszcze, że nie stosuję do osób — zaczynam:

Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła pod stół — cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła,
Małpa figlarz nuż do dzieła!

Wziąwszy pański czepek ranny,
Prześcieradło
I zwierciadło,
Szust do wanny! —
Daléj kurki kręcić żwawo
W lewo, w prawo,
Z dołu, z góry,
Aż się ukrop puścił z rury,
Ciepło — miło — niebo — raj!
Małpa myśli: w to mi graj;
Hajże kozły, nurki, zwroty,
Figle, psoty,
Aż się wody pod nią mącą.
Ale ciepła coś za wiele....
Trochę nadto... Ba, gorąco!..
Fraszka! Małpa nie ciele,
Sobie poradzi:
Zkąd ukrop ciécze,
Tam palec wsadzi.
Aj gwałtu! piecze!
Niema co czekać:
Małpa w nogi —
Ukrop za nią — tuż, tuż w tropy,
Aż pod progi.
Tu nie żarty, parzy stopy...
Daléj w okno... brzęk! — uciekła.
Że tylko palce popiekła,
Nader szczęśliwa. —
Takto zwykle małpom bywa.

P. Jowialska.
O dla Boga! Co też to w głowie!
Janusz.

Do kogóż to ma być zastosowane?

P. Jowialski.

Uderz w stół, nożyce się odezwą.

Janusz.

Widzę, że do mnie zmierza.

P. Jowialski.

Na złodzieju czapka gore.

Janusz.

Takażto wdzięczność za moje usiłowania, aby zabawić Waćpana Dobrodzieja?

P. Jowialski.

Nie gniewaj się, nie gniewaj; wiesz, że lubię pożartować; a potém: Co bardziej dokuczy, to rychlej nauczy.

Szambelanowa.

Aż nadto lubisz Jegomość żartować, powiem szczerze, bo lubię prawdę powiedzieć powoli, grzecznie i wyraźnie. Żartowi poświęcasz przyzwoitość, a może i co więcéj, cierpiąc, aby Helena w takiem znajdowała się towarzystwie. — C’est mal.

P. Jowialski (na stronie).

Woda jest, będziemy pytlować.

Janusz.

To jest prostak bez najmniejszej grzeczności.

Jowialski.

Zkądże chcecie aby ją miał? To tylko u Francuzów trafiają się przykłady nadzwyczajnéj grzeczności, jak to nas uwiadamia następująca dykteryjka.

Janusz.
Ach!
P. Jowialski.

Przebacz Waćpan niezgrabność, mówił kat łotrowi,
Pierwszy raz dzisiaj wieszam, jestem nowym katem.
— Proszę się nie żenować, łotr grzecznie odpowie,
Pierwszy raz mnie wieszają, nie poznam się na tém.

P. Jowialska.

Bodajże Jegomości! figle, figle!

Janusz.

Waćpan Dobrodziej może nie wiesz, że już od godziny ów pan Kurek z panną Heleną sam na sam rozmawia.

P. Jowialski.

Pewnie ją to bawi, albo raczej stosuje się do twojego żądania. Wszakże sam chciałeś.

Janusz.

Znowu! panie Jowialski: łaskawy panie! królu! nie powtarzaj tych słów: sam chciałeś, bo zmysły utracę.

P. Jowialski.

Zatém będę mówił! sam nie chciałeś, aby Helusia odsunęła się od tego żartu. Tak, dobrze?

Janusz.

Niema ratunku, muszę cierpieć. Ale proszę się zastanowić, że tu coraz gorzej...

P. Jowialski.

Im dalej w las, tém więcej drew.

Janusz.

Porwał się na mnie do pałasza.

P. Jowialski.

Doprawdy?

P. Jowialska.
Nie chodźże tam, panie Jowialski.
P. Jowialski.

Któż dał pałasz?

Janusz.

Ja kazałem.

P. Jowialski.

A więc sam chcia... nie, nie, sam nie chciałeś aby nie miał pałasza. Ale co to za dziecinna trwoga! Co w moim domu, śród tylu ludzi może zrobić biedny szewczyk? Rozumie on dobrze teraz co się z nim dzieje, ale zawsze mnie bawi. (na stronie) A więcej Janusz. — (głośno) Helusia zaś nie dziecko, wie co robi.

Szambelanowa.

