Jestem zabójcą/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Jestem zabójcą
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VIII
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


JESTEM ZABÓJCĄ.
KOMEDYA
W JEDNYM AKCIE
PRZEZ
Alexandra Hr. Fredrę.

OSOBY:
KOKOSZKIEWICZ, opiekun Klary.
DOWMUND, jego przyjaciel.
KLARA.
MARSKI.
ZUZIA, służąca Klary.
FILIP, służący Kokoszkiewicza.


Rzecz dzieje się w małém miasteczku w pomieszkaniu Kokoszkiewicza.

JESTEM ZABÓJCĄ.


(Scena przedstawia duży pokój, dwoje drzwi na lewo, jedne w głębi — po prawéj stronie od aktorów okno otwarte — na przodzie sceny stolik, na nim papier i kałamarz.)


SCENA I.
Kokoszkiewicz, Filip.
(Kokoszkiewicz siedzi przy stoliku i pisze — Filip sprząta.)
Kokoszkiewicz.

Jakże mnie te buty gniotą, aż mi świeczki w oczach stają; powiedz temu partaczowi, że złe buty zrobił — grosza mu nie zapłacę a za karę buty wezmę, to go nauczy dobrze buty robić.

Filip.

Ej proszę Jegomości, to nie buty ale nogi kiepskie.

Kokoszkiewicz.

Co! co! kie... ty gburze, cymbale, głupcze.

Filip.

I owszem.

Kokoszkiewicz.

Ja mam nogi doskonałe.

Filip.
Popuchnięte.
Kokoszkiewicz.

Bajki.

Filip.

Jegomość nawykłeś chodzić w kłapciach.

Kokoszkiewicz.

W pantoflach, gapiu.

Filip.

I owszem w pantoflach, tak czy siak wszystko jedno, a teraz Jegomości przyszło na myśl eleganckie nosić buciki, cóż więc dziwnego że gniotą.

Kokoszkiewicz.

Ty nic nie wiesz, nie rozumiesz!

Filip.

I owszem, rozumiem, to co wiem, że kto z dawien dawna ma pedogrę, temu wara ciasny but.

Kokoszkiewicz.

A któż gapiu ma pedogrę?

Filip.

Jużcić nie ja, tylko Jegomość.

Kokoszkiewicz.

Bajki, plotki, babskie plotki.

Filip.

Otóż masz; a nie krzyczyże czasem Jegomość, aż się szyby w oknach trzęsą: O przeklęta pedogro! pedogrzyco! psia pedogro! lepiéj zginąć, jak ciebie mieć. — I owszem.

Kokoszkiewicz.

No, jak co boli, to się boleść łaje i przeklina; łaje się najbrzydszemi wyrazami, więc i ja nieraz mój ból w nogach nazwałem pedogrą, ale wiedz o tém, że pedogry nie mam i zakazuję ci kiedykolwiek o tém wspominać.

Filip.

I owszem — ale ja Jegomości radzę wrócić do pantochli i szlejfroka, aby choć czasami był u nas spokój w domu.

Kokoszkiewicz.

Ty tego nie rozumiesz. Jak się człowiek w ubiorze zaniedba, wlezie w szlafrok i pantofle, brody nie ogoli, siwych włosów nie pokryje, toć się niebawem i zestarzeje. Żadna już potem ani spojrzy.

Filip.

Bo na co ma spojrzeć, pruchno pruchnem.

Kokoszkiewicz.

Co to pruchno? Jakto pruchno?

Filip.

Stary będzie starym, choćby się i pozłocił.

Kokoszkiewicz.

Gbur!

Filip.

Dziewczęta teraz mądre, o sto kroków poznają co młode a co stare; nie pomogą ciasne buty i czupryna farbowana, gratem będzie stary grat. I owszem.

Kokoszkiewicz.
Cicho głupcze — nie kładź nosa, gdzie nie dałeś grosza — rozumiesz, wolałbyś strzedz obejścia i ogrodu; co noc prawie jakaś kradzież.
Filip.

Otóż masz! jak strzedz ogrodu, kiedy już mur się powalił, że go i zając przeskoczy, a tu panie uliczniki, urwipołcie, jak gdzie zwąchają jabłka, gruszki, lecą jak wróble na konopie.

Kokoszkiewicz.

Wyganiaj, łapaj.

Filip.

Tak, łapaj — chciałem złapać i z kopyta ruszyłem w pogoń, ale kiedym wrócił zadyszany, mojéj czapki już nie było. I owszem.

Kokoszkiewicz.

Potrzeba krzyczeć — grubym głosem.

Filip.

Grubym, cienkim, nic nie pomoże. Ja na niego, a on na mnie, gwiżdże, huka, miauczy, pieje, figę składa, sérka skrobie, dziesięć palców przed nos składa, ale nie dość, bo i kamień czasem padnie.

Kokoszkiewicz.

Kamień, patrzcie się, a to łotry! to nie żart, to rozbój, ale wszystkiemu kres położę. Masz, weź te kartki, poprzylepiaj na murze wzdłuż całego obejścia.

Filip.

Co to za kartki?

Kokoszkiewicz.
Przeczytam — słuchaj: (czyta) „Właściciel domu i ogrodu pod liczbą 125 uwiadamia trudniących się kradzieżą, że jest upoważniony do użycia w potrzebie palnéj broni.“ Palnéj, rozumiesz?
Filip.

Tać rozumiem.

Kokoszkiewicz.

Z palnéj broni z daleka można palić a bezpiecznie sobie stać. Weź kartki a przechodząc szepnij tam kilku sąsiadkom, że w nocy w ogrodzie z palnéj broni każę strzelać. Wkrótce gruchnie strach po całém mieście.

Filip (odbiera kartki i wychodząc mówi:)

Nic to wszystko nie pomoże i owszem.

Kokoszkiewicz (schylając się do nóg).

Ach, jakże mię te buty gniotą! (nie widząc że Filipa niema) Nabijesz strzelbę drobnym śrótem, drobniuteńkim, byle tam trochę naszpikować.

Filip (wracając).

Pan Marski chce Panu służyć; ma interes i prosi Jegomości, abyś go przyjął.

Kokoszkiewicz (do siebie).

Odwiedziny nieprzyjemne; nie chcę wiedzieć o co idzie, ale raz koniec końców trzeba orzech zgryźć. (do Filipa) Proszę.

Filip.

I owszem.

(Filip wychodzi, Marski wchodzi.)




SCENA II.
Kokoszkiewicz, Marski.
Kokoszkiewicz.
Witam Pana.
Marski.

Sługa najniższy.

Kokoszkiewicz.

Niech Pan siada; jakie tam zdrowie?

Marski.

Dziękuję, mam się dobrze i Pan także jak widzę.

Kokoszkiewicz.

O ja jestem Panie zdrów jak koń.

Marski.

Do zazdrości w takim wieku.

Kokoszkiewicz.

.W takim wieku, co to wiek, ten młody kto zdrów.

Marski.

W saméj rzeczy. Ale pozwól Panie, abym mój interes przełożył.

Kokoszkiewicz.

Jak tam idzie z pańską cukrowarnią, dosyć buraków? dużo cukru?

Marski.

Pozwól mi Panie...

Kokoszkiewicz.

Lubo cofnąłem się już z handlu, jednak zawsze handel mnie zajmuje.

Marski.

Pozwól mi Pan, abym przedłożył interes, który mnie tu sprowadza.

Kokoszkiewicz.
Jeżeli nie ma nic nagłego, czy nie możnaby odłożyć, trzeba mi wyjść z domu.
Marski.

Mój interes jest dla mnie bardzo ważny a przez to i nagły; nareszcie w kilku słowach może być skończony.

Kokoszkiewicz.

Słucham zatém.

Marski.

Jako blizkiemu sąsiadowi tak osobistość moja jak i stosunki majątkowe są pewnie dobrze znane.

Kokoszkiewicz.

Cudze sprawy mnie nie obchodzą i nie lubię w nie wchodzić.

