Opowiadania (Lagerlöf)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Opowiadania
Wydawca Wilhelm Zukerkandl
Data wyd. 1928
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów, Złoczów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


SELMA LAGERLÖF.
OPOWIADANIA.
PRZEKŁAD
J. S.
LWÓW — ZŁOCZÓW
Nakładem i drukiem księgarni Wilhelma Zukerkandla.



KOPALNIA SREBRA.


Król Gustaw III. podróżował przez Dalekarlią. Spieszno mu było bardzo i chciał przebyć całą drogę jak najprędzej. Jechali więc w szalonym pędzie, tak, że konie szły wyciągniętym kłusem, a powóz stawał na zakrętach na dwóch kołach; król od czasu do czasu wyglądał przez okna powozu i wołał na woźnicę: »Czemu się nie spieszy? Czy sądzi, że wiezie skorupę z jajka?«
Ponieważ w takim szalonym pędzie jechali po złych drogach, byłoby to cudem niemal, gdyby uprząż i powóz wytrzymały. I rzeczywiście wytrzymać nie mogły; u stóp stromego pagórka złamał się dyszel i król zmuszony był do zatrzymania się. Rycerze królewscy zeskoczyli ze swego wozu i złorzeczyli woźnicy, ale to szkody nie zmniejszyło. Nie było sposobu żadnego, by król ruszył w dalszą podróż, zanim powozu się nie naprawi.
Kiedy dworzanie przemyśliwali, czemby króla rozerwać, podczas gdy musiał czekać, ujrzeli w dali wyniosłą wieżę. Zaproponowali więc królowi, by siadł do któregokolwiek wozu, jakimi dwór jego mu towarzyszył, i pojechał do kościoła. Była niedziela i król mógłby być na nabożeństwie, żeby czas jakoś zeszedł, aż naprawi się ogromna królewska karoca.
Król zgodził się na ten projekt i pojechał do kościoła. Przedtem król jechał długi czas przez ciemne, lesiste okolice; tu było pogodniej. Rozległe pola i wsie i Palstrom, ciągnący się wspaniale śród ogromnych mas olszyny.
Król jednak o tyle nie miał szczęścia, że kiedy właśnie wysiadał z powozu na wzgórku kościelnym, zakrystyan zaintonował psalm końcowy i lud począł wychodzić z kościoła. Kiedy tak ludzie przechodzili koło niego, król zatrzymał jedną nogę w powozie, drugą opierając na stopniu, i nie ruszał się z miejsca, lecz obserwował przechodzących. Byli to ludzie najpiękniejsi, jakich król kiedykolwiek widział. Chłopcy byli wyższego wzrostu nad przeciętny wzrost mężczyzny, mieli mądre, poważne twarze, a kobiety przechodziły tak dostojnie, że król zauważył, że przystałoby im całkiem dobrze mieszkać w najpiękniejszym zamku.
Przez cały poprzedni dzień królowi było niemiło podróżować przez puste okolice i raz wraz mówił do swoich dworzan: »Teraz jadę z pewnością przez najuboższą część mego państwa.« Ale kiedy ujrzał lud w bogatych strojach, zapomniał myśli o ubóstwie. Przeciwnie, serce radowało mu się i powiedział sobie: »Jeszcze nie jest tak źle z królem szwedzkim, jak sądzą jego nieprzyjaciele. Jak długo moi poddani tak wyglądają, będę chyba w możności bronić mej wiary i mego kraju.«
Król polecił swoim dworzanom zawiadomić lud, że ów nieznajomy, który stoi pośród nich, jest ich królem, i żeby się zgromadzili koło niego, albowiem król pragnie do nich przemówić.
I król przemówił do ludu. Przemawiał z wysokich stopni zakrystyi i owe ważkie schody, na których stał, zachowane są po dzień dzisiejszy.
Król począł opowiadać, jak źle się teraz dzieje w państwie. Mówił, że Szwecya zagrożona jest wojną przez Rosyą i Danią. W innych warunkach nie byłoby to wcale tak niebezpieczne, ale w szeregach wojennych jest wielu zdrajców i król nie ma armii, którejby mógł zaufać. Dlatego nie pozostało mu nic innego do zrobienia, jak udać się samemu w prowincye i zapytać swoich poddanych, czy przyłączą się do zdrajców, czy też chcą pozostać wierni królowi i wesprzeć go ludźmi i pieniądzmi, by ojczyznę oswobodzić.
Chłopi zachowywali się zupełnie cicho, podczas gdy król przemawiał, a kiedy skończył, nie dali żadnego znaku potwierdzenia, ani też niezadowolenia.
Królowi wydawało się, że był bardzo wymowny. Parę razy napływały mu łzy do oczu.
Ale kiedy chłopi wciąż jeszcze trwożnie i niezdecydowanie stali milczący, nie mogąc się zdobyć na odpowiedź, zmarszczył czoło i z niezadowoleniem spoglądał na lud.
Chłopi zrozumieli, że królowi musi być przykro czekać i wreszcie jeden z pośród nich wystąpił.
— Musisz wiedzieć, królu Gustawie, że nie oczekiwaliśmy dziś wizyty królewskiej, i dlatego nie jesteśmy tak odrazu gotowi odpowiedzieć ci. Chcę ci poradzić, żebyś poszedł do zakrystyi i porozmawiał z naszym proboszczem, podczas gdy my omówimy to, co nam powiedziałeś.
Król zrozumiał, że na razie niczego innego się nie dowie, i uznał za najrozsądniejsze posłuchać rady owego chłopa. Kiedy wszedł do zakrystyi, nie zastał tam nikogo prócz jakiegoś człowieka, który wyglądał jak stary chłop. Był on wysoki i barczysty, ręce miał zniszczone ciężką pracą, a nie nosił ani kołnierza, ani płaszcza, tylko spodnie skórzane i długi, biały kożuch z wełny owczej, jak wszyscy inni mężczyźni.
Kiedy król wszedł, powstał i skłonił się.
— Sądziłem, że zastanę tu proboszcza — rzekł król.
Ów człowiek zarumienił się lekko. Zdawało mu się niepodobnem powiedzieć, że on sam jest duszpasterzem tej wioski, gdy spostrzegł, że król wziął go za chłopa.
— Tak, proboszcz zwykł tu bywać o tej porze — rzekł.
Król spoczął w wielkiem krześle z oparciem, jakie podówczas stało w zakrystyi i dziś jeszcze tam stoi niezmienione; tylko pozłacaną, królewską koronę ufundowała gmina na oparciu.
— Czy macie dobrego proboszcza tu w parafii? — zapytał król. Spróbował okazać zainteresowanie losami chłopów.
Kiedy król tak pytał, wydało się pastorowi niemożliwem powiedzieć, że on nim jest. Będzie lepiej, gdy król pozostanie w tej myśli, że jestem tylko chłopem — i odpowiedział, że proboszcz jest dość dobry. Szerzy słowo Boże i stara się żyć według swej nauki.
Król sądził, że to jest dobry wywiad, ale mając wprawne ucho zauważył w tonie odpowiadającego pewne ociąganie się.
— To tak brzmi, jakby nie był on bardzo kontent ze swego proboszcza — rzekł król.
— Jest on nieco samowolny — rzekł pastor. Myślał, że gdyby król jednak miał dowiedzieć się, kto on jest, to pewno nie podobałoby mu się, że sam siebie chwalił; dlatego też chciał się i cokolwiek zganić. Są ludzie, którzy mówią o proboszczu — rzekł — że chce on sam jeden rządzić w parafii.
— To w takim razie prowadziłby gminę z pewnością najlepiej — odparł król. Nie podobało mu się to, że ten chłop skarżył się na tego, który był jego przełożonym. — Zdaje mi się, jakoby tu panowały dobre obyczaje i prostota ojców.
— Lud jest dobry — rzekł proboszcz — ale też żyje zdala od świata w ubóstwie i zaciszu. Ludzie tu zapewne nie byliby lepsi, jak inni, gdyby pokusy tego świata były bliższe.
— No, niema chyba obawy, żeby się to stało — rzekł król i wzruszył ramionami. Zauważył, że natknął się na człowieka, który troszczy się niepotrzebnie nieswojemi rzeczami.
Król nie rzekł ani słowa więcej, lecz zaczął bębnić palcami po stole. Sądził, że już dość długo łaskawie z tym chłopem rozmawiał, i począł się dziwować, kiedy tamci drudzy załatwią się z odpowiedzią.
Ci chłopi nie są tacy skorzy przyjść z pomocą swemu królowi, pomyślał. Gdybym tylko miał swój powóz, pojechałbym precz od nich i ich narad w swoją drogę.
Pastor znowu siedział strapiony i walczył z sobą, jak może rozstrzygnąć ważną sprawę, którą do końca doprowadzić musi. Rad był, że nie powiedział królowi, kim jest. Mógł bowiem teraz mówić z nim o tem, o czem inaczej nie byłby zdołał mówić.
Po małej chwili proboszcz przerwał milczenie i zapytał króla, czy rzeczywiście jest tak źle, jak przed chwilą słyszał go opowiadającego, że nieprzyjaciele zagrażają państwu.
Król sądził, że ów człowiek mógłby mieć tyle rozumu, żeby go więcej nie nudził. Spojrzał więc tylko na niego i nic nie odpowiedział.
— Pytam dlatego, że tu stałem wewnątrz i może nie wszystko dobrze słyszałem — rzekł pastor. — Ale jeśli rzeczywiście tak jest, to chcę powiedzieć, że proboszcz tej gminy byłby może w możności dostarczyć królowi więcej pieniędzy, aniżeli ich potrzebuje.
— Zdaje mi się, że powiedział on właśnie, że wszyscy tu są tak biedni — rzekł król i pomyślał, że ten chłop sam bodaj nie wie, co mówi.
— Tak, to prawda — odparł pastor — a pastor też nie ma więcej, aniżeli inni. Ale jeśli król chce łaskawie posłuchać mnie chwilę, opowiem, jak to jest, że proboszcz ma władzę mu dopomódz.
— Niech mówi — rzekł król. Zdaje się, że mu łatwiej słowo wydobyć, aniżeli jego przyjaciołom i sąsiadom, którzy chyba nigdy nie dojdą z tem do końca, co mi mają powiedzieć.
— To nie tak łatwo królowi odpowiedzieć — rzekł pastor.
— Obawiam się, że wkońcu proboszcz będzie musiał wziąć to na siebie i uczynić to za drugich.
Król założył nogę na nogę, usiadł w głębi fotelu, skrzyżował ręce i pochylił głowę na piersi.
— Więc może już zacząć — rzekł król takim tonem, jakby już zasypiał.
— Pewnego razu pięciu mężów z tej wsi wyruszyło do lasu na polowanie — rozpoczął proboszcz. Jednym z nich był proboszcz, o którym mówiliśmy właśnie. Dwaj inni byli żołnierzami i nazywali się Olof i Eryk Svàrd, czwarty z nich był właścicielem gospody tu w Kirchhofie, a piąty był to chłop, nazwiskiem Israels Person.
— Nie potrzebuje się trudzić, żeby tyle nazwisk wyliczać — zamruczał król i pochylił głowę na ramieniu.
Proboszcz ciągnął dalej:
Mężowie ci byli dobrymi myśliwymi i zwykle miewali szczęście w polowaniu. Ale w dniu tym przeszli spory kawał lasu, nie spotykając żadnej zwierzyny. W końcu zaprzestali zupełnie polować i usiedli śród lasu, by rozmawiać. Mówili o tem, że w całym lesie niema żadnego miejsca, któreby można karczować, wszędzie tylko skały i trzęsawiska. Pan Bóg nie był dla nas sprawiedliwym, dając nam tak skąpą ziemię, mówił jeden z nich. Gdzieindziej mogą ludzie gromadzić bogactwa i zbytki, ale tu tylko z wielką biedą możemy zapracować na chleb codzienny.
Pastor zamilkł na chwilę w obawie, czy go król słucha, ale król poruszył małym palcem, aby dać poznać, że jeszcze nie śpi.
— Właśnie kiedy chłopi tak rozmawiali, zauważył proboszcz, że na jednem miejscu śród skał coś się błyszczy, tam gdzie przypadkowo nogą odsunął mech. To szczególny kamień, pomyślał i jeszcze trochę mchu odkopał. Podniósł kawalątko tego kamienia, który był przyczepiony do mchu i równie tak błyszczał, jak inne. To chyba niemożebne, żeby to tutaj był ołów? — rzekł. Towarzysze jego zerwali się i kolbami odsuwali mech. Kiedy sporo mchu już odgarnęli, był wspaniały widok tej żyły metalu, która wiła się śród skały. Cóż sądzicie, że to jest? Chłopi odbijali po odrobinie owego metalu i gryźli go. Conajmniej musi to być ołów, albo cyna, rzekli. I pełno tego jest na tej górze — rzekł proboszcz.
Kiedy pastor tak daleko doszedł w swem opowiadaniu, zauważył, że król podniósł nieco głowę i otworzył jedno oko.
— Czy on wie, czy który z tych ludzi znał się na metalach i kamieniach? — zapytał.
— Nie, nie rozumieli się na tem — odpowiedział pastor. Wtedy głowa króla znów się pochyliła, a oczy mu się przymknęły.
— Zarówno proboszcz, jak i ci, którzy z nim byli, cieszyli się bardzo — ciągnął pastor, nie zważając na obojętność króla. — Sądzili, że znaleźli coś, co ich wzbogaci i ich potomków również!
— Nigdy już nie będę musiał pracować! — rzekł jeden z żołnierzy — przez cały tydzień nic nie będę robił, a w niedzielę będę jeździł w złotej karecie do kościoła.
— Byli to zresztą roztropni ludzie, ale ten wielki znaleziony skarb zawrócił im w głowie, tak, że mówili jak dzieci. Tyle rozumu jednak mieli jeszcze, że skarb przykryli na nowo mchem. Potem zauważyli pilnie owo miejsce i powrócili do domu. Nim się rozstali, postanowili, że proboszcz uda się do Falun i tam zapyta się starosty górniczego, co to za metal. Miał powrócić jak najprędzej i aż dotąd pod przysięgą przyrzekli sobie wzajem milczeć i przed nikim tajemnicy nie zdradzać.
Król znów lekko uniósł głowę, ale ani słowem nie przerwał opowiadającemu. Zdawał się teraz wierzyć, że ten człowiek ma rzeczywiście coś ważnego do powiedzenia, jeśli nie przeszkadza mu jego obojętność.
— Proboszcz, zabrawszy parę próbek metalu, udał się w drogę. Cieszył on się taksamo, że będzie bogaty tak, jak i drudzy. Myślał o tem, że przebuduje probostwo, które teraz nie było wcale lepszem od pierwszej lepszej chałupy chłopskiej; a potem chciał się ożenić z córką pewnego proboszcza, którą kochał. Dotychczas myślał, że długo będzie musiał czekać na nią; był biedny i nieznany i wiedział, że dużo jeszcze czasu upłynie, nim dostanie takie stanowisko, któreby mu umożliwiło ożenienie się.
Przez dwa dni jechał proboszcz do Falun a dzień cały musiał w mieście zabawić, czekając na starostę, gdyż go nie zastał w domu, a komu innemu nie chciał się zwierzyć. W końcu doczekał się go i pokazał mu ów metal. Starosta górniczy wziął owe kawałki do ręki, spojrzał na nie, a następnie na proboszcza.
Proboszcz opowiedział, że znalazł to w ojczystej wsi w skale i sądzi, że to może ołów.
— Nie, to nie jest ołów — rzekł starosta.
— Więc może to cyna? — zapytał proboszcz.
— Nie, to także nie cyna — rzekł starosta.
Proboszczowi zdało się, że jego nadzieja się rozwiewa, i tak źle nie czuł się nigdy dotąd.
— Czy dużo takich kamieni macie tam w waszej parafii? — zapytał starosta.
— Mamy całą górę — odpowiedział proboszcz.
Wtedy starosta zbliżył się doń, poklepał go po ramieniu i rzekł:
— Tedy uważajcie, żebyście zrobili z tego dobry użytek, aby i wam samym i krajowi wyszło na korzyść, gdyż to jest srebro!
— Tak — wykrztusił proboszcz zmieszany. Tak, to srebro.
