Niedalekim od prawdy widzi mi się ów pogląd historyozoficzny, który (jako, że część podlega tymsamym prawom, co całość materyi pewnej, i naodwrót) powiada dosyć dowodnie, iż naród każdy, podobnie jak jednostka, ma swoje dzieciństwo, wiek młodzieńczy, bohaterski, wiek złoty, pełen sił twórczych, wiek męski, wreszcie dojrzałość jesienną i starość. I podobnie jak indywiduum poszczególne, każdy naród inaczej w życiu może się wyrazić lub nawet zgoła bez pamięci zginąć. Były narody szare, o których dziś wspominku niema. Do wyrostu duchowego ludzkości nic nie wniosły, stały się nawozem jeno materyi ziemnej. A zaś były narody śp. genialne, których spuścizną długo jeszcze będzie się ludzkość karmiła. Weźmy np. taki genialny naród — grecki. Tak klasycznie w naszych oczach historycznych (poza niewiadomem nam jego dzieciństwem) żył, tworzył i umierał, iż przykładem może być dowodnym, jak podobnie [8]jednostce naród rozwija się, wzrasta, wyżywa się i przeżywa. Przykładamy też jego lata-wieki do współcześnie żyjących narodów, aby wyznaczyć np., w jakim wieku jest dany naród. — Jak to się wyznacza? — Przez sumę energii, przez rodzaj twórczości narodu w danej epoce tj. wieku, mając na myśli jednostkę genialną. Widzimy naród grecki w okresie bohaterskim jako dziewiętnastoletniego pasterza (walki trojańskie np.), potem widzimy go młodzieńcem dwudziestoparoletnim (pieśni miłosne, liryka), widzimy go dojrzewającym, gdy tragicznie na świat poziera (wielcy równocześnie prawie dramaturdzy), później ku trzydziestemu roku (rok za wieki się podstawia), gdy filozofię swoją tworzy, widzimy go następnie już mężem dojrzałym, nauki kultywującym i wreszcie widzimy go ku starości pedagogiem Rzymian. (Bajka, jakoby Rzymianie zabili Greków. Naród ten już szedł ku śmierci. Naród może naród inszy jak człowiek człowieka zabić, zabiwszy go faktycznie — np.: wycięcie przez Niemców w pień plemion słowiańskich nadbałtyckich — ale ujarzmiwszy go jeno, gdy duch w owym narodzie-więźniu jest młody, zabić nie może. Poturbuje jeno i nic więcej). W jakim wieku jest teraz naród ukraiński? Trudno dokładnie wyznaczyć, gdyż nie rozwijał się naturalnie. Trzaby wziąć pod uwagę zatamowanie rozwoju, jakoby ciężki sen, trwający wieki, w którym śnią się jednak rzeczywistości wspaniałe [9](wyprawy morzem na Stambuł, Chmielnicczyzna), niejako przypomnienia z bohaterskiego okresu. Albo też, co mi się prawdziwszem wydaje, naród ten przeżył dwa razy okres bohaterski. Pierwszy bardzo odlegle (»Słowo o pułku Igora«), gdy szlachta tworzyła historyę, a zaś drugi niedawno (Kozaczyzna), gdy szlachta ruska spolszczyła się, a na arenę twórczą wystąpił lud i poczuł się jako ukraiński naród. Sądząc po rodzaju twórczości artystycznej (gdyśmy już tę wzięli za sprawdzian) naród ukraiński jest w wieku młodzieńczym (z pewnym jednak rysem starości, jakby przypomnieniem niejasnem dawnej, zginionej kultury z przed bohaterskich okresów. Ten rys, w twórczości jednostek prawie niewidoczny, jest w zbiorowym wyrazie — nazwałbym go: leniwość duszy narodu). Młodzieniec w 20-paru leciech, artystycznie usposobion, pisze wiersze miłosne, choćby nie był poetą — a jeśli jest, to pisze wiersze i inne, pełne melancholii, narzekań, żalów i skarg żałosnych na świat ten zimny, na ludzi... Poezya liryczna narodu musi być naturalnie bardziej bogatą i wielostronniejszą, niż poezya jednostki. Będą w niej potrącenia o wiek bohaterski, o struny teorbanu — będą w niej okrzyki z poczucia sił lub kajania spowiednie pokolenia, jęki bolesne rodnej ziemi — będą w niej wreszcie przeczucia nienarodzonych w narodzie uświadomień. Ale istotny charakter pozostaje ten sam. [10]Poezya liryczna narodu ukraińskiego mówi nam o jego wieku. I naodwrót wiek ten, młodzieńczość względna narodu, mówi nam o właściwości jego poezyi. Więc będzie ta poezya egotyczną, najczęściej miłosną — będzie spowiedzią powierzchowną, bez pogłębienia refleksyjnego — będzie muzyką, grającą wierzchnimi pokładami duszy. Nie jest z dna… Jak liryka dwudziestoletniego — o bogatych nastrojach — poety. Współczesność jej (jeśli porównamy ją np. z poezyą współczesną zachodnią) jest raczej we formie i to nie zawsze. Grają w niej echa romantyczne śpiewanych pieśni. Często spotyka się w niej i budowę wnętrzną pieśni ludowych. Stąd prostota, bezpośredniość większa, niż w poezyi zachodu. Szczerość w niej jest, ale ta pierwsza, naiwna, nie idąca z głębokich przeżyć. Jakbądź — czaruje jednak ta poezya harmonijną prostotą, niekłamanem uczuciem, serdecznem odczuwaniem przyrody, muzyką chłopskich ukwieconych sadów. Tak się rzecz ma obecnie z poezyą ukraińską. I to jest naturalnem, jak starałem się wyżej uzasadnić. Przyjdzie czas pogłębienia z dojrzewaniem. Tak, jak — wierzę — przyjdzie czas i na dramat ukraiński. Widząc pierwszy raz dramat na ukraińskiej scenie (»Weczernyci« z muzyką Niszczyńskiego, »Klate serce«) zachwyciłem się już tem, co mi te próby wysokie powiedziały o dramacie muzycznym ukraińskim, który [11]powstanie, powstać musi. W dramacie tym połączy się przedziwnie realizm obrazów z muzyką. Powstanie forma nowa, nowy wyjaw duszy. Dziś pilnie zgromadzone bogactwo melodyi ludowych ukraińskich będzie materyałem dla przyszłego geniusza. Na tych uwagach ogólnych, odnośnie do niniejszej antologii, poprzestałbym. Jednak dla czytelnika polskiego, który nie jest poznanym (choćby mógł być bez trudności) z historyą literatury ukraińskiej, względnie jej gałęzi głównej — poezyi, nie będzie bez interesu, mniemam, zapoznać się choć w skrócie najźwięźlejszymnajzwięźlejszym z chronologią nowszej poezyi ukraińskiej, z której wybór uczyniono. W czasie Kozaczyzny historycznej poezyę śpiewano przy dźwiękach teorbanów, jak i u Greków w wieku bohaterskim. Poezya ta była najczęściej aktualną — dumy o sławnych, znanych ówcześnie wszystkim atamanach, o bohaterach z gminu, którzy się męstwem wsławili, dumy o panach spolszczonych (Potoccy, Wiśniowieccy), którzy zgubę ludowi swemu nieśli i tym podobne. I tak rosła w poezyi historyą Kozaczyzny, zwycięskich wypraw i upadków. Odrodzona, pisana poezya (po owem zatamowaniu, o którem powyżej) przedewszystkiem tradycyą ukochaną, przez pieśń sercom podaną, poczęła się karmić. Płacz po świetnej, minionej przeszłości jest głównym jej motywem. Pomijając cały zastęp drugorzędnych tego [12]romantycznego kierunku poetów, wymienić należy, jako najważniejszych w tym czasie: Ambrożego Metłyńskiego na zakord. Ukrainie i Markiana Szaszkiewicza w Galicyi. Poczem zaczyna się w poezyi ukraińskiej (przez wpływ uczonych rosyjskich, którzy stronniczą krytyką ze stanowiska państwowości rosyjskiej stłumili entuzyazm dla przeszłości — a także z realnej potrzeby serc ratowania wiary) zwrot do współczesności i do ludu. Wyraźnym objawem tego zwrotu jest pierwszy zbiór poezyi Tarasa Szewczenki (w r. 1840). Szewczenko (jedyny może znany w Polsce, i to tylko z imienia, ukraiński poeta) pchnął poezyę ojczystą na nowe tory, pokazując w swych utworach duszę współczesną ludu ukraińskiego, jego wielkie cierpienia pod jarzmem t. zw. »kripactwa«. Poeta wielki, wielostronny, od szerokiego patosu historycznego do najsubtelniejszej liryki. Jego ballady są bezsprzecznie najpiękniejsze, najmniej kłamane z tych, jakie ówcześnie w Europie pisano; mają bezpośredniość wrażeń i odczucie głębokie przyrody. W tym rodzaju może stanąć obok największych poetów. — Po Szewczence, po r. 1860, występuje na widownię P. Kulisz, wnosząc nowy element, czysto kulturalny, w poezyę, przyswajając jej formy i pierwiastki poezyi zachodnio-europejskiej. Występuje następnie S. Rudańskyj, liryk szczery i tłómacz. Na Bukowinie zjawia się równocześnie J. Fed’kowycz, piewca [13]Huculszczyzny; talent wielki, mistrz formy w noweli, lecz we wierszu mało samodzielny. W latach po r. 1880 poezya ukraińska poddaje się kierunkowi utylitarno-społecznemu. Przedstawicielami tego kierunku ówcześnie w zakord. Ukrainie są: B. Hrinczenko, M. Staryckyj i męczennik za ideę wolności P. Hrabowskyj. W Galicyi rozpoczyna od r. 1876 działalność literacką i naukową Iwan Franko. Talent wszechrostronywszechstronny i niezmiernie płodny. Można rzec: przez prace swoje i przez przekłady podwaliny on dał pod współczesną literaturę swego narodu. Poetycką twórczość zaczyna za ówczesną modą od społecznych motywów, wyżyn artyzmu dosięga jednak w liryce miłosnej i egotyczno-refleksyjnej. W r. 1905 przynosi on narodowi swemu wspaniały dar-poematdar — poemat p. t. „Mojżesz“. Koło roku 1890 zjawia się szereg indywidualności poetyckich: O. Makowej, A. Krymskyj, M. Woronyj, W. Samijłenko, kilku jeszcze innych i Łesia Ukrainka. Z nich ta ostatnia najlepiej się wyraziła. Talent o szlachetnej formie, dar wnikania w kultury i psychykipsychiki obce, duży poetycki polot i dojrzałość. Ogniwem niejako pomiędzy starszą generacyą t. j. szkołą Franki, a najmłodszymi jest Bohdan Łepkyj. Śpiewak melancholii i zadumy pól, charakterem poezyi swych zbliżony do Konopnickiej i Tetmajera, z których sporo nawet przekładał. Ton poezyi jego, to staw o cichym [14]zachodzie, lekką osnuty mgłą, gdy w dali majaczeją widma drzew i dymy wywlekają się z chałup, a z poza wzgórz lesistych, roztapiających się w zmierzchu, dolata echo ligawki. Czasem jednak zadźwięczy w poezyi jego i ton silny. Na Ukrainie rosyjskiej w poezyi lat ostatnich zabłysnęli najpotężniej: Mykoła Filańskyj i Ołeksander Ołeś, uzupełniający się wzajem, razem wyrażający dwie strony duszy narodu ukraińskiego w Rosyi. Podczas gdy Filańskyj jest wyrazicielem społeczeństwa skamieniałego w smutku za utraconą wolnością, w żal swój jak w studnię zaklętą wpatrzonego — to Ołeś jest piewcą nowego na cmentarzach życia; w poezyi jego słychać bunt, szarpanie kajdan. Wreszcie z najmłodszych w Galicyi wybili się lub wybijają na czoło, grupując się w t. zw. »Młodej Muzie«: P. Karmańskyj, W. Paczowskyj, S. Czarneckyj i S. Twerdochlib. Każdy rok przynosi nowe nazwiska. Czy fala czasu wyniesie tego, który wieki przeskoczy?… Z tych, których wymieniłem, wielu ma drogę przed sobą… Życzę narodowi bratniemu geniusza.
