Pompalińscy/Część pierwsza/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pompalińscy
Wydawca Redakcya „Przeglądu Tygodniowego“
Data wydania 1876
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Opuściwszy pałac bogatego krewnego swego, Pawełek Pompaliński szybkim krokiem przebył kilka głównych ulic Warszawy, wszedł w jedną z uboższych dzielnic miasta tego i zatrzymał się przed wązką, wysoką, na brudno ceglasty kolor pomalowaną kamienicą. Gdy wchodził w bramę i raźnie wbiegał na cztero-piętrowe, wązkie, strasznie strome i dostatecznie brudne wschody, w ruchach jego i w wyrazie twarzy, znać było żywą radość, iż stawał u upragnionego widocznie celu swej wycieczki. Z uśmiechem niewyłączającym bynajmniej pewnego, acz przyjemnego wzruszenia, pociągnął za dzwonek u drzwi dość nizkich, obszarpanych i niezwiastujących bynajmniej aby za niemi znajdować się mogło siedlisko bogaczów i wielkich tego świata. Po zadzwonieniu nastąpiła dość długa pauza. Za nizkiemi drzwiami panowało milczenie. Pawełek niecierpliwił się i znać było, że nawet niepokoił się trochę; widocznie jednak nie śmiał dzwonić po raz drugi. Po kilku minutach dopiero, dał się słyszeć we wnętrzu mieszkania szelest jakiś, coś nakształt powolnego i ciężkiego sunięcia po ziemi spadających co chwilę z nóg czyichś, klapiących pantofli. — Czy to ty, Adelciu? dał się słyszeć z za drzwi głos męzki, miękki jednak, nieco nosowy i nadzwyczaj energicznie litewskim, przeciągłym akcentem zaprawiony.
Usłyszawszy zapytanie to Pawełek uśmiechnął się figlarnie, poczem zbliżając usta do drzwi samych i nadając głosowi swemu brzmienie jaknajwięcej do brzmienia kobiecego głosu zbliżone, odpowiedział.
— To ja Wandalinie! otwórz!
Klucz obrócił się w zamku, Pawełek z dziecinną prawie swawolą, chichocząc bardzo cicho, usunął się aż pod ścianę, tak aby go otwierająca drzwi osoba, od razu dojrzeć nie mogła.
Otwierającą drzwi osobą był mężczyzna, lat może czterdziestu kilku, z niepomiernie otyłą postacią, owiniętą w szlafrok stary, jedwabny, wystrzępionym i brudnawym sznurem w pasie przewiązany. Trochę łysa i trochę siwiejąca głowa jego silnie przymocowaną była doreszty organizmu karkiem krótkim, grubym i czerwonym, Twarz jego o czole nizkiem i mocno rumianych policzkach, miała okrągłość księżyca i pulchność świeżo wypieczonej bułki, a całą ozdobą twarzy tej jak i całej niezbyt powabnej i idealnej postaci, był bujny wąs siwiejący i jasnobłękitne oczy, jak u dziecka przezroczyste, z miękkimi, dobrem, pomocy jakby i opieki wzywającem spojrzeniem. Otworzył nawpół drzwi i nie wychylając z za nich głowy, miękkim swym głosem i z przeciągłym akcentem zapytał:
— A co Adelciu? czy będą dziś kartofelki smażone?
— Kartofelki nie wiem czy będą, ale ja tu jestem, własnym już głosem odpowiedział Pawełek; zarazem wysunął się tuż przed oczy pana Wandalina, który naprzód drgnął lekko z przestrachu, potem jednak radośnie zawołał: Pawełek! i przed przybyłym w całej szerokości krótkie a pulchne ramiona swe roztworzył.
— Ja, ja to jestem we własnej mej osobie! odrzekł Pawełek, wchodząc do pierwszego, dość małego pokoju, który widocznie był sypialnią i zarazem kuchnią, stało w nim bowiem parę łóżek czystą bardzo pościelą usłanych, na sporym kominie palił się ogień i kipiała w garnku gotująca się strawa, a pod oknem na stole, znajdowały się różne kuchenne przybory.
— Cóż? doprawdy? jesteś znowu w Warszawie? wołał pan Wandalin, pomimo oporu przybyłego, pomagając zdejmować mu palto. Ot tu połóż palto, tu, na łóżku Adelci! z krzesła mogłoby spaść i powalać się około tych kuchennych rupieci... na wieszadła nie zdobyliśmy się jeszcze... no, chodź, chodź do salonu, kochany gościu!
Wyrażenie: salon, brać tym razem należało w znaczeniu czystej metafory; odnosiło się ono bowiem do miejsca, które zaledwie na miano porządnej izby zasługiwało, a i to dla tego tylko porządnej, że panowała w niej czystość wzorowa, obok, przyznać należy, zarówno wzorowego ubóstwa ścian i sprzętów. Istniało jednak w ciasnym i biednym pokoiku tym, kilka przedmiotów, widocznie z salonu tu przeniesionych: album jakieś w kosztownej, malachitowej oprawie, na stole leżące i osobliwie nader wyglądające przy wielce taniej i pospolitej serwecie siatkowej; złoty naparstek kobiecy, rzucony niedbale obok pokrojonego płótna, z którego ktoś tu własnoręcznie dość grubą męzką koszulę sporządzał; para fotografii w kształcie medalionów, w ładnie rzeźbione ramy oprawnych, a wiszących na ścianie nagiej, w miejscu obicia, szafranowo-żółtą farbą chropowato powleczonej. Pan Wandalin przecież izbę tę nazwawszy salonem, w skutek dawnego jakiegoś przyzwyczajenia zapewne i zaprosiwszy do niej gościa gestem prawdziwego gentlemena, któremu uprzejmość i dystynkcya układu w krew i naturę przeszła, zasiadł na jedynej znajdującej się w salonie twardej, a wązkiej kanapce i zapytanie swe powtórzył.
— Jesteś więc znowu w Warszawie?
— Jestem, ale wkrótce nie będę, dlatego pośpieszyłem odwiedzić szanownych państwa... gdzież jest pani Adela?
