Troilus i Kressyda (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare,
Józef Ignacy Kraszewski (przedmowa)
Tytuł Troilus i Kressyda
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. Troilus and Cressida
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom VII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


TROILUS I KRESSYDA



TROILUS I KRESSYDA.

J

Jest to jedyny podobno dramat Szekspira, który nie był wprzódy grany, nim został wydrukowany. Przeczytawszy go, łatwo odgadnąć przyczynę; jest to szczególna w swym rodzaju fantazya, którą niewiedzieć jak nazwać, komedyą, dramatem czy tragedyą, i która na scenie, z wyjątkiem scen komicznych, wielkiego wrażenia uczynić nie mogła, choć jako utwór w owych czasach głębokie miała znaczenie. Widzimy w niej niemal odpowiedź tym uczonym, graduowanym pedantom, doktorom uniwersytetów Oxfordskiego i Kembrydżskiego, którzy Szekspirowi zarzucali, iż się w starożytnościach klasycznych, jak oni, nie ćwiczył, że erudytem nie był, a wiadomości swe czerpał ze źródeł bardzo podejrzanych.

Troilus i Kressyda, pod pozorem przygody dwojga kochanków i jednego nader uczynnego pośrednika, który im porozumienie ułatwia — jest to po prostu epizod z Iliady Homera, ale sprowadzonej do czysto ludzkich rozmiarów i do prozaicznej rzeczywistości. Z bohaterów, a niemal półbogów, stoją tu na prostych śmiertelników, na bardzo ułomnych i pospolitych przerobieni ludzi, Ajax, Agamemnon, Pryam, Parys, Menelaus, Helena, Kassandra, Tersytes, który gra rolę błazna. Niepospolitej, zaprawdę, potrzeba było odwagi, aby się ubóstwianej naówczas starożytności klasycznej z takiem tknąć zuchwalstwem; pozdzierać aureole i z heroicznych postaci mglistych, stworzyć ciałem i krwią obdarzonych ludzi. Jest to protestacya przeciw niezgrabnemu idealizowaniu przeszłości i sążniowym bohaterom klasycznym, coś bardzo osobliwego w swoim rodzaju, na co w końcu XVI wieku Szekspir tylko mógł się ważyć.
Winniśmy niezaprzeczenie bardzo wiele tradycyom i literaturze klasycznej; ale uprawa jej równie była przynajmniej korzystną z jednych względów, jak z drugich zgubną. Drogocenne zabytki w rękach komentatorów, tłómaczów i wykładaczy ich, przerobiły się do niepoznania, zdrój życia, co z nich płynął, brał w siebie dużo uczonych pomyjów i niedorzeczności. Wyrobiły się na wzorach prawidła, których w nich nigdy nie było, na zdrowem ciele chorobliwe powzdymały się naroście. W naszej własnej literaturze widzimy skutki bałwochwalczego posłuszeństwa formom, fałszywym tradycyom, całemu konwencyonalnemu rynsztunkowi klasycznemu, które obezwładniało najbardziej utalentowanych pisarzy, co się z tych ciężkich oków wyzwolić nie mogli. Skutek ten był u nas, że talenta zwichnięte i spętane marniały (Klonowicz-Wacław Potocki), że mieliśmy poetów wiersza i formy, ale twórczej ich sile brakło odwagi samoistnej, i błądzili po wydeptanych ścieżkach, obawiając się trzebić drogi nowe, któreby ich poza klasyczny świat wywiodły na szersze pole. Szekspir na szczęście swe był autodydaktem, uczył się tylko tyle, ile było potrzeba, aby geniusz jego spotężniał, nie pozbywając się samoistności. Z równą odwagą, jak tu z Iliadą, postępował sobie ze wszelkim materyałem, jaki mu wpadł w ręce. Prawda czysto ludzka szła u niego wyżej nad wszelkie konwencyonalne warunki, nie znał reguł, nie czytał Arystotelesa, ani (co niebezpieczniejsza) Arystotelesowiczów, nie kształcił się na Plaucie i Senece, ale żył, oddychał piersią całą, patrzał na ludzi i żywcem ich brał na scenę, a mając do czynienia ze starożytnością najklasyczniejszą, przypuszczał, iż najpotężniejsi bohaterowie mieli skórę, kości, krew i mięso jak proste chłopy.
W Iliadzie też dojrzał Szekspir bardzo prostej historyi płochej dworki, która się gładkiemu gachowi od męża uwieść dała i nazwał ubóstwioną Helenę, tak, jak zasługiwała, Parysa zaś łajdaczyną, który sobie lekką kobiecinę upodobał, naostatek Menelausowi dał przydomek, jaki mu należał. Cała Ilias zaraz się przez to wyjaśniła, i stała ludzką sprawą, do której bogów nie potrzeba było mieszać. Wyszli na ludzi Ajaxy, Hektory, Patrokle; ale że ich rycerski obyczaj starożytny mało był poecie znany, dał im łatwiejszą barwę średniowiecznych szlachciców. O ana- i parachronizmy nigdy Szekspir nie troszczył się zbytnio, i tu więc ich podostatek, a mimo to, bodaj tak poprzebierani Homerowi bohaterowie, nie lepiej dają zrozumieć owe czasy, niż parafrazy szumne uczonych komentatorów.
Sama baśń o Troilusie i Kressydzie, pod którą się kryje Homerowa Briseis, dziwne przechodziła koleje, nim się do Szekspira dostała.
W pierwszem wydaniu dramat ma tytuł:
„Sławna historya Troilusa i Kressydy, doskonale wyrażająca początek ich miłostek, wraz ze zręcznem pośrednictwem Pandarusa, książęcia Licyi, napisana przez Wiliama Szekspira 1609 roku“[1].
Przy tem wydaniu znajduje się przedmowa wydawcy, warta odczytania:

Autor improwizowany do wiekuistego czytelnika.
Nowina!

„Wiekuisty czytelniku! Oto tu masz sztukę nową, której jeszcze na scenę nie wywleczono, której tłum nie klaskał w dłonie, a która, mimo to, wyżej stoi nad wszelkie palmy komiczne. Zrodziła się ona z mózgu, który nigdy nadaremnie komicznego nie przedsiębrał dzieła. Gdyby tylko komedya płochy swój tytuł zmieniła na nazwanie publicznego obowiązku, gdyby scena się zwała trybunałem, ujrzelibyście wszystkich tych wszelkich cenzorów, którzy teraz ją mają za rzecz poślednią, bieżących tłumnie, dla popisu z własną powagą, widzielibyście ich cisnących się, szczególnie na komedye tego autora, które są tak dobrze do życia zastosowane, że mogą służyć za komentarze najpraktyczniejsze wszystkim czynom żywotów naszych; a objawiają taką bystrość i taką dowcipu potęgę, że się największym nieprzyjaciołom teatru podobać umieją. Ludzie prozaiczni, najociężalsi, najbardziej ograniczeni, najnieczulsi na dowcipy komedyi, którzy na odgłos o nich przyszli na przedstawienia, znaleźli w nich dowcip, jakiego w sobie nigdy nie znali, wyszli z nich dowcipniejszymi niż przyszli, czując uwięzłe w mózgu ostrza tego dowcipu, które w nim nie zdawały się módz nawet pomieścić. Jest w tych komedyach sól tak smakowita, że się zdają dla przedziwności swej zrodzone w morzu, z którego Wenus na świat wyszła. Wśród nich dowcipniejszej niema nad tę; gdybym czas miał, napisałbym do niej komentarz, nie dlatego (bo to niepotrzebne) abym dowiódł, żem darmo nie wydał grosza na nią, lecz żeby wskazać całą wartość, jaką nawet taki biedaczysko jak ja, znaleźć w niej może. Zasługuje ona na tę pracę, równie jak najlepsza komedya Terencyusza lub Plauta.
„I sądzę, że gdy autora nie stanie, gdy wydania komedyi jego się wyczerpią, rozrywać będą ich egzemplarze i umyślnie dla nich ustanowią inkwizycyę w Anglii. Niech to będzie przestrogą; w imię twojej przyjemności i twego rozsądku, nie odpychaj i nie gardź tem dziełem dlatego, że go tchnienie zaswędzone tłumu nie splugawiło; podziękuj raczej fortunie, która się nastręcza, bo gdyby sztukę przyszło dostawać za pozwoleniem jej wielkich właścicieli, musiałbyś, sądzę, długo ich prosić, a wasby nie proszono. Zatem tym, którzy nie będą radzi, daję już pokój, zważywszy stan ich głowy-Vale“.
W tymże roku Troilusa i Kressydę przedstawiono na teatrze Globe i wydawcy kazali dodrukować tytuł nowy, na którym wzmiankę o tem uczyniono[2].
Sztukę trudno było podciągnąć pod jakąś klasyfikacyę; w przedmowie zowie się ona komedyą (Comedy), na tytule jest historyą (dramatem historycznym), a w wydaniu zbiorowem 1623 roku umieszczono ją między tragedyami, chociaż do tego tytułu najmniej podobno ma prawa. Należałoby chyba nową dla sztuk Szekspira stworzyć klasyfikacyę, według Gerstenberga, a raczej Poloniusa w Hamlecie i nazwać Troilusa i Kressydę tragi-komedyą historyczną. Czas, w którym poeta stworzył tę fantazyę, wskazywać się zdaje granie jej na scenie; należy ona do ostatniego peryodu działalności Szekspira. Znawcy widzą w niej ślady dwukrotnego przerabiania, jak w Hamlecie i Romeo i Julii. Nierówność stylu, języka różność, budowa wiersza, na domysł ten naprowadzają.
Dziennik Henslowe’a, wspomina Dekkera i Chettle „Troyles and Cresseda“, której tytuł właściwy był Agamemnon.
W roku 1602—3 „Lord Chamberlain’s Servants“ grali tę czy inną sztukę pod tytułem podobnym. Za czasów Szekspira krążyła u ludu ballada tej samej treści.
Troilus w Homerze jest synem Pryama i sławnym koniarzem. Nazwisko to spotyka się potem u wielu poetów, w Horacyuszu, Auzoniuszu, Senece, w wielu późniejszych kompilatorach. Historya miłości Troilusa i Bryzeidy najdawniej znajduje się w pieśni trubadura Benoit de Saint Maur, z XII w.
Z tego poematu przerabiali powieść po włosku Guido Colonna, po francusku Raoul Lefebre, Caxton po angielsku, (The destruction of Troy, przekład z Lefebre). Przekształcił ją właściwym sobie sposobem Boccacius (XIV w.), Chaucer (XIV w.). Chaucer wykończył starannie niektóre sceny, szczególniej dowcipnie ubarwiając je, naprzykład, jak się córka Kalchasa dostała zakochanemu Troilusowi, nie bez wielkich zachodów ze strony Pandarusa. Szekspir, wnosząc z powolności Heleny, cale inaczej pojął obyczaje trojańskie i jego Kressyda wcale się z sobą nie droży, a usłużny Pandarus niewiele ma do czynienia. Bardzo ciekawem mogłoby być studyum nad wszystkiemi temi powieściami o Kressydzie, bo w każdej z nich jest ona inaczej pojętą i przedstawioną, i staje się typem zupełnie odmiennym.
Za Guidonem Colonna poszedł angielski autor: „The destruction of Troy, or Troy-Boke“ historyi wydanej po raz pierwszy w roku 1513, a z niego, jak się zdaje, lub ze źródła, które się na niem opierało, Szekspir wziął kilka szczegółów.
Wszystkie te „źródła“, jeśli je tak nazwać się godzi, do których należy dołączyć i samą Iliadę, tłómaczoną już na język angielski przez Chapmana, są to tylko suche drzazgi, które Szekspir przyoblekał w ciało, ze swobodą najzupełniejszą. Goethe broni poetę naszego od zarzutu dobrowolnej, umyślnej parodyi; Heine waha się i nie wie, do jakiego rodzaju ma zaliczyć to osobliwe dzieło. Jest to po prostu swobodne tłómaczenie Iliady, z języka bogów na ludzki i sprowadzenie epopei z niebios na ziemię. Poeta w postępowaniu Parysa, w lekkości Heleny, dostrzegł zepsucia obyczajów i rozpuszczenia, które dosadnemi barwami odmalował; przez nie Troja upaść musiała; maluje po swojemu przyczyny jej zagłady. Tak samo rozterki Greków, ich próżność, samolubstwa, rywalizacye o sławę, tłómaczą, dlaczego przez lat tyle pod murami jednego grodu, zdobyć go nie mogąc, leżeli. Męstwo osobiste i sławne boje rycerzy nie zaślepiają poety; po za niemi widzi on świat ten, jakim był i odwzorowuje go wedle praw powszechnych ludzkiej natury. Raz wszedłszy na tę drogę, trudno się było oprzeć chętce odarcia nieco bohaterów z ich pożyczanej i przez wieki na ludziach dobrodusznych zdobytej wielkości. Szekspir tem nielitościwiej obchodzi się z wielkiemi imiony, im bałwochwalstwo bezmyślne świetniej je przystroiło. W początkach swojego zawodu, gdy pisał Wenerę i Adonisa, nie byłby się na to ważył Szekspir, w ostatnich latach zwyciężywszy pedantów mógł sobie pozwolić tej małej pomsty nad nimi.




OSOBY:

Pryam, król trojański.

Hektor,   jego synowie.
Troilus,
Parys,
Deifobus,
Helenus,
Eneasz,   wodzowie trojańscy.
Antenor,

Kalchas, trojański kapłan, stronnik Greków.
Pandarus, stryj Kressydy.
Margarelon, naturalny syn Pryama.
Agamemnon, naczelnik Greków.
Menelaus, brat jego.

Achilles,   dowódzcy Greków.
Ajax,
Ulisses,
Nestor,
Diomedes,
Patroklus,

Tersytes, Grek niekształtny i nieokrzesany.
Alexander, sługa Kressydy.
Słudzy Troilusa, Diomedesa, Parysa.
Helena, żona Menelausa.
Andromacha, żona Hektora.
Kassandra, córka Pryama, wieszczbiarka.
Kressyda, córka Kalchasa.
Trojańscy i greccy Żołnierze, Służba.

Scena w Troi i w obozie greckim pod murami miasta.


TROILUS I KRESSYDA.

PROLOG (w zbroi).

Scena jest w Troi. Greckich wysp książęta,
Których krew dumną rozpaliła zemsta,
Do Aten swoje wyprawili nawy
Ładowne wojskiem i morderczą bronią.
Sześćdziesiąt dziewięć głów koronowanych
Z Ateńskich brzegów do Troi ruszyło,
Ślubując miastu ostatnią zagładę,
Gdzie Parys trzyma w objęciach Helenę,
Porwaną żonę króla Menelaja;
Taki był powód tej zażartej wojny.
Już są w Tenedos; już ciężkie ich nawy
Na brzeg rzuciły wojenny ładunek.
Świeża, nietknięta jeszcze grecka armia
Na polach Troi rozbija namioty,
Kiedy Pryama miasto sześciobramne —
Dardan, Tymbria, Ilias i Chetas,
Antenorides, a szósta Trojańska —
W olbrzymich klamrach, olbrzymią zasuwą
Trojańskich synów w swych murach zamyka.
Oczekiwanie łechcąc krzepkie duchy
Jednych i drugich, Trojanów i Greków,
Na niebezpieczną wyprowadza walkę.
I ja, choć Prolog, występuję zbrojny[3],

Nie, żebym zbytnią pokładać miał ufność
W poety piórze, albo grze aktorów,
Lecz by wystąpić zgodnie z treścią dzieła,
By was uprzedzić, łaskawi widzowie,
Że sztuka nasza przeskakuje wojny
Cały początek i w środku zaczyna,
Zbierając wszystko, co w tym krwawym sporze
Poeta w sztuce jednej streścić może.
Chwalcie lub gańcie wedle waszej woli:
Złe albo dobre, to wojny jest kolej.




AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Troja. Przed pałacem Pryama.
(Wchodzą: Troilus w zbroi i Pandarus).

Troilus.  Gdzie jest mój giermek? pragnę się rozbroić.
Po co mi walczyć za murami Troi,
Gdym w mieście samem krwawą znalazł bitwę?
Niech ten, co panem swojego jest serca,
Do boju leci. Troil stracił swoje.
Pandarus.  Czy się te skargi nigdy nie zakończą?
Troilus.  Silni są Grecy; ich siła ćwiczona;
Z nauką dzielni, z dzielnością wytrwali,
Kiedym ja słabszy jest od łez niewieścich,
Od snu lękliwszy, od prostoty głupszy,
Nie waleczniejszy od dziewic w ciemności,
A nie ćwiczeńszy od słabych niemowląt.

Pandarus.  No, już ci się dosyć o tej sprawie nagadałem i nie chcę się mieszać do niej na przyszłość. Kto chce jeść bułkę z pszenicy, musi wprzód czekać na mlewo.
Troilus.  Czy nie czekałem?
Pandarus.  Na mlewo; lecz czekać jeszcze musisz na pytlowanie.
Troilus.  Czy nie czekałem?
Pandarus.  Jeśli czekałeś na pytlowanie, to musisz czekać i na zakis.
Troilus.  Ciągle czekałem.
Pandarus.  Na zakis; ale to nie koniec; idzie potem zagniecenie, ulepienie bułki, rozgrzanie pieca i upieczenie; a w dodatku trzeba ci także czekać na ostygnienie, jeżeli nie chcesz sobie gęby poparzyć.
Troilus.  Cierpliwość sama, chociaż jest boginią,
Z mniejszem ode mnie boleść znosi męstwem.
Kiedy zasiadam przy stole Pryama,
A na myśl piękna przyjdzie mi Kressyda —
Co? przyjdzie? Zdrajco, kiedyż z niej wybiega?
Pandarus.  A wczora w wieczór wydawała mi się piękniejszą niż kiedykolwiek, niż jakakolwiek inna kobieta.
Troilus.  Chciałem powiedzieć, że gdy moje serce
Od westchnień prawie na dwoje się pęka,
By przed Hektorem, skryć przed ojcem żałość,
Jak słońce burzę promieniem złocące,
W marszczkach uśmiechu westchnienia grzebałem;
W radości pozór owite cierpienia
Są jak śmiech, który los na łzy przemienia.
Pandarus.  Gdyby jej włosy nie były trochę ciemniejsze od włosów Heleny, choć mniejsza o to, nie byłoby porównania między temi dwiema kobietami. Ale że to moja krewna, nie chciałbym, jak to powiadają, trąbić jej pochwał. Chciałbym tylko, żeby kto mógł, tak jak ja wczoraj, przysłuchać się jej rozmowie. Nie mam zamiaru uwłaczać dowcipowi twojej siostry Kassanddry, ale —
Troilus.  Pandarze, słuchaj! słuchaj mnie, Pandarze!
Kiedy ci mówię, że tam zatopione
Moje nadzieje, nie licz w odpowiedzi,
Na ile sążni głęboko zapadły.
Gdy mówię: miłość jej mąci mi rozum,
Ty w odpowiedzi dodajesz: jak piękna!
Potem do żywej serca mego rany
Przykładasz włos jej, oczy, lica, mowę,
Słowami rękę poruszasz jej, rękę,
Przy której wszelka białość atramentem,
Zapisującym własną swoją hańbę,
Przy której tknięciu szorstki puch łabędzi,
Jak dłoń oracza twarde każde czucie.
Ty mi to mówisz — mówisz tylko prawdę,
Gdy mówisz, że ją z całej duszy kocham;
Ale tak mówiąc, miast kropli balsamu,
Do ran miłości w sercu zakrwawionem
Nóż jeszcze wciskasz, co te rany zadał.
Pandarus.  Mówię tylko prawdę.
Troilus.  I to nie całą.
Pandarus.  Wierzaj mi, nie chcę się do tej sprawy mieszać. Niech sobie będzie, jak jest: jeśli piękna, tem lepiej dla niej; jeśli nie piękna, ma na to lekarstwo we własnych rękach.
Troilus.  Dobry Pandarze, co mówisz, dobry Pandarze?
Pandarus.  Na zapłatę wszystkich moich zachodów dostałem tylko kłopot. Źle sądzony przez nią, źle sądzony przez ciebie, biegałem od jednego do drugiej, lecz liche dzięki za fatygę.
Troilus.  Jakto? Gniewasz się, Pandarze, gniewasz się na mnie?
Pandarus.  Dlatego że to moja krewna, to nie jest tak piękna jak Helena; a gdyby nie była moją krewną, to byłaby tak piękną w piątek jak Helena w niedzielę. Ale czy ja dbam o to? Niech sobie będzie czarna jak murzynka, wszystko mi to jedno.
Troilus.  Alboż mówię, że nie jest piękną?
Pandarus.  Mów albo nie mów, nie troszczę się o to. Głupia, że za ojcem nie poszła. Niech sobie idzie do Greków; dam jej tę radę przy pierwszem widzeniu. Co do mnie, nie chcę się więcej do sprawy tej mieszać; nie myślę się nią zajmować.
Troilus.  Pandarze —
Pandarus.  Nie ja.
Troilus.  Słodki Pandarze —
Pandarus.  Proszę cię, nie mów do mnie więcej! Zostawię wszystko, jak znalazłem, i na tem koniec.

(Wychodzi. — Alarm).

Troilus.  Zmilknijcie krzyki! Zmilknij, dzika wrzawo!
Głupcy stron obu! Jakżeby Helena
Piękną nie była, kiedy ją codziennie
Tak krwią najczystszą waszą malujecie.
Lecz ja nie mogę w sprawie takiej walczyć:
Dla mojej szabli za lichy to przedmiot.
Lecz Pandar — bogi, jakże mnie dręczycie!
Pandar mnie tylko do niej zbliżyć może,
A tak mi trudno pomoc jego zyskać,
Jak prośbą czystość jej upartą zwalczyć.
Przez pamięć Dafny, powiedz mi, Apollo,
Czem jest Kressyda, czeta ja, czem Pandarus?
Łożem jej Indye; tam drzymie ta perła;
Pomiędzy Troją naszą a jej ziemią
Toczą się fale burzliwego morza.
Ja kupcem jestem, Pandarus okrętem,
Moje niepewne niosącym nadzieje.

(Alarm. — Wchodzi Eneasz).

Eneasz.  Troilu, czemu nie na placu boju?
Troilus.  Bom tu jest. Dobra niewieścia odpowiedź,
Gdy rzecz niewieścia stać w dali od bitwy;
Jakie nam z pola przynosisz nowiny?
Eneasz.  Parys powrócił ranny.
Troilus.  A przez kogo?
Eneasz.  Przez Menelaja.
Troilus.  Niechże mu krew płynie!
Nie dziw, że ranny z takim walcząc wrogiem:
Parysa przebił Menelaj swym rogiem. (Alarm).
Eneasz.  Co tam za tańce!
Troilus.  Jabym tu miał lepszy,
Gdybym potrafił chcę na mogę zmienić.
Ale czy wracasz do tańca na polu?
Eneasz.  Bez żadnej zwłoki.
Troilus.  To pójdziemy razem.

(Wychodzą).
SCENA II.
Troja. Ulica.
(Wchodzą: Kressyda i Alexander).

Kressyda.  Kto nas wyminął?
Alexander.  Hekuba z Heleną.
Kressyda.  Gdzie tak śpieszyły?
Alexander.  Do wschodniej szły bramy,
Która nad całą panuje doliną,
Przyjrzeć się bitwie. Hektora cierpliwość,
Silna jak cnota, zachwiała się dzisiaj:
Uderzył giermka, zgromił Andromachę,
I jakby w wojnie gospodarka była,
Przed świtem jeszcze lekką przywdział zbroję,
Na pole wybiegł, a tam, każdy kwiatek,
Jak prorok jaki, płakał w przewidzeniu
Skutków wściekłości jego.
Kressyda.  Skąd ta zmiana?
Alexander.  Taka wieść biega: Jest między Grekami
Mąż krwi trojańskiej, Hektora synowiec,
Zowią go Ajax.
Kressyda.  Dobrze, i cóż dalej?
Alexander.  Mówią, że mąż ten dzielny w swojej sile
Sam jeden stoi.

Kressyda.  Jak każdy inny, co nie pijany i nie chory, a ma nogi.
Alexander.  Mąż ten, pani, niejedno okradł zwierzę z właściwych mu przymiotów. Jest jak lew waleczny, nieokrzesany jak niedźwiedź, jak słoń powolny; mąż, w którym natura tak pomieszała humory, że jego odwaga zarywa szaleństwa, a jego szaleństwo zaprawne mądrością. Niema ludzkiej cnoty, którejby nie miał poszlaki, ani ludzkiej wady, którejby nie nosił na sobie plamki: to melancholiczny bez przyczyny, to mimo woli wesoły: ma spryt do wszystkiego, ale wszystko tak robi niesprytnie, że czysty z niego podagryczny Bryareusz: rąk co nie miara, a żadnego z nich użytku; albo krótkowidzący Argus: ócz bez liku, a ślepy.
Kressyda.  Ale jakże ten człowiek, który we mnie uśmiech tylko budzi, mógł rozgniewać Hektora?
Alexander.  Powiadają, że wczoraj zwiódł bój z Hektorem i powalił go o ziemię. Upokorzenie i wstyd odtąd ani jeść ani spać Hektorowi nie pozwoliły.

(Wchodzi Pandarus).

