Atta Troll/Tekst

<<< Dane tekstu >>>
Autor Heinrich Heine
Tytuł Atta Troll
Data wydania 1887
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Drukarz Druk Emila Skiwskiego, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Źródło Skany na commons
Uwagi Dodatek do N-ru 22 „ŻYCIA.“
Indeks stron
ATTA TROLL.
SEN NOCY LETNIÉJ.

Rozdział I.

W ciemnym dzikich skał pierścieniu,
Co się hardo pną w niebiosy,
Szumem kaskad kołysane,
Leży, niby obraz senny,
Cauterets. Bieluchne domki,
Na balkonach piękne panie
Stoją, śmiejąc się serdecznie,
I wśród śmiechu patrzą na dół,
Na pstry, gwarny rynek miejski,
Tam, gdzie niedźwiedź z niedźwiedzicą
Przy odgłosie bębna tańczą.
Atta Troll i jego żona,
Tak nazwana Czarna Muma,
Tańczą oto ku uciesze
I zdziwieniu Baskijczyków.
Jak dostojnie i jak dumnie
Pląsa dzielny Atta Troll!

Ale jego pięknéj żonie
Brak godności i powagi.
Tak jest. Trudno mi to ukryć,
Że jéj taniec był lubieżny,
Że ruchami zalotnemi
Przypomina Grande-Chaumière.
To téż dzielny ten niedźwiednik,
Co ją trzymał na łańcuchu,
Zawstydzony obserwował
Tańca Mumy niemoralność
I od czasu ją do czasu
Napominał śmigłym biczem,
A ryk Mumy przeraźliwy
Budził wtedy echa skalne.
Sześć posążków miał niedźwiednik
Na szpiczastym kapeluszu,
Które głowy jego strzegły
Od kul wroga i robactwa,
A na barkach mu wisiała
Pstra kapica, szmat kościelny,
Który teraz za płaszcz służył,
Kryjąc nóż i pistolety.
Dobry brat był niegdyś mnichem,
Potém hersztem szajki łotrów,
Więc, by złączyć oba fachy,
Wszedł w usługi don Carlosa.
Gdy don Carlos musiał zmykać
Z całym swym okrągłym stołem,
Wielu z jego paladynów
Za rzemiosło się chwyciło.
Pan Sznaphański autorem,
A nasz zbożny rycerz został

Niedźwiednikiem i za chlebem
Z Atta Trollem szedł i Mumą
I obojgu tańczyć kazał
W rynkach miejskich, wobec tłumów.
I tak w rynku, w Cauterets,
Tańczy jeniec Atta Troll,
Atta Troll, ten, który niegdyś
Księciem był najdzikszéj puszczy
Na swobodnéj gór wyżynie; —
Tańczy teraz przed motłochem
Za grosz nędzny. Tak, za piéniądz
Tańczyć musi on, co niegdyś
W groźnym swoim majestacie
Czuł się panem téj krainy!
Kiedy wspomni młode lata
I stracony tron wolności,
Wtedy groźne, mroczne dźwięki
Płyną z piersi Atta Trolla,
I jak murzyn Freiligrath’a
Chmurno patrzy dookoła,
I jak tamten licho bębnił,
Ten — źle tańczy, z nienawiści.
Przecież, zamiast łzy współczucia,
Śmiéch wywołał. Nawet Julia
Na swym śmieje się balkonie
Z desperackich jego skoków.
Julia! O, ta nie ma w łonie
Tkliwych uczuć, jest francuzką
I na zewnątrz tylko żyje.
Lecz zewnętrzność jéj jest śliczna!
Jéj spojrzenia się krzyżują
Jak siéć światła, w któréj węzłach

Męzkie serca, niby rybki
Ułowione, się trzepoczą...




Rozdział II.

Że murzyński czarny książę
Freiligrath’a z taką bębnił
Wściekłą, gniéwną melancholią,
Że aż w bębnie skóra pękła,
To jest bębno-wzruszającém,
Powiem nawet, bębno-wzniosłém...
Ale bardziéj wzruszająca,
Gdy się niedźwiedź z pęt swych wyrwie.
Gwar, muzyka, żarty, śmiéchy,
Wszystko w jeden krzyk wybucha,
Przerażona gawiedź pierzcha,
Na balkonach bledną damy.
Tak z łańcuchów swego jeństwa
Nagle wyrwał się na wolność
Atta Troll i w dzikich skokach
Przez zaułki wązkie pędził.
Wszyscy dwornie ustępują,
Atta Troll dosięga skały,
Rzuca w dół spojrzenie wzgardy
I w ojczystych górach znika.
A na pustym rynku stoi
Opuszczona Czarna Muma
I niedźwiednik, który wściekle
Na bruk cisnął swój kapelusz.

