<<< Dane tekstu >>>
Autor Peter Nansen
Tytuł Spokój Boży
Wydawca Przegląd Tygodniowy
Data wyd. 1903
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. M.
Tytuł orygin. Guds Fred
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


PIOTR NANSEN.


SPOKÓJ BOŻY


TŁÓMACZYŁA
z upoważnienia autora
M. M.





WARSZAWA.
Drukarnia Przeglądu Tygodniowego.
Pasaż Miodowa-Długa № 23.

1903.





Дозволено Цензурою.
Варшава, 5 Ноября 1902 г.












I.
Dnia 5 czerwca.

Mam zatem opuścić stolicę. Piętnaście lat byłem do niej przykuty — a ona, podstępna zalotnica, wmówiła we mnie, że żyć nie mógłbym bez jej trującego, wonnego powietrza, bez jej zmysłowych podrażnień, bez jej wyczerpujących wstrząśnień, bez jej przesubtelnionych wygód. Ugrzązłem w jej przędzy, złożonej z tysiąca pochwytujących nitek — i sądziłem, że omotały mię na wieki. Właściwie i mnie się zdawało, że stolica bezemnie żyć nie będzie mogła. Czyż i ja z biegiem czasu nie stałem się sprężynką tej wielkiej maszyny, uważającej wszystko za cząstkę siebie samej? Brałem udział w różnobarwnem, mieniącem się życiu — raz w świąteczne, raz w żałobne przyodziany szaty. Dawałem swój głos przy rozwiązywaniu kwestyi życiowych, bywałem poszukiwanym i pytanym, bywałem pomocnikiem i doradcą, przyjacielem, na którym polegać można, wrogiem, którego przeoczyć nie wolno. Ach, jakże często męczyło mnie to wszystko! Byłem spracowany jak stara, popędzana batem dorożkarska szkapa, któraby z radością leżała na bruku, oczekując śmierci.
Śmiertelnie jestem zmęczony i wyczerpany zabawą, pracą, obroną swego stronnictwa, napastowaniem przeciwnego; śmiertelnie zmęczony i w głębi serca obojętny, czego mi przecież ani słowem, ani zachowaniem zdradzić nie wolno. Najbardziej jednak zmęczony tą wieczną walką o pieniądz — o ten pieniądz, który zdobytym być musiał w męce, pożyczany, opłacany procentami, oddawany z rosnącym trudem, ciągle powiększająca się lawina, coraz groźniejsza, przytępiająca w dzień zdolność do pracy, spędzająca w nocy sen z powiek, coraz trudniejsza do wytrzymania. Dziwią się mniej lub więcej wzrastającej liczbie rozgoryczonych, między ludźmi nie należącymi do klas niższych. Wyjaśnienie jest łatwem. Cóż do stracenia ma dziewięciu, albo dziesięciu z nas, należących do wyższej klasy, przy jakiejś zmianie ekonomicznych warunków? Najmniej dziewięciu, lub dziesięciu z nas należy do proletaryatu, prowadzącego beznadziejną walkę, by zrównoważyć dochody, jakie mamy przy dzisiejszym porządku społecznym — z wydatkami, jakich wymaga od nas tenże porządek społeczny, jeśli pozostać chcemy w naszej sferze. Z małemi wyjątkami żyjemy wszyscy nad stan — urzędnicy i artyści, uczeni i kupcy, duchowni, aktorzy, oficerowie, literaci, burmistrze i poeci. Cóż utracilibyśmy, gdyby nagle wielki nastąpił przewrót, zamienił weksle, zobowiązania, zapisy, na świstki, kwalifikujące się na podpałkę? Stosunkowo najlepiej jest tym, którzy z codziennego utrzymują się zarobku. Wymagania ich są skromne — od nich również mało wymagają.
Niedawno stanowczą powziąłem decyzyę. Sprawy majątkowe powierzyłem zdolnemu adwokatowi, ułożyłem się z wydawcą, który pensyę wypłacać mi będzie miesięczną, mając zaufanie do mych zdolności. Zapakowałem kufry i dziś po obiedzie wyjeżdżam, nie żegnając się z nikim, na prowincyę, do miasta, gdzie swe dzieciństwo spędziłem. Dwadzieścia lat nie widziałem rodzinnego gniazda; w chwilach zmęczenia tęskniłem za niem. Nie wahałem się w wyborze, wiedziałem, kędy się zwrócić. Stare miasto wzywało mię, jak matka, która stale wierzy i czeka powrotu wędrującego dziecka. W starem mieście nic niema takiego, o czem zapomniećbym pragnął. Znamy się z tych czasów, kiedy ono było przedmiotem mej dumy i zachwytu a ja pieszczonem jego dzieckiem. Woła mię wołaniem matki, bo tam leży ma rodzicielka. Z pojęciem starego miasta łączy się cała miłość macierzyńska, której wtedy więcej doznałem, niż ktokolwiek na ziemi a którą, niestety, tak prędko utraciłem. Jeśli nie do starego grodu — dokądże podążyć miałem? Odnajduję go, by znów stać się dzieckiem.




II.
Do brzegu

Podczas podróży ani śpię, ani czuwam. Siedzę na pokładzie, wchłaniam powietrze nocy letniej, ścigam myślami fale wody a okręt kołysze mnie do słodkiego snu ciężkiemi, regularnemi ruchami maszyny, płaczliwem klekotaniem małych, skaczących fal.
Myśli wracają po drodze przebytego pasu wód, wracają do niedawno opuszczonego świata. Czuję się wolnym, wyższym w stosunku do przeszłości. Jakże wydaje mi się obcą i pustą i nic nieznaczącą. Takiemu to życiu poświęciłem piętnaście najpiękniejszych lat. Nikt nie był nademnie gorliwszym. Młodo zaciągnąłem się pod chorągiew swego stronnictwa, walczyłem odważnie i ślepo w rzędzie szeregowców; odznaczono mnie i osiągnąłem wszystkie zaszczyty, których pragnęła moja ambicya. Byłem w wirze bojowym, silnie kochałem i nienawidziłem, nie łamałem wyrzeczonych przysiąg, żadnej nie podlegałem pokusie, miałem przyjaciół i nieprzyjaciół, działałem w złym i dobrym kierunku z wiedzą i wolą.
I jakiż tego wszystkiego wynik? Czy własne zdobyłem szczęście, czy innym je w darze przyniosłem? Czy drugim — to wątpliwe; sobie bezwarunkowo nie. I jeśli teraz dobrowolnie porzuciłem z trudem zdobyte stanowisko — którego mi niejeden pozazdrościł — to w głębokiem przeświadczeniu o jego bezwarunkowej nietrwałości.
I o cóż w imię Boga walczymy? Dlaczegóż prześladujemy się wzajem, pogardzamy i źle obchodzimy z sobą, zawsze w pełnem uzbrojeniu, zawsze gotowi do uderzenia. Może tam w dalekiej przyszłości jest cel do osiągnięcia? wyższa sprawiedliwość, lepszy podział dóbr doczesnych? Może wnukowie nasi doczekają się jakiegoś społecznego przewrotu? Wreszcie — będąż się ludzie szczęśliwszymi czuli, jeśli do celu rzeczywiście dojdą? Czy też pośpieszą z niepokojem w sercu i niezatamowaną żądzą, ku nowym celom? Z pewnością! Nie, szaleństwem jest wiara w zdobyte walką szczęście. Tylko w spokoju, w zgodzie z sobą i światem szczęście znaleźć można.
A gdy pomyśleć o tem, że oni tam wciąż jeszcze walczą! Wielkie miasto nie udało się na spoczynek, złośliwość i gniew brzęczą na ulicach światłem elektrycznem oświetlonych, skupiają się w kawiarniach, upijają tępo i głupio, budzą się nazajutrz po pełnym strachu śnie, z rozpalonym mózgiem i rozgoryczonem sercem.
I że oni to mogą! I że żaden letni poranek nie budzi w nich pragnienia zrzucenia wszystkiego! A później — odświeżyć rozgorączkowane mózgi w chłodnem, rannem powietrzu, rozgoryczone serca napoić słodką rozkoszą natury, oczyścić z wszelkiej nieprzyjaźni i nienawiści, na całej linii zawrzeć pokój, opierając się tylko na zwyczajnej, łatwej do zrozumienia zasadzie: Jesteśmy wszyscy ludźmi, nie życzmy sobie wzajemnie nic złego. I bez krwi przelewu uskutecznić można rewolucyę, która każdą inną zbyteczną uczyni.
Siedzę i marzę w piękną czerwcową noc — a okręt wiedzie mię poprzez ciche morze ku brzegom starego miasta. Jakby we śnie wymarzone widziadło, o wschodzie słońca, ujrzałem u swego boku dziewczynę młodą, wysoką i dumną, o twarzy, na której łagodny jaśniał spokój. Podobna duchowi zjawiła się, podobna zjawisku zniknęła.
Jeśli to było przeczuciem, przyjmuję z wdzięcznością, jako przepowiednię, że dobrą obrałem drogę, by spokój znaleźć.




III.
Na młyńskiej górze
6 czerwca.

Przybyliśmy ranną godziną. Pakunki zostawiłem na brzegu, nie wiedziałem jeszcze, gdzie mieszkać będę. Powlokłem się przez stare miasto. Z początku czułem się trochę zmieszanym. Nie znałem nazwy ulicy, przez którą swe kierowałem kroki, ani wielu nowych domów o małych facyatach, ani wielkich, bezmyślnych wystaw sklepowych.
Dopiero, gdy doszedłem do rynku, poznałem stare miasto. Usiadłem na kamiennych schodkach, stojących przed domem, w którym spędziłem dzieciństwo. Przymknąłem oczy nad przelotnie znów ujrzanym obrazem i powstał w mej pamięci rynek, rynek lat dawnych, tak żywo, jakgdybym tylko co go opuścił. Na końcu rynku płynie Ostawa. Nie jest przykrytą, jak teraz, płynie swobodnie przez miasto, między gałęzistemi drzewami i pod mostami. Roi się na niej od mnóstwa małych łódek, tratw (szkut), na których zwykle sprzedają ryby i wyroby garncarskie, w jesieni zaś owoce — wówczas po całym rynku i sąsiednich ulicach roznosi się silny zapach bergamotek. Na drugim końcu rynku góruje dworzec królewski. Tutaj sejmują w letnie popołudnia patryarchowie bocianiego rodu. Każdy stoi na jednym stopniu facyaty, na szczycie — prezydent — i on to zagaja posiedzenie głośnem klekotaniem. Później, po kolei, klekoczą wszystkie czcigodne bociany; te zaś, które się tylko rozmowie starszych przysłuchują, z wielkiego zapału, stawają aż na jednej nodze. Zdarza się często, że zgromadzenie rady zamienia się w kłótnię, w czasie której wszystkie bociany skrzydłem o skrzydło tłuką i klekoczą rozgoryczone. Zdarza się również, że zabiegliwa pani, albo zielonodzioby bociani chłopak między radzących się wsuwają i... zostają tak pobici i wyszturchani, że aż pierze leci.
Stary dworzec królewski! Wielką była nasza rozpacz, gdy zgromadzenie obywatelskie uchwaliło przebudowanie starego zamku na, odpowiadający wymaganiom czasu, dom bankowy. By zwalić dworzec, ileż użyto podstępnych intryg, trujących kłamstw!
Dowodzono, że wszystkie podania o zdobyczach, które królewski dworzec chwałą i blaskiem otoczyły — czcza i kradziona ozdoba. Później dowodzono, że dom jest tak stary, iż niebezpieczeństwem dla innych jest blizkie jego sąsiedztwo. Wszczął się zaciekły bój między przedstawicielem idealnych dążeń — nauczycielem gimnazyum — i materyalistami, pełnomocnikami mieszczan. Ostatni, niestety, zwyciężyli. Następnie, zwołane umyślnie zebranie kilku fachowców orzekło o stanowczej zgrzybiałości królewskiego dworca. I burzyć zaczynają... Dzieci, których patryotyzm wyrósł w cieniu starego domu, śledzą z goryczą i smutkiem każde uderzenie topora a doznają rozkoszy połączonej z bólem, tryumfem, gdy robotnicy w swej bezsilności posługiwać się muszą prochem, by rozbić na sążeń grube mury królewskiego dworca. Nareszcie runął wielki olbrzym, ale nie dokazały tego ręce ludzkie. Umierając, szydzi ze swych gwałcicieli.
Na środku rynku stoi czerwony ratusz; nad bronzową, dębową ramą widnieją herby miasta w złocistej czerwieni. Wkoło ratusza skupiają się wszelkie bajki nianiek i mamek. Wiele lat temu stała przed ratuszem szubienica i pręgierz, do którego ludzi przywiązywano a potem bito. Tutaj odpokutowywali początek swej kary okrzyczani rozbójnicy północnych lasów fiordu, gdy schwytano ich nareszcie po długich poszukiwaniach. Banda składała się ze starej baby, jej siedmiu synów i prześlicznej dziewczyny, kochanki Ericka, najstarszego z braci. Zbezczeszczenia, grabieże, podpalenia — to były jeszcze ich najmniejsze przestępstwa. Niejedno zabójstwo, niejeden okrutny czyn mieli na sumieniu. Niańka mi opowiadała, że największą przyjemnością dziewczyny było przywiązywanie dzieci do gorejącego pieca. Całe miasto świętowało, gdy ją, obnażoną do pasa, biczowano przed ratuszem — a dnia następnego stracono pod szubienicą. Kochanka Ericka wzbudzała pewną litość. Była tak piękną, młodą i zgrabną — a gdy ją bito, jęczała tak rozpaczliwie... Ale o litości mowy być nie mogło. Przecież to ona była najokrutniejszą, znęcała się i piekła biedne, małe dzieci.
Naokoło rynku szynki, stare domy kupieckie, w których odpoczywają chłopi w dnie targowe; ten to plac jest najulubieńszem miejscem zabaw dziecięcych. Budynki, ozdobione mnóstwem drewnianych galeryjek, obwieszone sznurami suszonych śledzi, chwieją się podobnie, jak pijane i zgniłe od starości oficyny i schody. Na górach tych budowli bawimy się w rozmaite gry — a szczególniej w chowanego. W sobotę siedzę za szynkwasem, rozlewam chłopom i dorożkarzowi białe piwo i wódkę. Dorożkarz jest moim przyjacielem. Mieszka w otworze ściany stajennej i w tem to mieszkaniu, o powietrzu przesiąkniętem wonią końskiego gnoju, spędza bardzo wesoło swe kawalerskie lata przy gotującej się maszynce spirytusowej, kupce chleba razowego, miarce wieprzowego sadła i gomułce sera.
Gdy wpadliśmy w wesołe usposobienie, bawiono się upijaniem starej dorożkarskiej szkapy, która, po zjedzeniu kawałka chleba umaczanego w wódce, biegała po rynku z żywością Araba, przestraszała chłopki, siedzące na stopniach ratusza z podniesionemi spódnicami, zagłębione w opowiadaniu spraw domowych.
.....Otwieram oczy, przyglądam się jasno oświetlonemu, jaśniejącemu w blasku słońca rynkowi. Stoi na tem samem miejscu, stare domostwa również, w oknach szynkowni te same zielone szyby a kawałek Ostawy wije się między krzywemi domami. Krzaczek bzu w sąsiednim ogrodzie dodaje uroku i uśmiechu młodości starym, walącym się gmachom. Poznałem stary swój gród, podnoszę się z miejsca, pełen wesołości i szczęścia, że znowu w swem znajduję się mieście. Jestem u siebie, w ojczyźnie pamiątek i chcę być na grobie mej matki.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Miasto jeszcze się nie przebudziło. Wędrując przez puste ulice, doznaję uczucia, jakgdybym swemu miastu niespodziankę urządził i zawitał wtedy, gdy się nikt powrotu mego nie spodziewał. Przesyłam wszystkim spotkanym przedmiotom serdeczne powitanie. Wielki Boże! jeszcze na tej samej wieży ta sama wisi linka. Służyła, jako aparat sygnałowy: kto ogień odkrył, był zobowiązanym pociągnąć za wiszący sznurek tak mocno, by dzwon kościelny odezwał się. Między dziećmi krążyło podanie, że kto o tyle był szczęśliwym i pożar spostrzegł, otrzymywał dużego srebrnego dukata. Za każdym razem, gdy mi tylko na przechadzkę iść pozwolono, śledziłem bardzo starannie, ale zawsze daremnie — nigdy nie ujrzałem wzbijających się w niebo płomieni. Czy stara linka jeszcze miastu służy, czy wisi, jako pamiątka minionych czasów? Przyglądam się biegnącej w dolnym kierunku ulicy. W narożnem domostwie mieszkaliśmy w roku wojny. Wtedy najwyżej liczyłem dwa lata a jednak zdarzenia pamiętnych tych dni zostawiły niezatarte ślady w mej pamięci. Wkwaterowanie niemieckich wojsk, kłótnie żołnierzy, niezadowolonych ze smaku duńskich potraw; miły białobrody major Brumbass, wielbiciel dzieci, nigdy mu się jednak pocałować nie dałem, ponieważ był Niemcem. Przedewszystkiem kilka obrazków: matka, dziewczynki z miasta, pół dorosłe siostry skubią szarpie. Nagle odzywa się tętent nóg końskich, zaciekawiony biegnę do okna. Wtem wychodzi ojciec z sąsiedniego gabinetu i całą siłą od okna mię odpycha. Potem rozkazuje blady i zdenerwowany: nie wyglądać przez okna, spuścić rolety — Niemcy idą. Złowróżbna cisza w ciemnym zapanowała pokoju. Przerażony schowałem się pod spódnicę matki. Tymczasem dobiegają naszych uszu coraz wyraźniejsze odgłosy klapiących kopyt końskich. Nagle pod oknami zapanowała cisza; potem kilka głośnych, prędkich słów, brzmiących, jak przekleństwo, jęki, nowe przekleństwa, przysięgi, brzęk szabel, niespokojny tętent nóg końskich — nakoniec pełen przerażenia duński wykrzyknik. Ojciec zapomina o własnym zakazie, zbliża się do okna, dzieci wdrapują się na krzesła. Widzę oficera w oślepiająco białym płaszczu na koniu. Do konia przywiązano jakiegoś wyrywającego się człowieka, w którym poznaję naszego szewca. Cała ulica mrowi się od jeźdźców w takichże białych płaszczach. Podążają wszyscy za oficerem; prowadzi go; nieszczęsny szewc. Jadą na dół, w stronę fiordu, w stronę, w którą duńscy uciekli żołnierze. Później obraz duńskich pobitych wojaków: prowadzą ich przez ulicę w stronę wschodnią, ku wzgórkowi. A rano tak pewni szli zwycięztwa, bo wyjątkowo wielu tym razem zebrało się Duńczyków.
Niestety, pułkownik, naszym dowodzący oddziałem, zamało był ostrożnym. W czasie szturmu kazał żołnierzom zająć pole, leżące u stóp wzgórza. Tam w rowach i za płotami schowani byli Niemcy. Z ukryć strzałami swemi razili pędzących Duńczyków i zabijali, jak bezbronną dzicz. Pułkownik stał u znajomej nam rodziny urzędniczej — ojcu opowiedzieli szczegóły: Rano wyjechał dowódca, pełen wiary w zwycięztwo. Późno wieczorem powrócił, do nikogo nie przemówił słowa i na długo zamknął się w swym pokoju. Następnego dnia przybył pochód ranionych. Powoli i ciężko, jak pogrzeb, toczą się wozy poprzez ulice miasta. Na rozpostartych snopkach słomy spoczywają ranieni. Jedni obandażowane mają głowy, drudzy ręce, inni nogi. Bandaże krwią przesiąknięte a twarze bledsze od bandaży. Żaden raniony nie spogląda w górę, w okna, wszyscy odrętwieli, wygasłym, beznadziejnym wzrokiem wpatrzeni przed siebie, w dal. Wtedy jeszcze takich nie miałem myśli — później zdawało mi się zawsze, że duńscy żołnierze cierpieli więcej moralnie, niż fizycznie. Można to było wyczytać z ich pełnych bólu twarzy...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Idę, nie myśląc wcale o drodze, którą przebywałem. Dwadzieścia lat minęło od czasu, gdym stąpał raz ostatni po tej ulicy; nazwy jej nigdy nie wspominałem jednak: bez zastanowienia, bez szukania, niewidzialną ręką prowadzony, podążam tam, dokąd iść chciałem. Jestem na rodzinnej ziemi, na ojczystym gruncie, noga moja nie potknęła się na nim ani razu. Kur zapiał po raz trzeci swe poranne przywitanie. Stoję w małej, prowadzącej na cmentarz uliczce. W nizkich, żółtych, słomą krytych domach mieszkały stare kwiaciarki. I teraz na tej samej, co niegdyś, mieszkają ulicy i, jak przed dwudziestu laty, nad małemi drzwiami ze staroświeckiemi dzwonkami wiszą wieńce z bluszczu, mchu i nieśmiertelników. Przez otwarte okna jednego z domów wysuwa głowę stara kobiecinka, przynęcona widokiem rannego przechodnia. Kupuję wieniec, składam umiarkowaną zapłatę w twardą, pomarszczoną dłoń — i przeprowadzony błogosławieństwem, wstępuję w wrota, prowadzące na cmentarz. Wita mię woń cyprysów, poranna świeżość kwiatów i świergot ptasząt.
Mogiła mej matki leży po drugiej stronie głównego wejścia — między setkami podobnych sobie mogił, w ustronnem, cichem miejscu. Niewidzialna ręka prowadzi mię przez pół zarosłą ścieżynkę, wijącą się między wzgórkami, obrośniętemi trawką a nagle zatrzymać się każe przed małym kawałkiem ziemi, okolonym nizkim płotem. Tutaj spoczywa matka w towarzystwie dwojga dzieci: wyższy wzgórek, otoczony dwoma małemi. Świeży bluszcz pokrywa wszystkie groby i oplata marmurowy, gładki krzyż matczynej mogiły. Nad nią kwitnące rosną krzaki, których ciężkie, kwiatowe kiście nad grobem się zwieszają. W każdym z czterech rogów małego cmentarnego klombu, otwierają róże swe białe pączki, a rosa — łzy nocy — jaśnieje w uśmiechu rannego słoneczka. Siadam na zielonej, drewnianej ławeczce, pieszczę wzrokiem imię na krzyżu wyryte i mówię do swej matki:
„Do Ciebie przyszedłem, o Matko, by spokój znaleźć. Dwadzieścia lat żyłem oddalony od Ciebie między obcymi ludźmi. Gdym ostatni raz z Tobą się żegnał, nie wiedziałem jeszcze, com stracił. Byłem dzieckiem, Ty młodą kobietą. Teraz Ty mądrą i starą jesteś niewiastą a ja zmęczonym pracą dnia człowiekiem. Włosy me siwieć poczynają. Ześlij mi trochę tego spokoju, który już dawno Twoim stał się udziałem a będę mógł pozostać przy Tobie.“
Zdaje mi się, że naprzeciw mnie moją widzę matkę o szlachetnych, łagodnych oczach i siwych włosach. Wyrwało mię z marzeń kręgu siedmiorazowe uderzenie kościelnego dzwonu, który szerokiem echem odbija w cmentarnej ciszy. Wieńce ciągle jeszcze trzymałem na ręku, położyłem, klęcząc na matczynym grobie. „Dzięki Ci, Matko, za całą przeszłość i teraźniejszość“. Serce me jeszcze jedną odczuwa wdzięczność, dziękczynienie staremu miastu za pamięć o Matce. Opuszczam cichy, słodko woniejący ogród umarłych z świergotem ptasząt i szumiącym wśród konarów drzew wiatrem. Dzięki ci, wierne, stare miasto, żeś nie opuściło mogiły mej Matki, ale pielęgnowało ją i utrzymywało. Czyż tak długo pamiętać i tak długo wiernymi być umieją w wielkich miastach, gdzie nowość spycha przeszłość w zapomnienie? Tam śmierć w pamięci żyjących odbija się tylko w pustych słowach, nekrologach; tam cmentarze zbyt wielkie, zbyt dalekie. Umarli sami o siebie dbać muszą. Stare miasto umarłych w sercu swem chowa, otacza pełną miłością. Dziękuję Wam, przyjaciele mej matki, i w Waszą stronę kieruję serca ciche dziękczynienie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Osiedlę się na wiatrakowej górze — a tem samem zakończę wędrówkę. Góra leży tuż pod miastem, jest jego dumą, publicznym ogrodem, uroczem miejscem wycieczek. Przed stu laty wspaniałomyślny obywatel zamienił nieurodzajną wiatrakową górę na ogrody, zasadził tam rośliny, przeprowadził aleje w różnych kierunkach, ogrodził sosnami i jodłami, by ochronić od wiatru. Później zaciszną tę kotlinę upiększył cudnemi roślinami. Wyrwał siłę wiatrom północy i udzielił jej słońcu, wraz z najwyższem panowaniem. Stworzył na pustej wiatrakowej górze ogród urodzajny. Tutaj gromadzą się mieszkańcy starego miasta w skwarne popołudnia z koszyczkami pełnemi jedzenia i napoju. Rozkładają się w pawilonach, jak u siebie w domu, przyrządzają kawę, do czego gorącej każą przynieść wody. W lesie, na dalszych tarasach bawią się chłopcy w rozbójników i żołnierzy. Dochodzę do góry wiatrakowej z tajoną obawą przed rozczarowaniem, bo w moich wspomnieniach z lat dziecięcych, stoi ona taką piękną i bajecznie wielką: wzgórek — górą, las — borem. Z uśmiechem spostrzegłem, że wspaniałość znikła. Pagórek, jakoteż i drzewa wydają się skurczonemi. Nie widzę nic ani czarodziejskiego, ani fantastycznego. Piękności jednak zaprzeczyć nie można — słodko uśmiechnięta idylla. Wspaniałości jej też nie brakuje, bo śliczny roztacza widok. Doszedłem do pawilonu (żółtej drewnianej willi), gdzie właśnie służący, w towarzystwie całej gromady szpaków, sprzątał z małych stolików resztki pozostawionych prowiantów. U nóg całe leży miasto, po za niem fiord, jak przezroczyste zwierciadło wśród wzgórzy i lasów i łąk. Wzrok nasz milowe obejmuje widnokręgi, nieskończoność nieba, wody, zieleni duńskiej w całym majestacie lata, miasto, którego czerwone dachy wyrzynają się z ogólnego tła seledynu. I otóż mam znowu całe moje miasto i w tejże chwili czuję, że tutaj mieszkać muszę. Wzywam gospodarza. Pięć minut później znalazłem się w izdebce na poddaszu, pod strychem pawilonu. W pawilonie tym wogóle nikt nie mieszka. Wynajęli mi izdebkę tylko dlatego, że zobowiązałem się przez całą zimę pozostać. Nareszcie doprowadziłem przyszłe swe mieszkanie do porządku. Niema tu zbytków, ale wszystko, co potrzeba: wygodne łóżko, biurko, kilka krzeseł i nawet kanapa. Wypakowałem książki, nałożyłem fajkę. Od czasu pierwszych studenckich lat fajki nie paliłem.
Bóg z wami, hawańskie cygara i papierosy, czemżeż jesteście w porównaniu z fajką, napchaną holenderskim tytuniem. Palę w tej chwili i spoglądam z okna facyatki na stary, cichy gród.




