Sillan III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Sillan III
Podtytuł Powieść
Pochodzenie cykl W kraju Srebrnego Lwa
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1928
Druk Zakł. Graf. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Karol May
SILLAN III
POWIEŚĆ
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo2.png


1928


WARSZAWSKA SPÓŁKA WYDAWNICZA
ORIENT  R.  D.  Z.  EAST
W WARSZAWIE
17, PROSTA, 17


Zakł. Graf. „Bristol”, Warszawa, Elektoralna 31.


KOŁO WIEŻY BABEL

Nazajutrz po wypadkach wieczora, o którym mowa była na końcu poprzedniego tomu, puściliśmy się w uplanowaną poprzednio podróż do Wieży Babel, zwanej obecnie przez tamtejszych Beduinów Birs Nimrud. Droga z Bagdadu do Hilla lub Hilleh trwa bezmała trzy dni. Nasze rącze konie nie potrzebowały na to nawet tyle czasu, dlatego też nic nas nie nagliło do wyruszenia przed południem; przeczekawszy, podobnie jak poprzednim razem, porę największego upału, pożegnaliśmy naszego gospodarza i jego grubego onbasziego, i ruszyliśmy wgórę rzeki, przez most, na prawy brzeg Tygru.
Gdy rzuciliśmy stamtąd okiem wstecz, ujrzeliśmy przed sobą, jak wówczas, miasto całe w promieniach słońca. Po lewej stronie rozciągał się ogród publiczny, obok niego trakt pocztowy, założony przez paszę Midhata, dalej baraki kwarantanny z wznoszącą się nad niemi warownią. Po prawej — przedmieście ze starym klasztorem, za niem gromada domów z górującemi minaretami i kopułami meczetów, otulona tumanami mgieł i kurzu, unoszącemi się zazwyczaj nad Bagdadem.
Stamtąd podążyliśmy w stronę kanału Oszach; po jego przebyciu ujrzeliśmy rozpościerającą się przed nami — — pustynię. Tak, była to pustynia. Tam, gdzie, doniedawna zieleniły się szeregi ogrodów, gdzie kołysały się tysiące palm, pachniały kwiaty i połyskiwały w słońcu najwspanialsze owoce, ciągnęło się teraz na zachód, jak okiem sięgnąć, aż po brzegi Eufratu, nieogarnione, okropne pustkowie.
Przez pustkowie to prowadziła nasza droga do khanu Assad, stamtąd zaś do khanu Bir Nust, dokąd zajechaliśmy przed samym wieczorem. Nie mieliśmy bynajmniej zamiaru nocować w khanie, a to z powodu robactwa; zatrzymaliśmy się jedynie, aby napoić konie, i ruszyliśmy w dalszą drogę do khanu Iskenderijeh; tu dopiero zsiedliśmy z koni i, uwiązawszy je, rozłożyliśmy nasze derki do noclegu.
Przez całą drogę nie natknęliśmy się na ani jednego pielgrzyma-szyitę, nie napotkaliśmy żadnego konduktu pogrzebowego, mimo to, gdy rozsiedliśmy się już na ziemi, Halef zauważył:
— Czy nie czujesz niczego, sihdi? Wydaje mi się wciąż, jakbyśmy znajdowali się w obrębie morowego tchnienia karawany śmierci. Czy nie doznajesz tego samego wrażenia?
— Literalnie takiego samego — odparłem. — Wspomnienia działają na nasze powonienie. Nie widzę już wprawdzie przeciągających koło nas karawan śmierci, lecz jeszcze je czuję wyraźnie. To było okropne, doprawdy okropne, nic też dziwnego, że nosy nasze nie zapomniały do dziś dnia tego trupiego odoru który tak długo zmuszone były wdychać.
Cóżto jest karawana śmierci, „karwan el amwat“, jak mówią Beduini?
Sądzę, iż najlepszą i najkrótszą odpowiedzią na to pytanie będzie ta, którą daliśmy już poprzednio:
Mahometanie, należący do sekty szyitów, wierzą, iż każdy muzułmanin tej sekty, którego zwłoki pochowane zostaną w Kerbeli lub w Nedszef Ali, idzie bez dalszych przeszkód wprost do raju. Jak wiadomo, wyznawcy islamu dzielą się na dwie sekty: sunnitów i szyitów. Słowo „sunna“ oznaczające dosłownie „drogę“ lub „kierunek“, określa całokształt trądycyj, związanych z pewnemi czynami lub słowami Mahometa, które w wypadkach, gdy koran milczy, lub wypowiada się niedość jasno, mają znaczenie prawa. Sunna zatem stanowi dla wyznawców tej sekty — obok koranu — główne źródło mądrości religijnej i życiowej. Prócz tego różnią się sunnici od innych mahometan przedewszystkiem tem, że uznają trzech kalifów, Abu Bekra, Omara i Otmana, za prawomocnych następców proroka. Do sekty tej należą prawie wszyscy muzułmanie, zamieszkali w Afryce, Egipcie, Turcji, Syrji, Arabji i Tatarji. — Słowo „szia“ oznacza to samo, co „partja“. Szyici odrzucają trzech wspomnianych kalifów, twierdząc, że jedynie Alemu i jego potomkom należy się godność kalifów. Tych spotykamy głównie w Persji i w Indjach; w innych krajach trafiają się jedynie jako jednostki. Ilość ich obliczają na dwadzieścia miljonów, podczas gdy ilość sunnitów wynosi zgórą dwieście miljonów.
Szyici otaczają Alego i jego potomków, zwłaszcza zaś jego synów Hassana i Husseina, tak przesadną i żarliwą czcią, że niektóre skrajne ich sekty uważają wszystkich jego potomków zgoła za wcielenia bóstwa. Pierwotna ich religja, zniekształcona przez naleciałości mistyczne i panteistyczne, uczy pomiatać sunnitami — nienawidzieć ich i prześladować bardziej jaszcze niż żydów, chrześcijan i pogan. Stąd odwieczne zawzięte i krwawe walki pomiędzy wyznawcami tych dwóch sekt. Wiele krwi upłynęło, wiele popełniono okrucieństw, przed których opisywaniem wzdryga się pióro. Nienawiść ta nie wygasła do dzisiaj, zarzewie jej tli się poprzez wieki, wybuchając przy lada sposobności niszczycielskim płomieniem. Rozumie się samo przez się, że zawziętość ta pociąga za sobą najwięcej ofiar w krajach, gdzie sunnici i szyici mieszkają przemieszani ze sobą nawzajem, lub gdzie osiedla ich stykają się ze sobą bezpośrednio, jak to zwłaszcza bywa w pogranicznej prowincji Irak Arabi, gdzie w niewielkiej odległości od Bagdadu leżą dwa święte miasta szyickie: Nedszef Ali i Kerbela.
Pierwsze z tych miast otrzymało nazwę od położonego wpobliżu jeziora Nedszef. Nazywają je również Meszhed Ali, co znaczy: Grobowiec Alego, gdyż zięć Mahometa został tam pochowany. Leży to miasto w odległości około pięćdziesięciu kilometrów na południe od ruin Babilonu. Na tej samej drodze znajduje się wieś Kefil, miejsce wiecznego spoczynku proroka Ezechjela. Kerbela, zwana również Meszhed Hussein, t. zn. Grobowiec Husseina, liczy zgórą sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców, i pod względem bogactwa przewyższa o wiele Bagdad. Sztuczny kanał łączy ją z prawym brzegiem Eufratu. Kerbela jest celem pielgrzymek wszystkich szyitów, i uchodzi za miasto jeszcze bardziej święte od Nedszef Ali.
Nie zamierzam się cofać aż do pierwszych walk sunnitów z szyitami, do śmierci Alego i jego synów, Hassana i Husseina. Wystarczy wspomnieć, że, jak to zresztą zobaczymy wkrótce, rocznicę śmierci Husseina szyici świętują w wielkiej żałobie, i że, jak o tem wspomnieliśmy już poprzednio, każdy z wyznawców szyi wierzy, iż pójdzie wprost do nieba, jeśli tylko pochowany zostanie w jednem z tych dwóch miast.
Z tego też powodu najgorętszem pragnieniem każdego szyity jest spoczynek w tej świętej ziemi. Ponieważ jednak większość szyitów mieszka w Persji, lub nawet w Indjach, skąd transport zwłok powoduje siłą rzeczy ogromne wydatki, przeto luksus przewiezienia po śmierci i pogrzebania w Kerbeli lub w Nedszef Ali dostępny jest jedynie dla bogatych. Biedny zaś musi przetransportować się sam o własnych siłach, to znaczy — żegna się ze swymi krewnymi i, żebrząc o głodzie i chłodzie, podąża przez dalekie kraje do odległego celu swej wędrówki i swego życia, aby tam w spokoju oczekiwać śmierci.
Wędrówki te odbywają się o każdej porze roku zazwyczaj określonemi już drogami, uznanemi za najlepsze i najkrótsze; istnieją też szlaki i drogi wytknięte przez władze. Przypominają one w ogólnych zarysach system rzeczny z rozsianą na szerokiej przestrzeni siecią źródeł, strumieni i wodospadów; stopniowo strumienie te zlewają się ze sobą, tworząc dopływy, które zkolei jednoczą się w jedno koryto. Im bardziej oddalone, tem drobniejsze są te odnogi i tem ich więcej; im bliżej celu, tem mniej ich, zato zasobniejsze stają się w wodę, aby wreszcie, spłynąwszy w jedno łożysko, podążyć ku ujściu jako potężna rzeka. Podobnie rzecz się ma i z tą rzeką ludzką. Pojedynczy pielgrzymi-szyici, których napotkać można w oddalonych okolicach, odnajdują się w wiadomym punkcie zbornym, łączą się w grupy, które zkolei zlewają się ze sobą na dalszych punktach węzłowych, przyjmując z prawej i z lewej coraz to nowe dopływy, aż wzrastają do potężnych rozmiarów groźnej karawany śmierci, groźnej nietylko dlatego, że składają się na nią zdolne do wszystkiego jednostki ludzkie, lecz nadto — liczne kondukty pogrzebowe, które przyłączyły się po drodze. Wyobraźmy sobie setki i tysiące trupów, zawiniętych jedynie w cienkie płachty, lub spoczywających w połamanych oddawna trumnach, wystawionych miesiącami na największą spiekotę, przeciwności długiej podróży i działania atmosferyczne; znajdują się one w stanie całkowitego rozkładu i wydzielają odór, który z każdym podmuchem wiatru rozprzestrzenia się coraz calej. Nic też dziwnego, że w trop za tą karawaną idzie upiorne widmo zarazy. Takie orszaki pielgrzymów, niosące ze sobą trupy i pozostawiające za sobą śmierć, obdarzono bardzo trafnem mianem „karwan el amwat“, t. zn. „karawany śmierci“.
Pielgrzymki te stają się najliczniejsze w okresie poprzedzającym 10-ty muharrem, rocznicę śmierci Husseina. Z płaskowzgórza Iranu śpieszą wówczas karawany Indów, Afgańczyków, Beludżystanów i Persów. Nadciągają ze wszystkich stron lądem i morzem, gdyż droga wodna z Indyj jest znacznie krótsza od uciążliwej drogi lądowej. Niechby jednak spróbował kto wejść na pokład takiego okrętu płynącego wgórę Szatt el Arab![1] Z powodu rozsiewanego przezeń odoru omija go zdaleka każdy statek, i żaden Europejczyk nie zbliży się doń bez ostatecznej konieczności. W dodatku ludzie eskortujący zwłoki nazywają te potworne wyziewy nie odorem, lecz hawa es sema[2] lub rawaji ed dżani![3]
Skoro umrze któryś z szyitów, którego zwłoki mają być pogrzebane w świętem mieście, ciało jego musi oczekiwać niekiedy całemi miesiącami, zanim uformuje się odpowiednia karawana. Gdy wreszcie karawana wyruszy, ma przed sobą do przebycia długą drogę, uciążliwą i powolną. Południowe słońce spływa potokami skwaru. Trumny pękają, płachty owijające trupy przeżera nawskroś proces rozkładu. Każdy, komu życie miłe, widząc nadciągającą karawanę, w przerażeniu omija ją zdaleka; tylko szakal i rozbójnik-Beduin włóczą się w jej pobliżu, pierwszy zwabiony odorem rozkładu, drugi skarbami, które wiezie ze sobą karawana, by wręczyć je u kresu swej pielgrzymki strażnikom świętych grobów. Są tam wysadzane diamentami naczynia, usiane perłami materje, drogocenny oręż i sprzęty, stosy złotych i srebrnych monet, bezcenne amulety, ulane ze szlachetnego kruszcu i wysadzane drogiemi kamieniami wyobrażenia chorych członków pielgrzyma, który szuka uzdrowienia, słowem wszelakie możliwe wota i haracze przeznaczone dla wzbogacenia skarbów podziemnych Kerbeli i Nedszef Ali. Przedmioty te dla zmylenia czujności rabusiów pielgrzymi ukrywają w trumnach; ale bogaci w doświadczenie Beduini nie dają się już zwieść temu fortelowi. Podczas napadu otwierają przedewszystkiem trumny, i odnajdują z łatwością poszukiwane kosztowności. Plac boju przedstawia później dziki chaos pozabijanych zwierząt, wymordowanych ludzi, porozrzucanych szczątków zwłok, porozbijanych trumien, i samotny jeździec, który natknie się przypadkowo na to miejsce zagłady i zniszczenia, odwraca stąd pośpiesznie swego konia i, uchodząc przed tchnieniem morowej zarazy, woła: „Allah ia Allah, szi bikab’bib szar irrahs! — Boże, o Boże, włosy jeżą się tu na głowie!“
Na drodze wodnej pielgrzymi i ich transport narażeni są na zupełnie identyczne niebezpieczeństwa. Okręty ich z Szatt el Arabu, wydostając się na Eufrat, płyną potem wgórę z biegiem Semawatu i Bahr-i-Nadszefu, tworząc niekiedy całe flotylle. Na pokładzie i pod nim leżą pokotem żywi i martwi w zupełnym nieładzie, częstokroć nawet burty okrętu obwieszane bywają trumnami. Można sobie wyobrazić, jak piekielny panuje tu zaduch! Wzdłuż brzegów wspomnianego kanału myszkują Beduini z potężnego szczepu Elbu-Thefir, czatujący na okręty, by zagrodzić im drogę. Każdy z okrętów musi złożyć okup w wysokości tysiąca złotych lub więcej. W przeciwnym razie zostanie splondrowany, a załoga jego wycięta w pień.
Myliłby się jednak, ktoby sądził, że z przybyciem do świętych miast kończą się wszystkie przeciwności pielgrzyma! Wówczas rozpoczynają się bowiem dopiero pertraktacje, równie uciążliwe, jak długotrwałe, z kapłanami meczetu, stawiającymi jak najbardziej wygórowane żądania. Serca ich i języki nie znają ustępliwości. Im bogatszym był nieboszczyk, im bliżej świątyni chce być pochowany, tem większej żądają sumy. W rezultacie pielgrzymi muszą przystać na każdą opłatę, byle tylko wreszcie uwolnić się od trupa. To też biednym pielgrzymom nie przychodzi bynajmniej z łatwością znalezienie wiecznego spoczynku w świętej ziemi. Wyłudzą tam od nich wszystko, co posiadali. Podupadli na ciele i na duchu, przez wszelkie możliwe choroby, błąkają się dokoła miasta zgłodniali i spragnieni, i tylko nielicznym udaje się znaleźć na czas krótki przytułek w jednem z bardzo wychwalanych, ale bardzo mało dobrego czyniących towarzystw dobroczynnych. I tam jednak nie zaznają spokoju. Ogołoceni ze wszystkiego, walczący ze śmiercią, ludzie ci zdolni są do wszystkiego, byle tylko ujść tej śmierci, lub bodaj jak najdalej ją od siebie odepchnąć. Kradzież i wymuszenie, rabunek i morderstwo muszą im dostarczyć tego, czego odmówiło im prawo i ludzkość. W ten sposób doszło do tego, że święte miasta i ich okolice nie mogą żadną miarą poszczycić się bezpieczeństwem, jakie przystałoby ich sławie. Tego zaś, kto potrafi uchronić się przed niebezpieczeństwem, grożącem każdemu ze strony tych desperatów, przejmować musi do głębi już sam widok porozkładanych dokoła pokotem w oczekiwaniu śmierci chorych i umierających, niema bowiem nikogo, ktoby się nad nimi ulitował. Wystarczy powiedzieć, że rok, w ciągu którego z wielotysięcznej rzeszy przybyłych do świętego miasta pielgrzymów wymrze tylko jedna czwarta, uważany tu jest za rok wyjątkowo zdrowy.
Dzięki wspaniałym ofiarom i chciwości kapłanów, Nadszef Ali i Kerbela posiadają więcej bogactw, niż jakiekolwiek z innych miast wschodnich. Kopuła nad meczetem, w którym mieści się grób Alego, nazywa się Kuh-i-Ser, Góra Złota; podłoga wewnątrz ułożona jest podobno ze złotych płyt, jeśli zaś uwierzyć opisom krużganków podziemnych, z nagromadzonemi tam skarbami nie mogą się równać nawet wszystkie skarby Golkondy.