Starosta począł mu objaśniać, co ma zrobić, żeby uzyskać rządowe zezwolenie na kopalnię, i dał mu wiele dobrych wskazówek, ale proboszcz stał zmieszany i nie słuchał wcale, co do niego mówiono. Myślał, jakie to nieprawdopodobne, że tam w tej jego biednej wioszczynie jest cała góra ze srebrem i na niego czeka.
Król tak gwałtownie podniósł głowę, że pastor przerwał opowiadanie.
— Stało się pewnie tak — rzekł król — że kiedy powrócił do domu i począł kopać w kopalni, poznał, że starosta górniczy żartował sobie z niego.
— O nie, starosta z niego bezwarunkowo nie żartował — rzekł pastor.
— Niech opowiada dalej — rzekł król i poprawił się w siedzeniu, by słuchać.
— Kiedy proboszcz wkońcu wrócił i jechał przez wieś rodzinną — opowiadał dalej pastor — pomyślał, że przedewszystkiem musi o odkryciu zawiadomić swoich towarzyszy.
— Zapewne chciał ich szczęście zobaczyć — przerwał król.
— Tak, pragnął tego, i kiedy przejeżdżał koło domu właściciela gospody Stena Stensona, zamierzał wstąpić do niego i opowiedzieć mu, że to, co znaleźli, jest srebrem. Ale skoro stanął przed bramą, ujrzał, że okna zasłonięte są chustami, a droga prowadząca do schodów wysłana jest jodłowemi gałęziami.
— Któż umarł w tym domu? — zapytał chłopca, który stał oparty o płot.
— Sam właściciel gospody — odparł chłopiec i opowiedział proboszczowi, że od tygodnia codziennie się upijał, tak, że ogromnie dużo wódki przez ten czas tu wyszło.
— Skąd przyszło do tego? — zapytał proboszcz — przecież nieboszczyk nigdy się nie upijał.
— Tak, — rzekł chłopiec — pił, bo utrzymywał, że odkrył kopalnię, i jest tak bogaty, że nie potrzebuje nic więcej robić jak pić. A wczoraj wieczorem, pijany jak zwykle, wyjechał z domu; wóz się wywrócił, a on zabił się na miejscu.
Proboszcz, usłyszawszy to, pojechał do domu. Był bardzo zmartwiony tem, co słyszał. Taki był przecież wesół i tak się cieszył, że oznajmi taką nowinę.
— Kiedy proboszcz parę kroków ujechał dalej, ujrzał nadchodzącego Israelsa Per Persona. Wyglądał on tak, jak zwykle i proboszcz pomyślał, że dobrze jest, że temu szczęście w głowie nie przewróciło. Tego chciał też odrazu ucieszyć dobrą wieścią.
— Dzień dobry — rzekł Per Person — czy wracasz z Falun?
— Tak, stamtąd wracam — odparł proboszcz — i chcę cię zawiadomić, że powiodło mi się tam lepiej, aniżeli sądziliśmy; starosta górniczy powiedział, że to, cośmy znaleźli, jest srebro.
W tej chwili Per Person wyglądał tak, jakby się ziemia pod nim rozwarła.
— Co mówisz, co mówisz, srebro?
— Tak — odrzekł proboszcz — będziemy więc bogaci i możemy żyć jak panowie.
— Nie, srebro to nie jest! — mówił Per Person i stawał się coraz bardziej ponury.
— Tak, oczywiście jest to srebro, nie przypuszczasz chyba, że cię chcę oszukać. Nie potrzebujesz się obawiać, możesz się cieszyć.
— Cieszyć się — rzekł Per Person — jak się mam cieszyć? Myślałem, że to nic ważnego, i powiedziałem sobie, że lepszy wróbel w ręku, aniżeli gołąb na dachu. Sprzedałem mój udział w kopalni za sto talarów Olofowi Svärdowi.
Był w rozpaczy i kiedy proboszcz pojechał dalej, stał na gościńcu i płakał.
— Kiedy proboszcz przyjechał do domu, posłał parobka do Olofa Svärda i jego brata, aby im powiedział, że to, co znaleźli, jest srebro. Uważał, że już ma dość tego, żeby samemu rozgłaszać dobrą nowinę.
Ale kiedy proboszcz wieczorem sam siedział w domu, radość powróciła. Wyszedł w ciemną noc przed dom, na pagórek, gdzie zamierzał zbudować nowe probostwo. Musi ono być piękne, tak wspaniałe, jak pałac biskupi. Długo stał tak na dworze w noc ciemną i nie zadowolnił się budową probostwa. Przyszło mu na myśl, że, jeśli takie skarby wyjdą z tej okolicy, to pewnie tu ludzie będą przybywać i wkońcu pewnie powstanie tu miasto dokoła tej góry srebra w lesie. A potem będzie zmuszony w tem nowem mieście zbudować nowy kościół. Ale i to go jeszcze nie zadowolniło, tylko pomyślał, że kiedy kościół będzie zbudowany, przyjedzie tu król i wielu biskupów, aby go poświęcić; a król będzie się tym kościołem bardzo cieszył, tylko zrobi jeden zarzut, że w tem mieście dla niego, dla króla, niema godnego mieszkania. Więc jeszcze w tem nowem mieście będzie musiał zbudować dla króla zamek.
Jeden z rycerzy królewskich otworzył teraz drzwi zakrystyi i oznajmił, że królewska karoca już naprawiona.
Król w pierwszej chwili gotów był powstać, ale rozmyślał się i rzekł do pastora:
— Niech opowie swą historyę do końca. Ale niech się pospieszy. Wiemy już, jak człowiek marzy i myśli. Chcemy się dowiedzieć, jak działa.
Pastor opowiadał dalej:
Kiedy jeszcze proboszcz snuł swoje marzenia, otrzymał wieść o samobójstwie Israelsa Per Persona. Nie mógł pogodzić się z myślą, że sprzedał swój udział w kopalni i że całe życie będzie musiał patrzyć, jak drugi raduje się skarbem, który mógł być jego własnością.
Król poprawił się trochę na siedzeniu i otworzył oczy. — Na Boga — rzekł — gdybym był tym proboszczem, sądzę, miałbym dość już tej kopalni.
— Król jest bogatym człowiekiem — odparł pastor. W każdym razie ma dość i aż zanadto. Inaczej ma się rzecz z biednym proboszczem, który nic nie posiada na własność. Taki zastanawia się, gdy widzi, że jego projekty nie mają błogosławieństwa bożego: nie chcę już myśleć więcej o tem, żebym sam zaszczyty i korzyści ciągnął z tych skarbów. Ale przecież nie mogę zostawić srebra w ziemi. Muszę obrócić je na korzyść biednych i cierpiących nędzę. Chcę tak uczynić, aby dopomódz całej parafii.
Dlatego poszedł proboszcz pewnego dnia do Olofa Svärda, aby z nim i z jego bratem pomówić o tem, co mają uczynić z kopalnią srebra. Kiedy dochodził do domu Olofa, spotkał wóz, dookoła którego spacerowali ludzie uzbrojeni w karabiny, tak jakby mieli straż. Na wozie siedział człowiek z rękoma związanemi na plecach i z nogami skutemi.
Kiedy proboszcz przechodził koło wozu, zatrzymano wóz, tak, że mógł przypatrzyć się więźniowi. Miał on obandażowaną głowę, tak, że nie łatwo było poznać, kto to jest, ale proboszczowi zdawało się, że to jest Olof Svärd.
Słyszał, jak więzień prosił straży, by mógł parę słów pomówić z proboszczem.
Zbliżył się więc do wozu i więzień zwrócił się do niego: — Jesteś więc jedyny, który wie, gdzie jest srebrna góra. — Jakto, co mówisz, Olofie? — zapytał proboszcz.
— Tak, proboszczu; odkąd dowiedzieliśmy się że posiadamy srebro, nie mogliśmy z bratem utrzymywać przyjaźni, jak pierwej; wciąż kłóciliśmy się. A wczoraj wieczorem sprzeczaliśmy się, kto z nas najpierw odkrył kopalnię, czy też o co innego się kłóciliśmy, dość, że popadliśmy w sprzeczkę i ja zabiłem brata, a on mi też dał porządny cios tu w czoło. I tak pójdę na szubienicę, a ty będziesz jedynym, który coś wie o kopalni. Dlatego chcę cię o coś prosić.
— Mów śmiało — odrzekł proboszcz — a zrobię wszystko dla ciebie, co będę mógł.
— Wiesz, że pozostawiam kilkoro drobnych dzieci — zaczął żołnierz, ale proboszcz mu przerwał słowy:
— Co się tego tyczy, możesz być spokojny. Otrzymają to, co jest twoim udziałem w kopalni, tak, jakbyś ty sam był przy życiu.
— Nie, — rzekł Olof Svärd — chciałem cię prosić o co innego. Niech żadne z nich nie bierze udziału w tem, co wyjdzie z tej kopalni.
Dreszcz wstrząsnął proboszczem, milczał i nie mógł słowa przemówić.
— Jeśli mi tego nie przyrzeczesz, nie będę mógł spokojnie umrzeć — rzekł więzień.
— Tak, — odpowiedział proboszcz — przyrzekam ci, czego odemnie żądasz.
Następnie więźnia powieźli dalej, a proboszcz stał na gościńcu i myślał nad tem, jak ma dotrzymać słowa, danego Olofowi. Wracając do domu, myślał przez całą drogę o skarbie, którym się cieszył. Ale jeśli rzecz miała się tak, że lud tej gminy nie może znieść bogactwa? Czterej już zmarnieli, czterej, którzy wpierw byli ludźmi wspaniałymi i dumnymi. Myślał, że widzi przed oczyma całą gminę, jak ta kopalnia srebra jednego za drugim niszczy. Czyż on, ustanowiony na to, aby bronić i pilnować dusze tych biednych ludzi, ma uczynić coś, co ich zniszczy?
Król wyprostował się w swem krześle i bystro spojrzał na opowiadającego. — Muszę przyznać, że proboszcz tej zapadłej wsi jest dzielnym człowiekiem.
— Nie dość było na tem, co się już stało — opowiadał pastor dalej — ale kiedy nowina o kopalni srebra rozeszła się wśród mieszkańców wioski, przestali pracować, próżnowali i czekali aż przyjdzie czas, kiedy bogactwa ich obsypią. Wszystkie włóczęgi z całej okolicy ciągnęli do tę wsi, a proboszcz bezustannie słyszał o pijaństwie i bójkach.
Cały tłum ludzi nic więcej nie robił, tylko błąkał się po lesie, poszukując kopalni, a proboszcz zauważył, że jak tylko wychodził z domu, śledzili go, aby zobaczyć, czy nie idzie do kopalni srebra, i tak obrabować go z tajemnicy.
Kiedy się rzeczy tak miały, proboszcz zwołał chłopów.
Najpierw przypomniał im te wszystkie nieszczęścia, jakie spowodowało odkrycie kopalni srebra, i zapytał, czy chcą się dać zniszczyć, czy też chcą się ratować. Potem im powiedział, że od niego, od swego proboszcza nie powinni oczekiwać, żeby on przyczynił się do ich upadku; postanowił nikomu nie zdradzić, gdzie owa góra srebra się znajduje, i sam także nigdy nie będzie z niej czerpał majątku. A potem zapytał chłopów, jak chcą na przyszłość postąpić. Jeśli chcą w dalszym ciągu szukać owej kopalni i czekać na bogactwa, to w takim razie on pójdzie precz od nich, tak daleko, żeby go nie doszła żadna wieść o ich nędzy. Ale jeśli tej myśli o kopalni zaniechają i staną się tacy, jakimi byli przedtem, chce pozostać między nimi. Ale jakkolwiek się zdecydujecie — kończył proboszcz — wiedzcie, że odemnie nie dowiecie się o kopalni.
— Jak postanowili chłopi? — zapytał król.
— Uczynili tak, jak żądał ich proboszcz — odparł pastor. — Przyznali, że to jest mądrze powiedziane, i przyrzekli nie myśleć więcej o kopalni. Poznali, że proboszcz pragnie ich dobra, jeśli przez nich chce pozostać biednym. I odtąd mieli do niego ogromne zaufanie. Sami polecili mu udać się do lasu i przykryć ową górę dobrze mchem i kamieniami, aby jej nikt z nich ani z ich potomków znaleźć nie mógł.
— I odtąd żył ten proboszcz tak ubogo, jak drudzy?
— Tak — odrzekł pastor — żył tak samo biedny, jak i drudzy.
— Ale się pewnie ożenił i wybudował nowe probostwo? — zapytał król.
— Nie, nie miał na to środków, żeby się ożenić, i mieszka nadal w starej chacie.
— To piękna historya, którą mi tu opowiedział, — rzekł król i w podzięce skłonił głowę.
Pastor stał milczący przed królem. Po chwili król zapytał: — Czy on myślał o tej kopalni srebra, kiedy mi powiedział, że tutejszy proboszcz może mi dostarczyć tyle pieniędzy, ile ich tylko potrzebuję?
— Tak — odrzekł pastor.
— Nie mogę go przecież zmusić — rzekł król — i jak on inaczej to rozumie, żebym mógł takiego człowieka nakłonić, by mi tą kopalnię pokazał? Przecież wyrzekł się swej ukochanej i wszelakiego dobrobytu w życiu.
— To jest co innego, — rzekł pastor — ale kiedy ojczyzna skarbu potrzebuje, to ustąpi.
— Czy on ręczy za to? — zapytał król.
— Tak, za to ręczę, — odpowiedział proboszcz.
— Czy nie troszczy się o to, jak powodzi się jego parafianom?
— To jest w ręku Boga.
Król powstał z krzesła i podszedł do okna. Stał tak chwilę i spoglądał na lud, zgromadzony przed kościołem.
Im dłużej patrzył, tem jaśniej poczęły świecić jego duże oczy, a jego szczupła postać zdawała się róść w górę.
— On może powiedzieć proboszczowi tej gminy, że niema dla króla szwedzkiego piękniejszego widoku, jak oglądać ten lud tutaj.
Przytem odwrócił się król od okna i spojrzał na pastora. Uśmiech okalał jego usta. — Czyż sprawa jest taka, że proboszcz tej gminy jest tak biedny, że składa czarne suknie, jak tylko nabożeństwo skończone i ubiera się jak chłop? — zapytał król.
— Tak, taki biedny jest, — odrzekł pastor, a rumieniec oblał jego twarz.
Król znów stanął przy oknie. Można było poznać, że jest w najlepszym humorze. Wszystko, co w nim drzemało szlachetnego, obudziło się. — Niech on tę kopalnię zostawi w spokoju — rzekł król. — Ponieważ całe życie biedę cierpiał i pracował, aby lud ten zrobić takim, jakim go chce mieć, niechaj go pozostawi takim, jakim jest teraz.
— Ale jeśli państwo w potrzebie? — rzekł pastor.
— Państwu lepiej służy się ludźmi, aniżeli pieniądzmi, — rzekł król i mówiąc to, pożegnał pastora i opuścił zakrystyę.
Na dworze stał tłum tak samo milcząc, jak i pierwej. Ale kiedy król zstąpił ze schodów, podszedł do niego chłop.
— Rozmawiałeś więc z naszym proboszczem? — zapytał.
— Tak, rozmawiałem z nim, — odrzekł król.
— W takim razie otrzymałeś pewnie naszą odpowiedź — powiedział chłop. — Prosiliśmy cię, byś wstąpił do zakrystyi i rozmawiał z naszym proboszczem, bo on miał ci oznajmić naszą odpowiedź.




W SALI SĄDOWEJ.



Rzecz dzieje się hen daleko w sali sądowej na prowincyi. Przy stole sądowym, w głębi sali, siedzi sędzia, mężczyzna wysoki, dobrze zbudowany, o rysach twarzy szerokich, grubych. Już od kilku godzin rozstrzygał sporne sprawy jedną za drugą i opanowało go już w końcu coś, jak niechęć i posępność. Trudno byłoby powiedzieć, czy to upał i duszność w sali go męczy, czy też wpadł w zły humor z powodu zajmowania się tyloma drobnemi sprawami, tyloma sporami małoznaczącymi, które powstały chyba z tego jedynego powodu, żeby wykazać kłótliwość i niemiłosierdzie i chęć wygranej u ludzi.