Z WERSZYN I NYZYN ZIWIAŁE ŁYSTIE MIJ IZMARAHD POEMY IZ DNIW ŻURBY MOJSEJ SEMPER TIRO DAWNIE J NOWE
KAMIENIARZE.
Widziałem dziwny sen. Tuż pod nogami memi
Leżała dzika dal, ugory puste, śpiące.
Przedemną ściana skał, co chmur sięgała z ziemi;
Przykutym do niej sam pętami żelaznemi,
I towarzyszów też, podobnych mi, tysiące.
Każdego męża skroń poryły życia pługi,
Lecz w oczach wiary blask i miłość płonie żarem.
I każdą dłoń — jak wąż — okręcił łańcuch długi
I każdy z mężów zgiął swych twardych plec kolczugi,
Jak gdyby tłoczon był nieznanym mu ciężarem.
I nagle wszystkim nam zabłysły w ręku młoty
I zagrzmiał mocny głos. Tak piorun żga obłoki!
»Uderzcie w skały pierś! Ni chłód, ni żar spiekoty
Niech nie wstrzymają was! Na trud! na krwawe poty!
Wam przeznaczone jest przewiercić pierś opoki.«
W ten mig, jak jeden mąż, podnieśliśmy swe dłonie,
Tysiące młotów wraz o skałę załomocą,
A skała pęka, drży, tysiącem iskier zionie,
My wszyscy bijem wciąż w kamienną pierś i skronie
Z upartą, żądną ran, rozpaczną jakąś mocą.
By wodospadów ryk, jak bitwy szczęk orężnej,
W granity wciąż i wciąż dzwoniły w takt oskardy;
I coraz nową piędź od skały niebosiężnej
Zdobywał tak nasz huf. Choć walki los potężnej
Kaleczył wielu z nas — młot walił w kamień twardy.
A wiedział każdy z nas, że sławy nie dosięże,
Że naszych krwawych łez zapomni myśl ludzkości,
Że wówczas drogą tą podążą inni męże,
Gdy my przebijem ją, gdy skruszym tu oręże
I gdy już w prochu tym wygniją nasze kości.
Lecz czyśmy wyszli tu po wawrzynowe wieńce?
Niech bohaterów skroń ozdobią wirydarze!
A my — niewolni my, nie sławy namaszczeńce,
My, z woli własnych dusz, wolności przyszłej jeńce,
Co ten postępu szlak krwią znaczą, — kamieniarze!
I ufał każdy z nas, że swemi ramionami
Rozkruszy skały pierś, rozbije w puch granity;
Że z własnej skrzepłej krwi i swemi piszczelami
Zbuduje twardy bruk, a drogą tą za nami
Przyjść nowe życie ma i nowe jasne świty.
I wiedział każdy wój, co tam daleko w świecie,
Porzucił z myślą: Dań dla wiecznych pęt męczeństwa...
Że matki nasze w łzach, że płaczą żony, dzieci —
I każdy świadom był, że na ten czyn nasz leci
Ze wszystkich stron, z ust swych i wrogów — krzyk przekleństwa.
A choć świadomość ta — najgorsza to udręka,
Choć nieraz naszą pierś rozraniał żal, zgryzota:
Przekleństwa, łzy i ból i ran piekących męka
Nie miały mocy tej... i ani jedna ręka
Nie uschła od tych klątw, nie opuściła młota.
Tak wszyscy dążym wciąż. Przykuciśmy do siebie
Zamysłem świętym, młot w ramionach naszych chrzęści,
Niech na nas miota świat przekleństwa, w piasku grzebie —
Nie spoczniem, póki młot tą ścianą zakolebie...
Po czaszkach naszych głów przyjść musi wszyskichwszystkich szczęście!
Zaś we mnie zając, polna mysz
I ptak zamieszka mnogi,
By wyście mogły rosnąć wzwyż,
Ja zginę pośród drogi.«
Z KSIĘGI KAAF.
I.
O, gdybyś wiedział, co znaczy jedno słowo,
Płynące z duszy, współczuciem szczerem święte
Jak ono ślepce uzdrawia wiarą nową,
Jak leczy serca, zwątpienia trądem tknięte:
Nie szedłbyś wówczas dymiących łez padołem,
Zaciąwszy usta, — od trosk za młodu siwy,
Zachęty słowa z pociechą siałbyś społem,
Jak ciepłą rosę na dżdżu spragnione niwy,
O, gdybyś wiedział!
O, gdybyś wiedział, jak to się w dusze wwierca
Pogardy słowo, godzące zawsze w sedno,
Jak ono miażdży, zniekształca piękne serca,
Zatruwa życie — to drobne słowo jedno!…
Spętałbyś wówczas swą złość, jak psa, co kąsa,
Gdzieś na dnie duszy łańcuchem silnej woli
I rzekłbyś sobie: O, niech się nie natrząsa
Mój gniew z nikogo!… To tak okropnie boli,
O, gdybyś wiedział!
O, gdybyś wiedział, jak wiele trosk przeklętych
Pod każdą maską radości, krzepkiej mocy,
I wiele twarzy, w dzień mile uśmiechniętych,
Gorzkiemi łzami zalewa się po nocy:
Miłością wówczas zbroiłbyś wszystkie zmysły,
Tajone męki tropiłbyś jako wrogi;
By serc, zbyt dumnych, najtwardsze lody prysły,
Pocałunkami ogrzałbyś najpierw nogi, —
O, gdybyś wiedział!
O, gdybyś wiedział! Prastara jest to wiedza…
Tkwi w sercu z dawna, lecz odczuć ją potrzeba;
Ujrzałbyś wówczas, jak myśli ci wyprzedza
I jak na ziemi rozpyla błękit nieba —
I niby słońce, świeciłoby twe serce…
Stąpając pewnie, jak dziwny ów Rabboni,
Co podczas burzy przez wodne szedł kobierce,
Mówiłbyś do tych, co w łez się kąpią toni:
Nie bójcie się! — Jam jest!
II.
F. R.
O dziewczę moje! mój drogi kamieniu,
Okryty pyłem, zadeptany w błoto,
Przeczysty jednak dotąd w swem jaśnieniu!
Na ciebie patrząc, smutny widzę oto,
Jak wielkie skarby uczuć i miłości
Przechodniów stopy tratują i gniotą.
Żar, co przenika ciebie aż do kości,
W pamięci dawne wskrzesza mi poranki,
Gdy jeszcze nie miał przeszkód pęd ludzkości.
Ona umarła. Słuchaj! Bam… Bam-bam…
To w sercu mem ten dzwon pośmiertny dzwoni.
Ona umarła! Ni to ciężki tram
Całego mnie ku ziemi gnie i kłoni;
Coś dławi gardło. Czy oczy ślepe mam?
Kto skradł mi światło?… Kto w mętnej nurza toni
Myśl duszy mej, co w sobie ból zawarła?
Sam ból. Umarła mi? Tak jest — umarła!
Patrz tam! Na licach jeszcze kwiecie róż,
Na ustach wiśnie jeszcze lśnią zdradziecko.
Lecz cyt, zatrzymaj oddech, cicho złóż
Swe sny — koło niej w trumnę staroświecką.
Bam-bam… Bam-bam… Na falach wzgórz i mórz
Drży dzwon… Płacz, użal się jak dziecko!
Dziś marzeń twych zasłonę śmierć rozdarła,
Rozbiła chram twój. Cyt, ona umarła.
Nie ścięłaż we mnie krwi szaleństwa zimna kra?
Płomyki świec mych ócz nie oślepiły?
O dziwo! Oddech mi dotychczas w piersi gra,
Więc nie trąciłem siebie do mogiły? —
Wszak to zagasła mi ostatnia moja skra,
Wszak dalej, w mroku, żyć — ja nie mam siły!…
Kaleka, trwam: Rozpaczy żmija zżarła
Me biedne serce, myśl. Ona umarła.
I tylko ból piekący w sercu tam
Wypełnił wszystko — w nim cała ma istota;
Jest ból i jest straszliwe: bam! bam-bam!
A łez już niema… Zakrzepła krwi zgryzota,
Zaciera się i mierzchnie wkoło świat, a sam
Ja lecę kędyś, gdzie gra zawieja, słota…
Chcę krzyczeć! łkać! lecz usta się zawarły.
Ona umarła! Nie, to jam umarły.
OLDZE.
Ilekroć słyszę wśród ulicznej wrzawy
Proszący wsparcia głos ubogiej wdowy,
Ilekroć ujrzę wzrok gasnący, łzawy
I biednych sierót nieokryte głowy,
Ilekroć widzę drżące te maleństwa,
Smagane słotą i pogardą sytych:
Jak ogień pieką mnie te łzy męczeństwa,
Ten żal ubogich, głodnych, nieokrytych.
I myślę wówczas: Niezadługo może,
Kiedy przywali mnie zimna mogiła,
I ty — i ty tak wyjdziesz na rozdroże,
Jałmużny prosić, towarzyszko miła!
Ta twarz, co dzisiaj jasnym blaskiem płonie,
Pożółknie niby kwiat w ponure wrześnie;
Troskami gnana, pójdziesz precz w koronie
Srebrzystych włosów, zsiwiałych zbyt wcześnie.
I dzieci nasze — och, aż serce krwawi! —
Zziębnięte w mrozy, w deszcze i zamiecie,
Niby klucz szary zbłąkanych żórawi,
W tułaczkę pójdą, rozpierzchłe po świecie…
…I ja ukradkiem wówczas drżącą ręką
Ostatni daję grosz i myślę: Może
Zlituje się też kto nad twoją męką
I tym sierotom naszym dopomoże.
Z KSIĘGI „SMUTNYCH PIEŚNI“.
Nie winien jam, bracia, że smutne me dzieci,
Że łza je ćmi!
Że słowo niezręcznie te śpiewki me kleci —
Wybaczcie mi!
Nie uśmiech je rodzi, nie radość je płodzi,
Nie kaprys słów,
Bolesny mi smutek na świat je przywodzi —
(Me usta znów
Tak szepcą…) Oskardu ten górnik zaklęty
Nie puszcza z rąk —
Z narodu i mojej niewoli poczęty
Śpiew smutnych ksiąg.
Wstajemy, gdy zaświta, wpierw twarde ścielim łoże,
Myjemy twarz, więzienie zamieciem na wyskoki,
A potem po wilgotnej włóczymy się komorze
I wtenczas słychać w kaźni wciąż kroki, kroki, kroki…
Sześć tam i sześć z powrotem — ach nie jestże szeroki
Nasz teren? lecz we trójkę niestety ciasno może:
Więc chodzą dwaj, a jeden do pryczy grzeje boki,
Gdy ten powstanie, siada w mig jeden z nas w pokorze.
Raz w szybie borysławskim zasypał ciężar ziemi
Wiertaczy dwu; nad nimi zawisły cztery deski,
Jak miecze Damoklesa, pułapy ukośnemi.
A mieli fajkę tylko i w kącie wody łezki
Sączyły się; ten ssał je, ów ćmił na zapomnienie…
Siedm dni! I nas uczyło tych samych sztuk więzienie.
Sonet XIV.
Dziś, kiedy wciąż daremnie, jak ryba w zdradnej sieci,
Mój wolny duch się miota w zamroczach korytarzy,
Gdy czuję, że mi duszę śmiertelne zimno warzy,
A ogrzać mię, pocieszyć wieść żadna nie przyleci —
Jedynie twoja gwiazda w te czarne dni mi świeci,
O pieśni, gminna pieśni! Mój lud się wszystek skarży
W tobie, pocieszycielko! Ty zlewasz ból mój wraży
Z narodu mego bolem w ból wspólny, lżejszy — trzeci…
O wy, w kryształy słów i dum zaklęte jęki!
