Pompalińscy/Część trzecia/Rozdział IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub Pobierz Cała część trzecia jako PDF Pobierz Cała część trzecia jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

Na poddaszach, w suterenach, w nędznych lepiankach tulących się do ziemi, we wszelkich słowem siedliskach biedy i smutku, zmrok wieczorny daleko prędzej zapada niż w obszernych, wielkiemi oknami na świat spoglądających, szerokiemi, a widnemi przestrzeniami okolonych miejscach bogactwa i wesołości. Dziwię się temu doprawdy, bo myślę, że słońce dłużej przyświecaćby powinno tym, dla których bywa ono jedyną znaną i widzialną lampą balową, że mroki nocne krótszemi być powinny dla tych, którym troska i trudy, spędzają sen z powiek. Pomimo jednak zdziwienia mego tak zwykle na świecie bywa, tak też bywało i w ciasnych izdebkach, pod dachem wysokiej, starej kamienicy położonych, a przez państwa Wandalinostwa zamieszkiwanych. Śród szerokich ulic i obszernych placów miasta, jaśniał jeszcze dzień biały prawie, kiedy na wąziuchnej uliczce, ostawionej wysokiemi i od starości kruszącemi się niemal murami szaro już robiło się i mroczno; w komnatach białych ozdobnych domostw, rozpoczynała się zaledwie urocza i poetyczna szara godzina, gdy do izdebek szczerniałych i chropowatych kamienic zawitały już na dobre godziny czarnych ciemności i nadciągających wraz z niemi — czarnych myśli.
W bawialnej izdebce, tak pompatycznie nazywanej niekiedy przez p. Wandalina solonem, przed wązką twardą kanapką paliła się niewielka lampka. Przy stole na twardym drewnianym stołku, siedziała p. Wandalinowa i ze schyloną nizko głową, bardzo pilnie zszywała grube jakieś płótno.
Bawialna izdebka daleko smutniej jeszcze wyglądała jak przed parą tygodniami. Po pierwsze było w niej daleko zimniej; bardzo nawet zimno; powtóre nie rozweselał już ją blask i trzask ognia, w przyległej kuchni na kominku rozpalonego; potrzecie zniknęły z niej trzy przedmioty, które przyozdabiały ją wprzódy. Albumu z malachitową oprawą na stole, fotografii w rzeźbionych ramach na ścianie i złotego naparstka na palcu szyjącej kobiety — nie było. Kędy podziały się przedmioty te tak drogie zubożałej i osamotnionej rodzinie, bo przypominające jej dawne dobre czasy dostatku, wesela i przyjaźni ludzkiej? Stoczyły się one zapewne po tym jedynym stopniu, który przed paru tygodniami dzielił jeszcze państwa Wandalinostwa od ostatecznego ubóstwa i spadły w leżącą teraz tuż przed ich stopami czeluść ciemną, zawierającą w sobie ostateczną nędzę
Dzieje kilku tych tygodni, które sprowadziły państwa Wandalinowstwa ze stopnia znośnego niedostatku, na którym zatrzymali się byli przez czas jakiś, na stopień ostatecznego ubóstwa, były bardzo proste i bardzo zwykłe i bardzo krótkie.
Rózia zachorowała i nie mogła już więcej chodzić do fabryki oygar; pani Wandalinowej odmówiono lekcyj, bo kandydatek na takowe w owych ciężkich czasach było mnóstwo niesłychane, a pani Adela nie sposobiąc się nigdy w swojem życiu do stanu nauczycielskiego, nauczycielką była mniej niż mierną. Pan Wandalin nie otrzymał pracy żadnej.
Oto wszystko co zaszło i stało się w losie państwa Wandalinowstwa. Wystarczyło to aby wygnać z ciasnych izdebek tę odrobinę spokoju i dostatku, która istniała była u nich jeszcze.
Cisza głęboka panowała w chłodnem, nagiem, wpółciemnem mieszkanku. Nie przerywał ją ani łoskot, ani gwar miejski, uliczka bowiem wązka i ciemna cichą była i niemal pustą, a na piętro najwyższe kamienicy przedzierały się we dnie nawet słabe zaledwie odgłosy zewnętrznego miejskiego życia.
Ciszę tę przerywał za to odzywający się od czasu z za wielkiego parawana, w kuchni ustawionego, krótki, suchy kaszelek leżącej na łóżku Rózi, albo też stuk siekiery kędyś w poblizkiej sieni jakiejś czy kuchni drzewo rąbiącej.
Zastukano do drzwi. Pani Wandalinowa szybko podniosła się z krzesła.
— Czy to ty Wandalinie? zapytała.
— Ja Adelciu, odpowiedział za drzwiami miękki zniżony głos męzki, a po chwili do kuchenki oświetlonej słabym przez otwarte drzwi wnikającym blaskiem lampy w bawialnej izdebce palącej się, wszedł pan Wandalin. Pomimo dobrego mroku, który panował dnia tego na dworze, p. Wandalin niósł surdut swój na ramieniu, a zmęczony ogromnie, zziajany, rękawem od koszuli ocierał pot kroplisty spływający mu po rumianem zawsze i jak księżyc w pełni okrągłem obliczu.
— Tom się dopiero spracował dziś Adelciu, rzekł sapiąc głośno i z ciężkością surdut przywdziewając. Urąbałem drzewa, tam na trzeciem piętrze.. Wystarczy im już chyba na jakie dni kilka... Niebogaci ludziska, ale zapłacili mi zaraz... Ot macie... złotówkę całą zarobiłem... niechże mi nikt dziś nie mówi, że Ciastusiem jestem!....
