Paryż (Zola)/Część druga/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Minęło dni trzy. Przez cały ten czas, Wilhelm miał gorączkę i, leżąc na łóżku, niecierpliwił się swoją bezczynnością, a przytem ogarniał go lęk każdego rana, gdy przyniesiono dzienniki. Piotr starał się je ukryć przed oczyma chorego, lecz Wilhelm natarczywie się o nie pytając, zmuszał brata, by mu czytał wszystko co pisano o katastrofie, przy ulicy Godot de Mauroy.
Dzienniki były przepełnione najdziwaczniejszemi opowiadaniami. Cała prasa tylko tą sprawą się zajmowała, nawet poważny, ostrożny „Globe“ popadł w to samo szaleństwo, starając się dostarczać czytelnikom, jaknajobfitszych objaśnień. Zaś dzienniki bez skrupułów i wyzyskujące publiczną ciekawość nieciły jeszcze gorączkowe usposobienie paryżan, podając fałszywe, groźne i potworne wieści, robiąc na tem wyborną operacyę handlową. W tym pościgu w oszałamianiu umysłów tłumu, odznaczał się przedewszystkiem „Głos ludu“ podający codziennie sensacyjne artykuły, mogące trwogą przejąć nieświadomych czytelników. Między innemi „Glos ludu“ zapewniał, że baron Duvillard otrzymuje stosy listów wygrażających mu, w najobelżywszych słowach, że żona jego zostanie zamordowaną, również jak jego syn i córka, wreszcie on sam, a pałac będzie wysadzony w powietrze. Przerażona rodzina państwa Duvillard, już zapewne byłaby uległa zapowiedzianemu losowi, gdyby nie ciągła straż policyi, która, przebrawszy swoich agentów po cywilnemu, czuwa dokoła ulicy Godot-de-Mauroy. Innego dnia „Głos ludu“ ostrzegał, iż jeden z podziemnych kanałów, w sąsiedztwie kościoła św. Magdaleny, został napełniony przez anarchistów beczkami prochu, i lada dzień wybuchnie tam wulkan, który pochłonie połowę Paryża. To znów można było czytać zatrważającą wiadomość, o potężnym spisku nieprzyjaciół, publicznego spokoju i porządku, którzy, zorganizowawszy całą sieć rewolucyjnego ruchu w Europie, czekają tylko hasła danego z Francyi, by w trzy dniowej rzezi i pożodze, wytępić połowę ludności i zburzyć wszystkie znaczniejsze miasta, a w Paryżu wytoczą przygotowane maszyny zniszczenia, które zmiatać będą ludność na wszystkich bogatych ulicach, i bulwarach, tak iż Sekwana nie wodą, lecz krwią płynąć będzie. Dzięki tego rodzaju bredniom, szerzonym przez dzienniki, zapanowała w Paryżu trwoga ogólna. Przerażeni cudzoziemcy śpiesznie opuszczali hotele, uciekając z miasta, zagrożonego szaleństwem, gdzie najniedorzeczniejsze dziennikarskie wymysły znajdowały wiarę, ciążąc na mieszkańcach jak dokuczliwa zmora.
Lecz szerzone w dziennikach wieści, żadnego nie wywierały wrażenia na chorego Wilhelma, który śledził jedynie, o ile Salvat nie został wykryty, i o ile policya nie wpadła na tropy właściwe. Wszakże dotąd Salvat nie został aresztowany i nie było nawet żadnej o nim wzmianki. Nagle Piotr przeczytał drobne zawiadomienie, które zatrwożyło Wilhelma.
— Wiesz, powiadają, że wśród gruzów w bramie pałacu Duvillard, znaleziono szydło, czy inne jakieś narzędzie, na którego rączce jest nazwisko fabrykanta. Nazywa się Grandidier i dziś ma być przywołany do gabinetu sędziego śledczego.
— Stało się! — zawołał chory. — Wpadli na prawdziwe ślady! Widocznie, że Salvat upuścił jakieś narządzie! On pracował przez jakiś czas w fabryce Grandidiera, a gdy tam stracił miejsce wziąłem go na kilka dni do siebie... Grandidier da im objaśnienia, a mając wskazówki, odnajdą Salvata.
Piotr przypomniał sobie, że słyszał o fabryce Grandidiera istniejącej na wzgórzu Montmartre. Najstarszy syn Wilhelma kształcił się tam na mechanika, a obecnie od czasu do czasu powracał, wzywany przez właściciela, lub z własnej ochoty.
Wilhelm po chwili się znów odezwał:
— Bracie, mówiłeś mi, że Tomasz ma zamiar powrócić do fabryki i pracować tam nad swoim nowym motorem, przez cały czas mojej nieobecności. A jeżeli policya uzna za właściwe przyjść zrobić rewizyę w zakładzie Grandidiera?... Jeżeli zaczną badać pracujących tam robotników?... Rozumiesz jak trudnem będzie położenie Tomasza, który zatnie się w milczeniu, chcąc zachować tajemnicę w całości... Trzeba go zawiadomić i ostrzedz! Trzeba koniecznie, i to natychmiast...
Piotr, nie dopytując się o nic, rzekł z gotowością do oddania usługi bratu:
— Jeżeli chcesz, to zaraz po południu pójdę do fabryki, by widzieć się z Tomaszem. Może spotkam samego Grandidiera i dowiem się od niego o co go pytano u sędziego śledczego, a tym sposobem będziemy najlepiej wiedzieć, jak rzeczywiście stoi cała ta sprawa.
Wilhelm z porywem serdecznej wdzięczności, uścisnął dłoń Piotra, dziękując mi:
— Bracie kochany, zrób jak mówisz! Będzie to poczciwie i dzielnie z twej strony!
— Ja, prócz tego, miałem dziś zamiar pójść na Montmartre... Wiesz, nie mówiłem ci o tem, lecz teraz ci wyznam. Jeżeli Salvat uciekł z Paryża, to pozostała w pustem mieszkaniu stara Teodora i mała Celinka. Widziałem, w jakiej były nędzy owego dnia, gdy Salvat opuścił je, pod pozorem szukania zajęcia... otóż teraz, gdy go niema, musi im być gorzej jeszcze... ile razy o nich pomyślę, ogarnia mnie trwoga, że niezawodnie umierają z głodu... otóż muszę się przekonać i pójść je odwiedzić... nędza tam musi być straszna...
Wilhelm dotąd trzymał Piotra za rękę, a teraz mocniej go uścisnąwszy, powtórzył:
— Idź bracie, idź do nich... będzie to bardzo poczciwie i dzielnie z twojej strony!
Ów dom przy ulicy des Saules, na wzgórzu Montmarte, pozostał głęboko i boleśnie wyryty, w pamięci Piotra, jako męczeńskie siedlisko ludzkich istot, ze wszystkiego wyzutych, i marnie dogorywających w zimnie, w kale, w zaduchu i głodzie. Gdy doszedł tam w dzisiejsze popołudnie, żadnej nie zastał zmiany. Podwórze było równie błotniste i zawalone stosami gnijących nieczystości, a na ciemnych, obślizgujących się schodach, rażony został temi samemi wstrętnemi wyziewami. Ciepłe podmuchy zapowiadającej się wiosny nieledwie że pozwoliły już zapomnieć o zimie w środkowych i bogatszych dzielnicach Paryża, tutaj zaś, na tem przedmieściu zamieszkanem przez ludność najuboższą, wszystko mówiło jeszcze o zimie, a błoto w zaułkach, na podwórzach i ciemnych schodach, zdawało się stale przebywać, rozdeptywane bezustannem dreptaniem nieszczęsnego ludzkiego stada.
Wiedząc już które schody wiodą do mieszkania Salvata, Piotr przebywał piętra, rzucając okiem, po za otwarte drzwi izb, z których rozlegały się wrzaski, jęki i hałaśliwy płacz dzieci. Inne zaś drzwi zamknięte były głuche, i martwe, smutne jak grobowce. Piotr wspomniał o Laveuvie, zmarłym tutaj jak pies przy drodze, i serce mu wezbrało ciężarem goryczy, i bólu.
