Człowiek zwierzę/Tom III/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Człowiek zwierzę
Wydawca Bibljoteka Romansów i Powieści
Data wyd. 1927
Druk Drukarnia „GRAFIA“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La bête humaine
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

W trzy miesiące później, pewnej pogodnej nocy czerwcowej, Jakób prowadził do Hawru pociąg pośpieszny, wyjeżdżający z Paryża o szóstej minut trzydzieści.
Jego nowa lokomotywa Nr. 608 nowiutenka, od kilku zaledwie tygodni w ruch puszczona, której nie znał jeszcze dokładnie, nie była bardzo posłuszną. Uparta, kapryśna, jak klacz, którą dopiero trzeba ujeżdżać, zanim przyzwyczai się do wędzidła. Klął często i żałośnie wspominał Lizę. Tej musiał na każdym kroku pilnować, z ręką na korbie, z oczyma utkwionemi w manometr.
Owej nocy niebo było tak pogodne, powietrze tak łagodne, że nawet maszynie pofolgował cokolwiek, pozwolił jej pędzić według fantazji, szczęśliwy, że sam może pełną odetchnąć piersią. Był zdrów, nie czuł żadnych wyrzutów, używał błogiego spokoju.
Wesołość jego doszła owej nocy do tego stopnia, że on, co w czasie drogi nigdy daremnie słów nie tracił, pozwolił sobie zażartować ze swego palacza.
Był nim Pecqueux. Zostawiono go przy dawnym przełożonym, pomimo wielu zmian dokonanych.
— Cóż u djabła; patrzysz tak otwartemi oczyma, jak człowiek, co nigdy nic prócz wody nie pija.
Pecqueux, rzeczywiście, wbrew swemu zwyczajowi, był zupełnie trzeźwy, a do tego mocno zachmurzony.
Na żart Jakóba, odpowiedział krótko i ostro:
— Kto chce dobrze widzieć, powinien oczy otwierać szeroko...
Jakób spojrzał na niego z ukosa, jak człowiek, który nie ma zbyt czystego sumienia.
Zeszłego tygodnia został pochwycony na uścisku Filomeny, która od jakiegoś czasu łasiła się koło niego, jak chuda kotka zakochana.
Nie powodowało nim żadne uczucie zmysłowe, ulegał jedynie gwałtownej chęci przekonania się, czy został już zupełnie wyleczony, czy zupełnie już zadowolnił swą żądzę morderczą? Czy będzie mógł ją kochać bez gwałtownej chęci wpakowania jej noża w gardło?...
Przekonał się istotnie, iż tak było rzeczywiście... To go właśnie uspakajało, to napełniało go, mimo nawet jego wiedzy, szczęściem, radością, iż jest takim, jak wszyscy inni ludzie.
Gdy Pecqueux otworzył ognisko maszyny, chcąc dorzucić węgla, zatrzymał go.
— Nie, nie, już ma dosyć, daj spokój, idzie przecież doskonale.
Pecqueux zaklął tylko w odpowiedzi.
— Aha, juści, doskonale... albo to potrafi iść doskonale takie bydle przeklęte!... To nawet porównania niema z poczciwą Lizą!... Szurgot jakiś... nie wart kopnięcia nogą...
Jakób, chcąc uniknąć sprzeczki, nie odpowiadał zupełnie. Widział on, że dawna przyjaźń, łącząca ich, znikła zupełnie po śmierci Lizy.
Teraz kłócili się o najmniejszą drobnostkę, o śrubę, zakręconą za mocno, o garstkę węgla, ułożoną nie tak, jakby należało. I przyrzekał sobie, że musi być bardzo ostrożnym z Filomeną, aby nie doszło kiedy do otwartej wojny z palaczem, zwłaszcza, że teren do niej, ten wąski ruchomy mostek, łączący tender z maszyną, nie był bardzo bezpiecznym.
Pecqueux, przez wdzięczność, iż to i owo przepuszczono mu przez palce, iż mógł robić małe oszczędności na węglach, a zwłaszcza, że znajdywał zawsze jakieś resztki w koszyku Jakóba, który zaopatrywał się na drogę w rozmaite wiktuały, dotychczas służył, jak pies wierny, gotów nawet kąsać, gdy potrzeba było bronić swego. pana.
To też żyli spokojnie, jak bracia, połączeni obawą przed niebezpieczeństwem, grożącem im na każdym kroku i nie mówili do siebie ani słowa, znali bowiem na wylot swe ruchy, nawet swe spojrzenia.
Pożycie to jednak łatwo mogłoby się zamienić w piekło, gdyby im przyszło żyć w niezgodzie jeden obok drugiego, ocierać się wciąż o siebie, i gdyby się chcieli pożreć wzajemnie.
Towarzystwo kolejowe miewało nawet z tego powodu rozmaite przykrości. Przed tygodniem zaledwie musiano rozdzielić maszynistę i palacza na pośpiesznym pociągu z Cherbourga, ponieważ pokłóciwszy się o jakąś kobietę, pierwszy tyranizował drugiego, który też za to nic a nic nie słuchał wydawanych rozkazów. Staczano formalne bójki w czasie drogi, zapomniawszy zupełnie o tłumie podróżnych, o pociągu, pędzącym całą siłą pary.
Dwa razy jeszcze Pecqueux otworzył ognisko i dorzucił węgla, jedynie przez nieposłuszeństwo, chcąc wywołać awanturę.
Jakób udawał, że tego nie widzi, pilnował tylko korby, regulatora i manometru, i ciągle wypuszczał parę, aby zmniejszyć ciśnienie.
Powietrze było nadzwyczaj przyjemne. Lekki wietrzyk, wywołany pędem pociągu, łagodził upał nocy czerwcowej.
O jedenastej minut pięć pociąg przybył do Hawru. Gdy podróżni wysiedli z wagonów, lokomotywę odprowadzono do remizy, a Jakób wraz z palaczem oczyścili ją i opatrzyli zupełnie zgodnie, tak jak to dawniej bywało.
W chwili jednak, gdy wychodzili po za obręb zabudowań Kolejowych, z zamiarem udania się na ulicę François-Mazeline, gdzie mieli łóżka przygotowane, jakiś głos ich zatrzymał.
— Gdzież to tak śpiesznie?... Wstąpcież choć na chwilę.
Była to Filomena, która z progu mieszkania swego brata oddawna czatowała już na Jakóba.
Spostrzegłszy palacza, zrobiła ruch, wyrażający wielkie niezadowolenie. Chcąc jednak porozmawiać choć trochę ze swym nowym przyjacielem, musiała znieść obecność dawnego, to też po chwili wahania zaprosiła ich obydwóch.
— Mogłabyś też dać nam spokój — mruczał Pecqueux — tacy jesteśmy zmęczeni i spać się nam chce okropnie.
— O!... jaki miły, uprzejmy... prawda?... Na szczęście pan Jakób nie jest taki do niczego, jak ak ty i nie odmówi mi kieliszka... prawda, panie Jakóbie?...
Maszynista już miał odmówić, przez ostrożność wzglądem Pecqueux, gdy ten nagle zgodził się wstąpić na chwilę.
Przyszło mu bowiem na myśl, iż w ten sposób łatwiej będzie mógł wyszpiegować jak rzeczy stoją i przekonać się raz przecie na pewno.
Weszli do kuchni, zasiedli za stołem, na którym ukazały się wkrótce kieliszki i butelka wódki.
Filomena, stawiając to wszystko, mówiła pocichu:
— Nie trzeba, ile możności, robić hałasu, bo mój brat tam śpi na górze, a on nie lubi, abym gości przyjmowała.
A nalewając kieliszki, dodała:
— Ale... ale... wiecie co?... matka Lebleu wyciągnęła nogi... a jakże... O!... ja dawno już powiedziałam, że to ją zabije, jak ją zapakują do tego mieszkania od tyłu... przecież to prawdziwe więzienie. Kwękała jeszcze przez cztery miesiące, nie widząc nic przez okna, tylko blachę cynkową... A co ją ostatecznie dobiło, to, że nie mogła się ruszyć ze swego fotelu... nie mogła już szpiegować panny Guichon i pana Dabadie... a to było przez przyzwyczajenie, całe jej zajęcie... Do wściekłości ją to doprowadzało, że nie mogła ich nigdy złapać, a jak się już przekonała, że jej się to w żaden sposób nie uda, tak się zmartwiła, że umarła...
Przerwała sobie sama, wychyliła łyk wódki i mówiła dalej:
— Juścić, że tam pomiędzy nimi coś być musi... ale to takie filuty!... ho, ho!... ani oko ludzkie ich nie dojrzy, ani ucho nie podsłucha... Chociaż podobno ta mała pani Moulin ich widziała... Ale ta nie piśnie ani słówka, za głupia na to... a zresztą jej mąż... pomocnik zawiadowcy...
I znów przerwała, lecz widząc, że nikt się nie odzywa, mówiła dalej:
— Więc w przyszłym tygodniu będzie w Rouen sprawa Roubauda.
Jakób i Pecqueux słuchali ją dotąd, nie otwierając ust wcale. Palacz tylko zauważył w myśli że stałą się bardzo gadatliwą. Z nim nie trudziła się nigdy na tak długą pogawędkę, I nie spuszczał z niej oczu, w których coraz silniej błyskała zazdrość, widząc ją tak podnieconą wobec swego zwierzchnika.
— Tak odpowiedział maszynista, tonem najspokojniejszym. Odebrałem już nawet wezwanie.
Filomena zbliżyła się, szczęśliwa, że przy tej sposobności mogła trącić Jakóba łokciem.
— A! i ja także jestem wezwana na świadka. O, panie Jakóbie, gdy zaczęto mnie wypytywać o pana, bo wiesz pan, chcieli wiedzieć cala prawdę co do pańskiego stosunku z tą kobietą, tak; otóż, gdy zaczęto mnie wypytywać, powiedziałam sędziemu:
„Ależ, panie sędzio, on ją ubóstwiał, to nie podobieństwo, aby mógł jej wyrządzić jakąkolwiek krzywdę“.
— Alboż to zresztą nieprawda, małoż się na to patrzyłam? Mogłam zatem odezwać się w podobny sposób z najczystszem sumieniem.
— O! odpowiedział Jakób, tonem zupełnie obojętnym — nie miałem ja co do tego najmniejszej obawy. Mogłem przecież wykazać jasno jak na dłoni, godzinę po godzinie, gdzie i co robiłem. Zresztą najlepszym dowodem, iż nic a nic nie można mi było zarzucić, jest to, że towarzystwo zatrzymało mnie nadal w służbie i nie żądało bynajmniej tłomaczenia.
Przez chwilę zapanowało milczenie. Wszyscy troje pili powoli wódkę.
