Paryż (Zola)/Część trzecia/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Nazajutrz Wilhelm i Piotr, czytając dzienniki, spostrzegli z zadziwieniem, że wbrew ich oczekiwaniom, aresztowanie Salvata, nie narobiło żadnego hałasu. Zaledwie w kilku słowach, pomiędzy brukowemi wiadomościami odnaleźli wzmiankę, że policya ujęła w lasku Bulońskim człowieka, który jest anarchistą, przypuszczalnie skompromitowanym w sprawie wybuchu przy ulicy Godot-de-Mauroy. Natomiast wszystkie dzienniki przepełnione były komentarzami skandalu, wywołanego przez „Głos ludu“, w którym Sagnier nie przestawał drukować artykułów, odnoszących się do sprawy Afrykańskich kolei żelaznych. Zapowiadało się na dziś niezmiernie burzliwe posiedzenie w Izbie, bo niezawodnie, socyalistyczny deputowany Mège wznowi swoją interpelację, jak to przyobiecał swojemu stronnictwu politycznemu.
Od wczoraj Wilhelm miał postanowienie wrócić do swego dworku, na szczycie wzgórza Montmartre. Skaleczona ręka była już zagojoną i nic nie zdawało mu się grozić ze strony policyi, pragnął więc coprędzej powrócić do pracy i do uratowanych z niebezpieczeństwa projektów swoich. Wszak policya musiała wiedzieć o miejscu, gdzie przebywał, lecz pozostawiała go w spokoju, nie domyślając się jakiejkolwiek styczności jego z Salvatem. Był zaś przekonanym, że Salvat o nim nie wspomni ani słowa. Piotr wszakże oparł się zamiarom Wilhelma, błagał brata, by zaczekał jeszcze dni kilka, aż do pierwszego dnia śledztwa i zeznań Salvata, wtedy dopiero położenie zupełnie się wyjaśni i będzie można powziąść stanowczą decyzyę. Piotr, przypomniał sobie, że wczoraj zrana, podczas wizyty w ministeryum i parogodzinnego wyczekiwania na posłuchanie, miał sposobność uchwycić niejeden zawiły frazes, dający do myślenia, że istnieje jakaś tajemna łączność pomiędzy sprawą zamachu a burzą parlamentarną, mającą dziś wybuchnąć. Pragnął więc, by Wilhelm powstrzymał się z powrotem na Montmartre, dopóki nie przeminie zagadkowość obecnego położenia.
— Słuchaj — rzekł do brata — pójdę teraz do Morina i zaproszę go na obiad, bo trzeba, aby Barthès dziś został zawiadomiony o nowym ciosie, jaki na niego spada... Następnie pójdę do Izby, aby osobiście się przekonać, jak tam sprawy staną... A wtedy zobaczymy, czy będziesz już mógł powrócić do siebie.
O godzinie wpół do drugiej, Piotr znalazł się przed pałacem Bourbonów. Wszedłszy tam, chciał odnaleźć Fonsègne’a, by go prosić o ułatwienie wstępu do sali obrad, gdy niespodziewanie spotkał generała de Bozonnet, który posiadał dwie karty wejścia, dla siebie i dla jednego ze swoich przyjaciół, lecz ten w ostatniej chwili zawiadomił, że przyjść nie może. Była to szczęśliwa okoliczność dla Piotra, bo nie byłby się mógł dziś docisnąć do sali, gdyby nie uprzejmość generała, który go wziął pod swoją opiekę, rad, że będzie miał z kim rozmawiać. Wyznał bowiem, że przychodzi tutaj, by zabić popołudniowe godziny, uważając posiedzenie w Izbie za widowisko, takie jak każde inne. Wreszcie to mu dostarczyło tematu do oburzenia się na system parlamentarny, na rządy republikańskie, bo generał nie zapominał, że był najpierw legitymistą, a następnie bonapartystą, lecz z westchnieniem osądził, że te formy rządu we Francyi są równie bezpowrotne, jak własna jego młodość.
Wszedłszy na górę, Piotr i generał znaleźli miejsca na ławce w pierwszym rzędzie trybuny, w czem dopomógł im spotkany przez nich Massot, i zaraz usadowił się pomiędzy nimi. Massot, jako wieloletni dziennikarz, znał tutaj wszystkich.
— Domyślam się, domyślam! — zawołał. — Panowie jesteście ciekawi dzisiejszych utarczek, a może walnej bitwy. Ja, bo muszę być ciekawy wszystkiego wprost z zawodu! Jestem człowiekiem wiecznie szukającym treści do napisania artykułu. W trybunie prasy zastałem taki ścisk, że czemprędzej ztamtąd uciekłem. No, i rad jestem, bo tutaj będzie mi nietylko wygodnie, lecz zarazem bardzo przyjemnie w takiem towarzystwie... Dzisiejsze posiedzenie będzie niesłychanie ciekawe, co się nazywa pięknem posiedzeniem! Patrzcie panowie, jaki już teraz jest ścisk ludzi, a jednak zewsząd jeszcze płyną i płyną!
I rzeczywiście, tak było. W wązkich, źle urządzonych trybunach, piętrzyły się głowy, zbite szczelnie jedne nad drugiemi, stanowiąc gęste tło, na którem odbijały blade owale twarzy. Kobiet było równie wiele, jak mężczyzn. Lecz prawdziwe widowisko było na dole. W chwili obecnej sala posiedzeń była jeszcze prawie pustą, a szeregi półkolisto ciągnących się ławek, przypominały teatr, do którego parterowa publiczność przybyć jeszcze nie zdążyła.
Oszklony sufit przepuszczał zimne, szare światło, które padało na trybunę poważną, połyskującą i wysuniętą pomiędzy ławkami deputowanych a estradą, zajmującą głąb sali. Tam mieściło się biuro ze stołami i krzesłami, oraz z fotelem prezydenta. Nikogo jeszcze nie było i tylko dwóch biurowych posługacz zmieniało pióra i zaglądało do kałamarzy.
— Kobiety przychodzą tutaj, jak do menażeryi — rzekł Massot, śmiejąc się — i cieszą się skrycie nadzieją, że może dzikie zwierzęta szarpać się zaczną pomiędzy sobą, a nawet, że pożrą się zupełnie... Czyście panowie czytali dzisiejszy artykuł w „Głosie ludu“? Ten Sagnier jest nieoceniony! Nie wiadomo zkąd, zawsze wygrzebie furę błota, chociażby inny nie znalazł tego błota ani jednej szczypty. Ale on fabrykować je potrafi byle z czego! Napluje, rozrobi, a w razie potrzeby z kloaki zaczerpnie materyały! Może być, że jest coś prawdy w jego oszczerstwach, ale on tyle nadodaje kłamstw, bezczelnych potworności, że wszystko jest zagłuszone ilością i jakością jego komentarzy. Gdy wsiądzie na jaki skandal, to już jedzie, dopóki tchu starczy... Wszystko mu jedno, na jakim cwałuje koniku, byle przynęcić publiczność, byle sprzedaż dziennika szła w górę... Zadawane przez niego trucizny mają swoich zwolenników, pragnących codziennej swej porcyi, lecz w odmiennej postaci.
Ot, cały ten tłum, który dziś tu widzimy, to Sagnier go sprowadził... Zbiegli się jego klienci, pół-główki i, wierząc mu na słowo, wyczekują gwałtownych, brudnych scen pomiędzy przedstawicielami narodu!
