Paryż (Zola)/Część czwarta/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Ciepły i pogodny był poranek marcowy, gdy Wilhelm opuścił dworek w Neuilly, by powrócić do siebie na Montmartre. Piotr postanowił go odprowadzić, lecz wielki smutek opływał mu serce na myśl, że powróci do pustego domu i napowrót wpadnie w rozpaczliwe swe rozmyślania. Nie spał w nocy, czuł się rozgoryczonym, lecz starał się ukryć swoje zmartwienie, zmuszając się do uśmiechu.
Łagodne powietrze i piękno jasnego nieba zachęciły braci do pieszej wędrówki na Montmartre, chociaż przestrzeń była znaczna, zwłaszcza, że postanowili iść szerokiemi zewnętrznemi bulwarami. Wyszli z dworku w Neuilly o godzinie dziewiątej. Wilhelm cieszył się, że sprawi swem przybyciem prawdziwą niespodziankę całej rodzinie; zdawało mu się, że powraca do domu po długiej podróży. Nikogo ze swoich nie uwiadomił o powrocie, czasami tylko do nich pisywał, by udzielić im wieści o swojem zdrowiu. Z powodu wyraźnej jego woli, żaden z trzech synów nie odwiedził go tutaj, a nawet młoda dziewczyna, z którą niedługo się miał ożenić, czekała spokojnie i cierpliwie, by uznał, że może już powrócić, nie narażając się na niebezpieczeństwo.
Gdy przebywszy strome uliczki wzgórza stanęli na szczycie, Wilhelm, mając przy sobie klucz od domu, wszedł, otworzywszy drzwi z ostrożnością. Placyk du Tertre, przy którym wznosił się dworek Wilhelma, spokojem swym i otaczającemi go domami, przypominał małe prowincyonalne miasteczka. Piotr wchodził dziś dopiero po raz drugi do domu brata i znalazł tu, jak za pierwszej swej bytności, wszystko równie uśmiechniętem i jakby skąpanem rodzinną miłością. Przeszli wązki korytarz, dzielący cały dół domu na dwie połowy, a wychodzący na niewielki ogród, z którego był widok na Paryż. Bzy w ogrodzie już się pokryły młodziutkiemi, drobnemi liśćmi, a śliwowe drzewa, wkrótce zakwitnąć miały. Trzy bicykle stały o nie oparte. Bracia, nie zatrzymując się, szli ku pracowni, w której całemi dniami przebywali wszyscy domownicy, każdy zajęty swoją robotą. Piotr dobrze zapamiętał, wesoły wygląd tej olbrzymiej izby o ścianie oszklonej, dominującej ponad oceanem domów Paryża.
Dotąd nikogo nie spotkali. Wilhelm, uradowany że ujrzy wszystkich znienacka, przyłożył palec do ust, szepnąwszy:
— Sprawiajmy się pocichu... Zaraz ich zobaczymy...
Otworzył drzwi pracowni i przez chwilę w milczeniu pozostał na progu.
Tylko trzej jego synowie tutaj się znajdowali. Tomasz stał przy swojej kuźni i wiercił dziury w niewielkiej miedzianej płycie. W drugiej stronie pracowni, po przeciwnych bokach wielkiego stołu siedzieli dwaj młodsi synowie Wilhelma: Franciszek, pochylony nad książką, a Antoni nad prawie już ukończonym drzeworytem. Słońce wesołem światłem zalewało cały obszar izby, pełnej najrozmaitszych sprzętów i przyrządów do wielorakich zajęć, a wielka wiązanka kwitnących laków postawiona w pośrodku stołu, należącego do dwóch kobiet, napełniała powietrze aromatycznym, wiosennym zapachem. Chłopcy pracowali w milczeniu, i tylko maszynerya przy kuźni Tomasza dyszała, wydając lekkie świstanie, przy każdem zetknięciu świdra z metalową płytą.
Chociaż Wilhelm stał cicho w progu, synowie równocześnie odgadli jego obecność, a podniósłszy głowy i ujrzawszy go, z jednym okrzykiem rzucili się ku niemu:
— Ojciec!...
Uściskał ich kolejno z niewymownem wzruszeniem, lecz rozczulenie trwało tylko chwilę i nie przeciągało się w niepotrzebnych słowach. Zdawało się, że ojciec wyszedł ztąd nie dawniej, niż wczoraj i powracał opóźniwszy się z powrotem. Patrzał na synów, uśmiechając się do nich, a oni także z uśmiechem patrzyli mu w oczy, niemą tą pieszczotą wypowiadając sobie wzajemnie swe przywiązanie.
— Piotrze, chodź, patrz na swoich bratanków!
Piotr został dotąd przed progiem otwartych drzwi pracowni i, opanowany wspomnieniami dawnej niechęci do rodziny Wilhelma, wszedł ociągając się. Trzej chłopcy powitali go serdecznym podaniem ręki. Trochę zakłopotany i nie wiedząc co z sobą robić, Piotr zbliżył się do oszklonej ściany i usiadł na boku.
— Gdzież jest babka? Gdzie Marya?
Okazało się, że babka dopiero co poszła na górę do swojego pokoju, a Marya wyszła porobić zakupy gospodarskie na targu. Była to jedna z przyjemności Maryi; utrzymywała, że nikt jej nie wyrówna w poznawaniu się na świeżości masła i jaj, w wyszukaniu wyborowych i tanich nowalij, oraz kwiatów.
— Więc w domu wszystko w porządku? — zapytał Wilhelm. — A cóż wasze roboty? Czy wam wszystko szło składnie podczas mojej nieobecności?
Pytał każdego z synów, pragnąc natychmiast dowiedzieć się o zaszłych postępach i zmianach, by módz objąć zwykły kierunek i wejść w codzienny tryb życia. Tomasz z promieniejącą twarzą i w paru zdaniach złożył raport ojcu o swoich pracach nad budową małego motoru, i upewniał, że teraz już znalazł to, czego dobijał się dotąd napróżno. Franciszek przygotowywał się w dalszym ciągu do egzaminów i, żartując, rzekł, że jeszcze sporo musi sobie wpakować do głowy, lecz że znajdzie się w niej miejsce. Antoni pokazał swój drzeworyt, przedstawiający Lizę, siostrę rzeźbiarza Jahana. Wątła, słabo rozwinięta dziewczynka siedziała w ogrodzie, czytając książkę, a z całej postaci było widać, że stara się zrozumieć zawarte w niej zdania.
Chłopcy, rozmawiając z ojcem, wrócili machinalnie każdy na swoje miejsce, a Wilhelm rad, że się wreszcie pomiędzy nimi znajduje, chodził od jednego do drugiego, rzucając okiem na wykonywane przez nich roboty.
— A nie wyobrażajcie sobie, że próżnowałem, leżąc w łóżku poza domem. Pracowałem nie mało myślą a nawet porobiłem mnóstwo notatek. Nie mam ich przy sobie, bo przyszliśmy piechotą, a wszystkie papiery przyjadą dorożką wraz z rzeczami, które babka przysłała mi podczas choroby. Ale rad jestem, że wróciłem do was i że razem pracować będziemy każdy przy swoim stole, tyle robót pozostawiłem rozpoczętych! Trzeba teraz wziąść się do nich raźno, by wynagrodzić czas stracony.
Mówiąc to skierował się w róg pracowni, który był w wyłącznem jego posiadaniu. Prócz pieca do doświadczeń chemicznych, było tam mnóstwo półek, założonych przeróżnemi narzędziami i naczyniami, oraz stał długi stół, którego jeden brzeg służył za biuro. Wilhelm z przyjemnością wodził oczyma po dobrze sobie znanym warsztacie prac swoich, a uszczęśliwiony, że wszystko odnajduje w dawnym porządku, zaczął poruszać, i jakby witać bliżej stojące przedmioty, obiecując im i sobie, że przymusowe wakacye już się skończyły.
W tem, na górnej platformie schodów, prowadzących na pierwsze piętro, ukazała się postać babki, postać poważna, wyprostowana i pogodna, ubrana, jak zwykle, w skromną, czarną suknię.
