Antychryst (Mereżkowski, 1907)/Antychryst

<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Antychryst
Pochodzenie Piotr i Aleksy
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wyd. 1907
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Walery Gostomski
Tytuł orygin. Антихрист
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ANTYCHRYST.
I.

Trumna z drzewa sosnowego
Dla mnie już jest wyciosana.
Będę sobie w niej spoczywać,
Głosu trąby oczekiwać.


Taka była pieśń raskolników-grabarzy. — »Za siedm tysięcy lat od stworzenia świata — mówili oni — będzie wtórne przyjście Chrystusowe, a jeśli go nie będzie, to i Ewangelię spalim, a innym księgom zawierzyć nie można.« I porzucali domy, role, stada, mienie, każdej nocy uchodzili w pola i lasy, odziewali się w białe koszule, kładli się w trumny, wyżłobione w kłodach drzewnych, i sami śpiewali sobie pieśni grobowe, w każdej chwili oczekując głosu trąby. Tak chcieli iść na spotkanie Chrystusa.
Naprzeciwko przylądku, utworzonego przez Newę i małą Newkę w najszerszem miejscu rzeki, w pobliżu gagaryńskich składów konopij, wpośród łodzi, galer, tratew, stały dębowe tratwy carewicza Aleksego, spławione z kraju Niżegorodzkiego do Petersburga dla doków admiralicyi. W noc święta Wenery na jednej z tych tratew siedział stary flisak, przyodziany w kożuch barani, pomimo gorącej pory roku, i obuty w łapcie. Zwano go głupim Iwanuszką i poczytywano za pół szaleńca, pół świętego. Już od trzydziestu lat, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok czuwał aż do pierwszego piania koguta w oczekiwaniu przyjścia Chrystusa, śpiewając zawsze tę samą piosnkę »grabarzy«.
Siedział tuż nad wodą na śliskich balach drzewa, zgięty w pół, obejmując własne kolana, i patrzał zawsze w tem samem oczekiwaniu na świtające pośród czarnych chmur zielono-złociste przebłyski nieba. Nieruchomy jego wzrok i nieruchome oblicze pełne były trwogi i nadziei. — Śpiewał przeciągłym, tęsknym głosem:

Trumna z drzewa sosnowego
Dla mnie już jest wyciosana.
Redę sobie w niej spoczywać,
Głosu trąby oczekiwać;
Anioły boże zatrąbią,
W trumnach zmarli się obudzą,
Pójdę wtedy na sąd boży.
A do Boga dwie są drogi,
Szerokie i długie: Jedna droga prowadzi

Do Królestwa niebieskiego.
A druga droga zawiedzie
Do mroku piekielnego.

— Iwanuszka, chodź na wieczerzę — odezwał się głos z drugiego końca tratwy, gdzie na kamieniach płonął ogień; i kociołek widać w nim było zawieszony na trzech złożonych na krzyż żelaznych prętach.
Iwanuszka nie słyszał i śpiewał dalej.
Dokoła ognia siedzieli i rozmawiali oprócz flisaków i burłaków: stary raskolnik Korneli, głoszący samopalenie i wędrujący z Pomorza do Kierżańskich lasów za Wołgą; jego uczeń, zbiegły żak moskiewski, Tichon Zapolski; zbiegły artylerzysta astrachański, Aleksy Semisażeny; zbiegły majtek z zarządu admiralicyi, Iwan Iwanow syn Budłowa; poddiaczy Łarion Dukukin; stara Witalia z sekty biegunów, wiodąca, jak sama mówiła, żywot ptasi, w wiecznej podróży, z powodu czego zwano ją Witalią, bo wszędzie witała, nigdzie dłużej nie zatrzymując się; jej nierozłączna towarzyszka Kilikia Bosa, opętana, która w wątrobie djabelskie opętanie miała — i inni różnego stanu i pochodzenia »ludzie ukryci«, uciekający od nadmiernych podatków, powinności żołnierskich, od katorgi, rwania nozdrzy, golenia bród, dwupalcowego żegnania się i »innych strachów antychrystowych«.
— Żałość na mnie wielka napadła — mówiła stara Witalia, choć cała pomarszczona jak jabłko jesienne, ale żwawa jeszcze i ruchliwa niewiasta — a za czem żałość, to i sama nie wiem. Dni takie ciemne zawsze, choć słońce niby świeci jak dawniej.
— Ostatnie dni czasu, dni żałości. Strach antychrystowy powiał po świecie, to i na sercu ciężko — tłómaczył Korneli, chuderlawy staruszek ze zwykłą twarzą chłopską, ospowaty, jakby przyślepy, chociaż w istocie rzeczy posiadał wzrok bystry. Odziany był w kaptur raskolniczy, przypominający kaptur mniszy, i w opończę czarną zrudziałą, a przepasany pasem skórzanym z rzemiennym również różańcem. Za każdym jego poruszeniem słychać było cichy brzęk łańcucha z krzyżów żelaznych, który nosił na ciele.
— I mnie się tak widzi Ojcze Korneli — ciągnęła dalej stara — nie może być, tylko ostatni to już wiek dożywamy. Nie wiele nam jeszcze życia, mówią; przyjdzie koniec w pierwszej ćwierci ósmego tysiąca.
— Nie — odpowiedział starzec z przekonaniem — i tego nie doczekamy.
— Boże miłościwy! — ciężko ktoś westchnął.
— Bóg wie wszystko, a my wiemy tylko, że Bóg się zmiłuje.
Wszyscy zamilkli. Chmury zakryły świt poranny. Niebo i Newa pociemniały. Światła błyskawic stawały się jaskrawsze i w odblaskach ich błyszczała cienka igła twierdzy petropawłowskiej, odbijając się w Newie. Kamienne bastyony czerniły się i widać było brzegi z nizkimi budynkami składów towarowych i spichlerzy lnu. Zdala, na przeciwległym brzegu, pomiędzy drzewami ogrodu letniego, błyszczały światła illuminacyi. Z wysp poblizkich napływały oddechy późnej wiosny: zapachy sosny, brzozy i osiny. Mała gromadka ludzi na płaskiej, czerniejącej na wodzie tratwie, oświecona czerwonem światłem, pomiędzy czarnemi burzliwemi chmurami i czarną, gładką powierzchnią rzeki, wydawała się samotną, zagubioną, wiszącą w powietrzu pomiędzy dwoma niebiosami, dwoma przepaściami.
Skoro wszyscy umilkli, nastała cisza; słychać było tylko cichy plusk wody o brzegi tratwy, a z drugiego jej końca dochodziła jednostajna, smętna pieśń Iwanuszki.
— A cóż moje sokoły — zaczęła opętana Kilikia, młoda jeszcze kobieta z przeźroczystą, jakby woskową twarzą i z odmrożonemi (chodziła zawsze boso w najsroższe mrozy) straszliwie czarnemi nogami, przypominającemi korzenie starego drzewa. — A cóż, prawda li to, co ludzie mówią i tutaj nawet w Petersburgu na rynku: cara teraz na Rusi nie ma wcale, a ten co jest car, to nie prawdziwy, nie ruskiego rodu i nie carskiej krwi, ale lubo niemiecki syn lubo Szwed jakiś.
— Nie Szwed, nie Niemiec, ale żyd przeklęty z pokolenia Danowa — oznajmił stary Korneli.
— O Boże! Boże! — ciężko znów ktoś westchnął.
— Widzisz, jako upadł za dni naszych ród carski.
Powstał spór o Piotra: czy Niemiec jest, czy Szwed, czy żyd.
— A czort jego wie, kto on taki! Czy wiedźmia go w moździerzu wysiedziała, czy w łaźni z wilgotności się zrodził; a to tylko widno, że chytry czarownik — odezwał się zbiegły majtek, Budłow, człowiek lat 30, z twarzą intelligentną, niegdyś zapewne piękną, teraz oszpeconą czarnem piętnem katorżnika na czole i wyrwanemi nozdrzami.
— Ja to ojcowi moi wiem dobrze wszystko o hosudarze — rzekła Witalia. — Słyszałem o tem na Kerżeńcu od starej jednej baby żebrzącej; a i zakonnice z Woznieseńskiego klasztoru tak samo o nim powiadały. Kiedy nasz car pobożny Piotr Aleksiewicz za morzem był w niemieckiej ziemi i chodził po niej, udał się do kraju Stekolnego, a w niemieckiej ziemi nad stekolnem państwem króluje panna — a ta panna, zwymyślawszy cara, na rozpalonym piecu posadziła, a potem w beczce z gwoździami zakuła i na morze puściła.
— Nie, nie w beczkę zamknęła — ktoś poprawił — a w wieży zamurowała.
— W wieży, czy beczce, a przepadł bez wieści — ani słuchu o nim. A na jego miejsce przyszedł stamtąd też z za morza żyd przeklęty z pokolenia Danowa z nieczystej dziewicy urodzony. I nikt go wtedy nie poznał. A gdy do Moskwy przyjechał wszystko po żydowsku czynił. Patryarchę o błogosławieństwo nie prosił, świętym relikwiom się nie pokłonił, bo wiedział przeklętnik, że siła boska nie dopuści go do miejsca świętego; i grobów dawnych carów nie uczcił, bo oni mu cudzy i nienawistni. Nikogo z rodu carskiego, ani carowej, ani carewicza nie widział, bo bał się, że mu powiedzą: ty nie nasz, ty nie car, a żyd przeklęty. Narodowi w dzień noworoczny też się nie pokazał, bo wiedział, że pozna się na nim. Świętych postów nie zachowywał, do cerkwi nie chodził, w łaźni się nie mył, żył tylko z Niemcami, poganami i teraz w państwie moskiewskiem każdy Niemiec ma pierwszeństwo i wyżej jest od bojaryna i od samego patryarchy. A on przeklęty żydowin z Niemkami rozpustnemi tańcuje i wina spija i ze swemi pijanicami przedrzeźnia świętych patryarchów i metropolitów i całe święte chrześciańskie nabożeństwo.
— I tak to pełni się przepowiednia proroka Daniela: spustoszenie na miejscu świętem się stało — dokończył stary Korneli.
Dały się słyszeć różne głosy.
— Carowa Audocya Teodorówna w klasztorze suzdalskim zamknięta siedzi i mówi: trzymajcie się, chowajcie wiarę chrześciańską, to nie mój car, a włóczęga jakiś.
— I carewicza ku sobie chce skłonić, ale carewicz go nie słucha. To też chce go tronu pozbawić.
— O Boże! Boże! jakie czasy nastały: ojciec na syna, a syn na ojca!
— Co on mu tam za ojciec. Sam carewicz mówi, że to nie ojciec mój ani car.
— Car Niemców miłuje, a carewicz niecierpi ich. Dajcie mi, mówi, czasu, już ja ich przepędzę. Przychodzi do niego Niemiec i gada nie wiedzieć jakie słowa, a carewicz na nim odzież spalił i samego oparzył. Niemiec poskarżył się carowi, a ten powiedział: po co do niego chodzicie? Dopóki ja żyję i wy żyjecie.
— Tak jest! Wszyscy mówią: skoro na carstwie zasiądzie miłościwy nasz pan, Aleksy Piotrowicz, wtedy car Piotr Aleksiewicz precz sobie pójdzie, a z nim i wszyscy inni.
— Prawdziwie, prawdziwie tak! — przytakiwały radosne głosy. — Carewicz dba o dawne rzeczy.
— Człek bogomyślny!
— Nadzieja rosyjska!
— Wiele baśni babskich krąży teraz w narodzie. Wszystkiemu wierzyć nie można — prze mówił Iwan Budłow i wszyscy mimowoli poczęli pilnie słuchać jego spokojnych i trzeźwych słów. — A ja powiem: Szwed-li on, Niemiec, czy żyd — czort jego wie, co on za jeden, ale to pewna, że odkąd go Bóg na carstwie posadził, jasnych dni my nie zaznali. Coraz ciężej na świecie, i odetchnąć nic można. Ot, choćby wziąć naszych żołnierzy: piętnaście lat ze Szwedem wojujem i cóż my sprawili? A krwi swojej nie żałując, mnóstwo tej przelali i spokoju dotąd nie zaznalim; latem i jesienią po morzach żeglujem, a zimujemy na kamieniach; chłodu i głodu niemało zaznamy. Państwo swoje całe spustoszył, że w niektórych miejscach i owcy u chłopa nie znajdziesz. Mówią: mądra głowa, mądra głowa. Gdyby głowa mądra była, toćby biedę ludzką poznał. Gdzież to mądrość jego widzim? Prawa różne ogłosił, senat ustanowił i cóż stąd za korzyść? Tylko pieniędzy biorą dużo, a czyż tym, co się skarżą, od tego lepiej? Czy choć jednemu prędzej sprawiedliwość wymierzyli? Ot, co tu gadać!... Całemu narodowi bieda. Dusze chrześciańskie z nas wyciska, ostatnie życie w nas zabija. Jak to Bóg cierpi takie niemiłosierdzie. Ale nie może się tak skończyć. Krew nasza na głowy ich spadnie.
Nagle jedna ze słuchających kobiet, dotąd milcząca Alena Efimowa, z pełną dobroci twarzą, ujęła się za carem.
— Co my o tem powiedzieć możemy — cicho odezwała się, jakby do siebie samej — tylko modlić się nam: nawróć Panie cara na naszą wiarę chrześciańską.
Odezwały się głosy protestujące.
— Co on za car? Carzątko bezrozumne.
— Zżydział całkiem. Żyć nie może, jeśli krwi nie pije. Którego dnia jej zakosztuje, tego wesół, a gdy mu jej zbraknie, to i chleb mu nie do smaku.
— Bodaj go ziemia pochłonęła.
— Durnie wy wszyscy, psie syny! — krzyknął nagle ze wściekłością artylerzysta Aleksy, zwany Siedmiosążniowym, ogromny chłop, rudy, z twarzą na pół zwierzęcą, na pół dziecinną. — Durnie wy, że za siebie ująć się nie umiecie. Toż zagubiliście ciała i dusze. Na kapustę was posiekają. Ot jegoby wziąć, a na kawałki posiekać, na sztuki rozedrzeć.
Alena Afimowna tylko westchnęła cicho i przeżegnała się. Słowa te, jak mówiła później, jak ogniem ją sparzyły. Inni obejrzeli się ze strachem na Siedmiosążniowego. A on oczy nabiegłe krwią w jeden punkt utkwił, ścisnął kułaki i dodał zcicha, jakby w zamyśleniu, ale w tej cichości było coś straszniejszego jeszcze, niż wściekłość:
— Dziwno mi, że go dotąd nie sprzątnęli. Jeździ rankami i późno po nocach sam prawie. Możnaby w pięciu jak nic go zarżnąć.
Alena zbladła, chciała coś powiedzieć, ale tylko bezdźwięcznie poruszyła wargami.
— Chcieli cara trzy razy zabić — odezwał się stary Korneli — ale nie zabiją go; dyabły chodzą za nim i strzegą go.
Mały, z chorowitą, wynędzniałą od pijaństwa twarzą żołnierzyk, zbiegły rekrut, Pietko Źizła, jął opowiadać żałosnym głosem, jąkając się, o tem, iż z za morza przywieziono carowi żelaza do piętnowania ludzi i strzegą ich w ukryciu na wyspie jeziora Kottina. Żołnierze dzień i noc na warcie przy nich stoją.
Były to znaki rekruckie, zaprowadzone przez Piotra, o których w roku 1712 pisał car do jenerała upełnomocnionego, księcia Jakóba Dołgorukiego: — »a dla poznaki rekrutów znaczyć — na lewej ręce nakłuwać igłą krzyże i nacierać prochem«.
— Kogo przypieczętują, temu i chleba dadzą, a na kim pieczęci nie będzie, ten chleba nie dostanie, choć z głodu umieraj. Och bracia, bracia kochani, straszna rzecz!
— Z głodu wszyscy cisnąć się będą do syna zatracenia i pokłonią mu się — potwierdził stary Korneli.
— A innych to już napiętnowali — ciągnął dalej Pietko — i mnie oto i mnie nieszczęśliwego.
Z trudnością prawą ręką podniósł bezwładnie wiszącą lewą rękę i przy świetle ogniska pokazał obecnym między wielkim a wskazującym palcem piętno rekruckie, wybite igłami żelaznemi stępla rządowego.
— Jak tylko przypieczętowali, ręka schnąć poczęła. Schnęła i wyschła: najprzód lewa, a potem i prawa. Chcę się przeżegnać, nie mogę podnieść ręki.
Wszyscy ze strachem poczęli oglądać ciemne piętno na blado żółtej skórze wyschłej, jakby martwej ręki.
— Taż sama to jest — rzekł stary Korneli — pieczęć antychrystowa. Bo oto tak powiedziano naznaczy ich znamieniem na rękach, a kto przyjmie pieczęć, ten znaku Krzyża świętego nie będzie już mógł uczynić i ręka tego człowieka związana będzie nie węzłami a klątwą — i tacy nie zaznają skruchy.
— Och bracia, bracia! Co ze mną uczynili. Gdybym to wiedział, nie dałbym im ręki żywej. Człowieka oto jak bydle na zgubę naznaczyli — żałośnie ze szlochaniem zawodził Pietko i łzy gęsto spływały mu po dziecięcej twarzy.
— Ojcowie moi — zawołała nagle składając ręce Kilikia jakby uderzona niespodzianą myślą — wszystko, wszystko na jedno się zgadza: toć car Piotr jest...
Nie dokończyła; straszne słowo zamarło jej na wargach.
— A ty coś myślała? — zapytał patrząc na nią ostremi, jakby przeszywającemi oczami stary Korneli. — On sam to jest!
— Nie lękajcie się, to jeszcze nie on, może jego poprzednik.... — próbował oponować Dokukin.
Ale Korneli wstał, wyprostował się, zabrzęczał swemi łańcuchami z krzyżów żelaznych, podniósł rękę, przeżegnał się dwoma palcami i zawołał uroczyście:
— Słuchajcie ludzie prawosławni! Kto panuje, kto włada nad nami od lata 1666, liczby Zwierza. Naprzód car Alexsy Michajłowicz z patryarchą Nikonem wiarę świętą porzucił i Zwierza zwiastował; a po nich car Piotr prawą wiarę do reszty wykorzenił, kazał, aby patryarchy nie było i wszelką władzę kościelną i bożą sam pochwycił przeciwko Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi, sam jedyną bezgłówną głową kościoła świętego się uczynił, i pasterzem samowładnym; a zazdroszcząc pierwszeństwa Chrystusowi, o którem powiedziano: »jam jest pierwszy i ostatni«, nazwał siebie »Piotrem pierwszym«. I w r. 1700 w pierwszym dniu stycznia, podczas uciechy ognistej, ogłosił nowy rok dawnego bogi rzymskiego, Janusa: jako czas jego teraz nastał, i w pieśni kościelnej na zwycięstwo połtawskie nad Szwedem, Chrystusem siebie zowie. A przy swoich uroczystych przybyciach do Moskwy we wrotach tryumfalnych i w pochodach kazał chłopców małych w białe suknie odziać, aby wołali: Błogosławiony ten, co w imię Pana przybywa. Hosanna na wysokościach! Sam Bóg Pan nam się zjawił, — jak to za dopuszczeniem bożem dzieci żydowskie na wjazd w Jeruzalem chwałę Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi głosiły. I tak tytułami swymi ponad chwałę bożą się wynosi. Proroctwa się spełniają: pod imieniem Szymona Piotra ma zjawić się w Rzymie dumny książę świata tego — Antychryst. Widzimy oto, jak zjawił się w Rosyi, która jest trzeci Rzym, on Piotr, syn zatracenia, bluźnierca i wróg boży, który i jest Antychryst. I tak też napisano: we wszem podchlebca, upodobniać się chce Synowi bożemu. Takoż i on Piotr, podchlebca, ludziom na pozór dobrze czyni: szkoły i szpitale zakłada; nie polityczny naród rosyjski w krótki czas politycznym jako inne narody europejskie uczynił; państwo rozszerzył, wrócił mu ziemie zabrane, to co się rozsypywało umocnił, uniżonych podniósł, stare odnowił, śpiące z niewiadomości zbudził. Ja dobro — ja pokorny — ja miłościwy. Przyjdźcie wszyscy, a pokłońcie się mnie Bogu żywemu i silnemu, albowiem ja Bóg a innego Boga niema okrom mnie. Tak to oszukuje ów Zwierz, o którym powiedziano: Zwierz ten straszny i niczemu nie podobny. Tak pod skórę owczą skrył się wilk luty, aby wszystkich porwać i pożreć. Słuchajcie tedy ludzie prawosławni słowa proroczego, wyjdźcie, wyjdźcie ludzie moi z Babilonu! Zbawcie się, bo niema zbawienia w grodach żywych; uciekajcie wierni, prześladowani, bo grodu prawdziwego nie macie, wy co oczekujecie mającego przyjść, uciekajcie w lasy i puszcze, skryjcie wasze głowy pod ziemię w górach, jaskiniach i przepaściach, albowiem sami bracia widzicie, jako na kupie wszelkiej złości stoimy. Sam nastał istny Antychryst i na nim wiek ten się skończy. Amen.
Zamilkł. Oślepiająca błyskawica oświeciła go nagle od stóp do głowy i patrzącym nań mały ów staruszek w jaskrawym blasku wydał się olbrzymem, a głuchy, jakby podziemny odgłos grzmotu echem słów jego, które napełniły niebo i ziemię. Umilkł i wszyscy milczeli. Nastała znów taka cisza, że słychać było senne pluskanie fali, omywającej brzegi tratwy, a z drugiego jej końca dochodziła przeciągła, tęskna pieśń Iwanuszki:

