Paryż (Zola)/Część pierwsza/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Już Piotr minął pola Elizejskie i stanął na placu Zgody, gdy nagle sobie przypomniał, że ksiądz Rose naznaczył mu schadzkę o godzinie piątej w kościele św. Magdaleny. Zupełnie o tem zapomniał wśród wrażeń dziś doznawanych; teraz zaś ucieszył się, mając czem zapełnić chwilę przykrego oczekiwania. Przyśpieszył więc kroku w obawie, że już się trochę spóźnił.
Pomimo że jasno jeszcze było na dworzu, w kościele panowała noc prawie zupełna. W głębi paliło się kilka świec woskowych, rzucając, słabe cienie wzdłuż nawy pogrążonej w ciemnościach, a wśród tego zmroku rozlegał się donośny, czysty głos mówiącego kaznodziei. W kierunku, z którego płynęły słowa, Piotr dojrzał majaczące mnóstwo głów licznych słuchaczów nieruchomie skupionych. Kazalnicę zajmował monsignor Martha i głosił trzecią z rzędu konferencyę, rozbierającą czem jest nowy duch czasu. Dwie pierwsze konferencye narobiły wiele hałasu i bardzo były uczęszczane. Cały Paryż się zbiegał, jak dzisiaj, w poszukiwaniu wrażenia, jakie wywierał ten kaznodzieja obdarzony porywającą dykcyą, urozmaiconą umiejętnemi giestami znakomicie wyrobionego aktora. Prócz wielkoświatowych dam, audytoryum składało się z mnóstwa mężczyzn przeważnie polityków i pisarzy.
Nie chcąc zamącić skupionej uwagi słuchaczów i przerywać głębokiej ciszy wśród której płynęły słowa mówcy, Piotr zatrzymał się przy jednym z filarów niedaleko wejścia, odkładając na potem odszukanie księdza Rose. Dzienne światło, skośnie padając przez jedno z okien, zatrzymało swój blady promień na postaci monsignora. Był to wysoki, barczysty mężczyzna zaledwie siwiejący, pomimo że miał lat przeszło piędziesiąt. Po nad białością komży odbijała piękna jego głowa o regularnych rysach, czarnych, ognistych oczach i silnie zarysowanym nosie. Zwłaszcza linie ust i brody były stanowcze, surowe, lecz monsignor Martha łagodził je ogólnym wyrazem twarzy, starając się każdego ująć uprzejmością i objawami żywej sympatyi. To bezustanne usiłowanie rozpogodziło mu twarz, zdradzającą tłumioną chęć władania i wydawania rozkazów.
Niegdyś Piotr znał go, gdy był proboszczem przy kościele św. Klotyldy. Pochodził z rodziny włoskiej, lecz urodził się w Paryżu i ukończył seminaryum Saint Sulpice z najlepszemi atestatami. Inteligentny, ambitny, czynny, budził wiele zazdrości pomiędzy niektórymi ze swych przełożonych. Gdy został mianowany biskupem Persepolisu, zamieszkał w Rzymie i niewiadomem było w Paryżu, co właściwie tam robił przez lat przeszło pięć. Gdy powrócił do Paryża, odrazu rozwinął nadzwyczaj energiczną działalność na rzecz propagandy. Zajmował się mnóstwem najróżniejszych interesów, ceniono go i kochano w pałacu arcybiskupim, słowem zajął stanowisko wybitne i potężne. Podziw prawdziwy wzbudził, zająwszy się gromadzeniem funduszów na budującą się bazylikę Sacré Coeur. Jakby cudem posypały się obfite składki. Dla zwiększenia dochodów w celu tak upragnionym w arcybiskupstwie, gotów był na wszystko, więc odbywał podróże, kwestował, miewał konferencye, załatwiał sprawy w ministeryum, bywał nawet u żydów i u wolnomularzy. Obecnie pragnął jeszcze rozszerzyć zakres swej działalności i pracował, w celu pojednania wiedzy z katolicyzmem, dążąc równocześnie do połączenia chrześciańskiej, wierzącej Francyi — z Francyą rebublikańską. Głosił, iż tak postępując, idzie w kierunku polityki Leona XIII, polityki zapewniającej ostateczny tryumf Kościoła nad światem.
Pomimo okazywanej sobie życzliwości, Piotr nie lubił tego człowieka. Był mu wszakże wdzięczny, iż z jego ramienia zacny ksiądz Rose został mianowany wikaryuszem przy kościele św. Piotra na wzgórzu Montmartre. Monsignor to uczynił dla uniknięcia skandalu, jaki mógł był wyniknąć, gdyby się rozeszła pogłoska, że ten stary ksiądz został skarcony i ukarany za zbytnią gorliwość w wspomaganiu ludzi bez przytułku i bez chleba. Patrząc teraz na monsignora i słuchając go mówiącego z rozgłośnej kazalnicy w kościele św. Magdaleny, Piotr przypominał go sobie w salonie państwa Duvillard, gdzie go spotkał w przeszłym roku na wiosnę. Była to chwila, gdy z mistrzowską zręcznością przygotowywał nawrócenie się Ewy na katolicyzm, i dopiął swego celu, mówiąc, że to pozostanie najpiękniejszym tryumfem jego kapłańskiego powołania. Chrzest odbył się w tym kościele, a ceremonia dała sposobność do rozwinięcia całej wspaniałości kościelnej uroczystości; było to nadzwyczajne galowe przedstawienie dane najwykwintniejszemu towarzystwu Paryża. Gerard klęczał przez cały czas trwania ceremonii, płacząc ze wzruszenia, a baron Duvillard tryumfował w roli przykładnego małżonka, szczęśliwego że religia utrwali niezmąconą harmonię w szczęśliwym jego pożyciu z żoną. Potajemnie szeptano wśród zebrania, że rodzina Ewy, a zwłaszcza jej ojciec, stary Justus Steinberger, jest prawie zadowolniony z całej tej hałaśliwej awantury, bo z szyderczym uśmiechem zapewniał swoich przyjaciół, że dobrze znając córkę, mógł ją śmiało, oddać za żonę... najgorszemu nieprzyjacielowi. Traktował on tę rzecz po bankiersku, uznając że są wartościowe papiery, które z przyjemnością się ustępuje współzawodnikowi na giełdowym rynku. Justus Steinberger z zaciętością wierzył na przyszłość w wielkość i przewodnią rolę swojej rasy, pocieszał się więc, iż pomimo zawodu, jaki spotkał pierwiastkowe jego obliczenia, taka kobieta, jak Ewa, musi się stać rozkładowym czynnikiem chrześciańskiej rodziny, a zatem dopomoże, by pieniądze i władza stały się bezpodzielnem dziedzictwem żydów.
Głos kaznodziei brzmiał teraz z donioślejszą siłą, zagarniając uwagę słuchaczów, wprawiając ich w zachwyt najwyższego zadowolenia. Monsignor Martha wielbił dobroczynny wpływ nowego ducha czasu, który, jednocząc wszystkie dotąd zwaśnione stronnictwa polityczne i religijne, uspokoił umysły i postawił tem samem Francyę na pierwszorzędnem a przynależnem jej stanowisku. Czyż zewsząd nie ukazują się widoczne znaki tego błogosławionego odrodzenia? A czemżeż jest nowy duch czasu, jeżeli nie zbudzeniem się ideału?... Protestem duszy przeciwko poniżającemu materyalizmowi, tryumfem wyższych aspiracyj nad literaturą lubującą się w błocie! Nowy duch czasu godzi się z wiedzą, lecz wyznacza zarazem miejsce jej właściwe. Uznaje wiedzę, lecz pod warunkiem, iż wkraczać ona nie będzie na niewłaściwe tory, i uszanuje całą świętość i nietykalność wiary. Blizką jest zatem chwila, gdy Kościół będzie mógł otworzyć ojcowskie ramiona i przytulić z miłością tak długo zbłąkaną francuzką demokracyę. A wtedy Rzeczpospolita otrzyma sankcyę i uznaną zostanie za najukochańszą córkę Kościoła, jaką była dawna królewska Francya, szczycąca się być dzieckiem Rzymu.