O łzy, na zniczach krzywdy w klejnoty przetopione!
Tęsknoty i westchnienia, w ligawki wlane dźwięki!
Nie porzucajcie mnie, niech płynie z was otucha —
Nie dajcie, by bezmyślność z przemocą w czasy one
Zmąciły we mnie serce i głębie mego ducha!
PROLOG
(do poematu „Mojżesz“).
Narodzie mój! Narodzie rozbity, umęczony,
Jak biedny paralityk, co w prochu gdzieś na drodze,
Tkwi, naigrawań ludzkich strupami owrzodzony!
O twą nieznaną przyszłość dziś dusza moja w trwodze,
A zasnąć mi nie daje wstyd, który pokolenia
Potomne twoje palił, biczował będzie srodze.
Zaprawdę, czyżby tobie na kartach przeznaczenia
Pisano z dawien dawna, sąsiadom być pognojem,
Zwierzęciem pociągowem, ich wozom do ciągnienia?
O, gdyby wyczarować ten dzień, co słowa słucha
I to mocarne słowo, co w dzień ów odkupiony
Uzdrawia i ożywczym pożarem z duszy bucha!
O, gdyby wyczarować płomienny śpiew natchniony,
Co mocą swą porywa tysiące, śpiew potężny,
Co daje skrzydła chyże i wiedzie w szlak miljony!
O, gdybyż to!… Lecz zapał zgryzotą dziś mitrężny,
A duch nasz jest rozdarty wątpieniem, bity wstydem,
Nie nam, o ludu, ciebie prowadzić w bój orężny!
Lecz przyjdzie czas, a wówczas i ty ognistym szydem
W narodów wolnych kole objawisz się w jasności,
Kaukaskie szczyty wstrząśniesz, opaszesz się Beskidem,
Po Czarnem Morzu gromem potoczysz zew wolności
I spojrzysz tak, jak gazda, baczący nad robotą,
Po ojców swoich domu i po swej własnej włości.
Dziś przyjmij śpiew ten wolny. Pisany on tęsknotą,
Lecz pełen ufnej wiary, śpiew gorzki, lecz niezłomny;
Przyszłości twej zadatek, polany łez zgryzotą
Mój ciężki żal i ma niewola —
Tam, kędy chwil minionych dola,
Gdzie gwiezdny świt wiosennych lat,
Gdzie cudem lśni wieczorny kwiat,
Gdzie jawor korzeń myje senny,
Gdzie wrzos ukwieca gaj wiosenny,
Gdzie złoci wszerz ojczyste łany
Tatarak, tyrsa i burzany.
SŁUCHAŁEM GWARU FAL…
Słuchałem gwaru fal, słuchałem snu dąbrowy,
I piłem sercem swem wieczystej czas rozmowy,
I długo piłem w zmierzch i w noc i w srebrne brzaski
Tę słodycz niemych dum i czar dziewiczej łaski,
Aż zmogłem w ziemi tej doczesnych pór omany —
Czczą sławę, grób i sąd — ostatnie me kajdany…
O ŚWICIE.
Ja w pierwszy świt przed wschodem słońca
Obaczę łono ziem do końca,
Nawiedzę gaj skróś ciszę niw
I do wieczornych przylgnę iw.
Czem ozwę się i któż mu o tem powie? Ach zamrą usta me, zamilkną na tem słowie — Mój kraj ojczysty…
GŁOS OJCZYSTYCH ŁANÓW.
Pod gajem ciemnych kęp, nad brzegiem sennej rzeki
W zadumie szedłem sam, wśród ciszy w kraj daleki,
A smutne myśli me, przy drzew ojczystych szmerze,
Co znały młodość mą, — szeptały wciąż pacierze…
Gałązki, senny liść kąpiące w wód przeźroczu,
W ten szarosiny zmierzch ginęły zwolna z oczu,
Omdlały spokój legł w ojczystych pól zagony,
Zmorzone myśli mgła spowiła w swe welony…
Szmer kroków głuchł na mchach, a wzrok mój skołatany
W łan patrzył: cichy wiatr wśród traw zawodził tany,
I czułem w ciszy tej, jak wiew mi pieści włos,
Gdy wtem doleciał mię z ojczystych łanów głos:
»O synu, synu nasz! w wigilię ciężkiej trwogi
Przyjdź ku nam, przybądź, śpiesz, byś spoczął, synu drogi,
Zmęczone czoło swe w nasz uścisk złożyć bratni
Raz jeszcze, dziecię, przyjdź, ach przybądź raz ostatni.
Tu będziem śnili wraz minionych urok rzeczy,
Tu ofiarujem cię wszechmocnej bożej pieczy,
Wieczornej krasy hymn ukoi serca skargi,
A balsam chłodnych ros spragnione zwilży wargi.
O przyjdź zaczerpnąć tchu… Bo pomnij: już niedługo,
Z blademi usty, w noc przybędziesz tu szarugą,
Lecz nie usłyszysz już pod liśćmi tej dąbrowy
Kojących, ciepłych słów pociechy, ni rozmowy…«
W UGORACH ZIEMI.
W ugorach ziemi w dzień i w noc
Promienieć będzie serca moc.
W wieczorny, tajemniczy czas Wyglądać będę, gwiazdy, was, I przez koronkę kwietnych kit Poławiać wasz płomienny świt.
I będą, gdy się noc rozdzwoni, Za wami oczy biedz w pogoni, I będzie cień mój między was Jak echo, mknąć po wszystek czas.
A jeśli nad mogiłą ciemną, Gdy się wieczorne zmierzchy zdrzemną, Usłyszę szept namiętnych słów — Nie spocznę w ukojeniu snów.
W odległą przyszłość swoi wspomną, Niech zabrzmi ich rozgłośny gwar W cienistym gaju, w słońca żar.
Mnie nie pocieszał senny szum,
Gdy niosłem brzemię niemych dum…
W milczące noce blask w zamroczu
Nie koił nigdy moich oczu… Niech oto im, spowitym w cień, Jaworów szum nie skąpi śnień…
Dla mnie w zaraniu młodych lat
Nie ronił ros wieczorny kwiat,
Zapóźno w drogę się wybrałem
I męki szczęścia nie zaznałem — Niech oni u tych bujnych pni Przeżyją rząd szczęśliwych dni…
A gdy zabłyśnie złoty Świt
I oto tu pod słońcem wiosny
Obwieści światu śpiew radosny,
Że zmartwychwstaje dawny mit — Ja będę słuchał głosów stu, W cichości leżąc w ziemi… tu Pod chramem mych jaworów…
Zakwita świeża ruń, — już marzeń pierś nie prześni! —
Równianek, wieńców w bród i płyną szczęścia pieśni,
Gwiaździsty nieba strop różowym blaskiem pała,
Barwami strojnych szat przyroda skrzy się cała.
Tyś jedna, jeszcze wciąż w głęboki sen spowita,
Zakryła oczy swe powieką tą stuloną
I gardzi twoja skroń przeczystych róż koroną…
Czy ty jasnego dnia nie widzisz w snów rozterce,
Czy ty skroś mocny sen nie czujesz w brzask, że świta,
Czy zapach mroczy cię, czyś ty sprzedała serce?
Wszak gdybyś ty nie czuła w śnie, Że świta ranną dobą — Mój żal, mój smutek, nuda ma Zasnęłyby wraz z tobą.
A gdybyś była serce swe Sprzedała w poniewierce — Nie znałabyś ty moich łez, Milczałoby me serce.
A jeśliby cię kwiecia woń Zawrotna zamroczyła — Rzuciłbym raje ziemskich kras I z tobą marłbym, miła…
Nie ronię łez w padole mąk,
Bez ciężkich dumań patrzę w mary.
Zapomnę dni minionych lat, Uroni krasę zżółkły kwiat I rosy rzeźwe mżyć przestaną… Szeregiem ciężkim chmury staną.
I będą… będą gasły oczy. Sen śmierci usta me zamroczy I pocznie tulić serca szał…
I wołać będę aż do końca
Temu, kto zbudzi z brzaskiem słońca —
Blademi usty chwałę chwał…
II.
O, CHWAŁA CI!…
O chwała, chwała Ci — za fale, huczne mocą,
Za ich, szumiący w dal, wieczystej krasy głos,
Za mój słoneczny dzień, za echa, mknące nocą,
Za rozkosz rannych Twych i Twych wieczornych ros.
Głos jutrzni woła mię, — rzuciwszy senne łoże,
Podziwiam świetność Twą w rozblasku złotym chmur,
Przywodzę na myśl sen, a modląc się w pokorze
Radosnem sercem ślę dziękczynnej chwały chór.
O chwała, chwała Ci — za fale, huczne mocą, Za ich szumiący w dal, wieczystej krasy głos, Za mój słoneczny dzień, za echa mknące nocą, Za rozkosz rannych Twych i Twych wieczornych ros.
Dziękczyniąc, sławię wciąż niebiosa Twe bezkresne,
A przed najmędrszą Twą mądrością dziwną drżę.
Czczę łono ziemskich fal, gdzie serce me doczesne
Rozważa, pyszni się, rozpacza, kupczy, łże.
O chwała, chwała Ci — za fale, huczne mocą, Za ich, szumiący w dal, wieczystej krasy głos, Za mój słoneczny dzień, za echa, mknące nocą, Za rozkosz rannych Twych i Twych wieczornych ros.
Na wyraj ptaki mkną nad morza głębie sine
I chyżopłynne ich szeregi śledząc w mgle,
Ja sam — syn ziemi — w lot za niemi sercem płynę,
A kiedy znikną z ócz — do Ciebie modły ślę.
Szerokoskibny kraj ojczystych sianożęci
W obczyźnie ujrzę w noc i cicho, cicho łkam,
Ach Komu żałość ma niewoli łzy poświęci?
Świetlaną duszę swą ukorzyć przed Kim mam?
O bądź pochwalon Ty — za fale, huczne mocą, Za ich, szumiący w dal, wieczystej krasy głos,
Za mój słoneczny dzień, za echa, mknące nocą, Za rozkosz rannych Twych i Twych wieczornych ros.
I znów i znów i znów — co rano, co świtanie,
Udręką serce drży, łzy gorzkie ślepią wzrok,
Goreją usta me, pałają nieustannie —
I znowu płynie hymn… rozbrzmiewa nocy mrok…
Pochwalon bądź mi dziś za wszystkie dary zgoła:
Za wolne pieśni me, za myśl dumnego czoła,
Za tęskność nudy w noc, za niemy czar wieczora,
Za smęt przygrywki strun formingi, zmarłej wczora.
Daleko, tam za łonem oceanów,
Z milczących niebios Twych rozbrzmiewa głos Organów,
Do stóp Wszechmocy Twej zanoszą śpiew hosanna…
O chwała, chwała Ci — za fale, huczne mocą, Za ich, szumiący w dal, wieczystej krasy głos, Za przesłoneczny dzień, za echa, mknące nocą, Za rozkosz rannych Twych i Twych wieczornych ros.
Przestrzeni! Hej, przestrzeni! Precz te czarne mury!
Na oścież te zbutwiałe, skrzypiące wierzeje!
Tu nam na serca zewsząd pleśnią grobów wieje,
To dwór upiornych zwidów, władcą czart ponury.
Tu nigdy się nie wkradnie promyk słońca z góry,
Choć mur ten, pełen szczelin, od wieków wietrzeje.
Tu niby statki mroków rozprzędły swe reje,
Na dnie, tam pod pokładem, zamieszkały szczury.
Więc niech tu dalej ścielą swe gniazda puhacze,
Heroldy blizkiej śmierci! niechaj puszczyk płacze,
Niech żądne krwi pająki snują zdradne sieci!
A my stąd chodźmy! chodźmy, dnia jasnego dzieci!
Tam czeka step bezbrzeżny, wirch w tęczach się mieni,
Wichury szum nas wzywa w bezkresy przestrzeni!
Kot wielki, czarny, grzał się przy kominku,
Kaganek mrugał i rozsnuwał czady.