W Kerbeli spoczywa podobno więcej jeszcze skarbów niż w Nedszef Ali. Świątynia tamtejsza kryta jest dachem ze szczerego złota. Temu, kto zostanie tam pochowany, odpuszczone będą najcięższe grzechy i wszystkie bramy niebios do siódmej włącznie staną przed nim otworem. Łatwo się też domyślić, że ofiary swe znoszą tu, by spocząć po śmierci, bynajmniej nie najcnotliwsi z szyitów. Nadto do Kerbeli garną się żyjący zbrodniarze. Osławieni grzesznicy świeccy i duchowni, uciekający przed karą śmierci, chronią się do tego miasta, którego prawo azylu czyni ich niedostępnymi dla ich prześladowców, i pozostają w niem aż do śmierci za cenę większej części swego majątku. Bogactwa ziemskie i deptanie wszelkich praw moralnych idą tu ze sobą w parze. W ten sposób te święte miejsca stały się w rzeczywistości zbiorowiskiem trupów, nietylko fizycznych, lecz i moralnych, i każdy z tych małych orszaków, wiozących do jedynego jeszcze otwartego dla nich azylu takie trupy moralne, zasługuje równie dobrze na miana śmiertelnej karawany, jak opisane wyżej karawany pątników, rozsiewające dokoła siebie prawdziwy zaduch trupi.
W czasach ostatnich karawanom el amwat zabroniono przebywać okolice gęsto zaludnione; doniedawna jednak mogły przeciągać przez sam środek Bagdadu, wchodząc przez Szedt Omer, Bramę Wschodnią, a wychodząc przez most, tą samą drogą, którą przebywaliśmy z Halefem wówczas i teraz. Kiedy karawana taka znikała na widnokręgu, szło za nią przez miasto kalifa tchnienie morowego powietrza. Zaczynał szaleć pomór, koszący tysiące istnień ludzkich w ofierze muzułmańskiemu fatalizmowi, wyrażającemu się w zdaniu, że „w księdze życia zapisane jest wszystko.
W roku 1831 Bagdad liczył zgórą sto tysięcy mieszkańców. Gdy rozeszła się wieść o zbliżeniu się do miasta wielkiej karawany szyitów, potężniejszej znacznie tym razem niż zazwyczaj, do paszy udała się delegacja wybitniejszych Europejczyków z prośbą, aby zabronił karawanie przejścia przez miasto. Daremne były jednak ich starania i perswazje. Wskórali jedynie tyle, że pasza obiecał zasięgnąć w tej sprawie opinji mullahów[4]. Ci zaś zawyrokowali: „Żądanie chrześcijan stoi w sprzeczności z koranem. Jeśli nawet zaraza wybije tych niewiernych, będzie to dla nich słuszną karą za to, że odrzucają świętą naukę islamu. Jeśli wraz z nimi umrzeć mają i wierni, to taką widocznie była wola Allaha, który zna godzinę śmierci każdego ze swoich wyznawców, a wszyscy oni wnijdą do nieba. Nie godzi się tedy zabraniać karawanie przejścia przez miasto.“ Postąpiono też w myśl tego orzeczenia, a skutek był taki, że pomór rozszalał się po mieście z niewidzialną dotychczas siłą. Tysiące ludzi dziennie padało jego ofiarą. Nie pomagały ani środki ostrożności, ani izolacja. Wkońcu grabarzom nie starczyło czasu; trupy leżały pokotem na ulicach i po kątach domów, rozkładając się i rozprzestrzeniając miazmaty, które zdawały się przenikać przez mury w poszukiwaniu nowych ofiar. Grobowa cisza zawisła nad nieszczęsnem miastem. Nie stało ani jednego muezzina, którego nawoływanie do modlitwy rozległoby się z minaretu. Zamarł ruch i handel, nikt nie kupował, ani nie sprzedawał. Wyginęli piekarze, za nimi sakka’inowie — woziwody. Niepodobna było dostać niczego do jedzenia nawet za drogie pieniądze — ulicami, z domu do domu, szło widmo głodu, obejmując straszną spuściznę po zarazie. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności do klęski tej przyłączył się jeszcze bezprzykładny wylew Tygru, którego fale rozmyły wzniesione z gliny mury, i zatopiły całe miasto. W żarłocznych jego nurtach zniknęło przez jedną noc pięć tysięcy domostw. Gdy wody opadły, rozmokła ziemia przedstawiała jedno wielkie ognisko zarazy. Mór szalał jeszcze długo i gdy wreszcie ustał, okazało się, że dwie trzecie mieszkańców Bagdadu przypłaciło śmiercią orzeczenie mullahów.
W następstwie, rzeczy przybrały inny obrót. Słynny pasza Midhat skasował niefortunne orzeczenie kapłanów. Karawanom umarłych dozwolono jedynie przekraczać granice dzielnic północnych, aby tamtędy jak najśpieszniej mogły wydostać się na most. Zazwyczaj naprzedzie takiej karawany powiewa wysoko chorągiew z godłem Persji: lwem na tle zachodzącego słońca. Za chorągwią postępują ci pielgrzymi, którzy są jeszcze w stanie iść o własnych siłach, wychudłe postacie o twarzach spalonych od słońca. Z ciemnych, zapadniętych ich oczu bije dumny fanatyzm religijny. Dalej — jeźdźcy na wielbłądach i koniach, o siodłach i czaprakach poobwieszanych błyszczącemi ozdobami; jeszcze dalej — uzbrojeni piechurzy, intonujący monotonne wersety modlitw, i obrzucający tłum spojrzeniem pełnem nienawiści w poszukiwaniu inowiercy, którego mogliby oplwać i obsypać stekiem obelg. Objuczone ciężko muły i osły dźwigają trumny z „gośćmi siódmego nieba“ szczęśliwości muzułmańskiej, przedstawiającymi rodzaj gnijącej galarety, której straszliwy i bynajmniej nie niebiański zapach przebija przez butwiejące drewno. Silniejsze muły objuczone są zazwyczaj w ten sposób, że po obu stronach grzbietu przewieszone mają po trumnie, na siodle zaś siedzi jeździec z szeroko rozkrzyżowanemi nogami. Słabsze osły dźwigają po jednym tylko trupie, bądź złożonym w trumnie, bądź poprostu owiniętym w derkę. Trafiają się i piechurzy niosący we dwóch jedne zwłoki, a wśród nich nawet tacy, którzy w pojedynkę z trudem dźwigają na plecach nieboszczyka. O ile widok zwierząt niepomiernie objuczonych, okrutnie bitych i poniewieranych, poranionych i poobcieranych do krwi, wzbudza mimowolną litość, o tyle ludzie ci, opętani fanatyczną furją, wyzywający i plwający obelgami na prawo i lewo, niebardzo zasługują na współczucie. Wszystko, co nie szyickie, mają w największej pogardzie, i każdy grymas ich twarzy, każdy ruch ich ciała, gest ich rąk jest już obelgą dla każdego, w kim widzą inowiercę. Im dalej od czoła karawany, tem nędzniejsze składają się na nią postacie. Kolejno ciągną biedni, najbiedniejsi, żebracy, wreszcie maruderzy i motłoch. Ci idą boso, w łachmanach, często posiadając za całe odzienie jedną szmatę, którą okrywają swe największe rany. Kusztykają o laskach i kulach, podpierając się staremi strzelbami i odłamkami pik; ale oczy ich błyszczą dumą i bezgraniczna pogarda bije z odrażających zmarszczek ich twarzy. Oni jedyni dostąpili łaski Allaha, ich jednych, wysłańców niebios, przeznaczył Allah dla wieczystej szczęśliwości, kto zaś nie piwa wraz z nimi i nie urąga innym, ten jest potępionym synem szatana, przeklętym wyrzutkiem piekieł. Pooszpecani jak indyjscy fakirzy, pokryci ranami, wysmarowani łajnem wielbłądziem i końskiem, oraz innemi nieczystościami, jakby odór trupów im nie wystarczał, wznoszą z tej cielesnej powłoki swe modły ku Allahowi, ciskając równocześnie na przypatrujących się im mijanych ludzi najobelżywsze przekleństwa i wyzwiska.
Kiedy za pierwszej bytności w Bagdadzie znaleźliśmy się z Halefem w tłumie widzów, Halef, chroniąc się przed okropnym odorem, zatkał sobie nos skrajem chustki swego turbana. Zauważywszy to, jeden z Persów wystąpił z szeregów i zawołał:
Sak! — Psie! Czemu zatykasz sobie nos?
Ponieważ Halef nie rozumiał jeszcze wtedy po persku, odpowiedziałem za niego:
— Czy uważasz wyziewy tych trupów za rajskie zapachy?
Spojrzał na mnie zpodełba i rzekł:
— Czy nie wiesz, co mówi koran, że ciała wiernych pachną jak amber, gul, semen, musz, naszew i nardjin[5]?
— Słów tych niema w koranie, wyjąłeś je z Ferid Eddin Attars Pendnameh; zapamiętaj to sobie! Zresztą, dlaczegóż w takim razie wy sami zatykacie sobie nosy i usta?
— Ja nie! To inni.
— W takim razie poskarż się naprzód na swoich, a potem dopiero zwróć się do nas! Nie mamy z tobą nic więcej do gadania!
— Mężu, twoja mowa jest dumna! Ty jesteś sunnitą. Wyście to przyczynili zgryzot prawdziwemu kalifowi i jego synom. Bodajby was Allah strącił do najciemniejszych czeluści piekieł!
Odwrócił się od nas, groźnie wymachując rękoma, my zaś w tym drobnym napozór wypadku mieliśmy jaskrawy przykład tej niesłychanej nienawiści, której zarzewie tli z pokolenia w pokolenie pomiędzy wyznawcami sunny i szyi. Człowiek ten zelżył nas w obecności wielotysięcznego tłumu sunnitów; można sobie tedy wyobrazić, jaki los spotkałby człowieka, w którym odkrytoby nie-szyitę w Nedszef Ali, lub w Kerbeli!
Przytoczę jeszcze jeden przykład tej fanatycznej nienawiści. Pewnego dnia przejeżdżaliśmy, Anglik Lindsay, książę perski Hassan Ardszir-mirza, Halef i ja, za nami zaś inne jeszcze osoby, drogą, którą poprzedniego dnia przeciągnęła karawana śmierci. Zaduch panował na niej jeszcze taki, że mieliśmy wrażenie, iż znajdujemy się w niewietrzonym szpitalu, przepełnionym chorymi na ospę. Od czasu do czasu mijaliśmy po drodze samotnych pątników, zdążających do Kerbeli, by tam kazać się pochować, lub całe grupy szyitów, którzy, naładowawszy na jednego zbiedzonego zajeżdżonego osiołka większą ilość trupów, z trudem popychali go naprzód, pozostawiając za sobą powietrze tak zatrute trupim odorem, że trudno było niem oddychać.
Na skraju drogi dostrzegliśmy siedzącego żebraka. Żebrak ten był prawie nagi; za całe odzienie miał wąski fartuch opasujący mu biodra. Sposób, w jaki indywiduum to dawało wyraz swemu bólowi z powodu śmierci Husseina, był w najwyższym stopniu odrażający: ramiona i uda miał poprzekłuwane ostrzami sztyletów, w łydkach zaś, szyi, nosie, podbródku i wargach sterczały mu jedna przy drugiej długie szpilki; na podbrzuszu jego i na plecach widniały powbijane w ciało haki z przyczepionemi do nich ciężarami; pozostałe części ciała pokłute były igłami, na ogolonej zaś do skóry głowie powycinane miał długie pasy. W każdy palec u ręki i nogi powbijane miał drzazgi, i na całem jego ciele niepodobna było znaleźć jednego miejsca wolnego od tych straszliwych oszpeceń.
Ja sam, choć jestem człowiekiem zdrowszym i nad wyraz silnym, wytrzymałym jak hipopotam na głód, pragnienie, gorąco i zimno, brak snu i inne niewygody, takiego sponiewierania własnego ciała nie przetrzymałbym z pewnością. Widziałem wprawdzie u fakirów indyjskich oszpecenia jeszcze straszliwsze i wiem, że fanatyzm religijny czyni organizm nieczułym na pewne cierpienia, i że niejeden zechce dopatrywać się sugestji lub hipnozy, tem niemniej jednak przyznać musi, że jest rzeczą zdumiewającą, iż człowiek w podobnym stanie wogóle może się jeszcze utrzymać przy życiu. Nie mam bynajmniej zamiaru mówić w tym wypadku o jakiemś bohaterstwie — patrząc na tego człowieka, odczuwałem najwyższą odrazę. Chciałem już wyminąć go, odwróciwszy wzrok w inną stronę, gdy nagle to indywiduum, ociekające krwią i pokryte całym rojem much i komarów, podniosło się na nasze spotkanie i, wyciągając ku nam ręce, zawołało:
Dirigha Allah, waj Mohammed! Dirigha Hassan, Hosseïn!
Wstręt brał na niego patrzeć; nie czułem dlań ani krzty litości i dałbym był mu raczej policzek, niż jałmużnę. Co za absurd, co za głupota, aby z racji śmierci jakiegoś człowieka, bo wszak nikim innym nie był ów Hussein, pozadawać sobie takie ohydne okaleczenia! I w dodatku to odrażające indywiduum uważa się za świętego, którego po śmierci oczekuje najwyższy raj i już tu, na ziemi, domaga się od każdego sowitej jałmużny i kornej czci.
Książę, jako bogaty Pers i szyita, rzucił mu złotego tumana.
Hasgadag Allah! — Niech cię Bóg błogosławi! — podchlebił mu żebrak na ten hojny datek.
Lindsay sięgnął do kieszeni i podał mu monetę dziesięciopiastrową.
Subhalan Allah! — Łaskawy Boże! — zabrzmiało tym razem mniej czołobitnie, bowiem nie Lindsay’a, lecz Allaha wymieniano jako ofiarodawcę.
Ja dałem tylko jednego piastra. „Święty“ przybrał z początku bardzo zdziwiony, potem bardzo surowy wyraz twarzy i krzyknął mi wślad:
Azdar! — Skąpiec! — Potem z gestami obrzydzenia i coraz szybciej jął dorzucać: — Azdari, pendsz azdarani, deh azdararii, hezar azdararii, lek azdarani! — Jesteś skąpiec, jesteś po pięciokroć skąpiec, jesteś po dziesięciokroć skąpiec, jesteś po stokroć skąpiec, jesteś po tysiąckroć skąpiec, jesteś po stokroć tysięcy skąpiec!
Podeptał mego piastra nogami, napluł na niego i okazał taką złość, że niewiadomo było, czy śmiać się z niej, czy się jej obawiać. Tego już było za wiele memu zapalczywemu Halefowi, który nigdy nie ścierpiał obrazy czyto skierowanej pod jego, czy pod moim adresem, dlatego zapytał mnie:
— Sihdi, nie rozumiem jego słów. Co znaczy „azdar“?
— Skąpiec — wyjaśniłem.
Allah ’l Allah! A jak się nazywa po persku największy głupiec?
— Bisaman.
— A nieokrzesany gbur?
— Dszaf.
— Dziękuję ci, sihdi!
Wówczas Halef odwrócił się w stronę szyity, wyciągnął ku niemu rękę do góry dłonią, otarł ją o nogę — gest, który uważany jest tu za największą obrazę, i krzyknął:
Bisaman, bisaman, dszaf, dszaf, dszaf!
To, co nastąpiło potem, przekraczało już wszelkie wyobrażenie. „Święty męczennik“ otworzył upust swej wymowie, i wykazał się zapasem takich wyzwisk i epitetów, których powtórzyć w tem miejscu niesposób. Uchylając czoła przed jego elokwencją w tym zakresie, pocwałowaliśmy dalej.
Co przeżyliśmy potem w zetknięciu z karawaną śmierci, zostało już opowiedziane poprzednio, i powtarzać tego nie mam potrzeby; obrazy te przeciągały teraz przed oczyma naszej duszy, gdy po latach w głębokiej ciszy nocnej siedzieliśmy na skraju tej samej drogi, którą niegdyś przejeżdżaliśmy konno. W pamięci przesuwały się przed nami obrazy jasne i wyraziste jak wówczas, nic też dziwnego, że nosom naszym wydawało się, że czują znowu te same potworne „rajskie zapachy“. Wiedzieliśmy dobrze, że było to tylko złudzenie; powietrze przesączało się do naszych płuc czystem balsamicznem tchnieniem, i wkrótce zaczęła nas ogarniać senność. Spożywszy swój skromny posiłek i dawszy obroku koniom, zawinęliśmy się wraz ze strzelbami w derki, i zamknęliśmy oczy. Mogłem zdać się na swój niezwykle czujny sen; w dodatku konie nasze były już tak wytresowane, że o każdem zbliżaniu się kogokolwiek dawały nam znać głośnem parskaniem. Przywiązany do swego ogiera, zasnąłem wkrótce, i obudził mnie dopiero przejmujący chłód wiosennego poranka.
Ponieważ nigdzie wpobliżu nie było wody, napoić konie mogliśmy dopiero w khanie Iskenderijeh; dosiedliśmy ich przeto i podążyliśmy w tym kierunku.
Słowo „khan“ oznacza tu to samo, co na Zachodzie określa się słowem seraj dla karawan. Khany lub hany pomiędzy Bagdadem a ruinami Babilonu wszystkie budowane są na jedną i tę samą modłę. Zostały wzniesione przez rząd perski dla wygody pielgrzymich karawan, i przedstawiają małe, okolone murami forteczki, stanowiące dostateczną ochronę na wypadek ewentualnego napadu Beduinów. Przez silną bramę w wieży, z której roztacza się rozległy widok na pustynię, wchodzi się na dziedziniec; po jego czterech stronach ciągną się sklepione pokoje. Pośrodku wznosi się platforma, na której nocą podróżni śpią, we dnie zaś gromadzą się dla wspólnych modłów. Za nią znajdują się przegrody dla koni i wielbłądów. Przytułek w tych khanach był bezpłatny, jednakże dzięki panującemu tam robactwu podróżny, przyzwyczajony do czystości, musi opłacić go dość drogo, zwłaszcza, jeśli nieszczęście zechce, że w czasie jego pobytu zawinie tam karawana śmierci, zostawiając przed nim swe cuchnące trumny. I choćby wziął wówczas nogi za pas i zatrzymał się dopiero na biegunie północnym, pewien być może, że nawet tam, na wieczystych lodach, umęczony jego nos wietrzyć będzie woń trupią. — —
Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do khanu i przejechaliśmy bramę. Miejsce to, dość obszerne, by pomieścić setki ludzi i zwierząt, nie było dzisiaj specjalnie natłoczone. Obecni tam podróżni zmiejsca darzyć nas zaczęli niezwykłą uwagą, z czego zresztą nie mieliśmy powodu być dumni, ponieważ dotyczyła ona nietyle nas osobiście, co naszych koni. Ciśnięto się do nich tłumnie, obsypując je okrzykami podziwu. Gdy mieliśmy już tego po uszy, zwróciliśmy się do dozorcy, który za bakszysza uwolnił nas od natrętów.
