Paryż (Zola)/Część czwarta/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Któregoś wieczoru, po całym dniu pracy, Piotr, kończąc swe czynności przy warsztacie Tomasza, zaplątał nogę w swe długie księże ubranie i o mało co nie padł, przenosząc jakiś ciężar.
Marya, będąc tego świadkiem, krzyknęła zaniepokojona, a po chwili rzekła do niego:
— Dla czego nosisz to ubranie?
Powiedziała to bez żadnej skrytej intencyi, jedynie dla tego, że uważała sutanę za ubranie niewygodne, zadługie i zaciężkie.
Lecz słowa Maryi głęboko utkwiły w umyśle Piotra i odtąd bezprzestannie o nich myślał. W pierwszej chwili zadziwiły go tylko, lecz gdy powrócił na noc do swego dworku w Neuilly, słowa te proste, jasne, wciąż stały mu w pamięci, krępowały go, bolały i gorączkowo je powtarzał: „Dla czego nosisz to ubranie?“ Uznawał, że powinien był oddawna zdjąć z siebie tę suknię, będącą dla niego ciężarem i bólem. Dla czegóż dotąd tego nie uczynił? Podczas nocy nie mógł zasnąć, wciąż rozważając przyczyny, wywołując wszystkie już przebyte męczarnie, zawsze ściśle złączone z ową piętnującą go czarną, długą odzieżą.
Przecież zdawało się rzeczą łatwą zrzucić z siebie sutanę, skoro zaprzestał już spełniać obowiązki z nią związane! Od jakiegoś czasu zaniechał odprawiania mszy, a wszak odtąd wyrzekł się kapłaństwa? Tak, lecz mógł jeszcze do tego powrócić, bo zachował pozory, nie zerwał oficjalnie, a czuł, że wraz z dniem, w którym zdejmie sutanę, zajdzie coś stanowczego w jego życiu, przemiana zupełna, bezpowrotna. Nadeszła więc chwila powzięcia stanowczej decyzyi. Godziny mijały, a Piotr, tocząc z sobą bolesną walkę, nie kładł się na spoczynek, chodząc tam i napowrót po obszernej swej sypialni.
Gdzież prysło jego postanowienie wzbicia się ponad samego siebie, by z zaparciem osobistego zadowolnienia, żyć w dzikiej samotności i dumie spełnionych zobowiązań. Utraciwszy wiarę, postanawiał pozostać przykładnym księdzem, czuwającym nad wiarą innych. Brzydził się myślą sprzeniewierzenia się przysiędze, chciał żyć w czystości przyjętych zobowiązań i być kapłanem szerzącym dobrotliwą iluzyę, pomimo pustki, dolegającej własnemu jego sercu. Przebył tak lat kilka i czczono go, jak świętego, wielbiono jego pobożność, lecz było to nową dla niego katuszą, dla niego, wątpiącego o wszystkiem, zaprzeczającego wszystkiemu! Szerzył i utrwalał wiarę on, będący pustym grobowcem, z którego szalejące wichry uniosły ostatnie szczątki, wymiotły ostatnie atomy popiołów! Dla czego kłamał? Dla czego trwał w tak oczywistej sprzeczności, w takiej niezgodzie myśli z czynami? Jeszcze nigdy tego rodzaju skrupuły nie stanęły przed jego umysłem, z tak dokuczliwą jasnością. Czuł teraz jakby rozdarcie całej swojej istoty.
Obwinienia były proste i stanowcze. Jakim prawem pozostawał księdzem religii, w którą już nie wierzył? Czyż uczciwość nie nakazywała mu zerwać z kościołem, którego Boga nie uznawał, dostrzedz go nigdzie nie mogąc. Wszak dogmaty były, podług niego, zlepkiem dziecinnych wymysłów, więc pocóż trwał na stanowisku, nakazującem mu nauczanie ich i podawanie za nieśmiertelne prawdy? Ach, jakże poniżającą grał dotąd rolę! Wzdrygał się teraz i otrząsał we własnem sumieniu. Próżno chciał przywołać na swe usprawiedliwienie dawne płomienne, egzaltowane myśli swoje, gdy w potrzebie męczeństwa i niesienia ulgi cierpiącym, złożył siebie w ofierze i, niepomnąc na własną katuszę zwątpienia, pragnął zachować pozór przykładnego kapłana, by módz krzepić nadzieje w zbolałych sercach, by módz pocieszać złą dolą nękane istoty... Lecz te łagodzące pobudki nie usuwały kłamstwa i czuł odrazę do siebie, jako do apostoła zwodniczych mrzonek. Jak mógł pielęgnować w sobie bezczelnej odwagi przywoływania bóstwa na tłumy kornie klęczące, kiedy wiedział, że to bóstwo przywołanem być nie może?...
Odmienne warunki życia, w jakich Piotr się znajdował od paru miesięcy, silnie na niego musiały oddziałać, prawda i natura chwyciły go na tyle, iż nie mógł się teraz dopatrzeć piękna w swojem dobrowolnem zrzeczeniu się siebie, w swojej roli kapłana zmuszającego się żyć podług reguły i skazującego się na męczeństwo dla niesienia ułudnej pociechy bliźnim.
Czym Marya tłomaczyła sobie jego dotychczasowe kłamstwo? I znów przypomniał sobie jej słowa: „Dlaczego nosisz to ubranie?“ Sumienie szarpało go krwawemi wyrzutami. Marya musiała nim pogardzać, ona tak logicznie, tak szlachetnie myśląca. Wszystko, co sobie teraz zarzucał, zdawało mu się, że jest krytyką przez nią zestawioną nad jego postępowaniem. A jednakże ona nigdy ani jednem słowem nie dała mu tego poznać. Lecz niezawodnie potępiała go w myśli, tylko nie czuła się w prawie mięszania do walki, jaką on toczył z własnem swem sumieniem. Jej spokój i wyrozumiałość w podziw wprowadzały go zawsze. Była rozumną i zdrową istotą, jakże odmienną od niego, który w wiecznym żył zaniepokojeniu i doszukiwaniu niezbadanego! Nieznane nęciło go, a tajemnica pośmiertnego jutra dokuczała mu nieskończonością katuszy. Przypominał sobie, z jaką usilnością chciał pochwycić Maryę w stanie chociażby chwilowego duchowego zaniepokojenia, zwątpienia i trwogi. A gdy jej to wyznał, roześmiała się szczerze, mówiąc, że zbyt gorąco miłuje życie, by mieć ochotę dokuczania sobie chimerami. Pocóż miała marnować czas na paraliżowanie swej energii? Woli jej użyć na spełnianie obowiązków i radowanie się życiem, jakiem ono jest, to jej wystarcza.
Była już późna godzina nocna, gdy Piotr rzekł z silnem postanowieniem, że porzuci noszenie sutany, kiedy Marya tego żąda. Pocóż miał nosić tę czarną oponę, będącą dla niego ciężarem i męczarnią? Marya uznawała, że powinien przestać nosić to ubranie. Uspokojony, rzucił się nad ranem na łóżko, przypuszczając, że zaraz zaśnie. Lecz nagle zerwał się, zdawało mu się, że się dusi, tak gwałtowny ogarnął go niepokój. Nie, nie, on nie może zdjąć z siebie sutany, wżarła się ona w jego skórę, zrosła się z jego ciałem! Zdzierając ją z siebie, zdarłby zarazem swoje ciało aż do kości. Jest księdzem i księdzem musi pozostać aż do swego dnia ostatniego. Nic go nie może wyzwolić, jest napiętnowanym skazańcem na życie na uboczu, po za ludzkością! Gdyby nawet zdarł z siebie wraz z ciałem tę suknię, księdzem będzie jeszcze i wtedy, księdzem odstępnym, szerzącym skandal, pośmiewiskiem, wstydem i zakałą. Usunąwszy się od jednych, odtrąconym zostanie przez drugich! Cóż on może mieć wspólnego z życiem innych ludzi? Jest i pozostanie istotą upośledzoną, nieudolną i na wieczne skazaną kalectwo! Więc pocóż ma się rozstawać z noszonym dotychczas mundurem? Z nałożeniem na barki tego munduru, zamknął wrota życia za sobą! Swobodne życie pracy, słoneczne jego uśmiechy i owoce to nie dla niego! Niemoc jest jego udziałem. Niemoc zupełna! Niemoc jest w jego krwi, niemoc wyssała szpik z jego kości!