Stanąwszy wreszcie przed drzwiami, ku którym dążył, zastukał, lecz nic pozaniemi nie drgnęło, tylko cisza stała się głębszą. Drgnął niemile wzruszony i słuchał. Lecz cisza trwała, nieprzerwana nalżejszym szelestem. Zastukał ponownie, a gdy się to okazało nieskutecznem, pomyślał, iż wszyscy domownicy wyszli. A może Salvat wróciwszy do domu pamiętnego owego wieczoru, zabrał starą swą towarzyszkę i córkę, by razem z niemi skryć się gdzie daleko, może w jakim wiadomym sobie kącie po za granicami Francyi?... Byłoby to jednak rzeczą niezwykłą, wyjątkową, bo biedacy niechętnie decydują się na jakiekolwiek przenosiny, i umierają tam gdzie całe życie cierpieli. Odważył się na trzecie zastukanie.
Po chwili posłyszał szelest po za drzwiami; były to drobne i lekkie kroki, zbliżające się w stronę drzwi. Niezadługo zaś ozwał się cienki, nieśmiały głos dziecka:
— A kto tam?...
— Ksiądz, którego znasz.
Zapadła znów cisza, dziecko lękało się otworzyć. Piotr dodał:
— Ksiądz, który był u was przed kilku dniami z powodu chorego Laveuve’a.
To objaśnienie okazało się wystarczającem, drzwi się uchyliły i Celinka wpuściła gościa, mówiąc:
— Przepraszam, że nie zaraz się odezwałam, ale mama Teodora wyszła i przykazała po kilka razy, abym nikomu drzwi nie otwierała.
W pierwszej chwili Piotr pomyślał, że zapewne Salvat się tutaj znajduje. Lecz jeden rzut oka, wystarczył, by go przekonać, że izba, w której mieszkała cała rodzina razem, była teraz pusta, i prócz Celinki nikogo w niej nie było. Pani Teodora musiała żyć obecnie w bezustannej obawie zjawienia się policyi. Czy wiedziała gdzie się ukrywa Salvat?... Czy się z nim widuje?... Czy on tutaj powraca czasami? — Pytania te cisnęły się na usta Piotra.
— A. twój ojciec, moje dziećko, czy także wyszedł?...
— Papy niema.. papa miał wiele zmartwień, więc go z nami nie ma...
— Jakto niema?...
— Tak, niema go... nigdy, nawet na noc nie wraca... nie wiemy, gdzie się podział.
— A może pracuje gdzie daleko?...
— O nie, bo przysłałby nam pieniędzy.
— Więc wyjechał w podróż?...
— Niewiem....
Piotr przestał się dopytywać, zawstydziwszy się na myśl, że powodowany ciekawością indaguje to dziecko pozostawione same w domu. Wreszcie mogła ona rzeczywiście o niczem nie wiedzieć, bardzo być może, iż Salvat przez ostrożność nie dał żadnej o sobie wiadomości. Celinka zdawała się być szczerą w swych odpowiedziach a inteligentne jej oczy łagodnie i poważnie patrzały na gościa. Miała lat jedenaście, lecz poważną była nad wiek, jak zwykle dzieci chowane w ubóstwie i z doświadczenia znające głód i ostateczną nędzę.
— Wielka szkoda, że nie zastałem pani Teodory, bo chciałem z nią pomówić.
— A może pan zechce na nią poczekać?... Poszła do mojego wuja Toussainta... na ulicę Marcadet... ztąd niedaleko... powinna zaraz powrócić, bo już przeszło z godzinę jak tam poszła.
Dziewczynka zaczęła uprzątać kawałki drewienek leżących na krzesełku, które zapewne uzbierała gdzieś na pustych, niezabudowanych gruntach, wśród śmieci.
W izbie było zimno, w kominie czarno, widocznie biedne kobiety pozostawały bez środków do życia, bez kawałka suchego chleba. Nędza zdawała się być jeszcze sroższą, po zniknięciu głowy tego domu. Gdy był tutaj ojciec, świeciła jeszcze nadzieja, można było pocieszać się myślą rychłego zarobku, wszak poszukując pracy i obiegając za nią miasto, często powracał chociażby z kromką chleba broniącą od głodowej śmierci. Lecz teraz, gdy stara, niedołężna kobieta sama tu pozostała z nieletnią dziewczynką, nędza stała się okrutną beznadziejnością mrzonki o lepszym bycie.
Piotr usiadł na krzesełku podanem mu przez Celinkę i patrzał ze współczuciem na bladą, chudą, jej twarzyczkę, na szczere i smutne jej niebieskie oczy i usta silące się uśmiechnąć. Lękał się własnej swej ciekawości, jednakże nie mógł się powstrzymać od dalszych pytań.
— Czy chodzisz teraz do szkoły?...
Zarumieniła się i odrzekła cichutko:
— Nie, bo jeszcze nie mam trzewików?...
Mimowoli spojrzał na nogi dziewczynki. Miała na nich podarte wojłokowe pantofle, przez które wyglądały czerwone, obrzękłe palce. Celinka, zaciąwszy się na chwilę, mówiła dalej:
— Mama Teodora powiada, że niewarto chodzić do szkoły, gdy w domu nie ma co włożyć do garnka... Mama Teodora chciała pracować, ale nie może... jak tylko zacznie szyć, to oczy ma czerwone i ciągle płaczące... Więc niewiemy jak sobie damy radę, bo od wczoraj nie jadłyśmy... mama Teodora poszła teraz do wuja Toussaint z prośbą, by nam pożyczył franka, ale jeżeli on nic nie da, to chyba trzeba będzie umrzeć.
Uśmiechała się mówiąc, lecz w oczach miała łzy i wyraz rozpaczliwego niepokoju. Widok tej nędznej, zimnej izby, w której to biedne dziecko było zamknięte i jakby już odgrodzone od świata żyjących i szczęśliwych, wzbudził w Piotrze poryw buntu przeciw srogiej niesprawiedliwości społecznej, przeciwko nędzy dokuczającej tym niewinnym istotom, i znów ogarnął nim szał współczującego miłosierdzia, tej ostatniej ucieczki, jaka go ratowała, gdy wszystkie inne wierzenia na zawsze w nim runęły.
Czas mijał a Teodora nie wracała. Piotr zaczynał się niecierpliwić, bo chciał ztąd koniecznie pójść do fabryki Grandidiera.
Celinka, pragnąc go zatrzymać, rzekła:
— Dziwna rzecz, że mama Teodora dotąd nie powróciła... Zapewne musiała się zagadać.
Wtem przyszło jej na myśl:
— Jeżeli pan chce, to pana zaprowadzę do wuja Toussaint. Ztąd niedaleko... tylko dojść do rogu i zawrócić...
— Jakżeż ty mnie zaprowadzisz, moja mała, kiedy nie masz trzewików?....
— O to nic nie szkodzi... co innego iść do szkoły a co innego wyjść na naszą ulicę... wszyscy mnie tu znają... i przywykli mnie tak widzieć...
Piotr wstał i rzekł łagodnie:
— Dobrze, zaprowadź mnie... a po drodze kupię ci trzewiki.
Celinka mocno się zapłoniła, lecz nic nie odpowiedziawszy wyszła za księdzem z izby i zamknęła drzwi na klucz, na dwa spusty, jak staranna gospodyni, lękająca się najścia chciwych rabusiów.
Pani Teodora wyszła z domu, z zamiarem poproszenia swego brata o pożyczenie jej franka, lecz gdy stanęła na ulicy, przyszła jej myśl sprobować wpierw szczęścia u swej młodszej siostry Hortensyi, która wyszła za mąż za pana Chrétiennot, urzędnika, i zajmowała mieszkanie złożone z czterech pokojów przy bulwarze Rochechouart. Szła tam ze strachem, przewidywała odmowę pożyczki, lecz nagliła ją myśl, że Celinka nic jeszcze nie jadła od wczorajszego południa.