Massot ruszył pogardliwie ramionami, a ironicznie się uśmiechnąwszy, zapytał Piotra, czy przeczytał w dzisiejszym numerze „Globu“ artykuł niepodpisany, lecz poważny, a zarazem podstępny, wzywający Barrouxa, by wypowiedział się szczerze w sprawie Afrykańskich kolei żelaznych, bo kraj czeka na wyjaśnienia z jego ust pochodzące. Dotychczas „Glob“ zawsze podtrzymywał politykę prezydenta rady ministrów, w tym zaś artykule czuć było zwrot przeciwny, zapowiadający blizkie, ostateczne zerwanie. Piotr powiedział, że niezmiernie się zadziwił, przeczytawszy ów artykuł, albowiem sądził, że losy Fonsègne’a, są ściśle złączone z losami Barrouxa, nietylko z powodu zażyłej przyjaźni ich obu, lecz skutkiem jednych i tych samych zapatrywań na sprawy publiczne.
Massot roześmiał się głośno.
— Zapewne, tak, i niezawodnie serce mojego szefa musiało pękać z bólu, z powodu konieczności wydrukowania czegoś podobnego! Tem więcej, że taki artykuł w „Globie“ musiał zwrócić ogólną uwagę i bardzo popsuć interesa ministeryum. Lecz bywają okoliczności, że trzeba sercu gwałt zadać, a szef mój ma węch i wie najlepiej, jak postępować dla dobra swego dziennika, a także dla utrzymania własnego swego stanowiska. Teraz Massot opowiadał o nadzwyczajnem wzburzeniu i zaniepokojeniu, jakie panowało dzisiaj wśród deputowanych. Miał sposobność to zauważyć na korytarzach i w sali poczekalnej na dole, gdzie pozostał czas jakiś przed wejściem na górę. Po dwudniowem zawieszeniu posiedzeń, Izba powracała do swych czynności, w przekonaniu że skandal podniesiony przez „Głos ludu“ przycicha, gdy wtem spostrzeżono, że jest przeciwnie, że wszczęty pożar, jeżeli był przytłumionym, to tylko pozornie, by z nową siłą wybuchnąć i wszystko w perzynę zamienić. Lista przekupionych senatorów i deputowanych była we wszystkich rękach, komentowano sumy, za jakie kto się sprzedał, głośno czytając, że Barroux otrzymał dwakroć sto tysięcy, Monferrand osiemdziesiąt, Fousègne piędziesiąt, Duthil dziesięć, Chaigneux trzy, a tamten tyle, a jeszcze tamten inny tyle, i tak aż do końca, aż do ostatniego nazwiska z oskarżonych. Dziś zaś, kiedy rzecz cała stała się jawną i wiadomą, każdy dodawał swoje uwagi, przypuszczenia i ztąd zaroiły się tak potworne plotki, że nikt już prawdy odplątać nie zdoła. Tak, korytarze Izby są dziś niezmiernie ciekawem polem dla spostrzegawczego umysłu! Wicher się zerwał, przerażając jednych, a radośnie podniecając drugich. Są tam twarze blade, wylękłe, z trzęsącemi się ustami, a są także twarze nabrzękłe, rozczerwienione, jakby je rozsadzała dzika radość blizkiego zwycięztwa. Bo w rezultacie, do czegoż zmierza to majestatyczne, głośne oburzenie? To odwołanie się do nieposzlakowanej uczciwości parlamentu? Szumnie brzmiące słowa o moralności, poszanowaniu własności? Wszystko to redukuje się do kwestyi osobistych, do tego, czy ministeryum zostanie obalone, a jeżeli to nastąpi, jakie figury wejdą w skład nowego gabinetu. Zdaje się, że Barroux przepadł, lecz czyż można wiedzieć, co wyniknie wśród takiego ogólnego wzburzenia... Krążą pogłoski, że Mège będzie dziś nieubłaganie napastniczym. Barroux mu odpowie, a stronnicy jego zapewniają, że jest srodze zagniewanym i ma zamiar wypowiedzieć całą prawdę w zupełnej nagości, by wszystko stało się jawnem w sprawie wywołanego skandalu. Trzeba mieć nadzieję, że po nim zabierze głos Monferrand. Co zaś do Vignona, to jakkolwiek ukrywa on swoje uradowanie i wmawia każdemu, że pragnie pozostać na boku, zauważono, że biegał od jednego do drugiego ze swoich stronników, głośno im radząc spokój, lecz był to jedynie przegląd hufców pewnych tryumfu w dzisiejszej bitwie. Wrzało w tych wszystkich mózgach jak w kotle trucizn postawionym przez czarownice na piekielnem ognisku.
— Dyabli wiedzą, co z tego wszystkiego wyniknie — zakonkludował Massot. — Co za wstrętna kuchnia! Dziś zobaczymy ją w pełnym biegu!
Generał de Bozonnet spodziewał się najgorszych z tego następstw. Bo jeszcze gdyby Francya posiadała armię taką, jakiej on pragnął, to możnaby którego poranka wymieść tę garść parlamentarnych przekupniów, żyjących kosztem kraju a będących zarazem jego zgnilizną. Nieszczęściem, podług niego był ten nowy system pociągający każdego do służby w wojska, a tem samem pozbawiający kraj armii w zdrowem tego słowa znaczeniu. Wsiadłszy na ulubionego swego konika, generał bez końca ubolewał z goryczą zwyczajnie jak człowiek stary i należący do minionej już epoki a przerażony i truchlejący nad działalnością nowego pokolenia.
— Ponieważ pan szukasz tematu do artykułu — rzekł do Massota — pisz pan o tem, co ci mówię... Temat obfity i bardzo na dobie... Francja przechwala się, że ma milion żołnierzy, a ja panu powiadam, że Francya niema armii! Dam panu niezmiernie ciekawe notatki, jakie robię w tym przedmiocie, użyj ich pan, lecz powiedz całą prawdę, otwórz pan oczy rządowi republikańskiemu, który kraj popycha ku oczywistej zgubie...
Rozpaliwszy się, generał zaczął pouczać dziennikarza, wykładając mu swój wojskowy katechizm. O wojnie i sprawach dla niej odnoszących się, powinna decydować jedna tylko kasta, złożona z wodzów, wyznaczonych z bożej łaski, którzy w potrzebie wiodą do boju hufce złożone z ludzi swojego wyboru, albo z pułków zaciężnych, zawsze bitnych, bo chciwych łupu. Armii niewolno demokratyzować, bo to równoważy się jej zniesieniu. Generał ciężko westchnął, jak bohater pamiętający lepsze czasy, dla którego życie w obozie było jedynym szlachetnym celem istnienia na tej ziemi. Czemże jest dzisiejsza wojna, a raczej duch wojenny! Gdy każdy musi się bić z musu, wtedy nikt nie chce się bić naprawdę. Smutne będą tego następstwa! Bo gdy służba wojskowa staje się obowiązkową, gdy cały naród jest pod bronią, wtedy rychło musi nadejść chwila ogólnego rozbrojenia i wojna przestanie wchodzić w grę historyi świata. Jeżeli od r. 1870 Francya pozostaje w bezczynności i żadnej nie rozpoczęła wojny, to właśnie z powodu, że wszyscy mienią się być żołnierzami. Naród cały nie może się bić przeciwko całemu innemu narodowi, a przynajmniej ewentualność taka na tyle jest zastraszającą, że nikt nie śmie pierwszy wystąpić z wypowiedzeniem wojny. Odpowiedzialność jest zbyt wielką wobec olbrzymich kosztów i olbrzymiego krwi rozlewu. Europa stojąca pod bronią i zamieniona w jeden obronny obóz, doprowadzała do rozpaczy starego generała. Gniewał się i zżymał na myśl, że w pierwszej bitwie mogło się teraz wszystko rozstrzygnąć, a zatem bezpowrotnie zginęły szczęśliwe czasy, gdy się szło na wojnę jak na polowanie, mające trwać długo i pełne nieprzewidzianych przygód wśród nieznanej okolicy.
— Nie będzie wielkiej szkody, jeżeli wojny nigdy już nie będziemy mieli — rzekł Piotr z łagodnym uśmiechem.
Generał oburzył się:
— A to śliczny będziesz pan miał naród, jeżeli go nigdy nie oczyścisz przez wojnę!
