Paryż (Zola)/Część pierwsza/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Stanąwszy przed pałacem Bourbonów, Piotr spostrzegł, że nie posiada karty wejścia. Chciał już wprost zapytać o deputowanego Fonsègne, chociaż nie znał go osobiście, gdy zobaczył w sieni Mège’a, deputowanego kolektywistę, z którym poznał się bliżej w czasach, gdy cały był oddany spełnianiu miłosiernych uczynków w dzielnicy Charonne.
— Jakto... pan tutaj? — zawołał Mège. — Czyżbyś przyszedł nas nawracać?...
— Nie, ale chcę się widzieć z panem Fonsègne. Sprawa pilna. Chcę, by dziś jeszcze umieścił nieszczęśliwego starca w Przytułku dla inwalidów pracy.
— Fonsègne... niewiem, czy już przyszedł... lecz zaraz się dowiemy.
To mówiąc, zatrzymał przechodzącego młodego człowieka, podobnego w ruchach do uwijającej się myszy.
— Massot... przedstawiam ci księdza Piotra Fromont, który chce pomówić z twoim szefem.
— Mój szef jeszcze nie przyszedł. Zostawiłem go w biurze redakcyi, lecz po skończonej robocie zobaczymy go tutaj. Przybędzie najwyżej za kwadrans.
Mège wprowadził Piotra do poczekalnej sali, „des Pas-perdus“. Od gołych ścian zimnej i olbrzymiej sali, odbijały bronzowe grupy Laokoona i Minerwy, a przez wysokie okna wychodzące na ogród, wpadało blade światło mrocznego dnia kończącej się zimy. Sala już była pełna i jakby ogrzana niespokojnym oddechem i gorączkowemi ruchami zebranych ludzi. Tworzyły się grupy, rozstrzeliwały, biegano, nawoływano się, niecierpliwsi przebojem przeciskali się wśród tłumu, złożonego przeważnie z deputowanych i dziennikarzy, lecz także z publiczności przybyłej przez ciekawość. Wrzawa się wzmagała, toczyły się rozmowy przyciszone a także i krzykliwe, grzmiały wybuchy śmiechu, krzyżowały się pytania, wykrzykniki, a wszyscy giestykulowali w gorączce i pośpiechu.
Ukazanie się Mège‘a spotęgowało panujący hałas i zamięszanie. Mège był wysoki, ascetycznie chudy, opuszczony w ubraniu i, na wiek swój, staro wyglądający, miał bowiem lat czterdzieści pięć a był już zużyty i tylko w oczach zachował młodzieńczą energię. Oczy te błyszczały z po za szkieł binokli wiecznie osadzonych na cienkim nosie w kształcie ptasiego dziobu. Zawsze zakaszlany, często krztusił się, mówiąc, lecz głos posiadał gorący, zdawało się, że żyje tylko siłą woli, podtrzymany ideą ujrzenia marzonej szczęśliwości przyszłych pokoleń. Mège był synem ubogiego lekarza z północnej Francyi a przybywszy za młodu do Paryża, zarabiał jak mógł na życie, wysługując się w redakcyach niektórych dzienników, lecz jeszcze za Cesarstwa zaczął słynąć jako mówca na zebraniach publicznych. Po wojnie, dostał się do Izby i zajął naczelną rolę wśród kolektywistów, ceniących w nim wodza pełnego wiary w przekonania i przyszłość swej partyi. Mège nie zawiódł oczekiwania swych stronników, wiódł walkę zaciętą, rozwinął energiczną działalność i zbrojny w potrzebną wiedzę, bronił swych poglądów z dzikim uporem doktrynera, który świat urządzał na swój sposób, jedyne dla niego zbawienie i przyszłość widząc w kolektywizmie. Z chwilą jak został deputowanym, socyaliści innych obozów nazywali go retorem pragnącym wszystkich nawrócić na swoją wiarę, by módz światem rządzić z dyktatorską bezwzględnością.
— Czy pan wiesz, na co się zanosi? — spytał Piotra. — Ładna historya! Lecz cóż pan chcesz, brniemy w błocie po uszy!
Mège polubił Piotra, widząc jego dobroczynną działalność wśród biednej ludności przedmieścia Charonne. Chociaż to był ksiądz, z bezstronnością podziwiał jego słodycz obejścia z nieszczęśliwymi i jego gorące pragnienie polepszenia społecznego ustroju. Piotr zaś, ze swej strony sympatyzował z tym marzycielem i autokratą, chcącym ludzi uszczęśliwić, nawet wbrew ich własnej woli. Wiedział przytem, iż Mège jest ubogi i że ukrywa niedostatek panujący w swym domu, gdzie ciche pędził życie w towarzystwie żony i czworga dzieci, które gorąco miłował.
— Domyślasz się pan — mówił znów Mège — iż nic nie mam wspólnego z Sagnierem. Lecz skutkiem artykułu, jaki dziś wydrukował, grożąc, że ogłosi nazwiska ludzi, którzy pobrali łapówki, nie chcę, by nas posądzano o jaką zmowę... Oddawna domyślałem się wstrętnych brudów, w tej szachrajskiej sprawie afrykańskiej kolei żelaznej. Ciągnie się to przeszło trzy lata, a teraz może z tego wyniknąć obalenie ministeryum. Dwóch członków gabinetu jest zamięszanych... Barroux i Monferrand... byli ministrami w czasie tej sprawy, puszczonej przez barona Duvillard... obecnie znów zajmują miejsca w gabinecie... trzeba ich więc zmusić do powiedzenia nam, jaką odegrali rolę?... Wogóle niech nas objaśnią o tem, co było... może nawet dobrze na tem wyjdą... lecz niech zabiorą głos. Dłużej milczeć im niewolno... wreszcie zmuszę ich, by mówili, bo zapowiedziałem, że zainterpeluję ich dzisiaj.
Wzburzenie i popłoch panujący w przedsionku sali posiedzeń pochodził właśnie skutkiem zapowiedzianej interpelacyi Mège’a. Wiedziano, iż to nastąpi z powodu skandalicznego artykułu ogłoszonego w „Głosie ludu“. Piotr zaczynał się obawiać, iż cała ta historya spadła nie w porę, bo może mu utrudnić spełnienie zadania, z jakiem tu przyszedł. Zajęty myślą o wyratowaniu Laveuve’a od głodu i śmierci, prawie że nie słyszał dowodzeń Mège’a. Lecz przedłużająca się rozmowa deputowanego skrajnej lewicy z księdzem poczynała zwracać uwagę, patrzano na nich i śmiano się na głos. Mège ruszył pogardliwie ramionami i rzekł do Piotra:
— Jacy głupi! Wyobrażają sobie, że każdego księdza gotów jestem podrzeć na sztuki!... Żałuję, że nie mogę dłużej z panem rozmawiać, lecz muszę iść... a pan niechaj usiądzie... Fonsègne przyjdzie... bądź pan spokojny... przyjdzie...