Trumny, wy trumny, kłody dębowe,
Wszystkim wy trumny groby wieczyste,
Ku wieczorowi dzień się już zbliża,
Siekiera leży już przy korzeniu;
Wnet już nastanie czas ostateczny.

Dźwięki tej pieśni jeszcze głębszą, posępniejszą uczyniły ciszę.
Wtem ze świstem i hukiem wzbiła się rakieta i w mrocznych wyżynach rozsypała się deszczem gwiazd tęczowych. Newa, odbijając je, podwoiła blaski w swem czarnem zwierciadle. Zajaśniały ognie sztuczne; zapłonęły tarcze z przeźroczymi obrazami; zakręciły się koła ogniste. Wytrysły ogniste fontanny. W górze zajaśniały pałace czy świątynie z bielejących jak słońce płomieni. Z galeryi nad Newą, gdzie stał posąg Wenery, doleciał po gładkiej wód powierzchni okrzyk ucztujących: »Vivat! vivat! vivat! Piotr Wielki, Ojciec ojczyzny, Imperator Wszechrosyjski!« — I muzyka zabrzmiała.
— Owo widzicie bracia dopełnia się znak ostatni — zawołał stary Korneli, wskazując ognie sztuczne — jak święty Hipolit świadczy: wysławiać go będą, Antychrysta, pieśniami i głosami rozlicznemi, wołaniem donośnem i światło ponad wszystkie światła oświeci go, władcę mroku. Dzień ciemnością się stanie, a noc dniem; miesiąc i słońce w krew się obrócą i ogień z nieba zstąpi.
We wnętrzu pałacu ognistego okazał się obraz Piotra, rzeźbiarza Rosyi, nowego Prometeusza.
— I wszyscy mu się pokłonią — kończył starzec — i zawołają: Vivat! vivat! Kto podobny Zwierzowi temu? Kto wojować z nim będzie? On nam ogień z niebios sprowadził.
Wszyscy patrzeli na ognie sztuczne w osłupieniu trwogi. Skoro zaś w kłębach dymu oświeconych ogniami bengalskiemi dał się widzieć płynący po Newie cudotwór — zdało im się, że to jest przepowiedziany Zwierz z przepaści wychodzący. I oczekiwali, że zbliży się, że przyjdzie do nich, idąc po wodzie suchemi stopami, lub przyleci w gromach i błyskawicach na skrzydłach ognistych z niezliczonymi zastępami Antychrysta.
— Och! bracia, bracia — wołał, szlochając i drżąc, zbiegły rekrut Pietko. — Straszno o nim mówić, a on może już blizko nas.
— Nie wiedzieć skąd padł na was taki strach babski. Kół osinowy mu w gardło i koniec — zaczął nadrabiając miną Siedmiosążniowy; ale wnet pobladł i zadrżał, skoro siedząca obok niego Kilikia opętana padła na wznak, poczęła się rzucać i krzyczeć w konwulsyach.
Ta Kilikia w dzieciństwie już zachorowała od uroku złego. Raz, jak sama opowiadała, nalała jej kapuśniaku do miski zła macocha i podając mruczała: łykaj sobie, czort z tobą. — W trzy tygodnie potem Kilikia zachorowała i słyszała jak w wątrobie coś jej warczało niby szczenię; to warczenie wszyscy słyszeli i odtąd w wątrobie ma opętanie dyabelskie i mówi różnemi mowami ludzkiemi i zwierzęcemi. Sadzali ją do więzienia wedle ukazu carskiego o opętanych, sądzili, badali, bili pletnią. Ona obiecywała przy świadkach i za podpisem własnem, jako nadal krzyczeć nie będzie, pod grozą kary knutu, więzienia i zsyłki do ciężkich robót. Ale pletnie nie pomogły, dyabła nie wygnały i Kilikia wciąż krzyczała. I teraz powtarzała: Oj ciężko, ciężko!...i śmiała się i płakała, szczekała jak pies, beczała jak owca, skrzeczała żabim głosem, kwiczała świńskim i różne inne głosy z siebie wydawała. Znajdujący się na tratwie pies, rozbudzony tymi krzykami, wyszedł z budy i podjąwszy pysk ku górze w stronę ogni sztucznych zawył przeciągle i żałośnie. Wycie psa zlało się z krzykami opętanej w jeden głos straszliwy.
Oblali wodą Kilikię. Starzec nachyliwszy się nad nią odmawiał zaklęcia na wygnanie dyabłów. Na koniec ucichła i zasnęła martwym, twardym snem.
Ognie sztuczne zagasły. Węgle w ognisku na tratwie słabo tlały. Mrok nastał. I nic się nie stało. Antychryst nie przyszedł. Ale niepokój trwożny zapanował na tratwie, okropniejszy od wszystkich okropności. Jak przedtem, zebrani na niej ludzie siedzieli między czarnem niebem i wodą czarną małą gromadką, samotną, zgubioną, jakby wiszącą w powietrzu pomiędzy dwoma niebiosami. Dokoła był spokój. Tratwa stała w miejscu nieruchoma, ale im się zdało, że lecą na złamanie karku w ten mrok i czarną przepaść — prosto w paszczę samego Zwierza na zgubę i zatracenie.
I w tym czarnym gorącym mroku drżącym niekiedy od niebieskich błysków z Ogrodu letniego dochodziły delikatne dźwięki menueta, jako tęskne westchnienie miłości z królestwa Wenery, gdzie pasterz Dafnis rozwiązywał pasek pasterce Chloi:

Porzuć strzały swe Kupido,
Już my wszyscy urażeni
Słodko mile porażeni.



II.

Niedaleko od tratew carewicza stała na Newie wielka łódź z Archangielska, naładowana hołmogórskiemi naczyniami glinianemi. Właściciel jej, bogaty kupiec, Puszników, należący do raskolników-pomorzan, ukrywał u siebie zbiegłych »utajonych ludzi« starej wiary. Pod pomostem łodzi znajdowały się małe komórki z desek. W jednej z nich miała swoje schronienie Alena Efimowa.
Była ona włościanką, żoną majstra mennicznego, Maksyma Eremiejewa, tajnego ikonoklasty. Gdy spalono Fomkę cyrulika, głównego nauczyciela ikonoklastów, Eremiejew uciekł, pozostawiając swą żonę. Ona sama była przez pół raskolniczką, przez pół prawosławną; żegnała się dwoma palcami z namowy pewnego starca, który ją kiedyś upewniał, że »przeżegnaniem trzechpalcowem Boga nie uprosi«, ale chodziła do cerkwi prawosławnej i spowiadała się u prawosławnych duchownych. Pomimo strasznych rzeczy, jakie słyszała o Piotrze, wierzyła ona, że jest on prawdziwy car ruski i czciła go jako takiego. Błagała Boga, aby mogła widzieć jego Carską Wysokość i w tym celu do Petersburga przybyła. Jedna myśl jej nie odstępowała: Uprosić u Boga nawrócenie cara na wiarę ojców, aby przestał prześladować ludzi starej wiary i aby ci połączyli się znów z Kościołem prawosławnym. Chodziła po klasztorach, dawała jałmużny, biła pokłony Bogu za cara.
Po rozmowie na tratwie, powróciwszy do swej kryjówki, skoro jęła rozważać wszystko, co słyszała tej nocy o Piotrze, pierwszy raz w życiu popadła w zwątpienie: Czy nieprawdą jest, co mówią o carze, czy można modlić się za niego?
Długo leżała w ciemnościach z szeroko otwartemi oczami, zimnym potem oblana. Wreszcie wstała, zaświeciła mały ogarek woskowy, postawiła go w kącie swej komórki przed wiszącą na desce ikoną Bogarodzicy, padła na kolana, złożyła trzysta pokłonów i zaczęła się modlić ze łzami i westchnieniami rozpaczliwą modlitwą, którą sama sobie ułożyła i zaszyła w zasłonie, ofiarowanej do obrazu w Soborze Uspiańskim.
— Usłysz święta cerkwi soborna z tronami twemi cherubińskimi i serafińskimi, z prorokami i praojcami, z męczennikami świętymi i z Ewangelią świętą i wiele słów w tej Ewangelii — wszyscy wy pomnijcie o carze naszym Piotrze Aleksiejewiczu. Usłysz święta cerkwi soborna apostolska ze wszemi ikonami i obrazkami małymi, ze wszemi księgami apostolskiemi i lampami świętemi i kadzielnicami i świecami i szatami kapłańskiemi, ścianami kamiennemi i żelaznemi płytami i z wszelkiemi płodorodnemi drzewami i kwiatami! O słońce krasne i ty módl się do króla niebieskiego za króla naszego Piotra! I ty miesiączku młody za gwiazdami! I niebo z obłokami! I chmury burzliwe z wiatrami bujnymi i wichrami! I ptaki niebieskie! I morze sine z wielkiemi rzekami i małymi strumieniami i jeziorami. Módlcie się wszyscy do Króla niebieskiego za króla naszego Piotra! I ryby morskie i bydlęta polne i zwierzęta leśne i pola i lasy i góry i ziemio rodzona, módlcie się wszyscy do Króla niebieskiego za króla naszego Piotra!
Komórka Aleny oddzielona była przegrodą z desek od obszerniejszej nieco celi, w której mieszkał stary Korneli z uczniem swym Tichonem. Tichon milczał podczas całej rozmowy na tratwie, ale przysłuchiwał się jej z większym, niż ktokolwiek wzruszeniem. Skoro wszyscy się rozeszli, starzec popłynął czółnem na brzeg dla widzenia się i rozmowy z innymi raskolnikami o zamierzonem wielkiem samopaleniu się całych tysięcy prześladowanych starowierców w lasach kerżeńskich za Wołgą. Tichon powrócił do swej celi, legł na posłaniu, ale nie mógł zasnąć i rozmyślał nad tem, o czem słyszał podczas tej nocy. Czuł on, że od tych myśli zależy cała jego przyszłość, że zbliża się chwila, która jak nóż całe jego życie rozetnie na dwie połowy. »Jestem teraz jak na ostrzu noża — myślał sobie — na którą stronę upadnę, w tę stronę pójdę«.
Wraz z przyszłością i przeszłość stanęła mu w myśli. Tichon był jedynym synem, ostatnią odroślą znamienitego niegdyś, ale od dawna już prześladowanego i zbiedniałego rodu książąt Zapolskich. Matka umarła przy urodzeniu go. Ojciec, naczelnik strzelców, wziął udział w buncie, trzymał stronę Miłosławskich, starej Rusi i starej wiary przeciwko Piotrowi. Podczas śledztwa 1698 roku skazany był na śmierć, poddany torturom i stracony w Kremlu na placu Czerwonym. Wszyscy jego krewni i przyjaciele straceni również byli, lub zesłani. Siedmioletni Tichon pozostał zupełnym sierotą na opiece starego sługi Eliana Pachomycza. — Dziecko to było wątłe i chorowite, podlegało chorobie podobnej do epilepsyi. Przywiązane było namiętnie do ojca. Lękając się o zdrowie chłopca, Pachomycz ukrywał przed nim śmierć ojca; wmawiał mu, że ojciec wyjechał w daleką podróż; ale malec płakał, tęsknił, jak cień błądził po ogromnym opustoszałym domu i sercem przeczuwał swe nieszczęście. Wreszcie nie wytrzymał: pewnego razu po długich daremnych wypytywaniach zbiegł z domu sam jeden, aby dostać się do Kremla, gdzie mieszkał wuj jego i od niego dowiedzieć się czegoś o ojcu. Ale wuj już nie żył, stracony został razem z ojcem Tichona.
Przy bramie Spaskiej malec spotkał olbrzymie wozy, naładowane pół nagimi, narzucanymi bezładnie trupami pomordowanych strzelców. Jak bydło porżnięte, wywożone z rzeźni, wieziono te zwłoki do wspólnej mogiły, do której wrzucano je wraz z wszelkiego rodzaju odpadkami i padliną. Taki był ukaz cara.
Z muru otaczającego Kremlin sterczały belki. Niezliczone trupy wisiały na nich jak połcie mięsa, albo jak solone ryby astrachańskie, które wieszano podobnie masami, susząc je na słońcu.
Lud milczący cisnął się tłumnie na placu Czerwonym, nie śmiejąc zbliżyć się do miejsca stracenia i zdala tylko nań patrząc. Przecisnąwszy się przez tłum, zobaczył Tichon długie i grube bale, służące za szafoty. Skazani na śmierć jedni przy drugich, niekiedy po trzydziestu ludzi odrazu, kładło na nich głowy szeregiem. W czasie, gdy car ucztował w pobliskim dworcu, którego okna wychodziły na plac, bojarowie z jego najbliższego otoczenia ścinali głowy. Niezadowolony z ich roboty — albowiem ręce nieumiejętnych katów drżały — kazał car przywieść do stołu, przy którym ucztował, dwudziestu skazańców i własnoręcznie ich tracił przy dźwiękach muzyki. Wychylał puchar i ścinał głowę; puchar za pucharem, cięcie za cięciem; wino i krew razem się lały; wino mięszało się z krwią.
Ujrzał też Tichon i szubienicę, wzniesioną na podobieństwo krzyża dla buntowniczych popów strzeleckich, których wieszał sam wszechmocny patryarcha Nikita Zotow; widział i mnóstwo używanych do tortur kół z przywiązanymi do nich członkami ciał torturowanych, a także żelazne pale, na których sterczały na wpół zgniłe głowy: ukaz carski wzbraniał je zdejmować, dopóki całkiem nie zgnije. Powietrze przepełnione było trupim odorem; kruki stadami unosiły się ponad placem. Chłopiec utkwił oczy w jedną z głów. Sterczała wyraźnie na tle przeźroczystego firmamentu, na którym unosiły się lekkie złociste i różowe obłoczki; w dali widniały płonące ogniście kopuły soborów Kremlu i słychać było odgłosy śpiewów nieszpornych.
Nagle zdało się Tichonowi, że wszystko — i niebo i kopuła cerkiewna i ziemia pod nim zachwiała się, że on sam w przepaść jakąś leci. W głowie sterczącej na palu z czarnymi otworami zamiast wyciekłych oczu, poznał głowę ojca.
Zagrzmiał odgłos bębnów. Z poza węgła wystąpiła rota Preobrażeńców, otaczająca wozy z nowemi ofiarami. Skazańcy siedzieli w białych koszulach z gorejącemi świecami w rękach, ze spokojnemi zupełnie twarzami. Na przodzie jechał na koniu człowiek wysokiego wzrostu. Twarz jego spokojna też była, lecz straszna. Był to Piotr.
Tichon nigdy go przedtem nie widział, lecz teraz natychmiast poznał. I zdało mu się, że martwa głowa ojca z swemi pustemi oczodołami patrzy prosto w oczy cara. W tej chwili padł bez zmysłów. Cofający się przed Piotrem tłum rozdeptałby chłopca, gdyby nie spostrzegł go stary przyjaciel Pachomycza, niejaki Grzegorz Talicki. Podjął go z ziemi i odniósł do domu. Tichon tej nocy dostał takich gwałtownych konwulsyj, jakich nigdy przedtem nie miał. Zaledwie zdołano go utrzymać przy życiu.
Grzegorz Talicki, człowiek nieznany i biedny, utrzymujący się z przepisywania starych ksiąg i rękopisów, jeden z pierwszych zaczął dowodzić, że Piotr jest Antychrystem. Oskarżono go następnie przy śledztwie, jako powodowany wielką gorliwością przeciw Antychrystowi, z zabobonnym strachem zaczął głosić pomiędzy ludem złe i buntownicze rzeczy przeciwko carowi. Ułożywszy pismo o przyjściu Antychrysta i o końcu świata, rozrzucił je pomiędzy ludem, aby go buntować przeciwko carowi. Grzegorz bywał często u Pachomycza i rozprawiał z nim o carze-antychryście i o czasach ostatecznych. Stary Korneli, mieszkający wówczas w Moskwie, uczestniczył też w tych rozprawach. Mały Tichon przysłuchiwał się rozmowom trzech starców, którzy jak kruki złowieszcze o zmierzchu w opustoszałym domu zbierali się i krakali: »Zbliża się koniec wieku, nastały czasy ostatnie, lata przyszły, lata ciężkie! Zbrakło wiary prawej, nie stało murów obronnych, nie stało słupów mocnych, zginęła wiara chrześciańska. A w czasy ostateczne będzie przyjście antychrysta: ziemia cała się zapali, wypali się w głąb na sześćdziesiąt łokci za wielkie nasze bezprawia«. I opowiadali o ukazującym się widzeniu straszliwego, czarnego węża, który w cerkwiach nikoniańskich podczas nabożeństwa wisi na ramionach archirejów na miejscu świętej stuły, albo nocą pełza dokoła murów dworca carskiego, wpełza do komnat i szepce carowi na ucho. I te rozmowy ponure przechodziły w bardziej jeszcze ponure pieśni:

Mówi Chrystus Król Niebieski:
Och, wy ludzie, moi ludzie.
Uciekajcie wy w pustynie,
W lasy ciemne i w wertepy;
Zasypujcie się, o mili,
Rudo-zółtemi piaskami,

Piaskami i popiołami,
Umierajcie moi mili,
Nie umrzecie — ożyjecie,
Królestwo boże osiągnięcie.