Właśnie rozpoczął rozprawę jedną z ostatnich, jakie w tym dniu miały być rozstrzygnięte. Rozchodziło się o alimenta.
Sprawa ta była już rozpatrywana na poprzednim sądzie i protokół owej rozprawy właśnie odczytywano. Dowiadujemy się, że oskarżycielką jest biedna służąca, a oskarżonym człowiek żonaty. Następnie dowiadujemy się, że oskarżony oświadczył, że dziewczyna ta niesłusznie go tu pozwała, i chyba tylko przez chciwość. Przyznaje on, że oskarżycielka służyła przez jakiś czas w jego dworze, ale on w tym czasie nie wdawał się z nią w żadne miłostki i ona nie ma żadnego prawa żądać od niego wsparcia pieniężnego. Oskarżycielka jednak obstawała przy swojem twierdzeniu i po przesłuchaniu kilku świadków polecono pozwanemu złożyć przysięgę, jeśli nie chce, by go sąd skazał na zapłacenie żądań oskarżycielki.
Obie strony są obecne i stoją przed stołem sędziego. Oskarżycielka jest bardzo młoda i wygląda ogromnie nieśmiele. Płacze ona ze wstydu i z trudem obciera łzy chustką zwiniętą w kłębek tak, że się zdaje, jakoby jej nie mogła rozwinąć. Jest ona ubrana czarno, a suknie jej robią wrażenie prawie nowych, mało noszonych, ale leżą na niej tak źle, że ma się niemal wrażenie, że je sobie wypożyczyła, aby przyzwoicie zjawić się w sądzie.
Co się tyczy oskarżonego, to odrazu widać po nim, że jest dobrze sytuowanym człowiekiem; może mieć lat około czterdzieści i wygląda świeżo i dumnie. Kiedy tak stoi przed krzesłem sędziego, widać, że trzyma się doskonale. Nie wygląda wprawdzie, jakby mu sprawiało szczególną przyjemność to, że tu stoi, ale też wcale nie robi wrażenia przykrego.
Kiedy skończono odczytywanie protokołu, zwrócił się sędzia do oskarżonego z zapytaniem, czy obstaje przy swem twierdzeniu i czy jest gotów złożyć przysięgę.
Oskarżony odpowiedział szybko: tak. Szuka on czegoś w kieszeni kamizelki i wyciągnął świadectwo proboszcza, stwierdzające, że zna ważność i znaczenie przysięgi i nic nie przeszkadza, żeby ją złożyć.
Podczas tego jego zeznania dziewczyna nie przestała płakać. Zdaje się być ogromnie nieśmiałą i oczu nie odrywa od ziemi. Nawet nie podniosła oczu, żeby spojrzeć w twarz obwinionego.
Kiedy »tak« powiedział, dziewczyna drgnęła. Postąpiła parę kroków bliżej krzesła sędziowskiego, tak, jakby miała coś do powiedzenia, i stanęła. To chyba niemożliwe, pomyślała pewnie, żeby on tak powiedział. Przesłyszało mi się.
Tymczasem sędzia wziął do ręki świadectwo, dając równocześnie znak woźnemu. Woźny podchodzi do stołu, żeby wziąć biblię i położyć ją przed oskarżonym.
Oskarżycielka słyszy, że ktoś koło niej przechodzi, i staje się niespokojną. Zmusza się, żeby na tyle podnieść oczy, by módz spojrzyć przez stół, i spostrzega, że woźny kładzie właśnie biblię na stole.
Ma minę taką, jakby chciała się czemuś sprzeciwić. Ale znów się wstrzymuje. Przecież to niemożliwe, żeby złożył przysięgę. Sędzia musi mu w tem przeszkodzić.
Sędzia jest taki mądry i wie dobrze, jak ludzie myślą i czują w jego kraju. Przecież on musi wiedzieć, jacy surowi są ludzie, jeśli chodzi o coś takiego, jak małżeństwo. Nie znają większego grzechu nad ten, jaki ona popełniła. Czyż byłaby mogła powiedzieć coś takiego o sobie samej, gdyby nie było prawdą? Sędzia mógł dobrze wiedzieć, jaką straszną pogardę ściągnęła na siebie. I nie tylko pogardę, ale i wszelaką nędzę. Nikt jej nie chciał wziąć do służby. Nikt nie chciał jej pracy. Jej rodzeni rodzice ledwo ją cierpieli w domu i codzień mówili o tem, żeby ją wypędzić. Nie, sędzia powinien dobrze rozumieć, że nie żądałaby wsparcia od człowieka żonatego, gdyby nie miała do tego prawa.
Sędzia nie mógł przecież sądzić, że w takiej sprawie kłamie, że byłaby takie straszliwe nieszczęście ściągnęła na siebie, gdyby była mogła oskarżyć innego, aniżeli człowieka żonatego. A jeśli to wiedział, to przecież musi przeszkodzić przysiędze.
Widzi, że sędzia siedzi i kilkakrotnie odczytuje świadectwo proboszcza.
Dlatego zaczyna wierzyć, że jednak przeszkodzi.
To zresztą słuszna uwaga, że sędzia jest zamyślony. Kilkakrotnie spogląda na oskarżycielkę, ale przytem ujawnia się tylko coraz bardziej wyraz wstrętu i obrzydzenia na jego twarzy. Zdawało się, że jest względem niej nieprzychylnie usposobiony. Nawet jeśli ona mówi prawdę, to jest złą osobą i sędzia nie może mieć dla niej życzliwości.
Zdarza się niekiedy, że sędzia miesza się w jakąś sprawę jako dobry i mądry doradzca i broni strony przed zupełną ruiną. Ale tym razem jest zmęczony i zły i nie myśli o niczem innem, jak aby sprawę według prawa przeprowadzić.
Odkłada więc sędzia świadectwo i w kilku słowach mówi do oskarżonego, że spodziewa się, iż pewnie dobrze zna następstwa fałszywej przysięgi. Oskarżony słucha go z tym samym spokojem, z jakim zachowywał się przez cały czas, i odpowiada z respektem i nie bez godności.
Oskarżycielka słucha z ogromnym strachem. Robi kilka gwałtownych ruchów i składa dłonie. Prowadzi straszliwą walkę ze swoją nieśmiałością i z łkaniem, które jej ściska gardło. Ale kończy się na tem, że nie może słowa wydobyć.
Przysięga ma więc być składaną. On ją złoży. Nikt mu nie przeszkodzi, żeby nie obciążał swego sumienia.
Aż dotąd nie mogła uwierzyć, że się to stanie. Ale teraz przekonywa ją rzeczywistość, że to stanie się, że stanie się już w najbliższej chwili. Strach większy niż wszystko, czego dotychczas doznała, opanowuje ją. Skamieniała — nawet już więcej nie płacze. Oczy jej znieruchomiały.
Więc on ma zamiar ściągnąć na siebie wieczyste potępienie. Rozumie ona dobrze, że on chce przez tę przysięgę zostać uwolnionym ze względu na żonę. Ale gdyby nawet miał z nią mieć ostrą przeprawę, nie powinien przecież poświęcać swej duszy.
Nic nie było straszliwszego, jak krzywoprzysięstwo. W tym grzechu było coś tajemniczego i okropnego. Nie było dlań ani łaski, ani przebaczenia. Bramy przepaści otwierały się same, gdy tylko imię krzywoprzysięzcy wymieniają.
Gdyby teraz podniosła oczy ku jego twarzy, byłaby się obawiała ujrzeć jakiś znak potępienia przez gniew Boga na jego twarzy położony.
Podczas gdy tak stoi i coraz większy strach ją ogarnia, pouczył sędzia obwinionego, jak ma złożyć palce na biblii. Następnie sędzia szuka w kodeksie formułki przysięgi.
Ujrzawszy go, jak kładzie palce na biblii, posunęła się jeszcze o krok bliżej ku sędziemu, i odnosi się wrażenie, jakby się chciała pochylić nad stołem i jego rękę cofnąć z biblii.
Ale wstrzymuje ją ostatnia nadzieja. Sądzi, że teraz, w ostatniej chwili, jednak on się cofnie.
Sędzia znalazł ustawową formułkę przysięgi i poczyna głośno i wyraźnie odczytywać ją. Następnie pauza, aby obwiniony mógł słowa za nim powtórzyć. A oskarżony rzeczywiście zaczyna je powtarzać, ale robi małą pomyłkę, tak że sędzia zaczyna od początku.
Teraz nie może już mieć ani cienia nadziei. Teraz wie, że on będzie fałszywie przysięgał i że ściągnie na siebie gniew Boga na całe przyszłe życie.
Stoi i bezradnie łamie dłonie. A to wszystko jest jej winą, że go zaskarżyła.
Ale była przecież bez pracy, bez zajęcia; cierpiała głód i marzła. Dziecko leżało śmiertelnie chore. Do kogóż miała się zwrócić o pomoc?
Nigdy też nie myślała, że on będzie mógł popełnić taki okropny grzech. I teraz sędzia właśnie przeczytał powtórnie rotę przysięgi. Za kilka chwil czyn będzie dokonany. Ten czyn, od którego niema odwrotu, którego nigdy nie można naprawić, nigdy zmazać.
Właśnie kiedy oskarżony zaczyna słowa przysięgi powtarzać, rzuca się naprzód, odsuwa gwałtownie jego wyciągniętą rękę i porywa biblię.
Okropne przerażenie dało jej nareszcie odwagę. On nie powinien swej duszy zaprzepaszczać. On nie powinien.
Woźny sądowy pośpiesza natychmiast, aby jej odebrać biblię i przywołać ją do porządku. Ona się strasznie boi wszystkiego, co ma łączność z sądem, i zdaje jej się, że co uczyniła, skaże ją na twierdzę. Ale biblii nie chce zwrócić. Cokolwiek by ją to kosztowało, on nie może tej przysięgi złożyć. I on, chcący przysięgać, zbliża się także, aby księgę odebrać, ale i jemu się opiera.
— Tyś nie powinien tej przysięgi składać! — woła — tyś nie powinien!
To, co się teraz dzieje, budzi naturalnie ogromne zdumienie. Obecni tłoczą się do stołu sędziego, przysięgli wstają, protokolant zrywa się, trzymając kałamarz w ręku, aby się atrament nie wylał.
Wtedy sędzia woła głośno i gniewnie:
— Cicho! — i wszyscy stoją bez ruchu.
— Co ty robisz? Co masz z biblią do czynienia? — zapytuje sędzia oskarżycielki głosem ostrym i twardym.
Przezwyciężywszy swój strach przez swój czyn rozpaczliwy, pozbyła się już obawy i odpowiada: — On nie powinien przysięgać!
— Cicho bądź i oddaj biblię! — woła sędzia
Ale ona nie słucha, lecz obejmuje biblie obydwoma rękami.
— On nie może przysięgać! — woła gwałtownie.
— Czy ci bardzo na tem zależy, żeby proces wygrać? — pyta sędzia coraz ostrzej.
— Chcę skargę cofnąć! — woła i ona ostro. — Nie chcę go zmuszać do przysięgi!
— Czegóż tak krzyczysz? — pyta sędzia. Czyś rozum straciła?
Ona oddecha gwałtownie i stara się uspokoić. Sama słyszy, jak krzyczy. Sędzia pewni myśli, że ona oszalała, bo tego, czego chce, nie może spokojnie powiedzieć. Jeszcze raz walczy z sobą, żeby swój głos opanować, a tym razem udaje jej się to. Mówi powoli, poważnie, głośno patrząc sędziemu prosto w twarz:
— Chcę cofnąć skargę. On jest ojcem dziecka. Ale ja go jeszcze kocham. Nie chcę żeby krzywo przysięgał!
Stoi mocno i zdecydowanie przed stołem sędziego i patrzy wprost w jego surową twarz. Sędzia siedzi, wsparłszy obie ręce na stole, i długo, długo nie odrywa od niej wzroku. Podczas gdy sędzia ją tak obserwuje, zachodzi w nim wielka zmiana. Zmęczenie i niezadowolenie, widoczne pierwej na jego twarzy, ginie, a ta gruba twarz wskutek wzruszenia staje się prawie piękną.
Patrz, myśli sędzia, patrz, taki jest mój lud. Nie chcę się nań skarżyć, jeśli jedna z ostatnich posiada tyle miłości i bojaźni bożej.
Nagle jednak sędzia czuje, że oczy napełniają mu się łzami, i wtedy prawie że zawstydzony otrząsa się i rzuca prędkie spojrzenie dokoła. I widzi, że pisarze i woźni sądowi i cały długi szereg przysięgłych pochylili się naprzód, aby przyjrzeć się dziewczynie, która stoi przed stołem sędziowskim i ściska w rękach biblię. I widzi blask na ich twarzach, tak, jakby ujrzeli coś rzeczywiście pięknego, co ich do głębi wzruszyło.
Potem spogląda sędzia po zgromadzonych tu ludziach i zdaje mu się, jakby wszyscy ci ludzie siedzieli tu milcząco i bez tchu, tak, jakby usłyszeli tu właśnie coś, za czem najwięcej tęsknili.
W końcu spogląda sędzia na obwinionego. Teraz on jest tym, który stoi z głową spuszczoną ku ziemi.
Sędzia zwraca się raz jeszcze do dziewczyny. — Tak będzie, jak sobie życzysz — mówi. Skarga będzie cofnięta — dyktuje protokolantowi.
Oskarżony robi ruch, jakby chciał coś przeciw temu powiedzieć. — Cóż to, cóż to? — woła sędzia. — Czy masz może co przeciw temu? — Oskarżony jeszcze bardziej pochyla głowę i mówi szeptem: — O nie, najlepiej już chyba tak.
Sędzia chwilę jeszcze siedzi cicho, potem odsuwa ciężkie krzesło, wstaje i dokoła stołu idzie ku dziewczynie.
— Dziękuję ci, — mówi i podaje jej rękę.
Teraz ona kładzie biblię na stole, stoi i płacze i wyciera łzy chustką zwiniętą w kłębek.
— Dziękuję ci! — rzekł sędzia raz jeszcze bierze jej rękę lekko i ostrożnie, jakby była czemś delikatnem i kosztownem.




PRZYGODA W JEROZOLIMIE.


W starym, wielce poważanym meczecie Eletksa w Jerozolimie znajduje się w bocznem przejściu, prowadzącem w głąb poza właściwą nawę świątyni, bardzo głęboka i szeroka nyża okna. W tej nyży leży stary, podarty dywan, a na tym dywanie siada codziennie stary Mesullam, wróżbita umiejący wykładać sny, który za małem wynagrodzeniem zwiedzającym meczet przepowiada przyszłość.
Przed paru laty zdarzyło się pewnego popołudnia, że Mesullam, który jak zwykle siedział przy oknie, był w tak złym humorze, iż nawet nie odpowiadał na pozdrowienia przechodzących. Nikomu jednak nie przyszło na myśl oburzać się na jego niegrzeczność, gdyż wiedziano, że martwił się z powodu przykrości, jaka go tego dnia spotkała. Mianowicie Jerozolimę zwiedzał w tym czasie pewien potężny książę z Zachodu, a przed południem tegoż dnia zwiedzał dostojny gość wraz ze swem otoczeniem meczet Eletksa. Przed jego przybyciem kazał przełożony meczetu we wszystkich kątach tego starego budynku posprzątać i kurz pozamiatać, a zarazem rozkazał, żeby Mesullam wyniósł się ze swego miejsca, uważając to za zupełnie niemożliwe, żeby on tam siedział podczas wizyty tak dostojnego gościa. Nie dość, że dywan był zupełnie podarty że wkoło niego była cała masa brudnych worów, w których Mesullam chował swoje mienie: Mesullam sam nie był niczem mniej, jak ozdobą meczetu. Był to niesłychanie brzydki, stary murzyn. Wargi miał niezmiernie grube, dolną szczękę ogromnie naprzód podaną, czoło bardzo nizkie, nos najwięcej chyba podobny do ryja; jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę, że Mesullam miał skórę grubą, pomarszczoną i tułów gruby, krępy, owinięty z musu brudnym, białym szalem zaledwie dziwićby się można, że mu zabroniono pokazywać się w meczecie w tym czasie, kiedy się tam znajdował zachodni książę.