Cisnął — i Madonny na nim
Depcze wściekle; potém zrywa
Płaszcz z nagości swojej wstrętnéj,
Klnąc niewdzięczność czarną świata,
Brak wdzięczności u niedźwiedzi.
Wszak on tego Atta Trolla
Miał za brata, przyjaciela!
On go tańca sam wyuczył,
Niedźwiedź wszystko mu był winien,
Życie nawet! Wszak za skórę
Sto talarów mu dawano,
Za tę skórę Atta Trolla,
A nie sprzedał przecież skóry!
Więc na biédną Czarną Mumę,
Co, jak obraz cichéj troski,
Na dwóch tylnych łapach stała
Przed swym władzcą rozsrożonym,
Gniéw najwyższy wywrzéć raczył,
We dwójnasób ciężko bijąc
I królową zwąc Krystyną,
Panią Munoz i Putaną...
Wszystko to się stało w ciepłéj,
Przedwieczornéj dnia godzinie,
A noc, co po dniu tym przyszła,
Była cudną nocą letnią.
Do połowy ją strawiłem,
Piękną noc tę, na balkonie,
Przy mnie Julia moja stała
I patrzyła w gwiazdy złote.
„Ach!” — z westchnieniem lekkiém rzekła, —
„Ach! w Paryżu, tam są gwiazdy

Najpiękniejsze, kiedy zimą
Lśnią, odbite w ulic błocie!”




Rozdział III.

Letniéj nocy sen!.. Kapryśna,
Bezcelowa jest pieśń moja,
Tak jak miłość, tak jak życie,
Tak jak Stwórca i stworzenie...
Własnéj tylko patrząc woli,
Pędzi ziemią, wichrem leci
I w krainę cudów wpada
Mój Pegazus ulubiony.
Nie jest on cnotliwą szkapą,
Co mieszczańskie ciągnie wozy,
Ni podjezdkiem obozowym,
Co rży wzniosie w duchu partyi.
Z złota kute ma podkowy
Koń mój biały i skrzydlaty;
Sznury pereł ma za uzdę,
Które wolno mu opuszczam.
Nieś mnie, koniu, gdzie ci wola!
Na powietrzne, górskie szlaki,
Gdzie kaskady, szemrząc trwożnie,
Od przepaści stopy strzegą.
Na doliny nieś mnie ciche,
Tam, gdzie szumią dęby stare,
Z pod korzeni sącząc krętych
Słodkie źródło starych baśni.

Tam mi pić daj! tam mi obmyj
Oczy senne... Ach, już piję
Żywą wodę, która czyni
Wszechwidzącym, wszechwiedzącym
I ślepotę każdą spędza...
Ach, już wzrok mój bystry dostrzegł
Atta Trolla skalną jamę,
Już rozumiem jego mowę!
Dziwna, jak mi swojsko w uchu
Brzmi ten język niedźwiedziowy!
Miałżebym w ojczyźnie drogiéj
Słyszeć niegdyś już te dźwięki?




Rozdział IV.

Ronsewalska ty dolino!
Kiedy słyszę imię twoje,
Drży i w sercu wonią dyszy
Dawnych dziejów kwiat błękitny.
Jasny marzeń świat powstaje,
Co przed lat tysiącem runął,
A ogromne oczy ducha
Patrzą na mnie przenikliwie.
Zgiełk i wrzawa! Oto walczą
Saraceny i Frankowie,
Krwawo brzmi tam róg Rolanda,
Rozpaczliwém brzmi wołaniem. —
Tam, w dolinie Ronsewalu,
Przy wyłomie Rolandowym,

Co od tego wziął nazwanie,
Że wódz, drogę sobie czyniąc,
Tak potężny cios wymierzył
W skalną ścianę, iż ślad ciosu
Do dziś widną szramą świéci;
Tam, w zawale dzikich głazów,
Co porosły gęstym bukiem
I jedliną czarną, leży
Ciemna jama Atta Trolla.
Tam na łonie swéj rodziny
Wypoczywa on po trudach
I ucieczki i tych wypraw,
W których poznał świat i ludzi.
Błoga chwilo! Młode swoje
Znalazł w owéj drogiéj jamie,
Kędy Muma je zrodziła, —
Czterech synów i dwie córy.
Wylizane niedźwiedziczki,
Obje blond, jak pastorówny;
Chłopcy ciemni i najmłodszy
Tylko — czarny „Jednouszek”.
Ten najmłodszy był pieszczochem
Matki, która z nim igrając
Kiedyś ucho mu odgryzła
I pożarła je z miłości.
Był młodzieniec to genialny,
W gimnastyce wielce biegły,
A na drzewa lazł tak zręcznie,
Jak na słupy sam mistrz Massmann.
Wykwit swojskiéj edukacji,
Kochał tylko ojców mowę
I czuł wstręty do żargonu

