Paryż (Zola)/Część trzecia/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Paryż
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Jakże było rozkosznie, cicho i spokojnie w ubogiem mieszkaniu zacnego, starego księdza Rose, w jego małych izdebkach na parterze przy ulicy Cortot, izdebkach, wychodzących na mały, wązki ogródek! Na ten stromy szczyt wzgórza Montmartre, prawie niedostępny dla kołowego ruchu, nie dolatywał turkot powozów, ani oddech wielkomiejskiego życia. Paryż ciągnął się po drugiej stronie wzgórza, tutaj zaś panowała senna cisza dalekiego prowincyonalnego miasteczka.
Wybiła godzina siódma i Piotr wraz z księdzem Rose oczekiwali w skromnym pokoju jadalnym, by najmowana do zajęć gospodarskich stara kobieta, postawiła na stole zupę, na którą Piotr został dziś zaproszonym. Ksiądz Rose, zaniepokojony, pozostając bez wieści od swego młodego przyjaciela, napisał wczoraj list, prosząc, by przyszedł pomówić o sprawach interesujących ich wzajemnie. Bo Piotr, chociaż wycofał się jako wspólnik księdza Rose, gdy zamknięto Przytułek przy ulicy Charonne, jednakże każdego miesiąca dawał mu część swoich dochodów na wspólne jałmużny, a ksiądz Rose uważał się zobowiązanym do składania mu szczegółowego o tem sprawozdania. Mieli zamiar rozpatrzeć te kwestye zaraz po obiedzie i wspólnie się zastanowić, czy nie możnaby lepiej i czynniej zorganizować pomoc środkami, jakiemi rozporządzali. Zacny ksiądz Rose promieniał radością, zadowolniony z dzisiejszego wieczoru, jaki spędzi z kochanym swym przyjacielem i przy zajęciu się sprawami biednych. Niesienie im ulgi było jedyną przyjemnością jego życia, a jakkolwiek częste spotykały go napomnienia od władzy duchownej, nieuleczalnie powracał do swego nałogu, pędzony żądzą swego współczującego serca.
Widząc uradowanie, jakie sprawił swoim przyjściem, Piotr czuł się szczęśliwym, i wśród głębokiej ciszy wypoczywał, poddając się z rozkoszą prostocie i dobroci tu panującej. Oczekując na obiad, wśród rozmowy, Piotr przypomniał sobie o wakującem miejscu dla starca w Przytułku inwalidów pracy i obietnicy baronowej Duvillard, że zaczeka, by ksiądz Rose przyprowadził jednego ze znanych sobie nędzarzy. Nie odkładając na później, przedstawił rzecz całą swemu gospodarzowi.
— Ach, moje drogie dziecko, nie jednego, lecz wszystkich potrzebujących chciałbym zabezpieczyć od dokuczającej im nędzy! Pomiędzy tylu biedakami, jakże trudno zrobić wybór i uszczęśliwić jednego z krzywdą drugich. Lecz kiedy tylko dla jednego jest miejsce, postarajmy się wybrać najnieszczęśliwszego.
Namyślał się, wybierał, to znów odrzucał, wahając się i ważąc w swem sumieniu, wreszcie rzekł stanowczo:
— Już mam, co ci potrzeba. Nie znam jego nazwiska, ale wszyscy go nazywają „ten wielki-stary“. Był stolarzem, lecz dziś ma lat siedemdziesiąt dwa i od lat kilkunastu już nie mogąc pracować, żyje z jałmużny, a jeżeli znajdzie jaki, chociażby najlichszy zarobek, nie pokazuje się u mnie całemi tygodniami. Trzeba będzie go poszukać, kiedy ci pilno. Wiem, że najczęściej sypia w nocnym przytułku przy ulicy d’Orsel, lecz z powoda braku miejsca, niezawsze może się tam dostać, a wtedy szuka sobie jakiej nory za płotami pustych gruntów. Moje dziecko, czy zechcesz dziś ze mną pójść na ulicę d’Orsel?... Może razem łatwiej go znajdziemy...
Oczy mu błyszczały, taka wyprawa była dla niego pożądanym, lecz zakazanym owocem. Od ostatniego zgromienia i niełaski w arcybiskupstwie, nie śmiał sobie na nią pozwolić, a jednak miłością wezbrane jego serce nie przestawało tęsknić do rzeczy wzbronionej i poczytywanej mu za zbrodnię.
— Moje dziecko, powiedz, wszak pójdziemy razem?... Będę się potem pilnował i postaram się być posłusznym rozkazom moich przełożonych... Lecz osądź sam, wszak tym razem jestem nieledwie że zmuszonym okolicznościami, bo gdzież odnajdziemy „starego“, jeżeli nie tam?... Zatem pogawędzimy do godziny jedenastej, bo pierwej iść tam nie można... A wiesz, rad przytem będę, że ci pokażę taki nocny Przytułek... Nigdy nie było ku temu sposobności... Ach, ileż nędzy i cierpienia jest wśród takiego ludzkiego stada!... A może zdarzy się szczęśliwa okoliczność, że zaraz znajdziemy „starego“, a może uda się nam wesprzeć i jakiego innego nędzarza!
Ksiądz Rose, promieniejąc radością, zapalał się a Piotr z serdecznem wzruszeniem, podziwiał młodzieńczość tego apostoła, o sercu przepełnionem współczującą miłością wszystkich cierpiących.
— Zatem rzecz ułożona — rzekł. — Rad jestem, że spędzę z tobą wieczór, mój ojcze, a nasza wyprawa do nocnego Przytułku przypomni mi nasze dawne wyprawy, z których powracaliśmy z sercem wezbranem bólem a zarazem radością.
Służąca postawiła zupę na stole, a podczas gdy dwaj księża mieli już zasiąść do stołu, odezwał się nieśmiało dzwonek przy drzwiach wchodowych. Po chwili, gdy ksiądz Rose dowiedział się, że to pani Mathis, sąsiadka, która przyszła się dowiedzieć o odpowiedź, prosił, by weszła, szepnąwszy pierwej do Piotra:
— Biedna kobieta, potrzebowała dziesięciu franków, by wykupić materac z zastawu... nie miałem pieniędzy, lecz postarałem się... Mieszka na poddaszu i nie może się utrzymać ze swoich dochodów, walczy jak może, by sobie dać radę...
Piotr, przypomniawszy sobie młodego człowieka, którego widział w mieszkaniu u Salvata, spytał:
— Czy ona nie ma syna, mającego lat dwadzieścia?...
— Tak, tak... to jej syn. Przypuszczam, że ona pochodzi z zamożnej rodziny z prowincyi. Mówiono mi, że wyszła zamąż w Nantes za swego nauczyciela muzyki... Inni mówią, że dała się przez niego wykraść... i razem z nim przybyła do Paryża... ale on wkrótce umarł... smutny koniec miłości! Sprzedawszy meble, zgromadziwszy, co było można, wdowa miała dwa tysiące franków rocznego dochodu... ograniczywszy się w wydatkach, zdołała syna posyłać do gimnazyun... Lecz nowe na nią spadło nieszczęście... Pieniądze były ulokowane w papierach, które straciły wartość i dochód zmalał do ośmiuset franków... Z tego trudno utrzymać się we dwoje... Komorne wynosi dwieście franków rocznie, zatem pozostaje jej na wszystkie inne wydatki piędziesiąt franków na miesiąc... Od półtora roku syn z nią nie mieszka, bo nie chciał być jej ciężarem. Pragnął znaleść jakie miejsce, lecz podobno źle mu się powodzi.
Weszła pani Mathis. Była to drobna i szczupła brunetka o twarzy smutnej i łagodnej. Zawsze czarno ubrana, mówiła mało i cicho, robiła wrażenie nieśmiałej, wylękłej istoty, która wiele cierpiała i niczego dobrego nie spodziewała się spotkać w życiu. Gdy ksiądz Rose wręczył jej dziesięć franków, zawiniętych w kawałek papieru, zarumieniła się, dziękując, i z zakłopotaniem przyrzekła, że postara się oddać ten dług za kilka tygodni, bo wie, że te pieniądze są przeznaczone dla jeszcze biedniejszych, niż ona.
— A cóż się dzieje z Wiktorem, z pani synem?... — zapytał ksiądz Rose. — Czy znalazł jakie zajęcie?
Zawahała się, niewiedząc czem właściwie syn jej się zajmuje, widywała go zaledwie co kilka tygodni. Rzekła więc wymijająco:
— Dobry z niego chłopiec... bardzo do mnie przywiązany. Nie mogę odżałować, że nie mogłam dalej łożyć na jego wykształcenie. Pragnęłam, żeby ukończył szkołę Normalną... Lecz ruina majątkowa zaskoczyła nas przed zdaniem egzaminu przez Wiktora... W gimnazyum uczył się wybornie... Był uczniem nietylko inteligentnym, ale i bardzo pilnym...
— Wszak Wiktor miał zaledwie lat dziesięć, gdyś pani straciła męża?...
Znów się zarumieniła, i sądząc, że dzieje jej życia są znane obu księżom, rzekła:
— Tak. Mój biedny mąż całe swe życie był nieszczęśliwym, prześladowanym... Był więc rozgoryczonym i rozżalonym na wszystkich i na wszystko. Umarł w więzieniu, bo został aresztowany podczas jednego z burzliwych zebrań, na które lubił uczęszczać... Aresztowano go, bo nieszczęśliwie zranił agenta policyjnego... Przed laty wziął udział w komunie i bił się mężnie, chociaż był bardzo łagodnego usposobienia. Pożycie nasze było szczęśliwe, mąż ubóstwiał mnie zawsze.