Biedny Mesullam wiedział dobrze, że przy swej brzydocie był jednak człowiekiem niezwykle mądrym. Dlatego poczuł gorzki zawód, że nie zobaczy owego podróżnego gościa. Miał nadzieję, że da mu przykłady swej wielkiej wiedzy, jaką w rzeczach tajemnych posiadał i przez to powiększy jeszcze swe znaczenie i sławę. Kiedy ta nadzieja spełzła na niczem siedział zmartwiony godzina za godziną w szczególnej pozycyi, z głową w tył odrzuconą, z ramionami w górę podniesionemi, jakby wzywał niebios o sprawiedliwość.
Gdy zbliżał się wieczór, zbudził Mesullama z tego apatycznego bólu jakiś wesoły głos. Był to syryjski dragoman, który w towarzystwie samotnego podróżnika zbliżył się do wróżbity. Powiedział mu, że ten cudzoziemiec pragnie usłyszeć jakąś próbkę wschodniej mądrości i dlatego chwalił przed nim zdolności Mesullama w wykładaniu snów.
Mesullam nie odrzekł ani słowa, trwając bez ruchu w poprzedniej pozycyi. Dopiero gdy dragoman powtórnie zapytał, czy zechce wysłuchać i wyłożyć sny, które mu cudzoziemiec opowiedzieć pragnie, opuścił ramiona, skrzyżował je na piersiach i przybrawszy pokorną pozycyę człowieka, któremu stała się krzywda, odpowiedział, że dusza jego jest tego wieczora pełna własnych trosk, tak, że niezdolny jest dziś sądzić o rzeczach cudzych.
Ale cudzoziemiec, człowiek bardzo żywy i usposobienia rozkazującego, mało troszczył się o jego odmowę. Ponieważ nie było krzesła, odepchnął poprostu dywan Mesullama na bok i usiadł w nyży okna. Potem począł czystym, wyraźnym głosem opowiadać sny, które dragoman tłómaczył staremu wróżbicie.
— Powiedz mu — mówił cudzoziemiec — że przed paru laty byłem w Kairze, w Egipcie. Ponieważ on, jak powiadasz, jest człowiekiem uczonym, więc wie oczywiście, że tam znajduje się meczet, zwany El Azhar, będący najsławniejszem miejscem uczoności w Egipcie. Pewnego dnia poszedłem go zwiedzić i znalazłem cały olbrzymi ten gmach, jego budowle i arkady, przejścia i sale świątyni przepełnione ludźmi, oddanymi nauce. Byli tu starcy, którzy całe swe życie poświęcili badaniom mądrości, oraz dzieci, będące właśnie w wieku, kiedy uczą się pisania pierwszych liter. Byli tu rośli murzyni, z głębi Afryki przybyli, piękni, szczupli młodzieńcy z Indyi i Arabii, cudzoziemcy z dalekich stron, z Berberyi, Turanu, ze wszystkich krajów, których ludy czczą koran. Pod kolumnami — a mówiono mi, że w El Azhar tylu jest nauczycieli co kolumn — siedzieli nauczyciele na swych dywanach skuleni, a uczniowie ich, którzy się dokoła nich ugrupowali, słuchali uważnie wykładu kołysząc się wciąż w takt. I powiedz mu, że chociaż El Azhar pod żadnym względem nie odpowiadał pojęciu środowiska nauki, jakie my mamy na zachodzie, jednak byłem zdumiony tem, co ujrzałem. Powiedziałem wtedy sobie. Patrz, to jest ta wielka twierdza i ostoja islamu. Stąd rozchodzą się młode latorośle Mahometa. Tu, w El Azhar sporządza się leki mądrości utrzymujące naukę koranu świeżą i żywotną.
To wszystko powiedział przybysz niemal jednym tchem — poczem zamilkł, dając czas dragomanowi do powtórzenia tego wróżbicie. Poczem mówił dalej: — Powiedz mu następnie że El Azhar zrobił na mnie tak potężne wrażenie, że ujrzałem go znów następnej nocy we śnie. Widziałem ową budowlę z białego marmuru, tych licznych studentów w czarnych płaszczach i białych turbanach tak, jak to jest zwyczajem w El Azhar. Przechodziłem po salach i po dworcach i zdumiałem się na nowo, jak potężną twierdzą jest dla islamu ten gmach. W końcu, wciąż we śnie, przyszedłem do podnóża minaretu, gdzie zwykł był wstępować wywoływacz modlitw i oznajmić wiernym, że nadeszła godzina modlitwy. Widziałem schody prowadzące do minaretu i widziałem, jak wstępował na nie właśnie mollah. Miał on na sobie czarny płaszcz i biały turban, jak wszyscy inni, i nie mogłem z początku ujrzeć jego twarzy. Ale kiedy na skręcie schodów zwrócił się twarzą ku mnie, zobaczyłem, że to był Chrystus.
Opowiadający znów zrobił krótką pauzę, a pierś jego podniosła się w głębokim oddechu. — Nigdy nie zapomnę, choć to był sen tylko — zawołał — jakie wrażenie zrobiło na mnie widzieć wstępującego po schodach minaretu w El Azhar Chrystusa! Wzruszyło mnie to tak bardzo, że On wszedł do tej twierdzy islamu, aby oznajmić godzinę modlitwy, że zbudziłem się ze snu i oprzytomniałem.
Tu obcy ów człowiek znów zatrzymał się w opowiadaniu, aby dragoman słowa jego przetłómaczył. Mesullam cały czas siedział bez ruchu i obojętnie z oczyma na wpół przymkniętemi, jakby przez to chciał powiedzieć: Ponieważ nie mogę pozbyć się tego upartego człowieka, więc pokażę mu bodaj, że ani mi się nie śni słuchać tego, co opowiada. Spróbuję zasnąć. To będzie najlepszy sposób pokazać mu, jak mało mnie interesuje.
Dragoman też zwrócił uwagę przybysza na zupełną obojętność Mesullama, że ich trud będzie daremny i pewnie nie usłyszą żadnego mądrego słowa od niego, dopóki będzie trwał w tem usposobieniu. Ale przybysz z Europy zdawał się być rozmiłowanym w niesłychanej brzydocie Mesullama i jego ruchach. Spoglądał na niego z tą samą radością, z jaką dziecko ogląda w menażeryi dzikie zwierzę, i nie okazywał najmniejszej ochoty przerywać opowiadanie.
— Powiedz mu, że byłbym go nie nudził opowiadaniem tego snu, gdyby mi się raz jeszcze w pewien sposób nie był przyśnił — opowiadał dalej. — Powiedz mu, że przed paroma tygodniami zwiedzałem meczet Zofii w Konstantynopolu. Zwiedziwszy cały ten wspaniały gmach wstąpiłem na rodzaj podniesienia, skąd miałem wspaniały widok na przepiękną salę kolumnową. Powiedz mu, że wpuszczono mnie do świątyni podczas nabożeństwa, kiedy tam było pełno ludzi. Na każdym z niezliczonych dywaników do modlitwy stał człowiek i sprawował modły. Wszyscy, którzy brali udział w modlitwie, wykonywali równocześnie pewne ruchy. Wszyscy jednocześnie padali na kolana i jednocześnie powstawali. Wszyscy szeptem odmawiali modlitwy, ale z tego nieznacznego ruchu tylu warg powstał przedziwny szmer, unoszący się ku sklepieniu i tam zamierał. A potem szmer ten wracał z dalekich kurytarzy i galeryi, jako melodyjny szept. To było tak dziwne, że przychodziło człowiekowi na myśl, czy to nie duch boży krąży po tej starej świętości.
Podróżny znów uczynił pauzę w opowiadaniu. Pilnie patrzył na Mesullama, podczas gdy dragoman tłómaczył jego słowa. Tłómacz robił rzeczywiście wrażenie, jakby starał się cały dar wymowy zużyć na wywołanie zaciekawienia wróżbity. Zdawało się też, że mu się to uda, bo raz przymknięte oczy jego otwarły się i zabłysły, jak węgiel rozżarzony. Ale uparcie jak dziecko, które się nie da zabawić, wróżbita znów spuścił głowę na piersi i jeszcze niecierpliwiej począł się kiwać.
— Powiedz mu — rzekł znów przybysz — że nigdy nie widziałem ludzi modlących się z takiem nabożeństwem. Zdawało mi się, że to piękno cudowne tego gmachu wywołało uczucie tej ekstazy. Zaprawdę, myślałem sobie, to jest jeszcze ostoja islamu. Tu jest ojczyzna pobożności. Z tego potężnego meczetu rozszerza się wiara i zachwyt, przez które islam jest potężnym.
Tu znów przestał i obserwował uważnie wyraz twarzy Mesullama, podczas gdy dragoman tłómaczył jego słowa. Ten jednak nie okazywał żadnego zainteresowania. Ale widocznie przybysz był człowiekiem, który sam siebie słuchał z przyjemnością. Jego własne słowa odurzały go, byłby zrozpaczony, gdyby nie mógł opowiadać dalej.
— Więc — zaczął znowu — nie mogę dobrze określić, jak mi było. Możliwe, że lekki dym z tysiąca lampek oliwnych w połączeniu z przytłumionym szeptem modlących się i ich jednostajnymi ruchami, odurzył mnie nieco. Nie mogłem nie zamknąć oczu, kiedy tak stałem oparty o kolumnę. Wnet opanował mnie leciuchny sen, drzemka, albo raczej rodzaj otumanienia, które trwało zapewne nie dłużej jak minutę, ale w tej krótkiej chwili byłem kompletnie pozbawiony uczucia rzeczywistości. Widziałem przed sobą wciąż jeszcze meczet Zofii i tych wszystkich modlących się ludzi, ale teraz zauważyłem to, czego wpierw nie widziałem, że tam pod kopułą znajduje się rusztowanie, na którem stało kilku robotników, zaopatrzonych w pendzle i farby.
— Powiedz mu więc — ciągnął dalej — jeśli tego nie wie, że meczet Zofii był ongi chrześcijańskim kościołem i że sklepienie i kopuła z owych jeszcze czasów pokryte są świętemi chrześcijańskiemu malowidłami i mozaiką, ale że Turcy te wszystkie obrazy pomalowali żółta farbą. I zdawało mi się we śnie, że ta żółta farba w kilku miejscach odpadła i że robotnicy weszli na rusztowanie, aby poprawić malowanie. Ale patrz, oto kiedy jeden z robotników podniósł pendzel, aby miejsce to zamalować, upadł większy kawał tynku i natychmiast spostrzegłem piękny wizerunek Chrystusa odsłonięty. Robotnik raz jeszcze wyciągnął rękę, aby malować, ale ramię zdawało się być ubezwładnione przed prześlicznym obrazem. Równocześnie wierzchnia farba opadła z całej kopuły, a obraz Chrystusa ukazał się w całej swej wspaniałości pośród aniołów i niebiańskich postaci. Wtedy robotnik krzyknął, a wszyscy ci modlący się w głębi meczetu podnieśli głowy. — A kiedy zobaczyli Zbawiciela, wyrwał się z ich piersi okrzyk zachwytu i wszyscy wyciągnęli ręce w górę. Ale kiedy spostrzegłem to zachwycenie, opanowało i mnie takie wzruszenie, że natychmiast się ocknąłem. Wszystko było tak, jak wpierw. Mozaikowe obrazy na suficie były pokryte żółtą farbą, a modlący się nadal nawoływali Allaha.
Kiedy dragoman przetłómaczył to opowiadanie, Mesullam otworzył jedno oko i obserwował cudzoziemca. Ujrzał człowieka, który zdawał się być podobnym do wszystkich innych ludzi z zachodu, jacy ten meczet zwiedzali.
— Nie wierzę, żeby ten blady człowiek miał widzenia — pomyślał. — Nie ma on ciemnych oczu, które mogą spoglądać za tajemniczą zasłonę. Sądzę raczej, że przyszedł tu, aby ze mnie żartować. Muszę się strzedz, aby mnie w tym dniu przeklętym znów jakie nowe upokorzenie nie spotkało.
Cudzoziemiec mówił dalej:
— Ty wiesz, wróżbito, że pewien dostojny cudzoziemiec w tych dniach zwiedzi Jerozolimę. Możnowładzcy tutejsi starają się zrobić ku jego czci wszystko, co jest w ich mocy. Była nawet mowa o tem, żeby na jego cześć otworzyć w murze okalającym Jerozolimę zamurowaną bramę, zwaną złotą bramą, mającą być wejściem, którem Jezus wchodził do Jerozolimy w niedzielę palmową. Roztrząsano rzeczywiście ten projekt okazania dostojnemu cudzoziemcowi tak wielkiego zaszczytu, żeby wjechał do miasta tą bramą, zamurowaną od kilkuset lat, ale przypomniano sobie starą przepowiednię, zwiastującą, że kiedy ta brama będzie otwartą, ludy Zachodu wkroczą do miasta przez tą bramę i opanują Jerozolimę.
— Ale posłuchaj, co mi się przydarzyło wczorajszej nocy. Był prześliczny, jasny księżyc, pogoda piękna i wyszedłem sam na spacer, aby podjąć przechadzkę spokojną dokoła świętego miasta. Wyszedłem poza mury i szedłem wązką drożyną, która prowadziła wzdłuż muru dookoła miasta. Szedłem, a myśli moje błąkały się w odległych czasach, tak, że ledwie wiedziałem jeszcze, gdzie się znajduję. Naraz uczułem zmęczenie i bardzo chciałbym był wiedzieć, czy wnet dojdę do jakiej bramy, przez którą mógłbym wrócić do miasta. Właśnie kiedy tak myślałem, spostrzegłem człowieka, otwierającego wielką bramę w murze tuż przedemną. Otworzył ją szeroko i wskazał, że mogę wnijść. Szedłem, jak już powiedziałem, zatopiony w marzeniach i nie wiedziałem dobrze, jak daleko zaszedłem. Zdumiałem się jednak nieco, że tak właśnie przedemną była brama, ale nie myślałem dłużej nad tem, lecz przeszedłem przez bramę. Zaledwie przeszedłem przez głęboki łuk, z trzaskiem drzwi za mną się zamknęły. Wtedy odwróciłem się, poza mną nie było żadnego otworu, lecz tylko zamurowana brama, właśnie ta, którą tu w Jerozolimie Złotą nazywają. Przedemną znajdował się plac świątyni, dalej ogromne wzgórze, w którego środku króluje meczet Omara. A wiesz, że żadna inna brama doń nie prowadzi, prócz Złotej bramy, która nietylko jest zamkniętą, lecz i zamurowaną. — Możesz sobie wyobrazić, że myślałem, iż oszalałem, albo że śnię, i że starałem się znaleść jakieś rozwiązanie zagadki. Oglądnąłem się za owym człowiekiem, który mnie wpuścił. Znikł, nie mogłem go znaleść... Za to tem wyraźniej widziałem go w pamięci: wysoka, nieco pochylona postać, długie loki, rozdzielona broda. To był Chrystus, o wróżbito, znowu Chrystus.
— Więc powiedz mi ty, umiejący spoglądać w tajemniczość, co znaczą moje sny i widzenia, co przedewszystkiem znaczy, że zaprawdę rzeczywiście przeszedłem przez Złotą bramę? I teraz jeszcze nie wiem, jak się to stało, ale uczyniłem to. Powiedz mi więc, co znaczą te trzy rzeczy?
Dragoman przetłómaczył wszystko Mesullamowi, ale wróżbita siedział jeszcze wciąż w tym samym niedowierzającym, złym humorze.
— To pewne, że ten cudzoziemiec chce ze mnie żartować — pomyślał — może chce mnie drażnić temi mowami o Chrystusie.
Najchętniej byłby wcale nie odpowiadał, ale dragoman był uparty, więc parę słów powiedział.
Dragoman zwlekał z przetłómaczeniem.
— Co on powiedział — zapytał ciekawie cudzoziemiec.
— Powiada, że nic innego nie ma do powiedzenia, jak, że »sen jest marą.«
— Powiedz mu tedy odemnie — rzekł cudzoziemiec nieco zagniewany — że to nie zawsze prawda. Zależy od tego, kto śni sny.
Nim jeszcze dragoman te słowa przetłómaczył Mesullamowi, Europejczyk powstał i oddalił się lekkim, elastycznym krokiem przez długi korytarz.
