Pompalińscy/Część trzecia/Rozdział X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub Pobierz Cała część trzecia jako PDF Pobierz Cała część trzecia jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.

W parę dni potem, w gabinecie hr. Światosława odbywało się jedno z tych zebrań rodzinnych, które w każdej ważniejszej okoliczności, otaczały zwykle zimnego i milczącego starca gwarem rozmów, narad, skrytych współubiegań się i niechęci. Gospodarz domu zajmował zwykłe swe miejsce na długim fotelu, przy ozdobnym i żarzącemi się węglami ogrzanym kominku; naprzeciw niego w zwyczajnej też mu postawie bo z gracyą o gzems kominka ramieniem wsparty, lecz w niezwyczajnym stroju, bo cały od złocistych guzów archeologicznego mundura błyszczący, stał hr. August; hrabina Wiktorya, miękko i zarazem poważnie opłynięta zwojami jedwabiów i koronek zajmowała miejsce na kanapie; w niedalekim jej sąsiedztwie, niby nieodstępny anioł stróż i przewodnik sumienia świątobliwej damy siedział cichy i słodki l’abbé Lamkowski; na szeslągu pod ścianą stojącym nudził się i gwałtownej chęci położenia bohatersko opierał się hr. Mścisław; dalej nieco, w pewnem etykietalnem od członków dostojnej rodziny oddaleniu, zajmował miejsce przy wielkim stole z lampą, pełnomocnik rodziny Pompalińskich, ów niefortunny niegdyś poseł hrabiny Wiktoryi, prawnik Cegielski.
Na stole, pomiędzy lampą a stosem kosztownych albumów leżał swój papierów znacznych rozmiarów, w wielkiej kopercie zamknięty i starannie opieczętowany. Prawnik trzymał dłoń na papierach tych, tak jak gdyby gotował się co chwilę, na znak mu dany, pieczęć rozłamać i treść pisma w kopercie zamkniętego głośno odczytać.
Rozmowa pomiędzy temi zgromadzonemi osobami toczyła się już znać od chwil kilku. Hrabina słodka i poważna jak zwykle, miała jednak w czarnych swych oczach, na twarz prawnika zwróconych, ostre jakieś błyski wewnętrznego rozdrażnienia.
— Tak więc, zwolna ciągnęła rozpoczętą z prawnikiem rozmowę, hr. Cezary był wczoraj u pana?
— Tak, pani hrabino. Hr. Cezary żądał abym mu wręczył wszystkie papiery interesów jego majątkowych dotyczące. Mówił że chce rozpatrzyć je aby wiedzieć co i gdzie posiada.
Zaledwie dostrzegalne drgnienie poruszyło wargami hrabiny.
— I pan oddał hr. Cezaremu żądane przez niego papiery?...
— Nie śmiałem odmówić!... Pan hrabia jest pełnoletni...
— Naturalnie, przerwała hrabina, bardzo cieszę się tem, że hr. Cezary uczuł chęć samodzielnego rządzenia interesami własnemi. Dotąd były to troski, które ja, słaba kobieta dźwigać musiałam. Cieszę się, że syn mój uwolnił mię od nich...
Uciecha hrabiny objawiała się w dziwny zaprawdę sposób. Mówiąc o niej zbladła, wargi jej poruszały się coraz widoczniejszem drżeniem, a z oczu coraz niespokojniejsze acz przelotne spojrzenia spadały na sztywnie wyprostowaną postać i martwą twarz starszego jej syna. Któś nie znający ją dobrze posądzić mógłby, że wewnętrznie słodka ta niewiasta doświadczała w tej chwili uczucia niepospolitego zawodu i rozjątrzenia.
Prawnik mówił dalej.
— Hr. Cezary napisał także w mieszkaniu mojém list do głównego rządcy Malewszczyzny o natychmiastowe przysłanie mu rachunków z tegorocznych dzierżaw i krestencyi, jako też o trzymanie w pogotowiu do rozporządzenia jego wszystkich wpływów, któreby od dnia napisania listu tego, do ogólnej kassy dóbr postąpiły...
Voyons! voyons! ozwał się z szesląga na którym sztywnie siedział hr. Mścisław, mais ce pauvre Cesar, emancypuje się na dobre! Bardzo lękam się tylko aby go ta hołota z którą tak rad przebywa nie wyeksplotowała w bardzo krótkim czasie!
— Emancypuje się, oui... chose... emanoypuje się! machinalnie jakby i z najwyższem zdumieniem powtórzył hr. August.
Hrabina nic nie mówiła. Siedziała ona nieruchoma jak posąg, ze spuszczonemi oczami i trochę tylko zaciśniętemi usty.
Nie mówił też nic hr. Światosław, a nawet zdawało się jakby rozmowa w koło niego toczona nie obchodziła go w najmniejszej mierze. Pochylony nieco grzebał on w węglach wytwornym swym haczykiem i tylko któś bardzo baczny dostrzedz mógłby jak różowy blask żaru przeglądając się w przezroczystem jak lód jego oku, oświetlał na głębi jego utajony wyraz smętnego szyderstwa.
Hr. August przecież coraz niecierpliwiej spoglądał na opieczętowany pakiet przed prawnikiem leżący i zdawał się wewnętrznie przygotowywać do ważnego jakiegoś i dość trudnego przemówienia. Wyprostował się nakoniec, zapiął kilka archeologicznych guzików i z lekkiemi ukłonami, zwróconemi do osób w pokoju obecnych, zaczął w te słowa:
Comtesse! Comte! Cher neveu! Mr. l’abbé! Winszuję sobie, że w tej chwili tak smutnej dla nas, gdyśmy przez pośrednictwo pana... chose... pełnomocnika naszego na Litwie, uwiadomieni zostali o zaszłym niedawno a tak pożałowania godnym skonie, kuzyny naszej pani jenerałowej z Pompalińskich Orczyńskiej... Winszuję sobie... że....
Tu hr. August utknął w mowie. W białej zaś, chudej ręce hr. Światosława złocony haczyk drgnął lekko i metalicznym dźwiękiem uderzył o żelazną kratę komina. Po chwili przestanku jednak hr. August ciągnął dalej:
— Winszuję sobie, że w chwili tak uroczystej, w której odczytywać mamy przesłaną, nam w kopii przez pana... chose... pełnomocnika naszego na Litwie, ostatnią wolę wyżej wspomnianej a nieodżałowanej kuzyny naszej, pani jenerałowej z Pompalińskich Orczyńskiej... ja... moi... w obec zasmucającego wrażenia śmierci, która, avouons le, jest rzeczą bardzo brzydką i... zupełnie na świecie niepotrzebną.... postawić mogę devant vous Comtesse et devant vous aussi Comte et cher neveu obraz... obraz... zupełnie innej natury, obraz młodości łączącej się z pięknością... de l’amour qui s’allie à toutes les grâces...
Zatrzymał się znowu na chwilę. Uśmiech niewypowiedzianej błogości, którą zapewne sprawiały mu potoki krasomówstwa własnego rozlał się po twarzy jego i spędził z niej do szczętu uprzedni wyraz zmięszania. Zapiął kilka jeszcze archeologicznych guzików i z nowym ukłonem dokończył:
Comtesse, Comte, cher neveu, mr. l’abbé, mam zaszczyt objawić, że bawiący obecnie zagranicą syn mój Wilhelm wstępuje w związki małżeńskie z panną Delicyą Kings.
Umilkł i wszyscy milczeli. Hr. Mścisław rzucił się wprawdzie na swym szeslągu, ale nic nie rzekł, hr. Światosław patrzał na brata lodowatemi nic a nic nie mówiącemi oczami i tylko hrabina Wiktorya, po kilku sekundach milczenia, słodkim, stłumionym głosem w kształcie zapytania wyrzekła:
M-elle Kniks?...
Pardonnez moi, Comtesse, odparł hr. August z podniesioną głową i z zupełną pewnością siebie, M-elle Kings...
Qui, M-elle Kings, powtórzył, jest to rodzina pochodzenia angielskiego... emigrowała do Polski w czasie... prześladowań religijnych... za czasów panowania w Anglii królowej... królowej... chose... enfin, emigrowała do Polski, gdzie nadane jej zostały przez króla... króla... chose... enfin, nadane jej zostały dobra Białowzgórze...
