Wiadomości bieżące, rozbiory i wrażenia literacko-artystyczne 1879/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Wiadomości bieżące, rozbiory i wrażenia literacko-artystyczne 1879
Pochodzenie Publicystyka tom IV
Redaktor Ludwik Biernacki
Wydawca Zakład Narodowy im. Ossolińskich

Gebethner i Wolff

Data wyd. 1937
Druk Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


WIADOMOŚCI BIEŻĄCE,
ROZBIORY I WRAŻENIA
LITERACKO-ARTYSTYCZNE
1879
1.

Ze świata Bohemii. Pewien młody artysta, przyszedł w tych dniach do krawca i zamówił u niego całkowity nowy kostium.
— A jak urządzimy się z zapłatą? — spytał uprzejmie krawiec.
— Uważa pan — odrzekł artysta — teraz jakoś nie jestem przy pieniądzach, więc tego miesiąca nic panu nie dam, a resztę na przyszły.

2.

Dama kameliowa uznaną była w czasie pobytu p. Modrzejewskiej w Stanach Zjednoczonych przez tamtejszą krytykę, za jedną z najznakomitszych ról artystki. W San-Francisco pułkownik Hinton, redaktor Evening Post, napisał po przedstawieniu tej sztuki sonet na cześć Modrzejewskiej, który kończył się słowami:

Trudnoć zakazać, abyś nie biegała
Do stron rodzinnych sercem z Ameryki,
Lecz to pamiętaj, że ty i twa chwała
To teraz własność naszej Republiki.

Na szczęście, sonetowe przykazanie nie sprawdziło się, Modrzejewska od 4 grudnia rozpoczyna szereg wystąpień w Warszawie, między któremi ujrzymy ją i w sławnej roli Margieryty Gautier. W ogóle występy „gwiazdy“ budzą już ruch niemały w kołach miłośników teatru. Zaledwie wczoraj z rana wyszło ogłoszenie dyrekcji — wszystkie bilety zostały zamówione literalnie w ciągu kilku godzin. Wiele osób odeszło z próżnemi rękoma, a stąd niezadowolenie i wyrzekania na dyrekcję, którą posądzają, że z góry pewna rozprzedaży, zatrzymuje bilety dla wybranych tylko.

3.

Wydawnictwo Pism Sienkiewicza. Księgarnia Gebethnera i Wolffa przygotowuje wydanie drugiego tomu Pism współpracownika naszego Henryka Sienkiewicza (Litwosa). Tom ten obejmuje opis podróży Litwosa po Stanach Zjednoczonych Pół. Ameryki od Oceanu Atlantyckiego do Spokojnego.

4.

Czy istnieje polska szkoła malarstwa? U nas mało kto o tem wątpi, należałoby tylko innych przekonać. Angielski sławny krytyk Ruskin zaliczył Matejkę do monachijców z kierunku, a Austriaków z rodu. Zapytany przez jednego z naszych ziomków, co rozumie przez narodowość austriacką, zbył go żartem, że Austriak to jest gatunek Niemca w obcisłych spodniach. Brandta tenże krytyk zrobił również Niemcem bez bliższego jednak oznaczania cech gatunkowych. Ruskin jest istotnie znakomitością krytyczną, a prócz tego nie żywi żadnej ku nam niechęci, błędy więc jego tłumaczą się tem, że sekcje na wystawach powszechnych (jak np. austriacka) istotnie nie mogą nikogo o narodowości malarzy pouczyć. Ale błędy Ruskina nie mogą się jeszcze porównać z nieświadomością Francuzów; kto by np. uwierzył, że paryski Goupil, który zakupuje wszystkie płótna Chełmońskiego i, mówiąc nawiasem, robi na nich doskonałe interesa, do niedawna nie wiedział nie tylko jakiej narodowości jest Chełmoński, ale z jakich okolic czerpie temata do swych obrazów. Podobnych pomyłek lub przykładów niewiadomości moglibyśmy wiele przytoczyć, a skutek z tego taki, że mamy malarstwo świetne, bierzemy udział w ruchu artystycznym narodów wcale niepomierny, i mimo tego wszyscy nas zapoznają. Co na to poradzić? Gdyby który z naszych kapitalistów przedstawiający dostateczną gwarancję chciał urządzić wystawę naszych malarzy w znakomitszych miastach europejskich, kwestia od razu zostałaby przeciętą. Płótna nasze i nazwiska podpisywane pod niemi, takie jak Matejki, Siemiradzkiego, Brandta, Gierymskich, Grottgera, Chełmońskiego, Stachórskiego, Gersona etc., — przekonałyby na koniec pp. Ruskinów, czem istotnie jest nasza działalność na polu sztuki. Dodajemy, że kapitalista taki zrobiłby przy tem świetny interes, — malarze zaś nasi, dla których, pominąwszy inne względy, otworzyłoby się ogromne pole sprzedaży, pewno nie odmówiliby przedsiębiorcy swego poparcia.

5.

P. Kazimierz Zalewski ma wkrótce rozpocząć w Szkole Dramatycznej Derynga szereg wykładów o komedii nowożytnej, począwszy od Moliera i Szekspira. O pożyteczności takich wykładów rozwodzić się nie potrzebujemy. Znaczenie teatru jest u nas wielkie, wszystkim więc zależy na tem, by przyszłe pokolenie aktorów nauczyło się szanować i kochać sztukę, zamiast szukać w niej pola do popisów osobistych, — szacunek zaś i miłość sztuki mogą wypłynąć tylko z rozumienia jej. Artyści Comédie-Française lub wiedeńskiego Burgu są to ludzie prawdziwie wykształceni, którzy w danym razie, z czystego zamiłowania do pięknego dzieła scenicznego, nie wahają się grać najmniejszych nawet ról, byle całość wypadła skończona. Może w przyszłości i u nas odrzucanie ról będzie tylko melancholicznem wspomnieniem w pamiętnikach reżyserów.

6.

Głód na Górnym Szląsku. Wiele pism naszych doniosło już o głodzie na Górnym Szląsku.
Ludność, tak pracująca w kopalniach jak i rolnicza, znajduje się w stanie prawdziwie wzbudzającym litość. Nędzne zapasy ziemniaków skończyły się już, śniegi pokryły kraj, a tymczasem nie ma co włożyć do garnka. W domach wiejskich tulą się do siebie gromadki zziębniętych dzieci, próżno błagając o łyżkę ciepłej strawy. Starsi tracą odwagę i siły do pracy. Liczba dotkniętych głodem z każdym dniem się zwiększa. Wieśniacy sprzedają resztki dobytku, a wkrótce zaczną zapewne sprzedawać i ziemię, która nie umiała ich wyżywić.
Czy znajdą kupców?
Tak! kupią ją Niemcy, pierwotni zaś mieszkańcy albo tułać się będą na własnej ziemi bez dachu i ziemi, albo udadzą się za Ocean i tam na niezmierzonych stepach, lub wśród zgiełku miast wyginą zwolna z głodu i tęsknoty, — zazdroszcząc tym, których kości spoczywają w górach rodzinnych.
Głód i zima, — straszne dwa słowa, straszniejsza jeszcze rzeczywistość. Pod ciężarem klęski ugina się lud prosty, jak kłos pod wichrem, wyglądając zmiłowania od Boga i od serc ludzkich.
Gdy Segedyn uległ klęsce powodzi, wieść o tem odbiła się echem we wszystkich zakątkach Europy. Poprzednio jeszcze rozczulał tkliwe dusze los Bośniaków i Hercegowianów, w tej chwili Paryż wyprawia świetne widowiska na dochód dotkniętych powodzią mieszkańców Murcji.
Obecnie głód na Szląsku! — Kto pierwszy weźmie skarbonkę i potrząśnie nią w imie nędzy i miłosierdzia? Szląsk znacznie bliżej od Murcji.

7.

Z powodu przybycia p. Heleny Modrzejewskiej, zawiedzeni w nadziei dostania biletów wymyślają kasjerowi, kasjer zawiedzionym, słowem: koło kasy wojna — istne oblężenie Troi — dyrekcja zaś spogląda z góry jak Jowisz na walczących. Gdyby jednak chciała przechylić się choć cokolwiek na stronę Hellenów oblegających, ogół Hellenów byłby jej bardzo wdzięczmy.

8.

Strachy na Lachy. Od pewnego czasu krąży po mieście niczem nieuzasadniona wieść o mającym jakoby nastąpić „krachu“ w Warszawie. Zbankrutował w swoim czasie Wiedeń, bo nie umiejąc po polsku i nie mogąc korzystać z głębokiej prawdy zawartej w naszem przysłowiu: „Nie graj Wojtek“ zanadto bawił się w giełdę i na giełdzie. My nie bawiliśmy się w podobny sposób, możemy więc nie spać wprawdzie, ale pracować spokojnie. Florencja zbankrutowała częściowo z powodu przeniesienia zarządów centralnych; my i na podobne przyczyny mniej jesteśmy wrażliwi — słowem: niebezpieczeństwa nie ma. Pewien brak gotówki, jaki się w obecnej chwili czuć daje, jest, jak słusznie tłumaczy Gazeta Handlowa, zjawiskiem występującem stale przed Nowym Rokiem, w którym to czasie wypłaty roczne zmuszają do gromadzenia pieniędzy.
Pewien mały wekslarz umknął wprawdzie, zapewne do Ameryki, ale możemy wierzyć, że jak tam jego przyjazd nie otworzy nowej ery pomyślnej, tak u nas nie sprowadzi czasów klęski.

9.

List palestranta z XVIII wieku. Jeden z naszych współpracowników pokazał nam ciekawy list z oświadczynami, pochodzący z XVIII wieku. List ten pana Rocha Rogali Kozerskiego, jako wyborny przykład makaronicznego, a zarazem napuszonego stylu, w wyjątkach podajemy.
„Wielmożna mnie wielce Mościa Dobrodziko! Gdy po tylokrotne moje z osobistości komparycje i werbalne merita w procedurze matrymonialnej konjunkcji i u kratek trybunału serca W. Pani Dobr. deponowane, nie odebrały dotąd z melodyjnych ust Jej pożądanej repliki, umyśliłem więc wezwać na konferencję sympatyczne sentymenta i adoracje moje do Jej persony resplendującej ukorporowanemi w niej perfekcjami i uczynić literalną manifestacją afektu, ferworu i zelozji, które w pektoralnych latifundiach moich od tak dawna wysiadują supercesją na rzecz W. Pani Dobr. Apelując zaś do najwyższej instancji rozumu i perspikacji Pani mojej, śmiem konserwować presumpcję, iż dekret chociaż kontumacyjnie ferowany, nie okondemnuje mnie, owszem faworalną mi przyniesie solucją. A ponieważ wakująca po św. p. miecznika inflanckiego zgonie konnubialna posada wzbudziła o Jej rękę kilku pretensorów, heredowanie zaś tak precjonalnego remanentu nie podlega ani konkursowi potioritatis, ani kompromisarskiej eksdywizji, tylko jednemu adjudykowane być może, przeto najniżej suplikuję W. P. Dobr., abyś raczyła kontrowersyjne współpretensorów impetycje przeważyć na szali imparcjalnej Temidy i personalnym onych kwalifikacjom interekwalny położywszy walor, zadeklarowała, kto z nas legalnie formować może prawo do aktoratu“.
Tu następuje wzmianka o Parysie, a dalej, przechodząc do dwóch innych współzalotników, p. Roch mówi:
„Miałżeby najgodniejszym być Jegomość p. Starosta? Rekuzuję najmocniej i admitować nie mogę. Bo czyliż tak delikatnych sentymentów dama zdoła akordować estymę i konsyderacje dla istnego gladiatora i pokulatora, jakim jest ten parasita domu Rówieńskiego, którego wocyferacje i klamory razić powinny subtelny tympan uszu kreowanych jedynie dla słuchania miłosnych infleksów, modulacyj i supirów — i którego impetyczne traktamenta i antischolarna cywilizacja nasuwają suspicje o plebejuszowskiej precedencji. Co się zaś tyczy jegomości pana Majora, usiłującego miodopłynną elokwencją konwinkować W. P. D. o swojej inamuracji, a bez dokumentów, militarnym tylko uniformem chcącego insynuować opinią o heroicznych swoich imprezach, taką mam jedynie do zrobienia względem niego delacją, jaką powziąłem z oficjalnych kwerend i komunikaty. Oto w owych siedmioletnich germańskich Bellony inwazjach, których tak pompatyczną zwykł czynić narracją, zajmował on przy saksońskich kohortach officium niewielkiego splendoru subalterna medycyny vulgo cyrulika, a co gorsza, jest apostatą circumcisji alias neofitą, w czem nawet familijna jego kognominacja do suponowania podaje asumpt“.
Przechodząc do siebie pan Roch Rogala pyta się, czy jako: „filar prześwietnej palestry, parentelat i posesionat z antenatów tej prowincji nie godzien jest preferencji nad owemi adwenami od fluminów Narwi i Jordanu, których filiacja problematem, egzystencja enigmatem, a substancja trudną do zlikwidowania kwestią?“
Kończy zaś w ten sposób:
„W ekspektatywie zaś fortunnego perswazji mojej sukcesu paląc aromatyczny serca mego holokaust przed ołtarzem afrodyzjalnych wdzięków W. P. Dobr., prosternuję facjatę moją u Jej pedestałów, submituję służby moje z głębokim respektem i akomodacją, gotów na rozkazy W. P. Dobr. genuflektujący adorator i uniżony — sługa Roch Rogala Kozerski. V. g. l. m. p.“.

10.

Artyści polscy w Rzymie zamierzają urządzić sobie czytelnię. Poważne i sympatyczne to grono składa się ze Stankiewicza, nestora polskich malarzy tamże zamieszkałych, Siemiradzkiego, Cieszkowskiego akwarelisty, Kotarbińskiego, Welońskiego rzeźbiarza i Brodzkiego. Wieczorami kółko to zbiera się w Caffé Greco Antico na via Condotti, niedaleko Pincio, gdzie przychodzą również artyści francuscy, hiszpańscy i włoscy. W ostatnich czasach powstała między nimi myśl założenia czytelni i towarzystwa, które by mogło ściągnąć wszystkich ziomków w Rzymie zamieszkałych.
Siemiradzki maluje obecnie przepyszny plafon dla jednego z magnatów tutejszych; Kotarbiński wykończył wielki obraz Chrystus przed Piłatem, Weloński zaś kończy posąg gladiatora na temat: Morituri te salutant.
Wieść podana przez nasze pisma z powodu otrzymania przez Wiesiołowskiego wielkiego medalu złotego, jakoby po Siemiradzkim, jest prawdziwą, jeśli mowa tylko o malarstwie. Z rzeźbiarzy wielki złoty medal otrzymał Weloński, który też na mocy przywileju związanego z tą nagrodą jest stypendystą Akademii w Rzymie.


11.

Jeszcze o głodzie na Szląsku. Wieść o klęsce i wołania o ratunek obiegają wszystkie nasze pisma i sądzimy, że wraz z nami wszystkie powtarzać ją będą choćby codzień, dopóty, dopóki nie zdołamy przyjść z pomocą nieszczęśliwym braciom naszym. Ale nie pozwólmy, aby podczas gdy my dyskutujemy, ani umierali z głodu. Zamiar pomocy ze sfery życzeń powinien przejść w sferę czynów z taką nagłością, z jaką zgłodniałe usta upominają się o kawałek chleba. Należy uzyskać pozwolenie odpowiedniej władzy i zająć się zbieraniem składek, które nie zawiodą, jeśli można jeszcze u nas liczyć na ofiarność ogółu i jego bratnie uczucia. Na pytanie, kto ma się zająć staraniem o uzyskanie pozwolenia, — odpowiadamy: redaktorowie pism — i nikt inny. Porozumienie się w tym względzie jest koniecznem. Po uzyskaniu aprobaty można będzie zaprosić do współudziału osoby, dające wszelkie oficjalne i pieniężne gwarancje; co zaś do samej prasy, ta nie może postawić sobie celu bardziej obywatelskiego i filantropijnego.
Obywatelskim on jest, — bo to zarazem walka z germanizacją. Bez pomocy z zewnątrz, za nie opłacone podatki administracja zabierze ziemię, którą odkupią od niej... Niemcy.
Filantropijnym jest, — bo tam dzieci i kobiety umierają z głodu.
Czy trzeba jeszcze więcej słów? Nie! Trzeba czynów i pieniędzy.


12.

Przedstawienia Antoniusza i Kleopatry w Anglii i Ameryce należą do najefektowniejszych pod względem dekoracyj. Po podniesieniu zasłony między aktem pierwszym a drugim widać przepyszny obraz Antoniusza i Kleopatry na złotej łodzi o purpurowych żaglach. Nubijscy żeglarze trzymają w ręku srebrne wiosła, grupy dziewic przybranych w bieli grają na harfach, tetrakordonach i syrynksach. Kleopatra w postaci pół leżącej, wspiera rozmarzoną głowę na purpurowych fałdach togi Antoniusza, zakochaną parę zaś otaczają czarne dziewice, wachlując ją długiemi wachlarzami z piór strusich. Rozkwitłe kwiaty lotosu, w dali palmy, piramidy i sfinksy dopełniają obrazu. Sztuka ta wchodzi, jak doniosły pisma, w zakres programu pani Heleny Modrzejewskiej.

13.

Pani Modrzejewska ukaże się, jak mówią, dodatkowo dziesięć razy na naszej scenie. Nowa nadzieja widzenia jej może zakończy homeryczne wojny przy kasie, do której wczoraj np. kasjer musiał dostawać się oknem. Gdyby tak dalej poszło jak dotąd, dyrekcja byłaby chyba zmuszoną dodać kasjerowi dwóch pomocników, specjalnie przeznaczonych do odpowiadania na obelgi tym, którzy od okienka odchodzą bez biletów.

