<<< Dane tekstu >>>
Autor Arne Garborg
Tytuł Na halach
Pochodzenie Górskie powietrze i inne opowieści
Wydawca M. Arct
Data wyd. 1907
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józefa Klemensiewiczowa
Tytuł orygin. I Heidane
Źródło Skan na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
NA HALACH.
I.

Na wiosnę porzucało się studencką izdebkę na poddaszu w Oslo, a zwykła droga wiodła na zachód, do Jaeren.
Dość już mając parowców i turystów przebywałem tu latem, odpoczywając.
Chodziłem sobie po wrzosowinach i po wybrzeżu, marząc i słuchając ćwierkania i krzyków ptactwa błotnego i morskiego.
Za nadejściem jesieni trzeba było znów pomyśleć o książkach.
Chciałem tedy wolny być od parowców i turystów, wziąłem więc tobołek i nogi na plecy i ruszyłem w góry, ścieżkami, któremi nikt nie chodzi, chyba pasterz ze swoim bydłem, zbieracz jagód lub skaczący zając albo lis. Niekiedy zapuści się niemi jaki handlarz albo złodziej — a nareszcie gromada cyganów chyba.
Na najwyższym miejscu, gdzie wzgórza zlewają się z bielą i lazurem, usiadłem, żegnając się z morzem i rodzinnym miejscem. Utworzyło ono piękny, ogromny obraz z połyskującą metalicznie rzeką wśród różnolitości tonów barwnych: tu i owdzie zieleniły się kępki na przestrzeni brunatnej kończącej się białym brzegiem — po za nim wydęte niby pancerz, błyszczące jak stal morze lśniło się w bladym, jesiennym słońcu.
— Bywaj mi zdrowy, ojczysty domu mój!
A zatym naprzód, w góry! W granitowe skały, poprzez ciasne doliny, strome ścieżki, głębokie przepaści — przez zawrotne perci, gdzie kroczyć trzeba śladem bydła, drapać się po długich, wrzosem krytych upłazach, wspinać się na szczyty, przeskakiwać wodę, brodzić po trzęsawiskach, w górę i w dół — a wciąż naprzód!
Tu dopiero jestem bezpieczny. Tu nikt nie przyjdzie, aby mi przerwać wątek myśli lub przędzę miłych snów pozdrowieniem: — Dzień dobry! a to mamy pogodę! Nikt tu nie spęta mojej duszy obcemi myślami! Jeżeli zaskoczy mnie ktoś, to chyba zając przebiegnie lub mały pastuszek, który tu się wyprawił z bydłem i zbiera jagody lub wdrapawszy się na kamień siedzi zadumany, zapatrzony, aby zniknąć znów między kosodrzewiną i spokojnie pasącym się bydłem.
Jestem już wysoko. Pusto tu i nago. Jestto krajobraz odrębny — każdy cudzoziemiec powie, że tu brzydko; ale tu są moje góry, mnie tu jest dobrze. Nic tu niema, tylko kamień i kamień. Nizkie, rzadkie skały, w dole, ogołocone z lasu, wyżej nawet i z krzaków, wydają metaliczny dźwięk. Spiętrzyły się tu one od wieków, porysowały się i zczerniały na wichrze i deszczu, popękały od mrozu i potoków. Stromo sterczą niby szare mury zamknięte wrotami, napół w gruzach i zdają się być porosłemi mchem ruinami po budowlach jótunów[1].
Wszędzie pełno kamieni, jakby je kto rozsiał naokół, wielkie i małe, oderwały się one od budowli a brunatna ich barwa w ciągu długich lat przybladła. Wielkie, kamienne olbrzymy, odłamy skalne z lodowej epoki strzelają ku niebu ze szczytów i grani, często uczepione na najwyższym cyplu, skąd, zda się, mogą spaść każdej chwili.
Wielkiej rozmaitości barw nie przedstawia to pustkowie. Kamienno-szary i kamienno-błękitny kolor naprzemian z brunatną barwą wrzosu i z zielenią trzęsawisk w dolinach lub z górskim torfowiskiem przeważają — tu i owdzie, na zboczu żółcą się liście brzozowego gaiku lub krwawią się żywe, czerwone jagody na młodej jarzębinie. W rozpadlinach skalnych i w dolinach błyszczą ciemne aż czarne błotniska, długie, sine jeziora a po okrągłych kamykach z szumem i pluskiem stacza się potok.
Rzadko kiedy, niespodziewanie, niby widzenie senne ukaże się wśród złomów kamiennych mała ludzka osada: kilka maleńkich, torfem krytych domków, do słońca zwróconych, najczęściej nad wodą, niekiedy dom mieszkalny i stodoła razem, z łąkami i polami w pośród żwiru i skalnych złomów — a wszystko ogrodzone wysokiemi płotami kamiennemi.
Jednego dnia spotkałem dwie takie sadyby i na widok ich stanąłem zadumany, jak gdyby przed jakąś świętością. Oto życie stacza tu ustawiczną walkę z kamieniskiem i odnosi zwycięstwo, powstają budowle na skałach nagich, podobnie, jak wytrwała, górska sosna, wcisnąwszy się w złom skalny, rośnie, żywiąc się niewiadomo czym. Kto kocha życie i niekiedy trwoży się myślą, że śmierć je pokona, niechaj zajdzie tu, między te kamienie, a pozna, co to jest chęć życia.
Wszedłem do pierwszego domku. Siedziała w nim stara, poczerniała babina w towarzystwie kotka i małego dziecka, bawiącego się jej spódnicą i przędła. Spojrzała na mnie wielkiemi, zdziwionemi oczyma i zapytała:
— Skądże jesteś?... Aa! jesteś Garborg? A czyim żeś synem?... Ach, to to z tych!... Odrazu poznajomiliśmy się.
Nakarmiono mnie... ale musiałem «przyjąć to, co u nas jest», więc zsiadłe mleko, placek z masłem i bryndzą, prawdziwą bryndzą, delikatniejszą w smaku od Roquefortu — taką jadałem tylko w dzieciństwie, u mojej matki.
— Musi ci to wystarczyć — powiedziała — tu niema kawy, ani bułek, jak po wsiach w twoich stronach, ale cóż my, biedacy, mamy robić? My ta nie uczeni, nam i to smakuje.
Siadła napowrót do kołowrotka i przędąc, rozmawiała. Przyjemnie to bardzo, gdy się ktoś zjawi. Można się popytać o różne rzeczy i pomówić o tym i owym. Opowiedziała mi też o mojej rodzinie więcej niż sam wiedziałem, a jako nowy rozdział w tej historji rodu, krótkiemi rysami przepowiedziała sobie mój życiorys. Nauczyła mnie ona w tej chwili tego, czego mi nie mogły dać wszystkie moje studja i na co dotąd sam nie zwróciłem uwagi, a mianowicie, że mój rodzinny język jest piękny i nadaje się do literackiego opowiadania.
Skierowałem tak rozmowę, aby mi co opowiedziała o życiu w górach. — Czy to nie nudno siedzieć tu, między temi dzikiemi skałami i męczyć się i pracować, nie mogąc zdobyć nic ponad nędzne utrzymanie? — pytałem.