Po chwilowem milczeniu, generał znów zaczął mówić, chcąc się teraz okazać człowiekiem praktycznym.
— Wojna nigdy tyle nie zjadała pieniędzy jak od chwili, gdy stała się prawie niemożebną. Zbrojny pokój jest wprost ruiną dla państw, które trzymają wszystkich obywateli pod bronią. Zginą, zmarnieją zatem te państwa nie z powodu przegranej na polu walki, lecz z powodu nieuchronnego bankructwa. W każdym razie stan wojskowy już nic dzisiaj nie wart, przestał on być odpowiednią karyerą dla człowieka czynu i wychowanego podług świętych tradycyj... Już nie mamy do niego wiary i poczniemy zaniedbywać karyerę wojskową, jak to już po części uczyniliśmy, stroniąc od wstępowania do stanu duchownego.
Generał się zachmurzył i surowo rozglądał się po sali, jakby przeklinając parlament, tę niedorzeczną Izbę republikańską, ją obwiniając o nieszczęścia, jakie przewidywał w blizkiej przyszłości, skutkiem, iż żołnierz już dzisiaj nie zapomina, że przedewszystkiem jest obywatelem i uświadomionym członkiem społeczeństwa.
Massot potrząsał głową na nalegania generała, chcąc mu dać poznać, że to temat zbyt seryo do napisania artykułu, a dla położenia kresu tej rozmowie zawołał.
— Patrzcie, panowie, monsignor Martha jest w trybunie dyplomatycznej, rozmawia z posłem hiszpańskim... Podobno, że odwołaną została jego kandydatura w Bretanii. Byłem pewnym że się wycofa, on za mądry, żeby pragnąć roli deputowanego, kiedy mu o wiele wygodniej pozostać w cieniu, a pomimo to trzymać za łeb całe stronnictwo katolickie, które z jego inicyatywy godzi się z naszym rządem republikańskim...
Piotr, przypominając sobie wielką uprzejmość, jakiej wczoraj doznał ze strony monsignora w przedpokoju ministra, odszukał go teraz z łatwością i wpatrzył się w tę bladą, piękną i dyskretną twarz księdza, który chociaż pozornie silił się, by zawsze każdemu ustąpić pierwszeństwa, był wszędzie dyrygującą głową, albo ręką. Monsignor Martha spoglądał na salę z zaciekawieniem, jak każdy inny z obecnych, jednakże Piotr czuł, że biskup ten jest tutaj potężnym działaczem i zdawało mu się, że lada chwila powstanie ze swego miejsca, by objąć główny kierunek spraw i rozkazywać ludziom, których większość była tajemnymi jego stronnikami.
— Otóż i Mège przyszedł — zauważył znów Massot. — Teraz posiedzenie zaraz się rozpocznie.
Zwolna sala na dole zaczęła się zapełniać. Deputowani ukazywali się we drzwiach i podążali na swoje miejsca. Lecz większość ich stała, rozmawiając z ożywieniem, z gorączką jeszcze nieuspokojoną po burzliwych dyskusyach w korytarzach. Niektórzy, zwłaszcza pomiędzy starymi deputowanymi, zasiedli na swych miejscach i rozglądali się po trybunach, a nawet po oszklonym suficie. Pogoda na dworzu musiała popsuć się ostatecznie, bo szare dotąd światło jeszcze pociemniało, nadając sali obrad wygląd przykry, ponury, pomimo majestatyczności kolumn i alegorycznych rzeźb z jasnego marmuru, które odbijały na surowem tle ścian wykładanych drzewem. Jedyną weselszą nutę tej sali stanowił czerwony aksamit pokrywający ławki i zdobiący trybuny.
W miarę jak deputowani wchodzili do sali posiedzeń, Massot wymieniał nazwiska więcej znanych. Mège, zatrzymany przez jednego ze swych kolegów z nielicznej grupy socyalistów, rozprawiał, gestykulując, jakby zaprawiając się do objęcia trybuny. Wtem nadszedł Vignon w towarzystwie kilku z gorliwszych swoich stronników, mówił coś do nich ze spokojnym uśmiechem, chcąc ułagodzić ich ujawniającą się butę. Publiczność w trybunach oczekiwała przedewszystkiem skompromitowanych deputowanych, tych których nazwiska były wydrukowane w dzienniku Sagniera. Ci byli rzeczywiście ciekawymi do obserwowania. Niektórzy udawali bezmyślną lekkomyślność i wesołość rozbawionych chłopiąt, podczas gdy inni przybrali miny poważne a przedewszystkiem obrażone. Chaigneux słaniał się na nogach, jak człowiek uginający się pod ciężarem niesprawiedliwych zarzutów. Duthil zaś przeciwnie, trzpiotał się więcej, niż kiedykolwiek, i można było przypuścić, że jest najzupełniej swobodnej myśli, lecz chwilami usta mu się wykrzywiały nerwowo, stanowiąc sprzeczność z resztą wesołej twarzy. Ale najznakomiciej grał swoją rolę Fonsègne. Opanował się najzupełniej i twarz miał pogodną, spojrzenie jasne, otwarte. Każdy kto na niego spojrzał, byłby przysiągł, że jest niewinnie oskarżonym, tak zręcznie przybrał minę uczciwego człowieka.
— Ach, ten mój szef — zawołał Massot z zachwytem — niema jak on!... Ale uważajmy! Ministrowie wchodzą! A niesłychanie ciekawe może być spotkanie Barroux z Fonsègnem po dzisiejszym artykule w „Globie“...
Zdarzyło się właśnie, że Barroux, który był niezmiernie bladym, zbolałym, lecz nieledwie wyzywającym swą obrażoną godnością, musiał przejść koło Fonsègne’a, by dojść na swoje miejsce. Nie przemówił do niego, lecz spojrzał wymownie jak człowiek, odczuwający odstępstwo przyjaciela, który zamienił się teraz we wroga, zadającego zdradliwe ciosy. Fonsègne zaś w dalszym ciągu witał swobodnie kolegów, udając, że nie spostrzega tego spojrzenia ciążącego na nim z upartą stanowczością. Może z innych pobudek, lecz Fonsègne również udał, że nie widzi Monferranda, który szedł zaraz za Barroux. Monferrand przybrał zwykłą swą minę prostodusznego poczciwca, który przybył na posiedzenie, bynajmniej nie domyślając się, że może być ono burzliwszem od innych. Gdy usiadł, natychmiast podniósł oczy w górę, a spotkawszy się spojrzeniem z monsignorem Martha, wymienił z nim ledwie dostrze galny uśmiech. Spokojny, zadowolniony, pewien że wszystko pójdzie składnie podług ułożonego planu, zaczął zwolna zacierać ręce, co zwykle czynił w przystępie dobrego humoru; z przyzwyczajenia i prawie że bezwiednie.
— Któż to jest ten jegomość siwy i smutny, który siedzi na ławie ministrów?
Na zapytanie Piotra, Massot natychmiast odpowiedział:
— To zacny Taboureau, człowiek cichy, nieprzybierający żadnego sztucznego tonu, a jak panu wiadomo, jest ministrem oświaty. Dziwnie zatartą i pospolitą ma postać, nic niema w sobie rzucającego się w oczy, możnaby myśleć, że się zna tysiące ludzi do niego podobnych. Nie miłuje on mojego szefa a zwłaszcza od dziś rana, bo „Glob“ umieścił artykuł bardzo na pozór spokojny, lecz ostry dla tego biednego ministra oświaty, będącego równocześnie ministrem sztuk pięknych. „Glob“ znęcał się dziś nad nim i uznał za niekompetentnego. Przypuszczam, że Taboureau, jeżeli dziś straci swoją tekę, to już nigdy nie uzyska jej z powrotem!