IV.
12 czerwca.

Wysoko, na otwartym grzbiecie wiatrakowej góry, na zielonem tle lasów, wznosi się biały wiatrak o czarnych śmigach. Jest pierwszym w okolicy, nigdy mu wiatru nie braknie, jest zarazem morskim znakiem daleko, daleko na fiordzie.
Do młynarza należy część wzgórza, aż do miejsca, w którem zaczynają się publiczne ogrody. Od strony północnej ziemia leży odłogiem, — ale południowy stok uprawiono, użyźniono i oparkaniono. Młynarz był uczniem założyciela tych ogrodów. Walczył z wiatrem i zimnem, postawił ochronny płot od strony zachodniej, pomieszał piaszczystą ziemię wzgórza z tłustym, z trudem zwiezionym czarnoziemem, póty uprawiał i polewał, kopał i grabił, póki nie ujrzał wiśniowego ogrodu w rozkwicie.
Przypominam sobie szacunek, połączony ze wstrętem, z jakim się mieszkańcy miasta o młynarzu wyrażali. Podziwiano jego działalność a nie cierpiano rubaszności i dziwacznego obejścia. W kontrakcie, spisanym między nim i miastem, zastrzeżono wolny wstęp dla tych, którzyby z pięknego korzystać chcieli krajobrazu. Pomimo, że nigdy zwiedzaniu nie przeszkadzał, mieszkańcy miasta nie czuli się swobodnymi na jego terytoryum. Trzymano się zdala od jego domu i ogrodu. Nawet nieustraszeni chłopcy zostawiali w spokoju sławne w jesieni młynarzowe jabłka i gruszki. Krążyły złośliwe pogłoski; opowiadano, że tyranizował swą młodą, piękną żonę, córkę dzierżawcy poblizkiej wsi. Pogłoski te powstały dlatego, że żona młynarza samotne prowadziła życie, co według zdania towarzyskiego ludu, bez przymusu dziać się nie mogło. W każdym razie, pogłoskom tym dodała siły nagła śmierć młodej kobiety, w kilka tygodni po urodzeniu córeczki. Młynarz nie przyjął ani mamki, ani niańki, lecz sam, ze swym pomocnikiem dziecinę wychowywał. Miała dwa lata, gdyśmy miasto opuszczali; codzienne odbywałem do młyna spacery i przyglądałem się często z lękliwą ciekawością, gdy ją obwoził garbaty pomocnik młynarza w wózku, zwyczajnej skrzyni na czterech kołach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tych dniach wschodnie mieliśmy burze. Podziwiałem wspaniały widok wzburzonego fiordu, przysłuchiwałem się odgłosom burzy, szumowi fal o kilka mil oddalonego morza.
Młyn stał na dawnem miejscu, lecz śmigi się nie poruszały. Pomyślałem: — młynarz zmienił się na stare lata — podczas burzy młyna w ruch nie puszcza. Lecz i dziś przy łagodnym wietrzyku, szumiącym przez las, młyn również odpoczywał. Wiatr szarpał przytwierdzone skrzydło a wesołe, uśmiechnięte słońce przeglądało się w szpągach śmig. Wiatrak i słońcu nie dał się obudzić. A najdziwniejsze: — o jedno ze skrzydeł oparta młoda stoi dziewczyna w obcisłej niebieskiej sukni, — stoi tak spokojnie, jakgdyby żadne niebezpieczeństwo nie było możliwem, z rękoma skrzyżowanemi na piersi, patrzy w dal na roztaczający się przed nią krajobraz. Nie słyszała mię.
Jak zaczarowana królewna marzyła u nóg śpiącego wiatraka. Wróciwszy do domu, zapytałem w przejściu gospodarza, czy stary młynarz mieszka jeszcze na górze. Tak — w rzeczy samej, mieszka tam jeszcze.




V.

Codziennie wędruję po mieście, przechodzę jego ulice wszerz i wzdłuż. Każdy krok dawne budzi wspomnienia. Zdaje mi się, że po własnej podróżuję duszy: cegiełka po cegiełce powstaje we mnie królestwo wspomnień dobrych i jasnych, którym oddawna w ruinę zapaść się pozwoliłem. Stare miasto ze swoim niedzielnym nastrojem lat dziecinnych ożyło we mnie — i zaludniło się mnóstwem ukochanych postaci. Niektóre z nich spotykam na mieście. Starzy nauczyciele, jak ongi idą do szkoły tym samym pospiesznym, drobnym krokiem. Poważni obywatele, których gościnnie uśmiechnięte twarze przypominam sobie jeszcze z dziecinnych zabaw u ich synów. Młodzi, zabiegliwi kupcy, dawno zapomniani przyjaciele o poważnych minach przedstawicieli domów i rodzin.
Wędruję jak Harun Al Raszyd po ulicach Bagdadu. Obserwuję, poznaję, nie będąc ani obserwowanym, ani poznanym. Od czasu do czasu spotykam się ze wzrokiem, spoglądającym na mnie, jak na obcego człowieka. Przy odczytywaniu nazwisk, szyldów sklepowych, budzą się w wyobraźni mojej dawniej znajome postacie. Zdaje mi się, że na tem samem miejscu są sklepy i piekarnie, robotników warsztaty — jakby rozwój i życie starego miasta żadnej nie uległy zmianie. „Dopiero dziesięć lat upłynęło; ty tylko sam przedwcześnie starym jesteś człowiekiem. Sprawiasz wrażenie wędrowca, po długich, długich latach nieobecności powracającego z zaklętej góry — do ukochanej ojczyzny. Właściwie pojąć nie mogę, że nie wszyscy umarli i że nie wszystko uległo zmianie.
Wielu, co prawda, już nie żyje: o śmierci jednych opowiadano mi, o losie drugich domyślam się, nie spotykając ich na zwykłych miejscach. I te postacie wyrastają przed oczyma duszy, ukazują się na kamiennym chodniku, po którym niegdyś stąpały, po którym i ja dziś stąpam; widzę je w swej wyobraźni, nie spotykając w rzeczywistości.
Najwyraźniej widzę obraz nauczycielki, utrzymującej szkołę dla chłopców, lepszych rodzin starego miasta. Otyłej, dobrej, starej niewieście powierzały matki ze spokojem swe pociechy, bo opiekowała się niemi, jak piastunka i najtroskliwsza ciotka. Swojemi pulchnemi paluszkami oswabadzała nas od mlecznych chwiejących się zębów. Do niej bywaliśmy posyłani w chwilach, kiedy bocian dom odwiedzał i wogóle zawsze, kiedy się nas pozbyć chciano. Dzięki jej, byłem pierwszy raz w teatrze. Tym, których rodzice w ograniczonych żyli warunkach — oddawała dwie marki, połowę miesięcznej zapłaty na kupno jakiejś potrzebnej a pożytecznej rzeczy. W tłusty poniedziałek — dla naszej uciechy leżało biedactwo w łóżku aż do południa, byśmy ją budzić mogli rózgami a za to bywaliśmy nagradzani pączkami, które specyalnie na ten cel przeznaczone, stały w dużym targowym koszu, pod łóżkiem. O dobra, stara niewiasto! W wielkiem twem sercu odbijała się cała dziecięca niewinność starego grodu. Wystawiam ci pomnik czci, który dawno wznieść byli winni twoi chłopcy.




VI.
20 czerwca.

Naturalnie, młoda dziewczyna z pod młyna była córką młynarza a ja, głupiec skończony, zaraz tego nie pojąłem. Wszak już dawno jest dorosłą panną.
Ciągle o niej myślę. Dumna, rozmarzona, patrząca w dal ponad miasto i las, ponad wiatrakową górę nawet. Jakież pragnienia poruszały jej piersią, jakaż tęsknota ręce skrzyżować kazała. Patrzałaż z pogardą na przykute do ziemi działanie, lub też dążeniem jej było może zstąpić z wyżyn i czynny wziąć udział w życiu pracy.
Najchętniej przedstawiałem ją sobie, jako boginię wielkiego Spokoju — boginię, której hołduję. Góra wiatrakowa jest jej świątynią a ja z wiatraka stawiam jej ołtarz. Niech zwołuje do szczęśliwego Spokoju, w niesplamionem państwie natury, wszystkich zmęczonych, szukających wytchnienia, przybitych codziennym trudem. Łono jej ofiaruje zmęczonemu wędrowcowi woniejący trójlistek łąki, w jej oku przegląda się błękit nieba a głos jej śpiewa tajemniczą kołysankę wiatrów w konarach drzew.
Jaki ja głupi, piękna córko młynarza, że aureolą poezyi twe otoczyłem czoło i boginią swego uczyniłem szczęścia. Zapewne jesteś tylko mieszczanką, tęskniącą za narzeczonym, za zapowiedziami i małżeńskiem łożem. Może już swego znalazłaś młynarczyka? Czy tęskniłaś za nim, gdyś wtedy na wzniesieniu ołtarzowem stała? Wszystko jedno: zostawię cię na wyżynach, na których marzenia moje cię umieściły. Ciebie nie znam i poznać nie chcę. Niech brutalna prawda nie kala idealnego obrazu.




VII.
25 czerwca.

Otrzymałem cały stos pism ze stolicy; między niemi był list od ukochanej.
Pyta się ździwiona, zmartwiona i zasmucona: „czy cię ziemia pochłonęła?“ Daremnie szukała mnie i czekała. Mówiono jej, żem w towarzystwie jakiejś pani wyjechał zagranicę. Przesyła mi teraz kilka słów, na chybił trafił pod starym adresem: „nie wiem, czy cię dzisiejszy list zastanie, ale czułam potrzebę zapytania się w jakikolwiek sposób, czy pogłoska się sprawdza. Zmuszona jestem jej prawie wierzyć. Czym zasłużyła, byś w taki ze mną postępował sposób? Czym zawiniła względem ciebie? Przeciwnie, przecież starałam się do twej zastosowywać woli i stać się taką, jaką mnie widzieć pragnąłeś: nie męczyłam ani zbyteczną troskliwością ani zazdrością. Obecnie pragnęłabym cię nienawidzieć — ale nie mogę. Napisz tylko „powrócę“ — a ja kochać będę, jak kochałam“.
Nie może mnie nienawidzieć, wmawia sobie, że miłość i nienawiść w parze iść muszą. Jestem innego zdania, uważam, że najbardziej zmaltretowana miłość nie może się w nienawiść zamienić. Autorka tego gruchającego listu jest o tyle gołąbkiem, o ile wyleczyć się z miłości nie umie — nie będzie nigdy jastrzębiem, bo ani fanatyzmu nie posiada, ani szponów i dziobu ostrzyć nie potrafi. Wybrała mnie na kochanka, bo wyróżnienie pochlebiało jej próżności.
Teraz, po moim wyjeździe czuje rodzaj próżni, pragnie mnie mieć przy sobie, bo ją martwi, żem z własnego opuścił ją popędu. Niedługo jednak szczęście znów jej zajaśnieje. Próżne miejsce nowy zajmie kochanek, który inną, ale niemniej wielką wartość posiadać będzie. Gniew niknie, a gdy po latach się spotkamy, powitamy, jak dwaj przyjaciele, nie mający już teraz żadnych poważnych, wspólnych myśli, których zaledwie kilka przelotnych wspomnień jeszcze łączy.
Żem mógł wyjechać, nie pragnąc z nią pożegnania, było najlepszem wyjaśnieniem całego naszego stosunku. Nie było mowy o zerwaniu. Cóż innego powiedzieć jej mogłem nad „Serdecznie dziękuję za chwilę razem“? Nie było trudnego do rozwiązania węzła, lecz lekka kotylionowa kokarda, złożona z różowej i białej wstążki. Nie umiałem się przezwyciężyć, nie umiałem wypowiedzieć ckliwych słów pociechy i podzięki nad tym pozornym grobem. Wstydziłem się jej, nie chciałem brać udziału w tej banalnej pustej roli, zwłaszcza, że wiedziałem, iż nie odmówi sobie przyjemności odpowiadania mi podług słów wielkich dramatów.
Chęć zerwania z ostatnią moją kochanką nie była najgłówniejszą przyczyną wyjazdu mego z miasta. Uciekałem przed tak zwanym sportem miłości, któremu w wielkiem mieście hołdują — i ja hołdowałem. Głównie hołdowałem dlatego, by poniżyć miłość, zepchnąć ją z wyżyn zawrotnie wysokich, wzniesionych przez ślepą wiarę młodości, z tym rezultatem, że sam jednego pięknego poranka leżałem na ziemi z połamanemi członkami.
Kochałem a oszukano mnie. Zamknąłem swój smutek w sobie samym, poprzysiągłem nie ulegać miłości i nie dać się przez nią wykierować na głupca. Zwyciężony — chciałem innych zwyciężyć. Bawiono się mną, chciałem się innymi pobawić. Nie chciałem ranić, jak mnie raniono, ale porwać miłość za kark, jak mnie pochwyciła. Nauczałem innych, by tak samo postępowali. Mówiłem, że miłość jest igraszką, że nie warto jej za co innego uważać a tem mniej życiem przypłacać. Uczyłem, że często traci się duszę wtedy, gdy się tego zupełnie nie pragnie.
Rozpraszałem siły życiowe. Sądziłem, że na najlepszej znajduję się drodze: zostania panem miłości. Pewnego jednak dnia obudziłem się z przestrachem: „patrz — lata płyną, gdzie podziały się te, któremiś się zabawiał? Coś zebrał do skarbnicy uczuć, rozsiewanych w niepogodę i wiatry? Kropelka po kropelce spływała krew z rozkrwawionego serca twego, sam spychałeś się w przepaść, dawałeś mało i jeszcze mniej otrzymywałeś a dawałeś tak często, że niedługo nic ci już nie pozostanie...“
Rozgniewanej kochance odpowiem: „życzę ci, ty moja zbyt posłuszna uczennico, spotkania na drodze życia człowieka, któryby cię kochać prawdziwie nauczył“.
Później może nauczę ją nienawidzieć.
Bo głupią nie jest.