Mówiąc to p. Wandalin składał na stole przed żoną, białą błyszczącą monetę.
— Będzie jutro chleb za to i trochę krupniku może.... Na drewka zarobię może znowu, bom już tam szepnął kucharce tych państwa co na 1-m piętrze, aby nikomu innemu drzewa do rąbania nie dawali.... Poczciwa kobiecina przyrzekła i mówiła, że może nawet jutro zrana robota będzie....
Sapał ogromnie mówiąc to p. Wandalin i wciąż sobie pot ocierał z twarzy, która jednak promieniała widocznem bardzo wewnętrznem zadowoleniem, uczuciem tryumfu nieledwie. Krótko trwałą przecież była radość ta ojca rodziny, z poczucia użyteczności własnej i spełnionego obowiązku poczerpnięta. Przerwał ją suchy, krótki kaszelek odzywający się znowu w kuchence, z za parawana. Czoło pana Wandalina zmarszczyło się w kilka fałd poprzecznych i głębokich.
— Kaszle ciągle? wymówił bardzo cicho patrząc na żonę niespokojnym wzrokiem i wskazujący palec ku parawanowi wyciągając.
Pani Adela która siedziała już na uprzedniem miejscu i szyła pilnie, milcząco skinęła głową.
— Byłyście dziś u doktora? zapytał p. Wandalin siadając i pochylając się ku żonie.
— Byłyśmy, odrzekła p. Adela nie podnosząc oczu.
— Cóż powiedział?
— To samo co i dwa tygodnie temu, kiedy zabronił Rózi chodzić do fabryki tytoniu. Kazał jej jeść jaknajwięcej mięsa i pić wody Emskie....
— Jak najwięcej mięsa.... wody Emskie.... machinalnie jakby powtórzył p. Wandalin i pozostał przez chwilę z postawą osłupiałą, z otwartemi usty i oczami szklisto wlepionemi w twarz żony.
— Zkądże wziąść mięso?.. za cóż kupić te wody?.. wyszeptał nakoniec i z ciężkiem westchnieniem nizko pochylił głowę.
Pani Adela za to podniosła twarz. Ciemne, pojętne, poczciwe jej oczy utkwiły na chwilę w znękanej twarzy męża z wyrazem głębokiego współczucia... Wyciągnęła rękę uzbrojoną brzydkim mosiężnym naparstkiem i powiodła dłonią po zbrużdżonem i nizko pochylonem czole męża.
— Cóż robić? Mój Wandalinie, szepnęła łagodnie. Robiemy co możemy. Sprzedaliśmy na komorne wszystko cośmy mieli u siebie trochę kosztowniejszego. Ja szyję od rana do nocy, ty od trzech dni już rąbiesz drzewo....
— Cóż z tego? jęknął p. Wandalin, kiedy dziecka naszego ratować nie możemy....
Pani Adela wstrząsnęła głową z powątpiewaniem jakiemś.
— Zapewne, mówiła zawsze bardzo cicho, aby słowa jej w sąsiedniej izdebce usłyszanemi być nie mogły; lepsze wygody i lekarstwa przydałyby się zapewne Rózi.... ja jednak po babsku może na rzeczy patrząc, myślę że daleko więcej pomogłoby jej cóś innego....
— Co? co? zapytywał niespokojnie mąż.
— Rózia jest zajętą... bardzo żywo jest zajętą Pawełkiem Pompalińskim, szepnęła pani Adela, tęskni za nim.... gryzie się tem, że przestał on u nas bywać!...
Pan Wandalin wpół smutnie, wpół gniewnie potrząsał głową.
— A! westchnął, tak to zawsze bywa w biedzie! najlepsi nawet przyjaciele, opuszczają tych których opuściła fortuna.
— Nie oskarżaj Pawełka, Wandalinie, rzekła pani Adela, postępuje on tak jak uczciwy człowiek postępować powinien... Gdy tylko spostrzegł zajęcie się nim Rózi, oddalił się od niej, aby więcej jeszcze nie wzmagać i nie utrwalać jej uczucia....
— Tak, tak! szemrał wciąż pan Wandalin, Rózia jest teraz biedną, bardzo biedną dziewczyną. Dla tego to taki nawet ubogi kawaler jak Pawełek uczuciem jej gardzi....
— Ja myślę, że nikt nie mógłby i nie śmiał gardzić uczuciem córki naszej, żywo przerwała pani Adela. Ale Pawełek jest sam, jak wiesz, ubogim chłopcem, żyje na łasce swych krewnych. Czyż może więc o ożenieniu się z ubogą też dziewczyną pomyśleć choćby....
— To prawda, to prawda! namyślał się trzęsąc wciąż smutnie głową pan Wandalin. Masz słuszność, Adelciu, masz zupełną słuszność! Ty myślisz zawsze za siebie i za mnie i wszystko mi zawsze wytłómaczysz. O! biedna, biedna Rózia! najbiedniejsza tem, że ma takiego ojca niedołęgę....
— Wandalinie! z łagodnym wyrzutem szepnęła pani Adela; zaczynasz znowu dręczyć się temi skrupułami i wyrzutami sumienia....
— Nie zaczynam wcale, bom nie przestawał nigdy i nigdy nie przestanę! Nędzna bo ze mnie istota! Gdybyście miały innego ojca i męża.... Gdybym był takim dzielnym, sprężystym człowiekiem jak tylu innych ludzi, a nie takim opasłym wołem jak jestem, nie marłybyście głodem i Rózia miałaby posag dostateczny, aby wyjść choćby za najuboższego chłopca.