Przygłuszony odgłos bębnów oznajmił przybycie prezydenta Izby. Roztworzyły się drzwi w głębi i wszedł prezydent wraz ze zwykłym towarzyszącym mu orszakiem, w sali zaś powstało zamięszanie, bo każdy z deputowanych pośpieszył zająć swoje miejsce. Prezydent Izby, stojąc, zadzwonił a następnie oświadczył, że posiedzenie jest otwarte. Wśród panującego w dalszym ciągu zamięszania i rozmów, sekretarz odczytał piskliwym głosem protokół, a po przyjęciu takowego i przejrzeniu listów nieobecnych członków Izby, uchwalono naprędce jakiś drobny projekt prawa, głosując z miejsca przez podniesienie ręki. Wreszcie doczekano się sprawy najważniejszej, interpelacyi Mège’a, z której powodu już naprzód wszystkie umysły były wzburzone, nie wyłączając publiczności zajmującej trybuny. Ponieważ rząd nie opierał się interpelacyi, Izba zadecydowała, że dyskusya odbędzie się natychmiast.
Obecnie wszystko się uciszyło, tylko wśród głębokiego milczenia przelatywać się zdawały krótkie urywane dreszcze, niosące z sobą przerażenie, nienawiść, pożądanie i całą łakomą zgraję żarłocznych żądz ludzkich. Objąwszy trybunę, Mège początkowo starał się być powściągliwym, jasno i dobitnie wytaczając sprawę przed trybunał swoich kolegów. Wysoki, chudy, kościsty, jak stary szczep winny, podtrzymywał nieco przygarbioną postać, oparłszy się dłońmi o brzeg stołu, a słowa przerywał mu lekki, urywany kaszel, spowodowany dawną już i powolną chorobą piersiową. Oczy mówcy połyskiwały coraz namiętniej poza binoklami, a głos stawał się coraz krzykliwszym, donioślejszym, aż wreszcie zagrzmiał ze zdumiewającą siłą, podczas, gdy skurczona postać wyprostowała się w gwałtownej gestykulacyi. Przypomniał, że przed dwoma miesiącami, zaraz po pierwszych oskarżeniach, rzuconych przez „Glos ludu“, chciał postawić interpelacyę, by rząd dał swoje objaśnienia w nieszczęsnej sprawie Afrykańskich kolei żelaznych. Następnie słuszną zrobił uwagę, że gdyby Izba nie była odroczyła jego interpelacyi z przyczyn, nad któremi nie chciał się głębiej zastanawiać, to smutna ta sprawa byłaby już oddawna wyjaśnioną, co byłoby przykróciło skandaliczną kampanię nowych zarzutów i oskarżeń, szerzonych w prasie, a niepokojących kraj cały. Dziś położenie stało się bez wyjścia, milczeć dłużej jest niepodobieństwem, a dwaj ministrowie, oskarżeni o sprzedajność, powinni odpowiedzieć, wykazać swoją niewinność i uczynić wszystko, co jest w ich mocy, by się oczyścić w obliczu narodu mającego prawo żądania od nich prawdy, bez żadnych dwuznacznych usprawiedliwień, wreszcie parlament nie chce i nie może dłużej pozostawać pod ubliżającą obelgą sprzedajności. Streścił cały historyczny przebieg sprawy. Koncesya na budowę Afrykańskich kolei żelaznych została udzieloną bankierowi Duvillard. Ten wypuścił emisyę papierów wartościowych, zapewniających, prócz procentów, pewną ilość wygranych. Otóż, by Izba zatwierdziła ową emisyę, powstały podejrzenia a obecnie wprost czynione zarzuty, iż dopuszczono się najszkaradniejszych targów, a wreszcie kupna sumień pewnej ilości członków parlamentu. Teraz Mège rozgorzał zupełnie i z szaloną zaciekłością zaczął mówić o tajemniczym Hunterze, werbującym głosy za pieniądze bankiera Duvillarda, a który to Hunter, gdy wywiązał się z tego zadania, zaraz ukrył się przed odpowiedzialnością i policya pozwoliła mu uciec, wyobrażając sobie, że jedynem jej zadaniem i obowiązkiem jest śledzenie socyalistów. Słowa swoje Mège podkreślił, waląc pięścią w trybunę, a zwróciwszy się wprost do Barrouxa, żądał, by dowiódł, że nigdy nie otrzymał ani jednego centyma z dwu kroć stu tysięcy franków, które wydrukowano na sławnej liście, obok jego nazwiska. Ozwały się głosy, żądające od mówcy, by przeczytał całą listę, a gdy chciał to uczynić, inni zaczęli protestować, krzycząć, że z trybuny w Izbie francuzkiej nie czyta się oszczerstw, niemających żadnej nawet pozornej podstawy. Mège w coraz gwałtowniejszem uniesieniu wołał, że on nie staje po stronie oskarżycieli, że taki Sagnier jest błotem, którem się brzydzi, ale sprawa stała się zbyt jawnym skandalem, by módz ją pominąć, on zatem w imieniu swoich kolegów, żąda, aby sprawiedliwość była równą dla wszystkich, a więc — jeżeli w parlamencie znajdują się ludzie sprzedajni, trzeba ich wyrzucić z Izby a osadzić w więzieniu, jak zwykłych rzezimieszków.
Prezydent Izby powstał z miejsca i, stojąc po za monumentalnem swojem biurem, dzwonił, chcąc przywrócić trochę spokoju, lecz był bezsilnym, jak sternik zwalczony szalejącą burzą. Wśród twarzy rozognionych i wyjących, tylko woźni zachowali niezmąconą powagę piastowanej godności. Pomimo zrywającej się chryi, dolatywał donośny głos mówcy, który nagłym zwrotem zaczął robić zestawienie pomiędzy marzonem przez niego społeczeństwem, opartem na kolektywizmie, a obecnem społeczeństwem kapitalistycznem wyznającem zasady, które kraj doprowadzają do moralnej i materyalnej ruiny, szpetnie walącej się w zgniliznę skandali. Ulegając apostolskiej egzaltacyi, Mège, z zapamiętałością człowieka wierzącego w doskonałość swej doktryny, pragnął świat zbawić, przerabiając go na swoją modłę. Poza kolektywizmem nie przypuszczał zbawienia, kolektywizm był jego dogmatem i z uporem prawdziwego apostoła, chciał ten dogmat wszystkim narzucić. Z niezachwianą ufnością spoglądał w przyszłość, bo dni przez niego przepowiadane były już blizkie! Może przyjdzie mu jeszcze obalić jedno lub dwa ministerya, lecz wtedy napewno on obejmie władzę w swoje ręce i stanie się reformatorem darzącym ludzkość marzoną szczęśliwością. Ten sekciarz, jak go nazywali socyaliści innych odcieni, był materyałem na dyktatora. Znów Izba się uciszyła i słuchano mówcy. Zapalczywa i stanowcza jego retoryka przezwyciężyła burzę i zużyła napastnicze zaczepki, a gdy wreszcie opuścił trybunę, ozwały się huczne oklaski na niektórych ławach lewicy.
— Spotkałem tego Mège’a przed paru dniami w ogrodzie botanicznym — rzekł Massot do generała. — Wyprowadził na spacer swoją trójkę dzieci i troszczył się o nie, jak stara przywiązana niańka. Ogólnie mówią o nim dobrze; tak, jest to prawdziwie zacny człowiek, a przytem bardzo ubogi, z czem ukrywa się, nigdzie nie bywając i żyjąc wyłącznie w swem rodzinnem kółku.