Kressyda.  Kto się tu zbliża?
Alexander.  Stryj twój, pani, Pandarus.
Kressyda.  Hektor, mąż to waleczny.
Alexander.  Ile nim być można na tej ziemi.
Pandarus.  O czem tu mowa? o czem tu mowa?
Kressyda.  Dzień dobry, stryju.
Pandarus.  Dzień dobry, Kressydo; o czemże to rozmawiacie? dzień dobry, Alexandrze. Jakże zdrowie, synowico? Kiedy byłaś w Ilium?[4]
Kressyda.  Dziś rano, stryju.
Pandarus.  O czemże rozmawialiście, gdy nadszedłem? Czy Hektor był zbrojny i już wybiegł, nim przyszłaś do Ilium? Helena jeszcze nie wstała, czy nieprawda?
Kressyda.  Hektor już wyszedł, a Helena jeszcze nie wstała.
Pandarus.  Tak myślałem. Hektor nie zaspał dzisiaj.
Kressyda.  O tem właśnie mówiliśmy i o jego gniewie.
Pandarus.  Czy był w gniewie?
Kressyda.  Przynajmniej, jak on powiada.
Pandarus.  Prawda, był w gniewie, wiem nawet dlaczego. Będzie on tam kosił w około siebie, mogę im to przepowiedzieć; a jest tam i Troilus, który nie bardzo daleko z tyłu za nim zostanie; niechże się strzegą Troila, i to im mogę zalecić.
Kressyda.  Co? czy i on także w gniewie?
Pandarus.  Kto? Troilus? Troilus z nich dwóch waleczniejszy.
Kressyda.  O, Jowiszu! niema porównania.
Pandarus.  Co? niema porównania pomiędzy Troilem a Hektorem? Czy możesz poznać człowieka na pierwszy rzut oka?
Kressyda.  Bardzo łatwo, jeśli go widziałam wprzódy i znałam.
Pandarus.  Więc dobrze, ja powiadam, że Troilus jest Troilus.
Kressyda.  Mówisz to samo, co i ja mówię, bo i ja jestem pewna, że to nie Hektor.
Pandarus.  Jak Hektor nie jest Troilem pod pewnym względem.
Kressyda.  Żeby każdemu oddać sprawiedliwość, każdy jest samym sobą.
Pandarus.  Samym sobą? Ach, biedny Troilus! Dałby Bóg, żeby był samym sobą!
Kressyda.  Jest nim.
Pandarus.  Żeby nim został, poszedłbym boso do Indyi.
Kressyda.  Nie jest przecie Hektorem.
Pandarus.  Samym sobą? Nie jest on samym sobą. Chciałbym, żeby był samym sobą! Ale cóż robić; bogowie są nad nami; czas naprawi albo zdławi. Więc dobrze — Troilus — dobrze, dobrze — chciałbym, żeby moje serce w jej było piersiach! — Nie, Hektor nie lepszy od Troila.
Kressyda.  Przebacz!
Pandarus.  Starszy, to prawda.
Kressyda.  Przebacz, przebacz!
Pandarus.  Drugi jeszcze lat tych nie doszedł; ale zaśpiewasz mi inną o nim piosenkę, gdy lat tych dojdzie. Nie tego roku będzie miał Hektor jego dowcip.
Kressyda.  Nie potrzeba mu go, póki ma swój własny.
Pandarus.  Ani jego przymiotów.
Kressyda.  Mniejsza o nie.
Pandarus.  Ani jego urody.
Kressyda.  Nie byłaby mu do twarzy; lepsza jego własna.
Pandarus.  Nie masz zdrowego sądu, synowico. Sama Helena przysięgała, dni temu kilka, że Troilus, jak na bruneta — bo jest brunet, muszę przyznać — choć nie brunet —
Kressyda.  Ale brunet.
Pandarus.  Na uczciwość, żeby powiedzieć prawdę, brunet i nie brunet.
Kressyda.  Żeby powiedzieć prawdę, prawda i nieprawda.
Pandarus.  Przenosiła jego cerę nad cerę Parysa.
Kressyda.  Parys przecie dosyć ma kolorów.
Pandarus.  I on też.
Kressyda.  Więc Troilus ma ich za wiele; jeżeli go przenosiła nad Parysa, cera jego musi być rumieńsza, a że jeden dosyć ma kolorów, a drugi ma ich więcej, zbyt to płomienista pochwała dla dobrej cery. Brakowałoby tylko, żeby złoty język Heleny wychwalał Troila, że ma nos miedziany.
Pandarus.  Przysięgam ci, że jak myślę, Helena kocha go więcej, niż Parysa.
Kressyda.  Jeśli to prawda, to wesoła z niej Greczynka.
Pandarus.  Jestem tego pewny. Zbliżyła się do niego ostatnią razą we framudze okna i — wiesz, że nie ma więcej, jak trzy lub cztery włosy na brodzie —
Kressyda.  To pod tym przynajmniej względem arytmetyka szynkarczyka bez trudnościby znalazła sumę jego jednostek.
Pandarus.  To prawda, że jeszcze młody, a przecie nie dostaje tylko trzy funty, żeby uniósł ten sam ciężar, co brat jego Hektor.
Kressyda.  Co? tak młody, a już tak stary unosiciel?
Pandarus.  Otóż, żeby ci dowieść, że go Helena kocha, wyobraź sobie, zbliża się do niego i kładzie mu swoją białą rączkę na rozłupanym podbródku —
Kressyda.  Zmiłuj się nad nami, Junono! a któż mu go rozłupał?
Pandarus.  Ach, wiesz przecie, że ma dołki. Mojem zdaniem jego uśmiech lepiej mu do twarzy, niż komukolwiek w całej Frygii.
Kressyda.  O, uśmiecha się walecznie!
Pandarus.  Czy nieprawda?
Kressyda.  Wielka prawda; powiedziałbyś, że to chmura w jesieni.
Pandarus.  A więc dobrze. Teraz, żeby ci dowieść, że Helena kocha Troila —
Kressyda.  Możeby i Troilus chciał dowieść twojego dowodzenia.
Pandarus.  On dba o nią tyle, co ja o zgniłe jaje.
Kressyda.  Jeśli tak lubisz zgniłe jaja jak zgniłków, to nieraz jesz kurczęta w skorupie.
Pandarus.  Nie mogę się wstrzymać od śmiechu, gdy sobie przypomnę, jak go łechtała pod brodę. Niema co powiedzieć, dziwnie białą ma rączkę, muszę wyznać.
Kressyda.  A bez przymusu.
Pandarus.  Aż tu nagle odkrywa biały włos na jego brodzie.
Kressyda.  Ach, biedna broda! Niejedna brodawka jest od niej bogatsza.
Pandarus.  Dopieroż tam było śmiechu! Królowa Hekuba tak się śmiała, że oczy jej kipiały.
Kressyda.  Młyńskimi kamieniami.
Pandarus.  Śmiała się także Kassandra.
Kressyda.  Ale mniejszy był ogień pod garnuszkiem jej oczu. Czy i jej oczy kipiały?
Pandarus.  I Hektor śmiał się.
Kressyda.  Ale cóż wywołało wszystkie te śmiechy?
Pandarus.  Co? Biały włos, który Helena znalazła na brodzie Troila.
Kressyda.  Gdyby to był włos zielony, to i jabym się śmiała.
Pandarus.  Mniej jednak śmiano się z białego włosa, niż z jego pięknej odpowiedzi.
Kressyda.  A cóż to była za odpowiedź?
Pandarus.  Mówi ona: „Jest tylko pięćdziesiąt dwa włosy na twojej brodzie, a jeden z nich biały“.
Kressyda.  To jej pytanie?
Pandarus.  Prawda, o to nie pytaj. „Pięćdziesiąt dwa włosy, odrzecze, a jeden z nich biały? Ten włos biały, to mój ojciec, a wszystkie inne, to jego synowie“. — „Jowiszu, mówi ona, a któryż z nich jest Parys, mój małżonek?“ — „Rosochaty, odpowiedział, wyrwij i daj mu go“. Dopieroż było tam śmiechu! a Helena tak się zaczerwieniła, a Parys tak się sierdził, a wszyscy inni tak się śmieli, że to przechodzi wszystko.
Kressyda.  Niechże i historya ta przejdzie, bo dość już długo wędruje.
Pandarus.  Chętnie, synowico. Myśl o tem, co ci powiedziałem wczora.
Kressyda.  Myślę.
Pandarus.  Przysięgam, że to prawda. Płacze z twojej przyczyny, jakby się w kwietniu urodził.
Kressyda.  Ja też w jego łzach urosnę, jak pokrzywa w maju.

(Słychać znak odwrotu).

Pandarus.  Słuchaj! Wracają z pola bitwy. Czy chcesz się zatrzymać, aby im się przyjrzeć w powrocie do Ilium? Dobra synowico, zostań, słodka synowico, Kressydo.
Kressyda.  Jak ci się podoba.
Pandarus.  Tu, tu, doskonałe jest miejsce; tu będziemy mogli widzieć przewybornie; będę ci ich nazywał po imieniu w przechodzie, tylko uważaj Troila przed wszystkimi. (Przechodzi Eneasz).
Kressyda.  Mów ciszej!
Pandarus.  To jest Eneasz. Czy nie wspaniały wojownik? To jeden z kwiatów trojańskich, mogę ci zaręczyć. Lecz uważaj Troila, za chwilę go zobaczysz.
Kressyda.  A to kto jest? (Przechodzi Antenor).
Pandarus.  To Antenor. Bystry u niego dowcip, możesz mi wierzyć, i na waleczności mu nie zbywa. To mąż najzdrowszego rozsądku w całej Troi, a do tego i urodziwy. Kiedyż nadejdzie Troilus? Pokażę ci Troila niebawem. Byle mnie spostrzegł, zobaczysz, jak kiwnie na mnie głową.
Kressyda.  Kiwnie nad tobą głową, stryju?
Pandarus.  Zobaczysz.
Kressyda.  Uczciwe serce! Nic bez powodu. (Przechodzi Hektor).
Pandarus.  A, to jest Hektor, to, to, patrz tylko, to. To mi zuch dopiero! Bóg z tobą, Hektorze! — To mi waleczny żołnierz, synowico. — O, waleczny Hektorze! Patrz, co za spojrzenie, co za mina! Czy nie okazały to człowiek?
Kressyda.  Dzielny wojownik!
Pandarus.  Czy nieprawda? Aż się miło robi na sercu. Patrz tylko, jak jego hełm posiekany; czy widzisz? Patrz tylko! To nie są żarty; to mi się nazywa przyłożyć ręki; niech mu teraz kto odejmie, jak to powiadają. A, to mi nasiekanie!
Kressyda.  Od szabli? (Przechodzi Parys).
Pandarus.  Od szabli! od czego zechcesz, to wszystko jedno dla niego. Choćby sam dyabeł wsiadł na niego, to mu rzecz obojętna. Na bożą źrenicę, na taki widok miło mi się robi na sercu. — Tam idzie Parys, tam idzie Parys, tam idzie Parys! Patrz tam, synowico. Czy nie piękny i to wojownik? jak ci się zdaje? Wspaniałe widowisko! Któż to powiedział, że wraca ranny do domu? Nie ranny; wielkie szczęście! uraduje się serce Heleny. Jakbym pragnął zobaczyć teraz Troila! Niebawem zobaczysz Troila. (Przechodzi Helenus).
Kressyda.  A to kto?
Pandarus.  To jest Helenus. Nie pojmuję, co się zrobiło z Troilem. To jest Helenus.
Kressyda.  Czy może Helenus walczyć, stryju?
Pandarus.  Helenus? — Nie — tak — może walczyć niezgorzej. Nie pojmuję, gdzie się obraca Troilus. Cicho! Czy nie słyszysz, jak lud wykrzykuje: Troilus! Helenus jest kapłanem. (Przechodzi Troilus).
Kressyda.  Cóż to za chłystek się zbliża?
Pandarus.  Gdzie? tam? To Deifobus. A to jest Troilus; to mi człowiek, synowico. Hm, dzielny Troilus! Książę rycerzy!
Kressyda.  Cicho! wstydź się, cicho!
Pandarus.  Uważaj go, przyjrzyj mu się. O, waleczny Troilus! Otwórz tylko oczy, synowico. Patrz, jak miecz jego zakrwawiony, a hełm jego straszniej posiekany od przyłbicy Hektora. A co za spojrzenie! co za chód! Cudowny młodzieniec! A jeszcze dwadzieścia trzy nie skończył! Bóg z tobą, Troilu, Bóg z tobą! Gdybym miał siostrę Gracyę, lub córkę Boginię, dałbym mu do wyboru. Cudowny człowiek! — Parys? Parys przy nim błoto, i zaręczam, że Helena pomieniałaby się chętnie i dorzuciłaby w dodatku garść złota.

(Przechodzi wojsko).

Kressyda.  Nadchodzi więcej!
Pandarus.  Osły, błazny, głupcy! Słoma i otręby, słoma i otręby! Rosół po obiedzie. Chciałbym żyć i umierać, patrząc na Troila. Nie poglądaj dłużej! nie poglądaj dłużej! Orły już przeleciały; to same tylko wrony i kawki, wrony i kawki! Wolałbym być takim jak Troil mężem, niż Agamemnonem i całą Grecyą.
Kressyda.  Jest jednak między Grekami Achilles, dzielniejszy od Troila rycerz.
Pandarus.  Achilles? To furman, tragarz, to czysty wielbłąd.
Kressyda.  Dobrze, dobrze.
Pandarus.  Dobrze, dobrze? Czy masz ty choć trochę sensu? Czy masz ty oczy? Czy wiesz ty, co to jest człowiek? Czy urodzenie, piękność, dobra mina, wymowa, męskość, nauka, łagodność, cnota, młodość, szczodrobliwość i t. d. nie są imbirem i solą zaprawiającą człowieka?
Kressyda.  Może jakiego ciastucha, żeby go potem wypiec na montową bułeczkę i z pieca dobyć piecuchem.
Pandarus.  Co za dziwna z ciebie kobieta! Ani zgadnąć, gdzie twój puklerz.
Kressyda.  W moich plecach, żeby bronić mojego brzucha; w moim dowcipie, żeby bronić moich fortelów; w mojej oględności, żeby bronić mojej osoby; w mojej masce, żeby bronić mojej piękności; a w tobie, żeby bronić tego wszystkiego; przy tylu puklerzach mam jeszcze tysiąc innych strażników.
Pandarus.  Wymień mi jednego z twoich strażników.
Kressyda.  Mam się dosyć na straży, aby się nie wygadać, i to jest najpierwszy z moich strażników. Jeśli się nie mogę ustrzedz, aby mnie nie pchnięto, gdziebym nie chciała, mogę się przynajmniej ustrzedz, aby ci nie powiedzieć, jak dostałam to pchnięcie, chyba że puchlina zbyt będzie wydatna, a wtedy i straż już niepotrzebna.
Pandarus.  Co za dziwna z ciebie kobieta! (Wchodzi Paź Troilusa).
Paź  Mój pan chciałby natychmiast mówić z tobą, panie.
Pandarus.  Gdzie?
Paź.  W twoim domu, panie, gdzie się rozbraja.
Pandarus.  Powiedz mu, paziu, że przyjdę niebawem. (Wychodzi Paź). Lękam się, żeby nie był ranny. Bądź zdrowa, dobra synowico.
Kressyda.  Żegnam cię, stryju.
Pandarus.  Zobaczymy się za chwilę.
Kressyda.  A przyniesiesz mi, stryju —
Pandarus.  Zadatek miłości Troila (wychodzi).
Kressyda.  A ten zadatek zrobi cię — rajfurem.
Słowa, przysięgi, prezenta i jęki,
Wszystko przynosi z innego poręki;
Stokroć w nim więcej sama widzę blasku,
Niż w bladym pochwał Pandara obrazku.
Milczę, bo bóstwem dziewka upragniona,
Lecz z posiadaniem radość duszy kona.
Kochanka nie wie nic, gdy nie wie o tem,
Że czego pragną, jest dla mężczyzn złotem;
Szczęśliwa miłość dać tego nie może,
Co żądza daje klęczącym w pokorze.
To jest więc pierwszym miłości pewnikiem:
Mieć, jest być panem; chcieć, być niewolnikiem.
Choć więc w mem sercu miłości żar tleje,
Nie zdradzą oczy, co się w duszy dzieje. (Wychodzi).

SCENA III.
Obóz grecki.
(Przy odgłosie trąb wchodzą: Agamemnon, Nestor, Ulisses, Menelaus i inni).

Agamemn.  Dostojni książęta,
Od jakiej troski lica wam pożółkły?
Rozległe plany, w nadziei poczęte,
Wszystkich przedsięwzięć człowieka na ziemi
Nigdy w swej całej nie iszczą się pełni.
Im większe dzieło, tem klęsk, zawad więcej;
Jak sęki z biegiem oskoły tworzone
Garbacą smukłej sosny kształtną postać,
Skręcają włókna w górę strzelające.
Cóż więc dziwnego, że i nas zawiodły
Nasze nadzieje, że trojańskie mury
Stoją po siedmiu latach oblężenia,

Gdy wszystkie czyny upłynionych wieków,
Których nam pamięć dzieje przechowały,
Nigdy w spełnieniu nie ziściły kształtów,
Jakie w poczęciu twórcza myśl im dała?
Czemuż was klęski nasze mają smucić?
Czemu z boleścią za hańbę bierzecie
To, co Jowisza próbą tylko było,
By nieugiętą w was odkryć wytrwałość?
Metalu tego nie jawi się czystość
W szczęścia uśmiechach, bo głupi i mądry,
Tchórz i waleczny, artysta i partacz,
Twardy i miękki, wszyscy w pomyślności
Jednej pozornie wydają się próby;
Lecz gdy zawyje przeciwności burza,
Wachlarz jej wszystko co lekkie, odwieje,
Zostanie tylko masa pełna treści,
Bogata w wartość, niezmieszana z niczem.
Nestor.  Agamemnonie, pozwól Nestorowi
Z winnem potęgi twej poszanowaniem
Dopełnić myśli słów twoich ostatnich.
Tylko w nieszczęściu próbuje się serce.
Na cichem morzu, lada łódź, jak cacko,
Ślizga się śmiało po cierpliwej piersi,
Żegluje z nawą o bokach potężnych;
Lecz niech surowy rozdrażni Boreasz
Łagodną Tetys, a zobaczysz okręt
Olbrzymim bokiem siekący wód góry,
Jak Perseusza uskrzydlony rumak,
Pośród przestrzeni dwóch mokrych żywiołów.
Gdzie teraz łódka, co śmiała przed chwilą
Z dębem się mierzyć ścianą papierową?
Lub do bezpiecznej uciekła przystani,
Lub była jednym dla Neptuna kąskiem.
Tak i waleczność, pozorna lub szczera,
Tylko się w burzach fortuny objawia;
Kiedy jej słońce w całym świeci blasku,
Giez dręczy trzodę więcej niźli tygrys;
Ale gdy wicher ugina kolana

Sękatych dębów, gdy skryją się muchy,
Waleczne zwierzę, jak zbudzone burzą,
Sympatyzuje z groźną jej wściekłością,
I rykiem do jej tonu nastrojonym
Wściekłej fortunie odpowiada.
Ulisses.  Królu,
Ty Greków wodzu i nerwie i kości,
Sił naszych serce i ożywna duszo,
W którym się winny wszystkie myśli skupiać,
Słów moich słuchaj. Zaczynam od hołdu,
Który (do Agam.) twej mowie, wszystkich królów królu,
(Do Nestora) I twojej, wieku odziany powagą,
Słusznie należy. (Do Agam.) Słowa twoje godne,
By Greków ręką na śpiżu wyryte
Były nauką dla przyszłych pokoleń;
(Do Nestora) Jak twe są godne, dostojny Nestorze,
By w srebrze kute, powietrznym łańcuchem
Jak oś, na której świat się toczy, silnym,
Do wymownego twojego języka
Helenów uszy przybiły na zawsze.
Raczcie — jednakże — ty wielki — ty mądry —
Cierpliwie słuchać mowy Ulissesa.
Agamemn.  Królu Itaki, mów, bo się nie lękam,
Żeby czcze słowa, ciężkie a bez treści
Z twych ust płynęły, jak nie mam nadziei,
Żebym z zjadliwych Tersyta ust słyszał
Dźwięczną muzykę, dowcip lub wyrocznie.
Ulisses.  Na swych podstawach nie stałaby Troja,
A miecz wielkiego Hektora od dawna
Panaby nie miał, bez przeszkód następnych:
Powaga władzy poszła w zapomnienie;
Ile namiotów greckich na dolinie,
Tyle się pustych wyrodziło stronnictw.
Jeżeli namiot wodza nie jest ulem,
Gdzie każda pszczoła swą przynosi zdobycz,
Jak miodu czekać? Gdzie władz stopniowanie
Osłania maska, tam i najmniej godny
Z najzasłużeńszym pod maską się mierzy.

Toć niebo samo, planety i ziemia
Pilnują wiernie pierwszeństwa porządku,
Stopnia i miary, służby, kształtu, pory,
I nieodmiennej w biegu swoim drogi;
Dlatego słońce, ten jasny planeta,
Na szczytnym tronie wyżej innych siadło,
By jasnem okiem złych planet wpływ leczyć,
I bez oporu, wśród gwiazd złych i dobrych,
Swe panowanie rozciągnąć królewskie.
Lecz gdy planety grzeszną mieszaniną
W nieład papadną, jak potworne klęski!
Wokoło bunty; tu ziemia się trzęsie,
Tam ryczy morze, tu szaleją wiatry;
Groza i klęski burzą i druzgoczą
Małżeński pokój i jedność państw świętą.
Gdy się podstawy chwieje stopniowanie,
Które do wielkich czynów jest drabiną,
Marnieją wszystkie ludzkie przedsięwzięcia.
Jak stopnie szkolne, bractwa miast, jak handel,
Dalekie brzegi pokojem łączący,
Jak urodzenia i starszeństwa prawa,
Korony, berła, wieku przywileje,
Bez stopniowania jakżeby zdołały
Każde zatrzymać miejsce mu należne?
Znieś stopniowanie, spuść jedną tę strunę,
A słuchaj, straszny naokoło rozdźwięk!
Patrz, wojna wszędzie; zbuntowane fale
Podnoszą piersi nad brzegów zapory,
Zmieniają ziemię w jedno wielkie bagno;
Bezprawna przemoc słabości jest panią;
Dziki syn ojca własnego morduje;
Siła jedynem prawem jest, a raczej
Imię swe tracą prawo i bezprawie,
W których pośrodku sprawiedliwość mieszka.
Wszystko na jednym opiera się gwałcie,
Na samowoli gwałt, na żądzy wola;
A żądza, świata jeden wilk powszechny,
Przez samowolę i gwałt popierana,

Gdy wszystko zmieni na łup, wszystko połknie,
Musi nakoniec pożreć sama siebie.
Gdy stopniowanie, królu, pogrzebane,
Na grobie jego zamęt taki rośnie.
To stopniowania grzeszne zaniedbanie,
Pnąc się do góry, coraz niżej spada.
Swym gardzi wodzem, kto o szczebel niżej,
Sam od trzeciego z rzędu pogardzany,
I tak koleją każdy wojska stopień,
Idąc za śladem tego, który pierwszy
Śmiał stopniem sobie wyższego ohydzić,
Bladej zazdrości farbą się zaraził.
Przez tę jedynie febrę, nie swe siły
Troja na swoich stoi podwalinach,
Troja, by skończyć w słowach kilku, powiem,
Stoi chorobą naszą, nie swem zdrowiem.
Nestor.  Mądrze Ulisses chorobę nam odkrył,
Która zamysły wszystkie nasze łamie.
Agamemn.  Odkryłeś słabość, wskaż teraz lekarstwo.
Ulisses.  Wielki Achilles, który ludu głosem
Jest armii naszej nerwem i prawicą,
Swej chwały wietrznej krzykiem ogłuszony,
W swojej wartości przesadzonym sądzie,
Od dawna w własnym namiocie zamknięty,
Naszym się wszystkim urąga zamiarom.
Przy nim Patroklus, na leniwem łożu,
Dzień cały stroi nieprzystojne żarty,
Wszystkich szyderczym nicuje nas migiem,
Który potwarca zwie naśladowaniem.
Czasem przywdziewa godność twoją, królu,
I jak na scenie sierdzący się aktor,
Którego talent cały w ścięgnach leży,
Co z dumą słucha drewnianej rozmowy
Swych nóg, o deski sceny kołaczących,
Śmiesznej postawy przesadzonym ruchem
Śmie twój królewski przedrzeźniać majestat.
Głos jego niby dźwięk pękniętych dzwonów,
A wyrażenia tak wiatrem nadęte,

Że i w Tyfona ryczącego ustach
Byłyby tylko nędzną hiperbolą.
Na to zatęchłych błazeństw widowisko,
Ogromnem ciałem swojem gniotąc łoże,
Achilles z głębi swych piersi dobywa
To śmiechy głośne, to głośne oklaski,
Woła: „wybornie! żywy Agamemnon!
A teraz graj nam mądrego Nestora,
Jak Nestor chrząkaj i gładź sobie brodę,
Gdy się do jakiej perory zabierze“.
Ma, czego żądał; a naśladowanie
Tak wzoru blizkie jak dwie równoległe,
A tak podobne jak Wulkan i Wenus;
Boski jednakże Achilles wykrzyka:
„Wybornie! żywy Nestor! Daj go teraz,
Jak się przy nocnym uzbraja alarmie“.
Dopieroż śmiechy ze słabości wieku!
Kaszle i pluje; trzęsącą się ręką
Bez końca dłubie po spinkach swej zbroi,
A na ten widok umiera od śmiechu
Jego waleczność, woła: „skończ, Patroklu,
Lub mi stalowe daj żebra, inaczej
Od śmiechu pęknę!“ I takim zwyczajem
Nasze przymioty, kształty, charaktery,
Nasze zasługi, czyny i fortele,
Nasze rozkazy, przezorność i mowy,
By zagrzać wojsko, lub zawrzeć przymierze,
Tryumf i klęski, prawda i potwarze,
Wszystko treść daje ludzi tych szyderstwom.
Nestor.  Przykład tej pary, którą głos powszechny
Ukoronował, jak mówi Ulisses,
Niejedną duszę zatruł swoim jadem.
Toć Ajax także urósł w samowolę,
I głowę nosi z Achillesa dumą,
I jak Achilles w namiocie zamknięty,
Uczty wydaje buntownicze, szydzi
Z naszych rozkazów, śmiały jak wyrocznia
Szczuje Tersyta, tego niewolnika,

Który potwarze jak monetę kuje,
Żeby nas swoją żółcią z błotem mieszał,
Naszą powagę podkopał i zniszczył,
Mimo grożących wkoło niebezpieczeństw.
Ulisses.  Tchórzostwem zowią naszą politykę;
Z wojennych rachub mądrość chcą wykluczyć,
I tylko o tym trzymają wysoko,
Co działa ręką; gardzą przezornością:
Ciche, głębokie przymioty umysłu,
Nieprzyjacielskie ważącego siły,
Żeby obliczyć, ile rąk potrzeba,
By w dobrą porę wpaść, gdzie przynależy,
To dla nich palców nie warto kiwnięcia.
U nich to zwie się wojną alkierzową,
Dziełem piecuchów po mapach ślepiących;
Bo dla nich taran, który trzaska mury
Siłą zamachu i ciężaru skutkiem,
Lepszy od ręki, co taran stworzyła,
Lub od rozumu, co swoją bystrością
Kieruje ciosem ślepego narzędzia.
Nestor.  Jeśli to prawda, to koń Achillesa
Wart kilku synów Tedyty. (Słychać odgłos trąbki).
Lecz cicho!
Agamemn.  Co trąbka znaczy? Zobacz, Menelaju! (Wchodzi Eneasz).
Menelaus.  Trojański poseł.
Agamemn.  Po co tu przybyłeś?
Eneasz.  Przybywam z Troi; tożli, powiedz, proszę,
Agamemnona wielkiego jest namiot?
Agamemn.  Tak jest.
Eneasz.  Czy może krwi królewskiej poseł
W królewskie uszy swe zlecenie złożyć?
Agamemn.  Może bezpiecznie jak pod Achillesa
Tarczy osłoną, w tych wodzów obliczu,
Którzy uznają głosem jednomyślnym
Agamemnona za wszech królów króla.
Eneasz.  Wolność niemała, wielkie bezpieczeństwo;
Lecz jak od innych rozezna go mężów
Królewskiej twarzy nieświadomy poseł?

Agamemn.  Jak?
Eneasz.  Jak, powtarzam, by w sobie obudził
Poszanowanie, a licom nakazał
Skromny rumieniec, jak zimny poranek,
Gdy zwraca oczy na młodego Feba.
Gdzie ten Bóg władzy, narodów przewodnik,
Gdzie Agamemnon wielki i potężny?
Agamemn.  Lub on z nas szydzi, lub trojańskie mury
Ceremonialnych chowają dworaków.
Eneasz.  Gdy wojna drzymie, znajdziesz tam dworaków
Łatwych, łagodnych jak klęczący anioł;
Lecz gdy bój zawre, za broń każe chwytać,
Mają żółć, silne muskuły i ręce,
I szable wierne i tarcze niezłomne,
I serca dzielne, przy łasce Jowisza.
Lecz, Eneaszu, złóż palec na ustach.
Pochwała bowiem wartość swoją traci,
Gdy ją zasługa sama sobie płaci;
Wróg tylko jeden klęską daje własną
U świata chwałę jak dzień czysty jasną.
Agamemn.  Trojański pośle, zwiesz się Eneaszem?
Eneasz.  To imię moje.
Agamemn.  Jakie twe poselstwo?
Eneasz.  Dowie się o niem jeden Agamemnon.
Agamemn.  Trojańskich poselstw nie słucha on tajnie.
Eneasz.  Nie po tom przyszedł z Troi, by je szeptać.
Wojenną trąbą uszy jego zbudzę,
Dopiero pewny zmysłów jego bacznych
Powiem, com przyniósł.
Agamemn.  Więc mów, jak wiatr wolny.
Nie teraz pora snu Agememnona,
A żebyś wiedział, iż teraz nie drzymie,
On sam to mówi.
Eneasz.  Więc ozwij się, trąbo,
Śpiżowym głosem leniwe namioty
Przeleć potężnie, niech każdy Grek dzielny
Słyszy, co Troja głośno mu powiada! (Trąba).
Potężny królu, mamy w Troi murach

Dzielnego męża a syna Pryama,
Hektor mu imię. W długiej nieczynności
Rdzewieje teraz; on mnie tu przysyła,
Przy trąb odgłosie mówić tak poleca:
Greków królowie, książęta i pany,
Jeśli śród waszych dzielnych wojowników
Jest mąż, ceniący honor nad spoczynek,
Nad niebezpieczeństw trwogę jasną chwałę,
Co zna swe męstwo, a swej nie zna trwogi,
Kocha swą lubą nie w czczych tylko słowach,
Przysięgach, które na ustach jej składa,
Co śmie przymioty jej i piękność wielbić
Nie tylko w miękkiem ramion jej objęciu,
Temu przynoszę Hektora wyzwanie.
Hektor w obliczu i Greków i Trojan
Dowiedzie, dowieść przynajmniej zamierza,
Że równie wiernej, pięknej i roztropnej
Jak dama jego, nigdy żaden z Greków
Do swojej wiernej nie przycisnął piersi.
Jutro, w pośrodku wojsk nieprzyjacielskich,
Przyjdzie i trąbą swą do boju wezwie
Greka chętnego za kochankę walczyć.
Jeśli wystąpi, Hektor cześć mu odda;
Gdy nikt nie stanie, powie za powrotem,
Że greckie damy spalone od słońca,
Niewarte jednej drzazgi dzid trojańskich.
Skończyłem.
Agamemn.  Słowa twe naszym kochankom
Rozgłosić każę, a jeśli z nich żaden
Nie znajdzie serca do takiej rozprawy,
To w domu wszyscy zostali waleczni.
Lecz my żołnierze; a żołnierz to chudy,
Który nie kocha lub nie kochał przódy;
Jeżeli żaden do boju nie stanie,
To za kochanków ja przyjmę wyzwanie.
Nestor.  Powiedz mu także o starym Nestorze,
Który był mężem, kiedy dziadek jego
Ssał mleko mamki, powiedz, że choć stary,

Jeśli się w naszym nie znajdzie obozie
Młodszy wojownik, z iskrą ognia w sercu,
Gotowy walczyć za swoją kochankę,
Ja srebrne włosy w złoty hełm ubiorę,
Na zwiędłe barki wdzieję naramiennik,
Do boju stanę i w oczy mu powiem,
Że moja dama urodniejszą była
Od jego babki, że ten świat nie widział
Czystszej jak ona; tego mu dowiodę,
Przeciw potokom krwi młodej i wrzącej,
Trzema kroplami mojej krwi stygnącej.
Eneasz.  Nieurodzaju takiego młodzieży
Nie daj wam, Boże!
Ulisses.  Amen.
Agamemn.  Eneaszu,
Daj mi twą rękę; pozwól, bym cię naprzód
Do pawilonu mego poprowadził.
O tem wyzwaniu Achilles się dowie,
I wszystkich greckich namiotów panowie,
A ty zobaczysz na Helenów święcie,
Jakie wróg dzielny ma u nas przyjęcie.