— Mój Wandalinie! odezwała się pani Adela, mówisz sam nie wiesz co! O pracę teraz taką do której uzdolnionym jesteś, bardzo trudno. Dla tego też rąbiesz drzewo. Co się tyczy zbierania posagu dla Rózi, są to już bujania twojej wyobraźni, na które odpowiedzi niema. Co do mnie, nie rozpaczam wcale. Tyleśmy już od ośmiu lat przebyli, tyleśmy się po świecie natułali i różnych okropnych położeń przenieśli, z których zawsze dźwignęliśmy się jako tako, że i teraz pewną jestem, iż w jakikolwiek sposób uratujemy się z tej ostatecznej biedy, która nas zaskoczyła. Gdyby nie choroba Rózi i ten jej smutek głęboki, którego nić rozerwać i zmniejszyć nie może, z ufnością patrzałabym w przyszłość i nie dbałabym o nic....
Tak mówiła pani Adela ciesząc i uspakajając męża. A jednak z twarzy jej która w ostatnich tygodniach zbladła i schudła znacznie, z wyrazu oczów które chwilami mgliły się łzą niepodobną zda się do powstrzymania poznać można było, że dbała ona o wszystko bardzo serdecznie, bardzo trwożnie, że ufność w pomyślny zwrot losu daleką była od jej myśli, że serce jej macierzyńskie, niemo lecz bardzo dotkliwie ściskało się bólem i zamierało od trwogi, pod wyszarzanym stanikiem ubogiej jej sukni.
Teraz, za parawanem w kuchence, dał się słyszeć szelest powstającej z łóżka osoby. Do bawialnej izdebki powolnym i osłabionym widocznie krokiem weszła Rózia. Miała ona na sobie tę samą co przed parą tygodniami ciemną wełnianą sukienkę i ciepłą dużą chustkę, w którą się otulała przed chłodem w mieszkaniu panującym, a dla niej jak się zdawało, szczególniej dotkliwym. Wśród delikatnej i białej jak chusta twarzy dziewczęcia, ciemne wielkie oczy świeciły z pod długiej rzęsy żywym blaskiem gorączki. Gruby jedwabisty warkocz ocieniał blade jej czoło, a cieńkie zaledwie różowe wargi uśmiechały się łagodnie, gdy zbliżała się ona ku miejscu, na którem siedzieli i z cicha z sobą rozmawiali jej rodzice.
— Wstałaś, Róziu? rzekła pani Wandalinowa podnosząc na córkę wzrok, którego niepokój daremnie ukryć usiłowała. Dla czego nie poleżałaś jeszcze trochę?
— Odpoczęłam już dosyć, moja mamo, odrzekła dziewczyna; wróciwszy od doktora byłam trochę zmęczoną... to tak daleko! ale teraz odpoczęłam już i jest mi daleko.... daleko lepiej!
Mówiąc to wzięła koszyk kawałkami pokrojonego płótna napełniony i postawiwszy go na stole, usiadła po drugiej stronie lampy.
— Róziu! wymówiła pani Wandalinowa.
— Co? Mamciu?
— Możebyś lepiej dziś już nie szyła! Jak posiedzisz trochę w nachylonej postawie, zaraz ci gorzej....
— O, nie mamciu kochana, z żywością odparła dziewczyna, nie będzie mi dziś gorzej... z pewnością nie będzie, czuję się prawie zupełnie zdrową i nie mogę siedzieć z założonemi rękami....
— Róziu! zawołał nagle pan Wandalin, wiesz co? naucz ty mię szyć! czy to święci garnki lepią! nauczę się prędko, zobaczysz! a potem ty sobie będziesz siedziała z rękami założonemi, a ja za ciebie będę szył!
Była to tak niespodziana i niesłychana propozycya, że obie kobiety rozśmiały się serdecznie.
— Dobrze, ojczulku! zawołała Rózia, nauczę ojczulka szyć i będziemy potem szyć wszyscy troje! No, lekcya pierwsza rozpoczyna się! Niech ojczulek bierze w jedną rękę płótno, a w drugą igłę! nie! nie tak! płótno powinno być w lewej ręce, a igła w prawej! tak dobrze teraz proszę igłę w płótno włożyć raz... drugi i zrobić ścieg! cha, cha, cha! to dopiero ojczulek śliczny ścieg zrobił!... to nic! drugi lepiej się może uda!...
Mówiąc tak śmiało się blade dziewcze przytłumionym śmiechem piersi od wesela odwykłej, pan Wandalin z postacią ku lampie pochyloną, z nadzwyczaj szeroko otwartemi oczami i również nadzwyczajną powagą na rumianej twarzy, zatapiał igłę w grubem płótnie i wyszywał na niem ścieg najzupełniej nieznanego dla wszystkich pod słońcem krawców i szwaczek, kształtu i rozmiaru.
— Dobrze, ojczulku, śmiała się wciąż Rózia, teraz dalej, niech ojczulek drugi ścieg zrobi mniejszy tylko znacznie i nie taki krzywy....
Pan Wandalin z jednostajną zawsze uwagą i powagą błądził jeszcze chwilę ostrzem igły po powierzchni płótna, potem igła i płótno z rąk mu wypadły.
— A to dalibóg, trudniej jeszcze jak drzewo rąbać!.... nigdy nie spodziewałem się.... wymówił z najgłębszem zdumieniem.
— A widzi ojczulek, jakie to my mądre jesteśmy kobiety i jakich trudnych rzeczy dokazujemy! Zażartowała Rózia i rękę ojca ku sobie przyciągnąwszy bledziutkiemi ustami swemi do niej przylgnęła. Pani Adela z widoczną rozkoszą patrząc na rozweseloną nieco twarz córki śmiała się także z lekcyi szycia i niefortunnego jej wyniku.