Starych Rzymian i Hellenów.
Dzielny, wolny, niezależny,
Nienawidził wszelkich mydeł;
Nowoczesny zbytek prania
Obcy mu jak Massmannowi.
Geniusz jego się objawia
Zwłaszcza, gdy na sosnę lézie,
Co z najgłębszéj skał przepaści
Wzdłuż szczeliny w górę śmigła
I dosięgła aż do szczytu,
Kędy nocą gniazdo całe
Igra z ojcem swoim starym,
Pieszcząc się z nim w lubym chłodzie.
Chętnie wówczas stary gwarzy
O tém, co na świecie zaznał,
Jak to wiele miast i ludzi
Widział i jak przeniósł wiele,
Ze szlachetnym Laertydem
W tém się tylko różniąc nieco,
Że miał żonę towarzyszką,
Czarną swoją Penelopę.
Chętnie także opowiadał,
Jak niezmierne powodzenie
Między ludźmi zyskał sobie
Jako tancerz doskonały.
Starzy, młodzi — wszyscy klaszcząc
Podziwiali jego gracyę,
Gdy na rynku tańczył miasta
Przy najsłodszych kobzy tonach.
A szczególniéj młode damy,
Te znawczynie wdzięku tkliwe,
Biły mu szalone brawa

I mrugały nań zalotnie.
O, ty żyłko artystyczna!
Smętnie duma niedźwiedź stary
O dniach chwały, gdy publiczność
Podziwiała talent jego,
I wspomnieniem uniesiony,
Dziatwie dowieść chce natychmiast,
Że nie nędznym samochwalcą,
Ale wielkim jest artystą.
Więc się w nagłym skoku zrywa,
I na tylnych łapach staje,
I jak niegdyś tańczy z gracyą
Ulubione swe gawoty.
Milcząc, z nosy wytkniętemi
Patrzą młode niedźwiedzięta
Na ojcowskie dziwne skoki
Tu, to tam — w księżyca blasku.




Rozdział II.

Wśród rodziny, w jamie ciemnéj,
Leży Atta Troll na grzbiecie
I w zadumie ssie swe łapy,
Ssie swe łapy i tak mruczy: —
„Mumo! Mumo! czarna perło,
Którą-m w wielkiém morzu życia
Złowił był i którą-m w wielkiém
Morzu życia znów utracił!
Czyż cię nigdy znów nie ujrzę?

Czy też ujrzę cię za grobem,
Gdzie, od ziemskich kudłów wolna,
Dusza twoja się spromieni?
O! jakżebym pragnął jeszcze
Choć raz liznąć nos twój luby,
Nos méj Mumy, co tak słodko
Umazany bywał miodem!
O! jakżebym chciał oddychać
Miłą, lubą Mumy wonią,
Wonią czarnéj mojéj Mumy,
Słodszą, niźli zapach róży.
Ale Muma moja więdnie
W pętach tych okrutnych zwierząt,
Co się ludźmi nazywają
I panami świata mienią!
Śmierć i piekło!... Ci to ludzie,
Ci arcy-arystokraci,
Patrzą na królestwo zwierząt
Z wzgardą i szlachecką pychą!
Żony biorą nam i dzieci,
Więżą nas, mordują, męczą,
Aby tylko zabrać w zysku
Naszą skórę, nasze zwłoki!
I czują się jeszcze w prawie
Tych występków się dopuszczać
Przeciw nam, niedźwiedziom czarnym,
I zowią to „ludzkiém prawem!”
Ludzkie prawa! ludzkie prawa!
Któż to im je nadał, proszę?
Nie natura. Ona gwałtu
Sama sobie nie zadaje.
Ludzkie prawa!... Któż wam dał je,

Owe sławne przywileje?
O zaprawdę, że nie rozum,
Bo on nie jest bezrozumnym!
Ludzie! czy wy przez to lepsi,
Niźli my, że wasza strawa
W garnkach wre, na rożnach skwiérczy,
A my naszą rwiem surową?
Wszakże w końcu rezultaty
Są jednakie. Nie uszlachci
Was potrawa! Ten szlachetny,
Kto szlachetnie czuje, żyje!
Ludzie! czy wy przez to lepsi,
Że kształcicie się w naukach,
Oraz w sztuce? I nas przecie
Nikt nie walił po ciemieniu!
Czy to niéma psów uczonych?
Niéma koni, co rachują
Jak referent? Czy zające
Nie umieją bębnić przednio?
Jakże nisko myśl wam pełza!
Czyż się bobry nie wsławiły
Tu i tam w hydrostatyce?
Czy bocianom nie zawdzięcza
Wynalazku świat klistery?
Czyż nie piszą osły krytyk?
Czyż na małpach zbywa scenie?
Miała-ż Roma większych mimów,
Jak Batawii morskie koty?
Czyż tenorem nie jest słowik?
Czyż Freiligrath nie poeta?
Kto lwów sławę wdzięczniéj wydał,
Niźli wielbłąd, jego ziomek?
Czyż-em sam nie doszedł w tańcu