(Wychodzą wszyscy prócz Ulissesa i Nestora).

Ulisses.  Nestorze!
Nestor.  Co chcesz mówić, Ulissesie?
Ulisses.  Czuję, jak w mózgu myśl rodzi się młoda,
Niechże na słońcu twej rady zakwitnie.
Nestor.  Co za myśl?
Ulisses.  Słuchaj: Klin tępy rozdziera
Sęki najtwardsze. Chwast nieznośnej dumy,
Który już w sercu Achilla dojrzewa,
Ściąć teraz pora, bo jeśli dozwolim,
Ażeby ziarna swoje w koło rozsiał,
Las złego zielska udusi nas wszystkich.
Nestor.  A jak?
Ulisses.  Wezwanie dzielnego Hektora,
Choć niby wszystkim ogłoszone Grekom,
Miało na celu jednego Achilla.
Nestor.  To łatwo odkryć, jak naturę skały

Łatwo z drobnego rozpoznać odłamku.
Skoro się tylko o wyzwaniu dowie,
Achilles — choćby mózg jego był suchy
Jak jest libijski piasek, a wie Febus,
Że dość jest suchy — nieomylnym sądem
Zgadnie natychmiast, że w swojem wyzwaniu
Hektor jedynie jego miał na celu.
Ulisses.  I sądzisz, że je przyjmie?
Nestor.  Tego pragnę.
Kto zdoła, oprócz jednego Achilla,
Z Hektorem walcząc, czysty unieść honor?
A choć ta bitwa jest tylko igraszką,
Potężnie dotknie ducha dwóch narodów.
Trojanie chwałę naszą chcą smakować
Swem podniebieniem najdelikatniejszem,
I dobre imię nasze, Ulissesie,
Na wagę idzie w sporze fantastycznym,
A pojedynku skutek dla stron obu
Złą albo dobrą będzie przepowiednią;
Będzie to indeks, który w kilku słowach
Długich rozdziałów daje treść skróconą,
Jest niemowlęciem, które na olbrzyma
Wyrośnie zwolna w dalszym rzeczy toku.
Ich zdaniem, rycerz z Hektorem walczący
Przez nas wybrany; a przy tym wyborze
Wszystkich nas dusze, bacząc na zasługę,
Z wszystkich cnót naszych i naszej dzielności
Jednego męża wydystylowały;
Jeśli on chybi, jak jego zwycięzca
Urośnie w serce! jak przybierze hartu
Ufność w swe siły! a takiej ufności
Ramię jest tylko posłusznem narzędziem,
Jak miecz i strzała narzędziem ramienia.
Ulisses.  Przebacz, Nestorze, lecz z słów twoich wnoszę,
Że powinnością naszą jest przeszkodzić,
Aby z Hektorem mierzył się Achilles.
Jak kupcy, naprzód towar nasz podlejszy
Wystawmy, może uda się go sprzedać;

W przeciwnym razie, lepszego zalety
Tem się korzystniej po gorszem wydadzą.
Nie dozwól nigdy, aby się z Hektorem
Achilles mierzył, z ich bowiem spotkaniem
W tropy za naszym honorem lub hańbą
Jak psy dwa gonią dziwne dwa następstwa.
Nestor.  Me stare oczy dojrzeć ich nie mogą;
Jakież to?
Ulisses.  Gdyby nie tyle był dumny
Achilles, chwałę swojego zwycięstwa
Dzieliłby z nami; ale z jego pychą
Wolałbym piec się na libijskiem słońcu,
Niż na palącej ócz jego pogardzie,
Gdyby zwycięzcą z pojedynku wrócił;
Jeśli ulegnie, z obrażoną sławą
Najdzielniejszego Greków bohatera,
Głęboka rana grecki dotknie honor.
Ciągnijmy losy, a rozumną sztuką
Niech na ciężkiego wypadnie Ajaxa
Z Hektorem walczyć. Udajmy przed ludźmi,
Że w nim pierwszego widzimy rycerza
Dla Achillesa, zbytkami oklasków
Odurzonego, lekarstwem to będzie:
Wybór mu czuba niewątpliwie przytrze,
Który w swej dumie wyżej go najeżył,
Niż łuk swój Irys. Jeśli z bitwy Ajax
Wyniesie całą swoją pustą głowę,
Zwycięzcy pochwał nie będziemy szczędzić;
W razie przegranej zostanie nam wiara,
Że na dzielniejszych nie zbywa nam mężach.
Cobądź wypadnie, w Achillesa czubie
Wybór ten piórka najlepsze wyskubie.
Nestor.  Zaczynam teraz w zdaniu twem smakować;
Idźmy bez zwłoki do Agamemnona,
A wiem, że chętnie myśl moją podzieli.
Niech jeden kundel drugiego ugłaszcze,
Gdy na kość jedną — dumę, zwrócą paszcze. (Wychodzą).




AKT DRUGI.
SCENA I.
Obóz grecki.
(Wchodzą: Ajax i Tersytes).

Ajax.  Tersytes!
Tersytes.  Agamemnon — a gdyby Agamemnon miał wrzodzianki dotrawione po całem ciele?
Ajax.  Tersytes —
Tersytes.  I gdyby wrzodzianki te ciec zaczęły? Przypuśćmy. Wtedy przynajmniej wyciekłoby co z naszego wodza.
Ajax.  Psie —
Tersytes.  Bo wyciekłoby choć trochę materyi, której dopatrzeć się teraz nie mogę.
Ajax.  Ty synu wilczycy, gdy słyszeć nie możesz, czuj przynajmniej! (Bije go).
Tersytes.  Bodaj grecka zaraza na ciebie spadła, ty mieszańcze z wolim mózgiem!
Ajax.  Gadaj więc, ty spleśniały kisie, gadaj, lub będę bił, póki nie wyładniejesz.
Tersytes.  Prędzej ja ci szyderstwami wbiję do głowy trochę dowcipu i pobożności; choć myślę, że prędzej koń twój oracyi się nauczy, niż ty modlitwy bez książki. Bić umiesz, nieprawda? Bodaj cię okryły parchy końskie za twoje końskie żarty.
Ajax.  Ty zła bedłko, powiedz mi, co to za ogłoszenie?
Tersytes.  Czy myślisz, że nie mam czucia, skoro mnie tak bijesz?
Ajax.  Ogłoszenie —
Tersytes.  Ogłoszono cię dudkiem, jak mi się zdaje.
Ajax.  Strzeż się, jeżu, strzeż się, bo świerzbią mnie palce!
Tersytes.  Chciałbym, żeby cię od głowy do stóp świerzbiało, a mnie drapać cię nakazano; zostałbyś z mojej łaski najobrzydliwszym w całej Grecyi parszywcem. Na placu jednak nie skorzej ci od innych do bicia.
Ajax.  Powtarzam, ogłoszenie!
Tersytes.  Mruczysz na Achillesa i szydzisz z niego bez ustanku; zazdrościsz jednak jego wielkości jak Cerber urodzie Prozerpiny, dlatego też szczekasz na niego.
Ajax.  Kumie Tersytes —
Tersytes.  Czemu jego bić nie spróbujesz?
Ajax.  Ty zakalista bułko!
Tersytes.  Skruszyłby cię swoją ręką jak majtek suchary.
Ajax.  A psie, bękarcie! (Bije go).
Tersytes.  Jeszcze! jeszcze!
Ajax.  Ty stołku czarownicy!
Tersytes.  Dobrze; jeszcze! jeszcze! wywarzonego dowcipu panie! tyle u ciebie w głowie mózgu, co u mnie w łokciu; dardański osieł mógłby twoim być mistrzem, ty parszywy, waleczny ośle! Jesteś tu tylko, żeby grzmocić Trojan, ale każdy, byle miał odrobinę dowcipu, kupuje cię i sprzedaje, jak barbarzyńskiego niewolnika. Jeśli chcesz bić mnie, zacznę od twojej pięty i powiem ci, czem jesteś, cal po calu, ty stworzenie bez wnętrzności.
Ajax.  Ty psie!
Tersytes.  Ty parszywy magnacie!
Ajax.  Ty kundlu!
Tersytes.  Nie żenuj się, głuptasie Marsa, nie żenuj się, grubijaństwo! Dalej, wielbłądzie, jeszcze! jeszcze!

(Wchodzą: Achilles i Patroklus).

Achilles.  Cóż to, Ajaxie, czemu go tak bijesz?
Tersytes, powiedz, co to jest za sprawa?
Tersytes.  Czy go tam widzisz?
Achilles.  Widzę; i cóż stąd?
Tersytes.  Patrz tylko na niego.
Achilles.  Patrzę; i cóż stąd?
Tersytes.  Ach, tylko dobrze mu się przypatrz.
Achilles.  Już mu się dobrze przypatrzyłem.
Tersytes.  Nie, nie przyglądaj mu się dobrze, bo za kogobądź go weźmiesz, zawsze to będzie Ajax.
Achilles.  Wiem o tem, błaźnie.
Tersytes.  Tylko że błazen sam się nie zna.
Ajax.  I dlatego cię biję.
Tersytes.  Słuchaj tylko, co za chude koncepta! Słowa jego długie mają uszy. Lepiej ja mu mózg wyhuśtałem, niż on mi połamał kości. Za grosz dostanę dziesięć wróbli, a jego pia mater nie warta dziewiątej części jednego wróbla. Ten pan, Achillesie, to Ajax, który nosi dowcip swój w brzuchu, a w głowie swoje kiszki. Powiem ci, co o nim myślę.
Achilles.  Co?
Tersytes.  Myślę, że ten Ajax —

(Ajax chce go uderzyć, zatrzymuje go Achilles).

Achilles.  Nie, dobry Ajaxie.
Tersytes.  Nie więcej ma dowcipu —
Achilles.  Muszę cię zatrzymać.
Tersytes.  Niż trzeba na zalepienie uszka igły Heleny, za którą bić się tu przyszedł.
Achilles.  Cicho, błaźnie!
Tersytes.  Z całego serca pragnąłbym siedzieć spokojnie i cicho, ale żadną miarą nie chce na to pozwolić ten sam błazen, tam, spójrz tylko, czy go tam widzisz?
Ajax.  A ty przeklęty kundlu! Ja ci tu —
Achilles.  Czy chcesz mierzyć się na dowcipy z błaznem?
Tersytes.  O nie, zaręczam, zawstydziłby go dowcip błazna.
Patroklus.  Mów tylko uczciwie, Tersytes.
Achilles.  O co spór idzie?
Ajax.  Żądałem od tego obrzydliwego puszczyka, żeby poszedł wywiedzieć się o treści ogłoszenia, a on tu sobie zaczął ze mnie żartować.
Tersytes.  Nie jestem twoim sługą.
Ajax.  Bardzo dobrze, a co potem?
Tersytes.  Służę tu na ochotnika.
Achilles.  Jednak ostatnia twoja ta służba była pańszczyzną, bo nikt się na ochotnika bić nie daje. Ajax był tu ochotnikiem, a ty przymuszonym rekrutem.
Tersytes.  Tak właśnie. Dobra część twojego dowcipu leży także w twoich żyłach, albo kłamią ludzie. Nie lada zdobycz odniesie Hektor, rozwalając jednemu z was czaszkę; właśnie jakby zgryzł zbutwiały orzech bez jądra.
Achilles.  Co, i ze mną także zadzierasz?
Tersytes.  Gadaj mi o Ulissesie i starym Nestorze! Ich dowcip był już spleśniały, nim wasi dziadowie mieli paznokcie na palcach; oni to was zaprzęgli do pługa, jak dwa ciężkie woły, i kazali wam orać pole wojny.
Achilles.  Co? co?
Tersytes.  Tak jest, możecie mi wierzyć. Nu! Achillesie, nu! Ajaxie, nu!
Ajax.  Język ci utnę.
Tersytes.  Mniejsza o to; będę i potem przynajmniej tak jak ty wymowny.
Patroklus.  Dość już słów, Tersytes, cicho!
Tersytes.  Co? Ja mam siedzieć cicho na rozkaz Achillesowego jamnika? Ja?
Achilles.  Dostałeś i ty swoje, Patroklusie.
Tersytes.  Wprzód was zobaczę na szubienicy wiszących jak gamonie, nim zajrzę do waszych namiotów. Pójdę, gdzie dowcip się rusza, usunę się od fakcyi głuptasów.

(Wychodzi).

Patroklus.  Szczęśliwy ubytek!
Achilles.  W obozie całym ogłoszono, panie,
Że Hektor, jutro o godzinie piątej,
Przy trąb odgłosie, wyzwie do rozprawy
Na polach, wojska dwa nasze dzielących,
Każdego Greka mającego serce,
Z orężem w ręku, śmiało mu powiedzeć,
Że — co — nie pomnę, jakieś tam błazeństwo.
Żegnam cię.
Ajax.  Żegnam. Kto przyjmie wyzwanie?
Achilles.  Nie wiem; słyszałem, że los ma rozstrzygnąć;
Inaczej, wie on, z kim miałby się mierzyć.
Ajax.  Chcesz mówić, z tobą. Idę się wywiedzieć. (Wychodzą).

SCENA II.
Troja. Sala w pałacu Pryama.
(Wchodzą Pryam, Hektor, Troilus, Parys i Helenus).

Pryam.  Po tylu godzin, słów i mężów stracie,
W imieniu Greków Nestor mówi znowu:

„Zwróćcie Helenę, a wszystkie ofiary
Honoru, czasu, pieniędzy, podróży,
Przyjaciół, tylu drogich nam przedmiotów,
Które kormoran wojna chciwie połknął,
Wszystko zapomnim“. Hektorze, co myślisz?
Hektor.  Nikt mniej ode mnie Greków się nie lęka,
Nie znajdziesz jednak, potężny Pryamie,
Damy z wrażliwszem od mojego sercem,
W którąby łatwiej trwoga mogła wsiąkać,
Któraby chętniej ode mnie wyrzekła:
„Kto wie, co wypaść może“. Zbytnia pewność
I w sobie ufność jest zbójcą pokoju,
Kiedy nieufność skromna, zdaniem świata,
Jest mądrych lampą, jest tą ołowianką,
Która największych nieszczęść mierzy głębie.
Puśćmy Helenę. Odkąd po raz pierwszy
W sprawie tej mieczy dobyliśmy z pochew,
Każda dziesiąta dusza z dusz tysiąca,
Którąśmy wojnie w dziesięcinie dali,
Była nam równie jak Helena drogą.
Gdyśmy już tyle stracili dziesiątków,
Aby zatrzymać, co nie było nasze,
Co, gdyby nawet do nas należało,
Jednego naszych dziesiątka nie warto,
Nie wiem, dla jakich ważnych dziś powodów
Nie chcem jej oddać.
Troilus.  Wstydź się, wstydź się, bracie!
Jakto, więc honor i monarszą godność
Tak potężnego, jak ojciec nasz, króla
Chcesz na kupieckiej ważyć teraz szali?
Chcesz liczmanami obrachować sumę,
Z której się składa jego nieskończoność?
Chcesz łokciem trwogi, rozumnych wywodów
Pas niezmierzony dzielnic jego mierzyć?
Wstydź się, przez Boga!
Helenus.  Nie dziwię się wcale,
Że tak zjadliwym zębem kąsasz rozum,
Którego nie masz. Dlategoż nasz rodzic

Ziemie ma swoje bezrozumnie rządzić,
Że twoim radom zbywa na rozumie?
Troilus.  Bracie kapłanie, wiem, że ci są drogie
Sny i marzenia; podszywasz rozumem
Twe rękawice, a oto twój rozum;
Wiesz, że na zgubę twą czyhają wrogi,
Wiesz, że dobyty miecz jest niebezpieczny,
A rozum każe wszelkie złe wymijać;
Kogóż więc zdziwi, że kiedy Helenus
Zobaczy Greka, jasną jego szablę,
Skrzydła rozumu do pięt swych przyczepia
I jak Merkury ucieka, gdy widzi
Na Jowiszowem czole gniewu błyski,
Lub jak z swej sfery wytrącona gwiazda?
Więc dobrze; skoro mowa o rozumie,
Śpijmy spokojnie, zatrzaśnijmy bramy,
Zajęcze serce dajmy honorowi
I męstwu, jeśli chcą tyć na rozumie.
Przy twym rozumie i twej roztropności
Dzielność upada i blednie wątroba.
Hektor.  Wierzaj mi, bracie, nie warta Helena
Tego, co płacim, aby ją zatrzymać.
Troilus.  Cenę klejnotom sąd nasz tylko daje.
Hektor.  Nie sama wola cenę tę stanowi;
Klejnotu wartość tak w samym klejnocie
Jak w myślach jego nabywcy spoczywa.
Tylko szalonem jest to bałwochwalstwem
Więcej obrzędy, niźli bóstwo cenić;
Tylko dziecinny może kochać umysł
Przedmiot miłości, który nie posiada
I cienia nawet kochanych przymiotów.
Troilus.  Biorę dziś żonę; ma wola kieruje
Moim wyborem, wola podpalona
Przez oczy moje i przez moje uszy,
Sterników między dwóch skał przepaściami —
Woli i sądu — czy będę miał prawo,
Jeśli mój wybór zbrzydzi sobie wola,
Odepchnąć żonę mojego wyboru?

Czy się potrafię z węzłów tych wywikłać,
A od honoru na krok nie odstąpić?
Nie odsyłamy kupcowi jedwabiu,
Któryśmy długiem noszeniem zużyli;
I resztek uczty na gnój nie rzucamy
Dlatego tylko, że jesteśmy syci.
Zemsta Parysa słuszną się wam zdała,
Tchem przyzwolenia wydęliście żagle
Jego okrętu, gdy się w drogę puszczał;
Fale i wiatry — dwa odwieczne wrogi —
Dla służby jego przymierze zawarły;
Do upragnionej zawinął przystani.
Za starą ciotkę przez Greków więzioną,[5]
Młodą królowę Greków porwał Parys,
Przy której wdziękach blednieje poranek,
A pomarszczonym starcem jest Apollo.
Jak Grecy ciotkę naszą, my Helenę
Trzymamy u nas; czy warta trzymania?
Toć ona perłą, perły tej kosztowność
Statków tysiące rzuciła na fale,
A królów Grecyi w kupców przemieniła.
Jeśli mądrością Parysa jest podróż —
Czemu z was żaden zaprzeczyć nie może,
Każdy z was bowiem „płyń! płyń!“ wówczas wołał —
Jeśli kosztowny łup do domu przyniósł,
A pamiętacie, że każdy z was, klaszcząc,
„Nieporównana!“ zachwycony wołał,
Czemu dziś własną potępiacie mądrość?
Czego fortuna nigdy nie zrobiła,
Skarb, niegdyś droższy nad lądy i morza,
Z taką pogardą dzisiaj odrzucacie?
Jakże nikczemną wyda się kradzieżą
Skraść, czego teraz zatrzymać się boim!
Skradzionych skarbów niegodni złodzieje,
Greków na greckiej skrzywdziliśmy ziemi,

A dziś, na własnej, drżymy na ich widok!
Kassandra  (za sceną). Płaczcie, Trojanie, płaczcie!
Pryam.  Skąd te krzyki!
Troilus.  Znam głos, szalonej to siostry głos naszej.
Kassandra  (za sceną). Płaczcie Trojanie!
Hektor.  To jest krzyk Kassandry.

(Wchodzi Kassandra w obłąkaniu).

Kassandra.  Płaczcie Trojanie! Miejcie ócz tysiące,
A mam dla wszystkich łez proroczych strugi.
Hektor.  Cicho, o siostro!
Kassandra.  Dziewice, młodzieńcy,
Męże i starcy wiekiem pochyleni,
I niemowlęta tylko płakać zdolne,
Przydajcie wasze, mym krzykom boleści,
Spłaćmy część jęków na nas czekających!
Płaczcie, Trojanie, płaczcie! Do łez gorzkich
Wdrażajcie oczy! Troja musi upaść,
I w gruzach legnie Ilion dziś potężny!
Pochodnia Parys, nasz brat, spali wszystko.
Płaczcie, wołajcie: Heleno, o biada!
Puśćcie Helenę lub Troja przepada! (Wychodzi).
Hektor.  Młody mój bracie, czy te przepowiednie,
Z ust siostry naszej tak groźnie płynące,
W sercu twem żadnej zgryzoty nie budzą?
Czy zawsze krew twa szalenie gorąca,
Nigdy rozumnej nie posłucha rady,
Ni się złej doli w złej sprawie nie lęka?
Troilus.  Bracie Hektorze, nie zawsze wypadek
Sprawiedliwości sprawy jest znamieniem.
Nie powinniśmy hartu duszy tracić,
Choć siostra nasza Kassandra szaleje.
Obłąkanego umysłu szał dziki
Nie nadweręży dobroci tej sprawy,
Za którą walczyć honor nam nakazał.
Co do mnie, większej w tem prywaty nie mam
Jak bracia inni, synowie Pryama;
I nie daj Boże, byśmy chcieli bronić
Sprawy, za którą walczyćby się wzdrygał

W rzeczach honoru najdraźliwszy umysł!
Parys.  Światby inaczej skarżył lekkomyślność
Tak rady waszej jak moich przedsięwzięć,
Bo Bóg mi świadkiem, że moim skłonnościom
Dodało skrzydeł wasze przyzwolenie,
Odjęło bojaźń w groźnem przedsięwzięciu.
Bo cóż, niestety! dłoń ta jedna może!
W męstwie jednego jakaż jest obrona
Przeciw wściekłości tysiącznych zastępów,
Które w tym sporze do boju stanęły?
Przysięgam jednak, że choćby wypadło
Samemu wszystkie trudności wytrzymać,
Gdyby mej woli moc odpowiedziała,
Parysby czynu swego nie żałował,
I nigdy w jego obronie nie omdlał.
Pryam.  Mówisz Parysie jak niemądry młodzik,
Słodkim rozkoszy swej pijany trunkiem.
Ty miód, gdy inni żółć piją dość długo,
Twoja waleczność nie jest też zasługą.
Parys.  Nie sama rozkosz, którą taka piękność
Przynosi z sobą, na myśli mi teraz;
Rozmyślam teraz, jakby jej porwanie
Honorem pokryć, walcząc w jej obronie.
Jakążby zdradą dla królowej było,
Jaką na czystej chwale waszej plamą,
A hańbą dla mnie wydać ją nikczemnie,
Jakby na rozkaz zuchwałego wroga!
Myśl tak wyrodna mogłażby zawładnąć
W sercach, jak wasze, pełnych szlachetności?
Niema tak nizkiej między nami duszy,
By szabli dobyć nie miała odwagi,
Gdy walczyć trzeba w obronie Heleny,
Jak niema równie duszy tak szlachetnej,
Dla której umrzeć nie byłoby chwałą
W sprawie Heleny. Jeszcze więc powtarzam,
Że śmiało możem w obronie tej walczyć,
Z którą nic ziemia porównać nie zdoła.
Hektor.  Bardzo wymownie prawiliście oba,

Lecz treści sprawy, która się tu toczy,
Zbyt powierzchownie tylko dotknęliście,
Jak młodzi, zdaniem Arystotelesa,
Słuchać moralnej nauk filozofii
Niezdolni jeszcze; wasze argumenta
Raczej wybuchów krwi gorącej bronią,
Niż pomagają wolny zrobić wybór
Spokojnej duszy między złem a dobrem.
Rozkosz i zemsta twardsze mają ucho
Od głuchej żmii na mądrości rady.
Natura każe, abyśmy każdemu
Oddali chętnie, co mu się należy,
A jestże świętszy dług w całej ludzkości,
Jak małżonkowi oddać jego żonę?
Jeśli namiętność chce to prawo gwałcić,
Gdy wielkie serce, przez stronnicze względy,
Dla ślepej chuci chce wojnę z niem toczyć,
Jest prawo ludów cywilizowanych,
Nakazujące w kluby ująć twarde,
Szalone żądze, co ten bunt podnoszą.
Jeśli więc żoną spartańskiego króla
Jest ta Helena — jak jest niewątpliwie —
Moralne prawo natury i ludów
Oddać mężowi żonę nakazuje;
Nie zmniejsza winy w winie się upierać,
Lecz większy ciężar wkłada na sumienie.
Tak sądzi Hektor, kiedy prawdy szuka;
A jednak, młodzi i namiętni bracia,
Z wami głosuję, aby ją zatrzymać,
Sprawa ta bowiem w ścisłym stoi związku
Z naszym honorem i naszą godnością.
Troilus.  Teraz dotknąłeś żywotny punkt sprawy.
Gdyby nam więcej nie szło tu o chwalę,
Niż o spełnienie pragnień namiętności,
Nie chciałbym więcej jednej krwi kropelki
Lać w jej obronie; lecz, zacny Hektorze,
Ona honoru, chwały jest osnową,
Ostrogą czynów wielkich i walecznych,

Przez nią poskromić możem najezdników,
A imię nasze na wieki uświęcić.
Nie myślę przeto, aby wielki Hektor
Za świata skarby chciał z swych rąk wypuścić
Bogate żniwo obiecanej chwały,
Co się na czole sprawy tej uśmiecha.
Hektor.  Dzielni synowie wielkiego Pryama,
Po waszej stronie całą duszą stoję.
Już wyprawiłem głośne me wyzwanie
Między swarliwą ciężkich Greków szlachtę,
Które rozbudzi dusze ich drzymiące.
Mówią, że zasnął wielki wódz Achiwów,
Zazdrość się wkradła do greckich namiotów:
Myślę, że głos mój śpiącego obudzi. (Wychodzą).

SCENA III.
Obóz grecki. Przed namiotem Achillesa.
(Wchodzi Tersytes).