VIII.
W ostatnich dniach czerwca

Chcę napisać książkę o starym grodzie. Nie opiszę go takim, jakim jest w istocie. Nie dbam o krytyczno psychologiczną metodę, nie chcę zapuszczać sondy w głąb jego duszy, ale pragnę, by takim był, jakim go widzę po raz drugi, przez różowe szkło dziecinnych wspomnień, w obłokach słonecznych cichego szczęścia i smutku bez goryczy. Ma to być książka dla pragnących cichego, oddalonego od świata kącika, w którym dusza żyćby mogła życiem kwiatów klasztornego ogrodu. Przez tę książkę przewinie się nić opowiadania, pozbawionego sztucznych wzruszeń, olśniewających barw, denerwującego naprężenia. Zadowolonym będę, jeśli czytelnicy doznają wrażenia, jakgdybym wniósł im w darze wiązankę pachnących, skromnych polnych kwiatów.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Trzy razy tygodniowo otwierają klasztorną bibliotekę. Siadam wtedy w czytelni i wyczytuję z pożółkłych foliałów, zapisanych drobnem, wężykowem pismem, życie i zdarzenia starego miasta. Nie będę miał żadnego pożytku z tych studyów, ale przez zatapianie się w ubiegłych czasów historyę, wchłonę w siebie łagodny nastrój przeszłości, którym pragnąłbym napełnić swą książkę. Nietylko stare foliały mnie nęcą — samo miejsce przyciąga. Wygodnie rozparty w starym safianowym fotelu, zapominam o książkach przedemną leżących i w senne zatapiam się marzenia. Za czasów katolickich zajmowali ten klasztor braciszkowie a w pierwszem po­‑reformacyjnem stuleciu urządzono tu łacińską szkołę. Teraźniejsza biblioteka była niegdyś refektarzem. Jest to średnio długi pokój, o grubych pobielanych ścianach i trzech nizkich śpiczastych łukach. Sklepienie drzwi jednej ze ścian jest tak nizkie, że trudno przejść dorosłemu człowiekowi bez nachylenia. Ztąd roztacza się widok na pokoje biblioteki, których półki — pełne książek o wyblakłych, niebiesko­‑żółtych grzbietach. Po drugiej stronie podłużnej ściany znajdują się trzy okna, owalnemi otoczone łukami. Szybki — pożółkłe i zzieleniałe, w głębokich, łukowych tkwią wycięciach.
Okna sięgają do podłogi: ztąd roztacza się widok na ogródek biblioteki, graniczący z klasztornym i cmentarnym. Jest to kawał urodzajnej ziemi, zarośniętej krzakami, pięknemi kwiatami na zielonem tle trawnika. W pośród gromady drzew, uginających się pod ciężarem owoców, wznosi się wysoki, płaski, wpół zniszczony kamienny nagrobek z równie zniszczonym starym napisem.
Najczęściej jednak wzrok mój zatrzymuje się na wysokim, żółtym murze, oddzielającym ogród od wązkiej uliczki. Tam, gdzie mur podwójnym się staje i tworzy czworokąt, spostrzegamy ślady grubo wyciosanych schodów a między murami rośnie drzewo, którego gałęzie ledwie się zielenią, w dowód pełnego troski żywota. Przyglądam się schodom w ścianie i schowanemu drzewu i marzę o młodym braciszku zakonnym, który na tem samem, co i ja, siedząc miejscu, przysłuchiwał się rozmowie zakonników, prowadzonej przy wieczerzy. Myśli jego wędrują gdzieindziej, serce bije niespokojnie. Przypatruje się przez nizkie okna złotej grze kolorów zachodzącego słońca. Następnie zakonnicy udają się na spoczynek a noc swym płaszczem otula ogród klasztorny. Ostrożnie otwierają się drzwi refektarza, młody braciszek wymyka się przez okno, spuszcza po linie na dół i zeskakuje do ogrodu. W ciemności nocy przyczołgał się aż do muru, na najwyższym stanął stopniu, przechylił ku sobie jedną z gałęzi drzewa — i między dwoma znalazł się murami. Tam, w męzkie przebrana szaty, oczekuje go kochanka i pozostaje przy nim a słowiki wyśpiewują swe trele w klasztornym ogrodzie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Chcę napisać książkę o starem mieście i jego klasztornym spokoju, chcę, by słowiki wyśpiewać mogły pieśń o ukrytej miłości młodego, zakonnego braciszka.




IX.
1 lipca.

Spotkało mię dziś rano coś czarodziejskiego. Siedziałem, jak zwykle, przed pawilonem i karmiłem wróble. Od czasu przybycia mego na wiatrakową górę, liczba wróbli z dnia na dzień się powiększała a wraz z nią ich śmiałość. Wchodzą do mego pokoju, czekają na śniadanie a gdy czasem o nich zapominam, pukają dziobkiem w szybę i niecierpliwie świergocą na parapecie.
Dobiegamy do końca uczty: na stole leży duży kawał pszennego chleba. Cała banda go obsiadła. Dziobią i wydzierają sobie kęs po kęsie — nareszcie przyfrunęła odważna para i uniosła wspólnemi siłami ostatni kawałek. W tej samej chwili spostrzegłem młodą, w jasną suknię ubraną dziewczynę, stojącą na stopniach pagórka. Napewno przyglądała się zabawie. Spotkały się nasze spojrzenia. Wydaje się zmieszaną. Porusza się, jakby chciała uciec, później namyśla się, schodzi spokojnym krokiem ze schodów, zbliża się ku mnie. Podnoszę się, witam ją. Lekko skłania głowę i mówi ze spokojem udanym a może naturalnym: „Mam coś dla pana“ i podaje mi kartkę. Odwijam ją, czytam: — „Prawda, to do pana należy. Poznałam go, patrząc na niego przed chwilą“. To co mi oddała, było kartką, zgubioną przezemnie na okręcie, zapisaną szczerem wyznaniem. „Tak — to moja“ — odpowiedziałem — „ale zkąd pani wie, że to do mnie należy?“ — Uśmiecha się wesoło: — „Więc pan mię nie zna? nie — naturalnie nie, było głupie pytać się pana — pan mię zaledwie zauważył“. „Pani byłaś tą, co stała przy mym boku wtedy na okręcie?“ — „Tak, panie“ — odrzekła — „z tą tylko różnicą, że nie nagle przy panu stanęłam, bo pomimo, że na górach mieszkam, czarownicą ani czarodziejką nie jestem“. Wszak to ona, córka młynarza, dziewczyna z wzniesienia ołtarzowego! Podała mi rękę, pożegnała się: „Bądź pan zdrów i przebacz, że mu przeszkodziłam, ale myślałam...“ — spojrzała na mnie poważnie — „że panu zależy na posiadaniu tej kartki. Gdym ją znalazła, pana już nie było“.
Odeszła — a ja patrzałem, jak spokojnym, pewnym krokiem do schodów doszła, potem zniknęła, jak białe zjawisko w zieleni sosen. Chciałem, by wróciła — skoczyłem, by za nią pogonić. Miałem jej tyle do powiedzenia, tyle do zapytania. W tej samej jednak chwili pomyślałem: Nie — jak jest — jest pięknie. Wyrazy między nami wyrzeczone nie zepsuły nastroju. Bogini zeszła z góry, ukazała się na chwilę i odeszła.
Długo, długo jeszcze wpatruję się w miejsce, z którego zniknęła.




X.
2 lipca.

Czy jest ładną? Jak właściwie wygląda? Chciałbym określić wrażenie przez nią na mnie wywarte. Wnosi ze sobą atmosferę czystą i wzniosłą. Jest świeżą — w dojrzałości. Jaśnieje pięknością i nieuświadomioną dobrocią. Oczy jej mają głębię i słodycz a zarazem jasność i otwartość dziecka, nic nie ukrywają, wypowiadają szczerze swe przekonania. Piersi krągłe, kibić giętka a biodra toczone. Wszystko w niej jest tak naturalne i proste, że porównać ją można do piękności drzewa w bogactwie ozdób letnich. Gdyby przeszła przez obóz pijanych żołnierzy — sami utorowaliby nieświadomie drogę. Wydaje się niedostępną a jednak pociąga. Począwszy od ciemnobronzowych jej włosów zczesanych na czoło, aż do stóp, unoszących ją lekko i miarowo po ziemi — tworzy wrażenie człowieka, pewnego swych dróg i celów. U jej boku czułbym się spokojnym. Jest bez fałszu, obłudy, przynosi tchnienie lasów i gór. Pociąga, jak ołtarz. Na klęczkach ku niej zbliżać się trzeba. Jest kobietą świeżo stworzoną przez Boga — dziewicą a zarazem matką.
Gdym ją na okręcie ujrzał, takiego doznałem wrażenia; takiego — gdy na wzniesieniu ołtarzowem stała i taką mi się wczoraj objawiła. Na papierze, który mi oddała, napisałem: „dusza ma tęskni całą swą głębią za kobietą — matką“. Zapewne przeczytała. Nie wstydzę się tego. Niech zna tajemnice mego serca. Ani mię wyśmieje, ani zdradzi. Może zresztą wcale już się nie ukaże. W każdym razie, mówić już z nią nie będę. A jednak doznaję wrażenia, jakbym posiadał przyjaciela, powiernika, którego sympatya mię otacza, któregobym w potrzebie o pomoc prosił. W samotnych wędrówkach po lesie widzę uśmiechnięte jej oblicze, idę pewnym szybkim krokiem, zdaje mi się, że jej ciepłą dłoń w swej trzymam dłoni. Zajmują mię czasem mącące spokój myśli, gorące pragnienie cofnięcia się. — Wtedy przywołuję jej obraz — staje się on amuletem. I orzeźwiające tchnienie jej ducha rozjaśnia mój umysł.
Tak zawsze otacza mię i unosi się nademną jej duch — obrońca.




XI.
4 lipca.

Mam przyjaciółkę w zakładzie. Zakład ten jest schroniskiem starych panien i wdów. Przyjaciółka moja liczy około siedemdziesięciu lat a należy do najmłodszych jego mieszkanek. Inne traktują ją, jak dzieciaka a jednak jest weteranką zakładu. Nie zważając na przepisy, pozwolono matce zabrać dziecko z sobą, ponieważ nikogo nie miała na świecie a lekarze przepowiadali jej, z powodu wątłych sił, niedługie życie. Później lat wiele leżała w łóżku a kiedy siły wróciły, matka umarła. Zatrzymano w zakładzie trzydziestoletnią sierotę, nie mającą nikogo na świecie. W celi, którą zamieszkiwała wraz z trzema innemi paniami, spędziłem wiele szczęśliwych dni dzieciństwa. Był to umysł niezwykle utalentowany. Nikt piękniejszych nie umiał opowiadać bajek, zapas których był niewyczerpany, ponieważ je sama tworzyła. Nikt nie umiał pokazywać tylu zabawnych i ciekawych sztuk kartami. Prócz tego, wycinała artystycznie laleczki z papieru, prześlicznie przystrajała choinki, wyplatała ze słomy zgrabniutkie koszyczki i pudełeczka. Przez długi szereg lat przymusowego leżenia w łóżku, doprowadziła ostatnią tę sztukę do artyzmu. Siennik — dostarczał słomy, reszty dopełniała fantazya i zręczność. Każda wizyta w jej celi była dla nas, dzieci, wycieczką w zaczarowaną krainę baśni. Zawsze się widziało i słyszało dziwne rzeczy. W dodatku dostawaliśmy filiżankę kawy a do ręki dawano nam kawałek owsianego cukru, mogliśmy go ssać i oblizywać — i popijać wspaniałym nektarem. Odwiedziłem ją dzisiaj. Jak ongi w długim, wysypanym białym piaskiem korytarzu, stały kłaniające się kobiecinki w ciekawą zbite gromadkę. Wionęła na mnie ta sama, dawno znana, woń lawendy, uderzyło duszne powietrze i owionął przeczysty spokój nieskalanego niczem życia. Zapukałem do drzwi izby, zamieszkiwanej przez moją przyjaciółkę od lat pięćdziesięciu. Towarzyszki wymierały, ona jedyna pozostała. W podłużnym pokoju z oknem — z widokiem na ogród warzywny, siedziały cztery staruszki. Każda w swoim kącie, czyli w jednej czwartej części pokoju — było tam w sam raz dosyć miejsca na łóżko po jednej ścianie, komodę i umywalnię po drugiej a na dwa krzesełka w pośrodku. Wejście moje wzbudziło wielkie zdziwienie, staruszki opuściły roboty na kolana i pytającemi minami badały, komu wizyta przypadnie w udziale. Przyjaciółkę mą natychmiast poznałem, siedziała na tem samem honorowem miejscu, pod oknem. Zestarzała się, posiwiała i pomarszczyła. Wydawała się jeszcze szczuplejszą, tylko oczy jej nie straciły dawnego mądrego wyrazu. Gdy mię poznała, twarz jej się rozjaśniła, zarumieniła, rozpostarła ramiona i tuliła serdecznie do zapadłej piersi: „Tak, to on, rzeczywiście on! nie zapomniał o mnie!“ Mój Boże, nie przypuszczałem nigdy, że komuś tyle szczęścia sprawić mogę. Honorowano mnie, jak księcia. Posprowadzała wszystkie towarzyszki; z wszystkich pokojów i korytarzy poschodziły się sędziwe kobiecinki, które znały jeszcze mych rodziców i pamiętały moje dzieciństwo. Napływały drżące babcie, sztywne stare panny — ściskały mi ręce, zbliżały się ku mnie — i wszystkie naraz pytały o rodziców i całą rodzinę, którą dobrze znały. Napoiły mnie kawą obficie, ale owsianego cukru dać nie chciały; zrozumieć nie mogły, że nie lubię białego. Gdym odchodził, odprowadzono mnie do drzwi. Prosiłem moją przyjaciółkę, byśmy na drugi raz sami pozostali.




XII.
9 lipca.

W tych dniach znalazłem rodzinne dokumenty w bibliotece i zapragnąłem je zbadać. W tym celu byłem u proboszcza i prosiłem o pozwolenie przejrzenia starych kościelnych ksiąg.
Był to człowiek młody, wysoki o ostrych rysach, wielkich niebieskich oczach. Nadzwyczaj uprzejmy, światowiec w całem tego słowa znaczeniu. Po kilku jednak minutach rozmowy okazał się tem, czem był w istocie — zapalonym obrońcą surowego chrystyanizmu. Prowadził rozmowę — słuchałem, nawpół przytomny. Pojąłem tylko jedno: miał zamiar przeistoczyć, zaniedbane przez poprzedników, zecofane urządzenia kościelne. Nazywał stare miasto sodomą bezbożności i złych obyczajów. Wszystkie grzechy gnieździły się w niem: pijaństwo, niemoralność, karciarstwo, bale stowarzyszonych. Kto stare chwali miasto, nie zna go, lub daje się uwieść pozornej uczciwości i uprzejmości. Ale z Boską pomocą zmieni się kierunek wiatru. Już dziś widzi owoce pracy niedawno rozpoczętej. Oddawna nie słyszałem słów fanatyzmu. Przebrzmiały, jak pusty dźwięk a młody, rozgoryczony człowiek, uczący dobrych obywateli bojaźni Bożej, wydał mi się wstrętnym. Miałem zamiar zaprzeczać, lecz zaniechałem. Czułem się niezdolnym do dysputy i dziś pierwszy raz szczerze się cieszyłem, że nie należę do ich obozu. Wyobraźmy sobie, że ten człowiek, sługa Wszechmocnego, pieni się ze złości, nie wiedząc o tem, że wiara żąda spokoju i łagodności. Istotnie, wilki ubiegają się o owieczki. Gdym powstał, by odejść, stał się proboszcz tym samym, co na początku, zręcznym światowcem. Serdecznie uścisnął mą dłoń, uśmiechnął się mile i żartował z uniesienia.
Idę do domu, lituję się nad starem miastem. Za dawnych proboszczów lepsze miało czasy. Zastosowywali kazania do potrzeb. Z chęcią u karcianego siadywali stołu, dobrym nie pogardzali trunkiem, cieszyli się, gdy młodzież tańczyła a nie płakali, błogosławiąc młode pary. Zdaje mi się, że powietrze się ścieśniło, słońce mniej wesoło świeci, wiatr stał się chłodnym i ostrym a dla starego, pełnego życia miasta, nadeszła godzina nawiedzenia.
.....Dopiero na wiatrakowej górze, pod promieniami słońca, porzuciłem smutne myśli. Czeka mnie radość, która serce napełni najnieprawdopodobniejszemi do ziszczenia nadziejami i bić każe burzliwem, młodocianem tętnem. Na biurku znajduję wiązankę róż. Przyniósł kwiaty posłaniec z prośbą, by je obcemu panu postawiono na stole. Jeśli nie od niej, od kogóż pochodzić mogą? Nie zapomniała o mnie, myśli i przesyła ukłony. A może pochodzą od przyjaciółki z przytułku? Nie, to niemożliwe. Tak piękne kwiaty nie rosną w mieście, zrywano je na górach, w ogrodzie młynarza.




XIII.
20 lipca.

Słowik śpiewa na wiatrakowej górze. Przechadzałem się dziś po lesie z córką młynarza. W gruncie rzeczy niema wtem nic dziwnego. A jednak doznaję uczucia, jakby mi się coś nadzwyczajnego zdarzyło. Spotkałem ją. Jesteśmy sąsiadami, więc niema w tem nic dziwnego. Znamy się przecież, mogę ją zatrzymać i przemówić do niej. Tymczasem ona mnie zatrzymała, w czem znów nic nienaturalnego nie znalazłem. Pytała: „Co pan porabia, jak panu się powodzi? czy dużo bywa, czy tęskni za stolicą? Odpowiedziałem: „Codzień szczęśliwszym się staję. Nigdzie nie bywam; nic mi nie brakuje. A w dodatku otrzymałem przedwczoraj pęk przecudnych róż“. Później przyznała, że róże od niej pochodzą a ja cieszę się, że z tego nie robi tajemnicy. Mówi: „Przysłałam kwiatki, dlatego, że wielką ku temu miałam ochotę. Myślałam — ucieszą go, ponieważ są rzadkie i ładne a chciałam mu przyjemność sprawić“.
Pytałem, zkąd żywi dla obcego zupełnie człowieka tyle przyjaznych uczuć. Odrzekła: „Wiem, że pan prawdziwego nie doznał szczęścia a mnie było zawsze tak dobrze“. Proszę ją, by mi opowiedziała o życiu, spędzanem z ojcem na samotnej wiatrakowej górze. Potrząsnęła głową: „O tem nie mam nic do opowiadania. Pielęgnuję pszczoły, kwiaty, owoce i czytuję ojcu. Chce pan więcej wiedzieć, przyjdź pan do nas. My również, jak pan, nigdzie nie bywamy. Dlatego dobrze nam będzie razem“. Później dodała: „Niech pan nie odpowiada. Jeśli się czuje szczęśliwym w swej samotności, to niema po co szukać ludzi, ale gdyby pan kiedyś zapragnął naszego towarzystwa — będzie zawsze mile widzianym“. Później zaczęliśmy się żegnać. Nagle wpadło mi na myśl, że mam jej kilka pytań do zadania i mówię: „Widziałem panią, gdyś stała wtedy na górze pod młynem. A coby było, gdyby młyn się poruszył?“ „Nie“, odpowiedziała, „niema niebezpieczeństwa, młyn już oddawna jest bezczynnym. Ojciec się zestarzał, zaniewidział i nie pracuje“.
Na pożegnanie ukłoniła się i odeszła, ja jednak pozostałem i cicho posyłam za nią tysiące błogosławieństw, całą harmonię dziękczynienia i szczęścia. Czy ją kocham? Nie, bo jej nie pożądam. Nie chciałbym nic w naszym zmienić stosunku. Zmysły moje śpią, jak dzieci w kołysce i uśmiechają się do pieszczoty jej głosu. Wielkie, łagodne ciepło, płynące z jej oczu, opromienia mię. Uścisk jej dłoni jest czuwaniem anioła. Gdyby nieprawdopodobieństwo prawdą się stało — a ona dziś do mych zapukała drzwi — uciekłbym, jak przed profanacyą i wydawałbym się sobie przeklętym, jak człowiek, który, stojąc nad źródłem oczyszczenia, widzi męty skupione wokoło swego obrazu.
I gdym znów w swoim siedział pokoju i wpatrywał się w kwiaty, uczułem potrzebę dania jej do zrozumienia, jak bardzo cenię jej przyjaźń. Napisałem na karteczce: „Od człowieka, zbawionego przez ciebie“. Wziąłem kartkę i różę, pobiegłem do domu młynarza, przytwierdziłem je do drzwi. Ponieważ ojciec jej jest niewidomym, pewien jestem, że w właściwe wpadną ręce. Powracam do domu a w piersi mej słowicze słyszę śpiewy.