— Oh ty! rzekła gładząc znowu dłonią czoło mężowskie, tybyś teraz gotów poprosić kogo, aby cię nauczył być ministrem....
— Oho ho! co ci się śni, Adelciu! kręcąc palcem w powietrzu odparł pan Wandalin, ministrem.... ministrem.... żebym mógł być choćby porządnym szewcem....
— A cóżby ojczulek robił żeby był szewcem? zagadnęła pilnie Rózia.
— Cobym robił? namyślał się chwilę pan Wandalin. A wiem co? szyłbym od rana do wieczora.... i od wieczora do rana!
Dwie kobiety zaśmiały się znowu i z tkliwością spojrzały na ojca rodziny, którego najszczytniejszem marzeniem było.... módz być szewcem.
W tej chwili zadzwoniono do drzwi.
— Ktoby to mógł być? w tej porze? ze zdziwieniem rzekła pani Adela i wstała ze stołka.
— Złodziej może jaki.... nie trzeba otwierać, Adelciu... zauważył pan Wandalin.
— O niech mamcia otworzy! stłumionym głosem zawołała Rózia, a bladą twarz jej płomienisty oblał rumieniec.
— Zapytaj wprzódy: kto tam? Adelciu! wołał pan Wandalin do żony, która zbliżała się już ku drzwiom od wschodów.
— Ale po co mam pytać? sprzeciwiła się żona,
— Ależ zapytaj, duszko, tyle teraz w mieście kradzieży, prosił mąż.
— Kto tam? zapytała u drzwi stojąc pani Adela.
— To ja, szanowna pani! i któś inny jeszcze ze mną... Mam nadzieję że mię pani pozna po głosie... odparł za drzwiami głos męzki, przyjemnie brzmiący.
Rózia która siedziała wyprostowana i z nadstawionem uchem, na dźwięk głosu odzywającego się za drzwiami, zbladła nagle bardzo i pochyliła się. Wielka chustka spadła z jej ramion i widać było, jak wiotka delikatna jej kibić, poruszała się cała drżeniem niepohamowanem.
— Pan Paweł! zawołali oboje państwo Wandalinostwo, ale wnet umilkli, bo tuż za Pawełkiem wszedł nieznany im zupełnie mężczyzna, wyższy znacznie od Pawełka, w obcisłe lecz kosztowne futro ubrany.
Nieznany przybysz pośpiesznie zdjął futro i w nieśmiałej postawie zatrzymał się u drzwi. Ujął go pod ramie Pawełek i prowadząc ku obojgu gospodarstwu, przedstawił im hrabiego Cezarego Pompalińskiego.
Państwo Wandalinowstwo powitali młodego gościa z uprzejmą swobodą, którą niegdyś odznaczali się w pięknych salonach dziedzicznego ich Kwiecina, a której nie stracili wśród trosk i cierpień tułaczki i ubóstwa.
— Miałem przyjemność znać ojca i stryja pana hrabiego, mówił pan Wandalin wskazując gościowi twardy stołek przy wązkiej kanapie stojący; stryj pana hrabia August, lubił zwykle polować w Kwiecińskich lasach, gdy przybywał w nasze strony. Pamiętam nawet że przywoził ze sobą na te myśliwskie wyprawy, młodziutkiego podówczas syna swego hrabiego Wilhelma. Pana jednak, panie hrabio, o ile przypominam sobie, nie spotkałem nigdy ni razu...
— I owszem, Wandalinie, uśmiechnęła się uprzejmie pani Adela, pamiętam że gdyśmy kiedyś oddawali w Pompalinie wizytę hrabinie Jarosławowej, widzieliśmy i hrabiego Cezarego. Ubrany był podówczas w błękitną aksamitną bluzkę i przechadzał się z duchownym nauczycielem swym po ogrodzie...
— Ty bo masz tak dobrą pamięć, Adelciu....
— Zdaje mi się, zauważył Cezary, że czas o którym łaskawa pani przypomina, nie jest zbyt oddalonym. Mam obecnie lat 23, a ubierano mię w błękitne bluzki do siedemnastego roku mego życia.
Cezary mówił to z lekkim uśmiechem, wnet jednak dodał poważniej:
— Raczcie łaskawi państwo przyjąć najszczersze tłómaczenie się moje, żem dotąd nie złożył wam należnego uszanowania. Jako krewny państwa i człowiek zupełnie wolny od wszelkich ważnych zatrudnień, powinienem był uczynić to już oddawna....
— Pokrewieństwo zachodzące pomiędzy nami jest tak dalekie, rzuciła pani Adela od niechcenia niby, ale w oczach jej i na twarzy całej, widać było szczere uradowanie z tego przyznania się do niej milionowego krewnego.
Rumiana twarz pana Wandalina promieniała też zadowoleniem, tajemną a może wsteczną myślą wywołanem. Z godnością przecież taką jak gdyby znajdował się w obszernym swym ciepłym i wykwintnym domu Kwiecińskim, rzekł:
— Nie śmielibyśmy wymagać.... Żyjemy tak cicho i skromnie....