Tak wysoko, jak w pisaniu
Raumer? Czyż on lepiéj pisze,
Niż tańczymy my, niedźwiedzie?
Ludzie, czém wy od nas wyżsi?
Głowę macie wprawdzie w górze,
Lecz w téj głowie podniesionej
Jakże nizko myśl wam pełza!
Ludzie! czy wy przez to lepsi,
Niż my reszta, że was skóra
Gładka kryje? Tę przewagę
Wszak musicie z wężem dzielić.
Ludzie! Wy, dwunożne gady!
Ach, pojmuję teraz, czemu
Odzież szyć i kłaść musicie!
Oto chcecie cudzą wełną
Zakryć nagość swą sromotną!
Dzieci! strzeżcie się jak ognia
Tych bezwłosych wyrodzeńców!
Córki moje! nie ufajcie
Tym, co mają nogi w spodniach!” —
Nie chcę dalej mówić o tém,
Jak ten niedźwiedź w mrzonkach swoich
O równości rezonował,
Bijąc w nasze ludzkie plemię,
Bo, nakoniec, ja sam także
Jestem człekiem i powtarzać
Nie mam chęci wszystkich bredni,
Które — w końcu — obrażają.
Tak, ja-m człowiek — i ja-m wyższy
Nad zwierzęta inne ssące.
Zysków mego urodzenia
Nigdy, w niczém się nie zaprę!

W każdym boju z inną bestyą
Będę zawsze wiernie walczył
Za ludzkości prawa święte,
Przyrodzone ludzkie prawa!




Rozdział VI.

Byłoby to jednak błogo
Dla człowieka, co przedstawia
Wyższy stan zwierzęcy, wiedziéć,
Co tam niższe stany mówią.
O tak! — nizko, w tych posępnych
Sferach wszelkich nędz społecznych,
W niższych owych świata słojach,
Żal wybucha, zawiść, duma!
Temu, co przez lat tysiące
Stało prawem nawyknienia
I przyrody dziejów prawem,
Lada morda dzisiaj przeczy.
Starzy młodym kładą w uszy
Takie lekcye i teorye,
Które i cywilizacyi
I ludzkości całéj grożą. —
„Dzieci!” — mruczy Atta Troll,
Z boku na bok się na twardém
Przewracając legowisku: —
„Dzieci, przyszłość naszą będzie!
Gdybyż więcéj tak niedźwiedzi,
Więcéj zwierząt tak myślało,
Jak ja, — siłą zjednoczoną

Pokonaliby tyranów!
Niech się złączą dzielne zebry
Z rumakami, dzielne słonie
Niech zjednoczą bratnie trąby
Z rogatemi głowy wołów,
Wilk i niedźwiedź wszelkiéj barwy,
Kozioł, małpa, nawet zając,
Niech działają wszyscy wspólnie,
A nie ujdzie nam zwycięztwo!
Jedność, jedność! To jest piérwszy
Do wolności krok! Rozbici —
Służyć musim, lecz złączeni
Przemożemy swych ciemięzców!
Jedność, jedność — a zwyciężym!
A przepadną niecne rządy
Monopolów! Utworzymy
Nową zwierząt respublikę,
A w niéj piérwszém prawem będzie
Równość wszystkich boskich stworzeń,
Bez różnicy miary, wiary,
Maści, sierści, nawet woni.
Ścisła równość! Każdy osioł
Będzie pełnić mógł urzędy
Choć najwyższe; lew, przeciwnie,
Będzie worki niósł do młyna.
Co się tyczy psa, ten wprawdzie
Jest nikczemnym serwilistą,
Bo téż całe lat tysiące
Człowiek go jak psa traktował,
Ale w naszej respublice
Przywrócimy mu znów stare
I nieprzedawnione prawa,

Co go wkrótce uszlachetnią.
O tak! Żydzi nawet będą
Pełnych ludzkich praw używać
I zostaną porównani
Z wszelkiém inném zacném bydłem!
Tylko — byłbym zdania, aby
Żydzi w rynkach nie tańczyli;
Ten wyjątek jeden czynię
W interesie mojéj sztuki.
Rasa to nie obdarzona
Zmysłem stylu i plastyki
Wdzięcznéj ruchów; więcby psuła
Smak wykwintny publiczności.”




Rozdział VII.