Przez parę dni następnych, Piotr pozostał u siebie w domu, nie mając odwagi pójść na Montmartre. Walczył z niepewnościami, szarpiącemi mu serce i cierpiał wznowione, dawne swoje katusze. Dopiero czwartego dnia zjawił się z powrotem w pracowni Wilhelma.
Spokojne szczęście w dworku Wilhelma było teraz nieco zmąconem z powodu sprawy Salvata, poruszanej znów codziennie w dziennikach z przyczyny toczącego się śledztwa. Wilhelm był wzburzony, rozdrażniony, a zarazem głęboko wdzięczny i obowiązany względem Salvata, który, niczego się nie zapierając, sam siebie tylko obwiniał, utrzymując, że nie miał żadnego wspólnika, a gdy stawiano mu pytanie, mogące kogokolwiek narazić na odpowiedzialność, milczał, nie dając żadnej odpowiedzi. Dochodzenia sądowe były tajne, lecz prowadzący śledztwo sędzia Amadieu, chwytający sposobność robienia sobie reklamy, chętnie udzielał wiadomości prasie, tak iż wszystkie codzienne dzienniki były przepełnione szczegółami, odnoszącemi się tak do osoby sędziego, jak i do rozmów z nim, oraz notatek i komentarzy w całej sprawie. Dzięki szczerości zeznań Salvata, sędzia odtworzył całą historyę zamachu, pozostawał wszakże w wątpliwości, co do natury materyi wybuchowej i fabrykacyi bomby. Salvat utrzymywał, że nabił bombę dynamitem, pochodzącym z nabojów ukradzionych niegdyś przez anarchistów, lecz zapewne kłamał, bo eksperci stwierdzili, że wybuch dynamitu byłby dał odmienny rezultat. Zatem ta część sprawy pozostawała zagadkową, przyczyniając się do przedłużenia śledztwa, a zarazem dając pole dziennikom do opowiadania publiczności szalonych bredni, których sensacyjne tytuły przywabiały czytelników, podnosząc ilość sprzedawanych numerów.
Powódź tych fałszywych informacyj drażniła Wilhelma, a jednakże pomimo swej pogardy dla Sagniera, nie mógł się powstrzymać od kupowania „Głosu ludu“, który odznaczał się w szerzeniu najwstrętniejszych plotek. Lecz wszystkie inne dzienniki podążyły tą samą drogą, a nawet „Glob“, taki zawsze powściągliwy, ogłaszał wiadomości niczem nieuzasadnione. Styl używany przez współpracowników „Globu“ był mniej jaskrawym, lecz dowodzenia na przypuszczeniach oparte, były równie oburzająco niesprawiedliwe, jak w dzienniku Sagniera. Zdawało się, że prasa postawiła sobie jako zadanie czernienie Salvata, by w jego osobie oczernić anarchizm. Dzięki tym usiłowaniom, sporządzono życiorys Salvata, życiorys, będący szeregiem przestępstw. Mając lat dziesięć Salvat był złodziejem i włóczęgą ulicznym, nie mającym rodziny, ani własnego kąta, następnie był złym robotnikiem, złym żołnierzem, karanym w pułku za hardość, wyrzucanym z warsztatów za lenistwo i szerzenie propagandy. Pozbawiony uczuć patryotycznych, błąkał się czas jakiś w Ameryce, i dawano do zrozumienia, że w awanturniczem swem życiu za oceanem, popełnił niezliczoną ilość zbrodni, a w obawie ich wykrycia, powrócił do Francyi i zamieszkał z siostrą swej żony, co było dowodem głębokiej jego niemoralności, bo żył z tą kobietą w małżeńskich stosunkach, chociaż w tejże samej izbie była kilkunastoletnia jego córka. Ze szczególniejszem lubowaniem dzienniki kładły nacisk na winy i przestępstwa Salvata, nigdy nie znajdując słowa na usprawiedliwienie jego postępowania. Oderwane fakta jego życia opowiadano brutalnie, nie zaznaczając okoliczności, jakie mogły je wywołać. Wilhelm buntował się i zżymał, czytając tak nieludzkie podszczuwania przeciwko obwinionemu, drażniło go tem dotkliwiej, że znał Salvata i wiedział, jakim był on mistykiem, jak chimeryczny i gorączkowy miał umysł, czyniący go niezaradnym w praktycznem życiu, co skazywało go na bezustanną nędzę. Zrozpaczony dokuczliwością swej niedoli, rzucił się w marzenia, i zapragnął zniszczyć świat istniejący, świat zły i stary, by z jego gruzów mogła się odrodzić złota epoka ogólnej szczęśliwości.
Teraz, zamknięty w więzieniu, indagowany przez chciwego rozgłosu sędziego Amadieu, Salvat zdawał się być ostatecznie zgubionym. Wilhelm wiedział za pośrednictwem swego syna, Tomasza, że obwiniony nie może liczyć na żadne skuteczne poparcie ze strony któregokolwiek z dawnych swych kolegów z fabryki Grandidiera. Interesa tej fabryki szły teraz coraz pomyślniej, dzięki uproszczonej budowie bicyklów, których zbyt z każdym dniem powiększał się. Mówiono, że Grandidier wyczekiwał na mały motor parowy, stanowczo obiecany mu już przez Tomasza, by natychmiast rozpocząć fabrykacyę samochodów różnej wielkości i kształtu. Zachęcony powodzeniem, będącem słuszną nagrodą usilnej, wytrwałej pracy, Grandidier wszystkiego unikał, co mogło zaszkodzić rozwojowi fabryki. Zatrwożony, by sprawa Salvata, który przez jakiś czas pracował u niego, nie rzuciła teraz niekorzystnych posądzeń na opinię jego przemysłowego przedsięwzięcia, odprawił kilku robotników, uchodzących za anarchistów. Pomimo swej surowości, zatrzymał wszakże Toussainta i jego syna, Karola, chociaż pierwszy był szwagrem Salvata, ze względu na jego dwudziestoletnią przykładną pracę przy jednym i tym samym warsztacie. Toussaint nie odzyskał jeszcze sił po swojej długiej chorobie, lecz nigdy się nie skarżył i regularnie stawiał się do roboty, w obawie by kto inny nie zajął jego miejsca. Spodziewając się, że niezawodnie zostanie zawezwany na świadka w sprawie swego szwagra, utrzymywał, że nic innego nie powie, jak tylko prywatne, rodzinne wiadomości, odnoszące się do małżeństwa Salvata z jego siostrą.
Któregoś wieczora, powróciwszy z fabryki, gdzie chodził dla robienia doświadczeń ze swoim motorem, Tomasz powiedział, że zdarzyło mu się widzieć panią Grandidier, ową zawsze smutną, piękną, młodą kobietę, która, utraciwszy dziecko, dostała pomięszania zmysłów, lecz rozkochany w niej mąż pozostawił ją przy sobie w domu, i doglądał od lat kilku z niestrudzoną troskliwością. Pomimo nalegań ludzi życzliwych, Grandidier nie mógł się zdecydować, by ją zamknąć w domu zdrowia. Miewała czasami gwałtowne ataki, lecz zwykle była łagodną, jak małe dziecko, ale i niedołężną, jak dziecko. Mieszkała w pawilonie obok fabryki, lecz od strony podwórza okiennice były zawsze szczelnie zamknięte, dziś jednak Tomasz z zadziwieniem spostrzegł okna otwarte, a właśnie w chwili, gdy spojrzał w tę stronę, ujrzał zbliżającą się panią Grandidier. Przez chwilę stanęła, oddychając ciepłem powietrzem słonecznego wiosennego południa, ale zaraz znikła, zrobiwszy na Tomaszu wrażenie białego zjawiska o ładnej uśmiechniętej twarzy i jasno blond włosach. Natychmiast potem nadeszła służąca, zamknęła okno i okiennice i pawilon znów stał się domem ponurym, siedliskiem nieszczęścia. Mówiono w fabryce, że już od miesiąca pani Grandidier nie miała ataku i że temu należy przypisać zadowolnioną minę jej męża, który ochoczo, chociaż nieco za ostro kierując swoim zakładem, zapewniał mu coraz szersze powodzenie.