Rozśmiała się. Ach nie! Tu przecie nie dzikie skały. A nudno też nie jest temu, kto ma się czym zająć. Ale skoro mówię z takim lekceważeniem o utrzymaniu, radaby się dowiedzieć, czy nauczyłem się tego w moich wyższych szkołach? Życzyłaby mi więc, abym na sobie nigdy nie doświadczył, co to znaczy utrzymanie. Czyż sam Pan Bóg nie nauczył nas modlić się o chleb powszedni? I czy nie napisane jest, że skoro się ma co zawdziać i co jeść, powinno się być zadowolonym? Kto ma to, co potrzebuje i czyni to, co powinien, nie może się dość nadziękować Panu Bogu!
Słuchałem ze zdumieniem. A więc ona jest zadowolona? broni swoich kamieni! A więc postęp do gór wcale jeszcze nie dotarł? Jak ta kobieta mówiła, mawiali za moich lat dziecinnych staruszkowie w mojej wsi rodzinnej.
— Jakże możemy żyć bez pracy? — pytali.
Teraz mówią po wsiach, jak my w mieście:
— Jakże można żyć bez pieniędzy?
I narzekają i jęczą niezadowoleni. I niezadowolonemi powinni być — bo niezadowolenie rodzi postęp — powiedział Stuart Mill. No, z czasem i do gór dotrze niezadowolenie! — pocieszałem się.
Niebawem poznałem całe życie tutejsze, zewnątrz nędzne, wewnątrz bujne. I powoli zacząłem pragnąć, aby jednak ów postęp nie śpieszył się bardzo z wejściem w te górskie wioszczyny. Alboż nie dość, że miasta i wielkie wsi poddadzą się postępowi?
— Nie, niema co wydziwiać na kamienisko — ciągnęła dalej babulka. Tu, w górach mamy dobrą ziemię, o wiele piękniejszą i lepszą niż na łąkach w Jaeren. A chociażby tylko jagody, jakie tu rosną! Ożyny i borówki takie duże a soczyste, że aż pieką w język, nigdzie takich niema! A ta błogosławiona, doskonała pasza. Gdzież by się pokrzepiło bydełko, jeżeli nie w górach przez lato? W Mjaalandzie i ich bydło i te z Jaerenu znajdzie dość paszy, to też chowa się, chowa jak rzadko gdzie. I niejeden błyszczący talar wpadnie za nie i jest czym zapłacić podatek. Ach, błogosławiona trzódka! Daje nam odzież i żywi nas, wielu też i tu i na południu nie ma innego utrzymania. A zawdzięczyć to mogą tylko tej naszej górskiej paszy. Dalibóg, dobrze byłoby wiedzieć, ile też stad pasie się rok w rok po wszystkich halach od Synesvarden po Sirdal i od górnych hal aż het po Saetisdal.
— Znam zapewne Larsa Haalanda?
— Nie.
A przecież muszę być z nim spokrewniony, jeżeli się nie myli... ze strony matki. On jest het na górze tego roku także i pasie bydło... het, po drugiej stronie jeziora. Jeżeli tam dotrę w swojej niezwyczajnej wyprawie, może się z nim spotkam, jego mogę się popytać, on napewno będzie wszystko wiedział.
Syty i wypoczęty pożegnałem się i odszedłem. Staruszka wyprowadziła mnie za próg i wskazała mi drogę i kierunek, którego się mam trzymać. Krok miała lekki, jak młoda dziewczyna. Rozstaliśmy się jak matka z synem.
— Bądź zdrów, szczęśliwej drogi! A gdybyśmy się już nie mieli zobaczyć na tej ziemi, spotkamy się na pewno tam, w lepszym życiu!
— Powiedziała te pospolite słowa tak serdecznie, że poczułem, iż oczy mi zaszły mgłą, więc coprędzej puściłem się w drogę.

II.

Droga prowadziła koło zabudowań ludzkich, to znów odludziem, szedłem to drogą, to znów bezdrożem, w towarzystwie lub samopas, póki się nie wydostałem na główną drogę, prowadzącą na hale. Miałem ochotę spotkać owego Larsa. To musi być przedziwna rozkosz mieszkać tak wysoko i paść bydło. On mi wszystko opisze.
Widziałem dużo gór, niejeden dzień spędziłem w nich, wałęsając się po dolinach wrzosem porosłych, pnąc się na szczyty, o których nigdy turyści nie czytali i na których mogę używać spokojnie ja i jeszcze dwuch lub trzech podobnych do mnie dziwaków, którzy śpieszą do tych gór, lubując się w ich wielkiej ciszy. Bogu dzięki! Norwegja jest bogata. Chociażby Anglicy i mieszczuchy zabrali nam Hardang i Jötunheimen, zostanie jeszcze coś dla nas, maluczkich, poetów, bo wielki, wielki jest ten śliczny kraj — tylko w miastach jest Norwegja mała.
A wszędzie, gdzie się tylko zjawiłem, spotykałem zacnych, dzielnych, wytrwałych ludzi, którzy sprawić umieją, że coś się rodzi nawet w źlebach a żalą się daleko mniej, niż czynić to zwykli ludzie tam, gdzie im żyć łatwiej. Coraz bardziej kocham ten lud a mniej, z każdym dniem mniej troszczę się o «postęp». Postęp — toć przecież tylko wyraz. Być może, iż z tym dzieje się, jak z wielu innemi rzeczami, to jest, że co się zdobywa przed sobą, traci się za sobą. A przecież dobra to rzecz, gdy ludzie są zadowoleni i radzą sobie w życiu!
Schodzę do Sirdalen, najdłuższej z zachodnio-norweskich dolin rzecznych, które nie są niczym innym jeno dawnym łożyskiem rzeki, wyżłobionym w górach przez tarcie lodu, pękanie od mrozu, wypłukiwanie wodą, szlifowanie żwirem, przez miljony lat; wreszcie porost i mech utrwaliły się na jakiejś wydmie piaszczystej lub w gliniastym pokładzie jakiejś osuniętej góry i poczęła się wytrwała walka ze wszystkiemi huczącemi i burzącemi potęgami i powstała podstawa życia wyższego, które później jeszcze wyżej sięgnęło.
Wieczór zapada: siedzę na skałce, na skraju góry i patrzę w dolinę cichą, zamkniętą, z rzeczułką ciemną a połyskliwą, wijącą się w skrętach i zwojach łagodnych, omijającą wszystkie przeszkody i przedzierającą się nawet przez skały. Bo kto chce iść naprzód, dostanie się naprzód, chociażby go olbrzymy przycisnęły.
Myślę, jakby tu znaleźć nocleg. Het w dole, za szczytem góry bieli się w pośród drzew jakiś dom, ale to daleko a jestem zmęczony. Wkońcu oko moje szukające odkryło w zaroślach stóg siana — tu się zaprosiłem w gościnę. Niebawem znalazłem się tam. Dobrze to leżeć na suchym, ciepłym sianie; wietrzyk nocny i górskie strumyki kołyszą mnie do snu łagodnym szumem.