Oczy pani Mathis zaszły łzami. Ksiądz Rose, wzruszony, chciał ją pocieszyć, przypominając Wiktora:
— Trzeba mieć nadzieję, że syn będzie dla pani pociechą... Może niedługo znajdzie stanowisko, a przywiązaniem swem osłodzi pani życie.
Pani Mathis wstała i, pożegnawszy się, cicho wyszła z pokoju. Smutna jej twarz nie rozjaśniła się ani na chwilę, a nic nie wiedząc, co się dzieje z synem, drżała, by los nie zesłał jej nowego ciosu.
— Nie myślę — rzekł Piotr, po jej odejściu — by ta biedna kobieta mogła liczyć na swego syna... Raz go tylko widziałem, lecz dziwnie zimne i ostre ma spojrzenie.
— Tak sądzisz? — zawołał ksiądz Rose, zaniepokojony w swej naiwnej potrzebie dopatrywania się we wszystkich własnej swej tkliwości. — A może się mylisz... Mnie Wiktor dosyć się podobał, jest grzecznym, dobrze wychowanym; może tylko zbyt mu pilno, by życia używać... Ale to ogólna cecha dzisiejszej młodzieży... No, ale dajmy temu pokój i siadajmy do stołu, bo zupa wystygnie...
Prawie o tej samej godzinie, przy ulicy Saint-Dominique, w ponurym salonie na parterze, siedziała koło kominka pani do Quinsac, a towarzystwa dotrzymywał jej markiz de Morigny, wierny, przywiązany jej przyjaciel. Ogień na kominku prawie się dopalił, lecz hrabina nie dzwoniła, by przyniesiono światła, wolała pozostać wśród zapadającego zmroku, by lepiej ukryć wyraz swej stroskanej twarzy. Zdawało się jej, że śmielszą będzie w odsłonięciu swych myśli, gdy ciemność zupełna zapanuje w tym głuchym salonie, do którego nie dolatywał żaden odgłos z ulicy, a wszystko tylko mówiło o przeszłości. Wreszcie, odważyła się rzec:
— Jestem zaniepokojona o zdrowie Gerarda. Zaraz go zobaczysz, mój dobry przyjacielu, i sam osądzisz... Gerard obiecał, że dziś wcześnie wróci i, że zostanie w domu na obiedzie... A może będziesz złudzony jego pozornie dobrym wyglądem?... Bo zawsze jest okazałym i pięknym... Lecz mnie ten pozór zdrowia nie wystarcza... znam dokładnie jego naturę... Wszak z takim trudem zdołałam go wychować! Najdrobniejsza okoliczność wytrąca go z równowagi... najlżejsza dolegliwość zamienia się u niego w chorobę... A życie, jakie prowadzi, jest szkodliwem dla jego delikatnego organizmu.
Zamilkła, westchnęła, wahając się, czy wyspowiada się do końca.
— Nie widzę możności innego sposobu życia dla niego — rzekł powoli markiz, którego sylwetka słabo się zarysowywała w głębi fotelu, po drugiej stronie kominka. — Służba w wojsku byłaby dla niego jeszcze uciążliwszą, i bardziej wyczerpującą... wszak nawet karyera dyplomatyczna okazała się dla niego nieodpowiednią z powodu delikatnego zdrowia... Zatem, droga moja, przyznaj, że Gerard nie ma nic innego do czynienia, jak to, co robi... Pocieszajmy się myślą, że może doczeka się szczęśliwszych okoliczności... końca tych niedorzecznych republikańskich rządów, które Francyę do grobu zapędzają.
— Tak, zapewne. Ale tymczasem?... Ja właśnie się obawiam tak długo przeciągającej się bezczynności Gerarda. Bywanie w świecie wyczerpuje go, a przytem spotyka się z różnymi ludźmi, zatraca poglądy, jakie mieć powinien... Przecież tyle ustępstw musieliśmy mu sami zrobić... na tyle znajomości pozwolić!... Chociażby ostatni jego stosunek miłosny!... Pamiętasz jak byłam temu przeciwna... to drażniło i raziło cały szereg moich poglądów, a nawet religijnych przekonań... lecz wyznaję, że był czas, gdy pogodziłam się z tą myślą, osądziwszy, że stosunek ten jest raczej pomyślnym dla niego... Lecz Gerard ma lat trzydzieści sześć, czyż więc podobna, by przedłużał dotychczasowy sposób życia?... Może jest mu z tem dogodnie, lecz nie widzę żadnego celu, żadnej nadziei przyszłości... Przypuszczam, że Gerard sam to spostrzegł i może niedomagania jego ztąd właśnie pochodzą... martwi się swoją bezczynnością... w jego wieku rozbudzone są już pragnienia samodzielności.
Głos zawiesiła, lecz postanowiwszy wypowiedzieć się, rzekła dalej:
— Przytem, muszę ci zrobić pewne zwierzenie, czuję się niezdrową. Zapadam w omdlenia, musiałam radzić się doktora. Stan mego zdrowia nie jest groźny, lecz mogę zgasnąć z dnia na dzień.
Markiz drgnął, boleśnie wzruszony, i pochyliwszy się ku mówiącej, chciał ująć ją za obydwie ręce.
— Co mówisz?... Czyż być może?... Ach, ja niechcę, byś przedemną miała umrzeć! Nie chcę! Wszak byłem przy skonie świata, do którego oboje należymy, to dosyć, a w życiu miałem i mam jedno tylko przywiązanie i miałbym je utracić?... Nie chcę! Ty musisz żyć, bo gdy umrę nie pozostaniesz sama, masz Gerarda... a ja mam tylko ciebie, i całem mojem pocieszeniem jest myśl, że będziesz przy mnie w chwili śmierci, i że ty, a nie kto inny przymknie mi powieki!
Hrabina, nie chcąc ulegać ogarniającemu ją wzruszeniu, rzekła łagodnie:
— Nie trzymaj mnie za ręce, nie całuj tych biednych rąk, pozostań w fotelu tak, jak pierwej siedziałeś, niech wiem, że jesteś blizko, ale niech ciebie przy sobie nie czuję... Pozostańmy wiernymi naszej przeszłości, kochajmy się całe życie, a do grobu pozostanie nasza miłość świętą; w tem nasza siła, ale nie mówmy już o sobie, tylko o Gerardzie, muszę się przed tobą wypowiedzieć, jako przed jedynym przyjacielem i powiernikiem całego mojego życia. Uspokójmy się, i staraj się słuchać bez zbytecznego wzruszenia...
Po chwili, gdy markiz znów zajął swe zwykłe miejsce po drugiej stronie kominka, hrabina rzekła:
— Gdybym dziś, lub jutro umarła, Gerard nie znalazłby w całości tych okruchów majątku, jakie przypuszcza, że w całości pozostały w moich rękach. Miewałam z jego powodu wiele wydatków, które silnie nadwerężyły mój fundusz. On się tego nawet nie domyśla.. Wydawał, nie licząc... Rozumiem, że źle czyniłam, nie zwracając mu uwagi, nie dając przestróg. Lecz stało się. Zawsze byłam dla niego zbyt słabą, kochając go, nie umiałam być matką surową i oględną; dziś widzę to, lecz za późno, bo kapitał jest prawie wyczerpany — grozi nam ruina. Czy zdajesz sobie sprawę, jak wobec tego okropną jest dla mnie myśl, że po mojej śmierci Gerard pozostanie bez środków do życia, niezdolny do zapewnienia sobie utrzymania. Sam, bezemnie, którą ciężka dola nauczyła oszczędności, sztucznego maskowania niedostatku... Cóż się z nim stanie, gdy mnie zabraknie?... On, pomimo swoich lat jest niedołężnym, jak małe dziecko, jest chorowitym i niezdolnym do żadnego wysiłku... Cóż będzie z Gerardem, gdy umrę? Czy jemu nie przyjdzie myśl umrzeć, by uniknąć biedy...
Nie mogąc dłużej powstrzymać łez, rozpłakała się, bolejąc nad losem swego ukochanego jedynaka, ostatniego potomka rodu, przedstawiciela świata o skończonej już karcie dziejowej. Markiz odczuł cały ogrom rozpaczy tej matki, widzącej otchłań otwartą i nieuniknioną, a chociaż był bogatym, nie śmiał ofiarować swego majątku, nie miał prawa narzucać się z tem. Milczał czas jakiś, wreszcie odezwał się głosem drżącym z bólu i ze wzruszenia:
— Domyślam się, osądziłaś, że należy ci cofnąć dotychczasowe postanowienie; myślisz o małżeństwie Gerarda z córką tej kobiety!... Ach, cóż to za nieszczęście! I jakże ogromnie musisz nad tem boleć! Wszak niedawno mówiłaś, że nigdy na to nie zezwolisz! Że wolisz śmierć, aniżeli takie poniżenie! Ach, a teraz, teraz... ty się zgadzasz! Już się zgodziłaś! Powiedz, wszak odgadłem... odczułem?...
Płacz nie pozwolił jej zaraz odpowiedzieć i przygnębiająca cisza zapanowała w ciemnym salonie, popiół zasypywał ostatnie iskierki ognia w kominku. Płakała, lecz myśl jej uparcie krążyła dokoła małżeństwa Gerarda z Kamillą, bo był to jedyny sposób zapewnienia szczęśliwego życia ukochanemu synowi. Radowała się tą jasną dla niego przyszłością, lecz zarazem bunt wrzał w jej sercu.