XIV.
29 lipca.

Dzisiaj spędziłem całe rano na wałach portu i przyglądałem się nadchodzącemu parowcowi. By uniknąć możliwego spotkania ze znajomymi podróżnymi — usiadłem niedaleko przystani towarowej. Wpatrywanie się w nią bawiło mię. Pokryte szlamem słupy; mrowie łażących między masztami raków — przypominały dawne, dawne czasy, kiedy przybycie parowca było uroczystością, bo jedynym ze światem łącznikiem. Święto zaczynało się o świcie. Wtedy również, jak dziś, godzina przybycia nie była określoną. Właściwie powinien był przybywać do portu o piątej — jeśli jednak gęsta mgła pokryła brzegi fiordu, czekanie trwać mogło i kilka godzin. Jak dziecko biegałem pięć lub sześć razy tam i napowrót, by zawiadomić rodziców o przybyciu statku.
Nareszcie sygnalizują, mgła się rozświetla — zbliża się gorąco oczekiwany parowiec — a z nim ciotki, podarki, mnóstwo wybornych przysmaków.
Podczas, kiedy tu siedzę i dawne odświeżam wspomnienia — mgła opada i cały przykrywa fiord. Szara ściana zasłania widok. Zdaleka rozlega się odgłos rogu. Żałośnie narzeka, z niepokojem uprzedza. Kapitan, widząc się tak blizkim celu, podwaja siły. Okręt zbliża się mrucząc, odróżnić powoli można żerdzie masztu. Mgła zniknęła a oczom naszym ukazał się oślepiający wspaniałością widok: w promieniach porannego słońca stoi parowiec o kilka łokci od brzegu. Na przodzie pokładu młodą widzę dziewczynę w długim, ciemnym płaszczu deszczowym. Czy mię oczy mylą? Nie troszcząc się o ludzi, pośpieszam na pomost. Teraz spostrzegła mię — wywija chustką — to ona!
Najwyższemu składam dzięki za uśmiech przez nią — mnie zesłany. Cieszy się z mego widoku, cieszy z niespodzianego spotkania. Idziemy przez miasto. Z wielkiego szczęścia mówić nie mogę. Wędruję u jej boku a ona opowiada o przebytej podróży. Powraca z tego samego, co i wtedy miasta — małego handlowego nadbrzeżnego portu. Jeździ tam co dwa tygodnie i sprzedaje produkty swego ogrodu: owoce, miód, konserwy i jarzyny. Ojciec woli je wysyłać, niż sprzedawać handlarzom miasta. Gdy mi opowiedziała to wszystko — a ja jeszcze milczałem, pyta: „Co pana właściwie sprowadziło do portu? czeka pan na kogo“? „Tak“, odpowiedziałem; „okręt przywoził mi zawsze drogie sercu osoby i tym razem nie zawiódł“. Wyrazy moje ani ją mieszały, ani gniewały, więc mówię dalej: „A pani? czyś przypuszczała, że ktoś cię oczekiwać będzie“? „Stałam wpośrodku mgły, myślałam o panu, jakim go pierwszy raz widziałam; — i nagle ujrzałam cię po drugiej stronie mgły“. Mimowoli pochwyciłem jej rękę, ona jej nie cofnęła: „Tak, jestem po drugiej stronie mgły“.
Po chwili, gdyśmy się rozejść mieli, dodała: „A teraz przyjdzie pan do nas? czekamy“.




XV.
W nocy między pierwszym a drugim sierpnia.

Dwa dni ociągałem się z pójściem. Zapewne nie przypuszczała, że ją zaraz odwiedzę. Dziś wieczorem jednak iść musiałem. Małgosia stała we drzwiach: „Więc nareszcie! ojciec ze mnie żartował i twierdził, że pan żadnych z nami nie chce mieć stosunków“. Potem uczułem się mile widzianym a co zatem idzie — pewnym siebie i na swojem miejscu.
Pokój bawialny z oknami wychodzącemi na fiord wyglądał jak nizka kajuta. Umeblowanie składało się z żółto wypolerowanej, włosienicą krytej kanapy, dużego stołu, krzeseł skórą obitych, kilku okrętów w miniaturze i kilku kart na ścianach. W jednym rogu stał staromodny fortepian, w drugim wizerunki okrętów, na szafach i pułkach muszle i wypchane ryby, nad stołem wisząca lampa.
Tutaj mię wprowadzono, poznałem zaraz młynarza, którego olbrzymia, zgrabna postać, wzrok wygasły pod odstającemi, krzaczkowatemi brwiami utkwiły w mej pamięci. Siedział na sofie w niebieskim kaftanie i kurzył fajeczkę. Małgosia zaprowadziła mnie do niego i rzekła: „Widzisz, przyszedł obcy pan“. Obrośnięta dłoń serdecznie moją uścisnęła — po tym uścisku uczułem się, jak u siebie w domu.
Nigdy i nigdzie tak mi dobrze nie było. Siedziałem i myślałem: „Czy to senne marzenie? czy wytwór fantazyi“? Zdawało mi się, że przebywam od niepamiętnych czasów w tej atmosferze, w tej kajucie, oazie, rzuconej na puste wzgórze wraz z niewidomym, mądrze mówiącym starcem i młodą dziewczyną, zamieniającą nam samotne życie w szczęśliwe i piękne chwile. Słuchałem opowiadań starego a dusza moja cieszyła się widokiem Małgosi. W skromnej szarej sukience, chłopskim ciemnym opasana fartuszkiem, wchodziła i wychodziła, przynosiła nam kawałki smarowanego chleba, powidła własnego wyrobu, nakładała fajki, przyrządzała znakomity grog ze starego indyjskiego araku. Za każdem jej wejściem promień słońca rozjaśniał pokój. Widziałem po przebłyskach życia w zamarłych oczach starego, że tego samego, co i ja, doznawał wrażenia.
Małgosia wyszła, by przyrządzić wieczerzę. Stary rozpoczął opowiadanie: „Zanim na górze osiadłem, wędrowałem długo, długo po świecie. Kierowałem swojemi i cudzemi okrętami, żeglowałem po wielkich morzach. Pewnego jednak dnia doszedłem do wniosku, że przestać już mogę. Widziałem więcej, niż widzieć chciałem; czasy się pogorszyły, praca moja nie przynosiła należytych zysków. Wybudowałem wiatrak. Wiatrak jest pewnego rodzaju okrętem, bez wiatru i żagli poruszać się nie może a miele o wiele pewniej. Okoliczni młynarze żegnali się na widok nowego współzawodnika. Dziwili się, że pomimo niepogody i burzy wiatrak zawsze w ruchu. Wkrótce zmełł tyle, że mogliśmy żyć bez troski o jutro; zestarzałem się, ostry wiatr i kurz wzrok mój zepsuły. Uprzykrzył mi się wiecznie hałasujący, ruchliwy a jednak stojący na jednem miejscu wiatrak. Byłem znużony, zapragnąłem spokoju. Niema wtem właściwie nic dziwnego. Z opowiadań Małgosi wnioskuję, że i pan, młody jeszcze człowiek, tego samego doznaje uczucia. Więcej zadziwia mnie Małgosia. Jest dzieckiem ciszy a pomimo młodości, nie może się od niej oderwać. Jeśli pan sądzi, że z mojej winy, to się myli. Bardzo często prosiłem ją, by wyjechała, chciałem się z nią nawet udać do stolicy — nic nie pomagało. Twierdzi, że znalazła wszystko, czego serce pragnęło. Odczuwa bojaźń i niechęć przed tem, co po za domem się znajduje. Usposobienie to leży w jej krwi; nie przyszło to z wiekiem, nie wpłynęły modernistycznego kierunku książki. Gdy jeszcze była dzieckiem, posłałem ją w odwiedziny do krewnych żony, dla rozrywki. Przesiedziała grzecznie cały czas, ale po powrocie musiałem dać słowo, że nigdy jej w świat nie puszczę. W mieście byli wszyscy dobrzy, wszystko czynili, by jej sprawić przyjemność. Małgosia tęskniła za młynem, górą, pobladła i czuła się osamotnioną“.
Stary zamilkł, namyślił się, potem dodał: „Jednakże kiedyś umrę, zmuszoną będzie ztąd wyjechać. Może poślubi człowieka, który i tu z nią zamieszka. Ale na wiatrakowej górze niema młodzieży a o ile sądzić mogę, Małgosia nie myśli o małżeństwie, pomimo wielu przeczytanych książek o miłości“.
.....Siedziałem długo w pokoju młynarza; Małgosia zapaliła lampę, usiadła do fortepianu. Przez otwarte okno wpadał cień spokojnie stojącego młyna na tle jasnego nieba. A w ciszy rozlega się harmonijny, bezpretensyonalny śpiew przy akompaniamencie rozbitych tonów starego fortepianu.
W kącie kanapy drzemał stary młynarz. Blade światło lampy oświecało słodkie jego oblicze.




XVI.
15 sierpnia.

Co się też obecnie dzieje na wielkim świecie? Gdyby wybuchła wojna, lub jakiś nastąpił przewrót, echaby i do mnie doszły. Teraz, gdy bez gazet spokojny pędzę żywot, wydaje mi się, że na świecie nic nie zachodzi ważnego. Na wielkomiejskim rynku te same krążą wiadomości, złożone ze zwykłej liczby zawiadomień zaręczynowych i skandali. Ta sama zwyczajna polityczna zupa bez smaku mięsa. Te same pogłoski o rozpoczynającym się sezonie teatralnym, ogłoszenia księgarskie o nowych wydawnictwach, z których trzy czwarte zaraz po ukazaniu się zapomnianemi zostaną dlatego, iż poruszają w nich wszystko, prócz kwestyi, najwięcej interesujących czytelnika i autora, lub dlatego, że autor nic nie ma do powiedzenia.
Te i tym podobne myśli wstrzymują mnie od napisania książki o starem mieście. Jednego dnia wydaje mi się przedmiot za błahym i obawiam się, że czytelnicy pogardzą książką, mówiąc: cóż to nas obchodzić może? Nazajutrz budzę się pod wpływem miłych, przeżytych dawniej i odczuwanych świeżo wrażeń i dochodzę do wniosku, że serce moje przynieść może miłe posłannictwo tym, które pragną i tęsknią.
Dla tej przyczyny tak wolno posuwa się robota a czasami nawet ustaje pod wpływem zmiennych wrażeń. Może waham się i dlatego, że nowe wrażenia snują na tle starych wspomnień nić dopiero co rozpoczynającego się romansu.
A może powstrzymuje mnie pewnego rodzaju tchórzostwo przed opuszczonymi przyjaciółmi i nieprzyjaciółmi? Czyż wywołuje chwilowe drżenie mej ręki ich sceptyczny uśmiech, którym powitają pielgrzymkę moją do obiecanego kraju dzieciństwa? Czyż to ja jestem tym samotnym wygnańcem, oddalonym od plotek, ironicznych dopisków? Dziś wieczór, podczas spaceru, zwierzyłem się Małgosi. Gdym swą spowiedź skończył, pochyliła główkę, jakby prosząc o przebaczenie za śmiałość i rzekła: „O ile sądzić mogę po tem, com czytała — a czytałam dużo — głównym błędem wszystkich pisarzy, jest obawa szczerego wypowiedzenia się. Czytając, doznaję uczucia, jakoby autor spoglądał wtedy nawet, gdy otwartość udaje, w stronę sądzącego czytelnika. Zawsze o swojej myśli godności, zawsze się przystraja i ozdabia, by nie wzbudzić ni gniewu, ni lekceważenia. Jeśli pan uważa moje zdanie za miarodajne, niech mu się wydaje, że jedyną jego czytelniczką — nieświadoma dziewczyna, tak głupia, że ani wyśmiać, ani rozgniewać się nie umie“.
Zwolniliśmy kroku — pod nami leży fiord i miasto. „Albo“, dodała, „pisz pan, jak pisać może mieszkaniec Wiatrakowej góry“.




XVII.
23 sierpnia.

Małgosia nie zna starego miasta. Prosiłem, aby je pokazać sobie pozwoliła. Chcę, by je pokochała, jak ja je kocham. Ponieważ czuła, że mi tem sprawia przyjemność, zgodziła się z chęcią. Zajmuje ją wszystko, co tłómaczę i pokazuję a szczególniej bawi niewyczerpany zapał cicerona.
Zwiedziliśmy dzisiaj stary zamek, leżący nad fiordem. Obecnie mieszka w nim naczelnik. Gmach jest szary, długi, dwupiętrowy, do śpichrza podobny — z mnóstwem malutkich okienek. Kilka rzędem stojących topoli, warta, przechadzająca się tam i napowrót, w czerwone przybrana płaszcze, jedynym znakiem, wyróżniającym zamek od innych domów. Pałac nie wydaje się ani starym, ani godnym uwagi. Pozostały jeszcze ślady dawnych czasów, kiedy zamek zamieszkiwali królewscy lennicy.
Zapadał zmrok, gdym wstępował z Małgosią przez ciemny, głęboki portyk do wielkiego czworograniastego podwórza, otoczonego nizkiemi, białemi drzewami. Między kamieniami wyrosła bujna trawa a wzdłuż ściany stoją szlachetne kuliste lipy. U nóg tychże płynie ściek, głębokością przypominający strumyk a biegnący poniżej niezliczonej liczby ścieżek.
Siedzimy na ławce pod lipami, naprzeciwko portyku i miejsca, w którem się zbiera woda wszystkich ścieków i spływa podziemnym kanałem do fiordu.
Podczas, kiedy słońce znika za górami i rzuca ostatnie promienie na trawę podwórza, opowiadam Małgosi o strasznym panu Esben. Kilka wieków temu mieszkał w zamku i zdobył sobie sławę wojownika i uwodziciela. W niespokojnych czasach wybudowano dla pewności potajemne przejście z piwnic zamkowych do wału, na drugiej stronie położonego. Pan Esben używał potajemnego przejścia dla swych, pełnych galanteryi, wycieczek. Był wesołym, przystępnym, lubił ludzi; zapraszał często na uczty młode małżeństwa i narzeczonych. Obywatel dawał się winem upoić i wpadał w stan nieprzytomny. Wtedy wyprowadzał pan Esben z salonu żonę a gdy dobrowolnie nie chciała, zmuszał ją, by szła za nim tajemną drogą w stronę fiordu do małego, elegancko urządzonego domu. Tam zabawa trwała dalej. Działo się to często ku zadowoleniu uprowadzonej, bo pan Esben był pięknym i wspaniałomyślnym. Oszukani mężowie i narzeczeni martwili się strasznie, ale ukryć musieli hańbę i wyrządzoną krzywdę, bo Esben znanym był z okrucieństwa i surowości. Nie mogli rozgłaszać po mieście historyi, w której ukochana główną grała rolę, tembardziej, że niewiadomo było, jak się zachowywała. Jednak to i owo dawało do myślenia a nieporozumienia między ludźmi, dawniej szczęśliwie ze sobą żyjącymi, były powodem gawędy. Chmura, brzemienna nienawiścią i strachem, zawisła nad zamkiem i miastem.
Razu pewnego zwróciła pana Esbena uwagę młoda, śliczna, siedemnastoletnia dziewczyna. Niedawno poślubiła jednego z najdzielniejszych rzemieślników miasta: Klausego Bryde. Pan Esben prześladował bezustanku młodą kobietę wzrokiem, potajemnemi znakami a gdy spostrzegł, że hołdy przyjmuje, skorzystał z pierwszej nadarzającej się sposobności i zaprosił młodych małżonków do siebie, na zamek. Klause Bryde przeczuwał jednak coś nieczystego i... udawał pijanego a podczas kiedy głowa coraz głębiej na piersi spadała, oczy śledziły czułe spojrzenia, zamieniane między żoną a lennikiem. Zaledwie się oddalili, pewni, że małżonek w błogiem spoczywa upojeniu, zerwał się tenże, podążył do okna i za umówionym znakiem wdarła się do pałacu uzbrojona gromadka przyjaciół. Rozbroili nieprzygotowanych strażników, zakneblowali im usta i pod wodzą Klausa Bryda weszli do otwartych potajemnych drzwi. Znikli w ciemności, podążając śladem oddalających się pochodni...
Podanie opowiada nam o zdarzeniu, jakie się w głębi fiordu przytrafiło, w następujący sposób: obudzeni mieszkańcy pałacu przez oswobodzoną nareszcie wartę pobiegli do tajemnego korytarza, którego drzwi były zamknięte. Długo trwało, zanim wysadzono ciężkie żelazne podwoje. Wtedy straszny przedstawił się widok: u drzwi leżały nienaruszone trupy przyjaciół Klausa Bryde. Po długiem szamotaniu się padli uduszeni. Dalej kilka trupów z widocznemi śladami uduszenia, w pośrodku lennik, młoda kobieta, Klaus i kilka innych, strasznie zeszpeconych trupów. Później opowiadano, że rybak, będący na połowie węgorzy, słyszał wyraźne odgłosy broni.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zaszło słońce. Szary zmrok otulił swym płaszczem ciche zamkowe podwórze. Wtem, odezwało się przytłumione pluskanie wody. Małgosia oparła się na mem ramieniu: „Co to?“ — spytała. „Spojrzyj sama“, odpowiedziałem, wskazując na most.
Nadeszła godzina starych zamkowych szczurów, wszystkie podążają w stronę fiordu. „Patrz, pani, pływają i przyciągają ku sobie deskę. Siedź spokojnie, nie bój się, wędrując po utartej drodze, do nas nie dojdą. Cała karawana szuka znanego przejścia. Pilnują, by nikt nie przerwał tajemniczego spokoju w ponurym cieniu podania“. „Cóż mają wspólnego szczury z potajemnem wejściem?“ pytała Małgosia. „Zbliż się, pani a usłyszysz.“ Zaprowadziłem ją do otworu piwnicznego w rogu podwórza. Ujrzeliśmy kilka ciemnych, grubych sklepień — wionęło na nas zimne, stęchłe, grobowe powietrze.
Opowiadam: „Nie zejdziemy, ponieważ o tej godzinie byłoby to lekkomyślnością. W zeszłem stuleciu odnaleziono przejście, które, zdaniem niektórych, dawno już było zasypane. Jeden z robotników odważył się wejść; z naprężeniem oczekiwano wyniku; milkły kroki i śpiew, widocznem było, że idzie dalej. Później wszystko ucichło, daremnie czekano — nie wrócił. Wtedy władza miasta obiecała uwolnić więźnia, zgadzającego się na zejście w głębie. Znalazł się taki, opasano go sznurem, aby wrazie niebezpieczeństwa mógł się uratować. Młodzieniec zeszedł i zniknął. Po sznurze poznać było można, że zapuścił się daleko. Nagle zatrzymał się ruch sznura. Sądzono, że stanęła mu na drodze jakaś zapora, którą usuwał. Pauza przeciągała się długo. Może zemdlał? a gdyby sznur ściągnąć? Wyciągnięto sznur, ale ciężaru nie było. Linę szczury przegryzły, nieboraka zatrzymały.
....Dziś jeszcze widzimy w sklepieniu zardzewiałe wrota żelazne, za niemi kilka murowanych stopni, prowadzących w przeciwną stronę“...
....Staliśmy znowu pod pałacem; stare szumią topole a szyldwach paraduje w czerwonym płaszczu. Małgosia z uśmiechem spojrzała na zamek i rzekła: „Któżby myślał, że stary nudny ten budynek może wzbudzić przestrach a jednak nie było mi zupełnie dobrze na duszy“. „Tak“, odpowiedziałem, „takim jest w rzeczywistości cały gród. Zwyczajny przechodzień, obojętnie patrzący na miasto, widzi w niem pospolitą prowincyę. Kto jednak sercem szuka, temu otworzy się skarbnica poezyi i oryginalnych podań“.




XVIII.

Tej nocy mieliśmy pierwszą jesienną burzę. Leżałem w łóżku i słuchałem. Z gór i lasów wieje wicher i wstrząsa drewnianym pawilonem, że aż fugi trzeszczą — i świszcząc, pędzi dalej z góry do miasta. Uderzenie za uderzeniem powtarza się ta sama, coraz dziksza, gwałtowniejsza muzyka. Lasy wzdychają i jęczą. Burza nie przebacza. Co sił do oporu nie ma, upaść musi. Huczy wokoło mnie wielki buntownik i pogromca. Nie znam bojaźni, śmieję się mu w oczy: nie przerazisz mię, nie pokonasz, zatopić chcesz we mnie swe pazury, ale ja jednak umknąć im potrafię.
I w szczęśliwem upojeniu błogosławię burzy. Ona jest zwiastunką jesieni, pięknej pory, kiedy cisza na górze spotęguje się i zapewni nam zupełną swobodę. Gdym opuszczał dziś wieczorem dom młynarza, Małgosia, odprowadzając mię do drzwi, rzekła: „Patrz pan, niebo ma wygląd prawdziwie jesienny. Wędrowne ptaki dążą ku południowi a wielkomieszczanie tęsknią za stolicą. Czy i pan zaczyna tęsknić“? „A gdybym wyjechał, brakowałbym pani“? Oczy jej, wpatrzone we mnie, zaszły mgłą i odpowiedziała: „Przypuszczam, że pożegnanie musi być bardzo bolesnem. Jeżeli pan wyjedzie, proszę to uczynić bez pożegnania“. „Odejdę dopiero wtedy, jeśli mnie pani pożegna“.
Podczas strasznej niepogody doszedłem do lasu, odwróciłem się — stała jeszcze we drzwiach i patrzała za mną.

7 września.