Zeskoczywszy z koni, natknęliśmy się przy studni na dwóch ludzi, którzy poili zwierzęta. Nie chcąc im przeszkadzać, czekaliśmy, aż skończą. Przyglądając się im zbliska, zauważyłem na palcu jednego z nich srebrny pierścień. Przypatrzywszy się uważniej, spostrzegłem, że oprawa jego nie była ani okrągła, ani kwadratowa, jak zazwyczaj, lecz ośmiokątna. Odniechcenia przysunąłem się bliżej i pod pozorem, że chcę zajrzeć do studni, czy jest w niej dość wody i dla nas, przyjrzałem się baczniej jego ręce. Nie ulegało wątpliwości — był to pierścień sillana. Napis na nim składał się ze splecionych ze sobą liter i Lâm, nad niemi zaś umieszczony był teszdid, znak dwukrotności, który pomimo minjaturowych rozmiarów rozpoznałem dokładnie. Ukradkowy rzut oka na rękę drugiego mężczyzny przekonał mnie, że obaj ci ludzie byli sillanami.
W chwili, gdy skonstatowałem to niezbicie, przyszło mi na myśl, czy nie byłaby to doskonała sposobność poddania próbie prawdziwości naszego pierścienia. Dziś, kiedy to opowiadam, znając wszystkie późniejsze wydarzenia, uświadamiam sobie, że wprowadzenie w czyn tej myśli było z mojej strony wielką nieostrożnością; wówczas jednak nie zdawałem sobie z tego sprawy. — Co może nam szkodzić, jeśli nas wezmą za sillanów? — zapytywałem w duchu. Nie mogło dla nas wyniknąć nic złego, zaspokoiliśmy natomiast swoją ciekawość. Czegóż mielibyśmy się obawiać ze strony tych dwóch prostych i Bogu ducha winnych ludzi? A gdyby nawet... wszak byliśmy mężczyznami, których perspektywa takich drobnych konfliktów nie mogła przecież nastraszyć.
Odwróciwszy się do Halefa, wyciągnąłem nieznacznie z kieszeni pierścienie odebrane Peder-i-Baharatowi i jego towarzyszom, wsunąłem sobie na palec złoty, jemu dałem jeden z dwóch srebrnych, i szepnąłem:
— Wsuń szybko i niepostrzeżenie ten pierścień na palec! Ci ludzie są sillanami. Ciekawym, jak zareagują na widok naszych pierścieni.
Maszallah, dobra myśl! — zaśmiał się cicho Halef, przyczem oczy jego zabłysły wesoło. — Być może, wyniknie z tego spotkania przygoda, o której potem będzie co opowiadać. Jeśli się mnie zapytają, odrzeknę im, że...
— Nie odrzekniesz im nic — przerwałem. — Będę ciebie wyręczał. Nie można przewidzieć, czego się dowiemy i co zajdzie, więc musimy być ostrożni.
— Ależ, sihdi, ja przecież będę musiał również coś powiedzieć!
— Będziesz mi przytakiwał we wszystkiem, co powiem, lub uczynię; tyle wymagam od ciebie, nic nadto. Uważaj tylko, i nie zachowuj się niezręcznie.
— Ja — niezręcznie? — zapytał tonem obrażonym. — Sihdi, zaliś widział, by twój przyjaciel i obrońca zachował się kiedyś niezręcznie? Bodaj mnie moja Hanneh, najpiękniejsza z róż i rezed raju kobiecego, nie wzięła nigdy za męża swego serca, jeśli jakiś niezręczny...
Dalszych jego słów nie słyszałem, gdyż, nabiwszy szybko swój tszibuk, przystąpiłem napowrót do dwóch mężczyzn, z których jeden palił właśnie fajkę.
— Tytoń jest strawą duszy i woń jego odrywa myśli nasze od ziemi. Brakło mi ognia, proszę cię przeto uraduj nim moje serce.
Tak dworna prośba nie spotkała się z odmową. Przypuszczałem, że rozmówca mój posługiwać się będzie powszechnie używanem tu krzesiwem, ten jednak wyciągnął z za pasa zapałki, i potarł jedną z nich. Ta drobna napozór okoliczność nie była dla mnie bez znaczenia, gdyż naprowadziła mnie na wnioski, których bez niej wyciągnąć nie miałbym sposobu. Mężczyzna był tak dalece grzeczny, że nie podał mi ognia do ręki, lecz wprost do fajki. Skorzystałem z tego, ujmując tszibuk w ten sposób, że wzrok jego musiał paść na pierścień połyskujący na moim palcu. Jak przewidziałem, tak się też stało; zauważywszy mój pierścień, mężczyzna wypuścił ze zdumienia płonącą jeszcze zapałkę i krzyknął:
Abahraka’llah! — Wszelki duch Pana Boga chwali! Co widzę na twym ręku?!
Podniosłem ostrzegawczym gestem palec do ust, rzucając dokoła badawcze spojrzenia. Wówczas i on dodał przyciszonym głosem:
— Wybacz, o Panie! Zdumienie moje, że spotykam cię już tutaj, tak było wielkie, że zapomniałem o zaleconej ostrożności!
Brał mnie zatem za kogoś, kogo nie tutaj, lecz, być może, gdzieś daleko szukaćby należało. Musiałem postępować bardzo przezornie, zapytałem go przeto:
— Gdzież przypuszczałeś, że jestem?
— W Bagdadzie, dokąd mogłeś był przybyć najwcześniej wczoraj.
— Dobrze wyliczyłeś; nie zatrzymywałem się tam jednak wcale.
— Czy doręczono ci niezwłocznie rozkaz Sefira?
— Tak.
Sefir! Słowo to podziałało na mnie jak dotknięcie prądu elektrycznego. Czy był to ten sam Sefir, o którym opowiadał nam bimbaszi? Gdzie się znajdował? Jaki cel miał na widoku? Na czem polegał jego rozkaz? Kim i czem byłem ja sam? Lub, wyrażając się ściślej, kim i czem był człowiek, za którego mnie brano? Te i inne jeszcze pytania przebiegały mi przez głowę. Kto wie, czy nie dałoby się wysnuć dokładnych odpowiedzi.
Mężczyzna zmierzył zkolei badawczym wzrokiem mego Halefa, zauważył na jego ręku srebrny pierścień, i zapytał mnie tonem bardzo uniżonym:
— Bądź łaskaw i wybacz mi, o Panie, że ośmielę się zapytać: czy człowiek ten nie jest przypadkiem Aftabem, o którym mówił mi Sefir, że ci towarzyszy?
— Tak, to on, — przytaknąłem, i w tej chwili przyszła mi do głowy myśl, że biorą mnie za Peder-i-Baharata. Przypuszczenie to zmieniło się w pewność, gdy mężczyzna zapytał znowu:
— Podróżujesz pod nazwiskiem Kassima mirzy, nieprawdaż?
— Kassim mirza, to moje obecne nazwisko, — oświadczyłem.
Peder-i-Baharat posługiwał się przede mną tem samem właśnie imieniem, dając przytem do zrozumienia, że nie jest zwyczajnym sillem. To też i ja postarałem się przybrać obejście pełne godności i ton przełożonego. Jak bardzo byłem ciekaw, co zaś dopiero mój mały Hadżi — łatwo sobie wyobrazić! Aby nie pozostawać dłużej w nieświadomości, w odpowiedzi mej zawarłem równocześnie pytanie:
— Czy Sefir wysłał cię do Bagdadu, abyś mnie tam odszukał?
— Tak, o Panie!
To wieczne „tak o Panie!“ mogło z łatwością stać się dla mnie niebezpieczne, jeśli miałbym pozostać nadal stroną pytającą i otrzymywać od niego stale tak lakoniczne odpowiedzi.
Dlatego ciągnąłem dalej tonem rozkazującym:
— Cóżto za posłannictwo? Mów! Nie lubię zadawać zbytecznych pytań.
— Daruj, o Panie! Sefir jest dla nas bardzo surowy. Wolno nam jedynie odpowiadać na pytania, i to w sposób możliwie najkrótszy. Mam ci powiedzieć, abyś nie zatrzymywał się w Bagdadzie, lecz natychmiast przybywał zpowrotem.
— Dlaczego?
— Wkrótce przybędą „trupy“; tym razem nie jadą drogą lądową, lecz dla większego bezpieczeństwa spławione będą przez Nahr Sersar do Eufratu, stamtąd zaś wdół kellekami.
— Dokąd?
Zmierzył mnie napoły zdziwionem spojrzeniem i odparł:
— O tem ty, o Panie, musisz wiedzieć wszak lepiej ode mnie.
W ten sposób omal nie ściągnąłem na siebie podejrzenia. Dorzuciłem jednak szybko:
— Rozumie się, znam miejsce stałego postoju; ponieważ jednak wspomniałeś o wzmożonych środkach ostrożności, sądziłem, że Sefir ustalił tym razem inne miejsce.
— Dotychczasowe jest najlepsze, niema więc powodu szukać innego.
O jakim właściwie transporcie mowa? — zapytałem się w duchu. O „trupach“? Słowu temu poseł nadawał jakieś specjalne brzmienie. Nie mogło tu być mowy o zwyczajnych, prawdziwych trupach — lecz w takim razie o czem? Czyżby sillanowie posługiwali się między sobą jakimś tajemnym językiem, podobnie jak nasi przestępcy porozumiewają się ze sobą gwarą złodziejską? Chciałem za wszelką cenę przeniknąć tę tajemnicę, dlatego też zapytałem, ryzykując popełnienie nowego błędu:
— Czy wiesz o jakie „trupy“ chodzi tym razem?
Zaakcentowałem przytem słowo „trupy“ zupełnie tak samo, jak on poprzednio. Mężczyzna nie zdawał się podejrzewać niczego, i odparł w dobrej wierze:
— Jeśli nie wiesz tego ty, to sam Sefir też z pewnością jeszcze teraz nie wie. Ten, który je wysyła, ma zapewne powody do trzymania tego w tajemnicy. „Trupy“ jednak to tylko część tego, o czem miałem ci donieść. Chodzi jeszcze o coś innego, co wydaje się znacznie ważniejsze.
— Co mianowicie?
— Karwan.
— Jaka?
— O tem musisz już ty sam wiedzieć najlepiej!
Wydało mi się, że przez twarz jego przemknął znów cień podejrzenia; dlatego huknąłem surowo:
— Wyrażaj się grzeczniej, w przeciwnym razie nauczę cię ze mną rozmawiać! Zapewne, wiem o tem najlepiej; mówisz jednak ogólnikowo o karwanie, jakgdybyśmy nie mieli do czynienia z różnemi karawanami. Być może, masz w tym wypadku na myśli jakąś zupełnie pospolitą, nie tą zaś, którą w danej chwili szczególnie mamy na widoku. Jeśli jesteś za głupi na to, aby to zrozumieć i na przyszłość nie potrafisz wysławiać się wyraźniej, poproszę Sefira, aby w takich razach przysyłał innych posłów, mądrzejszych od ciebie!
Ze strachu posłaniec zgiął się aż w kabłąk, i przemówił głosem błagalnym:
— Nie czyń tego, o Panie, nie czyń tego! Wiesz wszak, coby mnie to kosztowało! Wybacz mi, wybacz! Nie miałem na myśli oczywiście żadnej innej karawany nad karwan-i-Piszkhidmet baszi, o której wyruszeniu doniosłeś wszak sam Sefirowi.
Khudaya szukr! — Chwała Bogu! Teraz mówisz wyraźniej. Radzę ci postępować tak zawsze, bo poseł, mówiący zagadkami i nie umiejący otworzyć ust, na djabła się zdał. Tak jest, doniosłem mu o tem. Cóż kazał powiedzieć?
— Wysłał za nią szpiegów, i ci donieśli mu, że dziś lub jutro karawana wkroczy do Bagdadu. Mógłbyś się natknąć na nią przypadkiem, i zostać poznany. Dlatego należało, byś jak najszybciej opuścił Bagdad i powrócił do Sefira. To wszystko, co ci jeszcze miałem do powiedzenia.
— Cóż jeszcze?
— Więcej nic.
— Skoro szczęśliwym zbiegiem okoliczności spotkałeś mnie już tutaj, nie masz tedy potrzeby jeździć więcej do Bagdadu. Powinniście z takiego obrotu sprawy być zadowoleni. Pojedziecie zatem wraz ze mną do Sefira.
Powiedziałem to tonem rozkazującym, jakkolwiek w duchu radbym był widzieć tych obu łotrzyków, gdzie pieprz rośnie. Zabierając ich ze sobą, wystawialiśmy się z Halefem na niejedno niebezpieczeństwo, które, chociaż nas nie przerażało, mogło się stać zkolei powodem wielu powikłań. Ku mej radości poseł odparł szybko:
— Wybacz, o Panie, że nie będziemy ci mogli towarzyszyć, musimy jednak jechać jeszcze na tamten brzeg, a raczej znacznie dalej wgórę — do Madain.
— Do Madain? Więc nietylko do mnie, do Bagdadu?
— Nie. Mieliśmy wprzód odszukać ciebie, następnie zaś jechać wdół Tygru, do Madain. Byłoby to dla nas o wiele dalej i dzięki temu, że pojedziemy tam wprost stąd, skrócimy sobie tę drogę znacznie.
— Potem wrócicie napowrót do Sefira?
— O, nie. Zanim będziemy mogli wrócić, mamy jeszcze od niego ważne poselstwo do Kut el Amara.
Ten Sefir wydawał się podtrzymywać bardzo rozległe stosunki. Zresztą, nie obchodziło mnie to już więcej i w danej chwili było mi jedynie na rękę. Droga stąd do Madain trwa osiem godzin, stamtąd do Kut el Amara — dwanaście, stamtąd zaś do ruin Babilonu, gdzie, jak przypuszczałem, przebywa Sefir, nowych czternaście godzin. Gdyby nawet obaj ci sillanowie pośpieszali bardzo na swych niezbyt pokaźnych koniach, musieli wszak pozostawić sobie w każdym razie czas na posiłek i nocleg, mogli więc powrócić do Sefira nie wcześniej, jak przed upływem dwóch i pół dnia. Zamierzając zatrzymywać się na niektórych tylko postojach, i to na bardzo krótko, mieliśmy tem samem wszelkie szanse być już wówczas daleko w drodze powrotnej, i nie potrzebowaliśmy się obawiać powtórnego z nimi spotkania, które mogłoby stać się dla nas kłopotliwem. Wzgląd ten uspokoił mnie tak dalece, że odważyłem się na niewątpliwie zbyt obcesowe pytanie:
— Jakiego rodzaju poselstwa macie do Madain i do Kut el Amara?
— Nie bierz nam tego za złe, o Panie, lecz o tem musimy zamilczeć.
— Nawet przede mną?
— Przed każdym. Ponieważ Sefir nie zrobił dla ciebie wyjątku, stosuje się to tem samem i do ciebie.
— Słusznie! To mi się podoba! Nie należy nigdy, nawet dla dogodzenia przełożonym, odstępować od swego obowiązku. Czy może Sefir podał wam jakieś określone miejsce, w którem mam się z nim spotkać?
— Znasz je wszak, o Panie.
— Oczywiście. Nie siedzi jednak tam przecież stale i mógł wam powiedzieć, gdzie w razie nieobecności będę go mógł odszukać.
— Jeśli go tam nie będzie, będziesz musiał na niego zaczekać. Zarośla przy Hilleh dość są wysokie i gęste, aby ukryć ciebie i wszystkich, kogo tam zastaniesz. Żaden człowiek nie zagląda w nie do dziś dnia, odkąd zdarzyło się tam to wielkie morderstwo. Aby się tam dostać, trzeba wszak jechać dwie godziny przez rozpalone piaski, po których, według wierzenia mieszkańców Hilleh, błądzą dniem i nocą dusze zamordowanych. Będziesz tam, o Panie, bezpieczniejszy niż w zamku Ibrahima[6].
— Dobrze. Nie macie mi zatem istotnie nic więcej do powiedzenia?
— Nie. Chociaż... ach, prawda! Przypominam sobie, Sefir powiedział, że nie wiesz jeszcze o pewnej rzeczy i nieświadomość ta mogłaby zaszkodzić ci w drodze. Mianowicie, w związku z karwan-i-Piszkhidmet baszi Sefir zawarł sojusz z Beduinami ze szczepu Ghazai; jeden ich oddział rozproszył się tu po okolicy i, aby nie wzbudzać podejrzenia, podaje się za Arabów z plemienia Solaib. O tem mieliśmy cię jeszcze zawiadomić. A teraz, o Panie, nie mamy ci już rzeczywiście nic więcej do doniesienia.
— Dobrze! Jestem z was zadowolony; zasłużyliście sobie na bakszysza. Otrzymacie go ode mnie, gdy spotkamy się w Hilleh. Kiedy wyruszyliście stamtąd?