Rzekłszy to, rzucił się w tłum, a Piotr, uznawszy iż dogodniej będzie czekać, siedząc, znalazł miejsce na ławce przy ścianie i z zaciekawieniem przypatrywał się hałaśliwej scenie, jaką miał przed oczyma. Przypadkowo był świadkiem przygotowującego się kryzysu parlamentarnego a podniecenie, jakie ta okoliczność wywołała, tak go zajmowało, iż chwilowo zapomniał o konającym Laveuve. Umysł Piotra pozostawał jeszcze pod wrażeniem dopiero co przebytej katastrofy panamskiej, której dramatyczne fazy śledził, jak człowiek oczekujący lada chwila ostatecznego kataklizmu, mającego rozprządz istniejący ustrój społeczny. Lecz oto nowa, mała Panama, zaczynała być na dobie, niosąc z sobą te same złowrogie wróżby. Prawda, iż po wszystkie czasy wrzały w parlamentach bójki około pieniężnych nadużyć, lecz obecnie było to niebezpieczniejsze, mogło się stać śmiertelnym ciosem, skutkiem społecznego naprężenia i rozdrażnienia umysłów. Sprawa afrykańskiej kolei żelaznej, była drobnem bagienkiem w porównaniu z Panamą, lecz ten sam cuchnący odnawiając wyziew, zaniepokoiła Izbę, rozniecając obawy, wzruszenia, a także gniew przypomnieniem przebytego brudu. W rzeczywistości, szykowała się okazya do jeszcze jednej, zwykłej politycznej utarczki, zaostrzającej chciwą zaborczość poszczególnych stronnictw łaknących pochwycenia władzy. Szermierka kończyła się zazwyczaj zwaleniem ministeryum i ustanowieniem innego. Lecz po za szturmującymi, po za rozgorączkowanemi ambicyami tej garści przedstawicieli ludu, jakże nieszczęsną ofiarą stawał się tenże lud, przez nich obałamucony, zdobyty, jęczący w cierpieniach i nędzy.
Piotr spostrzegł, że obok niego na ławce usiadł Massot. Przyszedł dziś do Izby w nadziei znalezienia ciekawego artykułu. Przeczuwał, że posiedzenie będzie burzliwe, więc śledził pilnie przedwstępne starcia, notując spostrzeżenia, nie pomijając nikogo, przysłuchując się tu i owdzie, a teraz przyszła mu ochota wywiedzieć się, po co przyszedł ten ksiądz, nic niemający wspólnego z roznamiętnionym tłumem zebranym w tej sali.
— Niechaj się pan zdobędzie na trochę cierpliwości — rzekł uprzejmie, z miną człowieka kpiącego z każdej rzeczy. Mój szef zaraz się zjawi. Domyśla się on, że będzie dziś łaźnia. A może pan przybywa z prowincyi?... I jest pan jednym z wpływowych wyborców mojego szefa?...
— Nie, nie, mieszkam w Paryżu i pragnę pomówić z panem Fonsègne, by go uprosić o natychmiastowe przyjęcie chorego starca do Przytułku dla inwalidów pracy.
— Ach tak, rozumiem! Lecz miło mi powiedzieć, że i ja jestem paryżaninem. Tak, tak, jestem dzieckiem Paryża!
To mówiąc, głośno się roześmiał. Był on rzeczywiście dzieckiem paryzkiego bruku. Ojciec jego posiadał aptekę w dzielnicy Saint-Denis, on zaś był niegdyś uczniem w liceum Charlemagne, lecz szkół nie ukończywszy, zaczął pracować na własny kawałek chleba a gdy różne próby się nie udały, rzucił się na dziennikarstwo, zaledwie że znając ortografię. Miał obecnie lat trzydzieści a już od lat dwunastu żył zaczepiony przy tym lub innym dzienniku, wszędzie bywając i spowiadając tych a odgadując tamtych. Wiele widział i do wszystkiego nabrał odrazy, nie wierzył w wielkich ludzi, utrzymując, że prawda nie istnieje, ale z obojętnością godził się na złość i głupotę ogólną. Wyrzekłszy się pretensyj literackich, szczycił się wyrozumowaną pogardą względem literatury. Nie był wszakże głupi i umiał o byle czem pisać w byle jakim dzienniku, wolny od wszelkich przekonań i wierzeń, dumny, że wypowiada co chce i co ma do powiedzenia publiczności, postawił jednak samemu sobie warunek: bawienia, albo rozciekawiania czytelników.
— To pan zna Mège’a? — zapytał Piotra. — Typowy egzemplarz! Stary dzieciak, chimeryczny marzyciel w skórze zajadłego sekciarza! Badałem go przez czas dłuższy i zbadałem do głębi... Nie wiadomo od ilu lat cieszy się nadzieją, że nie dalej, jak za kilka miesięcy, stanie na czele rządu i z dnia na dzień zadekretuje ogólną szczęśliwość, za pomocą kolektywizmu, który nastąpi po dzisiejszym ustroju kapitalistycznym, jak dzień następuje po nocy. Dziś będzie interpelować ministeryum, by obalić Barroux i zająć jego miejsce a tem samem przyśpieszyć wprowadzenie swego systemu... Teraz nieprzyjacielem, przeciwnikiem, jest dla niego Barroux, a gdy tego pokona, z równą zaciętością nacierać będzie na każdego innego prezesa ministeryum. To zwykła jego taktyka. Ileż razy słyszałem własne jego obliczenia, zawsze zmierzające do tego samego celu, obalić, by zająć miejsce obalonego. Lecz na nieszczęście, tylko do połowy plan mu się udaje. Ministerya padają z łatwością, lecz do władzy dochodzą inni, a kolej na Mège’a może nigdy nie nadejdzie!...
Massot znów się roześmiał, a zniżywszy głos mówił dalej:
— A twórcę dzisiejszego artykułu, Sagniera, czy pan zna?... Nie... To patrz pan... widać go ztąd wybornie... Ryży, z karkiem jak u byka, z wyglądu zupełny rzeźnik... Stoi oto tam, w kółku ludzi, o wytartych tużurkach i coś rozprawia pomiędzy nimi...
Piotr dojrzał wreszcie naczelnego redaktora „Głosu ludu“. Sagnier miał wielkie, odstające uszy, grube wargi i nos, a w wypukłych jego oczach trudno było dopatrzeć się wyrazu.
— Tego także znam do gruntu. Pracowałem pod jego dyrekcyą w „Głosie ludu“, jak obecnie pracuję w „Globie“, przy boku Fonsègne’a... Jednej tylko rzeczy dotąd o nim niewiem i nikt nie wie, a mianowicie, zkąd się wziął ten człowiek?... Przez dłuższy czas tkwił w różnych redakcyach i nie mógł wyleźć na wierzch, chociaż pożerała go szalona ambicya i żądza używania. Wreszcie natrafił na pomysł i po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę, przedstawiając publiczności nowego Ludwika XVII. Poruszył już wtedy sporo brudów, a chociaż w Delfina nikt nie uwierzył, Sagnier zdobył sobie przy tej okazyi pewne imię. Zaraz otoczył je reklamą, afiszując się jako rojalista. Wkrótce potem przeszedł do obozu ludowego i wystąpił z socyalizmnem katolickim, mającym pomścić krzywdy i ze sprawiedliwością chrześciańską zapanować nad światem. Od tej chwili Sagnier pisuje wrogie artykuły przeciwko rzeczypospolitej i wolnomyślności, gromi zdrożność obyczajów, potępia współczesną epokę, i w imię sprawiedliwości piętnuje ludzi, chcąc ich umoralnić. Rozpoczął tę kampanię seryą portretów wszystkich finansistów. Czegoż tam nie było w tych paszkwilach! Ile plotek, ile bezpodstawnych oskarżeń! Dziwić się można, iż go nie pociągnięto do odpowiedzialności kryminalnej... lecz stało się wprost przeciwnie... Sagnier zebrał całą seryę wydrukowanych pojedynczo portretów i puścił je ponownie w świat w formie książki... powodzenie było olbrzymie, a przedewszystkiem hałaśliwe. Zachęcony, bieży dalej tą samą drogą. Założył „Głos ludu“, w czasie skandalicznej sprawy panamskiej i pod pozorem sprawy publicznego sumienia, karmił swych czytelników najwstrętniejszemi odpadkami cuchnących oszczerstw. Dziennik redagowany pod dyrekcyą tego człowieka, był i pozostał kanałem przepływu wszystkich nieczystości, a gdy kał rzednieje, Sagnier sztucznym go zastępuje i zasila, byle warcholić i hałasem przyciągać gapiów ku zadowoleniu swej pychy a przedewszystkiem swej kasy.