Czemuż jej nie mówię, że ją kocham? Czy boję się jej smutku lub niechęci? Z pewnością nie wyczuła z tysiąca drobnostek, jak mi jest drogą. Z każdym dniem widzi spotęgowaną mą miłość. Przygląda się temu z uśmiechem w spojrzeniu i niewinnym rumieńcem na twarzy.
Nie mówię, bo nie mam odwagi, bo nie chcę przerwać ciszy, pełnej oczekiwania i nadziei, bo nie chcę przeszkodzić spotkaniu się dusz.
Zdaje mi się, że siedzimy ręka w rękę, w cichą noc letnią i przysłuchujemy się przytłumionym śpiewom, rozbrzmiewającym ponad wodą.




XIX.
Koniec września.

Nadeszła pora zbierania owoców. W ogrodzie młynarza pracują zapamiętale.
Stary młynarz siedzi na fotelu, kieruje robotą. Pomimo swej ślepoty zna wszystkie drzewa w ogrodzie i wie, w jakim porządku owoce zrywać się powinno. Każdy napełniony koszyk bierze pod wyłączną swoją kontrolę.
Małgosia dogląda obrywania owoców. Zgodzono do tej pracy obeznanych z takową parobków i dziewczęta. Ona sama wykonywa część roboty i mnie do tego zachęca. Obieramy wyborne owoce, rosnące na szpalerze pod szklanym dachem — zajmujemy się tem dlatego, że praca ta nadzwyczajnej wymaga staranności. Stoję na drabinie i zrywam, ona na dole z rozpostartym fartuszkiem czeka. Gniewa się na mnie za lenistwo. Bo ile razy podaję jej owoce — a spoglądam na rozpromienioną, pełną zapału twarzyczkę, piękniejszą od najwspanialszego owocu, przestaję pracować. Gniew jej nic nie pomaga, staje się jeszcze piękniejszą w swem zniecierpliwieniu.
....Gdy mgła opada, przestajemy zrywać; koszyki zanoszą do śpiżarni, gdzie do ścian poprzybijano mnóstwo dużych i małych półeczek. Tak zajmuje się Małgorzata trudną pracą sortowania: owoce posyłane dobrze płacącym odbiorcom, są starannie wybierane, przekupniom — po niższej cenie — gorsze sprzedają gatunki, resztę — zużytkowuje się na potrzeby domowe. Co za śliczny, odurzający, przyjemny zapach unosi się tej śpiżarni! Wyziewy kwaśno słodkie skupiają się w zamkniętej izbie i wytwarzają upajające powietrze, którego woń wsiąkając w odzienie długo w niem pozostaje.
Jakże wspaniale wygląda Małgosia z podniesionemi wysoko rękawami na okrągłych białych ramionach. Każdy owoc w ogorzałą bierze rękę, spojrzeniem znawcy obejmie i na właściwe kładzie miejsce.
Najchętniej jednak widzę ją u stóp drabiny przed drzewkami w szpalerze; gdybym był poetą uwieczniłbym obraz ten rymami:
Owocobranie. W ogrodzie młynarza — na nieurodzajnym gruncie wiatrakowej góry, dojrzewa najpiękniejszy owoc w kraju. W ogrodzie młynarza z kiścią winogron w ręku, o kształtach w marmurze rzeźbionych — cudna stoi dziewczyna.




XX.
Październik.

U źródełka, między miastem a wiatrakową górą, znajduje się ogród dla małych dzieci. Gdy sprzyja pogoda, zbierają się wszystkie: jedne prowadzone za rączki, drobnym podążają kroczkiem, drugie przynoszą na ręku, lub przywożą; wszystkie znajdują się tutaj pod opieką matek, mamek, lub nianiek.
Plac okolony wysokiemi drzewami, obstawiony ławkami, jest miejscem zboru. Na środku stoi buda, gdzie sprzedają mleko, ciasto, chleb świętojański, lukrecyę i ponętne długie czerwone karmelki.
Obok budy stoi z bronzu ulany, posąg narodowego o marsowem obliczu bohatera i przygląda się zabawie dzieci.
Po drodze do miasta, zatrzymujemy się chętnie w tym ogrodzie. Dla mnie są te chwile wspomnieniem dawnych czasów, kiedy i ja należałem do tych ruchliwych małych stworzonek. Ze złości pokazywałem język wiatrowi — a ze strachu płakałem, gdy niańka, nie bacząc na przyzwoitość, zmuszała mnie do załatwienia małej potrzeby u stóp surowego generała.
Przedewszystkiem sprawia mi ogromną przyjemność zajęcie się Małgosi dziećmi. Z blaskiem w oczach ściga ich miłe a niezgrabne swawole, cieszy się ich śmiechem i szczebiotem, raduje ją nawet głośny ich krzyk. Najbardziej lubi maleństwa w wózkach, spoglądające na świat ździwionemi, wielkiemi oczętami. Widzieliśmy dzisiaj matkę, karmiącą takie maleństwo swą białą piersią — niemowlę wpijało się w nią rączętami i spragnionemi usteczkami. Małgosia przyglądała się z uwielbieniem a gdyśmy nareszcie odeszli, widziałem łzy w jej oczach.
....Rozmawialiśmy potem o jej miłości dla dzieci. Mówiła: „Najgorętszem mojem życzeniem dużo, dużo mieć dzieci, zamieszkać na wiatrakowej górce, gdzie tyle miejsca do zabawy. Nie mogę wyobrazić sobie małżeństwa, nawet z miłości — bez dzieci.
Czyż może być coś piękniejszego dla kobiety jak z ukochanym mężem tworzyć rodzinę? Czyż można wyobrazić sobie coś wznioślejszego nad słodką nazwę matki? Czuć i wiedzieć, że się nie żyje bez celu, że jest ktoś na świecie, któremu niezbędni jesteśmy. Mój mąż nie traciłby nic na serdeczności, dzieciom okazywanej. Jako ich ojca, kochałabym go podwójnie; ponieważ wszystko tak odczuwam, nie pojmuję młodych kobiet z nowomodnych książek. Nie — oburzam się! Przeczuwa się bojaźń przed dziećmi, jakoby tamującemi szczęście. I nie dość na tem, jęczą, narzekają na okrucieństwo natury, w bólach rodzić każącej. Jakgdyby nie odbierały tysiącznej nagrody w dziecięciu — za największe męczarnie. I wogóle, czyżby macierzyństwo miało jakieś znaczenie, gdyby nie było okupywane cierpieniem? Początkowo myślałam: To mężczyźni tak piszą, pełni męzkiego współczucia dla rzeczy, których nie znają. Później czytałam w tej kwestyi pisane dzieła przez niewiasty, walczące za sprawę kobiet. Te kobiety pisarki, często matki i żony, czują się tem dotknięte, że kobieta zajmować się musi domowemi sprawami, odciągającemi od udziału w szerszem życiu. Nie rozumiem tych kobiet: gniewają mnie, widzę je przed sobą z pełnemi oburzenia twarzami. Choruję, czytając tego rodzaju książki. Doznaję uczucia, jakoby wobec mnie małe mordowano dzieci“.
....Po małej pauzie dodała: „Widzi pan, moje wczesne osierocenie przyczyniło się do tego stanu — pragnienie miłości i ciepła macierzyńskiego, którego nigdy nie doznałam, spotęgowało we mnie pragnienie udzielania tegoż. Ja która nie przypominam sobie uścisku matki, jako mała dziewczynka ściskałam i całowałam mniejsze od siebie dzieci“.
Tak mówiła sierota do sieroty.
Podczas, kiedym wpatrywał się w bujnie rozwinięte kształty, przysłuchiwał odważnemu, dumnemu zeznaniu, myślałem: synowi swemu nie mógłbym dać większego szczęścia, jak obdarzając go taką matką.




XXI.
Październik.

Stoimy, milcząc, przed długim, nizkim, brudnożółtym domem, na wązkiej, poprzecznej ulicy. Za każdem nizko osadzonem oknem, za doniczkami laku i geranium — stara siedzi kobieta, otulona w kolorową, ręcznej roboty chusteczkę.
W tym domu — opowiadam — mieszkają stare biedne kobiety, za nizko urodzone, by do zakładu dostać się mogły. Dom składa się z jednego długiego pokoju, przedzielonego perkalową, kolorową firanką, na dwadzieścia części. W każdej z tych przedziałek mieszka jedna kobieta. Przypominam sobie z lat dziecinnych, że jedna z nich zwała się Anną Maryą — i była jedyną osobą na świecie, po której coś odziedziczyłem.
Anna Marya była szwaczką, chorą na piersi; w jakim wieku — nie wiem, przypuszczam, że w podeszłym, jeśli tutaj znalazła przytułek. Zachowała bardzo długo wyraz dziecinnej twarzyczki. Gładką i delikatną, o dwóch serdecznych i zawsze uśmiechniętych piwnych oczach. Tak małej osóbki jeszcze nie widziałem.
Podobna do małego, skromnego cienia, sunęła przez ulice miasta; zielony wełniany szal otulał jej plecy a głowę przykrywał chłopski czepek.
W domu tym otrzymywała za darmo mieszkanie. Utrzymywać się jednak musiała sama. Chodziła do syna; codzień do jednej z sześciu rodzin. Krawieczyzny nie znała, ale łatała i reparowała znakomicie; najwięcej obdarzone dziećmi rodziny, utrzymywały ją i dobrze na tem wychodziły a ona nie robiła żadnej między niemi różnicy. Skromną zapłatę sześciu szylingów uważała zawsze za wystarczającą. Coprawda dostawała pożywienie i na tym punkcie dogadzano prawdziwie Annie Maryi; gotowano jej ulubione potrawy, co dla gospodyni trudnem nie było a dzieciom podwójną sprawiało przyjemność.
Anna Marya wybierała potrawy przez dzieci lubiane — ulubiony jej obiad składałby się z owocowej zupy i pączków. Co czwartek przychodziła do nas. Na ulicy podobna do cienia, w pokoju stawała się małym a jasnym promykiem słońca. Zawsze zadowolona, zawsze pełna dziękczynienia i zachwytu. W naszem towarzystwie stawała się zupełnie swobodną. Starsi przestraszali ją powagą i mądrością. Dzieci były jej żywiołem. Ich smutki i radości były jej smutkami i radościami. Dzieliła nasze poglądy i wyobrażenia. Całe popołudnie, wolne od szkolnych zajęć, spędzaliśmy w małym pokoiku i gawędzili, jak z rówieśnikiem.
....Nadeszła godzina wyjazdu naszego z miasta. Anna Marya stała nad brzegiem i płakała rozrzewniającym duszę płaczem.
Rzeczywiście, nie zapomniała o swoich młodych przyjaciołach.
Mijały lata — dorosłem, skończyłem gimnazyum. Dostałem list z wiadomością o śmierci Anny Maryi; z dziwną lekkomyślnością rzadko o niej myślałem. Jej pamięć była stałą: brata mego, mnie, dwóch znajomych chłopców uczyniła dziedzicami swego majątku. Wynosił pięćdziesiąt talarów i miał być podzielonym na cztery części, co wypada dwanaście i pół na jednego.
Pięćdziesiąt talarów — to osiemset dni pracy, to odkładanych codzień sześć szylingów.
Przepodróżowałem swe dziedzictwo. Za Anny Maryi sześć szylingów, wędrowałem kilka tygodni po egzaminach.
Dlatego, Małgosiu, nabiegają mi łzy do oczu na widok tego biednego domu, w którego oknach za geranium i lakiem, stare siedzą niewiasty.




XXII.
Listopad.

Przyjaciółka moja z zakładu — jest Małgosi i mojem jedynem towarzystwem. Przed kilkoma dniami zaprosiłem ją do mojego pod strychem mieszkanka, na czekoladę z kremem. Przywieźliśmy ją w dorożce a po uczcie, gdy znowu wsiadała do powozu, Małgosia obdarzyła ją koszyczkiem jabłek, gruszek i słoiczkiem konfitur. Jednem słowem, podług jej zdania, obchodzono się z nią, jak z królową baśni, o której mi kiedyś opowiadała.
I my byliśmy u niej a ona nas również gościnnie przyjęła; pokochała Małgosię, trudno byłoby jej wyznać, dla kogo z nas obojga serce silniej biło.
Razi ją i gniewa, że jeszcze nie jesteśmy zaręczeni, ale widocznie nie straciła nadziei, że to kiedyś nastąpi. Za każdym razem odciąga jedno z nas na bok i śpiewa na cześć drugiego hymny pochwalne. Do mnie wypowiedziane słowa zawsze jednakowo brzmią: „czyż nie jest czarującą? czy widziałeś drugą tak wspaniałą dziewczynę? Oczy jej jaśnieją miłością i dobrocią. Przysiądzbym mogła, że jest ci więcej niż życzliwą.“
....Byliśmy wczoraj u niej na kawie. Ku wielkiemu jej zmartwieniu, nie pozwolono zaprosić proboszcza. Zaproszenia swe musiała ograniczyć i poprzestać na towarzystwie najsympatyczniejszych przyjaciółek.
Zresztą przebieg uroczystości był bardzo piękny, przyjęcie królewskie; maszynka do kawy gotowała się bezustanku, koszyk ciągle napełniała świeżem pieczywem. A rozmowa żywszą być nie mogła!
Gdy jedna z pań przestała narzekać na cierpienia i ułomności — następna dalej ciągnęła. W końcu chciała przyjaciółka moja położyć mi kabałę a towarzyszki jej paliły się z ciekawości.
Małgosia domyśliła się celu kabały z wyrzeczonych słów o przyjacielu, o damie serca, potajemnej przesyłce, westchnieniach... Pragnęła uniknąć tego wszystkiego w tak licznem towarzystwie. Wdzięcznem spojrzeniem zgodziła się tedy na odłożenie propozycyi do następnego razu; wzamian prosiłem ją, by zaśpiewała kilka pieśni, w pokoju prządek, dla uświetnienia uroczystości.
W pokoju prządek stoją kołowrotki. Kółeczka warczą a rozmowa toczy się wokoło spraw zakładu. Pokój ten jest również kaplicą, umieszczono w nim harmonium. Wiadomość o śpiewie rozeszła się lotem błyskawicy po zakładzie, a kiedyśmy weszli do sali pod dyrekcyą naszej przyjaciółki, uważającej się za dyrektorkę wielkiej opery — była przepełnioną. Siedzą tam w samych, na prędce włożonych, świątecznych czepkach, w należnem skupieniu, stare, pobożne kobieciny. Wysmukła i hoża, pełna uroku młodości, odbija się od nich starych i zgrzybiałych. Świeża, jaśniejąca korą trzcina, stoi między połamanemi krzakami. Ale w sercach wszystkich tych pomarszczonych, o zapadniętych twarzach staruszek, wzbudził widok Małgosi odblask wiosny, pełne podziwu wzruszenie. Kiwają się na wszystkie strony w czepek ubrane głowy.
Grobowa nastąpiła cisza. Małgosia zasiadła do harmonium. Powietrze w nizkim, napełnionym ludźmi salonie, jest ciężkie i gęste. Tony płyną jak po rosie, unoszą się jak świergotanie ptasząt, jaśnieją jak rosa w promieniach słońca, roznoszą woń pól i lasów, roztaczają wysokie, niebieskie sklepienie ponad biedną izbą i biednemi kobietami. Są to pieśni pełne słodyczy, rozmarzenia, bogobojności; pieśni z czasów młodości naszych matek i babek. Stare słuchają — pieśni budzą zapomniane struny, powoli poruszają ustami, karbowane czepki kiwają się w takt śpiewu. Pieśni o cierpieniach i rozkoszach miłości znajdują oddźwięk w ich sercach. Pocałunek wiśniowych usteczek o wieczornej porze w pachnącym gaju, budzi uśmiech na pomarszczonych twarzach. Małgosia śpiewa o gorących łzach, palącej tęsknocie; pięćdziesiąt starych, zarumienionych oczu roni łzy.
Siedzę w głębi pokoju, obok mej przyjaciółki; zwykle gadatliwa, dziś jest tak wzruszoną, że mówić nie może — lecz ustawicznie gładzi mą rękę. A gdy Małgosia grać i śpiewać przestała, otoczyły ją staruszki, dziękowały, kłaniały się, błogosławiły, całowały. Długo milcząca przyjaciółka moja, wyrzekła nareszcie wyrazy, za które chciałem ją uściskać: „Mój Boże, jak ogromnie jest podobną do twej matki“.




XXIII.
Grudzień.

Idziemy z Małgosią na grób matki. Zimno i ciemności panują na cmentarzu. W wielkim ogrodzie śmierci widnieją nagie, białe krzyże. Niedawno padał deszcz. Stąpamy cicho po opadłych liściach. Śmierć na tle zimy, jest jeszcze straszniejszą i potężniejszą. Latem pokrywamy grozę kwiatami — i uśmiechniętą zielenią. Staramy się przedstawić śmierć lepszą, ozdabiając ją darami lata. Zima w surowej postaci majestatu, rozpościera żałobny płaszcz, na każdem drzewie wyciska piętno szkieletu.
Przechodzimy przez ponury, ciemny cmentarz, zgroza śmierci nas nie przeraża; jesteśmy w przymierzu z dobrym Bogiem zniszczenia. Siedzimy nad grobem a Małgosia mówi:
„Pomimo, że mi pan często opowiadał o matce, nie mówił nigdy, jak wyglądała; gdyś ją pan utracił, nie byłeś już tak maleńkim, by nie zapamiętać jej oblicza“.
....„Obraz matki najlepiej zachowany w mej pamięci, nie jest obrazem ostatnich jej dni. Pochodzi z tych czasów, kiedy choroba nie wyczerpała jej sił, kiedy była młodą i piękną — lub mnie się taką wydawała. Widzę ją w pogodny letni dzień, wśród wspaniałego zielonego trawnika. Stała w pośrodku gromadki dzieci wokoło niej igrających. Lekki biały szal spadał z jej ramion... Nie widziałem kobiety, noszącej szal z takim wdziękiem. W ramach ogromnego kapelusza ślicznie wyglądał owal jej twarzy; ciemne, gładko zaczesane włosy odbijały od jasnego i białego czoła. Z jaśniejącemi oczyma stała wpośrodku igrającej gromadki. Nagle usiadł kanarek na jej ramieniu. Uciekający ptaszek szukał u niej schronienia... Nawołując nas do spokoju, podniosła rękę; chwilkę siedział jeszcze a dotknąwszy dziobkiem jej świeżych rumieńców, odfrunął“.
Pochwyciłem Małgosi rękę. „Tak Małgosiu, taką sobie moją matkę przypominam a jeśli więcej chcesz się o niej dowiedzieć, zapytaj przyjaciółki z przytułku. Twierdzi — a ja wierzę — że jesteś żyjącym obrazem mej matki“.
Małgosia patrzy na mnie, dużemi, pełnemi miłości oczyma — a ja — czuję ramiona jej na mej szyi, usta do moich zbliżone. Później stoimy w cichem skupieniu, ręka w rękę, nad grobem matki.
....Gdyśmy szli powrotną drogą, pytałem:
„Opowiedz mi, jakim sposobem mnie pokochałaś?“ — odpowiedziała — „czułam, żem ci potrzebną — i od tej godziny posiadasz me serce“.
Później dodała: „Przyrzeknij mi, że gdy umrę — bliziutko twej matki każesz mnie pochować. Mojej matki mogiła na obcej ziemi a ja chcę blizko leżeć naszej góry. Pragnę również byś matkę i mnie zawsze razem widział“.
Gdy jednak spostrzegła, że słowa jej zasmucają mnie z uśmiechem, dodała:
„Niemądry człowieku, czyż sądzisz że ja o śmierci myślę? nigdy jeszcze życia tak gorąco nie kochałam“.