Idyliczne tchnienie spływało z kazalnicy na rozrzewnionych słuchaczów. Kościół w nieprzebranej dobroci otwierał swe serce wszystkim swoim dzieciom, by radowały się w zgodzie i szczęściu, dla czegóżby więc lud nie miał uledz wpływowi nowego ducha czasu i oddać się wzbierającemu jego prądowi?... Niezadługo zabłyśnie ta chwila i lud podda się Kościołowi, jak niegdyś poddawał się z posłuszeństwem sprawiedliwej władzy swoich królów, a wtedy przez wszystkich chwalona będzie wielkość Boga, jedynego Pana ciał i dusz ludzi na ziemi.
Piotr przysłuchiwał się teraz uważnie, pytając sam siebie, gdzie i kiedy słyszał już te same słowa. Nagle przypomniał sobie i zdawało mu się, że znów słyszy w Rzymie mówiącego monsignora Nani, gdy po raz ostatni miał z nim dłuższą rozmowę. Tak, były to te same marzenia papieża demokraty, odwracającego się od monarchów tracących dawne znaczenie a wyciągającego ramiona do ludu, w nim widząc siłę przyszłości. Czyż ze strąceniem władzy głów koronowanych nie nadchodzi chwila urzeczywistnienia odwiecznych pragnień i dążności papieży?... Któż, jeżeli nie papież, powinien w sobie jednoczyć władzę cesarza i kapłana, Boga królującego nad rządami świata?... Poruszywszy dawne wspomnienia, Piotr przypomniał sobie, że sam tego żądał, pisząc książkę „Nowy Rzym“ i z naiwnością apostoła upatrywał w tem szczęście ludzkości, lecz gdy podążył do Rzymu, i ujrzał stan rzeczy na miejscu, został nazawsze uleczony ze swej mrzonki... Danem mu tam było poznać całą kłamliwość i obłudę księżej polityki, która, opierając się na czasie, wytrwale dąży zawsze w jednym celu, w chęci zagarnięcia władzy i zawojowania świata. By ten cel osiągnąć, armia Kościoła wiedzie bój dziesiątki wieków trwający, nagina się do chwilowych wymagań, a zawsze jest czujna i gotowa korzystać z każdej okoliczności. W ewolucyi dziś na dobie będącej Kościół staje po stronie wiedzy, demokracyi, rzeczypospolitej, pewnym będąc, że skruszy te potęgi, byle mu dano czas po temu! Ach, ten nowy duch czasu, czyż nie jest on odwiecznie odradzającym się duchem Kościoła, duchem zaborczym i żądnym zwycięztwa oddającego mu świat na pastwę chciwości, zaostrzonej tak długiem wyczekiwaniem!
Pomiędzy słuchaczami monsignora Martha, Piotr rozpoznawał postacie wielu deputowanych, których dopiero co widział w Izbie. W wysokim blondynie wsłuchującym się z pobożnością w słowa kaznodziei Piotr poznał ulubionego pomocnika ministra; sam Monferrand musiał go tutaj przysłać, bo chociaż kiedyś nie mógł znieść widoku sutany, obecnie odznaczał się uprzejmością względem duchowieństwa. Pod naciskiem rozkazu nadeszłego z Rzymu, francuzcy księża nabierali chęci zbliżenia się i pojednania z rządem republikańskim. Nowa taktyka polegała na zewnętrznych oznakach uległości i przymierza, podczas którego Kościół sprobuje wszędzie wtargnąć łagodnością, by następnie wszystkiem zawładnąć. Zaczynano znów nadawać Francyi tytuł najstarszej córki Kościoła, bo czyż Francya nie była jedynym z silnych narodów mogących przywrócić władzę świecką papieża?... Należało więc postarać się o jej względy i być z mą w jedności, chociaż głosiła ideje republikańskie.
Mówiono że biskup Persepolisu często miewał narady w ministeryalnym gabinecie Monferranda. Równie ambitni, równie zręczni, inną posługiwali się dyplomacyą, lecz biskup posługiwał się ministrem a temu się zdawało, iż wiele zyska, mając biskupa za sobą, skrycie zaś każdy z nich czyhał na ujęcie za kark przeciwnika. W ręku tych ludzi religia schodzi do podrzędnej roli pionka, którym się można dogodnie posługiwać podczas wyborów do Izby, podczas głosowania przedstawicieli narodu, utworzenia się parlamentarnej większości, a zatem otrzymania i zachowania teki ministeryalnej. Ten właśnie punkt, jakkolwiek sekretny, był najważniejszy. Ach, jakże wszystkie te nizkie manewry dalekiemi były od świętości posłannictwa religii, posłannictwa mającego koić ludzkie niedole i wszelakie cierpienia! Serce Piotra opłynęło tem większą goryczą, iż przypomniał sobie niedawną śmierć kardynała Bergerot, ostatniego ze świętych i czystych postaci wśród francuzkich biskupów, bo pozostałych nie można było jak wliczyć w poczet intrygantów albo głupców.
Konferencya już się kończyła. Monsignor Martha w gorących słowach obrazowo wywołał bazylikę Sacré-Coeur na szczycie świętego wzgórza Męczenników, bazylikę, która, wznosząc się wysoko po nad Paryżem, ukazywała mu zbawczy symbol krzyża, a łaską nawiedzony Paryż powracał do świętości chrześciańskich wierzeń, odzyskując dzięki temu wielkość swego znaczenia, bo Paryż jaśniejący boskiem światłem nowego ducha czasu, panować będzie nad światem, odtąd uległym jego moralnemu wpływowi. Audytoryum pobożnych słuchaczów, nie mogąc bić oklasków, podziękowało kaznodziei szmerem uwielbienia. Wszyscy zdawali się podzielać jego zdanie, uszczęśliwieni cudownością przepowiedni, radzi, iż przyszłość zapowiada się jasna, promienna, w niczem nie grożąca ich stanowisku, a zapewniająca spokój umysłu i sumienia.
Podczas, gdy monsignor Martha z wystudyowanym szlachetnym ruchem opuszczał kazalnicę, słuchacze podnieśli się z krzeseł, które, usuwając się z hałasem, przerwały dotychczasową ciszę zaległą wśród ciemnej nawy kościelnej, zaledwie że rozjaśnionej w głębi płomykami kilku świec woskowych, połyskujących jak pierwsze gwiazdy po zachodzie słońca. Tłum skierował się ku wyjściu, płynąc potokiem niewyraźnych postaci, zcicha między sobą szepczących. W kościele pozostała tylko garstka kobiet klęczących i zatopionych w modlitwie.
Piotr, nie ruszywszy się z miejsca, rozglądał się, szukając księdza Rose, gdy ktoś dotknął jego ramienia. Byłto ksiądz Rose, który oddawna go tu widział.
— Byłem przy samej kazalnicy i cieszyłem się, zobaczywszy, żeś przyszedł. Ale wolałem doczekać końca konferencyi, by nikogo nie poruszać z miejsca... Prześlicznie dziś mówił monsignor Martha... wspaniała mowa... nieprawdaż, moje dziecko?