14.

Sacher Masoch. Kilkanaście lat temu pewien wydawca książki, traktującej o nauce poezji dla użytku młodzieży, dbały o moralność swych małych wychowańców, pousuwał z poetyki wszystkie wyrazy „niemoralne“, jako to: panna, kochanka, miłość itp. Zwrotkę więc z Pierwiosnka, kończącą się słowami:

............
Czy dla druha lub kochanki,
Upleć wianek z mego kwiatku,
Wianek to będzie nad wianki.

przerobiono jak następuje:

Czy dla druha w pierwszym rzędzie,
Upleć wianek z mego kwiatku,
Wianek to nad wianki będzie.

Porwanie, w którem rycerz wracający zza grobu porywa pannę, poprawiono w ten sposób, że zamiast wyrazu „panna“, podstawiono wyraz „stary“. Młode pokolenie wprawdzie z trudnością umiało sobie wytłumaczyć ową ochotę rycerza-upiora do porywania „starego“ i do galopowania z nim po nocy bez względu na niebezpieczeństwo katarów i zaziębień. Śmiano się wówczas powszechnie ze sztuczki wydawcy, ale pokazało się, że p. Sacher Masoch pokazał jeszcze lepszą, bo sędziwego Nestora naszej sceny, Smochowskiego, zmienił w utalentowaną, młodą i prześliczną panią Smochowską. W tak zmienionym sędziwym emerycie zakochał się w najnowszym romansie Sacher-Masocha opryszek Stolouk i galopował, a nawet i zagalopował się wraz z panem Masochem w krainę głupstw i bredni.
Co do nas, twierdzimy, że gdyby wypadkiem sam pan Sacher zmienił się w młodą i piękną pannę, diabeł może by na tem zyskał, ale literatura straciłaby bardzo niewiele.

15.

Polemika Kurierów: Porannego i Codziennego, rozpoczęta z powodu konkursu na napisanie książki ludowej, przybrała w ostatnich chwilach charakter czysto osobisty. I my i zapewne wszystkie inne poważniejsze pisma radzi byśmy, aby spór ten w interesie powagi i godności prasy stanowczo został zaniechany. Polemika przedmiotowa jest pożyteczną dyskusją, osobista zaś, zwłaszcza wobec prądu do jedności i zgody, jaki niedawno objawił się w prasie, robi tylko przykre wrażenie na czytelnikach i osłabia ich zaufanie do dzienników. Dawszy niedawno przykład powściągliwości, gdy spór stał się osobistym, mamy z kolei prawo wezwać do niej w imie interesu ogólnego.

16.

Wiek czerpie z poważnego organu niemieckiego, bo z Gazety Kolońskiej, wiadomość o pojawieniu się w Brazylii południowej olbrzymiego zwierzęcia zwanego minhocao. Zwierze to jest sobie robaczkiem, mającym pięćdziesiąt metrów długości, a pięć szerokości. W wycieczkach swoich spod ziemi na jej powierzchnię wywraca drzewa, porusza skały i odwraca łożyska strumieni. Co do nas, wyznać musimy, że robak ten, choćby nawet był kaczką, to i jako kaczka istotnie jest ogromny.


17.

Kwestia oświaty. Pan Rajewski odczytał na posiedzeniu oddziału statystycznego Towarzystwa Geograficznego sprawozdanie o liczbie uczących się w Królestwie, Cesarstwie i prowincjach nadbałtyckich. Pominąwszy prowincje nadbałtyckie, w których oświata stoi najwyżej, ze sprawozdania pokazuje się, że na 100 ludzi w 47 guberniach Rosji europejskiej wypada 17 uczących się, — w guberniach Królestwa 30. W miastach Cesarstwa na 100 — 53, w miastach Królestwa — 63. Według płci w 47 guberniach europejskich Cesarstwa wypada na 100 uczących się: dziewcząt 24, w Królestwie 52. Dziewcząt uczęszczających do szkół po wsiach w Cesarstwie na 100 uczniów płci obojej wypada 16, w Królestwie 53.

18.

Filie pocztowe. Z okazji zatwierdzonych jakoby w zasadzie filii pocztowych na Nalewkach i na ulicy Chłodnej, p. „Kes...“ w liście pisanym do Kuriera Warszawskiego dopomina się o podobną filię także dla mieszkańców Pragi. Nie podobna odmówić słuszności temu najsprawiedliwszemu ze wszystkich żądań. Każdy z mieszkańców Pragi, dla oddania listu rekomendowanego, paczki lub przesyłki pieniężnej, zmuszony jest odbywać podróż aż na plac Warecki, przebywać w czasie niepogody sławne błota prażskie, odmrażać uszy zimą na moście lub płacić omnibusy, przede wszystkiem zaś, przy znanej zasadzie: „jeśli ci pilno, to poczekaj“, tracić cały dzień czasu. Praga, której ludność rośnie szybko, koniecznie powinna mieć swoją pocztę, skoro ma ją każde powiatowe miasteczko. Również pożądanemi byłyby pewne reformy przy odbiorze posyłek rekomendowanych, albowiem faktem jest, że odbiór ów nigdzie na świecie nie jest połączony z takiemi trudnościami jak u nas, i nigdzie nie uwarunkowany takiem mnóstwem poświadczeń przez właścicieli domów, cyrkuły itd., co wszystko nie tylko męczy, ale często i upokarza odbiorców. Ostrożność w oddawaniu posyłek jest wprawdzie potrzebną, ale nie powinna przebierać miary w formalnościach.
Przy zakładaniu filii warto by się także zastanowić nad systemem amerykańskim poczt. System ten polega w Ameryce na tem, że w każdym gmachu pocztowym znajduje się niezmierna ilość szufladek wmurowanych w ścianę i opatrzonych numerami. Towarzystwa, banki, sklepy, a nawet pojedyńczy mieszkańcy dzierżawią za pewną opłatą roczną te szufladki, od których poczta daje wynajmującemu klucz. Wynajmujący przychodzi kiedy chce i otworzywszy szufladkę, znajduje w niej wszystkie listy, jakie do niego nadeszły. Olbrzymi pocztowy gmach City-Hall na Brodway w New Yorku posiada przeszło dwakroć sto tysięcy szufladek, co poczcie daje znakomite dochody.

19.

Niejaki Kisliczenko, który skradł w Odessie numizmatów na sumę rs 20,000, sądzony 12 listopada w Sądzie Okręgowym odeskim, został uniewinniony.


20.

Tadeusz Błotnicki, młody i utalentowany rzeźbiarz, który niedawno otrzymał wielką nagrodę Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, wykończył obecnie posąg Piusa IX dla katedry grecko-katolickiej we Lwowie.

21.

W sferach artystyczno-literackich krąży od niejakiego czasu wieść o przyjeździe do Warszawy Sary Bernhardt, najsłynniejszej artystki pierwszego teatru we Francji: Comédie-Française. Sara Bernhardt zerwawszy z Paryżem, udaje się na występy do Petersburga do teatru Michel i w Warszawie ma się podobno zatrzymać umyślnie dla poznania Modrzejewskiej. Sława naszej artystki i jej tryumfów amerykańskich odbiła się niejednokrotnie o uszy panny Bernhardt w Paryżu. Po przedstawieniu Damy kameliowej w Ameryce, gdy wszystkie dzienniki pełne były pochwał i największych uniesień dla Modrzejewskiej, wycinki, zawierające recenzje, wysłane zostały przez miejscowe redakcje Dumasowi, który też napisał do Modrzejewskiej list dziękczynny. Przez Dumasa wieści te dostały się prawdopodobnie do Sary Bernhardt. Stąd jej ochota zobaczenia przyszłej rywalki w Anglii i Ameryce. Mówimy rywalki, albowiem panna Bernhardt, która już występowała w Anglii, ma się jeszcze udać i tam i do Ameryki, po występach w Petersburgu. Przyczyną usunięcia się słynnej artystki z Paryża był dziennik Figaro, a w szczególności słynny felietonista Albert Wolf, który istotnie ścigał ją swym złośliwym dowcipem z godną lepszej sprawy wytrwałością. Z powodu tych dowcipów miało się odbyć nawet kilka pojedynków, o których w swoim czasie mówił cały Paryż, a które skończyły się na niczem, ponieważ figarzyści skłonniejsi są podobno do rozlewania atramentu niż krwi.

22.

W Szkole Dramatycznej p. Derynga, prócz cotygodniowych przedstawień, które są ćwiczeniami praktycznemi, mają również miejsce wykłady rozmaitych przedmiotów. Lekcje tańca i śpiewu prowadzą pp. Filatyn i Zakrzewski. Stylistykę wykłada p. Chmielowski, kurs literatury powszechnej p. Kotarbiński, o nowożytnej komedii p. Kazimierz Zalewski. Katedrę nauki o wyrażaniu uczuć, łącząc teorię z praktyką, objął pan Grubiński.

23.

Boston w Massachusetts w Ameryce Północnej jest miejscem prawdziwie szczęśliwem dla naszych artystów. Pani Modrzejewska miała w mieście tem największe powodzenie; obecnie zaś gazety tam wychodzące przepełnione są pochwałami dla p. Tymoteusza Adamowskiego, młodego skrzypka z Warszawy. Adamowski do Ameryki udał się pierwotnie nie w zamiarze szukania artystycznej kariery, ale w sprawie, w której, jak we wszystkich innych na świecie: cherchez la femme. Jakieś siedemnastoletnie serduszko zaatlantyckie poczęło tak ciągnąć naszego skrzypka przez Ocean, że przeciągnęło go wreszcie. Powodzenie pana Adamowskiego pewnie owej siły magnetycznej nie osłabi; być może nawet, iż ze względu na talent, a przy tem niezmiernie ujmującą powierzchowność artysty, wprowadzi w ruch więcej zaatlantyckich serduszek. Wszelkie tryumfy w Bostonie są niezmiernie ważne, albowiem miasto to, nazywające samo siebie Atenami amerykańskiemi, jest taką samą wyrocznią w rzeczach smaku w Stanach Zjednoczonych, jak Paryż w Europie. Mieszkańcy Bostonu istotnie najwięcej ze wszystkich jankesów uprawiają nauki i sztuki piękne; są przy tem wybredni i uważają się za doskonałych krytyków.

24.

Kurier Codzienny donosi: iż pewna dama przeznacza rs 200,000 na tutejsze zakłady dobroczynne. Wobec takiej ofiarności nie wolno wątpić, że znajdą się ludzie, którzy i wygłodniałym dzieciom na Szląsku łzy obetrą.

25.

Wyrok. Pięć dni temu wydział Sądu Okręgowego wydał wyrok w sprawie niejakiego p. H. Pan H. przed kilku miesiącami miał przybyć do kantoru Schertzmana i zażądać rs 100 w złocie. Po otrzymaniu pieniędzy wyszedł wedle słów oskarżenia z kantoru nie zapłaciwszy należności. Sąd uwolnił pana H. od wszelkiej odpowiedzialności.


26.

Grzechy hetmańskie. Wśród niezliczonych dzieł powieściowych Kraszewskiego największem może mistrzostwem odznaczają się jego powieści z końca XVIII wieku. Autor maluje rzeczony wiek wiernie, nie ukrywa jego wad, odgaduje ducha, daje syntezę życia, ale maluje z miłością i sercem. Miłośnikom tych obrazów donosimy, iż świeżo opuściły prasę nakładem Lewentala Grzechy hetmańskie, ozdobione 17 ilustracjami Kossaka i portretem Kraszewskiego.

27.

Kraszewski w liście pisanym do Kłosów prostuje błędne wieści, jakie od niejakiego czasu ukazywały się w prasie w sprawie Macierzy. Niektóre dzienniki doniosły, jakoby na ten cel wręczona została Zyblikiewiczowi znaczna suma pieniężna. Otóż Kraszewski objaśnia, że wiadomość ta jest fałszywą. Myśl instytucji jest nie nowa. Powstała ona w szlachetnej głowie Nestora naszej literatury od lat blisko dwudziestu, ale nie było funduszów. Przez czas jakiś myśl bliską już była urzeczywistnienia na mocy legatu przyobiecanego przez ś. p. Berezowskiego. Na nieszczęście Berezowski umarł nie uprawniwszy legatu. Została tylko w rękach projektodawców jako dowód obietnicy zwyczajna kartka, którą spadkobiercy nie czuli się zobowiązani. Dziś są obietnice i zapewnienia funduszów, ale czy fundusze zostaną zebrane, to, jak pisze Kraszewski, zależy „od dobrej Woli tych, co nam mają przyjść w pomoc, a którym chętnie sławy, zasługi, wszystkiego ustąpimy, byle praktyczną instytucję stworzyli“.
„Dotąd więc — dodaje Kraszewski — prócz mojego marzenia i obietnic, — nie ma nic jeszcze“.
Potem gani pisma, które uważają taką Macierz „za coś przedpotopowego“, czego istnienie obok Alma Mater jest zbyteczne.
Alma Mater i należący do niej są, jak słusznie mówi czcigodny projektodawca, przeciążeni; zamierzona zaś instytucja, obok celu bezpośredniego, ma za zadanie wytworzyć nowe ognisko, nowe siły, nowych ludzi. Działalność Macierzy musi objąć rozmaite potrzeby oświaty w różnych miejscowościach, musi więc pociągnąć ludzi, którzy warunki i potrzeby oświaty w danej miejscowości najlepiej znają. Wobec takich zadań, działalność Alma Mater i jej zapracowanych ludzi nie jest dostateczną.
„Byłoby dla nas największem szczęściem — kończy Kraszewski — gdybyśmy choć najskromniejszy udział w sprawie takiej doniosłości mieć mogli“.
Z naszej strony dodamy tylko, że kto choć cokolwiek wie o znaczeniu Matic zakładanych w Czechach i w południowej Słowiańszczyźnie, i o obronie, jaką w nich znalazły miejscowe żywioły słowiańskie przeciw uorganizowanemu naciskowi niemieckiemu, ten o doniosłości sprawy nie będzie wątpił.

28.

Wytrwałość. Heine rozdzielił ludzi na dwa odrębne typy: semicki i helleński.
Pod typem helleńskim rozumiał dusze poetyczne, wykwintne, kochające życie, rozmiłowane w piękności, gotowe do pracy i poświęceń dla ogółu, ale pod warunkiem osobistego szczęścia.
Typ semicki, dość niesłusznie tak nazwany, jest o wiele posępniejszy. Przykładem jego człowiek, który poślubiwszy jakąś ideę, oddaje jej nie pół duszy, ale całą; który żyje wyłącznie dla niej, rozbija wolno i zawzięcie trudności, jak woda padająca kroplami na kamień, — słowem, który żyje i umiera dla swych celów.
Który z tych typów komu się więcej podoba, to rzecz osobistego gustu; który u nas powszechniejszy, o to nawet pytać nie warto.
Nazywają nas przecie paryżanami Północy; paryżanie sami siebie zwą ateńczykami, a ateńczycy byli Hellenami par excellence.
Tak jest; ów drugi typ, wytrwały, oddany jednemu celowi, kładący weń życie całe, był dotąd u nas dosyć rzadki.
Ale w ostatnich czasach dużo się zmieniło. Rzuciwszy dziś okiem w otoczenie, dostrzeżemy niemało wytrwałych, a cichych i jakby umyślnie usuwających się na bok pracowników.
Sława głośna nie uwieńczy ich skroni, zasługa nie przyniesie bogactw i zaszczytów, a jednak pracują cicho, mozolnie, jak mrówki wedle mrowiska.
Teraz kilka przykładów, albo, jeżeli czytelnicy wolą, kilka profilów pobieżnie skreślonych.
Napisać piękną powieść lub komedię — to zostać bohaterem, bodaj jednego dnia. Portret w ilustracji, szepty ust ludzkich, a czasem pięknych usteczek: „to on“ — pochwały, pochlebne recenzje — wszystko to łechce miłość własną, podtrzymuje na wdzięcznej drodze, zachęca, pochlebia, popycha. Założyć pismo i prowadzić je rozumnie — to zyskać głos w sprawach społecznych poważny, to wreszcie dojść do majątku, jak się uda.
Ale prowadzić np. wydawnictwo książeczek ludowych po 10, 20 lub 40 groszy, to inna rzecz.
Sławy nie zyskasz, majątku nie zrobisz, zasługę będziesz miał, ale zasługa doraźnych korzyści nie przyniesie.
Żeby to robić, trzeba gorąco miłować oświatę samą, czerpać otuchę i wytrwałość w tem uczuciu.
A jednak są ludzie, którzy to robią wytrwale, a szczerze, a serdecznie.
Do takich ludzi należy np. p. K. Promyk. Świeżo wyszła jego Obrazkowa Nauka pisania i czytania wraz z elementarzem dla samouków. Poprzednio wiele już książeczek wyleciało na świat i wsiąknęło w umysły prostacze. Tanie to, pisane jasno, trzeźwo, poczciwie. „Nauka czytania i pisania dla umysłu jest tem, czem orka dla roli“ mówi z prostotą pan Promyk! Prawda! ale orać to ciężka robota, a w tym razie tem zacniejsza, że przyszłe pokolenia dopiero zbierać będą. Ale Promyk tem się nie zraża i świeci wedle sił i pracuje — bez zysków. To zasługa. Pracownik prosi o rozpowszechnianie jego książeczek. Któż by odmówił. Poprą je z pewnością ci, którzy stykając się z prostaczkami poprzeć najlepiej mogą — inni poprą ciepłemi słowy — do których dołączamy oto nasze.