— Dreszcz mnie ogarnia, gdy pomyślę sobie o tem wszystkiem — rzekła Filomena. — To dzikie zwierzę, ten Cabuche, cały jeszcze pokrwawiony, gdy go zatrzymano... I pomyśleć, że na świecie mogą żyć tacy idjoci!... Zabijać kobietę, dlatego, że się w niej kocha, jak gdyby mu to mogło pomódz choć trochę!... Jak kobieta nie odwzajemnia się miłością, to trudno... niczem jej do tego nie zmusisz!... Czego nie zapomnę nigdy w życiu, to owej chwili, kiedy pan Cauche zaaresztował nad brzegiem morza pana Roubauda. Byłam tam właśnie wtenczas. Było to akuratnie w tydzień później, gdy pan Roubaud powrócił do Hawru po pogrzebie żony i najspokojniej zabrał się do swej służby. Pan Cauche uderzył go po ramieniu i powiedział, że ma rozkaz odprowadzenia go do więzienia. I pomyśleć sobie, że ci ludzie byli przecież najlepszymi przyjaciółmi, że po całych nocach grali razem w karty. Ale, jak się jest komisarzem, to trudno, prawda? Rodzonego ojca i matkę zaprowadziłby na gilotynę, to już taki zawód przeklęty!... Co jego to obchodzi?... W pół godziny później widziałam go, jak grał w karty z najspokojniejszą miną, nie troszcząc się bynajmniej o swego przyjaciela.
Pecqueux słuchał słów Filomeny z zaciśniętemi zębami, wreszcie zerwał się gwałtownie i uderzył pięścią w stół.
— Milion djabłów! — zawołał — gdybym ja był na miejscu tego biednego Roubauda... Jego żona kochała pana, panie Jakóbie... przyszedł inny i zabił ją, a sąd przyczepia się do niego... Nie!... to można wściec się ze złości!...
— Ależ, ośle jeden — tłomaczyła Filomena — przecież oskarżają go, że namówił Cabucha, do zamordowania tej biednej kobiety, tak... i to z powodu jakichś tam interesów pieniężnych, czy coś podobnego, bo sama nie wiem na pewno... zdaje sią, że znaleźli u Cabucha zegarek prezesa Grandmorrina, wiecie?.. tego jegomościa, co go to zabili przed ośmnastu miesiącami. I to akurat tak się jakoś zgadza ta dawna awantura z tem świeżem morderstwem, że sąd połączył obie sprawy... a!... to przecie cała historja!... Ja wam tego nie potrafię wytłomaczyć, jak należy, ale to wszystko było opisane w gazecie, na całych dwóch stronach.
Jakób roztargniony nie zważał wcale na te gęganinę Filomeny.
— Po co sobie nad tem łamać głową? — odezwał się nareszcie — czy nas to obchodzi? Jest sprawiedliwość i sądy nie potrafią wyświetlić całej prawdy, to cóż my na to poradzić możemy?...
Pomimo jednak wysilonego spokoju, na jaki z trudnością się zdobywał, policzki jego zbladły. Zapatrzył się gdzieś w dal nieskończoną i po chwili milczenia dodał:
— W tem wszystkiem żal mi tylko tej nieszczęśliwej kobiety!... Oj, biedna ona, biedna!...
— Co do mnie — zakończył Pecqueux gwałtownie — gdyby się kto poważył dotknąć kobiety, którą ja kocham, zabiłbym go bez najmniejszego wahania, i jego i ją także... Potem niechby mi nawet ucięli głowę... wszystko mi jedno!...
I znów zapanowało długie milczenie.
Filomena nalewając po raz drugi małe kieliszki wzruszyła pogardliwie ramionami. W głębi jednak była wzburzona i przypatrywała się z ukosa palaczowi.
Wyglądał on strasznie zaniedbany, brudny, ubranie miał podarte. Nie miał bowiem kto utrzymywać koło niego porządku; matka Wiktorja musiała z powodu choroby opuścić zajmowane stanowisko i przenieść się do szpitala. Nikt nie oddawał jego bielizny do prania, nikt jej nie naprawiał, nie było komu doglądać, aby ubierał się czysto i porządnie.
Filomena porównywała mimowoli ubranie i bieliznę obu swoich gości, a porównanie to wypadło naturalnie na niekorzyść palacza.
— Jakto?... zamordowałbyś własną żonę? — odezwała się wreszcie Filomena, chcąc przerwać przykre milczenie. O to chyba niema obawy... Wątpię, żeby się na nią kto złakomił...
— Ją czy inną... wszystko jedno — odmruknął Pecqueux.
Filomena poznała, że rozmowa wchodzi na niezbyt miłe, tory, i chciała ją zmienić. Czemprędzej też trąciła się kieliszkiem i odezwała się wesoło.
— No!... twoje zdrowie!... A przynieś mi swoją bieliznę, żebym ją poprała i pocerowała... bo doprawdy, tak jak teraz chodzisz, nie przynosisz wcale zaszczytu ani mnie ani panu Jakóbowi... No, pańskie zdrowie!...
Jakób zadrżał, jakby go kto ze snu zbudził. Pomimo całego jego spokoju, pomimo, że nie czuł wyrzutów sumienia, często jednak odzywał się w nim żal za tą kobietą, zamordowaną przezeń w tak okrutny sposób. Żal ten objawiał się zazwyczaj głębokiem zamyśleniem i łzami, które mimowoli z pod powiek się wydobywały.
Trącił się kieliszkiem i zagadał, chcąc ukryć swe pomieszanie.
— Czy wiecie, że będziemy mieli wkrótce wojnę?...
— Nie może być?... Z kimże to?...
— A z prusakami... tak... z powodu jakiegoś tam ich księcia, któremu się gwałtem zachciało być królem hiszpańskim. Wczoraj rozprawiano w Izbie caluteńki dzień o tej jedynie sprawie.
Filomena spochmurniała na tę wiadomość.
— To nie bardzo zabawne... A dość już nas przecie nanudzili swojemi wyborami, swojem głosowaniem powszechnem, swojemi rozruchami w Paryżu!... Powiedzcie mi, czy to wszystkich mężczyzn zabiorą na tę wojnę?...
— O nie... nas nie ruszą... my jesteśmy spokojni. Nie mogą przecież ogołocić ze służby całej kolei. Tylko, że nas namordują okropnie przewozem wojska i dostawą żywności. Liczba pociągów, odchodzących z Hawru, zostanie podwojoną. Ha!... zresztą to trudno, każdy musi pełnić swój obowiązek.
Po tych słowach Jakób powstał, gdyż Filomena zanadto wyraźnie zaczęła mu dawać jakieś znaki, trącając go nogą pod stołem, tak, że Pecqueux to zauważył i choć nie mówił ani słowa, lecz złość swoją objawiał zaciskaniem pięści.
— Chodźmy już spać, bo to dosyć późno.
— I ja tak myślę — odparł mrukliwie Pecqueux.
Uścisnął rękę Filomeny tak silnie, że aż się skrzywiła, lecz nie krzyknęła i korzystając z chwili, gdy palacz dopijał resztkę wódki z kieliszka, szepnęła do ucha Jakóbowi:
— Strzeż się, to bydlę jest okropne, gdy się upije.
Na schodach odezwał się odgłos ciężkich kroków. Filomena przestraszyła się i zawołała gorączkowo:
— Mój brat!... Uciekajcie, uciekajcie prędko!...
Zaledwie oddalili się o jakie dwadzieścia kroków, gdy usłyszeli krzyk i odgłos policzków. Filomena odbierała dotkliwe napomnienia, jak mała dziewczynka, złapana na gorącym uczynku, gdy wsadzi nos do słoika z konfiturami.
Jakób zatrzymał się, jakby chciał biedź na pomoc. Pecqueux schwycił go za rękę.
— Co?... czy to pana co obchodzi?... Przeklęta dziewczyna!... dobrze jej tak... a niechby ją nawet i zabił.
Gdy przyszli do domu przy ulicy François-Mazeline, położyli się spać, nie zamieniwszy ani jednego słowa.
W poniedziałek miała się zacząć w Rouen sprawa Roubauda. Był to tryumf dla sędziego śledczego Denizet. W całym świecie sądowym chwalono go za sposób, w jaki przeprowadził tę sprawę ciemną i zawiłą.
— To arcydzieło najzręczniejszej analizy — mówiono — logiczne odtworzenie prawdy, kreacja prawdziwa jednem słowem.
Natychmiast po przyjeździe do Croix-de-Maufras, w kilka godzin po zmordowaniu Seweryny, pan Denizet kazał zaaresztować Cabucha.
Wszystkie podejrzenia zwróciły się ku niemu. Wyraźne ślady krwi, których nie starał się nawet zatrzeć, zeznania Roubauda i Misarda, w jaki sposób zastali go samego, pomieszanego, stojącego nieruchomo nad trupem, wszystko to stanowiło w oczach pana Denizet dowody najbardziej obciążające.
Zapytany dlaczego i w jaki sposób znalazł się w tym pokoju, kamieniarz wyjąkał niezrozumiale jakąś historję, którą sędzia śledczy przyjął wzruszeniem ramion, tak mu się wydawała błahą i wymyśloną.
Historja ta opiewała o jakimś zbójcy legendowym, o jakimś winowajcy wymarzonym, którego prawdziwy obwiniony widział nibyto uciekającego, wśród ciemnej nocy. Musiał daleko już uciec ten zbrodniarz, skoro tak biegł długo... nieprawdaż?...
Zresztą, gdy go zapytano, co robił przed domem o tak późnej godzinie, Cabuche zmieszał się, nie chciał odpowiedzieć, aż nareszcie przyciśnięty zapytaniami, zapewniał, iż znalazł się tam przypadkiem, wyszedłszy na przechadzkę.
Zeznania te zdawały się panu Denizet zbyt dziecinnemi. Jak uwierzyć w tego tajemniczego nieznajomego, w tego zbójcę, kryjącego się wśród cieni nocy, zostawiającego wszystkie drzwi otwarte, a który jednak nie ruszył ani mebli, ani ubrania ofiary, nie zabrał nawet jej chustki?... Zkądby się wziął?... Dlaczegoby miał zabijać?... z jakiego powodu?...
W samych początkach śledztwa sędzia, wiedząc o stosunku, jaki łączył ofiarę zamordowaną z Jakóbem, zaniepokoił się o niego. Sam jednak obwiniony uspokoił jego obawy, twierdząc, iż odprowadził maszynistę do Sarentin, gdzie widział go wsiadającego do pociągu o czwartej, minut czternaście.
Zresztą oberżysta w Rouen przysięgał na wszystkie świętności, iż młody człowiek położył się spać wieczorem natychmiast po spożyciu obiadu, i wstał dopiero nazajutrz rano około godziny siódmej. Zresztą kochanek nie morduje nigdy swej kochanki bez najmniejszego powodu, a zwłaszcza kochanki, którą uwielbia tak, jak Jakób Sewerynę, o czem panu Denizet dobrze było wiadomo.
Sędzia, chcąc uspokoić swe skrupuły, badał czy przypadkiem nie słyszane, gdzie o jakich zatargach pomiędzy maszynistą a zamordowaną, niczego jednak pod tym względem się nie dowiedział. Wszelkie zatem rzucanie podejrzenia na Jakóba wydawało się panu Denizet głupstwem, nonsensem.
Nie, nie... Jeden jest tylko morderca przypuszczalny, jeden tylko widoczny, napotkany na miejscu popełnienia zbrodni, z rękoma zakrwawionemi, z nożem, leżącym u jego stóp, ten Cabuche głupkowaty, opowiadający historje, których słuchając, spać się zachciewa.
Doszedłszy jednak do tego punktu, pan Denizet, pomimo całego swego wewnętrznego przekonania, pomimo swego węchu, któremu, jak sam twierdził, więcej dowierzał, niż najjaśniejszym dowodom, na chwilę znalazł się w wielkim kłopocie.