— Zaraz, zaraz nadejdzie! poszła tam, do sklepiku, kartofli kupić na obiad... Ot zachciało mi się dziś smażonych kartofli i wygadałem się z tem, nie chcąc jakoś, przed żoną... Żałowałem potem tego bo biedne żonisko, chcąc mi dogodzić, fatygować się musi... a Bóg tylko wie, jakie ona już i tak trudy i fatygi przenosi... zresztą i wydatek niepotrzebny, bo w naszem teraźniejszem położeniu jednej potrawy na obiad dosyć... aż nadto dosyć... byleby i ta codzień tylko była... Ale ot tak jakoś starego człowieka zdusić w sobie jeszcze nie mogę.. To tego się zechce, to owego... a choć 99 razy na sto potrafię dobrze język za zębami utrzymać, to przecież setny raz z ust się coś wymknie, a potem — sumienie gryzie... cóż robić? cóż robić? Żebym tak mógł odmienić się i przedzierzgnąć w całkiem innego człowieka, takiego żwawego, bystrego człowieka... ale cóż, kiedy ani weź! najgorsza bieda mój Pawełku, że schudnąć nie mogę, żadnym sposobem nie mogę! Zdaje się, że i zgryzot już tyle przebyłem i niedostatku i smutków różnych... a cielska tego, panie dobrodzieju, jak nie ubywa, tak nie ubywa... Wszak prawda, Pawełku, że nie zmizerniałem wcale od ostatniej twej bytności tutaj? No, przypatrz się mnie, dobrze tylko przypatrz się, mój drogi! czy zmizerniałem choć trochę... choć odrobinkę... choć odrobineczkę...
Mówiąc ostatnie słowa p. Wandalin prostował się na swem zbyt wązkiem dlań siedzeniu, zgnębiony jakby wstydem za obfitość ciała swego, obciskał dokoła siebie szlafrok swój, przykurczał ramiona i łagodnemi, przezroczystemi oczami swemi z niespokojnem oczekiwaniem na Pawełka patrzał.
— Ależ zmizerniałeś pan, zmizerniałeś znacznie, tonem pocieszania wyrzekł Pawełek, którego żywe, błyszczące oczy mieniły się wyrazem serdecznego, litościwego współczucia i powściąganemi uśmiechami.
— Ej czyż doprawdy? czyż doprawdy zmizerniałem? radośnie zrazu zawołał pan Wandalin — ale po chwili uczynił ręką gest głębokiego zniechęcenia i rzekł smutnie. — E! to ty tak sobie mówisz, byleby mię pocieszyć, ale ja czuję, dobrze czuję, że zawsze jednostajnie jestem otyły... ot dałbym tysiąc rubli...
Tu przerwał sobie nagle i zaśmiał się wesoło.
— Których nie mam, dokończył. Przywykło się przez życie całe sypać tysiącami jak plewą to i teraz lube te tysiączki na język lezą... no, ale na prawdę, Pawełku kochany, ty tam przecież szastasz się po świecie i pomiędzy różnymi ludźmi bywasz... nie słyszałeś tam czasem o jakiem lekarstwie od otyłości?.. a? Podobno nawet i doktorowie leczą teraz od tego... nie słyszałeś czasem jakim sposobem? czem? mój łaskawco! przypomnij sobie tylko dobrze i doradź!
— Ruszać się coraz więcej powiadają lekarze! ruszać się!
Pan Wandalin, który chciwie słuchał Pawełka przy ostatniem słowie jego skinął znowu ręką ze zniechęceniem.
— Łatwo to powiedzieć: ruszać się! ruszać się! a jakże ja to ruszać się będę? gdzie? po co? za czem? bruki zbijać napróżno lenię się i wstydzę gorzej jeszcze, niż być otyłym... a i domu pilnować trzeba... żona i córka cały dzień na mieście... przy robocie...
— Pani Adela zawsze lekcye muzyki na mieście daje?
— A cóż robić? męczy się kobiecisko... zamęcza się... byle żyć i nas wyżywić.
— A panna Rozalia?
Przy ostatniem zapytaniu tem, Pawełek nie wiedział czemu oczy spuścił i nawet zarumienił, się trochę.
— Rózia chodzi teraz do fabryki tytuniu... papierosy robi.
— Do fabryki tytuniu! zawołał Pawełek z niepospolicie żywem poruszeniem, ależ to niezdrowo na piersi! Panna Rozalia jest tak wątłą, delikatną...
Na czoło pana Wandalina, wystąpiło parę kropel potu. Otarł je drżącą trochę ręką i niepewnym głosem odpowiedział:
— Cóż robić? łaskawco mój, cóż robić? żyć trzeba a ja... ja... no! co tam już o tem mówić... dość spojrzeć na mnie, aby odgadnąć że jestem... wiesz kto? oto Ciastuś! nic więcej tylko Ciastuś!
Ostatnie wyrazy pan Wandalin wymówił z takiem komicznem pomięszaniem gniewu, smutku i dobrodusznego zaparcia się swej miłości własnej, że Pawełek i zasmucił się i zaśmiał się zarazem.
— Co pan mówisz? zawołał, pan doprawdy zbyt źle samego siebie przedstawiasz...
— Daj pokój! daj pokój! mówił pan Wandalin, wiesz dobrze boś sam to nieraz słyszał, że dla flegmatycznego temperamentu, a może i dla wyglądania mego ludzie przezwali mię Ciastusiem — tak też wołali na mnie kochani, oj kochani i niezapomniani mi nigdy dawni sąsiedzi i przyjaciele moi... a mieli racyą!.. Ciastusiem urodziłem się... Ciastusiem żyłem, ale dalibóg... (tu pan Wandalin pulchną swą pięścią w pierś się uderzył) ale dalibóg teraz Ciastusiem żyć mi się nie godzi... Ot i dzwonek! To Adelcia wraca albo może i Rózia na obiad przychodzi... Przepraszam cię mój drogi... lokajów u nas nie ma, pójdę drzwi otworzę...
— Ja pana wyręczę! zawołał Pawełek i zanim gospodarz domu zdołał powstać z kanapy, przyskoczył do drzwi i klucz w zamku obrócił.
— Pan Paweł! rozległy się na progu dwa okrzyki kobiece, w których jednostajnie żywe czuć było zadowolenie, z tą jednak różnicą, że jeden z okrzyków śmiały był i dość głośny, drugi cichszy i głębszem, bardzo nieśmiałem wzruszeniem drżący.