— Nazajutrz puściłem się doliną i przyznać się muszę, że miło mi było czuć grunt pod nogami. Ale zaspany byłem jeszcze, nieumyty i jakiś nie w humorze, to też nierad ujrzałem zdążającego za sobą jakiegoś utykającego człowieka, który widocznie ciekawy był, co ja zacz?
Nucąc pośpieszałem naprzód w przekonaniu, że nie dogoni mnie, chociażby miał siedmiomilowe buty. Ale zawiodłem się. Chwycił mnie i musiałem go słuchać.
Był kulawy, więc raczej skakał niż szedł. W szerokiej, opalonej twarzy miał tylko jedno oko, ale żywe, patrzące bystro za dwoje, a błyszczało niby oko ptaka, w gruncie poczciwe.
Przedstawił mi się odrazu. Tokarzem i kowalem był z profesji — ale jesienią podróżował chętnie i włóczył się, handlując owcami, czego nie powinien by właściwie czynić, bo go tylko oszukiwali. Tak, najświętsza prawda! Ale taką już ma naturę. Skąd idę i dokąd dążę? Gdym się pytał o drogę, odległość od jeziora i wymieniłem Larsa Haalanda, mrugnął okiem chytrze, wierzy, naturalnie. Ale on chciałby — chciałby też wiedzieć, jakie są ceny owiec w okolicy Stavangeru.
Skoro nie mogłem mu dać żadnych wskazówek co do cen, łypnął okiem, i rozśmiał się. — Łebskiście! he! he! O, ludzie z Jaerenu to zmyślne chłopaki! Ale jego nie mam powodu bać się... my tu, w Sirdalen poczciwi jesteśmy i dobrzy z kościami! Prości chłopi, co harują, mozolą się, a żyją jeno mlekiem z kaszą... zajmują się tylko handlem trzodą... ino tym, niczym innym, od lat, hej! A ceny owiec wysokie tego roku...
— To mieszkańcy tutejszej doliny mogą się dobrze mieć? — wtrąciłem, aby zwrócić rozmowę na coś innego.
Spojrzał na mnie uważnie.
— A, tak. Harówka, mozół, kasza z mlekiem, jak powiedziałem, ale skoro można wyżyć, to już nie trzeba narzekać. A jeżeli ktoś ma szczęście i chęć do pracy, powodzi mu się dobrze do czasu... bo pracy tu nigdy nie zabraknie. Nie, dalibóg! Ale jak to będzie z młodemi, co teraz dorastają, a tracą coraz bardziej zamiłowanie do pracy? — tego sobie nie może wyobrazić. Znać już teraz wielką różnicę. Ci, którzy trzymają się dawnego sposobu, pracują z upodobaniem, zabiegają i harują od świtu do nocy, bacząc, aby wszystko było jak się należy, upatrując w tym całą nagrodę, nie zaś w kawie i bułkach, — tym się powodzi i Pan Bóg im błogosławi; ci trzymają się, chociaż podatki rosną. — Ale wszyscy ci dzisiejsi, którym tylko idzie o zysk, którzy przeklinają pracę — co z niemi będzie? Nie rodzi się nic po rękach, które nie pracowały z ochotą. Nie, dalibóg! I nawet zysków żadnych nie mają. A jeżeli nadarzy się dobry rok jeden lub drugi, zyski te idą prędzej jeszcze, niż przyszły, na wódkę, stroje i wszystko to, w czym mają upodobanie, straciwszy je do pracy.
— Nie! — dodał, popadając w prawdziwy zapał — jeżeli tak dalej pójdzie, doliny te wkrótce wyludnią się zupełnie. A wtedy cyganie zagarną wszystko. Hehe! Szliście z Jaeren aż do Sirdalen i nie napotkaliście cyganów? Oni się tu kręcą swobodnie, zjawiają się i znikają jak kozice. A biedny lud, który mieszka odosobniony, nie mając żadnej opieki, musi się kumać z cyganem i dawać mu podatek, cło i dziesięcinę, jak każdemu innemu królowi. He! he! Dalibóg! A potym największy cygan, który ze swojej strony ssie i gniecie chłopa... to łacinnicy, jak ich nazywa Jaaback! Pewnie trzymacie z Jaabackiem? — na tyle przecie macie rozumu!... On jest Jaabackianinem... Zeszedł na politykę.
— Bądźcie zdrowi! — powiadam.
Ale nie puścił mnie, lecz dalej ciągnął: łacinnicy to najgorsi... bo nietylko że wysysają i gniotą chłopa jak pijawki, a najgorsze to, że oszukują biedną młodzież i każą jej wierzyć, że na tym świecie powinniśmy sobie siedzieć na wyścielanych krzesłach i pykać z fajeczki... Widziałem ja dość takich, wreszcie nie... Nie, poczekajcie no jeszcze. Chciałem się was zapytać... jakże tam ceny bydła w Stavangerze? Tak, pytam się... bo tak mi się jakoś widzi, że i wy jesteście także handlarzem.
Powiedziałem, że jestem studentem.
— Łacinnik, jak Bozię kocham! rozśmiał się; małe, błyszczące oko łypnęło chytrze i wesoło. — At, Jaereńczyk! jakie to podstępne i przemyślne! He! he! he! he! — śmiał się. Wreszcie mnie puścił. Ostatnie, co słyszałem były słowa: — Powinniście iść na prokuratora!
Po tym spotkaniu nie czułem się bezpieczny, póki się znowu nie znalazłem ponad rzeczką Sir, w górach. Tam popasałem: zjadłem ostatni kęs kiełbasy, zapaliłem fajkę i odpocząłem. Słońce grzało, strumień wyśpiewywał. Dobrze mi było na świecie. Tak, góry miewają swoje chwile uroczyste. Jeszcze teraz błogo mi się robi na duszy, gdy sobie uprzytomnię tę chwilę.
— Ścieżka prowadziła najpierw przez zarośla lecz niebawem znalazłem się w skalistym pustkowiu. Tu było uroczo. Na lewo rzeka spokojnie płynąca, z drugiej strony prostopadłe upłazy górskie, a przedemną sine skały, jak daleko sięgnę okiem; tu i owdzie, w miejscach słonecznych jakiś gaik brzozowy lub duże, czerwonawe krzaki tarniny. Lekki wietrzyk igrał w powietrzu, a ponad wałem górskim na północy poczęło się chmurzyć.
Ścieżka była wązka lecz wygodna: w dół i w górę, pomiędzy kamieniami, złomami wielkiemi i przepaściami wiła się podstępnie — tu i ówdzie musiała w pomoc przyjść siła ludzka, ale widoczne było, że kozice, według słów Vinjego, były pierwszemi przewodnikami. Im wyżej, tym trudniej było iść; nie mógł oddać się dumaniom, kto tędy szedł, a pragnął wyjść z wszystkiemi gnatami.
Gdym szedł ważąc i mierząc każdy krok, nagle ujrzałem z poza wielkiej bryły wyłaniającego się drobnego, chudego, śniadego człowieczynę, z czarnym włosem, w szarym odzieniu, obdartego i brudnego, z worem na plecach; za nim szedł mały, szczupły, ciemnej cery chłopiec, jeszcze bardziej obdarty i brudny, dalej długa dziewka jasnowłosa, o szarych oczach z brzemieniem na plecach; na ramionach miała koromysło[2] z wiadrem blaszanym, które lśniło się od słońca. Potym szły dwie ciemne brzydkie dziewczynki, półnagie, a na końcu szczupła, śniada kobieta o dużych, czarnych oczach i kruczych włosach, spadających w nieładzie na czoło i uszy; na plecach niosło dziecko poobwijane. Przystanęliśmy wszyscy.