∗             ∗

Inny przykład — o miedzę.
Dwanaście lat temu, w mieście smoka, Wandy, co nie chciała Niemca, i innych wspomnień zakłada pan Adrian Baraniecki Muzeum Techniczno-Przemysłowe dla kobiet. Zakład poniekąd nowatorski trafia od razu na trudności. Pieniędzy nie ma, zaufania nie ma, poparcia brak, nie wiadomo, co to jest, nie wiadomo, co z tego będzie, uczennic niewiele, słowem, zakład zdaje się w samym zaczątku skazany na upadek. Na szczęście, pan Baraniecki, to ten drugi typ heinowski. Przeszkodom przeciwstawia cierpliwość, trudnościom wytrwałość, brakowi pieniędzy pracę. Kładzie w przedsięwzięcie wszystko co ma, tłumaczy, chodzi, puka, przekonywa; zbiera okazy, ściąga ludzi chętnych; zakład, niby ognisko bez dobrej podpałki, świeci słabo, ale nie gaśnie; upływa rok, dwa, trzy, pięć — nie tylko nie gaśnie, ale świeci coraz mocniej. Nadchodzi wystawa paryska, prace uczennic budzą nie tylko podziw, ale niedowierzanie znawców: rezultaty biją w oczy, zaufanie się budzi i dziś — jest to prawie uniwersytet dla kobiet.
Łatwiejże było panu Vassara w Ameryce, który miał miliony i włożył miliony w kobiecy uniwersytet, — pan Baraniecki nie miał milionów, ale włożył duszę. Zamiast mówić, czem jest zakład, przytoczę jego program — niech rzecz mówi za siebie.
Wydziałów jest pięć: nauk przyrodniczych, historyczno-literacki, sztuk pięknych, handlowy i gospodarski. Na pierwszym z nich wykładane są: astronomia, mineralogia, geologia, botanika, fizyka doświadczalna, chemia i higiena popularna. Katedra zoologii nie jest jeszcze obsadzona. Wykłady prowadzą przeważnie profesorowie Uniwersytetu. Na wydziale historyczno-literackim: estetyka, literatura powszechna, literatura polska, historia, pedagogika. Z przedmiotów niestałych: dzieje poszczególne, historia odkryć geograficznych, starożytności rzymskie (pompejańskie). Zasady gramatyki polskiej porównawczej. Wykłady prowadzą, jak i na wydziale poprzednim, profesorowie Uniwersytetu.
Wydział sztuk pięknych posiada katedrę nauki o budowie i proporcjach ciała, historię sztuki, zasady ornamentyki, wykłady perspektywy artystycznej, rysunki ręczne (pięć oddziałów, począwszy od malarstwa olejnego do drzeworytnictwa). Wydział handlowy nie jest jeszcze otwarty dla braku uczennic i funduszów, — na koniec na wydziale gospodarskim wykładane jest gospodarstwo domowe kobiece, inne zaś przedmioty, jako to: sadownictwo, ogrodnictwo, warzywne i kwiatowe, jedwabnictwo, pszczolnictwo, technologia domowa, rachunkowość i prowadzenie ksiąg gospodarczych, również jak lekcje języków nowożytnych, rozpoczną się od 1 maja. Oto, co zrobiła wytrwałość i cicha ale żelazna praca p. Baranieckiego. Dziś pożyteczność i konieczność zakładu uznaną jest niezaprzeczenie, całość jednak nie uzupełniona trzyma się tylko ofiarnością samego Baranieckiego, nauczycieli i ogółu. W ostatnich czasach Kraszewski starał się dla niej zjednać jeszcze szersze poparcie. Składki zbierały się i zbierają dotychczas, bo wiele katedr jest jeszcze nie obsadzonych. Chętnym oświadcza obecnie pan Baraniecki, że tylko te fundusze nie chybią niezawodnie celu, które przesłane zostaną wprost na jego ręce, — w użyciu bowiem dotychczas zebranych zaszły pewne niedokładności, które postaramy się z czasem wyjaśnić.
Nie omieszkamy również kreślić od czasu do czasu portretów takich cichych pracowników. Może posłużą one za przykład.

29.

Pan Napoleon Orda, niestrudzony zbieracz, autor i wydawca Album widoków polskich, przybył w tych dniach z Galicji do Warszawy. Piąta seria widoków obejmuje słynniejsze miejscowości w Poznańskiem; szósta obejmie widoki galicyjskie, siódma Królestwo Polskie. Całość będzie zawierała 230 obrazów ze wszystkich prowincyj zebranych. Cena rs 75, dość nieprzystępna dla kieszeni ogółu, jest jednak niewielką w porównaniu do trudów i kosztów wydawnictwa, dlatego nie powinna odstraszać ludzi zamożnych, którzy w zbiorze tym znajdą całość kraju, a raczej wszystkie słynniejsze jego miejsca i widoki.

30.

Prospekt. W tych dniach pojawił się prospekt Wieczorów Rodzinnych, pisma ilustrowanego, mającego wychodzić pod redakcją panny Hauke. Religia, moralność i nauka, oto trzy zasadnicze podstawy, na których oprze się ten nowy, przeznaczony dla dzieci tygodnik. W sferze naukowej zarówno zostaną uwzględnione dzieje powszechne, jak i nauki przyrodnicze. Opowiadania, wiersze, komedyjki, życiorysy, podróże, dopełnią strony beletrystycznej pisma.
Witamy sympatycznie zapowiedź, wyrażając nadzieję, że nowe wydawnictwo będzie pomocą dla wpływów rodzinnych i że razem z niemi pracować będzie nad wszczepieniem w dziecinne dusze tych wszystkich cnych zasad, któremi stoją społeczeństwa.

31.

Walery Przyborowski, autor kilku powieści i prac historycznych, pisze obecnie większe dzieło pt.: Historia włościan w Polsce. Młody autor patrzy na przeszłość z miłością, sądzimy więc, że jego książka rozproszy nieuzasadnione pojęcia o jakoby wyjątkowo rozpaczliwym stanie naszego włościanina w ubiegłych latach.
Pojęcia te rozszerzane przez niechętnych, niepojętym sposobem przedostają się czasem i do naszych pism.
Stan włościanina u nas, w stosunku do dzisiejszych pojęć, był bez kwestii niezadawalający, w porównaniu jednak do położenia chłopów z owych czasów w Niemczech, Węgrzech, nawet we Francji lub gdzie indziej nie tylko nie gorszy, ale wprost lepszy.
W Węgrzech szlachcic miał prawo miecza nad swymi poddanymi. W Niemczech drobni książątka w czasie wojny o niepodległość amerykańską sprzedawali Anglikom za gotówkę młodych parobków „ze zdrowemi zębami“. Pewien uczony Niemiec napisał o tem całą książkę. We Francji zabicie jelenia w lesie pańskim sprowadzało na włościanina karę śmierci.
U nas prawnie nic podobnego nigdy się nie działo.

32.

Nowe zupełne wydanie Dzieł Fredry, zawierające i pisma pośmiertne, drukuje się obecnie u Anczyca. Całość będzie miała 13 tomów.

33.

Józef Bliziński napisał nową komedię, którą oddał już dyrekcji teatru lwowskiego, a która i u nas prawdopodobnie będzie grana.
Jest to wiadomość i ważna i miła dla miłośników narodowej sztuki.
Nic samorodniejszego nad talent Blizińskiego. Inni wyrabiają się na komediopisarzy — Bliziński nim się urodził.
Warunki życia kazały mu być obywatelem wiejskim, przyrodzony dar każe mu pisać, tak jak ptakowi śpiewać.
Można nawet powiedzieć, że owa dola rolnika i wiejskiego szlachcica złożyła się szczęśliwie z talentem pana Józefa, otoczyła go bowiem żywiołami niezmiernie swojskiemi, a zatem sympatycznemi i dała mu owo poczucie iście rodzimego humoru, którem prawdziwie celuje.
Komedie jego nie tylko są pisane z talentem, nie tylko są to dzieła sztuki, ale dzieła jakieś lube, właśnie dlatego, że takie nasze.
Dar spostrzegawczy i dowcip mieszają się w nich z dobrotliwością. Śmiech jego to nie wytwór żółci, ale radość poczciwego serca, które dworuje sobie z wad ludzkich, nie przestając ani na chwilę ludzi kochać.
Zobaczymy, czem pan Józef obdarzył nas obecnie.

34.

Zapowiadają szereg coraz to nowych koncertów. Barcewicz po powrocie z Moskwy wystąpi z fortepianistą Michałowskim. Do programu ich wchodzi nowy koncert Wieniawskiego, utwory Czajkowskiego i koncert Liszta.

∗             ∗

W niedzielę 7 grudnia, o godzinie 1 z południa, odbędzie się koncert p. Chodakowskiego, barytona naszej opery. Program wielce urozmaicony. W śpiewach wezmą udział pp. Cieślewski, Filleborn, Wasilewski i Chodakowski, wraz z paniami Szlezygier-Kamińską i Dowiakowską. Modrzejewska przyobiecała, jak mówią, swój udział w części deklamacyjnej. Prócz niej wystąpi p. Czesław Stromfeld z deklamacją przy towarzyszeniu muzyki. Jest to poniekąd nowość. Przed kilku laty uprawiał ten rodzaj zmarły dziś już Chodecki, ale zdołał wywołać przelotne tylko wrażenie. Zarzucano mu, że używał niewłaściwych i nieodpowiednich tekstów muzycznych, skutkiem czego deklamacja nie tylko nie zyskiwała, ale traciła charakter poważny. Pan Stromfeld zresztą jest o wiele lepszym deklamatorem, kombinacja zaś poezji deklamowanej z muzyką na przyszłym koncercie będzie obmyślaną uprzednio, można więc będzie uniknąć w niej tych niewłaściwości, których nie mógł uniknąć Chodecki, improwizując melodię.

35.

Córka kamieniarza, powieść ludowa Karoliny Świetli, znanej czeskiej autorki, wyszła w polskim przekładzie Maryi Grabowskiej. Witamy chętnie każdy przekład z pobratymczej literatury, — tem bardziej, że autorowie nasi dopełniając tłumaczeń, płacą tylko wzajemnością Czechom, którzy wszystkie znakomitsze nasze utwory od dawna już przełożyli — i przekładają dotychczas wszystko, co się tylko godniejszego uwagi w naszem piśmiennictwie ukaże. Karolina Świetla należy do najbardziej czytanych i popularnych pisarzy w Czechach. Powieści jej: Kilka kartek z rodzinnej kroniki, dalej Jeszcze z rodzinnej kroniki, O Anusi krawcównie, O świcie, Krzyż nad potokiem i Oświadczyny przełożone zostały w różnych pismach na język polski. O Córce kamieniarza podamy wkrótce obszerniejsze nieco sprawozdanie.

36.

Rozprawa Karola Dunina pt. Prawo własności, rzecz ekonomiczno-prawna dla nie-prawników, wyszła z druku w osobnej odbitce. Praca ta była drukowaną pierwotnie w odcinku Gazety Sądowej warszawskiej.


37.

Niejaki pan Aleksandrow, jak donoszą Nowosti, przerobiwszy komedię Bałuckiego pt. Radcy pana radcy, przedstawił ją w teatrze petersburskim jako własny utwór pt. Kandydat na głowę miasta.

38.

Pan Kazimierz Kaszewski przełożył tragedię najstarszego z tragików greckich, Eschilesa: Siedmiu pod Tebami. Przekład ten wyszedł w Ateneum.

39.

Przed niedawnym czasem przełożony został na język niemiecki dramat Asnyka Kiejstut. Krytycy niemieccy nie szczędzą pochwał temu utworowi, w którym istotnie nie wiadomo co więcej podziwiać: grozę tragiczną, czy głęboką, a prawdziwie poetyczną lirykę.

40.

Wyjątki z depeszy o głodzie na Szląsku. Korespondent specjalny Kuriera Warszawskiego wysłany na Szląsk, telegrafuje co następuje:
„Nędzy głodowej na Szląsku urzędownie nie przyznano, — przyznano tylko, że w niektórych okolicach z powodu nieurodzajów kapusty i ziemniaków, oraz niskich cen robocizny, wyradza się obawa nędzy w przyszłości.
Zagrożone są okolice Raciborza, Lubleńca, Pleszowa, Rybnika i okręgi przemysłowe Bytom, Gliwice itd., w których uprawa roli podrzędne zajmuje miejsce, natomiast liczna jest ludność fabryczna.
W sferach kierujących, tak ze strony władz miejscowych jak i urzędowych, przedsiewzięto niektóre ostrożności, jako to: zakupując zapasy żywności oraz rozpoczynając budowę dróg.
Panika ustąpiła po uspokajających zapewnieniach ministerium oraz prasy berlińskiej i wrocławskiej. Niebezpieczeństwo nędzy jednak istnieje.“
Z brzmienia depeszy wnosić by można, że niebezpieczeństwo jest dopiero przyszłem, ale oto dalszy jej ciąg stoi w niejakiej sprzeczności z ustępami początkowemi, korespondent bowiem donosi dalej:
„Dziś wieczorem nadszedł wzruszający list od księdza Rybińskiego, proboszcza Bolika, pisany do Gazety Szląskiej.
Proboszcz donosi, że nędza tam ogólna, głód, tyfus, dzieci mrą z braku pożywienia.
Księgarz Roth z Lubleńca o grasowaniu tyfusu głodowego.“

∗             ∗

Z powyższych słów można by wnosić, że niebezpieczeństwo nędzy ogólnej grozi dopiero w przyszłości, ale, że niektóre miejsca są już nią dotknięte. Pan Kokskul, główny redaktor Gazety Szląskiej, zapewnia wprawdzie, że rząd nie zaniedba pośpieszyć z pomocą, lekarzy jest pod dostatkiem, władze dają zapomogi i rozpoczynają budowę dróg bitych, by dostarczyć zarobku robotnikom.
Wiadomości o stanie i rozmiarach klęski można zaczerpnąć u pana Quadta, prezydenta Opola.

∗             ∗

Nieszczęście nie przychodzi zwykle samo, więc razem z głodem i tyfusem głodowym zapanowały zimna.
Dnia 20 bm. we Wrocławiu było 9 stopni zimna, w Raciborzu i Hirszbergu 13. Położenie jest podobne do takiego, jakie istniało w roku 1847, w którym tyfus głodowy zdziesiątkował ludność.
Korespondent mówi jeszcze, że „między ludźmi poważnie się zapatrującymi, panuje przekonanie, że nie jałmużny potrzeba, ale trzeba dać możność zarobkowania biednej ludności.“
Pogląd ten w ustach ludzi miejscowych zupełnie jest uzasadniony, inna rzecz, jak ma na tę sprawę patrzeć nasz ogół.
My możności zarobkowania robotnikom szląskim dać nie możemy.
Możemy tylko pośpieszyć — nie z jałmużną, bo między braćmi o jałmużnie mowy być nie może, ale z pomocą bezpośrednią w pieniądzach, ciepłem odzieniu, lekarstwach, zapasach żywności.
Nie powinniśmy również czekać, aż nędza ogłoszoną zostanie urzędowo, aż wieść o niej przeszedłszy przez biura i formalności biurowe, zostanie przypieczętowaną w Berlinie.
Nie powinniśmy, bo oto, jak donosi ksiądz Rybiński z Bolika, „głód tam, tyfus, dzieci mrą z braku pożywienia.“
Sprzedanych chat, zmarłych dzieci, dni cierpień i choroby, spóźniona pomoc nie wróci. Nie wróci nawet, według znanych u nas słów: „łez przelanych.“

41.

Aleksander Wejnert, literat i miłośnik starożytnych pamiątek, zmarł w Warszawie. Najważniejszym owocem jego pracowitego życia było dzieło: Starożytności Warszawy. Zmarły był także współpracownikiem kilku pism tutejszych.

42.

Bazar. Coraz większa ilość kupców zgłasza się do komitetu bazarowego z oświadczeniem chęci wzięcia udziału w bazarze. W dalszym ciągu zgłosili się panowie: Frej, fabrykant kwiatów sztucznych i Mieczkowski, fotograf. Najbliższem zadaniem komitetu będzie teraz starać się o piękne sprzedające.

43.

Nowe czasopismo pt. Kronika Lekarska zacznie wychodzić od 15 grudnia pod redakcją dra Wiktoryna Kosmowskiego.

44.

Nowiny postanawiają dodawać od nowego roku arkusz druku do numeru niedzielnego.

45.

Głód na Szląsku. Korespondent Kuriera Warszawskiego miał rozmowę z redaktorem naczelnym Schlesische Presse, dr. Wolffem, który tak wyraził się o klęsce:
„Niedostatek istnieje nie tylko w pojedyńczych okręgach, lecz ogólnie spowodowany jest przeludnieniem górno-szląskich powiatów przemysłowych. Grunt w tych powiatach jest bardzo jałowy i tylko staranne ulepszanie uprawy może go doprowadzić do pewnej żyzności. Niedostatek dzisiejszy jest objawem bardzo poważnego stanu, grożącego straszliwem niebezpieczeństwem, a to z tego względu, że ludność tamtejsza nie żywi się jak powinna. Ludzie jedzą tylko ziemniaki; mięsa i kaszy prawie nie znają.“
Dalej dr Wolff twierdzi, że niedostatek panuje już na całym Górnym Szląsku. Potrzebnem jest ciepłe odzienie, zapasy żywności: mąka, kartofle, mięso. Pomoc z Królestwa przyjętą byłaby jak najchętniej. Każda chwila jest droga. Zima staje się coraz ostrzejsza. Tyfus plamisty rozszerza się. Dary z Warszawy byłyby uwolnione od cła. Tymczasem składki zbierane są w Niemczech, do Wrocławia zaś można je nadsyłać pod adresem katolickiego pisma Schlesische Volkszeitung.
Taż gazeta woła, że śmierć i choroby są bliskie. Powiat lubleniecki mrze już głodem, w Olszynie 50, w Chwostku 16, w Rusinowie 18 rodzin od kilku dni nie włożyło już nic do ust.
Olszyna, Chwostek, Rusinów, — słyszycie, nasi przyjaciele ludzkości, — toż to nie obce nazwy!
Gazeta Gebirgsbote woła: Kto ma zboże, kto ma ziemniaki, niech łączy się z innymi i śle ofiarę dla Górnego Szląska!“
W Rybnikach padły już pierwsze ofiary głodu.
Lud ten polski mrąc żąda spowiedzi.
A my jeszcze obradujemy!!