Do pierwszej izby weszły dwie kobiety: jedna średniego wieku, dość nizka, trochę krępa, z ciemną, przywiędłą twarzą, śród której świeciła para oczu piwnych, bystrych i poczciwych; druga młodziutka, 18-to letnia może, smukła, szczupła, bladolica, z czarnemi długiemi rzęsami rzucającemi smętne cienie na ściągłe, delikatne policzki. Obie były nadzwyczaj skromnie ubrane w ciemne, wełniane sukienki, tylko że gdy starsza niosła na ramieniu spory kosz zamknięty, a na głowie miała zarzuconą dużą ciepłą chustkę; ciemne warkocze drugiej zdobił skromny kapelusik z czarną zasłonką. Pawełek z głębokiem uszanowaniem ucałował rękę starszej z dwóch kobiet, ale gdy druga wyciągnęła do niego na powitanie drobną, chudą rączkę, twarz jego zmieniła się tak bardzo, w oczach jego zagrała taka smętna, głęboka tkliwość, że nie można było wątpić ani na chwilę, iż świetne i pełne chwały nazwisko, które nosił, nie przeszkadzało mu ani trochę być szalenie rozkochanym w ubogiej, na czwartem piętrze mieszkającej fabrykantce papierosów. Wzajemnie też, czarne długie rzęsy fabrykantki papierosów, podniosły się zwolna, a wielkie, piwne, głębokie jej oczy utkwiły w twarzy młodego człowieka na króciuchną tylko chwilę, ale z wyrazem, który nieśmiało i mimowoli, lecz nieprzeparcie zdawał się mówić: czekałam! tęskniłam!
— Wandalinie! a tyś jeszcze nie ubrany! zawołała pani Adela spostrzegłszy męża stojącego na progu salonu i z lekkiem zmieszaniem spoglądając na prezentujący się gościowi brudny jego szlafrok.
— Zaraz, kochanie zaraz! ot zagadałem się trochę z Pawełkiem...
— Ależ nim pan Paweł przyszedł nie byłoż czasu...
— Ty bo, kochanie, na wszystko czas masz... u ciebie wszystko pali się w ręku... u mnie bo nie...
— Wiem, wiem że nie; ale idźże już teraz przynajmniej i ubieraj się!.. idź że!..
— A gdzież ja teraz pójdę? zapytał pan Wandalin, ramiona roztwierając i oglądając się dokoła z zakłopotaniem najwyższem. W istocie, miejsca tu do wyboru nie było dużo, pani Adela jednak wpół śmiejąc się, wpół gderząc pochwyciła męża za rękę i szybko, energicznie, bez ceregeli najlżejszych, wepchnęła go za niezgrabny, obdarty mocno parawan, jedno z łóżek w kuchni umieszczonych osłaniający.
— Masz tam wszystko co potrzeba, bo jużem to z samego rana przygotowała, rzekła, poczem zwróciła się do Pawełka, który rzecz dziwna! pomimo błogiego wrażenia, jakiego doświadczył na widok panny Rozalii, stał zdala od niej, milczący, sztywny, zamyślony, z chmurą na czole.
— Wybacz panie Pawle, że my z Rózią zajmiemy się ostatecznem wykończeniem naszego codziennego arcydzieła: to jest obiadu, a nawet, jeśli masz dość czasu zjedz może razem z nami to arcydzieło. Niewyśmienite będzie ono i niezbyt obszerne, ale jestem pewna, że spożywając je ze swymi prawdziwymi przyjaciółmi, krzywić się na nie nie będziesz.
Zdawało się, że dla Pawełka nic nad te zaprosiny, bardziej upragnionem być nie mogło, tak mu się wnet twarz schmurzona rozjaśniła, z taką żywością poskoczył ku pani Adeli, w rękę ją po całował i zapytał wesoło.
— Może się też i ja paniom na cośkolwiek tu przydam?
— A i owszem, również wesoło odrzekła pani Adela, wypróżnij pan zaraz ten kosz który z miasta przyniosłam, Rózia niech zdejmie rękawiczki... coś ty się tak zamyśliła, moje dziecko i dlaczego dotąd kapelusza nie zdjęłaś?.. Rozbierz się zaraz i poobieraj kartofle, pan Paweł je pokroi a ja tymczasem lepiej ogień rozpalę, bo już prawie zagasł!..
Szczególny, bardzo szczególny był to widok, tych białych, podłużnych, najczyściej, arystokratycznych rączek panny Rozalii, uwijających się z wielkim kuchennym nożem, około brzydkich, szarych, chropowatych kartofli! To też Pawełek na rączki te zapatrzony, krajał kartofle, które z kolei składały one na stolnicy w prawo i w lewo, w drobniuchne kawałeczki i w olbrzymie kawały, a w oczach jego nawpół spuszczonych, mgliły się takie rzewne, takie smutne i litościwe jakieś, chwilami nawet tak namiętne uczucia, że patrząc nań w owej chwili, aniby się domyśleć można, że był to ten sam młody człowiek, który przed godziną tak swobodnie i dystyngowanie, z takiem zda się lekkomyślnem zaniedbaniem o nic, obracał się wśród towarzystwa zgromadzonego w pysznym salonie hr. Światosława. Ani razu jednak nie podniósł wzroku na twarz młodej panny z obawy jakby, aby nie powiedzieć po raz drugi, tego co przy powitaniu, mimowoli i przemocą wydarło mu się na zewnątrz. Milczał więc i pilnie niby spełniał zadaną sobie robotę. Rózia spełniając też swoją gorliwie, rzucała od czasu do czasu na tak dziwnie oniemiałego towarzysza swego zdziwione nieco i zaniepokojone spojrzenia.
— O czem pan dziś tak zamyśla się głęboko, panie Pawle? nigdy jeszcze nie widziałam pana tak zamyślonym i milczącym? ozwała się nakoniec z uśmiechem, w którym jednak krył się niepokój.
— A! pani! odrzekł Pawełek siląc się też na uśmiech i nie podnosząc oczu, w samem piśmie S-tem nawet, w księdze Deutoronom czy Przysłowiów, niepamiętam już dobrze, wyraźnie stoi wypisane, że bywa czas na wszystko: czas radowania się i czas smucenia, czas tańczenia i czas zamyślania się...