Massot mówił to wszystko spokojnie, chwilami wybuchając śmiechem, bo pomimo swego zimnego szyderstwa, żywił w głębi uznanie dla tak wpływowego człowieka, jakim był Sagnier.
— Tak, rozbójnik z niego, lecz zarazem jaki dzielny człowiek! Pychę posiada szaloną i na wszystko jest gotów, byle ją zadowolić. Powiedzieć, że niedawno postarał się o popularność na hallach! Gawiedź uliczna jest po jego stronie. A może on rzeczywiście wierzy w swoją misyę posłannika sprawiedliwości i w pracę około zbawienia ludu?... Mnie, bo zachwyca swoją płodnością pomysłów, szerzenia skandalu i oskarżania kogo zechce. Codziennie rzuca nową ofiarę na pastwę zemsty tłumów. Codziennie odsłania świeżo odkryte okropne tajemnice. Jest niewyczerpany! Nigdy nikt nie plwał takiem błotem oskarżeń, nigdy nikt nie zbierał tak obfitego żniwa z szerzenia potwarzy. A przytem jaka umiejętność w dozowaniu skandalu! Gdy widzi, że publiczność obojętnieje z ckliwości, wynajduje natychmiast w swej imaginacyi tak krańcową potworność, iż elektryzuje wszystkich z odrętwienia. Słowem, gienialny z niego dziennikarz! Bo weźmy chociażby dzisiejszy jego artykuł; dla czegóż go napisał?... Dla dobra pisma, które wydaje. Wszak zapowiedział, że ogłosi nazwiska wszystkich zaprzedanych i zdrajców, a taka nowina wybornie wpłynęła na pokup dziennika. Przez kilka dni może więc odpoczywać, pewien, że i tak sprzeda podwójną ilość egzemplarzy swego pisma!
Piotr słuchał z zajęciem, bo opowiadanie Massota dawało mu rozwiązanie niejednej zagadki, której dotąd nie był w stanie rozumieć. Zaczął teraz sam zadawać pytania, ździwiony, iż tak znaczna ilość deputowanych znajduje się w poczekalnej sali i w korytarzach, chociaż posiedzenie już się rozpoczęło. Lecz kogóż mogło zajmować posiedzenie, chociażby się tam miały rozstrzygać najważniejsze sprawy ogólnego znaczenia, kiedy umysły wszystkich pochłaniała groźba interpelacyi, mogącej obalić ministeryum. Obudzone żądze wrzały coraz burzliwiej. Stronnicy i protegowani ministeryum, będącego jeszcze u władzy, hamowali gniew, truchlejąc na myśl utracenia posiadanych posad i mających się urzeczywistnić obietnic; zaś inni, dotąd próżno wyczekujący zdobyczy, naraz poczuli świtającą nadzieję i szykowali się do umiejętnego obsaczenia przyszłego ministeryum, gotowi być klientami jakichkolwiekbądź zwycięzców.
Massot pokazał Piotrowi postać zagrożonego prezesa gabinetu. Barroux był, prócz tego, ministrem finansów, dano mu to miejsce, chociaż nie posiadał odpowiedniego doświadczenia, lecz chciano w ten sposób zaspokoić opinię publiczną, wiadomem bowiem było, że Barroux wyszedł czysto z katastrofy panamskiej. Barroux stał na uboczu i rozmawiał z ministrem oświaty, senatorem Taboureau, który życie całe spędziwszy na prowincji, jako profesor uniwersytetu, najniespodziewaniej został mianowany ministrem i dotąd nieobeznał się ani z Paryżem, ani z czynnościami swego stanowiska. Będąc zacnym i cichym człowiekiem, zachował wygląd profesora i we wszystkiem ustępował kolegom z gabinetu. Barroux zaś miał postać okazałą. Wysoki, przystojny, wygolony, nos miał tylko nieco za mały, co psuło ogólną szlachetność rysów. Miał lat sześdziesiąt, a białe jak śnieg i kędzierzawe włosy dodawały mu teatralnej majestatyczności, z czego umiał korzystać, będąc na trybunie. Pochodził ze starodawnej paryskiej rodziny, i od urodzenia był zawsze zamożny. Rozpoczął karyerę od adwokatury, następnie za czasów Cesarstwa był dziennikarzem republikańskich opinij, a do władzy doszedł wraz z Gambettą. Uczciwy, romantyczny, doktryner i trochę głupi, lecz odważny, zacny i zapalony wielbiciel zasad Wielkiej rewolucyi. Był jednym z ostatnich przedstawicieli dawnych republikańskich idei francuzkiej burżuazyi, co wywoływało uśmiechy i drwiny ze strony młodego pokolenia dzisiejszych polityków o wilczych zębach i wilczym apetycie. Nazywali go protoplastą i zwietrzałym jakobinem. Barroux zaś, pomimo zachowywanej powagi w obejściu i pomimo pompatycznie wygłaszanych oracyj, był człowiekiem chwiejnym, sentymentalnym i poczciwcem, płaczącym przy odczytywaniu wierszy Lamartine’a.
Rozmowę dwóch ministrów przerwało nadejście trzeciego. Monferrand, minister spraw wewnętrznych, odciągnął Barroux na stronę i szepnął mu coś do ucha. Monferrand miał lat piędziesiąt, wzrostu był małego, gruby, twarzy uśmiechniętej, ojcowskiej, lecz ta twarz okrągła i dość pospolita, otoczona brodą krótko przystrzyżoną i jeszcze czarną, miewała wyraz dowodzący bystrej inteligencyi. Czuć w nim było człowieka zdolnego rządzić, a potężnie rozwinięte jego ręce miały siłę do chwytania i niewypuszczania zdobyczy. Pochodził z departamentu Corrèze, gdzie miał znaczne posiadłości i był przez dłuższy czas merem miasta Tulle. Stosunkowo młody, mógł zajść daleko, patrzano więc na niego z pewnem niedowierzaniem i obawą. Mówił z prostotą, ze spokojem, lecz z nadzwyczajną siłą przekonania. Pozornie nie zdradzał żadnych ambicyj, udając najzupełniejszą bezinteresowność, lecz skrycie wrzały w nim pragnienia wszystkich zdobyczy. Sagnier pisał o nim w swoim dzienniku, jako o złodzieju i zabójcy, który udusił dwie ze swych ciotek, chcąc prędzej odziedziczyć po nich majątek. W każdym razie, jeżeli był zabójcą, to był zarazem wybitną osobistością.