Umilkł i wszyscy milczeli znowu. Po chwili mówił jeszcze:
— Syn mój Wilhelm, wraz z narzeczoną swą i jej rodziną znajduje się obecnie w Dreźnie... dokąd i ja także, spełniając... chose... obowiązki ojca, udam się za parę dni także, avec quelques amis... z małą liczbą przyjaciół... au nombre desquels sera le prince Amadée, le Comte Gustave, le Baron Glogau... Z Drezna orszak weselny uda się do Rzymu... oui... à Rome...
Tym razem na kanapie żywo zaszeleściła jedwabna suknia.
A Rome! zawołała hrabina i splotła ręce. W głosie jej i geście objawiło się tyle zachwycenia, tęsknoty, zazdrości, tyle słowem najróżnodniejszych uczuć dźwiękiem jednego tylko, magicznego tego wyrazu w niej wzbudzonych, iż dziwić się nie było można, że pohamować objawu ich nie zdołała.
Oui, à Rome! nie mogąc też utaić uczucia tryumfu powtórzył hr. August, le jeune couple... młoda para... otrzyma tam błogosławieństwo Ojca Ś-go, après quoi uda się w podróż do południowej Francyi, gdzie zwiedzi cudami słynne miejsce de Notre Dame de Lourdes...
Lourdes! powtórzyła hrabina ciszej nieco jak wprzódy.
Oui! Lourdes, powtórzył jeszcze hr. August, après quoi, młoda para... le jeune cople uda się do Paryża, gdzie koniec zimy przepędzi i w jesieni dopiero zwiedziwszy Londyn, Ostendę, Strasburg i Monachium, przez Wiedeń do rodzinnego kraju powróci... Ce sera un petit tour du monde tout à fait amusant...
Mais, mon oncle, znudzonym głosem i ze znudzoną twarzą wtrącił hr. Mścisław, admiruję ochotę hr. Wilhelma do tak nieustannego oglądania ze wszystkich punktów naszej nudnej planety!
M-lle Kni... pardon... Kings, ozwała się hrabina, posiadać musi zdrowie vraiment robuste... prawdziwie... wiejskie... jeżeli ośmiela się przedsiębrać tak długie i męczące wojaże...
Hr. August nie zdawał się uważać na uszczypliwe wtrącania się synowca i bratowej. Zwrócił się do starszego brata i rzekł:
Et maintenant, zechcesz może cher comte, aby pan Cegielski przeczytał nam kopię ostatniej woli nieodżałowanej kuzyny naszej...
Być może że różowy błysk tlejącego na kominie żaru przejrzał się w tej chwili w lodowatej źrenicy bladego starca, ale na głębi źrenicy tej drgnęła ciemna jakaś, smutna iskra.
— Panie Cegielski, rzekł gospodarz domu, powoli i obojętnie zwracając się do prawnika, chciej nam pan przeczytać głośno treść tego pisma.
W ręku prawnika zaszeleścił papier. Powoli i bardzo wyraźnie acz głosem nieco zniżonym i uroczyście nastrojonym czytać on zaczął testament jenerałowej. Było to pismo, które prócz koniecznego formalnego wstępu, dzieliło się na punktów kilka. W pierwszym z nich jenerałowa pisała:
„Dóbr Odrzynieckich ze wszystkiemi do nich należącemi folwarkami, fabrykami i lasami nie myślę wcale zapisywać i przekazywać komukolwiek. Wszystko mi jedno kto je weźmie. Niech je sobie zresztą biorą sukcessorowie nieboszczyka jenerała Orczyńskiego, męża mego, który mi te dobra przed śmiercią zapisał. Kto prawa swe do sukcessyi po nieboszczyku jenerale udowodni, niech sobie te wielkie szmaty ziemi zabiera. Najpewniejszymi sukcessorami są, o ile wiem, panowie Tutunfowiczowie i Kobyłkowscy. Niech tedy zabierają sobie na co oddawna już oczy swoje szeroko wytrzeszczali. Prawdę mówiąc, nie warci oni tego bogactwa, bo utracyusze są i półgłówki. Ale żyjąc tak długo na tym świecie, nieraz już widziałam, że aniołowie pijanych na rękach swych noszą, a Pan Bóg głupcom sprzyja. Co mi tam do tego? Niech już sobie Opatrzność osobliwszego porządku tego dopilnowywa, a ja łamać sobie nie myślę starej mojej głowy i bogactwa te stryjeczno-stryjecznego dziadka ich, oddaję im! oddaję! oddaję!!!“
„Co do kapitałów i kosztowności które posiadam, pisała dalej jenerałowa, inna to rzecz i mam na nie różne projekty, które sobie dawno już w mojej głowie ułożyłam“.
Tu następowało bardzo szczegółowe wyliczenie ilości i jakości posiadanych przez testatorkę rozlicznych bogactw. Pierwszy zaś z punktów bogactwami temi rozporządzających, opiewał:
„Summę rs. 100,000, zapisuję Imci Panu Józefowi Woryłło, chcąc wynagrodzić mu za to, że mu w domu moim ręce od zimna kostniały i że mu obiady moje nie smakowały. Ile razy będąc u mnie zatrząsł się od zimna i skrzywił się na pieczone kartofle, tyle razy zrobił mi tem prawdziwą przyjemność i rozrywkę. Niechże teraz ma za to 100,000 rubli, z tem jednak, że pieniądze te ulokuje gdziekolwiek na imię syna swego, gdyby bowiem kapitał ten zostawał w jego własnem ręku, marnowałaby go jakby sama chciała żona jego, Sylwia, co nie powinno nastąpić, gdyż Imci Pani Sylwii ciepło było zawsze w domu moim jak w niebie, a moje kartofle pieczone i koguty żyłowate zawsze jej bardzo smakowały.“
— Szczególna to była kobieta! nie mógł od wykrzykniku powstrzymać się prawnik. Hrabina uśmiechnęła się wzgardliwie nieco, hr. Mścisława oryginalny testament ten zdawał się nieco zajmować i bawić, hr. August z widoczną niecierpliwością oczekiwał dalszego jego ciągu i jeden tylko blady, nieruchomy starzec u komina siedzący, żadnego nie objawiał uczucia. Powieki miał spuszczone, wargi ściśle zamknięte. Chuda, ściągła twarz jego wydawała się prawie martwą.
Prawnik czytał dalej:
„Stryjeczno-cioteczno-wujecznej siostrzenicy mojej Jmci Pani Żuliecie Kniksowej zapisuję dwie brosze i cztery kolce brylantowe, z których lubiłam zawsze układać pająka z długiemi nogami. Uważałam nieraz, że Jmci Pani Kniksowa przypatrywała się temu pająkowi z nadzwyczajną przyjemnością. Niechże tedy cacka te służą jej po mojej śmierci i niech je sobie w pająki czy tam w gwiazdy układa od rana choćby do wieczora.“
„Najmłodszej córce JPani Kniksowej, Pannie Delicyi Kniksównie, a przyszłej podobno hrabinie Pompalińskiej....
Tu pomiędzy słuchaczami zrobił się ruch pewien. Jedwabna suknia hrabiny zaszeleściała niespokojnie, hr. Mścisław szepnął na swym szezlągu, voyons! voyons! a hr. August tak dalece usiłował przyoblec twarz swą wyrazem najwyższej obojętności, że aż oblała się ona szkarłatem najwyższego niepokoju. Prawnik czytał dalej:
— „Przyszłej podobno hrabinie Pompalińskiej, zapisuję gorset swój, który niedawno sprowadziłam z Warszawy, a którego znosić, zdaje się, że nie będę już miała dość czasu. Wyborny gorset! Giętki jak wosk i atłasem podszyty. Jmci Panna Delicya, która i tak już jest bardzo zgrabną dziewczyną, będzie w nim jeszcze zgrabniejszą hrabiną.“
Po odczytaniu punktu powyższego, prawnik umilknąć musiał na chwilę dla powstrzymania gwałtownego śmiechu, który go porywał.
Wśród ciszy, która w czasie pauzy tej zapanowała, dał się słyszeć naprzód leciuchny wykrzyk hrabiny:
— Ależ to nieprzyzwoite! c’est de la dernière inconvenance!
Hr. Mścisław głośniej nieco zawołał:
Mais c’est impardonnable! Ta pani żartowała sobie widocznie z rodziny naszej! Pocóż tu było do absurdów tych i nieprzystojności, mieszać nasze nazwisko!...
— W całym testamencie tym, westchnął z cicha l’abbé, nie widzę niestety ducha miłości i pokory chrześcijańskiej.