I rzeczywiście, poczciwy staruszek był szczerze wzruszony. Lecz pomimo to łagodna jego twarz, dziecięco szczere oczy i słodki uśmiech, były smutne, bolejące. Po chwili mówił dalej:
— Lękałem się, że odejdziesz, nie zobaczywszy się ze mną, a mam ci coś do powiedzenia... Wiem, że byłeś u biednego starca przy ulicy des Saules... ale dziś rano, gdy dawszy ci do niego zlecenie, powróciłem do domu, zastałem u siebie jedną panią, która czasami przynosi mi trochę pieniędzy dla biednych... Otóż, widząc się bogatym z jej łaski, pomyślałem, że można będzie dać coś więcej biednemu Laveuve, boć trzy franki, które mu miałeś do zaniesienia, nie mogły starczyć nawet na najpilniejsze potrzeby... Ta myśl nie dawała mi spokoju... wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać, poszedłem po południu na ulicę des Saules...
Ksiądz Rose mówił szeptem przez uszanowanie dla miejsca. Byłoby mu się zdawało rzeczą karygodną mówić głośno w kościele i przerywać w ten sposób głęboką, grobową ciszę świętego przybytku. Teraz zaś jeszcze głos zniżył, wstydząc się, że na nowo popadł w grzech tajemnego udzielania pomocy ludziom nieznanym, chociaż mu to było surowo wybronione przez zwierzchników w arcybiskupstwie. Nieledwie więc drżąc i zacinając się ze strachu, kończył:
— Wyobraź sobie, moje dziecko, jak się zmartwiłem... Niosłem dla Laveuve’a pięć franków... ale przyszedłem za późno... zastałem już tylko nieboszczyka...
Piotr drgnął i, szeroko roztworzywszy oczy, wpatrzył się w twarz starego księdza. Wprost nie chciał rozumieć, by mogło się zdarzyć coś podobnego.
— Jakto?... Co?... Więc ten starzec umarł?... Laveuve umarł?...
— Tak. Zastałem go już zmarłego... ach, w jakiej nędzy był ten człowiek! Zwierzęby nie chciało leżeć w takim barłogu i w takiej norze, jak ten biedak żył przez całe miesiące! Nikogo z sąsiadów nie było przy jego zgonie... Odwrócił się do ściany i skonał w samotności. Ach, jaka tam pustka na jego poddaszu... a jak zimno... wilgotno... jak jemu okropnie musiało być konać w takiem opuszczeniu, bez słowa pociechy... bez niczyjego współczucia... Ach, wiesz, serce krajało mi się z bólu, gdym stanął przy jego zwłokach... i tak mi jest okropnie przykro, gdy o tem wszystkiem pomyślę... Czyż się godzi, by ludzka istota popadała w tak okrutną niedolę...
Serce Piotra zawrzało buntem przeciwko niedorzecznemu okrucieństwu społecznemu. Uspokoiwszy się nieco, zaczął robić przypuszczenia, że może zgłodniały Laveuve zbyt łapczywie rzucił się na chleb przy nim pozostawiony i umarł z przejedzenia... A może zgasł wyczerpany ostatecznie, zużyty nadmiarem pracy i niedostatku... Lecz pocóż szukać przyczyny?... Śmierć przyszła i wybawiła starca od ciężkich katuszy.
— Nie jego żałuję — szepnął Piotr — lecz nas wszystkich... bo czyjaż wina, jeżeli nie nasza, że dzieją się na świecie takie okropności...
Lecz dobry ksiądz Rose nie miał energii do buntu, z poddaniem znosił złe istniejące, wszystko przebaczał, a całem jego pocieszeniem była nadzieja lepszej przyszłości.
— Moje dziecko... nie trzeba szemrać. Jeżeli nasza w tem wina, to módlmy się do Boga, by w miłosierdziu swojem ulitował się nad nami i odpuścił nam grzechy, w jakie popadamy... Prosiłem cię, byś tu przyszedł, myśląc, że mi przyniesiesz jakie dobre wieści... tymczasem ja ci przyniosłem tę smutną wiadomość... Lecz w Bogu pokładajmy ufność... módlmy się... pokutujmy za nasze przewinienia...
Rzekłszy to, ukląkł na kamiennej posadzce i modlił się z wiarą jak pozostałe w kościele kobiety, których ciemne postacie niewyraźnie majaczyły dokoła. Srebrzysta głowa starego księdza pochyliła się z pokorą, jasno odbijając od ciemno-marmurowego pilastru.
Piotr nie mógł się modlić, gdyż cały wrzał gniewem. Nawet nie ukląkł i, stojąc, pasował się z własnemi myślami. Ach, jakże okropną ironią był dla niego cały dzień dzisiejszy! Podczas gdy Laveuve leżał już martwy na przegniłych łachmanach wśród swego zimnego poddasza, on, chcąc go od śmierci uratować, biegał po całym Paryżu i, podniecony pragnieniem niesienia ulgi cierpieniu, na nowo w sobie rozniecił apostolską żądzę miłosierdzia! Zapewne był w wykwintnym, ciepłym salonie państwa Duvillard, gdy Laveuve konał, wstrząsany ostatnią chwilą życia! Więc dla trupa już tylko wysiadywał w Izbie deputowanych! Dla trupa przemawiał w salonie hrabiny de Quinsac, był u tej Sylwii i u tej księżny spraszającej hulaszczy Paryż do swego pałacu. I po cóż?... Kiedy nieszczęsny starzec już się wyswobodził z dokuczliwości nędznego swego życia... po cóż więc wstawiał się i prosił za niego?... Po cóż naprzykrzał się niepotrzebnie ludziom, drażniąc ich egoizm, niepokojąc ich obojętność i godziny zabawy! Jakże próżnym okazał się cały wysiłek i uporczywe bieganie z jaskini parlamentu do lodowatego salonu strupieszałej przeszłości, z pałacu rozpustnicy do pałacu kosmopolitycznego zepsucia! Wszędzie zatem był napróżno, bo zapóźno! Chciał ratować człowieka, a ten człowiek już nie żył! Piotr szydził teraz z siebie. Bo po cóż dał się na nowo ogarnąć płomiennej żądzy miłosierdzia?... Lecz ostatni to był pożar i czuł teraz po nim w sercu tylko zimne popioły. Wszystko w nim zamarło, ostygło i stało się grobem.
Straszliwa próżnia i nicość, jaką odczuł dziś w sobie, odprawiając mszę w bazylice Sacré-Coeur, zdawała się teraz pogłębiać i stawać się bezdenną otchłanią. Miłosierdzie jest tylko ułudą pomocy i ratunku! Rzeczywistość o tem pouczywszy, uniesie te mrzonki w zapomnienie wraz z Ewangelią i z Księgą prastarej mądrości. Przez długie wieki ludzkość szukała zbawienia w pokorze i modłach, lecz zawód tylko znalazła. Trzeba więc nowe odkryć drogi, bo oszukany ród ludzki zanosi jęki rozpaczliwe, domagając się sprawiedliwości. Już go nie kołyszą i nie koją w niedoli przebrzmiałe baśnie o raju. Nastała potrzeba doraźnego rozwiązania kwestyi szczęśliwości na ziemi. Lecz jak rozwiązać tę palącą kwestyę?... Za pośrednictwem jakiego kultu?... Jak pogodzić sprawy boskie z ludzkiemi?... Jak stworzyć religię życia i piękności jego objawów?... Piotr zadawał sobie takie pytania i bolał, nie znajdując odpowiedzi, nierozwiązane zadanie dręczyło go ze srogością natury. Czuł, że ginie z nieświadomości swojej, bo jako ksiądz, jest po za ludzkością. Przysięgą czystości związany i wierny służeniu niedorzeczności, cóż miał on wspólnego z życiem, z naturą i ludźmi?...