Gdy wtem spostrzegłem — sprawiłyż to czarty? —
Usiedli przy mnie znajomi mi gracze;
W ich grubych palcach tkwią nowiutkie karty —
W milczeniu siedzą jakby dwa puhacze.
Wpatrzeni w karty, wciąż gestem nawyku
Rzucają stawki na stołek stłuszczony:
Ten z nich po kropli krwi stawia bez liku,
Tamten blaszanych liczmanów rulony.
Przeszedłem drżący w ciemny kąt framugi,
Wstręt budzi we mnie ta gra opętańcza!
Ciągle blaszkami wygrywa ten drugi,
Ów krew swą niże jak ziarna różańca.
Już zdrój czerwony płynie po podłodze,
Snać, jeszcze chwila — padnie gracz bez duszy.
Źrenice jego płoną jak w pożodze,
A pierś mu szarpie ząb strasznej katuszy.
Lecz nic nie mówi, ani się nie skarży,
Kartę po karcie wciąż kładzie na ławę,
Krew ciągle płynie, dymi strumień wraży,
Zda się, że wszystko wnet tu będzie krwawe…
Jak martwy siedzę — lęk mi gardło ściska —
Lecz śledzę dalej z zapartym oddechem:
Podłoga oto krwią już cała ślizka,
Czarny kot w kącie jakby parskał śmiechem…
Przebóg! nie karty to! śmiertelne ciosy!
Z tego krew ledwie już sączy na ławkę —
Jak ściana pobladł! A tamten łotr bosy
Wciąż pyta drwiąco: Masz jeszcze na stawkę?
I obojętnie pierwszy dobył noża.
Patrz: w jego sercu utkwi wnet jak w tarczy…
I rzecze głosem, jakby gdzieś z dna morza:
Stawiaj za siebie, mnie jeszcze wystarczy…
I pchnął się nożem… Jakbym dostał ranę,
Zrywam się z krzykiem: To szatański labet!
Przepadli gracze, kot się skrył pod ścianę, —
Począłem czytać strasznej gry alfabet…
Gorączka w oczach, — wciąż więdnący,
O twarzy, w której niema krwi,
Dwudziestoletni trup żyjący:
To ja mam być? Zwierciadło drwi…
Potworze!… Tak upadłeś nizko!
Gdzie, bratku, złote sny młodości?
Kto ideałów splwał ognisko?
Gdzie serce czyste? gdzie zdolności?
Wszak tyś wybrańcem był natury —
Tyś dzisiaj straszny, smutny waryant
Samego siebie… cień ponury!…
—
—
—
—
—
—
—
—
—
—
—
Cóż to za skrucha? co za płacze?
Woskowem czołem bijesz ściany
I obiecujesz żyć inaczej?!
Ach, nie dziw!… Tyś — na śmierć skazany!
A jednak żal mi ciebie szczerze,
Nieletni starcze z drżącą ręką!
Te szczapy widzę — litość bierze! —
I ten twój lęk przed śmierci męką.
Nieodwołalnie legniesz w grobie
Bez żadnej łzy i bez westchnienia:
Wszak nie zostawiasz nic po sobie —
Ni źdźbła, ni śladu, ani cienia…
Dziesiątki dwa twych lat — cóż warte?
Nie zapisałeś w nich nazwiska
Na wiecznej chwały białą kartę…
Tak samo giną chore psiska!
Więc giń! Już bije twa godzina,
Wydzwania ją grabarza stal —
Tyś potwór! bydlę! wstrętna glina!
A jednak żal mi ciebie, żal!
WOJENNY SONET
POD WRAŻENIEM A. GROTTGERA: LUDZIE CZY SZAKALE?
Zagrały trąby, zaryczały działa,
Śmierć rozpoczęła swoje krwawe żniwa.
Człek w człeka godzi, krwią ocieka niwa,
A tam wieś w dali płonie, niebo pała.
Zmrok. Ciemno. Cicho. Krwi kałuża cała.
Sztywnieją trupy. Mgła je kryje siwa.
W pomrokach widny słaby blask łuczywa:
To Chciwość węszy… Zdobycz dziś niemała.
Seraf każdy z nut uczony,
Więc nie umie grać kozaka;
Wciąż rzempoli »elejzony« —
Zwaryowanie!… Dam drapaka,
Tak mi ten obrzydnie raj!
Graj kozaka, siostro, graj!
CZARNA MYŚL.
Ziemia czarna, niebo czarne,
Zieleń czarna, cały świat…
Śmierć ukoi troski marne —
Śmierci! czekam ciebie rad.
Kędy Leta cicho płynie,
Gdzie Acheron zmarłym gra,
W zapomnieniu wszystko minie,
Oczom obca będzie łza.
Nad brzegami Flegetonu
W chore piersi wezmę tchu, —
Sam, bez »salve« i bez dzwonu,
Chyłkiem wstąpię w bramę snu.
Wtedy, gdym na świat przyjść miał biały,
Nikt nie zaczekał mojej zgody —
Mam zatem prawo kochać wszystko!
Oto najgłębszy sąd przyrody!
III.
O PÓŁNOCY.
Śpi różdżką zaklęty, jaśnieniem oblany,
Pachnący ogrojec, spowity w platany,
O zadźwięcz mi lutnio! tęsknoty to zew,
Niech w północ samotną strun zadrży mi śpiew!
Srebrzysta poświata księżyca, jak szarfa,
Srebrzyście też dźwięczy i łka moja harfa!
W jej pieśń zasłuchały się kwiaty i sad,
Szemrząca fontanna wstrzymała swój spad.
Nareszcie liść palmy cichutko tak jęknie:
»O nie graj, harfiarzu! ach serce mi pęknie!«
Zgryzotą zadrżały jaśminy i bzy
I na mnie strząsnęły pachnące dwie łzy.
Zgarbiły się wierzby płaczące, — migdały,
Cyprysy szumiące i mirt — zapłakały,
Magnolia błaga: »Ach nie smuć ty nas!
Skończ pieśń tę bolesną, zamilknij już raz«.
I już mi nigdy, nigdy ich nie wskrzesić,
Ani pozbierać, ani też ich krasą
Nie sycić oczu, nigdy mi już niemi
Nie cieszyć serca!
Te z nich upadły przechodniom pod nogi —
Niedostrzeżone przez nikogo zmarły,
Tamte poniosła zawierucha doli,
Gnając je wichrem w obcy, dziki ostęp,
Inne zaś padły na cmentarne płyty,
Do zimnych głazów w cichy zmierzch przywarły
Na wieki wieczne…
Nieliczne tylko ku tym białym kartkom
Przylgnęły modre, jak niezapominki,
Włożone ongi kochającą ręką
W okryty pyłem, stary modlitewnik.
I te ostaną po mnie tu na zawsze…
Kiedy odejdę, trwać tu będą po mnie
Cichem wspomnieniem.
I może kiedyś Ty, umknąwszy myślą
Od trosk powszednich codziennego życia,
Rozłożysz księgę, poczniesz cicho czytać
Te skromne rządki, te przesmutne kwiaty,
I nie spostrzeżesz, jak upadną na nie
Przeczystą rosą twoje łzy serdeczne
Po naszem szczęściu.
Czuję wzrok wasz, drogie oczy;
Tak królewsko po mnie kroczy,
Jak to słońce po roztoczy.
Cicho krąży wokół głowy,
Pieści rzęsy, włos mój płowy,
Szuka śladów swych ponowy.
Oczy! moje wy kochanie!
To łagodne spoglądanie
Czuję niby lek na ranie.
POD WRAŻENIEM MAZURKA CHOPIN’A.
Niekiedy zda mi się, że wszystko jest majakiem
I że się w dziwnym śnie przyśniłem własnej duszy.
Gdy rzeczywistość w dal pomyka lotnym ptakiem,
Sam sobie ginę z ócz, mrok biały w przestwór prószy.
Rozprzędza mi się jaźń, jako te mgły nad wodą,
Jak ten daleki śpiew, co w cichy wieczór płynie
Po kwiatach i po mchach z wieczornych ros ochłodą,
Aż w ciemnym borze, hen, w przepastnych jarach zginie.
Rozwiałem się jak cień. I czuję, mnie już niema
I może nigdy już, ach nigdy już nie będzie…
Choć słońce ciągle lśni, jak wielka, srebrna gemma,
Ni dźwięków już, ni barw! Tak cicho, cicho wszędzie.
NIM ODJADĘ…
Nim odjadę, póki z oczu ci zginę,
Ty mi, druhu, na pamiątkę po sobie
Grób namaluj… Niechaj stanie na grobie
Biały krzyż, umajony w kalinę.
Albo raczej, niechaj obraz przedstawia
Letni wieczór, zadumania godzinę,
I rozległą naddniestrową równinę,
Nad nią wyż niech z księżycem rozmawia.
Po równinie jar niech wije się kręty,
Jar skalisty i jak przepaść głęboki.
Na dnie jaru niechaj szumią potoki,
Szary muł w dal niech niosą ich męty.
Niechaj rosną na przepastnej rubieży
Dzikie osty, krze jałowcu i głogi.
Między niemi, wytycz bracie, dwie drogi —
Jedna w dół, druga w górę niech bieży;
Jedną ona niechaj stąpa wśród ziela,
A tą drugą niechaj on się przedziera.
Jak żal mi dziś, jak żal, minionej każdej chwili,
Co przeszła obok nas i w mrok zapadła ciemny…
Wszak mogła wyśnić nam upojną radość życia,
A przecie tylko żal zrodziła, żal daremny.
Zakwitnąć mogła nam szkarłatem asfodelów
Karminem wczesnych róż lub jako polne maki…
Jedynie chwile te nas mogły były wywieść
Z niewidnych jarów, z mgły, na czyste, białe szlaki.
I pieśnią, mogły nam wesołą pieśnią zabrzmieć
I płynąć tak, jak z gór szalone płyną rzeki,
I mogły tęczą barw czarownie nam zajaśnieć
I mogły były trwać wspomnieniem całe wieki.
A myśmy wszystkie je bezmyślnie zmarnowali
I znów nad nami mgła całuny śmierci chyli…
Uroku przeszłych dni trud żaden już nie wskrzesi.
Panno Ewelino! o, panno Ewelino!
Gdzie jesteś? Pragnę cię zobaczyć,
O sto lat duszę przeinaczyć,
I ze skruszoną szczerze miną Na klęczkach wyznać tobie chcę: »Ja kocham i ubóstwiam cię, O, panno Ewelino!Ewelino!«
A oto album twe z bożkami!
Przez twych przyjaciół zapisane
I rysunkami zasypane —
Ja w niem wpisuję się słowami: »Po wielbicielach przepadł słych, Dziś ja czcicielem wdzięków twych, O, panno Ewelino!«
Niebiańskiej byłaś więc urody:
Zwał Ciebie każdy Afrodytą;
Amora w dom twój śląc z wizytą,
Na twoją cześć pisywał ody — A teraz, Pani, teraz cóż?… Czyżby wymarli wszyscy już?… O, panno Ewelino!
Ja jeden dzisiaj śnię o tobie.
A gdzież twa wdzięczność dla czcicieli,
Co dłoni ścisnąć ci nie śmieli?…
W marzeniu moja moc i władza,
Więc z waszej zdrady szydzę, drwię ―
Bo co mi tam, że ktoś mię zdradza:
W marzeniach — ja posiadam cię.
TRZY MOMENTY.
Ciszej, ciszej: chodzą zbiry,
Piją ludu krew wampiry… Chyłkiem głowy, Skryć się w rowy:
Może mimo przejdą zbiry… Ciszej, ciszej — Kto to dyszy?… Ciszej… ciszej…
Ciszej, ciszej: śpią wampiry,
Syte krwi drapieżne zbiry… Chyłkiem głowy, Skryć się w rowy:
Jak zabici, śpią wampiry:… Ciszej, ciszej — Kto to dyszy?… Ciszej… ciszej…
Hej, do broni! bić we dzwony!