— Witam cię, Wilhelmie! Może zechcesz przyjść do mojego pokoju?
Poszedł natychmiast, domyślając się, że pragnie mu ona zdać relacyę z tego, o czem mówili z sobą bez świadków. Był pomiędzy nimi sekret, o którym nie wiedzieli nawet synowie Wilhelma, sekret, o którym nie przestawał myśleć z najwyższą trwogą od chwili, gdy Salvat dokonał zamachu przy ulicy Godot-de-Mauroy. Obecnie był już uspokojonym, niebezpieczeństwo przedwczesnego odkrycia tajemnicy zdawało się być usuniętem.
Wprowadziwszy Wilhelma do swojego pokoju, babka pokazała mu nietkniętą kryjówkę, gdzie się znajdowały złożone naboje z wynalezionej przez niego materyi wybuchowej, oraz plan zastosowanych do nich narzędzi wojennych. Wilhelm tylko się uśmiechnął, wiedział bowiem, że ta kobieta byłaby życiem swem broniła do nich przystępu. Z wielką prostotą, nie zdając sobie sprawy z bohaterstwa, jakiego dała dowód, śpiąc spokojnie obok nagromadzonego w jej pokoju wybuchowego materyału, oddała Wilhelmowi kluczyk od depozytu, przypominając, że go przysłał przez Piotra zaraz nazajutrz po swem okaleczeniu ręki.
— Czy jesteś już teraz spokojnym?...
Uścisnął ją z synowskiem przywiązaniem i szacunkiem, odpowiadając:
— Byłem niespokojny, by policya nie dała się wam we znaki swoją brutalnością... O resztę byłem spokojny, bo ty, babko, byłaś moją spadkobierczynią, więcbyś rozumnie zarządziła zrobionem przezemnie odkryciem, gdyby mi przyszło umrzeć poza domem...
Piotr pozostał na dole w pracowni, siedząc w dalszym ciągu przy oszklonej ścianie, poza którą widać było horyzont Paryża. Czuł się nieswój, chociaż wszyscy w tym domu okazywali mu wielką życzliwość. Nie umiał sobie wytłomaezyć przyczyny niemiłego wrażenia, jakie go ogarniało. Pytał sam siebie, dlaczego się tutaj znajduje?... Co mogło być wspólnego pomiędzy nim, człowiekiem bezpożytecznym, próżnującym i niewierzącym, a tą rodziną ludzi pracy, wiary w siebie a zatem wiary w życie. Patrzał na swoich trzech bratanków wesołych, zdrowych i pracujących ochoczo, a widok ten pogrążył go w większe jeszcze rozdrażnienie. Lecz nadejście Maryi ostatecznie stan jego pogorszyło.
Weszła, nie widząc go, z koszem pełnym zakupów zrobionych na targu. Tak była wesołą, pełną życia, że zdawało się, że wiosnę i słońce z sobą przynosi. Z pod ciężkiego kasku czarnych włosów wychylała się jej twarz różowa i uśmiechnięta, o zgrabnym nosie i czerwonych ustach może za szerokich, lecz pełnych dobroci. Ciemne, błyszczące oczy patrzały rozumnie i wesoło, a kształtna jej postać wyrażała zdrowie i siłę.
— Chłopcy, chodźcie zobaczyć, ile ja rzeczy dziś kupiłam, chodźcie prędzej, naumyślnie dla was przyszłam tutaj z moim koszem, nie zatrzymując się w kuchni.
Przywoławszy ich do stołu, na którym postawiła koszyk, zaczęła się popisywać i chwalić jako niezrównana gospodyni.
— Najpierw masło... Powąchajcie jak ślicznie pachnie świeżemi orzechami... Tylko dla mnie takie robią... A teraz jajka, wczoraj zniesione, za to ręczę, a nawet jedno jest dzisiejsze, znam się na tem, i umiem wybierać... A patrzcie, jakie kotlety! Jeszcze nigdy takich nie było! Ale rzeźnik naumyślnie dla mnie odkłada najpiękniejsze... Mam jeszcze ser ze śmietaną, z prawdziwą, wiejską śmietaną, cud nie śmietana! A teraz zgadnijcie, co jeszcze mam w koszu?... Żadenby z was nie odgadł!... Patrzcie!... Rzodkiewki, różowe, prześliczne rzodkiewki, i jakie już spore, a jakie twarde! W marcu będziecie jeść rzodkiewki! Prawdziwe zbytki!
Cieszyła się uradowana z taniego kupna, bo znała się na gospodarstwie i na cenach jeszcze z czasów szkolnych. Utrzymywała, że była najlepszą uczennicą na wykładach kuchennych w liceum Fénelona, a skutkiem tego nieraz zmuszała chłopców, by uznawali w niej znakomitą kucharkę i gospodynię.
Lecz wtem spostrzegła obecność Piotra.
— Jakto, pan tutaj?... A ja nic o tem nie wiedziałam!... Przepraszam... A Wilhelm czy zdrowszy?... Zapewne pan nam przynosi wiadomości od niego?...
— Ojciec wrócił — rzekł Tomasz. — Jest na górze w pokoju babki.
Wzruszona, popatrzała z wymówką na obecnych a potem zaczęła czemprędzej wkładać napowrót do kosza rozłożone sprawunki, mówiąc:
— Wilhelm powrócił... Wilhelm powrócił... Jacy wy niepoczciwi jesteście, nie powiedziawszy mi tego zaraz na wstępie... A ja niczego się nie domyślając bawię się w pokazywanie im co kupiłam na targu! Chwalę się masłem, jajkami, jakby warto o tem mówić, kiedy Wilhelm powrócił!
Właśnie wyszedł on teraz z pokoju babki i schodził do pracowni. Podbiegła ku niemu i nadstawiła kolejno policzki na powitanie, a Wilhelm złożył na nich serdeczne pocałunki. Następnie Marya oparła obie dłonie na jego ramionach i, popatrzywszy na niego, rzekła ze wzruszeniem:
— Cieszę się, bardzo się cieszę, że ciebie znów widzę... Teraz mogę się już przyznać, wiesz, myślałam, że cię straciłam na zawsze i było mi smutno, a potem bywałam niespokojną, słowem nieszczęśliwą. Ale teraz już wszystko złe się skończyło!
Chociaż śmiała się, mówiąc o tem co przebyła, łzy błysnęły w jej oczach, a Wilhelm równie wzruszony, raz jeszcze ją pocałował:
— Droga moja Maryo, i ja raduję się, że jestem już pomiędzy wami, raduję się, że ciebie widzę zdrową, zawsze piękną i zawsze dobrą!
Piotr, zdziwiony był chłodem tego powitania. Był przekonanym, że będzie świadkiem łez, wybuchu słów miłosnych i gorących uścisków. Wszak byli narzeczonymi mającymi się pobrać niedługo, a niespodziewany wypadek rozłączył ich na kilka tygodni, zatem obecnie, gdy się widzą po raz pierwszy po tej rozłące powinniby mieć więcej zapału. Raziła także Piotra zbyt wielka różnica wieku pomiędzy nimi, chociaż Wilhelm wyglądał czerstwo i względnie młodo. Pomyślał wreszcie, że wszystko mu się tutaj nie podoba z powodu Maryi. Ta dziewczyna była nadto zdrowa, nadto spokojna, a od chwili jak weszła, niezadowolenie jego wzrosło i pragnął jaknajśpieszniej wyjść, by już nigdy nie wrócić. Czuł teraz prawdziwy żal do niej. Wszak z jej powodu uważa się za obcego w domu brata, tego ukochanego brata, z którym tak blizkie znów zawiązał stosunki.
Wstał, chcąc odejść i zaczął się żegnać, mówiąc, że musi załatwić w Paryżu ważne sprawy o umówionej godzinie.
— Jakto? — zawołał Wilhelm. — Przecież obiecałeś mi, że zostaniesz na śniadaniu, czyś już zapomniał?... Nie puszczę cię, bracie, nie puszczę, mój dom jest teraz twoim domem...