Toussaint, starszy brat pani Teodory, był mechanikiem i miał lat piędziesiąt. Był on przyrodnim jej bratem, ojciec jej bowiem, zostawszy wcześnie wdowcem, ożenił się powtórnie z młodą szwaczką, z którą miał kolejno trzy córki, Paulinę, Leonię i Hortensyę. Skutkiem tego pomiędzy bratem a siostrami była znaczna różnica wieku, od Pauliny był starszy, o lat dziesięć a od Hortensyi, najmłodszej z rodzeństwa, o lat osiemnaście. Po śmierci ojca, ów najstarszy brat pozostał przez czas jakiś całą podporą czterech kobiet, co tem mu było większym ciężarem, iż sam miał już żonę i dziecko. Na szczęście wdowa okazała się obrotną kobietą i niechcącą zbyt obarczać pasierba, wstąpiła jako robotnica do szwalni, w której córka jej, Paulina, uczyła się od roku rzemiosła. Niezadługo Leonia zaczęła tam chodzić do roboty wraz z matką i siostrą, w domu więc pozostała tylko Hortensya, najładniejsza i najdelikatniejsza z trzech córek. Matka siliła się, by ją jaknajdłużej posyłać do szkoły, ucieszona ochotą dziewczynki do nauki i pochwałami jej nauczycielek. Następnie zaś, podczas gdy Paulina wyszła za mąż, za murarza a Leonia za mechanika nazwiskiem Salvat, Hortensya była panną sklepową u cukiernika przy ulicy des Martyrs, gdzie poznała młodego urzędnika, który, zakochawszy się w niej, a nie mogąc jej uwieść, zdecydował się na małżeństwo. Leonia umarła młodo, w kilka tygodni po swej matce, obie zmarły na tyfus. Paulina, porzucona przez męża, żyła przy szwagrze, przy Salvacie, którego córka Celinka nazywała ją mamą Teodorą. Jedna więc tylko z trzech sióstr doznała pozornego powodzenia w życiu. Lecz jakkolwiek Hortensya uważała się za „panią“ i nosiła w każdą niedzielę suknię z lekkiej jedwabnej materyi, życie jej wszakże było ciężkie, bolesne bezustannym wysiłkiem maskowania biedy, jaka z całą srogością panowała w jej mieszkaniu złożonem z czterech pokojów przy szerokim bulwarze.
Pani Teodora wiedziała o pieniężnych kłopotach siostry, kłopotach natarczywszych zwłaszcza pod koniec każdego miesiąca. W ostateczności też jedynie szła teraz ku niej z prośbą zaciągnięcia pożyczki. Mąż Hortensyi, zgorzkniały nudą urzędniczego życia i próżnego wyczekiwania awansu, przykrym się stał dla żony i często jej zarzucał winę zwichniętej swej karyery, a od dawna jej zapowiedział, że nie chce znać jej rodziny, której zawsze się wstydził. Chrétiennot, zachowując pewne uznanie względem Toussainta, całe swe oburzenie wyraził przed żoną na siostrę jej Paulinę, tę panią Teodorę, która bezwstydnie żyła ze swym szwagrem pod oczyma jego małoletniej córki! Była to godna towarzyszka tego próżniaka Salvata, który w każdym zakładzie nie mógł usiedzieć przy pracy i zadawalniał swe lenistwo szerzeniem swej szalonej propagandy, a wszak dobrze wiedział, iż żaden właściciel fabryki nie ścierpi, by mu buntowano robotników. Lecz Salvat o nic nie dbał, byle módz próżnować, chociaż nic nie zarabiając, wyrzekał głośno na nędzę! Chrétiennot stawał się wymowny skutkiem nienawiści, jaką czuł do szwagra, a w swej burżuazyjnej ciemnocie pojęć, nie uwzględniając jego rzeczywistej niedoli, wzbronił żonie widywania się z siostrą.
Pomimo tych nieprzyjaznych okoliczności, nieszczęsna pani Teodora, doszedłszy do pokaźnej kamienicy przy bulwarze Rochechouart, z dumą stąpała po schodach, wyłożonych dywanem, mówiąc sobie, iż prowadzą one do mieszkania jej siostry, pani Chrétiennot. Zatrzymała się i zadzwoniła na trzeciem piętrze. Posługaczka, powracająca o godzinie czwartej dla przygotowania obiadu, otworzyła drzwi, a poznawszy przybyłą i wpuściwszy ją, wypowiedziała jej swe zgorszenie na widok zaniedbanego, obdartego jej ubrania.
Pani Teodora, nie zważając na słowa posługaczki, otworzyła drzwi saloniku, lecz nagle przystanęła na progu, przerażona widokiem swej siostry, zanoszącej się od płaczu, z głową ukrytą w głębi jednego z owych foteli, pokrytych niebieskim repsem, foteli, któremi tak chętnie lubiła się szczycić.
— Co tobie?... Co się stało?...
Hortensya miała zaledwie lat trzydzieści dwa, lecz już utraciła znaczną część swej dawnej lalkowatej urody. Wysoka, szczupła, miała jeszcze ładne niebieskie oczy i bujne blond włosy, ale zaniedbała się prawie zupełnie i chodziła po domu w poplamionym, porozpruwanym szlafroku. Od częstego płaczu powieki miała czerwone i cerę nieco zniszczoną, a po dwóch odbytych połogach straciła delikatną świeżość młodości. Rozmiłowana w sobie, pyszna ze swej urody, żałowała, iż wyszła zamąż za tego nieudolnego urzędnika, pewną będąc, że godną była mieszkania w pałacu i noszenia książęcego tytułu.
Płakała teraz z tak szczerą rozpaczą, iż nie zadziwiła się bynajmniej, ujrzawszy siostrę.
— Ach, to ty! Ach, jaka jestem nieszczęśliwa! Ty jeszcze nic nie wiesz! Zaraz ci powiem... to okropne! Tylko tej biedy było mi jeszcze potrzeba do wszystkich moich umartwień!
Pani Teodora pomyślała, że dziewczynki zachorowały. Horteasya bowiem miała dwie córki: dziewięcioletnią Lucynkę i siedmioletnią Marcelkę.
— Czy która z twoich córek jest chora?...
— Nie, nie, obie są na spacerze... wyszły z jedną z moich sąsiadek. To nie to... to co innego!... Wyobraź sobie, moja droga, że znów jestem w ciąży! Dotąd powątpiewałam... ale teraz wiem, że tak jest na pewno!... Już jestem w drugim miesiącu! Powiedziałam dziś o tem mojemu mężowi, wpadł w złość, krzyczał, wymyślał mi najobelżywszemi wyrazami, utrzymując, że to moja wina! A przecież to nie tylko odemnie zależy!... Ach, gdyby to odemnie zależało, nigdybym nie popadła w taką biedę!.. Przecież tylko ja na tem cierpię!...
Znów ukryła twarz w chustkę i, głośno szlochając, opowiadała urywanym głosem tajemnice małżeńskiego swego pożycia. Oboje pragnęli uniknąć potomstwa i czynili wszelkie możliwe starania, by miłosne ich stosunki były bezpłodne. Tak dalece pewnymi byli oboje tego pożądanego skutku swej wstrzemięźliwości, iż dotąd nie oprzytomnieli z przerażenia z powodu wynikłej trzeciej ciąży. Na szczęście Chrétiennot nie posądzał żony o niewierność, wiedząc, iż zbyt jest leniwą, by narażać się na kłopoty nieprawego stosunku po za domem.
— Nie widzę powodu twojej rozpaczy — rzekła pani Teodora. — Wychowacie trzecie dziecko tak, jak wychowaliście już dwoje.
Oburzona Hortensya zerwała się z fotela i z suchemi już od złości oczyma, krzyknęła:
— Sama nie wiesz, co pleciesz! Nie wchodzisz się w nasze położenie! Cóż ty myślisz, że my bogaczami jesteśmy?... Z czegóż wychowamy trzecie dziecko, skoro ledwie że związujemy koniec z końcem!