— Nie, nie, ja jeszcze się nie zgadzam, jeszcze nie mogę się zgodzić, lecz walczę z sobą, walczę bezustannie, i nie zdołam ci wypowiedzieć, jaką to dla mnie jest okropną męczarnią...
Znów płakała, a po chwili szepnęła głosem złamanym:
— A jeżeli nadejdzie bolesny dzień, że ustąpię, to wierzaj mi, mój drogi, że nie mniej od ciebie odczuję całą okropność podobnego małżeństwa. Bo uważam to, jako tragiczny koniec rodu, naszej rasy, naszego honoru!
Ostatnie słowa rzuciła, jak krzyk rozpaczy, nic więc pozatem nie mógł znaleść, by ją utrzymać przy pierwotnej niezłomności postanowienia. Markiz był wierzącym katolikiem i wiernym rojalistą, a wszystko, co widział dokoła siebie, potwierdzało go w przekonaniu, że dawny świat, jego świat, usuwa się w przepaść, w której bezpowrotnie zaginie. Lecz jakiż ból przeszył mu serce, gdy spostrzegł teraz, że nawet ta ukochana przez niego kobieta, to czyste bóstwo całego jego życia, pada dziś ofiarą okropności istniejącego stanu rzeczy. Katastrofa zagłady wydała mu się tem straszniejszą. Zbolały, osunął się na kolana przed tą nieszczęsną ofiarą i męczennicą, a usta jego, niezdolne do znalezienia słów pociechy, złożyły pocałunek na ręku płaczącej przyjaciółki.
Gdy po chwili, z rozkazu hrabiny, służąca wniosła zapaloną lampę, prawie równocześnie wszedł Gerard. Przy wieczornem oświetleniu salon nabrał żywszego wdzięku, meble i obicia w stylu Ludwika XVI zdawały się łagodnie promienić. Gerard był ożywionym, pragnął rozweselić matkę przed zawiadomieniem jej o konieczności swego wieczornego wyjścia. A gdy wreszcie opowiedział, że przyrzekł przyjaciołom być z nimi na obiedzie, matka zwolniła go od dotrzymania jej towarzystwa, rada z jego wesołości.
— Idź, idź... na ten obiad, tylko nie zmęcz się, pamiętaj o swojem zdrowiu... Ja postaram się zatrzymać na obiad poczciwego Morigny. Około dziewiątej godziny przyjdzie generał, a także i Larombière. Więc bądź o mnie spokojnym, nie będę sama.
Gerard pozostał jeszcze chwilę, porozmawiał z markizem, a następnie wysunąwszy się z salonu, kazał się zawieść do Café Anglais na Wielkich bulwarach.
Gdy tam przybył, restauracya pełną już była gości, a na schodach, wiodących do oddzielnych saloników, spotkał mnóstwo strojnych kobiet, szeleszczących jedwabnemi sukniami, w bogatych długich futrach rozpiętych u szyi, ledwie zatrzymanych na obnażonych ramionach. Lampy elektryczne jaśniały na wszystkich korytarzach, a przez uchylone drzwi niektórych salonów, można było widzieć biesiadników, przybywających tutaj w wesołem towarzystwie, dla hulaszczego spędzenia wieczoru. Wszystko tu tchnęło zbytkiem, swawolą, rozbestwieniem i prostytucyą, a mury drgać się zdawały odgłosami codziennie powtarzających się orgij.
Salon, zatrzymany na dzisiejszy wieczór przez barona Duvillard, jaśniał przepychem, przygotowany jak do królewskiej uczty. Cały przybrany kwiatami, lśnił się od kryształów i sreber. Zastawa stołu tak była rażąco wspaniałą, iż Gerard nie mógł powstrzymać ironicznego uśmiechu, a przy sześciu nakryciach leżące menu, zapowiadało potrawy i wina najrzadsze i najdroższe.
— Cóż na to mówicie, moi panowie! — zawołała Sylwia, którą już tu zastał w towarzystwie barona, Fonsègne’a i Duthila. Szykowna zastawa?... Postarałam się, by tak było! Niechajże się zadziwi ten wpływowy, sławny krytyk!... Gdy się taki obiadek wyprawia dziennikarzowi, można od niego żądać, by zrobił, co powinien!
By własną osobą olśnić i zwyciężyć, Sylwia umyśliła dziś włożyć zachwycającą suknię z żółtego atłasu, pokrytego staroświeckiemi koronkami. Na obnażonym jej biuście połyskiwały rzędy brylantów, brylantowe spięcia łączyły stanik na ramionach, podtrzymywały fałdy koronek, brylantowe bransolety i pierścionki stroiły ręce, a brylantowy dyadem rozjaśniał włosy nad czołem. Podobną była do obrazu dziewicy, strojnej w dary, zniesione przez wszystkich, ukorzonych przed majestatem jej królewskiego oblicza.
Pragnęła pochwały z ust Gerarda. Uśmiechnął się i rzekł z odcieniem szyderstwa:
— Tak jesteś ładna, że na wszelki strój możesz sobie pozwolić.
— Masz tobie!... Widzę, że drwi sobie ze mnie! Przyznaj, że mnie dziś uważasz za parweniuszkę, która zapragnęła popisać się swojemi kosztownościami?... Podług ciebie powinnam była ubrać się skromnie i dać skromny obiadek? Ot, nie znasz się, mój kochany! Nie na każdego w jednakowy sposób trzeba polować!
Duvillard, dumny z bogatego stroju Sylwii, znajdował, że miała racyę włożyć dziś swoje brylanty. Promieniała, jak bóstwo, a wszystkie promienie otaczającej ją chwały, jego były dziełem.
Fonsègne utrzymywał, że brylanty są niebezpieczną wartością, cena ich może spaść z dnia na dzień, bo, dzięki elektryczności, uczeni są już na drodze sztucznego ich fabrykowania. Duthil, zaś, milcząc, podziwiał i krążył w pobliżu Sylwii, patrząc na nią, a więcej jeszcze na wytworność jej stroju, na przepych koronek, mieniące się ognie olśniewających kosztowności i z giestami wprawnej garderobiany, poprawiał fałdy sukni, lub pukle rozwiewających się jej włosów.
— Któraż to godzina, że jeszcze nie przyszedł ten wasz sławny krytyk! Doprawdy, źle jest wychowanym, każąc nam czekać na siebie!
Krytyk wreszcie nadszedł, lecz, spóźniwszy się o minut kilkanaście, a zaraz na wstępie za to przepraszając, zapowiedział, że nie może dłużej pozostać, niż do godziny wpół do dziesiątej, koniecznie bowiem musi się pokazać w nowo założonym teatrze przy ulicy Pigalle. Lat miał około piędziesięciu, był wysoki, barczysty, o twarzy pełnej i z bujnym zarostem. Niegdyś uczeń szkoły Normalnej, przesiąkł jej dogmatyzmem i pedanteryą, a chociaż od lat dwudziestu należał do paryzkiej prasy i miał sposobność ocierania się we wszystkich światach stolicy, pozostał magistrem. Im więcej czynił wysiłków, by pozbyć się tej cechy, tem wyraźniejszą się ona stawała. Chciał być wobec kobiet sceptycznym, lekkim, wytwornym, lecz pracowicie usnute ku temu plany, pozostawały tylko tworami jego wyobraźni, zawsze mu bowiem brakowało odwagi do wprowadzenia ich w wykonanie i w salonach, do których uczęszczał, pozostawał ociężałym magistrem o ciasnych poglądach. Dziś, w obecności jednej tylko Sylwii czuł się swobodnym, i silił się, by jej wyrazić zachwyt, jaki w nim wzbudziła. Prawda, że dotąd znał ją z widzenia, a kiedyś w paru słowach zjadliwie ją skrytykował, jako wypadkową aktorkę, w drodze łaski obdarzoną maleńką rolą w jednym z bulwarowych teatrów. Lecz widząc ją teraz strojną jak królowę, otoczoną temi czterema mężczyznami o głośnych nazwiskach, postanowił zapisać się do rzędu jej jawnych protektorów, wydało się mu bowiem zabawnem, ironicznem, wmówić w publiczność, że ta ładna dziewczyna posiada rzeczywisty talent. Wszak narzuciwszy Paryżowi Sylwię, przestanie być uważanym za pedanta i profesora, może wreszcie przez nią uzyska ten upragniony patent paryzkiej lekkomyślności!