— A co to za miłe spotkanie! odezwali się.
Ale ja nic tu miłego nie widziałem. Ścieżyna była tak wązka, że miejsca było tylko na jedną osobę a przed nami i za nami przepaść.
Było to miejsce jak wybrane do zgładzenia człowieka. Ludzie gdzieś za milami, skały zamykają wszystko w koło, miejsca na grób w dowolnej ilości. Mogli mnie tu zarznąć jak barana, jeden mógł trzymać, inni zabijaliby. Stałem, mierząc ich okiem, jak też silni być mogą? Oni ze swej strony zdawali się także mierzyć mnie, jaką wartość przedstawiam w pośród braci? Wtym opodal siebie zauważyłem jakiś płaski kamień, wskoczyłem na niego i otwarłem im drogę. Dziękowali i błogosławili mnie, ale się nie ruszali z miejsca.
Niewiele słów zamieniliśmy z sobą do tej chwili. Teraz jął ów pierwszy mówić: prędko, głucho, trochę ostro, a mianowicie o promie, który pożyczyli i o drodze, która stawała się później coraz gorsza — czybym też nie zechciał zrobić im tej łaski i zabrać z sobą prom do najbliższej zagrody, bo nawet mi się bardzo przyda w dalszej drodze? Przytakiwali mu wszyscy rozmaitemi ruchami i łyskaniem oczu, a niebawem wszyscy naraz mówili o tym promie. Przystałem na wszystko, czekając tylko, co dalej będzie.
Ale nic nie było — odeszli. Dziękując i błogosławiąc mnie, zniknęli wśród skał, jak z nich się wyłonili. Widocznie niewysoko mnie oszacowali — pomyślałem — i poszedłem w swoją drogę.
Niestateczny to naród i kłamliwy... wielkie dzieci i nicponie. Ukradli zapewne prom, a teraz lękają się pogoni właściciela i chcieliby go powstrzymać, odsyłając mu go przezemnie, podobnie, jak mówią o nich, że bronią się od wilków w zimie, rzucając im swoje dzieci, jedno za drugim. Bo dzieci zawsze jeszcze mieć mogą, a życia drugiego nie. Ale mnie nie okpią. Zostawię skradzioną rzecz na miejscu, niech sobie radzą, jak chcą — zadecydowałem.

W pół godziny później siedziałem na promie. Ścieżka mi się gdzieś zgubiła, a skały stawały się coraz bardziej niedostępne, to też przyjąłem nadarzającą się pomoc i rad z niej byłem. Tu, na halach, człowiek nie może być tak bardzo wrażliwy na prawne drobiazgi. Niema rzeczy tak złej, która by się na coś nie przydała. Zdarzyć się może, że się i prom ukradnie!
III.

Zresztą nie byłto żaden prom lecz płaska, czworokątna, szeroka tratwa z desek zbitych końcami. Wiosła były długie jak maszty, a przecież mogłem je zaledwie w wodzie zanurzyć, siedząc na samym środku.
Leżąc niemal, pracowałem porządnie, czasem posuwałem się środkiem, niekiedy z powodu wydmy piaszczystej, szedłem znów kawałek lądem i tak krok za krokiem posuwałem się naprzód poprzez głębokie, sfalowane wody. Szło mi coraz ciężej, coraz trudniej — dęło coraz mocniej. Jak drapieżne ptaki, rzuciły się na mnie wichry, zrywając mi kapelusz, kołysząc tratwą, czerniejąc, niby ponure cienie ponad szumiącą i burzącą się rzeką. Spostrzegszy, że suną już i wszerz rzeki, wyciągnąłem tratwę na ląd i puściłem się pieszo.
Na północy tymczasem zagęściło się zupełnie — pociemniało jeszcze bardziej, fale podniosły się wyżej... należało spodziewać się deszczu. Nie będzie więc celu puszczać się na hale dziś wieczorem, tym bardziej, że nie znam drogi, a trzeba będzie przechodzić wpław rzekę.
W tym zamajaczyła mi już chałupa, która ma stać na skraju drogi, wiodącej na hale. Postanowiłem w niej przenocować. Przewodnik mój drukowany dobrze się wyrażał o tutejszych prowiantach i łóżkach — tylko pchły! Eh, pchły nie odstraszą przecież żadnego Norwega. Pchły to niewinne stworzonka, w gruncie rzeczy szlachetnego rodu — włoskiego pochodzenia... sama nazwa też jest szlachetna — angielska! Kilka pcheł ścierpię! Tymczasem przez noc deszcz się wyleje, a nazajutrz znów będzie pogoda.
W kilka godzin później znajdowałem się w drodze poprzez grzbiet górski na hale. Nie pchły mnie odstraszyły... ani właściciele schroniska, którzy przyjęli mnie dobrze, napełnili mi torbę dobremi wiktuałami po nizkiej cenie i wogóle uprzejmi byli i serdeczni. Ale było tu tylko jedno jedyne łóżko gościnne, a przedemną już zawitał tu gość jakiś. Iść zaś do stodoły i tam się położyć, skoro było łóżko, trąciło niedelikatnością zarówno względem domowych jak owego gościa. To też odpocząwszy przy kawie i wyładowawszy torbę i wór zapasami, nagle nabrałem ogromnej ochoty do pójścia w góry, tym bardziej, gdy się dowiedziałem, że Lars Haaland, ów krewniak mój, jeszcze bawi w szałasie za rzeką, a miał zamiar schodzić już z trzodą... jutro napewno... nie dziś, przypuszczali. Upewniali mnie przytym, że prom znajdę bez wszelkiej wątpliwości — gdyby się znajdował z drugiej strony, wystarczy tylko zawołać.
Puściłem się więc, na odważnego! Płaszcz od deszczu i kapelusz odpowiedni miałem na wszelki wypadek, zresztą wyglądało, jak gdyby się miało rozpogodzić. Szło się dobrze, lekko — zanim noc nadejdzie miałem jeszcze dobrych trzy do czterech godzin — jakoś to będzie! Gdy znalazłem się na górze, na drodze, któredy pędzą bydło, zaczęło kropić.
— To zapewne przejściowy deszczyk, tak jasno w powietrzu — pocieszałem się.
Ale okazał się to deszcz wcale porządny. Ciężki, rzęsisty, z tych, co to moczą dobrze. Wydobyłem płaszcz oliwą napuszczony i kapelusz, mówiąc w duchu: — kto też kogo przemoże — ale nie zdążyłem się jeszcze w to ubrać, gdy deszcz ustał.
A teraz w drogę pełnemi żaglami! trzeba korzystać ze światła dziennego! Dobrze mi się szło, droga mi się podobała: była to dawna droga dla bydła. Niekiedy rozszczepiała się, lecz znowu zbiegały się odnogi. Wszystko dobrze się składało, byłem zadowolony, żem się nie położył w małej, ciasnej, górskiej chacie.