Przywalony ciężarem swego bólu z tem większą goryczą przestawał wierzyć w zaradność miłosierdzia. Nie wystarczało być dobroczynnym, należało być sprawiedliwym. Tak, sprawiedliwość zniesie nędzę i usunie potrzebę miłosierdzia. Napróżno bowiem Paryż wysilał się, mnożąc dobroczynne instytucye, które rodziły się w olbrzymiem mieście, jak liście na wiosnę. Było ich niezliczone mnóstwo dla każdego wieku i w przeciwstawieniu wszelkiemu niebezpieczeństwu i wszelkiej nędzy. Wspierano dzieci jeszcze nieurodzone, opiekując się ich matkami, a żłobki i ochronki dla sierot przygarniały dzieci wszystkich warstw społecznych. Znów inne dobroczynne zakłady opiekowały się dorosłemi, a zwłaszcza starzejącymi się ludźmi, otwierając dla nich ochrony, szpitale, przytułki. Miłosierne ręce wyciągały się ku bezdomnym, opuszczonym a nawet ku przestępnym. Tworzyły się ligi dla wspierania słabych, stowarzyszenia zapobiegające występkom, wznoszono domy dla pomieszczenia zbłąkanych, utrwalano poprawę żałujących za winy. Książkaby wyrosła ze spisania samych nazw instytucyj dobroczynnych w Paryżu, a z dniem każdym rosła ich liczba, dzięki szlachetnemu popędowi jednostek lub całych grup ludzi bogatych, lecz z dobrocią serca szły tutaj często ściśle złączone: światowa próżność i pycha. Lecz pocóż pytać o przyczyny?... Cel dobroczynny był odkupieniem i oczyszczeniem wszystkiego. Ale okropnością było teraz uznać, iż cała ta dobroczynna pomoc była bezskuteczna, żadna. Wiekami uprawiane chrześciańskie miłosierdzie nie uzdrowiło żadnej społecznej rany, nędza, nieustannie wzrastając, łączyła się śmiertelnym jadem. Precz więc z miłosierdziem, kiedy wykazało już ono całą swą niezaradność!
Gorycz myśli Piotra ciągle się wzmagała. Chciał co prędzej wyjść z kościoła, drażniony wciąż głębszą ciemnością przybytku, wśród którego jaśniejszemi plamami występowały blade ciała Chrystusów konających na krzyżach. Pomimo zapadającej nocy, kobiety klęczały, szepcząc pacierze, skarżąc się westchnieniami, a pochylone ich postacie prawie, że ginęły w ciemnościach.
Wszakże nie chciał wyjść, nie pożegnawszy się z księdzem Rose, który z całą naiwnością wiary modlił się, błagając niebo o zapewnienie ludziom szczęścia i spokoju na ziemi. Wahał się Piotr, czy ma przerwać jego modlitwę, i już zdecydował się wyjść cichaczem z kościoła, gdy ksiądz Rose, powstawszy z klęczek, rzekł tajemniczo:
— Ach, moje drogie dziecko, żebyś ty wiedział, jak to trudno być dobrym, a zarazem rozsądnym... Monsignor Martha znów mnie zgromił... ach, gdyby nie boże miłosierdzie, w które wiesz, jak ufam, to drżałbym o zbawienie mojej duszy!
Przez chwilę Piotr zatrzymał się pod wysokim portykiem kościoła św. Magdaleny i spojrzał w szeroką przestrzeń, biegnącą po za kratą otaczającą w dole wspaniały peron gmachu. Wprost przed sobą widział ulicę Royale, gubiącą się w olbrzymim placu de la Concorde, w pośrodku którego wznosił się obelisk i dwa puszczone wodotryski, a dalej jeszcze, w samej głębi majaczyła kolumna pałacu Izby deputowanych, zamykając horyzont. Była to perspektywa zdumiewającej piękności. Jasne niebo, oświetlone ostatniemi blaskami zachodniego słońca, zdawało się rozszerzać ulice, oddalać gmachy, rysujące się niepewno w półcieniu, jak senne widziadła. Żadne miasto na świecie nie posiadało tak chimerycznie wspaniałej dekoracyi, olśniewającej swym ogromem i pięknem, zwłaszcza o tej pierwszej godzinie zbliżającego się wieczoru, gdy miasta zdają się pogrążać w zadumie i potęgują wrażenie nieskończoności swego obszaru.
Nieruchomie zapatrzony, Piotr zapytywał sam siebie, gdzie mu teraz iść należało, teraz, kiedy wszystko, czego tak gorąco pragnął od rana, rozbiło się i pierzchło bezpowrotnie. Czy ma się stawić na godzinę oznaczoną w pałacu Duvillard przy ulicy Godot-de Mauroy?... Nie wiedział. Myśli, boleśnie kołując, przypominały mu bezustannie okrutną ironię dnia dzisiejszego. Po cóż tam pójdzie, kiedy Laveuve już nie żyje! Po cóż ma się słaniać po ulicach, wyczekując godziny szóstej?... O tem, że ma własny swój dom, gdzie mógłby odpocząć, nawet nie pomyślał. Zdawało mu się, że ma coś niezmiernie ważnego do spełnienia, lecz nie wiedział co właściwie. Przebyte dziś chwile chaotyczne wywoływały w nim wspomnienia, wszystko zdawało się być dalekie i blizkie, a tak zmącone i pełne bólu, iż czuł się niezdolnym do znalezienia wyraźnego celu. Ociężałym krokiem zszedł ze stopni peronu i bezmyślnie zaczął się przechadzać wśród kwiatowego targu. Zwiezione na targ kwiaty więcej świadczyły o zimie, aniżeli o nadchodzącej wiośnie. Rozkwitłe w cieplarni azalie chorobliwie bladły od chłodu. Mnóstwo strojnych kobiet kupowało fiołki i róże z Nicei. Piotr patrzał czas jakiś na bogactwo pachnących bukietów, lecz nagle odwrócił się ze wstrętem od tego przepychu i skierował się ku Wielkim bulwarom.
Szedł prosto przed siebie, nie wiedząc gdzie i po co idzie. Ciemniejące, wieczorne powietrze zadziwiło go, jak niespodziewane zjawisko. Podniósł oczy w górę i z zadziwieniem patrzył na gasnące niebo i na łagodnem tem tle rysujące się mnóstwo czarnych, cienkich kominów. Dziwacznem mu się również wydało, że nieledwie na wszystkich balkonach widział napisy z wielkich złoconych liter, w których odbijały się ostatnie blaski dziennego światła. Zdawało mu się, że po raz pierwszy zauważył teraz te szyldy i jaskrawe handlowe reklamy, zwierciadlane szyby, story, trofea, rzucające się w oczy afisze, bogate magazyny wykwintne jak salony, powabne jak buduary i jarzące się światłem lamp już pozapalanych wewnątrz domów. A po za chodnikami, wzdłuż których występowały kolumny i kioski wszelkich kolorów, w pośrodku ulicy, jakiż ścisk! Jakie nadzwyczajne zbiegowisko nieustającego ruchu! Turkot powozów huczał, jak pędzące fale wezbranej rzeki. Wśród żwawego rozmijania się mnóstwa dorożek, poważnie manewrowały ciężkie, wysokie omnibusy, a pomimo ruchu tylu powozów, przechodnie uwijali się pomiędzy kołami i końmi, śpiesząc by przejść ulicę, ewolując i biegnąc, byle prędzej stanąć u celu. Zkąd tu zbiegli się ci ludzie?... Gdzie dążyły te wszystkie powozy?... Roiło się jak w mrowisku. Lecz po co... w jakim celu?...