Ze szczególną ciekawością przysłuchiwał się chłopiec powieściom o monasterach, ukrytych wśród lasów i topieli za Wołgą, o niewidzialnym grodzie Kirteży na jeziorze Światłojarze. Miejsce to wydaje się zupełną puszczą leśną. Ale są tam i cerkwie, i domy, i monastery, i mnóstwo ludzi. Podczas nocy letnich słychać na jeziorze odgłos dzwonów; a w przeźroczej wodzie odbijają się złote kopuły cerkiewne. Tam to prawdziwe jest królestwo ziemskie: i pokój, i cisza, i radość wieczna. Święci ojcowie rozkwitli tam jak lilie, jak cyprysy i drzewa figowe, jak różnobarwne wisiory i gwiazdy niebieskie; z ust ich płynie nieustanna modlitwa do Boga, jak tymian wonny i kadzidło wybrane. A skoro noc nastąpi, modlitwa ich widzialną się staje na kształt iskrzących słupów płomienistych, od których tak silne bije światło, iż można czytać i pisać przy niem bez świecy. Umiłował ich Pan i chroni jak źrenice oka, przykrywając niewidzialną swą dłonią aż do skończenia wieków.
I nie zaznają oni niedoli, ni smutku, od Zwierza Antychrysta, tylko o nas grzesznych dzień i noc się troszczą i boleją nad odstępstwem naszem i wszego carstwa rosyjskiego, w którem Antychryst panuje. Do grodu niewidzialnego przez gąszcze i knieje jedna tylko wąska wiedzie ścieżka, otoczona wszelakiemi dziwami i strachami, ścieżka Batyja, której nikt nie znajdzie, krom wybranych przez Boga samego, aby przebywali w tem schronieniu świętem.
Słysząc te opowieści, wyrywał się Tichon w te lasy i pustynie. Z niewypowiedzianą, a słodką tęsknotą powtarzał za Pachomyczem stary wiersz o młodym pustelniku Jozafie carewiczu:

Matko ty krasna pustynio!
Pójdę przez lasy, moczary,
Pójdę przez góry, wertepy,
Postawię chatkę maleńką,
Rad w niej swą młodość ukryję,
Ja młody Jozafi carewicz
W zielonej w krasnej dąbrowie;
Kukułka kukać w niej będzie
I głos swój miły wypuści
I ona uczyć mnie będzie.
U ciebie matko pustynio
Kłody zgniłe —
Rajską mnie karmią
Słodyczą cukrową,
A wody chłodne
Napojem miodowym.