Marski.

Przecież Pan wiesz, że jestem człowiekiem uczciwym; (Kokoszkiewicz się skłania) co się tycze mego majątku, ten także bez wątpienia jest mu znanym dokładnie.

Kokoszkiewicz.

Co się majątku tycze...

Marski.

Łatwo będzie w potrzebie wszelkie z mojéj strony dać objaśnienia. Mniemam dlatego, że ze wszystkich względów wolno mi jest prosić Pana jako opiekuna o rękę Panny Klary.

Kokoszkiewicz.

Chcesz się Pan z nią żenić?

Marski.

Proszę o jéj rękę.

Kokoszkiewicz.
I dla czegóż chcesz się Pan żenić?
Marski.

Zapytanie dosyć dziwne.

Kokoszkiewicz.

Powtórzyć jednak muszę.

Marski.

Chcę się żenić, aby mieć żonę.

Kokoszkiewicz.

Młoda, miła, ładna żoneczka, to marzenie młodych lat; młodym zdaje się ożenić się tak łatwo jak zjeść śniadanie; ale kto starszy, ten inaczéj na tę sprawę patrzeć musi. Panie Marski nie żeń się Pan, radzę szczerze.

Marski.

Dlaczego?

Kokoszkiewicz.

Póki jesteś kawalerem, świat cały stoi ci otworem — chcesz podróżować, jedziesz sobie — nie lubisz jeździć, siedzisz w domu — chcesz się bawić, polować, pić, grać, wszystko zrobisz co ci się podoba, ale jak żona wejdzie do domu — o Panie żona sęk.

Marski.

Jakoś to tam będzie.

Kokoszkiewicz.

Młoda żona zapragnie strojów, fioków.

Marski.

I na to może nam wystarczyć, ale Klara nie zechce tego czegobym jéj dać nie mógł.

Kokoszkiewicz.
Tu o Klarze nie ma mowy.
Marski.

Owszem, o niéj tylko chcę mówić.

Kokoszkiewicz.

Cierpliwości trochę, proszę Pana.

Marski.

Nie brak mi jéj, jak Pan sam widzisz.

Kokoszkiewicz.

Panie Marski nie żeń się Pan, radzę szczerze — ujdziesz przez to tysiąca kłopotów. Przyjdą dzieci, o mój Boże! co tam chorób, co słabości: ząbki, koklusz, angina, doktor z domu nie wyjdzie; Panie Marski nie żeń się Pan.

Marski.

Pan żartujesz.

Kokoszkiewicz.

Bynajmniéj, tylko słuchaj. Jeźli ci się synek urodzi, co z niego będzie naprzód powiem: w roku dwunastym swego życia będzie cygaro palić, w czternastym narobi długów, w szesnastym niby geniusz, reformator, konspirator, a w końcu mdła, nulla najczystszéj wody.

Marski (wstrzymując się).

Słucham cię Panie Kokoszkiewicz.

Kokoszkiewicz.
Nuż córeczkami Pan Bóg cię obdarzy — aniołeczki, pieścidełka; ale już od kolebki zmora ciebie dusić będzie — zmora, którą świat posagiem zowie. Nic nie dasz — aniołeczki, pieścidełka w stare grzyby będą rosły; obiecasz zaś jaki taki posag, zaraz będą jak komary brzęczyć w dzień i w nocy, fanfarony, darmojady i szportsmanów całe roje.
Marski.

Mój Panie Kokoszkiewicz — wysłuchałem cierpliwie, bo chcę zostać dla godnéj twojéj osoby z nieodmienném poważaniem, ale zdaje mi się, że tych żartów dosyć i upraszać muszę o stanowczą odpowiedź.

Kokoszkiewicz.

Jaką odpowiedź?

Marski.

To już za wiele! ja prosiłem o rękę Panny Klary, czy Pan nie słyszałeś moich słów? więc powtarzam moją prośbę i czekam stanowczéj odpowiedzi — dasz Pan zezwolenie albo nie.

Kokoszkiewicz (cofając się).

Pan jesteś za gorący jak uważam.

Marski.

Mówię z najzimniejszą krwią.

Kokoszkiewicz.

Więc żądasz odpowiedzi, a gdy będzie Panu niepomyślną?

Marski.

Być nie może.

Kokoszkiewicz.

Bardzo może.

Marski (zbliżając się).

Więc Pan nie chcesz jako opiekun dać swojego zezwolenia?

Kokoszkiewicz (cofając się).

Tak to niby.

Marski.
Dlaczego proszę Pana?
Kokoszkiewicz.

Taka moja wola.

Marski.

Ależ i wolę opiekuna można znieść, zmienić.

Kokoszkiewicz.

Sługa Pański... muszę wyjść.

Marski.

Bardzo proszę... jedno słowo...

(Kokoszkiewicz odchodzi.)
Marski (sam, chce drzwi otworzyć).

Na klucz się zamknął, niegodziwiec! Mam ochotę drzwi wyłamać, wziąć go za kark i solennie go się zapytać, jakie ma prawo wbrew miłości wzajemnéj, wbrew równych stosunków majątkowych odmawiać swego zezwolenia; ale Klara będzie moją, żebym miał tego opiekuna na kapustę zsiekać.





SCENA III.
Marski, Klara, Dowmund.
Dowmund.

Cóż tam Karolu, mam winszować?

Marski.

Tak możemy sobie winszować wzajemnie: ja żem go oknem nie wyrzucił, on że oknem nie wyleciał.

Klara.

Byłeś za porywczy.

Marski.
Byłem wzorem cierpliwości.
Dowmund.

Cóż powiada?

Marski.

Co? Nie przyjmuje mojéj prośby, bo taka wola opiekuna.

Dowmund.

Więc odmawia zezwolenia.

Marski.

Najwyraźniéj.

Dowmund.

To mnie dziwi.

Klara.

Mnie bynajmniéj.

Dowmund.

Wiesz więc powody?

Klara.

Wiem, wiem oddawna, ale milczałam mając wzgląd na twoją porywczość Karolu i teraz jeszcze zaklinam cię na miłość naszą, bądź cierpliwy i słuchaj we wszystkiém rady Pana Dowmunda.

Marski.

Co każesz wszystko zrobię, byleś tylko była moją.

Dowmund (do Klary).

Jakiż więc powód odmowy?

Klara.

Od chwili jak się hermetycznie prawie zamknął w domu, zaszło wiele zmian; żył kosztowniéj, był weselszy i mowniejszy, ale nadewszystko dla mojéj osoby już był innym, z oka mnie nie spuszczał, uśmiechał się, nadskakiwał, nawet westchnął czasem skrycie, tak żem już wątpić nie mogła, że jego zamiarem jest ożenić się ze mną.

Marski.

O hultaju dam ja tobie!

Dowmund.

Tylko powoli, tylko rozsądnie.

Klara.

A więc tak Karol jak i ktokolwiek inny, któryby się oświadczył o moją rękę, otrzymałby niezawodnie odmowną odpowiedź, bo on mojéj ręki chce dla siebie.

Marski.

Ależ ja go ztąd wypędzę.

Dowmund.

Z własnego domu, nie zła myśl.

Marski.

Na noże z nim bić się będę.

Dowmund.

On nie wyjdzie i na szpilki.

Marski.

Ja przymuszę.

Dowmund.

Sześćdziesięcioletniego pedogryka.

Marski.

Kiedy stary i pedogryk, czemuż chce młodéj żony?

Dowmund.
Chcieć może, ale to nie dosyć; aby stanąć przed ołtarzem trzeba i drugiéj osoby, a tą osobą Klara być nie może i nie będzie.
Marski.

Nie będzie jego żoną, ja to wiem, ale nie wiem kiedy moją będzie.

Zuzia (wchodzi i oddaje kartkę Marskiemu).

Od Jegomości.

Marski.

Kartka do mnie?

Zuzia (na stronie do Klary).

Co tam słychać?

Klara.

Źle, odmówił.

Zuzia.