— Biegły jesteś w nauce Pisma Ś-go, Pawełku! ozwał się z za parawana pan Wandalin.
— Ślęczałem nad niem szanowny panie, wraz z hrabiami kuzynami memi i pod przewodnictwem labego Lamkowskiego, dobry kawał mego życia.
— Bylibyśmy bardzo zmartwieni gdyby dla pana kochany panie Pawle, nadszedł naprawdę czas smucenia się, rzekła pani Adela, nie odwracając twarzy od kuchennego ogniska.
— Ach pani! żartobliwie westchnął Pawełek, gdybym posiadał był choć trochę oleju w głowie, smuciłbym się już był z pewnością od pierwszego dnia urodzenia mego. Nie dziw zresztą! wszak wielcy nawet i potężni tego świata doświadczają nieraz ciężkich trosk i zgryzot, cóż dopiero biedny robak jak ja...
Głos mu zadrżał, zdawaćby się mogło, że łzą stłumioną. Szybko jednak podniósł głowę i patrząc na panią Adelę, która przysiadłszy na ziemi, z zarumienioną od wysilenia twarzą, kształtnemi jakkolwiek zgłubiałemi już nieco rękami przykładała coraz wilgotnych drewek do leniwie rozpalającego się ognia, roztworzył ramiona z komiczną amfazą i zawołał.
— Cóżby np. powiedzieli hrabiowie krewni moi, Światosław, August i Mścisław Czółno Don-Don Pompalińscy, jakiem byłoby zmartwienie ich i zawstydzenie, gdyby w tej chwili znajdowali się na mojem miejscu i widzieli jak pani Aniela Wandalinowa, z domu Pompalińska, własnemi rękami..! w piecu pali!
Wykrzykowi temu niby stłumione echo odpowiedziało z za parawana ciężkie westchnienie pana Wandalina, ale pani Wandalinowa, zaśmiała się głośno i wesoło.
— O ręczę ci kochany panie Pawle, że dostojni krewni twoi hrabiowie Czółno i jak tam jeszcze Pompalińscy, tyle dbają o mnie i o wszystko co zemną dziać się może, jak o śnieg który w przeszłym roku padał. Jakkolwiek jestem krewną ich, niezbyt daleką nawet, katastrofa majątkowa, której uległam wraz z rodziną moją, zatarła raz na zawsze wszelkie łączyć nas mogące genealogiczne wywody!
Tak; nie żartujcie sobie czytelnicy ani ze mnie ani z państwa Wandalinowstwa i nie posądzajcie mię o to, abym ośmieliła się wprowadzić was w progi byle tam kogo... Pan Wandalin był eksobywatelem wiejskim, pani Wandalinowa była Pompalińską z domu i to Pompalińską pochodzącą z gałęzi wspaniałego drzewa tego nie głównej co prawda, ale też i nienajpośledniejszej. Pan Wandalin był nawet kiedyś wcale majętnym obywatelem, posiadał bowiem we władaniu swem za ś. p. pańszczyzny sto chat, czyli mniej więcej około 600 dusz męzkich, żeńskich nie licząc. Pani Wandalinowa wniosła też mężowi w posagu sumkę okrągłą 100,000 złotych polskich, oprócz zasobnej wyprawy, składającej się ze sreber, aksamitów, web i t. p. Żyli sobie tedy państwo Wandalinowstwo przez cały ubiegły żywot swój dostatnio, potrochu nawet zbytkownie. Starczyło im na to. Nie odłużali się, nie marnotrawili. Pan Wandalin jakkolwiek Ciastusiem był, na gospodarstwie znał się i powoli sobie, nie spiesząc, nie fatygując się zbytecznie, zajmował się niem o tyle, że bezrządu i strat znacznych w pięknym Kwiecinie jego nie bywało. Co do pani Adeli o tej nie ma co i mówić. Czynniejszej, energiczniejszej gospodyni nie było nad nią, jak nie było w całem sąsiedztwie weselszej, do zabaw skłonniejszej i szykowniej, a smakowniej ubierającej się kobiety. Zachodziły tam nawet podówczas niejakie stosunki zlekka pokrewieńskie pomiędzy domem państwa Wandalinowstwa, a główną gałęzią rodu Pompalińskich. Hr. August ilekroć przyjeżdżał w rodzinne swe strony, polował z panem Wandalinem w jego lasach i w swoich a hr. Jarosławowa, wydając raz, za życia jeszcze męża swego, wielki bal w Warszawie, na który zjechać się miała cała arystokracya litewska, zaprosiła nań i panią Wandalinową, liścikiem pachnącym i zaczynającym się od słów: chère cousine! Takie to kiedyś bywały świetne czasy dla dzisiejszych mieszkańców 4 go piętra, starej, ciemnej kamienicy! Ale — fortuna zmienną jest. Na ośm lat mniej więcej przed opisywaną tu epoką, — kiedy jedyna córka państwa Wandalinowstwa, Rózia, miała nie więcej jak lat 10 czy 11, państwo Wandalinowstwo, przez długi rodziców stracili majątek. Ta sama wielka burza po przejściu której, Tutunfowicze, Kobyłkowscy, Kniksy i t. d. zdobyli sobie tak rozmaite, a pięknie brzmiące przydomki, uniosła na falach swych dom państwa Wandalinowstwa, a uniosła go dla nich bezpowrotnie. Z domu tego, w którym gościć od czasu do czasu nie wstydził się sam hr. August Pompaliński, pani Adela uniosła tylko owe zbytkowne przedmioty, któreśmy przed chwilą widzieli: album pamiątkowe w cennej oprawie, parę fotografij w kosztownych ramkach i złoty naparstek. Z temi to przedmiotami przybyła do Warszawy i one to teraz w ciasnych ubogich izbach 4-o piętra, leżąc na stole lub wisząc na ścianie, uśmiechały się do niej — palącej w piecu i własnemi rękami gotującej strawę — rzewnem wspomnieniem lepszej przeszłości. Nie roztkliwiała się przecież widokiem ich pani Adela i rąk nie opuszczała, chyba późnym wieczorem lub wczesnym bardzo porankiem, gdy pan Wandalin i Rózia już lub jeszcze spali, a ona krzątając się po dwóch małych izdebkach i nad obiadem jutrzejszym mozolnie nieraz głowę łamiąc, przerywała sobie od czasu do czasu krzątaninę gospodarską i prozaiczną myśl o kawałku codziennego chleba, aby usiąść na parę minut, ze złożonemi na kolanach dłońmi, zamyśleć się głęboko, smutnie i ze łzą kręcącą się w wiecznie rozpogodzonem, bystro spoglądającem oku, popatrzeć na bledziuchną, delikatną