Podczas pierwszej rewizji, dokonanej w norze obwinionego, mianowicie w lesie Bécourt, nie znaleziono nic podejrzanego. Nie mogąc uzasadnić złodziejstwa lub rabunku, trzeba było wynaleźć jakąś inną przyczynę zbrodni.
Naraz Misard wprowadził pana Denizet na inną drogę, nieco pewniejszą, bo, odpowiadając na pytania postronne, rzucane dla zmylenia domysłów, zapewnił, iż widział Cabucha, przekradającego się pewnej nocy przez mur folwarku i podpatrującego pod oknem Seweryny, która właśnie spać się kładła.
Jakób, zapytany w tej kwestji, opowiedział najspokojniej, iż widział nieraz nieme uwielbienie kamieniarza względem zmarłej, objawiające się jedynie chodzeniem za nią, wpatrywaniem się w jej twarz jak w obraz, oraz gorącą chęcią posługiwania jej na każdym kroku.
Po tych zeznaniach, nie było już najmniejszej wątpliwości; powodem zbrodni była namiętność zwierzęca. Wszystko składało się jaknajnaturalniej.
Zabójca wszedł przez drzwi, do których miał klucz dorobiony i w przestrachu zostawił je za sobą otwarte. W pokoju wywiązała się walka pomiędzy ofiarą a napastnikiem, zakończona morderstwem. Zabójca miał prawdopodobnie zamiar dopuszczenia się jeszcze innej zbrodni na trupie, lecz przeszkodziło temu nagłe wejście Misarda i Roubauda.
Ta ostatnia okoliczność była wprawdzie cokolwiek niewyraźną. Zachodziło mianowicie pytanie, dlaczego zabójca wybrał tę właśnie porę do wykonania zbrodni a nie inną?... Wiedział przecież dobrze, iż o tym czasie przybędzie z Hawru mąż Seweryny; sam nosił depeszę, wzywającą go do Croix-de-Mautras; zresztą nie robiono z tego bynajmniej sekretu.
Po głębszym jednak namyśle nawet i to zwracało się przeciw obwinionemu. Działał on, zdaniem pana Denizet, pod wpływem żądzy, nie mogącej znieść żadnych przeszkód, a nawet pobudzonej niemi do najwyższego stopnia, do szaleństwa prawie. Nie myślał o niczem więcej tylko o tem, że noc owa była ostatnią chwilą, w której Seweryna znajdowała się sama jedna w domku odosobnionym, pustym, że jeżeli z chwili tej nie skorzysta, nie spotka już nigdy sposobności, gdyż przedmiot jego uwielbień wyjedzie nazajutrz z mężem do Hawru. Przecież to zupełnie naturalne.
Od tej chwili przypuszczenia sędziego śledczego zamieniły się w pewność, niczem nie ugiętą.
Cabuche zarzucony pytaniami, obsaczony najrozmaitszemi zasadzkami, na które nie zwracał uwagi, opowiadał ciągle jedno i to samo: przechodził drogą, chcąc odetchnąć świeżem powietrzem nocy pogodnej. Jakiś człowiek, nieznany mu zupełnie, otarł się prawie o niego, pędząc jak wiatr wśród ciemności, tak, że nie można było w pierwszej chwili dostrzedz, w którą uciekł stronę. Zaniepokojony spojrzał na dom i, drzwi zobaczył otwarte na oścież. Po chwili wahania wszedł do wnętrza i ujrzał widok przerażający.
Na ziemi leżały zwłoki zamordowanej, jeszcze niezupełnie zastygłe, z oczyma szeroko otwartemi. Na razie sądził, iż tylko omdlała. Schwycił ją więc w ramiona i zaniósł na łóżko, przyczem poplamił się krwią, obficie sączącą się z rany.
To jedno tylko wiedział i to wciąż powtarzał, nie zmieniając najmniejszego szczegółu. Można było śmiało sądzić iż obmyślił sobie tę historję i trzymał się jej uporczywie. Gdy chciano go sprowadzić z obranej drogi, mieszał się i milczał, jak człowiek ograniczony, nic nie rozumiejący. Gdy pan Denizet zagadnął go po raz pierwszy co do namiętności, jaką pałał ku Sewerynie, zaczerwienił się jak student, przyłapany na jakiejś miłostce, przeczył stanowczo i twierdził, że nawet w snach nie śmiał marzyć o czemś podobnem. Wydawało mu się to rzeczą nikczemną, którejby się nigdy nie dopuścił. Nie, nie on jej nie kochał, nie pragnął jej nigdy, i nie można było z niego wydobyć ani słowa w kwestii, która wydawała mu się zbezczeszczeniem pamięci kobiety nieszczęśliwej.
Ale i ten upór, to nieprzyznawanie się do faktu, który tylu świadków stwierdziło, przemawiały na jego niekorzyść. Według aktu oskarżenia, ukrywał on całkiem naturalnie tę namiętność gwałtowną, która doprowadziła go aż do zbrodni.
Nareszcie sędzia śledczy, zebrawszy już tyle dowodów, chciał wydobyć z niego przyznanie się do prawdy i w tym celu wypowiedział mu wprost zarzut o zabójstwo i gwałt, dokonany na zwłokach.
Słowa te wywołały wprost przeciwny skutek. Cabuche zaprzeczył, lecz z taką gwałtownością, iż musiano wezwać żandarmów, aby go przytrzymali.
— Zabić ją?... i po co?... po to, żeby... o!... kobietę uwielbianą, ubóstwianą jak świętą!...
Wściekłość jego doszła do tego stopnia, iż groził, że podusi wszystkich sędziów.
Oburzenia tego nie przyjęto, naturalnie jako dowód uniewinniający. Przeciwnie, gwałtowny ten wybuch kazał przypuszczać, iż zdolnym był do spełnienia zbrodni, której się tak uparcie wypierał.
Pan Denizet, jak sam mówił o sobie, węszył zawsze prawdę. Dzięki też temu węchowi i teraz wpadł przypadkowo na ślad, który wprowadził sprawę na nowe, chociaż niezbyt odmienne tory.
Nie dowierzając ludziom, którzy przeprowadzili pierwszą rewizję w norze Cabucha, postanowił sam szukać, i rzeczywiście natrafił na jakąś kryjówkę, gdzie zagrzebane były rękawiczki, szpilki i chustki kobiece. Co jednak ważniejsza, w tejże samej kryjówce znalazł zegarek złoty.
Pozna! on go dobrze i ucieszył się nadzwyczajnie tem odkryciem. Był to bowiem zegarek Grandmorrina, który niegdyś tak śledzono, mający podwójnie grube koperty, na wierzchu monogram z liter początkowych imienia i nazwiska prezesa, a w środku cyfrę fabryczną 2516.
Wobec tego odkrycia stanął olśniony jak światłem błyskawicy. Wszystko się wyjaśniło.
Przeszłość łączyła się z teraźniejszością, fakta łączyły się z faktami i zachwycały sędziego swą logicznością.
Następstwa jednak mogły zaprowadzić tak daleko, iż początkowo zamilczał o zegarku i badał tylko oszołomionego kamieniarza, co znaczą te chusteczki i rękawiczki.
Cabuche na chwilę zawahał się i chciał wyznać wszystko otwarcie. A więc tak... on ją kochał... on ją uwielbiał... całował jej suknie, gdy je zdjęła i wziął je do czyszczenia z kurzu, kradł jej drobiazgi, jej chustki, szpilki, gdyż zdawało mu się, iż wraz z temi przedmiotami przywłaszcza sobie cząstkę jej osoby, Później jednak, wstyd jakiś nie do pokonania, nakazał mu milczenie. I gdy nareszcie sędzia, chcąc go ostatecznie przekonać, podsunął mu przed oczy zegarek, patrzył jak otumaniony.
Pamiętał on go dobrze. Pewnego razu, ścieląc łóżko, dostrzegł chustkę Seweryny, ukrytą pod siennikiem. Ukradł ją i uniósł jako łup ukochany. Ze zdziwieniem największem dostrzegł dopiero u siebie, w swej norze, że w jednym z rogów chustki, zawiązany był ten zegarek. Przez kilka dni z rzędu łamał sobie głowę, w jaki sposób zwrócić Sewerynie to, czego zatrzymać nie chciał, nie oddając chustki... Ale teraz opowiadać o tem wszystkiem? po co?... Trzebaby się przyznać do wszystkich innych gałganków, skradzionych ukochanej kobiecie, do tej bielizny, która tak pięknie pachniała, a której tak się teraz wstydził.
Zresztą, czyżby mu teraz uwierzono?... on sam zaczynał już nie rozumieć, co się koło niego i z nim samym dzieje; wszystko mieszało mu się w mózgu... chwilami zdawało mu się, iż to sen jakiś okrutny dręczy go tak straszliwie.
Doszedł już nawet do tego, iż nie oburzał się na zarzut morderstwa. Słuchał spokojnie, ogłupiały, i na wszystko odpowiadał ostatecznie:
— Nie wiem!..
O chustce i rękawiczkach nie wiedział, o zegarku również nic nie wiedział. Ciągłe badania zmęczyły go do tego stopnia, iż pragnął spokoju za jakąbądź cenę.
Jeśli chcą koniecznie jego głowy, dlaczego nie wysyłają go na gilotynę. Niech się to już raz skończy... byle prędko.
Pan Denizet kazał nazajutrz aresztować Roubauda. Uczynił to powodowany właściwem sobie przewidywaniem, nie mając nawet na razie przyczyn wystarczających. Znalazł je jednak bardzo prędko.
Niedarmo przeczuwał, że Roubaud jest główną sprężyną tej całej sprawy, iż on jest maszyną działającą, choć niewidoczną. Natychmiast po zaaresztowaniu przeprowadził osobiście rewizję w jego mieszkaniu i znalazł to, co mu koniecznie było potrzebnem. Był to mianowicie akt, podpisany przez Roubauda i Sewerynę w ośm dni po objęciu Croixde-Maufras, przed notarjuszem Colinem w Hawrze, mocą którego folwark, po śmierci jednej z osób podpisanych, przechodził na wyłączną własność drugiej.
Od tej chwili cała sprawa wydała się tak jasną, cały gmach oskarżenia był tak mocno zbudowany, iż prawda nawet, wobec tego byłaby nieprawdopodobną, gdyż zawierała nielogiczności i niekonsekwencje, od których dowodzenia sędziego śledczego, zupełnie były wolne. A dowodzenie to streszczało się w następujących słowach:
Roubaud był nikczemnikiem, który nie śmiąc sam zabijać, posłużył się dwukrotnie ramieniam Cabucha, tego zwierzęcia gwałtownego.
Pierwszym razem, chcąc jaknajprędzej odziedziczyć majątek po prezesie Grandmorrin, o którego testamencie zawczasu już był uwiadomiony, a znając z drugiej strony nienawiść, jaką względem tegoż Grandmorrina pałał Cabuche, ułatwił temu ostatniemu dostanie się do przedziału w wagonie na stacji w Rouen, uzbroiwszy pierwej dłoń jego nożem morderczym. Później podzielili się pieniędzmi i rzeczami ofiary i byliby się może nigdy więcej w życiu nie spotkali, gdyby zbrodnia nie pociągnęła za sobą innej zbrodni.