Zajęto miejsca przy stole, dokoła śnieżnego obrusa, zasłanego wonnemi kwiatami, z pomiędzy których wychylała się wspaniała zastawa ze srebra i kryształów. Każdy z biesiadujących miał po za swem krzesłem oddzielnego lokaja, który pilnował jego talerzy i kieliszków. Dań było wiele, a wszystkie wyszukane, najdroższe, dla nikogo innego nieprzystępne i prawie że nieznane. Ryby były z Rosyi, zwierzyna zakazana w tej porze, trufle wyjątkowej wielkości, nowalie cieplarniane, jarzyny i wszelkie owoce, jak na schyłku lata. Dobroć i obfitość podawanych potraw świadczyły, że chciano użyć przyjemności powiedzenia sobie, że nikt inny nie był w stanie rzucić takiej sumy złota, by mieć na swym stole to, co dziś było najrzadszem i najdroższem, chciano się delektować myślą, że nikt inny tego dziś nie jadł, i nikt dziś więcej nie mógł zmarnować. Wpływowy krytyk chciał ukryć swój podziw, pragnął udawać, że jest przyzwyczajony do tego trybu życia, lecz w miarę, jak zmieniały się dania i wina, stawał się uniżony, służalczy, obiecywał swoje poparcie, przyrzekał więcej, niż chciał. Był wesoły, puścił kilka prawie udanych dowcipów, lecz wciąż się wysilając w tym kierunku, zaczął przesadzać miarę dozwolonych żarcików. Wszakże po pieczystem i winach burgundzkich, gdy podano szampana, nie mógł już dłużej udawać motylkowatego światowca, natura wzięła górę i, będąc już tylko sobą, stał się gadatliwym pedantem, a przedewszystkiem magistrem. Zaczęto mówić o roli Pauliny w „Polieukcie“, w której Sylwia pragnęła wystąpić na scenie teatru Komedyi francuzkiej. Zachcianka ta, która go oburzyła jeszcze wczoraj, teraz mu się wydała śmiałym porywem talentu ładnej kobiety przy nim siedzącej i przepowiadał jej tryumf, jeżeli zastosuje się do wskazówek i rad, jakie nie omieszka jej udzielić. Zabrał głos i w improwizowanej prelekcyi przedstawił jej swoje zapatrywania. Zdaniem jego, żadna z dramatycznych nie zrozumiała dotąd, jak należy pojmować rolę Pauliny, tej skromnej, uczciwej burżuazki, która dopiero nawróciwszy się, dotknięta łaską bożą, przetworzyła się cudem w typ idealny, ponętny swą wyższością. Sylwia wręcz odmiennie pojmowała postać Pauliny, była ona dla niej od pierwszego wiersza idealną bohaterką symbolicznej legendy. Lecz wobec zapatrywań krytyka, milczała, ani razu mu nie przecząc, a gdy skończył swój długi wykład, udawała zachwyconą i przekonaną. Przyjął jej pochwały z widocznem zadowoleniem, winszując sobie tak pięknej i posłusznej uczennicy. Lecz spostrzegłszy, że jest już godzina dziesiąta, zerwał się z miejsca i szybko wszystkich pożegnawszy, opuścił wonną i wspaniałą jadalnię, by pobiedz do teatru, gdzie wzywał go obowiązek.
— Ach, moi drodzy, jakże swobodniej oddycham, gdy już poszedł sobie ten nudziarz, ten wasz wpływowy krytyk! — zawołała Sylwia. — Jaki on głupi z tem swojem pojmowaniem roli Pauliny! Byłabym mu dobrze nos utarła, gdybym go nie potrzebowała... Idyota! Ale nie mówmy już o nim! Nalejcie mi wina, niech zapomnę o tej nudnej figurze!
Teraz dopiero zaczęto się bawić w kółku dobrze sobie znajomem. Czterej pozostali mężczyźni ubiegali się o spojrzenie i uśmiech tej strojnej, wybrylantowanej, w połowie nagiej, ładnej dziewczyny, a z sąsiednich korytarzy i salonów, dobiegały równie wesołe śmiechy, rozmowy i pocałunki innych biesiadujących; gorączkowa chęć użycia panowała w atmosferze całego domu. Po za oknami tętniało życie wielkomiejskiego wieczora, bulwary pełne były powozów i pieszych, szał pogoni za rozkoszą wzrastał z każdą chwilą, dobijano targu płatnej pieszczoty.
Fonsègne wstał i, podszedłszy do okna, chciał je roztworzyć. Lecz Sylwia go wstrzymała:
— Co robisz, nie otwieraj, czyż chcesz, bym się zakatarzyła? Cóż cię opętało, że chcesz się ochłodzić? Mnie nie jest za gorąco, jest mi dobrze. Ach, ale pić mi się chce! Baronie, mój poczciwy baronie, każ podać jeszcze szampana... Tak jestem znudzona waszym wpływowym krytykiem, że muszę pić i jeszcze pić będę, by go zapomnieć!
W pokoju było duszno nie do wytrzymania. Zapachy potraw, wina i kwiatów działały odurzająco, Lecz Sylwię to podniecało, chciała się upić, chciała się bawić do nieprzytomności, hulaszczo, poniżająco, jak niegdyś, gdy rozpoczęła swą karyerę na paryzkim bruku. Wypiła jeszcze kilka kieliszków szampana i głośno się teraz śmiała, była wyzywająca, rozpustna i wesoła, jak nigdy. Szałem jej podnieceni, rozbawili się teraz i mężczyźni. Naraz Fonsègne zauważył, że musi iść do redakcyi swego dziennika. Sylwia, z nagłą powagą, pocałowała go, jak ojca, w podzięce, jak rzekła za to, że on ją zawsze szanował. Po jego wyjściu, pozostawszy z trzema innymi, zaczęła ich traktować z wyszukaną pruderyą. Było to dla nich nową podnietą. W miarę jak piła, stawała się coraz jaskrawszą mięszaniną krańcowego bezwstydu i krańcowej skromności. Wiedziała, że była wtedy najniebezpieczniejszą. Dziewiczy wyraz jej twarzy o rysach idealnej czystości był maską jej natury przewrotnej i zepsutej do potworności. A zwłaszcza, gdy się upiła, niebieskie jej oczy stawały się niewinne, przezroczystej szczerości, lecz właśnie wtedy miewała dyabelskie pomysły kurtyzanki, doprowadzające mężczyzn do szału ze zmysłowego roznamiętnienia.
Duvillard zachęcał ją do picia, ciesząc się skrycie, że nieprzytomną odwiezie i pozostanie przy niej, czego pragnął napróżno od tak dawna. Lecz ona się uśmiechnęła, domyśliwszy się jego zamiaru.
— Odgadłam, mój kochany, odgadłam; nic z tego! Wyobrażasz sobie, że skoro piję i jestem wesoła, to zrobisz ze mną, co zechcesz? Nie, nie, źle obliczyłeś; piję, ale jestem przytomna. I wiedz, że dotrzymam, co powiedziałam... Niczego się odemnie nie spodziewaj, słyszysz, niczego, nawet pocałunku, dopóki nie przyniesiesz mi nominacyi z teatru Komedyi francuzkiej... Pamiętaj o tem i przynieś mi ją prędko, jeżeli ci pilno...
Duvillard słyszał te słowa już od sześciu tygodni, silił się teraz na uśmiech, lecz wściekłość nim miotała. Wszakże miał nadzieję, że ją dziś upoi i nieprzytomną odwiezie, by zanieść i rozebrać w sypialni, której drzwi przed nim tak uparcie zamykała. Postanowił więc czekać cierpliwie, chociaż Sylwia najczulsze spojrzenia słała ku Gerardowi, który nieraz już skorzystawszy z jej chwilowego kaprysu, radował się, że i dziś powtórzy się dla niego taka noc, pełna rozkoszy. Duthil zaś oddawna wyczekiwał okazyi, oddającej mu Sylwię, chociażby w jednorazowe posiadanie; rozpromieniony, winszował sobie, że to dzisiaj może nastąpi, byle natychmiast pochwycić chwilę, wywołaną zręcznym manewrem.
Sylwia, widząc żądzę, jaką wszyscy trzej ku niej pałali, szydziła z nich na zimno, porównywała ich do psów z wywieszonemi ozorami i, zabawiona ich natarczywością, opowiadała zmyślone na prędce słone dykteryjki. Śmieli się, nazywając ją nieocenioną. Trywialność wyrażeń Sylwii była dla nich niezrównaną podnietą wobec dziewiczego wyrazu jej idealnie pięknej twarzy i królewskiego stroju, w jakim promieniała przed zachwyconemi ich oczyma.
Nagle odsunęła kieliszek, nie chcąc już pić więcej i, klasnąwszy w dłonie, zawołała:
— Przyszła mi wyborna myśl! Wiecie, co zrobimy?... Oto zaprowadźcie mnie do kawiarni, w której śpiewa Legras, już mi tu nudno, dość mam szampana, chodźmy na Montmartre... Wybornie zakończymy wieczór. Dawno nie słyszałam Legrasa, a przecież cały Paryż przepada za nim... Chcę słyszeć jego piosnkę „O koszuli“.
Duvillard zaprotestował.
— Ależ, to niemożebne! Legras śpiewa same obrzydliwości. Nie chcę, abyś słuchała czegoś podobnego... i nigdy cię nie zaprowadzę do tej rynsztokowej kawiarni.
Udała, że go nie słyszy i, powstawszy z miejsca, trochę się chwiejąc na nogach, stanęła przed lustrem, a poprawiając włosy, mówiła ze śmiechem:
— Mieszkałam kiedyś na Montmartre, z przyjemnością zobaczę moje dawne wzgórze, tak, z przyjemnością... A prócz tego, mam dziwną chętkę zobaczenia Legrasa, bo mam przeczucie, że ten sławny dzisiejszy śpiewak jest moim dawnym Legras. Oj, dawne to czasy! Więc chodźmy, chodźmy, nudzę się tutaj! Legras mnie zabawi.
Duvillard był przerażony zachcianką Sylwii.
— Zastanów się, czyż możesz iść do tej cuchnącej nory, tak jak jesteś ubrana? Nie możemy cię tam zaprowadzić, zwłaszcza dziś. Wyobraź sobie efekt, jakibyśmy sprawili, wchodząc tam z tobą w sukni wyciętej i pokrytej brylantami! A toż-by na nas stołkami rzucano... Gerardzie, proszę cię, przemów do niej i wytłomacz, że nie możemy iść z nią na Montmartre.