Tersytes.  Jakto, Tersytecie, jakto? Zabłąkałeś się w labiryncie wściekłości? Więc słoń ten, Ajax, będzie stał górą? On mnie bije, a ja z niego szydzę; co za wspaniałe zadośćuczynienie! Wolałbym jednak, żeby się to działo odwrotnie; żebym ja go grzmocił, a on ze mnie szydził. Do kroćset beczek! Jeśli trzeba, nauczę się dyabłów wywoływać, ale muszę znaleźć upust mojemu obrzydzeniu i wstrętom. Mamy też i Achillesa — rzadki to inżynier. Jeśli Troja nie upadnie, póki on min nie podłoży, to będą stały jej mury, póki się same od starości nie rozwalą. O! ty wielki piorunogromco Olimpu, zapomnij, że jesteś Jowiszem, królem bogów, i ty, Merkury, strać całą wężową mądrość twojego kaduceja, jeśli we dwóch nie odbierzecie im tej drobnej odrobiny, tego mniej jak mało ich dowcipu! Lecz najograniczeńsza nieświadomość wie dobrze, iż go mają tak obficie mało, że nie potrafią uwolnić muchy od pająka, nie dobywając ciężkiego żelastwa na rozcięcie nitki pajęczyny. A potem ześlijcie na cały obóz pomstę, albo raczej próchnienie kości, bo jak mi się zdaje, to jest pomsta należna walczącym za spódnicę. Odmówiłem już modlitwę, a ty, dyable zazdrości, dołóż teraz twoje Amen. Hej! hola! mości Achillesie! (Wchodzi Patroklus).
Patroklus.  Kto woła? Tersytes? Dobry Tersytesie, wejdź i lżyj, co wlezie.
Tersytes.  Gdybym mógł o złoconej lalce pamiętać, nie uszedłbyś mojej baczności; ale wszystko da się jeszcze naprawić. Więc zostań samym sobą! Zwykłe przekleństwo ludzkości, szaleństwo i głupota, niech będą całą twoją intratą! Niech cię niebo uchowa od opiekuna, a dyscyplina niech się nigdy do ciebie nie zbliży! Niech krew będzie twoim przewodnikiem aż do śmierci! A jeśli potem ta, co cię włoży do trumny, powie, że piękny trup z ciebie, to ja przysięgnę, że całe życie samych tylko łazarzy owijała. Amen. Gdzie Achilles?
Patroklus.  Co, czy zostałeś pobożnym? odmawiasz modlitwy?
Tersytes.  Zgadłeś; a bodaj wysłuchało mnie niebo!

(Wchodzi Achilles).

Achilles.  Kto tu?
Patroklus.  Tersytes, panie.
Achilles.  Gdzie? gdzie? Przyszedłeś? Mój ty serze, moje trawidło, dlaczegóż to przez tyle obiadów nie zastawiłeś się na moim stole? Powiedz mi teraz, co to jest Agamemnon?
Tersytes.  Twój wódz, Achillesie. A teraz, z kolei, powiedz mi Patroklu, co to jest Achilles?
Patroklus.  Twój pan, Tersycie. A teraz, powiedz mi, jeśli łaska, co ty jesteś?
Tersytes.  Twój znawca, Patroklu. A teraz, na zakończenie, powiedz, Patroklu, co ty jesteś?
Patroklus.  Możesz sam na to odpowiedzieć, skoro jesteś moim znawcą.
Achilles.  O, powiedz, powiedz!
Tersytes.  Przedeklinuję całą kwestyę: Agamemnon rozkazuje Achillesowi; Achilles jest moim panem; ja jestem Patrokla znawcą, a Patroklus jest dudkiem.
Patroklus.  A ty łotrze!
Tersytes.  Cicho, dudku, jeszcze nie skończyłem.
Achilles.  To człowiek uprzywilejowany; prowadź rzecz dalej, Tersycie.
Tersytes.  Agamemnon jest dudkiem; Achilles jest dudkiem; Tersytes jest dudkiem, i, jak już powiedziałem, Patroklus jest dudkiem.
Achilles.  Dowiedź nam tego, słuchamy.
Tersytes.  Agamemnon jest dudkiem, bo chce rozkazywać Achillesowi; Achilles jest dudkiem, bo słucha rozkazów Agamemnona; Tersytes jest dudkiem, bo służy takiemu dudkowi; a Patroklus jest dudkiem bezwzględnym.
Patroklus.  Dlaczego jestem dudkiem?
Tersytes.  Pytaj o to twojego ojca; dla mnie jest dosyć, że nim jesteś. Ale patrz, kto się zbliża?

(Wchodzą: Agamemnon, Ulisses, Nestor, Diomedes i Ajax).

Achilles.  Patroklu, nie chcę z nimi rozmawiać. Chodź ze mną, Tersycie! (Wychodzi).
Tersytes.  Co za błazeństwo, co za kuglarstwo! co za łotrostwo! a wszystkiego tego przyczyną rogal i ladaszczyca! Wyborny powód, żeby tworzyć zazdrosne stronnictwa i krwi sobie aż na śmierć upuszczać! Bodaj toczące wrzody spadły na wszystkiego powód, a wojna i rozpusta wszystkich pożarły! (Wychodzi).
Agamemn.  Gdzie Achilles?
Patroklus.  W swoim namiocie, ale w złem usposobieniu, królu.
Agamemn.  Idź mu powiedzieć, że tu nań czekamy.
Posłańców naszych z pogardą odepchnął,
Sami go przeto pragniemy odwiedzić,
Na prawa naszej godności niepomni.
Idź mu to powiedz, żeby nie przypuszczał,
Że bronić naszych praw nie mamy serca,
Że nam wybiegło z myśli, kim jesteśmy.
Patroklus.  Wszystko mu to powtórzę (wychodzi).
Ulisses.  Widzieliśmy go u wejścia namiotu, więc nie chory.
Ajax.  I owszem, na lwią chorobę, na dumę serca. Możecie to nazwać melancholią, jeśli chcecie oszczędzać człowieka, ale mojem zdaniem, jest to pycha. A pycha ta skąd, skąd pochodzi? Kto nam powie jej przyczyny? Jedno słowo, królu.

(Bierze Agamemnona na stronę).

Nestor.  Dlaczego Ajax tak zajadle na niego szczeka?
Ulisses.  Achilles chuchnął mu jego błazna.
Nestor.  Kogo? Tersyta?
Ulisses.  Właśnie.
Nestor.  To wkrótce oniemieje Ajax, bo stracił jedyny swój argument.
Ulisses.  Bynajmniej, bo jak widzisz, jego argumentem ten, co mu zabrał jego argument, Achilles.
Nestor.  Tem lepiej; pożądańszą dla nas ich frakcya niż ich fakcya. Wielka to jednak musiała być przyjaźń, skoro potrafił ją zerwać błazen.
Ulisses.  Przyjaźń, której nie kleiła mądrość, łatwo zrywa błazeństwo. Ale wraca już Patroklus. (Wchodzi Patroklus).
Nestor.  Bez Achillesa.
Ulisses.  Słoń nie ma stawów, aby się mógł kłaniać:
Nogi do chodu ma nie do zginania.
Patroklus.  Wielkimby smutkiem było dla Achilla,
Gdyby ważniejszy powód niż rozrywka
Wielkiego króla z dostojnym orszakiem
Do tych odwiedzin skłonił niespodzianych;
Lecz się pociesza myślą, że to spacer
Tylko dla zdrowia i lepszej strawności
Po dobrej uczcie.
Agamemn.  Słuchaj, Patroklusie,
Odpowiedź taką nie pierwszy raz słyszym,
Lecz te wybiegi, na skrzydłach pogardy,
Przenikliwości naszej nie uchodzą.
Mnogie przymioty posiada Achilles,
Mnogie powody wyznać nam to każą;
Lecz w oczach naszych wszystkie jego cnoty,
Do niecnotliwych używane celów,
Nieporównany blask zaczęły tracić,
Jak piękny owoc na tacy plugawej,
Zgnije zapewne nie pokosztowany.
Wróć więc i powiedz, że chcemy z nim mówić;
A i to możesz bez grzechu powiedzieć,
Że nam się teraz wydaje nad dumnym
A pod uczciwym; w zarozumiałości
Większym daleko niźli w sądach ludzi;
Mów, że mężowie godniejsi od niego,
Przez zbytnią względność na jego dziwactwa.
Na świętą siłę swej władzy niepomni,
Zdają się teraz swym własnym podpisem
Uznawać jego urojoną wyższość,
Humoru jego zmienne śledzić fale,
Jakby wyprawy tej skutek żeglował
Po morzu jego kapryśnych przywidzeń.
Idź mu to powtórz, i to jeszcze dodaj,
Że gdy się będzie zbyt wysoko cenił,
Zrzeczem się kupna, tu go zostawimy
Niby wojenną niezdarną machinę,
Której do boju użyć niepodobna,
Pójdziemy szukać lżejszej katapulty.
Ruchliwy karzeł lepszy dla nas będzie
Niż śpiący olbrzym. Powtórz mu te słowa.
Patroklus.  Idę i śpieszną przyniosę odpowiedź. (Wychodzi).
Agamemn.  Skorośmy przyszli z nim samym traktować,
Na pośrednikach nie możemy przestać.
Wejdź, Ulissesie. (Wychodzi Ulisses).
Ajax.  Czemże on wyższy od innych?
Agamemn.  Nie wyższy przynajmniej od swojej o sobie myśli.
Ajax.  A czy jest i tak wysoki? Czy nie myślicie, iż mu się zdaje, że jest waleczniejszym ode mnie?
Agamemn.  Bez wątpienia.
Ajax.  Czy podpiszesz jego zdanie i powiesz, że to prawda?
Agamemn.  Nie, szlachetny Ajaxie; jesteś jak on silny, jak on waleczny, jak on mądry, nie mniej szlachetny, daleko dworniejszy, a nieskończenie powolniejszy od niego.
Ajax.  Boć i dlaczego miałby człowiek być dumnym? Jak się rodzi duma? Ani wiem, co jest duma.
Agamemn.  Tem jaśniejszy twój rozum, Ajaxie, a piękniejsza twoja cnota. Dumny sam się pożera; duma jest jego własnem zwierciadłem, jego własną trąbą, jego własną kroniką; a kto się chwali inaczej jak czynami, pożera czyny w pochwale.
Ajax.  Nienawidzę dumnych jak ropuszej ikry.
Nestor  (na str.). A przecież sam się kocha; czy to nie dziwy?

(Wchodzi Ulisses).

Ulisses.  Achilles jutro nie stanie do boju.
Agamemn.  Jego powody?
Ulisses.  Żadnych nam nie daje.
Idzie za nurtem swojego humoru,
Tylko przywidzeń swoich rady słucha,
Na ludzkie rady baczności nie daje.
Agamemn.  Dlaczego głuchy na uprzejmą prośbę,
Wolnem odetchnąć nie chce tu powietrzem?
Ulisses.  Lada drobnostkę, byleś o nią prosił,
Zmienia w olbrzyma, wielkością nadęty
Z taką do siebie sam przemawia dumą,
Że słów mu braknie; wymarzona wartość
Taki żar w jego roznieciła żyłach,
Że w swych królestwach myśli i działania,
Szalejąc, sam się własną razi myślą.
Co dodam? Tak jest zaraźliwie dumny,
Że wszystkie śmierci oznaki wołają:
Niema lekarstwa!
Agamemn.  Niech Ajax doń idzie.
Drogi Ajaxie, pozdrów go w namiocie;
Mówią, że wielkie masz u niego wzięcie,
Może twą prośbą wybuch ten złagodzisz.
Ulisses.  Agamemnonie, zmień postanowienie.
Święty nam będzie każdy krok Ajaxa,
Który oddali go od Achillesa.
Jakto, zuchwalec, który swoją dumę
Własnym polewa tłuszczem, do swej myśli
Nie wpuści sądu o zdarzeniach świata,
Jeśli go własnym nie przeżuł rozumem,
Ma cześć odbierać od wielkiego męża,

Który jest droższem niż on dla nas bóstwem?
Nie, nie, dostojny i waleczny rycerz
Palmy dzielnością nabytej nie skala,
Przynajmniej nigdy z mojem przyzwoleniem.
Zasług, zasługom Achillesa równych
Nie skrzywdzi, idąc w Achillesa namiot,
Tylkoby tuczył dumę, dość już tłustą,
Tylkoby węgli przyrzucił Rakowi,
Który już wszystko ogniem swoim pali.
On iść do niego? Uchowaj Jowiszu!
A grzmotem nakaż: „Ty idź doń, Achillu!“
Nestor  (na str.). Jakże wybornie w słabiznę mu trafił!
Diomedes.  (na str.). Jak chciwie, milcząc, pochwały te pije!
Ajax.  Jeśli doń pójdę, zbrojną moją pięścią
Twarz mu pooram.
Agamemn.  O nie, nie, nie pójdziesz!
Ajax.  Gdy będzie dumny, wyczeszę mu dumę.
Puśćcie mnie tylko.
Ulisses.  Nie, za skarby świata!
Ajax.  Nędzny pyszałek!
Nestor  (na str.).Jak się doskonale opisuje!
Ajax.  Czy nie może być towarzyskim?
Ulisses  (na str.). Kruk kracze na czarność.
Ajax.  Jego humorom krwi upuszczę.
Agamemn.  (na str.). Chory chce być doktorem.
Ajax.  Ha! gdyby wszyscy byli mojej myśli!
Ulisses  (na str.). Dowcip wyszedłby z mody.

Ajax.  Nie tak skończyłaby się sprawa; niejedną połknąłby wprzód szablę. Jakto? Więc duma ma tryumfować?
Nestor  (na str.). Gdyby tak było, miałbyś prawo do połowy tryumfu.
Ulisses  (na str.). Nawet do dziesięć dziesiątych.
Ajax.  Już ja go ugniotę i gibkim zrobię.
Nestor  (na str.). Jeszcze nie cały gorący; przyczyń mu jeszcze pochwał; lej, lej tylko! Ambicya jego spragniona.
Ulisses  (do Agam.). Na drobną przykrość, królu, zbyt uważasz.

Nestor.  Zapomnij o niej.
Diomedes.  Przygotuj się raczej

Bez Achillesa walczyć z naszym wrogiem.
Ulisses.  Samo to imię gniew jego rozbudza.
Tu męża mamy — ale jest przytomny,
Więc milczeć wolę.
Nestor.  Dlaczego masz milczeć?
Achillesowej nie znajdziesz w nim dumy.
Ulisses.  Lecz znajdziesz męstwo, niech to świat wie cały.

Ajax.  Ten bękart, ten kundel, chce sobie z nas podrwiewać? Ach, czemuż nie jest Trojańczykiem!

Nestor.  Jakąby krzywdą dla Ajaxa było —
Ulisses.  Gdyby był dumny —
Diomedes.  Albo chciwy pochwał —
Ulisses.  Lub opryskliwy —
Diomedes.  Albo samolubny.
Ulisses.  Dziękuj też niebu za twoją powolność,
Ojcu i piersi, którą dzieckiem ssałeś!
Cześć twoim mistrzom! Lecz cześć przedewszystkiem
Twoim wrodzonym przymiotom, nad wszelką
Naukę wyższym! Temu, co twe ramię
Do boju wprawiał, niechaj Mars ustąpi
Nieśmiertelności swej jedną połowę!
Co do twej siły, miano Wołonosza
Milion ci musi z pokorą ustąpić.
O twej mądrości na teraz przemilczam,
Która jak skała, jak morskie wybrzeża,
Twoje przymioty swem otula łonem.
Widzisz Nestora? Latami ćwiczony.
Jest i być musi mądrym, być nie może
Jak tylko mądrym, lecz, ojcze Nestorze,
Przebacz, gdy powiem, że gdyby dni twoje
Dni Ajaxowych świeżość jeszcze miały,
I gdyby mózg twój hart jego posiadał,
Twojaby mądrość nie stanęła wyżej —
Byłbyś Ajaxem.
Ajax.  Nazwęż cię mym ojcem?
Ulisses.  Nazwij, mój synu.
Diomedes.  Słuchaj jego rady,
Dzielny Ajaxie.

Ulisses.  Rzecz zwłoki nie cierpi,
Skoro Achilles w gęstwinie się chowa,
Wojenną radę niechaj wódz nasz zwoła.
Nowi królowie do Troi przybyli;
Jutro wystąpić musim z całą siłą.
Niech wschód i zachód kwiat rycerzy zwoła,
Ajax dotrzyma najdzielniejszym czoła.
Agamemn.  Niech śpi Achilles. Z wiatrem lecą łodzie,
Gdy cięższe nawy grzęzną w słonej wodzie.

(Wychodzą).



AKT TRZECI.
SCENA I.
Troja. — Sala w pałacu Pryama.
(Wchodzą: Pandarus i Sługa).

Pandarus.  Hola, przyjacielu, proszę cię, jedno słowo. Czy nie jesteś z orszaku młodego Parysa?
Sługa.  Jestem, kiedy za nim idę.
Pandarus.  Chciałem się pytać, czy mu służysz?
Sługa.  Służę panu.
Pandarus.  Szlachetnemu służysz panu; trudno go nie chwalić.
Sługa.  Więc chwała panu!
Pandarus.  Wszak znasz mnie, nieprawda?
Sługa.  Tak jest, panie, z widzenia.
Pandarus.  Przyjacielu, poznaj mnie lepiej, jestem pan Pandarus.
Sługa.  Spodziewam się, że poznam waszą dostojność lepiej.
Pandarus.  Pragnę tego.
Sługa.  Wielka wasza łaskawość. (Słychać muzykę za sceną).
Pandarus.  Łaskawość? Nie, przyjacielu, jestem tylko dostojny i jaśnie oświecony. Co to za muzyka?
Sługa.  Znam ją tylko po części; jest to muzyka instrumentalna.
Pandarus.  Czy znasz muzykantów?
Sługa.  Bardzo dobrze.
Pandarus.  Komu grają?
Sługa.  Słuchaczom, panie.
Pandarus.  Dla czyjej przyjemności, przyjacielu?
Sługa.  Dla mojej, panie, i dla przyjemności amatorów muzyki.
Pandarus.  Widzę przyjacielu, że się nie rozumiemy; ja nazbyt dworski, a ty nazbyt bystry. Na czyje żądanie ludzie ci grają?
Sługa.  Teraz przynajmniej wiem, o co idzie, panie. Otóż ludzie ci grają na żądanie mojego pana, Parysa, który jest tu osobiście, a z nim śmiertelna Wenus, kwintessencya piękności, niewidoma dusza miłości.
Pandarus.  Kto, synowicą moja, Kressyda?
Sługa.  Nie, panie, Helena. Czy nie mogłeś się domyślić z przypisanych jej przymiotów?
Pandarus.  Zdawałoby się przyjacielu, że nie widziałeś Kressydy. Przychodzę rozmówić się z Parysem w interesie księcia Troila. Wpadnę na niego bez ceremonii, bo interes gorący.
Sługa.  Interes gorący! co za frazes niedowarzony!

(Wchodzą: Parys, Helena i Służba).

Pandarus.  Piękne pozdrowienie, tobie, pani, i całej tej pięknej kompanii; niech piękne życzenia prowadzą was pięknie, w pięknej mierze do pięknego celu, a przedewszystkiem dla ciebie, piękna królowo, niech piękne myśli pięknem będą wezgłowiem!
Helena.  Drogi panie, jak widzę, jesteś pięknych słów pełen.
Pandarus.  Mówisz, słodka królowo, jak twoja piękna wola. Piękny książę, doskonała muzyka ucięta.
Parys.  A ty ją uciąłeś, kuzynie; musisz ją teraz naprawić, musisz ją nadsztukować własną sztuką. Helko, to człowiek pełen harmonii.
Pandarus.  Nie, pani, bynajmniej, na uczciwość.
Helena.  O panie —
Pandarus.  Głos mój przykry, możesz mi wierzyć, bardzo przykry.
Parys.  Doskonale! Wiemy, że tak mówisz czasami przez kaprys.
Pandarus.  Mam interes do księcia, droga królowo. Czy pozwolisz mi, mości książę, słowo jedno powiedzieć?
Helena.  Nie, nie, tak się nam nie wywiniesz, musisz nam co zaśpiewać, musisz koniecznie.
Pandarus.  Bardzo dobrze, słodka królowo, zbyt jesteś dla mnie łaskawa. Otóż, mości książę, drogi pan mój i najszacowniejszy przyjaciel, a brat twój, Troilus —
Helena.  Panie Pandarus, miodopłynny panie —
Pandarus.  Dalej, słodka królowo, dalej! Polecam się uprzejmym twoim względom.
Helena.  Nie wykpisz się z naszej melodyi; albo inaczej, niech nasza melancholia spadnie na twoją głowę!
Pandarus.  Słodka królowo! Słodka królowo! Co to za słodka królowa, na honor!
Helena.  A słodką damę zasmucić, co za kwaśna obraza!
Pandarus.  Nie, nie, na nic się to nie przyda, na nic, możesz mi wierzyć, na nic; na takie słowa nie zważam wcale, nie, bynajmniej! Otóż pan mój prosi cię, żebyś raczył go wytłómaczyć, jeśli się przypadkiem zapyta król o niego przy wieczerzy.
Helena.  Panie Pandarus —
Pandarus.  Co rozkaże moja słodka królowa, moja naj-najsłodsza królowa?
Parys.  Jakąż to wyprawę układa? Gdzie wieczerza tej nocy?
Helena.  Ale tylko, mój panie —
Pandarus.  Co mówi moja słodka królowa? Moja synowica pogniewa się z tobą, panie. Nie należy ci wiedzieć, gdzie tej nocy wieczerza.
Parys.  Zakładam się o głowę, że u mojej pięknej nieprzyjaciołki Kressydy.
Pandarus.  Nie, nie, nic podobnego; o sto mil jesteś od prawdy. Twoja nieprzyjaciołka dziś chora.
Parys.  Więc dobrze, wytłómaczę go.
Pandarus.  Wybornie, łaskawy panie. Ale skąd przyszła ci myśl wymówić nazwisko Kressydy? Ach, nie, biedna twoja nieprzyjaciołka jest chora.
Parys.  Domyślam się —
Pandarus.  Domyślasz się? Czego się domyślasz? Dalej, dajcie mi lutnię; jestem na twoje rozkazy, piękna królowo.
Helena.  To mi się nazywa być uprzejmym.
Pandarus.  Synowica moja szalenie jest zakochana w pewnej rzeczy, którą posiadasz, słodka królowo.
Helena.  Dostanie ją, byle to nie był mąż mój, Parys.
Pandarus.  Parys? Nie pragnie go wcale. On i ona, to dwoje.
Helena.  Nie trudno, żeby z takich dwojga zrobiło się troje.
Pandarus.  Ani chcę więcej o tem słuchać. Wolę wam zaśpiewać moją piosneczkę.
Helena.  I owszem, prosimy. Na uczciwość, słodki panie, piękne masz czoło.
Pandarus.  Wolne żarty, wolne żarty!
Helena.  Niech treścią twojej piosneczki będzie miłość; ta miłość zgubi nas wszystkich. O Kupidynie! Kupidynie! Kupidynie!
Pandarus.  Miłość? O, tak jest, miłość zgubi nas wszystkich.
Parys.  Miłość! Miłość! Nie żądam nic prócz miłości.

Pandarus.  Na uczciwość, tak właśnie zaczyna się moja piosneczka:
Miłość! Miłość! a więcej nic nie chcę,
Bo strzała miłości
Przeszywa do kości
Wszystko, co żyje;
Choć nie zabije,
Lecz ranę wciąż ostrzem swem łechce.
Gdy woła kochanek oh! oh! oh! i mdleje,
Ta go rana nie zabije,
To oh! oh! na ha! ha! niedługo przeleje,
Tak miłość mdlejąca wciąż żyje;
Wprzód było oh! oh! oh! teraz jest ha! ha! ha!
Niedługo oh! oh! oh! znów będzie z ha! ha! ha!
Hoc! hoc!

Helena.  Prawda, zakochany po uszy.
Parys.  Je tylko same gołębie, kochanko, a taka strawa wyrabia krew gorącą; a gorąca krew rodzi gorące myśli, a gorące myśli rodzą gorące czyny, a gorące czyny, to miłość.
Pandarus.  Czy to jest rodowód miłości? Gorąca krew, gorące myśli i gorące czyny? Toć to żmije; czy więc miłość jest żmij plemieniem? — Słodki panie, kto dziś do boju wystąpił?
Parys.  Hektor, Deifobus, Helenus, Antenor i całe rycerstwo trojańskie. I ja miałem ochotę zbroję dziś przywdziać, ale moja Helka ani chciała na to zezwolić. A brat mój Troilus dlaczego w domu został?
Helena.  Dąsa się na coś. Ty wiesz o wszystkiem, panie Pandarus.
Pandarus.  Ja? miodosłodka królowo, ja nie wiem o niczem. Pragnąłbym wiedzieć, jak im się dziś powiodło. Nie zapomnisz, książę, o wytłómaczeniu twojego brata?
Parys.  Co do włoska.
Pandarus.  Żegnam cię, słodka królowo.
Helena.  Poleć mnie twojej synowicy.
Pandarus.  Nie omieszkam, słodka królowo.

(Wychodzi. Słychać sygnał odwrotu).

Parys.  Wracają. Idźmy do królewskiej sali
Witać rycerzy. Ty, słodka Heleno,
Pomóż nam, proszę, rozbroić Hektora.
Uporne sprzączki prędzej usłuchają
Tknięć czarodziejskich twoich białych palców
Niż ostrza mieczów, albo greckich ramion:
Prędzej rozbroisz wielkiego Hektora
Niźli wysp królów połączone wojska.
Helena.  Parysie, z dumą sługą jego będę,
A poważania naszego oznaki
Piękności naszej blask nowy przydadzą.
Parys.  Słodka Heleno, nad wszystko cię kocham.

(Wychodzą).
SCENA II.
Troja. Ogród Pandara.
(Wchodzą: Pandarus i Sługa).

Pandarus.  Co tam nowego? Gdzie pan twój? U mojej synowicy Kressydy?

Sługa.  Nie, panie; czeka na pana, żebyś go tam poprowadził.

(Wchodzi Troilus).

Pandarus.  Otóż i on nadchodzi. Co tam nowego? co tam nowego?
Troilus.  Ruszaj stąd, pachołku. (Wychodzi Sługa).
Pandarus.  Czy widziałeś moją synowicę?
Troilus.  Nie; przed jej drzwiami domu się wałęsam,
Jak biedna dusza nad Styxu brzegami,
Na przewoźnika barkę czekająca.
Bądź mym Charonem, prowadź mnie co prędzej
Na błogie pola zasłane liliami,
Po których wolno zasłudze się tarzać!
Drogi Pandarze, malowane skrzydła
Z kupidynowych wyrwij dzisiaj ramion
I do Kressydy leć ze mną!
Pandarus.  W ogrodzie
Przechodź się chwilę; wraz ją przyprowadę.

(Wychodzi).

Troilus.  Oczekiwanie głowę mi zawraca.
Rozkosz tak słodka w samej wyobraźni,
Że wszystkie moje zmysły już zachwyca,
A cóż to będzie, kiedy podniebienie
W rzeczywistości skosztuje nektaru
Przez słodką miłość dystylowanego?
Chyba śmierć, chyba w omdleniu zagłada,
Lub radość nazbyt silna, zbyt subtelna,
Zbyt delikatna dla mych grubych zmysłów.
Lękam się bardzo; a lękam się także,
By rozkosz zmysłów mych nie pomieszała,
Jak gdy śród boju zwycięskie szwadrony
Gromadnie rąbią pierzchających tłumy.

(Wchodzi Pandarus).

Pandarus.  Gotuje się, przyjdzie za chwilę; teraz musisz cały twój dowcip pokazać. Tak się rumieni i oddech ma tak prędki, jakby się jej jaki duch pokazał. Przyprowadzę ją. Nie było jeszcze piękniejszej hultajki. Oddech ma tak prędki, jak dopiero co złapany wróbel.

(Wychodzi).

Troilus.  Tę samą w piersiach mych gwałtowność czuję.

Serce me bije gorączkowym pulsem,
Cala ma istność władze swoje traci
Jak wasal, kiedy niespodzianie spotka
Monarchy oko.

(Wchodzą Pandarus i Kressyda).

Pandarus.  Tylko śmiało! Na co się przyda rumieniec? Wstyd jest niemowlęciem. Masz ją teraz przed sobą. Powtórz teraz jej samej przysięgi, które mi recytowałeś. Co? Znowu się wymykasz? Czy trzeba cię pilnować, nim się ułaskawisz? Czy trzeba? Jeśli tak cofać się będziesz, wprzężemy cię do hołobli. Czemu do niej nie mówisz? Dalej! Podnieś tę zasłonę i pokaż nam twój obrazek. Ach, biedne to światło dzienne! jak się lękacie je obrazić! Gdyby było ciemno, zbliżylibyście się prędzej. Tak, tak właśnie; całuj a dobrze przyciskaj. Co? Czy to pocałunek na wieczną dzierżawę? Tu buduj, cieślo, miłe tu powietrze! Do ostatka sobie wytrzęsiecie dusze, nim was rozłączę. Sokół będzie miał swoją sokolicę mimo wszystkich kaczek na rzece. Tylko śmiało!
Troilus.  Zabrałaś mi wszystkie słowa, pani.
Pandarus.  Słowa nie płacą długów; płać uczynkiem. Ale podobno i wszystkie twoje uczynki zabierze, byle twoją czynność wzięła na próbę. Co? Znowu cmokanie? Więc słuchajcie: „a na świadectwo, obie strony“ — wejdźcie, wejdźcie tylko. Idę wam ogień przyrządzić.