46.

Według sprawozdań starostów powiatowych ze wschodniej Galicji, w 22 powiatach spodziewaną jest nędza głodowa. Wydział Krajowy poczynił już kroki w celu sprawdzenia doniesień i wyświetlenia istotnego stanu rzeczy.

47.

Weterani nauki usuwają się do grobu jeden za drugim. Dnia 20 bm. umarł w Paryżu Teodor Morawski w 83 roku życia.
Za czasów Księstwa Warszawskiego służył on w Ministerium Spraw Wewnętrznych, jednocześnie biorąc udział w ówczesnym ruchu literackim. Po kongresie wiedeńskim od roku 1818 do 1820 był jednym z najczynniejszych współpracowników Gazety Codziennej (dziś Polskiej), Tygodnika Warszawskiego i Orła Białego. Osiadłszy w Paryżu pisywał w języku francuskim (L’état des paysans en Pologne), oraz był korespondentem do angielskiego dziennika Morning Chronicle, do którego przesyłał Listy z Polski. W roku 1871 w Poznaniu wyszły jego Dzieje Polski w sześciu tomach. Dzieło to jest najobfitszym w fakta podręcznikiem ze wszystkich istniejących, jakkolwiek nie zawsze jest dostatecznie krytyczne.


48.

Erudycja francuska. Paul de Saint Victor w niedzielnym numerze Figara, mówiąc o sokołach i o szacunku, jakiego ptaki te zażywały w średnich wiekach, powiada między innemi co następuje:
„Baron idąc na polowanie, miał prawo postawić swego sokoła na ołtarzu podczas mszy porannej i z pewnością korzystali z tego prawa owi wojowniczy biskupowie dawnej Polski, którzy odprawiali mszę przybrani w buty rycerskie z ostrogami i z pistoletami pod kapą.“
Słyszeliście o czemś podobnem, czytelnicy? Nie! to bardzo dobrze, bo i ja nie słyszałem. Nawet Paweł z Przemankowa i Zawisza z Kurozwęk, jeśli czytują Figara, musieli tam uśmiechnąć się z litością nad erudycją francuską.

∗             ∗

Jest to jednak pisarz poważny. Cóż dopiero powiemy o innych.
Nic. Lepiej posłuchajmy, co mówią oni o nas.
Nie szukając dalej, choćby pan Courrière w swoich studiach nad naszą literaturą wynalazł nam kilku pisarzy, o których nie słyszeliśmy nigdy. Nazwiska ich brzmią w tym rodzaju, jak: Krapuliński i Warschlapski. Ale nawet Heine więcej miał zmysłu do nazwisk polskich. W geografiach francuskich i notatkach podróżniczych można spotkać się czasem z opisami des forêts vierges, które zaczynają się, dajmy na to, pod Krakowem, a ciągną się aż do Warszawy. Mój Boże! co by dał za to niejeden obywatel, boć na taki forêt vierge znalazłby się zaraz amator w postaci jakiego Moszka Zwejnos. Las niedługo zapewne pozostałby dziewiczym, ale przywróciłby dziewictwo niejednej hipotece.

∗             ∗

Szczytem jednak francuskiej znajomości naszych stosunków jest powieść ilustrowana pod tytułem: Metusco, Paladin de Lublin. Piszący te słowa kupił ją, zachęcony tytułem, w przejeździe z Paryża do Normandii i dowiedział się z niej rzeczy, o których mu się ani śniło. Pominąwszy samego wojewodę „Metusco“, który istniał tylko in partibus infidelium, dowiadujemy się z owej powieści, że gdy po śmierci Kazimierza W. Habsburgowie zajęli cały kraj, rozpoczęła się nader krwawa wojna, w której „Metusco“ straszny wojownik stał na czele tych, co pragnęli Habsburgów usunąć.
Wojewodzie Metusco, który spodziewał się, że po ukończonej wojnie obiorą go na króla, pomagał młody i dzielny Jean Sobieski. Na nieszczęście, Jean Sobieski miał śliczną narzeczoną; z tą narzeczoną Metusco obszedł się tak niegrzecznie, że aż musiała schronić się do lasów.
Sobieski, nie chcąc poświęcać sprawy publicznej, nie zemścił się na „Metusco“, z początku nie wiedział nawet, co stało się z narzeczoną, dopiero, gdy wojna się skończyła, odnalazł ją, przebaczył i ożenił się z nią, mimo iż sama nie czuła się go już godną.
Naród za to oburzony na „Metusco“, nie obrał go królem, choć jemu głównie zawdzięczał zwycięstwo. W miejsce „Metusco“ powołany został na tron młody „Żagiello“, po którym miał wedle umowy objąć tron Sobieski.
Czy po tem wyda się komu niedorzeczną genealogia fredrowskiego Geldhaba, który ją zaczyna od czasów:
„Kiedy Krakus świętego zabił Stanisława...“

49.

Aleksander Wejnert. Donieśliśmy już czytelnikom naszym o śmierci Wejnerta, zasłużonego archeologa. Wczoraj odbył się jego pogrzeb, — obecnie dodajemy kilka szczegółów o jego pracach i życiu. Urodził się Wejnert w r. 1809, był uczniem pijarskim, następnie skończył ze stopniem magistra Uniwersytet warszawski.
Trud i niedostatek, — oto z czego splatało się jego życie. Można o nim powiedzieć, że to, co poświęcał idei i ogółowi, odejmował sobie — bo odejmował pracy na chleb. Dzieła jego i pisma nie przynosiły mu zysków, — przeciwnie: straty, — ale jak wielu ludzi u nas, tak i on składał dziesięcinę życia na krajowym ołtarzu nie tylko bez skargi, ale ze słodkiem poczuciem, iż spełnia prosty obowiązek.
W przeszłości widział więcej blasków, niż w chwili obecnej, więc pracował nad przeszłością. Dzieła jego: Zabytki dawnych urządzeń i Starożytności Warszawy, są owocem długich i sumiennych trudów. Obszerna rozprawa: O kawalerach złotej ostrogi, była drukowana w Tygodniku Ilustrowanym. Zmarły był także współpracownikiem naszej Gazety, w której przed niedawnym czasem pomieściliśmy pracę jego: O szkołach w Polsce. — Poszukiwania w metrykach koronnych, opisy różnych pamiątek i zabytków przeszłości, są dopełnieniem jego zawodu i... zasługi. Człowiekiem jak i pracownikiem był cichym. Nie należał do tych ludzi, który od razu wybuchają jak raca i blaski sypią w ciemności. Nie był to wyższy talent. Nie wszystkim jest dane w zakresie nauki zbudować gmach wielki i wspaniały, ale każdy może nosić cegły w pocie czoła.
On je nosił w pocie czoła.

50.

Pani Modrzejewska przyjeżdża do Warszawy dnia 2 grudnia. Występy rozpoczną się 4. Bilety wszystkie z wielką klęską paletotów, kapeluszy, a nawet i żeber pogniecionych przy kasach, zostały już rozprzedane. Do samej kasy kasjer i inni urzędnicy wchodzą już nie oknem, jak bywało podczas rozprzedaży biletów, ale zwyczajną drogą: drzwiami.
O zagranico! że też nawet temu, co ma swoją własną wartość, musisz dać zamorski stempel, nim u nas wartość jak należy ocenią.

51.

Obraz Siemiradzkiego Taniec wśród mieczów ma być wystawiony wkrótce na cel dobroczynny. Urządzeniem wystawy zajmuje się pan Kazimierz Dobiecki. Taniec wśród mieczów jest już, o ile nam wiadomo, własnością prywatną, — wdzięczność więc za wystawienie go winniśmy i artyście i właścicielowi.


52.

Setne przedstawienie. Dziś w Teatrze Rozmaitości wystawiają Helenę de la Seiglière po raz... setny. Kurier Codzienny pisze, iż pierwszy raz sztuka ta była grana w roku 1853. Ziemińska, Komorowska, Świeszewski, Komorowski i Buliński, którzy wystąpili wówczas, dziś już usunęli się ze sceny... do grobu.
Dwóch tylko artystów z owych czasów, przedstawiających dwie główne role, żyje dotąd — i obaj mistrzowską grą swą podtrzymują jeszcze na scenie ten piękny utwór Juliusza Sandeau.
Artystami tymi są Żółkowski, który gra margrabiego, i Królikowski w roli adwokata Detournelle.
Panu margrabiemu i panu adwokatowi życzymy przy okazji tego setnego przedstawienia lat setnych.

53.

Drogi warszawsko-wiedeńska i nadwiślańska będą miały stałych chemików do oceniania gatunku towarów wchodzących do magazynów.

54.

Mołwa zaprzecza krążącym w Petersburgu pogłoskom, jakoby dar Siemiradzkiego Świeczników dla Muzeum w Krakowie miał wzbudzić niechęć w petersburskiej Akademii do Polaków i wpłynąć na ograniczenie liczby stypendiów dla nich. Mołwa twierdzi stanowczo, iż „Akademia szanowała zawsze uczucia narodowe wychowańców i pozwalała im rozporządzać utworami swemi wedle własnego uznania“.


55.

Czystość języka. Poruszamy sprawę nie nową i poruszaną już niejednokrotnie, zawsze dotąd bez skutku.
Niedawno jeszcze, bardzo poważne głosy zarzucały pismom naszym, że bez żadnej potrzeby używają takiego nadmiaru cudzoziemskich wyrazów, iż zagłuszają prawie niemi język rodzinny.
A jednak chwast pleni się i pleni z dnia na dzień coraz więcej. Dzikość i pstrocizna wyrażeń wzrasta, oszpeca język, zmienia go na szwargot jakiś, niszczy jego piękność, powagę, szlachetność.
Słowacki w uniesieniu słusznej dumy mówi, że gdyby Jan z Czarnolasu zmartwychwstał, toby rozumiał jego język, i siadłszy w progu dworca „cicho mżąc“ rozważał sobie tę cudną mowę, o której śnił pod mogiłą.
My dziś piszący nie możemy tego o sobie powiedzieć, prędzej by bowiem spytał nas Jan z Czarnolasu: „Coście zrobili ze spuścizną?“ Doprawdy, rzucaliśmy w czystą wodę tyle gruzów z Bóg wie jakich domów branych, żeśmy zmącili jej przezrocze. Dawna twarz nie przejrzałaby się już w niej jak w zwierciedle. W ogrodzie rodzimych kwiatów zasadziliśmy tyle obcych, że trudno poznać własną glebę.
Od słów przejdźmy do bijących w oczy dowodów. Weźmy nasze dzienniki. Jakim to językiem wszystko pisane? Co znaczą takie wyrazy, jak: fuzja, misja, presja, subwencja, oktrojowanie, rewokacja, intonacja, fluktuacja, leader, premier, fakelcug, ensemble, komunikat, batuta, elew, adept, kampania, bilon, ekspedycja, liberalizm, renta, alarmiści, manewr, emisja, żyrowanie?...
Kto by uwierzył, że wyrazy te zostały wybrane od jednego, jakby powiedzieć, rzutu oka z dwóch tylko dzienników wczorajszych?
Dokąd idziemy? Co to za język?
Płynież to z niewiadomości piszących? Nie! to raczej swego rodzaju tężyzna, to chęć wydania się uczonym, w językach biegłym, z różnemi nazwami obeznanym i do zrozumienia nie łatwym!
W rzeczywistości to śmiecie i strzępki obce.
Nie wytykamy nazwisk, nie pragniemy uczyć nikogo, pragniemy tylko zwrócić uwagę na owo rozpasanie się i nadużycia. Dośćże raz tego! Żal serce ściska, gdy wspomnieć, jak Brodziński jeszcze mówił, że ten nasz język to szemrze słodko jak strumyk, to szumi jakoby szumem dębów odwiecznych z powagą wielką i uroczystością i mocą i potęgą.
Żal tym, którzy prawdziwie usiłują rodzinną mowę zachować, — do nich więc, do wszystkich piszących się zwracamy.
W losów zmiennej kolei wiele minęło, wiele zmieniło się, wiele przeszło.
Strzeżmyż tego, co trwa.

56.

Sprawozdanie. Podajemy dziś sprawozdanie delegacji, wyznaczonej na żądanie pana Ungra do czuwania nad wydawnictwem jubileuszowem dzieł Kraszewskiego. Sprawozdanie to, ogłoszone w Tygodniku Ilustrowanym, kończy się smętną uwagą w tych mniej więcej słowach:
— Zysk byłby znacznie większy, gdyby wszyscy przedpłaciciele dotrzymali jak należy zobowiązań, ale oto z 14,000 odbitych egzemplarzy, tomu I zostało tylko 278 egzemplarzy, tomu XIV zaś 5,087.
Stara historia! Zysk byłby większy, strata obustronna mniejsza, — ale cóż robić? Kto rzuci kamieniem w wodę, im dalsze koła, tem są słabsze, — a potem toń wygładza się, usypia. Tak i z nami. Doprawdy stara historia! — Wszelki popęd obywatelski im dłużej trwa, tem jest słabszy, a potem usypia. Spytajcie wszelkich towarzystw, począwszy od osad rolnych, skończywszy na muzycznem. Gdzie członkowie nie zalegają w opłatach? Jeśli wam ktoś powie, że jest takie towarzystwo, — odpowiadajcie śmiało:

.....Wszystko to być może,
Jednakże ja to między bajki włożę.

Kto by obywatelskim prądem chciał łapać serca ludzkie, jak ryby siecią, ten by się przekonał, że w tej sieci rwą się z zużycia oka i robią się dziury, przez które coraz grubsze ryby uciekają. Zobaczymy, co będzie z tomem XV. Tymczasem XIV polecamy 5,087 egzemplarzy pamięci publicznej.

57.

Panna Deryng wyjeżdża na czas pobytu pani Modrzejewskiej zagranicę dla zwiedzenia znakomitszych teatrów europejskich.


58.

Nazwy polskie roślin, które obok łacińskich i rosyjskich były wypisane na deseczkach przy okazach w Ogrodzie Botanicznym, mają być, jak mówią, usunięte z polecenia kuratora Okręgu Naukowego warszawskiego.

59.

Wezwanie. Na dotkniętych klęską powodzi w Murcji w Hiszpanii wzywa do składek poddanych hiszpańskich i wszystkich mieszkańców kraju: „Le consul Royal d’Espagne S. Löwenberg.“

60.

Ryszard Berwiński. Onegdaj doszła nas wiadomość o śmierci Ryszarda Berwińskiego, znanego i głośnego w swoim czasie poety. Mówimy „w swoim czasie“, bo zmarły przeżył własną sławę.
Niegdyś oczekiwano od niego wiele. W Poznańskiem wymieniano z chlubą jego nazwisko jako dowód, że i ta prowincja rodzi poetów.
Ale to krótko trwało, — następnie poeta został zapomniany.
Przyczyną tego był on sam, a raczej nieszczęścia jego życia. Po pierwszych świetnych występach Berwiński przestał pisać, lub, inaczej mówiąc, nie mógł się zdobyć na dzieła wyrównywające początkowym jego utworom.
Był to jeden z takich kwiatów, które kwitnąć mogą tylko w cieple i świetle, — otóż tych żywiołów mu zbrakło.
Walka o chleb powszedni wyczerpała jego siły. Stereotypowy ten frazes powtarzamy wprawdzie przy wielu trumnach, więc nie robi już wrażenia i chyba ten rozumie jego doniosłość, kto sam cierpi.
Jednakże pod ciężarem takiego położenia Berwiński zmienił wielki talent na drobną monetę i wydawał go po groszu.
Dlatego sam zwątpił o sobie, dlatego zapomniano o nim.
Urodził się Berwiński pod Zaniemyślem. Na pole literackie wystąpił w Przyjacielu Ludu, w którym drukował Powiastki ludowe. Powiastki te zwróciły na niego uwagę. Bił od nich talent jak żar od ogniska. Były to utwory świeże, dzielne, pełne postrzegawczego daru, ognia i poezji. Zdawało się wszystkim, iż nowa gwiazda wschodzi na literackiem niebie. Listy z podróży po kraju potwierdziły to mniemanie, a żartki, migotliwy i świetny poemat: Don Żuan poznański zmienił je w pewność.
Był to szczyt w życiu Berwińskiego. Po drugiej stronie zaczynała się znowu pochyłość i spadek.
Oczekiwano teraz od niego rzeczy coraz większych, oczekiwano może nawet za wiele i nie doczekano się prawie nic...
Poeta szukał szczęścia, szukał ciepła, światła, podniety do pracy, wrażeń, a tymczasem życie złożyło się powszednio, zimno, głodno nawet.
Wtedy nastąpiła ta zmiana talentu na drobne, o której już wspomnieliśmy.
Świat wyrzekł o nim: „zmarnowany“ i przeszedł do porządku dziennego.
Znowu alte Geschichte!
Berwiński został dziennikarzem, pisywał korespondencje do rozmaitych pism. W jego Obrazkach wschodnich błyskał jeszcze talent, ale były to błyski dogorywającej świecy. Sam czuł, że się marnuje. Tymczasem płynął dzień za dniem. Może spodziewał się poeta, że gdy wyłamie się z trudności życia, to jeszcze zbierze siły, to jeszcze rzuci w świat coś większego, wspanialszego, — może żył tą nadzieją lata całe, — tymczasem nadeszło uspokojenie, które samo jedno nigdy nie zawodzi — śmierć.