Ukazanie się deputowanego Vignon ogólnie zauważono, pomimo gorączkowego nastroju; Vignon bowiem miał odegrać rolę w oczekiwanym dramacie. Obadwaj ministrowie pilnie na niego patrzeli, on zaś, odrazu otoczony, uśmiechnął się do nich zdaleka. Miał zaledwie lat trzydzieści sześć, szczupły, średniego wzrostu, jasny blondyn o pięknej blond brodzie, którą utrzymywał z wielką starannością. Rodem paryżanin, szybko postępował w hierarchii urzędów, przez pewien czas był prefektem w Bordeaux obecnie zaś, powołany do Izby, stał się ulubieńcem i nadzieją wierzących w przyszłość młodych w parlamencie. Mówiono o nim, że jasno rozumie, iż w polityce trzeba nowych ludzi dla dokonania nowych a nieodzownych reform. Ambitny, inteligentny, wiele wiedzący, miał swój program i dość posiadał siły, by go narzucić a nawet częściowo utrzymać i przeprowadzić. Lecz nie śpieszył się. Z ostrożną zręcznością czekał, wiedząc że dzień jego musi nadejść, tymczasem wzmagał się w znaczenie, nigdy w żadnej sprawie nieskompromitowany, i wolny od wszelkich zobowiązań. W rzeczywistości cała jego wartość polegała na tem, że był niezwykle zdolnym administratorem. Jako mówca, odznaczał się jasnością i ścisłością, o programie mało się różniącym, nieco tylko odmłodzonym w formułach Barroux a jednakże ogólnie uznawano, że postawienie Vignona na miejsce Barroux na czele gabinetu, równałoby się wielkiemu przewrotowi. Sagnier pisał o Vignonie, że dąży do stanowiska prezydenta Rzeczypospolitej i że gotów wszystko zburzyć i krwią zalać, byle zamieszkać w pałacu Elizejskim.
Massot w dalszym ciągu objaśniał Piotra:
— Bardzo być może, iż dziś Sagnier nie skłamał w swoim artykule... może naprawdę posiada listę nazwisk... bo papiery Huntera mogły mu wpaść w ręce... A na pewno wiem, że dla otrzymania niektórych głosów w Izbie, baron Duvillard użył Huntera... Sprawa afrykańskiej kolei żelaznej przeszła gładko, tylko dzięki zabiegom Huntera, zawsze wiedzącego kogo trzeba i można kupić... Zręczność jego pod tym względem była wprost niezrównaną... umiał być ujmujący, pełen delikatności.. słowem wprost innym, niż sobie wyobraża Sagnier, który, zgodnie ze swą naturą, jawnie mówi o przekupstwie, targach i cynicznem traktowaniu sprawy wprost, bez żadnych obsłonek. Trzeba być takim Sagnierem, by wyobrażać sobie parlament jak otwarty rynek, gdzie wszystkie sumienia wystawiają się na sprzedaż i pozwalają się licytować z wyuzdaną bezczelnością. Ach, jakże inaczej to się dzieje! Ileż jest okoliczności uwzględniających i wprost usprawiedliwiających! Sagnier w swoim artykule najostrzej napada na Barroux i na Monferranda, bo chociaż nie nazywa ich po nazwisku, wiadomo jest każdemu, że w czasie zatwierdzenia koncesyi afrykańskiej kolei żelaznej, ministrem spraw wewnętrznych był Barroux, a ministrem robót publicznych był Monferrand. Zatem przeniewierczymi ministrami są oni a nie inni. Otóż niewiem, do jakiej politycznej kombinacyi Barroux mógł należeć, lecz głową ręczę, iż żadnych pieniędzy nie wziął, bo jest to najuczciwszy z uczciwych ludzi. Monferrand, to rzecz inna. Ten mógł coś zgarnąć... Lecz niesłychanie byłbym zdziwiony, gdyby pozostawił po tem ślady. Za mądry jest, by popełnić nieostrożność... a zwłaszcza tego rodzaju głupstwo... Jeżeli wziął pieniądze, to na pewno nie dał na to pokwitowania!
Zamilkł i ruchem głowy wskazał Duthila, który, rozgorączkowany, lecz pomimo to uśmiechnięty, stał pomiędzy osobami, otaczającemi dwóch ministrów.
— Czy widzisz pan tego bruneta z wymuskaną brodą?
— Znam go — odpowiedział Piotr.
— Doprawdy?... Znasz pan Duthila? Otóż ten, to napewno obłowił się pieniędzmi. Ptaszek z niego! Przyfrunął do nas z Angoulême, by wieść hulaszcze i przyjemne życie w naszych salonach i alkowach, jest bez czci i wiary ale zawsze pełen wesołości i miłośnie rozgruchany jak ptaki na wiosnę. Pieniądze, które mu wręczył Hunter, przyjął jak błogosławioną, lecz należną mu mannę i nawet nie przyszło mu do głowy, że się tem mógł zbrudzić. Jestem przekonany, że mocnoby się zdziwił, iż ludzie mogą inaczej sądzić kwestye tego rodzaju. Dla niego jest to drobiazg, niemający żadnej doniosłości.
Po chwilowem milczeniu, Massot wskazał Piotrowi piędziesięcioletniego człowieka, miny płaczliwej, wysokiego i cienkiego jak wiecha, trzymającego się pochyło, jakby się uginał pod ciężarem olbrzymiej swej głowy, wydłużonej jak u konia. Włosy miał żółtawe, rzadkie i proste, wąsy opuszczone, cała twarz wyrażała przygnębienie i dokuczliwe troski.
— To Chaigneux, deputowany. Pan go nie znasz?... Zaraz panu opowiem jego dzieje, lecz dość na niego spojrzeć, by uznać, że tak wyglądający człowiek, z łatwością przyjmuje byle jaki datek. Jest deputowanym z Arras. Był tam notaryuszem. Zaczął się zajmować polityką i wybrano go na posła do parlamentu. Upojony nadzieją przyszłej swej wielkości politycznej, sprzedał kancelaryę, dom, i z żoną oraz trzema dorosłemi córkami, zjechał do Paryża, pewien zrobienia fortuny. Łatwo się pan domyśla, co nastąpiło. Pieniędzy miał niewiele, a cztery jego panie postanowiły stroić się, bywać w świecie, przyjmować u siebie — słowem polować na mężów, których dotąd nie znalazły, pomimo zawziętej obławy. Życie tego człowieka jest okropne wśród tych kobiet, prześladujących go wspólnie za wszystkie niepowodzenia. Sam wyznaje, że los go prześladuje i uznał się bezsilnym, zgubionym, czuje, że stracił grunt pod nogami w Paryżu, chociaż przyjeżdżając, sądził, iż stanowisko deputowanego pozwoli mu i ułatwi dojść do prowadzenia zyskownych interesów. Jakże takie biedaczysko jak Chaigneuz, wiecznie łaknący grosza, nie miał się ułakomić na propozycyę Huntera?... Wierzę, iż był uczciwym człowiekiem przyjeżdżając do Paryża, lecz obecnie przestał nim być.