I na tym właśnie punkcie sędzia śledczy wykazał całą swą głęboką znajomość psychologji kryminalistycznej, którą w nim tak bardzo podziwiano. Oświadczył on obecnie wyraźnie, iż od czasu śmierci Grandmorrina nie spuszczał z oka Cabucha, gdyż przekonany był, iż pierwsze morderstwo będzie nieuniknioną przyczyną drugiego. Półtora roku wystarczyło, aby sprawdzić ten pewnik, prawie matematyczny.
Małżeńskie pożycie Roubaudów w przeciągu tego czasu rozprzęgło się zupełnie. Mąż strwonił zdobyte zbrodnią pięć tysięcy franków, przegrał je; żona rzuciła się w objęcia kochanka, gdyż w podobnych warunkach musiała koniecznie szukać jakiejkolwiek pociechy. Pomiędzy Roubaudami podnoszono bezwątpięnia nieraz kwestję sprzedania Croix-de-Maufras. Żona nie chciała się na to zgodzić, w obawie, iż mąż straci tak samo i te pieniądze.
Z tego powodu wynikały najrozmaitsze sprzeczki. Prawdopodobnie żona nieraz musiała grozić, iż w razie natarczywości męża, zmuszoną będzie udać się do sądu. W każdym razie mnóstwo świadków stwierdziło zupełną niezgodę małżonków, i nareszcie objawiają się następstwa pierwszej zbrodni. Cabuche zjawia się ze swoją namiętnością gwałtowną, mąż potajemnie uzbraja jego rękę w broń morderczą, chcąc sobie raz zapewnić posiadania tego domu przeklętego, który już kosztował jedno życie ludzkie.
Oto cała prawda, prawda nieubłagalna, oślepiająca swą jasnością. A dowody?... zegarek znaleziony u Cabucha, a szczególnie te dwa trupy, te ofiary zamordowane jednakowem uderzeniem w gardło, zadanem jedną i tą samą ręką, a nawet jednym i tym samym nożem.
Na tym ostatnim punkcie akt oskarżenia wyrażał pewną wątpliwość. Rana prezesa była zadana, jak się zdaje, nożem węższym i ostrzejszym...
Roubaud w pierwszej chwili odpowiadał z wahaniem krótkiemi słowami „tak“ lub „nie“. Zaaresztowanie nie zdziwiło go zupełnie. Zresztą rozkład moralny doszedł w nim już do tego stopnia, iż mu to wszystko było prawie obojętnem.
Ażeby cośkolwiek z niego wydobyć, zamknięto z nim razem dozorcę więziennego, z którym grał w karty od rana do wieczora i był najzupełniej zadowolonym. Zresztą był najmocniej przekonany o winie Cabucha: on jeden, mógł być tylko mordercą.
Badany co do Jakóba, wzruszył ramionami i uśmiechnął się, dając w ten sposób poznać, iż wiedział o wszystkiem, co się działo pomiędzy jego żoną a maszynistą.
Gdy jednakże pan Denizet, wybadawszy go już na wszystkie strony, przedstawiał mu całe swe oskarżenie, przybijając go jasnością szczegółów i oślepiając zawiłością, a to w celu wydobycia ostatniego zeznania, Roubaud jak gdyby się obudził i słuchał uważnie wszystkiego. W końcu zadziwił się nadzwyczajnie.
Cóż słyszy?... A więc to nie on?... To Cabuche zabił prezesa, tak samo jak zabił Seweryne?... A w obu wypadkach, on, Roubaud jest winien, gdyż tamten zabijał na jego rachunek i w jego interesie?...
Ta awantura zawiła, w ten sposób przedstawiona, osłupiła go, a zarazem wzbudziła w nim nieufność. Nie ulega najmniejszej wątpliwości... zastawiono nań zasadzkę. Sędzia kłamie naumyślnie, aby z niego wydobyć wyznanie dawniej zbrodni, półtora roku temu dokonanej.
Skoro go tylko zaaresztowano, domyślał się, iż dawna sprawa wypłynie na wierzch. Skonfrontowany z Cabuchem oświadczył, iż go nie zna zupełnie. Gdy jednak powtórzył swe zeznanie, w jaki sposób zastał go nad trupem Seweryny, kamieniarz uniósł się i musiano go siłą powstrzymać, aby się nie rzucił na Roubauda.
Na pana Denizet scena ta zrobiła wrażenie, iż dwaj wspólnicy zbrodni namyślnie udają nieprzyjaźń względem siebie.
Trzy dni jeszcze ciągnęły się badania. Roubaud zmęczony nie odpowiadał już ani słowa. Nareszcie czwartego dnia, zniecierpliwiony już do najwyższego stopnia, chcąc raz już nareszcie skończyć z tem wszystkiem, ustąpił głuchej potrzebie wypowiedzenia wszystkiego.
To milczenie ciągłe dręczyło go już od dłuższego czasu, chciał mówić, chciał podzielić się z kimkolwiek swą tajemnicą, i teraz w uniesieniu, opowiedział panu Denizet prawdę, nic więcej jak tylko prawdę, najszczerszą prawdę.
Tego dnia właśnie sędzia śledczy wysilił cały swój dowcip, chcąc wydobyć z oskarżonego ostateczne zeznanie: Otoczył go taką matnią zapytań, zapędził go w tak dobrze zastawioną zasadzkę, iż najpewniejszym był zwycięstwa.
Istotnie też Roubaud z miną człowieka, doprowadzonego do ostateczności, zawołał, że ma już tego dosyć, że woli wyznać wszystko, byleby go więcej nie męczono. Ponieważ tak czy owak, uważają go za winnego, niech więc wiedzą przynajmniej za co sądzić go mają.
Jednym tchem opowiedział historję zhańbienia Seweryny przez Grandmorrina, o swej wściekłości, gdy się o tem dowiedział, przyznał się, w jaki sposób dokonał zemsty, jak zamordował prezesa w wagonie, dlaczego zabrał mu pieniądze i zegarek, wogóle opowiedział wszystko, nic nie ukrywając.
W miarę jednak opowiadania, pan Denizet patrzał na niego coraz bardziej niedowierzająco, a gdy Roubaud umilkł, sędzia wybuchnął głośnym i ironicznym śmiechem.
W jego pojęciu cała to opowiadanie dowodziło tylko nadzwyczajnego sprytu i oporu Roubauda. Przyjąć pierwszą zbrodnię na siebie, przedstawić ją jako przestępstwo, popełnione w napadzie namiętności, zrzucić z siebie podejrzenie, iż stało się to w celu rabunku, a przedewszystkiem wyprzeć się tym sposobem wszelkiego udziału w morderstwie Seweryny, wszystko to dowodziło inteligencji i zręczności, jakiej pan Denizet nie spotkał w swej prawniczej karjerze. Tylko że on, jako człowiek wytrawny i kierujący się zawsze doskonałym swym węchem, nie wierzył tak łatwo w pierwsze lepsze opowiadanie.
— Wszystko to bardzo piękne, mój Roubaud — odezwał się z uśmiechem. — Ale nie można nas przecie uważać za dzieci naiwne... Twierdzisz więc, że byłeś zazdrosny i że w napadzie szalonej, niczem nieprzezwyciężonej namiętności, zabiłeś prezesa?
— Naturalnie.
— A!... No, przypuśćmy, że ja w to wierzę... I ożeniłeś się, nie wiedząc nic o stosunkach żony z prezesem?... czyż to jest prawdopodobne?... Wszystko dowodzi przeciwnie, a mianowicie, że tobą powodował jedynie interes. Oddają ci panienkę wychowaną bardzo starannie, wykształconą, wyposażoną, jak należy... jej protektor staje się twoim protektorem. Twierdzisz, że nie wiedziałeś nic o testamencie, w którym stary za życia jeszcze zapisał folwark Croix-de-Maufras Sewerynie?... Ależ to niemożebne!... Wiedziałeś o wszystkiem, inaczej w żaden sposób niepodobna wytłomaczyć twego małżeństwa... Zresztą, jest jedna jeszcze rzecz, która dowodzi całej błahości twego opowiadania... Mówisz, że zazdrość tobą powodowała, jakto?... więc ty zdolny jesteś do zazdrości?...
— Powiedziałem prawdę... zabiłem Grendmorrina w przystępie zazdrości...
— A więc, jeżeli go zabiłeś za jakieś tam urazy dawne, nieokreślone, wyrosłe prawdopodobnie w twojej wyobraźni, wytłomacz mi, jakim sposobem mogłeś tolerować później kochanka żony... tego Jakóba Lantier... człowieka młodego, w pełni sił?... Przecież wszyscy o tem głośno mówili?... ty sam nawet przedemną nie ukrywałeś, iż wiesz, jakie pomiędzy nimi zachodziły stosunki?... Dlaczego tym razem pozwoliłeś im przebywać bezkarnie sam na sam, po całych dniach i nocach?...
Roubaud, przybity tem logicznem dowodzeniem patrzał wzrokiem pomieszanym w dal bezgraniczną, szukając daremnie w głowie jakiegokolwiek tłomaczenia.
Nareszcie po długiej chwili milczenia, odezwał się, jąkając
— Nie wiem... Zabiłem Grandmorrina... a nie zabiłem Jakóba...
— A więc nie mów mi, że zdolnym byłeś z zazdrości zabić człowieka. Nie radzę, ci powtarzać tego, niezbyt wreszcie zajmującego romansu, sędziom przysięgłym, bo, wysłuchawszy go, wzruszą tylko ramionami. Wierzaj mi, zmień system obrony... tylko prawda może cię uratować!... Od tej chwili, o ile bardziej Roubaud upiera się, twierdząc, że mówi prawdę, o tyle przekonywano go, iż kłamie. Wszystko zresztą zwracało się przeciw niemu. Cała ta historja dowodziła tylko, iż chce się wyprzeć wspólnictwa z Cabuchem.
Pan Denizet tryumfował. Nigdy jeszcze nie wykazał tak wielkiej znajomości serca ludzkiego jak w tym wypadku, gdzie całość aktu oskarżenia oparta była na głębokiej psychologji. Nigdy węch jego wrodzony, zdolność orjentowania się i czytania w duszy przestępcy natychmiast po spojrzeniu mu w oczy, nie wydała lepszych rezultatów.
Przez cały czas śledztwa, nazwisko jego nie, schodziło ze szpalt dzienników, które o całej sprawie rozpisywały się z największą drobiazgowością.
Prasa rządowa tryumfowała, gdyż mogła się nareszcie oczyścić z zarzutów, stawianych częstokroć przez opozycję, upatrującą w zabójstwie Grandmorrina jakiejś nieczystej sprawy, którą zamazano, nie chcąc kompromitować osobistości, zajmujących wysokie stanowiska.
Od czasu do czasu odzywały się pytania, cóż porabia cała administracja śledcza i policyjna, jeśli nie może wynaleźć mordercy?... Obecnie znalazł się ten morderca; proces przedstawia się zupełnie jasno, bo na opowiadania Roubauda nikt nie zwrócił uwagi, rząd wychodził z całej tej awantury czysty jak łza, a to wszystko, dzięki zręczności i węchowi pana Denizet.
Tryumfujący sędzia śledczy, wezwany do Paryża, przedstawi! się na ulicy du Rocher, w prywatnem mieszkaniu generalnego sekretarza, pana Camy-Lamote.