Mój pierwszy mąż ś p. Jenerał-Major Tuz zwykł był mawiać: dowód dobrego wychowania, umiarkowanie w żartach. — Vous comprenez?

P. Jowialski.

Z żartem jak ze solą, nie przesadź bo bolą. Zatém obiecuję wam, że tylko do obiadu trwać będzie. Ale zato wy przyrzeknijcie, zwłaszcza Janusz, że swój plan własny...

Janusz.

Ach mój!...

P. Jowialski.

Troskliwie utrzymywać będzie. Przyrzekasz? inaczej aż do jutra.

Janusz (patrząc na zegarek).

Pół do pierwszej — godzina jeszcze — niech i tak będzie. (na stronie) Ale potém każę przeciągnąć hultaja za jego niewidzianą bezczelność.

P. Jowialski.

No, wypogódź czoło i pomagaj do zabawy, bo ja bawić się lubię — każde zaś uchybienie z twojej strony pociągnie za sobą jedną godzinę przedłużenia tej komedyi.





SCENA XI.
P. Jowialski, p. Jowialska, Szambelanowa, Janusz, Szambelan.
Janusz.

Gdzież są?

Szambelan.

Zamknąłem w moim pokoju.

Janusz.

Razem, razem?

Szambelan.

Razem.

Janusz.

Razem, panie Szambelanie! panie Jowialski, pani Szambelanowo, pani Jowialska, razem ich zamknął.

P. Jowialski.

To zanadto panie Janie. Zbytek kazi pożytek; jak mówi przysłowie.

P. Jowialska.

Panie Janie! panie Janie.

Szambelan.

Cóż złego Mamuniu?

Szambelanowa.

Mój pierwszy mąż ś. p. Jenerał-Major Tuz, r. 1807...

Janusz.
Może i tego chciałem — proszę państwa, proszę najpokorniej — czy i tego chciałem? Biegnę.
Szambelan.

Hola! po co?

Janusz.

Otworzyć.

Szambelan.

Może wypuścić.

Janusz.

Puść mnie Pan.

Szambelan.

Co Panu do moich szczygłów?

Janusz.

Tu nie o szczygłach mowa.

Szambelan.

O czémże?

P. Jowialski.

Jeden do Sasa, drugi do lasa. Hola, stójcie! Wielki Kuchmistrz koronny mówi o ptaszkach, które pewnie złowił, a wielki Ochmistrz pyta się o swojego pana, Sułtana Mirzę...





SCENA XII.
Pan Jowialski, pani Jowialska, Janusz, Szambelan, Ludmir.
(Helena i Szambelanowa po kilku słowach w głębi, wychodzą razem)
Ludmir.

Bardzom kontentny, że tu wszyscy jesteście. Kucharzu wielki — pan jeść chce — obiad gotów?

Szambelan.
Jeszcze nie, Najjaśniejszy Panie.
Ludmir.

Cóżeś robił dotychczas? każę cię połaskotać rzemieniem. (do Jowialskiego) Stróżu pieczętarzu, ckni mi się.

P. Jowialski.

Cóż rozkażesz?

Ludmir.

Baw mnie. (wyciąga się na dwóch krzesłach) Och i Mistrzu! fajki!

Szambelan.

Najjaśniejszy Pan woła.

Ludmir (do Janusza).

Zapominasz się w usłudze — każę cię w śniegach zakopać, fajki przynieś!

Janusz.

Przeklęty...

P. Jowialski (grożąc).

Godzina!

Janusz.

Zaraz przyniosę. (na stronie) Hultaj!

Ludmir.

A zatém, Pieczętarzu, gadaj mi co uciesznego, ja sy będę drzémał.

P. Jowialski.

Dobrze, Najjaśniejszy Panie. (na stronie) Ucieszne stworzenie! (do syna) Panie Janie, słuchaj:

Najczęściej sprzeczka z niczego się wznieci,
Jak to między małżeństwem raz poszło o dzieci.
Mąż utrzymywał że lubo nadobne,
Jednak do niego całkiem niepodobne;
Żona zaś powtarzała: podobne z urody
Do swego ojca, jak dwie krople wody.
O cóż im chodzi? wszystkich sprzeczką zadziwili,
Bo żona prawdę mówi, a mąż się nie myli.

P. Jowialska.

O mój Boże! co też ten Jegomość nie wygaduje! figle! figle!