Massot rozgadał się i coraz to nowe kreślił sylwetki. Kiedyś miał ochotę wydania książki pod tytułem: „Deputowani do sprzedania“. Miała to być serya portretów z natury: naiwni nierozumiejący otoczenia, w jakie wpadli, chciwi, trawieni ambicyą, dusze poziome łatwo ulegające pokusie czerpania z otwartej szuflady, karyerowicze upojeni chwilowem powodzeniem i tracący równowagę przy pierwszej trudności. Lecz Massot zaniechał projektu, bo doszedł do przekonania, iż liczba takich deputowanych jest ograniczona i że we wszystkich parlamentach na kuli ziemskiej muszą się znajdować w stadzie i parszywe owce. Zło tego rodzaju uważał za nieuniknione i tylko taki Sagnier mógł zdobyć się na bezczelność głoszenia, iż parlament francuzki jest jaskinią i zbiorowiskiem samych tylko łotrów i opryszków.
Piotr coraz żywiej był zainteresowany popłochem spowodowanym przypuszczalnem obaleniem ministeryum. Objaśnienia, dane mu przez Massota, pozwoliły mu na właściwe rozumienie grup tworzących się tuż przed jego oczyma. Deputowani otaczający Barroux i Monferranda, bledli, czując trzęsący się grunt pod nogami, niepewni, czy jeszcze dziś ujdą więziennej celi w Mazas. Drżącymi byli również wszyscy klienci ciżbą zebrani i trwożni o stanowiska, zajmowane dzięki protekcyi panujących ministrów. Na twarzach ich było widać niepokój, rozmawiali przyciszonemi głosami, dopytywali się, komunikując sobie najnieprawdopodobniejsze wersye. Obok tej grupy skazanych na zatracenie, rosła nowo tworząca się grupa, wpatrzona w Vignona, który spokojnie, z uśmiechem, przyjmował dyskretne hołdy swej klienteli, z niecierpliwością czekającej chwili jego zwycięztwa, zapewniającego pożądane wpływy i zyskowne posady. Oczy tych ludzi połyskiwały rozbudzoną chciwością, chociaż radość ich była dopiero w fazie nadziei, lecz zaskoczyło to ich niespodziewanie, okazya nastręczała się prędzej, aniżeli mogli przewidywać. Bliżsi znajomi zasypywali Vignona pytaniami, lecz ten starał się dawać wymijające odpowiedzi, zapewniając, że dziś nie zajmie trybuny. Rzeczywiście, było to jego planem, postanowił czekać na interpelacyę Mège’a, którego się nie lękał jako współzawodnika, a sądził, iż po zwaleniu ministeryum, teki z łatwością same wpadną mu w ręce.
— Ach, ten Monferrand — mówił dalej Massot — to mi człowiek umiejący korzystać z każdego powiewu wiatru! Znałem go niegdyś pod inną postacią... Był wówczas zagorzałym antiklerykałem... Niechcę panu ubliżać... lecz byłby żywcem pożerał księży. Otóż obecnie poglądy swoje zmienił i sądzę, że będzie panu przyjemnie dowiedzieć się, że najzupełniej pogodził się z Panem Bogiem. Mówiono mi, że monsignor Martha, chętnie apostołujący i nawracający niewiernych, jest codziennym, nieodstępnym towarzyszem ministra. Ze strony Monferranda jest to bardzo chwalebnie, że odczuł potrzebę chwili... bo teraz, kiedy wiedza zbankrutowała, zwrot jest ogólny ku niebu... Widzimy to na każdym kroku, w sztuce, w literaturze, w nas samych. Wszędzie dostrzegamy nowy rozkwit religijny, ujawniający się mistycyzmem, mięko kołyszącym nasze umysły...
Mówiąc to, Massot drwił, jak zwykle, jednakże okrył swe słowa tak wyszukaną uprzejmością, iż księdza do którego się zwracał, nie mógł obrazić. Wreszcie, w tejże właśnie chwili gwałtownie zawrzało dokoła, głosy wołały, że Mège zajął już trybunę. Na tę wiadomość, tłumnie się rzucono do sali posiedzeń. W poczekalnej sali des Pas-Perdus pozostała tylko część publiczności i kilku dziennikarzy.
— Dziwię się — zawołał Massot — że mój szef dotąd nie przyszedł. Przecież deputowanego Fonsègne powinno interesować dzisiejsze posiedzenie Izby, Ale sprytna to sztuka... musi mieć swoje racye... Czy pan znasz mego szefa?...
Po przeczącej odpowiedzi Piotra, mówił dalej.
— Tęga głowa a przytem nielada potęga w Paryżu! Mogę o nim mówić z całą swobodą, bo nie uprawiam sztuki płaszczenia się przed moimi naczelnikami a ponieważ tych właśnie znam najlepiej, więc mogę o nich mówić z całą świadomością rzeczy. Fonsègne jest na owej liście osób zagrożonych... Sagnier go nie przepuści... Wreszcie, ogólnie wiadomo, że Fonsègne należy do kliki pokornych klientów barona Duvillard. O tem, że dostał swoją część złota, nikt nie może wątpić, bo Fonsègne obławia się we wszystkich tego rodzaju sprawach. Ale ponieważ jest mądry, więc tak się urządza, iż zachowuje pozory i zawsze ma się czem usprawiedliwić z pieniędzy, jakie zbiera na lewo i na prawo. A jeżeli tym razem dał się złapać i nie ma się czem zasłonić, to będzie pierwsza nieostrożność, jaką w życiu popełnił!
Massot opowiadał dalej całą przeszłość swego szefa. Fonsègne pochodził z departamentu Corrèze, z tej samej okolicy co Monferrand, lecz pogniewał się z ministrem niewiadomo przy jakiej okazyi. W młodości był adwokatem w Tulle, lecz zapragnął błyszczeć w Paryżu i dopiął celu, założywszy w stolicy dziennik „Glob“, który szybko się rozwinął na pismo wpływowe. Obecnie Fonsègne doszedł do znacznych pieniędzy, mieszka we wspaniałym pałacu przy alei Bois-de Boulogne i w każdym ważniejszym interesie bierze udział, każąc sobie suto płacić za reklamę puszczaną w artykułach „Globu“. Z gienialnym sprytem umie on kierować artykułami w swoim dzienniku, który wreszcie założył w tym jedynie celu. Prędko też zdobył dzisiejsze stanowisko, pozwalające mu królować na rynku stolicy a zawdzięcza to własnej przedsiębiorczości, oraz czuwaniu nad każdem słowem i czynem. Obdarzony wytrwałą cierpliwością, jest poważany i używa opinii człowieka statecznego i zasłużonego kierownika najcnotliwszego z dzienników. W gruncie w nic nie wierząc, ani w Boga, ani w szatana, nadał swemu dziennikowi odcień republikańsko-zachowawczy, bo to w danej chwili najlepiej popłaca i z wielką powagą broni istniejącego porządku rzeczy, jest podporą rządu, naturalnym opiekunem własności, cnót rodzinnych, jest przytem religijny, lecz w miarę — tyle, ile potrzeba dla spokoju zamożnej burżuazyi, wśród której rekrutują się czytelnicy „Globu“. Takim będąc na zewnątrz, trzyma ręce głęboko zapuszczone we wszystkich kieszeniach.