twarz córki, z której praca ciężka i niewygody różne spędzały coraz bardziej świeże barwy zdrowia i młodości. Zamyślenia te i rozrzewnienia pani Adeli nie trwały nigdy dłużej nad minut parę, w czasie których jednak, budziła się niekiedy lub oczy otwierała nieśpiąca już Rózia, a widząc matkę w niezwyczajnej jej wcale postawie siedzącą i zamyślonej zrywała się z wązkiego łóżeczka swego na równe nogi, zarzucała na siebie wytarty szlafroczek i w mgnieniu oka, stając przed panią Adelą, zapytywała co ma zaraz wykonać: czy bawialnią zamieść, czy samowar nastawić, czy szklanki do herbaty pomyć, lub ze składziku drewek do rozpalenia w piecu przynieść. Pani Adela wskazywała zawsze córce lżejsze do spełnienia roboty, nastawianie zaś samowara, noszenie drzewa i kupowanie na mieście wiktuałów pozostawiała sobie. Nie dla tego wcale, aby zbytecznie rozpieszczała jedynaczkę i chroniła ją od pracy, ale że silniejszą fizycznie czuła się od córki i że w naturze jej leżało: sobie przysparzać, a ukochanym oszczędzać trudu. Niekiedy jednak przed udaniem się do porannych swych zajęć dwie kobiety patrzały na siebie przez chwilę i trzymały się w objęciu, poczem gdy Rózia w przystępie nagłej, nerwowej nieco czułości rzucała się matce na szyję, wołając głośniej nieco: — Najdroższa, najlepsza, biedna moja mamo! pani Adela odpowiadała jej długim pocałunkiem i ostrożnym szeptem: „cicho! Róziu! cicho! nie obudź ojca! niech śpi biedaczysko! nagryzie się i tak dosyć przez dzień cały.“
I w tej chwili także, gdy z za wielkiego parawana rozchodziło się głośne pluskanie i sapanie żarliwie myjącego się p. Wandalina, p. Adela wesoła i czynna jak zawsze, zpomocą Pawełka wysunęła stół na środek izby i zastawiać go poczęła na cztery osoby, błyszczącem od czystości naczyniem z grubego fajansu. Rózia wycierała talerze i podawała je matce. Pomagał jej w tem Pawełek, przyczem po dość długiem jeszcze milczeniu, wymówił:
— Prosiłbym kuzyneczkę o pokazanie mi zielonego!
Rózia uśmiechnęła się już wesoło, postawiła na stole przetarte talerze, a sięgnąwszy do malutkiej i kto wie umyślnie może ku przechowywaniu zielonego przyszytej do kaftanika kieszonki, z tryumfującem spójrzeniem pokazała krewnemu owiniętą cienkim papierem, uschłą gałązkę heliotropu.
— A kuzynka zielone? zagadnęła wzajemnie.
Pawełek ukazał z kolei wyjęty z portmonetki listek róży miesięcznej. Uśmiechnęli się do siebie oboje i poczęli na stole ustawiać szklanki.
— O cóż to gracie ze sobą, w zielone? mięszając w garnku zapytała p. Adela.
Na pytanie to, z rąk Rózi o mało nie wymknęła się trzymana przez nią szklanka. Przedmiot zakładu nie był widocznie łatwym do wymówienia. — O przyjaźń! kto z nas wygra w zielone, ten więcej drugiemu sprzyja! wyręczając zmięszane dziewczę, odpowiedział Pawełek.
W tej chwili, z za parawana, wyszedł w szaraczkowy, luźny bardzo i wygodny surdut ubrany p. Wandalin, a zbliżając się do ogniska, przy którem żona jego kipiącą zupę na talerze już rozlewała, rzekł:
— Jak byłaś na mieście Adelciu, dołożyłem do krupniczku trochę pietruszeczki... doda to zapachu... nieprawdaż?
— Bylebyś nie dołożył jej zanadto to będzie dobrze, odpowiedziała p. Adela, a zwracając się do wszystkich obecnych dodała z wesołą uroczystością. — Obiad podany!
Pan Wandalin znał się widać na kuchni, bo dołożona przez niego pietruszeczka, nie zaszkodziła bynajmniej krupniczkowi, który też zajadano do koła z apetytem wyśmienitym. Pawełek nawet jakkolwiek wyhodowany na pysznej kuchni dostojnych hrabiów swych krewnych, znajdował widocznie obiad ręką p. Adeli sporządzony najlepszym, jaki jadł kiedykolwiek, sztywność i posępność w jaką popadał był zwykle na chwilę po każdym żywszym a mimowoli okazanym objawie uczuć swych dla Rózi, minęły szybko i wesoły zazwyczaj chłopak, wesoło towarzystwu swemu opowiadał o wycieczce swej na Litwę, z której dopiero co wrócił, o zamierzanem małżeństwie hr. Cezarego z panną Ślepowron Trzaska-Kniksówną i ciężkiej zgryzocie, a cięższym jeszcze wstydzie, jakie wynikały z zamiaru tego dla najbliższej młodego hrabiego rodziny. Śmiała się ze zgryzoty tej p. Adela, uśmiechał się też słuchając o niej i p. Wandalin, Rózia szeroko oczy roztwierała nic a nic nie rozumiejąc, czego się to tak nieznani jej krewni martwić mogli z powodu, że dwoje młodych kochających się ludzi, pobrać się ze sobą miało; mówiono potem trochę o Kwiecinie, dawnem, ślicznem siedlisku państwa Wandalinowstwa, około którego Pawełek przejeżdżał niedawno i wysiadł był nawet, aby przypatrzyć się z bliska miejscu pamiętnemu mu z wielu miłych w dzieciństwie i pierwszej młodości przebytych tam chwil i godzin. Rózia przypomniała sobie doskonale jak będąc jeszcze malutką, bawiła się z daleko starszym od siebie kuzynkiem Pawłem, w obszernym ogrodzie swych rodziców, gdzie było kilka szerokich alei cienistych i mnóstwo krętych, wązkich dróżek labirynt prawdziwy stanowiących, a wiodących ku cichemu wiecznie, nieruchomemu stawowi, z błękitką głębią i mnóstwem srebrnych rybek na dnie; jak jej kuzynek pomagał kiedyś rybki łowić na wędkę, a raz czółnem długo woził ją po stawie... Tu, p. Adela przerwała nić wspomnień Rózi i Pawełka, stawiąc na stole półmisek ze smażonemi kartoflami i mówiąc do męża:
— Otóż i potrawa którą dziś mieć chciałeś, Wandalinie. Jeźli nie będzie bardzo dobrą winien temu p. Paweł, który mi kartofle Bóg wie po jakiemu pokrajał...