(Wychodzi).

Kressyda.  Czy chcesz wejść, panie?
Troilus.  O, Kressydo! Ileż to razy być tam pragnąłem!
Kressyda.  Pragnąłeś, panie? Daj to Boże! O, panie!
Troilus.  Co daj Boże! Co znaczy ta piękna przerwa? Co za dziwne męty piękna moja kochanka ujrzała na dnie źródła naszej miłości?
Kressyda.  Więcej mętów niż wody, jeśli moja obawa ma oczy.
Troilus.  Obawa przemienia cherubinów na dyabłów; obawa nie widzi nigdy prawdy.
Kressyda.  Ślepa obawa, gdy kieruje widzącym rozumem, bezpieczniej stawia nogę niż ślepy rozum, potykający się bez obawy. Lękać się najgorszego, jest często najgorsze wyleczyć.
Troilus.  O, niech pani moja będzie bez obawy; w żadnym dramacie Kupidyna nie występują potwory.
Kressyda.  I nic potwornego?
Troilus.  Nic oprócz naszych przedsięwzięć, gdy przysięgamy wylewać łez morze, żyć w płomieniach, pożerać skały ugłaskiwać tygrysy; gdy nam się zdaje, iż trudniej będzie kochankom naszym wymyślić nowe próby niż nam pokonać nałożone trudności. To jedynie jest potwornością w miłości, moja pani, że wola jest nieskończona a siły ograniczone, że żądza jest bez granic, a działalność jest granic niewolnikiem.
Kressyda.  Powiadają, że wszyscy kochankowie przysięgają więcej, niż mogą wykonać, a trzymają w odwodzie siły, których nie używają nigdy; ślubują więcej niż dziesięć, a wykonywają mniej niż dziesiątą część jednego. Kto jak lew ryczy, a działa jak zając, czy nie jest potworą?
Troilus.  A czy są tacy na ziemi? Ja przynajmniej do liczby ich nie należę. Chwal mnie wedle tego, co zobaczysz; oceń mnie po próbie; z odkrytą zostanę głową, póki nie zasłużę na koronę; nie domagam się nagrody dzisiaj za czyn, który mam dokonać jutro, nie mówmy o zasłudze przed jej urodzeniem, a i po urodzeniu mówmy o niej skromnie. Prawdziwa wierność nie potrzebuje słów wielu. Troilus takim będzie dla Kressydy, że co najgorszego zdoła powiedzieć potwarz, będzie szyderstwem jego szczerości, a co najszczerszego powie prawda, nie będzie szczerszem od Troila.
Kressyda.  Czy chcesz wejść, panie? (Wchodzi Pandarus).
Pandarus.  Co? Jeszcze rumieńce? Jeszczeście nie skończyli gadaniny?
Kressyda.  Pamiętaj, stryju, że jeśli popełnię jakie szaleństwo, tobie je przypiszę.
Pandarus.  Dziękuję; więc jeśli pan mój będzie miał z tobą chłopca, to mnie go przypiszesz? Bądź mu wierną, a jeśli on się zmieni, mnie rób za to wyrzuty.
Troilus.  Znasz teraz twoich zakładników: słowo twojego stryja i moją niezachwianą wiarę.
Pandarus.  I za nią także daję moje słowo: jeśli w naszej familii długiego trzeba czasu, żeby nas zyskać, jesteśmy za to wierni raz zyskani: jesteśmy jak łopuch, możesz mi wierzyć; przyczepiamy się, gdzie nas rzucą.

Kressyda.  Śmiałość nakoniec dodaje mi serca:
Przez ile długich, bolesnych miesięcy,
Chociaż milcząca, kochałam cię, książę!
Troilus.  Czemuż tak długo byłaś mi uporną?
Kressyda.  Z pozoru tylko, bo już mnie podbiłeś
Pierwszem spojrzeniem; przebacz, bo jeżeli
Zbyt wiele wyznam, będziesz mi tyranem.
Kocham cię teraz, jednakże, aż dotąd
Mogłam panować nad moją miłością —
Lecz nie, nie, kłamię, miłość moja była
Jak są rozpustne dzieci, zbyt uporne
Dla swojej matki. Patrz na me szaleństwo,
Po co szczebiocę? Gdy sama się zdradzam,
Jakże na innych liczyć mogę wiarę?
Lecz zakochana nie stroiłam zalot,
Chociaż, wyznaję, chciałam być mężczyzną,
Chciałam, by mężczyzn przywilej nam służył,
By i nam było pierwszym wolno mówić.
Każ mi, mój drogi, każ mi usta zamknąć,
Bo w uniesieniu powiem niewątpliwie,
Czego w przyszłości gorzko pożałuję.
Patrz, twe milczenie, patrz, jak chytrze nieme
Z głębin mi duszy ciągnie tajemnice.
Zamknij mi usta.
Troilus.  Woli twej dopełniam,
Choć słodka płynie z twoich ust wymowa.

(Całuje ją).

Pandarus.  Ślicznie, na honor!
Kressyda.  O, przebacz mi, panie,
Nie miałam myśli o całunek prosić.
Wstyd mi, o Boże, co ja tu zrobiłam!
Na teraz, panie, muszę cię pożegnać.

Troilus.  Pożegnać, droga?
Pandarus.  Jeśli go pożegnasz,
Nim jutro rano —
Kressyda.  O, błagam cię, pozwól!
Troilus.  Cóż cię to razi?
Kressyda.  Moja bytność tutaj.
Troilus.  Nie możesz sama przed sobą uciekać.
Kressyda.  Pozwól przynajmniej odejść i spróbować.
Coś nakształt siebie z tobą tu zostawię;
Coś tak niedobre, że się samo zdradza,
Chętnie innego robi mnie igraszką.
Lecz gdzie mój rozum? Muszę, muszę odejść.
Nie wiem, co mówię.
Troilus.  Kto tak mądrze mówi,
Ten wie, co mówi.
Kressyda.  Więc może przypuszczasz,
Że więcej we mnie sztuki niż miłości;
Że mych oświadczeń tajnym było celem,
Jakby na wędkę myśli twoje chwytać.
Ale kto mądry, ten nie zakochany;
Rozum i miłość są nad ludzkie siły,
To tylko bogom w niebie dozwolone.
Troilus.  O, gdybym myślał, że może kobieta —
A jeśli może, to ty jedna tylko —
Na wieki płomień swej miłości karmić,
W wiecznej młodości swą utrzymać wiarę,
Trwalszą od wdzięków zewnętrznej urody
Potęgą myśli, co prędzej odmładnia,
Niż krew starzeje; o, gdybym mógł wierzyć,
Że moja szczera, a niezmienna miłość
Znajdzie w odpłacie taką czystość uczuć,
Jakże wysoko duchby mój uleciał!
Lecz ach! jam wierny jak wiary prostota,
A prostszy niźli wiara jest dziecięcia.
Kressyda.  W tem z tobą walczyć będę o pierwszeństwo.
Troilus.  Walka cnotliwa, gdy prawość z prawością
W prawości uczuć o pierwszeństwo walczy!
W późnej przyszłości, wierni kochankowie

Będą przysięgać wierność na Troila;
Gdy ich poezyi pełnej strasznych przysiąg,
Wielkich oświadczeń, nie stanie porównań,
Kiedy już stare znudzą ich przysięgi:
Wierny jak kwiaty wierne księżycowi,
Jak dniowi słońce, gołąb’ gołębicy,
Środkowi ziemia, a stal magnesowi,
Jeszcze po wszystkich wiary porównaniach
Na przysiąg swoich ostatnie stwierdzenie
Dołożą w końcu: wierny jak Troilus,
I tem nazwiskiem słowo swe uświęcą.
Kressyda.  Bądź mi prorokiem! Jeśli ja cię zdradzę,
Na włosek jeden wiary mej odstąpię,
Gdy czas starzejąc zapomni o sobie,
Kropelki deszczu stopią Troi mury;
Gdy zapomnienie pożre wielkie miasta,
Potężne państwa bez śladu pogrzebie
W prochu nicości, niechaj ludzka pamięć
I wtedy jeszcze, wśród niewiernych dziewic,
Moją niewierność piętnuje przekleństwem;
I gdy powiedzą: niewierna jak woda,
Jak wiatr, powietrze, jak pustyni piasek,
Jak lis jagnięciu, jak wilk jałowicy,
Jak tygrys łani, macocha pasierbom,
Niechaj dodadzą, aby w samo serce
Ugodzić zdradę: zdradna jak Kressyda.

Pandarus.  Zgoda; handel dobity; przypieczętujcie przysięgi, a ja będę świadkiem. Tu trzymam twoją rękę, tu rękę mojej synowicy. Jeśli wzajemnie wiary sobie nie dotrzymacie, gdy tyle zadałem sobie kłopotów, aby was połączyć, niech odtąd wszystkie biedne rajfury nazywają się aż do końca świata od mojego nazwiska: Pandarami; niech wszyscy wierni kochankowie nazywają się: Troilus, wszystkie fałszywe kobiety: Kressyda, a wszystkie rajfury: Pandarus! Dodajcie: Amen.
Troilus.  Amen.
Kressyda.  Amen.
Pandarus.  Amen. — A teraz pokażę wam izbę; żeby łóżko nie wygadało waszych pięknych utarczek, uduście je; a teraz, marsz!
Każdej tu niemej dziewce, czy młoda czy stara,
Niech Kupido da izbę, łoże i Pandara! (Wychodzą).

SCENA III.
Obóz grecki.
(Wchodzą: Agamemnon, Ulisses, Diomedes, Nestor, Ajax, Menelaus i Kalchas).

Kalchas.  Za waszej sprawie oddane usługi
Okoliczności zmuszają mnie dzisiaj
Nagrody żądać. Pomnijcie, książęta,
Że przenikając wzrokiem moim przyszłość,
Me posiadłości, Troję opuściłem,
Zyskałem zdrajcy imię nienawistne,
I dla wątpliwej zrzekłem się fortuny
Korzyści pewnych i już posiadanych.
Wszystko, co sercu memu było drogie
Przez czas, stosunki i przyzwyczajenie,
Wszystkom opuścił, wszystkiegom się wyrzekł;
Dla waszej służby sam wśród obcych żyję,
Jakbym się nowo dla świata narodził.
Błagam was teraz, dajcie mi skosztować
Choć drobną cząstkę bogatych obietnic,
Które w przyszłości czekać mają na mnie.
Agamemn.  Powiedz nam, czego żądasz, Trojańczyku.
Kalchas.  W wczorajszym boju jeńcem waszym został
Antenor, drogi wódz swojemu miastu.
Nieraz już — za co me składam wam dzięki —
Chcieliście moją wymienić Kressydę;
Do dzisiaj Troja odrzucała wnioski;
Lecz spraw ich takim Antenor jest kluczem,
Że się rokowań ich budowa zwali,
Gdy jej nie wesprze swoją obecnością.
Za niego dadzą syna krwi królewskiej.
Dajcie mu wolność, dostojni książęta,

Bo jego powrót wykupi mą córkę,
A jej przytomność z lichwą mi zapłaci
Wszystkie usługi, które wam oddałem.
Agamemn.  Niech Diomedes z Antenorem idzie,
Niech nam Kressydę przyprowadzi w zamian;
Kalchas otrzyma, czego od nas żąda.
Idź, Diomedzie, a pełniąc zlecenie,
Dowiedz się razem, czy Hektor w wyzwaniu
Niezmienny dotrwał; gotowy jest Ajax.
Diomedes.  Idę rozkazy twoje spełnić, królu.
Włożony ciężar z dumą podejmuję.

(Wychodzą: Diomedes i Kalchas. — Achilles i Patroklus pokazują się przy wejściu swoich namiotów).

Ulisses.  Stoi Achilles przy wejściu namiotu;
Racz go wyminąć, wodzu, obojętnie,
Jakbyś go nie znał; niech wszyscy książęta
Niedbałe oko rzucą nań z niechcenia.
Przyjdę ostatni; pewno mnie zapyta,
Co miały znaczyć te wzgardliwe oczy?
Mam w pogotowiu leczące szyderstwo,
Stawię je między waszą oziębłością
A jego dumą; nie wątpię na chwilę,
Że sam lekarstwa mego zechce zażyć;
Może się przydać: jedynem zwierciadłem
Dla dumnych tylko duma innych ludzi;
Pyszałków strawą są gibkie kolana,
Dla dumy dumnych płaca obiecana.
Agamemn.  Pójdziemy za twą radą, Ulissesie;
Idąc, przywdziejem oziębłości pozór.
Niech mu z nas żaden nie da pozdrowienia,
Lub da z pogardą, co nim silniej wstrząśnie,
Niż gdyby żaden na niego nie spojrzał.
Ja pierwszy idę.
Achilles.  Czy wódz nasz przychodzi,
By mówić ze mną? Znacie moje myśli:
Nie mam ochoty przeciw Troi walczyć.
Agamemn.  Co tam Achilles mówi? czego żąda?
Nestor  (do Achill.). Czy chcesz o sprawie jakiej mówić z królem?

Achilles.  Nie.
Nestor  (do Agam.). Nie, królu.
Agamemn.  Tem lepiej. (Wychodzą: Agamemnon i Nestor).
Achilles.  Dzień dobry! dzień dobry!
Menelaus.  Jak się masz? jak się masz? (Wychodzi).
Achilles.  Co? i ten rogal mną gardzi?
Ajax.  Co tam nowego, Patroklu?
Achilles.  Dzień dobry, Ajaxie.
Ajax.  Hę?
Achilles.  Dzień dobry.
Ajax.  Dzień dobry dziś i dzień dobry jutro. (Wychodzi).
Achilles.  Co się to znaczy? Nie znają Achilla?
Patroklus.  Skąd ta oziębłość? Zwyczajem ich było
Zginać kolana, zdala już uśmiechy,
Jak pośredników, słać Achillesowi,
Z taką do niego zbliżać się pokorą,
Z jaką do świętych zbliża się ołtarzy.
Achilles.  Czy do ubóstwa w tych czasach przyszedłem?
Wiem, że z fortuną rozbratana wielkość
Przychodzi także z ludźmi do rozbratu.
Czem jest, upadły równie jasno czyta
W spojrzeniach ludzi jak w upadku własnym.
Człowiek, to motyl: skrzydła swe pierzyste
Letniemu tylko pokazuje słońcu.
Żaden tu człowiek w swej ludzkiej godności
Czci nie odbiera; ludzie czczą honory,
Które istoty jego nie są treścią,
Urzędy, skarby, albo królów łaskę,
Choć je przypadek równie często daje
Jak i zasługa; ślizka to podstawa,
Ledwo upadnie, ciągnie też za sobą
Opartą na niej miłość równie ślizką:
Co żyło razem, razem też umiera.
Ale dziś ze mną tak źle jeszcze nie jest;
Fortuna jeszcze mą jest przyjaciółką;
Co posiadałem, w pełni dziś posiadam,
Oprócz pochlebnych ludzi tych uśmiechów.
Rzekłbyś, że nagle odkryli coś we mnie,

Co mnie tych względów zrobiło niegodnym,
Które tak często wprzód mi oddawali.
Widzę Ulissa; przerwę mu czytanie.
Witaj, Ulissie!
Ulisses.  Witaj mi, Tetydy
Potężny synu!
Achilles.  Co takiego czytasz?
Ulisses.  Dziwny to pisarz; toć on mnie tu uczy,
Że człek, jakkolwiek bogato posażny
Czy w duszy wielkość, czy w urodę ciała,
Ze skarbów swoich chełpić się nie może,
Czucia ich nie ma tylko przez odbicie,
Gdy cnoty jego promienistem ciepłem
Innych ogrzeją, a ci znów od siebie
Pierwszemu dawcy ciepło odsyłają.
Achilles.  Nic w tem dziwnego niema, Ulissesie,
Piękności twarzy nie widzi posiadacz;
Jej blask dla innych tylko świeci źrenic.
Zmysłowych wrażeń najczystszy pośrednik,
Oko, nie może z swej jamy wyskoczyć,
Samo się widzieć; w innem tylko oku
Może się własnym pozdrowić obrazem.
Wzrok się nie może ku sobie obrócić,
Błąkać się musi, aż zwierciadło znajdzie,
W którem nakoniec może się zobaczyć.
Nic w tem dziwnego.
Ulisses.  Nie zdanie mnie dziwi
Nic w niem nowego — lecz pisarza wnioski,
Który chce dowieść, że żaden śmiertelny
Nic nie posiada, jakkolwiek bogaty
W złoto lub cnoty, jeżeli poprzednio
Z drugimi skarbem swym się nie podzieli,
Że sam przez siebie nie wie nawet o nich,
Póki nie ujrzy ich w oklasku bliźnich,
Co je rozwija, jak sklepienie murów
Głos potęguje, jak brama stalowa
Bierze od słońca i słońcu odsyła
Twarz jego jasną i jego upały.

To mnie zajęło, i zaraz do myśli
Przyszedł mi Ajax, światu dziś nieznany.
Cóż to za człowiek! Boże, to koń czysty,
Co ma, sam nie wie. Ileż to jest rzeczy
Podłych z pozoru, kosztownych w użyciu!
A ile znowu drogich sądem ludzi,
A bez wartości! Jutro może ujrzym
Jak czyn, przypadkiem w rękę mu rzucony,
Wsławi Ajaxa. Czemu jedni robią
To, czego inni zrobić zaniedbali?
Czemu się jedni wczołgać potrafili
Do świątyń zmiennej Fortuny, gdy inni
Pod jej oczyma głupców grają rolę?
Jak jeden dumą drugiego się karmi,
Kiedy się pyszny w własnej tarza dumie!
Czy widzisz Greków? Patrz, jak po ramieniu
Klepią w zawody niezgrabę Ajaxa,
Jakby już deptał po Hektora piersiach,
Jakby już mury trojańskie rozwalał.
Achilles.  Bardzo ci wierzę; minęli mnie właśnie
Jak bogacz dumny żebraka wymija.
Dobrego słowa żaden nie powiedział,
Nie spojrzał żaden. Czy już zapomnieli
Mych czynów przeszłych?
Ulisses.  Alboż nie wiedziałeś,
Że czas na grzbiecie swoim torbę nosi,
W którą jałmużny wkłada zapomniane,
Czas, ten olbrzymi potwór niewdzięczności,
Drań ta, to dobre uczynki minione,
Pożarte w samej chwili urodzenia,
I zapomniane ledwo dokonane.
Wytrwałość tylko chowa jasny honor;
Wychodzą z mody minione usługi,
Jak zardzewiała zbroja na szyderstwo
Na monumencie starym zawieszona.
Nie zwlekaj chwili; bo honor wędruje
Po ciasnej ścieżce, na której zaledwo
Jeden się zmieści; nie opuszczaj ścieżki,

Bo mnogich synów ma współubieganie,
A wszyscy tłumnie cisną się za tobą,
I byleś stanął albo z drogi zeszedł,
Jak przystęp morza, niewstrzymaną falą
Wszyscy cię miną i w tyle zostawią.
Jak dzielny rumak, poległy na czele,
Dla pogardliwej tylnej będziesz straży
Z obojętnością deptanym pomostem.
Obecne czyny, choć niższe zasługą
Od twoich przeszłych, górują nad nimi,
Bo czas, zwyczajem modnych gospodarzy
Z niechcenia ściska odchodzących rękę,
A nowych gości do serca przytula
Silnem ramieniem, jakby chcieli uciec.
Zawsze witanie uśmiech ma na twarzy,
A pożegnanie z westchnieniem odchodzi.
Darmo się cnota domaga zapłaty
Za to, czem była, za minione czyny,
Bo piękność, dowcip, ród, siła, zasługa,
Miłość i przyjaźń, wszystko niewolnikiem
Zazdrości czasu i jego potwarzy.
Wspólny znak jeden wszystkich ludzi krewni:
Wszyscy bez miary nowe cacka wielbią,
Chociaż ze starych ulepione cacek,
I proch przenoszą trochę pozłocony
Nad przypruszone lekkim pyłem złoto.
Obecne oczy chwalą rzecz obecną.
Nie dziw się przeto, mężu niezrównany,
Jeśli Ajaxa czcić zaczęli Grecy,
Rzecz bowiem w ruchu przyciąga wzrok łatwiej
Niż rzecz w spoczynku. Był czas, gdy Hellenów
Krzyk cię pozdrawiał; ten czas może wrócić,
Byleś się żywcem nie chciał sam pogrzebać,
W własnym namiocie chwały twojej zamknąć,
Mężu, którego śmiałe niegdyś czyny,
Na tych trojańskich dokonane polach,
Budziły zazdrość w bogach nawet samych,
I buntowały Marsa.

Achilles.  Oddalenia
I samotności ważne mam powody.
Ulisses.  Ale ważniejsze, lecz heroiczniejsze
Znajdziesz powody przeciw oddaleniu.
Rzecz to wiadoma, Achillu, że kochasz
Jedną z Pryama córek.
Achilles.  Rzecz wiadoma?
Ulisses.  Czy cię to dziwi? Czujne rządu oko
Zna każde ziarnko w Plutusa skarbnicy,
Dno niezgłębionych przepaści nurtuje,
Ulata z mysią, i prawie jak bóstwo
Odsłania myśli w niemej ich kolebce.
Są tajemnice (których się historya
Nie waży dotknąć), w głębiach rządów duszy
Których działanie tak szybkie, tak boskie,
Że nie wypowie ich pióro ni język.
Achillu, wszystkie twe stosunki z Troją
Tak nam wiadome jak tobie samemu.
Może godniejszem byłoby Achilla
Nie Polixenę, lecz Hektora podbić.
Serce Pirrusa zakrwawi się młode,
Gdy wieść po naszych otrąbi wybrzeżach,
Gdy greckie dziewki tańcząc zaśpiewają:
„Hektora siostrę zwyciężył Achilles,
Lecz wielki Ajax Hektora powalił“.
Bądź zdrów; mówiłem jak szczery przyjaciel.
Po tym się lodzie głupiec ślizga śmiało,
Który się tobie strzaskać należało. (Wychodzi).
Patroklus.  To było zawsze rad mych wszystkich treścią.
Bezwstydna dziewka, w męża przedzierzgnięta,
Od zniewieściałych nie szpetniejsza mężów
W godzinie czynu. Na mnie spada wina;
Mówią, że mała ma do bitw pochopność,
A wielkie twoje do mnie przywiązanie
Było powodem twojej bezczynności.
Ocknij się, drogi, a wietrzny Kupido
Miłości łańcuch z twej szyi odwiąże;
Jak kropla rosy z grzywy lwa strząśnięta

W nic się rozpłynie.
Achilles.  Więc Ajax z Hektorem
Mierzyć się będzie?
Patroklus.  I może w tej walce
Chwałą się okryć.
Achilles.  Widzę zagrożone
Me dobre imię: sława ma blednieje.
Patroklus.  Bądź baczny; trudno ta się leczy rana,
Którą zadajem własną sobie ręką.
Kto konieczności nie pełni rozkazów,
Niebezpieczeństwo sam sobie kupuje;
Niebezpieczeństwo, jak subtelna febra,
Chwyta nas, chociaż na słońcu się grzejem.
Achilles.  Idź, mój Patroklu, przywołaj Tersyta,
Wyprawię błazna z prośbą do Ajaxa,
Aby po bitwie sprosił do mnie Trojan;
Kobiecą bowiem uczułem zachciankę
Ujrzeć Hektora w odzieży pokoju,
Mówić z nim, jego oblicza widokiem
Wzrok mój nasycać. Lecz otóż Tersytes.

(Wchodzi Tersytes).

Tersytes.  Cud!
Achilles.  Jaki?
Tersytes.  Ajax biega tam i sam po polu, szukając samego siebie.
Achilles.  Jakto?
Tersytes.  Jutro ma się mierzyć sam na sam z Hektorem, a w proroczej dumie heroicznych cięgów plecie trzy po trzy, nic nie mówiąc.
Achilles.  Jakto być może?
Tersytes.  Stąpa jak paw’ nadęty; krok jeden i pauza; zamyśla się jak gospodyni, która za całą arytmetykę ma tylko głowę, żeby uregulować swój rachunek; gryzie sobie wargi z ogromnie mądrem spojrzeniem, jakby mówił: siedzi w tej głowie dowcip, byle chciał wyleźć; i wielka w tem prawda, tylko że ten dowcip tak zimno tam spowity jak iskra w krzemieniu; żeby ją wywołać, trzeba wprzód dobrze krzesać. Zgubiony to człowiek na wieczne czasy; bo jeśli mu Hektor nie skręci karku w pojedynku, to on go sam sobie skręci w próżności. Nie poznał mnie; gdy mu „dzień dobry, Ajaxie“, powiedziałem, on mi odrzekł: „dziękuję, Agamemnonie“. Co myślisz o człowieku, który mnie bierze za wodza? Zmienił się w rybę lądową, bezjęzyczną potworę. Bodaj przepadło dobre u ludzi imię! Można je nosić na lice i na nice, jak skórzany kaftan.
Achilles.  Musisz być moim do niego posłem, Tersycie.
Tersytes.  Kto? Ja? Nie odpowie nikomu. Nie jego rzemiosłem odpowiadać. Mówić, to dobre dla żebraków; u niego język w pięści. Odegram wam jego rolę; niech mnie pyta Patroklus, przedstawię wam Ajaxa.
Achilles.  Przemów do niego, Patroklu. Powiedz mu, że błagam pokornie walecznego Ajaxa, aby zaprosił do mojego namiotu najdzielniejszego Hektora, bez zbroi; aby wyrobił dla niego list żelazny u wielkomyślnego, najjaśniejszego, sześć lub siedm razy dostojnego naczelnika greckiej armii, Agamemnona, i t. d. Zaczynaj.
Patroklus.  Błogosław, Jowiszu, wielkiemu Ajaxowi!
Tersytes.  Humf!
Patroklus.  Przychodzę w imieniu zacnego Achillesa.
Tersytes.  Hę?
Patroklus.  Który błaga cię pokornie, abyś raczył zaprosić Hektora do jego namiotu.
Tersytes.  Humf!
Patroklus.  Abyś wyrobił dla niego list żelazny u Agamemnona.
Tersytes.  Agamemnona?
Patroklus.  Tak jest, panie.
Tersytes.  Ha!
Patroklus.  Co na to odpowiadasz?
Tersytes.  Bóg z tobą, z całego serca.
Patroklus.  Co odpowiadasz, panie?
Tersytes.  Jeśli będzie jutro pogoda, o jedenastej godzinie rzecz się tak lub owak rozstrzygnie: bądźcobądź, drogo zapłaci, nim mnie złapie.
Patroklus.  Ale co odpowiadasz, panie?
Tersytes.  Bądź zdrów, z całego serca.
Achilles.  Czy tylko naprawdę tak nastrojony?
Tersytes.  Nie tak nastrojony ale tak rozstrojony. Jaką wyda muzykę, gdy mu Hektor rozpłata czaszkę, nie wiem; ale jestem pewny, że nie wyda żadnej, chyba że skrzypek Apollo z jego żył porobi struny.
Achilles.  Pójdziesz do niego natychmiast z listem.
Tersytes.  To daj mi drugi do jego konia, bo to z dwóch rozumniejsze stworzenie.
Achilles.  Umysł mój mętny jak zmącona woda,
I sam nie mogę dna jego zobaczyć.

(Wychodzi Achilles z Patroklusem).

Tersytes.  Bodaj źródło twoich myśli ustało się i znowu było czyste, bym mógł w niem osła napoić! Wolałbym być barana świerzbowcem niż takim walecznym nieukiem. (Wychodzi).




AKT CZWARTY.
SCENA I.
Troja. Ulica.
(Z jednej strony wchodzi Eneasz i Sługa z pochodnią, z drugiej Parys, Deifobus, Antenor, Diomedes i inni z pochodniami).