Chmurny, w ciemnéj swéj jaskini,
W zaufaném blizkich gronie,
Atta Troll, mizantrop wzniosły,
Sapie i przez zęby mruczy: —
„Ludzie, ludzie! wy, szydercy,
Śmiéjcie się! Od śmiéchów waszych
I od jarzma nas waszego
Przyszły wielki dzień wyzwoli!
O! najcięższa to zniewaga —
Owe słodko-kwaśne miny
W sam nos! Dzisiaj znieść nie mogę
Tych obrzydłych ludzkich śmieszków!
Gdym na białém licu zoczył

Ten fatalny śmiészek drwiący,
Wszystkie we mnie się wnętrzności
Przewracały z oburzenia!
Obelżywiéj, niźli słowem,
Umié człowiek tknąć uśmiéchem —
I w uśmiéchu zdradzać nawykł
Duszy swéj największą wzgardę.
Zawsze uśmiéch! nawet wtedy,
Gdy rzecz sama chce powagi;
Uśmiech nawet i w miłości,
W uroczystéj szczęścia chwili,
Zawsze uśmiéch! człowiek zdolny
Śmiać się nawet w tańcu! To téż
Sparodyował już tę sztukę,
Godną kultem ludów zostać.
Tak, tak! Taniec w dawnych czasach
Był pobożnym aktem wiary.
Pląsał chór kapłanów bożych,
I król Dawid niegdyś pląsał
Z harfą przed przymierza arką.
Tak i ja téż pojmowałem
Taniec, kiedym jeszcze tańczył
W rynkach miast przed całym ludem,
Co nie skąpił mi uznania.
To uznanie — rad przyznaję —
Miłém było sercu memu.
Bo to słodycz nad słodycze,
W oczach wroga ujrzéć podziw!
Ale nawet w entuzyazmie
Ludzie śmieją się — i taniec
Nie ma siły ich odmienić.
Zawsze ród to będzie płochy!”




Rozdział VIII.

Czasem zdarza się, że człowiek
Najcnotliwszy — szewcem trąci,
Podczas kiedy duch służalczy
Ambrą pachnie i lawendą.
Są dziewicze czyste dusze,
A czuć od nich szare mydło,
Gdy występek się częstokroć
Różanemi wody myje.
Przeto nie krzyw, proszę, nosem,
Drogi bracie, jeśli jama
Atta Trolla nie przywodzi
Na myśl ci arabskich woni.
Zejdź w te ciemne kręgi ze mną,
Gdzie powietrze jest przyciężkie,
Gdzie wódz stary jak z za chmury
Tak synowi swemu prawi:
„O, mój synu! lędźwi moich
Ty ostatnia latorośli!
Nakłoń ucho twe jedyne
I posłuchaj słów rozumu.
Strzeż się ludzkiéj filozofii!
Ona kazi krew i ducha.
Między ludźmi niéma zgoła
Porządnego filozofa.
Nawet Niemcy, niegdyś prawi,
Nawet ci synowie Thora,
Od prawieku nam pokrewni,

Wyrodzili się w tych czasach,
I bez Boga dziś, bez wiary,
Głoszą wiedzę ateizmu...
Dziécię! dziécię moje! Strzeż się
Feuerbacha i Bauera,
Strzeż się zostać ateistą,
Niedźwiedziem bez czci, bez wiary
W mądrość Stwórcy! Tak jest, Stwórca
Stworzył nas i świat ten cały.
Tam, na górze, księżyc, słońce,
Gwiazdy długo-ogonowe,
Równie jak bezogonowe
Są odbiciem Jego chwały.
A tu, w dole — lądy, morza
Są potęgi Jego echem,
I stworzenie tutaj każde
Wielbi Jego miłosierdzie.
I najmniejsza nawet weszka,
Co w pielgrzyma siwéj brodzie
Ziemską podróż swą odbywa,
Głosi chwałę Przedwiecznego...
W górze, pod gwiaździstym sklepem,
Na królewskim, złotym tronie,
Władnąc światem, w majestacie
Siedzi niedźwiedź lodowaty.
Nieskalana, śnieżno-biała
Skóra jego, a na głowie
Ma koronę dyamentową,
Co oświeca niebo całe...
Jego lica — słońc harmonia,
A myśl jego — czyn milczący.
Skinie berłem — i wnet oto

Sfery światów śpiéwać poczną.
U nóg jego siedzą błogo
Świątobliwe ojców cienie,
Które tu cierpiały zbożnie,
Dzierżąc palmy w świętych łapach;
Czasem skoczy nagle który,
Skoczy drugi, jak natchniony
Duchem Świętym, i zawiodą
Uroczysty tan wieczności.
Tan to, w którym promień łaski
Wzmaga talent przyrodzony,
W którym dusza uniesiona
Z własnéj skóry chce wyskoczyć!
Czyż dostąpię ja, niegodny,
W tém zbawieniu Pańskiém cząstki?
Czy z padołu płaczu przejdę
Do radości wiecznéj raju?
I czy będę, w uniesieniu,
Pod gwiaździstych sfer namiotem,
W wiecznéj gloryi, z palmą w łapie,
Przed najwyższym tańczył Panem?”




Rozdział IX.

Jak szkarłatny język, który
Czarny książę Freiligrath’a
W nienawiści i pogardzie
Z czarnéj paszczy swéj wysuwa, —
Tak wszedł księżyc z za obłoków.