— Dziękuję ci kochanie, odpowiedział p. Wandalin, ja tego jeść nie będę...
— Cóż znowu? dla czego? przecież sam zadysponowałeś...
— Tak, tak... jąkał zmięszany nieco i żałośnem okiem na ulubioną potrawę swą spoglądający eksobywatel, to prawda... kochanie... prosiłem cię, ale... ale na wieki zapomniałem, że... że kartofle podobno tuczą ludzi... nieprawdaż Pawełku?
— Nie mogę zaprzeczyć temu, uśmiechnął się zapytany.
— Otóż widzisz kochanie... ja przysiągłem sobie nic nie robić takiego coby tę moją otyłość utrzymywać albo i powiększać mogło... Dla tego choć chciałem zrana... ale teraz przypomniawszy sobie... kartofelków jeść nie będę... i nigdy już nawet jeść ich nie będę...
Pani Adela nie wiedziała zrazu, czy śmiać się czy łajać męża. Wmawiała mu przez chwilę, aby nie odmawiał sobie potrawy nieco, dla niego przynajmniej, smaczniejszej od tych które jadali zwykle, ale p. Wandalin przycisnął ramiona do boków, odsunął się z krzesłem o parę cali od stołu i rzucając jednak od czasu do czasu przelotne spójrzenia na ponętny półmisek, powtarzał uparcie: — Nie, nie, kochanie! nie będę jadł, nie będę! dosyć już i tak tyję... aż nadto dosyć! Widać było że walczył ze sobą, ale z walki wyszedł zwycięzko, przełamał w sobie tym razem starego człowieka i potrawy, którą lubił bardzo — nie dotknął. Pani Adela też śmiać się i gderać przestała, popatrzała na męża uważnemi oczami, poczem spuściła je i zamyśliła się smutno jakoś choć nie długo. Wbrew wszystkim zwyczajom i obyczajom przyjętym w domach mniej więcej przyzwoitych i do dystynkcyi pretensyą jakąkolwiek rościć mogących, w domu państwa Wandalinowstwa, po krupniku i kartoflach nie nastąpiły ani pieczyste, ani legumina żadna, ani wety. Nie podano tam także czarnej kawy i nie przepędzano ją żadnym zielonym, ani różowym likworem, noszącym nazwę chasse-café. Na kartoflach skończyło się tu wszystko, gminnie, prostacko, nieobyczajnie — ale skończyło się, poczem wstano od stołu i p. Adela z pomocą znowu Rózi, zajęła się własnoręcznie myciem talerzy, sprzątaniem izby i gaszeniem kuchennego ogniska. Szczególna to była, wyrodna jakaś, o gminnych uczuciach i płytkich pojęciach kobieta! Ot tak proszę państwa, patrząc na nią zwijającą się około maluchnego, nędznego gospodarstwa, myślećby można było doprawdy, że najzupełniej już zapomniała o tem, iż stała kiedyś na czele licznej włości i dostatnio a wytwornie urządzonego domu, że, co więcej, ani razu nie przyszło jej na pamięć owe tak zaszczytne jednak i chwały pełne wspomnienie o tem, że z domu była Pompalińska, a rodziła ją Wittowtówna córka Kasztelana, syna Wojewodzicowego... Bywają na świecie czasem wypadki zapomnień takich... choć rzadko! Wkrótce bardzo po obiedzie, p. Adela włożyła kapelusz i sukienną okrywkę, a patrząc na córkę która z owym złotym naparstkiem na palcu, szyła ojcu koszulę, rzekła:
— No, Róziu, chodź! odprowadzę cię do fabryki, a sama pójdę na lekcye!
— Czyż już pora? z żalem zapytał p. Wandalin.
— I wielka pora! Mam dziś jeszcze trzy godziny lekcyj, a Rózi rekreacya za kwadrans się skończy...
Rózia, w mgnieniu oka gotowa była do wyjścia. P. Adela podała rękę na pożegnanie mężowi.
— Dowidzenia! O siódmej przyjdę dać ci herbaty... Potem zwróciła się do Pawełka.
— Odwiedzisz nas znowu kuzynie, jak będziesz kiedy w Warszawie, nieprawdaż?
Pawełek długi pocałunek złożył na jej ręku, ale zdobywając się na mężne postanowienia zlekka tylko dotknął dłoni p. Rózalii. Czując ceromonjalny jakiś i przymuszony chłód w pożegnaniu kuzyna, Rózia spójrzała nań trochę smutnie, trochę gniewnie, poczem zwracając się ku drzwiom, rzekła od niechcenia niby.
— Wątpię aby kuzynek za każdą swą bytnością w Warszawie chciał nas odwiedzać?
— Dla czego pani wątpi o tem? zapytał przestraszony formalnie tym docinkiem dziewczęcia kuzynek.
Na widok zasmuconej fizyonomii jego, gniew Rózi zniknął. Zmięszała się bardzo i cicho szepnęła. — U nas tu nudno może trochę i... smutno! Tym razem Pawełek nie ujął już ale pochwycił rączkę kuzynki, ścisnął ją mocno w swej dłoni i już, już usta otworzył, aby wymowić gorące jakieś, z głębi wzruszonego serca płynące słowo, ale nagle jakby przypomniał sobie o czemś, wyprostował się, drobną dłoń dziewczęcia z ręki wypuścił i nic nie rzekłszy, złożył tylko przed obu odchodzącemi kobietami głęboki, milczący ukłon, poczem chmurny i zamyślony, wziął kapelusz swój i widocznie zabierał się też ku wyjściu. Zatrzymał go przecież p. Wandalin.