— Wczoraj wieczorem.
— Zatem będziecie musieli wyspać się przyzwoicie w Madain. Nie zatrzymujcie się wobec tego tutaj, lecz postarajcie się przybyć tam jak najwcześniej.
— Skoro konie nasze już się napoiły, nie mamy tu więcej co robić. Niechaj Allah ma cię w swej opiece! Dour-i fer-et biger-der, Agha! — pozwól ml objąć twą głowę, o Agha![7]
Dosiedli koni i wyjechali za bramę. Halef poprowadził nasze konie do wodopoju i, mrugając na mnie porozumiewawczo, rzekł:
— Allah czyni głowy światłemi i ciemnemi; twoja promienieje jak słońce na niebie; ich zaś pogrążone były w ciemności i głupocie, tak, iż patrząc w głębie ich rozumu, miałem wrażenie, jakobym zaglądał w głąb ciemnej studni, pozbawionej kropli wody. Oko twoje przejrzało ich nawylot, jak słońce prześwieca szyby ze szkła; lecz oni brali cię za kogoś zgoła innego, o kim my powiedzieć możemy z pewnością, że nie był ani tobą, ani nim, i z tych trzech osobowości razem wziętych wytworzyli taki galimatjas, że nawet ja nie mogłem się w nim połapać a jestem wszak Hadżi Halef Omar, słynny szeik Haddedihnów z wielkiego szczepu Szammar!
— Czy rzeczywiście było ci się tak trudno połapać? — zapytałem ze śmiechem.
— Nie było to łatwe, sihdi, w dodatku nie wszystko rozumiałem, ponieważ mowa była o trzech osobach i czterech miejscowościach, które plątały mi się ze sobą nieustannie. Dusza moja jeździła od Bagdadu do Madain i od Kut el Amara do Hilleh, nie mogąc pochwycić związku w tych potokach mądrości, które przepływały przez twoje wargi.
— Nie było wcale mowy o trzech osobach, tylko o dwóch.
— Jakto o dwóch? O trzech. O tobie, o Sefirze i o Peder-i-Baharacie; to przecież w sumie trzy osoby — nie zechcesz wszak temu przeczyć. Wszystkie one tak dalece pomieszane były ze sobą, że nie wiem jeszcze dotychczas, czy to ty masz być Pederem, czy Peder — Sefirem, czy Sefir — tobą, czy ty — Sefirem, czy też wreszcie Sefir — Pederem. Z kim właściwie zamieniłeś się rolami, i w jaki sposób do tego podejść, aby oddzielić cię od niego, zaś was obu od tego trzeciego?
— Sili wziął mnie za Peder-i-Baharata; to musiałeś przecież zrozumieć.
— Za Peder-i-Baharata? Jeśli tak było w istocie, to nic dziwnego, że niepodobna było tego wyrozumieć, bo też nie było w tem za grosz rozsądku. Kto ciebie, sławnego emira Hadżi Kara Ben Nemzi effendiego, bierze za tego łotra, zasługuje na chłostę. Gdybym był przejrzał tę zuchwałość silla, miałby robotę mój batóg, i plecy tych rzezimieszków długo mogłyby jeszcze o nim opowiadać! Ale teraz, skoro mi to powiedziałeś, rozumiem już całą resztę. Sefir, ten wróg naszego poczciwego bimbasziego, znajduje się w Hilleh?
— Wpobliżu Hilleh. Kryjówka jego mieści się w zaroślach o dwie godziny drogi od miasta. Jest tam najzupełniej bezpieczny, bo niedość, że droga uciążliwa, lecz nadomiar wszyscy obawiają się straszących rzekomo duchów zamordowanych.
— Dobrze, bardzo dobrze! To mi się podoba! Ja również zacznę tam straszyć, i ukażę się jako duch. Zabiorę ze sobą jeszcze jednego ducha o skórze hipopotama. Ten duch także zacznie tam straszyć, bardzo straszyć, ale nie w wodzie, lub na brzegu, lecz na jego karku! Tak długo będzie straszył na jego karku, aż Sefir sam obróci się w ducha, w ducha żałości i skargi na cięgi, jakie ode mnie oberwie za to, że naszego kochanego bimbasziego przyprawił o stratę pieniędzy i stanowiska! Cóż robi ten łotr w swojej kryjówce?
— Słyszałeś przecież, że czeka na trupy.
— Życzę mu ich, życzę jak najwięcej! Może je sobie zajadać pod jaką postacią mu się żywnie podoba: gotowane, pieczone, smażone, albo nawet na surowo, prosto z trumny. Ale czy nie wspominali ci ludzie i o jakiejś innej karawanie?
— Owszem, o karwan-i-Piszkhidmet baszi.
— Nie rozumiem ani słowa. Mówię teraz już dość biegle po persku, co jednak oznaczać ma Piszkhidmet baszi, dalibóg nie rozumiem.
— Słowo to oznacza Farrasz-baszi,[8] lub przynajmniej coś w tym rodzaju, słowem urzędnika dworu Szah-in-szaha.
— Zatem jakiego wysokiego dworzanina, który znajduje się teraz w drodze wraz z karawaną?
— Właśnie.
— Cóż ma z tem wspólnego Sefir?
— Tego już nie wiem.
— Jakto, ty nie wiesz? O, sihdi, jakże głęboko zasmucasz moją duszę! Ty, którego wzrok jest tak przenikliwy, a ucho uchwycić potrafi każdy odgłos, od szumu burzy i łoskotu piorunów do najlżejszego ćwierkania świerszcza, ty nie potrafisz przejrzeć zamiarów Sefira tysiąckroć większego od tego świerszcza?
— Być może, ty je przejrzałeś?
— Ja, skądże? dlaczego mnie o to pytasz? Ja jestem tu poto, by cię bronić i strzec; reszta już do mnie nie należy. Przenikanie tajemnic — to twoja rzecz: szukaj i śledź tak długo, aż odkryjesz tkwiącego w Sefirze świerszcza.
— Co innego pochwycić głos świerszcza, a co innego przejrzeć tak chytrze zawikłaną aferę; do jednego wystarczy mieć jedynie otwarte ucho, do drugiego zaś trzeba czegoś więcej.
— Któż posiada to „coś więcej“, jeśli nie ty, sihdi!
— Ty również.
— Proszę cię, nie wymagaj tego teraz ode mnie. Wiesz, że Allah nie poskąpił mi daru rozsądku; od chwili jednak, gdy noszę na palcu pierścień tego silla, mam wrażenie, jakby mnie kto zdzielił obuchem po głowie. Wyłowiłem cię z tego galimatjasu z Sefirem i z Pederem; nic więcej dokonać dzisiaj nie jestem w stanie. Pomyśl sam, a na pewno znajdziesz rozwiązanie tej zagadki.
— Znalazłem już dawno; nie zrozumiałeś tylko mojej odpowiedzi. Jakie zamiary żywi Sefir wobec karawany tego dworzanina, nie mogę wiedzieć z pewnością, mogę się jedynie domyślać.
— Czego się w takim razie domyślasz?
— Tego, że chce na nią napaść przy pomocy Beduinów ze szczepu Ghazai, z którymi zawarł w tym celu sojusz. Z tego właśnie sojuszu wnioskuję, że bądź to Sefir nie rozporządza dostateczną ilością sillanów, bądź też ci do napadu na karawanę się nie nadają, — być może dlatego, że nie są urodzeni rozbójnicy i mordercy, lecz służą naogół do przedsięwzięć mniej zbrodniczych.
— Ale wszak Peder-i-Baharat również był sillem, a mimo to chciał nas zamordować?
— To mógł być wyjątek. Uderzyłeś go, a wiemy dobrze, że czynną zniewagę zmywa się krwią.
— Nie wierzę w takie wyjątki, sihdi. Sądzę jednak, że skoro Sefir zamierza napaść na karawanę tego dworzanina, musi obiecywać sobie po niej niezłe zdobycze.
— Oczywiście. Łatwo nawet domyślić się dlaczego, aczkolwiek nie mam w tym wypadku pewności i jest to tylko moje przypuszczenie. Wiąże się ono z majdana koma[9] w Paryżu.
— Paryż, stolica Franków? Majdana koma, gdzie wystawia się wszystko, co dany naród stworzył i wyprodukował? W jaki sposób wiąże się to z Sefirem i planowanym przez niego napadem? — pytał zdumiony Halef. — Sihdi, jesteś najmądrzejszym z ludzi, jakich znam. Myśli twe są tak przenikliwe i trafne, że często, bardzo często przychodzę ze zdumieniem do przekonania, że przed twym wzrokiem nic ukryć się nie jest w stanie. Ale w jaki sposób możesz łączyć Sefira z Paryżem i z majdana koma?
— W każdym razie spróbuję ci to wyłożyć. O ile mi wiadomo, szach ma zamiar udać się do Paryża, aby zwiedzić tę majdana koma. Wszyscy jego dworzanie popierają ten zamiar, jedynie kapłani są mu przeciwni. Szach jednak, podobnie jak każdy muzułmanin, wie dobrze, w jaki sposób wpłynąć można na zdanie tych pobożnych ludzi: należy ich kupić. Wszystkich kapłanów szyitów, od najwyższego imam-dżuma aż do najniższego mullaha, można kupić za złoto. Obdarowuje się parę meczetów, daje się brzęczące łapówki paru wpływowym imamom, jeśli zaś i to nie pomaga, ucieka się do wypróbowanego i niezawodnego środka: posyła się do świętych miast karwan-i-raszwa[10]; wówczas można być spokojnym, że skutek nie każe długo na siebie czekać. Kapłani Meszhed Ali i Kerbeli mają na swych współwyznawców tak przemożny wpływ, że nie może się z nim równać wpływ wszystkich wysokich i niskich imamów razem wziętych.
— Mów dalej, sihdi! Zaczynam teraz rozumieć. Rozpraszasz powoli poprzednie moje wątpliwości.
— Taką karwan-i-raszwa powierza się rzecz prosta, jedynie człowiekowi pewnemu i wypróbowanemu, którego się zna i na którym można polegać. Kogóż zaś przy panujących na dworze stosunkach zna szach lepiej od własnych dworzan? Z pomiędzy swych zaufanych wybiera sobie najbardziej godnego zaufania, aby powierzyć mu bogate dary i ważną, poufną misję. Gdy karawana taka wyrusza w drogę, może się nazywać równie dobrze karwan-i-Piszkhidmet baszi, t. zn. karawaną dworzanina.
— Doprawdy, jakie to proste, — przyznał Hadżi. — Że też odrazu nie przyszło mi to do głowy.
— Rozważmy dalej, drogi Halefie: dlaczego daną karawanę określają mianem karawany dworzanina? Gdyby jakiś dworzanin przyłączył się do niej przypadkowo, to nie byłoby żadnego powodu nazywać jej jego imieniem. Karawana pozostałaby w tym wypadku rzeczą główną, on zaś zwykłym jej członkiem, jak każdy inny. Oznaczenie jej jego mianem daje powód do wniosku, że punkt ciężkości spoczywa właśnie na nim — że dworzanin nie znalazł się w niej przypadkowo, lecz najprawdopodobniej uformował ją sam, że jest jej organizatorem i przywódcą. Jeśli to nasze przypuszczenie jest trafne, musimy się zkolei zapytać, co za cel może mieć dworzanin w uformowaniu karawany? Oczywiście, trudno przypuścić, żeby to uczynił za własne środki i dla własnego celu; działa z pewnością z polecenia kogoś innego, tym zaś kimś innym według wszelkiego prawdopodobieństwa może być jedynie pan dworzanina. Przypuszczam nadto, że nazwa „karawana dworzanina“ nie jest nazwą publiczną, oficjalną, nadaną przez samego organizatora; skłonny jestem raczej sądzić, że w ten sposób określają ją jedynie Peder-i-Baharat i Sefir. To zaś jest dla mnie jeszcze jednym dowodem, że nie zgadywałem fałszywie.
— Czy potrzeba na to jeszcze dowodu? — zapytał Halef. — Nie znajduję już żadnego!
— Jest jeszcze wiele, ale już ten jeden wystarcza. Słyszałeś, że Peder-i-Baharat doniósł Sefirowi o wyruszeniu karawany. Najprawdopodobniej był w Persji, być może nawet w samej stolicy, i tam wyśledził zamiary dworzanina. Rzecz zrozumiała, że podróż tego rodzaju, przedsięwzięta z rozkazu władcy celem przewiezienia cennych podarków, trzyma się w najściślejszej tajemnicy, tem bardziej skoro podarki te powinny wpłynąć na zmianę dotychczasowego zdania kapłanów. Dlatego też wykrycie tej tajemnicy musiało kosztować Peder i-Baharata wiele czasu, przebiegłości i pieniędzy, jeśli więc opłacało mu się to wszystko, jest to o jeden dowód więcej że chodzi tu o rzecz niezwykłej wagi. Nie zapominajmy, że z wiadomością tą wyprawił z Persji specjalnego posłańca, w odpowiedzi na co Sefir wysłał na spotkanie karawany swego szpiega; to również są dowody, pozwalające wnioskować, że ta karwan-i-Piszkhidmet baszi jest dla nich obu gratką pierwszorzędnej wagi, większej prawdopodobnie, niż t. zw. „trupy“, mające przybyć Eufratem.
— Czy sądzisz, effendi, że i dla nas jest ona rzeczą równie ważną?
— Narazie jeszcze nie; może się jednak nią stać przy pewnych okolicznościach. Nie mamy coprawda zamiaru spotykać się ani z Peder-i-Baharatem, ani z Sefirem; gdyby jednak przypadkiem miało to nastąpić, musimy być przygotowani, że wciągnięci zostaniemy siłą faktu w tę tajemniczą historję, mamy bowiem przed sobą Sefira, za sobą Pedera, miejsce zaś, w którem mają się spotkać, może się z łatwością okazać tem samem, którego szukamy. Widzę jeden tylko sposób uniknięcia tego spotkania.
— Jaki mianowicie?
— Zrezygnować ze zwiedzenia miast, któreśmy zwiedzić zamierzali, — powrócić do Bagdadu, a stąd, aby nie natknąć się na Pedera, obrać sobie możemy inną drogą.
— Ani mi to w głowie, sihdi! Co raz sobie postanowiłem, tego muszę dokonać; w każdym razie, z powodu tych rzezimieszków nie mam najmniejszego zamiaru się tego wyrzekać; wyglądałoby to tak jakbyśmy przed nimi stchórzyli. Postanowiliśmy sobie dotrzeć do ruin Babilonu i dotrzemy. Czyż jesteś innego zdania?
— Nie.
— A zatem ruszajmy! Konie nasze się napoiły i nasze bukłaki na wodę są już pełne. Niechaj zajdzie nam drogę, kto chce, sillanowie czy inni hultaje; gotów jestem w każdej chwili wygarbować im tym batem na skórze całą pasję mego serca; słyszałeś, effendi, wy-gar-bować!
Z tem i słowy wyciągnął z za pas swój harap, i kilka razy ze świstem przeciął nim powietrze. Aby ukrócić jego energję, odparłem:
— Włóż ten bat, skądeś go wyjął! Należy w pierwszym rzędzie wystrzegać się nierozwagi; wiesz dobrze, że przyrzekliśmy twej Hanneh unikać wszystkiego, co mogłoby wystawić nas niepotrzebnie na niebezpieczeństwo.
— O, co się tyczy tego, sihdi, to znam moją Hanneh, podobną z urody i wdzięku do wschodzącego słońca, i wiem, że niemniej, niż zdrowie mego ciała i bezpieczeństwo mego życia, leży jej na sercu mój honor. Pragnie mieć mnie zdrowym i całym, lecz również pragnie być dumną ze świadectw mojej waleczności. Żąda wprawdzie, bym był przezorny, wstydziłaby się jednak za mnie, gdyby się dowiedziała, że jej Halef nie jest już tym nieustraszonym wojownikiem, jakim był dawniej. Opowiadałeś mi kiedyś o matce, która do synów swych, wyruszających na wojnę, mówiła, by wrócili z tarczą lub na tarczy. Co do mnie, to gotów jestem dla mojej Hanneh równocześnie na jedno i na drugie: wrócę do niej na tarczy, lecz żywy, bo wcale mi to nie w głowie obejmować ramionami nieżywego truposza jej owdowiałą szyję; powiedziałem ci już to kiedyś. Czyż twoja Emmeh jest z innej gliny, niż urocza i nieporównana władczyni mego haremu? Czyż przekłada całość twego ciała nad twój honor, nad męstwo, przed którem drżą wszystkie łotrzyki i którego jak ognia boją się wszyscy hultaje?
— Jeśli chodzi o moją Emmeh, z którą równać się nie może żadna z mieszkanek haremów całego świata, możesz być spokojny; nie zechciałaby za męża tchórza.
— Cieszy mnie to niewymownie, proszę cię jedynie, byś w pochwale, jaką, obdarzyłeś ją przed chwilą, uczynił jeden wyjątek. Skoro mówisz, że żadna z kobiet równać się z nią nie może, zważyć powinieneś, że bardzo mnie to boli, iż stawiasz swoją Emmeh wyżej od mojej Hanneh!
— Czyż nie mam prawa wielbić swej żony równie, jak ty swojej?
— Owszem; nie powinieneś jednak zachodzić w tem tak daleko, by poniżać moją Hanneh dla wywyższenia swej Emmeh. Umówmy się, że obie one są nieporównane! A teraz, gdy przymocowałem już do siodła nasze bukłaki z wodą, możemy ruszyć w drogę.
— Masz słuszność, jedziemy! Nie za— Czemu?
— Bo będziemy odtąd podawać się za sillanów tylko w takich razach, gdy będzie nam to mogło przynieść jakiś pożytek. Gdyby każdy sili, jakiego napotkamy po drodze, miał nas brać za swoich, mogłoby to wywołać wiele nieprzyjemnych dla nas sytuacyj.