Ludmir (do podającego fajkę Janusza, z odwróconą twarzą)

Hubka jest?

Janusz (przez zęby).

Jest.

Ludmir

Podmuchaj!

Janusz (na stronie).

Ach, dmuchnąłżebym cię, dmuchnął!

Ludmir

No, staruszku! więcej! — ładnie gadasz — gadaj dalej!

P. Jowialski (do Janusza i Szambelana).

Uważacie jakie wrażenie robi dowcipne słowo. Natura każe i prostakowi znajdować upodobanie w moim sposobie mówienia.

Szambelan.

Zamieniał stryjek, za siekierkę kijek.

P. Jowialski.

Co to?

Szambelan.

Przysłowie.

P. Jowialski.

Ale do czego stosujesz?

Szambelan.

Do niczego.

(P. Jowialski wzrusza ramionami)
Ludmir

Co wesołego staruszku.

P. Jowialski (po krótkiem milczeniu).

Ażeby dostać kawałek kiełbasy,
Zgodnym sposobem wziął chłopiec trzy basy.

Ledwie się strzepnął i skarbem nabytym
Łzy ocierając, powąchał go przytém,
Biegnie ze szkoły wygłodniały żaczek:
„Stój! krzyczy — nie jedz, odkupię przysmaczek.“
Mądryś! odpowie właściciel kiełbasy,
Dopiero za nią dostałem trzy basy.
— Dajże mi pięć, a daj ją zjeść.
Targ w targ, wyrzepił mu sześć,
I dał
Co miał.
Grosz na groszu — lichwa czysta,
Jednak kapitalista
Rozważywszy sobie,
Coś się w głowę skrobie. —
Nie tylko to szkolne żaki,
Biorą z handlów skutek taki
Często
Gęsto
Los szalony,
Gdy z rachubą pójdzie w tuzy,
Stratą — plony;
Zyskiem — guzy.

P. Jowialska.

O dla Boga! guzy! co też ten pan Jowialski daléj nie wymyśli.

Ludmir.

No, teraz kolej na ciebie, Och i Mistrzu! Co umiesz? tańczyć — śpiewać? co? — Pan zakazuje w swojém państwie smutku — kto dobrowolnie nie zechce być wesołym, będzie do tego przymuszony.

Janusz.
Ja nic nie umiem.
Ludmir.

Jesteś Hebes? Co? (wstając) Dosyć więc tego. (innym tonem) Usiłowania wasze, Panowie moi, miłemi są sercu naszemu ojcowskiemu. Staraliście się zabawić mnie wszelkiemi sposobami i trzymając się rzetelnej średnicy, zaspokoiliście zupełnie moje obawy, wynikające z położenia rzeczy. Przyjmijcie, Panowie moi, stokrotne podziękowanie i bądźcie przekonani o naszéj niezmiennej ku wam łasce i życzliwości.

(zadziwienie powszechne)
Dziwicie się, iż innym językiem przemawiam niż dotąd. Dotknięcie tronu zmienia człowieka. Czém byłem, nie jestem. — Bo szanowny Kanclerzu, zapewne jest ci znane przysłowie: Przybądź szczęście, rozum będzie.
(pan Jowialski zadziwiony nie mogąc słowa wymówić, cofa się krok, Ludmir za nim — za każdem przysłowiem toż samo)

Jak szczęście dogrzeje i kapłon zapieje! Ale też i przeciwnie, mój Kanclerzu: I mądry głupi, gdy go nędza złupi. Bo lepszy funt szczęścia, niż cetnar rozumu.

P. Jowialski (odurzony kłania się serio).

Najjaśniejszy Panie. (do żony) Małgosiu, to jakiś wielki człowiek.

Szambelan (na stronie)

Panie Januszu, co to znaczy?

Janusz (na stronie do Szambelana).

Źle znaczy — coraz gorzej — teraz rozumiem Helenę.





SCENA XIII.
Ciż sami, Lokaj.
Lokaj.

Wójt przyprowadził jakiegoś wędrownika.

P. Jowialski.

Po co? na co?

Lokaj.

Chciał we wsi konie najmować.

Ludmir (na stronie).

Co słyszę! Wiktor!

Lokaj.

Nie mając drobnych pieniędzy, chciał zmienić dukata.

Ludmir (na stronie).