Zastał go w gabinecie, opartego o stół, z miną poważną, zamyśloną, zmęczoną. Pan Camy-Lamote, sceptyczny jak zawsze, zastanawiał się właśnie nad całą tą sprawą i przeczuwał, że pod tą nawałnicą pochwał ukrywa się niedaleki upadek rządu, któremu od lat tylu służył.
Od dwóch dni wrzała w nim walka wewnętrzna. Nie wiedział jeszcze, jaki użytek zrobić ma z listu Seweryny, który zachował do tego czasu. List ten byłby obalił za jednym zamachem cały akt oskarżenia i poparł opowiadanie Roubauda dowodem, nieulegającym wątpliwości. Nikt na świecie nie wiedział o tym małym świstku papieru, od niego tylko zależało zniszczyć go, lub przedstawić sądowi.
Dzień przedtem cesarz Napoleon wezwał go do siebie i wypowiedział wyraźnie żądanie, aby sprawa cała, wskutek zainteresowania ogólnego, jakie wzbudziła, weszła na właściwe tory, bez względu nawet na to, czy kto z podwładnych mu urzędników na tem ucierpi.
Jakkolwiek sekretarz generalny nie odczuwał wyrzutów sumienia, gdyż wszystkie sprawy tego świata przedstawiały się w jego pojęciu jako prosta kwestja mechaniczna, a jednak rozkaz otrzymany wzruszył go nieco. Zapytywał sam siebie, czy ma do tego stopnia przywiązany być do swego władcy, ażeby nawet dla jego dobra okazać się nieposłusznym?...
Nad tem właśnie zastanawiał się pytaniem, gdy zaanonsowano pana Denizet.
— A co? mój węch mię nie omylił. To Cabuche zamordował prezesa... Chociaż, co prawda, inny ślad już wówczas doprowadził nas do przekonania, że Roubaud umaczał także w tem rękę... ja to zaraz przeczuwałem... Ale na szczęście, mamy ich teraz obu w ręku...
Pan Camy-Lamote wpatrzył się w sędziego śledczego jasnemi oczyma.
— A zatem wszelkie akta, jakie mi doręczono, są stwierdzone?... Przekonanie pańskie jest stanowcze?...
— I to w najwyższym stopniu. Wszelka niepewność jest z tej kwestji wykluczona. Wszystko wiąże się jaknajdokładniej. Dawno już nie pamiętam sprawy, w którejby zbrodnia, pomimo mnóstwa pozornych powikłań, postępowała krokiem tak logicznym, tak dalece z góry przewidzianym.
— Lecz Roubaud zaprzecza... przyjmuje pierwsze morderstwo na siebie, opowiada historję, z której dowiadujemy się, iż Grandmorrin dopuścił się względem jego żony zniewagi i że właśnie wskutek tego zbrodnia została popełniona, pod wpływem szalonej wściekłości i zazdrości... Dzienniki opozycyjne opiewiają to drobiazgowo...
— O!... opowiadają sobie jako zwykłą plotkę, w którą same nie wierzą. Zazdrosny? kto?... Roubaud, ułatwiający schadzki miłosne swej żony z kochankiem?... A!... może to sobie opowiadać na publicznem posiedzeniu... nie wywoła swoją historją skandalu, jakiego pragnęłoby wiele osób nam nieprzychylnych. Gdyby choć poparł swe twierdzenie jakimkolwiek dowodem!... ale nie ma nic... nic!... Wspomina o jakimś liście, który, jakoby jego żona pisała i który nibyto powinien się znaleźć pomiędzy papierami ofiary jego zbrodni... Pan sam panie sekretarzu generalny, porządkowałeś te papiery, zatem i list ów musiałby wpaść w pańskie ręce... nieprawdaż?...
Pan Camy-Lamote nie odpowiedział na to pytanie ani słowa.
To prawda, cały skandal zostałby pogrzebany, zamazany, jeśli sprawa pójdzie drogą wytkniętą przez pana Denizet. Roubaudowi nikt nie uwierzy. Pamięć prezesa zostanie oczyszczona ze wstrętnych podejrzeń. Rząd błogosławić będzie tę głośną rehabilitację jednej ze swych figur. A zresztą, skoro Roubaud przyznaje się do winy, mniejsza o to, na jakiej zasadzie zostanie skazany.
Rozchodzi się co prawda o Cabucha; lecz ten, chociaż nie winien pierwszego morderstwa, zdaje się jednak, iż rzeczywiście jest sprawcą drugiego. Zresztą... Boże kochany!... sprawiedliwość!... co za złudzenie!... Chcieć być sprawiedliwym?... ależ to niemożebne, zwłaszcza, że prawdy na wierzch wydobyć nie można, gdyż zaplątała się między ostre, powikłane ciernie. Czyż nie lepiej być rozsądnym i, korzystając ze sposobności, podeprzeć silnem ramieniem te stosunki obecne, grożące lada chwila ruiną?...
— Nieprawdaż? — zapytał powtórnie pan Denizet — pan nie znalazłeś podobnego listu?...
I znów pan Camy-Lamote wlepił w niego oczy. A po chwili, biorąc za wyrzut sumienia niepokój, wzbudzony rozkazem cesarza, odpowiedział zimno, spokojnie, z całą świadomością, iż sam jeden jest panem położenia.
— Nie... nic a nic podobnego nie znalazłem.
Potem z uśmiechem i najwyszukańszą grzecznoścą zasypał sędziego mnóstwem pochwał.
Tylko dobry obserwator mógłby był dostrzedz w kącikach jego ust maleńką zmarszczkę, zdradzającą ironię.
Nigdy dochodzenie sądowe według słów jego, nie było przeprowadzone z większą przenikliwością. Pan Denizet wywiązał się z zadania, jak nie można lepiej; rzecz naturalna, że trud ten będzie wynagrodzony. To już postanowiono w sferach wyższych... natychmiast po ferjach powołany zostanie do Paryża, i zajmie stanowisko radcy.
Pan Camy-Lamote posunął grzeczność aż do tego stopnia, że odprowadził sędziego śledczego na schody. I tu jeszcze, żegnając się, powtarzał:
— Nikt tak jasno nie mógł się w tem wszystkiem rozejrzeć i zorjentować... pan jeden sformowałeś sprawę jak należy... Co to za wzrok, co za przeczucie... to istotnie przymiot wart zazdrości!... I z chwilą, gdy prawda szczera wyszła na jaw, nic nas już zatrzymać nie zdoła, ani interes osobisty, ani nawet racja stanu!... Śmiało!... naprzód!... niechaj proces toczy się właściwą drogą, bez względu na to, jakie za sobą pociągnie następstwa.
— Staram się, jak mogę najgodniej wykonywać obowiązki sumiennego urzędnika — zakończył pan Denizet, skłonił się i odjechał rozpromieniony.
Pan Camy-Lamote, zostawszy sam, zapalił najpierw świecę, a następnie wyciągnął szufladę z biurka i wydobył z niej list Seweryny. Rozłożył go, chciał przeczytać, a przed oczyma jego przesunęła się postać tej zbrodniarki delikatnej, z oczyma barwniku, które kiedyś na nim tak głębokie wyrwały wrażenie. Dziś już nie żyje... Umarła w tak tragiczny sposób!... Któż zna tajemnicę, którą z sobą do grobu zaniosła?... Prawda!... Sprawiedliwości... Złudzenie!...
I zbliżył list do świecy, spalił go i zasmucił się, jakby przeczuwając nieszczęście!...
Po co zniszczył ten cenny dowód, po co obciążał swe sumienie, kiedy pomimo to wszystko, przeznaczonem już było, iż cesarstwo zniknie, jak owa szczypta popiołu, pozostała z listu Seweryny i strząśnięta na posadzkę.
W przeciągu tygodnia pan Denizet ukończył cale dochodzenie i sformułował ostatecznie akt oskarżenia.
W towarzystwie kolei wschodniej znalazł najchętniejsze poparcie; dostarczono mu wszelkich żądanych dokumentów, wszelkich świadectw potrzebnych. Zarząd również pragnął skończyć jak najprędzej całą tę historję jednego ze swych urzędników, która wcale nie przyniosła zaszczytu personelowi kolejowemu.
I znów w gabinecie sędziego śledczego ukazali się panowie Dabadie, Moulin i inni, którzy złożyli zeznania, co do prowadzenia się Roubauda. Następnie pan Bessiéres naczelnik stacji w Barentin, oraz kilku urzędników z Rouen, świadczących w sprawie zabójstwa Grandmorrina. Później pan Vandorpe, naczelnik stacji w Paryżu, dróżnik Misard, nadkonduktor Henryk Dauvergne.
Dwaj ostatni stawiali, jako świadkowie w kwestji pożycia małżeńskiego, jakie wiódł obwiniony. Henryk nawet opowiadał, iż pewnego wieczora, gdy pozostawał w Croix-de-Maufras pod opieką Seweryny, słyszał wyraźnie za oknem głos Cabucha i Roubauda, sprzeczających się o coś; zanadto jednak był jeszcze osłabiony i nie mógł sprawdzić dokładnie i własnemi oczyma ich osobistości.
Zeznanie to było bardzo ważne, gdyż popierało przypuszczenia sędziego, a mianowicie, że oskarżeni znają się doskonale, lecz nie chcą się do tego przyznać.
W całym personelu kolejowym rozbrzmiewał głośno krzyk oburzenia na dawnego kolegę. Wyrażano żal i współczucie dla nieszczęśliwych ofiar, dla tej biednej kobiety, która jakkolwiek nie była wzorem cnoty, ale czyż to jej wina?... czyż do tego nie była prawie zmuszoną...
I prezesa żałowano również, tego starca tak poważnego, którego pamięć została nareszcie oczyszczoną od pogłosek ubliżających, a obiegających o nim ciągle.
Nareszcie zaczął się ten sławny proces. Zainteresowaniu szerszemu przeszkodziły wieści o wojnie, mającej lada dzień wybuchnąć z Prusakami.
Wieści te przebiegały całą Francję i zmniejszały zaciekawienie do wszelkich spraw innych. Pomimo to Rouen było rozgorączkowane przez trzy dni. Duszono się w sali sądowej. Wszystkie miejsca zatrzymane, na które wpuszczać miano za biletami, zajęte zostały przez płeć piękną. Nigdy jeszcze starożytny pałac książąt normandzkich nie mieścił tyle osób naraz w swych murach, od czasu, gdy został na sąd zamieniony.
Było to w ostatnich dniach czerwca, na ulicach gorąco, w sali sądowej duszno nie do wytrzymania. Przez dziesięć okien wpadały promienie słoneczne i oświecały meble dębowe rzeźbione, krzyż marmurowy biały, umieszczony w głębi na różowem tle ściany, i sufit rzeźbiony i złocony, pamiątkę z czasów Ludwika XII.
Już przed rozpoczęciem posiedzenia, publiczność wypełniła salę po same brzegi. Damy wstawały, chcąc lepiej przyjrzeć się przedmiotom, leżącym na stole, a stanowiącym „corpus delicti“, jako to: zegarek Grandmorrina, koszula Seweryny, zbroczona krwią, i nóż, który użyty był do dwóch morderstw.
Z równą ciekawością przyglądano się także obrońcy Cabucha, adwokatowi, przybyłemu z Paryża. Na ławach sędziów przysięgłych zasiadło dwunastu obywateli z Rouen, ubranych poważnie, czarno.