XXIV.
Grudzień.

Gdym zdobywał dawniej to, co szczęściem się wydawało a później badał serce, pytałem, czy szczęście w niem rzeczywiście się znajduje; zawsze na dnie duszy żył robak zwątpienia w ukryciu pod osłoną kwiatów. I widziałem, że prędzej czy później, nadejdzie godzina, w której zniknie urok.
Zwątpienie wystarcza. Niespokojne spojrzenie, nierozważne słowo, staje się pokarmem. O wieczornej godzinie siedzisz z ukochaną. Nagle widzisz jak obca myśl, obce wspomnienie, oczy jej mgłą zasłaniają. Pytasz a ona odpowiada nieprzytomnym uśmiechem, obojętnem słowem. Jest to jedna tylko chwila. Ona zapomina i ty zapominasz, gdy we wzajemnym spoczywacie uścisku, ale gdy smutna noc nadchodzi, obraz ukochanej, jak zimne kłamstwo staje przed oczyma, z mrożącym serce uśmiechem. Cóż to pomaga, że jutro będzie jeszcze serdeczniejszą dla ciebie? Zdaje ci się że wyleczonym jesteś — to tylko na dzień, tydzień, albo miesiąc. Robak dotknął cię swym jadowitym językiem, jesteś jego zdobyczą.
Bywają ludzie zadowoleni z tak nędznego, chorobliwego szczęścia. Inni znów z wymuszonym twierdzą uporem: Pewność zabija szczęście.
Jedno jest tylko szczęście na ziemi: spoczywać w szczęściu. Wiedzieć, że dziś zachodzące słońce, jutro znowu nas ozłoci promieniem, niczego nie żądać, niczego się nie bać. Nie pragnąć, by upłyniony dzień powrócił, nie marzyć, aby był lepszym, bo każdy jednakowo szczęśliwy. To szczęście, to jedno na ziemi, posiadam. Z większym niż inni zapałem, goniłem za niem. Szukałem go na wielkim świecie — daremnie. Rano wstawałem, późno udawałem się na spoczynek, w pogoni za niem, męczyłem się i wyczerpałem.
Później spłynęło na mnie, jak pieśń w oddalonem, cichem ustroniu. Słyszałem w piękną letnią noc dzwony, przytłumione szmerem strumyka. Nie śmiałem przywołać, obawiałem się spłoszyć. Otworzyłem tylko serce, z pokorną wiarą i nadzieją — patrz — szczęście w niem zaśpiewało.
....Zbadałem serce, niema ukrytego zwątpienia. Czuwałem samotnie, żaden cień nie zeszpecił niewinnego Małgosi obrazu.
Kieruję białą łodzią, słońce oświetla strumyk a ja trzymam w mej dłoni, złoty zdrowy, okrągły owoc.




XXV.
Wigilia Bożego Narodzenia.

Idąc na górę wiatrakową, spostrzegłem, że oprócz mnie, dwóch jeszcze podąża gości. Małgosi czteroletnia chrześniaczka i dwuletni jej braciszek, Karol. Dzieci rybaka dalekiego fiordu; był on kiedyś czeladnikiem w młynie.
Dzieci miały ujrzeć poraz pierwszy choinkę. Jaśniały radością, czystością i kłopotliwą grzecznością. Gdy zobaczyły obcego człowieka, skryły się za Małgosię, która wyciągać i rozruszać je musi, by w całym przedstawić blasku. Rzeczywiście, są piękne. Asta wygląda jak aniołek, którego na wierzchu choinki posadzićby można. Główka pełna blond loczków a oczki śliczne, niebieskie. Karol, mały, krępy chłopak, o czarnych świecących oczach, mówi językiem majtków, z męzką pewnością siebie.
Po ukończonej wieczerzy idziemy do ogrodowego pokoju, w którym już zapalono drzewko. Małgosia trzyma na ręku chłopczyka a Astę za rączkę prowadzi; za niemi idziemy: młynarz i ja z zapalonemi fajkami. Z początku dzieci oniemiały ze zdziwienia, otwartemi szeroko oczami wpatrują się przed siebie a Małgosia oprowadza je naokoło drzewa. Szepnąłem jej: „zdaje mi się, żeś najszczęśliwsza z tej trójki.“ „Tak“ — odpowiedziała — „pomyśl! obchodzić święta Bożego Narodzenia z tobą, z dwojgiem tych pięknych stworzeń“.
Po chwili dzieci głośno zaczęły się cieszyć a gdy dowiedziały się, że wszystkie te piękności do nich należą, że owoce wolno im obrywać i zanieść do domu, szaleć zaczęły z radości. W końcu kulą się jak koty pomiędzy skarbami i zapełniają zwykle cichy pokój śmiechem, pełnem zapału gadaniem, nareszcie zmęczone i śpiące, żegnają się z nami, by się spać położyć. Małgosia położyła je do łóżka, potem przyszła do nas, usiadła na sofie, między ojcem i mną.
Na choince palą się jeszcze świeczki. Młynarz mówi: „W tym roku płonie więcej świateł. Ostatnim razem otaczały mnie ciemności, dziś wydaje mi się, jakbym czuł i rozpoznawał światło“.
„Tak, ojczulku“ — odrzekła Małgosia, opierając głowę na jego ramieniu — „pali się więcej świeczek tego roku. Ostatnim razem było nas tylko dwoje, nie chciałam tylu zapalać świeczek. Dziś święty ten wieczór obchodzimy na górze prawdziwie uroczyście, bo z dziećmi. I tak, mam nadzieję, będzie co rok, bo i ten... — pochwyciła mą rękę i kładąc ją w dłoń ojca, rzekła: — „jeśli pozwolisz, dasz błogosławieństwo, na zawsze z nami pozostanie“.
....Stary ucałował Małgosię, serdecznie uścisnął mą dłoń a dwie łzy spłynęły z jego niewidzących oczu: „Boże pobłogosław i obdarzaj ich na tej górze, wieloma szczęśliwemi, jasnemi dniami. Ciebie mój synu, nigdy nie widziałem i nie ujrzę już nigdy. Ale po głosie twoim, gdyś do Małgosi mówił, odczułem dla niej gorącą miłość“.
....Przed odejściem zaprowadziła mnie Małgosia do sypialni, gdzie spali Asta i Karol. Ręka w rękę, leżą dzieciny w głębokim śnie pogrążone. Asta z miłością macierzyńską tuli do siebie główkę braciszka. Pocichu zbliżyliśmy się i pocałowali — nie obudzili się, ale uśmiechnęli rozkosznie — odczuli miłość nad ich stojącą łożem. Później pocałowała mnie Małgosia i rzekła:
„Pomyśl, jakby to było niewypowiedzianie pięknie, gdyby dwójka ta do nas należała“!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Małgosia wyszła ze mną. Jaśniała najpiękniejsza noc zimowa. Stoimy na grzbiecie góry, od strony fiordu. Z prawej strony roztacza się biały las a taka panuje cisza, że słyszymy trzask łamiącej się w lesie gałązki. Przed nami w dolinie leży pokryty lodem fiord, i miasto, którego wszystkie okna migoczą świeczkami choinek.

„Pokój opanował ziemię“ — szepnęła Małgosia.
„Tak, i serca ludzkie“ — odpowiedziałem.
Obejrzeliśmy się. Prosto przed nami stoi młyn, ze swemi czarnemi wielkiemi skrzydłami. Zauważyłem, że Małgosia silnie drgnęła, zapytałem: „Czy boisz się młyna“?
„Nie, zimno mnie ogarnęło, bo za długo stoję“.




XXVI.
Nowy Rok.

Mróz i śnieg odgrodziły nas od świata. Od wielu dni, żadna wiadomość do nas nie doszła, ale że zapasów jest dużo, przytem wakacye, miasto nie odczuwa nieprzyjemnych następstw oblężenia. Jeszcze więcej żyje samo dla siebie, i jak kura tuli pod swe skrzydła pisklęta, zapomina, że dąży do rozwoju, że pragnie być miastem handlowo­‑bankowo­‑eksportowem — i staje się znów dawnym, starym grodem.
Przyglądam się wesołej, dzwoniącej szlichtadzie, młodym paniom i panom, otulonym w futra; przysłuchuję się wesołym krzykom dzieci, zsuwających się z góry na dół, na drewnianych, małych saneczkach. Cały fiord, pełen ślizgających się ludzi a wieczorem za oknami rozbrzmiewają tony muzyki; wszystko to przypomina mi srogą zimę z przed wielu, wielu lat, kiedy wygrzebywać się musiano ze śniegu. Po odbytej pracy, całe miasto wyległo na fiord i urządziło zapusty, trwające kilka tygodni.
Wspomnienie tej zimy, wyryło się fantastycznemi obrazami w mej pamięci.
Przez bramę, świerkami przybraną, wchodziło się w ulicę, biegnącą między ścianami, zrobionemi ze śniegu. Nagle, dochodzimy do dużego, wolnego placu, otoczonego ze wszech stron namiotami a oświetlonego pochodniami, różnokolorowemi lampami.
W tych namiotach jedzą, piją, śpiewają i tańczą. Z placu rozchodzi się wiele ulic, utorowano je pomiędzy górami ze śniegu. Przechodzi się około czarodziejsko bengalskiemi ogniami oświetlonych jaskiń.
Koło postaci ze śniegu o gorejących oczach, koło małych bud, gdzie stare kobiety zajmują się smażeniem węgorzy i pieczeniem pączków. Koło wąwozu, wielkiego stosu palącego się drzewa, dochodzi się do gaju z choinek, gdzie zebrał się tłum wokoło kręcącej się karuzeli. Miasto jeszcze dalej się rozpościera w śniegu. Nasza gromadka dzieci nigdy nie dotarła do końca, bo straszne krążyły pogłoski o krwawej dzikości, bójkach czeladników z źle dla nich usposobionymi mieszkańcami drugiej strony Fiordu. Dzieci pozostają tam, gdzie jaśnieje światło i niewinność, gdzie nasze siostry, w towarzystwie młodzieży, przesuwają się koło nas lotem błyskawicy, lub tańczą lansiera, na łyżwach, nie bardzo poprawnie, ale nie mniej ochoczo.
W podwieczorkowej porze zbiera się całe miasto, później przychodzą matki i ojcowie, po córki i dzieci, przynoszą często w koszykach smaczną kolacyę. Zbierają się przy rozpalonym piecu znajomi i przyjaciele, nakrywają stół, częstują się wzajem przyniesionemi smakołykami. Później, my wszyscy kierujemy swe kroki ku domowi. Ponad Fiordem wznoszą się rakiety a wesołe życie karnawałowe długo jeszcze nie milknie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Urządziliśmy dziś z Małgosią, przed obiadem, wycieczkę sankami. Zatrzymaliśmy się przy Fiordzie, by zejść i zmieszać się z tłumem łyżwiarzy. Panowało tam życie i wesołość, brakowało jednak czarodziejskiego tła. Zabawa miała charakter sportowy, który mnie bardzo rozczarował. Tem więcej zagłębiłem się w rozpamiętywanie dawnych wspomnień.
Dopiero później spostrzegłem, że na Małgosi zwykle spokojnej twarzy, malował się wyraz ciężkiego bólu. Zasmucony pytałem, co jej jest, rzekła:
„Drogi przyjacielu, przebacz, to tylko dzieciństwo, spacerując tutaj między ludźmi, biegającymi bez tchu, goniącymi za przyjemnością, opanował mię ból i zdawało mi się, że cię stracić mogę, że cię wyrwać chcą, że słowa twe wraz z nimi uciekają daleko, daleko. Przebacz mi, pomyśl, żem opuściła pierwszy raz ciche swe ustronie“.
Uśmiechnęła się do mnie słodko, serdecznie uścisnęła rękę.
Odeszliśmy śpiesznie, wsiedli do czekających i sanek i powrócili do cichego ustronia.




XXVII.
7 stycznia.

Otrzymaliśmy pocztę na saniach. Przyniosła mi list od nakładcy, pytającego ironicznie, czy nie mam dość tego pustelniczego życia i czy nie nakłoni mię do powrotu nadzieja zostania kierownikiem wielkiego literackiego przedsięwzięcia. Warunki są do tego stopnia korzystne, że żadna troska materyalna nie dokuczyłaby mi nigdy.
Kilka miesięcy temu wahałbym się może, dzisiaj odpowiedź moja nie wymaga zastanowienia. Odpisuję: „nie mogę przyjąć miłego zaofiarowania, ponieważ znalazłem szczęście na Wiatrakowej Górze i przywiązałem się na zawsze do tego szmatu ziemi. Porzuciłem myśl powrotu, ograniczyłem swą literacką i publiczną pracę do wydawania książek. Dziełko niedługo prześlę, później nadeślę jeszcze wiele, wiele innych odmiennych treścią. Osiedlam się na Wiatrakowej Górze, której powietrze czyste i zdrowe, cel życia do pojęcia łatwiejszym, namiętności prostsze, uczucia głębsze. Wreszcie szczęście moje jest tak zapewnionem, iż obejdzie się bez skargi i żalu; przeciwnie, czuję wdzięczność dla przyszłości, bo bez niej teraźniejszość nie wydawałaby się tak piękną“.
Odpowiedź pokazałem Małgosi, milczała chwileczkę, potem rzekła:
„Korzystam ze sposobności, by ci powiedzieć o czem bezustannie myślę od chwili naszego spaceru po lodzie. Nie powinnam cię wstrzymywać. Nie będziesz się tutaj czuł szczęśliwym. Prędzej czy później, pociągnie cię wszystko coś opuścił. Co zresztą naturalne. Dlatego oznajmiam ci, że żadnych nie nakładam więzów, czyń ze mną co chcesz, a z sobą coś powinien. Zostaw mię tutaj, jeśli twym jestem hamulcem — do czego, po mem głupiem zachowaniu się, masz najzupełniejsze prawo. Albo weź mnie z sobą, jeśli możesz mieć ze mnie pożytek i wierzysz, żem gruntownie wyleczona z głupoty. Podążę dokąd zechcesz. Dotychczas Wiatrakowa Góra była mą ojczyzną, bez ciebie teraz, byłaby wygnaniem. Życie i daleki świat przejmowały mnie trwogą. Złączona z tobą niczego się nie boję a jeśli powiesz: „zostań dla miłości ojca“ — odrzeknę: — „ojcu jest obojętnem miejsce zamieszkania. I dla niego dobrze, gdyby wyjechał. Zestarzał się, trapią go we śnie osobliwe myśli, lęka się młyna, słyszy jego wołanie, wyrzuty, że bezczynnym go uczynił. Sądzę nawet, że wyjeżdżając nie zrobimy ojcu żadnej krzywdy. Chcesz, bym została, czekała twego powrotu i na to się zgadzam. Przypuszczasz, że trzeba serca wypróbować? Może tylko w tej samotności pragniesz mej osoby dla braku innych? Wszystko, co postanowisz, będzie dobrem, bo cię kocham“.
Pozwoliłem się Małgosi wygadać.
„Kochanie moje, byłoż to brzydko i egoistycznie z mej strony? byłoż to okrutnem, że dusza moja poiła się słowami, płynącemi z pełnego bojaźni serca? Sądzę jednak, że przebaczysz w imię radości, wywołanej mą odpowiedzią — a tą były ostatnie słowa, przytoczone w liście do wydawcy“.




XXVIII.
Koniec stycznia.

Małgosia nie pytała nigdy o mą przeszłość, nie zadała pytania, zwykle powtarzanego kochankowi. Czy szukać przyczyny w nieświadomości? bezwątpienia nie. Małgosia znała me życie, mówiła bez ogródki o wszystkiem, nie rumieniła się nigdy rumieńcem młodych dziewcząt, pragnących dać dowód swej niewinności. Czy płynęło to z przyczyny za dobrego o mnie mniemania?
Nie chciałem jej oszukiwać, gdyśmy byli sami w lesie, zapytałem prosto z mostu, co myśli o mej przeszłości?
Małgosia śmiała się i śmiała, serdecznie i głośno, że uspokoić jej nie mogłem.
„Jaki pan zabawny! czy przypuszczasz, iż sądzićbym mogła, że życie twe podobne do życia pań z przytułku? Nie, mój przyjacielu, uspokój się, zanadto dałeś wyraźne dowody twej lekkomyślności, by ktokolwiek nie wiedział, jak strasznym jesteś człowiekiem“.
Śmiech jej zaczął mnie gniewać, spostrzegła to i nareszcie rzekła poważnie:
„Usiądźmy na ławce powiem przyczynę, dla której nie przestraszała mnie nigdy twa za wesoła przeszłość i wierzyć pozwala, żeś godzien miłości — zresztą zastanów się, a sam przyznasz mi racyę. Przedewszystkiem nie podzielam ogólnie utartego zdania, że mężczyzna przepędzić musi część swej młodości na tak zwane „wyszumienie“. Nie wierzę, by namiętność wasza tak była wielką. Pewność moją opieram na przyczynach o wiele poważniejszych. Szukałam w wyznaniach twoich trzeciej osoby — dziecięcia. Użyłeś wielu natchnionych słów dla opisania piękności twych kochanek — tylko im nie przyznałeś macierzyństwa. Możeś nie zdawał sobie z tego sprawy, w każdym razie omijasz umyślnie kwestyę, w której ja spostrzegam początek i koniec, każdej prawdziwej miłości. Kobieta nie może być drogą mężczyźnie, która nie przedłuży uczucia dowodem swej dla niego miłości. Cudem cudów, największem szczęściem miłości, jest właśnie pragnienie trwałości, pragnienie ścisłego połączenia przez dzieci. Gdybym wiedziała, że boisz się dziecięcia, czułabym wielki wstyd z tego powodu. Myślałabym, że wystarczam ci tylko do chwilowej igraszki, do chwilowego uspokojenia twych rozbujałych zmysłów. Teraz jestem dumną i pewną swego, wiem, że pragniesz we mnie widzieć matkę swego dziecięcia. I nie jestem zazdrosną, ani o przeszłość, ani o kobiety, które ją wypełniały. Biedaczki, jeśli cię prawdziwie kochały, wtedy nawet, gdyś je całował, uczuwały pustkę i rozczarowanie. Jeśli nie kochały — nie żałuję ich wcale. Znalazły, czego szukały. Żadna z nich nie zabrała mi nic, nic — i utrzymam wszystko to, co mi twa miłość obiecuje“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Nie troszcząc się o twą przeszłość, miałam przecież racyę?“
Ukląkłem bez słów u jej nóg i położyłem głowę na jej kolanach.




XXIX.
Luty.

Ojciec Małgosi chory. Podczas naszej nieobecności chodził ukradkiem do młyna — zdradzał się tem w rozmowie — a dzisiaj widzieliśmy go ztamtąd wychodzącego. Czaił się jak kot, cichutko wyjął klucz z zamku a za każdym krokiem zatrzymywał się i słuchał.
Poszliśmy do młyna, by się przekonać, co w nim robi. Wszystko było nienaruszone. Właściwie nie widzimy w tem nic dziwnego, że stary człowiek odwiedza miejsca pełne dawnych pamiątek i wspomnień. Zatrważa nas tylko tajemniczy sposób ukrywania przed nami celu swych wycieczek a przytem niemożność powstrzymania się od słów, mogących go zdradzić.
Pewnego dnia Małgosia wyszła z pokoju a ojciec pozostał ze mną, przybliżył się i szepnął:
„Zapewne zauważyłeś, że Małgosia nie lubi, bym chodził do młyna? czy Panu nigdy nie wskazywała przyczyny“? „Nie“. „To ja panu powiem, co myśli, boi się, żem stary i niewidomy, pewna jest, że sam sobie nie dam rady, że się narażam na niebezpieczeństwo i dlatego troszczy się tak o mnie bezustannie. Jest dobrą córką i nie chcę się jej sprzeciwiać, gdybym jednak chciał, znalazłbym potrzebną siłę i obracał się jak młody człowiek ze zdrowemi oczyma“.
Wogóle myśli kręcą się ciągle koło młyna nietylko w dzień a i w nocy o nim majaczy. Mówi o młynie jak o żywem stworzeniu przez niego skrzywdzonem, za co obawia się pomsty.
W tych dniach, wieczorem rzekł:
„Niech pan uważa a przyzna, że stojący młyn dziwną jest rzeczą. Tak — naturalnie, gdyby był starym to co innego, ale młynowi nic nie brakuje, jest zewnętrznie i wewnętrznie w najlepszym porządku, z przeznaczeniem poruszania się, póki starczą siły. Widzi pan, w tej bezczynności leży przedewszystkiem coś upokarzającego, szczególniej dlatego, że ludzie niewtajemniczeni, nie znają go z dawnych czasów, gdy był najruchliwszym młynem w okolicy, przypuszczają, że już pracować nie może. Nie, niesprawiedliwym jestem, trzeba było młodemu zostawić w spuściźnie, albo zniszczyć, zdruzgotać i zabić, jak myśliwy zabija psa, niezdolnego do polowania, któregoby jednak nikomu oddać nie chciał“.
Małgosia weszła, usłyszawszy ostatnie słowa starca, stanęła, kiwnęła na mnie, mówiąc:
„Tak, młynarzu, tak i ja jestem tego zdania, że obeszliśmy się z młynem bardzo niesprawiedliwie, dobrzebyś uczynił rozkazując go zburzyć, umarłby wtenczas a wybyście spoczywali w spokoju“.
„Dojdzie jeszcze do tego, moje dziecko — napewno, nawet tak być musi. Ale chętnie nie rozpoczyna się takiej pracy, nie wiedząc z pewnością, że żadnego już niema ratunku. Jeśli nie ja, to może nowy pan moje zajmie miejsce“.
„Tak ojcze, ale przyszedł już nowy człowiek i korzystać z niego nie potrafi“.
„I to prawda, nowy człowiek młyna nie poruszy“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Od tego czasu postanowiliśmy skłonić ojca, żeby młyn koniecznie rozebrać kazał.