— Masz rację, effendi. Schowajmy je zatem, dopóki nie zechcemy znowu pokazać tym sillom, jak dalece przebiegłość nasza przewyższa ich przezorność.
Dosiedliśmy napowrót koni i wyjechaliśmy z khanu. Karawany zdążające do Hilleh zwykły jeszcze zatrzymywać się po drodze w khanach Nasrijeh i Mohawid, my jednak, chcąc uniknąć jakiegokolwiek niepożądanego spotkania, zaniechaliśmy tych postojów, trzymając się drogi, jaką jechaliśmy wówczas, by przez okrążanie karawany śmierci uniknąć jej odoru.
Wspominam o drodze, w rzeczywistości jednak drogi nie było żadnej. Jechaliśmy naprzełaj pustem polem, lub raczej otwartą bezdrożną pustynią, napotykając często na wyschnięte oddawna kanały i rowy. Pomimo tego, że wówczas drogę tę odbywałem w gorączce w stanie nawpół przytomnym, przypomniałem sobie dokładnie niektóre wyniesione nad pustynią punkty, widziane już niegdyś.
— W tem miejscu — powiedział Halef, zatrzymując konia, — zsiedliśmy wówczas, aby przeczekać największy skwar. Uderzył mnie wtedy twój wygląd. Twarz miałeś zupełnie szarą, a twoje drogie oczy podkrążone były ciemnemi półkolami. Musiałem dać ci wody i octu, spojrzenie twoje jednak pozostawało po dawnemu bez duszy, i widziałem, że wytężasz wszystkie siły, aby utrzymać się na nogach i nie zasmucać mojego serca swą słabością.
— Tak, to była istotnie fatalna chwila, mój Halefie. Byłem już raczej cieniem, niż człowiekiem. Gdy pędziliśmy przez pustynię, opłynęło mnie to nagle jak okropne majaczenie, i ludzie znajdujący się koło mnie zaczynali mi się wydawać nierealnemi zjawami. Jeśli chcesz, możemy rozłożyć sobie czas, jak wtedy, i zanocować w tem samem miejscu — koło Birs Nimrud.
— Jak sobie życzysz, effendi. Wiele czasu potrzeba nam jeszcze, aby dojechać do Hilleh?
— Jeśli nie zmienimy kierunku, sądzę, że jakieś dobre cztery godziny.
— W takim razie zajedziemy tam w największy upał i będziemy go mogli przeczekać.
Wyliczenia moje okazały się słuszne. Około południa dotarliśmy do gaju palmowego, położonego na lewym brzegu I Eufratu. Na prawo dostrzegliśmy ruiny El Himmar, dalej szczyt Bab el Mudszellibeh i pagórek Qasr z resztkami wznoszącego się tu niegdyś królewskiego zamku, w którym zmarł Aleksander Wielki. Na sąsiednim pagórku Amran Ibn Ali znajdowały się prawdopodobnie słynne wiszące ogrody Semiramidy. Na lewo piętrzyły się również ruiny, z których najpotężniejsza nosi do dzisiaj nazwę Babelu. Legenda muzułmańska opowiada, że we wnętrzu jej powieszeni zostali za nogi dwaj upadli aniołowie, Harut i Marut, i że do dzisiaj wiszą tam w tej samej poczciwej pozycji.
Gdy dotarliśmy do Hilleh i przejechali most, skręciliśmy w kierunku pewnego menzîlu[11], przekładając go nad khan, tem bardziej że posiadał dużą piwnicę, której chłód był prawdziwem dobrodziejstwem. Wprowadziwszy konie do szopy i dawszy im obroku i wody, spuściliśmy się po schodach nadół i podczas, gdy ja ułożyłem się wygodnie na poduszce, Halef za zgodą gospodarza udał się do matbach[12], aby własnoręcznie przyrządzić dla nas koguta z ryżem.
Do budowy Hilleh użyto cegieł z ruin Babilonu; mieścina ta stanowi stolicę okręgu Diranijeh. Tędy prowadzą drogi karawan do Kerbeli i do Nedszef Ali. Z pośród budynków publicznych najznaczniejszym jest meczet Esz Szems[13]. Dziesięciotysięczną ludność stanowią Persowie-szyici i Arabowie, ludzie tak fanatyczni, iż musiałem się strzec, aby nie zdradzić się przed gospodarzem, że jestem chrześcijaninem. Nie tolerowałby mnie u siebie dłużej ani chwili i wszystko, czego dotknąłem, uważałby za nieczyste; a koszta oczyszczenia musiałbym pokryć z własnej kieszeni. Skoro wspomniałem już o czystości i oczyszczaniu, muszę dodać, że sami mieszkańcy Hilleh nie mają najmniejszego tytułu do szczycenia się schludnością, jak zdołałem zauważyć; miasto ich sprawia raczej wrażenie jednego wielkiego śmietnika przeróżnych wschodnich odpadków.
Koguta naszego mogliśmy spożyć z apetytem, ponieważ upiekł go sam Halef; gdy jednak zamówiliśmy po nim kwaśne mleko, z którego właśnie Hilleh słynie w okolicy, musieliśmy odgarnąć całą wierzchnią warstwę pokrytą pokładem brudu. Gospodarz, który to widział i wziął nam za złe, zmarszczył czoło i zapytał nas o powód. Hybki w takich razach w języku, Halef odparł:
— Wybacz nam, o wzorze zbożnej gościnności! Jesteśmy pokutnikami i uczyniliśmy ślub, oby ukarać się i ćwiczyć we wstrzemięźliwości, — nie jeść z żadnej potrawy najlepszej jej cząstki, a przyznasz sam, że to, cośmy zebrali i odrzucili z twego mleka, było właśnie jego cząstką najlepszą.
— Niechaj Allah będzie dla was łaskaw i doda wam siły do przestrzegania waszego ślubu w stosunku do wszystkie potraw, nietylko zaś do mojego mleka. Powinniście byli wszak i z koguta odrzucić to, co najlepsze, spałaszowaliście zaś go całego.
— Mylisz się, wcaleśmy tego, co najlepsze, nie spałaszowali.
— Nie widzę jakoś, żeby cokolwiek pozostało!
— Rzeczywiście? Powiedz sam: czemże byłby kogut, gdyby nie obdarzono go kośćmi dla podtrzymywania jego cielesnej powłoki? W jaki zaś sposób mógłby istnieć, gdyby nie posiadał piór, które nietylko stanowią jego odzienie, lecz nadto służą mu za ozdobę? Jeśli Allah pobłogosławił cię darem rozumu, przyznasz, że kości i pióra są właśnie tą najlepszą cząstką koguta. A teraz spójrz. Widzisz te kości? Jeśli zaś pójdziesz do kuchni, znajdziesz tam również pióra, z których nie tknęliśmy ani jednego. Ślub nasz został tedy dochowany. Z mleka twego również chcieliśmy odrzucić początkowo kości i pióra, lecz nie znaleźliśmy w niem żadnych.
Gospodarz, zbity z pantałyku, mrucząc gniewnie, wyniósł się za drzwi.
— Szkoda, że nie słyszała tego Hanneh, najśliczniejsza ze wszystkich ślicznostek! — zaśmiał się Halef. — Czy nie wyraziłem się wybornie o tych kościach i piórach w mleku?
Po pewnym czasie gospodarz powrócił w towarzystwie trzech mężczyzn w starych zapiętych meszlachach[14], którzy na pierwszy rzut oka nie wzbudzali wielkiego zaufania. Ci przypatrywali się nam z widoczną ciekawością i, przysiadłszy do nas blisko, obstalowali sobie tszibuki i kawę. Jeden z nich zwrócił się do nas z temi słowy:
— Widzieliśmy na dworze wasze konie i podziwialiśmy je. Kto posiada takie wierzchowce, musi być człowiekiem bogatym, bardzo bogatym. Czy wolno was zapytać, gdzie też leży wasza ojczyzna?
Halef rzucił w moją stronę pytające spojrzenie, skinąłem lekko głową. Wówczas odrzekł:
— Pochodzimy z dalekiego kraju Szibiri[15], gdzie góry piętrzą się do księżyca i białe są od śniegu, w który przemienia się tam deszcz.
Allah! Jakże musi być tam zimno! My tutaj nie wiemy nawet, co to jest śnieg, słyszeliśmy jednak o tem coś nieco. Musi tam mieszkać zapewne wielu sunnitów?
— Nie, sami szyici.
— W takim razie niechaj Allah błogosławi temu krajowi i niechaj sprawi, aby po sto palm rosło tam dla każdego mieszkańca! Czy ludzie tamtejsi są zamożni?
— O tak, wszyscy!
— Widać to po waszych koniach. Kiedy mieszkańcy Szibiri wyruszają w drogę, napychają zapewne swe kieszenie samem złotem?
Potakując na pytanie o bogactwie, Halef postąpił bardzo nierozważnie, mógł bowiem nasunąć przez to z łatwością tym ludziom myśl grabieży. Tym razem odparł roztropniej:
— Nie napychają ich sobie niczem, ponieważ kraj ten słynie z gościnności i nikt tam nie zwykł nosić przy sobie pieniędzy.
— Przecież każdą gościnność trzeba nagrodzić. Zapewne wożą ze sobą w takim razie kosztowności? Może perły, lub drogie kamienie?
— Drogie kamienie? Jakie kamienie mianowicie masz na myśli?
— Diamenty, rubiny, szmaragdy, turkusy...
Allah ’l Allah! Czy te kamienie nazywają się u was drogie?
— Naturalnie!
— Co za kraj! I co z was za naród! U nas w Szibiri piętrzą się całe góry takich kamieni. Nie mają żadnej wartości. Drogi nasze wybrukowane są diamentami, a domy buduje się z rubinów i turkusów. Do budowy meczetów używamy wyłącznie szmaragdów wielkości dziesięciu waszych kamieni.
Maszallah! To nie do wiary!
— Naturalnie, że do wiary, bo to szczera prawda. Są jednak i u nas kamienie drogie, za które płacimy ogromne pieniądze.
— Jakże się nazywają?
Kara tasz, hasswa, hattan, palandiz taszy[16]; i jeszcze wiele innych podobnych.
— Jakto, czy ludzie tam powarjowali?
— Cóżto za pytanie?
— To są właśnie kamienie, z których u nas składają się góry!
— W takim razie poszaleliście wy i wasze góry, ale nie my! W Szibiri nie wiedzą wogóle, co to jest szaleństwo, tutaj zaś zdaje się ono mieszkać w większości głów, w pierwszym zaś rzędzie w waszych.
— Jakto?
— Bo kto inny, jak nie warjat, pytać się może o drogie kamienie? Czy sądzicie, że gdybyśmy wozili je ze sobą, powiedzielibyśmy wam o tem? U nas, w Szibiri, niema takich głupców, jakiemi wydają się być mieszkańcy tutejszych okolic.
Teraz dopiero mężczyzna zrozumiał, że Halef wystrychnął go na dudka; sięgnął po swój nóż i zawołał groźnie:
— Milcz! Jeśli ośmielisz się nas obrażać, zapoznasz się z tem ostrzem!
— Schowaj je, skądeś wyjął, — odparł Halef ze śmiechem. — My też mamy noże. Twoja zbyt wielka i niewczesna ciekawość zasługiwała na nauczkę, jaką otrzymałeś. Widziałeś, że wypoczywaliśmy. Czemu nie zostawisz nas w spokoju? Skąd wiesz, że wogóle mieliśmy ochotę z tobą rozmawiać? Nie jesteśmy gołowąsami, którym można zadawać głupie i nieostrożne pytania. To wszystko, co chciałem ci powiedzieć. A teraz zostaw nas w spokoju!
Mężczyzna zerwał się na równe nogi i pogroził mu zaciśniętą pięścią:
— Za podobne obelgi przebiłbym cię nożem, gdybym... gdybym... gdybym nie należał do plemienia Solaib. Słyszałeś o takiem plemieniu?
Na mocy powszechnych i bardzo starych sojuszów plemię Solaib korzysta oddawna z niezamąconego spokoju. Nikt nie ma prawa zachowywać się wobec niego wrogo; ze swej strony jednak członkowie tego plemienia obowiązani są również unikać wszystkiego, co mogłoby się stać powodem do wrogiego zatargu. Wiedzieliśmy od dwóch posłów Sefira, że ten zawarł sojusz z Beduinami ze szczepu Ghazai, którzy dla niepoznaki podają się za Solaib. Do nich też najprawdopodobniej należeli ci trzej ludzie. Ponieważ Hadżi ponosił całkowitą winę tej zewszechmiar niemiłej sceny, sam zwróciłem się do nieznajomego:
Jeśli należysz istotnie do plemienia Solaib, to nie czyń wstydu pokojowym obyczajom twego plemienia, i siadaj spokojnie na miejsce. Przywykliśmy, ilekroć chcemy z kim mówić, sami nawiązywać z nim rozmowę. Czekaj zatem, aż będziemy uważali za stosowne zwrócić się do ciebie pierwsi.
Wallahi! — wykrzyknął. — Chcecie, jak widać, podawać się za jakieś wybitne persony; ale ja powiem wam zaraz, kim jesteście naprawdę! Jesteście...
Skoczyłem na nogi, zbliżyłem się do niego twarzą w twarz i zapytałem:
— Kimże jesteśmy? Mów!
Mężczyzna stał z otwartemi ustami, wahając się z odpowiedzią. Pod naporem mojego wzroku zaczął zwolna cofać się krok za krokiem na swoje miejsce, na którem usiadł, nie mówiąc ani słowa. Ja również powróciłem na swoje miejsce, jakgdyby nigdy nic. W chwilę później Beduini wynieśli się, mierząc nas raz jeszcze groźnem spojrzeniem.
— Sihdi, ten miał nielada stracha! — zaśmiał się Halef. — Od początku zauważyłem, że to tchórz.
— Niebardzo pięknie to o tobie świadczy. Czy godzi się prowokować tchórzów?
— To on mnie przecież sprowokował, nie ja jego!
— Czy nie wstyd dać się sprowokować tchórzowi?
— Niesprawiedliwy jesteś, sihdi! Czy nie dałeś mi sam znaku, abym mu odpowiedział?
— Czy zaleciłem ci odpowiedzieć mu w ten sposób?
— A czy mogłem inaczej? Co jemu do naszego majątku? Uczciwy człowiek nie pyta o takie rzeczy, ze strony zaś nieuczciwego pytanie takie jest obrazą, bo najwidoczniej uważa mnie za głupiego do tego stopnia, że sądzi, iż odpowiem zgodnie z prawdą. Nazwałem go tchórzem, ale gotów jestem jeszcze dodać, że jest łotrem; istnieją wszak i tchórzliwi łotrzy. Co ty myślisz o tych ludziach, sihdi?
— Myślę, że są to Beduini ze szczepu Ghazai; mają wziąć udział w planowanym napadzie na karawanę. Wolałbym był ich tu w każdym razie nie spotykać.
— Gdybym nie znał cię tak dobrze, gotów byłbym przypuścić, że brzmi to jak obawa! Mogą być sobie, czem im się podoba, ani mnie to ziębi, ani grzeje. Jeśli zaś nie mylisz się w przypuszczeniach, to tem bardziej, czatując na karawanę, nie będą mieli czasu zajmować się naszemi osobami. Nie mamy się ich czego obawiać. Ale co to... słyszysz?
Usłyszeliśmy nagle wyraźny tętent kopyt, i szybko wybiegliśmy na podwórze. Beduini w towarzystwie gospodarza odwiązali już nasze konie i usiłowali napróżno ich dosiąść. Skoro Halef to ujrzał, sięgnął do swego harapa, pochwyciłem go jednak w porę za rękę:
— Nie bij! Pozwól im, niech postawią na swojem. Nasze ogiery pozrzucają na ziemię i ukarzą ich dostatecznie za to zuchwalstwo.
Halef opanował swą złość i rzekł z niezbyt przyjaznym uśmiechem:
— Masz słuszność, sihdi! Trzeba tylko, aby tak spadli, żeby popamiętali to sobie na długo. Pozostaw to już mnie! Jestem doświadczony w tej dziedzinie.
Przybrał bardzo pojednawczy i uprzejmy wyraz twarzy i, zbliżając się do Beduinów, zapytał:
— Chcielibyście zapewne wypróbować nasze konie?
— Tak, — wtrącił pośpiesznie gospodarz — właśnie chcieli to uczynić. Tylko, że w tych koniach mieszka szeitan[17] i nikogo nie dopuszcza na siodło.
— O tak, one przyzwyczajone są do dobrych jeźdźców, i zdają się nie mieć wielkiego przekonania do tych Solaibów.
Ponieważ to brzmiało trochę drwiąco, jeden z Beduinów zapewnił:
— Niech poczekają! Nie sztuka dosiąść koni; niech tylko znajdziemy się w siodle, zobaczą wtedy, czy jesteśmy dobrymi jeźdźcami, czy nie! Bądź je łaskaw tylko wprzód uspokoić.
— Tej przysługi nie mogę wam odmówić; uprzedzam was jednak, że was pozrzucają.
— Nie mędrkuj!
— Jeśli tego chcecie koniecznie, czemu nie? Nie miejcie tylko do mnie potem urazy, jeżeli poskręcacie sobie karki!
— O nasze karki się nie troszcz — to już nasza rzecz!
— Dobrze! Postarajcie się więc wsiąść! A trzymajcie się mocno, bo znów będziecie prędzej dołem, niż wierzchem.