Piotr szedł ciągle naprzód, szedł machinalnie, porwany bólem własnych myśli. Zapadła już noc i zapalono gazowe latarnie na ulicach. Naraz zajaśniały banie lamp elektrycznych, mieszając swój blask z resztkami światła dziennego. Ze wszystkich stron ukazywały się nowo zapalone gazowe gwiazdki migocące w oddali, a magazyny płonęły coraz sutszą jasnością szyb wystawowych. Powozy zaświeciły latarnie i bulwar iskrzył się ruchliwemi ich światełkami, a wzdłuż chodników widno było, jak w dzień, niektóre magazynowe lampy oślepiały jak słońca.
Zdawało się, że ruch uliczny ciągle się teraz potęgował. Stangreci klęli za lada przeszkodą, piesza publiczność pędziła, roztrącając się wzajemnie, była to ostatnia godzina do załatwienia interesów, dyszał więc gorączkowy pośpiech w zdobywczej walce o złoto i o miłość. Kończył się dla Paryża dzień pracy, wysiłku, a rozpoczynał żyć Paryż hulający przy świetle kinkietów. Kawiarnie, szynki, restauracye, ukazywały po za wielkiemi frontowemi szybami, połyskujące sprzęty, marmurowe stoliki, nęcąc przechodniów pięknością owoców i koszami ostryg ustawionych przy wejściu.
Paryż budzący się wraz z pierwszemi zapalonemi lampami już zaczynał kipieć wrzącą wesołością i z podnieconym apetytem biegł ku wszystkiemu, co za pieniądze otrzymać można.
Spokojnie, w zamyśleniu idący, Piotr omal że nie upadł na ziemię, roztrącony przez bandę przekupniów cwałem biegnących wśród tłumu z dziennikami wieczornemi. Każdy z tych ludzi wywoływał tytuł swojego dziennika, lecz najhałaśliwiej, dominująco powtarzały się okrzyki sprzedających nową edycyę „Głosu ludu“. Wrzask ochrypłych głosów powtarzał w równych przestankach: „Głos ludu“, nowy skandal afrykańskiej kolei żelaznej, upadek ministeryum, trzydziestu dwóch zdrajców w Izbie i w Senacie!“ Pędzili naprzód, krzycząc na całe gardło i powiewając rozłożonym egzemplarzem dziennika, pod którego nagłówkiem widniały głoszone przez nich słowa, wydrukowane olbrzymiemi zgłoskami. Publiczność prawie że na to nie zważała, będąc oswojoną i przesyconą hałaśliwością powtarzających się oszczerstw. Czasami ktoś z mężczyzn się zatrzymał dla kupienia dziennika i szybko szedł dalej, by uniknąć zaczepki ulicznych dziewczyn, natarczywie szukających chwilowego kochanka. Szły one zwolna, rażąco strojne, i przystawały przed tarasami kawiarni, chcąc upatrzeć kogoś chcącego im zapewnić obiad dzisiejszy. A krzyki przekupniów roznoszących dzienniki rozlegały się coraz namiętniej, głusząc turkot powozów, zatruwając powietrze wyziewem zgnilizny nagromadzonej dniem całym. Kał bryzgał i rozlewał się strugą, zatapiając czynności dnia ukończonego, by utorować nadejście nocy i rozpoczynających się hulaszczych rozkoszy.
Piotr raz jeszcze powrócił myślą do dzisiejszego poranka i znów ujrzał widmo okropnego domu przy ulicy des Saules, gdzie tyle się gromadziło nędzy i cierpienia. Ujrzał bagniste, cuchnące podwórze, odrażająco brudne schody i ciasne mieszkania, w których drżący z zimna i z głodu ludzie żywili się odpadkami strawy wygrzebanej w śmietnikach, a pogardzonej przez psy wałęsające się po mieście. Ujrzał blade postacie matek rozpaczliwie tulących do wyschłych piersi niemowlęta zanoszące się z płaczu, a nadewszystko utrwalił mu się w pamięci widok nieszczęsnego Laveuve’a, pracą, niedostatkiem i wiekiem steranego nędzarza, konającego w kącie pod strychem na zimnym barłogu jak bydlę porzucone, bo już niezdatne do żadnego użytku. Myśl Piotra przypominała mu teraz inne szczegóły dnia dzisiejszego. Zbytek, spokój i zabawy w salonach dopiero co widzianych, Paryż bogaczów, Paryż polityczny, Paryż oddany światowej rozpuście, aż wreszcie teraz o zmroku, po Paryżu kościelnym patrzał na Paryż jaśniejący światłami zapalonemi rzęsiście, dla uciechy zbytkujących i zamieniających olbrzymie miasto w Sodomę i Gomorę nowożytnego zepsucia. Potworne żądze dyszeć się zdawały w powietrzu nad tym tłumem zalegającym ulice a noc opadająca z szarego nieba ku ziemi niosła zasłonę dla stać się mających bezeceństw. Pierwsze gwiazdy nieśmiało jawiące się na bladem tle nieba, drżały trwożne w swej czystości.
Piotr z przerażeniem obejmował myślą cały ogrom niesprawiedliwości i cierpienia, nędzy i występku ciążącego na wszystkich społecznych warstwach, od najniższej aż do tej najwyższej brnącej w bogactwie i rozpuście. Burżuazya stała u szczytu i samowładnie rządziła wszystkiem, wszystko zagrabiwszy w swoje wyłączne posiadanie, podczas gdy okradziony, otumaniony przez nich lud, zaciskał pięści a, otrząsnąwszy się z dotychczasowej milczącej niemocy, harcząc coraz donośniej, dopominał się o przynależną część swoją. Pogodne dni burżuazyjnego panowania zaczynały się mroczyć, grożąc burzą wszechwładzy grabicieli. Lecz z którejże chmury padnie grom wymiaru sprawiedliwości?... Pomstę zwiastujące błyskawice rozdzierały niebo na wszystkich krańcach horyzontu a zastraszający huk gromów co raz wyraźniej, bliżej, dobiegał, niosąc zagładę. Piotr rozpamiętywał, jak od lat dawnych dostrzegłszy zbliżającą się burzę, chciał ją powstrzymać, odwrócić i z dziecięcą wiarą w możliwość dokonania tego, napisał książkę i pojechał w jej obronie do Rzymu, pewnym będąc że po bliższem objaśnieniu, znajdzie tam najgorętsze poparcie. Lecz powrócił z Rzymu ze zgasłą nadzieją w sercu i czuł, że już nic nie zdoła odwrócić spaść mającego gromu, który wszystko zburzy w nieuniknionej katastrofie. Nigdy jeszcze nie odczuł tak wyraźnie nadciągającej i już blizkiej nawałnicy. Czyż dla tego, że dziś widział krańcową nędzę i krańcowy zbytek?... Lecz czuł burzę, i widział gromadzące się brzemienne chmury, z których miał paść piorun zniszczenia na miasto, na ten Paryż hulaszczy i niepomny, z szałem każdego wieczoru zapalający pochodnie orgii, będącej wyrokiem jego zagłady.