Gerard, który z odrazą myślał o podobnej wyprawie, chciał już przemówić, gdy zamknęła mu usta ręką, wołając z pół pijanem rozbawieniem i uporem:
— Chcę tam iść, chcę tam iść i pójdziemy, a jeżeli nas wygwiżdżą, zwymyślają lub obiją, tem lepiej, tem więcej się zabawię; chodźmy, śpieszcie się, nudziarze, chodźmy!
Duthil był uszczęśliwiony z pomysłu Sylwii i zajęty wyłącznie myślą wesołego spędzenia czasu, rzekł z przekonaniem:
— Dla czego nie mamy tam pójść? Wszyscy pragną słyszeć Legrasa i sam niejednokrotnie tam byłem w towarzystwie najprzyzwoitszych dam, które poprosiły mnie, bym je tam zaprowadził właśnie z powodu piosnki Legrasa „O koszuli“. Nie znajduję, by piosnka ta była gorszą od wielu innych.
— A co? Słyszysz, ty stary niedołęgo, co mówi Duthil — zawołała Sylwia z miną tryumfującą. — A pamiętaj, że Duthil jest członkiem Izby, mężem stanu... Duthil nie jest byle kim... Duthil umie przecież szanować godność, jaką piastuje, a uczęszcza tam i to uczęszcza z kobietami waszego świata, chodźmy!
Duvillard błagał, by odstąpiła od powziętego zamiaru, lecz rozpacz jego silniej jeszcze rozbawiła Sylwię. A gdy oświadczył, że nie może się narazić na skandal publiczny, wybuchnęła śmiechem, wołając:
— Jak chcesz, mój kochany, wolna wola, wracaj sobie do domu, ja ciebie nie potrzebuję. Weź Gerarda pod rękę i pocieszajcie się wzajemnie. Ja pójdę z Duthilem, on nie będzie się wzdragał i ręczę wam, moi panowie, że dobrze się zabawimy we dwoje, chociaż bez miłego waszego towarzystwa.
Lecz Duvillard tego właśnie najwięcej się obawiał. Poddał się więc woli Sylwii, tracąc głowę na samą myśl, że kto inny, nie on, mógłby ją dziś odwieźć do jej pałacyku. Jedynem pocieszeniem dla niego była myśl, że Gerard będzie należał do tej skandalicznej wyprawy. Lecz Gerard się wymawiał. Duvillard pochwycił go za obie dłonie i z tkliwością w głosie prosił, by im dotrzymał towarzystwa, by oddał mu tę wielką przyjacielską usługę... Tak więc kochanek żony a narzeczony córki, musiał uledz prośbie męża i ojca.
Sylwia patrzyła na nich, śmiejąc się do łez. I w chwilowem zapomnieniu, pijanym głosem, zaczęła opowiadać o swych chwilowych miłostkach z Gerardem, chociaż ten był kochankiem baronowej; zakończyła słowami:
— Wstydź się, Gerardzie, tak mu się dać prosić doprawdy masz względem niego sporo obowiązków wdzięczności...
Duvillard udał, że nie rozumie i nie słyszy, a Duthil uspakajał go, że w kawiarni znajdą coś, w rodzaju loży, gdzie będzie można trochę się skryć przed publicznością będącą w sali.
Wyszedłszy na bulwary, wsiedli do wielkiego landa Sylwii i pojechali w stronę Montmartre, rzuciwszy adres przystojnemu, wysokiemu stangretowi, który przywykł otrzymywać najdziwaczniejsze rozkazy, nigdy nie okazując najlżejszego zdziwienia.
Kawiarnia, w której śpiewał wieczorami Legras, zasłynęła od jakiegoś czasu pod nazwą „Muzeum okropności“. Mieściła się ona w długiej, wązkiej, nieregularnej sali z licznemi zagłębieniami i o nizkim, zakopconym suficie. Nędzną dekoracyę brudnych ścian stanowiły jaskrawe afisze, przedstawiające prawie nagie kobiety. W głębi, poprzedzona fortepianem, wznosiła się estrada, na którą wychodziły drzwi z zasuwaną firanką. W sali, publiczność siadała na prostych drewnianych ławkach lub stołkach, przed któremi ciągnęły się rzędy karczemnych stolików ze szklankami podawanych napojów. W całej sali nie można było dostrzedz śladu zbytku, sztuki, a chociażby usiłowania utrzymania porządku i czystości. Gazowe kinkiety, bez szkła i globów, paliły się płomieniem, szalenie nagrzewając ciężkie, parne powietrze, zatrute oddechem, potem i fajczanym dymem. Wśród tego oparu wynurzały się spocone, połyskujące, czerwone twarze i stłoczone, zbite sylwetki nagromadzonej publiczności, pijanej od trunków, pijanej oddychanem tu powietrzem, pijanej krzykami, które się zrywały jak nawałnica po każdej odśpiewanej zwrotce. Estradę zajmował Legras, lub jedna z kilku szansonistek zjawiających się dla zmiany, lecz filarem i sławą kawiarni był tylko Legras, którego sprośny, ohydny repertuar przyciągał co wieczór tłum publiczności, dążącej tutaj cwałem z całego Paryża, jak na ucztę nieznanej dotąd ponęty. Z chwilą postawienia tej estrady, powodzenie kawiarni stało się głośnem prawie z dnia na dzień, podczas, gdy przez dziesięć lat poprzednich, niejeden właściciel zbankrutował, nie mogąc się utrzymać z lichych dochodów, zbieranych ze spokojnych emerytów, przychodzących co wieczór na partyę domina.
Brudna, cuchnąca ta sala przyciągała teraz ku sobie krańcowy wykwit rozpusty, kału i ohydy. Paryż hulaszczy, Paryż bogaczów, znużonych grabieżą, swawolą i władzą, Paryż próżniaczy zbiegał się tutaj w pogoni za sensacyą, chociażby przynieść ją miała wyuzdana sprośność, lub oplwanie i bryzg pogardy. Wszechwładzę dzierżąca burżuazya przesyconą już była, lecz zazdrośnie strzegąc całości swych skarbów i nic z nich uronić sobie nie dozwalając, czuła się w przeddzień swego upadku, swej jutrzejszej nicości, a zobojętniawszy z przesytu, pragnęła, by jej plwano te groźby prosto w twarz. Jakże przerażającym symptomatem jej zepsucia było to doszukiwanie się środków, mogących przyśpieszyć ostateczny, własny jej rozkład! Jutrzejsi skazańcy sami dobrowolnie rzucali się w kał, czerpiąc swą rozkosz w pojeniu się wymiocinami bryzganemi im z estrady tej najpodrzędniejszej kawiarni! Stąpali po grzązkiej jej podłodze, siadali na brudnych ławach, przed lepiącemi się stołami, niepomni, że przez dzień cały pysznili się i korzystali ze swej opinii ludzi zacnych i poważnych. Aby ohyda ich była zupełną, przybywali tutaj wraz z żonami i siostrami swojemi, sadzając tuż blizko sceny te powiewne, urocze kobiety, pełne często boskiego wdzięku, wonne i strojne, jak kwiaty.
Przy jednym ze stolików bliższych estrady, zasiadła księżna de Harn i, rozpromieniona, rozciekawiona, bystro patrzała dokoła, rada, że wreszcie zdołała zadowolnić swą żądzę zapoznania się z tym mętem nocnego życia paryzkiego. Hyacynt, który nareszcie zdecydował się przyprowadzić ją tutaj, był, jak zwykle, w stroju estety, o wysznurowanej figurze, lecz pobłażliwie patrząc na Rozamundę, raczył mniej się dziś nudzić. Przy sąsiednim stoliku siedział znany im obojga Bergaz, podobno hiszpan, grający w Paryżu na giełdzie. Był im przedstawiony tej zimy przez Janzena i odtąd bywał na wszystkich większych przyjęciach w pałacu księżnej. Prawie nic o nim nie wiedzieli, nawet o ile mu się szczęściło na giełdzie, lecz Bergaz hojnie rzucał pieniędzmi, był zawsze ubrany podług ostatniej mody, co dobrze licowało z jego wysoką, wysmukłą postacią. Usta miał czerwone i zmysłowe, a oczy drapieżnego zwierza. Mówiono, że oddawał się zakazanej rozpuście, a dziś przyprowadził z sobą dwóch wyrostków, włocha Rossi i paryżanina Sanfaute. Włoch był nizkiego wzrostu, brunet, pozował w pracowniach jako model, lecz najczęściej próżnował, zarabiając na swe utrzymanie podejrzanemi rzemiosłami. Paryżanin był ulicznikiem z przedmieścia la Chapelle, blady, szczupły, bez zarostu, nosił długie włosy, zaczesane jak u kobiety, używał wyrażeń trywialnych i tchnął cały zepsuciem.
Rozgorączkowana Rozamunda rzekła błagalnie do Bergaza:
— Panie, jak widzę, znasz tutaj wszystkich, cały ten okropny świat, proszę niech mi pan pokaże najciekawsze osobistości, chciałabym zobaczyć złodziei, złoczyńców, a może są pomiędzy nimi i zabójcy?