Hr. August nic zrazu nie mówił. Dusza jego przechodziła w tej chwili całą gammę uczuć, które z kolei wybijały się mu i na twarz. Ostatnim jednak tonem tej gammy, było uczucie dumy i godności osobistej.
— Pani jenerałowa, rzekł prostując się, w sposób nie właściwy zupełnie zażartowała z panny Kings, przyszłej mojej... synowej. Co się tyczy jednak tego, że nie obarczyła ją ona żadnym zapisem na seryo, cieszę się... bardzo cieszę się z tego. Syn mój posiada sam dość środków majątkowych, aby módz zapewnić swej żonie stanowisko w świecie odpowiednie.... a panna Kings wnosi w dom nasz najpiękniejszy z posagów, bo młodość, wdzięki — talenty i... chose... cnotę...
— Jakie wspaniałomyślne uczucia! zawołała hrabina.
W głosie jej było uniesienie, w oczach pokorne uniżenie się przed tylu ujrzanemi cnotami, a na ustach błądził kolący, szczypiący uśmieszek.
— Nie wiedziałem, mon oncle, że posiadasz tak wiele ducha rycerskiego! mais nous sommes en pleine cour damour! sarknął z szezląga Mścisław.
— Rezygnacya pana hrabiego, szepnął l’abbé, godną jest prawdziwie chwały i podziwu!
Zdaje się że hr. August sam najbardziej w tej chwili czuł się podziwu godnym. Z powagą nadzwyczajną skłonił się do koła, dziękując jakby za otrzymane komplimenty i z nieodegnaną jednak, dziwnie natrętną chmurą na czole, prosił prawnika aby chciał czytać dalej.
Punkty dalsze testamentu jenerałowej, brzmiały jak następuje:
„Dalekiemu krewnemu memu, a wychowańcowi hrabiego Jarosława Pompalińskiego, Jmci Panu Pawłowi Pompalińskiemu, darowuję niniejszem summę rubli sr. 10,000, z warunkiem aby wyuczywszy się czego należy, został rzemieślnikiem, a lepiej jeszcze kupcem bławatnych lub kolonialnych towarów i ażeby zakład swój rzemieślniczy lub kupiecki, umieściwszy w którymkolwiek z miast kraju tutejszego, zawiesił nad nim tablicę z wyraźnie wypisanem swem nazwiskiem. Jeżeliby Jmci Pan Paweł, któregokolwiek z warunków powyższych nie wypełnił, zapis niniejszy ma być uważanym za nieistniejący, spodziewam się jednak że je wypełni, a hrabiowie Pompalińscy będą mi wdzięczni za to, żem ich wychowańca ze ślamazarnika i darmozjada, przerobiła na pracowitego i niezależnego człeka.“
Quel tas des absurdités! wykrzyknął zaczynający już gniewać się na dobre hr. Mścisław.
— Zdaje mi się, że następuje tu punkt dziwniejszej jeszcze treści, zauważył prawnik przebiegając oczami dalszy ciąg pisma.
— Nie wiem doprawdy, co mam uczynić: pozostać do końca czytania tego lub też wyjść ztąd, z wyniosłą obrazą szepnęła hrabina.
— Cierpliwości, pani hrabino, cierpliwości! pokory... męztwa i rezygnacyi! szepnął l’abbé.
Prawnik czytał dalej:
— „Summę 500,000 rubli srebrem....
— Oh! wykrzyknęli z lekka wszyscy prawie obecni.
„Summę 500,000 rubli zapisuję niniejszem Jmci Pannie Leokadyi Pompalińskiej, pannie do towarzystwa, której płaciłam rocznej pensyi 400 rubli i dawałam jedną jedwabną suknię na rok....“
— Któż to taki?
Qui est cette demoiselle?
— Zkądże tak wielki fawor! rozeszły się po pokoju stłumione szmery. Umilkły jednak szybko przed dalszemi słowami pisma.
— „Zapis ten dla Jmci Panny Leokadyi czynię z warunkiem, ażeby oddała ona swą rękę jednemu z dwóch hrabiów Pompalińskich, Światosławowi lub Augustowi i połączyła się z którymkolwiek z wyż rzeczonych hrabiów dozgonnym ślubem. Jeżeli połączeniu takowemu stanie na przeszkodzie wola bądź to Jmci Panny Leokadyi, bądź drugiej interesowanej w tem osoby, zapis swój cofam. Summa wymieniona obróconą zostanie na użytek, który wskażę poniżej, a Jmci Pannie Leokadyi wypłaconem być mają 10,000 rubli, z któremi niech sobie robi co sama chce.“
Tym razem nie ozwał się w pokoju szmer, ani wykrzyk żaden najlżejszy. Wszyscy obecni skamienieli zda się ze zdziwienia i oburzenia, z wyjątkiem hr. Augusta, na chmurną fizyognomią którego wybijać się zaczęły wyraźne oznaki usilnie pracującej i niezupełnie przykrej myśli jakiejś i hr. Światosława, którego zapadłe policzki zabarwiły się nagle dwoma plamkami bladych rumieńców.
— „Punkt VII, przeczytał prawnik. Dość blizkiemu krewnemu memu hr. Światosławowi Pompalińskiemu przesyłam w pośmiertnym darze wszystkie obrazy, które w sypialni mojej od lat nie wiem już ilu wisiały i którym przypatrywałam się bardzo często. O tymże krewnym moim pamiętałam zawsze i czyniłam wszystko co mogłam, aby on także mógł mię nie zapomnieć. Darowuję jemu i teraz bazgraniny te, z których niech wyczytuje to, com ja z nich wyczytywała, a doświadczy takich samych uczuć, jakich ja doświadczałam i do końca życia swego nie zapomni już pewno o dawnej przyjaciółce swojej młodości.“
— Zdaje mi się, przerywając czytanie rzekł prawnik, że przybywając do pałacu, widziałem właśnie przesyłane z kolei, a obrazy te zawierające paki. Spodziewać się, najpewniej spodziewać się trzeba istotnych i cennych arcydzieł....
Vous êtes vraiment privilegie, cher comte, z uśmiechem ozwała się hrabina, jedyny to punkt w całem tem piśmie rozsądny!
— I trafiający właśnie do artystycznych usposobień pana hrabiego, dorzucił l’abbé.
Tak bardzo uprzywilejowany w testamencie jenerałowej, dawny przyjaciel jej młodości nie rzekł ani słowa, najlżejszego nie uczynił ruchu. Siedział wciąż w fotelu swym zagłębiony, ze spuszczonemi powiekami i zaciśniętemi usty, a tylko różowe plamki, które przed chwilą wybiły się mu na policzki, wzrastały coraz.
— Chciej pan kończyć to czytanie, zwróciła się do prawnika hrabina, koniec końcem, testament ten jest utworem bardzo oryginalnym i ciekawam co się w nim jeszcze znajdować może!
Prawnik czytanie testamentu kończył.
— „Punkt VIII. Wszelkie pozostałe od powyższych zapisów summy i wartości z jakichbykolwiek źródeł pochodzące i jakiejkolwiek będące natury, zapisuję poetom i malarzom, tak tym którzy już teraz wiersze piszą i obrazy malują, jak tym którzy do pisania i malowania wyraźne okazują zdolności i tychże sztuk pięknych uczyć się pragną. Niech tam już sobie egzekutorowie testamentu mego łamią głowy nad tem, jakim sposobem rzecz ta ma być urządzoną. Życzyłabym tylko sobie, ażeby za pomocą tego wielkiego zapisu mego, jak największa ilość pięknych wierszy napisaną i obrazów wymalowaną została. Wszyscy bowiem ludzie na świecie są obłudnikami i kłamcami. Ale tylko poeci i malarze umieją pięknie kłamać. Niechże z pomocą moją kłamią jak najwięcej i jak najpiękniej, aby ludzie którzy dobrze widzą siebie samych i bliźnich swoich, słuchając kłamstw ich czasem wstydzili się, a czasem wyobrażali sobie że żyją na jakimś lepszym świecie niźli ten padół głupoty i podłości.“
Tu następowało już zakończenie testamentu krótkie, bo w takich tylko słowach zawarte.