I zapominając o udawaniu „pani“, zapominając jak dla chwilowego zadowolenia swej miłości własnej, często kłamała przed siostrą, pyszniąc się dostatkami, jakich nie miała, lecz których pragnęła, opowiedziała jej teraz rzeczywiste swe położenie, ciągły brak pieniędzy i wysiłek utrzymania domu na odpowiedniej stopie. Samo komorne pochłaniało siedemset franków rocznie, zatem z trzech tysięcy zarabianych przez Chrétiennota, pozostawało na wszystkie wydatki zaledwie dwieście franków na miesiąc. Jakżeż z tego się można było utrzymać?... Wszak jest ich czworo, a więc, dwieście franków na miesiąc nie mogło być dostateczną sumą na życie, ubranie i odgrywanie roli pomiędzy ludźmi tego samego co oni towarzystwa. Mąż jej jest urzędnikiem, zatem musi być codziennie w porządnym tużurku, ona zaś, jako żona urzędnika, musi pokazywać się ludziom w przyzwoitych sukniach i świeżych kapeluszach. A dwie dziewczynki!... Ileż one potrzebowały obuwia i coraz to innego ubrania! Oszczędzali się w domu na wszystkiem, jedli byle co, wina prawie nie pili, lecz nie chcąc się poniżyć w oczach znajomych, musieli wieczorami wracać od nich dorożką do domu. Hortensya wszakże nie powiedziała siostrze, ile się rzeczy marnowało w jej domowem gospodarstwie z powodu własnego jej niedbalstwa i niedozoru dzieci. Nieład był widoczny, a Chrétiennot powątpiewał, by kiedykolwiek mogło być lepiej, chociażby nawet doszedł do upragnionych czterech tysięcy franków rocznej pensyi. I rzeczywiście, żyli oni w najzupełniejszem ubóstwie, a nawet w nędzy, mając to jedynie pocieszenie w swej niedorzecznej dumie, iż wyższymi są nad tłum roboczy, znojący się w warsztatach i nierozumiejący potrzeby chociażby pozorów zbytku.
— Cóż na to począć, moja droga — rzekła pani Teodora — przybędzie ci dziecko, będzie wam może ciężej, lecz niewarte nad tem rozpaczać... Wszak je nie zabijesz?...
Hortensya znów się usunęła na fotel, szepcząc zmęczonym głosem:
— Naturalnie, że nie, lecz niewiem jak sobie damy radę. Z dwojgiem dzieci nam ciężko, a cóż dopiero gdy trzecie nam przybędzie! Aż strach o tem pomyśleć.... Ach, ja nieszczęśliwa... nieszczęśliwa...
Z rozczulenia nad sobą zaczęła jękliwie płakać, skarżąc się na ciężki los, będący jej udziałem.
Pani Teodora z bólem widziała, w jak złą chwilę trafiła, by prosić o pożyczkę; koniecznością wszakże zmuszona, poprosiła siostrę o franka. Hortensja spojrzała na nią zaczerwienionemi, pełnemi łez oczyma, mówiąc:
— Daję ci słowo, że centyma nie mam przy duszy... Chcąc, by dzieci miały podwieczorek, musiałam pożyczyć dziesięć susów u mojej posługaczki... Onegdaj zastawiłam w lombardzie ostatni pierścionek... i dali mi dziesięć franków, które już się rozeszły. Zawsze tak u nas bywa pod koniec każdego miesiąca... ale mąż mój powróci dziś z wypłaconą swoją pensyą... spodziewam go się wcześniej, niż zwykle, bo wie, że niemam za co kupić obiadu. Jeżeli będę mogła, to jutro ci coś pożyczę.
Drzwi się otworzyły i wbiegła do pokoju posługaczka, która dobrze wiedziała, iż pan nie lubi się spotykać z rodziną pani.
— Co to będzie... pan idzie... słyszę go na schodach!...
— Uciekaj, uciekaj! — zawołała Hortensya głosem wystraszonym... Skryj się przed nim, bo znów będę miała scenę z twojego powodu... Przyrzekam ci, że jutro, jeżeli będę mogła, pożyczę ci.
Pani Teodora ukryła się w kuchni, chcąc uniknąć spotkania ze szwagrem. Lecz niewidziana przez niego, mogła mu się przypatrzeć, gdy wszedł do przedpokoju. Ubrany był starannie w obcisły tużurek, a chuda, żółta jego twarz o wielkiej brodzie spadającej na piersi, miała wyraz opryskliwy, zawzięty i pełen małostkowej pychy. Od lat trzydziestu był urzędnikiem regularnie chodzącym do biura, a wieczorem do kawiarni. Zasuszona jego postać odstręczająco podziałała na panią Teodorę, która coprędzej wymknęła się ztąd na ulicę.
Przygnębiona szła zwolna ku ulicy Marcadet, do mieszkania swego brata, mechanika Toussaint. Słabą miała nadzieję, by jej mógł dopomódz, wiedziała bowiem, że od pewnego czasu spadły nań same niepowodzenia. Toussaint liczył lat piędziesiąt, a podczas ostatniej jesieni miał atak paraliżu, skutkiem czego przez pięć miesięcy niedomagał i nie mógł chodzić do roboty. Był to spokojny, pracowity robotnik, nigdy niechodzący do winiarni. Miał troje dzieci, lecz najstarszy z synów umarł, jako żołnierz, w Tonkinie, a córka, wyszedłszy zamąż za stolarza, wyprowadziła się do Hawru; drugi zaś syn, Karol, odbywszy służbę wojskową, wrócił do Paryża i jako mechanik, chodził napowrót do dawnego warsztatu. Stary Toussaint, wyczerpawszy zasób uciułanych w ciągu całego życia pieniędzy, składanych w kasie oszczędności, rozpoczynał teraz po chorobie życie na nowo, równie biedny, jak przed trzydziestu laty, gdy młodym chłopcem stanął do roboty.
Mieszkanie małżonków Toussaint składało się z jednej tylko izby z ciemną alkową, lecz pomimo ciasnoty porządek panował tu wzorowy. Pani Taussaint była wysoką, otyłą kobietą o twarzy okrągłej i rysach rozlanych, lecz małe, żywe jej oczy miały poczciwe spojrzenie. Była kumoszką bardzo gadatliwą i łakomą, a największą jej przyjemnością było przyrządzenie jakiego smacznego dania na śniadanie lub obiad. Gdy ujrzała teraz wchodzącą panią Teodorę, odrazu się domyśliła celu jej wizyty i, nie dając jej ust otworzyć, rzekła:
— Źle trafiłaś, moja kochana... nie mamy grosza w domu... pomyśl tylko... wszak wiesz jak długo mąż chorował i że zaledwie od kilku dni poszedł do roboty... poszedł, bo nie byłoby co jeść w domu... i już dziś, nie czekając dnia wypłaty, będzie musiał prosić w fabryce, by mu dano coś naprzód...
Popatrzyła na przybyłą z widoczną niechęcią, oburzona zaniedbanem jej ubraniem.
— A Salvat, cóż?... Jeszcze nie znalazł żadnej roboty... zawsze tylko próżnuje?...
Zapewne pani Teodora spodziewała się tych pytań, więc odpowiedziała spokojnie, kłamiąc:
— Niema go w Paryżu... poszedł za robotą na prowincyę, ktoś z przyjaciół tak mu doradził. Spodziewam się temi dniami pieniędzy od niego... pracując, zawsze coś będzie mógł nam przysłać.
Pani Toussaint spojrzała na nią niedowierzająco i rzekła:
— Tem lepiej... tem lepiej, że go niema w Paryżu... bo mówiliśmy tutaj pomiędzy sobą, że Salvat taki niedowarzony i taki z niego waryat, iż gotów się był zamięszać w ową brzydką sprawę z bombami przy Wielkich bulwarach.
Stara towarzyszka Salvata nawet nie drgnęła, a jeżeli coś wiedziała o bombie podrzuconej pod pałac przy ulicy Godot-de-Mauroy, zachowała to tylko dla siebie.