Ale Mesullam siedział cicho i rozważał przez pięć minut odpowiedź cudzoziemca, poczem zrozpaczony padł twarzą ku ziemi.
— Allah! Allah! — zawołał — dwa razy tego dnia szczęście przeszło koło mnie! Cóż zawinił twój sługa, że ci się nie podoba?




MARSZ WESELNY.



Opowiem wam piękną historyę.
Przed wielu laty miało się odbyć wspaniałe wesele w parafii Svartjso, w Warmlandzie, najpierw ślub kościelny, a potem przez trzy dni uczta weselna, a codziennie przez te trzy dni miały trwać tańce od wczesnego wieczora do późna w noc.
Ponieważ tyle miało być tańców, więc oczywiście było rzeczą bardzo ważną wystarać się o dobrego muzykanta. Gospodarz wesela, kmieć Nils Olofson, miał z tego powodu więcej troski, niżeli z czegokolwiek innego, muzykanta miejscowego bowiem nie chciał zaprosić. Nazywał się on Jan Oester, a kmieć wiedział doskonale o jego sławie, ale muzykant ten był tak biedny że nieraz w podartej kapocie i boso przychodził na wesela. A takiego oberwańca nie chciał kmieć mieć na czele orszaku weselnego.
Zdecydował się więc wysłać posłańca do muzykanta Marcina w Jossesprengel z zapytaniem, czy przyjdzie do niego grać na weselu.
Muzykant Marcin nie namyślał się ani chwili, lecz odpowiedział natychmiast, że nie przyjdzie grać do Svartsjo, ponieważ tam mieszka muzykant, który jest nierównie zdolniejszy od wszystkich innych muzykantów w całym Warmlandzie. Póki tego mają, nie potrzebują zapraszać innego.
Kiedy Nils Olofson taką odpowiedź otrzymał, namyślał się znów przez dni kilka. Następnie posłał posłańca do miejscowości Storakilskirchspiel do muzykanta Olle Säby z zapytaniem, czy zechce grać na weselu jego córki. Ale i ten odpowiedział podobnie jak muzyk Marcin i prosił aby powiedzieć Nilsowi Olofsonowi, że jak długo w Svartsjo mają tak świetnego muzykanta, jak Jan Oester, on tam grać nie będzie.
Nie wypadało Nilsowi Olofsonowi pozwolić sobie na dyktowanie brania muzykanta, którego on mieć nie chce. Uważał, że właśnie teraz jest dla niego kwestyą honoru dostać innego muzykanta, aniżeli Jana Oestera.
W parę dni po otrzymaniu odmownej odpowiedzi od Olle Säby posłał parobka do muzykanta Larsa Larsona, który mieszkał na polanie w parafii Ullerud. Był to człowiek zamożny, posiadający własny dwór. Był mądry i roztropny, nie tak narwany, jak inni muzykanci. Ale i jemu, tak jak i tamtym, przyszedł na myśl Jan Oester i zapytał, dlaczego on nie będzie grał na weselu. Parobek Nilsa Olofsona uważał za najstosowniejsze odpowiedzieć, że Jan Oester w Svartsjo jest swój i że go codziennie można słyszeć. A skoro Nils Olofson sprawia takie sute wesele, to chce ludziom zaprezentować coś lepszego i rzadszego.
— Wątpię, czy może znaleść coś lepszego — rzekł Lars Larson.
— O, pewnie chcecie mi taksamo odpowiedzieć, jak muzykant Marcin i Olle Säby — rzekł parobek i opowiedział, co go u nich spotkało.
Lars Larson wysłuchał opowiadania uważnie; potem długo siedział milczący i myślał. W końcu dał odpowiedź przychylną.
— Powiedz twojemu panu, że dziękuję za zaproszenie i że przyjadę.
W następną niedzielę pojechał Lars Larson do kościoła w Svartsjo. Właśnie dojeżdżał do wzgórka kościelnego, kiedy orszak weselny począł się szykować. Przyjechał własnym wózkiem zaprzężonym w dobrego konia i miał na sobie ubranie z sukna, a skrzypce wyjął z ładnego, politurowanego futerału. Nils Olofson przywitał go uprzejmie i pomyślał, że to jest muzykant, którego się nie powstydzi.
Zaraz po Lars Larsonie przyszedł ku kościołowi także Jan Oester, niosąc skrzypce pod pachą. Szedł prosto ku tłumowi, który otaczał pannę młodą, zupełnie tak, jakby był proszony zagrać na weselu.
Jan Oester przyszedł w starej, szarej kapocie, którą od wielu lat na nim znano; że to jednak było takie wielkie wesele, usiłowała jego żona załatać dziury na łokciach i dała łaty z zielonej materyi. Jan Oester był to człowiek wysoki i piękny i byłby pokaźnie wyglądał na czele orszaku weselnego, gdyby nie jego nędzna odzież a na twarzy nie tyle bruzd wskutek trosk i walki z nieszczęściem.
Kiedy Lars Larson spostrzegł Jana Oestera, zdawał się być nieco zakłopotany.
— Tak, więc zaprosiliście także Jana Oestera — rzekł do Nilsa Olofsona. — No, szkodzić nie będzie, jeśli nas będzie dwóch muzykantów. Na takiem weselu!
— Nie wzywałem go — tłómaczył się Nils Olofson. — Nie rozumiem, dlaczego przyszedł; zaraz mu dam znać, że tu nie jest potrzebny.
— W takim razie sprowadził go tu ktoś na przekór — rzekł Lars Larson. — Ale jeśli chcecie posłuchać mej rady, nie uczynicie tego, lecz podejdźcie do niego i przywitajcie go. Słyszałem, że to człowiek prędko się gniewem unoszący i nie można wiedzieć, czy nie wywoła kłótni i bójki, jeśli mu powiecie, że nie jest zaproszony.
Kmieć uznał słuszność tej uwagi. Teraz, kiedy orszak szykował się właśnie na wzgórku kościelnym, nie powinno być sprzeczki. Nils podszedł więc do Jana Oestera i pozdrowił go. Państwo młodzi stanęli pod baldachimem, dziewice honorowe i drużbowie panny młodej za nimi, para za parą, potem szli rodzice i krewni. Długi, pokaźny korowód. Kiedy wszystko było gotowe, podszedł drużba do muzykantów i prosił, by zagrali marsza weselnego. Obaj muzykanci ujęli skrzypce pod brody, ale na tem się skończyło. Był bowiem stary zwyczaj w Svartsjo, że najprzedniejszy muzykant rozpoczynał marsz weselny.
Drużba spojrzał na Larsa Larsona, jakby oczekiwał, żeby zaczął. Ale Lars Larson spojrzał na Jana Oestera i rzekł:
— Jan Oester musi zacząć.
Jan Oester nie mógł jednak pojąć, żeby ten drugi, który był tak świetnie ubrany, jak jaki znakomity pan, nie był niczem więcej od niego, ubranego w wyszarzały kabat, od niego, który przybył z nędznej chaty, z biedy i nędzy.
— Nie! Na miłość boską! — rzekł tylko. — Nie! Na miłość boską!
Widział, jak pan młody wyciągnął ramię, szturchnął Larsa Larsona i zawołał:
— Lars Larson niech zaczyna.
Kiedy Jan Oester to usłyszał, opuścił skrzypce i cofnął się krok w tył, Lars Larson nie ruszył się z miejsca, lecz spokojnie i kontent z siebie stał na swojem miejscu. Ale smyczka nie podniósł w górę.
— Jan Oester niech zaczyna — powtórzył.
Słowa te wypowiedział uparcie i twardo, jak ktoś, kto przywykł swoją wolę przeprowadzać.
W orszaku weselnym powstał niepokój przez tę zwłokę. Ojciec panny młodej podszedł i prosił Larsa Larsona, by rozpoczął, kościelny bowiem wszedł już do kościoła i dał znak, żeby się spieszyć. Ksiądz stoi już przed ołtarzem i czeka.
— W takim razie musisz prosić Jana Oestera, żeby zaczął grać; — rzekł Lars Larson — my muzykanci uważamy go za najzdolniejszego pośród nas.
— Być może — rzekł kmieć — ale my chłopi ciebie uważamy za najlepszego.
Tymczasem i inni chłopi gromadzili się koło nich.
— Zaczynajcie — mówili — ksiądz już czeka. Wieś cała się z nas śmieje.
Lars Larson trwał jednak w uporze.
— Nie rozumiem — rzekł — czemu mieszkańcy tej wsi tak stanowczo nie chcą, żeby ich własny muzykant był wyróżniony nad wszystkich innych.
Nils Olofson szalał ze złości, że wszyscy się zmówili, by zmusić go do przyjęcia Jana Oestera. Stanął tuż przy Larsenie i szepnął mu:
— Teraz rozumiem, że to ty przywołałeś tu Jana Oestera i żeś ty to wszystko ukartował, żeby go uczcić. Ale pospiesz się i zacznij grać, bo inaczej wypędzę precz stąd tego gałgana.
Lars Larson spojrzał mu prosto w twarz i skinął głową, nie okazując najmniejszego gniewu.
— Tak, macie racyę — rzekł — to musi się skończyć.
Skinął na Jana Oestera, by zajął swe poprzednie miejsce. Potem sam poszedł parę kroków naprzód i odwrócił się tak, aby go wszyscy mogli widzieć. Następnie rzucił smyczek daleko precz od siebie, wyciągnął nóż z kieszeni i przeciął wszystkie cztery struny swoich skrzypiec, tak, że pękły z brzękiem.
— Niech o mnie nie mówią, że siebie cenię więcej, aniżeli Jana Oestera! — zawołał.
Z Janem Oesterem miała się znów rzecz tak: od trzech lat chodził i myślał nad pieśnią, o której miał przeczucie, że ona w nim żyje, ale której wygrać nie mógł, bo w domu był zawsze pełen troski i nigdy nic takiego się nie zdarzyło, coby go wyrwało z codziennego utrapienia. Kiedy teraz usłyszał brzęk pękających strun, podniósł głowę w górę i głęboko począł wdechać powietrze. Rysy twarzy przybrały wyraz taki, jakby słuchał tonów, które zdala, ogromnie zdala do niego płynęły. Pieśń, nad którą przemyśliwał przez trzy lata, ujawniła mu się teraz. Podczas gdy ją wydobywał w tonach swych skrzypiec, szedł dumnymi krokami ku kościołowi. Nigdy przedtem orszak weselny takiej pieśni nie słyszał. Tak niepowstrzymanie prowadziła ta pieśń wszystkich, że nikt ustać nie mógł.
A wszyscy byli tacy radzi z Jana Oestera i Larsa Larsona, że cały orszak ze łzami w oczach wchodził do kościoła.




DŁUGOWIECZNOŚĆ PAPIEŻA.


Było to w Rzymie w początkach lat dziewięćdziesiątych. Leon XIII. był właśnie u szczytu poważania i sławy. Wszyscy wierni katolicy radowali się z jego zwycięstw i powodzenia, które było rzeczywiście wspaniałe.
Także dla tych, którzy nie pojmowali wielkich politycznych wydarzeń, było jasnem, że sprawa kościoła stała w rozkwicie. Każdy mógł widzieć, że wszędzie powstawały nowe klasztory, a pielgrzymki ciągnęły do Rzymu, jak za dawnych czasów. W wielu miejscowościach restaurowano stare, zniszczone kościoły, poprawiano malowidła, a skarbce kościelne napełniały się złotymi relikwiarzami i monstrancyami zdobnemi w dyamenty.
W tym właśnie czasie powodzenia ludność Rzymu zastraszoną została wieścią, że papież zachorował. Miało być bardzo źle z nim. Nawet krążyła wieść, że jest umierający.
Stan jego zdrowia był rzeczywiście w wysokim stopniu poważny. Lekarze papiescy wydawali biuletyny takie, że ledwo można było mieć jakąś nadzieję. Mówiono, że wiek papieża — a miał już wówczas lat 80 — prawie nie zdoła choroby przetrzymać.
Choroba papieża oczywiście wzbudziła ogólne zainteresowanie. We wszystkich kościołach Rzymu modlono się o jego wyzdrowienie. Pisma zamieszczały obszerne sprawozdania o przebiegu choroby. Kardynałowie przygotowywali się już na wypadek nowego wyboru papieża.
Wszędzie żałowano blizkiego końca tego wspaniałego księcia kościoła. Obawiano się, że szczęście, które za Leona XIII. służyło sprawie kościoła, nie utrzyma się pod panowaniem jego następcy. Niejeden cieszył się nadzieją, że temu papieżowi uda się odzyskać Rzym i państwo kościelne. Inni marzyli, że połączy jedno z wielkich państw protestanckich z łonem kościoła, jedynie zdolnego uszczęśliwiać.
Z każdą chwilą niepokój i smutek ludu się zwiększał. Kiedy noc nadchodziła, wielu ludzi nie myślało wcale o tem, żeby spać, lecz szli do kościołów, które długo w noc były otwarte, aby lud mógł wstępować i modlić się.
Pośród tych modlących się tłumów była pewnie niejedna biedna dusza, która wołała:
— Panie Boże, weź moje życie zamiast jego. Niech on żyje, on, który tyle może zdziałać dla Twej czci; zgaś raczej mój płomyk życia, którego nikt nie potrzebuje!
Ale gdyby anioł śmierci kogoś z tych modlących się wziął za słowo i nagle stanął przed nim z wyciągniętym mieczem, żądając spełnienia ślubu, można sobie wyobrazić, jakby się zachował. Z pewnością byłby to przedwczesne przyrzeczenie cofnął i prosił o łaskę żywota przez te wszystkie lata, jakie mu były przeznaczone.
W owym czasie w jednym z ciemnych baraków nad brzegiem Tybru mieszkała stara kobieta. Należała ona do tych, którzy zwykli byli codziennie dziękować Bogu za życie. Przed południem sprzedawała na rynku jarzyny i to było zajęcie, które w wysokim stopniu odpowiadało jej usposobieniu. Uważała, że niema nic przyjemniejszego, jak targ ranny. Wszystkie języki były w ruchu przy wyliczaniu towaru, a kupujący cisnęli się do kramów, obierali towar i targowali się, a niejeden dobry żart padał podczas tego między nimi a sprzedającemi. Czasami robiła dobry interes, sprzedając wszystko, co miała; ale niekiedy nic prawie nie sprzedała, sprawiało jej to jednak przyjemność stać rankiem na świeżem powietrzu śród kwiatów i jarzyn.
Wieczorem znów miała inną i jeszcze większą przyjemność. Przychodził do niej w odwiedziny jej syn. Był on księdzem, ale w jednym z nieznacznych kościołów w dzielnicy ubogich. Biedni kapłani, którzy tam działali, nie wiele mieli do życia, a matka obawiała się, że jej syn głód cierpi. Ale stąd miała też wielką przyjemność, gdyż dało jej to powód do napychania łakociami, kiedy ją odwiedzać przychodził. Opierał się, miał bowiem skłonności do surowego życia, ale matka była tak zrozpaczona, gdy jej odmawiał, że zawsze musiał ustąpić. Podczas gdy jadł, chodziła po stancyi i opowiadała o wszystkiem, co na targu słyszała. Były to same świeckie sprawy i czasami przychodziło jej na myśl, że syn mógłby coś niepotrzebnego usłyszeć. Wtedy przerywała w środku zdania i zaczynała mówić o sprawach duchowych i poważnych, ale wtedy ksiądz poczynał się śmiać. — Nie, matko Konstancyo — powiadał — mów tylko dalej, jak jesteś przyzwyczajona. Święci znają cię już. Wiedzą, co masz w głowie.
Wtedy i ona się śmiała i mówiła: — Masz słuszność, nie opłaci się wcale Panu Bogu miłemu coś zmyślać.
Ale kiedy papież zachorował, wzięła i pani Konstancya swój udział w tem utrapieniu. Sama pewnie nie troszczyła się o jego zdrowie, ale kiedy syn przyszedł, nie mogła go namówić do żadnego kęska, ani nawet się nie uśmiechnął, chociaż pełno miała wesołych rzeczy do opowiedzenia. Wtedy przestraszyła się i zapytała, co się stało. — Ojciec święty zachorował — brzmiała odpowiedź.