— „Umieram jak żyłam — w niezgodzie z ludźmi i z całem życiem mojem, które oddawna już wydawało mi się wielką jakąś niedorzecznością, a większem jeszcze okrucieństwem nademną dopełnionem. Dwa razy złamano mię. Raz kiedy po szczęśliwem dzieciństwie w ubogiej chacie ojca mego spędzonemi dostałam się do pałacu wielce możnych i łaskawych krewnych moich Pompalińskich, drugi raz, w dniu w którym znaleziono mię zemdloną w parku. Mniejszych łamanin było potem bez liku. Nie proszę przecież nikogo, aby litował się nademną po śmierci, jak nikogo nigdy nie prosiłam za życia, aby mię kochał. Nikogo też za nic nie przepraszam, nie dla tego abym samą siebie miała za niewinną duszę bez zmazy, ale że jestem pewną, iż ludzie daleko więcej złego mi zrobili niż ja im.“
„Jednego chyba Pana Boga przeprosićbym chciała, ale zdaje mi się, że to zbyt wielki i zbyt wysoko mieszkający Pan, aby widzieć i słyszeć chciał tak mizerną jak ja osóbkę. Jeżeli jednak prawdą jest co mówią księża, iż Bóg przez miłosierdzie swe, patrzeć niekiedy raczy na ten padół głupoty i podłości, o nic Go więcej nie proszę jak o to, aby gdy sądzić mię będzie, na jednej szali złożył wszystkie błędy moje, grzechy, kaprysy i dziwactwa, a na drugiej wszystko to co przecierpiałam. Jestem pewną, że druga szala przeważy i że mię Lucyper do piekła nie zabierze. Amen.“
Prawnik skończył czytanie, a w pokoju głęboka zapanowała cisza. Zdawało się że ostatnie słowu testamentu jenerałowej wywarły pewne, dość uroczyste wrażenie na hrabinie nawet i hrabi Auguście. Co się tyczy młodego hr. Mścisława, milczał on dla tego po prostu, że zazwyczaj, jeżeli nie czuł się ani obrażonym, ani rozgniewanym, przekładał o wiele milczenie nad mówienie.
Nie było tu zresztą czasu na rozmowy i uwagi, gdyż w kilka sekund po wygłoszeniu przez prawnika ostatniego słowa testamentu, kamerdyner Bartolome stając we drzwiach oznajmił hrabiego Cezarego Pompalińskiego i państwa Pawła i Leokadyą Pompalińskich.
Na zaledwie dostrzegalny przyzwalający znak gospodarza domu, Bartolome szeroko roztworzył drzwi, przez które wsparta na ramieniu brata, weszła panna do towarzystwa jenerałowej. Za przyjaciółmi swemi wszedł Cezary, pełen uszanowania, lecz poważny zarazem ukłon oddał wszystkim obecnym i stanął na stronie nieco, pierwszeństwo w mającej być stoczoną rozmowie, ustępując siostrze przyjaciela, posłance zmarłej jenerałowej do tego bladego, sztywnego starca, który bardzo powoli i z bardzo zimną twarzą podnosząc się nieco na swym fotelu, lodowatym głosem wymówił:
— Przepraszam panią, że na powitanie jej powstać nie mogę.
Poczem usiadł znowu nieruchomy jak zwykle, a tylko przezroczyste, zimnym blaskiem lodu świecące oczy, utkwiły w twarzy przybyłej kobiety z wyrazem chłodnego dumnego nieco pytania.
Wejście zresztą Leokadyi, wywarło na wszystkich obecnych dość silne wrażenie ciekawości. Z wyjątkiem prawnika Cegielskiego, który spełniwszy swe zadanie, a widząc iż zanosi się tu na niepospolitą jakąś scenę rodzinną, dyskretnie i cicho wysunął się z pokoju, wszyscy zwrócili wzrok na tę nowo zjawiającą się, nieznaną dotąd postać kobiecą. Hrabina drgnęła zrazu lekko w chwili gdy kamerdyner wymówił imie jej syna, ale potem wyjąwszy wiszącą u pasa jej, w złoto oprawną lornetę, uzbroiła nią oczy swoje, aby lepiej módz przyjrzeć się tej jakiejś... démoiselle de compagnie... która pobierała rocznie od dobrodziejki swej pensyą 400 rubli i jedną suknię jedwabną, a którą taż dobrodziejka w tak dziwny sposób swatała jednemu z sędziwych hrabiów. Jakby dla lepszego przypomnienia kim była dotąd, Leokadya miała na sobie czarną jedwabną suknię, tę samą zapewne którą jako dodatek do ostatniej raty jej wypłaconej, otrzymała była od zmarłej swej dobrodziejki. Suknia ta zresztą jakkolwiek jedwabna, tak prostą była i skromną, że dziwnie odbijać musiała od zbytkiem i wykwintem lśniącego otoczenia, w którem się obecnie znalazła... Pomimo to, Leokadya z wysoką swą kibicią, z pięknemi acz siwiejącemi włosami, z purytańską surowością zaczesanemi, z zimnem swem, dumnem trochę, a bardzo pięknem czarnem okiem, z prawidłowemi acz nieco przywiędłemi rysami obleczonemi cerą delikatną i bladawą, wyglądała jak o tem hrabina z cicha szepnęła l’abbemu, wcale dystyngowanie i jak to hr. August we własnej myśli swej zauważył — wcale nieszpetnie.
Hr. Światosław za to zdawał się niczemu wcale nie przypatrywać się i najlżejszych nad niczem nie robić uwag.
— Przebaczy pani... zaczął bardzo powoli i nadzwyczaj chłodno, że przed kilku dniami otrzymawszy bilecik oznajmujący mi jej bytność, dziś dopiero widzieć się z nią mogę... Byłem słaby i niepodobnem mi było przyjąć zlecenie przesłane mi za łaskawem pośrednictwem pani przez ś. p. kuzynę moją, panią jenerałową. Dziś... jestem do jej usług i... słucham.
Leokadya skłoniła się lekko, a wyjmując z kieszeni pudełko małych rozmiarów i zbliżając się do stoliczka przed gospodarzem domu umieszczonego, rzekła.
— Byłam jedyną osobą która dniem i nocą towarzyszyła ostatnim chwilom pani jenerałowej. Innych osób prócz mnie, pani jenerałowa przypuszczać do śmiertelnego łoża nie chciała i drzwi jej, z wyjątkiem lekarzy, były dla wszystkich tak domowych jak odwiedzających ściśle strzeżone. Ta to zapewne okoliczność sprawiła, że pani jenerałowa uczyniła mię powiernicą ostatnich myśli swych i życzeń.... Życzeniem jej ostatniem, w chwili skonania prawie wyrażonem było, abym osobiście i jak najprędzej po zejściu jej, doręczyła panu, panie hrabio, dwa te przedmioty...
Tu Leokadya z pudełeczka wyjęła i na mozajkowanej powierzchni stojącego przed hrabią stoliczka złożyła, — pierścionek z brylantem w czarną obwódkę ujętym i kilka uschłych, bezbarwnych już i bezkształtnych gałązek jakichś, a raczej łodyżek, zżółkłą od starości wstążeczką związanych.
— Pani jenerałowa kończyła Leokadya, życzyła sobie, abym oddając przedmioty te panu, panie hrabio, uwiadomiła go od niej, że pierścionka tego nie zdjęła ona z ręki swej, przez całe swe życie ani na jedną sekundę i że żadnych innych pierścionków prócz tego jednego nigdy nie nosiła, jakoteż że kwiaty te uschłe pochodzą z łączki małej, która znajduje się kędyś w blizkości Pompalińskiego pałacu, a którą pan hrabia przypomni sobie może i że od dnia, w którym ona kwiaty te otrzymała, spoczywały one w jej szkatułce, nie w tej w której chroniła brylanty swe i kosztowności, lecz w innej w której nic wcale prócz tej garstki spróchniałych roślin nie było....
Leokadya wypowiedziała to wszystko z zupełną prostotą, tonem zbytecznie nawet może chłodnym i powszednim. Spełniała obowiązek włożony na nią przez umierającą kobietę i nic więcej. Ani twarz jej, ani dźwięk głosu, nie dodały doń komentarza najlżejszego. A jednak przy słowach jej, tak nieruchoma zwykle, tak lodowato na wszystko obojętna twarz starego pana zmieniła się bardzo. Przezroczyste źrenice jego, nieruchomo dotąd w twarz mówiącej utkwione, zmąciły się i ukryły za powoli i z ciężkością jakby spuszczającemi się powiekami. Liczne na czole jego a głębokie bruzdy, głębszemi stały się i liczniejszemi. Milczał i z nieprzepartą zda się zadumą patrzał w ziemię. Po bardzo krótkiej jednak chwili, nie podnosząc oczu, zapytał:
— Czy słowa które raczyłaś mi pani powtórzyć, były ostatniemi słowami pani jenerałowej?