— Grandidier nie jest złym człowiekiem — mówił Tomasz — lecz jest wymagającym i surowym, a musi być takim, chcąc wytworzyć konkurencyę ze współzawodniczącemi zakładami. Twierdzi on, że w naszej epoce, gdy kapitał i praca robocza wrogo walczą z sobą, robotnicy, chcąc mieć kawałek chleba dla siebie, powinni uważać za szczęście, jeżeli kapitał jest w ręku człowieka obrotnego i uczciwego. On potępia Salvata, ale jedynie z tego względu, że uważa za konieczne dać przykład surowości ze swej strony.
Wracając do domu przez ulicę Marcadet, Tomasz spotkał wśród roboczego tłumu panią Teodorę z Celinką. Z przykrością dowiedział się od nich, że są w wielkiej nędzy i powracają od pani Toussaint, która odmówiła pożyczenia im piędziesięciu centów, bo sama się znajdowała w ciężkiem położeniu. Po aresztowaniu Salvata, właściciel domu wyrzucił z mieszkania nieszczęsną kobietę wraz z Celinką, i od tej chwili żyły one z jałmużny, wałęsając się po ulicach, lub w nocnych przytułkach. Najsroższa nędza dokuczała tym dwom bezbronnym, bezsilnym istotom.
— Ojcze — mówił w dalszym ciągu Tomasz — powiedziałem im, żeby tutaj przyszły. Może uznasz za możliwe opłacać im komorne, to wtedy gospodarz otworzy im drzwi izby, z której ich wypędził, a gdzie mają trochę swoich gratów.... Ktoś dzwoni, to zapewne one.
Wilhelm oburzył się na samego siebie, wyrzucając sobie, jak mógł zapomnieć o tych dwóch biednych istotach. Powtarzała się tu zwykła kolej rzeczy: gdy zabrakło ojca rodziny, kobieta i dziecko znalazły się na bruku! Sprawiedliwość ludzka, wymierzając karę mężczyźnie, zapomina, że poza nim dosięga niewinną jego rodzinę.
Pokorna, nieśmiała, wystraszona, ukazała się na progu pani Teodora. Prawie zupełnie oślepła i Celinka musiała prowadzić ją pod rękę. Obydwie były w podartych, zniszczonych sukniach, lecz o ile starsza kobieta zdawała się być zgnębioną prześladowaniem losu, o tyle dziewczynka pozostała tą samą; młodość brała górę nad nędzą! Inteligentna, miła buzia Celinki jeszcze się uśmiechała chwilami, jakby nie wątpiąc o jaśniejszej przyszłości.
Piotr i przy nim stojąca Marya, jednakowego doznali wzruszenia, patrząc na te dwie nędzarki. Prócz chłopców i babki, była także w pracowni pani Mathis, matka Wiktora, która, poszukując zarobku, chodziła do niektórych znajomych domów i reparowała bieliznę, co jej pozwalało na dawanie synowi paru franków, gdy bardzo tego potrzebował.
Wszyscy obecni zachowali się milcząco, pozostawiając Wilhelmowi swobodę rozpytywania się i rozmówienia z panią Teodorą. Odpowiedziała mu, jąkając się z nieśmiałości:
— Ach, panie, któżby to mógł spodziewać się po nim czegoś podobnego! On z natury taki zawsze był dobry i ludzki! A jednakże musi to być prawdą, i rzeczywiście musiał on to wszystko zrobić, kiedy sam się do tego przyznał przed sędzią śledczym. Ja bo każdemu mówiłam, że Salvat jest w Belgii. Nie byłam tego pewną, ale postanowiłam tak mówić przed ludźmi, lepiej zrobił, że nie powrócił do domu, cóżby to było za nieszczęście dla mnie i dla dziecka, gdyby policya przyszła go u nas aresztować! Ach, ale teraz, kiedy go złapali i trzymają, to napewno, że go już nie wypuszczą, a może na śmierć go skażą!
Celinka, która dotąd rozglądała się dokoła z dziecinną ciekawością, teraz jęknęła i, rozpłakawszy się, zawołała:
— Ach, nie mów tego, mamo, nie mów, jemu nikt krzywdy nie może zrobić... on taki jest dobry!
Wilhelm pocałował dziewczynkę i znów zaczął badać starą kobietę.
— Cóż ja mogę panu powiedzieć... tylko o nędzy naszej... Celinka jest jeszcze za młodą, by módz pracować, a ja już za starą. Prawie oślepłam i nigdzie, chociażby za najmarniejszą opłatą nie chcą mnie przyjąć do posługi. Więc źle z nami, przymieramy z głodu... Mam co prawda rodzinę, a nawet nie byle jaką, moja siostra bardzo dobrze wyszła zamąż, za urzędnika, za pana Chrétiennot, a może państwo go znają? Ale jako urzędnik, jest on trochę dumny i nierad mnie widzieć u siebie w domu, zatem, chcąc oszczędzić siostrze nieprzyjemności z mężem, przestałam do niej chodzić, wreszcie ona ma też swoje nieszczęście, jest znów w ciąży, a to się równa katastrofie, gdy pensya męża nie jest znaczną, a dwoje dzieci już żyjących rośnie i przysparza wydatków. Tak więc nie mogę na nich liczyć, i mam tylko brata, starszego brata, Toussainta, który czasami może mnie wspomódz. Pani Toussaint, jego żona, jest wcale nienajgorszą kobietą, ale się strasznie odmieniła od czasu, jak żyje w ciągłej obawie, że mąż jej może dostać nowego ataku. Gdy miał pierwszy atak, długo po nim chorował, zjedli wszystkie oszczędności, jakie uzbierali przez całe swoje życie, więc cóż dziwnego, że kobieta lęka się, iż gdy na nowo mąż zachoruje, nie będzie z czego żyć? Cóż pocznie, gdy jej spadnie na kark paralityk bez nadziei wyjścia z choroby! A przytem wszak ma ona inne jeszcze zmartwienie, i koszta niemałe, bo zapewne pan wie, że młody Toussaint, Karol, tak się głupio popisał, że miał dziecko z służącą od szynkarza z przeciwka, a ta, długo nie czekając, dziecko zostawiła Karolowi, i sama uciekła. Więc cóż dziwnego, że im ciężko? Zatem nie mogę im mieć za złe, iż niechętnie przychodzą mi z pomocą. Przecież nie jeden raz pożyczyli mi dziesięć susów... nie mogą mi pożyczać bez końca...
Pokornym i powolnym głosem długo opowiadała w ten sposób przygody swego życia, narzekając na biedę nie przez wzgląd na siebie, lecz z powodu Celinki. Bo czyż to serce nie kraje się, patrząc na tę dziewczynkę, taką sprytną i chętną do nauki, a niemogącą chodzić do szkoły dla braku sukni i braku wszelkiego innego odzienia... Biedactwo, zamiast do szkoły, chodzi z nią po ulicy, jak ostatnia żebraczka. Czuła, że wszyscy dawni znajomi odwracają się od nich z powodu Salvata. Nawet rodzina Toussainta jest im niechętną i nie tai, że nie myśli się narażać na nieprzyjemności w tej awanturze. Ale Karol Toussaint nie podziela zdania rodziców, on usprawiedliwia Salvata, nawet powiedział, że rozumie tych, którzy chcą wysadzić w powietrze wszystkich burżuazów, bo oni na to zasługują, gdyż zatrzymują dla siebie całość korzyści i wszystko dla siebie zagarniają...
— Co do mnie, to niemam żadnego zdania — mówiła dalej pani Teodora — jestem biedną kobietą, nierozumiejącą się na tych rzeczach. Ale jeżeli pan chce koniecznie wiedzieć, co o tem myślę, to powiem, że Salvat nie powinien był zrobić tego, co zrobił... bo my dwie, Celinka i ja, ponosimy skutki całego nieszczęścia. W głowie mi się nie mieści, by ta dziewczynina była córką człowieka skazanego na śmierć!...
Lecz znów Celinka zapłakała i, rzucając się jej na szyję, wołała:
— Ach, mamo, mamo, nie mów tego, bo tak nie będzie, tak być nie może! To byłoby za wielkie dla mnie nieszczęście!
Piotr i Marya zamienili się spojrzeniem bezgranicznego politowania, a babka wstała i poszła na górę, by w szafach poszukać bielizny i odzieży dla tych dwóch biednych stworzeń. Wilhelm, wzruszony do łez, dał Celince trochę pieniędzy, mówiąc do pani Teodory, że pójdzie się ułożyć z jej gospodarzem, by mogły powrócić do swej dawnej izby.