Zakołysały się z szeptem głowy, bo Barroux wchodził na trybunę. Zwykłym sobie ruchem, będącym u niego przyzwyczajeniem, wyprostował wyniosłą postać, odrzucając w tył głowę. Piękna, wygolona jego twarz, którą tylko szpecił nieco zamały nos, przybrała wyraz majestatyczny, dumny, a zarazem smutny. Odrazu przystąpił do wypowiedzenia swego, przygnębiającego oburzenia. Mówił kwieciście, z giestami teatralnemi, w pozie romantycznego trybuna, w którym czuć było uczciwego człowieka, o wrażliwem sercu, lecz dość płytkim umyśle. Jednakże dzisiaj był on rzeczywiście głęboko wzruszonym, bo serce krajało mu się z bólu, na widok nieuniknionego zwichnięcia dotychczasowej karyery, a wraz ze swoim upadkiem, przewidywał koniec, zamknięcie całego historycznego okresu. Powstrzymywał krzyk, wyrywający się mu z piersi, krzyk rozpaczy człowieka, którego niespodziewane okoliczności policzkują i odtrącają, właśnie w dniu spodziewanego tryumfu, będącego nagrodą za obywatelskie jego zasługi. Wszak jeszcze za czasów Cesarstwa, marzył i pracował tylko dla przygotowania Rzeczypospolitej! Celowi temu poświęcił życie i mienie, walczył, cierpiał prześladowanie, a po okropnościach wojny, po nieprzyjacielskiemu najeździe, po większych bo jeszcze boleśniejszych okropnościach wojny cywilnej — wreszcie doczekał się spełnienia swej idei i Rzeczpospolitą utrwalił, pomimo zaciętego oporu przeciwnych jej stronnictw. Lecz oto teraz, gdy ta Rzeczpospolita jest tryumfującą, w pełni życia, on, jej założyciel, nagle usuniętym zostaje od jej steru, jest jakby obcoprzybyszem, człowiekiem minionej epoki, a otaczające go nowe pokolenie innym przemawia dziś językiem, innych broni ideałów!.. Tak więc przyszło mu patrzeć na upadek wszystkiego co ukochał, wszystkiego co czcił, wszystkiego co dawało mu siłę i było bodźcem do zwycięztwa. Współtowarzysze przeprowadzonych planów i dokonanych prac, już się rozpierzchli a on jeden pozostał! Ach, jakże szczęśliwym jest Gambetta, że się wcześnie położył do grobu! Uniknął goryczy zatruwającej ostatnie dni garstki pozostałych dawnych bojowników, na których młode pokolenie spogląda z wyższością i nieledwie z politowaniem, uśmiechając się pobłażliwie nad wyszłym z mody dobrodusznym ich romantyzmem. Wszystko się więc wali, bo idea wolności przestaje być republikańskim ideałem, bo na czemże, jeżeli nie na wolności powinna się opierać Rzeczpospolita, którą oni zdobyli mocą swego wytrwałego wysiłku?...
Barroux z wielką prawością i z wielką godnością wyznał całą prawdę. Rzeczpospolita była świętą arką, dla której obrony wszystkich należało używać sposobów, bo wszystkie były czyste, gdy szło o cel tak podniosły. Z prostotą opowiedział, z jakim niepokojem patrzał, gdy olbrzymie sumy banku Duvillard wsiąkały w dzienniki będące w opozycyi z rządem, podczas gdy w tymże celu reklamy bank Duvillard dawał minimalne zasiłki dziennikom republikańskim. Był on wtedy ministrem spraw wewnętrznych a zatem w jego wydziale pozostawało czuwanie nad prasą. Cóżby o nim powiedziano, gdyby nie był się postarał o zaprowadzenie pewnej równowagi w postronnych dochodach prasy i pozostał obojętnym widzem wzrastającej potęgi dzienników przeciwnych rządowi?... Potrzebujące zasiłków republikańskie dzienniki słusznie ku niemu wyciągały dłonie, w imię swej wierności i zasług domagając się przynależnej części. Więc zapewnił im tę część, rozkazując, by im rozdano owe dwakroćsto tysięcy franków, jakie dziś wydrukowano na liście przy jego nazwisku. Ani jeden centym z tych pieniędzy nie przeszedł przez jego ręce, o tem świadczy uczciwość całego jego życia a wreszcie zapewnienie jakie składa on w tej chwili i tej trybuny i wobec całej zebranej Izby.
Barroux; mówiąc to, wzniósł się rzeczywiście wyżej ponad siebie samego. Znikła jego sztuczna pompatyczność a pozostał tylko uczciwy człowiek, wstrząśnięty bólem z ohydy rzuconej nań potwarzy. Otworzył więc teraz swe serce i krwią broczące sumienie, z którego wyrwał prawdę, by ją rzucić na swe usprawiedliwienie, chociaż wiedział, że tak czyniąc przepadnie i na zawsze zginie w morzu goryczy.
Słowa Barroux padały wśród lodowatego milczenia. Jeszcze stanąwszy na trybunie, Barroux wierzył w swej naiwności, że rozbudzi swą spowiedzią wybuch entuzyazmu, że republikanie okrzykną go jako zbawcę zagrożonej Rzeczypospolitej, lecz w miarę jak mówił, czuł się przykro dotknięty powiewem zimna, jakie słała ku niemu cała sala słuchaczów. Zrozumiał, że go opuszczono, skazano na zatratę, że przestał być działaczem a jest już tylko trupem. Pomimo śmiertelnej próżni, jaka go opanowywała, mówił dalej, jakby niezrażony odrętwiającem milczeniem kolegów, odważnie, jak uczciwy człowiek, który sam sobie śmierć zadaje, nie ustępował, chcąc umrzeć, walcząc i w pełni piękna swych oratorskich zwrotów i gestów. Gdy zeszedł z trybuny, lodowate zimno jeszcze się wzmogło, nie rozległo się echo ani jednego oklasku. Na domiar niepowodzenia, Barroux niezręcznie wspomniał w swej mowie o tajemnych intrygach Rzymu i duchowieństwa. Zdaniem jego wielkie to było niebezpieczeństwo, bo wytrawni w zdradliwych knowaniach klerykali, z całych sił poczynają dążyć ku odzyskaniu utraconego stanowiska, a jeżeli to nastąpi, Rzeczpospolita padnie pod ich przemocą i monarchia znów nad Francyą zacięży.
— Jakiż on głupi — szepnął Massot. — Takich rzeczy nigdy się głośno nie wyznaje. Przepadł, a z nim i ministeryum przepadło!
Wśród mroźnie usposobionej Izby, Monferrand zwinnie podążył zająć trybunę. Przykre zdenerwowanie unosić się zdawało w powietrzu; jakiś postrach zapanował po szczerości wyznań zacnego Barroux. Zaprzedani deputowani czuli, że się osuwają w kałużę mającą ich pochłonąć, inni zaś niepewnymi się czuli, co jest godziwe a czego niewolno czynić nawet dla zbawienia swego politycznego stronnictwa. Zdawało się, że wszyscy swobodniej odetchnęli. Monferrad rozpoczął od formalnego zaprzeczenia oszczerstwu, jakie nań rzucono. Waląc jedną pięścią w trybunę a drugą grzmocąc się w piersi protestował w imię swej uczciwości i obrażonego honoru. Przysadzista jego postać jeszcze się skuliła, twarz wysunął naprzód i patrzał jak ufny w swą siłę zwierz obstąpiony w legowisku, gotów rzucić się na każdego kto doń przystąpi. Przez chwilę, Monferrand był rzeczywiście wspaniałym w tej roli, pod którą po mistrzowsku ukrywał swoją przenikliwą przebiegłość. Zaprzeczał wszystkiemu. Nietylko że nie rozumiał co może oznaczać cyfra osiemdziesięciu tysięcy franków przy jego nazwisku, lecz obiecywał nagrodę, jeżeli na świecie całym znajdzie się chociażby jeden człowiek mogący dowieść, że on otrzymał jeden centym z tych pieniędzy. Oburzenie tak w nim zawrzało, iż, kipiąc, przeczył nie tylko w swojem imieniu, lecz przeczył w imieniu wszystkich swoich kolegów i deputowanych, w imieniu obu Izb francuzkich teraźniejszych i przeszłych, bo potworność mandataryusza sprzedającego swój głos była, zdaniem jego, hańbą przechodzącą granice możliwości, zatem oskarżenie podobne samo przez się upadało jako absurd, ustępujący przed trzeźwym poglądem prostego zdrowego sensu.