Bergaz roześmiał się i odrzekł drwiąco:
— Ależ pani zna tutaj wszystkie najciekawsze typy, jest pani wśród swoich znajomych; ta ładna, różowa, drobna kobietka, tam, w głębi, jest żoną konsula, a ponieważ bywa u pani, zatem, nie potrzebuję opowiadać jej przeszłości... Na prawo od tej amerykanki, dobrze pani znanej, siedzi wysoka brunetka, majestatyczna, jak królowa — jest to hrabina, którą pani codziennie widuje w lasku Bulońskim... A ta chuda, zaraz za nią, ta, której oczy błyszczą, jak u wilczycy, jest kochanką jednego z najwyższych dygnitarzy, słynnego zwłaszcza z surowości obyczajów!
Zniecierpliwiona, Rozamunda przerwała:
— Wiem, wiem, nie o to pana pytam, proszę mi pokazać najwybitniejsze figury z pomiędzy tych innych, tych, których przychodzimy tu zobaczyć...
Zadawała mu bezustanne pytania, wyszukując twarzy, które ją przerażały lub nęciły tajemniczością. Patrzyła teraz na dwóch mężczyzn przy stoliku w kącie sali. Jeden z nich, młody, blady, nieprzystępny, a drugi tak był cały zanurzony w starem palcie i czapce, nasuniętej na oczy, że nie można było określić jego wieku. Siedzieli, milcząc i zwolna popijając piwo.
Ucieszona, Rozamunda utrzymywała, że muszą to być bandyci. Lecz Hyacynt szczerze się roześmiawszy, rozczarował ją:
— Omyliłaś się, moja droga. Ten młody, blady chłopak, zapewne, że przymiera głodu, ale nie jest bandytą, jak tego pragniesz, był moim kolegą w liceum Condorceta.
Zdziwiony, Bergaz zawołał:
— Jakto? Pan znasz Wiktora Mathis? Ach, prawda, zapominam, że Mathis był w szkołach... Tak, pan go zatem pamiętasz z liceum Condorceta. To niezwykła głowa, ale bieda może go zdusić. A tego drugiego pan także znasz?
Hyacynt wpatrzył się w człowieka ukrywającego twarz po za kołnierzem palta i milcząc dał znak, że go nie zna, lecz równocześnie Bergaz trącił go szybko łokciem, jakby chcąc powstrzymać od dania odpowiedzi, a po chwili szepnął, tłomacząc swój giest:
— Nie mówmy o nich. Koło nas przeszedł Raphanel. Nie dowierzam mu od jakiegoś czasu... Gdzie przejdzie, zaraz zjawia się policya.
Raphanel należał do licznych postaci, przedstawionych księżnie de Harn przez Janzena, w chwili, gdy płonęła żądzą zapoznania się ze wszystkimi anarchistami w Paryżu. Raphanel był jednym z najzagorzalszych mówców na zebraniach publicznych i z zaciekłością domagał się, by działać, burząc i mordując. Lecz dziwnym zbiegiem okoliczności, gdy innych aresztowano, on zawsze zemknął na czas, albo odzyskiwał wolność natychmiast... Ponieważ zaczęło się to powtarzać zbyt często, Raphanel wzbudzał nieufność w towarzyszach.
Nizki, tłusty, okrągły, z twarzą zawsze słodko uśmiechniętą, z nosem, jak u dziecka zapadłym w pulchnych policzkach, Raphanel, spostrzegłszy księżnę, przyszedł się z nią przywitać i chociaż nie proszono go, zaraz zajął miejsce przy tym samym stoliku. Może dla zrobienia przyjemności Rozamundzie, zaczął głośno wymyślać na burżuazyę, która jest tak plugawą, że z rozkoszą tarza się we wszystkich chlewach. Księżna była uradowaną i pobudzała go do coraz bardziej krańcowych napaści, chociaż przy sąsiednich stolikach zaczynano się gniewać.
Bergaz nie spuszczał oczu z twarzy Raphanela, lecz nie wtrącając się do rozmowy, uśmiechał się, wymieniając błyskawiczne spojrzenia ze swoimi dwoma adjutantami Sanfaute i Rossim, którzy zachowywali się z pozorną obojętnością, lecz obadwaj byli ciałem i duszą oddanymi swojemu przywódcy, który jeżeli korzystał z ich pochopności do występku, to dawał im w nagrodę materyalne korzyści, wynikające z praktycznego stosowania anarchii. Hyacynt był wyłącznie zajęty włosami Sanfaute’a. Pragnął być estetą i marzył o wprowadzeniu w czyn łączącego się z tem występku, lecz brakowało mu ku temu odwagi. Z szaloną zazdrością patrzał teraz na kobiece uczesanie Sanfaute’a, chociaż z miną znudzoną zwierzył się księżnie, że to rzecz znana i zbyt pospolita.
W oczekiwaniu na Legrasa, publiczność biła oklaski dwom zmieniającym się na estradzie śpiewaczkom. Jedna z nich, tłusta, nuciła ckliwe sielanki, pełne dwuznacznych aluzyj, druga zaś, chuda, krzykliwym głosem podkreślała rubaszne słowa, waląc niemi, jak pięścią. Właśnie dopiero co skończyła, podnosząc burzę śmiechów i wykrzykników, gdy uwaga rozbawionej sali została pochłonięta wejściem kilku osób do jedynej loży, jaka się tu znajdowała.
Sylwia stanęła cała wychylona z loży, jaśniejąc jak słońce w swej żółtej atłasowej sukni pokrytej brylantami. Patrząc na tę piękną kobietę, prawie obnażoną, cała sala zatrzęsła się od głośnych uwag, śmiechów, brawa, sykań i złorzeczeń. A skandal jeszcze się wzmógł, gdy ujrzano po za nią trzech mężczyzn we frakach, białych krawatach, poważnych i przyzwoitych, jakby się znajdowali w najwybredniejszym salonie.
— A co, mówiłem, że niepotrzebnie tu idziemy — szepnął Duvillard niezadowolony, podczas gdy Gerard starał się ukryć w głębi kojca, noszącego szumne miano loży.
Sylwia nie chciała usiąść, rada z wrażenia, jakie wywarła. Stała wciąż, uśmiechając się do publiczności, z miną naiwną wypuszczonego na wolność dziecka, oddychającego z rozkoszą ożywczem powietrzem. Czuła się tutaj u siebie.
— Z czego jesteś niezadowolony? — rzekła do barona — Wszyscy się bawią, aż miło na to patrzeć... I ja się bawię, ach, wybornie się bawię...
— Tak, ona ma racyę, to bardzo zabawne — rzekł Duthil. — Przyszliśmy, więc się bawmy wraz z nimi!
Księżna de Harn, uszczęśliwiona szaloną wrzawą wybuchłą w sali, chciała się przekonać o przyczynie. Wstała więc, a spostrzegłszy pełną teraz lożę, ujęła Hyacynta za ramię, mówiąc:
— Czy wiesz, to twój ojciec z Sylwią! Patrz na nich, patrz! Doprawdy, odważny, żeby się z nią tutaj pokazać!
Hyacynt zdjął rękę księżny ze swojego ramienia i powiedział, że nie myśli spojrzeć w tamtą stronę. Cóż go to może obchodzić! Ojciec jest idyotą i prowadzi się jak smarkacz zakochany po raz pierwszy w publicznej dziewczynie. Korzystając ze sposobności, zaczął wypowiadać swą wielką pogardę dla miłości z kobietą.
— Nudzisz mnie swojemi teoryami! — rzekła Rosamunda, siadając mu prawie na kolanach, bo miała zamiar zatrzymania go dziś u siebie pod pozorem poczęstowania go filiżanką herbaty. — Jeżeli kto jest smarkaczem, to ty, mój kochany, bo jeszcze nie nauczyłeś się nas cenić, a udajesz, że masz nas dosyć. Twój ojciec ma racyę, kochając Sylwię. Jest bardzo ładna, bardzo mi się podoba.
Hyacynt popatrzył na Rozamundę, a przypominając jej wiadome szczegóły zepsucia Sylwii, rzekł:
— Może chcesz, bym poszedł jej powiedzieć, że podbiła twoje serce? Ojciec może pozwoli i pobłogosławi wasz związek...
Rozamunda, zrozumiawszy, roześmiała się, mówiąc:
— Nie, nie, bo chociaż jestem ciekawa, nie posuwam jeszcze tego do ostateczności. Jeszcze to dla mnie owoc nieznany...
— Ale nie wątpię, że go niedługo pokosztujesz? Wszak ze wszystkiem trzeba się zapoznać.
— Tak, masz racyę, więc może... ale jeszcze nie teraz...
Nagle cała sala się uciszyła, każdy zajął swoje miejsce, w oczekiwaniu upragnionej rozkoszy. Legras ukazał się na estradzie. Był to młody jeszcze mężczyzna, w aksamitnej kurtce, twarz miał okrągłą i starannie wygoloną, spojrzenie ostre, ruch szczęk zwierzęcy. Przedstawiał typ samca ubóstwianego przez kobiety, które teroryzował. Jako śpiewak kawiarniany, miał talent niepospolity, śpiewał czysto, a metaliczny jego głos wzruszał potęgą swej patetyczności. Repertuar jego składał się z piosnek, w których trywialność łączyła się z dojmującemi obrazami nędzy i cierpienia warstw najniższych. Wszystkie trucizny, wszystkie rany i zgnilizny społecznego piekła wyły i jęczały swe bóle w słowach najsprośniejszych, plwając krwią i płomieniami.