— Ach, panie Fromont... dziękuję, z serca dziękuję, Salvat miał słuszność, mówiąc, że pan jesteś bardzo dobrym człowiekiem. Ale pan także wie, że Salvat jest dobrym i poczciwym, wszak pan go poznał zblizka, gdy pracował tutaj z panem. A teraz, wszyscy o nim mówią jak o zbrodniarzu i serce mi pęka z bólu, gdy to słyszę, on przecież i tak ma za swoje, siedzi w więzieniu i gorszego jeszcze wyczekuje.
Wtem spostrzegła panią Mathis, która szyła milcząc i nawet wyrazem twarzy nie dawała poznać, by poruszane kwestye mogły ją interesować. Pani Teodora wprost się do niej zwróciła:
— Ja panią znam, a lepiej jeszcze znam syna pani, pan Wiktor często do nas przychodził i dużo mówił... Ale, niechaj pani będzie spokojną, ja o tem nikomu nie powiem, bo nie lubię nikogo narażać na nieprzyjemności. Pan Wiktor najlepiej zna myśli Salvata i gdyby chciał, to mógłby wytłomaczyć, do czego one zmierzają.
Pani Mathis spojrzała z przerażeniem na mówiącą. Syn nie spowiadał się nigdy przed nią, nie znała jego życia poza domem, lecz struchlała na wiadomość, że pomiędzy Wiktorem, jej jedynakiem i wypieszczonym przez nią dzieckiem, a takimi ludźmi może być jakakolwiek łączność. Po chwilowym namyśle, odrzuciła możność czegoś podobnego, więc prawie spokojnie odpowiedziała:
— Pani się myli, wiem od mojego syna, że obecnie prawie nigdy nie pokazuje się na Montmartre. Wiktor najczęściej jest w podróży, albo szuka zajęcia w innych częściach miasta.
Głos jej zadrżał, bo nie była pewną, czy tak jest w istocie, a pani Teodora odczuła, że nie powinna była jej mięszać w te smutne sprawy, więc łagodnie przeprosiła ją słowami:
— Niechaj mi pani wybaczy, nie chciałam pani ubliżyć. Zapewne omyliłam się... czasami się to zdarza...
Pani Mathis, nic nie odpowiedziawszy, jeszcze niżej pochyliła głowę nad robotą i szyła z zajęciem, jakby chcąc tym sposobem odłączyć się od reszty świata, zapomnieć o wszystkich, by i ją zostawiono w spokoju. Sama jedna na świecie, walczyła codziennie ze swem ubóstwem, lecz żyła myślą o swym ukochanym synie, który, jeżeli zaniedbuje ją i rzadko odwiedza, to jedynie dla zdobycia stanowiska, by otoczyć matkę dobrobytem i zapewnić jej szczęśliwą starość.
Babka powróciła ze swego pokoju, niosąc spory węzełek wybranej bielizny i odzieży, a pani Teodora z Celinką podziękowały i, pożegnawszy się, odeszły. Przez jakiś czas po ich wyjściu panowało ogólne milczenie. Wszyscy byli przygnębieni, a Wilhelm z czołem zachmurzonem chodził tam i napowrót po pracowni, nie mogąc się opędzić nawałowi przykrych myśli.
Nazajutrz Piotr był świadkiem zupełnie odmiennej wizyty w pracowni Wilhelma. Drzwi rozwarły się gwałtownie, jakby wichrem szarpnięte i z głośnym chichotem wbiegła strojna, szeleszcząca jedwabiem spódnic księżna Rozamunda de Harn, a za nią postępował wymuszony, wytworny, zimny Hyacynt Duvillard.
— To ja, drogi mistrzu! Przyrzekłam, że złożę ci wizytę, więc przybywam z nieśmiałością nieuka, wielbiącego gieniusz wielkiego człowieka! Mój młody towarzysz przyszedł tu ze mną, sam mi zaproponował, byśmy pierwszą naszą wizytę tobie, mistrzu, złożyli, bo dopiero co wracamy z Norwegii.
Szczebiocząc, rozglądała się po pracowni i uszczęśliwiona, że się tu znajduje, kłaniała się ze swobodnym wdziękiem obecnym, to jest: Piotrowi, Maryi, Franciszkowi i Antoniemu, lecz nie zważając na nich, mówiła tylko do Wilhelma:
— Ach, Norwegia, drogi mistrzu! Norwegia, to kraj, dający możność odczucia prawdziwej dziewiczości. Wszyscy powinniśmy tam podążać, by skąpać się w tem źródle nowego ideału. Odetchnąwszy powietrzem Norwegii, człowiek powraca oczyszczony, odmłodzony, zdolny do wszelkiego zrzeczenia się.
W rzeczywistości Rozamunda wyniosła jaknajgorsze wspomnienia ze swej podróży. Śmiertelnie się tam znudziła i ze wstrętem myślała o mlecznem odżywianiu się, jakie jej tam chciał narzucić jej młody kochanek. Dla wyróżnienia się od tłumu, nie pojechali do Włoch, lecz do krainy lodów i śniegów, zaznaczając tem szczególniejszą wybredność swych zamiłowań i wyrafinowanie swej miłości, wolnej od poniżających, cielesnych uniesień. Dusza ich tylko była rozmiłowaną, dusza więc tylko była przypuszczoną do tej podróży, podczas której mieli zgłębić rozkosze pocałunków duszy. Na nieszczęście, pewnej nocy w hotelu, gdy Hyacynt, uparcie traktując swą kochankę, jak fikcję, modlił się do niej, jako do symbolicznej lilii, do przeczystego kwiatu miłości, zniecierpliwiona Rozamunda wpadła w szał i, chwyciwszy szpicrutę, obiła go, ile tchu starczyło. Hyacynt, zestąpiwszy z wyżyn swoich zachwytów, rozgniewał się jak najzwyczajniejszy człowiek i zemścił się wygrzmociwszy ją pięściami. Niespodziewane to grubiańskie zajście zakończyło się, wbrew programowi podróży, zaniechaniem duszy dla ciała. Padłszy sobie w objęcia w miłosnym uścisku, oddali się sobie wzajemnie w sposób zwykły, jak to czynią wszyscy inni śmiertelnicy. Zbudziwszy się nazajutrz, Rozamunda uznała, że z miłosnego zachwytu pozostało jej wrażenie bardzo przeciętne, i nie warto było jechać tak daleko, by tylko tyle znaleźć. Hyacynt zaś miał do niej urazę, że w tak pospolity sposób zakończyła wycieczkę, w której spodziewał się wynieść intelektualne pocieszenie. Po cóż było dążyć ku podbiegunowej okolicy, by skazić jej bozką dziewiczość? Jeżeli taki miał być rezultat ich stosunku, można było pozostać w Paryżu, w tem mieście zwykłego ludzkiego rozbestwienia. Wypowiedziawszy sobie wzajemne swe rozczarowanie, uznali, że utraciwszy czystość swego stosunku nie zdołają na nowo rozniecić pierwotnej duchowej łączności, a nie czując się już w pokrewieństwie ze śnieżnemi parami łabędzi pływających na zaczarowanych jeziorach, wsiedli na okręt z powrotem do Francyi.
Rozamunda przestała wkrótce mówić z podnieconą egzaltacyą o Norwegii, bo stanęło jej żywo w pamięci rozczarowanie, jakiego tam doznała, a o którem nie wypadało spowiadać się przed znajomymi. Zmieniwszy więc głos z rozmarzonego na wesoły, zawołała, śmiejąc się:
— Nie uwierzysz, drogi mistrzu, co mnie spotkało w Paryżu, gdy wróciłam z podróży. Zastałam mój pałacyk zrabowanym, ale to doszczętnie zrabowanym i zniszczonym. Trudno sobie wyobrazić coś wstrętniejszego, bo nietylko wyniesiono i zniszczono wszystko, lecz zanieczyszczono pokoje w sposób najohydniejszy! Oboje zgodziliśmy się natychmiast w przypuszczeniu, że to są figle młodzików z otoczenia pana Bergaza.