— A ty, moja droga, czemuż się nie postarasz o jakie zajęcie?...
— A do jakiejże roboty mogę być zdatna z choremi oczyma?... Już teraz szycie bielizny nie dla mnie!
— To prawda! Wychodzi się z wprawy! Przecież i ja byłam bieliźniarką, a chociaż oczy mam zdrowe, nie mogę już szyć, tak jak dawniej, za młodu. Podczas choroby męża, widząc, że pieniądze płyną, a znikąd grosz nie napływa, chciałam się wziąść do roboty, do domowego rzemiosła... dostałam nawet trochę bielizny do szycia w domu, ale nie szło... wszystko psułam i to siedząc nad tem dziesięć razy dłużej, niż trzeba. W naszym wieku — już tylko do posługi wynająć się można. Dla czegóż ty się o to nie starasz?... Mogłabyś codzień odrobić kilka godzin u kogo w sąsiedztwie.
— Starałam się coś znaleźć, ale napróżno...
W miarę rozmowy, poczciwa natura pani Toussaint zaczynała brać górę i coraz uprzejmiej patrząc na siostrę swego męża, zaczęła współczuć jej niedoli. Poprosiła ją, by usiadła, obiecując, że jeżeli mąż wróci z pieniędzmi, to pożyczy jej franka. Rozweselona, że ma z kim rozmawiać, ulżyła wrodzonej sobie gadatliwości, opowiadając miejscowe plotki, a skończyła, jak zwykle, powracając do historyi swego syna, Karola. Wpadłszy na ten temat, była jak zwykle niewyczerpaną, oburzając się na niedorzeczność syna, który, podtrzymując miłosny stosunek ze służącą szynkarza i przeciwka, doczekał się z nią dziecka. Lamentowała, iż Karol popsuł się teraz; dawniej, przed wstąpieniem do wojska, był bardzo pracowitym robotnikiem i odnosił matce cały zarobek każdego tygodnia, a teraz, chociaż nibyto regularnie chodzi do fabryki, lecz praca mu mniej smakuje. Życie w koszarach wspomina jaknajgorzej, mówi, że mu się wydawało, iż go zamknięto w więzieniu, a jednak teraz, kiedy już wolność swoją odzyskał, chełpi się z żołnierki i narzędzia w fabryce ciążą mu w ręku. Chciał nawet dłużej odpoczywać, powróciwszy z wojska, lecz ojciec mu nie pozwolił, a Karol jest uległym i dobrym synem, więc ojca posłuchał.
— Tak, moja kochana... zrobił głupstwo z tą dziewczyną... i teraz, chociażby chciał, to nie ma z czego nam pomódz... Ktoby to był się spodziewał po nim takiego głupstwa! Przecież zawsze mówił, że nie ożeni się zbyt wcześnie, bo zawsze czas dźwigać ciężar na barkach. A przytem ostrożny był z dziewczętami... oj tak... umiał się od złego uchronić... aż tu masz!... Wszystko poszło w niwecz, z powodu tej dziewczyny od szynkarza... oplątała go... Nieraz mi mówił jak mu nadskakiwała, gdy wstąpił do szynku wypić z kolegami... a chociaż wiedziała, że się przecież z nią nie ożeni, nic nie pomogło... O bo Karol ani na chwilę nie myślał o ożenieniu się z Eugienią, chociaż zaniósł jej pomarańcz, gdy odbywała połóg w szpitalu... Czy wiesz, moja droga, że ta Eugienia to prawdziwy szurgot... ledwie to wylazło ze szpitala i trochę się poprawiło, znalazła sobie innego gacha i znikła z nim bez śladu.. tylko dzieciaka pozostawiła nam w prezencie. Cóż było robić?... Karol spełnił swój obowiązek, wziął dziecko i oddał na wieś na wykarmienie... niemało go to kosztuje, bo płaci regularnie każdego miesiąca. Powiadam ci że to nas do reszty zrujnowało... bo wydatki mnożą się i spadają najniespodziewaniej. Już to ten rok był dla nas prawdziwie złym... wszystkie możliwe biedy posypały się jak z worka...
Pani Toussaint długo tak rozprawiała o swoich sprawach rodzinnych, lecz nagle spostrzegła pobladłą twarz pani Teodory, i domyślając się jej niepokoju, zaproponowała:
— Nie możesz już dłużej czekać?... Niepokoisz się?... A przed nadejściem męża nic ci dać nie mogę. Jeżeli chcesz, to chodź zemną do fabryki?... Tam mi powiedzą, czy dadzą mu trochę pieniędzy naprzód.
Obie kobiety wyszły z mieszkania, lecz na schodach pani Toussaint, spotkawszy sąsiadkę, której dziecko umarło przed paru dniami, zatrzymała się na półgodzinną gawędkę. Wreszcie stanęły na ulicy i miały się skierować ku fabryce Grandidiera, gdy zatrzymało je wołanie:
— Mamo, mamo!
Była to Celinka, uszczęśliwiona z nowych trzewików i zajadająca maślaną bułkę.
— Mamo, ten młody ksiądz, który był u nas niedawno, chce się z tobą widzieć... Patrz, mamo, ile rzeczy on mi nakupował!
Pani Teodora, zbliżywszy się do Piotra podążającego za Celinką, zaczęła mu dziękować za obdarowanie dziewczynki, a pani Toussaint sama mu się przedstawiwszy, radowała się z udzielonej przez niego pomocy, nic nie żądając dla siebie. Spostrzegłszy zaś, że ksiądz wsunął dziesięć franków w rękę pani Teodory, rzekła, iż miała zamiar przyjść jej z pomocą lecz chwilowo nie mogła, bo mąż jej był chory przez całą zimę i zaledwie od kilku dni zaczął chodzić do roboty. Tu rozpoczęła długą opowieść niepowodzeń rodzinnych, z których najgorszem było ojcostwo syna jej, Karola.
— Mamo! — przerwała Celinka — wszak fabryka, w której papa pracował, jest ztąd bardzo blizko?... Ksiądz dobrodziej chce tam pójść za interesem.
— Fabryka Grandidiera?.. — zapytała pani Toussaint. Ależ to wybornie się składa, myśmy tam właśnie miały iść razem! Więc chodźmy... w ten sposób najpewniej doprowadzimy księdza dobrodzieja...
Fabryka Grandidiera znajdowała się o paręset kroków. Piotr naumyślnie szedł bardzo powoli, pragnąc pomówić z panią Teodorą o Salvacie, lecz gdy tylko wymówił jego nazwisko, kobieta stała się ostrożną w słowach i dawała wymijające odpowiedzi. Oddawna go nie widziała, zapewne powędrował do Belgii z jednym ze swoich kolegów, może tam znajdzie jaką robotę, kiedy w Paryżu jej nie mógł dostać. Z tego, co mówiła, Piotr odczuł, że Salvat nie powrócił do domu po dokonaniu zamachu. Zapewne się lękał, jeżeli nie o siebie, to o swoich i wolał zniknąć, wyrzekając się nadziei ujrzenia dziecka i wiernej swej towarzyszki.
— Księże dobrodzieju, otóż i jesteśmy przed fabryką Grandidiera! — zawołała pani Toussaint — Ale my nie potrzebujemy już tam wchodzić, bo szwagierkę ksiądz dobrodziej poratował, więc kobiecisko nie potrzebuje zapożyczać się u mojego męża... Dziękuję, z serca za nią dziękuję, a także i za nas, boćmy byśmy musieli jej przyjść z pomocą...
Pani Teodora i Celinka, raz jeszcze podziękowawszy Piotrowi, zostały z panią Toussaint na chodniku i pomimo że było błoto i potrącano je często, gdyż ulica roiła się od ludności roboczej, długo rozmawiały, patrząc na drzwi i okna fabryki, wszystkie trzy zgodnie chwaląc tego młodego księdza, który się im wydawał wyjątkowo dobrym i uprzejmym człowiekiem.