Od najwcześniejszego dzieciństwa doznawał niekiedy Tichon, szczególniej przed atakami swej choroby, osobliwego uczucia, które, do żadnego innego niepodobne, pełne było przestrachu, a zarazem słodyczy jakowejś, zawsze nowe i zawsze znane dobrze. W uczuciu tem bywał strach i zadziwienie i wspomnienie jakby z innego jakiegoś świata, ale najwięcej — ciekawości i pragnienie, aby stało się coś, co stać się miało. Nigdy z nikim o tem nie mówił i nie umiałby nawet wyrazić tego, co czuł. Następnie, kiedy zaczął myśleć i zastanawiać się, uczucie to zlewało się z myślą o końcu świata i o Wtórnem Przyjściu.
Niekiedy najbardziej złowieszcze krakania trzech starców nie czyniły na nim wrażenia. A jakaś rzecz przypadkowa: barwa, dźwięk, zapach, wzbudzały w nim to uczucie z niezwykłą siłą.
Dom jego stał na skłonie gór Worobjewych. Ogród zakończony był urwiskiem, z którego widna była cała Moskwa — grupy czarnych chat, przypominających wieś, a nad niemi sterczały białe mury Kremlu z kopułami złocistemi niezliczonych cerkwi. Z tego urwiska spoglądał nieraz chłopiec na owe wspaniałe a straszliwe zachody, które zdarzają się niekiedy późną, burzliwą jesienią. W martwo-sinych, liliowych, czarnych, niekiedy płomienisto-czerwonych, jakby okrwawionych chmurach, zdało mu się widzieć olbrzymiego węża, otaczającego w krąg całą Moskwę lub też Zwierza siedmiogłowego, na którym siedziała nierządnica z czaszą obrzydliwości, lub wojska aniołów, które ścigały czartów, rażąc ich ognistemi strzałami tak, iż rzeki krwi lały się po niebie. Niekiedy zjawiał mu się w blaskach tęczowych Sion, gród niewidzialny, zstępujący z nieba na ziemię w dniu chwały Pańskiej, w dniu Sądu ostatecznego. Jak gdyby tam na niebie pełniło się już w znakach tajemniczych to, co w przyszłości na ziemi ma się spełnić. I znane mu dobrze uczucie końca porywało go nagle. Toż samo uczucie budziły w nim i niektóre codzienne drobiazgi życia: zapach tytoniu, widok pierwszej, jaka mu się nastręczyła, książki ruskiej drukowanej w Amsterdamie wedle ukazu Piotra nowo wynalezionemi »grażdańskiemi literami«: widok napisów nad nowemi sklepami w słobodzie niemieckiej; szczególna forma peruk ze śmiesznymi lokami jak żydowskie pejsy lub psie uszy; szczególny wyraz na starych obliczach rosyjskich, nie dawno brodatych a co tylko ogolonych.
Pewnego razu ludzie carscy schwycili przy rogatce miejskiej ośmdziesięcioletniego dziada Jeremicicza, pasiecznika, który mieszkał w ogrodzie przy domu Tichona, schwycili go, ogolili przemocą brodę i oberznęli wedle oznaczonej miary do kolan poły długiego kaftana. Dziad powróciwszy do domu płakał jak dziecko; potem wkrótce zachorował i umarł ze zmartwienia. Tichon lubił i serdecznie żałował starca, ale na widok płaczącego z oberżniętą suknią i z ogoloną brodą dziada nie mógł wstrzymać się od śmiechu tak dziwnego i nienaturalnego, iż Pachomycz przestraszył się blizkiego ataku choroby. I w tym śmiechu była groza końca.
Raz zimą zjawiła się kometa — »gwiazda z ogonem« — jak ją zwał Pachomycz. Chłopiec od dawna chciał, lecz nie śmiał spojrzeć na nią; umyślnie odwracał się, mrużył oczy, aby jej nie widzieć. Ale ujrzał nagle, skoro raz wieczorem stary sługa niósł go na rękach do łaźni przez głuchy zaułek, zasypany śniegiem. Przy końcu zaułka, wśród czarnych chat, ponad białym śniegiem, nizko na samym skraju czarno sinego nieba jaśniała ogromna, przeźroczysta, delikatna gwiazda, z lekka nachylona, jakby uciekająca w dal niezmierną. Nie była ona straszna, lecz owszem jakby pokrewna, a tak pożądana, miła, iż Tichon patrzał ni nią i nie mógł się napatrzyć. Znane uczucie silniej niż kiedykolwiek ścisnęło mu serce trudnym do zniesienia zachwytem i przerażeniem. Wyciągnął do niej ręce, budząc się jakby z cichym sennym uśmiechem. I w tejże samej chwili trzymający go na ręku Pachomycz poczuł w ciele jego straszne wstrząśnienie. Krzyk wyrwał się z piersi chłopca: dostał drugiego ataku konwulsyi.
Kiedy skończył lat 16, oddano go, podobnie jak inne dzieci szlacheckie, do szkoły matematycznych i nawigacyjnych, to jest żeglarskich umiejętności. Szkoła ta znajdowała się w wieży Suchorewej, gdzie astronomicznemi badaniami zajmował się jenerał Jakób Brüss, poczytywany za czarnoksiężnika. Pewna przekupka, handlująca na ulicy Mieszczańskiej jabłkami, widziała, jak raz w czasie nocy zimowej Brüss leciał przez powietrze ze swej wieży wprost ku księżycowi, siedząc wierzchem na rurze od lunety. — Pachomycz za nic w świecie nie oddałby dziecka w takie przeklęte miejsce, ale zabrano je siłą.
Znajdowało się tam dużo podrostków szlacheckich, a nieraz nawet trzydziestoletnich i żonatych mężczyzn, których wynaleziono kryjących się przed nauką i pod konwojem wojskowym dostawiono do szkoły. Siedzieli oni z dziećmi na jednej ławie i uczyli się z tej samej książki, ozdobionej obrazkiem, na którym wymalowany był nauczyciel z ogromnym pękiem rózg w ręku, siekący rozłożonego przed nim ucznia.
Carski ukaz zalecał: »Wybrać z gwardyi dymisyonowanych dobrych żołnierzy i postawić w każdej izbie szkolnej podczas nauki, a jeśli jaki uczeń źle się prowadzi, niechaj żołnierz go wychłoszcze, nie bacząc na to, do jakiejkolwiek winny należy rodziny«.
Nie wieleby skorzystał Tichon w szkole, gdyby nie zwrócił na niego uwagi jeden z nauczycieli, Niemiec z Królewca, pastor Glück. Nauczywszy się nieco po rosyjsku od zbiegłego mnicha polskiego, przyjechał ów Glück do Rosyi uczyć młodzieńców moskiewskich, jako miękką, nadającą się do kształtowania wszelakiego glinę. Rozczarował się jednak wkrótce nie tyle co do samych młodzieńców, ile co do rosyjskiego sposobu musztrowania ich, jak koni cygańskich, wbijania im do głowy nauki batem. Glück, aczkolwiek pijak, był człowiekiem dobrym i rozumnym, a pił z utrapienia, albowiem nietylko Rosyanie, lecz i jego rodacy poczytywali go za waryata. Pisał on bardzo zawiłą rzecz: komentarze do komentarzy Newtona, dotyczących Apokalipsy, gdzie wszystkie objawienia chrześciańskie o końcu świata dowodzone były przy pomocy obliczeń astronomicznych, na podstawie praw ciążenia powszechnego, wyłożonych w ogłoszonym niedawno traktacie Newtona: Philosophiae Naturalis Principia Mathematica.
W uczniu swoim Tichonie odkrył Glück niezwykłe zdolności do matematyki i polubił go, jak syna rodzonego.
Sam, choć stary, w duszy był dzieckiem. — Z Tichonem rozmawiał, szczególniej podpiwszy sobie trochę, jak z człekiem dorosłym i z najserdeczniejszym swym przyjacielem. Opowiadał mu o nowych teoryach i hypotezach filozoficznych, o Magna Instauratio Bakona, o etyce geometrycznej Spinozy, o wirach Descarta, o monadach Leibniza, a z największem przejęciem o wielkich odkryciach astronomicznych Kopernika, Keplera, Newtona. Chłopiec nie wiele z tego pojmował, ale słuchał tych opowiadań o cudach nauki z tą samą ciekawością, jak niegdyś rozmowy trzech starców o cudownym niewidzialnym grodzie Kiteży.
Pachomycz poczytywał wszelką naukę niemiecką, a osobliwie naukę gwiaździarską za wielką bezbożność.
— Przeklęty Kopernik — Boga przeciwnik, ciężką ziemię podniósł na powietrze. Przyśniło mu się, że słońce i gwiazdy stoją, a ziemia się obraca, wbrew Pismu św. Śmieją się z niego tylko teologowie.
— Prawdziwa filozofia — mówił pastor Glück — wierze nietylko pożyteczna, ale i konieczna. Różni Ojcowie święci odznaczali się w naukach filozoficznych. Znajomość natury prawu chrześciańskiemu nie przeciwna, a ten, kto naturę zbada, Boga poznaje i czci lepiej; rozprawy fizyczne o stworzeniach służą do wysławienia Stwórcy, jak i w Piśmie św. powiedziano; Niebiosa głoszą chwałę Pana.
Atoli Tichon mglisto domyślał się i przeczuwał, że w owej zgodzie nauki z wiarą nie wszystko tak proste i jasne dla samego Glücka jak on myśli lub stara się myśleć. Nie darmo czasem przy końcu uczonego sporu, jaki sam z sobą prowadził o wielości światów lub o niewymierności przestworów kosmicznych, odurzony winem starzec, zapomniawszy o obecności ucznia, spuszczał ociężale swą łysą i przekrzywioną peruką głowę, odurzoną nietyle trunkiem, ile zamętem myśli metafizycznych, i głucho jęcząc, powtarzał słynny wykrzyknik Newtona: »O fizyko, wybaw mnie od metafizyki!«.
Pewnego razu Tichon, który miał już wtedy lat 19, skończył szkołę i nieźle czytał po łacinie — przypadkiem znalazł na stole nauczyciela przywieziony przezeń z Holandyi zbiór listów Spinozy i przeczytał pierwszy lepszy ustęp, jaki mu wpadł w oczy.
»Pomiędzy właściwościami człowieka i Boga tak mało wspólności, jak między gwiazdozbiorem psa a psem, szczekającem zwierzęciem. Gdyby trójkąt miał dar słowa, to i on powiedziałby zapewne, że Bóg niczem innem nie jest, jak doskonałym regularnym trójkątem, a koło — że Bóg jest najzupełniej okrągły«. A w drugim liście o Eucharystyi takie przeczytał słowa: »O bezrozumni młodzieńcy, któżto rzucił na was taki urok, że sobie wyobrażacie, jakoby można połknąć to, co święte i wieczyste, jakoby to święte i wieczyste mogło znaleźć pomieszczenie we wnętrznościach waszych. Okropne są zaiste tajemnice waszego kościoła; sprzeciwiają się najoczywiściej zdrowemu rozumowi.
Tichon zamknął książkę i już jej więcej nie czytał. Pierwszy raz w życiu myśl oderwana wzbudziła w nim to uczucie, którego przedtem doznawał pod wpływem wrażeń zewnętrznych: grozę końca.
W wieży Sucharowej u jenerała Jakóba Brüssa znajdowała się bogata biblioteka, oraz gabinet instrumentów matematycznych, mechanicznych i innych, a także przeróżnych okazów natury: zwierząt wypchanych, owadów, korzeni, wszelkich rud i minerałów, starożytności, dawnych monet, medalów, rżniętych kamieni i wogóle różnych osobliwości zagranicznych i krajowych. Brüss polecił Glûckowi spisanie wszystkich tych ksiąg i przedmiotów naukowych; Tichon pomagał nauczycielowi i całe dnie w bibliotece przepędzał.
Pewnego razu podczas jasnego letniego wieczoru siedział na wierzchu składanej, poruszającej się na kołach drabinki bibliotecznej przed ścianą od dołu do góry założoną książkami, naklejał numery na grzbiety ksiąg i porównywał nowe ich katalogi ze starymi, w których tytuły cudzoziemskie rosyjskiemi były spisane literami. Przez wysokie okna z drobnemi szybami, oprawionemi w ołów, jak w starych domach holenderskich, padały skośne promienie słoneczne na błyszczące maszyny metalowe, sfery niebieskie, astrolobie, kompasy, cyrkle, lunety, mikroskopy, na szkielety różnych osobliwych zwierząt i ptaków, na ogromną kość mamutową, na cudackie bałwany chińskie i marmurowe posążki pięknych greckich bogów, na niezliczone półki książek w jednostajnych skórzanych oprawach.
Tichonowi podobała się jego robota. Tutaj w królestwie ksiąg taka cisza panowała jak w lesie albo na starym cmentarzu, przez ludzi opuszczonym a przez słońce lubianym. Słychać było tylko dochodzący z dala odgłos dzwonów nieszpornych, który przywodził chłopcu na myśl dźwięki dzwonów kiteżskich. Przez drzwi otwarte do przyległego pokoju słychać można było rozmowę pastora Glücka i Brüssa. Siedzieli przy stole i popijając wino po wieczerzy, rozprawiali.
Tichon co tylko nakleił nowe numery na inquarto, oznaczone w starym spisie numerem 483 i zawierające filozofię Franciszka Bakona w języku angielskim w trzech tomach, na Meditationes de prima filosophia Descarta w języku holenderskim i na Mathematical elements of natural philosophy Izaaka Newtona. Stawiąc książki na półce, w głębi jej znalazł stare bardzo przez myszy zjedzone in-octavo pod numerem 461: Leonarda da Vinci »Traktat o malarstwie« w języku niemieckim. Był to pierwszy wydany w Amsterdamie w r. 1582 przekład niemiecki słynnego Trattato della pittura. Tichon przyglądał się załączonemu do książki portretowi Leonarda, który zdał mu się obcym a jednak przypominającym jakąś znaną, we śnie może widzianą twarz, i myślał sobie, że zapewne lecący przez powietrze Szymon Mag podobne musiał mieć rysy.
Głosy w komnacie sąsiedniej stawały się donośniejsze. Brüss spierał się o coś z Glückiem. Mówili po niemiecku. Tichon nauczył się tego języka od pastora. Uderzyło go kilka oderwanych słów i z ciekawością zaczął się przysłuchiwać, trzymając jeszcze w ręku książkę Leonarda.
— Jakże, czyż nie widzicie tego, że Newton nie był przy zdrowych zmysłach, gdy pisał swoje komentarze do Apokalipsy? — mówił Brüss. Zresztą i sam do tego się przyznaje w liście do Bentleya z 13 września 1693 roku: »tracę wątek moich myśli i nie odczuwam już dawniejszej mocy rozumu« — po prostu mówiąc wpadał w obłęd.
— Wolałbym, proszę waszej wielmożności być waryatem z Newtonem, aniżeli zachować zdrowe zmysły ze wszelkiemi innemi stworzeniami dwunożnemi — zawołał Glçck i duszkiem wychylił kieliszek.
— O gusta nie ma co się spierać, kochany pastorze — ciągnął dalej Jakób Wilimowicz, zaśmiawszy się suchym, ostrym, jakby drewnianym uśmiechem — ale ot co jest ciekawe: W tym samym czasie, gdy Sir Izaak Newton pisał swoje komentarze, na drugim końcu świata, mianowicie u nas w Moskwie, dzikie nieuki, których zowią raskolnikami, układają także swoje komentarze do Apokalipsy i przyszli do tych samych prawie wniosków co Newton. Z dnia na dzień oczekując końca świata i wtórnego przyjścia Chrystusa, jedni z nich kładą się do trumien i sami sobie śpiewają pieśni nagrobne, a inni palą się dobrowolnie. Za to ich prześladują, a ja powiedziałbym o nich słowami filozofa Leibniza: »Nie lubię zdarzeń tragicznych, i chciałbym, aby wszystkim na świecie dobrze było; co się zaś tyczy błędu tych, którzy spokojnie oczekują końca świata, to wydaje mi się on zupełnie niewinnym«. Owóż co jest osobliwie ciekawe: w tych apokaliptycznych bredniach krańcowy Zachód schodzi się z krańcowym Wschodem i największa oświata z największym nieuctwem, co istotnie mogłoby doprowadzić do myśli, że koniec świata zbliża się naprawdę i że wszystkich nas niezadługo dyabeł porwie.
I znów zaśmiał się swym ostrym, drewnianym śmiechem i dodał coś, czego nie dosłyszał Tichon, ale zapewne coś bardzo wolnomyślnego, albowiem Glück, u którego jak zwykle przy końcu wieczerzy peruka na bok się zsunęła, a w główne zaszumiało, zerwał się nagle, odtrącił stołek i chciał wybiedz z izby. Ale Jakób Wilimowicz zatrzymał go i uspokoił kilku dobremi słowy. Brüss był jedynym protektorem Glücka, którego szanował i lubił za bezinteresowne zamiłowanie do nauki. Wszelako jako sceptyk, a jak niektórzy mówili, zgoła ateusz, zawsze drażnił biednego pastora, tego »Don Kiszota astronomii« i wyśmiewał po trosze jego komentarze do Apokalipsy, oraz dążność do pogodzenia nauki z wiarą. Brüss utrzymywał, że należy wybierać jedno z dwóch: albo wiarę bez nauki, albo naukę bez wiary.
Jakób Wilimowicz napełnił kieliszek Glücka i aby go pocieszyć, zaczął wypytywać się o szczegóły Apokalipsy Newtonowskiej. Stary zrazu odpowiadał niechętnie, ale potem dał się unieść ulubionemu przedmiotowi i opowiadał o rozmowie Newtona z przyjaciółmi, dotyczącej komety z roku 1680. Kiedy pewnego razu spytano go o tę kometę, zamiast odpowiedzi otworzył swoje Zasady i wskazał miejsce gdzie powiedziano: Stellae fixae refici possunt. Gwiazdy stałe mogą być odnawiane przez spadające na nie komety.
— »Dlaczego więc nie pisaliście o słońcu tak otwarcie jak o gwiazdach?« — »Dlatego że słońce jest nam bliższe«, — odpowiedział Newton i potem dodał śmiejąc się: »Zresztą powiedziałem dosyć dla tych, którzy chcą rozumieć«!
— Jak motylek lecący do ognia, kometa pada na słońce, — zawołał Glück — a od tego jej upadku żar słoneczny wciąż wzrasta, tak iż wszystko będzie zniszczone na ziemi przez ogień! W Piśmie powiedziano: niebiosa z hukiem się zapadną, żywioły rozgorzawszy będą zburzone, ziemia i wszystko co na niej, ulegnie spaleniu. Wtedy spełnią się oba proroctwa: proroctwo tego, kto wierzył i tego, kto wiedział. Hypotheses non fingo! — nie zmyślam hypotez! skończył z miną natchnioną, powtarzając wielkie słowo Newtona.
Tichon słuchał — i dawne wieszcze krakanie trzech starców, trzech kruków połączyło się w jego umyśle z dokładnymi wywodami nauki.
Zamknąwszy oczy, ujrzał głuchy zaułek zasypany śniegiem, a na jego końcu nisko nad śniegiem białym pomiędzy czarnemi chatami na samym skraju czarno-sinego nieba ogromną, przeźroczą gwiazdę. I podobnie jak w dzieciństwie znane uczucie ścisnęło mu serce okropną grozą i przerażeniem. Upuścił księgę Leonarda, która padając potrąciła o rurę astrolabium i przewróciła ją z hałasem na podłogę.
Podbiegł Glück. Wiedział on, że Tichon cierpi na epilepsyę. Widząc go na wierzchu drabiny bladego i drżącego, rzucił się ku niemu i podtrzymując go w swych ramionach, pomógł mu zejść na dół. Tym razem atak go ominął. Nadszedł także Brüss. Obaj starzy ze współczuciem poczęli wypytywać Tichona. Ale ten milczał: czuł, że o tem z nikim mówić nie można.
— Biedny chłopiec — rzekł Jakób Wilimowicz do Glücka, odprowadzając go na bok. — Rozmowa nasza przestraszyła go. Wszyscy oni tutaj tacy; o niczem nie myślą, tylko o końcu świata. Zauważyłem, że ostatniemi czasy jakieś szaleństwo rozszerza się wśród nich jak zaraza. Bóg wie jak skończy ten nieszczęsny naród.
Po opuszczeniu szkoły, Tichon podobnie jak wszystkie dzieci szlacheckie powinien był wstąpić do wojska. Pachomycz umarł; Glück wybierał się do Szwecyi i Anglii z polecenia Brüssa w celu zakupywania nowych narzędzi matematycznych. Namawiał też do wyjazdu z sobą Tichona, który zapomniał już o swoich strachach dziecinnych, o przestrogach Pachomycza i z coraz większem zamiłowaniem oddawał się nauce matematyki. Zdrowie jego wzmocniło się; ataki się nie powtarzały. Właściwa mu zawsze ciekawość ciągnęła go do obcych krajów, które wydały mu się równie prawie tajemniczymi, jak niewidzalny gród Kiteży. Wskutek starań Jakóba Wilimowicza, uczeń nawigacji Zapolski w gronie innych »młodzieńców rosyjskich« wysłany był dla dokończenia nauk za morze. Wraz z Glückem przyjechał do Petersburga z początkiem czerwca 1715 roku. Ukończył weedy Tichon lat 25; był rówieśnikiem carewicza Alexego, ale z wyglądu zdawał się zawsze jeszcze chłopcem. Za kilka dni z Kronsztatu odchodził okręt kupiecki, na którym mieli popłynąć do Sztokholmu.
Nagle wszystko się zmieniło. Petersburg, tak niepodobny do Moskwy, uczynił na Tichonie ogromne wrażenie. Całymi dniami błądził po ulicach, patrzał i dziwował się: nieskończenie długie kanały, szerokie perspektywy, domy na palach wbitych w toń trzęsawisk, zbudowane równymi szeregami wedle ukazu, »tak, aby żadna budowla nie była wznoszona ani za linią, ani przed linią«. Biedne lepianki wśród lasu i puszczy, kryte darnią na sposób czuchoński, pałace o sztucznej architekturze »pruską manierą«, posępne magazyny, składy, spichlerze, kościoły z dzwonnicami holenderskiemi — wszystko to było płaskie, banalne, powszednie, a pomimo to podobne do snu jakowegoś. Niekiedy w poranki pochmurne, w pomroce brudno-żółtej mgły zdało mu się, że cały ten gród wzniesie się w górę wraz z mgłą i jak sen się rozpłynie. W grodzie Kiteży to, co istnieje, niewidzialne, a tu w Petersburgu na odwrót, widzialne jest to, czego niema. Ale oba miasta zarówno widmowe. I znów zbudziło się w nim to osobliwe uczucie, którego dawno już nie doznawał — poczucie końca. Ale teraz nie wywołało ono, jak przedtem grozy i zachwytu, lecz gnębiło go tępym, bezbrzeżnym smutkiem. Raz na placu Troickim koło »domu kawiarnianego« Czterech Fregat spotkał człowieka wysokiego wzrostu w skórzanej kurtce marynarza holenderskiego. I podobnie, jak w Moskwie, na placu Czerwonym, w pobliżu szafotu, gdzie stercząca na palu martwa głowa ojca patrzała pustemi oczodołami prosto w oczy tego samego człowieka — Tichon poznał go odrazu — to był Piotr. Straszne oblicze jakby odrazu wytłómaczyło mu gród straszny. Na obu widniało to samo piętno.
Tegoż dnia spotkał starca Kornela. Ucieszył się niezmiernie i już go nie opuścił. Noc przepędzał w celi starca, a dni na tratwach, na łodziach, z ukrytymi tam ludźmi zbiegłymi. Słuchał opowiadań jego o życiu wielkich pustelników na dalekiej Północy w lasach pomorskich, oneskich, ołonieskich, gdzie Korneli, opuściwszy Moskwę, spędził lat wiele, i o strasznych tamecznych samopaleniach tysięcy ludzi. Teraz starzec szedł za Wołgę, do Kerżeńca, aby tam nauczać »o śmierci czerwonej«.
Tichon nie darmo się uczył. Niewierzył już w wiele rzeczy, w które wierzyli owi ludzie; myślał inaczej, ale czuł tak samo, jak oni. To, co najważniejsze — poczucie końca — wspólne mu było z nimi. To, o czem nigdy z nikim nie mówił, czego nikt z ludzi uczonych nie zdołałby zrozumieć, oni rozumieli — owszem, tem właśnie żyli. Wszystko to, o czem od wczesnego dzieciństwa słyszał od Pachomycza, teraz nagle odżyło mu w duszy z nową siłą. Znów coś go pociągnęło do lasów, do puszcz, do ukrytych monastyrów i cichych pustelni. Wśród białych nocy nad przestworem Newy, wśród gwaru przystani znów usłyszał w myślach dźwięk dzwonów kiteżskich i znów ze słodką tęsknotą powtarzał sobie wiersze o carewiczu Jozafie:

Matko ty krasna pustynio,
Pójdę przez lasy, moczary,
Pójdę przez góry, wertepy.

Trzeba było postanowić, trzeba było wybrać jedno z dwojga: albo na zawsze powrócić do świata, aby żyć jak wszyscy żyją, służyć człowiekowi, który zgubił jego ojca i być może, że zgubi Rosyę, albo raz na zawsze uciec od świata, stać się żebrakiem, włóczęgą, jednym ze »zbiegłych ludzi«, niemających swego miasta, a czekających miasta przyszłego. Trza było iść na Zachód z pastorem Glückem do »Stekolnego« grodu, albo na Wschód ze starcem Kornelim do niewidzialnego grodu Kiteży. Co wybrać? Dokąd się udać? Sam jeszcze nie wiedział, wahał się, zwłóczył ostateczne postanowienie, jakby czegoś oczekiwał. Ale w noc ową po rozmowie na tratwie o Piotrze Antychryście poczuł, że dłużej zwłóczyć nie można. Jutro odpływa okręt do Sztokholmu i jutro też starzec Korneli, któremu groził donos, musiał uciekać z Petersburga. Wzywał ze sobą Tichona.
— Jestem jak na ostrzu noża — znów pomyślał sobie Tichon — na którą stronę upadnę, w tę i pójdę. Jedno życie, jedna śmierć; raz się omylę, drugi raz nie poprawię.
Czuł przy tem, że niema siły do powzięcia postanowienia, że dwie dole, jak dwa końce sznura, łączą się, ściągają i duszą. Wstał, wziął z półki księgę rękopiśmienną: Słowo św. Hipolita o wtórnem przyjściu, i aby uwolnić się od myśli, począł rozglądać jej kartki przy świetle lampki, gorejącej przed obrazem. Na jednej z nich wyobrażony był Antychryst w zielonym mundurze preobrażeńskim z czerwonymi wyłogami i guzikami miedzianymi, podobny z twarzy do cara Piotra Aleksiejewicza, i ręką wskazywał przed siebie. Przed nim na prawo oddziały gwardyi preobrażeńskiej i siemienowskiej maszerowały ku pustelni wśród ciemnego lasu. Na wierzchołku góry z trzema pieczarami modlili się zakonnicy. Żołnierze, prowadzeni przez dyabłów, wspinali się po zboczu góry, pod obrazem widniał podpis: »Wyśle wtedy w góry i wertepy i w przepaście ziemskie swe pułki dyabelskie, aby szukały ukrywających się przed jego oczami i przywiodły ich przed jego oblicze.« Na drugim obrazku żołnierze rozstrzeliwali powiązanych starców, pod tem podpis: »Od oręża dyabelskiego padną.«
Za przegródką z desek w sąsiedniej kąmórce wciąż jeszcze wzdychała i płakała baba Alena, modląc się do Króla niebieskiego za cara Piotra.
Tichon położył księgę i ukląkł przed obrazem.
Ale nie mógł się modlić. Taki smutek go ogarnął, jakiego nigdy jeszcze nie doznawał. Światło dopalającej się lampki po raz ostatni błysło i zgasło. Nastał mrok. A w tym mroku coś pełzało, skradało się, chwytało go za gardło ciepłą, miękką, jakby kosmatą ręką. Tchu mu brakło. Pot zimny oblewał jego ciało. I znów zdawało mu się, że leci na złamanie karku, wpada w czarny mrok, jak w przepaść ziejącą — w paszczę samego Zwierza. Wszystko jedno — pomyślał — i nagle błysnęła mu natrętna myśl: wszystko jedno, jaką drogę wybiorę, kędy się zwrócę: na Wschód, czy na Zachód. I tu i tam, u kresu Zachodu i Wschodu, taż sama myśl, tożsamo uczucie: wnet koniec. Albowiem jako błyskawica powstaje na Wschodzie i widna jest aż do Zachodu, tako będzie przyjście Syna Człowieczego.
I w myśli jego błysnęła jakby ta ostatnia krańce świata łącząca błyskawica. »Przyjdź panie Jezu!« — zawołał.
W tej samej chwili buchnęło w oknie celi straszliwe, białe światło. Trzask ogłuszający rozległ się, jak gdyby niebo pękło i zapadało się. Był to ten sam piorun, który tak przestraszył Piotra, iż opuścił ikonę u podnóża Wenery.
Baba Alena usłyszała wśród wycia świstu i huku burzy, okropny, nieludzki krzyk: Tichon dostał ataku epilepsyi.
Zbudził się na pokładzie barki, gdzie go wyniesiono z dusznej celi. Był ranek. U góry niebo błękitne; na dole bielała mgła. Na Wschodzie przez mgłę błyszczała gwiazda — gwiazda Wenery. Na wyspie od strony Petersburga nad kopułą domu, gdzie mieszkał Buturlin, »wszechpijany metropolita«, złocony posąg Bachusa oświecony pierwszym promieniem słonecznym błyszczał we mgle ognistą, czerwoną, krwawą gwiazdą; jak gdyby gwiazda ziemska tajemniczem spojrzeniem spotykała się z gwiazdą niebieską.
Mgła poróżowiała, jakby w ciało bladych widm nalano krwi żywej. I marmurowe ciało bogini Wenus w średniej galeryi nad Newą stało się ciepłem, różowem jakby żywem. Bogini uśmiechała się do słońca wiekuistym swym uśmiechem, zda się rozradowana wschodem słonecznym w kraju tej hiperborejskiej północy. Ciało jej zdało się powietrzem różowem, jak obłok mgły; mgła — żywą i ciepłą jak ciało bogini. Mgła była jej ciałem — i wszystko w niej było, a ona we wszystkiem.
Tichon przypomniał sobie swoje myśli nocne i poczuł w duszy spokojne postanowienie: nie wracać do pastora Glücka, uciekać ze starym Kornelim.
Łódź, na której leżał, popchnięta przez burzę, zetknęła się z tratwą, na której nocą toczono rozmowę o Antychryście. Głupi Iwanuszka zdążył się wyspać, siedział na tymże miejscu co w nocy i tęż samą pieśń śpiewał. I muzyka, właściwie jakby widmo muzyki — tłumiona we mgle melodya menueta dochodziła zdala:

Porzuć strzały swe Kupido;
Już my wszyscy porażeni...

Dźwięki te mieszały się z ponurą przeciągłą pieśnią Iwanuszki, który, patrząc na Wschód — początek dnia, śpiewał o wiekuisty Zachodzie — końcu wszech dni:

Trumny wy trumny, kłody dębowe,
Wszystkim wy trumny domami wiecznymi.
Dzień k’ wieczorowi się kłoni.
Słońce idzie do Zachodu,
Siekiera już przy korzeniu,
Czas nadchodzi ostateczny.



III.