Wymówił to powoli, głosem miększym trochę i trochę cieplejszym niż był zwykły głos jego.
— Tak, panie hrabio, w minutę po daniu mi zlecenia, z którem tu przybyłam, pani jenerałowa już nie żyła. Była to ostatnia myśl i były to ostatnie słowa jej życia.
Hr. Światosław oderwał wzrok od ziemi. Usta jego drgnęły i otworzyły się parę razy jakby chciał cóś jeszcze powiedzieć lub o cóś zapytać, w kilka przecież sekund zaledwie, wymówił:
— Chciej pani przyjąć podziękowanie moje za trud, który podjąć raczyłaś....
Podziękowanie to było wyraźnie pożegnaniem. W tejże jednak chwili, hr. August żywo opuścił miejsce, na którem dotąd stał jak przykuty i zbliżając się ku Leokadyi, posunął ku niej jeden ze stojących w pobliżu fotelów.
— Racz pani zająć miejsce, rzekł z głębokim ukłonem; nie mam zapewne szczęścia być poznanym przez panią, a jednak rysy jej tak mi wydają się znanemi, że przysiągłbym doprawdy, że... kiedyś... gdzieś... spotykać panią musiałem...
Dziwny jakiś smutny trochę uśmiech przebiegł po spokojnych, bladawych wargach Leokadyi.
— Domyślam się, odparła nie zajmując ofiarowanego sobie miejsca i tylko rękę swą kształtną i delikatną o poręcz fotelu wspierając, domyślam się, że mam przyjemność rozmawiać z hrabią Augustem Pompalińskim. Czy jednak spotykałam pana kiedykolwiek w mem życiu — zupełnie nie pamiętam.
Helas! z uśmiechem i ukłonem pełnym galanteryi westchnął hrabia, obrazy życia przesuwają się tak przed oczami naszemi jak... jak panorama... Raz nawet przyszło mi na myśl porównanie szczególne... trochę może zbyt poetyczne... mais on dévient un peu sentimental en vieillissant... porównanie... chose... że pamięć nasza podobna jest do... źwierciadła. Dziś widziemy w niem jedne przedmioty a jutro... eh bien! jutro ujrzeć możemy zupełnie inne! n’est ce pas?
Mówiąc to hr. August, przelotnie i mimo woli jakby spoglądał na śniadą nieco lecz bardzo piękną rękę kobiecą, o poręcz fotelu wspartą. Leokadya zaś patrzała prosto w twarz przemawiającego do niej człowieka, pięknem swem czarnem okiem, w którem zresztą nie objawiło się ani zdziwienie, ani ciekawość, ani żadne inne jakiekolwiek uczucie. Zdawało się tylko cierpliwie i obojętnie czekać na koniec zwróconej ku niej przemowy hrabiego. Przemowę tę jednak hrabia skończył zapytaniem...
— Mogęż zapytać, czy treść testamentu nie odżałowanej kuzyny naszej pani jenerałowej, jest pani znaną?
— Tak, obojętnie bardzo odparła Leokadya, byłam obecną przy głośnem i urzędowem odczytywaniu testamentu tego, które odbyło się nazajutrz po pogrzebie zmarłej.
— W takim razie, ciszej nieco wymówił hr. August, nie może być pani nieznaną wola zmarłej, która w jednym z punktów testamentu, połączyła imie pani z imieniem brata mego lub mojem!...
Auguste! ozwał się przy kominku zniżony nieco gniewnie czy wzgardliwie może brzmiący głos gospodarza domu; proszę cię, Auguste, abyś nie czynił krzywdy mnie i pani, wspominaniem imienia mego w okoliczności obecnej.
Odezwanie się to zbiło nieco z toru krasomówstwo hrabiego — ale na krótką tylko chwilę, poczem złożył on przed Leokadyą ukłon nowy, uszanowaniem głębokiem i galanteryą pełną gracyi nacechowany, a białą rękę swą posunąwszy powoli po gęstych i dnia tego jak noc czarnych, faworytach swych, zaczął w te słowy:
Mademoiselle! Cześć oddawana umarłym była zwykle zaszczytną cechą odznaczającą ludzi i... narody... które stanęły na wysokim stopniu religijności i.. chose... wszechstronnej oświaty. Starożytni Grecy i Rzymianie składali hołd należny woli i pamięci tych, którzy... unieśli się z tej ziemi... w... chose... w sfery wyższe! Ja sam, malgré — malgré, że prozaiczne i demokratyczne czasy nasze, wyraźną wzgardę okazują dla rzeczy uświęconych wiekami... otwarcie wyznaję, et je m’en vante... iż jednym z przedmiotów mojej czci najgłębszej jest poszanowanie woli i pamięci zmarłych... car avouons le... il aut faire quelque chose... należy nam cóś uczynić dla tych, którzy mieli nieszczęście... mieli wielkie nieszczęście — umrzeć! Mademoiselle! byłbym zuchwałym i niedelikatnym, jeślibym teraz śmiał upominać się u pani o zgodzenie się z tak jasno wyrażoną wolą nieodżałowanej naszej, a tak wcześnie zgasłej kuzyny... Niech mi jednak wolno będzie żywić... chose... nadzieję... iż pani nie odmówi mi pozwolenia, abym zaprezentował się jej w jej własnym domu i powierzył czasowi i bliższej znajomości sprawę.... sprawę poszanowania dla tak jasno wyrażonej, a dla mnie... croyez-moi mademoiselle, bardzo miłej woli, naszej nieodżałowanej kuzyny, pani jenerałowej z Pompalińskich Orczyńskiej!
Na zupełnie obojętne i nieruchome wargi Leokadyi, wrócił znowu ten sam co wprzódy smutny trochę uśmiech.
— Panie hrabio, odrzekła bez chwili wahania, wola zmarłej jakkolwiek szanowaćbym ją chciała, jest dla mnie o tyle niezrozumiałą w pobudkach swoich o ile zupełnie do spełnienia niepodobną. Życie moje światowe ukończonem zostało, a raczej nie zaczynałam i nie zaznałam go nigdy. Nie czuję się powołaną ani zdolną do zajmowania śród wielkiego świata żadnych wysokich i widnych stanowisk. Próbki świata tego, które w domu pani jenerałowej widywałam, nie zachęciły mię do czynienia z nim bliższej znajomości. Wychowana w cichej, ustronnej wiosce, do niej teraz wrócę. Korzystając z daru pani jenerałowej, którego odrzucać nie mam potrzeby ani prawa, starać się będę rozszerzyć, przyozdobić wioskę tę, z którą wiążą mię najlepsze wspomnienia życia i w której mieszkają trzy stare kobiety opiekunki niegdyś moje, a dziś nawzajem opieki i starań troskliwych odemnie potrzebujące. Takim jest plan przyszłości jedynie możebny dla mnie, skromny bardzo, ale odpowiadający zupełnie i siłom moim, które trochę są już zmęczone i ambicyi mojej, która wysoko patrzeć nie umie.
Niepodobna opisać wrażeń wywartych przez słowa Leokadyi na wszystkich obecnych. Hrabina zdawała się walczyć ze spazmami napadającemi ją, a spowodowanemi częścią przez radość złośliwą, częścią przez dotkliwe upokorzenie.
Voilà l’oncle de mon fils! szepnęła bardzo cicho do l’abbégo; narażać się na mezawanturę podobną! Otrzymać rekuzę od jakiejś demoiselle de compagnie! mais c’est inconcerable, vraiment! to doprawdy, rzecz niepojęta!
— Mój stryj skompromitował nas wszystkich! również cicho sarknął do matki hr. Mścisław z błyskającemi od gniewu oczami i zwracając się do Pawełka, rzekł szyderczo:
Et toi, Paul? spodziewam się że nie zechcesz także spełniać niepojętej też względem ciebie woli jenerałowej? C’est une absurdité! tu le comprends bien, n’est ce pas?
— I owszem panie hrabio, ze swobodą nie wyłączającą pewnej powagi, odparł Pawełek; z daru pani jenerałowej korzystać muszę i będę, a korzystając z niego, spełnię naturalnie przywiązane de niego warunki!
Paul! jęknęła hrabina.