XXX.
Koniec lutego.

Postanowiliśmy pobrać się w maju. Na cóż mielibyśmy czekać? W domu młynarza dość znajdzie się miejsca i jedzenia, inne potrzeby pokryją dochody z pracy literackiej. Pozostała część honoraryum posłuży na zakupienie ślubnej sukni Małgosi, gniewa się o mą lekkomyślność — ja jednak nie ustąpię, chcę żeby była najpiękniejszą i najwspanialszą oblubienicą starego miasta. Ślub odbyć się powinien w małej kapliczce, w przytułku, w obecności wszystkich starych pań. Nasza stara przyjaciółka i trzy inne dziewice poprowadzą Małgosię do ołtarza. Po ślubie, z orszakiem, wypijemy szampana, dla tych zaś, którzy go nie lubią, podamy słodkie, francuzkie wina. Z powrotem zatrzymamy się przed cmentarzem, Małgosia złoży ślubny wianek na grobie matki, bo wszak ona nas połączyła. Następnie podążymy ku Wiatrakowej Górze, gdzie jako mąż i żona, wyższe zajmiemy piętro, zamieszkiwane kiedyś przez matkę Małgosi.
Miesiąc maj... zielenią się buki, powietrze pełne woni kwiatów a w lesie, na Wiatrakowej Górze — śpiewa słowik pieśń miłości.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dnie prędko mijają, żyjemy i marzymy w naszem szczęściu, zbliża się ono wraz z wiosną. Codziennie odbywamy nasz zwykły, daleki spacer, po zaułkach i uliczkach miasta, których nazwy przenoszą nas w odległą przeszłość. Najczęściej wędrujemy po starej szkolnej ulicy wężykowato spadzistej, ciągnącej się między staremi, walącemi się chatkami a tak wązkiej, że w gęsiego iść musimy. Albo udajemy się na otwartą, szeroką szosę, gdzie buja wzrok po dalekich przestrzeniach a myśli snują marzenia przyszłości. Ożywieni, rozgrzani, zarumienieni zimnem powietrzem, powracamy do naszych zajęć. Ja do książki, Małgosia do wyprawy.
Stoją jeszcze skrzynie z płótnem, stołowizną, różnemi tkaninami, starannie i z trudem nagromadzone przez matkę.
Małgosia chce własną pracą przyczynić się do uszycia wyprawy; pragnie, by powleczenie przez nią było uszyte i wyhaftowane.
Maszyna turkocze dzień cały, wieczorem pilna miga igiełka a ja często przeszkadzam pracy, całując strudzone rączki.
Pewnego wieczoru zaciekawiły i zadziwiły mnie niezmiernie, małe kawałeczki płótna porozkładane na stole. Małgosia widzi me ździwienie, uśmiecha się filuternie. Nareszcie nie mogę powstrzymać ciekawości, zapytuję dla którego z nas przeznacza te dziecinne stroje.
„Ani dla ciebie, ani dla mnie, są to koszulki dla naszego pierworodnego“.
Pół żartem, pół seryo rzekłem:
„Dziecko moje, życzę ci, by się nie rozchwiały twe zanadto pewne nadzieje. Zresztą, później byłoby też dość czasu pomyśleć o tem, co będzie koniecznem“.
Spojrzała pełnemi łez oczyma:
„Nie, nie mów tego, nie chcę o tem myśleć, jakimże byłby cel mojej miłości, gdyby mi nie dał należnej pociechy. Trudno radzić potrzebie, gdy zaskoczy nieprzygotowanych. Syn twój wejść nie może do biednego, nieurządzonego domu. Nie można liczyć na nabycie rzeczy potrzebnych, przygotowanych bez żadnej myśli o nabywającym. Dlatego teraz dużo robię naprzód, bom zdrowa i silna. Co później nastąpi, nikt przewidzieć nie może. Gdy umrę opowiesz dziecku, jak urośnie i zrozumie, że matka jego, póki starczyły siły, dbała o nie, myślała o niem. Wtedy prawdziwym nigdy nie będzie sierotą“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Więc nie gniewasz się, nie uważasz mnie za przesadzoną. Czyż Bóg nie użyczyłby szczęścia kobiecie, oddającej swe życie, za życie najdroższej istoty“?
Mówiła to przy pożegnaniu, w ciemny wieczór na Wiatrakowej Górze, przyciągnąłem ją do siebie i szepnąłem:
„Przyszłość zobaczy w tobie najlepszą z matek“.




XXXI.
8 marca.

Postanowiliśmy stanowczo młyn zwalić. Stary się zgodził; za czternaście dni zaczną pracować. Postanowienie to uspokoiło młynarza i o ile zauważyć mogliśmy, od tego czasu nie odwiedzał już młyna. Nie zdradzaliśmy swej trwogi, ale każde z nas nosiło w duszy przeczucie nieszczęścia. Stary, niewidomy człowiek, schodząc i wchodząc po stromych wschodach, mógł wpaść w jakiś otwór, zaczepić się o maszyneryę i prędkie sprowadzić nieszczęście. Małgosia przyznała, że często odmawiała mi przechadzki, pod pozorem braku czasu, powodem jednak właściwym była trwoga o ojca. Wszystko teraz jest dobrze i spokojnie.
Siedzimy wieczorem w trójkę i obradujemy nad tem, co się stanie z wałem, po zwaleniu młyna. Stary utrzymuje: „ponieważ młyn był znakiem morskim, winniśmy zastąpić go czemś świecącem, by w oczy się rzucało“. Małgosia twierdzi, że każde inne miejsce jest również do tego odpowiedniem, że wał jest jej własnością i rozporządzać nim może dowoli. Mamy plan wspólny i nadzieję, że ojciec go zatwierdzi. Na wale chcemy wybudować altanę w starożytnym stylu. Otoczymy sosnami a słupy świątyni oplecie bluszcz, dzikie wino i dzikie róże. U góry umieścimy ze złotych liter napis, będący zarazem słowem poświęcenia: Na cześć Boga Wiatrakowej Góry“.
Na cześć Boga Wiatrakowej Góry, Boga Spokoju, Boga naszego szczęścia, poświęcamy świątynię kwiatów i Parnas idylicznego naszego Olimpu. Ztąd spoglądać chcemy po nad ziemię, przysłuchiwać się hałasującemu światu, huczącym piorunom, gwałtownym wichrom — zawsze jednak w burzy i ciszy szukać będziemy schronienia w świątyni spokoju“.
W młodości oplatać tu będziemy serca nasze różami, winem i bluszczem, w starości również zasiadać tu będziemy, by napawać się urokiem wspomnień przeszłości.
Tutaj, małe dzieci korzyć się nauczą przed naszym Bogiem; tutaj na nie oczekiwać będziemy, gdy znużone życia bojem, zapragną spoczynku w świątyni pamiątek.
Uśmiechamy się sami do swych marzeń a one tworzą się coraz promienniejszemi, nasze miejsce między bluszczem i różami zajmuje syn z narzeczoną.....
Wznosimy świątynię wspólnemi siłami a gdy zbudowaną zostanie i razem na wzniesieniu stać będziemy, opowiem Małgosi, żem dawno, dawno, nimem ją poznał, modlił się do niej, jako do bogini Spokoju a z młyna utworzył ołtarzowe wzniesienie.




XXXII.
17 marca.

Wiosna w tym roku jest o wiele wcześniejszą, niż zwykle. Ciepły deszczyk, palące słońce dni ostatnich, budzą kwiaty z bronzowej powłoki leśnej ziemi a ptaszęcy śpiew rozbrzmiewa w przestworzach.
Zaraz po wschodzie słońca, zaszedłem po Małgosię, by zemną wybrała się na spacer. Poranne słońce wyrwało mię ze snu. Nie opierałem się chęci korzystania z pogody i pogwizdując, stanąłem przed zamkniętym jeszcze domem. Roleta się podnosi, Małgosia ukazuje się w nocnym stroju. Obfite, ciemno­‑bląd włosy, spadają na ramiona, błyszczą, jak złote w promieniach słońca. Małgosia kłania mi się, tak radośnie, że aż cała atmosfera przepełnia się szczęściem. A gdy pomyślę, że niedługo w mych spoczywać będzie ramionach i do mnie należeć, ta jaśniejąca młodością, o cudnych kształtach dziewczyna — ze zbytku szczęścia miesza mi się w głowie.
Idziemy do lasu, upajamy się silnym nektarem, wydobywanym przez słońce z tysiąca kwiatowych kielichów. Krew rumieni Małgosi policzki i pulsuje mocno w dłoni, którą w swem trzymam ręku. Upojenie wiosny i nas ogarnia, ożywcze znużenie i w nasze wnika żyły. Małgosia tuli się do mnie, zmęczoną główkę na me kładzie ramię, wsparta o mnie cicho mówi:
„Czy i ty ten słyszysz śpiew“?
„O jakim mówisz śpiewie?“
„Głosy, co tęsknią i wołają, co pociągają i nęcą. Igrają między sobą, narzekają zdala, płaczą z bliska, pytają, odpowiadają a nareszcie łączą się w jedną, pełną wielkości i radości harmonię... To weselny śpiew natury, rozbrzmiewający wokoło. Czy słyszysz, czy odczuwasz?“
„Słyszę wzywającą ku uroczystości naturę. Naprzód o kwiaty! śpiewajcie ptaszęta, zieleńcie się drzewa, wstawajcie, ozdabiajcie się i ćwiczcie! Bądźcie gotowi, wiosna nadeszła, bo wraz z majem, księżniczka z Góry stanie między wami w ślubnej swej szacie. Natura nuci na cześć twego wesela“!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Strumyk przecina naszą drogę, zwykle płynie cichuteńko i spokojnie między wielkiemi kamieniami, dziś topniejący śnieg i lód, przepełnia wodą koryto. Tu i owdzie jednak sterczy duży kamień.
„Trzeba się zwrócić z drogi“ — rzekłem.
Małgosia przytuliła się słodko do mnie.
„Jestem zmęczona wiosną. Niechętniebym powróciła. Nie mógłbyś mnie przenieść“?
Oplotła ramionami mą szyję a ja z dużą dziewczyną na ręku, stanąłem w pośrodku strumyka. Miękkie jej ciało silnie do mnie przytulone a ciepły jej oddech owiewa mą twarz. Mąci mi się w głowie, ale żadnego nie czuję zmęczenia, wysilam całą swą energię, by nie upaść.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Później usiedliśmy zmęczeni, wyczerpani na ławeczce, po drugiej stronie strumyka. Małgosia opiera swą główkę na mem ramieniu i szepcze do ucha:
„O mój silny, piękny, ukochany. Jakże dobrze spoczywa się w twych ramionach“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Wiosna wcześniejsza w tym roku niż zwykle. Dzwony weselne dźwięczą wśród natury. Narzeczeni tęsknią za dniem ślubu.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
21 marca.

Otrzymałem papiery ze stolicy, między innemi świadectwa, bez których nie danoby mi ślubu, nigdzie, nawet na Wiatrakowej Górze. Widzę, że w pierwszym roku życia szczepiono mi ze skutkiem ospę. Dzięki Bogu, inaczej nie wolnoby mi było wstąpić w święte związki małżeńskie.
Jutro rozbiorą wiatrak. Stary z tego powodu był w doskonałym humorze.




XXXIII.
22 marca.

Małgosię dziś rano pod młynem spotkało nieszczęście. Lekarz nie odbiera nam nadziei.




Wieczorem tego samego dnia.

W nocy straszny wył wicher. Rano nie wiem, bo idąc w stronę góry, nie zwracałem uwagi na pogodę.
Wyszedłszy z lasu stanąłem na szczycie, ujrzałem Małgosię pod młynem, stała na wale, między śmigami, jak wtedy, gdym ją pierwszy raz ujrzał. Myślałem: robotnicy nie przyszli — zresztą jeszcze na nich za wcześnie. Małgosia weszła na górę, by pożegnać się ze swym starym przyjacielem. Nie widziała mię, spoglądała w stronę fiordu. Zdjąłem kapelusz, wołałem, kłaniałem się. Zatopiona w myślach, nie słyszała. Wiatr wiał z przeciwnej strony. Nagle poruszyły się śmigi. Zdaje mi się, żem głośno krzyknął. Albo usłyszała mój krzyk, albo sama spostrzegła grożące niebezpieczeństwo. Zwróciła głowę w mą stronę, spojrzenia nasze się spotkały, uczyniła ruch, jakby się naprzód rzucić chciała, w tej samej jednak chwili upadła bez jęku na ziemię, uderzona przez skrzydło. Następna śmiga przeszła znów przez jej ciało i znów następna, uderzały w nią jedna po drugiej z rosnącą szybkością. Biegnąc myślałem: zwaryowałeś — to zawrót głowy, wszystko tańczy przed twojemi oczyma. Później jednak spostrzegłem, że Małgosi ciało zmieniło pozycyę.
Po drugiej stronie młyna, naprzeciwko wschodów spotkałem Małgosi ojca. Stał i przywiązywał linkę. Uśmiechał się przy tem dziwnie. Pomyślałem: w napadzie szaleństwa zabił córkę. Waryacko­‑dowcipna myśl. W tej chwili domyślałem się wszystkiego. Rzekłem spokojnie:
„Małgosię uderzyły śmigi“.
Gdym do niej się zbliżył, młyn już stał spokojnie. Ojciec zapewne go zatrzymał. Pochyliłem się nad nią, leżała bez czucia. Była blada, jak trup, ale nie widziałem ani rany, ani krwi. Wołałem, wymawiałem jej imię. Otworzyła oczy z uśmiechem a gdy je zamykała, uśmiech błąkał się jeszcze wokoło jej ust. Poznała mnie i uśmiechnęła się. Wielki Boże! żyje!
Usłyszałem za sobą jęki a drżąca ręka dotknęła się mego ramienia. To był stary.
„Żyje“ — powiedziałem — „Ale musimy ją zanieść do domu“.
Obejrzałem się. Niedaleko stała gromadka robotników, wpatrująca się w nas, dobremi, pełnemi współczucia i miłości oczyma. Zbliżyli się cicho. Jeden z nich powiedział:
„Posłaliśmy, już po lekarza“.
Zanieśliśmy ją do domu a lekarz przyszedł.
Dzisiaj wieczorem nic się nie zmieniło. Leży bez zmysłów. Uderzenie trafiło w prawą skroń. Widzimy tylko nieznaczne opuchnięcie i szramkę. Ale lekarz obawia się nadwerężenia, lub zapalenia mózgu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Sprawdzają się moje przeczucia co do przyczyny nieszczęścia. Ojciec Małgosi chciał przed zwaleniem poruszyć stary młyn. W czasie swych tajemniczych wycieczek przekonał się, że maszynerya jest w porządku. Dziś rano, poszedł do wiatraka, był w nim zapewne przed Małgosią. Nie spostrzegła jego tam bytności a wicher zagłuszał młynarza — nieszczęście się stało.
Taki wyciągnąłem wniosek z kilku słów przez niego wyrzeczonych. Siedzi w cichej, zatopionej boleści. Żal patrzeć na niego. Widok jego większą wzbudza rozpacz, niż Małgosi ciche łoże. Robotnicy przyszli i pytali: czy mogą pracować — zabronił. Zawiadomi, gdy ich potrzebować będzie.




XXXIV.
24 marca.

Umarła! Moja Małgoś, droga moja dziewczyna nie żyje.
Wiedzieliśmy wczoraj dobrze, że niema nadziei. Gorączkowała i majaczyła w nocy, lekarz opuścił nas nad ranem, bez słowa. Nie pytałem, wiedziałem, że to zbyteczne.
Siedziałem przy niej, zmuszałem się do uśmiechu i spokojnego wyrazu twarzy. Majaczyła, zdawało jej się, że jest matką. Była szczęśliwą, ale od czasu do czasu płakała, bo nie widziała dzieciny. A gdy się nie uśmiechałem, wpadała w rozpacz, jęczała, mówiła, że ją okłamujemy, że dziecko dawno umarło, lub ktoś je zabrał. W takich chwilach powstawały w jej mózgownicy myśli, mające styczność z młynem. Mówiła: „ojciec zaniósł dziecko do młyna a ty przynieś je z powrotem“.
Koło wieczora wzmogła się gorączka, przyszedł lekarz, lecz prędko nas opuścił. Nie mówiłem z nim i znów siedziałem przy łożu Małgosi. Nie poznała mnie. Leżała z przymkniętemi oczyma, mówiła niewyraźnie, kurczyła z bólu twarz. Uważam, że tak było lepiej. Nie potrzebowałem ukrywać mego cierpienia, mogłem trzymać w mojej dłoni jej rozpaloną rękę i płakać.
Nagle otworzyła szeroko jasne oczy.
„Płaczesz, że umierać muszę“?
Ukląkłem przed łóżkiem i oparłem głowę o jej poduszki. Głaskała ją długo, poczem rzekła:
„Nie płacz. Mnie jest dobrze. Nie ciężko jest umierać. Nasze matki wołają mnie, uśmiechają się do mnie miłośnie, wskazują miejsce między sobą“.
Szary cień przysłonił jej spojrzenie. Usiadła na łóżku:
„Dziecko, gdzie dziecko? Niesprawiedliwie postępujesz, że mi tak długo czekać każesz“!
Opadła na poduszki, oczy miała jasne, lecz wielkie łzy spływały po twarzy.
„Drogi mój przyjacielu“ — rzekła — „oprzyj twą głowę o moją. Chciałabym ci coś powiedzieć nim umrę, gdy przytomną jeszcze jestem“.
Uczyniłem jak mi kazała a ona cichutko szeptała:
„Nie boję się śmierci, ale ciężko mi was opuścić przed spełnieniem przyrzeczenia. Pozostanie tylko wspomnienie, za które winieneś mi wdzięczność. Nie, nie przerywaj, nie przecz, pozwól powiedzieć, co odczuwam. Czynię sobie wyrzuty, żem ci tak długo czekać dała. Myślałam jednak, że powinieneś mię o to prosić. Wiedz, że dla ciebie oddałam wszystko. Wiedz, że tego pamiętnego poranku w lesie, gdyśmy słuchali weselnych śpiewów natury, byłam twoją całem sercem i duszą. Bez zaczerwienienia, wyznam przed tronem Przedwiecznego, iż opuszczam ten świat ze łzami, bo mi nie dozwolił w twych spoczywać ramionach“.
„....Teraz, już czas, zawołaj ojca“.
Pocałowała starego. Żądała spokoju. Uśmiechnęła się i... zawarła powieki na zawsze.




XXXV.
Luźne kartki.

Wiosna rozgospodarowała się na Górze a za nią przybył tłum wesołych ludzi. Starzy, młodzi, dzieci, narzeczeni, poważni mężowie i matrony, nawet biedne kaleki, wszyscy pragną powitać wiosnę na Wiatrakowej Górze.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rozsiewając złote promienie słońca, prowadzi wiosna gromadki wesołych mieszczan a te, podziwiają jej wspaniałe — wielkie dzieła.
„Już żywe zielenią się płoty, a nad dróżkami kwitną fiołki. Urwij mi kilka, chcę przypiąć do stanika“.
„Najdroższa, uważaj byś nie zdeptała ślimaka. Patrz na te motylki, jeden żółty a drugi czerwony, czarno nakrapiany. Mój Boże, pozwól im fruwać i wraz z nami używać wiosny“.
„Dzieci, słyszałyście świergotanie szpaka i móchołówki? znoszą słomę do gniazdeczka“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pochód zatrzymuje się przed pawilonem, rozbudzonym przez wiosnę, z zimowego letargu. Przez całą zimę, jeden jedyny gościł tu wędrowiec.

„Wychylmy kielichy! za wiosnę i życie! za życie i radość“!
„Dzieci, czego nie zjecie rzućcie wróblom. Nie zapominajcie o zimowych ptaszkach, gdy nadeszła wiosna“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Weseli mieszczanie podążają za wiosną, dalej w las.
„Jaka tu cudna rozchodzi się woń świeżej ziemi i sosen! Ale nie wchodźcie w trawę! padało w nocy“.
„Tak, muszę wejść w trawę, bo niebieskie widzę anemony. A tam białe! ileż ich jest, gdy się dobrze szuka“!
„Widzisz na bukach te wielkie pąki! wierzaj mi, rozwiną się jeszcze przed majem, jeśli dalej tak pięknie będzie“.
„Z pewnością. Zapytaj się ptaków, te tryumfują, wiedzą co będzie“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wiosna rozpostarła się zwycięzko na grzbiecie góry a weseli ludzie wykrzykują radośnie:
„Aż dotąd dosięgła! Wał pokryty zieloną trawką a skrzydła wiatraku jaśnieją w słońcu, jak złoto. W ogrodzie młynarza drzewa puszczają pączki, w pokoju rozwinęłyby się prędzej. Gdyby tak wolno było, choć jedną zerwać gałązkę“!
Otwierają się drzwi młynarzowego domu; lodowate tchnienie wesołe mrozi twarze: Na białem łożu młoda spoczywa dziewczyna, zimna i blada. A u jej boku stoi mężczyzna, obcy na Wiatrakowej Górze. Oczy jego już łez nie mają, nie płacze. Pochylony nad swoją zimną, białą narzeczoną, mówi:
„Wiosna umarła“.