W chwili, gdy wszedł cały komplet sędziów, na sali powstał szmer tak wielki, że przewodniczący zmuszony był zagrozić, iż jeżeli publiczność nie uciszy się natychmiast, zmuszony będzie opróżnić audytorjum.
Nareszcie zaczęły się rozprawy. Sędziowie przysięgli złożyli uroczystą przysięgę, a wezwanie świadków znów wzbudziło ciekawość olbrzymią, objawiającą się głośnym szmerem. Z pomiędzy świadków, Jakób najbardziej zainteresował wszystkich, a szczególnie kobiety, które nie spuszczały zeń oczów. Ukazali się i oskarżeni, każdy w towarzystwie dwóch żandarmów.
Publiczność zaczęła cicho czynić pomiędzy sobą uwagi, co do fizjognomji Cabucha i Roubauda. Dojrzano w ich oczach wyraz dziki, nikczemny, według ogólnego zdania, nawet z pozoru wygląd mieli opryszków.
Roubaud ubrany czarno, czysto, choć nieco niedbale, zdziwił wszystkich, że wyglądał tak staro i że był tak strasznie tłusty. Podobna tusza nie zgadza się w pojęciach ogółu z charakterem zbrodniczym; ludzie tłuści zazwyczaj bywają spokojni, łagodni, a przedewszystkiem dobroduszni.
Co do Cabucha, ten zupełnie wyglądał tak, jak go sobie wyobrażano. W bluzie długiej niebieskiej, z pięściami olbrzymiemi, szczękami szerokiemi, przedstawiał typ, jeśli nie zbrodniarza, to przynajmniej człowieka, z którym spotkanie w lesie nie należy do zbyt wielkich przyjemności.
Rozpoczęto badanie. Cabuche na wszystko odpowiadał, iż nic nie wie. Nie wiedział, skąd się wziął zegarek u niego, nie wiedział, dlaczego pozwolił uciec rzeczywistemu mordercy, a jednak uporczywie utrzymał się swej historji o owym tajemniczym nieznajomym, którego widział, wybiegającego z domu i pędzącego, jak wiatr pośród ciemności nocy.
Zapytany o swą namiętność do Seweryny, zaczął się jąkać, wymawiać słowa bez związku, lecz z taką gwałtownością, że żandarmi musieli chwycić go za ramiona i przytrzymać na miejscu.
Nie!... nie!... On jej nie kochał... jemu nawet przez myśl coś podobnego nie przeszło!... to kłamstwo. Myśl sama o tej kobiecie wydawała mu się grzechem... była dla niego czemś, ubliżającem tej kobiecie... Zresztą, na coby się to zdać mogło... ona była tak piękną, taką wielką panią... gdy tymczasem on siedział już raz w więzieniu, a żył jakby dzik jaki!...
Potem uspokoiwszy się, popadł w ponure milczenie, odpowiadał tylko krótkiemi niezrozumiałemi dźwiękami, niepodobnemi do słów, stał się obojętny na wszystko, nawet na to, co go najgorszego spotkać mogło.
Roubaud ze swej strony trzymał się także tego, co akt oskarżenia nazywał „jego systemem“. Opowiedział, jak i dlaczego zabił Grandmorrina, zaprzeczał stanowczo wszelkiemu udziałowi w zabójstwie Seweryny. Odzywał się zdaniami urywanemi, nie wiążącemi się pomiędzy sobą, chwilami tracił pamięć. Wzrok jego był pomieszany, głos przytłumiony, tak, że zdawało się chwilami, iż obmyśla szczegóły, nie chcąc wyjawić prawdy.
Przewodniczący wykazywał mu nieprawdopodobieństwo tego opowiadania, przerywał mu kilkakrotnie, tak, że w końcu. Roubaud wzruszył ramionami i nie chciał już odpowiadać.
Po co mówić prawdę, kiedy kłamstwo wydaje się logiczniejszem?
Pogardliwa postawa wobec sprawiedliwość usposobiła zarówno sędziów, jak i publiczność na jego niekorzyść. Zauważono również wielką obojętność obu oskarżonych względem siebie i poczytano to za komedję z góry ułożoną. Zapierają się znajomości, chcąc oszukać, sąd tym sposobem.
Po skończeniu badania oskarżonych, przesłuchano kilku świadków. Zeznania ich były bez znaczenia...
Na zegarze miejskim wybiła godzina piąta; w sali powietrze było tak duszne, iż dwie damy zemdlały. Niepodobna było dłużej wysiedzieć, odroczono więc rozprawy do dnia następnego.
Nazajutrz wezwano przed sąd resztę świadków. Publiczność, zebrana tak licznie, jak i dnia poprzedniego, z ciekawością wysłuchała zeznań urzędników kolejowych; pana Vandorpe, pana Bessiére, pana Dabadie, a szczególnie pana Cauche, który nader zajmująco opowiadał, że zna dobrze Roubauda, bo z nim często grywał w kawiarni kupieckiej.
Henryk Dauvergne powtórzył zeznanie, nadzwyczaj obciążające oskarżonych, a mianowicie, iż kiedy był chory w Croix-de-Maufras słyszał wyraźnie głos Cabucha i Roubauda sprzeczających się ze sobą. Miał, co prawda, wówczas gorączkę i nie może zaręczyć za prawdziwość tego co mówi, ale zdaje się, że jest tego pewny.
Zapytany o Sewerynę, okazał się bardzo dyskretnym. Dał do zrozumienia, iż sam się w niej kochał, wiedząc jednak o jej stosunkach z Jakóbem, usunął się i nie chciał wchodzić mu w drogę!...
Nareszcie wezwano Jakóba Lantier. Wejście jego przyjęte zostało głośnym szmerem pośród publiczności. Wiele osób powstało, chcąc mu się lepiej przyjrzeć, nawet sędziowie, wydawali się tym razem bardzo zaciekawieni.
Jakób oparł się oburącz o barjerę, oddzielającą świadków od stołu prezydjalnego. Był to ruch, do którego przyzwyczaił się w długich latach zawodu maszynisty. Zeznania czynił najzupełniej spokojnie, jak gdyby go ta sprawa nic a nic nie obchodziła.
Od czasu spełnienia zbrodni nie zadrżał ani razu, nawet nie myślał o tem wszystkiem. Czuł się jak najzdrowszym, wszystkie organa jego funkcjononowały jak najregularniej, nawet teraz u kratki sądowej nie czuł wcale wyrzutów sumienia.
Oczyma, szeroko otwartemi, spojrzał na Robauda i Cabucha. O pierwszym wiedział, że jest winnym; skłonił mu się głową lekko, nieznacznie, jakby go chciał przeprosić za to, iż dziś otwarcie będzie musiał przyznać, że był kochankiem jego żony. Potem uśmiechnął się do Cabucha; pomimo całego spokoju, rozumiał jego położenie, czuł, iż powinien sam zająć jego miejsce na ławie oskarżonych; znał go dobrze, jako istotę w gruncie łagodną, dobrą, pracowitą, pomimo tej odstraszającej miny bandyty.
Następnie zdaniami jasnemi, krótkiemi, opowiadał na pytania przewodniczącego o swych stosunkach z ofiarą o swym wyjeźxdzie z Croix-de-Maufras, na kilka godzin przed popełnieniem zbrodni, jak wsiadł na pociąg w Barentin i jak noc spędził w Rouen.
Cabuche i Roubaud słuchali go i potwierdzali jego słowa wzrokiem i milczeniem. W tejże samej jednak chwili na twarzach wszystkich trzech zarysował się jakiś smutek nieokreślony.
W sali zapanowało najgłębsze milczenie; wszyscy pozostawali pod dziwnem jakiemś wrażeniem, nawet sędziowie przysięgli uczuli coś, jakby ich za gardło ściskało. Może to prawda przemknęła się przez salę, prawda cicha, niema, milcząca...
Na pytanie przewodniczącego, pragnącego wiedzieć, co świadek myśli o owym tajemniczym winowajcy, który jakby rozpłynął się w mgle nocnej, widziany jedynie przez Cabucha, Jakób wzruszył ramionami, dając wyraźnie tem do zrozumienia, że nie może nic odpowiedzieć, bo odpowiedź jego obciążyłaby obwinionego.
I stał się wypadek, który do reszty wzruszył słuchaczy. Łzy zabłysły w oczach Jakóba i po chwili, jak grad pociekły po jego twarzy. Ujrzał on przed sobą obraz Seweryny, biednej, zamordowanej, z włosami czarnemi, z oczami koloru barwniku, szeroko otwartemi. On ubóstwiał ją jeszcze, ubóstwiał dziś bardziej, niż kiedykolwiek; ujrzawszy ją w myśli nie mógł oprzeć się uczuciu, tłoczącumu serce, i zapłakał, zapominając o tem, gdzie się znajduje.
Damy, obecne w sali, opanowane tą boleścią, szlochały głośno. Szczególnym był widok tego kochanka płaczącego w chwili, gdy mąż miał oczy zupełnie suche.
Przewodniczący zapytał obrońców, czy nie zadadzą jakich pytań świadkowi.
Adwokaci podziękowali, nie mając o co pytać. Oskarżeni patrzyli wzrokiem ogłupiałym na Jakóba, który powoli zwrócił się ku ławie świadków i usiadł wśród oznak ogólnej sympatji.
Trzecie posiedzenie wypełniły mowa prokuratora i obrońców.
Przewodniczący streścił całą sprawę w słowach, które na pozór były szczytem beztronności, w gruncie jednak obciążyły oskarżonych. Prokurator w mowie swej nie użył wszystkich argumentów. Zazwyczaj mówił z większem przekonaniem. Tym razem był to tylko popis pustej i błyskotliwej wymowy. Złożono to na karb upału, który istotnie był nieznośny.
Obrońca Cabucha wypowiedział mowę wspaniałą, ale również nie przekonywającą. Adwokat Roubauda, wezwany umyślnie na tę sprawę z Paryża, starał się zbić niektóre punkty oskarżenia, co mu przychodziło z wielką trudnością wobec jasności logiki faktów.
Prokurator, zmęczony, zrzekł się prawa drugiego głosu.
Gdy sędziowie przysięgli udali się do sali narad, była godzina szósta. Słońce wpadało jasnemi promieniami przez dziesięć okien i złocistą barwą oświetlało herby Normandii, umieszczone nad drzwiami wchodowemi.
Publiczność, korzystając z przerwy, rozmawiała głośno, opowiadając sobie wrażenia doznane, przewidując wyrok sędziów oraz wysokość kary.
W chwili gdy trybunał i sędziowie przysięgli zajęli z powrotem miejsca, głęboka cisza zapanowała. W wyroku zaznaczono okoliczności łagodzące, a trybunał skazał podsądnych na całe życie do ciężkich robót.
Wyrok ten był poniekąd niespodzianką dla publiczności, spodziewano się skazania na śmierć, z tego też powodu tu i owdzie odezwały się głosy niezadowolenia, niektórzy nawet gwizdali, jak na przedstawieniu w teatrze.
W całem Rouen mówiono owego wieczoru tylko o tej sprawie i o wyroku, dopełniając go najrozmaitszemi komentarzami. Wyszukiwano najrozmaitsze powody, dla których sąd znalazł się pobłażliwie.