Cezary który nieznacznie rzucanemi wejrzeniami rozglądał się po mieszkaniu, myślał zapewne że ludzie ci żyli w istocie bardzo, nadzwyczaj skromnie. Nigdy jeszcze dotąd nie znajdował się w tak chłodnem, wilgotnem, nagiem i ciemnem mieszkaniu. Jeden szczególniej przedmiot zwracać zdawał się szczególną jego uwagę. Była nim mała świeczka łojowa w mosiężnym lichtarzu, którą Rózia po szybkiem powitaniu gości wybiegłszy z bawialnej izdebki, zapaliła na stole w kuchence. Podobny sposób oświetlenia pokojów Cezary widział, pierwszy raz w swem życiu z blizka przynajmniej. Przypatrywał mu się też od czasu do czasu, mimowoli zupełnie. Żywiej jednak i dłużej przytrzymała przy sobie uwagę jego ślicznie a smętna, piętnem nędzy i chorowitości wyraźnie obleczona twarzyczka Rózi. Cokolwiek mówił mu o niej Pawełek, Cezary nie wyobrażał sobie aby dziecię to tak pięknem było i tak — rozrzewniającem. To też, gdy państwo Wandalinowstwo zabawiali go rozmową niezbyt wyszukaną wprawdzie, ale uprzejmą i rozsądną, gdy zapytywali go o wspólnie znane im strony i osoby i winszowali, iż nie pozbył się dziedzicznej Malewszczyzny swej, jak to wprzódy miał podobno w zamiarze, twarz Cezarego na której leżało jeszcze piętno przebytych tak niedawno smutków i walk, zmiękła jakby coraz pod wpływem odzywającego się mu w sercu głębokiego współczucia i przybierała wyraz bardzo sympatycznej dobroci i przyjacielskości.
W kuchence tymczasem, przy żółtem i wcale nie rzęsistem oświetleniu świeczki łojowej, odegrywała się przecież scena pełna wdzięku i uczucia. Pawełek i Rózia witali się po długiem nie widzeniu, po cięższej jeszcze od nie widzenia myśli, że może nie zobaczą się już ze sobą nigdy. Rzadko bardzo zdarza się na świecie, aby powitanie jakiekolwiek trwało tak długo. Na widok bladości ukochanej i widocznego upadku jej na siłach, Pawełek nie mógł dłużej, a może nie chciał hamować swych uczuć. Trzymał w dłoniach swych obie jej drobne i gorące rączki i co chwilę podnosił je do ust. Przytem mówił cóś a raczej szeptał — ale co? tego już nawet świeczka łojowa gdyby miała uszy, dosłyszećby nie mogła. Były to zapewne zwierzenia jakieś i upewnienia, długie opowieści o smutku jakiego doznawał, o tęsknocie którą przecierpiał przemieszkując przez te parę tygodni, na dobrowolnie obranej ziemi wygnania. Było to cóś bardzo zapewne miłego dla wychylającego się z za ciemnych warkoczy małego uszka dziewczyny, gdyż tak bardzo blada wprzódy twarz jej zakwitła jak róża delikatnym rumieńcem, a z pod spuszczonych powiek i długich rzęs, widać było jak oczy jej błyszczały naprzemian tkliwością, smutkiem i nadzieją. Długo jednak nieodpowiadała, a z twarzy i gestu Pawełka widać było jednak, że prosił ją i naglił o odpowiedź. Podniosła nakoniec powieki, niezwykła moc uczucia i stanowczość myśli, powlekła bardzo pięknym wyrazem delikatne jej rysy.
— Tak; rzekła z cicha, jesteśmy oboje bardzo biedni, ale czyż dla tego rozstawać się mamy i nie widywać się z sobą więcej? Byłoby to bardzo złem wyrachowaniem kuzynku! bo dokładaniem jednej więcej boleści do wszystkich innych....
Zatrzymała się na chwilę zawstydzona, jakby słowami własnemi, ale wnet przezwyciężając nieśmiałość swą, mówiła dalej:
— Nie możesz nawet wyobrazić sobie kuzynku! jak wspólne przywiązanie, które wiąże pomiędzy sobą rodziców moich i mnie, osładza nam i czyni lżejszemi teraźniejsze położenie nasze! Wiele, wiele mamy smutków i kłopotów, a jednak miewamy chwile miłe, a nawet niekiedy.... wesołe. Walczymy z biedą jak możemy i umiemy... ojciec drzewo rąbie... my z mamą koszule szyjemy dla robotników z poblizkiej fabryki.... i gdybyśmy tylko żadnych innych smutków nie mieli....
— A ty kuzynko, byłaś czego innego smutną? zagadnął Pawełek.
Dziewczyna milczała znowu chwilę ze spuszczonemi oczami, potem jednak z niespodziewaną mocą wymówiła:
— Tak, byłam smutną.... czego innego jeszcze.... tego kuzynku, że ty tak bardzo lękasz się biedy, iż możesz wszystko przez obawę tę poświęcić....
— O jakąż gorzką naukę dajesz mi, Róziu! zawołał Pawełek i ściskając znowu jej obie rączki, z zapałem i silnem postanowieniem jakiemś, wyrytem na czole i w oku, szeptał jej o czemś długo, długo... póty aż drżąca i uśmiechniona cała nagle doznanem szczęściem, wysunęła ona z dłoni jego swe ręce i lekka już tak jakby nigdy w życiu ani chorą ani nieszczęśliwą nie była, poskoczyła na próg bawialni.
— Mamciu, zawołała z cicha, mamciu!
Pani Adela przerwała dość już ożywioną rozmowę, którą wiodła z gościem swym i powstawszy wyszła do kuchenki.
— Mamciu! szepnęła do matki Rózia, trzebaby było abyśmy przyjęły czem hrabiego!..
Pani Adela uśmiechnęła się wpół żartobliwie, wpół z zakłopotaniem.
— Niepospolite zadanie dajesz mi do rozwiązania moje dziecko, rzekła. Z pustego i król Salomon nie naleje....
— Możeby samowar nastawić! mówiła Rózia.