Oklaski wybuchnęły ze wszystkich stron Izby, otucha wstąpiła i ogrzała serca, okrzykiwano mówcę jako wybawiciela od przykro ciążącej zmory. Tylko socyaliści wyróżnili się swoją niesfornością, bo gwizdali, gdy inni bili oklaski, i z zajadłością wymagali, by mówca wytłomaczył się z roli jaką odegrał w sprawie Afrykańskich kolei żelaznych. Był wówczas ministrem robót publicznych, a chociaż jest obecnie ministrem spraw wewnętrznych, musi pamiętać kampanię banku Duvillard z powodu emisyi wartościowych papierów z wygranemi, niechaj więc wytłomaczy się, by uspokoić kraj wzburzony tą sprawą przeciągającą się od tak dawna, a zaostrzoną wydrukowaną listą przekupionych członków parlamentu. To przywołanie do właściwej kwestyi, Monferrand zbył, oświadczając, że jeżeli są jacy przestępni, to sprawiedliwość na tem nie ucierpi i kara spadnie na winowajców. Uczciwość jego jest znaną a poczucie obowiązków tak wielkie, że nikt nie ma prawa mu ich przypominać. A teraz nagłym zwrotem i z zadziwiającą zręcznością przystąpił do wywołania efektownej dywersyi, którą od wczoraj pilnie przygotował. Raz jeszcze położywszy nacisk na swoją czujność w spełnianiu obowiązków, porównał się do żołnierza stojącego na straży narodu, żołnierza przywiązanego i wiernego, który w każdej godzinie pamięta o pieczy publicznego bezpieczeństwa. Silny swem sumieniem, pomija nieuzasadnione na niego napaści. Wszak posądzano go między innemi, że działalność policyi odwraca od przynależnych czynności; by ją używać do jakiegoś wstrętnego szpiegowania, które jakoby dozwoliło na bezpieczną ucieczkę owego sławnego Huntera! Otóż on powie przed Izbą na co ta spotwarzana policya jest używaną przez niego. Nie dalej, niż wczoraj, przyczyniła się ona, by w kraju sprawiedliwość i porządek nie były czczym tylko wyrazem! Tak, wczoraj w lasku Bulońskim policya aresztowała najniebezpieczniejszego złoczyńcę, zbrodniarza, który się dopuścił zamachu przy ulicy Godot de Mauroy, owego mechanika, anarchistę Salvata, ukrywającego się przed poszukiwaniami przeszło od sześciu tygodni. Wieczorem uzyskano od tego nędznika zupełne wyznanie winy i wkrótce trybunał sądowy wymierzy nań swój wyrok. Wreszcie więc moralność publiczna zostanie pomszczoną i Paryż odetchnie z długiego postrachu, anarchizm zostanie śmiertelnie ugodzony, utraciwszy swego przywódcę siejącego zbrodnie. Otóż takie on położył zasługi, takie spełnił czyny, on, minister dbały o honor i całość kraju; spokojny zatem w swem sumieniu, nie zważa na oszczerców usiłujących skalać jego nazwisko! Niechaj wpisują go na listę hańby, niechaj szerzą kłamliwe potwarze! On wie, że są to nizkie i obłudne manewry polityczne i wyższym się czuje nad potrzebę bronienia się przed kłamstwem.
Izba, zdumiona, rozciekawiona, chciwie chwytała słowa przemawiającego ministra. Historya tego aresztowania spadła jak z nieba, nikt o niej nie słyszał, nikt nie czytał o niej w dziennikach. Monferrand zdawał się składać błogosławiony dar mający przywrócić spokój przerażonym mieszkańcom Paryża. Wszak ten Salvat wyrósł w opowiadaniach do wielkości mitycznej postaci, potworu grożącego ogólną zagładą, a oto teraz, dzięki zapobiegliwym troskom ministra został ujętym; przeciągający się dramat ukończył się szczęśliwym epilogiem, którego nowinę Izba pierwsza słyszała. Głęboko wzruszona i pochlebiona Izba dziękowała mówcy długą owacyą, która podnosiła znaczenie jego energii tak zbawiennej dla kraju. Tak, w ręku takiego człowieka spoczywające rządy dają gwarancyę, że zbrodnia będzie należycie ukaraną a społeczeństwo spokojnem o swoje losy. Jest on siłą wzbudzającą ufność, że zawsze czujnie stać będzie na straży publicznego porządku. Monferrand zdobył sobie nawet życzliwość prawicy, gdy zrywając solidarność z Barroux, zakończył swoją mowę zwróceniem się do katolickiego stronnictwa, wzywając je, by z zapomnieniem różnicy opinij, połączyło się w zgodne przymierze przeciwko wspólnemu wrogowi jakim jest socyalizm, który pragnie przewrotów mających na celu ogólną zagładę.
Monferrand zeszedł i trybuny z jasnem poczuciem, że sprawę swoją wygrał. Upewniały go o tem oklaski całej Izby, a chociaż socyaliści protestowali, garstka ich była tak nieliczna, że głosy ich zagłuszone ogólną owacyą tylko się z nią mięszały, czyniąc wrzawę jeszcze hałaśliwszą. Ręce wyciągały się ku niemu do uścisku, winszowano mu i widział same tylko rozradowane twarze, więc, uprzejmie się uśmiechając, stał przez chwilę, używając zasłużonej popularności. Jednakże zaczął budzić się w nim niepokój. Czyżby zanadto wielki odniósł tryumf i, zamiast samego siebie ocalić, byłby ocalił i ministeryum, do którego należał?... To przypuszczenie zatrwożyło go, bo tym sposobem byłby zrujnował plan, jaki przeprowadzić zamierzył... Jak powstrzymać natychmiastowe głosowanie Izby? Przez chwil kilka, był w rzeczywistej trwodze, i chociaż napozór pogodnie się uśmiechał, wyczekiwał z upragnieniem, by który z deputowanych chciał zabrać głos w odpowiedzi na jego mowę.
Publiczność przyłączyła się do owacyi, nawet damy biły oklaski, a monsignor Martha dawał oznaki najżywszego zadowolenia.
— Cóż, panie generale? — spytał Massot — to warte wygranej bitwy? Dzielny wódz z naszego ministra, umie bronić swojej sprawy! Bo rzecz jasna, wyszedł zwycięzko z brzydkiej katastrofy!
Wreszcie, Monferrand spostrzegł to, czego pragnął, stronnicy popychali Vignona, by zajął trybunę i Vignon, ulegając naleganiom przyjaciół, niebawem miał głos zabrać. Uspokojony, Monferrand podążył na swoje miejsce na ławę ministrów i, z dobrodusznym wyrazem twarzy, zaczął słuchać ze skupioną uwagą słów młodego mówcy.