Że ci ludzie bez pozwolenia dorwali się do naszych koni — nic w tem dziwnego. Beduin jest urodzonym kawalerzystą i wpada łatwo w ekstazę na widok wyjątkowo dobrego konia, zwłaszcza czystej krwi. Jego chęć przejechania się na nim jest zupełnie zrozumiała.
Ogiery były niespokojne; wierzgały jeszcze teraz, mimo że my, ich panowie, byliśmy już blisko. Wtem Halef podniósł rękę i zawołał: — Cicho! — konie znieruchomiały; dwaj Beduini wsiedli na nie, przejechali się po całem podwórzu i wkońcu jęli naśladować ruchy gry baruda z raptownemi zygzakami, co w tem ciasnem podwórzu nie było bezpieczne. Zauważyłem, że oczy koni były wciąż skierowane na Halefa; mądre zwierzęta wiedziały, o co chodzi. Właśnie obydwaj jeźdźcy gnali z przeciwnych stron naprzeciw siebie, gdy rozległ się okrzyk Halefa:
Litaht, Iitaht!
Hadżi przedzielił te dwa słowa urwanym świstem. To był znak. Konie w pełni galopu. Wypięte grzbiety, błyskawiczne dotknięcie nogami ziemi i ponowny skok — — jeźdźcy, zataczając szeroki łuk, wylecieli z siodeł i z grzechotem runęli na rozrzucone dokoła kańczaste cegły. Konie stanęły bez ruchu; strąceni leżeli cicho; również gospodarz i trzeci Beduin narazie znieruchomieli; po chwili jednak pośpieszyli ku leżącym na ziemi. Na twarzy Halefa malował się wyraz dumnej radości.
— No i co powiesz o tem, sihdi? — zapytał. — Jak są ogiery tresowane.
— Świetnie — odrzekłem. — Ale sądzę, że jeźdźcy doznali obrażeń!
— Wszystko mi jedno. Co im do naszych koni! Ostrzegłem ich, jesteś świadkiem, żeby dobrze zważali na swe karki. Spójrz-no, mają za swoje!
Jeden z nich chciał się dźwignąć; nie mógł, bo miał złamaną nogę; drugi leżał bez przytomności; czy i ten był poszwankowany — narazie nie można było ustalić.
Poszliśmy po nasze rzeczy. Gdyśmy wrócili, spostrzegliśmy, że osobnicy, po porozumieniu się, powzięli jakąś uchwałę. Widocznie gospodarz miał ją nam oznajmić, bowiem zwrócił się do mnie wrogim tonem:
— Powiedz, macie, zdaje się, zamiar odjechać?
— Tak — potwierdziłem.
— Tak nie uchodzi. Musicie zostać!
— Dlaczego?
— Widzisz, co się tutaj stało. Ten człowiek ma złamaną nogę, ten drugi może jest zgoła nieżywy!
— Co to nas obchodzi? Ostrzegliśmy ich.
— Ale daliście koniom znak, ażeby ich strąciły!
— Nie twoja to sprawa! Masz nam powiedzieć, co ci jesteśmy winni za posiłek.
— O tem dowiecie się później. Nie puszczę was.
Pah! Nie będziesz nas chyba zatrzymywał!
— Owszem, a jeżeli nie usłuchacie, zaniosę moją skargę przed samego paszę!
— Tem nas nie przestraszysz! Jeżeli sądzisz, że uda ci się nas przerazić, nadając tutejszemu kacykowi wysoki tytuł paszy, — to jesteś w błędzie. Znajdujemy się pod bezpośrednią pieczą padyszacha, a gdyby nawet tak nie było, potrafilibyśmy się sami obronić. Czy chcesz nam powiedzieć, ileśmy ci winni?
— Nie!
— W takim razie płacę tyle, ile uważam. Wynosi to więcej, niżbyś żądał. Oto masz!
Wyjąłem pieniądze z sakiewki i podałem; podbił od spodu moją rękę tak, że monety poleciały na ziemię. Ostrzegłem go:
— Słuchaj, człowieku, nie jestem przyzwyczajony do tego, ażeby mnie trącano. Jeżeli sobie jeszcze raz na coś podobnego pozwolisz, doświadczysz na sobie, jak zwykłem karać za grubjaństwa! Odejdź!
Widząc, że chcę dosiąść wierzchowca, zagrodził mi drogę; Halef już się był usadowił na swoim koniu. Beduini podjudzali gospodarza do stawienia oporu. Ten poważył się chwycić mnie za ramię.
— Puść! — zawołałem.
— Zostaniesz! — rozkazał mi, trzymając mnie mocno.
Zdzieliłem go pod brodę tak, że się żachnął wtył, pochwyciłem go za lewy bok i pod prawe ramię, uniosłem wgórę i cisnąłem na trzeciego Beduina, który szedł mu już na pomoc. Obydwaj gruchnęli na ziemię. Zanim zdołali się porwać, siedziałem już na koniu. Pomknęliśmy precz. Poza nami zbiry ujadały, ale nie zważaliśmy na to i cwałowaliśmy przez wschodnią część miasta i tamtejsze zagajniki palmowe ku okolicy, w której na południu od miasta i wpobliżu ruin lbrahima Chalil leży Birs Nimrud.
Odległość tę przebywa się w niespełna trzy godziny. Spotkaliśmy bardzo niewielu samotnie idących ludzi. Gdyśmy tam przybyli, słońce miało się ku zachodowi. Zatrzymaliśmy się u stóp ruiny w tem samem miejscu, gdzie niegdyś rozbiliśmy obóz. Dokoła, jak okiem sięgnąć, nie było widać człowieka. Mogliśmy konie zostawić w dole bez nadzoru, i weszliśmy na szczyt wieży, ażeby rzucić okiem na szerokie pole, otaczające ruiny. Na górze znaleźliśmy się w obliczu jednego z najsławniejszych miast historji świata i religji.
Babel!
I rzekli ludzie: Nuże, zbudujmy sobie miasto i wieżę, którejby wierzch dosięgał do nieba, a uczyńmy sobie imię!“ Tak mówi Pismo Święte. Miasto zostało zbudowane i nazwane Babel. Nazwa istnieje jeszcze; ale gdzie jest miasto i gdzie jest wieża? Zgliszcza, nic, tylko zgliszcza dokoła; tam, gdzie wieża miała sięgać niebios, stanąłem po raz drugi i wspomniałem słowa: „Tam, gdzie domu nie buduje Pan, tam murarze pracują na próżno, a jeżeli miasta nie ochrania Pan, dozorcy strzegą napróżno.
Według Herodota po obydwu brzegach Eufratu rozłożone miasto miało w obwodzie 480 stadyj, czyli blisko 120 kilometrów. Było okolone murem wysokim na 200 łokci i grubym na 50, zasilonym mocnemi wieżycami i opasanym szerokim i głębokim kanałem. Sto mosiężnych bram wiodło przez ten mur do miasta, i każdą bramę prosta, przez całe miasto wiodąca ulica łączyła z bramą przeciwległą.
Czteropiętrowe domy wzniesiono z głazów spojonych specjalną żywiczną masą. Gmachy były ozdobione wspaniałemi frontonami, i przedzielone szerokiemi dziedzińcami. W rozległem morzu domów widniały wielkie place i przepyszne ogrody, w których dwa miljony ludzi szukało i znajdowało rozrywki. Również wybrzeża rzeki były ujęte w gigantyczne mury, których bramy z bronzu zamykały się na noc. Poprzez rzekę prowadził okazały most zwodzony, 30 stóp szerokości. Według Diodora, szło się po nim kwadrans czasu, według Strabona, miał jedną stadję długości. Aby ten most zbudować, musiano odprowadzić wody rzeki. Wykopano więc, na wschód od miasta, jezioro, które miało w obwodzie dwie mile i 75 stóp głębokości; tu wpuszczono potężny potok. Jezioro, później ukryte, służyło do obrony miasta, do regulacji wylewów oraz do nawadniania pól, czego dokonywano przy pomocy licznych szluzów. Na obydwu końcach mostu stały dwa olbrzymie pałace, połączone podziemnym tunelem.
Najpiękniejsze budowle Babelu, który dosłownie nazywa się Babilu, co znaczy Forteca Boga, stanowiły: pałac królewski o jednej mili obwodu, wiszące ogrody Semiramidy oraz nowy pałac, otoczony potrójnym murem i ozdobiony wielką ilością rzeźb. Słynne ogrody Semiramidy były obwiedzione murem grubości 22 stóp; tworzyły czworobok 160.000 kwadratowych stóp powierzchni. Na wysokich, sklepionych łukach wznosiły się amfiteatralnie rozmieszczone tarasy, do których wchodziło się po schodach, szerokich na 10 stóp. Platformy tych tarasów były wyłożone płytami długości 16 stóp i szerokości 4 stóp, a to w tym celu, ażeby się woda nie mogła przedostać. Na tych płytach leżał gruby pokład sprzęgniętych rur, nadto dwa rzędy palonych cegieł, złączonych żywicą i pokrytych warstwą ołowiu, na której usypano tyle żyznej ziemi, że najtęższe drzewa mogły głęboko i wygodnie puścić korzenie. Na górnym tarasie znajdowała się ogromna studnia, która czerpała wodę z rzeki i rozlewała ją po ogrodach. Pod każdym tarasem mieściły się pawilony, rozświecone nocą wspaniałemi lśniącemi kolumnami; tutaj rozkoszowano się zarówno zapachem najrzadszych kwiatów, jak i czarownym widokiem na wszystkie części i okolice miasta.
Największą zaś budowlą miasta była wieża Babel, o której opowiada Pismo Św. Talmudziści utrzymują, że miała 70 mil wysokości. Według podań wschodnich, wynosiła jej wysokość 10.000 rozstępów, według innych legend 25.000 stóp; miljon ludzi pracowało jakoby nad nią 12 lat. Jeżeli te liczby są, oczywiście, przesadzone, to rzeczą pewną zdaje się to, że pośród wielkiej świątyni Baalu wznosiła się wieża, której podstawa liczyła w swym obwodzie tysiąc kroków, a wysokość sięgała 800 stóp. Składała się z ośmiu kondygnacyj, przyczem każda miała średnicę mniejszą, niż ta, na której spoczywała. Po schodach, ośmiokrotnie obejmujących wieżę od zewnątrz, wstępowało się na wierzchołek wieży. Każda kondygnacja mieściła wielkie sklepione hale, kolumnady, pokoje i korytarze, gdzie posągi, tablice, stoły, krzesła i przyrządy były odlane z czystego złota. W dolnej kondygnacji stał posąg Baala, który ważył tysiąc babilońskich talentów, a więc przedstawiał wartość wielu miljonów talarów. Na górnej kondygnacji znajdowało się obserwatorjum, gdzie astronomowie czynili swe spostrzeżenia. Wszystkie skarby wieży, które, według Diodora, miały wartość 6300 złotych talentów, zostały porwane i wywiezione przez Artakserksesa. Według wschodnich podań, miała na dnie wieży znajdować się studnia, której głębokość równała się wysokości wieży. Aleksander Wielki chciał odbudować zburzoną wieżę i postawił do uprzątania gruzów i zwalisk przeszło 10.000 ludzi, ale przedwczesna śmierć przeszkodziła mu w doprowadzeniu tego zamiaru do końca.
To był Babel. A teraz...
Jakże często czytałem proroctwa Jeremjasza, które, jak brzmienie trąb, rozlegało się nad klęską, rzuconą przez Boga!
Na wodach babilońskich, na brzegach Eufratu, na skrajach jezior i kanałów siedzieli bezdomni synowie Abrahama; ich gęśle, psałterze i harfy zwisały niemo, ich łzy ciekły w dowód skruchy za winy popełnione. I gdy jedna z harf wydała dźwięk, brzmiał on tęsknotą do miasta, kryjącego świątynię Jehowy, i pieśń żałosną zamykały słowa: „Podnoszę moje oczy do gór, z których nadejdzie pomoc“. I Pan usłuchał tych modłów. Zagrzmiał gniewny głos Jeromijahusa z Anathot, zwanego Jeremjaszem. Płaczący lud chwytał jego słowa:
Oto jest słowo Pana o Babelu i kraju Chaldejskim: ciągnie z północy lud, który ziemię jego obróci w pustynię, którego strzały są jako mocarza osieracającego, z których żadna się nie wróci próżno. Uciekajcie z pośrodku Babelu, a niech zachowa każdy duszę swoją, gdyż zgiełk wojenny i wielki lament jest w kraju! Rzecze Pan Zebaoth: patrz, chcę króla Babilonu dosięgnąć; zbrójcie się przeciw Babilonowi! Radujcie się głośno; jego warownie padły i mury jego załamały się. Ruszcie przeciw niemu! Otwórzcie jego śpichrze; udławcie jego bydło; otoczcie go i nie pozwólcie nikomu umknąć! Znów zaprzedał Pana; dlatego niechaj padną jego mężowie i niechaj zginą jego wojownicy. Miecz niechaj skarze Babilon i jego władców, jego wieszczbiarzy i jego możnych, jego konie i wozy i ciżbę w niej siedzącą. Jak zgładził Sodomę i Gomorę, Bóg obróci Babilon w grudę kamieni, a miasta jego w perzynę!
W jakże straszliwy sposób ziściły się te słowa proroka! Z armią 600.000 pieszych, 120.000 jeźdźców, 1000 wozów i niezliczonym szeregiem tysięcy wielbłądów nadciągnął Cyrus i zdobył miasto, mimo jego grubych murów i mimo to, że było zaopatrzone w żywność na 20 lat. Później rozkazał Darius Hystaspis mury zburzyć, a Artakserkses ogołocił je ze skarbów. Nawet Aleksander Wielki nie mógł powstrzymać dziejowego upadku. Po niedługim czasie, na tej części miasta, jeszcze otoczonej murem, zasiano zboże; potem miejscowi kacykowie zamienili Babilon w pastwisko. Od czasu panowania Arabów nazwa Babilonu zniknęła z historji, i dzisiaj widać tylko wielki i zapuszczony bezład głazów, w którym jedynie bystre oko badacza rozeznać się potrafi. „Tak przemija świat wraz z całą swą pysznością i tylko słowo Boga trwa wiecznie“.

Słońce szło na spoczynek; schodziliśmy nadół ku naszym koniom, aby przygotować koce na posłania, gdy, stąpiwszy na występ potężnego zwaliska, zauważyliśmy coś, co na górze uszło naszej uwadze.
Istnieje tam stary kanał, stale wyschnięty letnią porą, a teraz pełen wody, którego koniec znajdował się w 15 minutach drogi od Birs Nimrud. Było z pewnością między niemi jakieś połączenie, gdyż po kanale sunęła czereda łódek.
— Kto to może być, shidi? — zapytał Halef.
— Wiem tyle, co i ty, — odrzekłem. — Być może, to nas nie dotyczy; nie wiemy w jakim kierunku te łodzie płyną. Uważajmy...
Po chwili spostrzegliśmy, że łodzie nie oddalają się, lecz zbliżają. Przez parę minut pozostawaliśmy na swych miejscach, byliśmy bowiem zbyt oddaleni, ażeby można było nas dostrzec; wkrótce jednak, nie chcąc się narazić na tę niebezpieczną ewentualność, zmuszeni byliśmy opuścić naszą placówkę.
Gdy schodziliśmy, rzekł Halef:
— Sihdi, mam pewną myśl, ale czy jest słuszna, tego nie jestem pewien.
— Czy dotyczy tych ludzi w łodziach?
— Tak.
— A więc?
— Myślę o tem, co mówili nam posłannicy Sefira, mianowicie, że „trupy“ płyną wdół po Eufracie. Nie śmiej się ze mnie.
— Ani myślę, bo jestem tego samego zdania, chociaż nie widzę powodów, ażeby sądzić, że właśnie o „trupy“ chodzi, a nie o co innego.
— Ale rozważ, że jeżeli to przypuszczenie jest słuszne, mamy przed sobą Sefira!
— Biorę to w każdym razie pod rozwagę.
— Musimy być ostrożni. Miejsce, które obraliśmy na nocleg, leży po tej stronie ruin, gdzie ci ludzie wysiądą.
— Jeżeli wogóle wysiądą. Czy mają ten zamiar, przekonamy się, spokojnie wyczekując. Jeśli sądzić według poruszeń łodzi, nie są to szalupy, lecz małe czółna, które mogą dotrzeć do samego końca kanału. Zobaczymy, co się wtedy stanie. Ci ludzie mogą mieć na celu ten tylko punkt — zdaje się, że zamierzają przenieść ładunek czółen z kanału do ruin. W tym wypadku prosta linja prowadzi, w każdym razie, do nas, co jeszcze nie dowodzi, że trafią akurat na miejsce, gdzie my się znajdujemy. Musimy czuwać i poszukać schronienia dla koni. Najmniej widoczne będą na skraju rumowiska, albo niżej, na równinie. Na szczęście, jest jeszcze dość jasno i możemy takie schronienie znaleźć.
Na dole skierowaliśmy się do ruiny; minęło zaledwie parę chwil, gdy spostrzegłem coś, co poruszyło moją uwagę, mimo że nie miało nic wspólnego z naszem poszukiwaniem ukrycia dla koni. Znajdował się tutaj nasyp gruzów z rozszczepionych i wywietrzałych cegieł, które spadły z góry. Do tego nasypu prowadziła przez to miejsce, gdzieśmy stali, jakaś koleina. Nie sądzę, ażeby nawet Beduin mógł ją odkryć, ale dla oka myśliwego, zaprawionego do badania śladów w prerjach i dziewiczych lasach Ameryki, była dostatecznie wyraźna. Zbadawszy ją zapytałem mego małego Hadżi:
— Czy widzisz te ślady, Halefie?
— Ślady? — zapytał zdziwiony. — Nie widzę nic. Cóżto za ludzie mogli tędy przechodzić?