Iść odważnie w trzy zagony! Róg nas woła — W bój, kto zdoła!
Niechaj grzmią pioruny-dzwony!!… Kto się skrada? — Kulą w gada! Kto się skrada?…
∗ ∗ ∗
Są kwiaty przedziwne, co nigdy nie kwitną,
Lecz wciąż zadumane, do głębi stroskane,
Jedyną źrenicą, od łez aksamitną,
Tkwią z niemym wyrzutem w niebiosach.
Gdy słońce te kwiaty ozłoci o świcie,
Przez łzy uśmiechnięte ich listki zwinięte
Z żałością wyszepcą, wzdychając: »O Życie!
Ach, czemuś ty wcześniej nie wzeszło?…«
Mój kwiecie nad kwiaty, tyś jako te kwiaty…
Patrz — błyszczą sztandary, grzmią dzwony, fanfary,
Dziś święto swobody! lud czyni objaty,
Ty jedna znów idziesz na cmentarz —
Jak mniszka…
WIEŚCI KRUKÓW.
Co dnia lecą kruki, wrony,
Co dnia kraczą z każdej strony: »Tam spalono, Tam stracono,
Tam schwytano, Tam zabrano, Uwięziono, Oślepiono I cichaczem Uduszono… Kra - kra - kra!
Po wsiach chłody, Po wsiach głody… Od chałupy, do chałupy Z popem śmierć gromadzi łupy: Popa kieszeń pustką świeci, Śmierć umiera: ciężkie sieci!… Czart na skrzypcach z tyłu gra, Depce trupy… kra-kra-kra!
Czegoż wy patrzycie? — płaczcie!« — Kruki, wrony, — o, nie kraczcie…
Wszyscyśmy tu głusi snać… — »Jakżesz to się mogło stać?«
— Wilczem zielem nas upito,
W nasze uszy gwoździe wbito,
Potem wszystkim łby skręcono
I na wolność żyć puszczono.
Noc my prześpim, dzień przedyszym,
Wszystko widzim, a nie słyszym
I nie zgadniem łby strutemi,
Co też to na naszej ziemi —
I nie wiemy już, — szaleńce, —
Czyśmy wolni, czy też jeńce…
Nagle chmary wron wzleciały,
Wrzasły, śmiechem zawrzeszczały… — Kra, kra — wolni! kra — nie jeńce!
To szaleńce! to szaleńce!
MÓJ NARÓD.
Tak! naród mój bezbrzeżnie śmieszny…
Dziwaczny garbus ślepy, dziad…
Po ludziach z lirą się wałęsa;
Jałmużny żebrząc, łzą lśni rzęsa — —
Nie świadom ojców ... dawnych lat…
Lecz ja przyznaję się wszem wobec:
Jam synem ślepca! Mnie nie wstyd!
Za rękę go, patrzajcie, wiodę,
Hen w świat daleki, na swobodę,
A może zajdziem i ... na szczyt!…
O, bracie! Ty z nas drwisz i szydzisz,
Lecz wiedz, że dziećmi hańby — ot
Ci wszyscy syci i pogodni,
Gdy ojciec żebrze u przechodni
I na noc idzie spać pod płot.
W objęciu chmur milczały skały…
I chmury rzekły tak do skał:
»O, drogie siostry, lećmy w cwał
W kraj, który w słońcu tonie cały«… W objęciu chmur milczały skały…
I chmury cicho poleciały…
Płynęły srebrne łzy z ich ran…
I niby łzy, z przepastnych ścian
Kamienie, lecąc w dół, szarzały… I chmury cicho poleciały…
∗ ∗ ∗
Nie wszystkie jeszcze zmarły żale, Nie każdy już wygrany ton,
Nie wszystkie w chmurach znikłe dale!
W mej piersi krew się burzy w szale, Brzmi serce, niby złoty dzwon, Iskrami sypie brew.
Mnie nie tkną życia strzały ostre — Precz słabe łzy! niech gore żar!
Ja, który Wieczność mam za siostrę,
Na stepach ducha wszerz rozpostrę I w morze pieśni ognia czar Zamienię, wszystką krew.
Niech szczebiocą pocałunki, Jak skowronki w rajski czas…
O, nie lękaj się, kochana, Nikt nie słyszy nas.
Nikt ciekawy nie dociecze, Jak też to się dzieje tak,
Że na twych jagodach, zimą, Kraśny kwitnie mak.
Niech ździwieniem zdjęci mówią: »Coś… jak pobrzęk dzwonków-kul…
Ktoś, zmyliwszy drogę, błądzi Wśród śniegowych pól…«
MIŁOŚĆ.
O, nie dziw się, że wieczór tak błękitny…
Że wyjdziesz dziś, to przeczuł wieczór ów, —
Dlatego-to ten wieczór aksamitny
Pożyczył barw od kwietnych lnów…
O, nie dziw się, że zewsząd płyną wonie,
Że mdleją bzy, gdy przejdziesz ścieżką tuż, —
Wszak wieczór ci kwiatami wieńczy skronie,
Dla ciebie bukiet wije z róż.
O, nie dziw się, że tyle gwiazd na niebie,
Że srebrnie lśni przejrzysty nocy kwef, —
Ta jasna noc stroiła się dla ciebie,
Promieniąc strop niebiańskich stref.
Jak tylko ty w alkowę wejdziesz z ganku,
Odświętny blask zagaśnie, zwiędnie bez,
A chmurna noc przepłacze noc do ranku
Rzęsistym deszczem cichych łez…
FALA.
Gdzie wikliny chylą wici,
Kędy pną się smukłe iwy,
Na jeziorze lazurowem —
Srebrna fala żyła tam.
Rankiem, czesząc swe kędziory,
Przeglądała się w jeziorze,
A w zaciszu ją pod liśćmi
Kołysała srebrna toń.
Gaśnie dzień, pomyka wieczór,
Toń usypia pocałunkiem,
Świat osnuwa w ciemne szaty
I rozprzędza białe mgły.
Z chmur wypływa księżyc srebrny,
Śle jezioru pocałunki,
Falę jaśnią wciąż łaskocze,
By rozbudzić ją ze snu.
Brzmią słowików chóry całe,
Kwitną lilje srebrnobiałe,
Śnieżne kwiecie prószy z drzew;
Dwa gołębie dla przekory
W takt gruchają swarny, skory,
By słowików przemódz śpiew.
Wciąż gaworzą ich gruchania,
Jedno drugie wciąż osłania,
Obtrząsając z wiśni kwiat,
Wciąż całują się i pieszczą,
Rosy pośród traw szeleszczą —
Uśmiecha się cały świat!…
Tęcza pośród traw się mieni,
Gdy cię wiodę wśród zieleni
Róż, pod ramię w noc i w dzień —
Dla nas ptasząt chóry całe,
Dla nas kwitną lilje białe,
Śnieżne kwiecie prószy z drzew!…
ŚPIEW ODLATUJĄCYCH ŻÓRAWI.
Gdy jesienny wicher wionie,
Niebo w morzu chmur utonie,
Wnet żórawie w zwartym klinie
Płyną szukać innych stref.
Kto z nich wróci, kto zaginie?…
Słychać z chmur ich smutny śpiew —
Hen po chmurach w zwartym klinie
Płyną szukać innych stref.
Płyną oto dżdżystą porą
I na lotne skrzydła biorą
Zieleń lata, promień lata,
Na wyrajów niosąc łęg —
Wciąż ich smutny śpiew dolata,
Ich żałosny dzwoni jęk:
Zabieramy zieleń lata
Pod niebiosów obcych kręg!
W polu płacze ciemna chmura,
W niebie kania gra ponura,
W izbie cieśla trumnę ciosa —
Moje serce krwawi żal,
Maksymilian…!! kochany!
Powróciłeś? wolnyś już?! —
Zamarł okrzyk obłąkany,
Rycerz znikł jak mara z mórz,
Z pustych, ciemnych mórz.
W dal po falach szły odgłosy,
Wśród odmętów powstał szum;
Posiwiały księżnie włosy
I sposępniał myśli tłum —
Co za dziwny szum?!…
Od tej chwili zawsze nocą
Księżna błądzi, patrzy, drży:
Srebrne ścieżki wód migocą,
Srebrnołuski odmęt skrzy,
Pluszcze, szumi, mży.
SAMOTNOŚĆ.
Czasem morze w czajkę cicho pluśnie, czasem szepcąc wiatr powiewem muśnie… Owinąłem miłą swem ramieniem: Luli, luli, płyniem z wód strumieniem, moja luba śpi:
Fala łódź kołysze z nami,
Błyszczą bryzgi, morze gra mi;
Luli-luli, luli-luli…
Moja luba śpi!
Cicho, cicho czajka się kołysze, jeszcze ciszej biała róża dysze, uśmiechami morze rozelśniła — Ninna-nanna, Lino moja miła, śnij, kochana, śnij!
Czajka ślizga się po fali,
Piany srebrzą ląd w oddali,
Ninna-nanna, ninna-nanna,
Śnij, kochana, śnij!…
Cicho, cicho mienią się szafiry, jeszcze ciszej szumią serca kiry, — morze błyszczy, srebrnie jak muśliny!… Niema szczęścia, chyba u dziewczyny, cicho, serce, cyt!
Czem raz bliżej do przystani,
W śmierci ścichnie płacz otchłani,
Luli-luli, ninna-nanna,
Cicho, serce, cyt.
WIECZORNE DZWONY.
Wieczór. Dzwonią dzwony, smutny śpiew ich płynie,
Z domu ślą mi listy: będziesz, synu, sam…
Matko moja miła, pamięć miej o synie,
Matko, dzwony dzwonią na rozstanie nam!
Matko moja, matko, słuchaj słów mych, droga:
Chociażeś daleko, słyszysz dobrze tam —
Tu mię w samotności ciągła dręczy trwoga,
Że te dzwony dzwonią na żegnanie nam!
Pójdę ja za tobą, — nie martw się kochanie,
Tu mnie nie pożegnasz, — ujrzysz wkrótce tam —
Z naszych trosk i cierpień źdźbło nie pozostanie,
Matko, dzwony dzwonią na dobranoc nam!
CICHA NOCKA.
Cicha nocka. Wszystko we śnie,
Mnie on dziś nieznany!
Cieśla ciosa bez wytchnienia:
Czych! i czych! i czych! wśród cienia
Słychać z poza ściany…
Jakże smutno mi, jak smutno,
Dziuniu jasnowłosa!…
Cicha nocka — nic nie wróci,
Zasnę — nic się nie ocuci —
Cieśla trumnę ciosa…
ZŁOTY SMUTEK.
„Młodej Muzie“
Nie dziwcie się, bracia, was dziwi
Ten żal uśmiechnięty mych dum —
Gdy smutek me serce roztkliwi,
Wnet radość dum złoci mi tłum.
Ur. 1864 r. w Połtawszczyźnie na
ros. Ukrainie. Przebywa tamże.
POEZYE:
UKRAINI
NIEPEWNOŚĆ.
O, gdybym wiedział: trzeba żyć
I dla owego gonić za tem…
Tak żyłbym, by mię każda nić
Do tego celu wiodła światem,
Kazałbym każdej chwili skrzyć —
O, gdybym wiedział: trzeba żyć…
O, gdybym wiedział: wszystko — puch!
Wytycznej, celu nie ma zgoła
Odwieczny ziemi naszej ruch, —
Precz wówczas istność w pocie czoła!
Po życiu niechby przepadł słuch —
O, gdybym wiedział: wszystko puch!…
SZKODA!
Grecyi dawnej mistrzowie! Szkoda, że wstać nie możecie
I w ukraińską słobodę, w sady wiśniowe zaglądnąć!
Ja tak gorąco pragnąłbym, byście widzieli dzieweczki
Te ukraińskie, gdy one społem ująwszy swe ręce,
Rozpoczynają swój taniec gibki, wesoły i barwny,
Gdy zaczepiają junaków, głośno, lecz w miarę żartując,
Lub, zadąsane, z uśmiechem twarz odwracają różową,
Lub, kiedy sypią iskrami z oczu, co są jak węgielki,
Lub, kiedy ranią nam serca źrenic stroskanych spojrzeniem.