— Dobrzeby było, odparła matka, herbaty mamy nawet trochę, ale zkąd cukier i bułki...
Oczy Rózi pobiegły ku srebrnej złotówce błyszczącej na stole w bawialni, pod światłem lampy. Ale pani Adela wstrząsnęła przecząco głową.
— Nie moje dziecko, rzekła, to na chleb jutrzejszy,.. nie mogę częstować dziś gościa kosztem jutrzejszego głodu... Hrabia Cezary jest, jak mi się zdaje, bardzo dobrym człowiekiem, zrozumie położenie nasze i nie obrazi się za brak przyjęcia....
— Nie obrazi się z pewnością, podchwycił Pawełek który koniec rozmowy dwóch kobiet dosłyszał; pójdzie zresztą on sobie wkrótce, chciał bowiem tylko, jako krewny, zaznajomić się z państwem....
— Czego hrabia Cezary chciał, tego nie wiem, odparła żywo zwracając się ku Pawełkowi pani Adela, ale jaką była myśl pana, gdyś pan nam go tu przyprowadzał domyślam się i wiem doskonale.
Podała rękę zarumienionemu po uszy Pawełkowi.
— Niech panu Bóg odpłaci przyjaźń jaką zachowałeś dla nas w doli i niedoli.... rzekła.
Pawełek rękę jej pochwycił i do ust swych poniósł.
— Nie miałby za co płacić! droga pani, zawołał ze zwykłą już sobie wesołością. Pan Bóg który patrzy w głębi serc i myśli naszych, wie dobrze że przyjaźń moja dla państwa jest nadzwyczaj interesowaną....
Tu oczy jego ukosem jakoś, pobiegły ku Rózi. Pani Adela uśmiechnęła się i żartobliwie palcem mu pogroziła. Serce jej przejęte było całe tą chwilą radości i szczęścia, która spłynęła na jej córkę, a w dodatku wstępowała w nie niejasna jeszcze, ale uspakajająca otucha, z niespodzianej wizyty bogatego krewnego wypływająca.
Wracała do bawialni z twarzą bardzo zamyśloną. Kręciły się jej po głowie myśli, w jakiby sposób prosić hrabiego o jedyną rzecz której teraz najmocniej pragnęła... o zajęcie jakie dla męża i dla niej. Przykro, nadzwyczaj przykro jej było wyzyskiwać jakby w ten sposób pierwszą bytność u niej młodego krewnego, ale położenie było naglącem i zastanawiała się nad tem, czy nie powinnaby przezwyciężyć wstręt swój i dumę przez wzgląd na dobro męża i córki.
Jakież było zdziwienie pani Adeli, gdy zajmując miejsce swe przy stole, usłyszała męża swego zwracającego się do gościa z następującemi słowami:
— Zadziwię, a może i zrażę pana hrabiego niewłaściwością tego, co uczynić zamierzam... Nie powinienbym czynić tego we własnym domu i przy tak niedawno zabranej znajomości... Ale... trudno... człowiek wielu rzeczy pozbyć się w życiu musi.... między innemi też próżnej dumy i ścisłego zachowywania ceremonij światowych.
Umilkł pan Wandalin i spuścił oczy. Mówił tak pośpiesznie, a z taką jednak trudnością, że zasapał się i zmęczył.
— Zamierzam tedy.... powtórzył i znowu uoiął.
— Zamierzam prosić pana, panie hrabio... czyby nie można było....
Dwie krople potu wystąpiły mu na zarumienione czoło, znać jednak postanowił już sobie mocno wypowiedzieć myśl swą do ostatka i byłby ją z pewnością wypowiedział, ale w chwili gdy wymawiał wyraz: prosić, Cezary ujął go za rękę i z miękkiem, przyjaznem nagięciem głosu rzekł:
— Nie kończ pan... proszę. Pawełek mówił mi już, że potrzebujesz pan miejsca jakiegoś... pracy jakiej....
— O, tak, tak, panie hrabio, zawołał pan Wandalin ujęty dobrym wyrazem oczu młodego człowieka i sympatycznem brzmieniem jego głosu; potrzebuję, okropnie potrzebuję jakiego miejsca, na którym wyżywić mógłbym pracą moją siebie i moich... Biedni jesteśmy panie hrabio, ale nie wstydzimy się biedy naszej, bo Bóg i ludzie wiedzą, jakim sposobem ona do nas przyszła.... Czego jednak wstydzę się od rana do nocy, to bezczynności mojej i tego przeklętego cielska, które nic a nic zmniejszać się nie chce....
Tu roztworzył oba ramiona i patrząc na gościa z coraz większym mówił zapałem:
— Spójrz na mnie, panie hrabio! wyglądam zawsze na opasłego wołu karmiącego się cudzą pracą i nie dbającego o nic... Roztyłem tak niegdyś jeszcze.... na dawniejszym gotowym a smacznym chlebie obywatelskim.... co prawda to na kuchni znałem się jak nikt z sąsiadów i obiadki w Kwiecinie...
— Wandalinie! szepnęła pani Adela, chcąc przerwać mężowi to rozpamiętywanie minionych gastronomicznych świetności i rozkoszy.
— Tak, tak, duszko, odparł mąż, masz słuszność jak zawsze.... po co to już o tem wspominać i czy to może pana hrabiego zajmować....
— Owszem, wszystko co dotyczy państwa, zajmuje mię istotnie i szczerze, z prawdą i serdecznością w głosie rzucił Cezary.
Pan Wandalin rękę jego pochwycił.
— Tak, zawołał, od razu poznałem że pan, panie hrabio, jesteś dobrym, poczciwym chłopcem... przepraszam że cię tak nazywam, ale — mógłbym być ojcem twoim....