Z początku trudno jej było uwierzyć, że to był jedyny powód jego zmartwienia. Naturalnie smutne to było, ale przecież wiedziała, że skoro umarł jeden papież, natychmiast obierano drugiego. Przypomniała synowi, że przecież i dobrego Pio Nono opłakiwali, a przecież ten, co po nim nastąpił, był jeszcze większym papieżem. Z pewnością powiedzie się kardynałom obrać równie świętego i mądrego papieża.
Wtedy syn począł z nią rozmawiać o papieżu. Nie wtajemniczał jej w jego sprawy rządowe, lecz opowiadał jej małe historye z jego dzieciństwa i młodości. Także z czasów, kiedy był prałatem, można było niejedno opowiedzieć, co potrafiła zrozumieć i ocenić, jak ongi w swoim czasie prześladował rozbójników w południowych Włoszech i jak drogim był wszystkim w czasie, kiedy w Perugii był biskupem.
Oczy jej napełniły się łzami i zawołała:
— Och, gdyby nie był tak starym, żeby przecież jeszcze mógł żyć długie lata, kiedy jest tak wielkim i świętym mężem!
— Tak, gdyby nie był tak starym — odparł syn i westchnął.
Ale signora Konstancya otarła łzy z oczu i powiedziała:
— Powinieneś to znieść ze spokojem. Pomyśl tylko, że czas jego żywota z pewnością już upłynął. To niemożliwe przeszkodzić śmierci, zatrzymać ją.
Ale kapłan był marzycielem. Kochał kościół i marzył, że wielki papież poprowadzi go do wielkich, rozstrzygających zwycięstw.
— Chętnie oddałbym me życie, gdybym przez to jemu nowe życie mógł okupić! — powiedział.
— Co ty mówisz?! — zawołała matka. — Czy go naprawdę tak bardzo kochasz? Ale nie powinieneś w żadnym razie wypowiadać tak niebezpiecznych życzeń. Przeciwnie, powinieneś myśleć o tem, żeby żyć jak najdłużej. Kto wie, co się jeszcze stać może? Czemu nie miałbyś kiedyś zostać papieżem?
Dzień i noc przeminęły, a stan zdrowia się nie poprawił. Kiedy pani Konstancya następnego dnia syna spotkała, ujrzała go zupełnie zmienionym. Zrozumiała, że spędził cały dzień na modlitwach i poście, i zaczęła się złościć.
— Zdaje mi się naprawdę, że chcesz zginąć dla tego starego człowieka!
Syn zmartwił się, że matka znów nie ma z nim współczucia i starał się nakłonić ją do współczucia choć nieco z jego bólem.
— Powinnaś faktycznie więcej aniżeli ktokolwiek życzyć tego, aby papież wyzdrowiał — zaczął mówić. — Jeśli będzie dalej rządy sprawował, to nim minie rok, zamianuje mego proboszcza biskupem, a w tym wypadku i moja karyera gotowa. Da mi wówczas dobrą posadę przy jakimś katedralnym kościele. Wtedy już mnie nie ujrzysz w podartej sutannie. Będę miał dużo pieniędzy i będę mógł pomódz tobie i twoim biednym sąsiadom.
— A jak papież umrze? — zapytała signora Concenza z zapartym oddechem.
— Jeśli papież umrze, nikt nie może nic wiedzieć. Jeżeli mój proboszcz nie będzie w łaskach u jego następcy, musimy obaj jeszcze przez długie lata pozostać tam, gdzie jesteśmy.
Signora Concenza stanęła nawprost syna i spoglądała nań zmartwiona. Spojrzała na jego czoło, poorane zmarszczkami, i na włosy, poczynające siwieć. Był zmęczony i wychudły. Była to rzeczywiście pilna rzecz, żeby jaknajprędzej uzyskał miejsce przy katedrze.
— Dziś w nocy pójdę do kościoła i będę się modlić za papieża — pomyślała. — On nie powinien umrzeć.
Po kolacyi opanowała zmęczenie i wyszła na miasto. Tłumy ludzi przechodziły ulicami. Wielu było tylko ciekawych, którzy wyszli, aby usłyszeć wieść o śmierci papieża, ale wielu też było zmartwionych, którzy szli od kościoła do kościoła, aby się modlić.
Zaledwie jednak signora Concenza wyszła na ulicę, spotkała jedną ze swych córek, której mąż był litografem.
— Och, matko, jakże dobrze czynisz, modląc się za niego — rzekła córka. — Nie możesz sobie wyobrazić, jakieby to było nieszczęście, gdyby on umarł. Mój Fabian był blizki samobójstwa, kiedy się dowiedział, że papież zachorował.
Opowiadała, że jej mąż, litograf, właśnie teraz kazał odbić sto tysięcy portretów papieża. Jeżeliby papież teraz umarł, ani połowy nie sprzeda, ba, nawet czwartej części. Będzie zrujnowany. Cały majątek postawiony na kartę.
Pospieszyła dalej zbierać nowiny, aby módz pocieszyć męża, który nawet nie miał odwagi wyjść na ulicę, siedząc w domu pełen rozpaczy nad swem nieszczęściem. Matka jej jednak stała wciąż jeszcze na ulicy i mruczała do siebie: To nie może być, żeby on umarł. To naprawdę nie może być, żeby on umarł.
Wstąpiła do najbliższego kościoła, uklękła i modliła się o życie papieża.
Kiedy znów powstała aby pójść dalej, wzrok jej padł na mały obraz wotywny, wiszący tuż nad jej głową. Przedstawiał on śmierć, wyciągającą straszliwy miecz obosieczny, aby zabić niem młodą dziewczynę, podczas gdy jej matka stanęła między nimi, daremnie starając się za córkę cios odebrać.
Długo stała tak zamyślona przed obrazem: — Śmierć jest bardzo dokładnym rachmistrzem — rzekła — nigdy nie słyszano, żeby odstąpiła młode życie za stare. Może byłaby mniej nieubłaganą, gdyby jej ofiarowano młode za stare.
Przypomniała sobie słowa syna i dreszcz nią wstrząsnął. Pomyśleć, że śmierć mogłaby go wziąć za słowo!
— Nie, nie, mistrzyni śmierci — szeptała. — Nie wierz mu. Rozumiesz chyba, że tak nie myślał, jak mówił. On chce żyć. On nie chce odejść od swej starej matki, która go kocha.
Po raz pierwszy przemknęła jej myśl, że gdyby ktoś miał się poświęcić za papieża, byłoby przecież lepiej, gdyby to ona uczyniła, ona, która już jest stara i czas swój przeżyła.
Gdy opuściła kościół, spotkała się z kilku świątobliwie wyglądającemi zakonnicami, które pochodziły z północnej części kraju. Rzekły one do Konstancyi:
— My rzeczywiście ogromnie potrzebujemy pomocy; nasz klasztor był tak stary i zrujnowany, że zeszłej zimy złośliwy wicher go przewrócił. Cóż to za nieszczęście, że papież jest chory. Nie możemy mu teraz przedstawić naszych trosk. Gdyby umarł, musiałybyśmy z niczem powrócić do domu. Jego następca przez długie lata będzie miał inne sprawy na głowie, aniżeli myśleć o pomocy dla biednych zakonnic.
Wszyscy ludzie, chodzący po ulicach, przejęci byli temi samemi myślami. Łatwo było zacząć rozmowę, z kimkolwiekby się chciało. Każdy był rad módz troski swe w słowa przyoblec. A wszyscy, do kogo matka Concenza się zbliżała, mówili o tem, że śmierć papieża byłaby dla nich okropnem nieszczęściem.
A stara kobieta powtarzała sobie raz po raz:
— To prawda, mój syn ma racyę. To rzeczywiście nie może być, żeby papież umarł.
Jakaś posługaczka szpitalna stała w środku gromady ludzi i mówiła bardzo głośno. Była tak wzruszona, że łzy spływały jej po policzkach. Opowiadała, że przed pięciu laty otrzymała rozkaz wyjazdu do szpitala trędowatych, daleko na wyspie, położonej na drugiej półkuli. Naturalnie musiała rozkazu posłuchać, ale uczyniła to bardzo niechętnie. Bała się okrutnie tego nakazu. Ale nim wyjechała, była na audyencyi u papieża, a papież udzielił jej szczególnego błogosławieństwa i przyrzekł że znów ją przyjmie, gdy powróci. I żyła przez całe te pięć lat na obczyźnie tylko tą nadzieją, że go jeszcze raz zobaczy. To jej dało siły by przemódz wszystkie okropności. A teraz, kiedy wkońcu mogła wrócić, usłyszała wieść, że on leży na łożu śmiertelnem. Więc go nawet już nie zobaczy.
Była ogromnie zrozpaczona, a i stara Concenza była bardzo wzruszona. To rzeczywiście będzie za wielki ból dla tych wszystkich ludzi, gdy papież umrze, pomyślała, idąc dalej.
Kiedy widziała, że wielu ludzi chodzi zapłakanych, pomyślała z uczuciem dobroci, jakiemby to było szczęściem widzieć radość wszystkich, gdyby papież wyzdrowiał. A ponieważ ona, jak wielu ludzi pogodnego umysłu, właściwie nie obawiała się więcej śmierci, jak życia, powiedziała do siebie samej:
— Gdybym wiedziała, jak to będzie, tobym chętnie Ojcu świętemu podarowała te lata, które ja mam jeszcze żyć, bo prawdopodobnie jego lata już się skończyły.
Powiedziała to na pół żartem, ale i powaga była w tych słowach. Pragnęła naprawdę czegoś takiego dokonać. Stara kobieta nie może sobie życzyć piękniejszej śmierci, pomyślała. Pomogę zarówno memu synowi, jak i mej córce, a poza tem uszczęśliwię ogromną masę ludzi.
Podczas gdy właśnie takie myśli w jej głowie powstawały, podniosła ciężką zasłonę u wejścia małego, ciemnego kościółka. Była to jedna z tych prastarych świątyń, które pomału zdawały się zapadać w ziemię, bo z biegiem czasu wznosił się dokoła poziom miasta. Kościół ten zachował w swem wnętrzu coś że starożytnej ponurości, co pochodziło zapewne z owych posępnych, odległych czasów, kiedy ten kościółek powstał. Mimowolnie wstrząsał człowiekiem dreszcz, kiedy wchodził pod to nizkie sklepienie, spoczywające na niezmiernie grubych filarach i kiedy widziało się te obrazy świętych, malowane po barbarzyńsku, które widniały na ścianach i ołtarzach.
Skoro signora Concenza weszła do tego starego kościółka, przepełnionego modlącymi się, opanował ją strach mistyczny i bojaźń boża. Czuła, że w tym przybytku mieszka bóstwo. — Pod ciężkiem sklepieniem snuło się coś nieskończenie możnego i tajemniczego, coś, co przejmowało dziwnie druzgocącem uczuciem przemocy, tak, że obawiała się tu pozostać.
— Ach, to nie jest kościół, do którego idzie się na mszę św., lub do spowiedzi — pomyślała signora Conzenza. — Tu idzie się, gdy się jest w wielkiem nieszczęściu, gdy już niema innej pomocy, prócz cudu.
Namyślając się, zatrzymała się u drzwi i wdechała to szczególne powietrze, pełne tajemniczości i grozy.
— Nawet nie wiem, komu ten kościół poświęcony — mruczała pod nosem — ale czuję, że tu rzeczywiście ktoś jest, kto nasze myśli słyszy.
Uklękła obok drugich, a taka była moc klęczących, że zajęli kościół od ołtarza aż do drzwi wchodowych. Podczas gdy się modliła, słyszała koło siebie płacz i westchnienia. Te żale i troski napełniały jej serce coraz większem współczuciem.
— Ach mój Boże, pozwól mi uczynić coś, aby tego starca uratować — modliła się. — Pomogłabym przez to najpierw moim dzieciom a następnie wszystkim innym ludziom.
Od czasu do czasu chodził między modlącymi się mały, chudy zakonnik, nachylał się nad tym i owym i szeptał coś do ucha. A ten, do którego mówił, powstawał z klęczek i szedł za nim do zakrystyi.
Signora Concenza domyśliła się odrazu, o co chodzi.
— To są ci, którzy składają ofiary na wyzdrowienie papieża — pomyślała.
Kiedy zakonnik znów się zjawił, powstała i poszła za nim.
Uczyniła to zupełnie bezwiednie. Zdawało jej się, że zmusiła ją do tego owa potęga panująca w tym starym kościele.
Kiedy przyszła do zakrystyi, która miała wygląd jeszcze bardziej starożytny i tajemniczy aniżeli kościół, opanował ją odrazu żal. — Mój Boże, cóż ja tu robię? — pytała sama siebie. — Cóż ja tu ofiaruję? Nie posiadam przecież nic więcej, tylko kilka wozów jarzyn. Przecież nie mogę dać Ojcu świętemu kilka koszów karczochu.
Po jednej stronie zakrystyi stał długi stół, a za nim stał ksiądz i zapisywał w księgę wszystko, co przyrzekano świętym. Concenza słyszała, jak kilku przyrzekało darować kościołowi pewną sumę pieniędzy, podczas gdy inny oddawał swój złoty zegarek, lub trzecia swe kolczyki z pereł ofiarowała.
Concenza wciąż jeszcze milcząco stała przy drzwiach. Ostatnie parę groszy wydała, aby dla syna kupić trochę łakoci. Słyszała, jak niektórzy, nie bogatsi od niej, kupowali świece woskowe i serduszka srebrne. Stała i wywracała kieszeń daremnie. Nawet tyle nie mogła uczynić.
Długo tak stała i czekała, aż wkońcu sama jedna została w zakrystyi. Księża spoglądali na nią nieco zdziwieni. Wtedy podeszła kilka kroków, z początku niepewnie i nieśmiele, ale po pierwszych krokach szła lekko i szybko ku stołowi.
— Wielebny ojcze — rzekła do księdza — proszę pisać, że Concenza Zamponi, która zeszłego roku w dniu św. Jana Chrzciciela skończyła lat 60, daruje resztę swych lat papieżowi, aby nić jego żywota była przedłużona.
Ksiądz zaczął pisać. Był pewnie bardzo zmęczony prowadzeniem ksiąg przez całą noc i nie myślał dłużej nad tem, co to były za przedmioty, które zapisywał.
Ale tu urwał w połowie zdania i spojrzał pytająco na signorę Concenzę. Przyjęła jego spojrzenie bardzo spokojnie.
— Jestem silna i zdrowa, Przewielebny Ojcze — rzekła. — Mogłabym pewnie żyć ze siedemdziesiąt lat. Więc conajmniej dziesięć lat daruję Ojcu świętemu.
Ksiądz widział jej chęci i bogobojności i nie sprzeciwiał jej się wcale.
— To pewnie jakaś biedna — pomyślał — nie ma nic innego do ofiarowania.
— Zapisano, moja córko, — rzekł.
Kiedy stara Concenza znów znalazła się na ulicy, była już pora tak późna, że wszelki ruch ustał i ulica zupełnie opustoszała. Znajdowała się w odległej części miasta, gdzie latarnie gazowe oświetlały ulicę zbyt skąpo, tak, że było niemal ciemno. Szła jednak dzielnie naprzód. Czuła w sobie wielkie wyświęcenie i była też przekonaną, że uczyniła coś, co wielu ludzi uszczęśliwi.
Kiedy tak szła ulicą, opanowało ją naraz wrażenie, że nad jej głową krąży jakaś istota żyjąca.
Przystanęła i spojrzała w górę. W ciemności między wysokimi domami zdawało się jej, że spostrzega parę ogromnych skrzydeł i że nawet słyszy ich szum.
— Co to jest — powiedziała. — Przecież to nie może być ptak żaden, to za wielkie.
Następnie zdawało jej się, że spostrzega twarz, tak białą, że przeświecała w ciemnościach. Opanowała ją niewymowna trwoga.
— To jest anioł śmierci, który nademną się unosi, — pomyślała. — Och, cóż uczyniłam! Oddałam się władzy straszliwego!
Poczęła biedz, ale wciąż jeszcze słyszała szum potężnych skrzydeł i była przekonaną, że śmierć dąży za nią.
Trwało to przez kilka ulic. Zdawało się jej, że śmierć jest coraz bliżej. Już czuła jej skrzydła na ramionach.