Paul! krzyknął Mścisław.
Mr Paul! jedwabisto powtórzył l’abbé.
Hr. August, który od chwili wymówienia słów powyższych przez Leokadyę, stał niemy i nieruchomy z ustami otwartemi nieco, z oczami wlepionemi z osłupieniem w twarz Leokadyi, szerzej jeszcze roztworzył oczy i automatycznie niemal zwrócił je na twarz Pawełka.
— Boleśnie mi, bardzo boleśnie jest, ze smutkiem i uszanowaniem w głosie mówił dalej Pawełek, że źle może wywdzięczę się za dobrodziejstwa od krewnych moich doznane i wbrew woli ich postąpię. Ale z powodu imienia, którem traf mię obdarzył, nie mogę dłużej nosić na czole mem i sumieniu, ciężaru wstydu i wyrzutów, który je dotąd obarczał. Wstyd ten i te wyrzuty od bardzo dawna czuć już zacząłem. Ale bez żadnego specyalnego wykształcenia, bez najmniejszych materyalnych środków, cóż począć mogłem? Możem zresztą i przywykł był trochę do zbytku i próżnowania, może i trudno mi było samodzielnie dźwignąć się ku twardemu życiu pracy i mierności. Kilka razy prosiłem panią hrabinę, aby wyznaczyć mi raczyła stałe jakieś i poważne zatrudnienie, któremi mógłbym się stać użytecznym sobie i dobroczyńcom moim, kilka razy też nadmieniałem o tem hrabiemu Mścisławowi. Nie zostałem zrozumianym i wysłuchanym, domagać się nie śmiałem i nie posiadałem prawa żadnego. Teraz jednak przyszedłem do wieku, w którym każdy na świecie człowiek, silnie uczuwa potrzebę stanowiska jakiegokolwiek, celu życia dobrze określonego, rodziny własnej nakoniec. Mam lat trzydzieści blizko — nie mogę dłużej być dzieckiem. Przyrzekam i słowem uczciwego człowieka zobowiązuję się nie splamić imienia, które wspólnie z dobroczyńcami mymi noszę, żadnym złym i hańbiącym postępkiem. Ale pracować, stanąć w świecie o własnych siłach i stać się użytecznym dla siebie i innych — muszę.
Kilka razy już hr. Mścisław przerwać usiłował mówiącemu, ale gdy ten przerwać sobie nie dozwolił, teraz dopiero zawołał:
Paul! eh bien Paul! fou que tu es, cóż uczynić zamierzasz? bo ja dotąd nic nie rozumiem....
— Panie hrabio! odparł Pawełek, zamierzam teraz udać się na naukę buhalteryi i innych potrzebnych do handlu wiadomości, poczem dzięki darowi pani jenerałowej, będę mógł w któremkolwiek mieście założyć sklep...
— Zostaniesz więc szachrajem! krzyknął hrabia Mścisław.
— Nie, panie hrabio, zostanę uczciwym kupcem.
— Zostaniesz żydem!....
— Nie panie hrabio! Mogę pana zapewnić, że do końca życia pozostanę w religii przodków moich.
— On jeszcze żartuje sobie! ostatecznie wybuchnął już młody hrabia. Maman! zwrócił się do matki, wychowaliśmy w domu naszym — żmiję!
Grand Dieu! splatając ręce jęknęła hrabina, jakże ten świat niewdzięczny jest... samolubny... nikczemny!...
— Cierpliwości pani hrabino, szepnął l’abbé, cierpliwości i... przebaczenia!
— Za pozwoleniem! wykrzyknął nagle niemy dotąd i osłupiały hr. August, dis-moi Paul! i tę.. tę tablicę... wiesz? z nazwiskiem.... o której pisze w testamencie... nad sklepem swoim zawiesisz?
— Panie hrabio! odparł Pawełek, mogęż nie spełnić jakiegokolwiek warunku przywiązanego do daru, z którego będę korzystał?
Quoi? co? zawiesisz szyld i napiszesz na nim tak... en toutes lettres: Pompaliński! Non! jakkolwiek zuchwałym jesteś, myślę że nie ośmielisz się uczynić tego!
Ostatnie słowa niby z wulkanu wybuchnęły z ust hr. Mścisława.
— I owszem, panie hrabio, uczynię to z pewnością, brzmiała odpowiedź Pawełka.
Wtedy hr. August drżącemi rękami rozpinać począł złocone guzy uczonego munduru, a osłupiałych ocz swych nie spuszczając z Pawełka przez sen jakby wymówił.
Voilà ce qui fera diablement mousser le nom?
— Panie hrabio zwróciła się do gospodarza domu hrabina, pourquoi cet insolent ne s’en va-t-il pas? dla czego ten zuchwalec ztąd nie wychodzi?
Paul, wyrzekł uroczyście Mścisław, w imieniu stryja mego, mam zaszczyt oświadczyć ci, że drzwi są otwarte.
— Przepraszam cię Mścisławie, ja i Pawełek wyjdziemy ztąd razem! ozwał się obok Pawełka głos Cezarego, zarazem dłoń jego z gestem przyjacielskim i opiekuńczym spoczęła na ramieniu wypędzanego zuchwalca.
— Ja także, mówił dalej Cezary, przyszedłem tu, aby pożegnać rodzinę moją. Dziś w wieczór opuszczam Warszawę, — wyjeżdżam na wieś.
W głosie jego łagodnym i trochę zniżonym, była przecież powaga świadomej siebie myśli, brzmiał wielki spokój stanowczo powziętych, męzkich postanowień.
Hrabina która jak z postawy jej domyślać się było można, według pierwotnie i naprędce ułożonego placu, owinąć się miała wyniosłą obojętnością i pełnem macierzyńskiej obrazy milczeniu, na tak stanowcze oświadczenie syna, a bardziej jeszcze na dźwięk głosu jego zupełnie jej przedtem nieznany, podniosła głowę i utkwiła w twarzy mówiącego zdziwione spojrzenie. Mścisław, w skamieniałej też i wyraźnie przerażającego wypadku jakiegoś oczekującej postawie, stanął pośrodku pokoju. Lecz dziwniejszem nad to wszystko było poruszenie nagłe acz zawsze dość powolne, które na fotelu swym uczynił gospodarz domu. Od chwili w której ukończył rozmowę swą z Leokadyą obcy zda się wszystkiemu co go otaczało, głuchy zda się i niemy z nieodegnalną, ołowianą na czole zadumą, ze wzrokiem szklisto wpatrzonym w przestrzeń, siedział on wśród gwaru rozmów i sporów podobny do posągu, którego wnętrze targać zaczyna dłoń jakaś niewidoma a sroga. Teraz jednak, powoli bardzo zwrócił się ku najmłodszemu z synowców swych i wpatrywać się w niego zaczął rozbudzoną nagle chłodną wprawdzie lecz baczną uwagą.
— Mnie także tak jak i przyjacielowi memu, mówił dalej Cezary, boleśnie jest bardzo widzieć się w roli zbuntowanego członka rodziny. W istocie jednak, zbuntowanym nie czuję się wcale. Owszem, pragnąłbym szczere należne uszanowanie i przywiązanie zachować dla osób, z któremi łączą mię węzły pokrewieństwa i obowiązku. Tylko — jam inną drogę ujrzał przed sobą, niż ta którą bym tu, pośród rodziny swej zostając, postępować musiał. Nie czuję się bynajmniej stworzonym do życia wielkiego świata. Oddawna już myślałem, że wiele rzeczy, które w świecie tym uchodzą za prawdziwe i dobre, są nieprawdziwe i niedobre, że wiele rzeczy także, któremi świat ten pogardza, mogą stanowić przedmiot szacunku i miłości — przynajmniej dla mnie. Bardzo długo — myśli te poczytywałem za niedorzeczności wylęgłe w upośledzonej głowie mojej i nie śmiałem sam zastanawiać się nad niemi. Teraz jednak zastanowiłem się i uznałem, że zdolny jestem myśleć i że postępować według myśli i pragnień własnych — mam prawo zupełne.
Umilkł na chwilę. Im dłużej mówił tem więcej głos jego pozbywał się cechujących go zrazu miękkich a zniżonych dźwięków, tem więcej było w nim spokojnej i pewnej siebie męzkości i siły.