— Nie ludzie, lecz zwierzęta, które często tędy zdają się spacerować, wgórę i wdół.
— Może lwy? — roześmiał się.
— O nie, zdaje się, że tylko małe zwierzątka tej drogi używają.
— Być może. Nie widzę nic; poza tem spacer tych małych zwierzątek nie może nas interesować. Chodź dalej!
— Nie. Szukamy schronienia, zwierzęta zaś, które tu się uwijają, nie są oswojone, lecz dzikie; a dzikie zwierzęta zwykły mieć ukryte legowiska — musimy podążać za temi śladami.
Wstąpiliśmy na nasyp i dotarliśmy do miejsca, niedostrzegalnego z dołu; tutaj odkryliśmy wgłębienie, które wpierało się w mur i zdawało się przezeń przechodzić. Niewiadomo, czy w tem miejscu była niegdyś brama, czy też mur, który z jakiejś osobliwej przyczyny zakląsł i wywietrzał, dość, że luka była szeroka na tyle, ażeby nietylko nas, ale i konie nasze przepuścić. Wkroczyliśmy w nią i powiodła nas długim i wąskim korytarzem poprzez grudy cegieł ku zamkniętemu czworobokowi, który dałoby się najlepiej porównać z podwórzem, chociaż nie było widać wychodzących nań okien. Ściany były pokruszone i obszarpane, a podłoga, na której staliśmy, składała się z ceglanego prochu nawarstwionego, rzekłbyś, piętrowemi pokładami. Było w tem pomieszczeniu ciemniej niż na dworze, niemniej zobaczyliśmy całą sforę zwierząt, w znacznej liczbie leżących dokoła; ustaliliśmy do jakiego należały gatunku; miały tutaj swój obóz i pobojowisko, na co wskazywały rozrzucone dokoła szczeciny i kolce pokonanych ofiar.
Maszallah! — zawołał Halef. — Zdaje się, że odkryliśmy legowisko jeżów! Czy nie sądzisz, sihdi?
— Tak — odrzekłem. — Tak głęboko ukryty dwór, w którym od dwóch tysięcy lat noga ludzka nie postała, nadaje się najlepiej dla tych nocnych jeżozwierzów. Przychodzi im łatwo w tym miękkim gruzie i w prochu z pokruszonych murów ryć swoje przejścia, które sięgają czasami bardzo głęboko — — — ach, przypominam sobie lokum, w którem bimbaszi był zamknięty! Mówił, że były tam gniazda jeżozwierzów, wspominał o jakiemś rumowisku w rogu, i byłbym skłonny myśleć, że to rumowisko składało się z rozsypanych cegieł, poprzez które zwierzęta łatwo przedostać się mogły. Istniało więc tu jakieś przejście. Czy pomieści i ludzi?... I czy prowadzi ono do tego podwórza?
— Sihdi, nie bredź! Chcesz połączyć rzeczy, które wcale do siebie nie pasują!
— Skąd wiesz, że nie pasują?
— Wysokość nie odpowiada.
— Jakto?
— Według opisu bimbasziego, więzienie znajdowało się powyżej tego miejsca, gdzie my teraz stoimy.
— Tak, ale tylko w tem miejscu. Tam, naprzeciw nas, od tego końca do drugiego, gruz sięga wyżej — patrz! Czy widzisz te dziury w porysowanych murach?
— Hm! Widzę... ale dziwi mnie to, że jeżozwierze wykopały przejście akurat w tem miejscu, którego ci trzeba.
— Trzeba? Nie trzeba mi żadnego, bo nie jestem uwięziony. Kombinuję okoliczności, które są w pewnym związku, a czy mam słuszność, czy nie, na sobie tego nie doświadczymy. Jednakże, postaram się jutro to podwórze zbadać dokładniej. Musimy się pośpieszyć, bo za dziesięć minut będzie zupełnie ciemno.
— A schronienie dla koni?...
— Sprowadzimy je tutaj.
— Prawda! Będą musiały się gramolić, ale czuć się będą tutaj bezpiecznie, jak na łonie Ibrahima. Chodźmy po nie!
Dziesięć minut zaledwie upłynęło, a konie nasze były ulokowane, poczem odnaleźliśmy miejsce dawnego postoju, skąd można było zauważyć wszelkie zbliżenie się ludzi.
Powiał wiatr wieczorny z północy, co nam było na rękę, bowiem musiałby nam donieść szmer kroków, gdyby ludzie z kanału chcieli się zbliżyć do ruiny. Tak upłynęły dwie godziny, gdy Halef zaczął węszyć i w podrażnieniu parskać, aż nareszcie zapytał, bardzo podniecony:
— Czujesz coś, sihdi?
— Tak — odrzekłem, gdyż zauważyłem to samo, co i on.
— W moim nosie zaczyna się rozwijać jakieś bolesne niedomaganie. Mój węch zdaje się być narażony na szwank. Sądzę, że... ach... bah... pschah... pfuj!... Coraz gorzej! To już nie zapach... to smród, tak jakgdyby nadchodziła karawana śmierci!
— Właśnie nadchodzi!
— Co?... Kto?... Karawana śmierci?
— Istotnie, chociaż nie taka, jaką widzieliśmy wówczas. Czuć zupełnie wyraźnie, że zbliża się coraz bardziej. Zatkaj nos, ale tem szerzej otwórz uszy. Słuchaj!
Posłyszeliśmy kroki w bardzo niewielkiem oddaleniu; pojedyncze krótkie słowa, głosy komendy, potem znów zaległa cisza.
— No, dzięki Allahowi, przeszli! — westchnął Halef z ulgą. — Wiatr zabrał ze sobą te zapachy; możemy znów złapać tchu.
— Możesz; ja jednak będę rozkoszować się dłużej tym miłym zapachem, bo chcę podążyć za karawaną.
— Podążyć? Poco?
— Muszę wiedzieć, co to za ludzie i czego tutaj szukają.
— Och, sihdi, niech robią, co chcą! Co za korzyść będziesz miał z tego, że twoje oczy ich zobaczą, a twój nos będzie na wieki zapowietrzony!
— Stan mego powonienia musi mi być, niestety, teraz obojętny, jestem przekonany, że tu doprawdy chodzi o „trupy“, których oczekuje Sefir.
— W najlepszym razie są to zwykłe trupy, transportowane do Kerbeli albo Meszhed Ali.
— Nie! Wysłannik wspominał o nich w sposób osobliwy. Poza tem, zwykłe trupy transportowanoby zwykłą drogą, a nie tak tajemniczo wzdłuż Eufratu, po kanale, a potem na ludzkich barkach aż do tego miejsca.
— A więc, doprawdy, idziesz za nimi?
— Tak.
— Wobec tego nie puszczę cię samego; idę z tobą.
— Nie jesteś mi potrzebny.
— Czy jestem ci potrzebny, czy nie, to mnie nie obchodzi. Ty będziesz wdychał ten djabelski smród, a ja mam korzystać z najlepszego, najczystszego powietrza? Wyjechałem razem z tobą, ażeby wszystko, ale to wszystko, co cię spotka, przeżywać z tobą, a więc chcę i muszę wchłonąć część tego odoru. Jeżeli nie zabierzesz mnie ze sobą dobrowolnie, pobiegnę za tobą ukradkiem; możesz być tego pewien!
— Jest mi przykro, Halefie, doprawdy, bardzo przykro, że chcesz mi towarzyszyć!
— Ależ dlaczego?
— Przyrzekłem twojej Hanneh, że...
Przerwał mi odrazu:
— Zamilknij, sihdi, zamilknij! Coś jej przyrzekł, rozkoszy serca mego i duszy mego życia, tego masz dochować jej ty, ale nie ja. Możesz spełnić jej życzenie, nie zabierając mnie ze sobą! Ja zaś pobiegnę za tobą, bo doprawdy nie wiem, pocobym tutaj pozostał.
— Może narażam się na niebezpieczeństwa, których tobie...
— Niebezpieczeństwa? Ty? — przerwał mi znów. — I ty żądasz ode mnie, ażebym cię zostawił bez opieki? Czy tego, doprawdy, żądasz ode mnie, effendi?
— Tak.
— A więc powiadam ci, że pójdę za tobą; nie opuszczę cię, nawet gdyby dziesięć tysięcy djabłów wyciągało ku tobie pazury!
Ponieważ tak mocno obstawał przy swojem, musiałem mu wyznać prawdę:
— Dlatego jeszcze proszę cię, abyś został, że usposobienie twoje jest dla mnie za żywe. Wiesz oddawna, że bywasz nieostrożny, co nam niejednokrotnie wyrządzało wielkie szkody. W każdym razie dla nas obu będzie bezpieczniej, jeżeli pójdę sam.
— O, sihdi, jakże głęboką udrękę sprawiasz mojej duszy! Co było, to przeszło; już dawno nie jestem tym lekkoduchem, za jakiego mnie masz, lecz rozważnym i mądrym naczelnym szeikiem Haddedihnów plemienia Szammar. Możesz mnie ciężko i gorzko martwić, jeśli chcesz! Ja natomiast jeszcze cię miłuję, i znam swój obowiązek, który mi nakazuje wiernie dotrzymać ci kroku we wszelkiem niebezpieczeństwie. Spełnię ten obowiązek i, jeżeli mnie nie zabierzesz, polecę wślad za tobą, jak pies, który ochrania swego pana, chociaż dostaje od niego baty!
Co miałem robić? Musiałem ustąpić jego woli, gdyż, doprawdy, był w stanie wykonać swój zamiar, i pójść za mną bez mego pozwolenia. Dlatego rzekłem:
— Skoro tak bardzo nalegasz, nie będę się sprzeciwiał; żądam jedynie, abyś nie dał powodu do robienia ci wyrzutów. Chodź, przeniesiemy broń naszą do koni!
— Poco?
— Jeżeli mamy się skradać, nie trzeba dźwigać ciężkiej broni. Gdybyś był tutaj został, byłbym ci powierzył moją broń, a że chcesz koniecznie pójść ze mną, musimy ją schować.
— Możemy ją schować tutaj!
— Nie. Nie wiemy, co się stać może, to też musimy wszystkie rzeczy zgromadzić w jednem miejscu. Chodź, zabieramy również i koce!
Nie uważał zabiegów za konieczne, ja natomiast usłuchałem głosu ostrożności, któremu nigdy się nie opierałem, i okazało się, niestety, później, że czyniłem dobrze.
Tak więc poszliśmy do naszych konni, przywiązaliśmy je mocniej, broń zawiniętą w koce ukryliśmy w gruzach, poczem wyruszyliśmy w drogę, w ślad za tajemniczymi ludźmi, którzy niedawno nas minęli.
Od tego czasu upłynął kwadrans, i kroków już słyszeć nie mogliśmy. Na szczęście, to jednak, co uszło naszym słuchom, ukazało się oczom, bowiem po niedługim marszu w kierunku obranym, w chwili, gdy okrążyliśmy występ ruiny, ujrzeliśmy nieopodal migocące światła, i jednocześnie wdarł się w nasze nozdrza odór tak nieopisanie ostry i kłujący, że stanęliśmy na miejscu, omal nie odskakując wtył.
— Allah, uchowaj nas od dziewięciokrotnie ogoniastych djabłów! — modlił się Halef. — O Muhammedzie, o wszyscy święci kalifowie, o przodkowie sprawiedliwych i pobożnych, co żyliście na ziemi, jakie tortury piekielne i jakie męki zatracenia czekają nas, jeżeli pójdziemy dalej, gdzie płomień niszczycielski podpali mój nos! Czy musimy koniecznie tam iść, sihdi, koniecznie?
— Ty nie, ale ja... tak.
— Więc idę z tobą, gdybym nawet tysiąc razy miał się udusić! Zapewne nos mój na sądzie ostatecznym oskarży mnie o swą zgubę, i będę musiał tę zbrodnię ciężko odpokutować, ale skoro idziesz naprzód, nie mogę pozostać na miejscu! Co ci nieszczęśliwi mogą tam palić?
— Sądzę, że podsycają ogień okryciem trupów, a więc kołdrami i trumnami, przepojonemi wysiękiem trupim, i tem właśnie powodują tę dżumną woń!
— Nie mogli wymyślić większego głupstwa!
— To nie głupstwo, Halefie. Ponieważ w swych sprawach i zachodach unikają dziennego światła, muszą mieć oświetlenie; poza tem, muszą niszczyć wszystko to, co pozwoliłoby ich wytropić; obydwa cele osiągają dzięki paleniu trumien. Jak mogą znieść ten niesłychany smród, nie pojmuję. Zważ, że znajdują się u źródeł fetoru, podczas gdy my idziemy z wiatrem i wobec tego mamy tylko nieznaczny udział w tej „rozkoszy“, która nas tam, przy nich, oczekuje.
— Chciałbym Eufrat napełnić łzami, bo ciężar mego serca przerasta wagę wszystkich tutejszych gruzów i zwałów; ale żaden człowiek nie uniknie swego losu, zatem zbierzmy całą przytomność ducha i wszystkie swe siły, aby pójść naprzeciw tej tysiąckrotnej zgrozie djabelskiej woni. Chodźmy!
Porwał się naprzód; ja jednak powstrzymałem go i rzekłem:
— Postępuj za mną i nie ośmiel się działać na własną rękę!
— Czemuś naraz taki surowy, effendi?
— Bo zbyt gorąco wyrywasz się naprzód. Ta nieroztropna skwapliwość jest dla mnie niepożądana. Jestem zręczniejszy i bardziej doświadczony, niż ty, jeżeli więc nie będziesz dokładnie przestrzegał moich zaleceń, nie odpowiadam za nic. Uważaj, musimy znaleźć ukrycie; schowamy się tu, na lewo, do rowu między zwałami, i będziemy się posuwali wzdłuż niego aż do miejsca, gdzie widnieją płomienie. Teraz naprzód!
Walały się tutaj liczne, rozmaitych rozmiarów odłamy murów, złożone z cegieł dobrze spojonych ziemnym kitem; można było poza niemi wygodnie się kryć. To idąc, to skacząc, to brnąc, to pełzając, posuwaliśmy się naprzód. Na prawo ciemniała otwarta pustynia, na lewo piętrzyła się groźna gigantyczna masa Wieży Babel, u której stóp leżały głazy, wysokie jak domy, niekiedy jeszcze wyższe. Pośród takich właśnie złomów paliły się ognie; trzy z pomiędzy nich znalazły się już tak blisko nas, że mogliśmy wyraźnie rozróżnić poruszające się postacie. Im dalej szliśmy, tem bardziej wzmagał się nieznośny odór, a gdyśmy się zbliżyli tak, że rozumieliśmy każde wymówione słowo, smród był tak wielki, iż doznałem uczucia, jakoby wnętrzności moje wywracały się, a trzewia wydzierały. Musiałem, doprawdy, wszystkie siły zebrać, ażeby powstrzymać wybuch nurtującej mnie odrazy.
Na szczęście, wiatr odnosił precz najgrubszy zaduch, który w spokojnem powietrzu byłby całkiem legł na nas; postacie, które się poruszały w zmiennem świetle pełzających płomieni, miały wygląd szatanów, wydobywających z trumien duchy zmarłych, ażeby je wydać na potępienie. Były to, istotnie, trumny, które pokolei otwierano, często rozłamywano lub rozsadzano; były długie w kształcie mumij. Naliczyłem przeszło trzydziestu mężczyzn, którzy wykonywali tę straszliwą pracę w sposób, świadczący o wielkiej wprawie. Drzewo trumien rozszczepiano, aby mogło służyć za materjał palny; chusty i maty, które służyły za spowicie, rzucano również do ognia.
Najstraszliwszy okazał się widok trupów. Gdyby były sztywne i twarde, jak mumje, byłoby może to, co widziałem, dotknęło jedynie mojej istoty duchowej, ale nie fizycznej; lecz szczątki, pozbawione piszczeli, tworzyły częściowo zupełnie płynną masę, która... Lepiej zamilknąć! Nie da się opowiedzieć, w jaki sposób zbiry poczynały sobie z temi resztkami ludzkiemi, które przecież były przeznaczone do Kerbeli albo Nedszef Ali. Szkielety ciskano byle gdzie. Jak słyszałem, miały być później spalone.
Rodzina traktowanych w ten sposób nieboszczyków musiała sowicie opłacić wykonanie ostatniej ich woli, tymczasem tutaj, pomiatając szczątkami zmarłych, właśnie urągano podjętym obowiązkom.
Gdy obserwowaliśmy odrażającą ruchawkę tych trzydziestu ludzi, zastanowiło nas, że trumny i paki zawierały nietylko trupy, lecz obok nich większe i mniejsze tobołki rozmaitej formy, które z wielką ostrożnością wyjmowano, obcierano, poczem szeregowano na specjalnem miejscu. Zawartość tych paczek musiała być tym ludziom droższa, niż powierzone im trupy. Co jednak zawierały tobołki? Rozumie się, że ta sprawa żywo nas interesowała, może nawet miała dla nas szczególną wagę, ale ponieważ niesposób było wywnioskować z wyglądu o zawartości, nie pozostawało nam nic innego, jak kontynuować naszą obserwację i czekać spokojnie na rozwój wypadków.
Twarze ludzi były oświetlone tak, że widzieliśmy je wyraźnie; a widzieliśmy po raz pierwszy. Nie było tutaj Sefira.