— Mam z tobą do pomówienia, Pawełku, zaczął niepewnym głosem, siadaj no tu na fotelu koło mnie, pogawędzimy jeszcze chwilę...
Pawełek usiadł i z zajęciem oczekiwać się zdawał na zapowiedziane zwierzenia p. Wandalina. Były to przecież zwierzenia nie łatwe do wymówienia, p. Wandalin bowiem kręcił się dość długą chwilę na swej wązkiej, twardej kanapce, chrząkał, po stole pulchnemi palcami bębnił, ale nic nie mówił.
— No, zaczął nakoniec bardzo powoli i jakby namyślając się od czego zacząć, powiedz mi Pawełku, jak tam stoją teraz hrabiowie Pompalińscy?
Na pytanie to Pawełek zaśmiał się głośno.
— O! Szanowny Panie! zawołał, mogę panu zaręczyć, że hrabiowie Pompalińscy stoją bardzo prosto i twardy grunt pod nogami swemi mają. Wory złota są tym gruntem, a jakkolwiek hr. August trochę tam grzeszków ma na swej hipotece, to jednak przy pomocy starszego brata i widokach świetnego ożenienia się syna, z pewnością do końca świata nie upadnie ni razu.
Pan Wandalin z wielką uwagą zdawał się słuchać tych słów Pawełka, potem rzekł dobrodusznie:
— No to chwała Bogu, chwała Bogu że oni tak mocno sobie stoją... myślałem że przy teraźniejszych ciężkich czasach, zachwieli się także trochę... ale kiedy nie, to i chwała Bogu... jedynać to nadzieja kraju na tych, którzy się jeszcze nie zachwiali... tylko że ja nie o tem właściwie mówić z tobą chciałem Pawełku... Oto powiedz mi, jak ty tam stoisz u hrabiów? czem tam właściwie jesteś? jaką czynność u nich pełnisz?
Przelotny płomień rumieńca prześliznął się po czole Pawełka, ale usta jego ułożyły się do żartobliwego uśmiechu.
— Dość trudne zadałeś mi pan pytanie, rzekł nie podnosząc oczu na p. Wandalina i czegoś niby upatrując na podłodze. Jak stoję u hrabiów? ot tak sobie nijako. Ani mię lubią ani nielubią Było tak zawsze i jest teraz. Czem jestem u nich? Ba! to cała litania. Na pozór zdaje się że niczem, w gruncie zaś wszystkiem co pan chcesz: lektorem hr. Światosława, łowczym hr. Augusta, niańką hr. Cezarego, zabawką hr. Mścisława, pieskiem pokojowym hr. Wiktoryi, komiwojażerem i komissyonierem całej publiczności.
Pan Wandalin słuchał litanii tej z uwagą zrazu i pewnem zdziwieniem, potem jednak spuścił oczy i zmięszał się widocznie.
— Hm, hm, odchrząknął, dla czegóż nie? dla czegóż nie? zdolnym jesteś chłopakiem, sprytnym, żwawym, hrabiowie więc wyręczają się tobą... niewiem tylko, niewiem czy to dla ciebie... jak mam powiedzieć? korzystne... ale ja właściwie i nie o tem chciałem mówić z tobą... ot przystąpię już prosto do rzeczy... wola Boża!
Tu p. Wandalin widocznie zafrasowany wielce, otarł dłonią spocone czoło, poczem jąkając się trochę, zaczął:
— Widzisz kochanku, chciałem cię prosić, czy nie mógłbyś czasem wyjednać dla mnie u hrabiów... jak ty tam z nimi zawsze jesteś... wyjednać dla mnie, zrozumiej mię tylko dobrze... miejsca jakiegoś... zajęcia... a? co? czy nie mógłbyś?
Pawełek myślał chwilę.
— A! rzekł, czemużby nie? hrabiowie tak obszerne mają dobra, tak dwornie żyją, że miejsc i zatrudnień do rozdania jest u nich zwykle nie mało. Rzecz w tem, jakiegobyś pan życzył sobie zajęcia.
Pan Wandalin ramiona przed Pawełkiem z wielkiej radości roztworzył.
— A niechże cię Bóg wynagrodzi za twe poczciwe słowo i tę nadzieję, którą mi uczyniłeś! Jakiegobym chciał zajęcia? Już to najlepiej by na wsi... najlepiej kochany Pawełku jeżeli można, żonisko tęskni za wsią, Rózalka tu więdnie i usycha w oczach... ja się znów na gospodarstwie znam nieźle... ot ekonomem byłbym z ochotą gdziekolwiek tam u nich: w Pompalinie, czy w Malewszczyźnie, czy w Konarach, czy choćby w którym mniejszym, najmniejszym folwarku... Ale jeżeli już tego najlepszego nie można to cokolwiek, gdziekolwiek... niech mię rządzcą którego z domów swoich zrobią, których mają tu kilka, albo odźwiernym jednego z dwóch, pałaców... po prostu szwajcarem... galony na siebie włożę... laskę z gałką do ręki wezmę i w szklannej budzie siedząc gościom ich drzwi otwierać będę, byle żyć z żoną i córką... byle dopomagać im cokolwiek... byle pracować!
— Tak, powtórzył prostując się i walcząc ze wzruszeniem, które go ogarniało, byle pracować i nie patrzeć dłużej, jak dwie te kobiety zamęczają się pracą, aby cielsko moje wyżywić i przyodziać! Ach Pawełku kochany, ty nie masz wyobrażenia, ile ja cierpię siedząc tu bezczynnie, jak jaki leniwiec wtedy, gdy one biedaczki... Tu umilkł nagle, bo niepowstrzymane już łkanie głos mu zatamowało a dwie łzy, jak groch duże, stoczyły się po rumianych policzkach.