A jednak z całego zachowania się sędziów widać było, iż postępują bezstronnie. Być może, iż sędziowie przysięgli uznali okoliczności łagodzące pod wrażeniem owej chwili, która zapanowała w sali w czasie zeznania Jakóba.
Wyszedłszy z pałacu sprawiedliwości, Jakób spotkał Filomenę, która również przybyła do Rouen jako świadek.
Zaczęła z nim rozmawiać, dając mu do zrozumienia, że chętnie wstrzymałaby się z wyjazdem przez noc do jutra, gdyby i on chciał zostać.
Jakób miał służbę nazajutrz, zgodził się więc, iż zje z nią razem obiad w oberży, w której jak opowiadał w sądzie, spał w nocy zabójstwa Seweryny, ale przez noc zostać nie może, gdyż musi wyjechać przed północą, aby zrana być już w Paryżu.
— Czy wiesz? — mówiła Filomena, idąc z nim pod rękę ku oberży — przysięgłabym, że przed chwilą przed gmachem sądowym, widziałam jednego z naszych znajomych?
— Kogo?
— Pecqueux.
— To być nie może.
— Ależ tak, zaręczam ci, to on był z pewnością, chociaż jeszcze onegdaj zapewnił mnie, że niema najmniejszego zamiaru wstępować do Rouen, że nieciekawy jest wcale tej sprawy. Wychodząc z sądu, wyraźnie ujrzałam twarz jego; spostrzegłszy mnie, wpadł prędko pomiędzy tłum ludzi i zniknął mi z oczu.
Jakób wzruszył ramionami.
— To niepodobieństwo. Pecqueux siedzi w Pa160 ryżu, kontent z wolnego dnia, jaki mu się trafił przypadkowo, z powodu mojego urlopu.
— A zresztą, może mnie się tak tylko przywidziało. W każdym razie nie trzeba mu zbyt dowierzać. Gdy wpadnie w wściekłość, staje się strasznem zwierzęciem.
I przyciskając się bardziej do jego boku, dodała:
— A znasz tego, co idzie krok w krok za nami, od dłuższego już czasu?
Jakób obejrzał się.
— A... nie obawiaj się... znam go; ma zapewne do mnie jaki interes.
Był to Misard, który rzeczywiście już od rogu ulicy Żydowskiej szedł za Jakóbem w pewnem oddaleniu.
I on także wezwany był na świadka i składał zeznania, zaspany jak zawsze. Czekał na Jakóba i kręcił się koło niego, nie mogąc się zdobyć na zapytanie, które widocznie miał na ustach.
Gdy Jakób z Filomeną weszli do oberży, i on podążył za niemi i kazał sobie podać szklankę wina.
— A!... Misard!... Cóż słychać? — zawołał Jakób. — Jakże tam żona?... zdrowa?... co?!...
— Tak... tak... dziękuję... zdrowa — bąkał dróżnik. — Ładnie mnie urządziła... kanalja!... Ja to wam opowiadałem już dawniej?... prawda?...
Jakóba rozweseliło wspomnienie tej historji. Ducloux, zezowata, dawna służąca, którą Misard przyjął jako dozorczynię barjery, spostrzegła zaraz, że stary szuka skarbu, zakopanego gdzieś przez nieboszczkę.
Przyszła jej myśl do głowy skorzystać z tego i zmusić go, aby się z nią ożenił. Pół śmiechem, pół serjo dała mu do zrozumienia, że znalazła to, czego szuka.
Zdawało się, iż Misard w pierwszej chwili ją udusi. Później, bojąc się, aby i ta nie schowała skarbu jak nieboszczka, stał się dla niej łagodnym, ugrzecznionym. Ale ona nieczułą była na wszelkie grzeczności. Nie pozwoliła się nawet dotknąć; nie, nie, gdy zostanie jego żoną, odda mu wszystko i skarb i siebie.
Misard, nie widząc innego sposobu, poślubił ją, a ona wyśmiewała go jak głupca, który wierzy wszystkiemu, co mu kto powie.
Najciekawszem jednak z tej historji, że i ona po ślubie została jakby dotknięta tą gorączką poszukiwania i wraz z Misardem przekopali z wściekłością prawie całą ziemię w obrębie kilkudziesięciu kroków od mieszkania.
A!... te tysiąc franków... Ale oni je znajdą, znajdą z pewnością, zwłaszcza teraz, gdy szukają we dwoje.
— Ale dotąd nic? — zapytał Jakób ironicznie. — Widać, że i Ducloux niema szczęścia.
Misard wpatrzył się w niego przez chwilę, wreszcie rzekł:
— Ty wiesz, gdzie one są?... prawda?... powiedz mi, proszę...
Jakób się rozgniewał.
— A zkądże ja mam wiedzieć... Ciotka Phasia mi ich przecież nie dała!... A może wam się zdaje, że je ukradłem?...
— A... nie!... wiem, żeś ich nie zabrał, ani też ona ci ich nie dała... Tylko widzisz, ja już jestem chory z tego wszystkiego... gdybyś wiedział, gdzie one są, mógłbyś mi uratować życie...
— A dajcież mi święty spokój... Proście Boga, żebym za dużo nie powiedział... przypomnijcie sobie puszkę z solą...
Misard wciąż patrzył na Jakóba; nagle myśl mu błysnęła.
— Puszkę z solą?... to prawda... Pod szufladą... tak... tam jeszcze nie szukałem.
Zapłacił czemprędzej za wino i pobiegł na dworzec, chcąc zdążyć jeszcze do pociągu, odchodzącego o siódmej minut piętnaście. Tak śpieszno mu było do tego domu, gdzie znów szukać będzie... bez końca.
Wieczorem, po obiedzie, Filomena prosiła Jakóba, aby z nią przeszedł się trochę ku wsi poblizkiej, zanim pojedzie pociągiem o dwunastej.
Noc ciężka, ciemna, duszna; na niebie nie było widać ni gwiazd, ni księżyca.
Filomena obejrzała się kilka razy za siebie, zdawało jej się, iż ktoś idzie za nimi, nikogo jednak nie dojrzała. Zresztą tak ciemno było dokoła że gdyby nawet szedł kto za nimi, nimi, nie mogliby go ujrzeć.
Na Jakóbie ta noc duszna, ciężka, wywierała dziwne wrażenie. Zdawało mu się, iż od czasu zabicia Seweryny uspokoił się zupełnie, powrócił do równowagi, a dziś od pewnego czasu uczuwał ciężar jakiś tłoczący piersi jego. Czyżby to wpływ powietrza?
Za każdym razem ilekroć Filomena dotknęła go ręką czuł, iż krew nabiega mu do głowy, a jednak chciałby być blisko niej, chciał uścisnąć ją i zdusić w tym uścisku.
To dziwne... myślał... przecież był już wyleczony ze swej dawnej namiętności. Zresztą nie po raz pierwszy znajduje się obok tej kobiety i nigdy podobne wrażenia w nim się nie budziły. Zaczął się obawiać.
Szli pod rękę; przyszła mu myśl, iż najlepiej zrobi, jeśli nie mówiąc nic, wysunie ramię i ucieknie...
A!... cóż znowu. Gdyby nawet miała w nim się zbudzić dawna żądza, to, przecież noc ciemna zakrywa jej twarz, jej szyję, nie mógłby dojrzeć ciała obnażonego, a wiedział z doświadczenia, iż dotąd może wolę utrzymać na wodzy, dopóki nie dojrzy miejsca, w któreby uderzył.
Przechodzili koło trawnika. Filomena skarżyła się, iż jest zmęczoną, chciała odpocząć. I Jakób także był zmęczony; usiedli więc oboje. Filomena rzuciła na trawnik swą zarzutkę i położyła się na niej.
Jakób nie widział jej, lecz czuł ją. Wrażenie, jakie uczuwał od chwil kilku potęgowało się niezwykle szybko i dochodziło do szalonych rozmiarów. Mimowolnym ruchem zaczął szukać w trawie kamienia lub czegoś ciężkiego, czemby mógł ją uderzyć, roztrzaskać jej głowę.
Naraz ocknął się... straszny obraz Seweryny umierającej przemknął mu się przed oczyma. Zerwał się szybko i popędził jak wiatr, sam nie wiedząc dokąd. Uciekał przed własnemi myślami.
Za sobą usłyszał tylko głos męski, przekleństwa i odgłos uderzeń po twarzy.
— Ty, łajdaczko!... ty, szelmo!... czekałem aż do ostatka!... chciałem się na pewno przekonać...
— To nieprawda... puszczaj mnie!...
— A... nieprawda?... nieprawda?... jak gdybym nie widział na własne oczy... Ale jeżeli nieprawda, to dlaczegóż on ucieka?... Niech ucieka... wiem ja, co to za jeden... Dostanę ja go w swoje ręce... Nieprawda?... Masz!... Masz!... No, powiedz jeszcze raz, że to nieprawda!...
Jakób pędził co siły, nie z obawy przed Pecqueux, którego głos poznał, lecz uciekał przed bólem, co go doprowadzał do szaleństwa.
Jakto? jedno morderstwo nie wystarcza?... Krew Sewaryny nie uspokoiła go jeszcze?... a jednak mógłby dziś rano jeszcze przysiądz, przed samym sobą, iż jest zupełnie spokojnym...
Więc to się zaczyna nanowo... Druga... a później trzecia... i jeszcze... i jeszcze... i ciągle?... I co kilka tygodni, chcąc niepokoić krew swoją, będzie musiał zabijać... Teraz to nawet już gorzej... nie widział jej przecież, czuł tylko jej obecność przy sobie... I cóż to za życie przed nim się otwiera?... to noc ciemna, straszna... to rozpacz bez granic, przed którą uciec nie można.
Minęło dni kilka. Jakób powrócił do służby, lecz unikał kolegów, stał się odludkiem, bojaźliwym jak dawniej...
Wojna została wypowiedzianą, po kilku burzliwych posiedzeniach w izbie; na granicy stoczono nawet już jakąś potyczkę, podobno szczęśliwą, tak przynajmniej mówiono. Od tygodnia przewożono wojsko i dostarczano żywności całemi pociągami, służba upadała z wysiłku. Ruch regularny na kolei ustał. Wysyłano pociągi nadzwyczajne, jak można najczęściej. Pociągi nadzwyczajne wywoływały opóźniania pociągów osobowych i pocztowych. Ilość służby była za małą, pomimo, że z południa przysłano wszystkich najzdolniejszych maszynistów, aby tylko jaknajprędzej skoncentrować armię na wschodniej granicy.
Pewnego wieczora Jakób dostał nagłe rozkaz, iż zamiast pociągu pośpiesznego, który zwykle prowadził, pojedzie z pociągiem nadzwyczajnym, o ośmnastu wagonach, naładowanych żołnierzami.
Pecqueux przyszedł tego wieczora do magazynu bardziej pijany niż zwykle. Nazajutrz po owej nocy, w której schwycił Filomenę i Jakóba, zajął zwykłe stanowisko palacza, na maszynie N. 608, wraz ze swym maszynistą. Od tego czasu nie wspomniał nic o owem spotkaniu, ale wogóle nie odzywał się ani słowem do Jakóba, a nawet starał się uniknąć jego wzroku.
Jakób jednak czuł dobrze, iż Pecqueux staje się coraz bardziej nieposłusznym, że każdy rozkaz wydany przyjmuje niechętnie i spełnia, mrucząc jakieś przekleństwa niewyraźne.