Fabryka Grandidiera zajmowała obszerny plac ciągnący się głęboko, od ulicy zaś stał frontem jeden tylko budynek z cegły o wązkich oknach i olbrzymiej bramie, po za którą widać było wielkie podwórze. Wszedłszy po za bramę, zgubić się można było w uliczkach i zaułkach rozbiegających się się bezładnie, a po nad dachami warsztatów, domów mieszkalnych, stajni, szop i składów, dominowały dwa wysokie murowane kominy fabryczne. Przystanąwszy na podwórzu, Piotr słyszał warczenie kół, szmer pasów i głuchy odgłos fabryki, będącej w pełnym ruchu. W miarę, jak szedł dalej, hałas się wzmagał, mury trząść się zdawały od łoskotu młotów i młotków, świdrów i poruszanych machin. Kanałami odpływała czarna woda a z nad dachów wytryskiwały kłęby białej pary, buchając miarowo z cienkich rur metalowych. Para ta, unosząca się rytmicznie po nad dachem warsztatu, zdawała się być jego oddechem, mówiącym o wysiłku machin i ludzi zajętych znojną, wspólną pracą.
Obecnie fabryka wyrabiała przeważnie tylko bicykle. W chwili, gdy Grandidier stał się jej właścicielem, fabryka upadała, źle będąc kierowaną i wyrabiając małe motory podług starego systemu. Grandidier, nie widząc w tem żadnej przyszłości, zaniechał budowania motorów, a przeczuwając powodzenie bicyklów, związał się kontraktem ze starszym swym bratem, jednym z administratorów magazynu „Bon Marché“ i dostarczał mu wybornych bicyklów po cenie stupiędziesięciu franków. Zawiązany interes zapowiadał się świetnie, a magazyn „Bon Marché“ ogromne robił reklamy o popularnej maszynie, o niezrównanej „Lisette“, bicyklu najtańszym i najlepszym, przystępnym dla każdej kieszeni. Lecz dla puszczenia w bieg nowej fabrykacyi, Grandidier porobił znaczne nakłady i obecnie pracował na spłacenie zaciągniętej pożyczki. Blizkim był wszakże zwycięztwa, albowiem z usilnością wytężał swój umysł nad wprowadzeniem coraz to nowych ulepszeń i uproszczeń, co z każdym miesiącem zwiększało gromadzone przez niego zyski. Od pewnego czasu pracował nad wynalezieniem małego motoru, przewidując wielką przyszłość powozów mechanicznych.
Piotr, zapytawszy się o pana Tomasza Fromont, został zaprowadzony przez jednego z robotników do pracowni zbitej z desek, gdzie zastał swego bratanka w roboczem ubraniu i z zasmolonemi rękoma od dopiero co piłowanego żelaza. Dopasowywał jedną z części motoru swego pomysłu. Patrząc na tego dwudziestotrzyletniego olbrzyma, uznojonego przy warsztacie, trudnoby się było w nim domyśleć jednego z najlepszych uczniów liceum Condorceta, gdzie wszyscy trzej bracia Fromont jaknajlepsze po sobie zostawili wspomnienie. Ukończywszy klasy liceum, Tomasz rzucił się z zapałem do ręcznego rzemiosła, radując się, iż będzie mógł pracować przy boku ojca i stać się posłusznym wykonawcą jego woli. Tomasz równie miał trzeźwy umysł jak i obyczaje. Zwykle milczący i zajęty pracą, nie miał dotąd kochanki, lecz utrzymywał, że jeśli spotka dziewczynę, która mu do gustu przypadnie, zaraz się z nią ożeni.
Ujrzawszy wchodzącego Piotra, drgnął zaniepokojony i, wszystko rzuciwszy, pobiegł ku niemu, pytając:
— Czy ojcu jest gorzej?...
— Nie, nie... uspokój się... przychodzę tutaj, bo twój ojciec, przeczytawszy w dzisiejszych dziennikach o szydle znalezionem przy ulicy Godot-de-Mauroy, zaniepokoił się przypuszczeniem, iż policya przybędzie tu dla zrobienia rewizyi.
Tomasz, uspokoiwszy się o zdrowie ojca, uśmiechnął się i rzekł:
— Kiedy tak, to wszystko dobrze... Proszę powiedzieć ojcu, że niepotrzebnie się niepokoił, bo chociażby policya tutaj przyszła, to planu mego motoru nie odnajdzie. Nie przynoszę go tutaj z sobą... wszystkie obmyślane przez nas części pozostawiam w domu, a tu przynoszę tylko kawałek zbyt trudny do wykonania naszemi narzędziami. Lecz jeszcze niewiem, o ile zdołam podołać trudnościom... motor jeszcze nie jest znaleziony.
Piotr, przyrzekłszy powtórzyć Wilhelmowi wszystko co Tomasz powiedział, starał się teraz wybadać bratanka, co mówiono w fabryce o znalezionem narzędziu przy ulicy Godot-de Mauroy i czy ktokolwiek robił przypuszczenie, iż sprawcą zamachu jest Salvat. Lecz Tomasz milczał lub dawał odpowiedzi przez tak, albo nie. Czy policya już tu była?... Nie. A czy robotnicy, rozmawiając pomiędzy sobą, wymieniali nazwisko Salvata? Tak, bo każdy z nich wiedział, że Salvat jest anarchistą. A Grandidier, właściciel, co powiedział, wróciwszy od sędziego śledczego?... Tomasz nie wiedział, bo jeszcze się nie widział z właścicielem.
— Lecz otóż i on... biedny człowiek, zdaje się, że żona jego znów miała atak...
Historyę małżeństwa i pożycia państwa Grandidier, Piotr znał z opowiadań Wilhelma. Przed laty sześciu Grandidier ożenił się z miłości z młodą dziewczyną niezwykłej urody, lecz ta, po pierwszym połogu, dostawszy mlecznej gorączki dostała obłąkania, a dziecko umarło. Pięć lat od tego czasu minęło a Grandidier nie mógł na sobie wymódz, by żonę umieścić w domu zdrowia i żył z nią zamknięty w pawilonie, którego okna wychodzące na podwórze fabryczne zawsze były szczelnie pozasłaniane. Nigdy nikt jej nie widywał a on nikomu o niej nie mówił. Mówiono, te była łagodna i niedołężna, jak maleńkie dziecko, bardzo smutna i zawsze piękna. Od czasu do czasu miewała straszne ataki, a wtedy mąż pozostawał przy niej i, tuląc ją do siebie, starał się uspokoić, chwilami walcząc z nią siłą, gdy wyrwawszy z jego objęć chciała głowę rozbić o mury mieszkania. Podczas paroksyzmów krzyczała przeraźliwie, następnie zapadała w pawilonie głucha cisza, przerywana dopiero ponownym atakiem.
Do niewielkiej pracowni oddanej na wyłączny użytek Tomasza wszedł Grandidier. Był to piękny czterdziestoletni mężczyzna o twarzy energicznej, wielkich czarnych wąsach, krótko przystrzyżonych włosach i otwartem, ujmującem spojrzeniu. Znał Tomasza oddawna a polubiwszy jak syna, sam mu zaproponował, by u niego wyuczył się rzemiosła, następnie wyznaczył mu oddzielną pracownię, by z niej oddzielnie korzystał równie jak z narzędzi znajdujących się w fabryce. Wiedział, iż Tomasz pracuje nad zbudowaniem nowego motoru własnego pomysłu, lecz chociaż osobiście szukał udoskonaleń w tym zakresie, nie pytał go o nie, zachowując dyskretne poszanowanie względem sekretu młodego mechanika.
Tomasz przedstawił swego gościa:
— Mój stryj, ksiądz Piotr Fromont, który po raz pierwszy przyszedł mnie tu odwiedzić.