Parys.  Hola! kto idzie?
Deifobus.  Eneasz.
Eneasz.  Co widzę?
I Parys? Książę, gdybym miał powody
Ważne, jak twoje, do długiego spania,
Chyba niebieskie mogłoby poselstwo
Od towarzyszki łoża mnie oderwać.
Diomedes.  I ja tak myślę. — Witaj, Eneaszu!
Parys.  Ściśnij dłoń jego, bo Grek to waleczny;
Sam to przyznałeś, gdyś nam opowiadał,
Jak Diomedes dzień w dzień, tydzień cały

Gonił za tobą.
Eneasz.  Zdrowie ci, rycerzu!
Póki nam służy słodki czas rozejmu;
Ale w dniu bitwy, tak czarne wyzwanie,
Jak może serce w swych głębiach wymyślić,
A dzielność spełnić.
Diomedes.  Przyjmuje Diomed
Jedno i drugie. Póki krew spokojna
W żyłach mych płynie, zdrowie, Eneaszu!
Lecz gdy bój zawre, a pora posłuży,
Na twoje życie strzelcem mnie zobaczysz,
Z całą chytrością i zapałem strzelca.
Eneasz.  Będziesz polował lwa, który się cofa
Twarzą do łowca. Z całą uprzejmością
Witaj nam w Troi! Na Anchiza życie,
Witaj! Przysięgam na rękę Wenery,
Nikt szczerzej kochać nie może ode mnie
Męża, którego z duszy pragnie zabić.
Diomedes.  Jest w nas sympatya. Niech żyje Eneasz
Lat tysiąc, jeśli dla mego oręża
Śmierć jego nie jest chwałą przeznaczoną;
Lecz dla mej sławy niechaj jutro zginie,
Niech ciało jego jedną będzie raną.
Eneasz.  Znamy się dobrze.
Diomedes.  Prawda, a pragniemy
Poznać się gorzej.
Parys.  Jest to powitanie
Najzawistniejszej pełne serdeczności,
Nienawidząca najpiękniejsza miłość,
O jakiej dotąd dało się nam słyszeć. —
Co cię tak wcześnie z domu wywołało?
Eneasz.  Królewski rozkaz; lecz nie wiem powodu.
Parys.  Dowiesz się teraz: królewską jest wolą,
Byś Greka tego do domu Kalchasa
Powiódł i piękną Kressydę mu wydał
Za Antenora. Bądź nam towarzyszem,
Lub, jeśli pragniesz, wyprzedź nas na chwilę;
Przypuszczam bowiem, jestem raczej pewny,

Brat mój Troilus na tę noc tam gościem.
Zbudź go i donieś o naszem przybyciu,
O jego celu; tylko mi się zdaje,
Że nas nie bardzo powita serdecznie.
Eneasz.  Chętniej do Greków poniesioną Troję,
Niż wyniesioną z Troi swą Kressydę
Ujrzałby Troil.
Parys.  Lecz niema ratunku;
Taka przeznaczeń jego dola gorzka.
Spieszym za tobą.
Eneasz.  Więc żegnam was wszystkich.

(Wychodzi).

Parys.  Teraz szlachetny powiedz Diomedzie
Z całą szczerością dobrego kolegi:
Kto, zdaniem twojem, godniejszy Heleny,
Ja czy Menelaj?
Diomedes.  Równie godni oba:
On, że jej szuka z taką wytrwałością,
(Na jej honoru plamę obojętny,)
Przez tyle trudów i cierpień piekielnych;
Ty, że jej bronisz (nie czując goryczy,
Jaką zaprawna Heleny niesława)
Tak wielkim kosztem skarbów i przyjaciół.
On, jak skomlący i płaczliwy rogal,
Wywietrzałego wina chce pić męty;
Ty, jak rozpustnik, z wszetecznego łona
Pragniesz szczęśliwy sukcesorów dostać.
Ważycie równo: kto ją z was posiędzie,
O ladaszczycę tylko cięższy będzie.
Parys.  Dla współziemianki jesteś za surowy.
Diomedes.  Ona surowszą dla swojej jest ziemi.
Słuchaj, za każdą fałszywej krwi kroplę,
Która po żyłach cieknie jej wszetecznych,
Grek jeden zginął, a za każdy skrupuł
Jej nieczystego, splamionego ścierwa,
Jeden Trojańczyk swem zapłacił życiem.
Ode dnia, w którym otworzyła usta,
Do dzisiaj z ust tych mniej słów uleciało,

Niż dla niej Greków i Trojan skonało.
Parys.  Przekupnia, widzę, naśladujesz przykład,
Bo ganisz towar, który pragniesz nabyć.
Ja na przymioty jej zostanę niemy:
Nie chwalim, czego sprzedać nie myślemy.
To droga nasza. (Wychodzą).

SCENA II.
Troja. Dworzec przed domem Pandara.
(Wchodzą: Troilus i Kressyda).

Troilus.  Nie wychodź, droga, bo zimny poranek.
Kressyda.  A więc zawołam stryja mego, panie,
On ci otworzy.
Troilus.  Zostaw go w pokoju.
Idź, niech sen twoje piękne zamknie oczy,
Tak ukołysze łagodnie twe zmysły,
Jak dziecko, żadnej troski nie znające.
Kressyda.  A więc dzień dobry.
Troilus.  Proszę, wróć do łóżka.
Kressyda.  Czy cię już nudzę?
Troilus.  Gdyby dzień kłopotny,
Śpiewem skowronka do życia zbudzony,
Wron nie wywołał rozpustnych na pola,
Gdyby nas dłużej noc słoniła senna,
Nigdy komnaty twejbym nie opuścił.
Kressyda.  Noc była krótka.
Troilus.  Szpetna czarownica!
Jak piekło wiernie służy truciznikom,
A od kochanków ucieka uścisku
Skrzydłem lotniejszem od człowieka myśli!
Lecz się zaziębisz: kląć mnie potem będziesz.
Kressyda.  Czekaj; mężczyźni nigdy czekać nie chcą.
Ach! gdybym dłuższy stawiła ci opór,
Zostałbyś jeszcze. Cicho! ktoś się zbliża.
Pandarus  (za sceną). Cóż to? Wszystkie drzwi stoją otworem?
Troilus.  To stryj twój. (Wchodzi Pandarus).

Kressyda.  Bodaj dżumy padł ofiarą!
Zacznie szyderstwa; biedne moje życie!

Pandarus.  Ha? ha? Co tam nowego? Co tam za wiadomości od dziewictwa. To ty, moja dziewico? Gdzie moja synowica Kressyda?
Kressyda.  Bodajeś przepadł, stryju mój, szyderco!
Naprzód podmawiasz, urągasz się potem.
Pandarus.  Podmawiam? a do czego? Niech powie, do czego. Do czego cię podmawiałem?
Kressyda.  Skończ tylko, proszę, bo sam nieuczciwy,
Nie możesz ścierpieć uczciwości innych.
Pandarus.  Ha! ha! nieboraczko! Biedne głupiątko! Nie spałaś tej nocy? Czy ten niedobrego oka ci zmrużyć nie pozwolił? Bierz go licho! (Słychać stukanie).
Kressyda.  Czy nie mówiłam? Bodaj tak stukano
Po jego czaszce! Kto tam, zobacz stryju.
Wejdź ze mną, panie, do mojej komnaty.
Śmiejesz się, jakbym złą myśl jaką miała.
Troilus.  Ha! ha!
Kressyda.  Mylisz się; ani marzę o tem. (Stukanie).
Coraz gwałtowniej. Za pół Troi nie chcę,
Aby cię ludzkie ujrzały tu oczy.

(Wychodzą: Troilus i Kressyda).

Pandarus  (idąc ku drzwiom). Kto tam? Czego żądasz? Czy drzwi chcesz wysadzić? Co się to znaczy? Czego żądasz?

(Wchodzi Eneasz).

Eneasz.  Dzień dobry.
Pandarus.  Kto to? Eneasz, na honor;
Jaka cię sprawa tak rano sprowadza?
Eneasz.  Czy jest tu Troil?
Pandarus.  A cóżby tu robił?
Eneasz.  Wiem, że jest tutaj; darmo się zapierasz.
Ważną dla niego przynoszę wiadomość.
Pandarus.  Mówisz, że tu jest? To przysięgam, więcej wiesz ode mnie. Prawda, że późno wróciłem do domu; ale cóżby i tu robił?
Eneasz.  Co? Przypuśćmy, że nic. Tylko chcąc mu służyć, szkodzisz mu i zdradzasz go przez zbytek wierności. Nie wiedz sobie nic o nim, ale idź i przyprowadź go do mnie. (Gdy Pandarus zamierza wyjść, wchodzi Troilus).
Troilus.  Więc czego żądasz?
Eneasz.  Witać czasu nie mam,
Tak jest naglące moje tu poselstwo.
Za chwilę przyjdą: Parys, Deifobus,
Grek Diomedes, a z nimi Antenor
Dziś nam wrócony, a w zamian za niego
Musim natychmiast, nim pierwsze ofiary
W świątyniach złożym, Diomedesowi
Kressydę wydać.
Troilus.  Takie są układy?
Eneasz.  Już potwierdzone przez króla i radę;
Zwłoki nie cierpi żadnej wykonanie.
Troilus.  Jakże mi szczęście moje się urąga!
Idę ich przyjąć. A wiesz, Eneaszu,
Żeśmy przypadkiem spotkali się tutaj,
Żeś mnie nie znalazł w tym domu.
Eneasz.  O, zgoda,
Bo tajemnica natury ode mnie
Nie więcej niema. (Wychodzą: Troilus i Eneasz).
Pandarus.  Czy to być może? Ledwo zyskana, a już stracona? Bodaj dyabeł porwał Antenora! Młody książę gotów zwaryować. Zaraza na Antenora! Ach! czemu też nie złamali sobie karków! (Wchodzi Kressyda).
Kressyda.  Kto tu był stryju, jakie wiadomości?
Pandarus.  Ach! ach!
Kressyda.  O, powiedz, czemu wzdychasz tak głęboko?
Gdzie pan mój? powiedz drogi, drogi stryju.
Co się to znaczy?
Pandarus.  Chciałbym tak być głęboko pod ziemią, jak jestem wysoko na ziemi.
Kressyda.  O Boże! Boże! i cóż się tu stało?
Pandarus.  Proszę cię, wróć do twojej komnaty. Bodajeś się była nigdy nie rodziła! Wiedziałem, że będziesz przyczyną jego śmierci. O, biedny książę! Zaraza na Antenora!
Kressyda.  Dobry mój stryju, błagam cię, na kolanach błagam cię, powiedz, co tu zaszło?
Pandarus.  Musisz nas opuścić, dziewko, musisz nas opuścić; wymieniono cię za Antenora. Musisz pójść do twojego ojca, a porzucić Troila. To go zabije, to go otruje, nie zniesie tego.

Kressyda.  O wielki Boże! Nie opuszczę Troi.
Pandarus.  Musisz.
Kressyda.  Nie, stryju, nie chcę; zapomniałam ojca;
Nie czuję żadnych pokrewieństwa natchnień.
Niema rodziców, miłości, krwi, duszy
Tak sercu blizkich jak mój słodki Troil.
Potężne bogi, z imienia Kressydy
Zróbcie koronę i fałszu i zdrady,
Jeśli mojego Troila opuszczę!
Niech czas i przemoc i śmierć nawet sama
Zabiorą ciało moje na ofiarę;
Miłości bowiem mojej podwaliny
Tak są potężne jak środek jest ziemi,
Przyciągający wszystko, co stworzone.
Do mej komnaty płakać teraz idę —
Pandarus.  Idź, idź!
Kressyda.  Rwać jasne włosy, piękne lica drapać,
Głos westchnieniami mój czysty ochrzypiać.
Z ostatnim krzykiem: drogi mój Troilu!
Niechaj w mych piersiach serce moje pęknie!
Nie, nigdy, nigdy Troi nie opuszczę! (Wychodzą).

SCENA III.
Troja. — Przed domem Pandara.
(Wchodzą: Parys, Troilus, Eneasz, Deifobus, Antenor i Diomedes).

Parys.  Już późne rano; zbliża się godzina,
W której dzielnemu wydać ją Grekowi
Trzeba nam będzie. Bracie mój, Troilu,
Idź ją uprzedzić, odjazd jej przyspieszyć.
Troilus.  Wejdźcie do domu; oddam ją Grekowi;
A w chwili, w której dotknie jej swą dłonią,
Pomyśl, że widzisz zbudowany ołtarz,

Na którym kapłan, a twój brat, Troilus
Składa w ofierze własne swoje serce.
Parys.  Wiem, co jest miłość. Ach! gdybym ci, bracie,
Jak się litować mogę, tak mógł pomódz!
Raczcie panowie wejść ze mną do domu. (Wychodzą).

SCENA IV.
Troja. — Pokój w domu Pandara.
(Wchodzą: Pandarus i Kressyda).

Pandarus.  Miarkuj się, miarkuj!
Kressyda.  O umiarkowaniu
Na co mi mówisz? Boleść w mojem sercu,
Jak jej przyczyna, wielka jest i pełna;
Jakżebym mogła siłę jej miarkować?
Oj gdybym mogła zatłumić uczucie,
Lub je osłabić, albo je ostudzić,
Mogłabym także boleść mą łagodzić;
Ale jak granic w mej niema miłości,
Tak i po stracie niema ich w żałości.

(Wchodzi Troilus).

Pandarus.  Patrz, patrz, patrz, to on przychodzi. Biedne kurczątko!
Kressyda.  O, Troilu, Troilu!
Pandarus.  Cóż to za widowisko! Niechże i ja was uściskam. Serce, jak to pięknie mówi piosneczka:
Serce wzdychasz jawnie, skrycie,
Czemu nie pękniesz z westchnieniem?
A na to odpowiedź:
Bo ran serca nie zgoicie
Ni gadaniem, ni milczeniem.
Nie było prawdziwszych nad te rymów. Nie rzucajmy niczego na świecie, bo możemy dożyć dnia, w którym te wiersze mogą się nam przydać; widzimy to teraz, widzimy. Jakże wam teraz na sercu, baranki?

Troilus.  Kressydo, tak cię czystem kocham sercem,
Że bogi, jakby na mą gniewne miłość.
Stokroć gorętszą od pobożnych myśli,

Przez usta zimne słanych do ich bóstwa,
Z moich cię objęć wyrywają mściwie.
Kressyda.  Jakto? Czy bóstwo może być zazdrosne?
Pandarus.  Że może, mamy tego teraz dowód.
Kressyda.  Prawdaż, że Troję muszę dziś opuścić?
Troilus.  Okrutna prawda!
Kressyda.  I mego Troila?
Troilus.  Musisz opuścić Troję i Troila.
Kressyda.  Byćże to może?
Troilus.  Opuścić natychmiast.
Los nam zawistny pożegnać się broni,
Jednej ubogiej odmawia nam chwili,
Usta odrywa od ust bez litości,
Na jeden uścisk nawet nie pozwala,
Morduje śluby, wprzód, nim je do życia
Westchnienie z głębin serca wyprowadzi.
My, cośmy siebie tylu westchnień kosztem
Kupili wzajem, musim się dziś sprzedać
Za jęk ubogi, ledwo dosłyszany;
Bo z rozbójnika pośpiechem czas srogi
Bogatą kradzież, sam nie wie, jak grabi,
I pożegnania, bez liczby jak gwiazdy,
Każde osobnym znaczone całunkiem,
Wszystkie na jedno zimne „bądź zdrów!“ składa,
Ledwo na jeden przyzwala całunek
Głodny, łez naszych zaprawny goryczą.
Eneasz  (za sceną). Książę, czy dama gotowa do drogi?
Troilus.  Czy słyszysz? Mówią, że Geniusz „przyjdź!“ woła
Na tych, co nagłą zginąć mają śmiercią.
Idź do nich, powiedz, że przyjdę za chwilę.

Pandarus.  Gdzie są łzy moje? Deszczu mi trzeba, żeby ten wicher uciszyć, inaczej wyrwie mi serce z korzeniem.

(Wychodzi).

Kressyda.  Jakto? Iść muszę do greckich namiotów?
Troilus.  Niema lekarstwa.
Kressyda.  Płacząca Kressyda
Między tłum Greków szczęśliwych, wesołych?
Ujrzym się znowu?

Troilus.  Słuchaj mnie, kochanko,
Bądź tylko wierną —
Kressyda.  Ja wierną? Przez Boga!
Co za myśl grzeszna —
Troilus.  Daj pokój wyrzutom,
Bo to ostatnia chwila pożegnania.
Jeśli mówiłem „bądź mi tylko wierną,“
To nie przez trwogę o duszy twej stałość,
Bom gotów śmierci rzucić rękawicę,
Że plamki niema na twem czystem sercu;
Jeśli mówiłem „bądź mi tylko wierną,“
To żeby dodać: a znów się zobaczym.
Kressyda.  Na jak okrutne przyjdziesz się narażać
Niebezpieczeństwa! Ale będę wierną.
Troilus.  A ja pokocham się w niebezpieczeństwach.
Weź ten rękawek.
Kressyda.  Ty tę rękawiczkę.
Kiedyż cię ujrzę?
Troilus.  Straż grecką przekupię,
Co noc do ciebie przyjdę w odwiedziny.
Bądź tylko wierną!
Kressyda.  I znowu: bądź wierną!
Troilus.  Słuchaj mnie, droga, dlaczego tak mówię:
Młódź grecka wielkich pełna jest przymiotów;
Urok przez łaskę natury jej dany
Urósł w potęgę sztuką i ćwiczeniem,
Wpływu nowości, przymiotów, urody,
Zazdrosnych przeczuć bolesnem natchnieniem —
Które cnotliwym nazwij, proszę, grzechem —
Lękam się, droga.
Kressyda.  Ach! ty mnie nie kochasz.
Troilus.  To niechaj umrę wzgardzony od ludzi!
Nie twoją wierność mam ja w podejrzeniu,
Lecz me zasługi. Ja śpiewać nie umiem,
Ni w tańcu krążyć, ani słów cukrować,
Ni gier subtelnym zaostrzać dowcipem;
U Greków wszystkie znajdziesz te przymioty;
Wierzaj mi tylko, że w każdym z tych wdzięków

Ukryty dyabeł na zasadzce siedzi,
I kusi cnotę. O, nie daj się skusić!
Kressyda.  Alboż przypuszczasz, że mam chęć po temu?
Troilus.  Nie, ale często i to stać się może,
Czego nie chcemy; i często jesteśmy
Sami dla siebie dyabłem kusicielem,
Kiedy zbyt ufni w sił naszych potęgę,
Na słabość naszą liczymy za wiele.
Eneasz  (za sceną). Książę, czas nagli.
Troilus.  Raz jeszcze pocałuj
I bądź mi zdrowa!
Parys  (za sceną).Bracie mój Troilu!
Troilus.  Wejdź dobry bracie, wejdź, przyprowadź z sobą
I Eneasza i greckiego posła.
Kressyda.  Będziesz mi wierny?
Troilus.  Ja? To mym jest grzechem.
Gdy inny goni za chwałą fortelem,
Ja, wiernem sercem, za prostotą gonię;
Kiedy miedzianą inny swą koronę
Chytrością złoci, ja, w ducha prostocie
I w prawdzie serca, moją jak jest noszę.
Nie bój się o mnie: wiara i prostota,
To cała mojej natury istota.

(Wchodzą. — Eneasz, Parys, Antenor, Deifobus i Diomedes).

Oto dziewica, którą, Diomedzie,
Za Antenora w zamian ci dajemy;
Przy miasta bramach oddam ci ją w ręce,
A czem jest, wszystko w drodze ci opowiem.
Bądź dla niej dobry, a na moją duszę,
Jeśli przez zmienne wojny przeznaczenia
Na miecza mego będziesz kiedy łasce,
Nazwij Kressydę, a życie twe będzie
Bezpieczne, jak jest Pryam w Ilionie.
Diomedes.  Piękna Kressydo, oszczędź podziękowań,
Na które książę ten zdaje się czekać.
Oczu twych ogień i lic twoich niebo
Dosyć wymownie twojej bronią sprawy.
Diomedesa odtąd jesteś panią,

A twoja wola rozkazem mi będzie.
Troilus.  Prawa grzeczności gwałcisz ze mną, Greku
Jej pochwałami mych próśb niszcząc skutek;
Lecz nad pochwały twe tak ona wyższa
Jak ty niegodny jej się mienić sługą.
Bądź dla niej dobry, to moja jest wola,
Jeśli nie będziesz, klnę się na Plutona,
Choćby Achilles swą cię słonił tarczą,
Z mej ręki zginiesz.
Diomedes.  Uspokój się, książę;
Lecz korzystając z posła przywilejów,
Powiem, co myślę: za murami miasta
Tylko mej woli natchnień będę słuchał.
Wiedz, że mi dotąd nikt nie rozkazywał.
Będę ją cenił wedle jej wartości;
Ilekroć powiesz: tak chcę, niech tak będzie,
Krzyknę: nie! mając honor mój na względzie.
Troilus.  Idźmy! Lecz wierzaj, za podobną mowę,
Przed wrogiem schować musisz nieraz głowę. —
Daj mi twą rękę; nim dobiegniem bramy,
Jeszcze ostatni raz się pożegnamy.

(Wychodzą: Troilus, Kressyda i Diomedes. — Słychać, odgłos trąbki).

Parys.  Trąbka Hektora.
Eneasz.  Jak nam przeszedł ranek!
O brak czujności słusznie mnie posądzi,
Gdy mu przysiągłem pierwszy w polu stanąć.
Parys.  Nie jest w tem nasza lecz Troila wina.
Deifobus.  Więc śpieszmy za nim.
Eneasz.  Lotem oblubieńca
Na płac spotkania gońmy za Hektorem.
Byt swój i chwałę Troja dziś powierza
Sercu i dłoni jednego rycerza.

(Wychodzą).
SCENA V.
Obóz grecki. — Szranki.
(Wchodzą: Ajax uzbrojony, Agamemnon, Achilles, Menelaus, Ulisses, Nestor i inni).

Agamemn.  Przed umówioną stanąłeś godziną,
Zbrojny, gotowy. Teraz niech twa trąbka
Głośne wyzwanie pośle Trojańczykom,
Niech przestraszone uderzy powietrze
Hektora ucho, niechaj go wywoła.
Ajax.  Weź tę sakiewkę a dmij, aż ci pękną
I płuca twoje i trąbka śpiżowa,
Dmij, chamie, póki pyzy twe nie przejdą
Pucułowatej gęby Akwilonu;
Wydmij twe piersi, niech krew z ócz ci tryska,
Bo na Hektora trąbisz. (Trębacz trąbi).
Ulisses.  Wszystko głucho.
Achilles.  Zbyt jeszcze rano.
Agamemn.  Czy to nie Diomed
Z Kalchasa córką?
Ulisses.  Tak jest, to on, królu,
Znam go po chodzie, na palcach on stąpa,
Bo go od ziemi duch jego odrywa.

(Wchodzą: Diomedes i Kressyda).

Agamemn.  Czy to Kressyda?
Diomedes.  Tak jest.
Agamemn.  Piękna pani,
W greckim obozie tysiąc witaj razy!
Nestor.  Nasz wódz cię, pani, wita pocałunkiem.
Ulisses.  To jest jednego tylko pozdrowienie,
Kolejno będzie lepiej gościa witać.
Nestor.  Piękna to rada: ode mnie początek —
To Nestor daje.
Achilles.  Z twych ust, piękna pani,
Zimę tę zgarnę. Achilles cię wita.
Menelaus.  Całować niegdyś dobry miałem powód.
Patroklus.  Lecz to nie powód, byś teraz całował;
Zuchwały Parys tak niegdyś wystrzelił,

I od powodów tak cię twych rozdzielił.
Ulisses.  Śmiertelna żałość! Losie, losie srogi!
My głowy tracim, by mu złocić rogi.
Patroklus.  Pierwszy całunek był Menelausa,
Drugi mój własny. Patroklus cię wita.
Menelaus.  Bardzo dowcipnie; konceptu winszuję.
Patroklus.  Śladem Parysa w zastępstwie całuję.
Menelaus.  Muszę mieć jednak me pocałowanie.
Kressyda.  Całując, bierzesz czyli dajesz, panie?
Menelaus.  Biorę i daję.
Kressyda.  Wzięty pocałunek
Od oddanego większy ma szacunek;
Nie mam zwyczaju ze stratą handlować,
Więc przebacz, ale nie myślę całować.
Menelaus.  Dam trzy za jeden.
Kressyda.  Myśli mej nie zmienię;
Nie znasz się, widzę, na towaru cenie.
Menelaus.  Nie znam? Któż lepiej znać się może na niem?
Kressyda.  Kto? pytasz, Parys; bo każdego zdaniem,
Lepiej on kupił niżeliś ty sprzedał.
Menelaus.  Lepszego szczutka nikt mi w głowę nie dał.
Kressyda.  Nie miałam chęci.
Ulisses.  Toćby oszalała,
Gdyby paznokciem bić się z rogiem chciała. —
Czy mogę, pani, o całunek prosić?
Kressyda.  Możesz.
Ulisses.  Więc proszę.
Kressyda.  Więc proś, ale długo.
Ulisses.  Dasz go, gdy będzie Helena dziewicą
I Menelaja znów oblubienicą.
Kressyda.  Dług mój na termin zapłacić przyrzekam.
Ulisses.  Ja też terminu i całunku czekam.
Diomedes.  Czas już, do twego ojca idźmy, pani.

(Wychodzą: Diomedes i Kressyda).

Nestor.  Dowcipna dziewka.
Ulisses.  A bodaj przepadła!
Jest język w oczach, licach jej i ustach,
Jej nogach nawet, a duch jej namiętny

Z każdego ruchu jej ciała wygląda.
O, te świegotki, co gładkim językiem
Każdemu dają pierwsze pozdrowienie,
Pierwsze swych myśli otwierają księgę
Rozpustnym oczom wszystkich czytelników!
Łup to skalany pierwszej sposobności,
Córki — rozpusty. (Słychać za sceną trąbkę).
Wszyscy.  To trąbka trojańska.
Agamemn.  Widzicie? Zastęp ich zbliża się ku nam.

(Wchodzą: Hektor w zbroi, Eneasz, Troilus i inni Trojanie, Orszak).

Eneasz.  Witam was, wszyscy Greków dostojnicy,
Jaka nagroda na zwycięzcę czeka?
Czy w dwóch obozach ma być ogłoszony?
Czy ma być walka, póki stanie życia,
Czy też rycerze mają się rozdzielić
Na pierwsze słowo kierownika szranków?
Hektor was pyta.
Agamemn.  Czego Hektor pragnie?
Eneasz.  Hektor na wszystkie zgadza się warunki.
Achilles.  Odpowiedź godna Hektora, jednakże
Trochę za dumna, upokarzająca
Dla drugiej strony rycerza.
Eneasz.  Mój panie,
Jakie twe imię, jeśliś nie Achilles?
Achilles.  Nie jestem niczem, jeślim nie Achilles.
Eneasz.  A więc Achilles. Lecz ktokolwiek jesteś,
Wiedz, że odwaga Hektora i duma
Są granicami dwóch ostateczności:
Co nieskończenie wielkie i co małe.
Jego odwaga jak świat nie ma granic,
A jego duma jak nic, niedojrzana.
Rozważ, a co ci dumą się wydaje,
Jest uprzejmością. Ajax z krwi Hektora
Na pół zlepiony; przez krwi własnej miłość
W domu została Hektora połowa.
Pół tylko ręki i pół serca czeka,
Na pół Trojana a połowę Greka.
Achilles.  Rozumiem; niby dwóch dziewic spotkanie.

(Wchodzi Diomedes).

Agamemn.  Przychodzisz w porę, dzielny Diomedzie
Idź i bądź świadkiem naszego Ajaxa.
Warunki, jakie przyjmiesz z Eneaszem,
I my przyjmujem; czy to na śmierć walka,
Czy do krwi pierwszej. Z jednej krwi zrodzeni
Przed pierwszym ciosem pół są rozbrojeni.

(Ajax i Hektor wstępują w szranki).