61.

Zamierzone odczyty. Pan A. J. Cohn w numerze 45 Izraelity poddaje uwadze publicznej pytanie, czyby nie dobrze było urządzić odczyty dla Żydów, którzy nie mogli lub nie mogą korzystać z nauki szkolnej.
Pan Cohn silnie przemawia za odczytami. Mogłyby się one odbywać codziennie wieczorami, a w sobotę w pewnych najbardziej dogodnych godzinach, w ogóle zaś byłyby niezmiernie pożyteczne. Zetknęłyby one niższe i niewykształcone warstwy żydowskie z opinią, nauczyłyby ich, co ogół myśli np. o lichwie, słowem zaś obznajmiałyby umysły, nie wybiegające dotąd ze sfery zysków i polowania na grosz, ze sprawami podnioślejszej natury.
Co do nas, zgadzamy się z panem Cohnem. Słuchaczów znalazłoby się zapewne dosyć, a choćby korzyść była ta tylko, że Żydzi usłyszeliby między prelegentami swoich oświeconych współwyznawców przemawiających z obywatelskiego stanowiska i w pięknym, czystym języku — to już byłoby wiele.
Wszelkie odczyty dla klas nieoświeconych niezmiernie są pożyteczne — i dlatego żal nam szczerze np. owych dziesięciogroszowych, na które tak chętnie cisnęli się słuchacze-rzemieślnicy.

62.

W sprawie czystości języka. Jedno z pism, w odpowiedzi na nasze uwagi o zbytecznem i szkodliwem wprowadzaniu przez dzienniki warszawskie mnóstwa wyrazów cudzoziemskich, czyni nam zarzut, iż sami nie jesteśmy pod tym względem lepsi od innych, i na dowód przytacza wyrazy obce przez nas używane.
Chcielibyśmy uniknąć nieporozumień. Zamieszczając nasze uwagi, nie pragnęliśmy powiedzieć przez to, że wszyscy błądzą, prócz nas, że zatem pismo nasze jest lepsze, poprawniejsze itp. Nie chodziło nam o porównywanie dzienników, a tem bardziej o wywyższanie się, ale zgoła o co innego, mianowicie o sam język, o jego czystość i poprawność, — zatem całą sprawę na tem tylko polu radzibyśmy roztrząsać.
Wiemy doskonale, że używamy na równi z innymi wyrazów obcych, i dlatego nie wyłączając się, mówiliśmy w naszych uwagach ogólnie: my, — nie zaś: wy. Tak jest! my, — my wszyscy dziennikarze, zarówno grzeszymy przeciw czystości języka. Czyż to jednak powód, ażebyśmy pobłażając wspólnej wadzie mieli milczeć w sprawie tak ważnej.
Mówi nam pismo owo: „Nie widź w oku brata twego źdźbła, kiedy w swojem belki nie widzisz“. Doprawdy, gdybyśmy nawet nie widzieli, inni nie omieszkają jej dojrzeć, my zaś, ostrzeżeni, będziem się starali z oka ją sobie wyciągnąć, — a gdy za naszym przykładem pójdą wszyscy, rozpocznie się właśnie ów zwrot ku lepszemu, którego pragniemy.
O nic więcej nam nie chodzi.
Mamy też nadzieję, że patrząc tak na sprawę, potrafimy się porozumieć i z tem pismem, które pierwsze o naszych uwagach wspomniało, i z każdem innem. My będziem się starali pracować nad oczyszczeniem języka, starajcie się i wy. Powodu do sporów tu nie ma. Wszyscy, razem wzięci, jesteśmy dziennikarstwem piszącem w jednym języku i dla jednego społeczeństwa, sprawa zatem jest wspólną.
Zadanie, jakie leży przed nami, nie należy do łatwych, dlatego potrzeba pracować nad niem połączonemi siłami. Rozumiemy to dobrze, że w pismach codziennych, wydawanych z pośpiechem, trudno uniknąć wyrazów obcych, zwłaszcza takich, które utarły się już jako nazwy ścisłe; rozumiemy jeszcze lepiej, że niektóre, jak np. bank, teatr, handel, idea, itp., muszą pozostać, bo nie ma na ich miejsce swojskich. Uwagi uczynione nam co do wyrazu „renta“, są słuszne, ale z drugiej strony setki wyrazów obcych dałyby się zastąpić. Przed niedawnym jeszcze czasem nauka lekarska nie miała odpowiednich nazw ścisłych, — dziś je posiada; toż samo uczyniono w innych gałęziach wiedzy, z czego pokazuje się, że nasz język jest giętki, obfity i że należy tylko umieć korzystać z zawartego w nim tworzywa. Dobrych chęci do działania w tym kierunku brakło dotychczas dziennikarstwu, — i na to przede wszystkiem pragnęliśmy nacisk położyć.
Nawet choćby cokolwiek opryskliwe i wprost do nas zwrócone uwagi, przyjmujemy chętnie i wolimy je, niż wymowne milczenie, chodzi nam bowiem nie o nas, nie o zalecanie się, kosztem innych pism, do kogokolwiek, ale o rzecz ważną, nad którą dotąd mimo dorywczych odezw, z rzadką jednomyślnością przechodzono do porządku dziennego.
Że ulepszenia zaczniemy od siebie, to się samo przez się rozumie.

63.

Kronika Rodzinna, według Gazety Warszawskiej, rozpoczyna druk listów autora Irydiona, pisanych do znakomitego malarza francuskiego Ary-Scheffera. Krasiński wiele pisał i lubił pisać. Umysł ten głęboki, a wraźliwy na wszystko, co go dochodziło ze sfer piękna, nauki, religii i życia ludzkości, odbijał te wielkie wrażenia w sposób czynny i potrzebował dzielić się niemi z pokrewnemi sobie duchami. Stąd to listy jego dotyczą nie tylko spraw osobistych, nie tylko są one daniną płaconą stosunkom towarzyskim lub przyjacielskim, ale potrącają o najważniejsze zagadnienia życiowe. Często są to filozoficzne roztrząsania spraw zawiłych, — roztrząsania czasem mistyczne, pełne pozaświatowych prawie uniesień i widzeń, zawsze jednak głębokie, poetyczne i zdradzające niepospolity umysł. Poeta pisał dużo po polsku i po francusku. Część listów została już wydana, mianowicie wyszły listy do Montalemberta i Lamartine’a, i listy o poemacie Koźmiana: Stefan Czarniecki. Ogłoszono także część korespondencji rodzinnej; rozmaite wyjątki drukowała Kronika, większa część jednak listów nie została dotąd wydana. Przyczyną tego są względy rodzinne i w ogóle powody, których nie można roztrząsać, — tem bardziej, że cała ta trzydziestoletnia korespondencja, od r. 1829 do 1859, ma być drukowana w miarę, jak ci, którzy ją mają w ręku, uznają ogłoszenie jej za możliwe. Tymczasem będziemy mieli listy do Ary-Scheffera. Sławny malarz francuski, w którego działalności artystycznej, lubo na innem polu spełnianej, niemało znaleźć by można rysów pokrewnych z działalnością Krasińskiego, był jego wielbicielem i druhem od serca, można się więc spodziewać, że listy, o których mowa, będą prawdziwie źródłem do poznania myśli i uczuć poety. Wyjdą one w przekładzie polskim, którego dokonała córka Krasińskiego, Maryja Raczyńska.

64.

Chrystus przed sądem. Obraz ten Gottlieba wystawiony w Salonie artystycznym Gracjana Ungra, zwraca ciągle uwagę znawców i publiczności. Gottlieb nie był jeszcze mistrzem skończonym, był raczej niezmiernie żywotnym talentem szukającym sobie drogi. Te jego szkice i nie pokończone obrazy, przed któremi dziś zatrzymuje się publiczność, są jakby malowaną historią wyrywania się artysty do własnego lotu w dziedzinie sztuki. Rysunek ich często nie dość poprawny, koloryt w ogóle nieświetny, znać na nim wpływy Matejki, Makarta i Maxa, ale już ponad temi wpływami widnieje własny sposób odczuwania i zarazem kierunek, w którym by poszedł artysta dalej. Kierunkiem tym jest wyraz w danym zakresie uczuć. Wobec wyrazu inne warunki artystyczne grają tylko dopełniającą rolę. Widnieje to przede wszystkiem w obrazach religijnych Gottlieba. Artysta ten malował często jak Matejko, Makart lub Max, ale czuł już po swojemu. Postacie ludzkie modlące się lub pogrążone w stan skupienia religijnego przemawiały najsilniej do jego wyobraźni. Malując je starał się przede wszystkiem uchwycić ich duszę, lub ideę płynącą z wzajemnego ich stosunku. Takie warunki, taka wrażliwość na wyraz, tworzy także znakomitych portrecistów, że zaś Gottlieb miał w sobie dane na portrecistę, dowodzi jedno studium przedstawiające mężczyznę w średnim wieku, które prawdopodobnie jest najlepszem dziełem zmarłego malarza.
W ogóle Gottlieb czuł mocno i niepowszednio, dlatego i w jego utworach, choć często jeszcze wadliwych, jest coś niepospolitego, jest coś, co sprawia, że ludzie stają przed jego obrazami i zamyślają się mimo woli. Jest w nim poezja, która tajemniczym językiem przemawia dziś do widzów, napełniając ich zadumą i żalem, że ten młody talent zgasł już na zawsze.

65.

Znakomity skrzypek Sarasate, który niedawno cieszył się u nas tak świetnem powodzeniem, ma w styczniu przybyć z Wiednia, gdzie obecnie bawi, do Warszawy. Przybycie jego przyłoży się zapewne do powstrzymania zagrażającej nam corocznie powodzi innych zagranicznych artystów mniejszego rodzaju. Lepiej się stanie! Jeśli mamy płacić obcych, to płaćmy dobrych.

66.

Tegoroczni nowozaciężni z guberni kieleckiej przeznaczeni będą do wzmocnienia armii stojącej w okręgu Batum na Kaukazie.

67.

Koncert na Szlązaków. Pisma donoszą, że ma się podobno odbyć koncert na dotkniętych głodem braci naszych ze Szląska. Bliższych szczegółów nie jesteśmy w stanie udzielić, z powodu, iż to się ma dopiero odbyć. Możemy natomiast zapewnić czytelników naszych, że Szląsk dotychczas nic nie ma ze spodziewanej braterskiej pomocy.

68.

Opera. Z początku przyszłego roku będziem mieli operę włoską. Zjeżdża ona w połowie stycznia, a będzie bawiła do połowy marca, czyli: przedstawienia będą trwały trzy miesiące. Dla miłośników muzyki wieść to radosna, zwłaszcza jeśli w skład opery wejdą znakomici śpiewacy. Zresztą Włochów mamy co roku, nie mamy tylko własnej opery, bo, jak twierdzą interesowani, nie mamy śpiewaków.
Czyżby jakie najnowsze badania antropologiczne wykryły, że Filleborn, Cieślewski, Wasilewski, panna Machwic, Mierzwiński, panna Reszke itp. należą np. do czerwonoskórych?
Zapewne nie, ale skład taki, choćby na trzy miesiące, drogo by zapewne kosztował.
Być może. Czyby też nie można nawiasem spytać, ile kosztują na trzy miesiące Włosi?

69.

Pani Modrzejewska przybyła do Warszawy. Witamy naszą artystkę z radością i najszczerszemi słowy uznania dla uczuć, które nie pozwoliły jej zapomnieć o rodzinnej scenie. Przez długi czas była pani Modrzejewska duszą tej sceny, przez długi czas podtrzymywała repertuar, wprowadzała nowe sztuki, szczepiła zamiłowanie do teatru i języka, słowem: wpływ jej był pożyteczny, doniosły i uszlachetniający. Zasług tych istotnych nie pozwoliły nam zapomnieć ubiegłe lata, a przypominała je ciągle szczerba, jaka po wyjeździe znakomitej artystki nie została zapełnioną. Wyrażamy nadzieję, że pojawienie się, chociaż przelotne, gwiazdy — wstrząśnie i rozbudzi nie tylko publiczność, ale i sfery teatralne, że spowoduje ruch trwały, ożywi wszystko, co ożywienia potrzebuje, a na koniec, że wznowi w artystach zamiłowanie do sztuki i poważny na nią pogląd. Pod wpływem tych nadziei witamy jeszcze raz artystkę chlebem i solą rodzinną, oraz życzeniem, by wśród tryumfów w przyszłości przypominała sobie jak najczęściej kraj i miasto, w których była nie tylko świetnym meteorem, ale stałem ożywczem światłem.

70.

Przekłady z naszej literatury. Pobratymcy nasi Czesi zajmują się gorliwie rozpowszechnianiem utworów literackich polskich. Szczególniej przekładane są sztuki dramatyczne, z któremi z pomocą teatrów najłatwiej zaznajamia się publiczność. Kurier Codzienny donosi, że tragedia Słowackiego Mazepa, która dawniej już była grana w Pradze, w d. 22 października została przedstawiona w Pilźnie, gdzie wywarła niezmierne wrażenie. Jednym z najczynniejszych tłumaczów z polskiego jest p. F. Hovorka, młody literat a zarazem redaktor tamtejszego pisma Ruch. Niedawno przełożył on Horsztyńskich wraz z uzupełnieniem dokonanem przez Juliusza Miena, a w ostatnich czasach udatny utwór Kazimierza Zalewskiego Spudłowali (Ostrouhali). Utwór ten był drukowany w roczniku Květy, a wkrótce ma być przedstawiony w Pradze.

71.

Kroniki Lekarskiej, dwutygodnika naukowego poświęconego przeglądowi nauk lekarskich, wyszła już drukowana zapowiedź. Do stałych współpracowników i wydawców należą prócz wielu innych lekarze: Hering, Matlakowski, Dobieszewski, Mayzel, Nussbaum, Gajkiewicz. Nakładcą i przewodnikiem pisma jest dr W. Kosmowski.


72.

Jules Mien (profil). Zdarza się częstokroć, że cudzoziemcy przybywszy do nas, poznawszy język i obyczaje, tak przywiązują się do naszego kraju, że go za drugą swą ojczyznę poczynają uważać. Czy przyczyną tego są ich wyjątkowe serca, czy nasze wyjątkowe strony sympatyczne, czy jedno i drugie, przesądzać nie będziemy, dość, że tak bywa, a kto by nie wierzył temu, moglibyśmy na dowód przytoczyć długi szereg powszechnie znanych u nas imion, począwszy od Gallusa, Heidensteina, Franciszka Menińskiego, a skończywszy na Juliuszu Mienie.
Kto jest Mien, — wiedzą już nieco u nas, ale trzeba jeszcze dokładniej wiedzieć. Jest to Francuz, który po polsku dopełnił Horsztyńskich, człowiek, który przekładał Słowackiego na język francuski. Francuz urodzony we Francji, a będący polskim literatem, redaktor Revue Slave. Nadsekwańczyk i krakowiak zarazem, człowiek czynny, utalentowany, pracowity.
Piszący te słowa przed niedawnym czasem poznał Miena w Krakowie i nie może zapomnieć wrażenia, jakiego doznał. Mien jest to człowiek młody jeszcze, o twarzy szlachetnej i delikatnej, typu czysto francuskiego, o żywych, czarnych oczach i włosach, o ruchach żywych, słowem, un parisien jusqu’au bout des ongles.
I teraz proszę sobie wyobrazić tego paryżanina, który, gdy mówi o Słowackim, nie może usiedzieć na miejscu, wygłasza co chwila jego wiersze z lekkim przyciskiem na ostatniej zgłosce, z ogniem w oczach i francuskiem uniesieniem w całej twarzy! Wszystko to jest zarazem i dziwne i sympatyczne. Rozmowa po naszem poznaniu toczyła się o Horsztyńskich, których przekład świeżo był dokonany. Mien wrócił z teatru cały w gorączce. Marzeniem jego było widzieć tę sztukę na deskach i nareszcie marzenie to ziściło się. Co za osobliwszy Francuz! Mówił, że nie ośmieliłby się kończyć rzeczy takiego Słowackiego, ale inaczej sztuka nie byłaby grana. Położywszy istotną zasługę, prawie przepraszał za nią wszystkich, uzupełniwszy sztukę w sposób piękny i poetyczny, miał obawę, czy nie popełnił zuchwalstwa. — Zapał swój do Słowackiego posuwa Mien do tego stopnia, że do Mickiewicza czuje jakby pewną urazę z powodu zajść, które miały miejsce między dwoma wielkimi poetami. Słowacki to jego ideał. Przełożył już na francuski wiele z jego utworów (Lilla Weneda, Balladyna), obecnie pracuje nad tem, by przełożyć jeszcze więcej i z góry cieszy się wpływem, jaki poezje te, tak odrębne od francuskiej, mogą wywrzeć na tę ostatnią.
Jako redaktor Revue Slave poczuwa się do obowiązku obznajmienia rodaków swych z piśmiennictwem naszem i w ogóle słowiańskiem, o którem tak mało mają pojęcia, a takie niestworzone rzeczy piszą. Literackie zasługi Miena w piśmiennictwie francuskiem są już bardzo poważne. Jest on jak podróżnik, który odkrywa nowe, nieznane, albo, co gorzej, źle znane dotąd Francuzom ziemie, a przy tem ziemie urodzajne, których płody mogą zasilić rodzinną jego glebę. Tem się tłumaczy jego przywiązanie do nowej siedziby, którą znalazł i w której pracuje. Mogąc mieszkać w Paryżu, woli żyć nad Wisłą, bo jej fale bełkocą na znaną mu już nutę. Tu wreszcie rozpalił już ognisko, tu stoją jego penaty i — przyrosło serce. Jest to jeden z najbardziej nie tylko zasłużonych, ale i sympatycznych cudzoziemców, jakich zdarzyło nam się spotkać.