Wszyscy zaczęli go prosić, by z nimi pozostał, a wobec szczerości nalegania, Piotr usiadł napowrót na poprzednio zajmowanem krześle i panując nad niemiłem swem zakłopotaniem, słuchał i patrzał, milcząc, na rodzinę brata, która mu była zupełnie obcą.
Była teraz godzina jedenasta. Każdy powrócił do swego zajęcia, co nie przeszkadzało wesołej rozmowie. W trakcie tego weszła jedna z dwóch domowych służących i zabrała kosz z zakupami zrobionemi przez Maryę. Ta przypomniała, by ją zawołano do kuchni, gdy będzie chwila gotowania jaj na mięko, bo była przekonaną, iż nikt lepiej niż ona nie potrafi dopilnować, by białko ścięło się w samą miarę, zachowując gęstość śmietany. Franciszek zaczął z niej żartować, przypominając inne przepisy kuchenne, trzymane przez nią w tajemnicy, a których cały zbiór posiadała z czasów spędzonych w liceum Fénelona. Twierdził, że nietylko pod względem kulinarnym wysoko stały nauki wykładane pannom w liceach, a Marya odcinała się żwawo, pytając go czy w szkole Normalnej cały program jest bez żadnego zarzutu. Temat ten bywał częstym powodem do żartobliwych utarczek pomiędzy Maryą a trzema chłopcami.
— Jakie z was jeszcze dzieci! — zawołała Marya, nie przestając pilnie haftować. — Jesteście inteligentni i posiadacie zdrowy sąd o rzeczach, a jednak wszyscy trzej nieustannie żartujecie z liceów żeńskich; przyznajcie, że was to gniewa, że naprzykład ja uczyłam się podług tego samego programu nauk co wy w męzkiem gimnazyum?... Lecz to naigrywanie się z nas, uczennic liceów, jest ogólnem, oto poprostu mężczyźni lękają się naszej konkurencyi, przyznajcie, że na dnie waszych żartów jest coś podobnego do podbudzonego współzawodnictwa?...
Wszyscy trzej zaprotestowali, twierdząc, że są zwolennikami kierunku zapewniającego kobietom dostęp do wszystkich szkół bez wyjątku. Marya wiedziała, że tak rzeczywiście myślą, lecz chciała im w dalszym ciągu dokuczać.
— Nie wierzę, nie wierzę w szczerość tych protestów, jesteście zacofańcami, moi drodzy... O, wiem ja dokładnie, co zarzucają żeńskim liceom ludzie dobrze myślący... A więc najpierw bezwyznaniowość ich kierunku, bo ludzie stateczni twierdzą, że dziewczętom koniecznie trzeba wszczepiać religijne zasady, albowiem tylko religia zdoła je utrzymać na drodze moralności. Zamożniejsza burżuazya zarzuca demokratyczność liceom. Panie, mieszkające w bogatych apartamentach, nie mogą się pogodzić z myślą, że ich córki spotykają się tam z ubogiemi dziewczętami, z klasy roboczej, które korzystają z bardzo licznych stypendyów rządowych. Wreszcie zdarza się często, że dziewczyna, wychowana w liceum, wie i umie daleko więcej, aniżeli rodzina, do której wraca po szkolnych godzinach. To ją emancypuje, uczy postępować z własnej inicyatywy, a taka śmiałość przeraża nietylko jej matkę, lecz ojca i braci. Ale nic już nie powstrzyma kobiet od garnięcia się ku nauce, i tylko tą drogą możemy stanąć z wami na równi, jeżeli zaś będziemy przez to współzawodniczyć, to ogół tylko na tem zyska. Lecz dość już tego, chłopcy, przyznajcie, że i wy pragniecie, by społeczeństwo jak najszybciej pozbyło się swoich uprzedzeń i by mogło rozwijać się normalnie, bez różnicy płci... chłopcy, odpowiedzcie szczerze?...
— Naturalnie, że tego pragniemy! — zawołał Franciszek. — Wszyscy trzej mamy jednakowe poglądy na tę kwestyę.
Marya uśmiechnęła się, i znów rzekła spokojnie, haftując:
— Żartowałam, żartowałam, wiem że są gorsi od was. A nawet szczerze wyznając, ja nie żądam tyle, ile wy żądacie. Znajduję, że kobiety dopominające się równouprawnienia mają słuszność, bo przecież jasną jest rzeczą, że kobieta powinna stać na równi z mężczyzną, swoim naturalnym towarzyszem... Natura stworzyła ich odmiennymi, lecz tego samego gatunku. Zepchnięcie kobiety na jakieś podrzędniejsze stanowisko nastąpiło skutkiem nieporozumienia, które musi przeminąć i już przemija... Co do mnie, wyznaję, że bardzo jestem zadowolnioną, iż mogłam ukończyć liceum, bo to mnie rozwinęło i chociaż nie mam najmniejszej pretensyi do uczoności, rada jestem, że mam chociażby pojęcie o różnych gałęziach wiedzy, i że nie jestem ciemną jak jeszcze tyle innych... Zdaje mi się, że temu zawdzięczam moją wesołość, równowagę umysłu a może nawet moje zdrowie, tak pod względem fizycznym jak i moralnym.
Marya bardzo lubiła wspominać czas spędzony w liceum Fénelona. Była tam jedną z lepszych uczennic w klasie a podczas rekreacyj jedną z najswawolniejszych. Wśród pięciu żeńskich liceów w Paryżu, liceum Fénelona było najliczniej uczęszczanem. Uczennice były w znacznej części córkami urzędników, lub profesorów i zamierzały być następnie nauczycielkami, zdobywając patenty różnych stopni, niektóre zaś obiecywały sobie dotrzeć aż do najwyższej szkoły normalnej w Sèvres. Marya nie czuła w sobie pociągu do nauczycielskiego zawodu, chociaż po śmierci ojca, gdy pozostała na bruku, była zdecydowana zarabiać na swe utrzymanie lekcyami, ale Wilhelm uratował ją od tej ciężkiej doli, włączając sierotę do swej rodziny. Marya, nie chcąc, by cały ciężar jej utrzymania spoczywał na barkach nowego jej opiekuna, zarabiała na osobiste swoje wydatki kolorowemi haftami, które wykonywała z zadziwiającą zręcznością.
Wilhelm, w milczeniu, lecz z uśmiechem, przysłuchiwał się rozmowie Maryi z trzema chłopcami. Lubił gdy mówiła, lecz pociągała go przedewszystkiem jej szczerość, zacność łącząca się z równowagą serca i rozumu. Wiedziała ona o wszystkiem. A jeżeli ta teoretyczna wiadomość życia pozbawiła ją owego uroku naiwności, jaki się zwykło podziwiać w młodych pannach przypominających białe owieczki, to natomiast Marya posiadała serce i myśli rzeczywiście czyste, niezmącone hipokryzyą pokątnie prowadzonych rozmów i uprawianych nadużyć. Nie było w niej obłudy, ani przewrotności, bo każdą rozbudzoną ciekawość mogła zaspokoić, pytając wprost o wytłomaczenie, a świadomość nie odbierała jej świeżości uczuć i poglądów. Pomimo, że już ukończyła lat dwadzieścia sześć, rumieniła się jak dziecko a wiedząc o tem, żenowała się tego, co jeszcze silniej różowiło jej policzki.
Naraz Wilhelm odezwał się do niej:
— Dobrze robisz, że trzymasz tych chłopców w ryzie... Wreszcie, ty, moja droga Maryo, zawsze masz racyę, nawet gdy utrzymujesz, że nikt lepiej od ciebie nie potrafi ugotować jaj na mięko, bo prawdą jest, że potrawy przyrządzone przez ciebie są najsmaczniejszemi ze wszystkich.
Chociaż nie było ku temu przyczyny, Marya zaczerwieniła się, a czując to pokraśniała jak piwonia. Chłopcy, spostrzegłszy jej zakłopotanie z tego powodu, zamienili się spojrzeniami, uśmiechając się złośliwie. Zgromiła ich wzrokiem, ale oburzona sama na siebie, zwróciła się do Piotra, mówiąc:
— Czy pan kiedy widział równie niedorzeczną starą pannę jak ja, rumienię się byle z jakiej przyczyny, sama nie wiem dla czego... A ci niepoczciwi chłopcy, wiedząc że mnie to gniewa, dotąd mi dokuczają, dopóki się nie zarumienię! Nie chcę się rumienić, ale gdy tylko o tem pomyślę, krew uderza mi do głowy wbrew mojej woli.