Snuć dla was o tem opowieść nie odważyłbym się nigdy:
Trzebaby najpierw Homerem stać mi się w dobie obecnej;
Ach, jaka szkoda, o Grecy, że nie możecie ich ujrzeć!
Niktby się więcej nie wspinał na szczyt Olimpu, ni Parnas,
Nikt tam nie szukałby odtąd Gracyj i Muz i natchnienia.
…Gdym tak umierał — jęczały bory, łęgi,
W posadach drżały góry, skały,
A wichry smutną pieśń tęsknoty łkały,
Z kurzawy ścieląc wiecznej szlak mitręgi.
Jak tłum upiorów, jak szatanów chóry,
Ze sykiem się kłębiły w górze chmury,
A syk ten brzmiał w mych uszach, jak szyderstwo.
―
―
―
―
―
―
―
―
―
―
Prowadził mię na cmentarz orszak dziwny:
Szkielety dawnych cierpień, marzeń trupy,
Wśród nich w namitce ślubnej, jak oblubienica,
Tęsknota szła z Minerwy twarzą białą,
A uśmiech pierwszy raz jej smutne złocił lica.
Doznane krzywdy za nią — zgrają całą —
Szły, wiodąc motłoch obelg, jak wściekłe psy na smyczy.
A dalej żal, spłacone życiu grzywny
W puharze niósł: łzy cierpkie, jad goryczy.
Tam znowu czarne myśli jak te wrony w polu,
Zawody moje w niemym bólu
I — w jeden orszak zlane pogrzebowy —
To wszystko, com przebolał w dzień rokowy,
Gdym sam umierał———
Spoglądasz na mnie z tego płótna
Tym swoim wzrokiem, gdyby rannym…
W nim tkwi tęsknota — cicha, smutna
Z wyrzutem mięsza się udanym.
Ironii odcień źle, niestety,
W twych ust kącikach utajony —
Coś w tobie z Nioby z operety
I coś z modlącej się Madonny…
O Pani! jakże ciebie tanio
Tu kupić można z ram okryciem —
A jam zbyt drogo cenił Panią
I kiedyś chciałem — płacić życiem…
OJ NE CHODY, HRYCIU…
Na scenie konał Hryć… Widownią ciemnej sali,
Jak mroczną głębią wód, ciągnęło sieć znużenie,
A jednak drżeli ci, co, zda się, są ze stali
W powszedni, gwarny dzień… Umierał Hryć na scenie.
Patrzyłem w twoją twarz… Pod czarnych rzęs osłoną
Nabrzmiały wielkie łzy i ciężko spadły — Potem
Paroksyzm cichych łkań twe śnieżne przebiegł łono, —
A tam — umierał Hryć, udanym zlany potem!
Mą piersią wstrząsnął żal, że lata szybko miną
I ja upadnę w grób w pośrodku życia-sceny
Bez klaskań i bez braw, przez widze danych tłumne;
I śniła moja myśl, czy też z twych ócz, dziewczyno,
Z tych dwojga ciemnych mórz, spowitych w mrok bezdenny,
Chociażby jedna łza upadnie na mą trumnę?…
Dawne me marzenia —
Białe gołębie,
Rano poleciały;
W południe wyrósł wokół mnie Czarny, niebosiężny mur — Zbudowały go troski moje Z kamiennego smutku; Nie przelecą muru Wracając wieczorem, Moje białe gołębie...
Dawne myśli moje —
Brzaskowe, złote motyle;
Miód piły z błękitnych bławatów.
Dzisiaj —
Ostatnia z moich myśli i marzeń
— Żyć tylko dla ciebie i z tobą —
Rozwiała się,
Smętną, siną mgłą poleciała Doganiać moje białe gołębie I złote motyle...
Widzę oto:
Otwarta już przedemną chata Wązka, ciemna, drewniana — Gdy w nią wchodzić będę, Dajcie po mnie Garść kwiatów.
Która nigdy nie widziała ciebie,
Ni twojej maleńkiej głowiny,
Ni twojego skonu.
Za to twe prochy, sieroto,
Zabiorę tam —
W swoją chatę...
Lub jako cień biały,
Z tobą na ręku,
Ulecę na niebo.
Stamtąd Strzedz będziemy twego ojca Od gorzkiej doli.
Tobie, dawny mój przyjacielu,
I twej chorej Muzie Zsyłać będziemy z błękitu Jasne uśmiechy.
Z drobnych gwiazd Spajać będziemy złote wieńce Na twoją zmęczoną skroń.
Z pajęczyn i włosów anielich Tkać będziemy na twe serce przędze, Które cię uchronią Od burz w twojej duszy.
Stamtąd Ja słuchać będę twej spowiedzi I ubielę ci głowę Szronem śnieżnych kwiatów...
Tu, czuję,
Nie ujrzę ciebie już nigdy,
Jedyny przewodniku.
Porzuciłeś ty mię w ciemnym jarze,
A sam odszedłeś daleko;
Łzy moje Zmyły tę krzywdę, Coś mi ją wyrządził —
Dziś płaczę na widok tej jeleniej skóry,
Która ci była okryciem,
Tej twojej pościeli z dębowych liści,
Na której leżąc,
Śmierci wyglądam.
Gdy umrę,
Górskie ulewy Obmyją me ciało, A dobry wiatr Je ziemią przysypie; Zamiast krzyża, W pagórek z piargów Sosnę żałobną zasadzi.
Jeśli wrócisz,
Przyjdź tam do mnie.
Rozgarnij dłonią ziemię,
Niechaj ciepły promień słońca Padnie na me biedne czoło I drobne kosteczki naszych dzieci.
Tam mi w ziemię trochę słońca daj.
RÓWNIANKA.
Ledwie dosłyszalnie przechodziła pomiędzy mogiłkami dziecięcego cmentarza. Idąc, płakała i drżącemi rękami robiła z dużych białych płatków nieznanego jej kwiecia głęboką kołyskę dla swego już zmarłego dziecka. Krzyże, zeschłe wieńce, drzewa schylały się przed jej wielkim smutkiem. A ona co chwila do innego zginała się krzyża — z przybitą na nim blaszką. Jakgdyby czegoś szukała... Aż oto przyszła do maleńkiego grobu, na którym rosły kwiaty. Wpatrzyła się w nie w zadumie:
»Sieroto cicha, tuberozo biała,
Jedna-jedyna na wątłej łodydze!
Nie ciebie we łzach zamyślona widzę,
Lecz główkę dziecka, któregom nie znała...
Przed tuberozą dwie niezapominki,
Jak gdyby wpięte w jej białą głowinę;
Patrzycie na mnie, drobne i niewinne,
Wy... oczy mojej malutkiej dziewczynki...
Lilij, westchnieniem poruszanych, błyski,
Z zewłoku dziecka macie śnieżność płatka;
Wiedźcie, smutniejsza od was młoda matka,
Tuląca mały grób zamiast kołyski.
Ziemio, chłonąca nasze łzy i ciało,
By się módz stroić w maki purpurowe,
Daj mi kwiat maku... kwiat z krwi... kwiat za głowę!
Patrz: jego badyl trysnął krew — krew... białą...
Żałoby mojej boleściwe kwiecie,
Pięknie urosłe z śmiertelnego ziarna,
Gdy cię całuję, równianko cmentarna,
Czuję, że świat mi zabił moje dziecię.«
O, bądź przeklęty gwarny świecie,
Co już niczego się nie wstydzisz,
Wydrwiwasz Piekło, z Bóstw swych szydzisz,
Odbierasz cichy czar Objecie!...
ZNAM SMUTEK...
Znam smutek, co dumnej nie chyli mi skroni,
Łzy, w sercu zakrzepłe na troski codzienne —
Źrenica mi nigdy tych łez nie uroni...
I uśmiech mój we łzach. Me słowa kamienne.
A lęk pyta duszę, którędy?... gdzie droga?...
Mój krzyk w przemilczeniu, łkającem w mej piersi;
Ujawni go kiedy mój gniew, moja męka?...
Dziś żal mi pozostał — i myśli pożoga.
Ja miałem swe szczęście!... swe słońce... idyllę..
Kto skradł je?... Umarło!... Niezbyt była cienka —
Nim jeszcze się prześnił mój sen siedmiobarwny,
Rozwarły się oczy ————————— ——————— Ty także masz tyle
Tajemnic, mój bracie!...
TWE IMIĘ.
O powiedz mi swe imię, ukochana,
Bym wiedział, jak mam ciebie zwać w marzeniach...
W tem słowie, wierzaj, większa moc uśpiona,
Niż w dźwięku tym, co Bóg nim świat swój stworzył...
Tem słowem w mej służebnej duszy stworzysz
Błękitów, słońc i błędnych gwiazd bez liku...
Zachodzi słońce. Cedry wzgórza
Ze skał w wieczorną szumią dal, Na brzeg wynosi gniewna burza Korale z głębi fal...
Spojrzały cedry — nurty... morze....
Korale wicher wzdłuż i wszerz Po górach rozsiał, po ugorze, Jak deszcze krwawych łez.
I słyszą, jak omdlałe w sile
Odmęty cichną, kona szum — Hen rozsiał zachód na trzy mile Siew krwawych, krwawych dum...
POGRZEB REKRUTA.
Oto z wieży nie zadzwonią huczne dzwony:
Umarł rekrut... Z czcią też będzie pogrzebiony.
Przodem stąpa równym krokiem garstka wiary,
Za tą garstką wronę konie ciągną — mary...
Lecz nie dzwonią, nie zadzwonią huczne dzwony.
Idzie pogrzeb. W polu kwitnie maj zielony.
»Gwer« na twojej białej trumnie, »gwer« przy czaku,
Po twej głowie, Jasiu, synu, tyle znaku...
Przodem twoi towarzysze w równym »glidzie«,
Tyle śladu, Jasiuleńku, z tobą idzie...
A przed trumną idzie »banda« i żałośnie
Opowiada, żeś mi, synku, zwiądł na wiośnie.«
Ksiądz nie śpiewa, nikt nie śpiewa antyfony.
Gdzieś zapłacze gorzko ród osierocony.
Biała trumna, krzyż, żołnierska przyodziewa,
Cicho, smutno... Ksiądz nie śpiewa, nikt nie śpiewa,
Milczą nawet tam na wieży huczne dzwony,
Umarł rekrut... Nie powróci w swoje strony.
»Pokłońcie się dobrym ludziom we wsi, mamo,
I powiedźcie, że wasz Jasiek ślub wziął z jamą...
Opowiedzcie, że Jasiowi surmy grały,
Twemu sercu, mamo, żalu dodawały...
Marcie, mamo, się pokłońcie!... Kruk zakracze,
Tu po mojej młodej, głowie wiatr zapłacze!...«
Ksiądz nie śpiewa, nikt nie śpiewa antyfony,
Gdzieś zapłacze gorzko ród osierocony.
Biała trumna, krzyż, żołnierska przyodziewa,
Cicho, smutno... Ksiądz nie śpiewa, nikt nie śpiewa,
Milczą nawet tam u bramy lśniące dzwony,
Umarł rekrut — i nie wróci w swoje strony...
EPITAPHIUM.
Tutaj mi spocząć po walkach i burzy —
Zbywszy udręki mąk wszystkich tu zgoła,
Spać będę cicho, aż Sąd mię powoła.
Jutra tu nigdy mi lęk nie wywróży.
Oto się kończy wędrówki manowiec!
Cicho mię złóżcie w ziemicy mej łono,
Wieczne snu szczęście tu znaleźć sądzono;
W matki objęciach je znajdzie wędrowiec.
Raz jeszcze stąpię w głąb ciemną i miękką,
W niej dla strudzonych najmiększe posłanie...
Bieg moich błędów na zawsze ustanie.
Tu go milczenie zatrzyma swą ręką.