73.

W sprawie języka. Konkurs Gazety Handlowej. Możemy się podzielić z czytelnikami naszymi dobrą nowiną, dotyczącą sprawy podnoszonej od niejakiego czasu przez nasze pisma.
Oto co czytamy w Gazecie Handlowej z dnia 3 grudnia.
„Redakcja Gazety Handlowej ofiaruje ze swej strony sumę rs 200, jako fundusz podstawowy, na słownik ekonomiczno-handlowy. Słownik ten winien objąć terminologię handlową, ekonomiczną i skarboznawczą. Jeżeli prace Supińskiego, Bilińskiego, Cieszkowskiego i obecnie, niesłusznie zresztą, pomijanego ojca naszego skarboznawstwa, hr. Skarbka, i wielu innych — ułatwią to zadanie — mimo to jednak sądzimy, że ubiegający się o nagrodę konkursową będą mieli niezależnie od tego taką moc trudności do zwalczenia, wobec których nagroda rs 200, byłaby zbyt szczupłą. Dlatego też, ofiarując ze swej strony tę skromną sumę, liczymy na jej powiększenie choćby do cyfry rs 600 i to staraniami naszych bogatszych finansistów i instytucyj bankowych, o pomocy których ani na chwilę nie powątpiewamy. Dochód z rozprzedaży dzieła należeć będzie w dodatku do jego autora“.
Po przytoczeniu tych słów uważamy sobie za obowiązek podnieść zasługę redakcji Gazety Handlowej i jej redaktora, p. Okręta. Początkowanie w tym względzie przystało wprawdzie najbardziej Gazecie Handlowej, ale zrozumienie tego obowiązku i ofiara, jakiej redakcja nie wahała się ponieść, są istotną obywatelską zasługą i pięknym dla innych przykładem.
W rozlicznych gałęziach ścisłych języka polskiego nie było żadnej tak skażonej obcemi wpływami, jak handlowa. Przyczyny tego stanu rzeczy są wiadome. Język polski handlowy nie mógł się wyrobić, bo handlem zajmowali się przeważnie obcy. Dziś jednak rzeczy się zmieniły. Handel przechodzi zwolna do rąk polskich, albo pozostaje w ręku Izraelitów polskich, których oświecone warstwy mówią po polsku w domu, na giełdzie, słowem: które przyswoiły sobie nasz język, jako swój własny. Wszystkim więc na sercu leży potrzeba zaprowadzenia wyrażeń swojskich handlowych, te bowiem, które istnieją, nie tylko rażą uszy i uczucie, ale, jako niezrozumiałe, utrudniają stosunki. Gdy się np. powie nie kupcowi, ale człowiekowi zwyczajnemu: „trzeba iść żyrować weksel“, — człowiek taki nie ma najmniejszego pojęcia, co z wekslem zrobić. Takich trudności moglibyśmy tysiące przykładów przytoczyć. Słownik zapobiegnie im w znakomitej części, a przy tem niewątpliwie oczyści i wzbogaci język. Spodziewamy się, że przykład redakcji Gazety Handlowej i wezwanie, jakie czyni do finansistów o pomoc w zebraniu sumy znaczniejszej, nie pozostaną bez skutku, — jesteśmy nawet pewni, że składki ich przewyższą o wiele wyznaczoną ilość rs 600, — i że nadwyżka zapewni zarazem i nakład słownika.
W sprawie tej przyjdzie nam jeszcze niejednokrotnie głos zabrać.

74.

Mickiewicz w Czechach. Wiek donosi, że pismo Politik wychodzące w Pradze, zamieszcza piękną rozprawę o Mickiewiczu, a raczej o jego uczuciowych stosunkach z Henrietą Ankwiczówną (Ewunią). Rozprawka nosi tytuł: Epizod z dziejów serca Adama Mickiewicza, oparty zaś jest głównie na Listach z podróży Odyńca oraz na pracach Duchińskiej, pomieszczonych w Bibliotece Warszawskiej. Autorem jej jest pan E. Lipnicki, znany ze studiów nad naszą literaturą ogłaszanych w języku niemieckim.

75.

Pan Lewental ogłasza prospekt na dalszy ciąg Biblioteki najcelniejszych utworów literatury europejskiej. Dowiadujemy się z niego, że wydawca zamierza zarazem dodawać premium bezpłatne, nie podwyższając ceny.
Biblioteka zasługuje na poparcie. Zrobiono już wiele i zadawalniająco. Utwory były wybierane istotnie celne, a wydawane starannie. Z utworów polskich pisarzy, znajdą pomieszczenie powieści T. T. Jeża i A. Pługa. Z dawniejszych zabytków mają być włączone do Biblioteki: Wojna chocimska W. Potockiego i Wybór poezyj Adama Naruszewicza.


76.

Bibliografia. Na stole naszym redakcyjnym znajdują się następujące świeżo wyszłe książki: Zbiór wiadomości do antropologii krajowej, wydany staraniem Komisji Antropologicznej Akademii Umiejętności w Krakowie. Tom III. Wycieczka na Łomnicę, przez Bronisława Rejchmana. Wspomnienia z Londynu, Hiszpania (Wspomnienia z podróży) i Konstantynopol — wszystkie trzy Edmunda de Amicis, w przekładzie Maryi Siemiradzkiej. Zamek Melsztyn i jego zwaliska, przez Marcelego Turkawskiego, a nakoniec Kąpiele Schwarzenberg, węgierski Gräfenberg na Spiżu, przez Henryka Müldnera.

77.

Z padołu łez. Od wieków od macierzystego pnia oderwani, doświadczyli w biegu czasów wszystkiego, co składa się na niedolę. Byli zawsze ubodzy, ciemni, traktowani jak niższe plemie, — z pogardą i dumą. Sercem, przez pół świadomym instynktem, wspomnieniami, co się po chatach tliły na kształt iskier w popiele, religią ciążyli ku nam, a w rzeczywistości obca nad nimi ciążyła ręka.
Więc iskry dawnych wspomnień zaczęły gasnąć. Nikt ich nie rozdmuchiwał. Cały kraj bratni zapomniał o tej garstce chłopów szląskich. Czasem nawiedzał ich głód i tyfus, znikąd nie nawiedzało wspomożenie. Rodzili się w niedoli, marli w niedoli.
Aż wreszcie przyszły i na nich czasy lepsze. Znaleźli się ludzie, którzy rozbudzili jakieś dawne echa, którzy tym sercom sierocym powiedzieli, gdzie jest ich matka, wlali trochę otuchy do duszy, nauczyli ich czytać i pisać, miłować swój język i wiarę, — dali im jakieś życie moralne i umysłowe, i wypełnili dawne nihil, dawną próżnię, ciepłem i słodkiem uczuciem miłości.
Kto byli ci ludzie, wiadomo powszechnie. Jednym z najbardziej czynnych był i jest Miarka, którego głos rozlega się dziś wołaniem o pomoc dla współrodaków.
Albowiem zaledwie na chwilę uśmiechnęło się życie tym wybrańcom niedoli, zaraz przyszła wiadoma już wszystkim klęska: głód, tyfus. Doprawdy, że to wybrańcy niedoli!
Czy głos Miarki znajdzie tu echo, — wątpić byłoby grzechem, ale przysłowie mówi: — dwa razy daje, kto prędko daje. Potrzeba prędko dawać, bo i zima sroży się nad krajem; śniegi zasypały chaty, wicher wstrząsa kominy, a mróz nową męką gnębi w nieopalonych izbach zgłodniałych mieszkańców.
Ach! nim słońce zejdzie, rosa oczy wyje! — nim pomoc nadejdzie, — ileż zamkniętych na zawsze oczu przysypią ziemią i śniegiem!
W powiatach pszczyńskim, rybnickim, raciborskim, kozielskim, wielko-strzeleckim, lublinieckim, gliwickim, bytomskim, katowickim, 630 tysięcy ludzi, 600 tysięcy naszych chłopów z głodu i chłodu mrze; kobietom łzy zamarzają w oczach, a oczy zwracają się ku nam z wyrazem rozpaczy i gasnącej nadziei i serdecznego żalu, jakby chciały wypowiedzieć: my przecie wasi, myśmy cierpieli, a kochali was, — czemu nas nie ratujecie!
O, zaiste dwa razy daje, kto prędko daje.

78.

Sztycharstwo długo u nas zaniedbane znalazło w osobie Redlicha znakomitego przedstawiciela. Wiadomo, że artysta ten, stanąwszy na wystawie paryskiej do współzawodnictwa z najznakomitszymi sztycharzami europejskimi, otrzymał jednak za swą pracę złoty medal i legię honorową. Od czasów Chodowieckiego, który zresztą kwitnął i pracował po największej części na obcym gruncie, Redlich jest pierwszym Polakiem cieszącym się europejską sławą. Prace jego miedziorytnicze w krótkim zapewne czasie znajdą się u nas we wszystkich domach i przyczynią się do rozpowszechnienia arcydzieł naszych malarzy. Ani fotografia, ani druk olejny nie mogą zastąpić i nie zastąpią nigdy sztychu w odtwarzaniu obrazów, albowiem sztych piękny sam w sobie jest dziełem sztuki, wymagającem talentu, artystycznego odczuwania i twórczości, znakomitsze muzea i galerie obrazów skrzętnie gromadzą zbiory sztychów i okazy rzadsze lub osobliwsze kupują czasem za bardzo wysokie sumy.
Najpiękniejsze sztychy są miedziorytami, staloryt bowiem, jakkolwiek pod względem delikatności wyżej może stoi, nie posiada dość miękkości i prawie zawsze bywa chłodny. Drzeworyty, choćby najstaranniejsze, nie bywają tak dokładne ani wyraziste; miedzioryt łączy w sobie wszystkie przymioty, z dodatkiem pewnego ciepła, które poniekąd zastępuje barwę farb olejnych, a przy tem jest najpoważniejszy, co przy odtwarzaniu obrazów poważnego stylu, jak np. historycznych lub religijnych, niemałą jest rzeczą. Z prac pana Redlicha widzieliśmy w ostatnich czasach świeżo i znakomicie wykonaną Unię lubelską Matejki. Tylko twarze kobiece z dalszych planów posiadają lekkie niedokładności, wszystkie główne za to postacie nie pozostawiają po prostu nic do życzenia. Taż sama wyrazistość, siła, charakter, typowość; słowem, sztycharz nie zatracił ani jednego rysu malarza. Znakomite wykonanie ubrań, przedmiotów architektonicznych i wszystkich, tak zwanych w języku malarskim akcesoriów, tworzy z tego wielkiego miedziorytu prawdziwe dzieło artystyczne, przewyższające nie tylko fotografię lub druki, ale pospolite kopie olejne.
Śmiało też już dziś powiedzieć możemy, że p. Redlich jest znakomitością w swym zawodzie, jego zaś Unia prawdziwym wielkim wypadkiem — w zakresie polskiego sztycharstwa, jego zarazem odrodzeniem i rozkwitem.

79.

Zapałka szwedzka. Od jednej z naszych prenumeratorek otrzymujemy list następujący:
„Szanowny redaktorze! Uczęszczając pilnie na wszystkie wykłady popularno-chemiczne, wyszłam z jednego z nich z przekonaniem, że w całym rodzaju zapałek, zapałka szwedzka jest ze wszystkich swych kuzynek i siostrzyczek zapałką najstateczniejszą i najlepszego sprawowania się pod każdym względem.
Kiedy bowiem główki innych, na kształt główek płochych kobiet, zapalają się nader łatwo, zapewniano nas, że szwedzka zapałka tylko przy zetknięciu się z pokrewnym sobie i sympatycznym żywiołem wydaje światło i ciepło.
Odtąd patrzyłyśmy na zapałki szwedzkie nie tylko z sympatią, ale brałyśmy je poniekąd za wzór do naśladowania, to jest strzegłyśmy głów naszych od zapalania się z lada powodu, ale za to obiecywałyśmy sobie, że gdy znajdzie się żywioł sympatyczny, to zapłoniemy, aż miło.
Tymczasem oto, co się pokazało.
Zapałka szwedzka potarta o arkusz papieru, byle nieglansowany, zapala się jak każda inna, potarta o drzewo, toż samo, o szkło matowe, toż samo. Skądże więc ta opinia stateczności i dobrej konduity? Pomyślisz pan, że to może są złośliwe plotki kobiece. Gdzietam! Niech pan sam sprobuje. Co do mnie, sądzę, żeśmy... to jest chciałam powiedzieć: że zapałki wszystkie warta jedna drugiej i że jeżeli szwedzkie zapalają się trochę trudniej, to tylko przez jakieś zapałkowe wyrachowanie — a nie zapalają się te tylko, którym zupełnie brak głowy.
Czemu jednak wywyższono szwedzkie kosztem innych? czemu mówiono nam o sympatycznym żywiole? Nie wiem i właśnie za łaskawem pośrednictwem pańskiem pragnęłabym się dowiedzieć od specjalistów.   Z“.


80.

Sprawa węgla. Stare przysłowie: „Strachy na Lachy“ czerpie początek w rozpowszechnionem niegdyś i opartem na doświadczeniu przekonaniu, że straszyć Lachów, było na czysto stratą czasu. Dziś czasy się zmieniły, a najlepszym tego dowodem jest bojaźń, jaka przejmuje wszystkie warszawskie serca na myśl, że węgla może zbraknąć. Jakoż istotnie położenie jest następujące: dawne zapasy się wyczerpują; zajęte linie i zajęte wozy kolejowe nie mogą ich dostarczyć. Cóż się więc stanie? Oto piece wyziębną, gaz się przestanie palić, ogarnie nas chłód i ciemność, światłe umysły komisji wysłanej ad hoc na linie kolei żelaznej mogą ową ciemność o tyle rozproszyć, o ile znajdą wagony pod węgiel, lub zdołają drogi zawalone wozami ze zbożem oczyścić. Podobno sprawa weszła na tę drogę — i bodaj jak najszybciej się po niej toczyła, tymczasem jednak brak węgla dotkliwie już się dał uczuć. Wiele kupujących odchodzi ze składu z próżnemi rękoma; jedna z fabryk zawiesiła swe czynności; w wielu hotelach i tzw. chambres garnies ponapalano w piecach tylko drzewem albo nie ponapalano wcale; gaz zaś na ulicach pali się tak, iż wkrótce przechodnie dla uniknienia potrąceń będą zmuszeni wołać: hop! hop! na chodnikach. Ten urzeczywistniający się sen Byrona ma nawet zapewne swe strony komiczne dla tych, którzy w braku węgla mogą palić drzewem, na nieszczęście przy wzmagających się mrozach cierpi na tem okrutnie nędza ludzka. Cyrkuły nie mogą pomieścić wszystkich zgłaszających się z prośbą o noclegi na poddaszach, w podziemiach, zima nie jest karnawałem, ale cierpieniem. Spodziewamy się zatem, że brak paliwa nie wyziębi serc zdolnych odczuwać niedolę, a brak gazu nie zgasi światła miłosierdzia. Wobec mrozów, ścinających parę oddechu, myśl mimo woli biegnie w stronę Szląska. Jakąż straszną towarzyszkę znalazł w takiej zimie głód, który gnębi tych nieszczęśliwych! O! gdyby nasze dobre chęci mogły ogrzać choć jedną chatę chłopską, a współczucie nakarmić choć jedne usta!

81.

Panna Maryja Deryng wyjechała wczoraj do Pragi czeskiej, w którem to mieście będzie deklamowała na koncercie słowiańskim utwory dwóch naszych poetów.
Jednocześnie, dyrekcja teatru czeskiego w Pradze zaprosiła p. Deryng do kilkakrotnego wystąpienia na tamtejszej scenie w Romeo i Julii, Deborze, Fauście, Hamlecie i Mazepie. Z Pragi artystka ma udać się do Wiednia i Paryża, dla zobaczenia tamtejszych teatrów. Oczywiście, podróż taka nie będzie bez korzyści dla artystki i dla jej niezaprzeczonego daru.

82.

P. Kazimierz Zalewski miał w zeszłą niedzielę w Szkole Dramatycznej p. Derynga drugi z kolei odczyt. Prelegent mówił o Szekspirze i jego komediach, głównie zaś o Kupcu weneckim, który to utwór poczytuje pan Zalewski stanowczo za komedię.


83.

Pomoc naukowa. Nowiny piszą, że w przedsionkach zagranicznych uniwersytetów wywieszają tablicę, na której studenci szukający korepetycyj i rodzice potrzebujący dla swych dzieci korepetytorów, zapisują swe nazwiska i warunki. Tym sposobem obie strony porozumiewają się z sobą bez pomocy kosztownych ogłoszeń. Zwyczaj ten, bardzo dogodny, radzą Nowiny zaprowadzić i u nas. Myśl istotnie pożyteczna, należało by tylko wyrobić u władzy uniwersyteckiej, by dla dogodności rodziców wszelkie języki były zarówno w ogłoszeniach uwzględniane.

84.

Nauka zachowania zdrowia i zdolności do pracy, K. Reklama, wyszła z druku w przekładzie dra Wacława Mayzla. Książka ta narobiła w swoim czasie wiele hałasu w prasie zagranicznej, w ogóle zaś uważano ją jako zjawisko wysokiej wagi praktycznej i naukowej. Autor przyjmuje za punkt wyjścia, iż podczas gdy w średnich wiekach uczeni szukali tajemniczych środków, mających przedłużyć życie, w czasach nowszych nauka lekarska odkryła, że tym kamieniem filozoficznym jest rozumny tryb życia, oparty na zdrowej dietetyce. Otóż treścią książki Reklama są przepisy, jak należy urządzić rozumny tryb życia. Pojedyncze jej części traktują o dietetyce ludzi w różnych okresach życia, o pokarmach i odżywianiu, o powietrzu, odzieży i pielęgnowaniu skóry, o mieszkaniu, o pracy itd.
Wobec mało u nas rozpowszechnionych, a jeszcze mniej stosowanych przepisów higienicznych dzieło Reklama, spolszczone przez dra Mayzla, może oddać prawdziwą usługę, zajmie zaś każdego, kogo zajmuje własne zdrowie.