Zamieniono kilka zdań zwykłej grzeczności w tego rodzaju okolicznościach. Twarz Grandidiera wyrażała głęboki smutek. Był to zwykły jego wyraz, mylnie brany za wrodzoną surowość i nieprzystępność, obecnie starał się zapanować nad sobą i rzekł prawie wesoło:
— Jeszcze cię dzisiaj nie widziałem, mój chłopcze, więc nie wiesz nic o mojej wizycie u sędziego śledczego... Wyobraź sobie, że jestem dobrze notowany w policyi.... Nie wiem czemu taką łaskę mam przypisać, lecz tem lepiej, bo gdyby było inaczej, to miałbym dziś w fabryce cały regiment jegomościów z prefektury. Lecz wracając do mojej wizyty u sędziego śledczego... otóż zapytano mnie, bym wytłomaczył, jakim sposobem narzędzie, opatrzone moją firmą znalazło się pod bramą wysadzonego pałacu. Sędzia najwidoczniej był przekonany, iż sprawca zamachu jest jednym z moich robotników. Naturalnie, że zaraz przyszedł mi na myśl Salvat, lecz przecież nie będę się bawił w oskarżanie ludzi!... A gdy sędzia, patrząc na nazwiska w mojej fabrycznej księdze wpisowej, zapytał mnie z kolei o Salvata, odpowiedziałem, że pracował on u mnie przez trzy miesiące, lecz, że od jesieni zupełnie straciłem go z oczu... Niechaj go sobie szukają, to nie moja sprawa. Ale zabawny człowieczek z tego sędziego! Nizki, blondyn, bardzo dbały o swoją osóbkę, światowy, nadskakujący, mocno zainteresowany całą sprawą zamachu, a zwinny i przebiegły jak kot.
— Czy to czasami nie pan Amadieu? — zapytał Piotr..
— Tak. Nazywa się Amadieu. Ma minę uszczęśliwioną z pochwycenia tej sprawy w swoje ręce. Anarchistów nazywa opryszkami, czemu i ja nie przeczę, lecz sądzę, że ze szczególniejszą zawziętością zajmie się wyśledzeniem sprawców zamachu.
Piotr słuchał uważnie, silnie zaniepokojony, bo widział słuszność obaw Wilhelma, iż znalezione narzędzie przy ulicy Godot-de Mauroy, może naprowadzić policyę na właściwe tropy. Spojrzał na Tomasza, chcąc się przekonać, o ile jest strwożony. Lecz może Tomasz nie wiedział, jaką styczność miał jego ojciec z Salvatem, a może tak umiejętnie umiał nad sobą panować, lecz twarz miał zupełnie spokojną i tylko uśmiechnął się z opisanej figury sędziego śledczego.
Podczas, gdy Grandidier, zbliżywszy się do warsztatu Tomasza, zaczął z nim długą technicznę rozmowę, Piotr stanął w otwartych drzwiach wychodzących na jeden z oddziałów fabryki i z ciekawością patrzał na ruch tutaj panujący. Liczne koła, umieszczone na różnych wysokościach, okręcały się z szybkością, a maszyny do borowania dziur opadały sucho i rytmicznie na podsuwane metalowe płyty. Poruszające pasy migotliwie snuły się jak nieustające przędziwo, wszystko i wszyscy byli w ruchu wśród wilgotnego, przesyconego parą powietrza. Ciżba robotników spotniałych, czarnych od unoszących się wszędzie pyłów, uwijała się przy pracy, lecz dzień roboczy miał się ku schyłkowi i był to ostatni wysiłek kończącego się zadania. Trzech robotników zbliżyło się do kranu z wodą i obmywając ręce, wiedli rozmowę tuż w pobliżu drzwi, tak iż Piotr mógł słyszeć ich słowa.
Spojrzał na nich tem uważniej, iż jeden z nich wysoki, rudy mężczyzna w rozmowie z towarzyszami, nazwał jednego Toussaint, a drugiego Karolem. Zatem to był ojciec i syn. Toussaint był barczysty, otyły o muskularnych rękach i ramionach, nie wyglądał na lat piędziesiąt, chyba po bliższem rozpatrzeniu się w jego twarzy okrągłej, spieczonej, popękanej, źle ogolonej, bo zaledwie raz na tydzień używał brzytwy do siwiejącego zarostu. Prawą ręką, która tak długo była sparaliżowana, posługiwał się z trudnością, widocznie pozostała w niej chorobliwa ociężałość. Karol był uderzająco podobny do ojca, twarz miał również okrągłą, lecz pełną, wąsy czarne, a wspaniale rozwinięte muskuły zdrowo się poruszały pod młodą, białą skórą. Wszyscy trzej rozmawiali o zamachu na pałac bogatego barona Duvillard, o znalezionym pud bramą szydle ze stemplem fabryki Grandidier, i o Salvacie, którego jednozgodnie posądzali jako sprawcę katastrofy.
— Trzeba być ostatnim łotrem, żeby urządzić coś podobnego — rzekł Toussaint. — Ten ich anarchizm oburza mnie i nie chcę o tem nic wiedzieć, ale prawdę powiedziawszy nie żal mi burżuazów, którzy się teraz nie mało strachu najedzą... Niechajże sobie radzą, bo gotowi ich anarchiści częściej wysadzać w powietrze. Jeżeli chcą ujść cało, to niechby się odmienili, innego nie ma już dla nich ratunku.
Toussaint mówił spokojnie, jak człowiek zmęczony i obojętny, czy świat się zawali lub zginie z głodu, bo z obawą widział zbliżającą się starość i okropność dni bez zarobku, a zatem w nieuniknionej nędzy steranego wiekiem i pracą robotnika.
— Ja o tem inaczej sądzę — zawołał Karol. — Nieraz się przysłuchiwałem teoryom anarchistów i doprawdy, że ci ludzie mają racyę. Słuchaj, ojcze, tożeś od lat przeszło trzydziestu pracował bez wytchnienia i cożeś się doczekał? Nie masz na starość ani dachu, ani chleba i lada dzień, gdy znów padnie na ciebie niemoc, wówczas nikt się nawet nie zakłopocze, czy nie zdychasz z głodu... wszak tak już prawie było tej zimy, a teraz może być tylko gorzej... Stary robotnik, to tak jak stary koń, odpędzą go od żłobu i niech mrze gdzie pod płotem, ale konia dobiją — a z człowiekiem tego nie zrobią, chociaż byłoby to litościwiej, aniżeli pozwolić mu konać całe lata w nędzy... Otóż chociaż młody dziś jestem, wiem przecież, że i mnie starość nie minie, a więc, że i na mnie przyjdzie kolej kalectwa i powolnego konania w niedostatku... Wcale mi się taka przyszłość nie uśmiecha i do stu piorunów gotówem przystać do anarchistów, nim bieda zajrzy mi w oczy. A licho może wiedzieć, co będzie, gdy zburzą to, co dzisiaj mamy? Jest źle, a nuż będzie lepiej i bieda zniknie na zawsze z tego świata?...
Karol niezupełnie był przekonany o możliwości swych przypuszczeń, nie posiadał jeszcze wiary w zbawczość anarchizmu, lecz podczas służby w wojsku, nabrał nowych, nieznanych mu dotąd pojęć o równości i prawie używania życia. Pragnął teraz mniej uciążliwej pracy, więcej dostatku, a pracowity żywot swego ojca sądził sceptycznie, widząc smutny tego rezultat. Ojciec długo i wytrwale wierzył w braterską Rzeczpospolitę i zawiódł się w nadziejach, zakończonych goryczą, syn, zaś nauczony doświadczeniem ojca, rwał się myślą ku nowym doktrynom — pogardzając staremi, zużytemi ideałami. Chętnie zaczynał wierzyć, iż polepszenie stanu rzeczy nastąpić tylko może po walce przemocą, ponieważ pokojowe środki zawiodły pokładających w nie nadzieje.
Ryży robotnik ruszył ramionami i z oburzeniem zaczął dowodzić, że anarchiści są tylko opryszkami, a jeżeli Salvat jest sprawcą zamachu, to należy go schwytać i posłać na gilotynę bez sądu, natychmiast. Stary Toussaint zgadzał się na tę opinię.