W bezruch martwoty i w sen zapomnienia
Winy zapadną i walki i swary;
Ci, których w boju gromiłem bez miary,
Nigdy nie znajdą swych win przebaczenia.
(Na cudzy motyw).
CYKL: „WIOSŁOWANIE
W LOTOSY.“
I.
WĘDRÓWKA.
Błądziłem z tobą we śnie w dolinie Kaszmiru,
Wśród egzotycznych kwiatów, nieznanych z nazwiska,
I dziwiłem się, patrząc w twe oczy z szafiru,
Żeś — zawsze oddalona, — teraz tak mi blizka...
Fantastyczne krajowców mieliśmy ubiory,
Białe fezy na głowach, purpurowe pasy,
A zatknięte za pasem dwa lśniące topory
Jako broń miały służyć i dopełniać krasy.
Szliśmy cichym wieczorem, dłoń w dłoń, ramię w ramię,
I milczeliśmy, dziwnie ostrożni w tej chwili:
Jakbyśmy się lękali wspomnieć w tym sezamie
To, cośmy tam we świecie właśnie porzucili...
Gdzie namiot niebios podparł Gaurizankar biały,
Świątyni Himalajów najwyższy obelisk,
Skronie nam uwieńczyły kwitnące migdały,
Aż przyszliśmy na brzegi Dhaalu topielisk.
Tam, jakby na zaklęcie czarodziejskiej wróżki,
Uniosły nas we dwoje koralowe łodzie —
Wpłynęliśmy w lotosy. Lotne świetlne muszki
Zapalały światełka w cichej świętej wodzie.
Gęsty mrok, ten przyjaciel nieśmiałych kochanków,
Oplątywał nas zwolna w słodkich dreszczów sieci,
Odurzający zapach rozścielonych wianków
Uwodził nas do szaleństw, niby parę dzieci.
I przyszła ta godzina, co religię nową
Miała nam tak objawić: Wszak młodzi jesteście!
Już rozchyliliśmy usta, by wyrzec to słowo,
Wtem — ja sam się ocknąłem... w europejskiem mieście.
Niemiła rzeczywistość, ten fakir złośliwy,
Nagle mi ukazała pokój zimny, szary.
Na ulicy deszcz padał, plusk bił w rynny ckliwy,
Po nocy się włóczyły nienawistne mary.
II.
DO ZAGASŁEJ JAŚNI.
Proszony przez cię, bym odszukał grób
Drogiego tobie przed laty człowieka,
Znalazłem z piasku wzgórze nakształt wieka.
Stoi tam liczbą oznaczony słup...
Patrzyłem w znak ten, w twoją zgubę zgub,
Milczący, myśląc: Oto jest twa Meka...
Gdy wtem mię smutkiem niby głos urzeka:
»Tu leżę, z zmarłych najszczęśliwszy trup«.
Patrz, to misterjum jak z potwornej baśni:
Kocham cię, żywy; on — cmentarne próchno.
Lecz ty do niego odbywasz pielgrzymki;
Wkrótce i ciebie wiewy śmierci zdmuchną.
A ja iść będę z życiowej zadymki,
Tak jak ty teraz — do zagasłej jaśni...
III.
ŚNIENIE BAKCHICZNE.
Śnię o jakiejś piekielnej, niemej z tobą orgii,
O zmysłów — pożądaniem głodnych — ostrym szale,
O mrokach Watykanu, o papieżu Borgii,
Gdy, sam na sam z kochanką, oparł nóż na mszale...
Opętała mnie bowiem za tobą tęsknota
Tak, że pragnę nareszcie, by się raz skończyło,
Zedrzeć z ciebie i z siebie tę maskę bigota,
Choćby twe łono miało stać mi się mogiłą!...
Namiętny duch mój, szałem omroczony heros,
Myśli o tobie — brance, — maniacko uparcie —
Chcę pić z twych piersi zapach pąkowia tuberoz,
Lub wyczytać swe imię na pośmiertnej karcie!
IV.
ROZMOWA SENTYMENTALNA.
— Myślałam, że to nigdy nie minie...
— To mija.
— A kiedy przeminęło, myślałam, że wskrześnie.
Dziś widzę kres. Za późno!
— Ach, powiedz: za wcześnie!...
— Powoli kir żałobny me serce spowija.
— Kir żałobny? To śmierci jest weselna szata.
Lecz się nie martw: mnie więcej umarło kochanek;
Wszystkie sam pogrzebałem...
— Ja z tamtego świata
Powrócę... Nie zapomnij w trumnę dać mi wianek...
V.
W ROCZNICĘ.
Tu, gdziem przed rokiem razem z tobą był, W pokoju tym dziś jestem sam.
Przez okna prószy słońca żółty pył I brzmią, jak trzmiele, brzęki gam.
Zamykam szczelnie okna, marszcząc brwi: Wszak była cisza temu rok...
Zasłaniam kirem także szklanne drzwi, By, jak przed rokiem, był tu mrok.
Zamknięty oto na wrzeciądzów spust, Nie pokój widząc już, lecz grób —
Całunkiem drżącym swych żałobnych ust Popiołów szukam z twoich stóp.
VI.
SMUTEK UTRATY.
Zgasł w duszy mojej w mrok płonący znicz
I runął w gruzy moich rojeń chram.
Dzierżąc pokutny flagellanta bicz,
Bluźniący życiu, na ruinach łkam.
Lecz jaka skrucha może zmazać grzech,
Żem sam jest sprawcą tych potwornych zgliszcz?
Przecz zwarzył kwiecie me — mój własny dech?
Czy złoto było to, com miał za łyszcz?
Pamiętam chwilę dziwną, — płonną skruch, —
Gdy lęk ostrzegał, że coś tracę snąć...
Ach, smutne dzisiaj serce me i duch,
Że nie mam już się o co bać!
Co wieczór szumi miasto, błyszczące światłami,
Od których bije w niebo szafranowa łuna;
Ten poblask nocy miejskiej tak mi oczy mami,
Że marzy mi się krwawa paryska komuna,
To znowu Rzym płonący z kaprysu Nerona...
A gdy tak w otchłań marzeń niemo tonie dusza,
Natenczas piosnka, grana na ręcznej harmonii
Pod mojemi oknami, bardziej serce wzrusza,
Niż banalna konieczność czyjejś tam agonii,
Gdy ktoś mi w progu rzeknie: »Zastrzelił się... Kona...«
I wtedy imię moje, imię zwykłe, szare,
W ulicy przez dziewczynę krzyknięte przypadkiem,
Wywołujące śmieszną przyszłych zdarzeń marę, —
Cenniejszem zdaje mi się czemś i bardziej rządkiem,
Niż Sława, na pomniku laurami wieńczona.
2.
NOC POPIELCOWA.
Oto noc popielcowa, licznych samotników
Powiernica i wróżka, iszcząc kaprys chwili,
Prowadzi dziś przez wnętrza biednych pokoików
Korowód gejsz Nipponu i gitan Sewili.
To znów im o nieznanej szepce Ulajali,
Czczem widmem nudy dręczy, prawi o ich nędzy,
I wypędza nareszcie w sień balowej sali,
Kędy stać będą, cisi, nie mając pieniędzy.
Co chwila zajeżdżają pod dom kabrjolety,
Usłużnych samochodów turkot zadyszany
Coraz to cudowniejsze wieści im kobiety,
Nim wynurzą się bosko z gazy białej piany.
Lecz zwolna ich przygnębia smutek boleściwy,
Jakieś ulotne echo przedwiecznej przygody...
Więc każdy z nich rozmyśla: »Czym jest król Niniwy?...
Czym nie ja miał, w prawiekach, wiszące ogrody?
Gdzież są moje hurysy, moje odaliski,
I najczulsze kochanki królów — niewolnice?«
I słaniając się, zwolna, łez rozpaczy blizki,
Odchodzi w najciemniejsze ukryć się ulice.
Chmurnej nocy na losu żali się koleje,
Nie bacząc, że do nitki wnet z jej łez przemoknie —
A w końcu postanawia badać własne dzieje
W każdem, niezasłoniętem, parterowem oknie;
Wtenczas cichy samotnik, ze wzruszenia blady,
Po przymurkach się wspina ze zręcznością kocią,
I drżąc, śledzi przez szyby nagi bezwstyd zdrady
Tej, co ją żoną króla zwał przed wieków krocią...
Jedyną jest mu ulgą, kiedy się wydarzy,
Że ujrzy dręczonego pastwą jej okrutną
Sobowtóra, — jednego z wygnanych mocarzy...
I wtedy mu współczuje i jest mu mniej smutno.
3.
EROTYK.
Nie rań mnie, Pani, oczu swych spojrzeniem.
Niech twą biesiadą mąż twój się ugości.
Znam rozwiązanie spojrzeń zawiłości...
Przeto swych oczu z tobą nie zamienię.
Jest miłość? Nie wiem. Lecz jest po niej smutek.
Gdy z tej zaklętej bez wyjścia doliny
Znajdzie się wyjście... w tragiczne szczeliny:
Do domu męża i w dom prostytutek.
4.
STRZAŁ WŚRÓD NOCY.
Śmierć, mówiąca po czesku komiwojażerka
Starej światowej firmy en gros »Bies i Spółka«,
Rozłożyła swój stragan w pobliżu kościółka,
Sprzedając majki starcom, dziewczynom lusterka.
Że to za długowieczność kupiła burmistrza
I zdawna pokumana przyjaźnią z plebanem,
Który za jej krwawicę nową wdział sutanę —
Zysk więc duży oszustka ma najoczywistsza...
Lecz, gdy znudzona wreszcie głupotą gawiedzi,
(Cały kram ziemski dzisiaj nawet śmierć już nudzi!)
Jakby raz mieć klijenta z pośród mądrych ludzi,
Śmierć w budce pod kościołem długo w noc się biedzi.
Wzrok topi w bramach domów, co w czaszkach kamienic
Niby jamy nosowe się czernieją wszędzie,
Aż dojrzy okno jasne w ciemnych okien rzędzie —
Krwawy oczodół, rwący szereg martwych źrenic...
Śmierć przeczuła poetę. Plan awanturniczy
Podejmując, z chichotem porwie się jak z procy,
By, wiedząc, co kto lubi, pójść odwiedzić w nocy
Tego, co wiele mając, z niczem się nie liczy.
Pomyślała: »Świat cały snadź tu już sfilistrzał,
Coraz rzadziej pytają, czy są pistolety!...
Więc się sprzedam na raty w samotni poety« —
I zapukała do drzwi.... A wtem słyszy wystrzał.
5.
O TRAMWAJU MARZYCIELU.
Tramwaju, marzycielu, w którego źrenicy,
W dzień przygasłej, o zmroku płomień skrzy radośnie!
Poeto, wiatr goniący w tej samej ulicy
Od rana aż do nocy, gdy już wszystko pośnie!
Znękany monotonią ulicznej włóczęgi
Od rogatki do remiz wzdłuż muru cmentarza,
Śnisz dziś — w wieczór niedzielny, — szmaragdowe łęgi,
Gdzie motłoch, żądny cudów, rakiety rozjarza.
A kiedy cię urzekły podlotków chichoty,
Skwapliwie bieg wstrzymałeś naprzeciw przestanka
Zakochany w uroku dziewczęcej głupoty,
W kobiecości zalążkach, widnych z pod kaftanka —
Czyżbyś zapomniał, druhu, zwykłej swej powagi,
Że ci to nie przystoi zdradzać chceń wisusa?
Korzystając z zagapień zwrotnicowej wagi,
Jak kangur z dziećmi w łonie, — na bok dałeś susa —
Gonisz, nieznanym torem, za miasto... Nad żydem,
Co na cię wskazał tłumom, przemknąłbyś jak źrebię,
Lecz ci uszedł... Za wybryk ukarany wstydem,
Pędzisz zapamiętale, na oślep przed siebie.
Nic ci to, żeś przejechał pieska tej dewotki,
Policjanta-ś potrącił, co cię chciał miarkować —
Zawziąłeś się raz uwieść miłe ci podlotki,
Choćbyś miał — uwięziony — miesiąc pokutować...