— Tak, tak, księże Fromont, oto wyższe cele, ku którym dojść można za pomocą prasy! Sagnier i Fonsègne, to dwaj ludzie na widowni, lecz jacy różni, chociaż jeden wart drugiego! Walczą inną bronią, lecz ku jednemu zmierzają! Dziennik wydawany przez Sagniera, jest cuchnącym ściekiem brukającym jego samego, zaś dziennik Fonsègne’a jest rzeczywiście znakomicie redagowanem pismem, mogącem zadowolić najwybredniejsze gusta czytelników i niemały zaszczyt czyniąc swemu założycielowi. A jednak... w gruncie obie bibuły są do siebie podobne i obie dyabła warte!
Massot wybuchnął śmiechem z własnego konceptu, uradowany z szyderstw, jakich nigdy nie szczędził. Wtem nagle zawołał:
— Otóż Fonsègne! Wreszcie przyszedł!
Przedstawił Piotra słowami:
— Ksiądz Fromont... Czeka na pana od pół godziny... Zostawiam teraz panów... Pójdę zobaczyć, co się tam dzieje... Musi być gorąco... Mège interpeluje...
Fonsègne drgnął lekko i rzekł:
— A więc jest interpelacya.. niech! Zaraz tam przyjdę.
Piotr przyglądał się nowoprzybyłemu. Fonsègne miał około piędziesiątki, lecz wyglądał młodo, był drobny, chudy, żwawy, brodę miał czarną, bez śladu siwizny, oczy błyszczące a usta o których mówiono że są krwiożercze, przysłaniał sumiastemi wąsami. Uprzejmy w obejściu, ożywiony, nos miał ruchliwy i spiczasty, jak u psa wietrzącego zwierzynę.
— Czem mogę panu służyć? — zapytał.
Na co Piotr odpowiedział w krótkości, wspominając o nędzy widzianej dzisiejszego poranka i o potrzebie natychmiastowego umieszczenia Laveuve’a w Przytułku dla inwalidów pracy.
— Laveuve?... Słyszałem już o nim. Jego sprawa była nam przedstawiona. Duthil zajął się raportem i dowiedzieliśmy się takich szczegółów, iż odmówiliśmy przyjęcia do Przytułku.
Piotr nalegał:
— Panie, ręczę ci, że gdybyś był widział to, co dziś widziałem, serceby ci wezbrało litością, względem tego nieszczęśliwego starca. Sumienie nakazuje wspomódz go. Niewolno opuszczać człowieka w tak okropnem położeniu. Laveuve musi być dziś jeszcze przyjęty do Przytułku dla inwalidów pracy.
— Dziś?... Dziś niepodobna, nie można. Najzupełniej nie można! Zapominasz pan, iż przed przyjęciem pensyonarza, jest mnóstwo formalności do załatwienia. Wreszcie nie odemnie to zależy. Nie mogę sam decydować w tak ważnem postanowieniu. Moja władza nie sięga tak daleko. Jestem tylko administratorem i spełniam rozkazy dane mi przez komitet dam opiekunek Przytułku.
— Właśnie przybywam z prośbą do pana, przysłany przez prezydentkę komitetu, przez panią baronowę Duvillard, która mnie zapewniła, że pan jeden posiadasz prawo natychmiastowego przyjęcia do Przytułku w razach nadzwyczajnych.
— Ach, to pani baronowa Duvillard pana przysłała. Poznaję ją w tem odrazu! Tak, tylko ona jest zdolna coś podobnego uczynić! Sama lęka się odpowiedzialności, nie lubi działać z własnej inicyatywy, więc dla świętego spokoju, odsyła sprawy do mnie, lub do kogo innego. Ale nie mam ochoty narazić się całemu komitetowi. Wybacz mi, szanowny panie, lecz nie mogę wykroczyć po za przepisy naszego statutu. Byłoby to nadużycie, mogące na mnie ściągnąć słuszny gniew wszystkich dam opiekunek naszego Przytułku. Pan ich nie znasz.. Posłannictwo swoje biorą one bardzo na seryo i przekroczenie ustaw poczytują za zbrodnię...
Mówił tonem żartobliwym, lecz zarazem stanowczym, chcąc prędzej się pozbyć tego natrętnego księdza. W tem z sali posiedzeń Izby wybiegł Duthil, chcąc ostrzedz zainteresowanych na równi z nim kolegów, by śpiesznie wracali na miejsca, bo dyskusya zaczynała przybierać zatrważające rozmiary.
— Fonsègne, idź prędzej na swoje miejsce... Śpiesz się, nie ma czasu do stracenia...
Duthil podążył dalej i znikł a Fonsègne spokojnie pozostał na miejscu z miną człowieka obojętnego dla podejrzanej sprawy pasyonującej dziś wszystkich w Izbie. Uśmiechał się, lecz zamrugały mu powieki, przecząc o wewnętrznym spokoju deputowanego.
Wysłuchawszy dalszych przedstawień Piotra, rzekł:
— Najmocniej przepraszam pana, lecz muszę już iść do sali posiedzeń. Słyszał pan, że mnie tam wzywają. Muszę iść, bo mogę być potrzebny kolegom. A w sprawie Laveuve’a, nic nie mogę uczynić. Powtarzam panu że nic, zupełnie nic. To nieodemnie zależy!...
Lecz Piotr nie chciał uważać tych słów za ostateczną i stanowczą odmowę.
— Mam czas, poczekam na pana. Lecz proszę, nie odmawiaj mi pan bez głębszego namysłu. Zapewne pilno panu być obecnym w sali posiedzeń, więc nie wysłuchałeś pan uważnie tego co mówiłem. Gdy pan ztamtąd wrócisz, jeszcze raz pomówimy i jestem nieledwie pewny, iż uwzględnisz moją prośbę...
A chociaż Fonsègne, oddalając się, jeszcze raz powtórzył, że nie zmieni postanowienia, Piotr usiadł na ławce, chcąc czekać jego powrotu.
Sala des Pas-Perdus była teraz prawie pusta. Od wysokich, gołych ścian padało ponure zimno, a pomimo bronzowych grup Laokoona i Minerwy, banalnością przypominała rozległe sale dworców kolei żelaznej, gdzie chwilami jest ścisk i wrzawa, to znów tłum ludzki znika, po przelotnym pobycie, nie ogrzawszy ścian gmachu. Przez wielkie okna wychodzące na ogród o wypłowiałych zimą trawnikach, płynęło blade, niewyraźne światło, a z sali posiedzeń Izby nie dolatywał żaden odgłos wybuchłej tam burzy. Śmiertelna cisza zaległa wśród murów, cisza głucho wstrząsana bolesnym dreszczem nadciągającym zdaleka, zapewne ze wszystkich krańców kraju całego.