— Tak, tak, chociaż Salvat jest moim szwagrem, ale nie chcę go znać... Niech ma los, na jaki zasłużył... ale dziwiłbym się bardzo, gdyby się okazało, iż rzeczywiście on jest sprawcą zamachu... bo znam go dobrze, i złości w tym człowieku niema, muchyby nie rozgniótł, czując krzywdę, jakąby jej tem wyrządził...
Umyli się i przebrali; szli już ku wyjściu, gdy Toussaint, spostrzegłszy właściciela fabryki, zatrzymał się, pomyślawszy, iż może skuteczniej będzie wprost do niego się odwołać z prośbą o awans. Grandidier, pożegnawszy się z Piotrem, sam z własnego popędu skierował się w stronę starego robotnika, którego oddawna lubił i bardzo cenił. Wysłuchawszy go, dał mu po namyśle kartkę do kasyera. Grandidier był zawziętym przeciwnikiem udzielania przedterminowych pieniędzy swoim robotnikom, skutkiem czego był przez nich nielubiony. Uważali go za srogiego, pomimo, iż był rzeczywiście dobrym, lecz z powodu trudnego położenia materyalnego fabryki, Grandidier liczył się z każdym groszem, obawiając się własnej ruiny. Inteligencyą swą zwalczał coraz to groźniejszą konkurencyę, a lękając się silnych w kapitały przeciwników, starał się pozostawać głuchym wobec żądań podwyższenia godzin zarobku, jakkolwiek uznawał to za słuszne.
Pozostawszy jeszcze chwilę w pracowni Tomasza, Piotr, umówiwszy się z nim ostatecznie co do wiadomości, jakie miał zanieść choremu bratu, pożegnał się, lecz przechodząc przez podwórze fabryczne, został zdjęty wielką litością, ujrzawszy Grandidiera, który, załatwiwszy sprawy bieżące dnia, powracał do siebie, do tego zamkniętego, osamotnionego pawilonu, gdzie nań oczekiwał smutny dramat jego życia. Jakże niezmierną i nieuleczalną musiała być boleść tego człowieka, bezustannie staczającego walki o dobrobyt dnia powszedniego, a zabezpieczenie swej fabryki od upadku, o utrzymanie równowagi pomiędzy włożonym kapitałem, a domaganiami się pracujących, gdy wreszcie po ukończonym dniu pracy wracał do domowego ogniska, a tutaj, zamiast odpoczynku, wytchnienia, znajdował żonę pozbawioną zmysłów, żonę, którą kochał, lecz żonę nierozumiejącą słów, jakie do niej mówił! Był to już tylko żyjący obraz ukochanej kobiety, która na zawsze umarła dla jego miłości. Nawet w dniach tryumfu na polu przemysłowem szarpał nim ból klęski domowego pożycia i nieunikniona rozpacz, wyczekująca go u progu. Czyż był kto nieszczęśliwszym od niego?... Czyż nędzarz umierający z głodu mógł większą wzbudzić litość, jak ten człowiek, który, pomimo swego nieszczęścia, był nienawidzony przez wszystkich swoich robotników, zazdroszczących mu materyalnego powodzenia!
Znalazłszy się na ulicy, Piotr mocno się zadziwił na widok pani Teodory, pani Toussaint i Celinki. Stały na tem samem miejscu, gdzie je pozostawił i, pomimo błota i ustawicznego potrącania przez przechodniów, rozmawiały w dalszym ciągu, jakby w powodzi słów i drobiazgowych plotek znajdowały ukojenie połączone z zapomnieniem własnej niedoli. Doczekały się wyjścia i fabryki starego Toussaint z synem Karolem. Rad z otrzymanych w kasie pieniędzy Toussaint, powitał je wesoło, lecz zwracając się do pani Teodory, opowiadał jej krążące w fabryce nowiny, dotyczące zamachu przy ulicy Godot de-Mauroy. Wszyscy koledzy, nie wyłączając jego samego, posądzali, że Salvat jest właścicielem znalezionego narzędzia i sprawcą wybuchu. Pani Teodora zbladła, lecz nie pozwalając odgadnąć, co wiedziała w tej sprawie i co o niej sądziła, zawołała z żywością:
— Sami nie wiedzą, co gadają! Powtarzam wam raz jeszcze, iż Salvata oddawna nie ma w Paryżu. Na pewno jest w Belgii, lada dzień spodziewam się listu. Zwaryowali chyba, że go posądzają o rzucanie bomb po mieście. Przecież każdy z was wie dobrze, że Salvat jest łagodny jak baranek!
Wracając tramwajem do Neuilly, Piotr wpadł w głęboką zadumę. Wszystko, co widział w ruchliwej, roboczej dzielnicy Paryża, żywo stało mu w pamięci i zdawało mu się, że jeszcze słyszy odgłosy fabryki dyszącej w pełnym biegu pracy. Tak, praca jest koniecznością i brzemieniem życia ludzkiego, lecz jest zarazem jego zdrowiem i siłą. Po raz pierwszy odczuł to tak dokładnie i cieszył się, że wreszcie stanął na zbawczym gruncie z którego pewnym był, że dopatrzy świetlanych promieni nowej, wyczekiwanej wiary. Lecz jeżeli praca ma być uzdrowieniem i arką przymierza, o ileż zmienionemi od dzisiejszych stać się muszą jej warunki! Jakże dziś niepewnem jest otrzymanie pracy, ile ztąd zawodów, ile najsroższej niesprawiedliwości, ile przymusowego bezrobocia, a z tem połączonej nędzy! Jaka uciążliwa beznadziejność jutra, a jakież okrutne widmo starości, gdy zewsząd odtrącany, bo sterany pracą, człowiek musi mrzeć z głodu, dopóki wreszcie nie zdechnie bez dachu nad zbolałą głową!
Przybywszy do domu Piotr, zastał przy łóżku Wilhelma niedawno nadeszłego Bertheroya, który kończył bandażowanie chorej ręki. Stary uczony jeszcze nie był pewnym pomyślnego rezultatu kuracyi, jeszcze się obawiał mogących wyniknąć pobocznych komplikacyj w stanie zdrowia Wilhelma.
Z przyjacielską swobodą łajał chorego:
— Powiedziałem ci, że powinieneś leżeć spokojnie i nie drażnić się myślami, tymczasem zastaję cię zawsze podnieconego, w gorączce! Jeżeli chcesz wyzdrowieć, to zachowaj się inaczej. Cóż u licha, przecież nie powinieneś mieć żadnej przyczyny drażniącej cię i niepokojącej do tego stopnia!
W chwilę potem, gdy już odchodził, rzekł z dobrotliwym uśmiechem:
— Wiecie, przychodzono mnie interwiewować z powodu owej bomby przy ulicy Godot de-Mauroy. Ach ci dziennikarze, oni sobie wyobrażają, że się powinno wszystko wiedzieć! Odpowiedziałem rozpytującemu mnie paniczowi, że niewymownie będę mu obowiązany, jeżeli zechce mnie sam co mądrego powiedzieć o materyi użytej przy sfabrykowaniu bomby... Lecz z tego powodu będę miał jutro w mojem laboratoryum lekcyę o materyałach wybuchowych. Wiem, że wybiera się wiele osób na mój wykład. Przyjdź i ty, Piotrze, zdasz sprawę Wilhelmowi o tem, co usłyszysz. To go niezawodnie zajmie...
Wymieniwszy spojrzenie z bratem, Piotr przyjął zaproszenie.
Po odejściu Bertheroy, Piotr zdał szczegółową relacyę bratu o wszystkiem, czego się dowiedział na mieście, nie ukrywając, iż w fabryce Grandidiera wszyscy posądzają Salvata, oraz że sędzia śledczy wpadł na trop właściwy. Opowiadanie silne wywołało wrażenie na chorego. Gorączka się wzmogła, a rzucając się na łóżku, Wilhelm prawie bezprzytomnie powtarzał:
— Wszystko przepadło!... Salvat będzie aresztowany, badany, Salvat się wygada, zaplącze, wszystko przepadło!... Tyle pracy, tyle trudu, tyle nadziei! Wszystko napróżno! Napróżno...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.