Babka, podniósłszy oczy od bielizny, którą cerowała bez okularów, uśmiechnęła się, patrząc na Maryę i rzekła.
— Nie narzekaj na tę swoją właściwość, to serce twoje mówi w ten sposób, że żywo bije w twojej piersi.
Zbliżyła się godzina śniadania. Zdecydowano że stół zostanie nakryty w pracowni, co czasem miewało miejsce, gdy chciano uczcić obecność kogoś z gości. A dziś podwójna była przyczyna takiej uroczystości, niespodziewany powrót Wilhelma i pozostanie z nimi Piotra. W jednej chwili stół został zasłany białym obrusem a jasne, wesołe promienie słońca dodawały blasku skromnej zastawie improwizowanej braterskiej uczty. Jaja na mięko, które Marya sama z kuchni przyniosła w salaterce wysłanej serwetą, zyskały ogólne pochwały, jak również masło i wiosenne rzodkiewki. Po kotletach, na deser, był tylko ser ze śmietaną, lecz był wyśmienity. Spożywano śniadanie przy stole w pobliżu oszklonej ściany, spoglądając na Paryż, który swym ogromem wypełniał horyzont, śląc przyciszony odgłos wrącego swego życia.
Piotr silił się na dobry humor, lecz pomimo to był smutny i milczący. Wilhelm, przypomniawszy sobie, że widział w ogrodzie przed pracownią bicykle, oparte o drzewa, zapytał się Maryi, gdzie była dziś na zwykłym rannym spacerze. Okazało się, że w towarzystwie Franciszka i Antoniego zrobiła wycieczkę do Orgemont. Opowiadała, że spacer udał się wybornie, tylko, by dostać się na szczyt wzgórza, musieli zsiąść z bicyklów i, pieszo idąc, prowadzić je przy sobie. Śmiejąc się, zaczęła podnosić zalety takich wycieczek. Odbywając je rankami, nie dłuży się po nich całodzienne siedzenie nad robotą, a w nocy śpi się jak kamień. Bicykl był dla niej przedmiotem niewyczerpanych pochwał, a gdy spostrzegła, że Piotr patrzy na nią z pewnego rodzaju przerażeniem, oświadczyła, że się postara przekonać go o przyjemnościach tego sportu. Odtąd, aż do końca śniadania, była mowa tylko o jeździe na bicyklu; nawet milczący zawsze Tomasz ożywił się, opowiadając o nowych udoskonaleniach jakie wprowadzono w budowie bicyklów w fabryce Grandidiera. On sam trochę się do tego przyczynił, wprowadzając pewne zmiany dozwalające na szybszą jazdę bez potrzeby mnożenia wysiłku. Lecz głównie mówiono o wycieczkach już odbytych albo na przyszłość zaprojektowanych, a Marya i trzej chłopcy wspominali o tem z uciechą dzieci wypuszczonych na upragnioną zabawę na świeżem powietrzu.
Babka, która prezydowała przy stole w roli pani domu, pochyliła się do ucha Wilhelma siedzącego przy niej. Piotr domyślił się, że mówiła mu o dacie jego ślubu, który z różnych przyczyn powinien zostać nieco odłożonym. Projekt małżeństwa Wilhelma z Maryą był przedewszystkiem dziełem babki, oraz trzech jej wnuków; czuli oni, że ojciec nigdyby się nie ożenił z obcą im kobietą, w danym zaś wypadku zgodził się z ochotą, bo prawie żadna zmiana nie miała zajść w dotychczasowem szczęśliwem życiu całej rodziny, do której Marya od tak dawna już należała. Zamieniwszy się kilku zdaniami, babka i Wilhelm zdecydowali, że ślub, zamiast w kwietniu, powinien odbyć się w czerwcu.
Marya usłyszawszy to, wesoło spojrzała w ich stronę, a babka zapytała ją:
— Jak sądzisz, moja droga, wszak w czerwcu będzie najlepiej?...
Piotr był przekonany, że Marya zarumieni się skutkiem tego pytania. Lecz omylił się. Kochała ona Wilhelma spokojnem przywiązaniem i zgodziła się zostać jego żoną, osądziwszy, że to jest rozsądne i zgodne tak z jej jak i ze szczęściem tej rodziny, którą ukochała całą głębokością swych uczuć.
— Jeżeli uważacie, że tak będzie najlepiej, to ja nic nie mam przeciwko temu. Zatem z końca kwietnia przenosimy datę na koniec czerwca...
Trzej synowie skinieniem głowy przyświadczyli, że i oni znajdują, iż tak będzie najwłaściwiej.
Po skończonem śniadaniu, Piotr zaraz chciał odejść. Pomimo swobodnego, wesołego zachowania się całej rodziny Wilhelma, czuł się tutaj obcy i samotny. Wszystko drażniło go, chociaż dopatrzeć się nie mógł przyczyny; zwłaszcza miał niechęć do Maryi; dla czego była ona taka pełna spokoju, dla czego tyle w jej słowach było pewności siebie, tyle wesołości, tyle śmiechu?... Irytowała go i czuł, że dłużej nie jest w stanie przeciągnąć swej wizyty. Więc znów zaczął mówić o konieczności załatwienia różnych spraw w Paryżu i, uścisnąwszy dłonie obecnych, nie wyłączając babki i Maryi, skierował się ku wyjściu, chociaż widział, że wszyscy są zdziwieni pośpiechem, z jakim ich opuszczał. Wilhelm, po próżnych usiłowaniach zatrzymania brata, odprowadzając do drzwi domu, zatrzymał się z nim w ogrodzie, pragnąc, by się wytłomaczył.
— Powiedz, dla czego się tak śpieszysz?... Dla czego od nas uciekasz?...
— Bo muszę, mam pilne interesa do załatwienia w mieście.
— Nie wierzę ci, bracie; dla czego nie chcesz szczerze mi powiedzieć?... Nie przypuszczam, by cię kto raził w mojej rodzinie?... By cię kto dotknął jakim nieoględnem słowem. Oni wszyscy niedługo cię pokochają, tak jak ja pokochałem!
— Może to nastąpi, skoro mnie o tem zapewniasz, lecz ja na nikogo się nie uskarżam, a właściwie mógłbym tylko uskarżać się na samego siebie...
Wilhelm, znający zblizka naturę i myśli Piotra, nagle się zatrwożył i rzekł z czułością:
— Bracie, ukochany mój bracie, jakże serdecznie mi żal ciebie! A przytem jest mi niewypowiedzianie przykro, że nie chcesz się przezwyciężyć, by mi powiedzieć rzeczywistą przyczynę, jaką ukrywasz przedemną... Czy znów mnie od siebie odtrącasz? Czyś już zapomniał, żeśmy się odnaleźli, pokochali i że jesteś niezmiernie drogim sercu mojemu? Pozwoliłeś mi się poznać, odkryłeś przedemną tajemnicę swoich udręczeń, wyspowiadałeś się przedemną, jak ja przed tobą, teraz już nic nie może nas rozłączyć, przeszłość nawiązała się z teraźniejszością. Piotrze, ja nie chcę, abyś popadł w swoje rozpaczliwe zwątpienie, ja nie chcę, abyś cierpiał, ja muszę cię uleczyć i nauczyć, kochać życie i podziwiać jego piękno!
W miarę, jak słuchał słów brata, Piotr uległ roztkliwieniu i serce rozpierało mu piersi. Nie mogąc powstrzymać łez, zawołał:
— Chcesz przedsięwziąć rzecz niemożebną! Zapomnij o mnie i o moich bólach... Są one nieuleczalne. Wierzaj mi, bracie, że nic nie możesz dla mnie uczynić, bo jestem po za naturą, jestem potworem!