Na brzegu Newy, w pobliżu kościoła Najświętszej Panny, Pocieszycielki stroskanych, koło domu carewicza Aleksego, wznosił się dom carowej Marty Matwiejewny, wdowy po carze Teodorze Aleksiejewiczu, bracie Piotra. Teodor umarł, skoro Piotr liczył 10 lat wieku. Ośmnastoletnia carowa żyła z nim w małżeństwie tylko cztery tygodnie. Po śmierci jego ze zmartwienia wpadła w obłęd i przez lat 33 pozostawała w zamknięciu. Nigdzie nie wychodziła ze swoich komnat, nikogo nie poznawała. Na dworach obcych uważano ją oddawna za umarłą. Petersburg, który mogła widzieć z okien swojego domu, jego kościoły z wysokiemi dzwonnicami. Newa z mnóstwem swych statków i łodzi — wszystko to wydało się jej straszliwym, niedorzecznym snem. A sny zdały się rzeczywistością. Wyobrażała sobie, że mieszka zawsze jeszcze w starym moskiewskim Kremlu i że wyjrzawszy przez okno ujrzy Iwana Wielkiego. Ale nie wyglądała nigdy, lękała się dziennego światła. W komnatach jej panował wieczny mrok, okna były zasłonięte, paliły się świece. Odwieczne kotary i zasłony ukrywały przed wzrokiem ludzkim ostatnią carową moskiewską. Przestrzegano w jej otoczeniu uroczystej, ścisłej etykiety. Służba nie wezwana, nie śmiała przekroczyć progów sieni. Tu czas się zatrzymał. Wszystko na wieki było unieruchomione, tak, jak za czasów »najcichszego« cara Michajłowicza. Dziwna baśń śniła się w chorym jej umyśle. Wyobrażała sobie, że mąż jej, car Teodor, żyje jeszcze, mieszka w Jerozolimie u grobu Pańskiego, tam modli się za ziemię rosyjską, na którą ciągnie Antychryst z niezliczonemi pułkami Lachów i Niemców. A na Rusi cara nie ma wcale. Ten car, który jest niby, nieprawdziwy — samozwaniec Itryszka Otrepiew, zbiegły żołnierz, Niemiec z kukujewskiej słobody. Ale Pan nie będzie trwać w gniewie na prawosławnych; — skoro wypełnią się czasy, jedyny, prawowierny car wszech Rusi, car Teodor, słonko krasne, wróci do swej ziemi z wielkim wojskiem w chwale i potędze, i pierzchną przed nim zastępy bisurmańskie, jak noc pierzcha przed słońcem. I siądzie wraz z carową na dziadowskim tronie i przywróci sąd i prawdę w ziemi swej; cały naród przyjdzie i pokłoni mu się. Antychryst strącony będzie wraz ze swymi Niemcami. A wtedy wnet i koniec świata nastanie. I wtórne, straszne przyjście Chrystusowe. Wszystko to tak bliskie; już u drzwi stoi.
W dwa tygodnie po uroczystości Wenery, w ogrodzie letnim carewna Marya wezwała Aleksego do domu carowej Marty. Nieraz już spotykali się tu potajemnie. Stara ciotka przynosiła mu listy i wieści od matki, będącej w niełasce, carowej Eudoksyi Teodorówny, noszącej imię zakonne Heleny. Była to pierwsza żona Piotra, przemocą zamknięta w klasztorze.
Wszedłszy do domu carowej Marty, Aleksy długo błądził po ciemnych korytarzach, sieniach i schodach. Wszystko tu tchnęło wiekową pleśnią, pokryte było pyłem odwiecznym. Wszędzie cele, komórki, skrytki, a w nich mieszkały stare bojarynie, nianie, pokojowe, dworki, pełniące przeróżne obowiązki, a prócz tego żebracy pielgrzymi, dziewczęta sieroty, starcy stuletni, opowiadacze bajek i śpiewacy starych bylin. Stare sługi w starych wypłowiałych kaftanach, z siwizną na głowach, jakby mechem obrośnięci, chwytali carewicza za poły, całowali go po rękach i ramionach. Ślepi, ciemni, kulawi, o rysach zatartych przez starość, przesuwali się wzdłuż murów, niby widma, i roili się w mrocznych, posępnych komnatach. Po drodze napotkał trefnisia Szamirę, wiecznie chichoczącego. Najstarsza z bojarzyn, ulubienica carowej, podobnie jak i owa obłąkana, tłusta, cała jakby rozpływająca się w żółtym tłuszczu, padła mu do nóg i niewiedzieć dla czego jakby zawyła i zaczęła odmawiać modlitwy nad zmarłym. Carewicz mimowoli się wzdrygnął. Przypomniał sobie słowa ojca: »ów dwór carowej Marty od wielkiej nabożności stał się szpitalem waryatów, idyotów, bigotów i trefnisiów«.
Odetchnął swobodniej, wstąpiwszy do komnaty jaśniejszej, gdzie czekała nań ciotka, carewna Marya Aleksiejewna. Okna wychodziły na Newę, nad którą unosił się szeroki, zalany słońcem przestwór niebios. Ściany były z belek, jak w prostej izbie chłopskiej; w jednym kącie widniały ikony za szkłem i lampka przed niemi się paliła; pod ścianami ciągnęły się ławki. Siedząca za stołem ciotka powstała i czule uścisnęła carewicza. Odziana była po staroświecku, we wdowiej, ciemnej sukni; twarz miała nie piękną, bladą, nabrzmiałą, jak u starych zakonnic; ale w cienkich, złośliwych wargach, w oczach o rozumnym, ostrym, jakby kolącym wzroku, miała jakiś wyraz rozkazujący, twardy, który przypominał carewnę Zofię, »złe nasienie Miłosławskich«. Podobnie jak Zofia nienawidziła brata i wszystkich jego czynów, całą duszą przywiązana była do staroświeczczyzny. Piotr oszczędzał ją, ale przezywał starą wroną, bo wiecznie krakała mu złowrogo nad uchem.
Carewna podała Aleksemu list od matki ze Susdala. Była to odpowiedź na niedawną jego, zbyt suchą i krótką kartkę: »Witam cię matko. Nie zapominaj o mnie w swych modlitwach«. Serce Aleksego żywiej zabiło, gdy począł odczytywać nabazgrane dziecinnemi literami i pełne omyłek wiersze listu.
»Witam cię carewiczu Aleksy. A ja biedna w troskach swoich ledwie żywa, że ty mnie opuścił i w troskach takich pozostawił, żeś zapomniał o swej rodzicielce. A ja za tobą jak niewolnica chodziła, a ty mnie tak prędko zapomniał. A ja dla ciebie tylko żyję jeszcze. A gdyby nie ty, toby mnie już na świecie nie było w tych strapieniach, nieszczęściach i biedach moich. Gorzkie, gorzkie życie moje. Lepiejbym na świat się nie rodziła. I nie wiem za co się męczę. A ja o tobie nie zapomniała i zawsze i wciąż się modlę do Bogarodzicy Najświętszej, ażeby cię zachowała i w czystości utrzymywała. Jest tu obraz Najświętszej Panny Kazańskiej, ku czci której kościół ten zbudowany. A ja za twoje zdrowie ślubowałam sprowadzić ten obraz i sama nocą przy nim szłam i na ramionach własnych go niosłam. A widzenie takie miałam w miesiącu maju dnia dwudziestego trzeciego. Zjawiła mi się Najświętsza i Przeczysta Królowa Niebieska i obiecała za mną prosić Boga Pana Syna swego, aby nie troski na szczęście zamienił. I ja niegodna słyszałam od niej słowo takie: »Uczciłaś ty mój obraz i do świątyni mej go sprowadziła, a ja cię wysoko wyniosę i syna twego zachowam«. A ty moja radości i dziecię moje miłe miej bojaźń bożą w sercu swojem. Odpisz mi drogi mój Olesiu chociaż jeden wierszyk, uspokój płacz mój serdeczny, bym choć trochę odetchnąć mogła od strapienia. Zmiłuj się nademną, twoją matką i odpisz. Kłaniam się tobie w pokorze«.
Kiedy carewicz skończył czytanie, carewna Marya oddała mu skromne podarki klasztorne od matki: mały obrazek, chusteczkę wyszywaną purpurą własnoręcznie przez carównę-zakonnicę i dwie lipowe czarki do wódki. Te nędzne podarki więcej go wzruszyły aniżeli list matki.
— Zapomniałeś o niej — rzekła Marya, patrząc mu prosto w oczy. — Nie piszesz i nic jej nie posyłasz.
— Lękam się — odrzekł carewicz.
— A cóż — żywo rzekła Marya i ostre jej oczka jakby go ukłuły — a choćbyś i pocierpiał za nią. I cóż? Wszakże za matkę nie za kogo innego!
Carewicz milczał. Wtedy ciotka poczęła mu szeptem do ucha prawie opowiadać, to, co słyszała od przybyłego ze Susdalskiego klasztoru Michała Bosego: »Klasztor tameczny raduje się; są tam widzenia, znaki, proroctwa, głosy; obrazy przemawiają. Archirej nowogrodzki Job mówi, że czeka cię nieszczęście w Petersburgu, ale Bóg cię ocali mam nadzieję. Zobaczysz, co u was będzie. I starzec Wisarion, zamurowany w Jarosławsku, miał objawienie, że wnet zmiany nastaną: albo car umrze albo Petersburg zburzon będzie. A episkopowi Rostowskiemu zjawił się święty Dymitr carewicz i oznajmił, że będzie zamęt na świecie i wkrótce już nastanie«.
— Wkrótce, wkrótce! — zakończyła carewna — wielu jest wołających: Panie pomścij nas, daj dokonać się dziełu, ześlij koniec!
Aleksy wiedział, że to dokonanie oznacza śmierć ojca.
— Wspomnij na moje słowa — zawołała Marya w tonie proroczym. — Petersburg niedługo trwać będzie; pustką wnet stanie.
I spojrzawszy w okno na Newę, na białe domki, wśród zielonych błotnistych topieli powtarzała złowrogo:
— Stań się pustką, stań się pustką...! Zapadnij się w topiele do czorta. Jakeś wyrósł, tak i zgnij grzybie pogański. Niech przepadnie to miejsce, kędy stał przeklęty!
Stara wrona rozkrakała się.
— Baśnie babskie — beznadziejnie machnął ręką Aleksy — mało to słyszeliśmy proroctw; wszystko głupstwo.
Chciała coś odpowiedzieć, ale nagle spojrzała na niego swym ostrym kłującem wzrokiem.
— Cóż to carewiczu? Czemuż masz twarz taką? Chory, czy co? A może pijesz?
— Piję. Zmuszają do picia. Trzy dni temu przy spuszczaniu okrętu jak martwego mnie wynieśli. Lepiejby mnie być w katordze, albo w gorączce leżeć, aniżeli tam się znajdować.
— Trza ci było brać lekarstwa; chorobę byś sobie sprowadził; nie był byś na tym spuszczaniu, skoro wiesz, jakie przy tem ojca twego obyczaje.
Aleksy pomilczał; potem ciężko westchnął.
— Och! Maryuszka, Maryuszka! Gorzko mi. Już ze strapienia od siebie odchodzę. Gdyby siła Boża nie wspierała, człowiekby zdrowych zmysłów nie zachował. Chciałbym gdzieśkolwiek skryć się, gdzieś uciec od tego wszystkiego.
— A dokąd ujdziesz przed ojcem? Długą ma rękę; wszędzie znajdzie.
— Żałuję — ciągnął dalej Aleksy — że nie uczyniłem tak, jak radził Kikin, aby do Francyi ujechać, albo do cesarza. Tam żyłbym spokojniej aniżeli tu, dopókiby Bóg pozwolił. Toż wiele z naszej braci ratuje się ucieczką, ale ja nie mogę. I nie wiem, co ze mną będzie, cioteczko miła. Niczego nie pragnę, tylko dajcie swobody i spokoju, albo puśćcie do klasztoru. I dziedzictwabym się zrzekł i zdala żyłbym spokojnie, uszedłbym do swej wioski, gdziebym do końca dożył.
— Dość, dość Piotrowicz. Toż car śmiertelny: wola Boża będzie, to umrze. Ot mówią, chorobę ma, konwulsyę, a tacy ludzie długo nie żyją. Daj Boże dokonanie; spodziewam się, że niedługo ono przyjdzie, poczekaj i dla nas lepsze czasy nastaną. Lud cię miłuje; za zdrowie twoje pije, zowie cię nadzieją rosyjską. Dziedzictwo cię nie minie.
— Co mi tam dziedzictwo. Zamkną mię w klasztorze. Jeżeli ojciec nie zamknie, inni to zrobią, jak Wasyla Szujskiego. Zrobią ze mnie mnicha. Ciężka moja dola.
— Cóż czynić mój sokole? Godzinę trza przecierpieć, aby żyć potem.
— Tylko, że ja cierpieć więcej nie mogę — zawołał carewicz z nagłym wybuchem i twarz mu pobladła — choćby jakibądź koniec! Niepewność gorsza od śmierci.
Chciał coś dodać, ale głos mu się załamał. Głucho zajęczał: O Panie! Panie! Oparł ręce na stole, twarz w dłonie schował, ścisnął głowę palcami i nie zapłakał, lecz cały skurczył się jakby od bólu nieznośnego. Całe ciało jego było szlochem wewnętrznym.
Carewna Marya nachyliła się nad nim, położyła mu na ramieniu swoją małą, ale silną, jakby do władzy stworzoną rękę. Takie same ręce miała carewna Zofia.
— Nie upadaj na duchu carewiczu — przemówiła powoli z dobrotliwą surowością. — Nie obrażaj Boga, nie szemraj. Wspomnij na Joba: ufność w Panu mieć trzeba, albowiem cały żywot nasz w ręku Bożem. I przeciwnościami dobrze on nam czynić może. Z kim Bóg, cóż przeciw temu mogą ludzie. Choćby wojsko całe przeciw niemu powstało, serce jego się nie zlęknie. Pan jego siła. Miej nadzieję w Chrystusie; nie zeszle ci prób ponad siły.
Zamilkła. I przy dźwięku tych tak swojskich od dzieciństwa dobrze znanych słów modlitewnych, pod dotknięciem tej ręki twardej, lecz dobrotliwej i on się uspokoił.
Ktoś do drzwi zastukał. To Sunduleja Warchamiejewna wzywała go do carowej Marty.
Aleksy podniósł głowę. Twarz jego wciąż była blada, ale już spokojna. Spojrzał na obraz z kopcącą przed nim lampką, przeżegnał się i rzekł:
— Prawdę mówisz, Maryuszka. Niech we wszystkiem wola Boża się stanie. Za sprawą modlitw Bogarodzicy i wszystkich Świętych, jak zechce, o nas postanowi. Taką miałam zawsze nadzieję i zawsze mieć będę.
— Amen! — dokończyła carewna.
Wstali i poszli do komnat carowej Marty.