Odezwała się fortepianowa przygrywka i Legras zaśpiewał legendę „O koszuli“, ową rzecz, którą cały Paryż chciał słyszeć. Słowa, jakby biczami zrywały ostatnie szmaty z ciała biednej dziewczyny, której wstydliwość jest zbytkiem, ponieważ z przeznaczenia musi zostać prostytutką. Rozwiązłość uliczna występowała w pieśni jak brudna plama, jak trucizna, pełna goryczy. Lecz występki bogaczów gorszem jeszcze były błotem dla tego kobiecego ciała, które, obnażone, zgwałcone, sponiewierane, w lat kilka kończyło gnić, porzucone jak ścierwo, wreszcie zgarnięte zostawało do wspólnej mogiły, lecz pierwej jad i przekleństwo wszczepiało w krew swoich katów. Silniejszą od słów była mimika, oraz intonacya, z jaką Legras rzucał to wszystko w twarz bogaczów, możnych władców, przychodzących go słuchać w towarzystwie strojnych swoich towarzyszek. W nizkiej sali, pełnej fajczanego dymu, swędu i gorąca gazowych kinkietów, głos Legrasa padał jak razy policzków, chłostał, jak zapowiedź uraganu wszystko zmiażdżyć mającego.
Gdy skończył, szał uniesienia ogarnął całą salą. Krzyki, wycia, klaskania, tupania — rozlegały się bez końca. Strojne kobiety były może najżarliwsze, bynajmniej niedotknięte obelgą, która wprost im była rzuconą.
— Brawo, brawo! — krzyczała aż do ochrypnięcia, rozbawiona, uszczęśliwiona księżna de Harn.
Sylwia, która dopiero wszedłszy do sali zaczęła być coraz wyraźniej pijaną, klaskała teraz w ręce, wołając na całe gardło:
— To on, to mój Legras! Muszę go pocałować! Muszę, bo prawdziwej rozkoszy przez niego doznałam!
Duvillard, zrozpaczony, chciał ją przemocą ztąd wynieść, lecz uchwyciła się za brzeg loży i coraz głośniej wyrażała swoje uwielbienie dla odnalezionego Legrasa. Była przytem bardzo wesoła i szczerze się bawiła. Duvillard błagał ją teraz, by zechciała opuścić salę. Zgodziła się, równie jak na odwiezienie przez niego, lecz pod warunkiem, że najpierw pójdzie pocałować Legrasa, swojego dawnego przyjaciela.
— Zaraz do was powrócę, idźcie wszyscy trzej razem do mojego powozu, za chwilę was tam odnajdę...
Sala się uspakajała, niektórzy goście wychodzili, przyszedłszy tutaj tylko dla usłyszenia Legrasa, a księżna, widząc, że loża już była pusta, zaczęła myśleć o sposobie zniewolenia Hyacynta, by ją odwiózł i przy niej pozostał.
Hyacynt słuchał Legrasa ze znudzeniem i rozpoczął rozmowę z Bergazem o Norwegii. Ach... fiordy! Ach, srebrem zamarzłe jeziora północy! Ach, zimno podbiegunowe! Zimno czyste, zimno niepokalane, liliowe; zimno wieczne, nieskończone jak piękno! Hyacynt zachwycenia swoje nad zimnem zakończył uwagą, że tylko tam w tych przeczystych krainach śniegu i przezroczy lodowych, rozumiał miłość dla kobiety, bo odzyskiwała niepokalaność na śnieżnym całunie.
— Chcesz? Pojedziemy tam jutro! — zawołała księżna ze swą zwykłą żywością. Będzie to nasza ślubna podróż... Pałac zamknę, służbę rozpuszczę, bo niewiadomo kiedy ztamtąd wrócimy!
Dodała zaraz ze śmiechem, że żartuje, lecz Bergaz znał ją dostatecznie, by nie powątpiewać, że zdolną była natychmiast wykonać swój projekt. Na myśl, że pałac księżnej będzie zamknięty i pozostawiony bez straży, zamienił się wymownemi spojrzeniami z Sanfaute i z Rossim, którzy, dalej milcząc, odpowiedzieli mu uśmiechem. Toż byłaby gratka! Możnaby się wtedy dobrze obłowić i odebrać chociaż część bogactw zagrabionych przez tych podłych burżuazów!
Raphanel, skończywszy bić brawo na cześć Legrasa, zaczął się rozglądać po sali, uważnie śledząc każdą twarz po kolei. Naraz szare, przenikliwe jego oczy zatrzymały się na Wiktorze Mathis i siedzącym przy nim człowieku, którego twarzy prawie że nie było widać. Ci dwaj spektatorowie nie brali udziału w ogólnem rozbawieniu i rozgorączkowaniu. Siedzieli spokojnie, jakby wypoczywając, pewni, że ich nikt tutaj nie odnajdzie, bo najłatwiej jest się ukryć zamięszawszy się w tłum ludzi.
Nagle Raphanel zwrócił się do Bergaza:
— Wszak to Wiktor Mathis siedzi tam, przy stoliku w kącie? A kto jest ten drugi?
Bergaz ruszył ramionami na znak, że nie wie. Lecz śledził teraz za oczyma Raphanela, który, spostrzegłszy to, zaczął udawać obojętność, ale po chwili dokończył rozpoczętej szklanki piwa i pożegnał się, mówiąc żartobliwie, że nie może dłużej pozostawać, bo ma umówioną schadzkę miłosną z pewną damą w sąsiedniem biurze omnibusów. Gdy tylko wyszedł, Bergaz zerwał się z miejsca i, przeskakując stołki, rozpychając ludzi, dotarł do Wiktora Mathis i szepnął mu coś do ucha. Ten natychmiast powstał i pociągnąwszy za sobą towarzysza, uprowadził go przez boczne drzwi, o których istnieniu musiał dobrze wiedzieć. Tak się to wszystko szybko stało, że nikt nie mógł zauważyć całego manewru i ucieczki tych dwóch ludzi.
— Zkąd pan wracasz? — zapytała księżna, gdy Bergaz, powróciwszy, zasiadał spokojnie na swem miejscu pomiędzy Sanfaute i Rossim.
— Zkąd powracam? Czyż pani nie widziała, że pobiegłem pożegnać Wiktora Mathis, który już wychodził z sali.
Rozamunda oświadczyła, że zaraz to samo uczyni, lecz zatrzymała się jeszcze przez chwilę, by mówić w dalszym ciągu o Norwegii, o którą z wielkiem zajęciem dopytywał się Hyacynt Bergaza, utrzymującego, że zna ten kraj dokładnie. Wieczyste lody, spokój podbiegunowej zimy i nieustające mrozy — zachwycały dziś Hyacynta. Wspomniał, że w swoim trzydziesto wierszowym poemacie „Koniec kobiety“, poemacie którego pragnie nigdy nie dokończyć, chce mieć jako tło, odwieczny las sosnowy pod śniegiem. Rozamunda wstała z miejsca i znów żartobliwie powtórzyła, że go zaprasza na herbatę, by módz z nim ułożyć plan wyjazdu na północ. Bergaz słuchał jej z uśmiechem, spoglądając na drzwi, wtem prawie mimowolnie zawołał:
— Mondèsir!... pewien byłem, że tak się stanie!
We drzwiach, przy wejściu zatrzymał się nizki, krępy człowiek, o twarzy okrągłej, czole wypukłem i zadartym nosie, stał, rozglądał się po sali i zdawał się niezadowolniony, zawiedziony. Całą postacią przypominał wysłużonego podoficera, który w cywilnem ubraniu zachował rubaszność i giesty żołnierskie.
Bergaz, pragnąc zatrzeć wrażenie swojego wykrzykniku, rzekł jakby od niechcenia:
— Do tej sali często zagląda policya. Ten nowoprzybyły to agent tajnej policyi... Mondèsir, były wojskowy, ale w pułku miał różne nieprzyjemne sprawy, więc zmienił rzemiosło... Lubię patrzeć na jego nos, węszy jak pies, czy nie wpadnie na trop jakiej zwierzyny. Węsz, węsz, mój kochanku... a jeżeli ci powiedzieli, że tutaj się obłowisz, to życzę ci, abyś przyszedł zapóźno... Ale szukaj, byleś nie znalazł ptaka, na którego polujesz..
Już wyszli na ulicę, gdy wreszcie Hyacynt zdecydował się na odwiezienie księżnej i szybko we dwoje wsiedli do karety, która na nich czekała, bo spostrzegli niedaleko lando Sylwii z majestatycznym stangretem na koźle, a na chodniku rozmawiających z sobą trzech mężczyzn, Duvillarda, Duthila i Gerarda. Przeszło od dwudziestu minut wyczekiwali oni na powrót Sylwii. Wśród słabo oświetlonego bulwaru, po którym snuły się podejrzane postacie włóczęgów, pijaków i prostytutek, rozlegały się kłótnie, uderzenia, wstrętne szepty i urywane rozmowy. Zewnętrzne bulwary zwłaszcza w tej ubogiej dzielnicy Paryża są zwykle o tej nocnej godzinie zbiegowiskiem wszystkich występków. Odrażające pary chyłkiem podążały w ciemne zaułki, lub na bulwarowe ławki stojące w cieniu. Wszystkie sąsiednie domy zdawały się mieć specyalne przeznaczenie. Niektóre mianowały się hotelami, wynajmując czasowo brudne izby z powybijanemi szybami u okien i bez bielizny na pościeli cuchnącej rozpustą. Powietrze było dżdżyste, na chodniku było pełno błota, lecz wyczekujący na Sylwię trzej mężczyźni stali uparcie, niezrażeni nawet ohydą słyszanych rozmów i ocierań się z plugawemi istotami, zaludniającemi bulwar, jako swoje nocne pole manewrów. Sylwia nie wracała, lecz każdy z nich trwał w nadziei, że on ją odwiezie, i on z nią pozostanie, by ją posiąść i skorzystać z jej nieprzytomności.