Teraz Izba nowym została chwycona prądem. Szczupła, wytworna postać Vignona pociągająco rysowała się w liniach, a jego jasno blond broda i niebieskie oczy, jeszcze mu dodawały uroku młodości. Wyrażał się jasno i z wielką prostotą, przedewszystkiem pragnąc zaznaczyć swoją praktyczność, a zwięzłe jego zdania stanowiły korzystne przeciwieństwo z napuszoną czczością frazesów poprzednich mówców. Długie lata, jakie spędził w administracyi, wyrobiły jego inteligencyę w kierunku bystrego obejmowania całości sprawy, stawiania wniosków i natychmiastowego ich rozstrzygania. Czynny, śmiały, wierzący w swoją gwiazdę, Vignon miał tę wyższość nad wielu innymi, że jeszcze był zamłody, by już mieć czas skompromitowania się w jakiej skandalicznej sprawie, a może chroniła go od tego czujna zręczność, chciał bowiem stworzyć sobie przyszłość odpowiadającą silnie rozwiniętej swej ambicyi. Ułożył sobie program polityki nieco radykalniejszej od programu Barrouxa i Monferranda, bo inaczej nie byłoby racyi, dla czego ma być ich następcą, a skrycie pracując dla objęcia po nich dziedzictwa, nie ukrywał swych zapatrywań co do reform, jakie wprowadzi. Rozumiejąc że uczciwość, połączona z ostrożnością i przebiegłością, jest w danej chwili gwarancyą powodzenia, przemówił w tym duchu. Spokojnie, głosem czystym i donośnym wyraził to, czego się domagał zdrowy sens i sumienie Izby. Tak, cieszył się niewymownie z wiadomości o aresztowaniu człowieka, który się dopuścił zbrodni, zatrważającej kraj cały, lecz nie widział, jaka może być tego łączność ze smutną sprawą, oddaną na rozpatrzenie Izby. Były to dwie kwestye, najzupełniej różne, zatem błaga on kolegów, by się powstrzymali od natychmiastowego głosowania pod świeżo odebranem wrażeniem. Trzeba zaczekać, aż kwestya zupełnie się wyjaśni, a żeby tak się stało nie wystarczają dwie, dopiero co słyszane mowy oskarżonych ministrów. Jest on przeciwnikiem ustanowienia komisyi śledczej, lecz zdaniem jego, winowajców, jeżeli się tutaj znajdują w danym wypadku, należy oddać w ręce sprawiedliwości. Na zakończenie, Vignon potrącił lekko o wzrastający wpływ duchowieństwa we Francyi, nadmieniając, że nie należy poddawać się postronnym kierunkom, bo równie niebezpieczną jest dyktatura na czele rządu, jak i rozbudzenie dawnego teokratycznego ducha.
Mowa Vignona była przerywana często powtarzanemi słowami na wszystkich ławach Izby „bardzo dobrze, bardzo dobrze!“ A gdy skończył, ozwały się tu i owdzie lekkie oklaski. Izba odzyskała utraconą równowagę, a położenie zarysowało się tak wyraźnie, że Mège, który miał zamiar raz jeszcze przemówić, wstrzymał się, osądziwszy całą tego bezużyteczność. Ogólnie zauważono spokojne zachowanie się Monferanda, który słuchał przemawiającego Vignona z widoczną życzliwością, jakby pragnąc ujawnić uszanowanie, rozbudzone w nim przez zdolnego przeciwnika. Barroux zaś od chwili lodowatego przyjęcia, jakiego doznał ze strony Izby, siedział nieruchomie na swej ławce, blady jak trup, rozbolały i zmiażdżony gruzami zwalonego świata, którego był ostatnim przedstawicielem.
— No, sprawa skończona! — zawołał Massot. — Ministeryum przepadło! Ten Vignon, to zuch, a młody jeszcze, zajdzie on daleko! Mówią, że marzy o Elizejskim pałacu, może się i tego doczeka, a jak na teraz, widzę w nim przyszłego prezydenta ministeryum.
Zaczęło się głosowanie i gwar powstał w sali, więc Massot, nie chcąc napróżno czasu tracić chciał odejść, lecz generał zatrzymał go, mówiąc:
— Zostań pan, muszę z panem pomówić. Czyż pan nie odczuwa wstrętu do tej parlamentarnej kuchni?... Obowiązkiem pańskim jest to wszystko wypowiedzieć przed krajem, zaraz w przyszłym artykule powinieneś pan zaznaczyć, że kraj słabnie i psuje się, aż do szpiku kości takiemi obradami... a ileż takich dni jest straconych napróżno, rozproszonych na brudne gadaniny. Mówię panu, że bitwa, któraby pokosem powaliła na polu walki piędziesiąt tysięcy naszego wybornego żołnierza, mniej byłaby dla kraju szkodliwą, niż rok takich rządów parlamentarnych. Tak, panie, czasy obecne — to prawdziwa dla nas klęska! Przyjdź pan kiedy do mnie rano, pomówimy z sobą obszerniej. Pokażę panu opracowany przezemnie projekt prawa wojskowego, bo nie trzeba się łudzić, wszystko trzeba odmienić w teraźniejszych porządkach w ministeryum wojny, co rychlej należy powrócić do dawnego systemu zaciągu żołnierzy... Armia, powinna być armią — a niczem więcej... Niechaj będzie mniej liczną ale biegłą w swojem rzemiośle... Bo cóż nam z dzisiejszej armii? Cóż nam z tego, że liczebnie jest pokaźną! Ale panie, to nie żołnierze ci ludzie w mundury poprzebierani, to mieszczuchy, bawiący się w paradowanie na musztrach, a w budżecie ciążą oni tak, że kraj z ich powodu przepadnie...
Od chwili otwarcia posiedzenia Izby, Piotr nie przemówił ani jednego słowa. Słuchał uważnie ze względu na swego brata, następnie zaś dał się unieść gorączkowemu usposobieniu panującemu w sali. Nabrał przekonania, że Wilhelm nie potrzebuje się już niczego obawiać, lecz jakże niespodziewanie połączoną została sprawa Afrykańskich kolei żelaznych, oraz przekupstwa członków parlamentu, ze sprawą aresztowania Salvata! Piotr, pochylony nad wzburzoną Izbą, śledził wszystko z najwyższem zajęciem, odgadując tysiączne, krzyżujące się, dopełniające się lub sprzeczne zawikłania żądz i spraw tych ludzi. Nic nie uszło jego uwagi w toczącej się walce pomiędzy Barrouxem, Monferrandem i Vignonem, przypatrzył się dziecinnej radości niepoprawnego Mège’a, który zadowolnił się zamięszaniem w bagnisku, nigdy nie wyławiając z niego nic dla własnej korzyści. Teraz zaś Piotr bawił się, patrząc na Fonsègne’a, który ze spokojem, bo był wtajemniczonym, w jaki sposób przyszłość zostanie uregulowaną, pocieszał Duthila i Chaigneuxa, którzy wpadli w przygnębienie, widząc oczywisty upadek ministeryum. Lecz główną postacią dla Piotra, był monsignor Martha i na jego twarzy śledził wrażenia dzisiejszego burzliwego posiedzenia izby. Ale piękna, pogodna twarz monsignora ani na chwilę nie straciła błogiego spokoju, cała ta dramatyczna komedya parlamentarna zdawała się być naprzód już mu znaną, i graną jedynie w celu zapewnienia tryumfu dalekim i rozległym jego planom. Oczekując na oznajmienie rezultatu głosowania, Piotr patrzał na salę, lecz uszów jego dolatywała rozmowa generała z Massotem. Wciąż jeszcze trwała o tym samym przedmiocie. Generał wykładał dziennikarzowi swój plan reformy taktyki wojennej, poboru do wojska, uzbrojenia, wreszcie powstała między rozmawiającymi sprzeczka, z powodu odmiennych zapatrywań, co do potrzeby skąpania całej Europy w krwawej, bezlitosnej wojnie. Ach, nieszczęsna ludzkości, wiecznie naglona ku drapieżnym walkom na polu bitwy, lub w parlamencie! Ach, kiedyż nastąpić zdoła jej rozbrojenie, by wreszcie żyć mogła w zgodzie z rozsądkiem, domagającym się spokoju, sprawiedliwości i braterskiego umiłowania!