XXXVI.

Dzisiaj zaniesiono Małgosię na cmentarz, na miejsce wiecznego spoczynku.
W kapliczce przytułku odbyło się nabożeństwo żałobne. Siedziały tam stare kobiety i szczere roniły łzy nad śmiercią tej, która wniosła w ich zawiędłe serca młodość i piękność a sama bezlitośnie oderwaną została od swego szczęścia. Na trumnę pokładły wieńce, uwite drżącemi rękami z mchu, bluszczu i nieśmiertelników a ozdobione serdecznemi napisami z czarnych i białych perełek.
I teraz starym, złamanym głosem, śpiewały jej, jak ona im:

„Gdy razu pewnego mgła się rozwiała.“

Boże mój Boże! Jakże cieszyła się Małgosia, że tutaj ze mną stanie przed tym ołtarzem; dziś na tem samem miejscu, leży w trumnie oblubienica śmierci, w szatach przez siebie uszytych na uroczystość weselną.
Biedna moja znękana głowa opadła na piersi starej przyjaciółki. Głaskała mnie i pieściła, jak się smutne pieści dzieci; jak mnie w minionej przeszłości, pocieszała i pieściła. Oboje zapomnieliśmy, że już dojrzałym, poważnym jestem człowiekiem. Doznawałem uczucia ulgi, gdym spoczywał u jej dobrodusznej piersi a koił się mój smutek, w czasie gdy ona szeptała:
„Ulgą dla ciebie powinna być myśl, że sama leżeć nie będzie, że spocznie przy twojej matce. Obie będą o tobie dużo i serdecznie mówiły a gdy ci się jakieś ciężkie przytrafi nieszczęście, lub zły los padnie w udziale, uczujesz spływającą i otaczającą cię pociechę“.
Proboszcz, silna kościoła podpora, opiekun nieświadomego miasta, przystąpił do Małgosi trumny. Surowo a wywiadowczo spojrzał na zgromadzenie, ale, jakgdyby zrozumiał, że tutaj nad trumną młodej dziewczyny, w obecności starych, płaczących kobiet, ciężko dotkniętego przybysza — powaga stanie się świętokradztwem, po twarzy jego przeszedł cień litości a gdy mówić zaczął, drżał mu głos:
„Nie znałem tej młodej dziewczyny, powołanej przez Najwyższego w chwili, gdy się zdawało, że padło jej w udziale największe ziemskie szczęście. Ale opowiadano mi o niej dużo pięknego i dobrego. Zdaje mi się, że na własnych, samotnych, wysoko położonych drogach znalazła i zawarła Spokój z Bogiem i ze światem. Posiadała przytem dar obdarzania i drugich tym Spokojem. Nie znam najbliższych, dla których śmierć jej ciężkim stała się ciosem. Nie wiem, czy ich ból szukał i znalazł jedynej a prawdziwej pociechy. Całem sercem współczuję ich cierpieniom. Proszę Boga o spokój dla niej i dla nich. Amen“.
Idę z proboszczem za trumną Małgosi na cmentarz. Widzę jak nad zniszczeniem rozpostarła wiosna swe ozdoby, widzę kwiaty wiosny a słyszę słowa księdza o wiecznym mówiące spokoju. Dusza moja krzyczy z bólu:
„Kłamiesz, proboszczu, jak wiosna nad grobami kłamie. Wszystkie kwiaty świata nie są w stanie przykryć grozy, której doznaję na myśl, że ona, ukochana moja, zostanie oddaną na pastwę robactwu. Wszyscy kapłani nie mogą wskrzesić spokoju, który z nią dla mnie na wieki zeszedł do grobu“.
Trumnę wpuszczono do ziemi, proboszcz odmówił modlitwę, uścisnął mi rękę — jestem sam.
Prawdziwie samotnym uczułem się dopiero opuszczając groby po długiem cichem siedzeniu. Zziębnięty, drżący, upojony ostrem wiosennem powietrzem, udałem się na Górę, na której już niema Małgosi ziemskiej powłoki.
Jestem sam, zupełnie sam.




XXXVII.
Kwiecień.

Schroniłem się tutaj, by znaleźć samotność. Znalazłem ją. Gdyby Małgosia mojej nie skrzyżowała drogi, ciszaby mnie nie przerażała. Wtedy nieznałbym niezaspokojonych pragnień, prześladujących mię teraz, jak wyklętego.
Wyklętym jestem w swem osamotnieniu, gdzież znajdę kącik, zapewniający mi spokój. Czy wędruję po pustych ulicach starego miasta, czy znużony biegam po stromych ścieżkach Wiatrakowej Góry, wszędzie prześladuje mnie brak, pustka, podobna do skrzeczącego zgłodniałego kruka, gotowego przebić me serce swym dziobem.
Niema kącika, niema domu, niema drzewa, któreby mi braku mego nie przypominały.
„Pamiętasz, gdyś z nią tu był raz ostatni! Teraz jesteś sam — ona ci nie towarzyszy“.
„Tu z nią siedziałeś, rozmawialiście o waszem szczęściu, marzyliście o przyszłości, wszystko o czem mówiliście, marzyli, było latem, słońcem, próżną radością i życiem. Teraz ona leży w grobie a zimny oddech śmierci rozwiał wasze sny“.
„Szukałem ukojenia w bibliotece klasztornej, której wielka cisza i dawne wspomnienia kołysały kiedyś mój umysł, do słodkiego spokoju. Teraz czarny kruk siedział na mem ramieniu. Młody mnichu, czemu zatrzymujesz na drzewie za murem twój pełen tęsknoty wzrok? Pozostań tutaj, ciebie już nikt oczekiwać nie będzie, gdy ciemności nocne otulą klasztor. Umilkły słowiki, na starem drzewie kruk wije swe gniazdo“.
„Byłem w ogrodzie u źródła. Pójść drugi raz nie mam odwagi. Zdawało mi się, że dzieci milkną na mój widok. Czytałem smutne z ich oczu pytanie: „Gdzieś podział twą towarzyszkę? Gdzie ta, która nas tak kochała. Nie wolno ci tutaj bez niej przychodzić. Idź po nią.“
Przyjaciółka moja z zakładu narzeka na mą niewierność. Właśnie teraz chciałaby mi swą okazać sympatyę. Nie może zrozumieć, a ja nie mam odwagi powiedzenia jej: zranione moje serce nie znosi litościwych spojrzeń a one prześladują mnie z chwilą przestąpienia progu przytułku; towarzyszą przez wschody i korytarze, malują się nawet w wiernych i kochających jej oczach.
Do największych mąk należy odwiedzanie ojca Małgosi. Obracanie się w pokojach niedawno pełnych wesołości, wdzięku, gdzie za każdym krokiem powstaje brak i jęczy, jak udręczone zwierzę, gdzie powietrze drży jeszcze od jej śmiertelnego westchnienia, gdzie w końcu siedzi biedny staruszek, wpatrzony wygasłemi oczami w okrutność przeznaczenia. Cóż mamy wzajem pocieszającego sobie do powiedzenia? Zaledwie przysłuchuje się rozumnym uwagom, któremi chcę uspokoić jego samooskarżenie, powstrzymać potok słów o Małgosi, o nieszczęściu, czyli zemście obrażonego młyna. Czyż i na mnie nie działają dziwne jego dowodzenia? może to tylko wspomnienie tego nieszczęśliwego poranka budzi przeczucie i drżenie duszy, gdy przechodzę koło młyna? Jeszcze stoi, jeszcze nad nim nie wyrzeczono wyroku.
Jeżeli smutek rzuca mną z jednego miejsca na drugie, szukam spokoju w pracy i książce. Pisząc zapominam, że Małgosia umarła. W książce tej żyje, w książce tej zmartwychwstaje ze Spokojem Bożym, którym mię obdarzała, gdym zmęczony wędrowiec na Wiatrakowej schronił się Górze.




XXXVIII.
W ostatnich dniach Kwietnia.

Mam ochotę napisania przedmowy do mej prawie, już ukończonej książki. Nowomodny literacki katechizm wyklucza przedmowy, jakoteż i odezwy w środku książki od autora do miłych czytelników. Jedno z pierwszych przykazań brzmi:
Autor nie ma prawa wystąpienia ze swą osobą i wykazywania swych prywatnych poglądów. Autor powinien się subiektyzować w książce, która za niego ma przemawiać. Wykazanie tych niedorzeczności ma być celem mojej przedmowy. Jeśli autor ma coś na sercu, potrafi zwierzyć się czytelnikowi pomimo katechizmowego zakazu. Jedna z osób przemawia w jego imieniu. Do czego więc prowadzi niedozwalanie osobistego w książce występu? Większość książek samego się tyczy autora. Następstwo zakazu przeciwko niezamaskowanym czarnym dominom, doprowadzi do tego, że autorzy mniej lub więcej w dobrym stylu, mniej lub więcej wyraźnie kostyumować się będą. Weźcie zebrane utwory jednego z waszych autorów a ujrzycie go w niezliczonej liczbie nagle zmieniających się kostyumów: duchownego, lekarza, inżyniera, budowniczego, doświadczonego, rozumnego człowieka, analityka, dziecinnego oryginała, lub zrozpaczonego anarchisty, czynnika anti­‑państwowego. Naiwny literat, wyobraża sobie, że w przebraniu rozmaitych szat, jest dobrze ukryty. Ale nietylko koledzy zawodowi odkrywają ze śmiechem jego karty. Znają się na tem i czytelnicy wytresowani na modnej, krytycznej metodzie; uważają sobie za punkt honoru odnalezienie „kota w worku“. Wskazują nań palcem i w zachwycie wołają:
„Widzieliście pana A. o krzywych nogach? niepokonany inżynier, co myślicie o zawsze wesołym panu B., czyż to nie śmieszne, że widzimy go w roli pogardzającego światem badacza przyrody?“ Przebranie ogłupia samego tylko autora. Myśli: gdym już nareszcie przebrany, postaram się wystąpić w całej swojej okazałości. Jak śmiesznie wesołą galeryę portretów przedstawia nam nasza literatura. Młodzieńcy o pięknych twarzach, o wysokiej eleganckiej postaci, o niebieskich, czarnych, ognistych oczach, lub mieniących się pod wpływem wrażenia! Widzą się sami w dojrzałej męzkości, z powagą i pewnością siebie, wolą silną w spojrzeniu, siwiejącemi, ale jeszcze nie przerzedzonemi włosami. Z pełną miłości pobłażliwością retuszują wszystkie otyłości, łysiny, śmieszności i brzydotę. A gdy przypadkiem ujrzą w lustrze swą postać, wydaje im się, że dobrze wyjść można na skromności przyznającej się do błędów z całą szlachetną szczerością; otoczy to ich aureolą oryginalności, przewyższającą o wiele każdą prawdziwą piękność. Za przyznanie się do niedostatków cielesnych, na duchowe wskazują zalety, których nigdy w autobiografii autora nie braknie.
I tak padają nasi literaci ofiarą żartu, bywają wystawieni na pośmiewisko świata, łatwo do śmiechu usposobionego.
Ale o to wszystko jeszcze mniejsza; gorzej, że to przebieranie krępuje autora w wypowiedzeniu niesfabrykowanego poglądu serca. Maskaradowe książki wymagają trudnych i przykrych względów dla estetycznych zwyczajów i obyczajów, sprawiających wrażenie żartu, ponieważ autor wie dobrze z czego się one w zasadzie samej składają. Znamy wszyscy modną formułkę romansu: pierwszy rozdział, którym gwałtownie w wątek wpadamy, drugi wyjaśniający pierwszy zapomocą długiej, nudnej przedmowy — będącej tłem maskarady. Wszystkie te zewnętrzne względy, co do ubioru, maszyneryi, dekoracyi, wzajemnego stosunku osób, odnoszących się do siebie podług stereotypowego wzoru — wysysają szpik energii, mogącej stworzyć w innych warunkach księgę pełną prawdziwego wyrazu, opowiadania, nastroju, uczucia. Sztuczność przygniata prostotę i naturalność — uniemożliwia szczerość wyznania, mogącego przynieść dużo ulgi sercom również czującym. Dlatego też książka moja jest zwierciadłem przeżytych chwil, odczutych wrażeń, dlatego też udaję się sam do czytelnika.
„Nie jestem ani pięknym, ani brzydkim, ani urodziwym trubadurem, ani demonicznym garbuskiem. Jestem tylko sercem, pragnącem wyśpiewać światu swe radości i bóle. „Kostyum“ pozostawię wielkim dziełom, które przedstawiają nam życie i jego maskaradę. Małe utwory, płynące z serca najlepiej będą napisanemi przez tych, którzy niczem więcej nad „siebie“ być nie pragną“.




XXXIX.
30 kwietnia.

Ukończyłem książkę, ukończyłem wszystko co miałem tutaj do działania.
Wczoraj wieczorem, gdym na ostatniej kartce, na Małgosi oczach ostatni pożegnalny złożył pocałunek a przedemną biały pusty leżał papier, pojąłem, że teraz dopiero nastąpiłyby dla mnie prawdziwie samotne dni na Wiatrakowej Górze. Wstałem, zebrałem manatki, spakowałem kufry, zawiadomiłem gospodarza, że jutro odpływam na okręcie.
Czegóż chcę? przedewszystkiem ztąd odjechać i udać się tam, gdzie mię czeka praca. Zmęczony porzuciłem ją, bo mi się zdawało, że do niczego nie prowadzi. Rozpoczynam ją znowu, bez zbyt wielkich złudzeń, z przekonaniem jednak, że wielką posiada wartość. Cisza obdarza tylko szczęśliwych Spokojem. Nam praca uśmierca cierpienie.
Przyznaję się, że gdym w ostatnich czasach zachodził do kawiarni, by się rozerwać i gazetę przeczytać, budziła się we mnie chęć bronienia lub oskarżania piórem tego, co czytałem. Czułem, że mój młyn chwilowo tylko stanął a że słaby wiaterek mógłby nim poruszyć, począłem pojmować młynarza. Nie młyn, lecz on pragnął widoku poruszających się skrzydeł i warczenia kół. W jego wnętrzu budziła się skarga i bunt przeciwko Spokojowi. Zdawało mi się, że jeszcze więcej pojmuję. Słyszałem ostrzegające wołanie: Biada temu, kto ślepo młyn w ruch puszcza!
Dzisiaj żegnałem miasto, Wiatrakową Górę i wszystko co me najjaśniejsze i najsmutniejsze budziło wspomnienie.
Przyjaciółkę moją z przytułku serdecznie pożegnałem. Jej wierności, pamięci, staraniu poleciłem grób Małgosi. Stary młynarz nie skieruje swych kroków na cmentarz, zaniosą go tam dopiero na wieczny odpoczynek. Polecałem dalej: „Nie ozdabiaj grobu przemijającemi kwiatami, których pociecha małodusznem, chełpiącem jest kłamstwem; okryj go skromnemi roślinami wiecznie żyjącego wspomnienia — bluszczem i nieśmiertelnikami“. Płacząc obiecała: „Grób jej ozdobię według twego życzenia. A gdy ja umrę, inne uczynią, to, co ja czyniłam. Dopóki pozostanie chociaż jedna z Małgosi znajomych, grób jej się nie rozpadnie“.
Odwiedziłem dziś ojca Małgosi. Wydawał mi się o wiele przystępniejszym — takim od nieszczęścia go nie widziałem. Wiadomość o moim wyjeździe żadnego na nim nie wywarła wrażenia. Czemże byłem dla niego nie będąc Małgosi mężem? Zgodził starą kobietę, pomocnicę Małgosi — obiecała go wiernie pielęgnować, zatem o niego mogę być spokojnym. Wiatrakowej Góry opuścić nie chce, mniej teraz, niż kiedykolwiek. Bo teraz — opowiadał — młyn „w porządku“. Nie zburzy go, wybuduje z niego pomnik Małgosi. Całą maszyneryę kazał rozbić, śmigi przybić w taki sposób, by wyglądały na prawdziwy krzyż i wskazywały na fiord. Mówił: Ani on, ani ja nie zrobimy na ziemi nic złego. Zostaniemy na tem miejscu, gdzieśmy, tak ciężko zgrzeszyli. Pragnę, by po mojej śmierci widniał na karcie, jako „Małgosi pamiątka“.
Wychodząc z młynarzowego domu przeszedłem ogród, który w całej wiosennej jaśniał okazałości, widocznem jednak było, że nikt nie myślał o pielęgnowaniu. Trawa na trawnikach rosła dziko a na klombach między kwiatami rozplenił się bujny chwast. Widzę — zbliża się chwila, kiedy ogród padnie ofiarą nieurodzajnego wschodniego wiatru i w dzikie zamieni się pustkowie. Oazie Wiatrakowej Góry zabrakło delikatnej ręki, rozsiewającej miłość i spokój.
W końcu byłem na cmentarzu. U tej, która była słońcem mego dzieciństwa i u tej, która to słońce rozjaśniła na krótki, ale niezapomniany dzień w mym wieku męzkim.
Dobre matki, śpijcie w Spokoju, jedna obok drugiej na cmentarzu starego grodu.
....Kufer zapakowany. Na samym wierzchu leży malutka koszulka, uszyta przez Małgosię dla naszego syna.




XL.
Do brzegu
1 maja.

Okręt wypłynął z portu, przesunął się około starego zamku o zwyczajnej szerokiej fasadzie, około mostu, na którym stara stała przyjaciółka i ostatnie przesyłała pożegnanie. Zamną leżało miasto czerwone, na wiosennem tle zielonych wzgórzy i łanów, z wesołym dymem, igrającym ponad kominami i bocianim klekotem na dachach. Okręt skręcił w zagięcie i zniknęło miasto.
Obudziłem się z wrażeniem, jakby zapadła kurtyna nad skończonym już dramatem, nad pełnem bajki czarodziejskiem życiem, w którem przez krótki czas brałem udział. Później okręt wjechał w nowe zagięcie fiordu — i przez jedną minutę ujrzałem z dala na horyzoncie szczyt Wiatrakowej Góry a ponad nim, jeszcze wyżej wiatrak, czarny krzyż na białem tle.
Tak znikło niepowrotnie stare miasto, a ja wracam tam, zkąd przybyłem, do dawnych przyjaciół i dawnych wrogów.
Czy minął ten rok bez śladu i czy znikł, jak czarodziejska baśń, po której zapada kurtyna?
Z pewnością nie. Przyniósł mi Treuga Dei, przyniósł to, za czem cała jęczy ziemia: „Spokój Boży“, ów Spokój, którego użyczali sobie wzajemnie nasi pełni wojowniczości przodkowie, ów Spokój oświetlający duszę i uszlachetniający wolę. Powracam tam, zkąd przybyłem, ale nie powracam tym samym. Posiadam to, na czem mi dotychczas zbywało — szlachetną, pewną wskazówkę na drogę życia: „Małgosi pamięć“. Przyjaciele przyjmą mię może z politowaniem i wzruszeniem ramion — a wrogowie prześlą ironiczny uśmiech. Dowiedzą się jednak, że nie mają powodu, ani się z czego cieszyć, ani nad czem litować. „Boży Spokój“, który się mej dotknął duszy, żadnej nie wymagał zmiany; morski znak, mego życia w innym nie poprowadzi kierunku. Ale z większą jeszcze pewnością stąpać będę po prostej drodze.
Na łożu śmierci robiłaś sobie wyrzuty, że umierasz, jako dziewica w mych ramionach. Nie wątpiłem nigdy w twą dla mnie miłość i wiarę. Dla mnie pozostałabyś zawsze tą samą, czy jako narzeczona, czy żona. Wiem też, że największą byłoby dla mnie rozkoszą, u twego spocząć boku, jako narzeczony. Ale ty, dziewico moja, nauczyłaś mnie dotychczas nieznanego szczęścia, płynącego z niezaspokojonych pragnień. Tyś mnie nauczyła dążenia do szczęścia, wtedy nawet, gdy go się nigdy nie dosięgnie.
I znów młyn poruszam. Tak być musi. Wymaga swoich praw od moich zdolności i od mej młodości. Myślę: skrzydło wiatraka, które ciebie zabiło, nie zasługuje na przekleństwo. Może i tak dobrze się stało; może i lepiej, że ślepy traf pozbawił cię życia; aniżeliby miała nadejść godzina, kiedy ja, nie zważając na ciebie, puściłbym w ruch młyn, u którego skrzydeł tyś szukała spokoju. „Pamięć Małgosi“ nauczyła mnie ostrożności.
Sen się skończył. W cichą noc wiosenną unosi mnie okręt ze starego grodu ku rzeczywistości i pracy. Sen skończony. Znikł „Boży spokój“, Małgosia umarła.
A może to nie było snem? A może śnię jeszcze? Pisząc te słowa, czuję Małgosi dłoń na mem ramieniu i słyszę, jak szepcze do mego ucha:
„Boży Spokój, nie opuszcza nigdy tego, kto kocha.“

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Peter Nansen i tłumacza: anonimowy.