Przed paru dniami Wilhelm czytał o tem wzmiankę w wiadomościach brukowych, dzienniki twierdziły, że banda młodych anarchistów wyłamała okna na parterze w pałacyku księżnej de Harn, która wyjechała w daleką podróż, rozpuściwszy całą służbę, nie wyłączając stróża, a złodzieje wszedłszy tam, wynieśli wszystko, nawet meble. Prawdopodobnie musieli zamieszkać w pałacu przez dni kilka i ucztowali, znosząc jedzenie z miasta, a popijając winem z piwnicy księżnej, pozostały bowiem tego ślady we wszystkich pokojach, które zanieczyścili z umyślnem niechlujstwem. Gdy Rozamunda weszła tam i ujrzała, co się stało z jej mieszkaniem, raczej w podziw wpadła, aniżeli w gniew, lecz prawie natychmiast przypomniała sobie, iż w obecności Bergaza mówiła w nocnej kawiarni na Montmartre, iż wyjeżdża w podróż, zamknąwszy dom za sobą, a Bergaz dziwne zamienił wtedy spojrzenie z ukochanymi przez siebie dwoma wyrostkami. Obecnie Rossi i Sanfaute, już pochwyceni, siedzieli w kozie, lecz Bergaz zdołał uciec. Rozamunda twierdziła, że była przygotowaną, iż kiedykolwiek spadnie na nią taka katastrofa, bo chociaż ją ostrzegano o niebezpieczeństwie nie zważała i ciekawością powodowana nie przebierała w znajomościach. Podczas wieczornych przyjęć w jej pałacu, można było spotkać ludzi wszelkich narodowości i o przeszłości niewiadomej, często groźnej swą tajemniczością. Jansen opowiedział jej niegdyś niektóre szczegóły z nieczystych spraw życia Bergaza, otaczającego się bardzo podejrzanemi osobistościami. Obecnie zaś Jansen głośno utrzymywał, że Bergaz za wzorem Raphanela sprzedał się policyi, a ponieważ chciano ostatecznie zdyskredytować w opinii publicznej anarchistów, zatem Bergaz za inicyatywą swych teraźniejszych przełożonych, zrabował pałac księżnej de Harn, słusznie bowiem osądzono, że sprawa ta narobi wiele hałasu. A chociażby fakt, że Bergaz zdołał się ukryć, jest dowodem, iż policja była tutaj głównym czynnikiem.
Myślałem, że dzienniki przesadziły opis rabunku — rzekł Wilhelm. — Obecnie z powodu tego nieszczęśliwego Salvata, dzieją się okropne nadużycia. Wszystkie kradzieże gotowi przypisywać anarchistom, chcąc tym sposobem oczernić Salvata.
— Tym razem dzienniki nie przesadziły opisu rabunku — zawołała Rozamunda, wybuchnąwszy wesołym śmiechem. Wierzaj mi, drogi mistrzu, że nie przesadziły! O, nie, bo nawet nie mogły opowiedzieć rzeczywistości, zbyt odrażającą i cuchnącą była ona, by módz ją wyrazić, a zwłaszcza wydrukować! Zatem obecnie mieszkam w hotelu. Co prawda, jestem z tego bardzo kontenta, mój pałacyk zaczynał mi się przykrzyć. Nudna rzecz mieć swój dom, stałe legowisko. Lecz w każdym razie anarchia przejmuje mnie teraz wstrętem z powodu kału, jaki pozostawiła przeszedłszy przez moje mieszkanie, już przestałam być anarchistką, wyrzekam się tego miana wprost przez odrazę.
Roześmiawszy się, przeskoczyła na inny temat rozmowy. Pragnęła, by mistrz udzielił jej wiadomości z dziedziny prac i odkryć swoich ostatnich, chciała go zapewne przekonać, czy może je ocenić z należnem zrozumieniem. Lecz Wilhelm pod przykrem wrażeniem historyi Bargaza był zamyślonym i opowiadał jej tylko ogólnikowo z widocznie chłodną grzecznością.
Przez ten czas Hyacynt odnawiał znajomość z Franciszkiem i Antonim, z którymi kolegował w liceum Condorceta. Przyszedł tu wbrew swojej woli, a uległ naleganiom Rozamundy z bojaźni, bo lękał się jej od chwili, gdy go biła w razach niezadowolnienia. Ten dworek, należący do chemika nieposiadającego żadnej oficyalnej posady, wzbudzał w nim lekceważenie. Zdawało mu się, że powinien wyraźnie zaznaczyć swoją wyższość nad dawnymi kolegami, których znajdował w poniżającem jarzmie, jak ludzi pracy, należących do pospolitego tłumu. Zastawszy Franciszka wśród książek i papierów, rzekł tonem pobłażliwej wyższości:
— Ach, jeszcze jesteś wśród książek i kajetów, tak, wiem; mówiono mi, że jesteś w szkole Normalnej, więc zapewne egzamina? Podziwiam, podziwiam. Ale, to nie dla mnie. Wszelki przymus budzi we mnie odrazę. Na samą myśl egzaminów, konkursów, czuję osłabienie intelektualności mojej. Mój umysł nie znosi przepisów, mnie potrzeba szerokich wzlotów, nieskończoność jest jedynym nieprzystępnym dla mnie szlakiem. Bo mówmy z sobą szczerze, czemża jest wiedza, jeżeli nie ułudą, zacieśnieniem horyzontu... Zatem, czyż nie lepiej pozostać niewinnem dzieckiem z oczami zapatrzonemi w dal nieskończoną i marzyć z ciekawością pochwycenia niedostępnego, niewidzialnego. Ale, mówię wam, że to najwyższa mądrość i w niej zamknąć się należy!...
Franciszek bywał czasami ironiczny, więc dla własnej zabawy przyznał mu słuszność.
— Tak, tak, byłoby to najlepszem, ale trzeba posiadać wrodzone zdolności, by na zawsze pozostać niewinnem dzieckiem. Ja, naprzykład, jestem tak nieszczęśliwym, że dałem się pochłonąć żądzy dowiedzenia się o rzeczach już zbadanych, a litości godne to usposobienie zmusza mnie do bezustannego łamania sobie głowy nad stosami książek. Ach, co jest jeszcze okropniejsze w mojem położeniu, to narzucająca mi się pewność, że nigdy nie zdołam wiele wiedzieć, lecz może właśnie to przekonanie sprawia, że wciąż wysilam się, by coraz więcej się uczyć, coraz więcej rzeczy poznawać. Cóż chcesz, każdy obiera sobie jakiś cel w życiu, a przyznasz, że praca, tak samo jak lenistwo, jest sposobem zabijania czasu... Wiem, że obrany przezemnie kierunek razić cię musi brakiem dystynkcyi, określisz to zapewne zanikiem estetycznego poczucia...
— Widzę, że mnie rozumiesz; tak, praca wyklucza poczucie estetyczności. Piękno mieści się tylko w niewypowiedzianem, a życie dające rezultat jest z konieczności obrzydzeniem.
Pomimo przekonania o swej gienialności, Hyacynt odczuł szyderstwo, lecz pobłażliwie usprawiedliwiwszy je ciasnotą poglądów Franciszka, zwrócił się w stronę Antoniego, który, odłożywszy bieżące roboty, pracował nad ulubioną deską, na której rytował postać Lizy, pochylonej nad książką. Pozostawił sobie za zadanie, by w całej postaci dziewczyny można było widzieć jej rozkwit do życia i rozbudzenie się uśpionego dotąd umysłu.
— A ty zajmujesz się drzeworytnictwem. Od chwili, gdy zaniechałem poezyi i zrzekłem się wykończenia mojego poematu o „Końcu kobiety“, przyszła mi pewna ochota do rysunku, a może nawet do drzeworytnictwa. Jeszcze niewiem, przebywam stan przejściowy, bo stanowczo odwróciłem się od pisanego słowa, to za pospolite, zbrukane, obciążające umysł, słowa pisane, to jak kamienie, coś niewypowiedzianie ciężkiego i trzeba mieć naturę murarza, by się w tem rozmiłować i pozostać... Chcę się więc zwrócić do rysunku. Lecz gdzież znajdę pierwowzory? Gdzież są rysunki, mówiące o całości tajemnicy? O pozaświatowych istnieniach, o tym jedynem życiu, jakie może w nas rozbudzić wyższe ciekawości. Pytam się siebie, jak przystąpić do tworzenia tego ogromu. Czem się posługiwać? Bo jakiż ołówek odda to, czego pragnę, i na jakim materyale należałoby to uwiecznić? Potrzebowałbym najpierw stworzyć odpowiednie narzędzia, coś nieuchwytnego, by tem odzwierciadlać moje myśli, uprzytamniać nieistniejące, nasuwać pojęcia o esencyi rzeczy oraz istot.