Nie mówiłam, stary dla siebie ptaszka chowa, ale z tego nic nie będzie.

(Zuzia wybiega.)
Marski (czyta).

„Ponieważ odmówiłem i odmawiam jeszcze raz stanowczo Panu Marskiemu rękę Panny Klary Mileckiej, zostającéj pod moją opieką, nie widzę powodu, abyś Pan nadal zaszczycał mój dom bytnością swoją, inaczéj wystawisz się na nieprzyjemności. — Kasper Kokoszkiewicz m. p.“

Dowmund (p. k. m.)

Położenie nie tak łatwe do rozwiązania jak się zdaje; muszę przeto cały stan interesu objaśnić wam dokładnie, słuchajcie więc cierpliwie. Trzech było nas przyjaciół: nieboszczyk twój ojciec Klaro, Kokoszkiewicz i ja. Twój ojciec wywędrował za granicę, dorobił się majątku, pojął żonę i owdowiał; chcąc nareszcie z małoletnią córką do rodzinnego wrócić kraju, niespodzianie w drodze umarł. Testamentem Kokoszkiewicza opiekunem twoim postanowił, ale kodycyl drżącą już ręką dopisał, a kodycyl jest téj osnowy: W razie gdyby córka moja chciała pójść za mąż wbrew woli opiekuna, natenczas po użyciu wszelkich możliwych uwag i przestróg, jeżeli te skutku nie osiągną, chcę aby mój majątek przeszedł na własność Pana Kaspra Kokoszkiewicza. O téj ostatniéj woli tylko opiekun i Jan Dowmund mają wiedzieć i dopiero w razie koniecznym ma być mojéj córce ogłoszona.

Marski.

O majątek mi nie idzie, niech go sobie weźmie, ja chcę Klary.

Dowmund.

Ależ Klara nie będzie chciała, aby mężowi nic nie przyniosła i nie widzę potrzeby przez nierozsądną porywczość wyrzekać się majątku.

Klara.

Ale jakże mój ojciec mógł mi taką krzywdę wyrządzić?

Dowmund.

Dla kilku przyczyn moja Klaro; najpierwéj, że zanadto cenił majątek ciężką pracą uzbierany, więc postawił jako stróża przed napaścią marnotrawców tego z przyjaciół, któremu w tym względzie mógł zupełnie zaufać; powtóre twój ojciec nie wiedział, że Kokoszkiewicz w tym czasie stracił żonę; była to godna osoba i byłaby ci pewnie najlepiéj miejsce matki zastąpiła. Nakoniec trzeba powiedzieć, że Kokoszkiewicz nie był takim, jakim jest teraz; nigdy wprawdzie nie miał wiele rozumu, ale teraz wzmogły się jego złe skłonności — stał się sknerą, chciwym, zabobonnym, nadewszystko wielkim tchórzem; nie jest on jednak złym człowiekiem i zechce zapewne usłuchać moich rad, tylko proszę cię mój Karolu żadnéj z nim gwałtowności, bo jak go spłoszysz schowa się i już potém jak borsuka i pierniczkiem z jamy nie wywabisz. Teraz idźcie, ja na niego tu czekać będę.

(Klara odchodzi w drugie drzwi na lewo a Marski w środkowe, Dowmund siada przy stoliku i bierze książkę.)




SCENA IV.
Dowmund, Kokoszkiewicz.
Kokoszkiewicz (wyszedłszy z ostrożnością.)

A, to ty Janie... jak się masz?..

Dowmund.

Prawdę mówiąc, mam się źle.

Kokoszkiewicz.

Katar, co?

Dowmund.

Gdzież tam katar! mam się źle, bo się zgryzłem; mój przyjaciel głupstwo zrobił... i co mam w bawełnę obwijać, tym przyjacielem jesteś ty.

Kokoszkiewicz.

Ba!

Dowmund.

Marskiemu odmówiłeś rękę Klary.

Kokoszkiewicz.

Odmówiłem.

Dowmund.
Dlaczego?
Kokoszkiewicz.

Nie widziałem dla niéj szczęścia w tém małżeństwie.

Dowmund.

Dlaczego?

Kokoszkiewicz.

No, dlaczego — bo takie jest moje przekonanie, a będąc Klary opiekunem mam prawo stanowić o jéj losie.

Dowmund.

Prawo masz, ale spytać się godzi, co możesz zarzucić Karolowi?

Kokoszkiewicz.

Fircyk, elegancik, jeszcze w głowie za srokato; Klarze innego trzeba męża.

Dowmund (ironicznie).

Statecznego.

Kokoszkiewicz.

A zapewne.

Dowmund.

Nie zbyt młodego.

Kokoszkiewicz.

A zapewne.

Dowmund.

Tak naprzykład... sześćdziesiąt lat przeszło.

Kokoszkiewicz.

Co tam, pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt, to nie ma nic do rzeczy.

Dowmund.
Któż to powiada?
Kokoszkiewicz.

Ja powiadam.

Dowmund.

Ale Klara tak nie powiada.

Kokoszkiewicz.

Znam jéj gusta.

Dowmund.

Karol ją kocha.

Kokoszkiewicz.

Wielka sztuka.

Dowmund.

I ona w Karolu zakochana, jéj miłość...

Kokoszkiewicz.

Wywietrzeje, wywietrzeje — w młodych głowach zawsze wiatr.

Dowmund.

A w starych zawsze mróz; ale słuchaj mój Kasprze, ja ci radzę szczerze, jako twój dawny przyjaciel; byliśmy razem w szkołach, razem w piłki grali, razem i w skórę brali, a więc radzę serdecznie, nie odmawiaj Karolowi ręki Klary.

Kokoszkiewicz.

Być nie może.

Dowmund.

Ja cię proszę.

Kokoszkiewicz.

Być nie może.

Dowmund.
W imieniu ojca téj sieroty błagam ciebie nie zdradzaj ufności, którą w tobie położył, nie przeszkadzaj szczęściu Klary.
Kokoszkiewicz.

O jéj szczęście dbam właśnie.

Dowmund.

Nie zezwolisz?

Kokoszkiewicz.

Nie.

Dowmund.

Stanowczo?

Kokoszkiewicz.

Nieodmiennie.

Dowmund.

A więc prawda, czemu wiary dać nie chciałem.

Kokoszkiewicz.

Jakieś bajki pewnie.

Dowmund.

Czy bajki, sam mi powiesz.

Kokoszkiewicz.

Cóż takiego?

Dowmund.

Powiadają, żeś się zamknął jak w klasztorze, że żadnemu młodemu nie dajesz przystępu, że nie chcesz aby ktokolwiek starał się o rękę Klary, bo ją chcesz dla siebie zachować.

Kokoszkiewicz.

I cóżby w tém było dziwnego?

Dowmund.

Dobre pytanie, cóżby nie było dziwnego. Przymus woli, młodość Klary i twój wiek.

Kokoszkiewicz.
Cóż u djabła wiek i wiek, każdy wiekiem dziś mi w oczy ćwika; niech mi nikt w metrykę nie zagląda, kiedym zdrów, kiedym tęgi.
Dowmund.

Tęgi ale nie w nogach.

Kokoszkiewicz.

Mógłbyś być trochę grzeczniejszym.

Dowmund.

A ty rozsądniejszym; możesz wprawdzie odprawić jednego i drugiego zalotnika, ale czyliż przez to zostanie ona twoją żoną? Przymusić jéj nie możesz.

Kokoszkiewicz.

I nie chcę, będę czekać.

Dowmund.

Będziesz czekał djable długo, mój Kasprze.

Kokoszkiewicz.

Kto to wie.

Dowmund.

Ależ dla Boga, miejże rozum, miejże serce; Klara gdyby i poszła za ciebie, cóż ty jéj wtedy możesz dać za jéj młodość, za jéj wdzięki, za majątek nareszcie, jaki ty jéj odwet możesz dać, powiedz sam.

Kokoszkiewicz.

Będę kochał.

Dowmund.