IV.

Pomimo jasnego dnia słonecznego, w pokoju panowała zupełna ciemność i świece się paliły. Ani jeden promień słońca nie przenikał przez okna, zabite wojłokami i zawieszone dywanami. W dusznem powietrzu unosił się zapach wody różanej i wonności, kładzionych do pieców dla zapachu. Cały pokój zastawiony był szafami, skrzynkami, pudełkami, pełnemi odzieży, bielizny, futer. W pośrodku wznosiło się łoże carowej pod baldachinem z atłasu różowego z bladym deseniem, w barwach zielonej i złocistej i z gronostajoweni obramowaniem. Wszystko to było wspaniałe, ale stare, wytarte, przez pół zgniłe, tak, że sądziłbyś rozsypie się jak proch mogilny od zetknięcia ze świeżem powietrzem. Przez otwarte drzwi widać było pokój sąsiedni — modlitewnię, całą zalaną blaskiem lamp przed ikonami o złotych i srebrnych ramach, wysadzanych drogimi kamieniami. Przeróżne przedmioty religijne nagromadzone tam były: krzyże, tryptyki, relikwiarze, miód cudowy, woda święcona, olej święty w naczyniach ołowianych, błogosławiony przez patryarchów; świece zapalone od ognia niebieskiego, piasek z Jordanu, mleko przeczystej Bogarodzicy kamień lazurowy — niebiosa, »gdzie stał Chrystus na powietrzu«; obówie św. Pafnucego, ząb Antipia wielkiego, służący za lekarstwo od bólu zębów, zabrany przez Iwana Groźnego z pozostałości po synie jego, którego własnoręcznie zabił.
Około łoża w złocistym fotelu, podobnym do tronu carskiego i z wyrzeźbionym na poręczy orłem dwugłowym, siedziała carowa Marta Matwiejewna.
Jakkolwiek zielony, zdobny rysunkami piec silnie był ogrzany, chorowita, wrażliwa na zimno staruszka zakutana była w kabatek, podbity lisiurką. Ze złocistego kokosznika nad czołem sznury pereł się zwieszały. Twarz carowej nie była stara, ale martwa, jakby skamieniała, grubo nabielona i naróżowana wedle starodawnego obyczaju, przez co wydawała się jeszcze bardziej martwą; tylko oczy błyszczały życiem, ale wzrok był nieruchomy, jakby niewidzący: tak patrzą ptaki nocne podczas dnia. U stóp jej siedział jakiś mniszek i coś opowiadał.
Skoro wszedł carewicz z ciotką, Marta Matwiejewna łaskawie ich przywitała i prosiła, aby posłuchali opowieści pielgrzyma bożego. Był to mały staruszek, z dziecinną prawie, wesołą twarzą, z głosem wesołym, również śpiewnym i przyjemnie dźwięczącym. Opowiadał o swych pielgrzymkach, o życiu klasztornem na górze Athos i w Sołowkach. Porównywując oba monastery, pierwszeństwo oddawał greckiemu przed rosyjskim.
— Zowie się atoski ten monastyr Ogrodem Świętej Bogarodzicy. Matka przeczysta patrzy nań wciąż z niebios, ochrania go i ozdabia. Przy jej pomocy stoi on, kwitnie i owoc przynosi zewnętrzny i wewnętrzny — zewnątrz piękny — a wewnątrz zbawczy dla duszy. I ktokolwiek wstąpi do tego ogrodu, jakby w przedsionek raju, i ujrzy dobroć i nadobność jego, ten już nigdy nie zechce wyjść z tamtąd. Powietrze tam lekkie i są tam wzgórza wysokie i ciepło i światło słoneczne, rozliczne drzewa i płody, a przytem i blizkość upragnionego kraju Jerozolimy. Stąd radość wieczysta. Sołowiecka zasię wyspa ma w sobie ponurość, i strach, i mrok, i mróz, do Tartaru istnego podobna. A są też na tej wyspie i rzeczy dla duszy zgubne. Mnóstwo tam ptaków białych, czajek. Przez całe lato płodzą się one, dzieci rodzą, gniazda wiją, na ziemi przy drogach, kędy mnichy chodzą do cerkwi. I wielka jest od tych ptaków mnichom szkoda. Najprzód spokoju nie mają, powtóre, skoro widzą igrające i łączące się ptactwo, pokus doznają, przez żądze cielesne są trapieni. A po trzecie, że mniszki, a także różne kobiety i dziewczyny często też do klasztoru przychodzą. A na górze Athoskiej takich pokus nie znajdziesz: ani czajki tam nie przylatują ani niewiasty nie przychodzą. Jedyna tam na dwóch skrzydłach królowa, matka nasza, Kościół święty, lubujący się w tej pustyni i trwający w niej dopóki nie spełni się wola pańska, któremu chwała niech będzie na wieki. Amen.
Skoro mniszek skończył, carowa poprosiła, aby wszyscy wyszli z komnaty, nawet Marya, i pozostała sama jedna z carewiczem.
Nie znała go prawie, nie pamiętała nawet czyim był synem i w jakim z nią pozostawał pokrewieństwie, nawet imienia jego zapomniała i zwała go po prostu wnuczkiem. Ale lubiła go, miała dlań jakieś współczucie, jakąś szczególną wieszczą żałość nad nim, jakby wiedziała o jego ciężkiej doli, która przed nim samym jeszcze była zakryta.
Długo patrzyła na niego, milcząc, swym nieruchomym wzrokiem, oczami jakby błoną zakrytemi, niby u ptaków nocnych. Potem nagle uśmiechnęła się żałośnie i poczęła łagodnie gładzić ręką twarz jego i włosy.
— Sierotka ty mój biedny! Ani ojca, ani matki. Nikt się za tobą nie ujmie. Zagryzą owieczkę wilki lute, zadziobią gołąbka białego kruki czarne. Och, żal mi ciebie, żal miły. Nie tobie żyć na świecie.
Od tego nieprzytomnego biadania ostatniej carowej, wydającej się tu w Petersburgu widmem żałobnem starej Moskwy, od tej wypłowiałej wspaniałości, napełniającej milczące ciepłe komnaty, w których jakby czas się zatrzymał, powiało na carewicza zarazem chłodem śmierci i pieszczotą dalekiego dzieciństwa. Serce jego ścisnęło się smutkiem i słodyczą. Pocałował martwą, bladą, wychudłą rękę z cienkiemi palcami, z których spadały wielkie, ciężkie pierścienie carskie.
Carowa spuściła głowę, jak gdyby się zadumała, przebierając różaniec z wielkich korali. Od tych korali duch nieczysty ucieka, albowiem koral rośnie kształtem krzyża.
— Wszystko się mąci, wszystko się mąci, bardzo się źle dzieje! — przemówiła znów, jakby w gorączce z wzrastającym niepokojem. — Czytałeś wnuczku w Piśmie świętem: »Dzieci! Oto ostatnia godzina. Czy słyszeliście, jako przyjść ma, a teraz już jest na świecie«. To o nim, o Synu Zatracenia. Już przyszedł on do wrót dworca. Wnet, wnet będzie. Nie wiem już, czy ujrzę druha mego serdecznego, słoneczko moje jasne, prawowiernego cara, Teodora Aleksiejewicza. Choćby jednem okiem nań wejrzeć, jak przyjdzie w mocy i sławie, bój stoczy z niewiernymi i zwycięży i siądzie na tronie chwały i pokłonią mu się i zawołają wszystkie narody: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie!
Oczy jej zabłysły, ale wnet, jak węgle pod popiołem zagasły pod mgłą mętną.
— Nie, nie! Nie doczekam, nie zobaczę! Rozgniewałam ja grzesznica Pana, czuje serce me niedolę. Smutno mi wnuczku, smutno mi bardzo.... i sny mi się wciąż śnią, takie złe a wieszcze.
Obejrzała się dokoła lękliwie, zbliżyła wargi do samego ucha Aleksego i szepnęła:
— Wiesz wnuczku, kto mi się przyśnił niedawno? On sam we śnie, czy w widzeniu, nie wiem tego, ale on sam przychodził do mnie, nikt inny, tylko on.
— Kto carowo?
— Nie rozumiesz? Słuchaj więc, jak ten sen mi się przyśnił — może pojmiesz wtedy. Leżę ja jakby na temsamem łożu i niby czekam na coś. Wtem nawskróś drzwi się otwierają i wchodzi On. Poznałam go odrazu. Wysoki taki a mocny, a kaftan na nim kusy, niemiecki. W ustach fajka, tytuń pali — oblicze wygolone, wąsy kocie. Podszedł do mnie, patrzy i milczy. I ja milczę. Myślę, co to będzie. I smutno mi się zrobiło i straszno — niby śmierć... Chcę się przeżegnać, ręka się nie podnosi — chcę modlitwę zmówić — język się nie porusza. A on za rękę mnie bierze. Ogień i mróz mię przeleciał. Spojrzę na obraz Chrystusa, a obraz zda się w różnych kształtach: jakby nie Zbawcy oblicze, a Niemca poganina, pysk napuchły, siny, jak u topielca... A On wciąż do mnie: — Chora ty — mówi — Marta Matwiejewna, bardzo chora. Chcesz, to przyszlę ci doktora mego? A cóż ty na mnie tak spoglądasz? Nie poznałaś to? — Jakże — mówię — nie poznać ciebie? Znam dobrze. Mało takich jak ty widziano na świecie.
— A któż ja, mówi, powiedz, skoro wiesz? — Wiadomo, rzekę, kto: Niemiec ty, niemiecki syn, żołnierz, dobosz. — Zaśmiał się na całe gardło, śmiechem na mnie parsknął jak kot szalony. Oszalałaś starucha, całkiem oszalałaś! Nie Niemiec ja, nie dobosz, a prawowierny car wszej Rusi, twego męża nieboszczyka Teodora brat przyrodni. — Wtedy złość mię już porwała. Chciałam mu w pysk plunąć i zawołać: Pies ty, psi syn. Samozwaniec! Hryszka Otrepiew! Przeklęknik, ot co! — Ale myślę sobie: co mi z nim się sprzeczać? I plunąć na niego nie warto. Toż to jeno sen mój, przywidzenie nieczyste, boskie dopuszczenie. Dmuchnę i zginie, przepadnie. A skoro ty car mówisz, jakże ci na imię? — Piotr, odpowiada, moje imię. — Gdy mi powiedział Piotr światło mię oświeciło. E myślę sobie: ot kto ty! No, poczekaj. Nie głupiam. Językiem nie mogę, to chociaż w myśli święte zaklęcie powtarzam: »Wróg, szatan! Odczep się odemnie, na pola puste, na lasy gęste, przepaści ziemne, w morza bezdenne, na góry, dzikie, bezdomne, bezludne, gdzie światła oblicza bożego nie widać. Mordo ty przeklęta, idźże odemnie do piekła na dno same. Amen, amen, amen. Rozsyp się! Dmucham na ciebie i pluję«. — Jak tylko wymówiłam zaklęcie przepadł wnet, jakby w ziemię się zapadł — ni śladu po nim, tylko tytuniem śmierdzi. Zbudziłam się. krzyknęłam, przybiegła Wachramiejewna. Pokropiła mię wodą świętą, okadziła kadzidłem. Wstałam i poszłam do modlitewni, padłam na kolana przed obrazem przeczystej Matki Bożej, a jak przypomniałam sobie wszystko, co było, pojęłam od razu, kto on taki.
Carewicz dawno już zrozumiał, że przychodził do niej ojciec jego, nie we śnie, lecz na jawie. Ale zarazem poczuł, że przywidzenie obłąkanej udziela mu się, zaraża go.
— Któż to był carowo — powtórzył z chciwą i trwożną zarazem ciekawością.
— Nie wiesz? Czyż nie pomnisz, co rzeczono w księdze Efrema o wtórnem przyjściu; pod imieniem Symona Piotra: »Przyjdzie pyszny książę świata tego Antychryst«. Słyszysz? — Imię jego Piotr. On sam to jest.
Wraziła w niego oczy swoje rozszerzone przerażeniem i powtórzyła przyduszonym szeptem.
— O sam to jest. Piotr Antychryst!... Antychryst!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Walery Gostomski.