Nowy deszczyk. I cóż? Tylko odświeży powietrze. Deszcz to właściwie mój ulubiony stan powietrza, a zwłaszcza taki porządny deszcz... zupełnie jak ten, ostry, ciężki, bębnił w płaszcz..., wtedy czuję się najlepiej. A gdy wejdę do szałasu, roznieci się ognisko, sporządzi się toddy, wysuszę się, ogrzeję; Lars wpadnie w dobry humor i będzie opowiadał o pasterskim życiu na halach.
— Cóż to za śmiech? beczenie. A, owce! Stadko... kilka stad... wielkie i małe suną jak białe obłoczki na tle ciemnego wrzosu. Rozbiegają się, to znów zbiegają, niespokojne na tym deszczu.
Większe, coraz większe robi się stado. Poznałem: byłto cały spęd, kilka setek owiec. Małe psy biegały w jedną i w drugą stronę, zapędzając owce, aby trzymały się mniej więcej jednej linji. Niebawem wypełnił się wąwóz szczekaniem, beczeniem i podobnemi głosami. Dwuch poganiaczy zamykało pochód, jeden nawoływał psy i kierował, drugi szedł za nim, prowadząc konia; ten pilnował, aby żadne z bydląt nie zostawało w tyle.
Serce mi zabiło mocno. To zapewne Lars. A więc chata za rzeką będzie pusta. Ledwie zdążę na noc — a jeżeli się jeszcze bardziej zasłoci?
Zatrzymałem się przed człowiekiem z koniem i pozdrowiłem go. — Jeżeli to Lars — pomyślałem — to najlepiej zrobię, trzymając się jego i stada. Muszą przecież mieć jakieś schronisko, budę jaką, co bądź, gdzie noc przepędzą — i tam moglibyśmy rozniecić ogień...
Byłto rzeczywiście Lars... ale czasu nie miał na gadanie. Przystanął chwilę, lecz zaraz ruszył dalej, za bydłem. Musiałem iść za nim. Lars widoczne takiej pogody nie lubił — nie był w humorze. Pytania moje zbywał samemi krótkiemi odpowiedziami. Do rzeki jest mila, jeżeli pójdę najkrótszą drogą. Tak, wygląda na deszcz. Ach, pójdzie jakoś, jeżeli się pośpieszę. Najprostsza droga prowadzi tędy, poprzez wyłom a potym... I wskazał północny wschód. Rozglądałem się po wyłomie, a potym odwróciłem się... ale już Lars z koniem daleko byli odemnie. Odeszła mnie ochota napicia się toddy z tym moim krewniaczkiem, puściłem się w swoją drogę. Byle dotrzeć do chaty. Tam sobie rozniecę ognisko i sam wypiję toddy i sam sprobuję życia pasterskiego na halach.
Deszcz ustał, wypogodziło się. Byle tylko chciało wytrzymać czas jakiś!
Ale nie chciało. Niewiele uszedłem, gdy znowu się opuścił — potężny deszcz. Ciężkie krople a gęste i coraz gęściejsze, gęściejsze, aż zaczęło lać strumieniem. Byłto największy deszcz, jaki przebyłem na dworze. A zwiększał się coraz bardziej, aż mnie przerażenie ogarnęło. A może to oberwanie chmury? Otwarły się niebieskie upusty — wyło, pieniło się, buchało zewsząd. Wiatr świszczał po halach. Nigdy, nigdzie tak nie pada, jak w tych nagich górach. Było to okropne, a jednocześnie majestatyczne, jak zawsze, gdy dzikie jotuny chcą okazać moc swoją.
Niebawem płynęło i pieniło się wszędzie, gdzie tylko postawiłem nogę. A nie byłto już deszcz przemijający, lecz trwały. Niebo jak noc poczerniało. Gdy się odwróciłem na południowy zachód, by się przekonać, czy z tamtej strony nie zabłyśnie promyk nadziei, ujrzałem powietrze i niebo, zlewające się w jeden szary obłok chmur opadających.
Nagle pociemniało zupełnie. Z całej siły rozdzierałem oczy, ale jak gdybym wciąż brodził pod wodą, nic nie widziałem; nie było więc co myśleć o dostaniu się dzisiejszego wieczora do szałasu. Skierowałem się w stronę wyłomu, ta droga wydawała mi się najodpowiedniejszą, ale tak było ciemno, że mogłem widzieć zaledwie na kilka kroków przed sobą. Trzeba się rozejrzeć za jakimś noclegiem.. byle kamień, skała lub coś podobnego, nie pogardzę niczym. Ale nic takiego nie dojrzałem. A na domiar złego zgubiłem kierunek. Zdawało mi się, że idę na zachód, nie na północny-wschód. Dostałem się na jakieś pustkowie pełne skał i przepaści, tak, że nie można było znaleźć oparcia dla nogi. — To się może źle skończyć — pomyślałem. — Mogę zwichnąć nogę lub złamać gnat i będę tak leżał do drugiego roku. — Chwilami przystawałem zestrachany, miałem uczucie, jakobym kołysał się i chwiał nad czarną przepaścią.
Wczołgałem się pod pierwszy wielki złom, majaczący poprzez mgłę deszczową i ciemność, niby czarny, gęsty obłok — z jednej strony wystawał nieco na zewnątrz, tak, że deszcz nie zaciekał do środka. Wewnątrz znalazłem kamień, nadający się do siedzenia — tu się rozgościłem. Więc przecież miałem jakie takie schronienie. Gdyby to był Grand Hotel, nie cieszyłbym się nim bardziej.
Przewdziałem buty, obwiązałem szyję chusteczką, wepchnąłem w siebie kawałek chleba i spory łyk koniaku i siedziałem, zabawiając się nasłuchiwaniem deszczu. Szemrał on i pluskał, bryzgał i chlupał i świszczał po halach. Nie wiem, com myślał, siedząc tak i trzęsąc się z zimna. Przez chwilę czułem się zupełnie samotny, ale później przyszło mi na myśl, że pod najbliższym kamieniem leży może zając, lis i łasica zapewne gnieżdżą się naokół, a niżej, pod stromą skałą mają gniazda kuropatwy. Zrobiło mi się przyjemniej, gdym sobie uświadomił, że znajduję się w dobrym towarzystwie. Wtym serce zadrgało mocniej, zdawało mi się, że słyszę jakieś ciężkie kroki. Może to niedźwiedź? Ach nie! Niedźwiedź nie głupi, gdzież by mu się chciało w taki czas wyprawiać się na nocną hulankę? On sobie siedzi w jaskini swojej, gdzie mu ciepło i sucho. I nagle zdało mi się, jakobym i ja się tam znajdował. On mnie wpuścił i przytuliliśmy się do siebie, grzejąc się wzajem. Toby nam pomogło... bo koniak, który wypiłem, haniebnie mnie oszukał. Pierwszy łyk grzał jako tako. Ale kiedym drugim razem uciekł się do flaszki, nie pomogło nic. Zamroczyło mnie tylko, osłabiło, ale marzłem jeszcze bardziej.