Antoni odpowiedział z szorstką szczerością:
— By rysować, lub wycinać, trzeba się posługiwać materyałami istniejącemi, zaś esencyę rzeczy, oraz istot, my wszyscy, zajmujący się sztuką, pragniemy pochwycić i nazywamy to właściwością ich wyrazu! Ach, pochwycić właściwy wyraz, to równoważy się przelania życia w rzeczy tworzone! Ku temu podążam, lecz czy podołam? Przelać życie w rzeczy tworzone, w tem tkwi cała tajemnica, a poza życiem nie ma żadnej innej. Gdy coś takiego błyśnie na rytowanej przezemnie desce, jestem szczęśliwym, bo wtedy rzeczywiście coś stworzyłem.
Hyacynt wydął usta, by wyrazić swój wstręt dla wszelkiej płodności. Po co tworzyć? Po co tworzyć. Po co się tak obniżać? Wszak pierwszy lepszy kiep mógł tworzyć życie, zapładniając kobietę. Więc on odwraca się od tego przejęty obrzydzeniem, a prawdziwe piękno, piękno szczególne i rzadkie podziwia w nieokreślonej myśli, istniejącej sama przez siebie. Chciał to wytłomaczyć, lecz zaplątał się, więc przerzucił się w rzeczywistość i zaczął mówić o swem zapatrywaniu, które wywiózł z Norwegii, a mianowicie, że sztuka i literatura we Francyi są w pełnym upadku, zabite przez poziomość i płodność wykonawców.
— Oczywista rzecz! — zawołał wesoło Franciszek. — Próżnowanie dowodzi rozumu i wyższego talentu!
Piotr i Marya, milcząc, słuchali, znudzeni tem niespodziewanem i dziwnem najściem, zmieniającem zwykły, miły tryb życia w spokojnej pracowni. Rozamunda, chcąc się ukazać uprzejmą wobec Maryi, zbliżyła się ku jej krosnom i zachwycała się delikatnością kończonego przez nią haftu. Przed pożegnaniem się, księżna uprosiła mistrza, by zechciał się zapisać w jej albumie, i nie czekając odpowiedzi Wilhelma, posłała Hyacynta, by przyniósł z powozu przywieziony pamiętnik. Poszedł natychmiast, gdyż słuchał jej we wszystkiem z uległością, lecz z widocznem znużeniem; stosunek, jaki z sobą zawarli, nudził ich, ale Rozamunda zatrzymywała jeszcze do czasu tego kochanka, w oczekiwaniu nowego kaprysu, a dla rozrywki wymyśliła sobie zabawkę terroryzowania go szpicrutą.
Wychodząc, Rozamunda zapewniła Wilhelma, że dzień ten będzie pamiętną datą w jej życiu, a żegnając Franciszka i Antoniego, wdzięcznem skinieniem głowy, rzekła do nich, rzuciwszy okiem na swego towarzysza.
— Panowie byliście kolegami Hyacynta w liceum?... Prawda, że to wcale niezłe dziecko?... I byłoby z niego zupełnie milutkie dziecko, gdyby się nie chciał wyróżniać od innych...
Tego samego dnia wieczorem, nadszedł na pogadankę Janzen, a potem Bache. Kółko blizkich znajomych, które się zbierało przy łóżku Wilhelma w dworku Piotra w Neuilly, obecnie raz na tydzień podążało na szczyt wzgórza Montmartre. Piotr pozostawał z nimi i dopiero w ich towarzystwie późno w nocy opuszczał dworek brata. Rozmowa w pracowni Wilhelma toczyła się przy uniesionej w górę oszklonej ścianie, wprost z widokiem na nocny Paryż, migocący w dole nieskończonością drobnych światełek. Trzej chłopcy, oraz obie kobiety nie brali udziału w tych zebraniach, bo o zwykłej godzinie powracali do swoich pokojów na górze.
Teodor Morin przybył dopiero około godziny dziesiątej, dotąd bowiem poprawiał wypracowania swoich uczniów, zdarzało się, że te nudne profesorskie prace zajmowały mu część nocy.
Gdy Wilhelm opowiedział gościom o wizycie księżnej Rozamundy de Harn, Janzen zawołał:
— To waryatka, a przynajmniej mocno narwana kobieta! Był czas, gdy przypuszczałem, że będę ją mógł pożytecznie użyć dla sprawy. Zdawało się, że była tak szczerze przejęta słusznością naszych usiłowań... Lecz w krótkim czasie przekonałem się, że jest tylko cierpiącą na bzika i upędzającą się za nowemi wrażeniami.
Janzen pozostawał przez jakiś czas w bardzo blizkich stosunkach z Rozamundą, a teraz mówiąc o niej ożywił się i szczerzej się wypowiadał niż zwykle. Zapewne musiał cierpieć po zerwaniu z księżną, którą zwykł był nazywać królewną anarchii, cierpiał może nie tyle z osobistych względów, co skutkiem zawodu, jakiego doznał, bo liczył, że jej majątek i stosunki towarzyskie staną się w jego ręku potężnemi czynnikami powodzenia i tryumfu sprawy, jakiej życie swe poświęcił.
Opanowawszy swe wzruszenie, rzekł spokojnie:
— Rabunek i splugawienie jej pałacu, to podstępny figiel policyi... W przeddzień procesu Salvata chciano zohydzić anarchistów i ostatecznie ich zgubić w umysłach burżuazyi.
Wilhelm powątpiewał, więc zabrał głos:
— Księżna o tem wspomniała... Lecz nie wierzę, aby tak było. Gdyby Bergaz był działał z ramienia policyi, byliby go aresztowali razem z jego wspólnikami, jak niegdyś aresztowano Raphanela z tymi, których sprzedał... Wreszcie znam trochę tego Bergaza i wiem, że to opryszek.
Głos Wilhelma posmutniał, mówił teraz z bolesnem przygnębieniem:
— Rozumiem wszelkie roszczenia a nawet wszelkie usprawiedliwić się dające odwety. Lecz kradzież, cyniczna kradzież dla osobistych zysków, to wstrętne, i tego, za broń nigdy jej nie uznam! Pragnąc lepszej przyszłości i społeczeństwa opierającego się na prawdzie i sprawiedliwości, nie możemy uwzględniać rabunku nawet w chwilach przygotowawczej roboty... To obniżyłoby nasze nadzieje... Wyznaję więc, że zaszła awantura w pałacu księżnej de Harn szczerze mnie zmartwiła.
Janzen, uśmiechnąwszy się zagadkowo, odezwał się, tnąc jak nożem:
— To oddziaływanie atawizmu; całemi wiekami wszczepiane zasady są po za tobą i protestują. A jednak trzeba będzie odebrać to, czego nam oddać niechcą... Mnie, bo gniewa przedewszystkiem chwila, jaką obrał Bergaz, by się sprzedać. Lecz musiało się to odbyć z tem większą dla niego korzyścią. Pan prokurator przygotował sobie tym sposobem niezawodny efekt... i, gromiąc tę komedyę rabunku, zażąda głowy Salvata.
Janzen uparcie obstawał przy swojem zdaniu tak z powodu nienawiści względem policyi, jak też z powodu niechęci, jaką żywił względem Bergaza, z którym niegdyś był w dobrych stosunkach. Nie miał wszakże zamiaru jaśniej się wypowiedzieć, bo przywykł do samotnych rozmyślań i postanowień. Nie wiedziano nawet jakiej jest narodowości, do żadnej ojczyzny się nie przyznając, błąkał się po całej Europie, wodząc z sobą wszędzie krwawe swe marzenia. Wilhelm nie chciał z nim teraz dyskutować, więc pomijając Bergaza, rzekł:
— Nieszczęsny Salvat, wszystko przeciwko niemu się składa! Nie zdołam wam wypowiedzieć, moi drodzy, jaki bunt powstaje we mnie, gdy pomyślę o losach tego człowieka. Popełnił czyn szalony, tak, niezaprzeczenie, lecz ileż rzeczy możnaby przytoczyć na jego usprawiedliwienie! W rzeczywistości, Salvat jest męczennikiem, zbłąkanym męczennikiem! Lecz chwycili go oprawcy i skorzystają ze sposobności, by na jego karku odemścić się za was wszystkich, i by obrzucić nas kałem swej moralności, w której czują się być zagrożonymi i skrzywdzonymi!