Co tam z twojego kochania, dym i dym, nie zagrzeje, nie zasieje. Ale czém wiosnę jéj życia uprzyjemnisz, czém zajmiesz, czém zabawisz? czém?

Kokoszkiewicz.

Będę jéj grał na skrzypcach.

Dowmund.
O mój Boże, biedneż jéj uszy.
Kokoszkiewicz.

Znowu przytyk.

Dowmund.

I wiesz jaką ona wtenczas ostatnią mogłaby mieć nadzieję?

Kokoszkiewicz.

Naprzykład?

Dowmund.

Owdowieć jak najprędzéj.

Kokoszkiewicz.

A to koncept z kalendarza; dąb sto lat stać może, a ja silny jak dąb.

Dowmund.

Jak dąb... spruchniały.

Kokoszkiewicz.

Znowu próchno, kara Boska, co ja słyszeć muszę, ale nie dbam o przycinki, bo wiem że Klarusia miałaby raj ze mną — będzie miała domek ładny, ogródeczek, kwiateczki, będzie sobie haftować...

Dowmund (kończąc sens tym samym tonem).

Dla mężulka grzać w dzień rumianki, a kataplazmy w nocy.

Kokoszkiewicz.

Co rumianki! co kataplazmy! co ma grzać to moja rzecz i do tego nic nikomu.

Dowmund.

Ot starygo, miałbyś rozum, tobie myśleć o krzyżu nie o żonie.

Kokoszkiewicz.
Idź do djabła z taką mową, ja was wszystkich przeżyję.
Dowmund.

Pytam cię się raz jeszcze, dasz Marskiemu zezwolenie?

Kokoszkiewicz.

Nie dam.

Dowmund.

Nie?

Kokoszkiewicz.

Nie.

Dowmund.

Bądź zdrów a z przyjaźni naszéj kwita.

Kokoszkiewicz.

Niech będzie i kwita.

Dowmund.

Moja noga tu nie postanie.

Kokoszkiewicz.

Niech nie postanie.

Dowmund.

Ale pamiętaj stary dziadzie, że za zdradzone zaufanie Bóg cię kiedyś ciężko skarze.

(Odchodzi.)
Kokoszkiewicz (sam).

A nie odszedł bez ucinku: dziadzie, dziadzie... idź do kata! Za co mię ma Bóg karać... mam opiekę albo nie mam; jeżeli mam, to jużcić opiekę pierwéj muszę mieć nad sobą jak nad drugimi, to rzecz jasna: prima charitas ab ego.

(Odchodzi.)




SCENA V.
Klara (sama).

Coś z hałasem rozeszli się przyjaciele, nic to mi dobrego nie wróży, ale Zuzia wyszła z domu z Dowmundem, coś gorliwie rozprawiała, może co i uradzą. (p. k. m.) Dziwne prawa na tym świecie, bronią kochać młodego, do którego serce nas pociąga a pozwalają zbliżać się starym, gratom, straszydłom — kochajże tu!.. to na honor nie ma sensu.





SCENA VI.
Klara, Marski.
(Marski przez okno wskakuje.)
Klara (przestraszona).

Ha! co to jest?

Marski.

To ja jestem.

Klara.

Zkąd się tu wziąłeś?

Marski.

Piętro nizkie, drzewo blizkie, od gałązki do gałązki, szust przez okno i uklękam tu przed tobą.

Klara.

Przez okno Pan wlazłeś?

Marski.

Pan... Pan... Klaro ty się gniewasz.

Klara.

Gniewam się i tym razem nie żartem; czy się godzi postępować tak nierozsądnie, wśród jasnego dnia włazić przez okno i na obmowy mnie wystawiać. O Karolu, czyliż tak mało dbać możesz o mój honor, honor téj, która kiedyś żoną twoją będzie.

Marski.

Prawda, przewiniłem, przebacz mi Klaro, ale chciałem sam na sam z tobą pomówić. Dowmund rozsądny, radzi gorliwie, ale Dowmund się nie kocha, nic nie wskórał i zechce pewnie abym czekał cierpliwie aż się skończy opieka; ależ ja czekać nie chcę i nie pozwolę, abyś mieszkała w domu tego bezczelnika, który ciebie śmie kochać.

Klara.

Żartujesz, udajesz zazdrosnego, bo zazdrosnym być nie możesz o nikogo a tém bardziéj o starego Kokoszkiewicza.

Marski.

Prawda, znam twoją miłość, o nikogo zazdrosnym być nie mogę, ale ja zazdroszczę twego wejrzenia, twego uśmiechu, lubego dźwięku twego głosu, tego powietrza co cię opływa — wszystkiego co jest mojém szczęściem, mojém życiem, a którego kto inny każdéj chwili używać może. Mogłaś mieszkać w domu opiekuna, ale w domu zalotnika, ktokolwiek on jest, już dziś mieszkać nie możesz, bo dom spalę, hultaja zabiję.

Klara.

Co za szaleństwo.

Marski.

Jeżeli nie chcesz tego szaleństwa, odjedź jawnie czy tajemnie, odjedź do klasztoru albo za granicę, byleś tylko ztąd odjechała, bylem nie miał myśli, co się piekłem stać może, że umizgi tego łotra śmielszemi kiedyś stać się mogą, a ja ciebie ani słyszeć ani bronić będę mógł.

Klara.

Byłabymżę godną twojéj miłości bez granic, gdybym i z mojéj strony nie czuła w sobie dosyć siły, aby zniweczyć każdy zamiar, któryby się dla mnie mógł stać niebezpiecznym. Na pierwsze słowo zbyt zuchwałe, na wejrzenie nawet trochę śmielsze, wystąpię z tych progów, bądź pewny i spokojny a nie zapominaj słów Dowmunda, że gwałtowności strzedz się trzeba, bo nas gwałtowność zgubić może.

Zuzia (wbiegając).

Jegomość powraca, już na wschodach, prędko, prędko przez okno; gdyby tu Pana zastał, przepadłby nasz cały plan dobrze ułożony.

Marski.

Jutro pomówiemy.

Klara.

Jutro, jutro, tylko ztąd czémprędzéj.

(Marski skacze przez okno).
Zuzia (mówiąc do niego przez okno).

Filip tam czeka, powie Panu co masz zrobić. (do Klary) Dowmund powiedział: z tym warjatem nie ma rady, róbcie zatém jakeście ułożyli a ja wam pomogę w potrzebie.

(Klara siada przy stoliku, Zuzia zajęta niby sprzątaniem, rozpowiada jéj coś do ucha prędko i gorliwie — Klara śmieje się potakując głową; ta cicha rozmowa jest w czasie następującéj mowy Kokoszkiewicza.)
Kokoszkiewicz.

Ach jakże mię te buty gniotą, niech ich piorun trzaśnie; muszę włożyć pantofle, nie za długo téż i wieczór będzie. Zuziu, co tam robisz?

Zuzia.

Nic.

Kokoszkiewicz.

Jak zwyczajnie, idź zamknij furtkę ogrodową kluczem, kłódką i zasuwą — potém zamkniesz dom, z domu już nie wyjdę.





SCENA VII.
Klara, Kokoszkiewicz.
Kokoszkiewicz.

Klaro, Klaruńciu, co to jest, twoje oczka zapłakane; jak cię widzę zasmuconą serce mi z żalu pęka, bo ja tobie jak najlepiéj życzę.

Klara.

Dziękuję za życzenia, nad któremi płakać muszę.

Kokoszkiewicz.

Musisz płakać?

Klara.

Marski mnie kocha, ja go kocham, on o rękę moją prosi, Pan odmawiasz zezwolenia jako opiekun; przyszły los mój targasz samowładnie, potém pytasz się dlaczego płaczę.

Kokoszkiewicz.
Jesteś jeszcze bardzo młodą, nie masz doświadczenia; twój opiekun wie lepiéj gdzie szczęście znaleźć można.
Klara.

W miłości niezawodnie; on mnie kocha.