Wybornie!

Lokaj.

Wójta to uderzyło w oczy — spytał się o paszportpaszportu nie było.

Ludmir (na stronie).

Wierzę, bo jest u mnie.

Lokaj.

Dla tego wójt pyta się, co Pan każe z nim zrobić.

Ludmir.

Niech tu przyjdzie.

Lokaj.

Pan każe?

Ludmir.

Ja każę.

Szambelan (do Janusza).

Może każesz go przebrać.

Janusz.

Dajże mi Pan pokój!





SCENA XIV.
Ciż sami, Wiktor.
(cofa się z zadziwienia, potém po wszystkich spogląda — chwila milczenia)
Ludmir.

Bliżej!

Wiktor.

I ty tu! Ale cóż to jest?

Ludmir.

Tambambuktuhan.

Wiktor.

Właśnie mnie żarty w głowie — kto jest gospodarzem?

Ludmir.

Mirza Ali Mustafa.

Wiktor (do drugich).

Proszę Panów...

Ludmir.

Kto jesteś?

Wiktor.

Szalony!

Ludmir.

Gdzie jest mój kassyer? Niech wyliczy temu młodzikowi dwieście bizunów w pięty.

Wiktor.

Oddaj mi mój paszport, potém szalej sobie do woli.

P. Jowialski.

Któż jesteś, przyjacielu?

Wiktor.
Jestem niczém, ale zowię się Wiktor. Podróżowałem diabli wiedzą po co z łaski tego szaleńca, który spokojnie gra komedyą, kiedy mnie jak łotra ze wsi przyprowadzono. Za pozwoleniem siądę, bo ledwie stoję.
Szambelan (do Janusza).

Brawo! drugi taki sam.

Janusz (do Szambelana).

Niedobrze, niedobrze.

Ludmir.

Dość tych żartów. — Tak jest, panowie, to jest mój przyjaciel i towarzysz.

P. Jowialski.

Ale kto Waćpan jesteś? bo nie urażając, przysłowie mówi: — Cygan świadczy się swojemi dziećmi.

Ludmir.

Ja jestem amator poezyi, on — malarstwa; ja zowię się Ludmir, on — Wiktor — resztę, jeżeli potrzeba, wyjaśnią nasze papiery. Teraz wypada mi przeprosić wszystkich Panów po kolei, iż pozwoliłem sobie użyć prawa odwetu.

P. Jowialski.

Wet zawet, darmo nic — Byka za indyka.

Ludmir.

Nie spałem w ogrodzie, ale dałem się przenieść, aby nie psuć zabawy.

Szambelan.

Ja się cieszę.

P. Jowialski.

Nie taki diabeł czarny, jak go malują.

Janusz.

Oj czarny, czarny, Mości Dobrodzieju.

P. Jowialski.
Nadto dobrze bawiliśmy się nie znając się, abym poznawszy zezwolił na prędkie rozstanie. Dzisiaj nie puszczę.
Janusz (na stronie).

Otóż macie!

P. Jowialski.

Koła każę pozdejmować.

Ludmir.

To za trudno — bo pieszo podróżujemy — ale musu nie potrzeba — chętnie w tak miłém towarzystwie parę dni zabawimy.

Janusz (na stronie).

Parę dni! Drugi powie tydzień.

Wiktor.

Nic jeszcze nie rozumiem — ale bylem dalej nie szedł, wszystko dobrze.

P. Jowialski.

Cóż Januszu? jeszcześ ponury. (do drugich) Ma na sercu, że mu się nie powiodło. A mnie się zdaje, że się bardzo powiodło. Nareszcie, mój kochany, najczęściej plany ludzi, jak i twój, na śnie zbudowane. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

Janusz.

Nim ta myśl przyszła, wolałbym żeby pioruny...

P. Jowialski.

Hola, hola! byś tak nie skończył, jak ów kłamca — słuchajcie:

Jeżeli kłamię, niech mnie piorun trzaśnie!
Tak zaczął kłamca — wtém zagrzmiało właśnie.
A on czém prędzej dokończając mowy:
Żem zawsze kłamał i kłamać gotowy.

P. Jowialska.

Figle, figle!

P. Jowialski.

Chodźmy rozbisurmanić się teraz. Panie Janie, pokaż Panom gościnne pokoje.

KONIEC AKTU DRUGIEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.