— Wyjeżdżam na wieś, mówił dalej, bo znajduję że tam właśnie, na ziemi po ojcu moim odziedziczonej, wśród bogactw któremi rozporządzam, najwłaściwsze jest dla mnie miejsce na świecie. Tu — nie miałbym nic do czynienia. Błyszczeć w salonach nie umiem i nie chcę — talentów i ambicyi nie posiadam żadnych. Tam — w kraju ubogim i zapadłym, pośród ludzi ubogich też i ciemnych, — ze środkami memi i gorącemi chęciami wiele uczynić mogę. Wprawdzie — sam nie wiem jeszcze dobrze co i jak czynić będę, ale młody jestem, — uczyć się chcę — znajdę książki które mię oświecą i przyjaciół którzy mi wskazówek doświadczenia udzielą — znajdę też zapewne kiedyś zapomnienie tego co mię dziś boli.... Oto wszystko co powiedzieć chciałem. Zamiary moje proste bardzo i nie potrzebuję o nich mówić długo.
Postąpił kilka kroków ku matce i nieco miększym głosem zapytał:
— Czy pozwolisz mi pożegnać cię, moja matko?
Hrabina z ramionami ściśle na piersi skrzyżowanemi, z bladą twarzą i drgającemi usty, żywem a zarazem wyniosłem poruszeniem uchyliła się w głąb kanapy.
Allons, mon pauvre Cesar, rzekła drżącym głosem, pocóż te pożegnanie? Nie wyjeżdżasz przecież do Ameryki... rozegzaltowałeś się tylko nie wiem już czem doprawdy i ułożyłeś sobie w głowie sielską jakąś idyllę... Mam nadzieję jednak, że gdy znudzisz się wśród tych łanów ojczystych i tych wiejskich przyjaciół, którzy cię oświecać mają, wrócisz do rozsądku i — do nas.
Cezary, którego długoletnie przyzwyczajenie jak i wrodzone ciepło serdeczne wiodły do uniżenia się przed matką, na słowa te przez hrabinę wymówione wyprostował się i ręką zwolna powiódł po czole. Ogarnęło go niepohamowane uniesienie bólu i obrazy, bo z czołem dumnie podniesionem i z iskrą zapału w oku rzekł:
— Nie, moja matko! Jeżeli gardzenie i pomiatanie tysiącami, milionami ludzi, obojętność zupełna na potrzeby i cierpienia ludzkie, zamknięcie się w pozłoconych ścianach kilku salonów i współubieganie się o to, kto w salonach tych bogatszym jest, piękniejszym i wyżej urodzonym — nazywa się rozsądkiem i stanowi wszystkie już uczucia, wszystkie pojęcia jakie znaleźć mogę w gronie mej rodziny — nie wrócę z pewnością nigdy ani do rozsądku takiego, ni — do was!
— Panie hrabio! powstając z fotelu tak jakby piersią własną gotował się bronić pokrzywdzoną penitentkę swą ozwał się l’abbé, panie hrabio! Na górze Synai powiedzianem zostało: czcij ojca twego i matkę twoją!
— Co się tu dzieje? co się tu dzieje! w osłupieniu pogrążony mówił hr. Mścisław.
Et je vous dis, zawołał najniespodzianiej w świecie hr. August, et je vous dis, że hr. Cezary ma racyą! Notre pauvre Cesar zna się na rzeczy lepiej niż ja sam spodziewać się mogłem. Zaprowadzi on w dobrach swoich postępowe gospodarstwo, będzie zakładał fabryki i oświecał chłopków. Wszystko to zrobi z niego sławnego nowatora i filantropa et je vous le dis! celuiçi fera le mieux mousser le nom!
Cezary najmniejszej zda się nie zwracając uwagi na krzyżujące się w koło niego wykrzykniki, wszystkich dokoła pożegnał ukłonem i zmierzał ku drzwiom, gdy powstrzymał go głos z cicha odzywający się u kominka.
— Cesar!
Kryształowe źrenice hr. Światosława utkwione ciągle w twarz synowca, migotały na dnie ciepłą jakąś iskrą.
— Cesar! powtórzył stary hrabia.
— Mój stryju! zatrzymując się przed starcem w pełnej uszanowania postawie zapytał Cezary.
Usta hrabiego poruszyły się parę razy i biała ręka jego, spoczywająca na aksamitnej poręczy fotelu, drgnęła. Przez chwilę zdawać się mogło, że z ust tych wyjdzie żywe, serdeczne słowo jakieś i że ręka ta, ruchem przyjaznym wyciągnie się ku stojącemu o parę kroków młodzieńcowi. Nic jednak z tego nie nastąpiło. Iskra która zapaliła się była na dnie źrenic starca zagasła szybko, kąty warg jego opuściły się w dół i zarysowały uśmiech pełen zmęczenia i zniechęcenia.
Bonjour, Cesar et — bon voyage! zwykłym sobie lodowatym głosem wymówił hrabia.
W parę sekund potem Cezarego i dwojga jego przyjaciół nie było już w pokoju. Hrabina z batystową chusteczką przy twarzy tłumiła porywające ją spazmatyczne łkania i daremnie tym razem anioł stróż i przewodnik sumienia jej, nad znękaną jej głową wywoływał jedwabistym swym szeptem, wszystkie co do jednej cnoty kardynalne i inne.
Mon Dieu! oh! mon Dieu! wyrzekła z cicha pokorna, cierpliwa i rezygnacyi pełna niewiasta; tyle obelg, tyle upokorzeń, tyle ciosów na raz! Słabe siły moje uginają się pod ciężkiemi krzyżami, które na barki me wkładasz, o Panie, ale niech stanie się wola Twoja święta...
— Amen, pani hrabino, amen! dokończył l’abbé.
Innemi wcale sposoby uczucia miotające nim srodze objawiał hr. Mścisław. On także wołał:
— Tyle obelg, tyle afrontów na raz! quel esclandre! jaki schoking! quel scandal!
Po chwili jednak stanął na środku pokoju z czołem podniesionem wysoko, z błyskawicą oburzenia i wzgardy w oczach. Przez godzinę całą doświadczane gniewne wzruszenia, wstrząsnęły do głębi drzemiącą istotę jego i obudziły do życia wszystko, cokolwiek jeszcze obudzić się i życiem zawrzeć w niej mogło. Patrząc na niego w tej chwili, możnaby rzec w istocie, iż był to młodzieniec zdolny do najbardziej rycerskich zapałów i energicznych czynów.
— Smutne przebywamy dziś czasy, zawołał głosem nieledwie uroczystym; idee wieku.... te sławne idee wieku przez demagogów i sankiulotów wymyślone nurtują do dna społeczeństwo nasze i wnikają tam nawet, gdzieby dla nich miejsca być nie powinno, w rodziny, które jak nasze umiały dotąd utrzymać się niewzruszenie na zbudowanym wiekami swym piedestale! Ja jednak... moi... nie pogodzę się nigdy z ideami temi... dla mnie nie istnieją one, a raczej istnieją o tyle tylko, o ile krzywdzą imie które noszę... i o ile gardzę niemi.
— Tak, ciągnął po chwili, gardzę niemi... a jednak za sprawą zaszłych niedawno... rozmaitych okoliczności, imie które noszę poniżonem zostało srodze i oddanem na łup plotek i pośmiewiska gawiedzi... Mezalianse, renegacye i demagogia wkradły się w ród nasz... z młodego pokolenia jam jeden pozostał, który hańbę tę zmyć z imienia naszego i wstyd, którym nas okryto, pomścić jestem zdolny...
Z za chusteczki, którą hrabina twarz sobie przysłaniała wypłynął głos tkliwy i rzewny.
Oui, mon enfant cheri, toi seul! oui! il n’ y a que toi...
Hr. Mścisławowi żywiej jeszcze oko zaświeciło.
Oui, il n’ y a que moi, powtórzył, ale i cóż uczynię! Gdybyśmy żyli w innym, nie w tym naszym prozaicznym i głupio demokratycznym wieku, wziąłbym na siebie pancerz i zbroję i z rycerzami krzyża szedłbym walczyć o Ziemię świętą... albo... albo na jakim dworze królewskim dobijałbym się najwyższych zaszczytów, któreby plamę, jaka na rodzie mym powstała purpurą swą osłoniły... Ale teraz... mais maintenant... cóż my, pozostali obrońcy i przedstawiciele wieków dawnych uczynić możemy? Jesteśmy tak, jakbyśmy byli na ziemi wygnania...
Teraz hrabina odjęła chusteczkę od twarzy zbolałej i spłakanej.