Kokoszkiewicz.

Jakże nie kochać te oczka czarne, ząbki białe, usta rumiane, figureczkę jak ulaną; kochać ciebie nie ma zasługi i nie jeden, gdyby tylko śmiał, zapaliłby się afektem jak pochodnia i za twój ślubny pierścioneczek dałby pewnie i sto tysięcy.

Klara.

Kochamy się wzajemnie i bylibyśmy szczęśliwi.

Kokoszkiewicz.

Wszystko to marzenia, dym, wiatr, więcéj nic, dziś miłość, jutro zwada; dziś całusek, jutro pięść. Nie Klaro, nie takiego tobie męża trzeba; Marski furfant, fircyk, a przytém gorączka jakich mało; lada sprzeczka jużby bił, jużby zaraz za łeb brał; nim się go jeszcze usłyszy, już się człowiekowi łydki trzęsą.

Klara.

On mnie kocha.

Kokoszkiewicz.

Nie, nie kocha; jego wabi twój posag nic więcéj; a jaki lekkomyślny mój Boże! Co widziałem nie powiem, bo wiem jakby ci przykro było być tak szkaradnie zwiedzioną.

Klara.

Cóż Pan widziałeś?

Kokoszkiewicz.
Powiesz że to bajka.
Klara.

Ale powiedz Pan, co widziałeś?

Kokoszkiewicz.

Powracając do domu wzdłuż sąsiedniego parkanu, słyszę głosy w ogrodzie; zaglądam przez szparę, spostrzegam Marskiego.

Klara.

Marskiego w ogrodzie?

Kokoszkiewicz.

Tak jest, Marskiego.

Klara.

Teraz, teraz?

Kokoszkiewicz.

Dopieruteńko, jeszcze tam jest może.

Klara.

Cóż tam robił?

Kokoszkiewicz.

Co robił? — nie był sam. (Śmieje się.)

Klara.

Z kimże był?

Kokoszkiewicz.

Z panią Pułkownikową.

Klara (z udaną zgrozą i śmiejąc się na stronie).

Co ja słyszę!

Kokoszkiewicz.

W romansowéj rozmowie klęczał przed nią i w rączkę całował.

Klara.
Całował w rączkę?
Kokoszkiewicz.

Aż klaskało.

(Klara śmieje się na stronie).
Kokoszkiewicz.

Piękna téż to Pani, ta pani Pułkownikowa, twarz rumiana, oko czarne, wzrost piękny, jedném słowem bardzo piękna; ale ty Klaruniu jeszcze piękniejsza i Marski chyba ślepy, że dla niéj ciebie zwodzi i zdradza a do tego może jeszcze szydzi sobie. O mój Boże co to za hultaj.

Klara (śmiejąc się na stronie).

Wiarołomny!

Kokoszkiewicz (zacierając ręce na stronie).

Bączka puściłem.

Klara.

Idź Pan do niego.

Kokoszkiewicz.

Ja mam iść?

Klara.

Zaraz, powiedz mu coś Pan widział.

Kokoszkiewicz.

Niebezpiecznie moja Klaruniu; on płomieniec, ja gorączka, będzie kłótnia a może i krew.

Klara.

Nic nie szkodzi.

Kokoszkiewicz.

Jakto nic?

Klara.
Usłyszymy co odpowie.
Kokoszkiewicz.

Kłamać będzie.

Klara.

Nie będzie śmiał zaprzeczać i niech się co chce stanie, ja zemsty pragnę.

Kokoszkiewicz.

Zemsta Klaro nie chrześcijańskie uczucie.

Klara.

Mam więc mu przebaczyć?

Kokoszkiewicz.

Przebaczyć.

Klara.

Podać mu rękę i niech nas opiekun pobłogosławi, tegoż Pan chcesz?

Kokoszkiewicz.

Nie, bo to za wiele, ale inne są sposoby.

Klara.

A więc pójdę do klasztoru.

Kokoszkiewicz.

Do klasztoru, co za myśl, to nie zemsta ale żal, a on tymczasem z cudzą żoną będzie sobie z żalu drwił; ale inny jest sposób zemsty, którym przebijesz a i kropla krwi nie padnie.

Klara.

Jakiż to ten sposób?

Kokoszkiewicz.

Bardzo prosty — pójść za mąż za kogo innego.

Klara.
Nie, pójdę do klasztoru.
Kokoszkiewicz.

O Klarusiu, gdybyś chciała słyszeć zamknięte westchnienia, nie szukałabyś daleko, znalazłabyś męża w całéj sile wieku a potulnego jak baranek, miłosnego jak gołąbek, gospodarnego jak mróweczka, onby złożył u nóg twoich folwark, młyn, cztery domy, dwieście morgów ornego pola, blich, pasiekę etc., a tym mężem jestem ja.

(Zuzia wbiega ze świecami.)




SCENA VIII.
Ciż sami, Zuzia.
Zuzia.

Panie, Panie tu się źle dzieje.

Kokoszkiewicz.

Czemu wpadasz jak fryga, wrzeszczysz jak pantarka, idź mi zaraz ztąd precz!

Zuzia.

Ależ to Panie nie żarty!

Kokoszkiewicz.

Cóż się stało takiego? mów a prędko.

Zuzia.
Pan kazałeś zamknąć dom i furtkę ogrodową — poszłam więc, księżyc jeszcze nie był zeszedł i było ciemno, wtem słyszę jakiś szelest, słucham, zbliżam się, patrzę i postrzegam co? O mój Boże, jeszcze dotąd trzęsę się cała, postrzegam postać czarną, ale jaką, jaką!
Kokoszkiewicz.

Jakiś chłopiec wlazł na gruszkę; ale czekaj dam ja mu.

Zuzia.

Piękny chłopiec, Pan zapewne nie ułomek.

Kokoszkiewicz (prostując się).

Zapewne żem nie ułomek.

Zuzia.

Otóż Pan przy nim wydałbyś się karłem.

Kokoszkiewicz.

Co ty mówisz, karłem? Karłem ja? Strach widzę ma wielkie oczy.

Zuzia.

Olbrzym powiadam Panu, pałka w ręku, kapelusz jak parasol, broda jak miotła po sam pas.

Kokoszkiewicz (niespokojny).

Gdzież jest ten Filip?

Zuzia.

Przylepia kartki na murze.

Kokoszkiewicz.

Nie mieli jeszcze czasu przeczytać.

Klara.

Co za kartki?

Kokoszkiewicz.

Ostrzeżenie, że do nocnych złodziei z palnéj broni będę palić.

Klara.
O dla Boga, ja się boję.
Zuzia.

Ja truchleję.

Kokoszkiewicz.

Mam broń, strzelać mogę... z daleka.

Klara.

No to strzel Pan.

Kokoszkiewicz.

Gdzież ten Filip?

Zuzia.

Kartki przylepia.

Kokoszkiewicz.

Głupiec.

Zuzia.

Ależ tu działać potrzeba.

Klara.

Opiekunie ratuj nas!

Kokoszkiewicz.

Gdzież jest Filip?

Zuzia.

Ale idźże Pan idź.

Kokoszkiewicz.

Nie ma się przecie bać czego, bo w dolnych oknach kraty a piętro wysokie.

Zuzia.

Wysokie dla tego olbrzyma, szust i jest.

Klara.
Opiekunie ratuj nas!
Kokoszkiewicz.

Z temi kobietami zawsze strach, ale prędko temu poradzę, tuż przy oknie krzyczeć będę, w ogrodzie usłyszą i zaraz uciekną. (staje w oknie i krzyczy grubym głosem) Filipie daj mi tu strzelbę ogromną, włóż trzy kule, duże kule, co o sto kroków zabić mogą. (swoim głosem) Gdzież ten przeklęty Filip siedzi — Filipie!

Zuzia.

Cicho, coś tam pod oknem...

Kokoszkiewicz.

Hę, coś pod oknem?..

Zuzia.

Jakiś głos...

Klara.

Opiekunie ratuj nas!