Ulisses.  Już sobie w oczy spojrzeli rycerze.
Agamemn.  Co za Trojańczyk z tą posępną twarzą?
Ulisses.  To syn najmłodszy Pryama, to żołnierz
Nieporównany, chociaż niedojrzały;
Wymowny czynem, bezczynny językiem;
Trudny w zaczepce, lecz raz zaczepiony,
Trudno ukojny; dłoń jego i serce
Z równą szczodrotą dla wszystkich otwarte;
Co ma, to daje, co myśli, objawia,
Lecz podarunkiem sąd zdrowy kieruje,
A od ust myśli odpędza niegodne;
Mężny jak Hektor lecz niebezpieczniejszy,
Bo Hektor w gniewie słuchać jeszcze może
Natchnień litości, gdy on, zapalony,
Od zazdrosnego mściwszy jest kochanka;
Zwą go Troilem; na nim to spoczywa
Druga nadzieja po dzielnym Hektorze.
To Eneasza sąd, który młodziana
Na wskroś przeniknął; taki jego obraz
Wśród poufałej skreślił mi rozmowy.

(Alarm. — Hektor i Ajax walczą).

Agamemn.  Walczą.
Nestor.  Ajaxie, pokaż twoją dzielność!
Troilus.  Ty śpisz, Hektorze, zbudź się!
Agamemn.  Jego ciosy
Dobrze zadane. Tak, o tak, Ajaxie!
Diomedes.  Przestańcie! (Cichną trąby).
Eneasz.  Tak jest, dość tego, książęta.
Ajax.  Jeszcze gorąca nie czuję, więc walczmy.
Diomedes.  Jak Hektor zechce.

Hektor.  Więc przestańmy na tem.
Mojego ojca siostry synem jesteś;
Gdy krew Pryama w twoich żyłach cieknie,
Krew nam zabrania śmiertelnego boju.
Gdyby się w tobie dwie narodowości
Tak pomieszały, żebyś mógł powiedzieć:
„Ręka ta grecka, a ta jest trojańska,
Nogi tej żyły wszystkie są heleńskie,
A tej frygijskie; wszystka krew mej matki
Prawe me lice rumieni, a lewe
Krwią ojca bije“, wtedy, na Jowisza,
Nimbyś stąd odszedł, każdy grecki członek
Mieczaby mego piętno uniósł krwawe,
Jako pamiątkę naszej nienawiści.
Dzisiaj mi bogów sprawiedliwych prawo
Zabrania przelać jednej krwi kropelki,
Którą od świętej wziąłeś twojej matki.
Więc pozwól, niech cię uściskam, Ajaxie;
Ha, na Jowisza, ramiona twe silne!
Hektor się chętnie tak im objąć daje.
Cześć ci, mój bracie!
Ajax.  Dzięki ci, Hektorze!
Nazbyt szlachetny, zbyt jesteś łagodny.
Myślą mą było zabić cię, bratanku,
A twoją śmiercią chwałę mą podwoić.
Hektor.  Nie, Neoptolem nawet niezrównany,
Którego szyszak do walczących woła:
„To on!“ daremną myśląby się łudził,
Że Hektor nowej chwały da mu żniwo.
Eneasz.  Na objaw woli twej czekają wszyscy.
Hektor.  Łatwa odpowiedź: uścisk skończy wszystko.
Bądź zdrów, Ajaxie!
Ajax.  Jeśli mogę prosić —
A rzadka tego zdarza się sposobność —
Prosiłbym, żeby mój brat raczył ze mną
Greckie namioty na chwilę odwiedzić.
Diomedes.  To jest życzenie i Agamemnona;
Wielki Achilles także pragnie z duszy

Rozbrojonego zobaczyć Hektora.
Hektor.  Idź, Eneaszu, przywołaj Troila,
A czekającym na mnie Trojańczykom
O tem uprzejmem donieś zaproszeniu,
Powiedz, niech wrócą. — Daj rękę, bratanku,
Do uczty waszej przy tobie zasiędę,
Waszym rycerzom przypatrzę się z bliska.
Ajax.  Zbliża się do nas wielki Agamemnon.
Hektor.  Daj mi nazwiska waszych dostojników;
Lecz Achillesa oko me ciekawe
Bez słów rozpozna przez groźną postawę.
Agamemn.  Przyjmij, rycerzu, takie pozdrowienie,
Jakie dać zdolny człowiek, który pragnie
Takiego wroga pozbyć się na zawsze.
Lecz nie, to żadne nie jest pozdrowienie;
Więc powiem jaśniej: niech przeszłość i przyszłość
Znikną na chwilę w prochu zapomnienia.
Tu teraz tylko serdeczność i wiara,
Wolne od wszelkiej chytrości podstępów,
Z boską prawością, z głębi mego serca,
Wielki Hektorze, witaj nam! powtarza.
Hektor.  Potężny królu, przyjmij moje dzięki!
Agamemn.  (do Troila). I ciebie także witam, dzielny książę.
Menelaus.  Królewskim brata pozdrowieniom wtórzę:
Paro walecznych braci, witaj u nas!
Hektor.  Za pozdrowienie komu mam dziękować?
Eneasz.  Menelajowi szlachetnemu.
Hektor.  Królu,
Dzięki! na Marsa rękawicę, dzięki!
Niech cię nie dziwi przysięga niezwykła.
Quondam twa żona dziś jeszcze przysięga
Na rękawiczkę Wenery, a zawsze
Zdrowa i piękna; lecz mi nie kazała
Pamięci twojej polecić się, królu.
Menelaus.  Nie mów mi o niej; śmiertelny to przedmiot.
Hektor.  O przebacz, jeślim niechcący obraził.
Nestor.  Częstom cię widział, Trojańczyku dzielny,
Spełniającego przeznaczeń wyroki,

Po krwawej drodze Grekami zasłanej;
Widziałem, jakeś z ogniem Perseusza
Spinał twojego frygijskiego konia;
Jak, gardząc łupem bez niebezpieczeństwa,
Miecz na powietrzu trzymałeś wiszący,
Nie chcąc, by upadł na upadających;
A na ten widok mówiłem do swoich:
„Patrzcie, to Jowisz rozdający życie!“
Widziałem, jak się zatrzymałeś chwilę,
Aby odetchnąć, gdy cię Greków koło,
Niby szermierze igrzysk olimpijskich,
Zewsząd owiło: widziałem to nieraz,
Lecz zawsze stalą odziane oblicze
Dziś po raz pierwszy widzę. Twego dziada
Znałem, a nawet raz z nim i walczyłem;
Dzielny był żołnierz, lecz, klnę się na Marsa.
Wspólnego wszystkich mężów naczelnika,
Daleko, żeby mógł się z tobą równać.
Pozwól, niech stary uściska cię żołnierz,
Niech cię powita wśród greckich namiotów.
Eneasz.  To stary Nestor.
Hektor.  Niechże cię uściskam,
Uczciwa, stara kroniko; dłoń w dłoni
Tak długo z czasem krążąca po ziemi.
Rad cię pozdrawiam, poważny Nestorze.
Nestor.  Chciałbym ci zrównać potęgą ramienia,
Jakem ci teraz równy uprzejmością.
Hektor.  I jabym pragnął.
Nestor.  Na tę białą brodę,
Jutrobym z tobą orężem się zmierzył.
Lecz mniejsza; witaj! I ja swój czas miałem.
Ulisses.  Dziwna, że mury jeszcze stoją całe,
Gdy ich fundament i kolumna u nas.
Hektor.  Znam dobrze twoje rysy, Ulissesie;
Ach! iluż Greków i Trojan upadło
Od czasu, kiedyś przybył z Diomedem
Jak grecki poseł w mury Ilionu!
Ulisses.  Przepowiedziałem wtedy, co się stanie;

Pół tylko drogi uszło me proroctwo,
Bo i te mury, dziś jeszcze tak dumne,
Bo i te wieże chmury trącające,
Swe muszą własne pocałować nogi.
Hektor.  Nie chcę ci wierzyć. Jeszcze stoją całe,
A niech mi wolno będzie dodać skromnie,
Za każdy kamyk z murów tych wypadły
Krwi greckiej kropla musi wprzód zapłacić.
Czas wszystko wieńczy; stary wspólny sędzia,
Czas, w swojej porze, wszystko to rozstrzygnie.
Ulisses.  A więc zostawmy wszystko to czasowi,
A teraz, dzielny, szlachetny Hektorze,
Witaj! Po królu i mnie racz odwiedzić,
Na chwilę gościem mego bądź namiotu.
Achilles.  Ja cię uprzedzić muszę, Ulissesie.
Hektorze, oczy me tobą napasłem,
Wszystkie twe członki uważną źrenicą
Bacznie zmierzyłem.
Hektor.  Czy to jest Achilles?
Achilles.  Jestem Achilles.
Hektor.  Stań, proszę, na chwilę,
Niech ci się przyjrzę.
Achilles.  Napatrz się do sytu.
Hektor.  Widziałem dosyć.
Achilles.  Nazbyt się spieszyłeś;
Ja, po raz drugi, jakbym cię chciał kupić,
Członek po członku wezmę na uwagę.
Hektor.  Chcesz mnie jak książkę zabawną przeczytać;
Jest we mnie więcej, niż możesz zrozumieć.
Czemuś łakomy wzrok we mnie utopił?
Achilles.  Powiedz mi, Boże, w której ciała części
Zabić go mogę; tu, tam, czy gdzieindziej?
Abym miejscowe imię mógł dać ranie,
Pokazać wyłom, przez który uleci
Duch jego wielki. Odpowiedz mi, Boże!
Hektor.  Byłoby krzywdą bogom, dumny mężu,
Dać ci odpowiedź na takie pytanie.
Czy sądem twoim, tak ci łatwo będzie

Wydrzeć mi życie, że z góry zapowiesz,
Gdzie mi śmiertelny zadasz cios?
Achilles.  Tak myślę.
Hektor.  Gdybyś wyrocznią był i prorokował,
Jeszczebym słowu twemu nie dał wiary.
Bądź odtąd baczny! Ja cię nie zabiję
Tu ni tam, ale na kuźnię Wulkana,
W której był kuty boga Marsa szyszak,
Ja cię zabiję wszędzie, tak jest, wszędzie!
Junackiej mowie przebaczcie, książęta,
Lecz jego pycha do ust mi przyniosła
Szalone słowa; mem usiłowaniem
Będzie czynami mowę moją sprawdzić,
Albo, niech nigdy —
Ajax.  Uspokój się, bracie.
Ty, Achillesie, odłóż twoje groźby,
Aż ci przypadek, albo wolna wola
Dobrą nadarzy do czynu sposobność;
Codziennie dosyć będziesz miał Hektora,
Byleś chciał tylko, choć bardzo się lękam,
Żeby nie łatwo greckiej było radzie
Do tej z Hektorem skłonić cię rozprawy.
Hektor.  Pokaż się, proszę, na bojowem polu.
Odkąd przestałeś w Greków walczyć wojnie,
Tylkośmy drobne widzieli utarczki.
Achilles.  Chcesz tego? dobrze. Jutro więc, Hektorze,
Jak śmierć okrutny spotkam cię z orężem.
Dziś, przyjaciele.
Hektor.  Zgoda! Daj mi rękę.
Agamemn.  Naprzód do mego zapraszam namiotu,
Gdzie już na wszystkich wodzów uczta czeka;
Później, niech każdy wedle swej szczodroty
Przyjmie Hektora, ile czas pozwoli.
Uderzcie w trąby, niech słyszą Trojanie,
Jakie tu Hektor znalazł powitanie.

(Wychodzą wszyscy prócz Troila i Ulissesa).

Troilus.  Powiedz mi, błagam, królu Ulissesie,
Kalchasa namiot w której leży stronie?

Ulisses.  Menelausa dotyka namiotu;
Tam Diomedes ucztuje tej nocy,
Tam on na niebo nie patrzy ni w ziemię,
Bo swoich spojrzeń miłosnych potęgę
Na piękne lica Kressydy wymierzył.
Troilus.  Wolnoż mi prosić, ażebyś mnie raczył
Tam poprowadzić, gdy Agamemnona
Opuścim ucztę?
Ulisses.  Jestem na rozkazy.
A teraz racz mi powiedzieć w odwecie,
W jakiem Kressyda była poważaniu?
Czy zostawiła po sobie kochanka,
Który łzy leje w jej nieobecności!
Troilus.  Szyderstwa tylko, królu, ci są godni,
Co pokazują szramy swe chełpliwie.
Idźmy! kochała i była kochaną,
Jak jest kochaną teraz i jak kocha.
Ale wiesz, że to odwieczne jest prawo,
Że miłość zębów fortuny jest strawą.

(Wychodzą).



AKT PIĄTY.
SCENA I.
Obóz grecki. — Przed namiotem Achillesa.
(Wchodzą: Achilles i Patroklus).

Achilles.  Krew jego greckiem rozgrzeję dziś winem,
Którą mu jutro mym ostudzę mieczem.
Daj baczność, żeby uczta była świetna.
Patroklus.  Otóż Tersytes. (Wchodzi Tersytes).
Achilles.  Ty wrzodzie zazdrości,
Pełne zakalca natury pieczywo,
Co mi przynosisz?

Tersytes.  Co przynoszę? Ty obrazku tego, czem być się zdajesz, a bożyszcze głupcochwalców, list ci przynoszę.

Achilles.  Skąd, ułomku?
Tersytes.  Pełny półmisku błazeństwa, z Troi.
Patroklus.  Kto został w namiocie?
Tersytes.  Chirurga futerał albo chorego rana.
Patroklus.  Doskonale, mości Przeciwnicki, ale na co wszystkie te koncepta?
Tersytes.  Milcz, proszę cię, chłopcze, na nic ci się nie przyda twoja gadanina. Ludzie biorą cię za męskie pacholę Achillesa,
Patroklus.  Męskie pachole, hultaju? Jak to rozumiesz?
Tersytes.  Rozumiem jego męską ladaszczycę. Bodaj też wszystkie zgniłe choroby południa, kurcze żołądka, ruptury, katary, ciężar kamienia w krzyżach, letargi, zimne paraliże, śluzotoki oczu, gnicie wątroby, charkotanie płuc, ciekące wrzody, scyatyki, wapnienie dłoni, nieuleczone łamanie kości i wieczne dziedzictwo parchów, bodaj wszystkie te choroby były twoją zapłatą za wszystkie twoje wszeteczeństwa.
Patroklus.  Przeklęte pudło zazdrości, co znaczą twoje przekleństwa?
Tersytes.  Czy cię przeklinam?
Patroklus.  Nie, ty beczko dziurawa, ty niezdarny psie, bękarcie, nie.
Tersytes.  Nie? Czemu więc tak się oburzasz? ty wątły motku surowego jedwabiu, ty gałganku zielonego floransu dla chorych oczu, ty kutasie sakiewki marnotrawnika, ty? Ach, jak ten nasz świat biedny dręczą te wodne muchy, te wymoczki natury!
Patroklus.  Precz stąd, żółci!
Tersytes.  Wróble jaje!
Achilles.  Drogi Patroklu, konieczność mnie zmusza
Wyrzec się myśli jutrzejszego boju.
List ten pisała królowa Hekuba
I piękna moja kochanka, jej córka;
Obie wzywają czułem napomnieniem,
Abym przysiędze danej wierny został.
Nie chcę jej złamać; niech przepadnie Grecya,
Chwała i honor niech razem przepadną!
Jakże mi stratę ich znieść będzie snadno!
Tu ślub mój pierwszy, zostanę mu wierny.
Idźmy, Tersycie, namiot przygotować,
Bo noc zamierzam całą bankietować.
Idźmy, Patroklu. (Wychodzą: Achilles i Patroklus).
Tersytes.  Dla zbytku krwi, a niedostatku mózgu, gotowi oba zwaryować; ale jeśli kiedykolwiek zwaryują dla zbytku mózgu, a krwi niedostatku, to ja będę doktorem waryatów. Patrzcie na Agamemnona; uczciwe to człeczysko.,a wielki lubownik przepiórek, ale mniej u niego mózgu w głowie, niż woskowiny w uszach; a dopieroż to wspaniałe przeobrażenie Jowisza, brat jego byk, pierwotny posąg i koślawy pomnik rogalów, użyteczny róg do wdziewania trzewików, na łańcuszku u nogi brata zawieszony, do jakiej innej formy jak ta, którą już posiada, mógłby go porównać dowcip szpikowany złośliwością, albo złośliwość podszyta dowcipem? Do osła? Byłoby to za mało, bo on jest osłem, a razem i wołem; do wołu? I to za mało, bo on jest wołem, a razem i osłem. Niech sobie będzie psem, mułem, kotem, tchórzem, ropuchą, jaszczurką, sową, kobuzem lub śledziem bez ikry, mniejsza o to; ale gdybym ja został Menelausem, zbuntowałbym się przeciw przeznaczeniu. Nie pytaj mnie, czembym chciał zostać, gdybym nie był Tersytem; niech sobie zostanę wszą parszywą, bylem nie został Menelausem. Hej, ho! Duchy i ognie!

(Wchodzą: Hektor, Troilus, Ajax, Agamemnon, Ulisses, Nestor, Menelaus i Diomedes z pochodniami).

Agamemn.  Zbłądziłem, widzę.
Ajax.  Nie, to nasza droga,
Tam, gdzie te światła.
Hektor.  Kłopocę was tylko.
Ajax.  Nie, nie, bynajmniej.
Ulisses.  Sam do nas wychodzi.

(Wchodzi Achilles).
Achilles.  Witaj, Hektorze! witajcie książęta!

Agamemn.  Dobranoc teraz, trojański rycerzu.
Ajax dowodzi twą przyboczną strażą.
Hektor.  Dzięki! Dobranoc greckim naczelnikom.
Menelaus.  Bądź zdrów!
Hektor.  Dobranoc, słodki Menelaju!
Tersytes.  Słodki Menelaju, powiada? Słodki rynsztoku! Słodki wychodku!
Achilles.  Razem dobranoc i me pozdrowienie
Tym, co odchodzą i tym, co zostają.
Agamemn.  Dobranoc! (Wychodzą: Agamemnon i Menelaus).
Achilles.  Stary Nestor tu zostaje,
I ty więc zostań dzielny Diomedzie,
Bądź towarzyszem Hektora na chwilę.
Diomedes.  Nie mogę; sprawa, która na mnie czeka,
Nie cierpi zwłoki. Dobranoc, Hektorze!
Hektor.  Daj rękę.
Ulisses  (na str. do Troila). W tropy za jego pochodnią,
On do Kalchasa namiotu pośpiesza.
Ja pójdę z tobą.
Troilus.  Wielki dla mnie honor.
Hektor.  Dobranoc!

(Wychodzą: Diomedes, za nim Troilus i Ulisses).

Achilles.  Proszę do mego namiotu.

(Wychodzą: Achilles, Hektor, Ajax i Nestor).

Tersytes.  Ten Diomedes, to hultaj fałszywy, to łotr bez sumienia. Nie więcej mu ufam, gdy się do mnie wdzięczy, jak wężowi, gdy syka. Nie żałuje gęby ni obietnic jak Cygan kundys, ale jeśli dotrzyma, to śmiało mogą przepowiadać astronomowie, że zbliżają się cuda i rewolucye; słońce pożyczy światła u księżyca, gdy Diomedes słowa dotrzyma. Zrzekam się dobrowolnie widoku Hektora, żeby go tropić. Powiadają, że chowa trojańską dziewkę, a zdrajca Kalchas pożycza mu swego namiotu. Wszędzie tylko rozpusta! wszystko tylko niewstrzemięźliwe pachołki!

(Wychodzi).
SCENA II.
Obóz grecki; przed namiotem Kalchasa.
(Wchodzi Diomedes).

Diomedes.  Hola! czy śpicie! hola!
Kalchas  (za sceną).Kto tam woła?
Diomedes.  Diomed. — Kalchas, myślę. Gdzie twa córka?
Kalchas  (za sceną).Idzie do ciebie.

(Wchodzą: Troilus i Ulisses, w odległości za nimi Tersytes).

Ulisses.  Odejdźmy na stronę, żeby nas nie zdradziła pochodnia.

(Wchodzi Kressyda).

Troilus.  Kressyda!
Diomedes.  Witaj, moja ty sierotko.
Kressyda.  Witaj, mój drogi opiekunie, witaj!
Mam ci coś szepnąć. (Mówi do niego na stronie).
Troilus.  Co za poufałość!
Ulisses.  To ptaszek, który wszystkim równo śwista.
Tersytes.  I każdego wpuści do gniazdeczka, byle świsnął.
Diomedes.  Czy nie zapomnisz?
Kressyda.  Nigdy!
Diomedes.  Więc dotrzymaj;
Niech myśl ze słowem wojny nie prowadzi.
Troilus.  Czegóż to ona nie zapomni?
Ulisses.  Cicho!
Kressyda.  Nie kuś mnie, słodki Greku, do szaleństwa.
Tersytes.  Hultajstwa.
Diomedes.  A więc —
Kressyda.  Słuchaj tylko, drogi.
Diomedes.  Ba, ba, dzieciństwo! Łamiesz twą przysięgę.
Kressyda.  Nie mogę, wierzaj. Czego chcesz ode mnie?
Tersytes.  Klucza do skrzyni, gdzie zamknięte skarby.
Diomedes.  Wymagam tego, co mi dać przysięgłaś.
Kressyda.  Nie żądaj, drogi, przysiąg mych spełnienia.
Wszystko, prócz tego otrzymasz ode mnie.
Dobranoc.
Troilus.  Strzeż mnie, święta cierpliwości!
Ulisses.  Co myślisz teraz?

Kressyda.  Diomedzie, czekaj!
Diomedes.  Dobranoc! nie chcę twym błaznem być dłużej.
Tersytes.  Lepsi od ciebie muszą nimi zostać.
Kressyda.  Lecz słuchaj, jedno jeszcze tylko słowo.
Troilus.  Męki! szaleństwo!
Ulisses.  Widzę, żeś wzruszony;
Odejdźmy, książę, bo się bardzo lękam,
By się na wściekłość gniew twój nie zamienił,
Nie poprowadził do ostateczności.
Miejsca, gdzie stoim, pełne niebezpieczeństw,
Czas sprzyja zbrodni; proszę cię, odejdźmy.
Troilus.  Patrz!
Ulisses.  Dobry panie, nie czekajmy dłużej.
Czy chcesz się zgubić? Słuchaj mnie, odejdźmy.
Troilus.  Błagam cię, zostań.
Ulisses.  Nie masz cierpliwości.
Odejdźmy.
Troilus.  Zostań! Na piekło przysięgam
I piekła męki, słowa nie wyrzeknę.
Diomedes.  A więc dobranoc!
Kressyda.  W gniewie mnie opuszczasz?
Troilus.  Czy cię to smuci! O, wiaro złamana!
Ulisses.  Panie —
Troilus.  Na Boga, zostanę cierpliwy.
Kressyda.  Drogi —
Diomedes.  Bądź zdrowa! Ty wybiegów szukasz.
Kressyda.  Nie, nie, przysięgam. Zbliż się tylko. Słuchaj.
Ulisses.  Ty drżysz; powtarzam, oddalmy się, książę.
Gniew twój wybuchnie.
Troilus.  Głaszcze go po twarzy!
Ulisses.  Idźmy!
Troilus.  Nie, czekaj; nie wyrzeknę słowa.
Mur cierpliwości stoi niewzruszony
Między mą wolą a jej przeniewierstwem.
Czekajmy chwilę.

Tersytes.  Jak dyabeł lubieżności tłustem swojem cielskiem i kartoflanym palcem łechce ich nawzajem! Smarz, lubieżności, smarz ich!

Diomedes.  Więc zgoda?
Kressyda.  Zgoda, lub nie wierz mi więcej.
Diomedes.  Daj mi zadatek twej wiary.
Kressyda.  Przyniosę. (Wychodzi).
Ulisses.  Dałeś mi słowo, że będziesz cierpliwy.
Troilus.  Będę nim, panie; przestanę być sobą;
Będę nieczuły na własne uczucie,
Będę obrazem cierpliwości żywym.

(Wchodzi Kressyda).

Tersytes.  Przynosi mu swój zadatek; zobaczmy, zobaczmy, zobaczmy!
Kressyda.  Mój Diomedzie, przyjmij ten rękawek.
Troilus.  Piękności, gdzie jest, gdzie jest twoja wiara?
Ulisses.  Panie mój —
Troilus.  Będę cierpliwy — pozornie.
Kressyda.  Przyjrzyj się dobrze temu rękawkowi. —
On mnie tak kochał! — ha, fałszywa dziewko! —
Oddaj go.
Diomedes.  Czyją był wprzódy własnością?
Kressyda.  Ach, mniejsza o to. Ha, znów go mam w ręku,
Nie czekaj na mnie dzisiaj, Diomedzie,
I błagam, twoich zaprzestań odwiedzin.
Tersytes.  Ostrzy go teraz. Wybornie, osełko!
Diomedes.  Ja mieć go muszę.
Kressyda.  Co? to?
Diomedes.  Tak jest.
Kressyda.  Boże!
O, piękny, piękny zadatku! W tej chwili
Pan twój o tobie, o mnie, pewno marzy,
Wzdycha, przyciska do ust rękawiczkę,
Tysiąckroć moją pamiątkę całuje,
Tak jak ja ciebie. — Zostaw mi go, błagam!
Kto mi to bierze, bierze i me serce.
Diomedes.  Jam wprzód miał serce, to idzie za sercem.
Troilus.  Będę cierpliwy, przysiągłem cierpliwość!
Kressyda.  Mój Diomedzie, tego nie dostaniesz,
Wierzaj mi, nigdy. Dam ci co innego.
Diomedes.  Ja mieć go muszę. Czyją był własnością?

Kressyda.  Ach, mniejsza o to!
Diomedes.  Czyją był? Odpowiedz.
Kressyda.  O, ten rękawek należał do męża,
Który mnie szczerzej od ciebie miłował.
Lecz masz go, trzymaj.
Diomedes.  Do kogo należał?
Kressyda.  Na wszystkie nimfy Dyany przysięgam
I na Dyanę, tego ci nie powiem.
Diomedes.  Jutro do hełmu przypnę ten rękawek
I będę dręczył właściciela duszę,
Jeśli o własność swą się nie upomni.
Troilus.  Upomni, choćbyś wcielonym był dyabłem
I do twych rogów przypiął mój zadatek.
Kressyda.  Stało się! zgoda. — Nie — nic się nie stało,
I nie dotrzymam mojej obietnicy.
Diomedes.  A więc bądź zdrowa! Zapewniam, że więcej
Nie będziesz mogła z Diomeda szydzić.
Kressyda.  Czekaj! Nie można słowa ci powiedzieć,
Żebyś się zaraz od gniewu nie pienił.
Diomedes.  Bo takie żarty nie są mi do smaku.

Troilus.  I mnie też nie lepiej smakują, na Plutona! Ale wszystko czego nie lubisz, podoba mi się najlepiej.

Diomedes.  Mam przyjść? A kiedy?
Kressyda.  Przyjdź! przyjdź! O, Jowiszu!
Przyjdź! Ileż sobie gotuję boleści!
Diomedes.  Teraz bądź zdrowa!
Kressyda.  Dobranoc! Przyjdź tylko.

(Wychodzi Diomedes).

Bądź zdrów, Troilu! Jedno oko błądzi
Za tobą jeszcze, drugiem serce rządzi.
Biedna płeć nasza! smutna to jej dola,
Że błędem oczu rządzi się jej wola.
Czem błąd kieruje, to w błędu kał wtrąca:
Pełna ohydy myśl ócz słuchająca. (Wychodzi).
Tersytes.  By lepiej stwierdzić prawdę powiedzianą,
Dodaj otwarcie: jestem kortezaną.
Ulisses.  Stało się.
Troilus.  Tak jest.