Czy chwilami traciłem przytomność lub tylko myśl mnie porzucała i chroniła się gdzieś wdal, skoro nie było o czym myśleć — nie wiem. Była to noc strasznie długa. Że kilkakrotnie wstawałem, dygocąc z zimna, że zupełnie przestało padać, a niebo było wygwiażdżone — wiedziałem jak przez sen.
Natomiast pamiętam żywo ranek następny: blask dzienny rozlany po sinych górach, doliny odświeżone deszczem; słońce wysoko na niebie przesiewające się przez powietrze tak przejrzyste, że mógłbym spojrzeć w nieskończoność. Cały świat nowy, świeży, czysty. Jak baśń dziecięca, pełna żółtości i błękitu, jaśniejąca, niebiańska z jakimś delikatnym dźwiękiem, drżącym w przestworzu, roztoczył się dzień ponad szeroką przestrzenią i śmiechem odegnał całą tę noc niedobrą. Było mi tak dziwnie lekko — zdało mi się, że mógłbym utrzymać się w powietrzu jak ptak. Mam wrażenie, jakobym tańczył na kamieniu, pośród wrzosu i liści ożynowych, na których drżała zorza poranna i brylanty kropel deszczowych mieniły się tysiącem barw i blasków.
Taki ranek można okupić taką nocą.

IV.

Z pierwszego szczytu, na który się dostałem, ujrzałem przed sobą rozległą, płaską polanę górską, otwartą i jasną, a w dali, całkiem już poniżej grzbietów, z drugiej strony, wielkim, zaokrąglonym łukiem blyszczy się niebieska, czysta rzeka.
Chaty nie widzę, ale według mapy powinnaby się znajdować dalej na północ. A więc przynajmniej wiedziałem, dokąd mam dążyć. Wesoły puściłem się w drogę.
Ale szło mi się pomału... jakgdybym zesztywniał. Niebawem jęło słońce dopiekać, ogarnęła mnie jakaś ociężałość. Wlokłem się senny, napół drzemiąc.
Niedobrze mi tu... taki blask jaskrawy.
Jakieś szepty i szumy słychać ze wszystkich porosłych zboczy. Rzeka szemrze coś tajemniczo, skrycie. Napół stłumione słowa budzą się w szumie, nie mogę ich uchwycić. I ja sam niedobrze się czuję. Idę, jak gdyby nie na własnych nogach, nie mam w nich władzy. A mimo to idę, jakby na komendę. Tłumok na plecach ciśnie mnie i dokucza, jak pęty, od których się nie mogę uwolnić. Pieką mnie ramiona, a jednocześnie jak gdyby się gdzieś zapodziały. Na karku czuję niby ciężką dłoń. Przed oczyma skaczą mi jakieś płatki.
Góry są ożywione. Tu na północy wypasują konie... są tu więc i klacze brunatne i czarne wielkie ogiery. Widzę je, jak ruszają gębą i wymachują ogonem. A na samych szczytach i wirchach stoją krąglutkie, tłuste karzełki i pasą swoją trzodkę, wesoło śmigając rękami. Karzełki mają się tu teraz dobrze, skoro chrześcijańscy pasterze opuścili hale i wrócili do domu.
Cóż to znów? brunatne niedźwiedzie, stojące w krąg. Zatrzymuję się, przybieram groźną minę — czy się też ulękną? Patrzę, mierzę oczyma — czekam. Nie mogę jednak nic wymiarkować... wszystko jakieś takie nietrwałe, niestateczne, ucieka, chowa się. Niby stoją na jednym miejscu a przecież się ruszają... To dziwne! Chyba to złudzenie oczu.
Zegarek mi stanął, zapomniałem go nakręcić wczoraj wieczorem. Ale czas szedł. Zimne podmuchy wiatru poczęły smagać od strony północnego wschodu. Ochłodziło się. Tu i owdzie zjawiła się na niebie chmura. Słońce się schowało, wiatr począł się wzmagać, rzeka się pomarszczyła. Czyż znowu będziemy mieli deszcz?
Wtym — Bogu dzięki i chwała! Idę, gapię się, oczy mam otwarte a nie widzę. Czy to sen? Wszak szałas przedemną!
Rozśmiałem się. Wszystko poszło w zapomnienie. Za kamieniem, który mnie od słońca zasłonił, usiadłem i zabrałem się do posiłku. Ale suche rzeczy już mi nie smakowały — jeść trzeba jednak, chociażby się miało gryźć podeszwy. A wśród tego snują się myśli. Chwilami zda mi się, że rozróżniam te dziwne słowa, które brzmią w szumie rzeki i w powiewie wiatru, wołając głucho: — Długa droga! A zawsze naprzód! — Być może, iż się zdrzemnąłem chwilę. Przypominam sobie, że nagle jak gdyby pociemniało w powietrzu. Duże, sine chmury zebrały się na północy i zachodzie.
Jest więc upragniony szałas.
A prom? Nie! żadnego promu! To znowu cios. Ale skoro bydło mogło wczoraj przejść, ja dziś mogę zrobić to samo.
Rzeka tu jest szeroka i nieco wzburzona, ale niegłęboka. Zdjąłem buty, zagiąłem spodnie powyżej kolan i marsz!
Małe, okrągłe kamyczki, ostry żwir — trudno utrzymać się na nogach. Ale chcę zyskać na czasie. Muszę dziś dotrzeć do Setisdalu w każdym razie.
Dziwne, jaką ogromną siłę posiada woda płynąca! Nagle zacząłem płynąć... w górę przeciw prądowi porywało mnie. Mocuję się, wpijam oczy w ląd i zbieram siły. Nie — płynąć nie mogę; ziemi się muszę trzymać. Oczy trzeba utkwić w brzeg, a prądowi pozwolić iść swoją drogą.
Coraz głębiej... środek, głębina. Hu! co za prąd szybki! Kij mi się wysuwa, nogi chcą pójść za nim, na nic ludzka siła... właśnie, gdy miałem się położyć jak długi, szarpnąłem się i napół zaczołgałem na płytszą wodę. Tak wróciłem do lądu — trzeba odpocząć i rozejrzeć się.
Jakimże sposobem mogło tędy przechodzić bydło? a nawet podczas wezbrania? Ha, czasem też i ginie! niekiedy całe stada. A rzeka wciąż niema mostu, jak nie miała go za czasów Noego. Ubóstwo dużo kosztuje. Myślą o tym, mówią o tym, człowiek jeden za drugim, pokolenie za pokoleniem. Ale tylko tyle. Każdy zosobna jest za słaby, by się zaś połączyć, na to są zanadto Norwegami. A państwo musi zakładać koleje żelazne przez wszystkie zachodnie wybrzeża fjordów, aby współzawodniczyć z parowcami. Tak więc muszą ginąć owce, a może i ja z niemi!
Jak czapla na długich nogach chodziłem tam i napowrót nad rzeką mierząc jej głębokość i siłę prądu. Trochę dalej jest głębiej i spokojniej tak, że możnaby przepłynąć. Ale z tłumokiem i w sukniach na grzbiecie byłem dziś za ciężki.