— Proszę uważajcie mię państwo za krewnego swego tak jak i jestem nim rzeczywiście, ozwał się znowu Cezary.
Odezwaniem się tem do reszty podbity i ośmielony pan Wandalin, porzucił już w mowie swej wszelkie ceremonie.
— Łaskawco! zawołał z prośbą w głosie i błyskiem nadziei w oczach, czy nie masz tam dla mnie w dobrach swoich kąta jakiego?... rządzcą sporego folwarku nawet mógłbym być... wszakżem na gospodarstwie wiejskiem zjadł zęby.... ale nie chcę już tak wysoko i daleko... nie chcę... ekonomem mię zrób, gumiennym.... czemkolwiek....
Gdy mówił, do oczu jego napływały łzy gorącej, namiętnej prośby. Po wyrazie wzroku jego zawieszonego na ustach gościa, znać było że z ust tych oczekiwał wyroku życia lub śmierci nieledwie. Pani Adela ze splecionemi i o stół opartemi rękami, ze spuszczoną powieką stała też naprzeciw młodego człowieka w postawie pełnej godności i poważnego smutku. Rózia która przed chwilą weszła była do bawialni i słyszała całe przemówienie ojca, szeroko roztwarte, niespokojne oczy wlepiała w twarz tego młodego, nieznanego krewnego, który w tej chwili odegrać miał względem najdroższych jej istot rolę niemal opatrznościową.
Cezary milczał przez chwilę widocznie wzruszony, potem, dziwnie jakoś promiennym wzrokiem powlókł po trzech tych twarzach sympatycznych, cierpieniem napiętnowanych, a ku niemu zwróconych i powstając nagle zawołał z uniesieniem w głosie.
— O! jakże szczęśliwy jestem....
— Jakże szczęśliwy jestem, ciszej i spokojniej już powtórzył, że mogę uczynić dla państwa to, czego żądacie odemnie... że mam kilka folwarków, w których niezawodnie, niezawodnie znaleźć się musi miejsce jakieś dla pana....
Nagle zamyślił się z niepokojem serdecznym.
— Nie wiele wprawdzie, rzekł, zajmowałem się dotąd majątkowemi sprawami memi i szczegółów ich nie znam....
— Pawełku! zwrócił się do przyjaciela, ty zapewne słyszałeś, wiesz czy w Malewszczyźnie....
Mówiąc to rumienił się i spuścił oczy. Pierwszy raz w życiu zawstydził się głęboko niewiadomości, w której zostawał co do interessów własnych. Ale wspomógł go dzielnie Pawełek, oświadczając iż w dobrach młodego hrabiego istnieje znakomita liczba kilkudziesięciu oficyalistów różnych stopni, zatem wśród takiej ilości miejsc, niema roku aby nie znalazł się wakans jakiś.
— Wiem nawet o jednym, dodał Pawełek, w Białej-górze odprawia się za parę miesięcy rządzca...
Cezary podniósł znowu na pana Wandalina wzrok pogodny i serdeczny i wyciągając do niego rękę, rzekł:
— Z całego serca więc zapraszam pana na rządzcę do Białej-góry....
Pan Wandalin osłupiał prawie w nadzwyczajnej radości, Rózia patrząc wciąż na młodego kuzyna swej matki, ręce jak do modlitwy splotła, ale Cezary nie czekając słowa podzięki które na ustach uszczęśliwionych przez niego ludzi powstrzymywało wzruszenie, zbliżył się do pani Adeli.
— Czy pani uczynisz mi tę łaskę, aby naprawdę poczytywać mię za swego krewnego? zapytał.
— Za najlepszego, najzacniejszego krewnego, odparła pani Adela,
— W takim razie.... zaczął Cezary.
Zawahał się i zarumienił znowu; przezwyciężając jednak widoczną nieśmiałość swą, wyjął z kieszeni pugilares.
— Tymczasem, rzekł proszącym głosem... na bieżące potrzeby, na podróż do Białej-góry.... raczcie państwo....
Pan Wandalin zarumieniwszy się do szkarłatu, kładł już dłoń na ręku młodego hrabiego i z miną człowieka ciężko upokorzonego, zaczął:
— Panie hrabio....
Ale spojrzeniem i gestem powstrzymała go pani Adela.
— Wandalinie, rzekła drżącym trochę głosem, kiedyśmy u stryja i brata hrabiego Cezarego prosili o pracę, a oni odpowiedzieli nam iż nie zniosą, aby kobieta która nosiła kiedyś ich imię, była żoną ekonoma lub rządzcy domu, a w zamian przysłali nam bogatą jałmużnę, odrzuciliśmy ich dary i uczyniliśmy słusznie. Ale od tego który zamiast przysłać nam hojną zapomogę przez kamerdynera lub plenipotenta swego, sam przyszedł do nas, który przed podaniem nam ręki pomocy, wyciągnął ku nam rękę przyjazną, przyjąć możemy pomoc bez wstydu i grzechu.... kuzynie, biorę od ciebie pieniądze te jako zaliczkę na przyszłą pensyę mego męża, a może i moją, spodziewam się bowiem, że nie odmówisz mi u siebie miejsca ochmistrzyni... zobaczysz jaki znaczny dochód dam ci z pachtu i jakie tłuste indyki wykarmiać będę na stół twój...
Mówiąc to śmiała się, ale głos jej drżał coraz bardziej. Kiedy nakoniec wzięła z ręki krewnego podawaną jej cenną assygnatę, dodała z cicha:
— Kuzynie! pod postacią tych pieniędzy dajesz mi w tej chwili zdrowie, a może i życie mego dziecka!