85.

Wystawa obrazów starych szkół malarskich. Roku zeszłego pan Kazimierz Dobiecki urządzał wystawę obrazów nowoczesnych na korzyść rodziny pozostałej po śp. Tegazzo; w roku bieżącym zamierza on, jak słyszymy, przywieść do skutku wystawę obrazów starych szkół malarskich, na korzyść szkółki dla biednych dziewcząt, istniejącej na ulicy Hożej.
Szkółką tą opiekują się panie, należące do wyższych sfer naszych, co jej nie przeszkadza być w długach i w ogóle w suchotach pieniężnych, na które wystawa ma być lekarstwem.
Zamiar wystawy powzięły opiekunki, wykonanie zaś powierzyły energii pana Dobieckiego, na którego pomoc zawsze można liczyć, ilekroć chodzi o działalność dobroczynną.
Myśl dobra i pożyteczna, zatem z naszej strony popieramy ją chętnie. Wszelkie szkółki, a zwłaszcza takie, w których znajdują trochę światła i ciepła dzieci biedaków pracujących na kawałek chleba, zasługują na pomoc.
Pomoc taka tem jest rozumniejszą, im ściślej łączy się z nią pewna ogólna korzyść, której próżno by szukać w dobroczynnych tańcach, oklepanych żywych obrazach, amatorskich koncertach itp. Wystawa obrazów starych szkół malarskich wyjdzie niezawodnie na pożytek dobremu smakowi publicznemu. W zbiorach Prywatnych, jak zapewniają, znajdują się rzeczy bardzo cenne, których szersza publiczność nie zna, a które korzystnie mogą wpłynąć na sąd jej o dziełach sztuki.
Pan K. Dobiecki zamierza utworzyć, jak zapewnia Echo, rodzaj komitetu, do którego pragnie zaprosić pana Lachnickiego, posiadacza pięknego zbioru, Rutkowskiego i kilku innych. Komitet ten znawców będzie decydował o wartości nadsyłanych płócien, a zapewne i o ich przyjęciu na wystawę.
Spodziewamy się, że prywatne galerie przyjdą w pomoc zamierzonej wystawie.

86.

Album Prosińskiego. Kurier Codzienny podaje list, prostujący niektóre wiadomości, tyczące się podróży rodaka naszego, p. Alojzego Prosińskiego, oficera marynarki, który w czasie pobytu swego na drugiej połowie półkuli zebrał ciekawe album fotograficzne oraz okazy roślin i minerałów. P. Prosiński brał udział w wyprawie wysłanej przez rząd rosyjski na wody Oceanu Indyjskiego i Spokojnego; zwiedziwszy Jawę, Sumatrę, Borneo, półwysep Malaka, Timor, wyspy Filipińskie i inne archipelagi indyjskie, p. Prosiński popłynął następnie do Japonii, w której przebywał dwa lata. Z Japonii wyprawa ruszyła do San-Francisco, zwiedzając po drodze wyspy Oceanu Spokojnego. Niżej podpisany wypadkowo może dać o tem niejakie wskazówki, zetknął się bowiem z p. Prosińskim w San-Francisco i spędził z nim kilka wieczorów. Album, o którem list wspomina, bez kwestii stanowiłoby cenną ozdobę każdego muzeum etnologicznego. Przypominamy sobie widoki z wyspy Borneo: typy mieszkańców, — zdjęte z natury obrazy dziewiczych lasów, jakich najbujniejsza wyobraźnia nie wymarzy, lub poszczególnych osobliwych roślin, widoki budynków, chaty szczepu Daaków, obwieszone girlandami ludzkich czaszek; całe grupy mało znanych pokoleń, słowem rzeczy, których oko nie tylko fotografów, ale i wielu podróżników nie widziało. Japonię, w której młody nasz ziomek zatrzymywał się czas dłuższy, odfotografował we wszystkich jej tajemnicach, począwszy od typów prześlicznych młodych Japonek, skończywszy na wnętrzach domów, świątyń i widokach przyrody. Toż samo ma się rozumieć o wyspach Oceanu Spokojnego, i wogóle wszystkich miejscowościach mało jeszcze Europejczykom dostępnych, krótko mówiąc, album nie tylko jest jednym z najciekawszych zbiorów podróżniczych, jakie zdarzyło nam się widzieć, ale posiada znakomitą wartość naukową. Prócz tego, dla ilustracyj takich np. jak Wędrowiec, byłoby ono niewyczerpanym skarbem, nie potrzebujemy zaś mówić, że rozpowszechnienie obrazów w niem zawartych byłoby rzeczą arcypożądaną. H. S.

87.

Ministerium Oświecenia postanawia wprowadzić naukę pisania stenograficznego do szkół i zakładów średnich w Królestwie i Cesarstwie.


88.

Hamlet, słynny obraz Władysława Czachórskiego, zawieszony zostanie od soboty w Salonie Ungra.

89.

W imie nędzy. Im większe mrozy dokuczają biedakom, tem większa ich liczba ciśnie się do cyrkułów, które dają nocleg i szklankę herbaty.
Kto widział choć raz w życiu mieszkania ludzi bardzo ubogich, żebraków, biedniejszych wyrobników, albo poszukujących pracy, ten ich nie zapomni nigdy.
Zima przyrzuca ciężaru do brzemienia, jakie dźwigają nędzarze. Widzieliśmy kilka dni temu w ich mieszkaniach wodę zamarzłą w garczkach, śnieg na popiele w piecach; szron pokrywał sienniki i łachmany, pod któremi sypiają, i lśnił się grubemi warstwami na ścianach.
Zimno dotkliwsze tam jest niż na ulicy. Na ulicy się biegnie, więc krew krąży żywiej; w tych jamach mroźnych biedacy siedzą pokuleni bez ruchu, by nie odkryć łachmanów, skostnieli, głodni, kłapiący zębami i na wpół uśpieni. Śpiączka, która ich napada, to ich szczęście, — bo może pociągnąć za sobą wyzwolenie: śmierć.
Na dobitkę mrozy nadeszły, jakich nie bywało od dawna — i jednocześnie węgla zbrakło.
Cyrkuł daje nędzarzom nocleg i szklankę herbaty, — ale w dzień trzeba wyjść, a nie ma w czem, bo łachmany nie okrywają ciała; brak tym biedakom wszystkiego, począwszy od butów i koszul, skończywszy na sukmanach, a jednak wyjść trzeba i albo wrócić do mroźnej jaskini, albo biegać po ulicy.
I w jaskini i na ulicy, po noclegu w ciepłym cyrkule zimno przy braku ubrania tem dotkliwiej czuć się daje. Wrócić do mieszkania to straszne, a biegać po ulicy dwanaście godzin bez należytego jadła przy takich mrozach, jakie panują obecnie, to może jeszcze straszniejsze.
Nocujący po cyrkułach, niektórzy z nich są na wpół bosi; inni nie mają tyle nawet łachmanów, by ciało od bezpośredniego przystępu powietrza zabezpieczyć, — wszyscy narażają się codziennie na najcięższe choroby i przeziębienia.
Stan taki rzeczy zwrócił uwagę oberpolicmajstra, który wzywa wszystkich zamożniejszych mieszkańców, by pośpieszyli z pomocą tym nieszczęśliwym, nadsyłając starą odzież. Wezwanie to popieramy jak najmocniej. W wielu domach starzyzna jest tylko kłopotem, — dla nędzarzy może być zbawieniem. Wszystko, takie nawet rzeczy, które uważamy za stanowczo na nic nieprzydatne, przydadzą się tam i niejedną łzę otrzeć mogą. Należy pamiętać, że nie ma tak podartej bielizny lub ubioru, który by choć jako tako nie ogrzewał skostniałego ciała. Pole dla prawdziwego miłosierdzia i dla serc czujących litość jest otwarte. Każdy może sam dawać, u znajomych zbierać lub im przypominać. Cóż to za uczciwa i słodka, a istotnie dobroczynna działalność. Nim zaczniemy bawić się, słuchać muzyki, tańczyć i wyprawiać sobie maskaradowe uciechy na ubogich, dajmy im to, co nam szkody nie przyniesie, — im cierpień umniejszy.
Rzeczy można odsyłać do kancelarii oberpolicmajstra.

90.

Pytanie. Gdy stróż siedzi w nocy w kozie, kto będzie dom otwierał? Pytanie to może mało obchodzić rozważane jako idea ogólna, ale w pewnych poszczególnych wypadkach jest kwestią nie lada. Taki wypadek zdarzył się pewnemu mieszkańcowi Warszawy, jak opowiada Kurier Warszawski, niedawno. Mieszkańcowi owemu, dorosłemu, miał przybyć lada chwila na świat mieszkaniec arcy niedorosły, dorosły więc biegł po damę, która w podobnych wypadkach jest niezbędną. Przybiega, dzwoni, nie ma dzwonka, łomocze w bramę, krzyczy, nikt nie otwiera, nareszcie ktoś łomotanie usłyszał i otworzył. Pokazało się, że urzędowy custos siedzi w kozie. Gdyby jednak nie ów ktoś, koza mogłaby pociągnąć za sobą rozmaite wielce zawiłe i bardzo przykre zdarzenia, zacząwszy od utrudnionych przyjść na świat, a skończywszy na ułatwionych zejściach na wypadek choroby i niemożności dostania się do doktora. Ze względów powyższych, koniecznem jest zaradzenie podobnym niebezpieczeństwom, że zaś mianowanie osobnych stróżów od kozy, jak za granicą istnieją redaktorowie od kozy, nie prowadziłoby do niczego, przeto Kurier Warszawski podaje dwie następujące w formie rad uwagi:
I. Że dobrze jest karać stróża aresztem za niestosowanie się do przepisów obowiązujących, ale w takim razie należy postawić innego, który by bramę w nocy otwierał.
II. Że doktorzy, felczerzy i „kobiety rozumne“ powinni mieć specjalne dzwonki, prowadzące od zewnątrz do ich mieszkania, albowiem okazuje się, że nie zawsze polegać można na ogólnym dzwonku, zwłaszcza gdy dzwonka nie ma, a stróż w areszcie.

91.

List z Paryża. Mieszkańcami Murcji cały świat się zajmuje. W Paryżu wyprawiano już na ich korzyść rozmaite zabawy, z których zebrano mnóstwo pieniędzy, ale widocznie na tem nie koniec. Dziś otrzymujemy list z Paryża, w którym komitet wybrany do urządzenia uroczystości prasowej donosi, że prasa postanowiła wydać na dochód poszkodowanych skutkiem powodzi w Hiszpanii jeden numer okolicznościowego dziennika i rozprzedać go we Francji i na całym świecie. Oczywiście pisarze les plus illustres i artyści les plus éminents mają wziąć udział w wydawnictwie. Komitet wzywając prasę naszą, by z kolei wezwała wszystkich mieszkańców do kupowania dziennika, zawiadamia zarazem, że będzie on kosztował w Polsce kopiejek 50 i że można go zamawiać przez księgarzy lub sprzedających dzienniki. Rozprzedaż przyniesie zapewne w samej Francji bardzo wiele, czy i u nas pójdzie dobrze, trudno przewidzieć.


92.

Ciężki zawód. Czem byś chciał być? pytał ktoś warszawskiego stróża. Zapytany wahał się z odpowiedzią, na pytanie jednak, czem by nie chciał być, odpowiedział bez wahania: stróżem. Jakoż los stróżów w zimie nie jest do pozazdroszczenia, ze względu na ich mieszkania przy bramie, koło schodów lub pod schodami. Na mieszkania te zwrócono już pewną uwagę, ale niedostatecznie. Są między niemi nie tylko małe jak komórki, bez powietrza, ze swędem, ze szczelinami, źle opalane, ale i wcale nieopalane. Sami znamy pewną właścicielkę pięknej kamienicy, damę zamożną i zapewne biorącą udział w rozmaitych przedsiewzięciach filantropijnych, której stróż mieszka w nieopalonej komórce. Za rzeczywistość tego faktu zaręczamy wszystkim, którym by się to w głowach nie chciało pomieścić, pod wszelką odpowiedzialnością. Sprawiedliwość jednak względem filantropijnej pani nakazuje nam wyznać, że stróż w czasie ostatnich mrozów otrzymał w drodze łaski pozwolenie nocowania w stajni, w której stoi jeden koń i zapewne jest trochę słomy. Czy stróż jest obdarzony końskiem zdrowiem i czy zniesie klimat stajni, nie wiemy, zaręczamy tylko za to, że nawet koń zmarzłby w stróżowej komórce, a ponieważ sądzimy, że filantropia wspomnionej damy nie jest wyjątkową i że takich komórek może w Warszawie znajdować się bardzo wiele nawet tam, gdzie nie ma stajni, przeto podajemy fakt do wiadomości publicznej.
Rzecz dzieje się w okolicach ulicy Ciepłej.


93.

Przekład dzieła Reklama (Nauka zachowania zdrowia i zdolności do pracy), o którego pojawieniu się donosiliśmy wczoraj, odznacza się nadzwyczaj poprawnym i pięknym polskim językiem. Wiele wyrazów obcych, wiele nazw ścisłych obcych zastąpiono swojskiemi, bądź istniejącemi już, bądź utworzonemi. Obok wyrazów jeszcze nieutartych podawane są w nawiasach dla uniknienia wątpliwości nazwy łacińskie lub inne dotąd używane. Jest to ostrożność chwalebna, chociaż obowiązująca tylko do czasu, nowe bowiem nazwy swojskie, o ile są tworzone, tworzone są doskonale i wkrótce zapewne się utrą i staną się powszechnie zrozumiałemi. W ogóle w nauce lekarskiej, a raczej w oczyszczeniu języka lekarskiego, zrobiono w ostatnich czasach znakomity postęp. Dowodzi to, że postęp ten byłby możliwy we wszystkich gałęziach naukowych, byle znaleźli się ludzie, którzy by rzecz wzięli do serca. Po naszych uwagach w sprawie czystości języka pojawienie się takiego przekładu, jak przekład dzieła Reklama, zapisujemy jako pomyślny objaw ciągłej pracy na tem polu przedsiewziętej, przeprowadzanej wytrwale.

94.

Wyjazd. Amazonki, konie, siłacze, błazny, i cały pstry tabor pana Salamońskiego ruszył onegdaj drogą nadwiślańską do Odessy. Ptastwo, które ani orze, ani sieje, a jednak żyje, poleciało do cieplejszych krajów szukać ziarnek w kształcie rubli. Złośliwi mówią, że długie sople lodu zwieszające się z dachu cyrkowego powstały z westchnień uronionych na ostatnich przedstawieniach. Piękna Nany jak kometa ciągnie za sobą warkocz nieurzeczywistnionych marzeń i marnowanych zapałów naszej i napływowej jeunesse dorée. Poważniejsi mówią Nany i całemu cyrkowi: kieszenie nasze są wypłukane, a więc: kiedy odjeżdżasz, bądźże zdrów.

95.

W sprawie węgla. Upragniony i oczekiwany ładunek węgla nadszedł nareszcie do Warszawy, ale ledwie się ukazał, rozchwytały go fabryki. Składom nie dostało się prawie nic, a stąd i mało który z mieszkańców mógł zaopatrzyć wypróżnione piwnice i wystygłe piece. Brak trwa ciągle, na szczęście ludziom i kolejom budzącym już niecierpliwość przyszła w pomoc odmiana powietrza. Mróz zelżał. Ponieważ jednak nie można mu dowierzać, nowe ładunki są niezmiernie pożądane.

96.

Nowiny piszą, że wedle doniesienia Norddeutsche Allgemeine Zeitung prawo budowania kolei kalisko-łódzkiej ma być udzielone księciu Drucko-Sokolnickiemu i bar. Frenkelowi. Norddeutsche Allgemeine Zeitung jest organem półurzędowym, zatem wiadomość ma zapewne podstawę.


97.

Ze Szpitala Dziecinnego. Gdy dziecie wychodzi z choroby, szpital oddaje je co prędzej rodzicom dlatego, by miejsce dla innych otworzyć. Są jednak dzieci zdrowe już, które oddać byłoby okrucieństwem.
Czy wiecie, czytelnicy, dlaczego?
Oto nie ma ich w co ubrać. Oddano je do szpitala w koszulkach, bluzkach, kiedy jeszcze nie było tak zimno — teraz mrozy nadeszły.
Oddać je jeszcze osłabione, wyczerpane z sił chorobami, a bez dostatecznego ubrania, to narazić je na śmierć pewną, a nie oddać, to pozbawić miejsca dzieciny chore, potrzebujące opieki i przytułku.
W tem kłopotliwem położeniu Zarząd Szpitala zwraca się do osób dobroczynnych z prośbą o pomoc w bieliźnie i ubraniu. Wielu z was, czytelnicy, ma dzieci — więc i litość dla dzieci, a że wasze maleństwa otoczone troskliwą opieką rosną prędzej od biednych, pewnie więc zostaje mnóstwo ubrań za krótkich i za ciasnych, z któremi nie wiadomo, co robić.
Teraz już wiecie.
Może się znajdą tacy, którzy powiedzą, iż codzień prawie przemawiamy do nich w imieniu potrzebujących — i że to za często.
Byle tak skutecznie, jak często — nie obiecujemy poprawy.
Szpital Dziecinny znajduje się przy ulicy Aleksandrii.


98.