Duvillard, zniecierpliwiony, rzekł wreszcie do stangreta:
— Juliuszu, idź się dowiedzieć, dla czego pani nie wraca.
— Panie baronie, a któż zostanie przy koniach?
— Bądź spokojny, dopilnujemy koni.
Drobny, zimny deszcz mżył bezustannie a wyczekiwanie na Sylwię przeciągało się ze wzrastającem, uciążliwem zniecierpliwieniem. Przez chwilę rozerwało ich niespodziewane spotkanie. Przechodząca koło nich szczupła, czarna postać w pierwszej chwili przez pomyłkę uważana przez trzech mężczyzn za kobiecą sylwetkę, poznaną została przez Gerarda.
— Ksiądz Fromont! Jakim sposobem jesteś tu, księże o tej godzinie?
Piotr, nie okazawszy zdziwienia, że ich spotyka we trzech na zewnętrznym bulwarze, i nie pytając, dla czego się tutaj znajdują wśród dżdżystej nocy, odpowiedział, że wraca z nocnego przytułku, który zwiedził w towarzystwie księdza Rose. Ach, jakże przerażającą była nędza ludzi, którzy szukali chwilowego przytułku w tych nocnych schroniskach, o brudnych izbach, zatrutych wyziewami spędzonego cierpieniem stada ludzkiego! Będąc tam, Piotr czuł się ciągle blizkim zemdlenia z powodu odrażającego powietrza w izbach, przepełnionych padłymi ze znużenia nędzarzami, którzy w odrętwiającym śnie jeszcze zdawali się cierpieć wszystkie bóle swego straszliwego życia. Spali pokotem, w ścisku, wszyscy razem, starcy i dzieci, ludzie w pełni sił i kaleki, splugawieni krańcową nędzą, sponiewierani, obdarci, w łachmanach przypominających ubranie prostych wyrobników, a tuż obok ludzie w tużurkach, ale bez koszuli, pod tem ubraniem świadczącem o lepszej jakiejś przeszłości. Paryż codziennie rzuca na bruk całe stosy takich rozbitków życiowych, a są pomiędzy nimi niepoprawni włóczędzy, próżniacy, lecz iluż jest nieszczęśliwych, niesprawiedliwością losu zepchniętych w ten odmęt czarnej rozpaczy i nędzy! Niektórzy spali, jakby obuchem powaleni. Twarze ich były umarłe. Inni, leżąc na wznak, chrapali z otwartemi ustami, chwilami jęcząc wielką swą skargę na uciskające ich brzemię istnienia. Inni rzucali się bez przerwy, jakby jeszcze walcząc z okropnością widziadeł, odtwarzających im nieszczęsną dolę na jawie za dnia przebytą. Skarżyli się na bóle, na zmęczenie, na zimno i głód, a wykrzywione, spotworniałe ich ciała i twarze przybierały fantastyczne kształty w gorączce śnionych straszydeł. Patrząc na te istoty, ległe na pobojowisku straszliwej walki o życie, chwytał Piotra szalony bunt i gorycz napływała mu do serca. Okropny widok tego życiowego ambulansu, ziejącego zgnilizną, cuchnącego nędzą i śmiercią, uprzytomnił mu w pamięci istnienie innych sypialni, w których szczęśliwcy i bogacze wypoczywają i kochają wśród wonnych batystów, jedwabiu, puchu i drogocennych koronek.
Próżno wśród śpiących nędzarzy Piotr i ksiądz Rose szukali „starego“, chcąc go wyłowić z tej kloaki i posłać nazajutrz do Przytułku inwalidów pracy. Stary stolarz był tu dzisiejszego wieczoru, lecz nie znalazł już miejsca, bo okropne to schronisko było jeszcze upragnionym i niezawsze dostępnym przytułkiem, to piekło było jeszcze uprzywilejowanym przybytkiem! Odszedł więc ztąd, odtrącony i musiał teraz spać w jakiejś norze pod gołem niebem, wśród rozwalonych starych murów, lub niezabudowanego jeszcze pustkowia. Ksiądz Rose, nie wiedząc gdzie go szukać, poszedł ciężko zmartwiony do swego mieszkania przy ulicy Cortot, a Piotr, zeszedłszy na bulwar zewnętrzny, upatrywał dorożki, by kazać się odwieść do Neuilly.
Stojąc wśród deszczu i zimna, Piotr opowiadał baronowi i dwom jego towarzyszom o przygnębiającem wrażeniu, wyniesionem z nocnego przytułku, gdy Juliusz, stangret Sylwii, wreszcie powrócił.
Duvillard, zaniepokojony widząc go samego, spytał jeszcze zdaleka:
— A pani? Czyś nie znalazł pani?
Juliusz stał wyprostowany, z twarzą nieruchomą, chociaż jeden kąt ust ironicznie mu się wykrzywił i rzekł głosem bez wyrazu, głosem człowieka spełniającego obowiązek służbowy:
— Pani kazała mi powiedzieć, że dziś nie wraca, a powóz swój oddaje na rozkazy panów, jeżeli panowie zechcą, bym ich poodwoził.
Tym razem miara się przebrała, baron pobladł z gniewu. Jakto, więc pozwolił się zaciągnąć do tej wstrętnej kawiarni, czekał teraz na nią od godziny, wśród błota, na podejrzanej ulicy, a wszystko w oczekiwaniu, że nareszcie zdoła przełamać jej opór, że ją odwiezie i skorzysta z jej upicia się, a teraz, w rezultacie, widzi, że to upicie się, zamiast w jego objęcia, rzuciło ją na szyję tego karczemnego aktora! Nie, nie! Tak dłużej być nie może! Zerwie z nią, niech odpokutuje ta wszetecznica za tyle zadanych mu męczarni i upokorzeń. Zawołał przejeżdżającej dorożki i wziąwszy Gerarda pod rękę, rzekł do niego:
— Mój drogi, odwieź mnie do domu!
Lecz Duthil, ucieszony tak urozmaiconym wieczorem, i już się pocieszywszy po utracie Sylwii, zawołał, śmiejąc się:
— Pocóż brać dorożkę, kiedy mamy powóz? Chodźcie, zmieścimy się doskonale we trzech. Niechcecie? Wolicie dorożkę? Jak się wam podoba! Ja wolę powóz!
Z rozjaśnioną twarzą wsiadł do powozu Sylwii i podczas gdy para wyborowych karecianych koni ruszyła kłusem, wyciągnął się z rozkoszą wśród miękich poduszek. Tymczasem zaś baron jechał starą, trzęsącą dorożką i wypowiadał cały swój gniew przed Gerardem, który, zacisnąwszy się w kąt, słuchał, milcząc i nie przerywając mu ani jednem słowem. Duvillard w szale gniewnego uniesienia, złorzeczył tej nędznicy, którą obsypał bogactwami, wszak wydał na nią przeszło dwa miliony, a ona, niewdzięczna, czego się dziś dopuściła! I to względem kogo, względem niego, który panem jej być powinien, jak jest panem tylu ludzi, władzcą tylu sumień, posiadaczem tylu milionów i tylu spraw najdonioślejszych! Lecz dobrze się stało! Wie on teraz, jaką jest ona kobietą i niechce jej znać więcej! Jest wolny, wyswobodzony. Duvillard odetchnął, jak człowiek, któremu zdjęto dolegające kajdany.
Piotr, popatrzywszy czas jakiś za dwoma odjeżdżającemi powozami, puścił się naprzód, szukając pod drzewami ochrony przed deszczem, i pragnąc co prędzej znaleźć jaką przejeżdżającą pustą dorożkę. Było mu zimno, lecz jeszcze dotkliwiej czuł mrozem ścinające się biedne swoje serce, tak bardzo wzburzone i rozbolałe potwornością widzianych nocnych scen Paryża. Wszak dopiero co bolał, patrząc na okropne legowisko nędzarzy, wyszedłszy ztamtąd, bolał jeszcze srożej myślą o tych, którzy odtrąconymi ztąd zostali, a na ciemnym zewnętrznym bulwarze co krok napotykał się z występkiem, z prostytucyą najniższej kategoryi, by wreszcie ujrzeć obraz prostytucyi bogaczów. Szedł teraz szybko, wymijając blade twarze dziewczyn publicznych, które, snując się jak cienie, łaknęły użebrać marny swój kawałek chleba, gdy ktoś, zbliżywszy się, szepnął mu do ucha:
— Niechaj pan zawiadomi brata, że policya jest na karku Salvata. Lada chwila Salvat może być aresztowany.
Piotr się odwrócił, lecz tajemnicza postać już się oddaliła, wszakże gdy na nią padło światło latarni gazowej, zdawało mu się, że poznaje drobną, bladą twarz Wiktora Mathis. Piotr westchnął, przypomniawszy sobie postać jego matki widzianej dziś w ubogiem mieszkaniu starego księdza Rose. Słodka i smutna pani Mathis całą nadzieję swego życia pokładała w tym synie, o którego losy tak bardzo była niepewna, doznawszy już tylu zawodów w ciężkiem swem życiu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.