— Nie mów tego, nie bluźnij! Jeżeli wyszedłeś po za naturę, to możesz ku niej powrócić! Lecz nie chcę, abyś się zamykał samotnie w swoim dworku w Neuilly, bo sam sobie pozostawiony, poddajesz się goryczy rozmyślań o nicości, w której ci się zdaje, że jesteś pogrążony. Bracie, przychodź do nas i żyj pomiędzy nami! Zobaczysz, że sam nasz widok pogodzi cię z życiem! Nauczymy cię kochać życie i zapragniesz pójść za naszym przykładem!
Piotr rzeczywiście z odrazą myślał o samotności swego dworku w Neuilly. Miał pewność, że jeszcze gorzej mu będzie teraz po tych kilku tygodniach, spędzonych w towarzystwie Wilhelma. Błogie te dni już nie powrócą! A jakże łatwo przywykł do słodyczy życia z tym ukochanym bratem. Tak, gorzej mu będzie teraz, aniżeli było kiedykolwiek! Pod naciskiem tej myśli wyznał:
— Żyć wśród was? — Ty chcesz, abym dnie moje pędził tutaj? Ach, właśnie rzecz taka byłaby trudniejszą nad wszystko inne! Lecz pocóż ty mnie zmuszasz do wypowiadania się z rzeczami, których się wstydzę, których nawet nie rozumiem. Wszak musiałeś dostrzedz, że byłem skrępowany, nie swój, a dla czego — sam jasno nie zdaję sobie sprawy, lecz zapewne dlatego, że wy wszyscy pracujecie, a ja jestem człowiekiem bezczynnym, przymusowym próżniakiem, przytem widok waszego wzajemnego przywiązania rodzinnego drażni mnie, a także drażni mnie wiara was wszystkich w potrzebę pracy i wysiłku, bo ja nie jestem zdolny kochać, nie jestem zdolny pracować, nie jestem zdolny wierzyć w potrzebę wysiłku i jakiegokolwiek zadania. Znalazłszy się w twoim domu, uczułem, że jestem zbyteczny, byłem skrępowany i byłbym was krępował. Wyznam ci, że widok was wszystkich drażnił mnie i czuję, że mógłbym zacząć was nienawidzieć. Widzisz, bracie, że jestem bezwarunkowo zgubiony; już nic we mnie nie pozostało dobrego, wszystko spróchniało, wymarło, a ożyć we mnie może tylko zazdrość, albo nienawiść. Pozwól więc, bym powrócił do mojej przeklętej samotności, by rozgoryczenie rozpaczy przetrawiło resztki tego nędznego mojego życia! Żegnam cię, bracie!
Uniesiony wzruszeniem, Wilhelm ujął obie dłonie Piotra, wołając:
— Nie chcę, byś mnie żegnał w ten sposób, nie puszczę cię, dopóki nie dasz mi stanowczego przyrzeczenia, że niedługo tu powrócisz. Teraz, gdym ciebie odzyskał, poznał i pokochał, nie pozwolę ci, byś się tak marnował, jak dotąd. Nie pozwolę, byś konał z cierpienia. Wyleczę cię i zbawię, pomimo twej woli; pozbędziesz się katuszy zwątpienia. Ty mnie uratowałeś, teraz ja cię muszę uratować! Zobaczysz, jak łatwo to przyjdzie, bez nawracania cię na jakiekolwiek wierzenia, wprost — drogą przykładu, bo tylko życie i jego objawy przywrócą ci zdrowie i rozbudzą nadzieje. Bracie mój, zaklinam cię na pamięć naszych rodziców, zaklinam cię na braterskie nasze przywiązanie, które cudem odzyskaliśmy z taką radością serc naszych, błagam cię przychodź tutaj codziennie i bądź świadkiem naszych zajęć, bądź towarzyszem naszego życia... Przekonasz się, że przy pracy, którą się miłuje, wśród ludzi blizkich sercu, nie można być nieszczęśliwym. Trzeba obrać właściwą dla siebie pracę, otworzyć serce przywiązaniu, a wtedy życie posiada cel, nabiera uroku i staje się przystępną dla każdego szczęśliwością.
— Po co mam tego pragnąć?... Niewarto!... Wreszcie dla mnie nie może być żadnego celu, a pracować i kochać już nie potrafię!
— Bracie, ja tobie znajdę zadanie do spełnienia, a gdy miłość swem tchnieniem ożywi ci serce, nauczysz się kochać. Lecz teraz jednego tylko wymagam od ciebie: chcę, byś mi przyrzekł często nas odwiedzać...
Widząc że Piotr ociąga się z daniem przyrzeczenia, że się uparł w swem postanowieniu zrzeczenia się życia i śpiesznego powrotu do obezwładniających go samotnych rozpaczy, dodał:
— Nie myśl, że chcę cię łudzić, przedstawiając ci same pomyślne strony życia... ach, wiem dobrze, iż świat nie jest tylko rozkoszą! Prawda i sprawiedliwość rzadko się dziś spotykają z rzeczywistością... a sprawy ludzkie jeszcze kuleją... Chociażby sprawa Salvata... ileż przedstawia cierpienia, budząc w sercu gniew i bunt przeciwko wadliwości naszego ustroju społecznego... Tak, Salvat zawinił, niezaprzeczenie zawinił, lecz ileż okoliczności uwzględnia i łagodzi czyn jakiego się dopuścił! A jakże będzie mi on drogim i sympatycznym, jeżeli winy nas wszystkich jemu zostaną przypisane, jeżeli polityczne bandy przywłaszczą go sobie, by go wyzyskać, a wyzyskując, pędzić ku zdobyciu władzy! Myśl o tego rodzaju nadużyciach doprowadza mnie często do prawdziwej rozpaczy i bywają chwile, że jestem rozgoryczony na równi z tobą... Ale, bracie, nie trzeba się poddawać zwątpieniu... Ulegnij moim naleganiom... przyrzecz mi, że nie dalej, niż pojutrze, wrócisz tutaj i spędzisz dzień pomiędzy nami...
Lecz Piotr milczał, więc Wilhelm z tkliwszą jeszcze czułością prosił:
— Czyż chcesz, abym był nieszczęśliwy z twojego powodu?!... Bo pomyśl, jak bolesnem mi będzie, jeżeli tu nie przyjdziesz, a ja będę wtedy miał pewność, że cierpisz katusze, zamknąwszy się w pustym swoim domu... bracie, pozwól mi się radować nadzieją, iż poddasz się mojej woli, bo pragnę cię uzdrowić, pragnę cię wybawić od ciebie samego.
Łzy nabiegły do oczów Piotra i szepnął głosem złamanym:
— Nie przymuszaj mnie do dania ci stanowczej obietnicy... Postaram się przezwyciężyć.
Niezmiernie ciężki tydzień Piotr przeżył w cichym, samotnym swoim dworku w Neuilly. Przez całe siedm dni z niego nie wyszedł, zrozpaczony, że nie odnajduje przy sobie owego starszego brata, którego odzyskawszy, pokochał z całej duszy. Jeszcze nigdy mu tak nie zaciążyła samotność i nigdy gorycz zwątpienia nie wżarła mu się głębiej w rozbolałe serce. Wielokrotnie zrywał się i chciał biedz na Montmartre, czując, że tam może znajdzie uleczenie, bo tam ujrzy szczerość przywiązania, prawdę i życie. Lecz za każdym razem powstrzymywał się, bo ogarniał go jakiś nieokreślony przestrach, wstyd, a także i wrażenie, iż przybywszy tam, znów się uczuje nieswój, skrępowany, obcy. Wszak jest księdzem, zatem nie jest człowiekiem, jest istotą żyjącą po za naturą, skazańcem na wieczną samotność, po za obrębem miłości i wszystkich spraw ludzkich, zatem pocóż ma tam iść, by szukać nowego cierpienia nowych ran, które mu nasuwa widok istot żyjących podług wymagań natury, istot znających dobro swobody, pracy i zupełnego zdrowia, zdrowia ciała, umysłu i serca. Błąkał się po otwartych pokojach swego dworku i wywoływał w pamięci postacie rodziców; zdawało mu się, że smutne ich cienie jeszcze nie przestały toczyć walki, jaką wiedli z sobą za życia. Bolejące ich głosy obijały się o serce Piotra, żałośnie go błagając, by ich pojednał w sobie, znalazłszy spokój dla samego siebie. Cóż miał uczynić, by zadowolnić ich życzenie?... Czy miał płakać i rozpaczać wspólnie z temi ukochanemi cieniami?... Czy też miał biedz do domu brata i szukać przy nim uleczenia?... Czyż znalazłszy wytchnienie zadowolni ich oboje i dozwoli im na spoczynek, jakiego nie znajdują, tocząc walkę z sobą w sercu syna?... Któregoś dnia, gdy się zbudził, zdawało mu się, że widzi uśmiechniętą twarz ojca, który mu rozkazuje, by śpieszył się z pójściem do Wilhelma, a za twarzą ojca ujrzał łagodne oblicze matki, zgadzające się, by tam szedł, bo smutno jej i niezmiernie ciężko, że uczyniła z niego złego księdza, zatem woli, by zapomniał o tem jej życzeniu i żył odtąd z myślą znalezienia własnego spokoju, dzieląc zadanie wszystkich innych ludzkich istot na ziemi.