Doszedłszy do placu Opery, Piotr, zmęczony i znękany myślami, podniósł oczy, pytając sam siebie gdzie się znajduje?... Serce wielkiego miasta zdawało się tutaj pulsować, a krew do niego napływała zewsząd niesiona wspaniałemi ulicami, zbiegającemi się z najodleglejszych dzielnic. Zmierzył wzrokiem głębie gubiących się w zmroku ulic Quatre Septembre i de la Paix, tryumfalną Aleję opery i Wielkie bulwary przecinające plac, na którym się zatrzymał. Dopływ tych ulic oraz innych sąsiednich czynił plac Opery środowiskiem wciąż falującego ruchu ludzi i powozów. Panujący tu zamęt i wir zamieniał to miejsce w otchłań pełną niebezpieczeństwa. Napróżno policyanci wysilali się, by utrzymać pewien porządek wśród powozów i pieszej publiczności, koła się zaczepiały, konie wspierały się osadzone na miejscu, wrzał popłoch nieustający i huczał przeciągły odgłos podobny do łoskotu fal szalejącego burzą oceanu. A ponad placem dominował oddzielnie wznoszący się gmach Opery, gmach olbrzymi i tajemniczy jak symbol. Szare cienie wieczoru zatapiały dolną część jego murów a na samym ich szczycie unoszący się Apollo ze złotą lirą w ręku jeszcze połyskiwał ostatniemi blaskami dziwnego światła, nikle odbijając się na tle bezbarwnego nieba. Fasady domów dokoła placu coraz jaśniej płonęły zapalonemi światłami w oknach, a tysiące tych jarzących się płomieni nieciły wesołość, głosiły koniec dnia i potrzebę swobodnego wypoczynku, wśród ponętnych rozkoszy sprzyjającej ku temu nocy. Wśród potokiem płynącego gazowego światła, wypełniającego place i ulice, strzelały białe promienie lamp elektrycznych zawieszonych jak księżyce przyświecające jasnym nocom Paryża.
Dla czego jestem tutaj? — zapytał Piotr samego siebie. Rozdrażniony, zniechęcony, mówił sobie, że powinien wrócić do domu, bo teraz, kiedy nikomu już nie jest potrzebny, może się zamknąć samotnie i z beznadziejną rozpaczą oddać się wyczekiwaniu ostatecznej zagłady. Z placu Opery było daleko do małego dworku, w którym mieszkał w Neuilly, jednakże, pomimo wielkiego znużenia, nie chciał brać dorożki, zawrócił więc na wprost w stronę kościoła św. Magdaleny. Szedł znów wśród ciżby przechodniów, ogłuszony uliczną wrzawą, i prawie rad, że nie dając sobie wytchnienia, pogarszał ból szarpiący mu serce, poił się dalej goryczą i buntem. Zdawało mu się, że słyszy pękanie murów przestarzałego społecznego gmachu; tak, runąć on musi lada chwila, a gdzież pierwsze objawy kataklizmu mają świat przerazić, jeżeli nie tutaj... w Paryżu, może na tej właśnie ulicy, wśród Wielkich bulwarów, będących gościńcem, ku któremu się zbiegają wszystkie inne drogi.
Przy rogu ulicy Scribe musiał się zatrzymać, bo ruch został zatamowany przez zbiegowisko ludzi kupujących dzienniki u dwóch przekupniów, wysokich, obdartych i naprzemian reklamujących „Głos ludu“, skandale, szacherki w Izbie i w Senacie, krzyczeli oni tak głośno, tak przeraźliwie i zajadle, że publiczność mimowolnie zatrzymywała się zaciekawiona. Nagle Piotr z zadziwieniem poznał sylwetkę Salvata. Szedł krokiem niepewnym, zatrzymał się i przysłuchiwał, wreszcie zbliżywszy się przed szyby kawiarni, patrzał uważnie wewnątrz. To kilkakrotne spotkanie się z tym człowiekiem zaniepokoiło Piotra, rozbudzając w nim pewnego rodzaju podejrzenie. Postanowił zdać sobie sprawę z obecności Salvata. Przecież ten biedak w podartem roboczem odzieniu, z chlebem sterczącym pod kurtką, nie wejdzie do tej, błyszczącej złotem, kawiarni i nie usiądzie przy marmurowym stoliku w sali jarzącej się światłem lamp i odbijających je luster?... Piotr stał i czekał. Po chwili Salvat zawrócił się, jakby niezadowolony z pustej jeszcze kawiarni i ociężałym krokiem zwolna się oddalił. Czegóż on szukał?... Po cóż się błąkał od samego rana po najbogatszych ulicach Paryża, cóż ten zgłodniały nędzarz mógł mieć wspólnego ze zbytkiem i wesołością wielkiego miasta?... Wlókł się teraz z trudem, jakby pozbawiony woli i energii. Przygnębiony, znękany, zbliżył się do kiosku i oparł się plecami, zapewne szukając chociażby chwilowego wytchnienia. Lecz prawie natychmiast wyprostował się i znów zaczął iść w ciągłem poszukiwaniu za czemś nieznanem.
Nieledwie w tejże chwili zaszła okoliczność, która ostatecznie zaciekawiła Piotra. Z ulicy Caumartin nadchodzący człowiek poznał Salvata i, zbliżywszy się ku niemu, powitał go podaniem ręki. Po krótkiem wahaniu, Piotr nabrał przekonania, iż ten wysoki, barczysty mężczyzna jest jego bratem. Tak, był to Wilhelm. Zatrzymał się i Piotr wyraźnie widział jego rysy, krótko przystrzyżone i już białe jak śnieg włosy, pomimo, że Wilhelm miał zaledwie lat czterdzieści siedem. Za to obfite wąsy pozostały czarne, bez śladu siwizny, co nadawało twarzy wyraz niepospolitej energii. Czoło miał wysokie, potężne, jak wieża. Było to myślące czoło ojca, które i Piotr odziedziczył. Lecz dół twarzy starszego brata był silnie rozwinięty, nos miał większy, usta szerokie, brodę kwadratową, energicznie zarysowaną. Na lewej skroni bieliła się szeroka blizna, pochodząca z lat dawnych. Pomimo, że całość tej twarzy była surowa, zamknięta i szorstka, rozpromieniał ją niekiedy uśmiech, pełen dobroci, a po za czarnemi wąsami ukazywały się wtedy białe, zdrowe zęby.
Piotr przypomniał sobie teraz opowiadanie pani Teodory, która dziś rano wspomniała nazwisko Wilhelma, jako dobroczynnego sąsiada, dostarczającego chwilowego zajęcia nieszczęsnemu Salvatowi. Okoliczność ta objaśniła Piotrowi przyczynę rozmowy dwóch ludzi, na których teraz patrzał. Zapewne Wilhelm dopytywał się mechanika, czy znalazł jakie zajęcie, lecz ten, niezadowolony ze spotkania, miał twarz wystraszoną i spoglądając to w tę, to w inną stronę, zdawał się pragnąć iść dalej w przerwaną a nieznaną wędrówkę po mieście. Wilhelm zapewne dostrzegł to dziwne zmięszanie człowieka, z którym rozmawiał, lecz popatrzywszy na niego uważnie, pożegnał się i odszedł. Po chwili wszakże zatrzymał się i odwróciwszy się, patrzał za oddalającym się Salvatem, który nieledwie padając ze znużenia, z trudem się przeciskał wśród gwarnego tłumu. Twarz Wilhelma spochmurniała i jakby pod naciskiem groźnej myśli, zawrócił się i poszedł za robotnikiem.