Dumanie Piotra snuć się zaczęło w tym właśnie kierunku. Zdawało mu się, że cała rana przeszłości wznowiła się dzisiaj i, rozjątrzona, powiększała się trująco. Zgnilizna parlamentarna zaczynała stopniowo ogarniać cały ustrój społeczeństwa. Niezaprzeczenie, iż ponad nizkością intryg i żądz osobistych ambicyj, pozostawały nietknięte wyższe cele historycznego pochodu a ścieranie się zasad nie mogło jak oczyszczać drogę przyszłości ku prawdzie, sprawiedliwości i szczęściu, lecz w praktyce, zblizka, w codziennem zetknięciu, jakże odrażająco wstrętnymi byli zapaśnicy i używane przez nich sposoby! Widać było tylko szalony rozmach ich egoizmu, chęć powalenia sąsiada, by zatryumfować na jego trupie. Toż samo stosowało się do grup całych z sobą walczących. Lewica, prawica, katolicy, republikanie, socyaliści, stronnictwa wszystkich odcieni, we wszelkie strojący się etykiety, jednego tylko pragnęli, ku jednemu zdążali, ku pochwyceniu władzy i zapanowaniu nad innemi. Wszystko dla nich malało wobec kwestyi, kto będzie panem położenia, kto zagarnie Francyę w swe szpony, by się nią nasycić i zdarte z niej łupy, rzucić wśród gawiedź swoich poplecznków. Utarczki i bitwy, toczone z tego powodu w Izbie, zużywały dnie i tygodnie, a gdy wreszcie na miejsce strąconego władcy, wywyższono jego następcę, bieg rzeczy nie postępował naprzód, bo natychmiast zaczynał się pościg, mający na celu zapewnienie władzy komuś trzeciemu i tak bez końca, bez sposobu przewidzenia kresu odrętwiającej niedorzeczności dreptania na miejscu, pomimo pozornej ruchliwości i gorączki w działaniu. Zaś wywyższani władcy mało się różnili pomiędzy sobą. Nowo panujący psuł czynność już popsutą przez swego poprzednika a wszyscy zapominali o programie i obietnicach, dawanych tylko dla dopięcia władzy.
Niespostrzeżenie, dumania Piotra zwróciły się w stronę Laveuve’a, o którym chwilowo zapomniał i serce wezbrało mu gniewem. Cóż mogło obchodzić tego biedaka umierającego z głodu i zimna na przegniłym barłogu, czy Mège obali istniejący gabinet ministrów i kto zastąpi strąconego Barroux! Egoistyczne manewry członków Izby nie troszczą się o nędzne losy zestarzałych przy pracy robotników i może upłynie jeszcze lat sto, lat dwieście, nim nadejdą czasy, gdy każda ludzka jednostka będzie obdzielona chociażby najskromniejszą, lecz nieodzownie potrzebną kromką chleba i schludniejszym kątem, niż poddasze nieszczęsnego Laveuve’a. A iluż jest jemu podobnych i równie marnie dożywających resztki żywota swojego! Całe zastępy zgłodniałego ludu wyczekują wymiaru sprawiedliwości, lecz Izba pomija tę rzeszę nędzarzów i tylko sobą zajęta, urządza walne posiedzenia, by z gorączkowem naprężeniem śledzić bieg swych żądz osobistych, obalać i wywyższać władców pomiędzy sobą i tuczyć się krwią ssaną z całego narodu! Jakże ohydnym jest widok w ten sposób pojmowanej działalności posłanników i wybrańców ludu! Zdają się być raną i wrzodem bezczelnie rozsiadłym i toczącym cały organizm i sięgającym aż pod samo serce. Kiedyż nadejdzie upragnione uzdrowienie? Kiedyż przeciętym zostanie ów wrzód sromotny, by nastąpiła era zdrowia i szczęśliwości ogółu?!...
Zatopiony w dumaniach, Piotr nie zdawał sobie sprawy z biegu czasu i ocknął się, gdy sala na nowo zahuczała i zapełniła się tłumem. Mnóstwo osób powracało z sali posiedzeń a wszyscy giestykulowali, rozprawiali i tworzyli mniejsze i większe grupy. Wtem usłyszał, jak Massot zawołał głośno tuż obok niego:
— Jeszcze nie leży powalony, lecz niewiele mu brakuje! Podług mnie, Barroux już niewart złamanego grosza.
Massot temi słowy zdawszy sprawę z posiedzenia koledze, który dopiero co nadszedł, zaczął go teraz bliżej objaśniać. Przemówienie Mège’a było doskonałe, ze zwykłą furyą obwiniał burżuazyę, oburzając się jej zgnilizną i szerzeniem zgnilizny. Lecz uniesienie Mège’a zawiodło go zbyt daleko, przerażając Izbę swą gwałtownością. Skorzystał z tego wrażenia Barroux i, wstąpiwszy na trybunę, zażądał miesięcznego odroczenia interpelacyi. Z wytrawnością zwykłego parlamentarnego szermierza, z przejęciem ubolewał nad krajem nękanym gorszącemi skandalami, szerzonemi przez pewną część prasy. Z rozgoryczeniem nieskazitelnego człowieka, pytał, czyżby poniżająca ohyda Panamy na nowo miała odżyć?... Czyż przedstawiciele narodu dadzą się znów stropić niedorzecznością pogróżki o wykryciu nowego przekupstwa?... Należy zachować zimną krew i nie dać się otumanić szajce dziennikarzy podszczuwanych przez wrogów Rzeczypospolitej, bo w tem właśnie leży całe jądro ich zabiegów, chcą zgubić Rzeczpospolitą, zatapiając ją w błocie rzucanych na nią oskarżeń. Nie! Nie! Do tego nie przyjdzie. Nadeszła już godzina rozpoznania i przedstawiciele narodu, zbrojni nabytem doświadczeniem, pominą nieuczciwe napaści wrogów Rzeczypospolitej, by oddać się ze spokojem pracy zapewniającej dobro kraju.
Izba dała się przekonać mówcy, bo deputowani w słusznej byli obawie, przed niepotrzebnem rozciekawieniem się swych wyborców, znużonych tym nieustającym potokiem brudów i przekupstwa. Interpelacya została więc odłożoną. Lecz poplecznicy Vignona, parci żądzą ujrzenia go ministrem, wotowali przeciwko propozycyi gabinetu, tym więc sposobem, Barroux, jakkolwiek utrzymał się przy władzy, lecz większością tylko dwóch głosów, co było wprost śmieszne.
— Więc chyba, podadzą się do dymisyi? — zapytał ktoś z obecnych.
— Tak — odpowiedział Massot. — Wszyscy mówią, że podadzą się do dymisyi... Chociaż niewiem... bo Barroux nie ma ochoty... W każdym razie, życie gabinetu nie o wiele się przedłuży... Za kilka dni runie... musi runąć. Tem to pewniejsze, że Sagnier jest wściekły z rezultatu... i na głos wrzeszczy, że jutro wydrukuje listę nazwisk...
Rozmowy przycichły, bo patrzono na Barroux, który w towarzystwie Monferranda przechodził w pobliżu a za ministrami widocznie niezadowolonymi, pośpieszał tłum ich klientów, zaniepokojonych, zakłopotanych o własne jutro. Rozeszła się pogłoska, iż ministrowie mają się zebrać w komplecie, by powziąść stanowczą decyzyę. Wkrótce ukazał się w sali Vignon, otoczony gronem przyjaciół. Miał minę rozradowaną, lecz hamował się, by przedwcześnie ze zwycięztwa nie tryumfować, ale jego stronnicy nie zważali na ostrożne napomnienia przywódzcy i rozgorączkowani nadzieją, ostrzyli zęby na łup mający już niedługo wpaść im w posiadanie. Nawet Mège był tryumfujący, wszak gdyby nie te dwa głosy, byłby dziś obalił ministeryum! Lecz nie dziś, to jutro ale najniezawodniej obali Barroux a potem Vignona i wreszcie pochwyci rządy w swoje ręce!