Piotr szybko się ubrał, i wyszedłszy z domu wskoczył do dorożki, dając adres Wilhelma; nie chciał się zastanawiać, nie chciał myśleć, bo lękał się, że wtedy znów da się unieść rozpaczliwym swym postanowieniom i zawróci, by zamknąć się w samotnym swoim kącie. Prawie jak gdyby na jawie ujrzał się w wesołej pracowni Wilhelma. Gdy tam przybył, wszyscy powitali go z radością, a wiedzeni delikatnością serca, nie czynili mu wymówek; zdawało się, że dopiero wczoraj pożegnał się z nimi. Niespodziewanie stał się świadkiem sceny, która go zastanowiła, a zarazem przyniosła mu ulgę.
Marya nie wstała, by go powitać. Ledwie że skinęła głową i dalej siedziała w milczeniu, blada, z zachmurzonem czołem. Babka, spojrzawszy na nią, rzekła do Piotra łagodnie, lecz z powagą:
— Niechaj pan wybaczy zachowanie się Maryi... Lecz jest na nas zagniewaną, na nas pięcioro...
Wilhelm głośno się roześmiał, objaśniając:
— Uparciuch... niedobry, niepoczciwy z niej uparciuch! Nie możesz sobie wyobrazić, Piotrze, co się dzieje w głowie tej dziewczyny, jeżeli spotka w nas pogląd niezgadzający się z własnym jej poglądem... obecnie różni nas kwestya zapatrywań na sprawiedliwość... wyznaję, że ma ona pod tym względem wyższe, absolutniejsze zapatrywanie... Mówiliśmy o procesie, który i ty znać musisz z dzienników?... Ojciec skazany został na podstawie zeznań syna... Otóż Marya utrzymuje, że syn miał słuszność, wypowiadając prawdę, bo prawda powinna być wyznaną, nie zważając na żadne postronne względy... Cóż ty mówisz na taką bezwzględność?.. Niebezpieczne stworzenie z tej naszej dziewczyny!...
Marya, zniecierpliwiona uśmiechem Piotra, odmawiającym jej słuszności, uniosła się, wołając:
— Wilhelmie, jesteś niedobry!... Nie chcę, abyście się ze mnie wyśmiewali!
— Maryo uspokój się, bo mówisz dzieciństwa, rzekł, śmiejąc się, Franciszek, a Tomasz i Antoni śmieli się z nim do spółki. — Czyż nie rozumiesz, że ojciec i my bronimy tutaj tezy ludzkości, bo chyba nie wątpisz, że sprawiedliwość czcimy nie mniej gorąco, jak ty ją czcić możesz.
Wilhelm starał się ją przekonać, że upierała się niesłusznie, lecz spokojne jego słowa wywołały ostateczny wybuch z jej strony. Drżąca z gniewu, wstała i, zrozpaczona, rzekła prawie nieprzytomnie.
— Widzę, żeście się wszyscy uwzięli, by mi dokuczać... ach, jacy wy niedobrzy, jacy wy źli jesteście... Wolę ztąd odejść i zamknąć się w swoim pokoju!
Napróżno babka chciała ją powstrzymać słowami:
— Nie rób tego... zastanów się... będzie ci potem wstyd...
— Muszę odejść, bo mi zanadto dokuczacie, nic mnie tak nie oburza, jak niesprawiedliwość!
Zagniewana, poszła na górę do swego pokoju. Gwałtowne odejście Maryi wywołało na wszystkich przykre wrażenie. Sceny tego rodzaju powtarzały się dość często, lecz nie miały tak ostrego charakteru. Wilhelm zaczął sobie przypisywać winę; nie powinien był z niej żartować, widząc że ona bierze rzecz na seryo, bo przecież wiedział, że w takich razach ironia pobudza ją do gniewu. Opowiadał teraz Piotrowi, że Marya miała dawniej jeszcze gwałtowniejszy charakter, wszystko, co jej się wydawało niesprawiedliwością, doprowadzało ją do rozpaczy manifestującej się atakami nieprzytomnego uniesienia, a gdy atak gniewu przeminął, twierdziła, że nie mogła zapanować nad sobą. Wraz z wiekiem następowało pewne uspokojenie w jej charakterze, jednakże pozostała upartą, a wtedy bywała kłótliwą. Wstydziła się tego i czuła, że nieraz staje się nieznośną dla otaczających ją osób; chcąc więc tego uniknąć, w chwilach gniewu, zamykała się w swoim pokoju.
Zaledwie upłynął kwadrans, a już zeszła do pracowni uspokojona, lecz jeszcze czerwona po silnem wzburzeniu wewnętrznem. Wszakże śmiejąc się, wołała, będąc jeszcze na schodach:
— Jestem niedorzeczna i niedobra, a będąc taką, innych o to posądzam!... Ksiądz Piotr ładne będzie miał o mnie pojęcie!
Zbliżyła się do babki i zaczęła ją całować:
— Babciu, proszę się na mnie już nie gniewać, proszę mi przebaczyć!.. O, teraz niech się Franciszek ze mnie śmieje, i Tomasz, i Antoni... Mają słuszność, wyśmiewając się ze mnie... zasługuję, by tak było...
— Droga Maryo — rzekł Wilhelm z czułością — wiesz, że cię kochamy, więc nie bierz do serca tego, co nazywasz wyśmiewaniem się naszem... Poprostu, nie zgadzamy się na twoją absolutność. Na szczęście, ta twoja absolutność objawia się jedynie w kwestyach, odnoszących się do sprawiedliwości... I właśnie dziwię się, że ty, taka rozsądna i zawsze pobłażliwa, gdyż nawet od życia nie wymagasz więcej, niż ono dać może, zaślepiasz się i stajesz się bezwzględną w swych poglądach na sprawiedliwość... Lecz któż z nas nie ma swoich uprzedzeń!...
Marya uśmiechnęła się żartobliwie:
— To mnie chroni od doskonałości!...
— Tem lepiej, że nie jesteś doskonałą! Tem właśnie jesteś nam bliższą i więcej przez nas kochaną!
Piotr byłby chętnie powtórzył słowa brata. Cała ta scena wywarła na niego silne wrażenie, lecz nie byłby w stanie sformułować właściwej tego przyczyny. Wszak męczarnie, jakie zatruwały mu życie, pochodziły ztąd, że zawsze we wszystkiem pragnął absolutu. Pragnął całkowitej wiary, a nie mogąc jej posiąść, rzucił się z rozpaczy w całkowitą negacyę. Gdy zaś pustka zapanowała wśród gruzów, w jakie popadły dawne jego wierzenia, zamknął się w samotności i życiem swem pozyskał miano świętego kapłana, lecz czyż romantyczna ta poza, jaką sobie obrał, nie była czem innem, jak tylko zaślepieniem dumy, nie chcącej przyznać dotychczasowej pomyłki w doszukiwaniu się bezwzględności? Przed chwilą, gdy Wilhelm chwalił Maryę, że nie żąda od życia więcej, niż ono dać może, Piotr pochwycił te słowa, zdawało mu się, że to jemu brat przesyła taką radę i uczuł orzeźwiający tego skutek. Wszakże na razie nie zastanawiał się nad tem bliżej, był tylko rad, że zastał Maryę gniewną i że przyczyna tego wzburzenia ma coś wspólnego z własnem jego usposobieniem. A może ta dziewczyna raziła go dotąd przypuszczalną swoją doskonałością?... Nie wiedział czemu to przypisać, lecz chętnie z nią dziś rozmawiał, a wyszedłszy z dworku Wilhelma, uznał, że jest bardzo dobrą i bardzo ludzką.