Bache i Morin kiwali głowami, milcząc, bo obadwaj potępiali anarchizm. Morin przez miłość swą późniejszą dla Augusta Comte’a, zapominać się zdawał o słynnych słowach Proudhona, swego pierwszego mistrza. A jednak Proudhon nieledwie że samą rzecz uwzględniał swoim aforyzmem, lecz Morin, uważając teraz Augusta Comte’a za swojego boga, zamknął się z nim w jego systemie hierarchicznego porządku wiedzy i był gotów poddać się rządom pierwszego lepszego dobrego tyrana, którego panowanie dozwoliłoby doróść ludzkości do pełni umysłowego rozwoju, a dopiero wtedy dysponowania o własnych swoich losach. Bache, jako niepoprawny humanitarny mistyk, był zrażony oschłością indywidualizmu, wzruszał więc nań ramionami i przypominał, że rozwiązanie wszystkich społecznych zadań mieści się w teoryi Fouriera. On wszystko przewidział, wszystkie trudności usunął raz na zawsze, dekretując łączność i nierozerwalność związku talentu, pracy i kapitału. Jednakże tak Morin, jak Bache godzili się, gdy szło o potępienie burżuaznej republiki, tak niechętnej postępowym reformom, przeciwnej ideom, których oni byli przedstawicielami. Zgadzali się, że wszystko idzie teraz źle, a nawet coraz gorzej, oburzali się przeciwko istniejącym stronnictwom politycznym, upędzającym się jedynie za pochwyceniem władzy, i boleli na myśl, że stronnictwa te, w widokach własnych korzyści, postarają się o wyzyskanie sprawy Salvata.
— Ileż czasu oni marnują — rzekł Bache — przeciąganiem złożenia nowego ministeryum! Wszak kryzys trwa blizko trzy tygodnie! Zaostrzając swój apetyt, pokazują się nam w całej szpetocie swej chciwości, przebiegłości i ztąd widowisko się przedłuża. Czyście czytali w dzisiejszych dziennikach, że prezydent Republiki na nowo zawezwał Vignona do pałacu Elizejskiego?
— Ach, dzienniki! — szepnął Morin swoim zmęczonym głosem, nie lubię ich czytać, i prawie nigdy nie biorę ich do ręki... Po co? Pisane są niedbale i szerzą same kłamstwa!..
Kryzys ministeryalny rzeczywiście przeciągał się z przyczyn niejasnych, trudnych do zrozumienia. Po upadku ministeryum Barrouxa, prezydent Republiki, stosując się do woli objawionej w Izbie, powołał Vignona, zwycięzcę, by zajął się utworzeniem nowego gabinetu. Zdawało się, że zadanie to będzie łatwe i że da się przeprowadzić w przeciągu dwóch, lub trzech dni, bo przecież od kilku miesięcy wymieniano głośno nazwiska ludzi, których za sobą pociągnie młody przywódca partyi radykalnej, doszedłszy do władzy. Lecz niespodziewanie wynikło mnóstwo trudności, Vignon, przez dziesięć dni z niemi walcząc, dał za wygraną i, bojąc się, że się zużyje, kompromitując swoją przyszłość, oświadczył prezydentowi, że zrzeka się powierzonej mu misyi. Prezydent natychmiast zwrócił się ku innym deputowanym, badał ich i zniewalał, aż jeden z senatorów podjął się próby złożenia ministeryum. Lecz napotkał takie same trudności. Gdy ułożona lista była już wiadomą i miała być zatwierdzoną, rozpoczęły się wahania, ociągania, powolne paraliżowanie chęci, wreszcie zupełne rozbicie. Zdawało się, że te same tajemniczo działające siły, które uniemożliwiły ministeryum Vignona, obecnie podkopały gotową już robotę jego następcy. Któż był tym potężnym i skrytym przeciwnikiem utworzenia się gabinetu? Jaki był cel? Jakie pobudki rządziły tą podziemną organizacyą? Pozostawało to niewiadomem, lecz zewsząd mnożyły się przeszkody, nieprzezwyciężone opory, zazdrości, cofania się, wywoływane przez zręczne intrygi, pogróżki, przepowiednie, obietnice, a sztucznie wywoływane wzburzenie umysłów, zaostrzało, lub rozbudzało wzajemne niechęci. Zakłopotany prezydent Republiki na nowo zawezwał Vignona, a ten, po namyśle i już ułożywszy listę przyszłych kolegów, przyjął zlecenia, pewnym będąc pomyślnego przeprowadzenia sprawy w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin.
— Niema żadnych danych, aby się tak stało. — rzekł Bache — Ludzie dobrze poinformowani twierdzą, że Vignon dozna tego samego zawodu, jaki go spotkał za pierwszym razem. Wiecie, moi drodzy, że zrodziło się w mojej głowie przekonanie, iż te wszystkie przeszkody pochodzą z ramienia bandy Duvillarda. Na czyją korzyść? Kogo chcą ujrzeć na czele gabinetu? Tego ja nie nie wiem... Lecz powiadam wam, że to ich robota! Pragną w ten sposób zagłuszyć, stłumić, odwlec wyjaśnienie skandalu Afrykańskich Kolei żelaznych. Gdyby Monferrand nie był tak jawnie skompromitowanym, to jemu przypisałbym prowadzenie tej kampanii. A wreszcie, kto może wiedzieć, jakie są zakulisowe ich sprężyny i upatrzone cele? Lecz „Glob“, który z dnia na dzień wyrzekł się solidarności z Barrouxem, obecnie prawie że codziennie mówi o zdolnościach Mnnferranda i wyraża się o nim z życzliwością i szacunkiem. Podług mnie to syndrom bardzo ważny, bo Fonsègne nie okazuje swej przyjaźni zwyciężonym. Zgodzicie się, że od Izby nie wiele dobrego możnaby się spodziewać. Na pewno knuje się tam coś bardzo wstrętnego.
— Tak, Izba niewiele warta — odezwał się Morin — a ten niedołęga Mège, wiecznie ułatwia pochód innym, nic dotąd nie zdziaławszy dla swojego stronnictwa. Naiwność jego nie ma granic, bo on szczerze jest przekonanym, że dość będzie zostać się, przetrwać i zużyć pewną ilość gabinetów, by wreszcie doczekać się chwili, gdy jemu władza wpadnie w ręce!
Wymienione nazwisko Mège’a wywołało lekceważące uwagi ze strony gości Wilhelma, nikt bowiem nie podzielał jego zapatrywań, a zwłaszcza jego politycznej taktyki. Jeden tylko Bache miał pewną wspólność opinii z apostołem państwowego kolektywizmu, lecz ponieważ różnił się z nim w szczegółach, przeto ostrzej od innych krytykował każde jego wystąpienie i każde jego odezwanie się publiczne. Janzen, uważał Mège’a za zwykłego zacofanego burżuaza którego trzeba będzie uprzątnąć wraz z jemu podobnymi. Zebrani przyjaciele wyrażali kolejno swoje poglądy i ludzie ci często oddający sprawiedliwość krańcowym swoim wrogom, bezlitosnymi się okazywali względem takiego Mège’a, który w zasadzie niczem się od nich nie różnił, a tylko dopuszczał się zbrodni niepodzielania wszystkich odcieni ich własnych pojęć.
Dyskutowali długo, mięszając i przeciwstawiając systematy, przeskakując od polityki do prasy, oburzając się na dziennik, prowadzony pod redakcyą Sagniera, tego człowieka niestrudzenie płodnego w użyźnianiu swego pisma coraz to nową ławą plotek, denuncyacyj i potwarzy.
— Ach, ten Sagnier, jakże wstrętną wykonywa robotę — rzekł Wilhelm, chodząc zwolna tam i napowrót po obszernej pracowni. Niema człowieka, nie ma rzeczy, której by nie obryzgał kałem ze swojej kloaki. Najbliższego przyjaciela gotów w niej utopić, byle mu to dostarczyło materyału do napisania artykułu o nowym skandalu. Lecz najczęściej rozmazuje plotki, niemające żadnej podstawy. Czyście czytali wczorajszy „Głos ludu“? Sagnier twierdzi w nim, że gdy schwytano Salvata w lasku Bulońskim, miał pełne kieszenie portmonetek i kluczy, skradzionych spacerującej publiczności! Zawsze Salvat! Z bezczelnością wyzyskuje on to nazwisko, byle rozciekawić paryżan i zmusić ich do rozchwytywania „Głosu ludu“. Nazwisko Salvata, wydrukowane olbrzymiemi literami na pierwszej stronicy, zapewnia potrójną sprzedaż numerów. Salvat! Biedny Salvat! Sztucznie rozdmuchiwany rozgłos o jego sprawie, pozwala swobodniej wytchnąć szachrajom z kliki Afrykańskich kolei żelaznych. Salvat stał się polem walki, na którem padają i powstają ministeria! Wszyscy go wyzyskują i wszyscy, jakby się zmówili — pracują na jego zgubę!