Ulisses.  Na co więc czekamy?
Troilus.  W duszy mej jeden jeszcze raz powtórzę
Każdą sylabę tutaj wymówioną.
A jednak głosząc, czego świadkiem byłem,
Nie będęż kłamcą, choć ogłoszę prawdę?
Jeszcze jest w mojem sercu wiara silna,
Niezwyciężona, uparta nadzieja,
Oczu i ucha niszcząca świadectwo,
Jakby tych zmysłów było przeznaczeniem
Nas łudzić tylko, a innych potwarzać.
Jestże to prawda? Byłaż to Kressyda?
Ulisses.  Nie umiem duchów wywoływać, książę.
Troilus.  Nie, to nie ona!
Ulisses.  Ona niewątpliwie.
Troilus.  Słowa me przecie szaleństwem nie trącą.
Ulisses.  Ni moje, książę. To była Kressyda.
Troilus.  Nie, nie wierz temu, dla honoru kobiet,
Nie zapominaj, żeśmy mieli matki,
Nie daj pozoru upartym krytykom,
Chętnym oczerniać nawet bez powodu,
Do rozmierzania cnoty wszystkich niewiast
Miarą Kressydy, lecz utrzymuj ze mną,
Ze to nie ona.
Ulisses.  Cóż ona zrobiła,
Coby zdołało matki nasze splamić?
Troilus.  Nic, byle tylko nie ona to była.
Tersytes.  Czyżby chciał własne otumanić oczy?
Troilus.  Nie, to Kressyda była Diomeda,
Ale nie ona; bo jeżeli piękność
Posiada duszę, to nie była ona;
Jeżeli dusze strzegą ludzkich przysiąg,
Jeśli przysięga świętą jest dla ludzi,
Jeśli co święte radością jest bogów,
Jeżeli nawet jedność ma swe prawa,
Nie, to nie ona. O, szalone słowa,
Za mną i przeciw mnie orędujące!
Zwodna powaga, przeciw której rozum
Bez obłąkania może się zbuntować,

A obłąkanie może sobie przyznać,
Bez buntu, wszystkie rozumu pozory.
To jest, a razem to nie jest Kressyda.
Jak dziwna w duszy mej zawrzała walka,
Która rozdziela, co jest nierozdzielne.
Przestrzenią większą, niż od ziemi niebo!
A jednak cała ta rozdziału przepaść
I tyle nawet nie zostawia próżni,
Aby w nią wcisnąć można było ostrze,
Jak nić pajęczej tkaniny subtelne.
Dowód! tak silny, jak Plutona bramy:
Niebieskie węzły złączyły ją ze mną;
Dowód! tak silny, jak silne jest niebo:
Niebieskie węzły stargane, rozdarte;
A innym węzłem, pięciu palców dziełem,
Resztki jej wiary, miłości paździory,
Zużytej wiary zatłuszczone skrawki,
Do Diomeda wiążą dziś Kressydę.
Ulisses.  Czy może Troil czuć tego połowę,
Co w tak namiętnych wyraża tu słowach?
Troilus.  O czuje, Greku, czuje i objawi
W piśmie czerwonem, jak jest Marsa serce,
Palone ogniem miłości Wenery.
Nigdy młodzieniec nie kochał kobiety
Duszą tak wierną i tak wiecznie stałą.
Słuchaj, jak kocham bez granic Kressydę,
Tak nienawidzę jej Diomedesa.
On mój rękawek do hełmu ma przypiąć;
Chociażby hełm ten Wulkana był dziełem,
Miecz go mój przetnie; groźna morska trąba,
Którą żeglarze uraganem zowią,
Dziecko promieni wszechwładnego słońca,
Mniej groźnym świstem przeraża Neptuna,
Kiedy po falach jego wściekła leci,
Niż szabla moja, gdy mściwa upadnie
Na Diomeda.
Tersytes.  Połechce go, widzę, za jego pożądliwości.
Troilus.  O ty fałszywa, fałszywa Kressydo!

Całego świata zdrady postawione
Przy twem splamionem, Kressydo, imieniu,
Zdadzą się piękne i jasne jak cnota.
Ulisses.  Miarkuj się, książę; wybuch twój namiętny
Ciekawe uszy prowadzi w te strony.

(Wchodzi Eneasz).

Eneasz.  Przeszło godzina, jak cię szukam, książę;
Już Hektor wrócił i przywdziewa zbroję,
A Ajax czeka, by cię odprowadzić.
Troilus.  Idę. Więc żegnam cię, uprzejmy panie!
Bywaj mi zdrowa, ty piękna zwodnico!
Dotrzymaj placu, o, Diomedesie,
A na twej głowie posadź cytadelę!
Ulisses.  Twym towarzyszem do bram miasta będę.
Troilus.  Przyjm za to dzięki moje rozpaczliwe.

(Wychodzą: Troilus, Eneasz i Ulisses).

Tersytes.  Pragnąłbym spotkać tego łotra Diomedesa; jak krukbym krakał, złowieszczyłbym, złowieszczył! Patroklus zapłaci mi, co zechcę, za wiadomość o tej ladaszczycy; papuga nie zrobi więcej za migdał, niż on za łatwą dziewkę. Rozpusta, rozpusta! Ciągle tylko wojny i rozpusta; ona tylko jedna zawsze w modzie. Bodaj palący dyabeł ich porwał! (Wychodzi).

SCENA III.
Troja. Przed pałacem Pryama.
(Wchodzą: Hektor i Andromacha).

Androm.  Nigdyś, mój mężu, tak okrutnym nie był,
Byś zamknął uszy na moje przestrogi.
Rozbrój się, rozbrój! Dziś, błagam cię, nie walcz!
Hektor.  Do słów surowych przymuszasz mnie sama;
Wróć, bo na bogów klnę się nieśmiertelnych,
Spieszę do boju.
Androm.  Więc sny me złowieszcze
Spełnią się dzisiaj!
Hektor.  Dość tego, powtarzam!

(Wchodzi Kassandra).

Kassandra.  Gdzie brat mój Hektor?
Androm.  Zbrojny, w krwawej myśli.
Upadnij razem ze mną na kolana,
Do moich błagań prośby twoje dorzuć,
Bo noc tę całą marzyłam jedynie
O krwawych bojach, o mordach i rzezi.
Kassandra.  O prawda!
Hektor.  Niechaj da znak moja trąbka!
Kassandra.  Przez Boga, bracie, żadnej dziś wycieczki!
Hektor.  Precz! Niebo moje słyszało przysięgi.
Kassandra.  Niebo jest głuche na szalone śluby;
Od pokalanej ślubów tych ofiary
Bóg z większym wstrętem odwraca źrenice,
Niż od wątroby plamami znaczonej.
Androm.  Słuchaj rad naszych. Nie myśl, że jest cnotą
Źle robić, grzesznych dopełniając ślubów.
Alboż jest wolno kraść, żeby rozdawać,
I dla jałmużny odzierać bliźniego?
Kassandra.  Tylko cel siły przysięgom udziela:
Ślub nieroztropny nikogo nie wiąże.
Rozbrój, się drogi.
Hektor.  Daremne błagania.
Moich przeznaczeń honor jest wskazówką.
Żywot każdemu drogi, lecz nad żywot
Szlachetnej duszy honor stokroć droższy.

(Wchodzi Troilus).

Cóż tam, młodziku? Czy myślisz dziś walczyć?
Androm.  Przyzwij nam ojca, Kassandro, na pomoc.

(Wychodzi Kassandra).

Hektor.  Nie, mój Troilu; rozbrój się, młodzieńcze;
Rycerskie myśli kierują mną dzisiaj;
Czekaj, aż ścięgna twoich żył stwardnieją,
Szorstkich rąk wojny unikaj wprzód dotknięć;
Zdejm hełm, mój chłopcze, bo ja się dziś zbroję
Za mnie, za ciebie i za całą Troję.
Troilus.  Bracie, masz w sobie miłosierdzia wadę,
Która lwom lepiej, niż ludziom przystoi.

Hektor.  Cóż to za wada? Karć mnie za nią, bracie.
Troilus.  Często, gdy greccy upadają jeńcy,
Na sam już powiew jasnej twojej szabli,
Ty wołasz: wstańcie i żyjcie!
Hektor.  Rzecz prosta.
Troilus.  Raczej, Hektorze, powiedz: rzecz to głupca.
Zostawmy matkom pustelniczą litość;
My, skoro piersi obleczemy zbroją,
Trucizną zemsty zaprawmy oręże,
A na ich ostrzach śmierć niech galopuje.
Hektor.  Wstyd, co za dzikość!
Troilus.  Hektorze, to wojna.
Hektor.  Pragnąłbym, bracie, byś dzisiaj nie walczył.
Troilus.  Nic mnie nie wstrzyma, los ni posłuszeństwo,
Ni Marsa ręka krwawym zbrojna mieczem,
Ni na kolanach Pryam, ni Hekuba
Z okiem błagania krwią gorzką zalanem,
Ni ty, mój bracie, szablą twą dobytą
Póty mi drogi nie zamkniesz do boju,
Póki mnie martwym nie położysz trupem.

(Wchodzą: Kassandra i Pryam).

Kassandra.  Chwyć go twą dłonią, wstrzymaj go, Pryamie!
On kulą twoją; gdy podporę stracisz,
I ty i Troja, która tobą stoi,
I wszystko legnie.
Pryam.  Zostań tu, Hektorze!
Sny twojej żony, matki twej widzenia,
I duch proroczy Kassandry to radzi,
I ja, Hektorze, nagle, jak natchniony,
Ja przepowiadam, że to dzień złowieszczy;
Więc zostań z nami!
Hektor.  Już wyszedł Eneasz,
I ja związałem się słowem honoru,
Stanąć dziś rano tam, gdzie Grek niejeden
Już czeka na mnie.
Pryam.  Nie, nie, musisz zostać!
Hektor.  Ja muszę słowa danego dotrzymać.
Znasz me synowskie uczucia, mój ojcze,

Czci ci należnej dziś nie chciałbym zgwałcić!
Przychyl się raczej, bym z twem zezwoleniem
Dotrzymał słowa, które gwałcić radzisz,
Królu Pryamie.
Kassandra.  Zatrzymaj go, ojcze!
Androm.  Przy twym zakazie dostój nieugięty!
Hektor.  Twój mnie obraża upór, Andromacho:
Więc cię zaklinam teraz na twą miłość,
Oddal się! (Wychodzi Andromacha).
Troilus.  Wszystkie te prorocze mrzonki,
Wszystkie się w głowie drzymiącej wylęgły
Szalonej dziewki.
Kassandra.  Bądź zdrów, mój Hektorze!
Patrz, jak umierasz, jak twarz blednie twoja!
Patrz, jak z ran twoich krew czerwona tryska!
Słuchaj, jak Troja, jak jęczy Hekuba!
Jak krzykiem boleść zdradza Andromacha!
Patrz, jak zagłada, wściekłość, odurzenie
Zbiegły się razem i bezmyślnie krzyczą:
Hektor, o, Hektor zginął! Hektor zginął!
Troilus.  Precz!
Kassandra.  Bądź zdrów! — Czekaj, to żegnanie moje:
Siebieś oszukał, oszukujesz Troję. (Wychodzi).
Hektor.  Krzyki jej, ojcze, myśl twą odurzyły,
Lecz się uspokój królu, ukój miasto;
My idziem walczyć, by, jak dzień omdleje,
Świetne rąk naszych opowiadać dzieje.
Pryam.  Bądź zdrów! Niech Jowisz tarczą swą cię słoni!

(Oddalają się w różne strony Hektor i Pryam. — Alarm).

Troilus.  To hasło boju. Wierny słowu muszę
Zedrzeć rękawek lub wyzionąć duszę.

(Gdy się chce oddalić, wchodzi Pandarus).

Pandarus.  Czy słyszysz, książę, czy słyszysz?
Troilus.  Co takiego?
Pandarus.  Przynoszę list od tej biednej dziewczyny.
Troilus.  Zobaczmy.
Pandarus.  Te szelmowskie suchoty, te przeklęte szelmowskie suchoty, tak mnie męczą, a do tego ta głupia fortuna tej dziewki, że czy to dla tej czy to dla owej przyczyny, lada dzień się z wami pożegnam. A do tego mam w oczach łzawienie i taki ból w kościach, że albo jestem zczarowany, albo ani wiem, co powiedzieć. Co ci tam pisze?
Troilus.  Słowa, czcze słowa, z serca ni litery; (drze list)
Serce gdzieindziej powiodło uczucie.
Idź z wiatrem, wietrze, i wirujcie razem!
Miłość mą karmi zwodnemi słowami,
Ale innego nasyca czynami.

(Wychodzą w różne strony).
SCENA IV.
Między Troją a greckim obozem.
(Alarm. Utarczki. Wchodzi Tersytes).

Tersytes.  Poszli już w targańce; przypatrzmy się. Ten fałszywy, obrzydliwy hultaj Diomedes, przypiął do swojego hełmu rękawek tego zakochanego durnia, młodego trojańskiego ciury. Chciałbym, żeby się spotkali, żeby ten trojański osieł wzdychający do tej tam ladaszczycy, odprawił tego greckiego hołysza, rajfura z rękawkiem a bez rękawa, do tej fałszywej, rozpustnej pomywaczki. Z drugiej strony, polityka tych szczwanych, wiarołomnych łotrów — tego zgniłego, nadgryzionego przez myszy, starego sera, Nestora, i tego lisa Ulissesa — nie warta torby sieczki. Podjudzili mi przez politykę tego mieszańca, kundla Ajaxa, przeciw nielepszemu psu Achillesowi, i teraz kundel Ajax dumniejszy od kundla Achillesa, nie chce się wziąć dziś do szabli; tak więc Grecy zaczynają podnosić chwałę barbarzyństwa, a polityka zaczyna tracić na wzięciu. Lecz cicho! Zbliża się rękawek i bezrękawy.

(Wbiega Diomedes, za nim Troilus).

Troilus.  Stój! nie uciekaj! Bo choćbyś w Styx skoczył,
Wpław cię pogonię.
Diomedes.  Odwrót nie ucieczką:
Tłum opuściłem, by dogodniej walczyć.
Tersytes.  Broń twojej ladaszczycy, Greku! Bij się za twoją ladaszczycę, Trojańczyku! Dalej w czuby o rękawek! dalej o rękawek bezrękawy!

(Wychodzą: Troilus i Diomedes, walcząc. — Wbiega Hektor).

Hektor.  Kto jesteś, Greku? Czy krew twa i godność
Dają ci prawo z Hektorem się mierzyć?
Tersytes.  Bynajmniej! Bynajmniej! Ja hołysz, nikczemny ciura, plugawy hultaj.
Hektor.  Wierzę ci, żyj więc (wychodzi).
Tersytes.  Dzięki Bogu, że mi uwierzyłeś; ale bodaj zaraza kark ci skręciła za strach, którego mi napędziłeś! Lecz co się stało z moimi babiarzami? Chyba jeden drugiego połknął; śmiałbym się z takiego cudu, choć pod pewnym względem rozpusta sama się pożera. Pójdę ich szukać (wychodzi).

SCENA V.
Inna część placu bitwy.
(Wchodzi: Diomedes i Sługa).

Diomedes.  Idź, idź mój giermku, weź konia Troila,
Oddaj Kressydzie pięknego rumaka,
A służby moje poleć jej piękności.
Zakochanego karcąc Trojańczyka,
Złożyłem dowód, żem nie jest niegodny
Być jej rycerzem.
Sługa.  Śpieszę, dobry panie (wychodzi).

(Wchodzi Agamemnon).

Agamemn.  Naprzód, rycerze! Dumny Polidamas
Zwalił Menona; bękart Margarelon
Pojmał Dorea, kolos nieruchomy
Belką wywija nad trupem Cedyusza
I Epistrofa, dwóch poległych królów;
Śmiertelnie ranni: Toas, Amfimachus;
Legł Polixenes; zginął i Patroklus

Lub w jassyr poszedł; Palamed pokłuty;
Na wojska nasze Łucznik postrach rzucił[6].
Na pomoc naszym śpieszmy, Diomedzie,
Lub bez nadziei zginęliśmy wszyscy.

(Wchodzi Nestor).

Nestor.  Ciało Patrokla nieście do Achilla;
Niech ślimak Ajax choć przez wstyd się zbroi.
Tysiąc Hektorów plac boju przebiega;
Tu na rumaku, swym Galate, walczy,
Tam mu roboty brakło; tutaj znowu
Na pieszo biegnie; przed nim uciekają
Lub giną nasi, jak przed wielorybem
Kiełbików roje: już tam się pokazał,
Greckie szeregi, jak dojrzałe zboże,
Pod szablą jego walą się pokosem;
Tu, tam i wszędzie bierze i zostawia;
Wprawna dłoń, woli posłuszna rozkazom,
Co zechce, spełnia, a spełnia tak wiele,
Że się istotność zda niepodobieństwem.

(Wchodzi Ulisses).

Ulisses.  Nic traćmy serca; już wielki Achilles
Przywdziewa zbroję, a wśród łez i przekleństw
Ślubuje zemstę; rany Patroklusa
I Mirmidonów widok posiekanych,
Bez rąk bez nosów, skarżących Hektora,
Śpiącą krew jego zbudziły nakoniec.
Ajax po stracie swego przyjaciela,
Z pianą na ustach wystąpił do boju,
Ryczy: gdzie Troił? który dziś wśród walki
Dokonał czynów szalonej odwagi,
W odmęt się rzucał i wychodził cały,
Z beztroską siłą a troską bezsilną,
Jakby fortuna, na przekór zręczności,
Dała mu wszędzie bezpieczne zwycięstwo.

(Wchodzi Ajax).

Ajax.  Tchórzu, Troilu! Pokaż się, Troilu! (Wybiega).
Diomedes.  Tam! tam!
Nestor.  Znów nasze formują się szyki.

(Wchodzi Achilles).

Achilles.  Gdzie Hektor? Wystąp dzieciuchów morderco,
Pokaż oblicze, naucz się nakoniec,
Co to jest spotkać gniewnego Achilla.
Gdzie Hektor? Szukam jednego Hektora.

(Wychodną).
SCENA VI.
Inna strona placu bitwy.
(Wbiega Ajax).

Ajax.  Troilu, tchórzu, pokaż twe oblicze!

(Wchodzi Diomedes).

Diomedes.  Troilu! gdzie on?
Ajax.  Czego chcesz od niego?
Diomedes.  Chcę go wychłostać.
Ajax.  Gdydym tu był wodzem,
Prędzej godności mejbym ci ustąpił,
Niźli tej chłosty. Troilu! Troilu!

(Wbiega Troilus).

Troilus.  Mam cię nakoniec, zdrajco Diomedzie;
Twe przeniewiercze zwróć ku mnie oblicze,
I zapłać życiem za mojego konia.
Diomedes.  Ha, to ty jesteś?
Ajax.  Odstąp, Diomedzie,
Sam chcę z nim walczyć.
Diomedes.  On łupem jest moim.
Nie myślę boju bezczynnym być świadkiem.
Troilus.  Starczę dla obu, wy greccy szalbierze!

(Wychodzą walcząc. Wchodzi Hektor).

Hektor.  To Troil. Dzielnie walczysz, młody bracie.

(Wchodzi Achilles).

Achilles.  Hektor! Nakoniec! Na nas teraz kolej!
Hektor.  Jeśli chcesz, wytchnij.
Achilles.  Dumny Trojańczyku,
Uprzejmość twoją z pogardą odrzucam.
Na twoje szczęście miecz się mój wyszczerbił;
Winieneś życie mej nieprzezorności,
Ale niebawem znów o mnie usłyszysz.
Więc żyj tymczasem, idź i szczęścia próbuj.

(Wychodzi).

Hektor.  Bądź zdrów! Sił moich oszczędzałbym więcej,
Gdybym przypuszczał, że cię dziś zobaczę.

(Wchodzi Troilus).

Co tam, mój bracie?
Troilus.  Ajax Eneasza
Pojmał przed chwilą; zniesiemyż tę hańbę?
Nie, na to słońce w górze gorejące,
Nie, tak nie będzie! Los jego podzielę
Lub go odbiję. O, Parki, słyszycie,
Niech zginę dzisiaj, bo nie dbam o życie!

(Wychodzi. Wchodzi Rycerz w świetnej zbroi).

Hektor.  Stój! o, stój, Greku! bo piękny cel z ciebie,
Nie chcesz? Twa zbroja piękną mi się zdaje,
I mieć ją muszę, chociażby mi przyszło
Całą ją posiec, spinki jej potrzaskać.
Lotna zwierzyna przez pola szoruje:
Dla twej cię pięknej skóry upoluję. (Wychodzi).

SCENA VII.
Inna, strona placu boju.
(Wchodzi Achilles z Mirmidonami).

Achilles.  Stańcie tu kołem, dzielne Mirmidony,
Słuchajcie pilnie: Przy mym zawsze wozie,
Sił nie marnujcie na bezcelne cięcia;
Lecz kiedy znajdę krwawego Hektora,
Waszych go szabli opalujcie lasem,
Opasanego sieczcie bez litości,

Za mną! Bo losy dziś spełnić się muszą,
Ciało Hektora pożegna się z duszą.

(Wychodzą).
SCENA VIII.
Inna strona placu boju.
(Wchodzą: Menelaus i Parys walcząc, z innej strony Tersytes).

Tersytes.  Rogal poszedł w targańce z rogalorobem. Dalej, byku! Huź-ha, ogarze! Huź, Parysie, huź-ha! a i ty śmiało, dwusamiczny wróblu! huź, Parysie! huź-ha! Byk, widzę, górą; baczność rogi, baczność!

(Wychodzą: Parys i Menelaus. Wchodzi Margarelon).

Margarel.  Zwróć się, niewolniku, i walcz!
Tersytes.  Kto jesteś?
Margarel.  Bękart Pryama.
Tersytes.  I ja też jestem bękartem; kocham bękartów; urodziłem się bękartem, wychowałem bękartem; jestem bękartem duszą, bękartem odwagą, we wszystkiem nieprawego rodu. Niedźwiedź nie kąsa niedźwiedzia, a dlaczegóż mieliby się kąsać bękarci? Strzeż się; wszelka bitwa złe nam wróży. Syn ladaszczycy bijący się za ladaszczycę kusi wyroki. Bądź zdrów, bękarcie.
Margarel.  Niech cię dyabeł porwie, tchórzu! (Wychodzą).

SCENA IX.
Inna strona placu boju.
(Wchodzi Hektor).

Hektor.  Tak zgniły w sercu, tak na zewnątrz piękny!
Świetną twą zbroję zapłaciłeś życiem.
Czas spocząć; dzienną pracę mą skończyłem;
Śpij, mieczu, dość cię krwią dziś napoiłem!

(Zdejmuje hełm i zawiesza tarczę na ramieniu. Wchodzi Achilles z Mirmidonami).

Achilles.  Spojrzyj, Hektorze, jak zachodzi słońce,
Patrz, jak noc szpetna w tropy za niem pędzi!
Dnia tego koniec będzie dni twych końcem,
I życie twoje zgaśnie razem z słońcem,
Hektor.  Czy chcesz korzystać z tego, żem bez broni?
Achilles.  Sieczcie, to on jest, sieczcie Mirmidoni!

(Hektor upada).

Trojo, tak duma twych zwali się wieży,
Bo tu twe serce i ramię twe leży!
Teraz wam z całej piersi zagrzmieć pora:
„Achilles zabił wielkiego Hektora!“

(Słychać sygnał odwrotu).

Cicho! słyszycie? to znak jest odwrotu.
1 Mirmid.  Ten sam znak dają i trojańskie trąby.
Achilles.  Noc smoczem skrzydłem owinęła ziemię,
Rozdziela wojska jak rozjemca szranków.
Miecz mój, co liczył na bankiet obfity,
Po smacznym kąsku spać idzie półsyty.

(Wkłada miecz do pochwy).

Przywiążcie trupa do mojego wozu,
Niech go powlokę do Greków obozu. (Wychodzą).

SCENA X.
Inna strona placu bitwy.
(Wchodzą: Agamemnon, Ajax, Menelaus, Nestor, Diomedes i inni w pochodzie. Okrzyki za sceną).

Agamemn.  Co krzyk ten znaczy?
Nestor.  Uciszcie się, bębny!
Krzyki  (za sceną). Achilles! Hektor zabity! Achilles!
Diomedes.  Hektor zabity Achillesa ręką.
Ajax.  Niech się Achilles nie pyszni zwycięstwem,
Hektor przynajmniej był mu równy męstwem.
Agamemn.  Niech jeden czeka Achilla powrotu,
Niech go zaprosi do mego namiotu.
Jeżeli Hektor łaską bogów zginął,
Naszą jest Troja, i czas wojny minął. (Wychodzą).

SCENA XI.
Inna strona placu boju.
(Wchodzi Eneasz i Trojańczycy).

Eneasz.  Stójcie! Bo przy nas jeszcze plac jest boju;
Stójcie! Tu musim długą noc wygłodzić.

(Wchodzi Troilus).

Troilus.  Hektor zabity.
Wszyscy.  Hektor? nie daj Boże!
Troilus.  Zginął; morderca za swoim go wozem
Po krwawem polu bez litości wlecze.
Na waszych tronach, zawistni bogowie,
Z uśmiechem rzućcie na Troję spojrzenia,
Przez miłosierdzie skróćcie jej męczarnie,
Pewnej ruiny zbyt nie przewlekajcie!
Eneasz.  Książę mój, całe zniechęcasz rycerstwo.
Troilus.  Widzę, że moich słów nie zrozumiałeś.
Nie, ja o trwodze, o śmierci nie mówię,
Ja raczej wszystkie wyzywam pogróżki,
Któremi bogi i ludzie nas straszą.
Hektor zabity! Kto zechce z tą wieścią
Pójść do Pryama albo do Hekuby?
Kto chce na wieki mieć puszczyka miano,
Niechaj ogłosi Troi: Hektor zginął!
Ha! Na te słowa Pryam skamienieje,
Każda niewiasta zmieni się w Niobę,
Każdy młodzieniec w marmurowy posąg,
Cała się Troja zlęknie samej siebie.
Lecz idźmy! idźmy! Wielki Hektor zginął!
Jakież do tego mógłbym dodać słowo?
Lecz nie, czekajcie! Obrzydłe namioty,
Dumnie po naszych rozbite dolinach,
Niech wstanie Tytan jak zechce najraniej,
Ja was od końca do końca przebiegnę!
Olbrzymi tchórzu! ciebie przestrzeń żadna
Od nienawiści mojej nie rozdzieli.
Będę cię straszył jak grzeszne sumienie,

Tworzące widma w myślach obłąkanych.
Idźmy! niech każdy z towarzyszów broni
Nadzieją zemsty żal serca osłoni!

(Wchodzą: Eneasz i Trojanie. — W chwili, gdy Troilus ma się oddalić, wchodzi z przeciwnej strony Pandarus).

Pandarus.  Słuchaj! Słuchaj!
Troilus.  Precz stąd, rajfurze! Niech zawsze i wszędzie
Hańba nazwiska twego piętnem będzie (wychodzi).
Pandarus.  Doskonałe lekarstwo na moje łamanie kości! O, świecie! świecie! świecie! Oto pogarda na każdego pośrednika czekająca! Zdrajcy i rajfury, tak ciężką wkładają na was pracę, a jak źle ją wynagradzają! Jak się to dzieje, że nasze usiłowania tak są upragnione, a w takiem obrzydzeniu ich wykonanie? Czy znajdę na to jakie wiersze, jakie porównanie? Zobaczmy:
Z wesołym brzękiem muska wonne ziółka,
Dopóki żądło, póki miód ma pszczółka;
Ale niech straci broń ostrą ogona,
Miód słodki mija i pieśń słodka kona.
Uczciwi handlarze ludzkiego mięsa, zapiszcie to sobie na waszych malowanych szyldach.
Bracia mojego cechu, na los dziś mój patrzcie,
Oczu na pół już zgniłych ostatki wypłaczcie:
Kto z was płakać nie może, niech wzdycha z litości,
Nie dla mnie, dla łamania własnych swoich kości.
Bracia, drzwiczczanej straży wierni towarzysze,
Za jakie dwa miesiące testament napiszę;
Napisałbym go teraz, lecz mąci mi szyki
Trwoga o wściekłej gęsi winczesterskiej syki[7].
Teraz idę się pocić, a wam się dostanie
W niewątpliwej spuściźnie kości mych łamanie.

(Wychodzi).








  1. The Famous Historia of Troylus and Cressida. Excellently expressing the beginning of their loves, with the conceited wooing of Pandarus Prince of Licia. Written by William Shakespeare, 1609.
  2. As it was acted by the Kings Maiestics servants at the Globe.
  3. Wedle zwyczaju, aktor przedstawiający Prolog, występował w czarnym płaszczu.
  4. Pałac Pryama.
  5. Siostrę Pryamna, Hezyonę, porwał Herkules i dał Telamonowi. Ajax był synem Telamona i Hezyony.
  6. W poemacie o zburzeniu Troi jest mowa o Łuczniku (Sagittary), coś na kształt Centaura.
  7. Gęś winczesterska, znaczyło: wrzód weneryczny.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Józef Ignacy Kraszewski, William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.