— Żona nieboraczka bakałarzy tam z cudzemi dzieciakami, a Rózia... Rózia i tego robić nie może... Bogiem a prawdą dziewczynina nic porządnie nie umie, bo i jakąż edukacyą dać jej mogliśmy, tułając się po świecie i ciężką biedę klepiąc... Uczyła ją tam matka jak mogła, ale co to z tego? Przyszło teraz dziecku po całych dniach w fabryce siedzieć i tytuniem się krztusić... Codzień bledsza, kaślać zaczyna... o Boże mój Boże! a ja... ja siedzę tu z założonemi rękami i patrzę na to biedne, jedyne dziecko moje, jak zmęczona i nawpół żywa, z fabryki powraca i przez pół nocy kaszlem się dusi... w poduszki głowę chowając, aby mnie nie obudzić...
Załamał ręce biedny eks-obywatel, a po policzkach jego za dwoma pierwszemi łzami spłynęło kilka innych.
— A któż mi uwierzy, że cierpię nad tem wszystkiem, że gryzę się, że jak rosy niebieskiej pracy jakiej żądam? któż uwierzy w to wszystko na tę moję przeklętą tuszę patrząc? To też wstydzę się samego siebie i w lustro nigdy nie spójrzę, bo jakbym na siebie teraz popatrzył, to pękłbym ze złości, albo skonał ze wstydu... Dobrze to jeszcze teraz... ale co za przyszłość? broń Boże żona lub dziecko zachoruje... co wtedy... a? zdychać wszystkim z głodu... bez łyżki wody... bez kropli lekarstwa... a? Oj Pawełku! Pawełku! daj Boże, abyś nigdy nie doświadczał tego, czego ja teraz doświadczam!
Zakrył twarz obu dłońmi i głośno już, a rzewnie zapłakał.
Pawełek zwierzeń tych strapionego ojca rodziny słuchał z głębokiem wzruszeniem i współczuciem. Spróbował jednak rozweselić go żartem.
— Daj pan pokój, rzekł, nie rozpaczaj, nie upadaj na duchu! czyliż nie jest napisanem, że ptaszki niebieskie ani sieją ani orzą, a jednak żyją!
Pan Wandalin podniósł twarz łzami zalaną.
— A daj mi pokój z temi ptaszkami, zawołał, już ja teraz spróbowałem, co to jest nie siać i nie orać, to i nie życzę sobie wcale być taką ptaszką...
— Ależ poszukawszy dobrze, seryo zaczął Pawełek, z pewnością znalazłoby się zajęcie jakieś,..
— Otóż to że ja szukać nie umiem. I zresztą, spójrz tylko na mnie... spójrz...
Roztworzył ramiona w celu niby ukazania Pawełkowi grubej swej, okrągłej figury w całej jej okazałości.
— Czy kto spojrzawszy na to cielsko przeklęte, takie rozrosłe, uwierzy żem do czegokolwiek zdolny... jak tu z taką tuszą pójść do kogo i powiedzieć: głodny jestem! każdy w oczy zaśmieje się i powie: to i owszem! schudniesz trochę przynajmniej! Otóż to że szukać nie umiem i starego człowieka nie dość jeszcze zabiłem w sobie, aby módz progi pańskie obijać, przedpokoje sobą wycierać i karku uginać... No, nie mogę... dla tego też i udałem się do ciebie Pawełku! Zlituj się, ratuj i pomów tam o mnie z hrabiami! Znajomi byliśmy kiedyś ze sobą... żona moja jakąś im tam krewną jest... niech łaskę uczynią i miejsce mi jakie dadzą... innej nie chcę, ale tę niech uczynią... bo inaczej, żona mi się zamęczy, dziecko suchot dostanie, a ja chyba sobie gardło z desperacyi i wstydu poderznę...
Pawełek powstał z krzesła i z wylaniem dłoń p. Wandalina, drżącą jeszcze ze wzruszenia, uścisnął.
— Wszystko co w mocy mojej będzie, uczynię... rzekł, postaram się... jeżeli zresztą nie u hrabiów, to gdzieindziej może... pojmuję pana... rozumiem doskonale... wszak i ja także...
Nie dokończył. Głęboki rumieniec okrył mu twarz całą aż po gęste pierścienie czarnych włosów. Wpatrzył się w ziemię i zamyślił długo jakoś, smutnie. Po chwili jednak zerwał się szybko z miejsca, jak człowiek którego pierś ścieśniona gwałtem świeżego powietrza zapotrzebowała i śpiesznie pożegnawszy p. Wandalina, zmierzał do drzwi.
U progu pochwycił go raz jeszcze za ramię p. Wandalin.
— Zlituj się, szepnął, jeżelibyś tam gdzie na szerokim świecie, od doktorów np. albo od doświadczonych ludzi posłyszał o jakiem lekarstwie... o jakim środku od zbytecznej otyłości... zapamiętaj go sobie i powiedz mi albo lepiej napisz... zbawcą moim będziesz! wstydu mię okropnego przynajmniej pozbawisz!
O ile Pawełek śpiesznie opuścił mieszkanie państwa Wandaliństwa, o tyle powoli schodził z czteropiętrowych wschodów kamienicy. Przy końcu drugiego piętra stanął nawet, wsparł się łokciami o poręczę wschodów i zakrywając twarz obu dłońmi, zawołał do siebie:
— Że ja też tym dobrym, zacnym, biednym ludziom dopomódz nie mogę! że ja też niemogę ją wyrwać z tej przeklętej tytuniowej fabryki! I nie módz nawet nic jej okazać, ust swoich pilnować, aby przy niej niepotrzebnego słowa nie wymówić! nie śmieć nawet spójrzeć na nią inaczej, jak z chłodną przyjaźnią, aby ją bardziej jeszcze nie przywiązać do siebie, aby grzechu jej cierpień na sumienie nie wziąść! Patrzeć na nędzę jej rodziców i nic nie módz, aby jej zaradzić. Módz posiadać jej serce i wyrzekać się go! O! czyż być może aby tak było zawsze! aby takim los mój musiał być już koniecznie!
— Nie, dokończył Pawełek monolog swój czyniąc już pierwsze kroki na ulicy, nie; tak być nie może i nie powinno! Bodaj czy ta stara wiedźma Jenerałowa nie miała słuszności! bodaj czy mi za radą jej pójść nie należy!
Chmurny i zamyślony Pawełek wrócił do pałacu hr. Światosława, gdzie na wschodach już powiedziano mu, że pani hrabina bardzo pilnie go potrzebuje i poleciła służbie natychmiast go do siebie, gdy wróci z miasta, przywołać.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.