Zamięszanie przedłużało się, Izba nie mogła się porozumieć co do przyjęcia porządku dziennego. Przedstawiono ich wiele, lecz wszystkie z kolei odrzucono, głosy się rozpraszały. Porządek dzienny Mège’a był zredagowany w formie zbyt gwałtownej, a okazało się, że Viguon sformułował go zbyt ostro. Ministeryum postawiło wniosek, by bez komentarzy zatwierdzić zwykły porządek dzienny, lecz propozycya ministeryum upadła i wreszcie większością dwudziestu pięciu głosów, Izba przyjęła porządek dzienny Vignona. Część lewicy przyłączyła się do prawicy i do grupy socyalistów. Otrzymany rezultat wywołał nowe rozgorączkowanie całej sali, a nawet publiczności w trybunach.
— Zatem mamy ministeryum Vignona! — zawołał Massot, wychodząc wraz generałem i z Piotrem. Ale Monferrand uratował się, na miejscu Vignona, nie bardzobym się z tego cieszył! Monferrand, to ryba, której strzedz się należy!
Wieczorem, w dworku Piotra, odbyło się pożegnanie, pełne prostoty a zarazem wzruszającej podniosłości. Gdy Piotr, zasmucony tem, czego był świadkiem w Izbie, lecz uspokojony o los brata, zdał mu szczegółową sprawę, Wilhelm oświadczył, że zaraz nazajutrz powróci do siebie na Montmartre i rozpocznie zwykłe swe życie, oddane wyłącznie pracy. A ponieważ Mikołaj Barthès miał dziś jeszcze wyjechać z Paryża, zatem dworek Piotra, opuszczony przez czasowych gości, był znów skazany na głuchą ciszę i samotność.
Teofil Morin, zawiadomiony przez Piotra stawił się na umówioną godzinę. We czterech zasiedli do obiadu, i chociaż była już godzina siódma Barthès jeszcze nie wiedział o nowej swej banicji. Przez cały dzień chodził tam i napowrót po swoim pokoju, jak lew zamknięty w klatce, żył tu, w tym przytułku ofiarowanym mu przez przyjaciela, i jak dziecko, jakiem pozostał pomimo siwizny, nie troszczył się o swoje dzisiaj, ani o swoje jutro. Życie jego było bezustannym porywem nadziei, które się rozbijały o twarde i ostre ciernie rzeczywistości. Wszystko, co ukochał i w co wierzył, i co chciał okupić własnem poświęceniem, zaznaczonem piędziesięcioletnim pobytem w więzieniach, wszystko to bezustannie ulatywało w dal, nie dając mu się ująć. Wolność, równość wszechświatowa, na bratniej miłości wsparta Rzeczpospolita, okazywały się być marzeniem, a wszakże pomimo doznawanych zawodów i prześladowań, Barthès zachował pełnię swych młodzieńczych wierzeń i nie powątpiewał, że spełnienie się ich tylko chwilowo odroczonem zostało. Zaprzepaszczony w naiwności tego pojęcia, z bosko pogodnym uśmiechem, słuchał młodszych, gwałtowniejszych bojowników, którzy twierdzili, że nic działać nie można inercyą i wyczekiwaniem, lecz że jemu się nie dziwią, bo oddawna dobiegł już kresu starości. W szczerości swej wyznawał, że nie rozumie sekt nowych i oburzał się ich chłodem, on bowiem zawsze trzymał się uparcie idei, że tylko sercem może być ludzkość zbawiona, zatem czekał, by ludzie naturalną dobrocią wiedzeni, głosili tę prawdę braciom, przyśpieszając ogólne wyzwoliny i ogólną szczęśliwość.
Dzisiejszego wieczoru, podczas obiadu, Barthès był w wyjątkowo wesołem usposobieniu. Otoczony przyjaciołmi, których serca znał i oceniał, nie krępował się w wypowiadaniu swojej wiary w blizkie urzeczywistnienie się marzonego porządku społecznego. Obdarzony darem opowiadania, przytaczał różne epizody ze swych więziennych wspomnień. Znał wszystkie więzienia stanu we Francyi: Sainte-Pélagie w Paryżu i Mont-Saint-Michel, i Belle-Ile-en-Mer i Clairvaux na prowincyi, oraz wszystkie czasowe stancye za kratą i pod kluczem, a nawet pontony. Smiał się wspominając te wszystkie przymusowe mieszkania swoje, twierdząc, że nigdy nie utracił rzeczywistej wolności, bo ją zawsze posiadał w swem sercu i w swem sumieniu. Trzej przyjaciele słuchali go, zachwyceni urokiem jego opowiadania, lecz serce się im ściskało z bólu, na myśl, że ten wieczny więzień zaraz powstać będzie musiał od tego stołu, by wziąść kij pielgrzymi i wyruszyć na nowe tułactwo.
Dopiero po skończonym obiedzie, podczas deseru, Piotr zabrał głos i wyjawił, jak przed paru dniami otrzymał wezwanie od ministra, który mu oświadczył, że Barthès powinien za czterdzieści osiem godzin opuścić Francyę, jeżeli chce ujść więzienia. Siwowłosy starzec słuchał o tym wyroku spokojnie, tylko oczy zabłyszczały mu młodzieńczym ogniem, a gdy Piotr skończył mówić, powstał ze swego miejsca, oświadczając z powagą, że gotów jest natychmiast wyruszyć w drogę.
Po chwili zaś, uśmiechnąwszy się łagodnie, rzekł do Piotra z czułą wymówką:
— Jakto, moje dziecko, wiedziałeś od wczoraj o tym spadającym na mnie wyroku i nie zawiadomiłeś mnie ani słowem? Wszak każda chwila pobytu mojego pod twoim dachem, jest dla ciebie dobrowolnem kompromitowaniem się wobec rządu... Wybacz mi, kochany chłopcze, lecz prawdę mówiąc, nie pomyślałem nawet, że mogę ci sprawić jakikolwiek kłopot tego rodzaju, pewny byłem, że wszystko pomyślnie się zakończy. Ale z serca ci dziękuję, tobie i Wilhelmowi, żeście mnie przygarnęli w swoim domu i dali spokojny wypoczynek staremu tułaczowi, staremu waryatowi, jakim już pozostanę do końca życia.
Błagano go, by został do jutra rana, lecz nie dał się uprosić. Wiedział, że około północy odchodzi pociąg idący do Brukselli, że zatem ma przed sobą tyle tylko czasu, ile go potrzeba, by zdążyć na dworzec kolei północnej. Nie chciał, by Morin towarzyszył mu w podróży, wiedząc, że jest on ubogim, a przytem obarczonym obowiązkową pracą. Pocóż więc ma narażać przyjaciela na wydatki, kiedy może wybornie sam dać sobie radę w podróży. Wogóle Barthès zachował wielki spokój i nie był zbyt zadziwionym tą nagłą odmianą cichego życia, jakie pędził pod dachem Piotra. Przywykł do takich nagłych zmian i uważał je za konieczność swego losu, był żydem wiecznym tułaczem w imię wolności, legendarnym skazańcem, którego męczeństwo przysposabia jaśniejszą przyszłość dla świata.
Około godziny dziesiątej pożegnał się z przyjaciółmi, a oczy zaszły mu łzami, gdy rzekł im wśród uścisków;
— Młodość moja już dawno minęła, stary jestem, i czuję, że teraz oni ostatni już wydali na mnie wyrok, już tu nie wrócę i kości złożę gdzieś w obcym, choć znanym kącie...
Lecz po raz ostatni ucałowawszy Wilhelma i Piotra, odzyskał zwykłą energię, a przestąpiwszy poza progi domu, przystanął wśród cichej ulicy i zawołał z nadzieją pełną dumy:
— A kto wie?... Może wrócę prędzej, aniżeli można przypuszczać! Tryumf idei może nastąpić zaraz jutro, a przyszłość należy do tych, którzy umieją dla niej pracować i wierzyć w owoce swej pracy!
Poszedł i znikł wśród ciemności, lecz długo jeszcze dochodził odgłos jego równego kroku, aż wreszcie przycichł i zgubił się w oddali.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.