Na trzeci dzień Piotr powrócił do pracowni patrzącej na Paryż ze szczytu wzgórza Montmartre. Odkąd spostrzegł, że był próżniakiem, nudził się i dobrze mu było tylko wśród pracowitej rodziny brata. Zrobiono mu wymówkę, dlaczego nie przyszedł wcześniej, by zasiąść do wspólnego śniadania, przyrzekł, że jutro przybędzie o właściwej ku temu porze. Zaledwie minął tydzień, a Piotr z zadziwieniem spostrzegł, że pomiędzy nim a Maryą wyrodził się blizki, koleżeński stosunek; już nietylko niczem go nie raziła, lecz czuł dla niej wzrastającą sympatyę. Spostrzegł, że jego strój księży bynajmniej ją nie powstrzymuje od swobodnego z nim obejścia, Marya bowiem, będąc z przekonania ateistką, nie była w stanie dopuścić myśli, że księża mogą być odmiennymi od innych istot ludzkich. Cieszył się szczerze, doznając z jej strony braterskiego obejścia, wdzięcznym jej był, że go traktowała, jakby we wszystkiem był podobnym do innych ludzi, chociażby do tych trzech synów Wilhelma, których z radością uważał teraz za swoich bratanków. Nigdy z nim nie poruszała w rozmowie kwestyj religijnych. Zdawały się one nie istnieć dla niej. Czuła się szczęśliwą i spokojną, nie troszcząc się o życie pozagrobowe, rzeczy nadprzyrodzone i boskie, a Piotr podziwiał w niej tę obojętność na sprawy, które dotąd zakłócały mu jego istnienie, nęcąc i przerażając swoją tajemniczością. Wszak tylko z tego powodu bolał nad pustką, jaka w nim zapanowała, gdy nastąpiło w nim ostateczne zwątpienie.
Chociaż przychodził teraz co dwa, lub trzy dni wszakże nie mógł się otrząsnąć z cierpienia, które się z nim zrosło. Dlaczego cierpiał?..! Rozpytywała go z serdeczną przyjaźnią, lecz odpowiadał jej wymijająco. Zrozumiała, że wstydzi się wyznać przed nią tajemnicę swych myśli, lecz pragnęła uleczyć to, co on uważał za nieuleczalne. Cierpienie, jakie w nim odgadywała, tem droższym go czyniło dla jej kobiecego serca, przepełnionego współczuciem, i wpatrywała się w jego twarz bladą i rozgorączkowane oczy, pytając sama siebie, jaką przeżywał męczarnię, z której nikomu się nie zwierzał? Zapewne musiała wypytywać się Wilhelma, dlaczego brat jego jest tak smutnym i zrozpaczonym, a Wilhelm zwierzył jej część prawdy, pragnąc, by mu dopomogła uratować go i zachęcić do umiłowania życia. Odtąd obchodziła się z nim jak z bratem i jak z przyjacielem. Ujęty jej serdecznością, Piotr któregoś wieczoru, naglony przez nią, by wyspowiadał się jej ze swego bólu, wyznał prawdę, odsłonił przed nią katuszę, jaką cierpiał utraciwszy wiarę, i jak nic nie zdoła go pocieszyć i wypełnić próżni, w której się czuł na zawsze pogrążonym. Ach, jakże okropnem było dla niego nieposiadać wiary, nie módz już miłować, być tylko zimnym popiołem, bo szukał, a nic nie znalazł, by utraconą pewność Boga zastąpić jaką inną pewnością. Marya patrzała na niego, osłupiała z podziwu. To waryat, pomyślała, a nieznajdując nic innego do powiedzenia, powtórzyła mu to głośno, w nadmiarze oburzenia i buntu, iż można tak śmiertelnie rozpaczać z tak bezpodstawnej przyczyny. Odwracał się od życia, rozgoryczony, bolał, że miłować już nic nie jest w stanie, i dlaczego? Bo hipoteza bóstwa się rozprysła! Tak, waryat! Bo czemuż, zamiast gonić za niedoścignionem, nie patrzał na świat, do którego należał, na życie z całym szeregiem obowiązków, jakie ono wkłada na każdą ludzką jednostkę? Dlaczegoż nie miłował ludzi i wszystkich istot i tworów, potrzebujących pomocy i wzywających serca do podziwu swego piękna? A wszak pozatem wszystkiem było jeszcze tyle do spełnienia w imię solidarności społecznej, w imię, tego, iż każda jednostka obowiązaną jest do spełnienia własnego zadania. Tak, był waryatem i szaleństwo jego miało w sobie wiele dramatyczności, lecz kiedy się wypowiedział, to można będzie go z tego wyleczyć. Przysięgła sobie, że wszelkich starań do tego użyje.
Tak więc Piotr, który początkowo raził ją, a potem zadziwiał, stał się obecnie powodem wielkiego jej współczucia. Była z nim słodką, wesołą, postępowała z ujmującą delikatnością kobiecego serca. Mieli oboje mniej więcej jednakowe wspomnienia z lat dziecinnych. Matki ich były bardzo pobożne i wychowywały swe dzieci w tej samej ciasnocie pojęć religijnych. Lecz następnie jakże odmienne były losy Piotra i Maryi! Podczas, gdy on, zostawszy księdzem, walczył z oblegającymi go powątpieniami, ona zaraz po śmierci matki umieszczona w liceum Fenélona, rosła zdala od wszelkich praktyk religijnych i zapominała o pobożnych przyzwyczajeniach, narzucanych jej od lat dwunastu. Piotr nie mógł się wydziwić, że zdołała się wyswobodzić z taką łatwością z wierzeń, które, rozpadając się w nim, doprowadziły go do zupełnego upadku. Gdy jej to mówił, śmiała się wesoło, utrzymując, że piekło nigdy jej nie przerażało, bo nie mogła uwierzyć w jego istnienie, a niebo nie nęciło jej i z łatwością przestała o niem myśleć, znajdując, że rozsądniej jest zapoznać się z ziemią, na której istniała, by spędzić tu całe swoje życie. Zapewne odmienne mieli usposobienie, lecz także i w odmiennych kształcili się warunkach. Marya nauczyła się myśleć w otoczeniu, które zajmowało się wyłącznie doczesnością, a trzeźwy jej umysł zastosował się do tego, odczuwając i zapominając wszystko, co nie mogło mieć naukowo stwierdzonej podstawy. Wiedzę chwytała z ciekawością, chociaż brakowało w tem systematyczności, a pomimo, że chciwie się ucząc, posiadała znaczny zasób pojęć naukowych, pozostała kobietą, pełną tkliwości i pieszczotliwego powabu. Dzięki swemu wykształceniu, stała się tylko więcej swobodną, koleżeńską i otwartą.