SCENA IX.
Ciż sami, Filip.
Kokoszkiewicz.

No, jesteś przecie.

Filip.

Nabijałem Panu strzelbę.

Kokoszkiewicz.
Teraz spojrzyj tam przez okno; Zuzia powiada, że w ogrodzie złodzieje — krzyknij śmiało: Kto idzie! krzyknij dwa razy, a jak nie odpowie, pal bez pardonu. — A co jest?
Filip (w oknie).

I owszem.

Kokoszkiewicz.

Jeden?

Filip.

Jeden.

Kokoszkiewicz.

Mały chłopiec, chłopczyk?

Filip.

Chłop jak dąb.

Kokoszkiewicz.

Jak dąb, cóż robi?

Filip.

Idzie sobie ścieżką.

Kokoszkiewicz.

Wołaj a śmiało.

Filip (przez okno).

Kto idzie!

Kokoszkiewicz.

Krzycz głośniéj.

Filip.

Kto idzie!

Kokoszkiewicz.

A co?.. cóż?

Filip.

Nic nie odpowiedział, tylko mruknął.

Kokoszkiewicz.

Mruknął? pal!..

(Filip złożył się strzelbą przez okno.)
Kokoszkiewicz.

Cóż?

Filip (odkładając strzelbę)

Nie mogę, boję się.

Kokoszkiewicz.

To ty tchórz?

Filip.

I owszem, tchórz.

Kokoszkiewicz.

Ja ci każę strzelaj zaraz, nic się nie bój.

Filip.

Jegomość odważny, strzelaj Jegomość.

Kokoszkiewicz.

Ja, ja mam strzelać?

Zuzia.

Ależ przez Boga żywego, jak łotry pomiarkują, że się ich boicie, to wpadną do domu i wszystkich w pień wytną.

Kokoszkiewicz.

W pień wytną?

Zuzia.

Uciekam pókim cała, bo widzę że tu nie ma obrony.





SCENA X.
Klara, Kokoszkiewicz, Filip.
Klara (rzuca się na krzesło).
O nieszczęsna godzino! mój opiekun mnie nie broni ale sam się boi.
Kokoszkiewicz.

Otóż nie boję się gapiu, daj strzelbę. (Staje w oknie i wystrzela, potém wypuściwszy strzelbę, cofa się aż na środek pokoju, trzymając się za nos.) To huknęło! to walnęło! mało się nie wywróciłem, nawet pono krew mi z nosa... a co uciekł?

Filip.

I owszem — gdzie tam uciekł, poszedł z dymem. Toć Jegomość musiał widzieć jakiego wyrznął koziołka.

Kokoszkiewicz.

Koziołka? nic nie widziałem, bo miałem oczy zamknięte — upadł zatém.

Filip.

I owszem; z Jegomości widzę dobry strzelec; to był Panie gracki strzał.

Kokoszkiewicz.

Czy ja go trafiłem?

Filip.

Dobre pytanie; upadł jak kłoda i oto Zuzia z praczką ciągną do domu, w pralni zapewne chcą położyć.

Kokoszkiewicz.

Ależ może on się ze strachu wywrócił, może go można wodą otrzeźwić, ja go chciałem tylko nastraszyć.

Filip.

Ej proszę Jegomości kulami ludzi się nie straszy.

Kokoszkiewicz.
Jakto kulami, ja ci kazałem nabić strzelbę drobnym śrótem.
Filip.

O przepraszam Jegomości.

Kokoszkiewicz.

Drobniuteńkim.

Filip.

I owszem Jegomość kazałeś trzy kule włożyć.

Kokoszkiewicz.

Mylisz się.

Filip.

Nie, nie mylę.

Kokoszkiewicz.

Nie pamiętasz.

Filip.

I owszem ja pamiętam bardzo dobrze.

Kokoszkiewicz.

Przypomnij tylko sobie mój Filipku, drobnym śrótem, drobniuteńkim, mój Filipku.

Filip.

Z przedpokoju dobrze słyszałem, jak Jegomość wołałeś: A włóż do strzelby trzy kule.

Kokoszkiewicz.

Ależ ja tak krzyczałem, żeby w ogrodzie słyszano, żeby się przestraszono; nie, nie było tam kuli, mój Filipku ty zapomniałeś, ja kazałem drobnym śrótem nabić, nawet może kazałem i bez śrutu; biegaj, biegaj Filipku, daj mu tam wody, daj mu reńskiego niech wstanie.





SCENA XI.
Ciż sami, Zuzia.
Zuzia.

O nieszczęście, o nieszczęście!

Kokoszkiewicz.

A co, jeszcze leży?

Zuzia.

Jak nie ma leżeć, kiedy nie żyje.

Kokoszkiewicz.

Nie żyje! na mój honor, ja chciałem tylko śrótem nastraszyć, drobniuteńkim.

Zuzia.

Drobnym, grubym, aleś go Pan zabił; ale co gorzéj, żeś zabił nie złodzieja, ale Pana Marskiego.

Kokoszkiewicz.

Marskiego?

Klara.

Karol! Karol mój zabity! przebóg co ty mówisz?

Zuzia (płacząc).

Prawdę, prawdę mówię — taki młody, taki miły, taki ładny, teraz trup.

Klara.

Ha zabójco! ha morderco! bądź przeklęty! niech krew niewinna padnie na twoją obrzydłą głową!

(Wybiega.)




SCENA XII.
Kokoszkiewicz, Zuzia, Filip.
Kokoszkiewicz.

Ja mordercą! ja zabójcą... to być nie może... Filipie słuchaj... biegaj... czekaj... Zuziu słyszysz... głowę tracę, Zuziu, Zuziuniu biegaj prędko po doktora.

Filip.

Po co tu doktora, kiedy Zuzia powiada, że na śmierć zabity; co się stało to się stało i najmędrszy doktor umarłych nie ożywi i owszem; teraz o sobie myśleć trzeba.

Kokoszkiewicz.

Dobrze mówisz Filipku, o sobie myśleć trzeba.

Filip.

Bo to Panie nie przelewki.

Kokoszkiewicz.

Nie przelewki?

Filip.

I owszem. My wiemy czém to pachnie, tu trzeba radzić póki jeszcze czas.

Kokoszkiewicz.

Skoczże prędko do Dowmunda, on syn jurysty, może nam co poradzi — tylko prędko, prędziutko, moja Zuziuniu, biegnij cwałem.

(Zuzia wybiega.)




SCENA XIII.
Kokoszkiewicz, Filip.
Kokoszkiewicz (chodzi długo w milczeniu, potém stając:)

Filipku, słuchaj mię, ja cię lubię, jesteś wierny i pracowity — wprawdzie dużo szklanek tłuczesz.

Filip.

Płacę za nie.

Kokoszkiewicz.

Prawda płacisz, ale ja ci przebaczam jak chrześcijanin przebaczyć powinien i powiadam ci Filipku, ja cię kocham.

Filip.

Dziękuję Jegomości.

Kokoszkiewicz.

I powiększę twoją płacę.

Filip.

Ha, dziękuję Jegomości.

Kokoszkiewicz.

I daruję ci zegarek.

Filip.

Ten popsuty?

Kokoszkiewicz.

Naprawić łatwo, tylko szturknąć i pójdzie.

Filip.

Ha, dziękuję Jegomości.

Kokoszkiewicz.

I obiecam ci tam jeszcze dużo, bo ja cię lubię, (p. k. m.) powiedziałeś że trzeba radzić o sobie, a więc radźmy (p. k. m.) i wiesz co, dobra myśl mi przyszła: powiedz żeś ty strzelił do Marskiego.

Filip.

O dziękuję za tę łaskę. I owszem.

Kokoszkiewicz.

Cóż ci szkodzi?

Filip.

Nie, nie powiem — kłamstwo grzech.

Kokoszkiewicz.

Bo to widzisz, tu nie idzie o to, kto wystrzelił, ale w śmierci cała rzecz.

Filip.