Po dwa dni nie mówili do siebie ani słowa. Ów kawałek blachy żelaznej, ów mostek mały ruchomy, łączący tender z maszyną, na którym tyle czasu spędzili w zgodzie i jedności, był teraz miejscem ciasnem, niebezpiecąpem. Nienawiść ich wzajemna wzrastała z każdą chwilą. Jechać w podobnem usposobieniu na tem małem kawałku żelaza, skąd spaść można pod koła pociągu przy najmniejszem wstrząśnieniu, nie należało do przyjemności.
Owego wieczora, gdy wyruszyć mieli z Hawru, Jakób, ujrzawszy palacza pijanego, bardziej mu jeszcze niedowierzał, wiedział bowiem, iż po trzeźwemu nie zdolny był do awantury, lecz wypiwszy kilka kieliszków, mógłby nawet zabić bez wahania.
Pociąg miał wyjechać o szóstej, spóźnił się jednak. Noc już była ciemna, gdy nareszcie naładowana wagony żołnierzami, pakując ich jak trzodę.
W wagonach towarowych poprzebijano tylko deski zamiast ławek i umieszczono na nich, ile tylko zmieścić się dało. Jedni siedzieli, na kolanach drugim, inni stali ściśnięci, nie mogąc nawet ruszyć ramionami.
Po przybyciu do Paryża, mieli przesiąść się na inny pociąg, który miał ich przewieźć nad Ren. Już teraz zmordowani byli tą podróżą niezbyt wygodną, jechali jednak wesoło, śpiewając brutalne piosnki, krzycząc, śmiejąc się i wymyślając sobie wzajemnie.
Na stacji rozdano pomiędzy nich przed wyjazdem znaczną ilość wódki. To podnosiło jeszcze bardziej wrodzoną ich żywość.
Jakób, wyjechawszy ze stacji, spojrzał na niebo. Chmura ciężka zakryła gwiazdy i zapowiadała burzę. Zanosiło się na noc ciemną i duszną, gdyż najmniejszy wietrzyk nie poruszał powietrza. Nawet wiatr, wywołany pędem pociągu, zazwyczaj ostry i świeży, tym razem był gorący. Na dalekim czarnym widnokręgu dostrzedz można było jedynie światełko sygnałowe.
Jakób powiększył ciśnienie, aby dostać się szybko na znaczne wzgórze Harfleur pod Saint-Romain.
Pomimo najrozmaitszych doświadczeń i wysiłków, jakie czynił od wielu już tygodni z maszyną N. 608, nie był jednak dotąd jej pewny.
Maszyna ta nowa, pełna grymasów i wybryków, których na każdym kroku strzedz się musiał, zwłaszcza tej nocy, wydawała mu się bardziej podejrzaną, grymasiła bowiem bardziej, niż zwykle, gotowa wybuchnąć, gdyby w jej piec wrzucono kilka kawałków węgla więcej, niż potrzeba.
Dlatego też nie zdejmując ręki z korby, pilnował ogniska i coraz bardziej niepokoił się niewyraźną miną i ruchami swego palacza.
Mała lampka, oświecająca poziom wody, rzucała cokolwiek światła na platformę, drzwiczki zaś pieca, rozpalone do czerwoności, oświecały ruchomy mostek kolorem fioletowym.
Pecqueux schylał się kilka razy ku ziemi, jakby szukał czegóż, a Jakóbowi zdawało się, iż czuje na swych nogach dotknięcie ręki. Pecqueux miał widoczny zamiar schwycenia go i zrzucenia pod koła pociągu. A może mu się tylko tak zdawało, może to zwykły objaw pijaństwa.
Pecqueux przykląkł i rozbijał z zawziętością węgle dużym młotkiem, mrucząc coś przytem pod nosem.
Co chwilę otwierał ognisko i dokładał węgla w ilości nadmiernej.
— Dosyć! — krzyknął Jakób.
Pecqueux udał, że nie rozumie; i dalej nakładał łopatę po łopacie, a gdy nareszcie Jakób zniecierpliwiony, schwycił go za rękę, podniósł się i grożąc pięścią, zawołał:
— Nie ruszaj!... bo zabiję!... podoba mi się jechać tak prędko...
Znalazł wreszcie powód do sprzeczki, której tak długo szukał.
Pociąg tymczasem biegł szybko po równinie pomiędzy Bolbec i Motteville.
Miał jechać do Paryża, zatrzymując się jedynie w kilku punktach, dla nabrania wody. Ośmnaście wagonów, przeładowanych ludźmi pijanymi, przebiegało, wydając łoskot monotonny.
A ci ludzie, przeznaczeni na rzeź wojenną, śpiewali, krzyczeli na zabój, głusząc swym krzykiem łoskot pociągu.
Jakób zamknął nogą drzwiczki ogniska.
— Za dużo ognia! — zawołał, powstrzymując się jednak od wybuchu — śpij... jeśli jesteś pijany.
Ale Pecqueux otworzył piec natychmiast i znów wrzucił łopatą węgla, jak gdyby gwałtem spowodować eksplozję kotła.
Jakób schylił się sam, aby, opuściwszy popielnik, zmniejszyć siłę przeciągu. Pecqueux w tej chwili chwycił go w pół i całym wysiłkiem chciał zrzucić z platformy, Jakób jednak chwycił się za brzeg tendra i oparł się całą siłą.
— Łotrze!.. chcesz mnie wyrzucić, abyś mógł potem powiedzieć, iż sam spadłem z maszyny.
I pchnął palacza tak, iż ten upadł na platformę, lecz w upadku pociągnął za sobą i Jakóba.
Na chwiejącym się mostku, zaczęli walczyć o śmierć lub życie. Jeden drugiego chciał wyrzucić przez wązki otwór, zastawiony jedynie sztabą żelaza. Nie przyszło im to jednak zbyt łatwo.
A maszyna, napalona do najwyższego stopnia, pędziła jak wiatr... wciąż pędziła.
Minęli Barentin, pociąg wbiegł już w tunel Malaunay, a oni wciąż tarzali się po platformie, dotykając głowami stosów węgla i rezerwoaru z wodą na tendrze, unikając drzwiczek ogniska rozpalonych do czerwoności, które parzyły w nogi, ilekroć który z nich je wyciągnął.
Jakób przez chwilę miał nadzieję, iż będzie mógł podnieść się, zamknąć regulator i zawołać o pomoc, aby go uwolniono od tego warjata, szalonego wskutek wódki i zazdrości. Czuł jednak, iż siły go opuszczają, czuł, że nie da rady palaczowi i chwilami przechodził go dreszcz, na myśl, iż lada chwilę może wypaść z maszyny. Wydobył jednak ostatek sił i zbliżył rękę ku regulatorowi.
Pecqueux zrozumiał ten manewr. Podniósł się, chwycił Jakóba w pół jak dziecko i podniósł go w górą.
— A!... chcesz zatrzymać?... to ci się nie uda... pierwej sam wylecisz...
A maszyna pędziła... pędziła... pociąg wybiegł z tunelu z wielkim łoskotem i biegł dalej wśród pól pustych i nocy ciemnej.
Stację Malaunay minęli tak szybko, że pomocnik zawiadowcy, stojący na peronie, nawet nie dojrzał tych dwóch ludzi, chcących zabić jeden drugiego.
Nareszcie i Pecqueux wytężył swe siły i przerzucił Jakóba za mostek. Ten, czując próżnię pod nogami, mimowolnym ruchem schwycił za szyję palacza tak silnie, że ten w jednej chwili stracił przytomność, przechylił się, i wraz z maszynistą runął pod koła pociągu.
Dwa krzyki krótkie, przeraźliwe, odezwały się i zamilkły w tej chwili, wśród łoskotu kół i śpiewu pijanych żołnierzy.
W kilka godzin później znaleziono ich ciała pokaleczone, bez głów, bez nóg, jedynie tułowia, ściskające się w śmiertelnym uścisku.
A maszyna, pozbawiona teraz wszelkiego kierownictwa, pędziła wciąż bez wytchnienia. Kapryśna, dziwaczna, puściła teraz wodze swej fantazji jak klacz nieujeżdżona, gdy wyrwie się z rąk dozorcy i pędzi w szalonym galopie po polach pustych. W kotle było pełno wody, węgiel świeżo narzucony rozżarzył się i w czasie pierwszej półgodziny ciśnienie doszło do szalonej wysokości, pociąg biegł szybkością przerażającą. Nadkonduktor zmęczony, jak cała służba kolejowa, zdrzemnął się widocznie. Żołnierze, coraz bardziej pijani, cieszyli się, że jadą tak prędko i coraz to głośniej śpiewali, krzyczeli.
Przez Maronne przebiegli jak błyskawica. Z maszyny nie odezwał się świst przy zbliżaniu się do sygnałów, ani przy mijaniu stacji. Pociąg biegł, jak biegnie zwierzą rozszalałe, opuściwszy głową i nie bacząc na żadne przeszkody.
W Rouen miano zaczerpnąć wody. Przerażenie opanowało całą służbą stacyjną, gdy zobaczyli ten pociąg szalony, tą maszyną bez maszynisty i palacza, te wagony towarowe, naładowane ludźmi wyjącymi piosnki patryjotyczne. Urządnicy stali jak oniemieli.
Po chwili rozbiegł się krzyk ogólny. Ten pociąg bez kierownika nie uchroni się od rozbicia na stacji w Lotteville, gdzie zawrze manewruje pełno maszyn, gdzie krzyżują się najrozmaitsze pociągi.
Rzucono się do telegrafu, uprzedzano możliwe niebezpieczeństwo. Na nastąpnej stacji zdążono usunąć na czas jeszcze pociąg towarowy, znajdujący się właśnie na głównym torze. Na następnych stacjach zdaleka słychać już było łoskot nadjeżdżającego pociągu w szalonym pądzie, którego niczem nie można było powstrzymać. W Lotteville uprzątnięto tor główny. I znów pociąg przebiegł, jak piorun wśród tysiąca przeszkód, nie dotknąwszy żadnej i znów pogrążył w ciemnościach nocy, a jego łoskot zniknął w oddali.
Zatelegrafowano do wszystkich stacji na całej linji.
Wszystkie serca biły gwałtownie z przerażenia, słysząc o owym pociągu, o owem zjawisku, które ukazało się w Rouen i Sotteville. Wszyscy drżeli z obawy. Pociąg pośpieszny, znajdujący się na przedzie, zostanie bezwątpienia dognany i rozbity. I ten jednak zdążono na czas zawiadomić i usunąć na boczną linją. W Oisel maszyna w szalonym pądzie omal nie wpadła na pociąg robotniczy.
Minęła i Pont-de-l’Arche, nie zwalniając zupełnie, i znowu znikła wśród pól pustych i pędziła... pędziła wciąż wśród nocy ciemnej, nie wiedząc gdzie i dokąd.
Co ją obchodziły ofiary, które zgnieść może na swej drodze!
Pędziła wciąż, nie bacząc na krew przelaną. Bez przewodnika, wśród ciemności, jak zwierzę ślepe i głuche, które wyrwało się z objęć śmierci, pędziła, pędziła wciąż, ciągnąc za sobą osiemnaście wagonów, przeładowanych żerem armatnim, żołnierzami, oszołomionymi ze zmęczenia, pijanymi i śpiewającymi na całe gardło.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.