W dali kędyś wodospady
Huczą pieśni swe bezsenne,
Budząc cichy świat uśpiony.
Atta Troll na szczycie stoi,
Na samotnéj skały szczycie,
I samotny ryczy nocą
Na przepaście, na głębiny: —
„Tak! Ja-m niedźwiedź! Niedźwiedź jestem,
Jestem ten, którego zwiecie
To maruchą, to kudłaczem,
Misiem i smorgońskim klocem.
Tak! Ja-m niedźwiedź! Niedźwiedź jestem!
Jestem ową bestyą dziką,
Jestem skoczkiem waszym nędznym,
Pośmiéwiskiem waszéj ciżby,
Tarczą, w którą dowcip strzela!
Tak, ja jestem tą potworą,
Którą wasze dzieci straszą,
Grymaszące ludzkie dzieci.
Tak, ja jestem tém straszydłem
Z opowieści nianiek waszych!
Obwołuję to rozgłośnie
Na ten cały nędzny świat!
Słuchaj, ziemio! Ja-m jest niedźwiedź!
Rodu mego się nie wstydzę!
Taki-m dumny, jakby dziadem
Był mi Mojżesz Mendelsohn!“




Rozdział X.

Dwie postacie mroczne, dzikie,
Na czworakach kroczą dumnie
O północy, drogę sobie
Czyniąc wpośród jodeł gęstwy.
Jest to Atta Troll wraz z synem,
Młodym owym jednouchem.
Gdzie zmierzch leśny wskróś przeświéca,
Przy ofiarnym głazie stają:
„Ten głaz” — mruczy ojciec stary —
Jest to ołtarz, gdzie druidy,
W dniach ciemnoty i przesądu,
Poświęcali krew ofiarną.
O, nieszczęsne zaślepienie!
Kiedy myślę o tém, włosy
Dębem stają mi na grzbiecie.
Na cześć Boga krew przeléwać!
Dziś już czasy oświéceńsze.
Nie zabija już brat brata
Z dzikiéj jakiejś gorliwości
O niebieskie zyski swoje.
Nie; już niéma takich szaleństw,
Ani rojeń fantastycznych.
Korzyść ziemska, samolubstwo —
To dziś ludzi pcha do mordów.
Dziś za dobra ziemskie człowiek
Chwyta jeden przez drugiego.
W tym rabunku nieustannym

Każdy kradnie sam dla siebie
I dziedzictwo wszystkim wspólne
Każdy swoim mieni łupem,
I o prawie posiadania,
O własności księgi pisze...
Własność! prawo posiadania!
Co za fałsz! Co za złodziejstwo!
Taki podstęp głupi, nędzny,
Człowiek tylko mógł wymyśléć.
Nam przyroda nie oddała
Nic na własność. Bez kieszeni,
Bez kieszeni w naszych futrach
Wszyscy na świat się rodzimy.
Żaden, synu, z nas, niedźwiedzi,
Nie ma mieszków przyrodzonych,
Żeby w sierści swéj kudłatéj
Ukryć kradzież i zataić.
Człowiek tylko, wąż ten gładki,
Co się w cudzą wełnę stroi,
Ten wié dobrze, jak foremnie
Zaopatrzyć się w kieszenie.
Kieszeń! Ona — tak potworną,
Jak i prawo posiadania,
Jak i własność! Wszyscy ludzie
To złodzieje kieszonkowi!
O! jakże ich nienawidzę!
Ty, ty, dziedzic mego ducha,
Przysiąż mi na tym ołtarzu
Nienawidziéć rodzaj ludzki.
Bądź śmiertelnym wrogiem chciwców
I ciemięzców aż do śmierci...
Przysiąż! przysiąż mi to, synu!”

Młodzian przysiągł, tak, jak niegdyś
Przysiągł Hannibal; a księżyc
Świécił na ofiarny kamień
I na obu mizantropów. —

........

Późniéj może się dowiémy,
Jak dotrzymał niedźwiedź słowa
Swéj przysięgi. Lutnia moja
Nowe epos mu poświęci.
Co zaś tycze się starego,
Zostawimy go na stronie,
By go późniéj znowu spotkać
I na pewno kulką trafić.
Śledcze akta twojéj sprawy,
Niecny zdrajco ty ludzkości,
Zamykają się na dzisiaj.
Jutro wyrok twój zapadnie.




Rozdział XI.