I nie mogąc już dłużej oprzeć się wzruszeniu swemu, mężna kobieta, ta która z suchem okiem, pogodnem czołem, a czynną ręką przenosiła od lat wielu klęski, niedostatki i strapienia różne, obu dłońmi twarz swą zasłoniła i osuwając się na kanapę głębokim wybuchnęła płaczem.
W kwadrans potem Cezary i Pawełek żegnali p. Adelę, która według zwyczaju swego pokonała się i uspokoiła szybko, rozpromienionego szczęściem p. Wandalina i różową od miłych wzruszeń, daleko już zda się zdrowszą i silniejszą niż była przed godziną, Rózię.
— Do widzenia, kuzynku! uśmiechnęło się dziewczę.
— Do jutra, droga moja, szepnął Pawełek rękę jej całując.
— Kuzynko, rzekł Cezary pochylając się przed p. Adelą, wszak pozwolisz abym was tu jeszcze odwiedzał? Tam bowiem, dodał z uśmiechem, na wsi, mam nadzieję, że będziemy widywali się często.
Cezary pierwszy opuścił mieszkanie swych nowych przyjaciół, za nim wychodził Pawełek. Gdy zaś za Pawełkiem drzwi się zamykały Cezary ujrzał jeszcze jak na środku kuchenki matka i córka rzuciły się sobie w objęcia i szepcząc urywane ciche wyrazy radości, ściśle oplotły się ramionami, a ojciec rodziny tak nagle dźwignięty z nędzy i rozpaczy ku nadziei i radości, całym ciężarem grubej swej figury runął na klęczki i podnosząc w górę krótkie, pulchne ramiona i okrągłe, załzawione oczy, zawołał:
— O! daj mu Boże zdrowie, szczęście i długie życie na pożytek ludzki, bo zacny to, dobry, serdeczny chłopak!
Po kwadransie dwaj młodzi ludzie wchodzili do hotelowego mieszkania Cezarego, które oświetlał pokojowiec Jan, wnosząc przed panem swoim kilka świec zapalonych.
— Cóż Cezary, po odejściu służącego zapytał z uśmiechem Pawełek, czy dobrze jest mieć miliony?
Cezary silnie uścisnął dłoń przyjaciela.
— Tak, Pawełku, rzekł z mocą, dziś pojąłem już jasno zupełnie, że miliony mogą dać szczęście. Chwili takiej, jak ta którą przed kwadransem przeżyłem, nie oddałbym za nic... nawet za uścisk kobiety, którą jednak.... tak bardzo kochałem...
Smutek przesunął się znowu po jego twarzy, ale w tejże chwili ujął go za rękę Pawełek.
— Cezary! ja także mam do ciebie prośbę... osobistą prośbę... Pieniędzy od ciebie nie wezmę, mówił dalej po chwili milczenia, za nic nie wezmę, gdyż mógłbyś myśleć, że wszystko co kiedykolwiek mówiłem ci i okazywałem natchniętem było przez uczucie interesowności... Ale... kiedy osiedlisz już ich w Białej-górze... proszę cię, zrób mię tam pisarzem prowentowym; pisać i rachować umiem dobrze, zdam się więc na to miejsce...
Cezary zaśmiał się swobodnie.
— Mój Pawełku, rzekł, obejmując ramieniem swym przyjaciela, znajdzie się dla ciebie coś lepszego jak miejsce prowentowego pisarza... Nie wiem jeszcze co, ale pomyślemy o tem obaj i znajdziemy z pewnością...
Słowa te mówił przyjaźnie i wesoło, ale zarazem z taką pewnością siebie i łagodną powagą, że znać było iż w zupełności już uczuł się we właściwej sobie i przez się obranej roli, w roli dobrego i możnego szafarza pociech i wsparć.
Kiedy Pawełek opuszczał wieczoru tego mieszkanie przyjaciela, na twarzy jego malowało się szczęście wielkie i swoboda umysłu zupełna. Czuł że uczynił wiele dobrego dla syna dobroczyńcy swego, dla tego niedołężnego niedawno pupila swego, którego, nie wiedząc może sam o tem, kochał oddawna serdecznie i czule; przyszłość swą stanowczo już połączył w myśli z przyszłością ukochanej dziewczyny, a ozłacała ją w dodatku nadzieja blizkiej, tak upragnionej mu niezależności. Odrodził się więc w nim dawny Pawełek, wesoły, swobodny, do pieśni i żartów ochotny. Nucąc zbiegał ze wschodów i żartobliwem słowem jakiemś zaczepił po drodze dawno i dobrze znajomego mu hotelowego kelnera, kiedy ten zatrzymując się nagle, rzekł:
— Jak to szczęśliwie, że spotkałem pana tu jeszcze w hotelu... Siostra pana przyjechała wieczornym pociągiem.
— Moja siostra! zawołał Pawełek zdziwiony.
— Tak, panna Leokadya Pompalińska. Dwa razy posyłała już komisyonera po pana, do pałacu...
Pawełek kilku skokami uczynionemi po wschodach stanął u drzwi wskazanego mu numeru. Zapukał lekko i wszedł do małego hotelowego pokoju, w którym na kanapie siedziała Leokadya.
— Ty tutaj, Leosiu? zawołał Pawełek.
— Tak, odpowiedziała podając bratu obie ręce, jenerałowa umarła przed kilku dniami... spełniając przedśmiertny jej rozkaz, przywiozłam tu osobiście zlecenia, które mi w chwili skonu prawie, dała do hrabiego Światosława Pompalinskiego!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.