— Mścisławie! szepnęła patrząc na syna jak w tęczę... gdybyś jednak chciał... mógłbyś...
Hr. Mścisław umilkł, popatrzył na matkę i oczy utkwił w ziemi. Po twarzy jego tak ożywionej, że aż prawie pięknej przed chwilą, przebiegł znowu wyraz nieprzezwyciężonego, do utajenia niepodobnego niesmaku. Krótko to jednak trwało.
Eh bien! rzekł podnosząc znowu głowę, oui ma mère! Jest to jedyny sposób... którym mogę oddać ważną przysługę rodzinie naszej i zasłonić przed oczami ludzi te skazy na imieniu naszem powstałe.
Oui, maman, powtórzył wyżej jeszcze podnosząc głowę i z żywiej jeszcze błyszczącemi oczami, w tych ważnych a bolesnych okolicznościach, które nas tak niespodzianie zaskoczyły... ja... moi... poświęcam się dla rodziny mojej et je mis de ce pas, oświadczyć się o rękę księżniczki Stefanii!...
Z piersi hrabiny wydarł się jeden przeciągły, niebiańsko zachwycony wykrzyk. Powaga jej i dystyngowane ukrywanie się z uczuciami własnemi utonęły w nadmiarze doświadczonej radości i tkliwości. Dwie sekundy nie upłynęły, gdy obu ramionami otaczała już ona szyję ulubionego syna swego i twarz jego okrywając pocałunkami przerywanym głosem szeptała.
Oui!... toi seul! toi seul! il n’ y a que toi! moje ty drogie śliczne, ukochane dziecię! mój synu — jedyny!




Nakoniec — odeszli wszyscy.
W tak pełnym ludzi i gwarnym przed chwilą pokoju, cicho stało się i pusto.
Przed marmurowym kominem, na którym czerwono żarzyły się węgle, sam jeden tylko pozostał blady, w ciężkiej zadumie skamieniały jakby, starzec.
Na przeciwległej ścianie wiszący i w złote ramy oprawny mały portret kobiecy wywierać zdawał się na szkliste źrenice jego czarodziejską moc przyciągania. Widać było jak stary hrabia z mocą tą walczył i spojrzenie spuszczał ku ziemi lub zatapiał w dogorywające na kominku węgle, — daremnie! Moc ta dziwna, nieprzeparta, moc we wnętrzu jego z potęgą jakąś ogromną zbudzona, ciągnęła oczy jego ku temu małemu punkcikowi ściany, kędy pod szkarłatnym promieniem zachodzącego słońca rumieniły się blade lica i gorzeć zdawały się szafirowe oczy, przedstawionej na dagierotypie dziewczyny.
Na stoliczku zaś, wśród różnobarwnej mozajki powierzchnią jego okrywającej, niby łza wielka a smutna błyszczał brylant w żałobnej obwódce i — żółciał zeschły bezkształtny trup barwnego niegdyś polnego kwiecia.
Rój wspomnień odległych, niby widm, zrazu mglistych, lecz coraz wyraźniejszych potem i promienistszych, otoczył wielkim kołem ciężko zadumanego starca.
Tak! były kiedyś dnie letnie, słoneczne i ciepłe... była kędyś łąka zielona, dyamentami kwiecia przybrana, rozśpiewana szczebiotem wesołych ptaków... i był niegdyś młodzieniec pełen sił świeżych a gorących, który w dzień ów jasny śród łąki kwiecistej, wkładał na rękę ukochanej dziewczyny ów pierścień ze łzą brylantową...
O! było to uczucie gorące i szczere jak jedyna w życiu miłość prawdziwa! I była to sielanka prosta a poetyczna, pełna silnych uderzeń dwojga serc rozkochanych, pełna marzeń roskosznych o szczęściu i — cnocie!
Uczucie to utonęło w ogromnem morzu pychy niepojętej i namiętnych ambicyi młodzieńca! Z wiosennej tej sielanki swej uśmiechał się potem nieraz szydersko — człowiek dojrzały!
Lecz od ust starca zadumanego teraz nad zgasłemi dawno dziejami młodości — uciekły w dal niedoścignioną uśmiechy wszelkie.
Więc ona pierścień ten, przez długie te, nieskończenie zda się długie lat kilkadziesiąt, na palcu swym nosiła, a kwiaty te, jedyną pamiątkę szczęścia i poezyi dni młodych — chroniła jak relikwie w schowaniu samotnem i jej tylko oku dostępnem!
Więc gdy on myślał że w piersi jej nienawiść i zemsty pragnienie zrodziły się na miejscu dawnej miłości — ona całem sercem swem zgorzkniałem i zwichniętem, całą myślą swą do obłąkania niemal zmąconą, całą swą duszą jadem głuchych gniewów i wzgard przejętą — kochała go aż do ostatniej chwili skonania!
Białe i chude, drżące nieco w tej chwili ręce hrabiego splotły się mimowoli, — spojrzenie jego w portret pięknej dziewczyny utkwione, nabrzmiało głębokim, pokornym niemal żalem, a na bladych wargach drgnął szept do ciężkiego westchnienia podobny: Przebacz Cecylio!
W tej chwili roztworzyły się szeroko podwoje komnaty i spełniając wydany im przedtem rozkaz swego pona, dwaj lokaje wnieśli i dokoła kominka na adamaszkiem okrytych sprzętach rozstawili kilka obrazów większej i mniejszej artystycznej wartości, lecz w jednostajne i bardzo kosztowne ramy oprawnych — ostatni dar zmarłej kobiety. Uczyniwszy to, niby posłuszne a ciche automaty, lokaje wyszli i drzwi za sobą bez szelestu zamknęli a w obszernym pokoju zapanowała znowu cisza głucha i blady starzec u komina siedzący pozostał sam na sam z owemi malowanemi scenami, na które zmarła kochanka młodości jego patrzeć mu kazała i patrząc snuć myśli te same, które na widok ich snuła jej własna wiecznie wrząca i na poły obłąkana głowa.
I przylgnęły oczy jego do największego najpierw z obrazów, do tego naprzód, który przedstawiał dwoje szczęśliwych starców, wśród grona kochającej ich rodziny, po trudach życia spoczywających. Jakże spokojnie i gwarno było zarazem wśród tego ludku istot spojonych ze sobą węzłami wdzięczności i miłości tak ściśle, jak ściśle szczęście wywija się z cnoty, a starość promienna z życia — czystego! Co za łagodne a zarazem jasne światło! jakie ciche, wesołe! co za błoga ufność wzajemna!
Stary hrabia uśmiechnął się znowu szydersko.
— Ideały niedoścignione! szepnął, marne marzenia!
Ale uśmiech jego stopniał wnet w westchnieniu, które mu pierś zapadłą wysoko podniosło, a oczy jego z trudnością odrywając się od obrazu, powolnem spojrzeniem obiegły dokoła pustą, głucho milczącą, posępną acz tak wspaniale przybraną komnatę.
Kędyś, na dalekim i miejskiemi murami zasłoniętym krańcu zimowego nieba, zagasła już czerwona tarcza słoneczna. Szkarłatny promień, który wnikając przez ogromne pałacowe okno odbłyskiem życia niby rozpalał bladą twarz dziewiczą z małego dagerotypu patrzącą zniknął, a posępną, wielką komnatę napełniło białe, jak całun jednolite, szare mroki wieczoru wyprzedzające, światło.
Ale i białe owo, ostatnie światło dzienne zagasło także zwolna. Wielki figus w marmurowym wazonie wzrastający, rozpościerał po ścianach i suficie komnaty, szerokie, cieniste swe gałęzie. Szary zmrok coraz ciemniejszą falą napływał przez wielkie okna i smutną zasłonę zdawał się opuszczać na wszystkie w komnacie zawarte wytworne i cenne przedmioty. Wyraźnie uwydatniała się ciemna wśród szarej przestrzeni, postać starca przed kominkiem siedzącego z postawą znękaną, z głową nizko na pierś pochyloną, z martwo obwisłemi rękami. A przed posępną postacią tą w powietrzu jakby zawieszony, połyskiwał brylant złożonego na stoliczku pierścienia. Możnaby rzec, iż było to smutne, błyszczące oko, które wychylając się z cieniów, nieruchomo patrzało w twarz człowieka przebierającego teraz w grobowem milczeniu wszystkie długie, liczne dnie nędznie zmarnowanego żywota swego.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.