Piotr uczuł się silnie zaniepokojony całą tą sceną, na którą patrzał z wytężoną uwagą. Rozdrażniony bolesnym wątkiem własnych myśli, pod wrażeniem przeczucia jakiegoś straszliwego a nieokreślonego nieszczęścia, zaczął podejrzewać, że jest coś nienaturalnego w postępowaniu Salvata. Dla czegoż tyle razy spotkał go dzisiaj w różnych punktach Paryża?... Uląkł się teraz, widząc swego brata zamięszanego w tę sprawę i pochłonięty żądzą zbadania tego bliżej, postanowił iść za tymi dwoma ludźmi. Bez namysłu puścił się za nimi, nie chcąc tracić ich z oczu, postanawiając, w razie potrzeby, przeszkodzić ich zamiarom.
Z nowem wzruszeniem spostrzegł, że Salvat a następnie Wilhelm, obadwaj skręcili na ulicę Godot de-Mauroy. Jakie dziwne zrządzenie losu! wszak i on miał zamiar stawić się o tej godzinie na tej ulicy w sprawie Laveuve’a, lecz Laveuve umarł. Chwilowo chwycony goryczą tej myśli, Piotr stracił z oczu postać Salvata, lecz z tem większem zdziwieniem odnalazł go stojącego na chodniku naprzeciwko pałacu Duvillard, w tem samem miejscu, w którem zdawało mu się, że go poznał, wychodząc dziś w południe z salonu baronowej. Piotr zatrzymał się, nie chcąc być widzianym przez tych, których śledził.
Podjazdowa brama pałacowa na rozcież była otwarta, bo reparowano w niej bruk w mozajkę układany. Robotnicy dopiero co odeszli, a po za ciemnością sklepionej bramy widniał obszerny dziedziniec zatapiający się w zmroku. W porównaniu z Wielkiemi bulwarami, ulica Godot-de-Mauroy była wązka i ciemna. Zrzadka palące się latarnie gazowe połyskiwały jak gwiazdy wśród niebieskawej szarości wieczoru. Kilka kobiet idących razem zmusiło Salvata do ustąpienia im miejsca, lecz gdy przeszły, znów wszedł na chodnik i zapalił kawałek cygara, zapewne znalezionego gdzie pod stolikami bulwarowej kawiarni. Paląc, stał nieruchomie, jakby postawiony na straży i wpatrzony w pałac, cierpliwie wyczekiwał.
Widok tego człowieka drażnił i niepokoił Piotra. Zadawał sobie pytanie, czy nie powinien zbliżyć się ku niemu i wdać się w rozmowę. Lecz powstrzymywała go obecność Wilhelma, którego widział zaczajonego we wgłębieniu sąsiedniego domu. Nie wiedząc na razie, jaką powziąść decyzyę, postanowił nie spuszczać z oczu Salvata, który stał wpatrzony w otwartą bramę pałacu i tylko od czasu do czasu odwracał głowę w stronę bulwarów, jakby w oczekiwaniu czegoś, czy kogoś, mającego ztamtąd się pojawić. Niezadługo ukazał się nadjeżdżający z bulwarów powóz państwa Duvillard. Na koźle, obok stangreta, siedział lokaj, obadwaj w ciemno-zielonej liberyi ze złotem. Najświeższego fasonu powóz był zaprzężony w parę pięknych, karecianych koni.
Zwykle o tej godzinie powóz ten odwoził do domu barona, albo baronowę, dziś zaś wyjątkowo był zajęty przez ich dzieci, to jest przez Kamillę i Hyacynta. Powracali z przedstawienia u księżnej de Harn i rozmawiali swobodnie, spokojnie, siląc się wzajemnie zadziwić wyuzdaniem swych poglądów.
— Kobiety są odrażające! Nie znoszę zapachu kobiet, wstręt we mnie budzą! A przytem obrzydzeniem mnie przejmują z powodu, że z niemi zawsze się ryzykuje spłodzenie jakiejś nowej ludzkiej istoty!
— A jednak, mój kochany, na twojem miejscu, wolałabym kobiety, niż twojego Jerzego Elson... patrząc na niego, nie wie się — czy chłopiec, czy dziewczyna... Ale posądzam cię, braciszku, że pozujesz... i sporo na tem tracisz... bo księżna może być wcale miłą kochanką... powinieneś skorzystać, bo co ona... o, to każdy widzi, że przepada za tobą...
— Daj pokój... księżna jest wprost zabijającą... nudzi mnie...
Hyacynt, przybrawszy omdlewający ton mowy, wygłosił swoje zasady. Brzydził się istnieniem płci, utrzymując konieczność ogólnego się ich wyrzeczenia. Lecz Kamilla, nie słuchając słów brata, drżała z rozdrażnienia, wzburzona nawałem gorączkowych swych myśli. Oczy jej połyskiwały złowrogo, wreszcie przerwała wykładane przez brata teorye słowami:
— Czy wiesz, że mama jest znów tam... razem z nim!
Nie potrzebowała bliżej określać, bo często mówiła z bratem o rodzicach z jaknajwiększą swobodą i ze znajomością ich spraw pozadomowych.
— Tak... jest z nim... a wszystko pod pozorem przymierzenia sukni u Salmona!... Co za głupia historya! Łatwo się było domyśleć, że weszła jednemi drzwiami — by wyjść drugiemi... byle zdążyć na godzinę schadzki...
Hyacynt spokojnie spojrzał na siostrę i rzekł z politowaniem:
— Cóż to ciebie może obchodzić? Niechaj sobie naznacza schadzki z Gerardem...
Lecz widząc gwałtowne wzburzenie Kamilli, spytał:
— Więc ty go jeszcze kochasz?... Chciałabyś go wziąść dla siebie?...
— Tak, chcę go mieć i będę go miała!
Słowa te zasyczały w ustach Kamilli całą wściekłością zazdrości brzydkiej, upośledzonej kobiety, nienawiścią córki względem rodzonej matki, która pięknością swą zabrała jej upragnionego kochanka.
Hyacynt, uszczęśliwiony ze zdarzającej się okazji dręczenia siostry, której się lękał, rzekł, drwiąco:
— Będziesz go miała... będziesz go miała... ale pod warunkiem, że on się na to zgodzi... Bo on ciebie nie kocha...
— Mylisz się! — krzyknęła ze złością — On mnie kocha! Sam chyba widzisz, jaki jest zawsze dla mnie uprzejmy! To mi wystarcza!
Wylękły złością pałającą w oczach siostry, jej kurczowo zaciśniętemi rękoma, podobnemi do szponów, przestał ją drażnić i dopiero po dłuższem milczeniu spytał:
— Cóż papa na to wszystko?...
— Papa?... Jemu wszystko jest jedno... byle od czwartej do szóstej godziny mógł być u tamtej, reszta go nie obchodzi...
Hyacynt się roześmiał. Oddawna przywykli nazywać te wycieczki ojca „chodzeniem na podwieczorek“. Kamilla lubiła żartować z bratem z podwieczorków ojca, lecz dziś nie miała ku temu ochoty wrzała bowiem rozpaczą i gniewem, że nie zdołała powstrzymać matki od „podwieczorku“ na mieście.
Zamknięty ich powóz zakręcił na ulicę Godot-de-Mauroy i z turkotem zbliżył się ku domowi ciągnięty kłusem przez parę rosłych karecianych koni. W tej właśnie chwili jasnowłosa dziewczyna, mogąca mieć lat szesnaście, a najwyżej osiemnaście przebiegła ulicę, chcąc wyprzedzić powóz i weszła w pałacową bramę, niosąc wielkie kartonowe pudło, w jakiem zwykle modniarki odstawiają damskie kapelusze. Niosła kapelusz dla baronowej i była w obawie, że się spóźniła, bo idąc z magazynu, zatrzymała się, gapiąc na bulwarach; śpieszyła się więc teraz i śliczna jej twarzyczka zarumieniła się w biegu, lecz drobne usta, zadarty zgrabny nosek i niebieskie oczy śmiały się figlarnie, wesoło. Prawie równocześnie za nią wpadł do bramy Salvat, raz jeszcze rzuciwszy wzrokiem na nadjeżdżający powóz. Nieledwie że natychmiast ukazał się znów na chodniku i rzuciwszy w rynsztok palący się jeszcze kawałek cygara, poszedł dalej, nie śpiesząc się i wkrótce znikł wśród zmroku zalegającego ulicę.