Nagle uczuła, jak coś ciężkiego i ostrego uderzyło ją w głowę. Obosieczny miecz anioła śmierci dosięgnął ją nareszcie. Opadła na kolana. Czuła, że ją życie opuścić musi.
Parę godzin później robotnicy znaleźli starą Concenzę na ulicy. Leżała bez przytomności, rażona atakiem sercowym. Natychmiast przewieziono ją do szpitala i udało się przywołać do przytomności, ale było widocznem, że nie wiele już jej życia pozostaje.
Zdążyli jeszcze sprowadzić jej dzieci. Kiedy one pełne troski i smutku stanęły u jej łoża, zastali chorą zupełnie spokojną i szczęśliwą. Nie mogła wiele mówić, ale głaskała ich ręce.
— Powinniście się cieszyć — mówiła — cieszyć się, cieszyć.
Najwidoczniej nie podobało jej się to wcale, że płakali. Prosiła też posługaczki, żeby się śmiali i okazywali swą radość.
— Radzi i szczęśliwi — mówiła — radzi i szczęśliwi musicie być.
Leżała z oczyma zgłodniałemi, by zobaczyć choć trochę radości.
Po chwili zniecierpliwiły ją łzy dzieci i poważny wyraz posługaczek. Poczęła mówić rzeczy, których nikt nie rozumiał. Powiedziała, że gdy nie będą się cieszyć, mogłaby przecież równie dobrze żyć dalej. Ci, którzy ją słyszeli, myśleli, że majaczy.
Nagle otworzyły się drzwi i na salę wszedł młody doktor. Trzymał w ręku gazetę i głośno powiedział: — Papieżowi lepiej. Będzie żył. Dziś w nocy choroba się przesiliła.
Posługaczki dawały mu znaki, by milczał, żeby nie przeszkadzał umierającej, ale ona już go słyszała.
Widziała też, jak błysk radości i szczęścia, nie dający się ukryć, przeleciał po twarzach obecnych, otaczających jej łoże.
Wtedy znikło zniecierpliwienie z jej twarzy. Uśmiechnęła się zadowolona. Dała znak, żeby ją posadzono na łóżku; usiadła i powiodła dokoła wzrokiem daleko patrzącym. Zdało się, jakby spoglądała na Rzym i patrzała na przechodniów na ulicach, witających się wzajemnie radosną wieścią o papieżu.
Podniosła głowę, jak mogła najwyżej.
— To ja zrobiłam — rzekła. — Jestem bardzo szczęśliwa. Bóg pozwolił mi umrzeć, aby on mógł żyć. Nie zależy mi nic na tem, żeby żyć — ponieważ uszczęśliwiłam wszystkich ludzi.
Położyła się znów na łożu i w kilka chwil już nie żyła.

W Rzymie opowiadają, że Ojciec święty po wyzdrowieniu pewnego dnia zabawiał się odczytywaniem zapisywanych w kościołach pobożnych wotów, przyrzekanych za jego wyzdrowienie.
Z uśmiechem czytał długie kolumny małych darów, aż doszedł do zapisku, że Concenza Zamponi darowała resztę swego życia. Spoważniał w jednej chwili i zamyślił się.
Kazał się poinformować o Concenzie Zamponi i dowiedział się, że tej samej nocy umarła, kiedy on wyzdrowiał. Polecił wezwać do siebie jej syna Dominika i wypytywał go o ostatnie chwile matki.
— Mój synu — rzekł do niego papież, dowiedziawszy się wszystkiego — twoja matka nie uratowała mi życia, jak wierzyła w ostatniej swej godzinie, ale jestem bardzo wzruszony jej miłością i ofiarnością.
Dał Dominikowi swą rękę do pocałowania i pożegnał go.
Ale Rzymianie zapewniają, że choć papież nie chciał przyznać, iż jego żywot przedłużył dar biednej kobiety, to jednak był o tem przekonany.
— Dlaczegożby inaczej ojciec Zamponi tak prędko zrobił karyerę? — mówili. — Jest już biskupem, a szeptają, że niedługo zostanie kardynałem.
A w Rzymie i później jeszcze trudno było ludziom wierzyć, że papież umrze, nawet gdy był bardzo chory. Nikt nie mógł obliczyć, kiedy dopełni się jego żywot. Zależało przecież wszystko od tego, ile lat darowała mu biedna Concenza.




HISTORYA SIOSTRY OLIWII.


Było to na tylnym pokładzie wielkiego zagranicznego okrętu, gdzie byli zgromadzeni ludzie z najrozmaitszych stron świata. Najwięcej było Anglików, albo przynajmniej ludzi, którzy umieli mówić po angielsku, ale było także kilku, mówiących po francusku i ci przez wspólność języka trzymali się w osobnej grupie. Siedziało tu kilku starszych Francuzów, jeden oficer i jeden konsul, kilka pań belgijskich, jedna włoska siostra miłosierdzia, jeden stary francuski ksiądz i młody Paryżanin, który zdawał się być jakimś artystą, malarzem, rzeźbiarzem, czy też czemś podobnem.
Pewnego wieczora siedzieli obaj starsi panowie razem i rozmawiali o Anglikach. Robili małe studyum o nich, jak to zwykle czynią Francuzi, i porównywali ich z sobą w sposób bardzo miły i ucieszny. Ale nagle wmieszała się jedna z pań do rozmowy.
— Nie, moi panowie — rzekła — nie wspomnieliście panowie jeszcze o tem, w czem leży właściwa różnica między Anglikami a wami.
— Ach — rzekł stary pan, którego zwano konsulem — właściwa różnica, czy ją pani może wynalazła?
— Tak, wynalazłam ją. Leży w tem, że oni wszyscy mają wewnętrzne powołanie. Niech pan tylko zapyta, to pan usłyszy. Wszyscy oni tutaj na pokładzie mają jakieś wewnętrzne powołanie. Jeden chce nas uczyć hodowli królików, inny chce, żebyśmy nigdy mięsa nie jadali. Ten pan zamierza nawracać Turków, a tamten tam chce wynaleść torpedę powietrzną.
— A my — rzekł konsul i bystro spojrzał na towarzysza podróży — nam też przecież nie brak ludzi z powołaniem wewnętrznem.
— O, jednak — rzekła mała Belgijka. — Wy zostajecie w tym stanie, w jakim się urodziliście, albo zostajecie tem, czem was chcą mieć wasi rodzice. Wy dajecie sobą życiu powodować. Ale tamci chcą życie i nas wszystkich holować i prowadzić tam, gdzie zechcą.
— No tak — rzekł oficer. — Może pani ma racyę, ale ja wolę żyć wśród ludzi bez wewnętrznego powołania. Oni są nieznośni, ci ludzie, którzy wciąż obnoszą się z jakąś misyą.
— Siostro Agnieszko — zwrócił się konsul do siostry miłosierdzia —- macie przecież tyle Francuzek w swem zgromadzeniu. Czy pani uważa, że brak im wewnętrznego powołania?
— Niestety, panie Bartout, — rzekła siostra i uśmiechnęła się. — Niestety nie mogę panu przyjść z pomocą. Nie sądzę, żebyśmy przez to były mniej dobremi siostrami miłosierdzia, ale nie wiele jest wśród nas takich, które dlatego pielęgnują chorych, że to jest wewnętrznem powołaniem ich życia. Jesteśmy przeważnie rade módz się oddać tej sprawie dlatego, że wszystko inne nam się nie powiodło.
— A wielebny ojciec? — zwrócił się Bartout do księdza.
— Ach, to już tak dawno. Całe me życie byłem kapłanem. Ale zdaje mi się, że ojciec Vertois w naszej gminie poradził memu ojcu, aby mnie posłał do seminaryum.
Pan Bartout zwrócił się wkońcu do młodego Francuza.
— Ja, panie — rzekł artysta — nie wierzę powołaniu wewnętrznemu. Prowadzi ono tylko na manowce. Ja pracuję farbą i pendzlem, bo to dla mnie jest najnaturalniejsze. Powiem panu, że w mojej rodzinie wszyscy jesteśmy potrosze malarzami.
Po tych wynurzeniach zapomniano zupełnie, że z początku rozmowy chodziło o porównanie Francuzów z Anglikami. I zamiast tego mówili wszyscy o zdolnościach i powołaniu i przytaczano kilka przykładów na to, w jakie szczególne stosunki popadają ludzie, gdy te dwie rzeczy nie idą z sobą w parze.
— Starałem się zawsze trzymać zdala od wszelakich mrzonek i robić tylko to, do czego miałem zdolności — rzekł oficer. — Nikt nie zachowuje się tak głupio, jak ten, z którym się jego »misya« rozchodzi.
— Znam pewnego wielkiego pisarza — rzekła jedna z pań — który uważał swe życie za chybione, ponieważ nie został baletmistrzem. Zapewniał zawsze, że to byłoby jego prawdziwem powołaniem; nieszczęśliwym trafem zaszła przeszkoda w wykonaniu tego.
— To przypomina mi mego biednego przyjaciela, ojca Meunier — rzekł ksiądz — czuł on się powołanym pójść jako misyonarz do Chin i uczynił to, ale musiał się jednak pomylić, bo tam nawrócił się do buddyzmu.
— Powołanie wewnętrzne jest największym kuglarzem — rzekł malarz. — Żartuje sobie tylko z nas ludzi.
Jeden Bartout tylko upierał się przytem, jak piękną jest rzeczą na podstawie tego wyższego musu działać, tego musu, który zwiemy wewnętrznem powołaniem.
— Ależ panie, przypominam sobie teraz, że znałam rodaczkę pana, która miała wewnętrzne powołanie — zaczęła siostra miłosierdzia. — Powołanie to nie miało wprawdzie nic wspólnego z opiekowaniem się chorymi, lecz wszystko jedno... Jeśli pan pozwoli, opowiem panu jej historyę. Była to jedna z naszych najlepszych sióstr i należała do zakonu długo przedtem, nim tam przyszłam, i ona uczyła mnie moich obowiązków.
— Siostra Oliwia — opowiadała dalej — była Francuzką, ale tak inną od wszystkich Francuzek, które przedtem widziałam, że brałam ją z początku za Niemkę, lub Szwajcarkę. Francuzka, według mego pojęcia, powinna była być albo piękną, pulchną kobietą z cerą oliwną i śmiejącemi się ciemnemi oczyma, albo też małą, delikatną, wydelikaconą, jak marzenie. Siostra Oliwia natomiast była wielka, chuda, nieładna, ale silna i żywa, o twarzy, wzniecającej zaufanie.
Jeszcze więcej zdziwiłam się jej zewnętrznym wyglądem, kiedy pomału dowiedziałam się, że siostra Oliwia była wielkością, była sławą, że kiedyś nazywała się panną Oliwią Miteau, jeździła własnymi końmi, mieszkała w prześlicznem mieszkaniu w Paryżu i obcowała z najznakomitszymi ludźmi w Europie.
Siostra Oliwia była aktorką, nim została siostrą miłosierdzia, a to wielką i sławną aktorką, którą znali wszyscy ludzie, przynajmniej w Paryżu. Oczywiście nie była ona jedną z tych, które objeżdżają cały świat i są takiemi wielkościami, że jednego dnia pokazują się w San Francisco, a drugiego w Petersburgu, ale było jej tak dobrze, jak tylko sobie życzyć mogła. Publiczność lubiła ją bardzo, krytycy teatralni rzadko bardzo mogli o niej coś niekorzystnego powiedzieć, zarabiała wiele pieniędzy i występowała w teatrze francuskim.
Kiedy ujrzałam siostrę Oliwię, trudno mi było uwierzyć, jak już wspomniałam, żeby to było możliwe. Pomyślałam odrazu o tych wszystkich modernistycznych dramatach z ich postaciami kobiecemi, młodemi, wydelikaconemi, i zdawało mi się to rzeczą niemożliwą, żeby Oliwia mogła grać młodą Paryżankę. Miała ona coś kanciastego w sobie i żadna szminka i żadne toalety nie zdołałyby uczynić jej czarującą i piękną.
Wnet jednak dowiedziałam się, że siostra Oliwia nigdy takich ról nie grywała, a jej siła była właśnie w tem, że z ról skąpych, ubogich, których nikt inny grać nie chciał, stwarzała małe arcydzieła. Grała służące i stare kobiety, bywała szynkarką i żoną portyera, przekupką jarzyn i chłopką. A przedstawiała te wszystkie typy tak szczerze i wzruszająco, tak sympatycznie i artystycznie, że powiodło jej się wejść w skład personalu Teatru Français.
Oliwia była zawsze bardzo pilną, nigdy się nie szanowała i uważano ją swego czasu za jedną z najniezbędniejszych sił teatru. Jej stanowisko było właściwie lepszem od innych, bo choć nigdy nie zbierała takich pochwał jak primadonna, miała jednak już swoje role, których jej nikt zaprzeczyć nie mógł. Nikt przeciw niej nie intrygował, żeby jej szkodzić, była dobrą, rzetelną koleżanką i wszyscy ją lubili.
Przyznawała sama, że miała doskonałe stanowisko i że źle zrobiła popełniając głupstwo, które zmusiło ją do porzucenia go. Umarła, mając lat sześćdziesiąt, ale z pewnością mogła była pozostać na swem stanowisku w teatrze do końca. Wciąż jeszcze była ruchliwą i silną i miała wspaniały głos. Mogła była jeszcze bardzo dobrze grać wierne służące, wieśniaczki i stare mrukliwe ciotki. Nikt nie byłby tego lepiej zagrał od niej.
Ale nieszczęście chciało, że Oliwia miała pewną ideę i to było czemś, za czem tęskniła, czemś, do czego przez całe życie dążyła i od czego odstąpić nie mogła.
Jest bardzo prawdopodobne, że Oliwia przez cały czas uznawała, że to głupstwo. Ale jej myśli przez całe życie obracały się w tym kierunku i nie mogła ich wstrzymać. Było to tak, jakby się chciało wołać na spadający kamień, aby się wstrzymał i pozostał w powietrzu.
Rzecz miała się mianowicie tak, że siostra Oliwia nie była rodowitą Paryżanką; wyrosła ona w Normandyi, jako córka wieśniaka. Dzieciństwo swe i pierwszą młodość spędziła wśród chłopów i ludzi niewykształconych. Do siedemnastego roku życia nie widziała ani miasta, ani teatru.
Raz, kiedy już była dorosłą, zabrali ją z sobą rodzice na jarmark do miasteczka Caen i tam ojciec Miteau okazał się tak szczodrobliwym, że zabrał ją wraz z matką do teatru.
Tak ujrzała siostra Oliwia pierwszą sztukę, a sztuką tą było Hernani, dzieło wielkiego Wiktora Hugo.
Od chwili, kiedy zasłona poszła w górę, siostra Oliwia zupełnie oderwała się od ziemi całą duszą była na scenie. Nic nie zdawało jej się tam obcem, od pierwszej chwili rozumiała wszystko. Starała się tylko przypomnieć sobie, kiedy i gdzie już to wszystko widziała.
Podczas gdy tak siedziała w teatrze, wydało się jej bardzo dziwnem, że ona jest Oliwią Miteau, dziewczyną wiejską, wychowaną na chłopskim folwarku. Zdawało jej się, jakoby to, co widziała, było jej prawdziwą ojczyzną. I nie patrzyła na przedstawienie tak, jak inni, lecz przeżywała je, od początku do końca. Przez cały czas była piękną Hiszpanką donną Sol, kochaną przez Hernaniego i cesarza Karola V, a kiedy w dniu weselnym zabrzmiał róg hrabiego Lunax, czuła się równie zdruzgotaną, jak gdyby Hernani od jej boku był oderwany.
Po tym wieczorze w teatrze w Caen miała Oliwia tylko jedną myśl: wszystkie marzenia i wszystkie tęsknoty biednego dziewczęcia koncentrowały się w tem, żeby się dostać do teatru i żeby grać Donnę Sol.
Trudno zrozumieć, jak mogła dom opuścić, ale Oliwia nie dała się niczem przestraszyć. — Przezwyciężyła ojca Miteau i matkę i swe przywiązanie do ojcowizny i opór pewnego młodego człowieka, który czekał na nią i jej posag. — I tak się stało, że ona, która nigdy niczego więcej się nie uczyła, jak gotować, przyłączyła się do wędrownej trupy aktorskiej.