Rozmowa przyjaciół wciąż powracała do nieszczęsnego Salvata, a oburzenie i bezgraniczne politowanie naprzemian pojawiały się w ich słowach. Piotr, nie poruszywszy się z miejsca i zapatrzony w dal na olbrzymi Paryż, migocący światełkami wśród nocy, słuchał w milczeniu, ani razu się nie odezwawszy. Ogarnięty zwątpieniem, pochłonięty wewnętrzną walką, słuchał, pragnąc pochwycić jakie pocieszenia dla swojego bólu. Lecz opinie rozmawiających ścierały się, krzyżowały i w tem się tylko zgadzali, by jednomyślnie potępiać świat stary, skazywać go na zatracenie, nic natomiast nie mogąc zbudować w bratnim wysiłku, prócz ogólnikowych pożądań odrodzenia społecznego, opartego na prawdzie i sprawiedliwości. Rozmawiali głośno, napełniając pracownię brzmieniem zdań wygłaszanych, a oczyma błądzili po nocnej panoramie Paryża, pogrążonego w ciemnościach i zasłanego gwiazdami, jak niebo. Ztąd widziane miasto podczas nocy, przedstawiało się chaotycznie i zagadkowo, a migotliwe światełka zdawały się być iskierkami zarzewia wśród nagromadzonych popiołów. Lecz z ich mowy można będzie rozniecić ogień, tylko któż się podejmie tego zadania?... Ileż minąć ma jeszcze pokoleń, aż wreszcie zrodzi się lepsza dola dla tego miasta i dla ziemi całej? Jakie i kto wypowie słowa zbawienia i kiedy Paryż obwieści je na cztery świata strony?
Późna już była godzina, gdy przyjaciele pożegnali się z Wilhelmem, Piotr zaś pozostał pogrążony w swej zadumie. Nagle się wszakże zbudziwszy z zamyślenia, powstał i zaczął się zabierać z powrotem do siebie. Wilhelm, zbliżywszy się do brata, położył mu obie dłonie na ramionach i, wpatrzywszy się w niego, rzekł z tkliwością:
— Kochany mój bracie, widzę, że znów poddałeś się cierpieniu. Lecz od ciebie zależy opanowanie się, bo walkę toczysz tylko sam z sobą, zwyciężysz kiedy zechcesz; trudniej jest tym, którzy cierpią z ogólnych przyczyn, bo nie znajdują pożądanej broni, by zwalczyć świat i zło na niem zagnieżdżone. Bracie, otrząśnij się z dokuczających ci rozmyślań, przezwycięż się własnym rozumem, a wtedy dopiero nastąpi w tobie rzeczywiste uspokojenie.
Powróciwszy do swego dworku w Neuilly, Piotr spędził resztę nocy bezsennie, tułał się po pustych pokojach, wywołując cienie swego ojca i matki, pragnąc, by zażegnali burzę, jaka wrzała w jego sercu. Nigdy jeszcze z taką siłą nie odczuwał wstrętu dla kłamstwa, jakim się otoczył. Po cóż trwał w swej roli kapłana, kiedy w czynnościach księdza nie widział nic innego nad mechaniczne wykonywanie giestów przepisanych rytuałem? Pocóż nosił jeszcze tę sutanę, która na jego grzbiecie była tylko maskaradowem odzieniem? Wszystko, co dziś słyszał w domu brata, nasuwało mu szereg nowych myśli. Ileż jest nieszczęść, spadających na dolę jednych, ile prześladowania ze strony drugich, a wszyscy upędzają się, gonią, żyją w bezustannem podnieceniu i z małą tylko nadzieją użyteczności swych usiłowań. Dla najlepszych — celem jest przygotowanie lepszej przyszłości dla następnych pokoleń, lecz nawet w tych usiłowaniach jakaż niezgoda, ileż zmarnowanej energii! W rozbiciu własnych swoich myśli, Piotr odnajdywał wszakże budzącą się w nim żądzę życia normalnego, chęć udziału w walce, toczonej przez innych. Dotychczasowe zrzeczenie się dla ułudy, rola świętobliwego księdza — przejmowały go wstydem; sumienie wyrzucało mu, iż wytrwał tak długo w kłamstwie. Nagle zapadła w nim decyzya, iż kłamać dłużej nie będzie, nawet w miłosiernym celu dostarczenia pociechy innym, przez utwierdzanie w nich wiary w bozką sprawiedliwość. Zadrżał na myśl porzucenia nazawsze sutany. A jednak zedrze ją z siebie, zedrze, chociażby z pasami własnego ciała! Lecz rozpacz ubezwładniła go, gdy pomyślał, iż nawet po wyrzeczeniu się sutany pozostaną na nim jej wyraźne ślady i nigdy nie będzie mu danem być człowiekiem podobnym do wszystkich innych ludzi.
Przypuszczenie to z siłą prawdy wpiło mu się w serce z dokuczliwością katuszy. Czy życie nie odtrąci go jako zbiega i odstępcę? Wszak sam wyrzekł się życia na zawsze! Przysięga ta, którą niegdyś złożył, paliła mu ciało, jak gorącem żelazem. Pocóż miał się starać o wygląd mężczyzny, nosić wązkie odzienie, kiedy nie ma do tego prawa, bo na zawsze pozostanie bierną tylko istotą! Przysięgą czystości związany, żył dotąd wierny temu zrzeczeniu się i nawet myśli swe trzymał na wodzy! Jest więc tylko bierną istotą i bierną istotą nazawsze pozostanie! Wzruszony aż do przerażenia, lękał się przez chwilę, że zmysły utraci z nadmiaru bólu. Lecz od powziętej decyzyi nie cofnął się mówiąc sobie, że zdejmie nazawsze sutanę, bo uczciwość nakazuje mu to uczynić.
Nazajutrz Piotr przyszedł do pracowni Wilhelma w długich spodniach i ciemnej marynarce Babka i trzej chłopcy zachowali się na jego widok tak spokojnie, jakby żadnej zmiany nie dostrzegli w jego ubraniu. Uważali więc ten ubiór za przynależny mu? Chciwie śledził wyraz ich twarzy, lecz nikt na niego nie zwracał szczególniejszej uwagi, a wszyscy zdawali się być jeszcze uprzejmiejszymi, może by mu ułatwić pierwsze chwile własnego jego niepokoju. Tylko jeden Wilhelm pozwolił sobie na życzliwy, wymowny uśmiech, objawiający serdeczne uradowanie, bo sobie przypisywał przełom, jaki musiał zajść w usposobieniu Piotra. Spełniały się więc jego gorące życzenia! Piotr przerabiał się pod jego wpływem, w jego domu, w tej słonecznej pracowni, pełnej życia i miłości!
Marya także spojrzała na niego, lecz nie objawiwszy żadnego szczególniejszego zdziwienia. Nie domyślała się, nie wiedziała, ile on walk z sobą stoczył, ile przecierpiał z powodu tych prostych słów, jakie rzekła mu niedawno; „Poco nosisz to ubranie?“ A rzekła to wtedy, bo osądziła, iż sutana jest bardzo niewygodnem odzieniem dla człowieka, zajmującego się rzemiosłem.
Przywołała go teraz do okna:
— Piotrze, chodź, zobaczysz coś, bardzo pięknego... Już od chwili patrzę i zachwycam się temi dymami, które wiatr pochyla i gna ku wschodowi... Podług mnie, te dymy nieco fantastyczne, przypominają kształty okrętów; postępują całą eskadrą i szybują wśród złotego morza słonecznych promieni. A może ta flota wyruszyła z naszego Paryża, by nieść światu nowiny o ile się rozszerzył zakres myśli ludzkiej? Okręty wypłynęły z paryzkiego oceanu, by rozpowszechnić dążności ku braterstwu ludzi, ku pracy i wiedzy...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.