— Chaigneux i Duthil idą jak psy obite — szepnął Massot. Tylko mój szef dzielnie się trzyma... Zuch... Nie ma jak Fonsègne!... A teraz żegnam panów... muszę już ztąd lecieć...
Uścisnąwszy dłoń kolegi, Massot poszedł, chociaż posiedzenie Izby trwało dalej, rozpatrując nową sprawę wielkiej, ogólnej doniosłości. Dyskutowano ją przed pustemi ławkami.
Chaigneux, przygnębiony, złamany myślą coraz to gorszego losu, zatrzymał się przy posągu Minerwy i wsparty o cokół, patrzał nieśmiało załzawionemi oczyma. Duthil przeciwnie; już się opanował i udawał zupełną swobodę umysłu, rozprawiając wśród kółka osób z ożywioną wesołością, lecz nerwowe drganie wykrzywiało mu ładne rysy, które kurczyły się pod wrażeniem wewnętrznego strachu. Massot miał słuszność, twierdząc, że jeden tylko Fonsègne w zupełności panował nad sobą. Żwawy jak zwykle, przesuwał się pomiędzy grupami w sali, a w sprytnych, połyskujących jego oczach, ledwie że zaległ cień niezadowolenia.
Ujrzawszy go, Piotr powstał, by ponowić prośbę, lecz Fonsègne, uprzedzając go, wołał jeszcze zdaleka:
— Nie mogę, nie mogę!... Wybacz, szanowny księże, lecz odmawiam ci stanowczo, bo nie chcę się narazić na tak wyraźne rozminięcie się z naszym statutem. Mieliśmy o tym człowieku raport; sprawa jego była dyskutowana i odrzucona. Jakżeżbym zatem mógł o tem wszystkiem zapomnieć i postąpić wbrew wyrokowi wydanemu przez panie opiekunki Przytułku!...
— To są rzeczy podrzędne — rzekł Piotr z przejęciem — Niechaj pan zechce zwrócić uwagę, iż tu chodzi o życie człowieka, o starca, który skona z zimna i z głodu, jeżeli pomoc będzie opieszała...
Fonsègne podniósł obie ręce w górę, jakby chcąc mury przyzwać na świadków i znów powtórzył, że nic nie może uczynić. Może lękał się jakiej nieprzyjemnej sprawy dla „Globu“, który przed wyborami posługiwał się Przytułkiem dla inwalidów pracy, jako dowodem nieprzebranej hojności i miłosierdzia klas posiadających. A może trwoga tajemnie go nurtująca czyniła go obojętnym dla nędz ludzkich, lecz na wszelkie przedstawienia Piotra znajdował tylko odmowną odpowiedź, wreszcie rzekł:
— Osobiście nie mogę nic uczynić... ale możesz mnie pan zmusić do zajęcia się losem owego starca... Lecz na to trzeba rozkazu ze strony dam opiekunek Przytułku... Dam należących do komitetu... Już pan masz za sobą panią baronową Duvillard, postaraj się o inne...
Piotr postanowił walczyć do końca, więc, niezrażony przewidywanemi trudnościami, rzekł z trochą otuchy:
— Znam panią hrabinę de Quinsac, mogę natychmiast iść do niej.
— Wybornie! Idź pan zatem do hrabiny Quinsac, a lepiej jeszcze będzie, jeżeli pan weźmie dorożkę i od hrabiny pojedzie pan do księżnej de Harn. Ona jest bardzo uczynną, ruchliwą i zaczyna być wpływową... A gdy będziesz pan miał pozwolenie tych pań na przyjęcie Laveuve’a do Przytułku, wtedy musisz pan powrócić do baronowej Duvillard... Ale ostrzegam, że dopiero około godziny siódmej będzie z powrotem u siebie. Od baronowej uzyskasz pan list do mnie, list zasłaniający mnie od odpowiedzialności, wobec dam opiekunek Przytułku. Mnie zaś zastaniesz pan w biurze redakcyi. Wtedy zaraz sprawą się zajmę, by pański protegowany mógł się wyspać jeszcze dzisiejszej nocy na łóżku w naszym Przytułku...
Z chwilą jak znalazł sposób pozbycia się księdza a przytem uniknięcia wszelkiej wymówki ze strony komitetu dam opiekunek, Fonsègne stał się nadzwyczaj miły i zdawał się nie powątpiewać o skuteczności swej rady. Piotr, ożywiony nadzieją, dziękował:
— Dobry uczynek pan spełniasz! Dziękuję, serdecznie dziękuję! Z pańskiej łaski, starzec odżyje przygarnięty do Przytułku!
— Ależ my tylko tego pragniemy! Ach, gdyby od nas zależało usunąć nędzę na świecie! Lecz śpiesz się pan ze swoją misyą... nie ma chwili do stracenia...
Uścisnęli się za ręce i Piotr skierował się ku wyjściu. Lecz nie było to rzeczą łatwą. Tłum zalegał salę, tworzyły się i rozbiegały grupy, gniew i niepokój miotały wszystkimi. Burzliwe posiedzenie Izby oddziałało na tych ludzi, jak kamień rzucony na dno zabagnionej sadzawki i wypychający na wierzch gnijące w ukryciu nieczystości. Z trudem, prawie przemocą, Piotr przeciskał się wśród wzburzonej ciżby, ocierając się o drżących ze strachu tchórzów, o wyzywająco bezczelnych śmiałków, o zbrukanych i zarażonych panującą tu zgnilizną. Lecz serce Piotra rozjaśniała nadzieja. Zdawało mu się, że jeżeli dziś jeszcze zdoła uratować życie biednego, starego nędzarza, jeżeli zapewni mu spokój na resztę dni pozostałych, będzie to zapowiedzią lepszej przyszłości, początkiem przebaczenia za krzywdy i głupotę tych karłów, mieniących się mężami stanu a uprawiających politykę dla zadośćuczynienia egoistycznej chciwości.
Już był w sieni, gdy drobna okoliczność przykuła go chwilowo na miejscu. Obstąpiono i przysłuchiwano się sprzeczce jednego z woźnych, z człowiekiem w ubraniu robotnika, który chciał dostać się wewnątrz pałacu Izby, pokazując przestarzały bilet wejścia z zatartą datą. Posiadacz biletu był zrazu natarczywy, brutalny, lecz nagle przestał nalegać, jakby opanowany niespodziewaną nieśmiałością. Piotr niezmiernie się zadziwił, poznawszy Salvata. Tak, tym razem się nie mylił, ten człowiek w obdartem odzieniu był dziś rano widzianym mechanikiem, który wyszedł z domu z zamiarem szukania roboty w mieście. Piotr poznał odrazu jego wysoką, chudą postać, twarz zmęczoną, i ogniste rozmarzone oczy, pałające wśród ogólnej bladości. Nie miał już przy sobie worka z narzędziami, a płócienna, robocza kurtka, szczelnie go opinając, wydymała się guzem na lewym boku. Zapewne wsunął tam jaki kawał znalezionego chleba. Woźni wyprowadzili go za kratę pałacu Izby. Nie opierając się i milcząc, poszedł dalej, kierując się w stronę mostu Zgody. Szedł powoli, niepewnie, jak człowiek niewiedzący, gdzie idzie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.