Jak uśpione bajadery
Stoją góry ciche, senne,
W białych z lekkiéj mgły zasłonach,
Poruszanych wiatrem rannym.
Lecz nie długo się rozjaśnią,

Gdy bóg słońca zstąpi na nie,
I zasłony te z nich zdejmie,
I oświéci piękność nagą.
W taki wczesny, mglisty ranek
Wybraliśmy się z Laskarem
Na niedźwiedzie. O południu
Przebyliśmy Pont d’Espagne;
Tak się most nazywa, który
Wiąże Francyi kraj z Hiszpanią,
Z krajem owych barbarzyńców,
Co lat tysiąc wstecz zostali.
Cały tysiąc lat! Pomyślcie!
W nowoczesnych dni kulturze
Wschodni moi barbarzyńcy
O sto tylko się spóźniają!
Gniéwny, prawie zły, rzuciłem
Błogi grunt francuzkiéj ziemi,
Téj ojczyzny wolnych duchów,
A i pięknych kobiét także.
Coś w połowie mostu siedział
Biédny Hiszpan; głodna nędza
Wyziérała mu z łachmanów
I z zapadłych, czarnych oczu.
Jakiéjś staréj mandoliny
Wyschłą ręką szczypał struny
I dobywał wtór fałszywy
Z swojéj staréj, zwiędłéj piersi.
Czasem nizko się pochylał
Nad przepaścią z cichym śmiéchem
I poczynał grać zaciekle,
Grać i śpiéwać w takie słowa: —

„W mojém sercu stolik złoty,
Przy stoliku małym, złotym
Stoją cztéry złote krzesła,
A na krzesłach siedzą damy.
Cztéry damy. Złote strzały
Lśnią w warkoczach; damy grają,
W karty grają, lecz wygrywa
Jedna tylko donna Klara.
Gra i śmiéje się zalotnie...
Ach, w mém sercu, donno Klaro,
Ty wygrywać zawsze będziesz,
Bo wszak twoim tryumf każdy!” —
Idąc tedy daléj, rzekłem
Sam do siebie: — Rzecz szczególna!
Między Francyą i Hiszpanią,
Ot, szaleństwo siedzi, śpiéwa.
Jest-że waryat ten obrazem
Wspólnych myśli obu krain?
Czy téż jest własnego kraju
Tytułową śmiészną kartą? —
Zmrok był, gdyśmy wreszcie doszli
Do posady opłakanéj,
Kędy Ollea-Potrida
Z brudnéj się kurzyła misy.
Tam to jadłem i Garbanzos,
Ciężkie, jak z ołowiu kule,
I niestrawne nawet Niemcom,
Co na kluskach rosną z dziecka.
A w pobliżu kuchni łóżko
Stało, jakby opieprzone
Przez robactwo. Ach, te pluskwy!
To największy wróg człowieka!

Gorszą, niźli gniéw tysiąca
Słoniów, jest nieprzyjaźń jednéj,
Tylko jednéj małéj pluskwy,
Co po łóżku twojém łazi,
A ty musisz dać się kąsać,
Bobyś trafił gorzéj jeszcze,
Gdybyś zgniótł ją... Woń zabójcza
Dręczyłaby cię do rana...
Tak! Na ziemi najstraszliwszą
Walką — walka z tém robactwem,
Co wojuje wonią własną,
Walka nocna z jedną pluskwą!




Rozdział XII.

Jak też kłamią ci poeci,
Nawet najumiarkowańsi!
Mówią oto, że natura
Jest świątynią wielką Boga,
Jest świątynią, któréj cuda
Obwieszczają Stwórcy chwałę,
W któréj słońce, księżyc, gwiazdy
Wiszą jak u stropu lampy.
Niech-że i tak, dobrzy ludzie!
Lecz, przyznajcie, że w świątyni
Téj są schody niezbyt świetne,
Diablo nawet nędzne schody!
Piąć się w górę, z góry schodzić,
Drapać na szczyt i przesadzać
Skał szczeliny — to mnie męczy
I na duszy, i na ciele.

Obok mnie Laskaro kroczy,
Blady, długi, jak gromnica.
Ni w nim słowa, ni uśmiéchu,
Syn to zmarły czarownicy;
Tak jest, zmarły dawno człowiek,
Bardzo dawno! Przecież matki
Czarnoksięzki wpływ, Uraki,
Pozór życia mu nadaje.
Ach! przeklęte stopnie chramu! —
Żem, po dzikich tych przepaściach
Włócząc się, nie skręcił karku,
To mi do dziś nie pojęte.
Wodospady plują w oczy,
Wiatr biczuje sosny czarne.
Co za jęk! Chmurzyska ciężkie
Wloką się! Fatalna pora.
W małéj chatce, u rybaka,
Przy jeziorze Lac-de-Gobe,
Znaleźliśmy dach nad głową
I forelle srébrno-płetwe.
W wielkiém krześle nawpół leżał
Rybak stary, siwy, chory,
A dwie piękne siostrzenice
Przy nim, jakby dwa anioły.
Nieco grube i flamandzkie
Były to anioły, jakby
Z ram uciekły Rubensowi:
Jasne włosy, jasne oczy,
Dołki dwa w różowych licach,
Zkąd zalotność czyha skrycie,
A postawy silne, świéże
Budzą żądzę i obawę.