Podczas całego pierwszego roku, nim się nauczyła mówić po francusku akcentem paryskim, nic innego nie robiła, tylko zamiatała scenę i obsługiwała prawdziwe aktorki. Nie było to rzeczą łatwą dla przyszłej donny Sol ścierać kurz z krzesła tronowego, mającego stać na scenie, albo przygotować w porządku toaletę primadonny. Ale Oliwia znosiła wszystko z dobrym humorem i wszyscy jej koledzy polubili ją. Wszyscy jej życzyli, żeby wnet wystąpiła. — Ach, gdyby pan już raz znalazł jakąś rolę dla naszej biednej Oliwii — zwykli mówić do swego dyrektora.
I w końcu dostała siostra Oliwia rolę, lecz nie taką, jakiej sobie życzyła. Chciała grać królowę, kazano jej zagrać młynarkę. Miała być prostaczką i gburowatą, w sukniach ubogich i omączona. Siostra Oliwia zwykła opowiadać, że kiedy tę rolę dostała, straciła odwagę i poczęła płakać. Pierwej, kiedy jeszcze zamiatała podłogi i schody, nigdy nie płakała.
Ale sama primadonna zniżyła się do tego, aby pocieszyć siostrę Oliwię, i powiedziała jej, żeby była rada, że przecież stanie przed publicznością. Nigdy nie będzie mogła dojść do donny Sol, jeśli nie zechce zacząć od młynarki. Ona, primadonna, zaczęła od chłopca szewskiego.
Siostra Oliwia nauczyła się więc roli i grała ją tak, jak ją zrozumiała. A kiedy ją zagrała, zapłakała drugi raz. Powiodło się jej nadzwyczajnie. Publiczność klaskała, a koledzy winszowali jej talentu. Tak, temu powinna się poświęcić, to umiała — stara, rutynowana aktorka nie byłaby tego lepiej zrobiła.
Ale siostra Oliwia płakała, nie miała ochoty, żeby ją z powodu młynarki chwalono; coś w jej wnętrzu szeptało jej, że to stanie na przeszkodzie jej donnie Sol.
I siostra Oliwia miała powód do płaczu. — Zdawało się, że przewidziała wszystkie te cierpienia, które ją czekały. Bo od tego czasu występowała, ale nigdy w roli, któraby ją zadowolniła. Nigdy nie pozwalano jej mówić wierszem, a kiedy dawano romantyczne sztuki, w których występują książęta i księżne, nie miała co na scenie robić.
Sprzykrzyło jej się to nareszcie i poszukała miejsca w innem towarzystwie teatralnem. Nie trudno jej było dostać nową posadę. Dyrektorzy ubiegali się o nią. Ale Oliwia nie podpisała wpierw kontraktu, póki dyrektor nie zobowiązał się dać jej rolę donny Sol w Hernanim. W kontrakcie też zapisywano, że jak tylko będzie wystawioną sztuka Hernani, rolę bohaterki grać będzie siostra Oliwia. A potem dyrektor kazał jej grywać jej zwykłe role, w których zawsze miała powodzenie, ale utrzymywał, że Hernani jest sztuką niemodną, że nie zwabi publiczności i że on nie ma odwagi umieścić tę sztukę w repertuarzu.
Biedna siostra Oliwia myślała nieraz, czy nie byłoby najmądrzej wrócić do swoich jabłoni i narzeczonego, ale nadzieja nie mogła w niej zamrzeć. I została w teatrze i grywała nadal swe małe role, które nie kosztowały jej ani trudu, ani pracy, a w których zawsze miała powodzenie. W końcu jej znaczenie tak wzrosło, że dyrektor Teatru Français przyszedł do ich teatrzyku, by zobaczyć ją na scenie. A koniec był taki, że siostra Oliwia przeniosła się do gmachu Molièra.
Kiedy się to stało, siostra Oliwia myślała tylko o tem, że teraz chyba będzie jej dozwolonem zagrać rolę donny Sol na najpierwszej scenie Francyi i pogodziła się niemal trochę z temi wszystkiemi młynarkami i przekupkami, kiedy ją tak daleko zaprowadziły.
Na szczęście odniosła siostra Oliwia tak wielkie wrażenie z gry wielkiej aktorki, która tę rolę przedstawiała, kiedy raz sztuka ta była w repertuarzu, że przez kilka lat nie odważyła się wcale mówić o swem życzeniu. Ale czas upływał i obawiała się, że będzie potem za stara. Musisz to teraz przeprowadzić, albo nigdy — mówiła sobie. Wiesz przecież, że zagrasz donnę Sol tak, jak jej nikt jeszcze nie zagrał przed tobą. Cóż myślisz, Oliwio, przecież jeszcze nie osiągnęłaś celu swego życia! Czyż po to opuściłaś swój dom rodzinny, aby grać role tych wieśniaczek? Mój Boże, na to nie potrzebowałaś się wzbijać aż do Teatru Français, aby się zachowywać jak wieśniaczka.
Poszła więc do dyrektora i mówiła z nim o tem, a dyrektor przyrzekł spełnić jej życzenie. Na próżnych obietnicach upłynęło trzy do czterech lat.
Kiedy już dziesięć lat była na scenie Teatru Francuskiego, znów przyszła ze swą prośbą do dyrektora.
— Dłużej już służyłam na scenie, aniżeli Jakób — rzekła. — Musi mi pan dać moją donnę Sol.
Dyrektor zgromadził wszystkich znakomitszych aktorów, którzy mieli jakiś głos w sprawach teatru, i zapytał ich o zdanie w tej sprawie. Musimy pozwolić Oliwii Miteau spróbować — rzekli. — Naturalnie zrobi fiasko, ale nie ma innego sposobu na załatwienie tej sprawy.
W następnych tygodniach siostra Oliwia uwolniła się od wszystkich zajęć i przygotowywała się do swej roli. Szczególnem było to, że zmiarkowała wnet brak wszelkiego zapału do tej roli. — Muszę to uczynić — myślała — ale sądzę, że będę rada, gdy to przeminie, a ja powrócę do moich ról.
I czasami, kiedy recytowała romantyczne słowa swej roli, uważała je za niesmaczne i nienaturalne. — Ach — mówiła — za stara już jestem. W rzeczywistości to była jej wina. Nie była przyzwyczajona do wierszy i nie mogła na gwałt nauczyć się deklamować naturalnie i lekko. Wielkie słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Widziała też, że musi się wyuczyć zupełnie innego sposobu chodzenia i poruszania rękami.
— To przecież głupstwo — mówiła czasami — nikt nigdy tak nie chodził, ani się tak poruszał, jak ta donna Sol. To nie jest rola dla mnie.
Ale czasami coś z dawnego zapału dla roli odżywało w niej i wtedy myślała:
— Kiedy rzeczywiście wystąpię, kiedy nareszcie stanę na scenie, będę taką donną Sol, jaką nikt przedemną nie był. Wiem, że ona żyje we mnie, jako moje drugie ja. Co to znaczy, że mi się na próbach nie wiedzie? Wiem, że w wielkim momencie ona się ujawni.
Niemniej Oliwia była po każdej próbie zrozpaczona, a uczucie to podzielali dyrektor i reszta artystów.
— Panno Miteau — rzekł do niej pewnego dnia dyrektor tonem bardzo uprzejmym — pani ma moje słowo i stanie się wszystko, co pani zechce. Ale czy pani chce naprawdę?
— Nie wiem, czy chcę — rzekła — ale wiem, że muszę.
Przewidywała klęskę i to klęskę w tem właśnie, co było ambicyą jej życia, klęskę w żądnym śmiechu Paryżu, na pierwszej scenie Francyi...
I zdawało się, że siostra Oliwia traci zupełnie zmysł zrozumienia dla tej roli: zajmowała się tylko rzeczami podrzędnemu, przymierzała peruki, to czarną, to rudą, tak jak się wybiera, gdy rozchodzi się o szczęście całego życia.
Przymierzała suknie z niesłychaną dokładnością, charakteryzowała się szminką na próbę raz różową, raz znów oliwną. Ale ona, która jako garderobiana wyglądała mile i niemal zgrabniej, była jako dama sztywna i niezgrabna. A jej twarz, która z pod czepka pokojówki wyglądała młodo i świeżo, teraz wydała się szczególnie starą i zniszczoną, — kiedy miała przedstawiać hiszpańską donnę Sol.
— Musi się przecież udać — myślała sobie. — Od siedemnastego roku życia czułam, że jedynie po to na świat przyszłam, aby grać tę rolę.
Hernani jest sztuką starą i w ogólności nie wabi publiczności do teatru, ale w ów wieczór kiedy siostra Oliwia grała, wszystkie miejsca były zajęte. Wszyscy znali jej historyę i ludzie byli trochę wzruszeni jej długoletnią miłością dla donny Sol.
— Czemu nie pozwolono jej tej roli zagrać dawniej? — pytano. — Jest już za stara i będzie okropna.
Jednak ten i ów oczekiwał, że występ jej powiedzie się, bo to przecież zdawało się być jej wewnętrznem powołaniem.
Wśród publiczności panowało od początku sztuki wielkie zainteresowanie.
Ale kiedy się kurtyna podniosła, a siostra Oliwia weszła na scenę i zaczęła mówić! Jedno jedyne westchnienie wyrwało się z piersi słuchaczy i nikt już nie był więcej ciekawy. Publiczność była jakby ślepa i głucha i starała się o niej zupełnie zapomnieć.
Siostra Oliwia nie mogła potem zrozumieć, jak ten wieczór minął. Publiczność nie była względem niej surową, przeciwnie była współczującą. Uważano to nawet za dowcipne, że jej się tak kompletnie nie powiodło, że się tak gruntownie pomyliła co do swego powołania. Tego i owego opanowała naturalnie trwoga kiedy pomyślał o tej idei, która opanowała siostrę Oliwię i tak ją zawiodła. Coś podobnego mogło się przecież każdemu przydarzyć.
— Powinna się w każdym razie czuć szczęśliwą — mówiono — przecież przez to urojenie zdobyła doskonałe stanowisko i przecież tej okropnej roli, która zupełnie nie leży w jej charakterze, więcej grać nie potrzebuje.
Siostra Oliwia była zrozpaczona. Czemuż nie przejęła się tą swoją rolą, czemu była tak zimną, czemu nic nie czuła? Jak mogła tak nienaturalnie deklamować? Czyż nie była artystką? Czuła się niemal w możności siebie samą wygwizdać. Miała przecież tego Hernaniego kochać. Ale jej spojrzeniom, gdy na nim spoczywały, brakło zupełnie ognia. Ach, czyż to ma być donna Sol? — myślała, idąc ciężko i niezgrabnie przez scenę.
Ale Oliwia była bardzo lubianą i nie odniosła żadnej szkody wskutek swej porażki. Było to bardzo pięknie, że tak krytyka, jak i publiczność wstrzymali się zupełnie od omawiania jej fiaska i starali się tylko jak najprędzej zapomnieć. Daremnie przerzucała siostra Oliwia nazajutrz pisma, aby przeczytać krytykę o swym występie. Zupełnie o nim nie wspomniano.
Wzruszyło ją to, ale równocześnie strach ją ogarnął ogromny.
— Czyż byłam tak straszną — myślała — czyż byłam taka, że nie ważą się nawet pisać o mnie?
Przed południem złożył jej wizytę dyrektor. Nie przemilczał on tego, co się stało, ale tłómaczył i wyjaśniał sprawę jak lekarz, który analizuje jakąś chorobę.
— Czekała pani za długo i wyczekiwała pani ze zbyt wielkiem napięciem. To pozbawiło panią tchu i rozmysłu. Grała pani niejako z gardłem obandażowanem i rękami w okowach. Pierwszy raz niemożliwem było, żeby się pani powiodło, dziś musi pani wypocząć, ale jutro — czy chce pani jutro spróbować?
Siostra Oliwia namyślała się. Czasami, kiedy odniosło się porażkę, czuje się, że pójdzie lepiej następnym razem. Ale ona, usłyszawszy propozycyę dyrektora, nie czuła nic podobnego. Nie miała sił raz jeszcze podjąć walkę. Nie miała nawet ochoty. Mimo, że tak źle poszło, cieszyła się jednak, że już przeszło.
Podziękowała więc dyrektorowi i odmówiła.
Dyrektor spojrzał na nią przenikliwie i począł mówić o czem innem.
Kiedy wstał, aby ją pożegnać, rzekł jakby przypadkiem:
— Spotkamy się przecież jutro na próbie, nieprawdaż, pani?
Przy tych słowach siostra Oliwia zlękła się tak bardzo, że omal nie upadła. Czuła, że jeśli znów wystąpi, będzie ją zawsze opanowywała ta sama niepewność i to samo skrępowanie, jak na poprzednim wieczorze. Naraz zrozumiała, że nie może już grać żadnej roli. O tem siostra Oliwia przedtem nie myślała, ale w chwili, kiedy dyrektor powiedział jej, żeby przyszła na próbę, pojęła to jasno.
Siostra Oliwia wzięła ośmiodniowy urlop, a kiedy wróciła do swego zajęcia, była wesoła i zdrowa i najwidoczniej zapomniała o całem zajściu.
Ale kiedy po raz pierwszy miała wejść na scenę, opanowała ją szczególna niechęć. Musiała się zmusić, aby to uczynić. To nie był strach, był to niemal nieprzeparty wstręt.
A kiedy stanęła na scenie, na której zwykle czuła się tak dobrze, opanowało ją zimno lodowe, czuła, że rysy twarzy dziwnie jej sztywnieją, jak wówczas, gdy grała Hiszpankę. A kiedy zaczęła mówić, poznała głos obrzydliwy, nienaturalny w roli donny Sol.
Od tej chwili siostra Oliwia znienawidziła teatr. Ale że była osobą praktyczną i mądrą, nie odrazu ustąpiła. Całą zimę walczyła z tą niechęcią, aż w końcu wzięła ona w niej górę.
— Dosyć już ról popsułam — rzekła do swego dyrektora — abym mogła przyznać, że już jestem do niczego. Pozostaje mi tylko pójść w swoją drogę.
Potem przyszła do nas i została siostrą miłosierdzia. Była zawsze spokojną i wesołą, a chorzy lubili ją bardzo. Była u nas szczęśliwą; leżało to w jej naturze być szczęśliwą.
Kiedy ją poznałam, byłam jeszcze młodą i nieraz ją pytałam: Czy siostra nie tęskni za światem, za teatrem, swojemi rolami, swymi końmi, pięknymi meblami?
Przypominam sobie dokładnie siostrę Oliwię, gdy ją tak raz pytałam. Z latami coraz bardziej stawała się podobną do starej wieśniaczki, utyła, twarz jej zgrubiała i pomarszczyła się, ale wyglądała też silna i mądra z tą swoją brodą i jasnemi oczyma.
— Za czem miałabym tęsknić? — mówiła. — Przecież niemożliwie było dłużej wytrzymać. Do czego miałam chęci, nie miałam zdolności, a do czego miałam zdolności, brakło mi chęci.
Siostra miłosierdzia zakończyła:
— Tak, to była historya siostry Oliwii.
— Wie pani co? — rzekł konsul. — Ja widziałem ją na scenie. Nawet byłem w teatrze w ów wieczór, kiedy grała donnę Sol. Tak, to było fiasko! Ale jak się siostra na to wszystko zapatruje?
— Jedno zdanie może być tylko — wtrącił kapitan — to wewnętrzne powołanie jest oszustem.
— Musi mu się niedowierzać — rzekł malarz.
— Niedowierzać, niedowierzać! — zawołał niemal gniewnie konsul. — Musi się przecież i miłości niedowierzać, ale cóż z nas bez niej będzie Nic! A cóż my możemy, jeśli nie czujemy się powołani? Nic. Do czego jesteśmy zdolni? Do niczego. Jakie jest zdanie pani, siostro Agnieszko?
— Myślę, panie Bartout, że w ten czy ów sposób w tem wszystkiem musi być coś boskiego.
— Tak, rzeczywiście — rzekł konsul — a gdyby nawet ta boskość była niebezpieczną, czy to może być powodem, aby ją znieważać?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.