Patrzcie! Wszak jest prom — ale po drugiej stronie. Więc tu już dziś ktoś był? Może cyganie? Nie powinno się kraść promu! to może ktoś życiem przypłacić. Ale nie miałbym nic przeciw temu, żeby teraz z przeciwnej strony zjawiła mi się jakaś grupka cyganów. Niema obawy. Wczorajszy wypadek był wyjątkowy. Chociaż Norwegja jest krajem, gdzie cyganie mają największą swobodę, mimo to rzadko się ich spotyka; jeżeli się tego pragnie. Wtedy gdzieś znikają — jak policjanci lub przyjaciele. Ach, nogi mnie kuszą. Nie utonę dziś, czuję. Nie utonie, co ma wisieć. I znowu puszczam się w bród. Kieruję się trochę ukosem w górę, napół przeciw prądowi. Dotarłszy do głębiny, urządzam zwrot i puszczam się w dół — prąd był tam słabszy i mogłem lepiej stawiać nogi. Mokry byłem cały, tak, że już nie było się co troszczyć o suknie. Ale, jak było to było, a w każdym razie dostałem się na drugą stronę.
W chacie urządziłem sobie posłanie z siana, które pozostało tu po pasterzu, a starej, suchej skóry wołowej użyłem za prześcieradło. Leżałem więc i próbowałem życia pasterskiego na halach.
Czasami może ono być przyjemne. Cały dzień przepędzić w górach, wrócić do domu, przewdziać się i posilić, potym do łóżka, które chyba cokolwiek miększe bywa od mojego. A przecież zawsze znajdzie się nieco wrzosu lub kosówek na rozpalenie ogniska, tak, że pasterz może sobie upiec rybę, którą ułowił za dnia lub zagrzać mleko, które wydoił wieczorem. Zmęczony jak pies, legnie i zaśnie, nie dokończywszy modlitwy. Czy też pamięta o czymś podobnym, jak wieczorne czytanie? Wątpię, zapewne myśli o swoim stadzie, o nieszczęściu, jakie by się mogło przytrafić, o najbliższej przesyłce koniczyny, której się spodziewa z domu wraz z żywnością... albo o dziewczętach. O górskich boginkach... inne bowiem rzadko się tu zaplączą.
Leżę i wiercę się. Kości mnie bolą od tego twardego posłania, ale to ustępuje, gdy się wyprężę. Na dworze szumi rzeka, twardo, ostro; jużto pluszcze, to znów huknie przeciągłym, wysokim krzykiem — dziwne te nagłe zmiany tonów! To góry grają, to skały odzywają się wielkim głosem. Silne podmuchy wiatru wionęły nagle, nastąpiło zamieszanie i dzika pieśń to głuchła to znów podnosiła się mocniej i płynęła niby huk morza.
Na dworze słyszę, jakoby kroki czyjeś, niekiedy tak wyraźne, że tylko czekam, kiedy drzwi się otworzą i coś wsunie swoją głowę lub ujrzę wielką, otwartą paszczę. Bóg wie, co mi się może ukazać, bo na halach mieszkają rozmaitego rodzaju duchy. Tu przecież powstała pieśń ludowa. Jeżeli ktoś chodzi po tych halach, zatopiony w sobie i słucha i patrzy, posłyszy i zobaczy wszystkie tajemnice, wszystkie obrazy, o jakich śnił w długi, jasny dzień letni lub w posępny, brzemienny burzą wieczór jesienny — tak powstaje baśń i tworzą się podania. W taki wieczór ujrzeć można ducha lub posłyszeć wyjące topielice, lecz w letnie nocy, kiedy tęsknota się budzi i krew żywiej krąży, wchodzą cicho boginki, siadają na krawędzi łóżka i łaszą się i przymilają, póki oszołomiony marzyciel, ujrzawszy pysk i zielone, dzikie oczy zwierzęce, nie odegna ich od siebie znakiem krzyża świętego.
Tu, w zachodnich dolinach obrały sobie siedlisko pieśni i klechdy. To hale tworzą poezję i śpiewają. Nieocenionych bogactw dostarczają te hale: mięsa i wełny, podań i pieśni.
Wkońcu ja sam leżałem w napół przytomnym stanie, między gorączką a snem. Kiedym się ocknął, było ciemno. Dochodził mnie jak gdyby głuchy szum wodospadu — to deszcz. A rzeka szemrała, krzyczała, wyła. Jak gdyby wszelki strach przed duchem, zamieszkującym te góry, zebrał się w tym głosie. Resztę nocy tonąłem w tym huku i szumie. Chwilami zdało mi się, jakobym się zlewał z temi rozpętanemi siłami. Dzika, napół ze strachem zmieszana radość ogarnęła mnie. — Świat się rozprzęga — wszystko płynie... pędzimy do morza... pędźmyż więc!

V.

I znowu nastał dzień.
Wśród gęstej mgły posuwałem się z góry na górę, poprzez wodospady, wądoły, parowy i grzbiety, a coraz dalej, a coraz wyżej. Szum rzeki przycichł i ustał. Zaległa cisza, majestatyczna cisza na tych górach tonących w obłokach. Im wyżej się wspinałem, tym szło mi się lżej. Wtym nagle rozjaśniło się. W tej samej chwili stanąłem na szczycie i rozległy widok otworzył mi się na Setisdal.
Teraz już same nogi mnie niosą. Ścieżka idzie prosto i kończy się na dole. Wielkie błonia i niwy rozpościerają się we wszystkich kierunkach. Tu trawy rosną niezasiewane. Piękne zagrody można by tu pobudować na tych błoniach, ale ponieważ chłop nasz czuje tylko powołanie do uprawiania prerji, muszą marnieć norwezkie trzęsawiska.
Ale otóż pierwszy porządny szałas! Stał niepozorny, szary, mały. Niech go Pan Bóg błogosławi, to przecie miła rzecz wejść znów między ludzi.
W maleńkiej izdebce krząta się kobieta: stoi nad maślnicą, robiąc masło. Ubożuchno tu, statków niewiele. Ale zapominam o wszystkim. — Jestem w Setisdalu — niemal wszystko śpiewało naokół mnie. Ta babina cicha, nawet ponura, ale ubrana jak w baśni, zajęta swoją codzienną robotą, delikatna i rozumiejąca się na wszystkim, przy swoim ubóstwie jest dla mnie poezją — a gdy przemówi do mnie, zda mi się, jakobym słyszał dźwięki Eddy.
Za chwilę płonie wesoły ogień i zanim się opatrzyłem, wisiał już nad płomieniem mały kociołek na kawę, czarny, jak gdyby wyszedł wprost z czeluści piekielnych. A jak cicho to wszystko idzie, a szybko! Wśród tego babina bawi mnie rozmową, objaśnia pod wielu względami i dowiaduję się tego, czego mi trzeba, jako obcemu w Setisdalu. Sądziła, że nie tak powinienem był iść, a wogóle nie należało wyruszać w taki czas. Gdybym się był lepiej znał na górach, nie byłbym tego uczynił.