Najśliczniejsze te stworzenia
Były z sobą w ważnym sporze,
Jaki napój dać stryjowi,
Aby mu powrócić strawność...
Jedna daje mu czareczkę
Z naparzonym kwiatem lipy,
Druga wciska mu do ręki
Szklankę leków rumiankowych. —
„Precz mi z jedném, jak i z drugiém!” —
Woła stary niecierpliwie. —
„Wina dajcie! Niechaj gości
Godnym ich uraczę trunkiem.” —
Było-ż to istotnie wino
To, co piłem w Lac-de-Gobe,
Tego nie wiem; lecz w Brunświku
Wziąłbym lurę tę za Mummę[1].
Łagiew była z czarnéj skóry
Kozła i woniała przednio.
Jednak starzec pił z niéj chciwie,
Aż ozdrowiał, aż odmłodniał.
Pijąc, prawił nam powieści
O bandytach, przemytnikach,
Którzy tu na wolnéj stopie
W pirenejskich lasach żyją.
Znał on także stare dzieje,
Stare baśnie fantastyczne
O olbrzymów wielkich bojach
Z niedźwiedziami dawnych czasów.
Te olbrzymy i niedźwiedzie

Bojowały niegdyś z sobą
O królestwo gór i dolin,
Nim w nich człowiek się osiedlił.
Lecz z przybyciem człeka pierzchły
Olbrzymiska z téj krainy,
Bowiem w takich wielkich głowach
Mózgu mało jest na podziw.
Powiadają — cała kupa,
Kiedy przyszła raz nad morze
I ujrzała, jak się w fali
Błękit nieba załamuje,
Uwierzyła, że to niebo,
I rzuciwszy się w nie hurmem —
W miłosierdzie Boże ufna —
Zatonęła co do nogi.
Co zaś tyczé się niedźwiedzi,
To ich ród zanika w górach,
Wciąż tępiony bezlitośnie
Przez zdobywcze, ludzkie plemię. —
„Tak to jedni” — mówił stary —
„Miejsce drugim, robić muszą.
A po ludzkich rządach przyszło
Panowanie karłów w górach.
Mądry to był ten ród karli,
W skalnych głębiach zamieszkały
I kujący kilofami
W szczérém srébrze, w szczérém złocie.
Oj! widziałem ja ich nieraz
Po księżyca nowiu jasnym,
Kiedy z szczelin wytkną głowy.
I strach jakiś brał mnie za łeb,
Strach przed złota ich potęgą

I przed głupstwem naszych wnuków,
Co gotowi w morze skoczyć,
Gdy w niém niebo kto pokaże!”




Rozdział XIII.

W czarnéj, dzikiéj skał kotlinie
Śpi jeziora głębia czarna.
Smętne gwiazdy patrzą z nieba,
Patrzą z nieba w noc i w ciszę.
Noc i cisza. Plusk dwu wioseł
Szemrze dziwnie tajemniczo;
Płynie czółno, a u steru
Stoi piękne dziéwczę hoże.
Płyniem raźno. Wśród ciemności
Błyśnie czasem gibkie ramię,
Ramię nagie, srébrno-białe,
Błysną czasem modre oczy.
Obok mnie Laskaro siedzi,
Jak zazwyczaj, blady, niemy,
A mnie w mózgu myśl świdruje,
Czy on jeden jest umarłym?
Czy już może i ja także
Płynę oto ku wieczności,
W téj widmowéj czarnéj łodzi,
Przez królestwo chłodne cienia? —
Może czarne to jezioro —
To styksowe wody smętne,

A służebne Prozerpiny
Miast Charona nas uwożą?
Nie, nie! Jeszcze nie umarłem!
Nie zagasłem! W mojéj duszy
Pali, żarzy się i tryska
Żywy płomień mego życia!
Te dziewczęta, które wiosłem
Raźno pluszczą, i ta woda,
Woda, którą w jasnych kroplach
Otrząsają na mnie z śmiéchem,
Te wiosenne, świéże twarze, —
Nic nie mają widmowego
I, choć może rodem z piekła,
Nie są w służbie Prozerpiny!
Aby całkiem się upewnić,
Że w nich niéma nic z za świata,
I o własnéj żywotności
Dotykalnie się przekonać,
Przycisnąłem nagle usta
Do różowéj, ślicznéj twarzy,
Ten logiczny czyniąc wniosek:
Tak, całuję — a więc żyję!
Lecz u brzegu znów musiałem
Dobre dusze ucałować,
Gdyż jedynie w téj monecie
Chciały przyjąć swą zapłatę[2].




Przypisy

  1. Gatunek mocnego piwa.
  2.   Ciąg dalszy (do rozdziału XXVI) nie znajduje się w tym wydaniu przekładu.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Heinrich Heine i tłumacza: Maria Konopnicka.