Właśnie dlatego — człowieka zabić, to nie furda.

Kokoszkiewicz.

Tać nie furda, ale to przypadek; nic się nie bój, ja ci ręczę.

Filip.

A dlaczegóż Jegomość się boisz — i owszem.

Kokoszkiewicz.

Dla mnie jakoś nieładnie; będą się pytać, inkwirować, przed sędziami trzeba stać a mnie nogi bolą; ty wiesz że ja mam pedogrę, jestem stary, już bardzo stary, szanuj moją słabość i mój wiek. (ocierając łzy) Zrób to dla mnie mój Filipku, powiedz słówko, powiedz żeś ty strzelił.

Filip.

Za to słówko i owszem dyndać można.

Kokoszkiewicz.
Co ty mówisz głupcze — dyndać, dyndać, o dyndaniu nie ma mowy.
Filip.

Ha, różnie to proszę, Jegomości po ludziach chodzi.

Kokoszkiewicz.

Włos ci z głowy nie spadnie, nie masz się bać czego.

Filip.

A jednak się boję, bo Jegomość wiesz, że ja tchórz.

Kokoszkiewicz.

Miejże rozum, przecież za pomyłkę nie... nie...

Filip (kończąc sens).

Nie powieszą? I owszem.

Kokoszkiewicz.

Głupiś... nie mów takich słów.

Filip.

Nie mówię, abyś Jegomość czego Boże chroń i owszem miał wisieć, ale to powiadają: bąk się przebije a mucha zostanie; nie, nie, nie chcę kłamać, powiem wszystko jak się stało.

Kokoszkiewicz.

Jesteś niepoczciwy i głupi sługa, nie dam ci zegarka, idź do djabła.





SCENA XIV.
Kokoszkiewicz (sam, rzuca się w krzesło — p. k. m.).

Ja zabójcą, ja Kokoszkiewicz! (wstrząsając sobą) Człowieku obudź się... ja śpię, to sen, ale nie, wystrzeliłem z palnéj broni — ale Marski, pocóż tam właził, gdzie włazić nie powinien; więc i on winien, obadwaśmy winni — wet za wet. Ale jego kara nie dosięgnie, a mnie dosięgnąć może. (zrywa się i chodzi) Przypadek, a przypadek jestże zbrodnią? przypadek możnaż karać? wszak ci mówią: Człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi; ja wystrzeliłem z palnéj broni to prawda, ale kuli o mój Boże, kuli anim widział, anim słyszał — wyleciała jak szalona, teraz masz! (chodzi — p. k. m.) Ale przecież Sąd mądry, Sąd sprawiedliwy, nie zechce mię ukarać, żem niechcący zadał śmierć (p. k. m.) Śmierć... tak śmierć... cóż jest śmierć? (z czułością) Sen błogi, sen spokojny, sen wieczny, kres cierpienia. (p. k. m.) A Marski byłże szczęśliwy? Żadnaż troska go nie dotknęła, ból żaden, żaden żal nie zamąciłże jego dni? (p. k. chwili) Któż nareszcie zaręczyć może, coby go było i nadal czekało, byłby może zbankrutował, byłby może stracił poczciwą żonę, dziatki kochane, byłby może zachorował, stracił słuch, stracił wzrok, biada, biada mu! Taką rzeczą on mi pewnie na tamtym świecie jeszcze dziękować będzie, żem go zabił.





SCENA XV.
Kokoszkiewicz, Dowmund.
Kokoszkiewicz.

O Janie, czy ty słyszałeś — Karol Marski przestał cierpieć.

Dowmund.
Okropne zdarzenie; włos na głowie powstaje, dreszcz przechodzi; ale jakże to się stało, ja nic nie wiem.
Kokoszkiewicz.

Wszystko więc muszę ci opowiedzieć od początku. Trudno mi było w mym ogrodzie od złodziei się opędzić, kradli mię na wszystkie strony; otrzymałem zatém pozwolenie strzelać do tych łotrów.

Dowmund.

Pozwolenie strzelać, od kogo?

Kokoszkiewicz.

Od burmistrza.

Dowmund.

Był trzeźwy?

Kokoszkiewicz.

Niekoniecznie.

Dowmund.

Ależ i pijany nie mógł dać takiego pozwolenia.

Kokoszkiewicz.

Dał na mój honor — dał.

Dowmund.

Może on rozumiał, że chcesz strzelać jak to zwykle strzelają w ogrodach, aby dać znak że się czuwa.

Kokoszkiewicz.

Zrozumiałem inaczéj.

Dowmund.

Możesz za to pokutować.

Kokoszkiewicz.
Ja powiem, że on mi dał pozwolenie.
Dowmund.

A on powie że nie i temu uwierzą — bardzo źle.

Kokoszkiewicz.

Możem nareszcie nie dosłyszał.

Dowmund.

Nie dosłyszał... nie dosłyszał, (p. k. m.) To by mogło winę zmniejszyć.

Kokoszkiewicz.

Zmniejszy niemylnie... na prawe ucho nie dosłyszę, jestem nieco głuchy, ba nawet całkiem głuchy.

Dowmund.

Głuchy, no to by uszło.

Kokoszkiewicz.

Ujdzie Jasiu, ujdzie.

Dowmund.

Ależ znowu...

Kokoszkiewicz (z oczekiwaniem).

Znowu?.. znowu?

Dowmund.

Żądałeś pozwolenia strzelania w nocy do złodziei, ale ty strzeliłeś do Marskiego — źle Kasprze, bardzo źle.

Kokoszkiewicz.

A dlaczegóż Marski chodził po moim ogrodzie? Zapytano go się kto idzie, a on tylko zamruczał... groźno.

Dowmund.
Groźno?
Kokoszkiewicz.

Na mój honor groźno.

Dowmund.

Hm... hm... byłaby to niby okoliczność zwalniająca.

Kokoszkiewicz.

Prawda Jasiu, zwalniająca.

Dowmund.

Ależ znowu...

Kokoszkiewicz.

Cóż dla Boga?..

Dowmund.

Marski dostał strzał w plecy.

Kokoszkiewicz.

Obrócił się pewnie.

Dowmund.

Pewnie; ale kto się obraca, nie chce grozić ale uciekać, a on kulę ma w plecach.

Kokoszkiewicz.

Kazałem nabić śrótem.

Dowmund.

A Filip nabił kulami.

Kokoszkiewicz.

Kulami.

Dowmund.

Głupiec.

Kokoszkiewicz.
Głupiec.
Dowmund (p. k. m.).

Czekaj.

Kokoszkiewicz.

Czekam.

Dowmund.

Mam dobrą exkuzę.

Kokoszkiewicz.

O mój Jasiu, masz exkuzę?

Dowmund.

Kto strzelił?

Kokoszkiewicz.

To jeszcze nie całkiem rzecz dowiedziona.

Dowmund.

Jakto niedowiedziona?

Kokoszkiewicz.

W tym zakręcie... tu groźba, noc, tu płacz kobiet, można było łatwo głowę stracić. Filip powiada, że ja strzeliłem, a ja powiadam że to on.

Dowmund.

Co za nonsens, nacóż ze mną tych wykrętów — pytam się kto strzelił?

Kokoszkiewicz (p. k. m.).

Sama strzelba wystrzeliła, aż mi z ręki wypadła i walnęła w nos, żem się mało nie wywrócił.

Dowmund.

A więc bratku ty wystrzeliłeś — źle Kasprze, bardzo źle.

Kokoszkiewicz.
Źle, źle.
Dowmund.

Mogą cię posądzić, żeś zabił Marskiego jako rywala, bo Marski chciał się z Klarą żenić, ty także.

Kokoszkiewicz.

Któż tam o tém wiedzieć będzie.

Dowmund.

Klara powiada.

Kokoszkiewicz.

Głupia — ale świadków nie było.

Dowmund.

Nie było?

Kokoszkiewicz.

Nie.

Dowmund.

Zatém dobrze, można zaprzeczyć.

Kokoszkiewicz.