Mimo pośpiechu, trwało dość długo, zanim oprawcy otworzyli wszystkie trumny i paki, i rzucili do ognia przesiąknięte wydzielinami trupiemi szmaty i drewna. Pod koniec nawalono wielki stos szczap tamaryskowych. Skoro zapłonął, rzucono nań kości i piszczele. Ponieważ zwisały jeszcze z nich gdzie niegdzie kawały mięsa, nieprzeżarte zgnilizną, woń stała się tak potworna, że niepodobna było dłużej jej znosić. Cofnęliśmy się daleko wstecz, aż do miejsca, gdzie można było wdychać powietrze bez natychmiastowej chęci wymiotów, chociaż bynajmniej jeszcze nie zasługiwało na miano „czystego“. Nie mogliśmy dojrzeć, co się działo dalej przy ogniach, gdyż odgrodził nas tak gęsty tuman, że pozostały z nich tylko małe, mgliste plamki. Halef użył sobie i swoim wnętrznościom tak gwałtownym kaszlem, parskaniem i kichaniem, że musiałem go przywołać do ostrożności.
— Ostrożność? — zapytał tonem strapionym — wymagasz ode mnie rzeczy niemożliwych, sihdi! Wszystko jedno, czy uduszę się ostrożnie, czy nieostrożnie. Jak człowiek może myśleć o ostrożności, kiedy nos jego tkwi w odmętach piekieł, a reszta jego ciała bawi jeszcze na ziemi? Gdybym był djabłem, i dla moich potępieńców miał wynaleźć najstraszniejszą z tortur, byłbym im rozkazał palić trupy perskich szyitów i zapachy tych zaprzańców sunny wdychać nieustannie. Powiadam ci, nie zaciągniesz mnie więcej tam, gdzieśmy byli, póki ten smród nie przeminie!
— Czy zmuszałem cię do tego, ażebyś mi towarzyszył? Czy, przeciwnie, nie zmuszałeś mnie wiele razy do tego, ażebym cię zabrał?
— Tak, to moja własna wina, że cała moja istota znajduje się w najgorszej udręce; ale żadna więcej siła na ziemi nie zdoła mnie zmamić do tego miejsca, gdzie zagłada czyha na organ powonienia!
— A więc będziesz na mnie tutaj czekał?
— Czekać? Jakto?
— No, bo znowu tam pójdę, skoro tylko tuman się rozproszy.
— Znowu? Teraz? Czy jesteś przytomny, effendi? Zastanów się, co robisz! Jeżeli sam naskutek przeraźliwego zapachu tak się skręcasz, że twoje wnętrzności na wierzch wyłażą, a twoja skóra wciąga się do wewnątrz, to napróżno wymagasz ode mnie aż tyle wytrwałości, ażeby razem z tobą przedsięwziąć drogę powrotną!
— Myślę tak samo; mimo to muszę tam powrócić, aby się dowiedzieć bliższych szczegółów.
— Czy nie mógłbyś się tego dowiedzieć później?
— Nie. Ludzie, których chcę wyśledzić, wnet ruszą w dalszą drogę. Muszę dowiedzieć się, dokąd idą.
— Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy ich poniechali; niech idą, dokąd chcą.
— Nie. Muszę się dowiedzieć nietylko, jaki mają dzisiaj cel, ale jeszcze co innego.
— Sihdi, nie bierz mi tego za złe, jeżeli się zapytam, czy nie jest to tylko zwykłą, może nawet chwalebną, ciekawością?
— Czy miałeś kiedykolwiek dowody mojej ciekawości? Pomyśl o naszym gościnnym gospodarzu w Bagdadzie, o bimbaszim! Słyszałeś każde opowiedziane przezeń słowo, i powinieneś tak samo, jak ja, uważać, że stoimy wobec okazji odkrycia tajemnicy jego wroga, Sefira. Sądzę, że jesteśmy w stanie wyświadczyć mu wielką przysługę. Do tego względu dochodzi, właściwie mówiąc, jeszcze jeden punkt...
— Jeszcze jeden punkt! — przerwał mi tonem rezygnacji. — Sihdi, kiedy zaczynasz przytaczać punkty, ustać musi wszelki sprzeciw; znam cię! Wiem, że ten punkt mnie przekona, proszę cię jednak, abyś mi go wyłożył.
— Dotyczy miejsca, na którem stoimy, tego zakątka, słynnego z historji. Pismo Święte chrześcijan opowiada o Birs Nimrudzie, którego ruiny tu, przed nami, jak ciemne upiory z zamierzchłych czasów, wznoszą się ku nocnemu niebu. Powiada: Rzekli ludzie: Nuże, zbudujemy miasto i wieżę, której wierzch sięgać będzie nieba, a uczyńmy sobie imię, byśmy się snać nie rozproszyli po obliczu wszystkiej ziemi! I rzekł jeden do drugiego: Nuże, naczyńmy cegieł i wypalmy je ogniem; i mieli cegłę miasto kamienia, a glinę iłowatą mieli miasto wapna. Tedy Pan zstąpił, aby oglądał miasto ono, i wieżę, którą budowali synowie Adama. I rzekł Pan: Oto lud jeden i język jeden tych wszystkich; a toć jest zaczęcie dzieła ich, a teraz nie zabroni im nikt wszystkiego, co zamyślili uczynić. Przetoż zstąpmy, a pomieszajmy tam język ich, aby jeden języka drugiego nie rozumiał. A tak rozproszył Pan synów Adama po obliczu wszystkiej ziemi; i przestali budować miasta onego. Przetoż nazwał imię jego Babel; iż tam pomieszał Pan język wszystkiej ziemi; i stamtąd rozproszył je Pan po obliczu wszystkiej ziemi...... Tak opowiada Pismo Święte i tysiąclecia, które od tego czasu upłynęły, zdołały jeno zburzyć, ale nie zniszczyć, porzuconą budowlę — trwa współcześnie i będzie trwać w przyszłości, aby wnosić się, jako kamienny wyraz mądrości Boskiej, wobec której zarozumiałość rodu ludzkiego rozpada się w pył. Ten Birs Nimrud widział powstanie i zanik potężnych mocarstw. Wszechmożni władcy, którzy rządzili miljonami ludzi, chcieli odbudować to miasto, ażeby wystawić pomnik swemu imieniu i swej wielkości, ale żaden nie zdołał tego zamiaru wykonać. Widzisz, stoimy na miejscu o wielkiem znaczeniu dziejowem, gdzie obydwaj, ty i ja, spędziliśmy najgroźniejsze i najniebezpieczniejsze chwile naszego życia. Wszystko, co się do tego miejsca odnosi, musi nas w najwyższym stopniu interesować, nawet robactwo ludzkie, które przewierca te mury, ażeby pod niemi złożyć łupy swoich zbrodni. Trudzili się nad tym murem ludzie, którzy chcieli dosięgnąć nieba i dorównać Bogu, a teraz stanowi przykrycie dla moralnej nędzy i bezeceństwa, co nie w górę dąży, lecz wdół, bo ucieka od światła dziennego i oka sprawiedliwości. Rozumiesz teraz, co mnie skłania do śledzenia tych ludzi? Rozumiesz teraz, że chcę wiedzieć, co się święci pod głazami, które potomkowie Noego spajali, aby stworzyć sobie imię?
— A więc wciąż ciekawość, sihdi, tylko ciekawość! Bałem się twego „punktu“, i nie wiem jeszcze, czyś już wszystko powiedział, co powiedzieć chciałeś, ale jestem teraz... słyszysz! Co to było? Kto strzelił?
Istotnie, padł strzał przed nami w okolicy ognisk. I wnet potem usłyszeliśmy drugi. Smrodliwy zaduch nie doskwierał, jak przedtem; nie było już ponad ludzkie siły zniesienie tej woni. Musiałem dowiedzieć się, kto strzelał i z jakiej przyczyny. Dlatego też, nie zachęcając Halefa, by poszedł za mną, skierowałem się ku miejscu, z którego poprzednio obserwowaliśmy okropną scenę. Mały, rzeźki Hadżi podążył jednak za mną krok w krok. Wszakże niedawno żadna siła ziemska nie zdołałaby go do tego zmusić; ale pozwolić mnie samemu narazić się na niebezpieczeństwo — tego nie mogło ścierpieć jego serce. Nie namawiałem go, chociaż byłbym z pewnością wolał, by pozostał na miejscu.
Gdy stanęliśmy na naszym poprzednim punkcie obserwacyjnym, nie było już widać nikogo. Ognie paliły się jeszcze, ale oświetlały tylko opuszczone stanowiska, zionące jeszcze trupim odorem; walały się jeszcze liczne szczątki trumien i zwłok, które nie zostały spalone, a to dlatego, że — jak strzały pozwalały przypuszczać — cały proceder musiał być nagle i przedwcześnie skończony. Ale kto mógł przeszkodzić tym ludziom, i z której strony strzelano?
Bądź co bądź uważałem za rzecz pewną, że łupieżcy trumien udali się w kierunku ruin, gdzie, według słów starego bimbasziego z Bagdadu, znajdowało się wejście, wiodące do ukrytych pomieszczeń, w których był więziony. Zejście za nimi aż tam byłoby nietylko bezcelowe, ale i niebezpieczne, gdyż z którejkolwiek strony strzały padły, ci ludzie musieli się mieć na baczności i łatwo moglibyśmy wpaść w ich ręce. Dlatego uważałem za stosowne zbadać pokrótce miejsce, gdzieśmy się znajdowali, a wszystko inne odłożyć aż do świtu. Dla pewności zlustrowałem cały plac bardzo ostrożnie, i przekonałem się, że nikogo prócz nas nie było wpobliżu.
Niebawem musieliśmy powrócić do ognisk, mimo że woń była tak mocna, iż właściwie powinniśmy byli trzymać się zdala. Zdarzało mi się w moich podróżach znosić gorsze zamachy na moje nerwy powonienia, w okolicznościach, o których ani ustnie, ani tem bardziej pisemnie opowiadać nie należy, ale tak szkaradnie, tak nieopisanie szkaradnie, jak dzisiaj, nie bywało nigdy i nigdzie.
Przeszukałem plac dokładnie, aby się dowiedzieć, co zawierały tajemnicze tobołki. Nasze badania dały rezultat: dwa tobołki uległy prawdopodobnie uszkodzeniu, albo rozluźnieniu, gdyż w dwóch miejscach znaleźliśmy na ziemi próbki ich zawartości. A był to szafran w postaci włókien, lub proszku. Pomyślałem o tem, co nam powiedział nasz bimbaszi, dawny naczelnik straży celnej: „Przy obecnej wysokości cła, szafran jest najbardziej korzystnym przedmiotem szmuglu“. Wiadomo, że wschodni, a zwłaszcza perski szafran, niesfałszowany, jest najlepszy z wszystkich gatunków, ale od chwili, gdy przekonałem się, że przemycają go nawet w trumnach perskich szyitów, chętnie słucham o tym korzeniu wtedy tylko, kiedy jestem pewien, że chodzi o nasz północny gatunek crocus sativus. Właśnie z podobną uwagą zwracał się do mnie Halef, gdy oszołomił nas tętent koński, który zbliżał się z wielką szybkością. Ziemia dudniła, jakgdyby wielu jeźdźców pędziło cwałem. Czy byli to przemytnicy, którzy powracali wierzchem, aby spalić pozostałe resztki trupów?
— Przybywają znów, przybywają! — ostrzegł Halef, chwytając mnie za rękę i ciągnąc za sobą. — Prędko, prędko! Musimy się skryć! Najlepsze miejsce jest tam na rumowisku! Idę naprzód!
Puścił mnie i pośpieszył ku złomowi wysokości domostwa, złomowi, który miał tyle występów i kantów, że można by z łatwością wdrapać się po nich. Ja zaś chętnie wybrałbym sobie inne schronienie, gdyż tamto leżało w pełnym blasku ognia; jednakże, i tam można było ukryć się niezgorzej; Halef, włażąc, dosięgał już szczytów; ponieważ nie chciałem zdawać go na własny jego rozsądek, przeto nie pozostawało mi nic innego, jak pójść za jego przykładem. Kazać mu zawrócić — na to nie było już czasu.
Złom składał się z cegieł spojonych asfaltem. Ten rodzaj kitu może przetrwać tysiące lat. Czemuż nie mielibyśmy i teraz zaufać jego mocy? Niestety, trwałość jego była słabsza, niż wydawało się z pozoru; o tem przekonaliśmy się na własnej skórze. Halef był już o parę metrów ponad ziemią, ja zaś podnosiłem już nogę, aby za nim podążyć, gdy oto występ muru, na który Hadżi właził, obruszył się, i runął na mnie całym impetem. Był to głaz ciężkości wielu centnarów. Przytłoczył mnie do ziemi. Dosłyszałem okrzyk lęku, wydany przez Hadżiego, który, oczywiście, staczał się na mnie; czułem przez parę chwil ciężar na piersi, potem wszystko zniknęło, gdyż straciłem przytomność.
Po odzyskaniu zmysłów, nie czułem już ucisku na sobie, ale, niestety, nie miałem swobody ruchów, gdyż nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą: byłem związany. Obok mnie leżał Halef, tak samo skrępowany, jak ja. Dookoła nas siedziało dwudziestu asakir[18], których przywódcą był stary, nieużyty kol agasi[19]. Należeli do kawalerji; widziałem konie, stojące wpobliżu. Obok nich znajdowali się dwaj cywilni, na widok których odrazu zgadłem, w czyje ręce wpadliśmy, gdyż byli to: gospodarz zajazdu w Hilleh, oraz trzeci Beduin, towarzysz owych dwóch, strąconych przez nasze konie. Ci poczciwi ludzie wykazali tyle życzliwości, że czuwali nad nami ciągle, jeżeli nie bezpośrednio, to z pomocą eskorty wojskowej. Z tego wynikało, że wskazali na nas; okoliczność, która pozwalała mi przypuszczać, że Beduin, uważany przez nas początkowo za omdlałego, był nietyle bez świadomości, ile martwy. Obydwaj nie spuszczali z nas oczu i, skoro tylko otworzyłem powieki, gospodarz zawołał, zwracając się do kol agasiego:
— Przyszedł do siebie. Teraz jest czas, aby go przesłuchać!
Stary podoficer nie drgnął nawet i nie wydał ani jednej zgłoski; ale gdy to żądanie powtórzyło się parokrotnie, zwrócił twarz do gospodarza, zmierzył go wzrokiem pełnym pogardliwego zdziwienia i zapytał:
— Do kogo właściwie mówisz?
— Do ciebie! — odpowiedział zapytany.
— Do mnie? Nie mogę w to wierzyć, bo gdyby tak doprawdy było, musiałbym cię kazać obić, gdyż nie okazujesz mi szacunku i poważania, którego mam się prawo domagać. Musiałem was zabrał ze sobą, ażeby stwierdzić tożsamość ludzi, których schwytaliśmy. Wolno ci mówić ale w sposób uprzejmy, i wtedy tylko, kiedy cię pytają. Zapamiętaj to sobie! Nie należysz do nas, bo nie jesteś żołnierzem; ja zaś jestem oficerem Jego Wszechmożnej Wysokości, Władcy wszystkich i wiernych, któremu oby Allah darował tysiąckrotne życie, i, jeżeli masz mi coś do zakomunikowania, musi to być uczynione w formie poddańczej prośby.
Wtem Beduin przerwał:
— Jeżeli mój przyjaciel musi milczeć, to ja będę tem głośniej mówić. Jestem wolny Arab i nie usłucham żadnego żołnierza. Żądam przesłuchania mordercy towarzysza, który, spadając z konia, złamał sobie kark.
— Kim-że ty jesteś? — zapytał kol agasi wzgardliwym tonem. — Muszę ci jedno powiedzieć: podaliście się za Solaib-Arabów, ale jesteście, jak się okazało, Ghasai-Beduini, a szczep ten uchodzi za zgraję zbirów i złodziei. Trzeba was powywieszać wszystkich bez wyjątku! I ty, nędzny Ghasai, twierdzisz, że nie usłuchasz żadnego żołnierza, i chcesz mi narzucić swoją wolę? Człowieku, jeżeli jeszcze jedyne słowo wypowiesz do mnie, nie skłoniwszy głowy w najgłębszej czci, pokażę ci, kto tu rozkazuje, a kto słucha!
— Allah! Nazywasz nas zgrają złodziei? W tej chwili odchodzę!
Zrobił ruch, jakgdyby chciał wstać, ale kol agasi rozkazał.
— Zostań! Przydzielono was do mnie, jestem więc za was odpowiedzialny, i muszę was odstawić zpowrotem. W razie konieczności, kule nasze potrafią was zatrzymać. A teraz — ani słowa więcej, dopóki nie zażądam, żebyście mówili! Jesteśmy dzielnymi żołnierzami padyszacha, a nie strażnikami celnymi, których Allah skazał na żywienie się odpadkami szmuglu. Jeżeli zmuszono nas dzisiaj pójść w ślady celników, usłuchaliśmy, zostajemy jednak tem, czem byliśmy zawsze.
— Nie namawialiśmy was do pójścia w te ślady…
— Toby wam bokiem wyszło! Ale tak się złożyło, że ci, których mieliśmy przyłapać, są przemytnikami, a ponieważ mamy ich odstawić, przypadły nam w udziale niechwalebne obowiązki celników. A teraz milcz, skończyłem z tobą!…

Przypisy

  1. Połączenie Tygru z Eufratem.
  2. Niebiańskie powietrze.
  3. Rajskie zapachy.
  4. Wyżsi kapłani.
  5. Ambra, róże, jaśmin, piżmo, jałowiec i lawenda.
  6. Abrahama.
  7. Wyraz czołobitności wobec przełożonych.
  8. Marszałek dworu.
  9. Wystawa.
  10. Karawana z przekupnemi podarkami.
  11. Oberża arabska.
  12. Kuchnia.
  13. Słońce.
  14. Wełniany płaszcz.
  15. Syberja.
  16. Łupek, krzemień, piaskowiec, granit.
  17. Djabeł.
  18. Liczba mnoga od askari — żołnierz.
  19. Sierżant, dowódca patrolu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.