»Ja, mocarz, chory na mańję małości,
Król, nie lubiący się otaczać świtą,
W lichej szynkowni, gdzie lud, pijąc, pości,
Chcę spędzić wieczór w ścisłem incognito.
Szczerzej, jak tympan i bojowe trąby
Gra tu pobudka chrypliwej pianoli.
A ja — jakgdybym wstąpił w katakomby...
Do kata! Nie wiem, co i czemu boli,
Lecz tak mię boli, że ja, król, się zniżę,
Wypiję z ludem w szynku — sześć z aniżem.
O! jakże piękna jest ta ziemia swojska,
Z której się woły tak cudownie karmią, —
Gdzie luz samotny jest przeglądem wojska,
Co zwie się kalek i matołków armią, —
Której się jednak śnią zwycięstwa zbrojnie
W wschodnio-zachodnio-południowej wojnie...
Rzecz tak zabawna, że aż prawie smutna:
Pchnij ich niewczesnym żartem raz do walki —
To ci na szarpie nie wystarczy płótna,
A gdzież jest brokat na sztandar?... Więc w szalki
Jadła żołnierzom! wlać im do serc wódki!...
Ba, patrzcie oto: w szynku pułk calutki...
Czyliż to zresztą już nie wszystko jedno,
Gdzie się nadejścia wiecznej nocy czeka. —
Gdy dumne limby wciąż na górach rzedną,
A bydląt tyle udaje człowieka,
Że może jutro wstydzić się wypadnie,
Gdy kto w nas samych — człowieka odgadnie...
Dobrze mi teraz. Hej! pchnąć ordynansa,
Niech mi się zjawi piękna markietanka —
Mów pośle z obcych ziem, z twarzą szympansa!...
Co?... »Ten szynk nie jest otwarty do ranka«?
A więc mię prowadź przez krew z wina strugi,
Dostaniesz za to złoty krzyż zasługi. —————————————
Ktoś drzwi zatrzasnął... Zdaje się, śnieg pada...
Moc wzbiera we mnie... Nawet Bóg, by tworzyć,
Musiał mieć chaos... Przecie jest mi rada
Niewiasta jedna: ta ze siedmiu planet.
Padam na białe łono jej, jak brzemię,
I zdaje mi się, że zapładniam ziemię...«
Ur. 1871 r. w Katerynosławszczyźnie
na ros. Ukrainie. Przebywa w Kijowie.
POEZYE: LIRYCZNI POEZJI.
POCHOWAŁEM JĄ ŻYWCEM...
Pochowałem ją żywcem w mogile,
Nie skropiwszy jej wodą święconą, —
Pogrzebowe milczały postylle,
Nie śpiewano jej, nie, nie dzwoniono
Wrzask puszczyków i jęki wichury
Rozpoczęły ten obrzęd ponury.
Noc to była, jak otchłań, posępna.
Żółty księżyc wyglądał z za chmury
Twarzą trupa... Ta chwila występna
Była strasznej godziną tortury.
Wilki requiem aeternam zawyły,
Gdy trąciłem ją w czeluść mogiły.
Przeszła wieczność w tej chwili niesławy..
Własne serce wydarłem złamany
I do grobu wrzuciłem je krwawy.
Stałem niemy, na pół obłąkany,
Nie umiejąc rozeznać, co czynię
W owej strasznej, pamiętnej godzinie.
Na ruinie miłości, omamień,
Wciąż milczący stanąłem i blady.
Stałem czując, jak zmieniam się w kamień.
Pod stopami pełzały mi gady,
Ale ja nie spłoszyłem ich krzykiem,
Byłem bowiem na grobie pomnikiem.
Pochowałem ją żywcem w mogile,
Nie skropiwszy jej wodą święconą, —
Pogrzebowe milczały postylle,
Nie śpiewano jej, nie, nie dzwoniono;
Wrzask puszczyków i jęki wichury
Zakończyły ten obrzęd ponury.
AMOROSO.
Niczego, niczego... Ni wieńca kwietnego,
Ni jaśni słonecznej, ni jasnych zórz nieba,
Ni snu czarownego, niczego, niczego Nie trzeba!
Jad przegryzł me siły... W mera sercu dłoń miłej
Upiorną wznieciła pożogę...
Mój raj mi zhańbiła... Zapomnieć!... brak siły... Nie mogę!...
A pieśni me płynęłyby mi w ślad
Falując, mknąc, jak te przeczyste wody
Wciąż dalej, dalej... Lazurowe prądy
Jedwabiem fal spowiłyby me ciało,
Kołysząc mię do snu, jak to marzenie,
Tak cicho, cicho... Wówczas, zbywszy woli,
Tonęłabym w spowiciu bez oporu,
Ze śpiewem, już zaledwie dosłyszalnym,
Nurzając się w błękitne, jasne wody
Wciąż głębiej, głębiej... Potemby na fali
Pozostał dźwięk, nieznaczne, słabe echo
Mych pieśni tak, jak mrące przypomnienie
Prastarych klechd, śpiewanych bardzo dawno — —
W nich było coś z dymiącej krwi i smutku,
Lecz któż je zna? Ta pieśń rozgłośnie brzmiała
Tak dawno, dawno... Potem zmilkłby oddźwięk,
Na fali wód w dal płynąłby już tylko
Zielony mirt, co ze mną wraz nie poszedł
Na dno... na dno... Hen mknąłby on, aż wreszcie
Dopłynąłby do cichych, modrych stawów —
Na wodnych tu bieg wstrzymałby lilijach.
Płaczące w toń schylałyby się brzozy
Żałobnych swych splecionych rąk żałobą;
Z nadziemskich sfer rosiłby na lilije
I na ten mirt, co rwałam go szalona,
Kojący spokój...
Graj, chłopcze, graj, niech żalą się twe struny,
Jak niewiast tłum, lejący łzy nad grobem.
Ja siebie sam opłakać nie mam mocy,
Bom próżen łez. Więc niechaj płacze harfa.
Graj, niechaj ja nie ginę niepłakany.
Graj, chłopcze, graj! niech śpiew dźwięczącej harfy
Zagłuszy głos, rodzący się w mej duszy:
Proroczy głos, przeczuciem niespokojny...
O! biada mi! dopuścił wielki Jahwe,
Że judzki Saul nawiedzon został duchem!
Niezwalczon był przez najzawziętsze wrogi —
Kto widział, kto, by drżała ręka Saula?
Kto widział, kto, by Saul uciekał z pola?
Lecz przynijdź, spójrz na Saula, jak po nocy
Wałęsa się w komnatach stu bez celu,
W komnatach, gdzie mieszkają mrok i pustka...
O! tam on skroń, brzemienną szałem, cisnąc,
Blednieje, drży i pada w proch na ziemię,
Lękając się swej myśli, jak potwora
I bojąc się swych własnych słów proroczych...
Nie jam je rzekł: To duch mi bezlitosny
Przez usta me wyroczne prorokował,
Że muszę ja... O, chłopcze, graj! nie dopuść,
By znów mię duch proroczy opanował.
Graj, chłopcze, graj i nie patrz tak na Saula!
Łagodne są te czarne twoje oczy,
Lecz na dnie ich śmiertelny wróg się czai...
Dlaczego mnie tak strasznie nienawidzisz?
Czem skrzywdził cię i kiedy Saul szalony?
— O nie mów, nie! Ja nie chcę odpowiedzi:
To władny duch przebudził się znów we mnie.
Zaczaruj go! zaczaruj go i spętaj,
Albowiem są bezsilne wszystkie klątwy —
Lecz harfy śpiew posiada moc nad duchem.
O nie graj mi zgiełkliwie, cicho zagraj!
Niech twoja pieśń, jak strumień płynie górski,
Co kruszy głaz najtwardszy cicho, zwolna.
Na sercu mem opoka — niechaj śpiew twój
Podmyje ją i w czarną przepaść rzuci.
Niech zepchnie w mrok...
Moj grajku ukochany!
Gdy do mnie strun przemawia słodycz cicha,
Gdy żali się ich srebrny dźwięk nademną,
Nie wierzę w to, co głos mi szepce w duszy,
Nie wierzę też twych wrogich ócz spojrzeniom.
Kto gra mi tak, nie może nienawidzieć.
I za cóż byś ty Saula znienawidził?
Czem wszystkie me zwycięzkie boje, chłopcze,
Przy twoich rąk najmniejszym, twórczym ruchu?
Umiałem ja zwyciężać Filistyny,
Tyś, grajku mój, mojego ducha przemógł.
Czy zazdrość ci korony szczerozłotej?
Purpury chcesz? władczego berła pragniesz?
O, wierzaj, jam szczęśliwszym był w dwójnasób
W ten cudny czas, gdy byłem trzód pasterzem
Na skłonach gór, na sinych połoninach.
Nie chylił się wysoki Saul, nie chylił,
Nie znało chmur spojrzenie jego jasne.
Hej, grajku, hej! Czy mógł też kto pomyśleć,
Że pasterz Saul prorokiem kiedyś będzie?
Tak graj mi, tak! Niech brzmi leciuchnie harfa,
Niech jęczy pieśń łagodnie niby dzwonki
Mych białych trzód... Lub niby górski strumień...
Jam prawie już zapomniał tej melodji.
W pałacu mym wciąż słyszę wrzawę inną,
W przeguby gór wyruszam tylko zbrojnie;
W rozgwarze walk szum gubi się strumieni —
Zagłusza go szalony trzask oręża,
Hejnały trąb — ranionych jęk — —
Co słyszę?
Ach czemuś ty uderzył pieśń bojową?
Precz z pieśnią tą! Tak nie graj mi! ja wiem już,
Dlaczego mnie tak strasznie nienawidzisz:
Ty, grajku, wiesz, żem ja z pasterza trzody
Ten posiadł tron, a tyś jest wciąż pasterzem.
A wszakżeś ty przewyższył mnie odwagą,
Zabiwszy w mig swą procą Filistyna.
Tyś dziecko, więc i oręż był dziecięcy!
Tyś może chciał nim wróbla upolować,
A zrządził Pan, żeś zabił nim Goliata.
O wiem ja, w czem zarzewie nienawiści:
W tem oto, żeś nie zdumiał mnie orężem,
Lecz śpiewem strun. Że trzymam cię w świetlicach,
Choć zgodnie z twem życzeniem — Świętym ogniem
Ty płoniesz sam, ilekroć poczniesz śpiewać
Przed władcą swym, przed królem królów. Żal ci
Szaleńca, żal, chociaż go mienisz wrogiem.
Wszak jam cię skuł, twą własną pieśnią spętał.
Jam władcą jest i duszy twej i ciała.
I duszy twej! — o tak, pasterzu smagły!
I jakoż ty powstaniesz przeciw władcy?
Dlaczego znów tak dziwnie patrzysz na mnie?
Spojrzenie twe podstępne, jak trucizna.
Trucizną więc chcesz walczyć z królem królów?
Trucizną — —? Ha! Więc sam ty raczej zginiesz!
Hej, gdzie mój grot? Przybiję cię do muru,
Przeklęta żmijo!... Grajku! dziecię moje!
Więc jesteś żyw? Na szczęście zboczył w locie
Żelazny grot... Jehowo! Boże wielki!
O, jakżem jest szalony i nieszczęsny!
Tu do mnie, hej! Wywiedźcie tego grajka!
Niech wyjdzie stąd sowicie obdarowan!
Już nigdy on nie będzie grał, ni śpiewał... — — — — — — — — — —
On będzie grał, lecz tu w pałacu — nigdy!
W tym chyba dniu, gdy tu na tronie siądzie...
Adonai! o, za co wieszczym duchem
Nawiedzasz mię? Dlaczego, wielki Boże,
Ostatnią mi obronę odebrałeś?
Adonai! O grajku, dziecię moje!
Ach gdzieżeś ty? Dawidzie! dziecko! gdzieś ty?
Czyż nigdy nikt już Saula nie pocieszy?