Wrócił też i mąż z łąki. Dostrzegł on nieznajomego, idącego z hal i musiał się dowiedzieć, kto to taki i co ma za interes. Jestto bowiem obyczaj ludowy, aby podróżnym służyć pomocą, o ile możności — trzymają się tego i w górach. On wydaje się trochę smutny i zamyślony — zdaje się, że biedni to ludzie, w kiepskich stosunkach, lecz nie mówią o tym i niebawem siedzimy wszyscy przy kawie wśród najlepszej rozmowy. Jestem tu jak w domu; rozpoznaję niemal we wszystkim zwyczaje swojej wioski rodzinnej i mowa moja w ich ustach wydaje mi się piękniejsza i bogatsza.
Nie w porę wybrałem się do Setisdalu — powiadają. Przeważnie ludzie są jeszcze na halach tak, że trudno coś dostać do zjedzenia, — nawet o mleko trudno. Ale wymienili mi kilka zagród, gdzie zastanę ludzi i urządzenie jakieś — a zwłaszcza polecali mi Gunnara Drengesena z Ose.
Była to dla mnie piękna chwila, gdym się znów znalazł w lesie, ciemnym, szafirowym lesie iglastym, który dla człowieka z nagich stron zachodnich wydaje się jakby z bajki wyjętym, uroczym, wyśnionym.
Wtym weszło czerwone, ciepłe, wieczorne słońce i nowym czarem owiało baśń. To też niebawem, gdy stanąłem na górze, skąd otwierał się widok na dolinę, las zniknął wobec obrazu, jaki chyba tylko wymarzyć sobie mogłem; na zielonej, małej łące brunatny, miły szałasik, a przed jego progiem kozy, liżące sól i skubiące trawę, pełne życia, beczące wesoło, młode, bawiące się i skaczące, a najdalej, jakby na czatach, sam kozioł, wielki, sinawy, z dużemi rogami i piękną brodą. A we drzwiach szałasu stała wysmukła, swobodna, lekka, ubrana jak księżniczka z bajki słyszanej w dzieciństwie — młoda dziewka ze skopcem mleka.
Stałem zapatrzony i oczarowany: rzeczywistość że to wszystko, czy sen? Czyż mam się odważyć pójść tam? Wtym pociemniało. Słońce zaszło. Sinawe tony rozpostarły się po lesie i po wirchach. Sen o huldrze rozwiał się. Ale jedno wiedziałem na pewno: — że dotarłem do Setisdalu.
Następnego wieczora siedziałem w izbie gościnnej u Gunnara Drengesena z Ose.
Ogień trzeszczy wesoło na kominie. Naprzemian to światła to cienie snują się po izbie, ożywiając wszystko. Środek izby, gdzie skupia się obraz, jest najjaśniejszy, dalej igrają cienie i półcienie, to ukazując się, to niknąc ze ściany i ławy o nie oparte, jużto wyłaniają się to znów giną. U pułapu zaś walczy blask płomienia z ciemnością i unoszącemi się kłębami dymu w dziwnie tajemniczy sposób. Gospodyni to wchodzi, to wychodzi ze statkami lub zagląda do ogniska; grają barwy i srebro w jej odzieniu, a ruchy ma piękne i pełne godności, silne a lekkie, jak gdyby płynęła — chód, jakim się odznaczają kobiety Setisdalu. Jedna z nich oczarowała mnie poprostu. Czegoś równie doskonałego nie widziałem nigdy, jak to blade lecz piękne oblicze, przy postawie pełnej wdzięku i dumy. Żyją więc jeszcze w Setisdalu hetmani i córy hetmanów...
W odmienny sposób zachwycałem się też góralami z Setisdalu: wysocy oni, jasnowłosi, spokojni, o żywych, bystrych oczach, noszą giermańskie, zawadjackie a zarazem wspaniałe gunie, używane w dolinach, bo, zdaje mi się, że strój przejęli z Holandji — bez rękawów, szerokie na piersiach, z wyszyciami przetykanemi srebrem, z czasów, w których sztuka hafciarska kwitła więcej, a na głowie butne cylindry, niby korona i odpowiednie zakończenie całej postaci. Taki parobczak w mojej wyobraźni zmienia się w «herosa».
I inny jeszcze wyraz nasuwa mi się a mianowicie: aryjczyk. Słyszałem czy też czytałem gdzieś, że w Setisdalu żyją jeszcze potomkowie czystej rasy aryjskiej, która zawładnęła światem. Tak, oni przypominają Hermanowych rycerzy? Czyż zwyrodnieją obecnie, skoro się już nie biją, chyba od czasu do czasu w karczmie na noże? Jeżeli prawdą jest, że mało zamiłowania posiadają do pracy i według wymagań czasu, z wyrachowania i wytrwałego uporu... Precz!... nie chcę takich myśli dzisiejszego wieczora.
Rozmowa toczy się lekko, swobodnie i z wielkim ożywieniem. Śledzę przedewszystkim gospodarza, samego Gunnara Drengesena, wiekowego już, pięknego mężczyznę, naczelnika starożytnego rodu, chłopa i górala o twarzy wyrazistej, pięknej, aryjskiej, statecznego i równego temperamentu. Lekko, spokojnie prowadzi on rozmowę z umiejętnością, którą spotykałem u włościan z zachodnich stron, ale może nie tak doskonałą i wytworną w formie; wszyscy mogą brać udział w rozmowie, wszyscy czują się swobodni, lecz w pewnych karbach utrzymuje ich dobry ton, tak, że nic niepotrzebnego lub niemiłego się nie usłyszy. A przecież znajdowali się tu mieszkańcy tej doliny i obcy.
Gwarzyli, opowiadali, każdy swoje. Przypominam sobie zwłaszcza młodego górala, który tak ładnie opowiadał, że zwolna wszyscy umilkli i jego słuchali. Od opisu wycieczki do miasta, z której powrócił, przeszedł zręcznie do opowiadania o jakimś rodzie, które to opowiadanie pod wielu względami przypominało islandzkie sagi, a pochodziło z górnego Setisdalu. Przedmiotem jego była zawiedziona miłość, żal i zemsta, hulanki, zabójstwa, szaleństwa — byłto obraz o barwach jaskrawszych, niż te, do których przywykliśmy. Ale mnie wyszło z pamięci podanie, a utkwił opowiadający. Byłto najlepszy narrator, jakiego w życiu słyszałem. Cały utonął w tym, co opowiadał; siedząc spokojnie, zmieniał tylko wyraz twarzy, spojrzenie i ton głosu, stosownie do treści opowiadania. Byłto nowy, norwezki styl baśniowy, czysty a pewny, dawny z dźwięku i dosadności, lecz z nowszym rysem jakiegoś miększego, śpiewnego tonu. A język giął się i oplatał lekko myśl, na którą zawsze znalazł się u niego odpowiedni wyraz.
Siedziałem milczący i przygnębiony, przysłuchując się. Tu należałoby się uczyć języka norwezkiego; a ja straciłem najlepsze lata nauki daleko stąd.
Gdy nadeszła pora spoczynku, zaprowadzono mnie do izby gościnnej w nowym domu. Tu było obszernie, ładnie i schludnie. Ale tak nie licowało z tym, co przedtym przeżyłem, że nagle znalazłem się daleko od Setisdalu. I het, daleko od wszystkich hal wogóle!





  1. Olbrzymów.
  2. Nosidło do noszenia na ramionach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arne Garborg i tłumacza: Józefa Klemensiewiczowa.