Cóż się wtedy stało?... Piotr dopiero później przypomniał sobie, że wóz przewożący towary z dworca kolei zachodniej, stanął w poprzek ulicy, na chwilę tamując przejazd powozowi, podczas gdy jasnowłosa dziewczynka niosąca kapelusz, znikła w głębi pałacowej bramy. Z niewypowiedzianem przerażeniem ujrzał Wilhelma pędem wbiegającego do pałacu. Nie rozumiejąc przyczyny, Piotr drgnął w obawie jakiegoś strasznego, nieuniknionego nieszczęścia. Chciał biedz, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa, chciał krzyczeć, lecz gardło miał ściśnięte, jakby go dusiła ciężka, ołowiana ręka. Nagle rozległ się huk gromu, i przerażający wybuch. Zdawało się, że ziemia się rozwarła, by pochłonąć pałac zdruzgotany piorunem. Wszystkie szyby sąsiednich domów posypały się jak gradową burzą, a płomienie pożaru błysnęły zewsząd i naraz zagasły, pozostawiając po sobie tyle pyłu i dymu, iż ludzie, oślepieni, zawyli z przerażenia, sądząc, że wybiła ostatnia dla nich godzina.
Ta olśniewająca błyskawica stała się jakby objawieniem prawdy w umyśle Piotra. Ujrzał skórzany worek z narzędziami w mieszkaniu Salvata. Wyładowany on był nie narzędziami, lecz bombą, narzędzi Salvat nie potrzebował, nie mając żadnego zajęcia! Z przygotowaną bombą chodził dziś dzień cały po Paryżu i ona to widniała pod roboczą, podartą kurtą; tak, to była bomba, a nie kawał suchego chleba znalezionego na mieście i niesionego do domu, gdzie go wyczekiwały dwie zgłodniałe istoty. Grożąc zniszczeniem, obiegał najbogatsze dzielnice Paryża, aż wreszcie zatrzymał się i rzucił grom przed progiem pałacu, który w jego pojęciu był symbolem burżuazyjnego możnowładztwa, jaskinią przepełnioną zagrabianem złotem.
Lecz Piotr, pochłonięty myślą ratowania Wilhelma, rzucił się teraz ku bramie buchającej kłębami dymu jak czeluść nagle pękniętego wulkanu. W pierwszej chwili nie widział nic, prócz dymu. Lecz natychmiast dostrzegł popękane mury, wyłom sięgający po za pierwsze piętro, stosy gruzów i kamieni, a pod nogami czuł powyrywane głębokie wyboje. Przed pałacem stał powóz, który już miał wjeżdżać. Powóz i konie nie były nawet draśnięte. Lecz pod bramą, na powyrywanej ziemi leżała nieżywa jasnowłosa ładna dziewczyna. Wybuch zmiażdżył jej czoło, a tylko różowa buzia pozostała nietknięta i uśmiechała się uroczo, jakby zadziwiona, zaciekawiona katastrofą. Obok trupa rażonej nagłą śmiercią dziewczyny, leżało otwarte kartonowe pudełko i wytworny, nieuszkodzony różowy kapelusz, świeży i jakby żadnym pyłem nietknięty.
Cudem Wilhelm został przy życiu i już stał o własnych siłach, tylko rękę miał krwią zbroczoną, widocznie odłam bomby ugodził go w to miejsce. Trząsł się jak w febrze, bo wybuch powalił go na ziemię, wstrząsnąwszy nim tak silnie, iż czuł ból we wszystkich członkach. Poznał wszakże swego brata i bynajmniej się nie zdziwił, znajdując go obok siebie, oszołomiony okropnością wydarzenia, niczego sobie nie tłomacząc, odczuł tylko zbawczość obecności Piotra. Nie widział go oddawna, stracił go prawie z oczu, lecz czyż brat nie powinien być przy nim w chwili niebezpieczeństwa?... Więc konwulsyjnie drżący, z wąsami opalonemi, z wyglądem szaleńca, rzekł pośpiesznie:
— Zabierz mnie ztąd... uprowadź... zawieź do Neuilly... do Neuilly... nie do mnie...
Po chwili zaś dodał, mówiąc o Salvacie:
— Domyślałem się, że ukradł mi jeden nabój, na szczęście tylko jeden... bo inaczej... byłby całą dzielnicę miasta wysadził w powietrze... Okropność... okropność... nie zdążyłem wbiedz za nim na czas, by przydeptać lont, jedna chwila, a byłbym zgasił lont nogą!
Piotr, nie odrzekłszy słowa, lecz z zadziwiającą przytomnością umysłu, jaka się czasami pojawia w razie wielkiego niebezpieczeństwa, przypomniał sobie, że pałac posiada wyjście na ulicę Vignon. Zdawał sobie sprawę, że trzeba uprowadzić ztąd Wilhelma, chroniąc go od możliwych posądzeń. Szybko pociągnąwszy go więc za sobą, przystanął z nim dopiero na ulicy Vigon, a korzystając, że nie było przechodniów, obwinął mu rękę chustką i, rozpiąwszy surdut brata, ukrył skaleczoną jego rękę, zasuwając ją głęboko przytuloną do piersi.
— Zawieź mnie do Neuilly — powtarzał prawie nieprzytomny Wilhelm. — Zawieź co prędzej... do siebie... nie do mnie... nie do mnie...
— Dobrze... dobrze... bądź spokojny. Zaczekaj tu na mnie... zaraz wrócę z dorożką...
To mówiąc, prowadził go w stronę Wielkich bulwarów, chcąc co prędzej znaleźć dorożkę. Lecz na bulwarach panował szalony zamęt, spowodowany grzmotem wybuchu, który wstrząsnął domami, rozlegając się aż tutaj. Konie wspinały się, ludzie biegali tam i napowrót bez żadnego określonego kierunku, zewsząd pędzili policyanci i już zbity tłum zaległ ulicę Godot-de-Mauroy, ulicę czarną jak przepaść, bo wszystkie światła zagasił wybuch. Pomimo ogólnego popłochu, rozległ się donośny głos jednego z przechodniów, uparcie krzyczący, w różnych przestankach: „Głos ludu“! Nowy skandal afrykańskiej kolei żelaznej, upadek ministeryum, trzydziestu dwóch zdrajców w Izbie i Senacie“!
Wreszcie Piotr napotkał wolną dorożkę, a podczas gdy się umawiał z woźnicą, usłyszał, jak jeden z przechodzących mężczyzn rzekł do drugiego:
— Ministeryum... ta bomba sklei je na nowo! Dla ministeryum to gratka nielada! Prawdziwa szansa!
Bracia wsiedli do dorożki i wkrótce wjechali w cichsze dzielnice miasta, a nad Paryżem zawisła noc ciemna, ponura. Ani jedna gwiazda nie połyskiwała na niebie. Mętne opary zbrodni zdawały się unosić ponad morzem domów nowej Sodomy i Gomory, a powietrze przeszywał głuchy jęk głosów, domagających się sprawiedliwości doczesnej i ogólnej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.