Będę zaprzeczał.

Dowmund.

A do diabła zapomniałem, twoja nieszczęsna kartka wszystko zdradzi.

Kokoszkiewicz.

Jaka kartka?

Dowmund.

Kartka, w której nietylko że odmawiasz Marskiemu ręki Klary, ale którą jeszcze groźbą zakończyłeś.

Kokoszkiewicz.
Ja wspomniałem tylko o nieprzyjemności, którą może ściągnąć na siebie.
Dowmund.

A możnaż większéj nieprzyjemności, jak trzy kule w plecy. Kartka przeklęta, na téj kartce kark skręcisz.

Kokoszkiewicz.

Kark skręcę — słabo mi.

Dowmund.

Udowodnią casus praemeditationis.

Kokoszkiewicz.

Praemeditationis. Bój się Boga!

Dowmund.

Żeby tylko nie ta kartka, ale czekaj — mam — jest, pisz.

Kokoszkiewicz.

Co mam pisać?

Dowmund.

Tylko pisz — podyktuję, siadaj.

Kokoszkiewicz.

Siedzę.

Dowmund (dyktując).

Mój kochany Panie Marski.

Kokoszkiewicz.

Panie Marski?

Dowmund.

Tylko pisz.

Kokoszkiewicz (pisząc).
Panie Marski... (przerywając sobie) może dodać świętéj pamięci.
Dowmund.

Nie potrzeba, nie trać czasu, pisz. (dyktuje) „Kochany Panie Marski, przyjmuję z ukontentowaniem prośbę twoją o rękę panny Klary Mileckiej, zostającéj pod moją opieką. Jako opiekun daję zupełne zezwolenie i czekam cię z obiadem w niedzielę.“ Teraz datę daj wczorajszą i podpisz.

Kokoszkiewicz.

Do nieboszczyka?

Dowmund.

Ale nie, podpisz siebie: Kasper Kokoszkiewicz manu propria.

Kokoszkiewicz (kończąc).

Manu propria.

Dowmund.

Teraz trzeba kartkę przeklętą wyjąć z kieszeni nieboszczyka, a na jéj miejsce włożyć tę, którą teraz napisałeś. Jak będą z urzędu oglądać trupa, znajdą przy nim kartkę, która dokładnie udowodni, że Marskiego zabić nie chciałeś, bo tego się nie zabija, kogo się chce ożenić i kogo się na obiad zaprasza.

Kokoszkiewicz.

Nie mógłby jeść obiadu, wielka prawda, zatém umyślnie nie zabiłem. — Odetchnąłem Bogu dzięki.

Dowmund.

No idźże teraz prędko, nie tracąc czasu i odmień kartkę w kieszeni.

Kokoszkiewicz.
Ja mam pójść do trupa, dotknąć go się, nie, nie pójdę.
Dowmund.

Tracisz czas, a za chwilę już będzie za późno.

Kokoszkiewicz.

Jasiu, szkolny kolego, najdawniejszy mój przyjacielu, idź do trupa, zrób to dla mnie — jak mnie kochasz, zrób to, zrób.

Dowmund.

To być nie może.

Kokoszkiewicz.

Błagam cię.

Dowmund.

Nie pomoże — ale otóż i Filip, ten może to zrobi.





SCENA XVI.
Ciż sami, Filip.
Kokoszkiewicz.

Filipie, chodź tu bliżéj i słuchaj: idź gdzie leżą zwłoki świętéj pamięci Marskiego, wyjmij kartkę, którą znajdziesz w jego kieszeni, a na to miejsce włożysz oto tę.

Filip.

Ja, ja mam ruszyć nieboszczyka, a nuż mię za łeb chwyci i owszem.

Dowmund (do Kokoszkiewicza).

Daj mu tam co.

Kokoszkiewicz.

Dam ci reńskiego a zrób co każę.

Filip.
I za dziesięć nie zrobię.
Kokoszkiewicz.

Dam ci dwa.

Filip.

A ba!

Kokoszkiewicz.

Trzy.

Dowmund (do Filipa).

No, dostaniesz pięć, a zwiń się prędko i zręcznie.

Filip (odchodząc).

O Boże, jakże ja to zrobię.

Dowmund.

Ja zaś pójdę i we drzwiach stanę, aby zatrzymać w razie gdyby kto z urzędu chciał wejść do domu.

(Odchodzi.)



SCENA XVII.
Kokoszkiewicz (sam).

Dobry koncept, nie ma co mówić, hokus pokus z karteczkami. Za tę radę i za pomoc bodaj sto lat żył — muszę mu nawet kiedyś co i obiecać, Jaś kochany. (p. k. m.) No, bezpiecznym teraz być mogę i Sąd mnie pewnie uniewinni, ale jednak... ja zastrzeliłem, zabiłem z palnéj broni i sumienie wołać będzie: moją sprawką jest śmierć jego. (p. k. m.) O mój Boże, jakież teraz będą nocy moje? czyliż będę mógł spać, czyliż nie będę słyszał jęków, czyż nawet jego duch o północy w białém prześcieradle przy mojém łóżku stawać nie będzie?.. O okropnie! włos mi staje na głowie, krew się ścina, mrozi dreszcz... ale gdzież są, gdzie są wszyscy? Spojrzę przez okno, czy Filip nie wraca... księżyc świeci, (spoziera w okno, potém odskakuje) Och! och Marski, Karol Marski, (staje na samym przodzie sceny) Karol Marski, Karol Marski tam! tam! pod oknem, krwawy trup! Filipie! Zuziu! Klaro! Dowmundzie! Na ratunek, gwałtu! gwałtu!





SCENA XVIII. i ostatnia.
Kokoszkiewicz, Zuzia, Filip, późniéj Klara, Marski, i Dowmund.
Zuzia.

Ciesz się kochany Panie, Pan Marski żyje.

Filip.

Ledwie dotknąłem się jego ręki, westchnął, krzyknął, spojrzał na mnie i na nogach stał jak dąb.

Dowmund.

Tak jest, ożył i szczęśliwą wiodę ci parę.

Kokoszkiewicz (do Marskiego).

Co? ja nie zabiłem Pana?

Marski.

Najłaskawiéj.

Kokoszkiewicz.

Zatém Pan żyjesz?

Marski.

Wątpić nie mogę.

Kokoszkiewicz.
A więc wracamy do dawnego.
Marski.

O nie Panie; za życia niepomyślną odebrałem odpowiedź, ale po śmierci otrzymałem opiekuna zezwolenie, z którego korzystać nie omieszkam jak najprędzéj.

Kokoszkiewicz.

Więc to spisek, komedya niegodna; Filipie, łotrze, hultaju!

Filip.

Zuzia mnie przekupiła, obiecała i owszem pójść za mnie.

Kokoszkiewicz.

A ty Zuziu, ty czeczotko czubata!

Zuzia.

Poświęciłam się dla dobra mojéj Pani.

Kokoszkiewicz.

Ależ ty Janie, ty mój szkolny kolega, ty mój przyjaciel.

Dowmund.

I najlepszy, bo cię zatrzymałem na dobréj drodze, na któréj tęgo chwiać się zacząłeś.

Klara.

Kochany opiekunie, zakończmy wszystko bez rozgłosu.

Marski.

Zakończmy bez rozgłosu.

Klara.

Daj zezwolenie, a będziem kochać ciebie jak ojca.

Marski.
Tak jest, jak ojca.
Klara.

Nareszcie wszakże zezwolić potrzeba, gdzie bronić nie pomoże.

Kokoszkiewicz (przestępując z nogi na nogę).

Prawda i to; bierzcie się zatém, kochajcie się... et cetera... błogosławię, błogosławię.

Dowmund.

Brawo.

Filip i Zuzia.

Wiwat nasz Jegomość i owszem.

Kokoszkiewicz.

Wielkie mam zmartwienie, że straciłem Klarę, ale radość jeszcze większa, że nie jestem zabójcą... Ach jakże mnie te buty gniotą!

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.