Podczas jednej z długich swych pogadanek z Piotrem, rzekła:
— Czuję się szczęśliwą, gdy widzę, że otaczające mnie osoby nie doznają żadnej przykrej troski. Osobiście, niewiele wymagam od życia, potrafię się do niego stosować, lubię być czynną i to mi daje wiele zadowolnienia. Wszystkie moje nieszczęścia były spowodowane cierpieniem innych, bo żywo rozbudzona jest we mnie ochota, by wszyscy dokoła mnie czuli się zadowolnionymi, a są tacy niedobrzy, którzy się temu opierają. Lecz wracając do mojego usposobienia, czasami aż dziwiłam się sama sobie, że będąc przez dłuższy czas bardzo ubogą, nie przestawałam być swobodną i wesołą, a tak było, bo rzeczy, które można otrzymać za pieniądze, względną tylko miały dla mnie wartość. A jednakże oburzam się na nędzę, uważam ją za jedną z niesprawiedliwości, które pobudzają mnie do buntu. Rozumiem więc, Piotrze, iż byłeś bardzo nieszczęśliwym, gdyś spostrzegł, że dobroczynność jest niewystarczającym paliatywem, że świadczenie miłosierdzia jest upokorzeniem dla obdarzonego, że coś innego powinno zastąpić dotychczasowe jałmużny. A jednakże one przynoszą ulgę, a przytem jakże miło jest dawać! Ach, lecz lepiej będzie, gdy rozum ludzki znajdzie inne środki przeciwko nędzy, gdy praca i prawidłowe funkcyonowanie społecznego życia, otworzą drogę ku rzeczywistej sprawiedliwości... Lecz dość tego! Czuję, że wpadam w zapał prawienia kazania! A prawdę powiedziawszy, nie mam ku temu powołania. Rozgadałam się, bo sama nie wiem, jakich słów użyć, by trafić do twojego przekonania i przyczynić się do twojego uzdrowienia. Z całego serca pragnę, byś odzyskał moralne zdrowie, byś się pozbył swych czarnych myśli. Lecz na to jedyny widzę środek w tem, byś jaknajwięcej żył w naszem otoczeniu. Wiesz, jak gorąco Wilhelm tego pragnie. My cię pokochamy, i ty nas pokochasz, a widząc, jak nam swobodnie i wesoło płynie życie, postarasz się iść za naszym przykładem, w niczem się od nas nie odróżniać i w niczem się od nas nie odłączać. Sam się nie spostrzeżesz, gdy wciągniesz się do pracy i żyć zaczniesz podług wymagań natury ludzkiej. Chcę, byś nabrał nadziei, że nauczysz się żyć, a zatem kochać i pracować!
Piotr uśmiechał się do mówiącej Maryi i zaczął przychodzić codziennie z Neuilly na Montmartre. Marya była taka pociągająca, gdy mu prawiła nauki, mające przyśpieszyć jego uzdrowienie. A pracownia była taka słoneczna, pełna wesołości i serdecznego rodzinnego przywiązania wszystkich tu zgromadzonych i pracujących w zdrowiu i szczęściu. Piotr, zawstydzony swą bezczynnością, zaczął się przypatrywać robocie Antoniego. Dlaczegożby nie miał spróbować nauczyć się drzeworytnictwa? Ale zatrzymał się, spostrzegłszy, iż trzeba mieć dar, którego nie posiadał. Książki i papiery Franciszka nie pociągały go ku sobie. Miał teraz odrazę ku pracy umysłowej, czując w sobie niezmierne zmęczenie po dotychczasowem zgłębianiu tekstów, których przepadzistości i sprzeczności strąciły go w otchłań, z jakiej z trudem zaczynał się wydostawać. Zwrócił się więc ku ręcznej pracy i pod kierunkiem Tomasza zaczął się rozciekawiać do mechaniki, której dokładność zadawalniała jego pragnienia pewności. Postanowił zacząć od początku i stał się uczniem Tomasza, poruszał miech kowalski, trzymał na kowadle robotę swojego majstra. Czasami zaś był preparatorem w laboratoryum Wilhelma. Nakładał wtedy na sutanę wielki, niebieski fartuch i pomagał bratu ze wzrastającem zajęciem. Wkrótce tak przywykł do życia w pracowni, że przybywał tu od rana, wiedząc, że liczono na niego, jako na stałą siłę roboczą.
Któregoś dnia, około połowy kwietnia, gdy wszyscy po południu pracowali, Marya, która haftowała, siedząc przy babce, podniosła oczy i spojrzawszy na panoramę Paryża, zawołała z zachwytem:
— Ach, jakże Paryż jest piękny w tym deszczu słonecznych promieni!
Piotr zbliżył się do oszklonej ściany i ujrzał ten sam efekt oświetlenia, jaki go zachwycił, gdy przyszedł tu poraz pierwszy. Promienie słońca padały ukośnie z za drobnych czerwonawych chmurek, złocąc i zapalając dachy olbrzymiego miasta. Zdawało się, że ręka ukrytego olbrzyma, rzuca złoty zasiew bogatego ziarna.
Rozmarzony pięknością widoku, Piotr rzekł głośno.
— Słońce rzuca siew swój na Paryż, ztąd patrząc, miasto zdaje się być świeżo zoranem polem, większe gmachy odwalonemi pługiem skibami ziemi, a głębokie, proste ulice bruzdami nierównych zagonów.
Maryi podobało się to porównanie.
— Tak, masz racyę! Słońce rzuca siew swój na Paryż! I patrz, jak wspaniale rzuca ziarno zdrowia i światła na całe miasto, nawet na odległe przedmieścia... A uważaj, patrząc, zdawałoby się, że ukryty siewca skąpszą ręką sieje ziarno w zachodniej dzielnicy, by hojniejsze przygotować plony na lewym brzegu Sekwany i we wschodniej części miasta. A tam właśnie należy się spodziewać najbogatszego żniwa!
Cała rodzina zbliżyła się, by patrzeć na ten obraz symboliczny. Słońce, przedzierając się pomiędzy obłokami, rzucało zasiew życia, jakby z wyborem, padając raz na to miejsce, to znów na inne, lecz w rytmicznym rzucie ziarna, wybierając dzielnice pracy i wysiłku. Płomienna garść zasiewu padła na łacińską dzielnicę, gdzie pracowała młodzież nad szkolnemi księgami. Za chwilę sypnęło się złote ziarno na dzielnicę, pełną fabryk i zakładów przemysłowych.
— Ach, przyszłe żniwo — zawołał wesoło Wilhelm — niechajże ono szybko wzrośnie i dojrzeje w naszym Paryżu, na tej ziemi zoranej tylu rewolucyami, użyźnionej krwią tylu bojowników myśli i czynu! Nasz Paryż jest najpodatniejszym gruntem dla zasiewu myśli! Tylko w Paryżu rozkwit ich może być zupełnym i zbawczym dla świata! Tak, tak, Piotr ma słuszność, mówiąc, że słońce rzuca siew swój na Paryż, rzuca nam ono złote ziarna, z których przyszłość wyrośnie, przyszłość jasna i dobra, jak wielki siewca, darzący nas nadzieją bogatych plonów!
Tomasz, Franciszek i Antoni, stojąc za ojcem, zdawali się być zapowiedzią tych żniw, spodziewanych w przyszłości, a babka ogarniała ich wszystkich wzrokiem, uśmiechając się do rozbudzonych nadziei.
— Ach, to tylko marzenie — szepnął Piotr. — A jeżeli kiedyś spełni się ono, to przedtem długie wieki wyczekiwania jeszcze będą! Nie dla nas ta nadzieja jaśniejszej przyszłości!
— Jeżeli nie dla nas jej spełnienie, to dla tych, którzy po nas przyjdą — zawołała Marya. — A czyż tego nie dosyć?
Szlachetny zapał Maryi wzruszył serce Piotra. Nagle stanęła mu w myśli inna Marya, urocza Marya de Guersaint, którą ukochał w swej młodości, i ujrzał uzdrowioną w Lourdes, a następnie na zawsze utracił... Wszak od tej chwili był przekonanym, że już nigdy serce jego nie drgnie uczuciem, a teraz, patrząc na tę drugą Maryę, zapytywał się, czy nie będzie ona uleczeniem wszystkich jego bólów i rozpaczy? Dobroczynny wpływ jej przyjaźni rozniecał w nim iskry życia, które sądził, że dawno już wygasły.
Długo tak stali w milczeniu, wpatrując się w złote pyły słonecznego zasiewu, a płonące niemi olbrzymie pole Paryża obiecywało je przechować w swem łonie, by w przyszłości bujne wydać plony sprawiedliwości i prawdy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.