Twórczość ludu. Biblioteczka Ludowa. Czy zajmowano się u nas dotąd utworami poetycznemi ludu w stopniu dostatecznym? Na to pytanie można odpowiedzieć tylko warunkowo. Ale wszystko, co jest rozproszone, zwłaszcza po czasopismach, ginie prawie bez śladu i pamięci — połączenie więc wszystkich tych materiałów w jednem wydawnictwie byłoby rzeczą niezmiernie pożądaną.
Z drugiej strony nie chodzi tylko o to, by przez zbiór ogólny ułatwić uczonym przystęp do twórczości ludowej. Równie ważnem zadaniem jest, by dać i ludowi samemu świadomość tego, co tworzy, co stanowi jego moralną własność i jego etnograficzną odrębność od sąsiadów. Utrzymywanie się w pamięci rodzimych pieśni, rodzimych obrzędów i obyczajów jest dzielną tarczą przeciw żywiołom kosmopolitycznym. Prócz tego rozpowszechnienie wyboru pieśni najpiękniejszych dobrze może wpłynąć na smak ludowy, zapoznać ogół z kwiatami, które wyrastają lub wyrosły wyłącznie w niektórych miejscowościach, a na koniec podtrzymać piękne obyczaje i nowe rozbudzić ku nim zamiłowanie.
Powodowany tą myślą znany zbieracz rzeczy ludowych p. Zygmunt Gloger powziął zamiar wydawania z pomocą księgarni Gebethnera i Wolffa Biblioteczki Ludowej, która by jednocześnie uczonym i ludowi równe mogła oddać przysługi. Zamiar wszedł już w wykonanie. Dotychczas wyszło cztery książeczki. Pierwsza obejmuje 112 starodawnych dum i pieśni, druga 657 krakowiaków, trzecia baśni i powieści, czwarta kujawiaki, mazurki, wyrwasy i dumki pomniejsze w liczbie 180. Ma wyjść jeszcze piąta z wyborem pieśni weselnych, i szósta, która obejmuje gry i zabawy.
Nie potrzebujemy mówić, jak ważnem i pożytecznem jest to wydawnictwo. Do nas należy tylko zachęcić ludzi rozumnych do kupowania pojedynczych książeczek i rozpowszechniania ich między prostaczkami — z czego niniejszem się wywiązujemy, dodając jeszcze, że każdy z wykształconych nawet czytelników znajdzie w utworach ludowych tyle werwy, szczerości, siły i rodzimych barw, ile może nie spodziewa się znaleźć.

99.

List Kraszewskiego do redakcji Tygodnika Ilustrowanego. — Krążyły różne wieści: jedni mówili, że „Macierz“ mająca wydawać pożyteczne książki polskie niedługo założoną będzie — inni, że wcale jej nie założą. Sprawę w ostatnich czasach rozstrzygnął ostatecznie Kraszewski, który pierwszy podał myśl tego zakładu. W liście do redakcji Tygodnika Ilustrowanego czcigodny jubilat donosi, że fundusze, o które ostatecznie wszystko się rozbijało, na koniec się znalazły. Zadatek podstawowy w ilości 10,000 rs jest już stanowczo zapewniony, chociaż pieniądze mają być wypłacone dopiero po upływie roku. Zwłoka ta nie stanie jednak niczemu na zawadzie, przez ten czas będzie bowiem można przygotować wszystko, co do urządzenia potrzeba. Prócz sumy powyższej, są obiecane dwie inne: jedna 10,000 talarów, druga rs 20,000 — te nie są wprawdzie zbyt pewne, ale choćby zawiodły, „Macierz“ znajdzie już podstawę w owych rs 10,000 i będzie mogła działalność rozpocząć, licząc na poparcie przyszłych uczestników. Tak było i z „Maticą Czeską“ przy Muzeum Królestwa Czeskiego. Rozpoczynając, miała zaledwie 4,000 guldenów ofiarowanych przez hr. Kińskiego, co na ruble wynosi 3,250. Dziś „Matica“ posiada 100,000 reńskich funduszu żelaznego, 60,000 reńskich w książkach, i wydaje co rok przeszło 10,000 r na własne wydawnictwa, które członkowie darmo otrzymują, lub na poparcie zewnętrznych, które członkowie nabywają za połowę ceny. Wprawdzie „Matica“ znalazła najgorętsze i najszczersze uznanie — ale właśnie dlatego można mieć niepłonną nadzieję, że co znalazła „Matica“, to znajdzie i „Macierz“ — i że wpływ młodszej siostry będzie równie błogi a szeroki, jak starszej.

100.

O gazie w Warszawie. Układ zawarty między naszem miastem a Towarzystwem dessauskiem, które dotychczas oświetlało albo miało oświetlać gazem ulice, upływa za trzy lata. Ponieważ jeden warunek brzmi, że układ należy wypowiedzieć na trzy lata przed jego upływem, teraz więc jest chwila stanowcza. Zarząd miejski, pod przewodnictwem senatora Gudowskiego, a ze współudziałem radcy prawnego Józefa Brzezińskiego, techników miejskich i obywateli Brzezińskiego i Łapińskiego, zastanawia się, czy nowy układ zawrzeć, czy odkupić od Towarzystwa urządzenia gazowe.
Nie przesądzając, co należy zrobić, przesądzamy tylko jedno: należy zrobić, aby było widniej.

101.

Szczerbiec. O losach tego historycznego miecza różne krążyły wieści. Niedawno Biblioteka Warszawska w korespondencji z Paryża zamieściła wiadomość, iż przesławny Szczerbiec znajdował się między innemi okazami starożytnemi na wystawie powszechnej. Wyjaśnieniem sprawy zajął się następnie pan S. Smolikowski, K. Kantecki, głównie zaś Ernest Świeżawski, który w ostatnim numerze Wędrowca pomieścił artykuł o Szczerbcu i o swoich nad nim badaniach. Otóż pan Świeżawski zbierając wszystko, co sam zbadał i inni powiedzieli, dochodzi do przekonania, że miecz, który się znajdował na wystawie paryskiej, jest prawdziwym koronacyjnym Szczerbcem.
Za granicę mógł on się wydostać wskutek kolei, jakie przechodził w roku 1733. Klejnoty koronne przechowywał wówczas podskarbi Franciszek Maksymilian Ossoliński, a chociaż po poddaniu się Gdańska i ucieczce Leszczyńskiego wpadł w ręce oblegających, klejnotów jednak nie oddał. Sasi na próżno poszukiwali ich w Warszawie, były one bowiem schowane w grobach u ks. Misjonarzy, i przechowywały się aż do roku 1736. Jakim sposobem przeszły potem klejnoty, a między niemi i Szczerbiec, w ręce, w których się obecnie znajdują, — nie wiadomo, to tylko pewna, że od dalszych zmiennych kolei losu i sponiewierań pamiątki te są zabezpieczone.

102.

Głosopis (fonograf). Przybył do Warszawy niejaki p. Harwan, Amerykanin, z zamiarem pokazywania głosopisu Edisona, układu zegarowego. Być może, że nowe to narzędzie lepiej będzie spełniało czynność powtarzania głosu niż te wszystkie, które widzieliśmy poprzednio, a których wymowa wiele pozostawiała do życzenia.

103.

Wyszedł z druku Pamiętnik Warszawskiego Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych z roku szkolnego 1878/9. Dzieło to, prócz rozpraw naukowych tyczących się wychowania głuchoniemych, zawiera sprawozdania z dziesiątego roku tego wzorowego zakładu.

104.

Nowa praca historyczna. Pan Lubowicz, docent Uniwersytetu kijowskiego, przygotowywa do druku pracę tyczącą się reformacji w Polsce.
Przybędzie więc jeszcze jedno dzieło do prac Krasińskiego, Łukaszewicza, Szujskiego, Bobrzyńskiego i Zakrzewskiego, które razem wzięte stanowią już poważną liczbę.
Za podstawę do zapowiedzianej książki posłużyły panu Lubowiczowi dokumenta i materiały znalezione w księgozbiorze hr. Zamojskich.

105.

W sprawie czystości języka. Donosiliśmy już czytelnikom naszym, że redakcja Gazety Handlowej ofiarowała rs 200 na utworzenie słownika handlowo-przemysłowego polskiego — celem oczyszczenia tej gałęzi językowej z licznych naleciałości obcych i zaopatrzenia jej w nazwy rodzime.
Kwota rs 200 jest jednak niewystarczającą, albowiem utworzenie takiego słownika jest pracą ogromną, i ten ze współzawodniczących, który wytworzy dzieło najlepsze, winien być wynagrodzony znacznie hojniej.
W tym celu Gazeta odwołała się do miejscowych banków, zakładów handlowych, słowem do wszystkich, którym wytworzenie słownictwa polskiego handlowo-ekonomicznego leży na sercu, by ze swojej strony dołożyli coś do sumy mającej stanowić wynagrodzenie za słownik najlepszy.
W odpowiedzi na wezwanie bank kredytowy p. n. Donimirski, Kalksztajn i Łyskowski w Toruniu nadesłał do redakcji Gazety Handlowej rs 100.
Jaką naukę brać stąd mają nasi miejscowi przemysłowcy, bankierzy i zakłady pieniężne, pozostawiamy to ich uznaniu.
Dotychczas ich odpowiedzią na wezwanie Gazety Handlowej było... milczenie.
Być może zresztą, że milczenie owo tłumaczy się tem, iż sposób praktyczny, w jaki mamy dojść do słownika ekonomiczno-handlowego, nie został jeszcze przez Gazetę Handlową ani przesądzony, ani ostatecznie wskazany.
Zasług redakcji Gazety Handlowej, która dała fundusz podstawowy, w żadnym razie to nie umniejsza. Fundusz podstawowy jest, zatem jest rzecz główna. Sama Gazeta oświadczyła, że wszelkie roztrząsania sprawy, jak należy użyć funduszu, nie tylko przyjmuje, ale wprost do nich wzywa, niejednokrotnie więc o całem przedsiewzięciu jeszcze nam mówić przyjdzie. Tymczasem jednak w imie obowiązku obywatelskiego wzywamy do współdziałania w sprawie tych wszystkich, którzy mają po temu możność i chęć.

106.

Co robimy dla swoich biednych. Miasto nasze uchodzi za jedno z najmiłosierniejszych w świecie: jakoż wątpliwości nie ulega, że między jego mieszkańcami jest wielu ludzi z sercem i prawdziwą litością dla cierpienia. Każde wezwanie pism o pomoc bądź dla zakładów dobroczynnych, bądź dla pojedyńczych nieszczęśliwych, pociąga za sobą liczne i nieraz bardzo hojne ofiary. Nie miłosierdzia więc nam brak, ale raczej takich urządzeń, które by pomoc dla biednych uczyniły jak najobfitszą, najskuteczniejszą i najszybszą. Najlepsze chęci, gdy pozostają rozstrzelone, nie prowadzą do niczego, a urządzania koncertów, tańcujących zabaw, rozprzedaży, obok licznych stron dobrych mają tę ujemną, że przechodząc w zwyczaj coroczny i jakby w pańszczyznę, osłabiają żywe poczucie ważności i potrzeby stanowczego zaradzenia złemu. Zresztą dochody z owych uciech w imie litości przechodzą wyłącznie na zakłady dobroczynne. Tymczasem zakres ich działania jest stosunkowo nader szczupły, a proceder postępowania, ujęty w karby biurowości, nader długi. Poza zakładami istnieją całe tysiące nędzarzy, potrzebujących natychmiastowej, a jednak rozległej i uorganizowanej pomocy. Co się dla nich robi? — Nic!
Za granicą jednak robią bardzo wiele, a wzorem takiej działalności dobroczynnej na szeroką skalę jest Paryż. Stronnictwa przesadzają się tam w okazaniu opieki niższym, potrzebującym ratunku klasom. Dziennik Figaro ogłosił składki na ulżenie nędzy dręczonej przez surową zimę i zgadnijcie, ile dotąd zebrał! Oto 212,800 franków. U nas pisma dorywczo tylko ogłaszają wezwania i dorywczo przychodzą z pomocą. Dalej: w Paryżu w ostatnich czasach otwarto dwie ogrzewalnie publiczne, tj. dwie ogromne izby, do których każdy, komu zimno dokucza, może wejść i rozgrzać się, — u nas cyrkuły dają tylko nocleg, po którym biedacy muszą wyjść rano i kostnieć w swych nieopalonych mieszkaniach, albo na ulicy. Sprawę tę poruszaliśmy przed kilku dniami, dziś z całą usilnością podajemy projekt urządzenia ogrzewalni publicznych w Warszawie, wzywając najgoręcej wszystkie szlachetne dusze, wszystkich tych, którym nędza ludzka, cierpienia starców, kobiet i dzieci leżą na sercu, by projekt nasz poparli, by go zechcieli podnieść, nadesłać nam swoje w tym względzie zdania i przyłożyć ręki do czynu prawdziwie ludzkiego.

107.

Adam Suzin. Wczoraj odbył się jego pogrzeb.
Grono znajomych i przyjaciół postępowało za trumną z żalem za zmarłym i z myślami o czasie minionym.
Na całych obszarach, gdzie brzmi nasza mowa, mało jest zapewne ludzi, którzy by nie słyszeli nazwiska Suzina i którym by ono nie nasuwało wspomnień o Mickiewiczu.
Zmarły był przyjacielem wielkiego poety i przyjacielem bardzo kochanym. Poznali się jeszcze za uniwersyteckich czasów, za owych czasów filareckich, w których płonęły serca i umysły miłością do ogółu, do sztuki, przeczuciem świtania nowej epoki w literaturze — zapałem i wielkiemi pragnieniami.
Przyjaźń zawarta w owych warunkach przetrwała lata całe. Mickiewicz znalazł w Suzinie to, czego szukał — serce uczciwe a kochające — i to, co było mu nieraz pomocą: zdrowy i trzeźwy rozsądek.
Dla dusz wielkich, podległych uniesieniom, zachwytom i wyjątkowym polotom wyobraźni, a stąd oderwanych od ziemi, jest prawdziwem szczęściem znaleźć przyjaciela takiego, którego przyjaźń nie wyczerpuje serca, który usuwa swoje ja na drugi plan, a kocha z całej duszy i służy radą praktyczną, szczerą a rozumną.
Takim był Suzin.
Mickiewicz też i kochał go, często myślami się z nim dzielił, często o utworach swych do niego pisywał, często pytał o zdanie, bo Suzin był przy tem prawdziwie wykształconym człowiekiem.
Stosunek ten przyjazny nie zachwiał się ani razu. Całe kółko ówczesne ceniło wysoce Suzina za jego prawość i słodycz. Był on jednym z tych ludzi, którzy nie pozostawiają po sobie dzieł wielkich, ale wspomnienia czyste jak łza i słodkie i pełne jakiejś bardzo rodzimej poezji.
Są to dobrotliwe postacie o białych włosach i łagodnej twarzy ze świata Pana Tadeusza, że zaś dzisiejszy świat coraz mniej do dawnego podobny, więc odchodzą cicho i one w krainę mogił... błogosławiąc nowe pokolenia.
Iluż to świadków i uczestników mickiewiczowskich czasów już odeszło!... Suzin był jednym z ostatnich.
Niechaj ziemia będzie lekką temu sprawiedliwemu człowiekowi.

108.

Adamowski the Polish violinist. Pod tym tytułem wyszła w Bostonie (Mas.) ozdobna broszura, którą świeżo otrzymaliśmy z Nowego Jorku. Na pierwszej jej stronicy jest starannie wykonana podobizna utalentowanego skrzypka; dalszy ciąg obejmuje jego życiorys i sprawozdania muzyczne z koncertów, zamieszczane po ważniejszych dziennikach bostońskich. Sprawozdania te są wszystkie bez wyjątku niezmiernie pochlebne dla młodego artysty, którego talent rozwinął się istotnie w ostatnich czasach, jak to mieliśmy sposobność ocenić w Paryżu, do wysokiego polotu. Wspominaliśmy już poprzednio, iż uznanie, jakie Adamowski zdołał uzyskać w Bostonie, jest tem ważniejszem dla jego powodzenia na drugiej półkuli, że i Boston uważa się w Ameryce za wyrocznię w rzeczach smaku.

109.

Hamlet, obraz Czachórskiego pod powyższym tytułem, nagrodzony złotym medalem na wystawie monachijskiej, ukazał się od soboty w Salonie Ungra.
Przedstawia on chwilę, w której królewicz przyjmuje przybyłą do Elsinore gromadkę aktorów, a raczej w której słucha jednego z nich deklamującego wiersz o śmierci Pryjama.
Hamlet zamierza użyć aktorów do wyświetlenia zbrodni, której ofiarą padł jego ojciec — tymczasem słucha deklamacji ze zgrozą i wzruszeniem. Przypomina mu ona jego własne położenie i porusza bolesne myśli ukryte w głębiach duszy.
O tem pięknem dziele sztuki damy osobne obszerniejsze sprawozdanie.

110.

My i Figaro. „Il a oublié sa chère patrie — chce zrobić majątek, o nic więcej mu nie chodzi — a w ogóle zżył się z Francją“. W ten sposób mówi o Mierzwińskim sprawozdawca muzyczny Figara. Wyobrażamy sobie, jak za podobne zdania musi być wdzięczny młody śpiewak pomienionemu dziennikowi. Co do nas, sądzimy, że p. Mierzwiński w takim tylko wypadku mógłby zapomnieć o wszystkiem i nie pragnąć niczego prócz majątku, gdyby się zżył nie z Francją, ale z Figarem i jego zasadami, co jest trochę przytrudnem dla człowieka posiadającego coś więcej, niż dowcip na handel.
W zmiankach o życiu Mierzwińskiego znajdujemy w Figarze, iż młody tenor uciekł do Paryża z Syberji, w czem jest tyle prawdy, ile zwykle w Figarze, bo rzeczywiście Mierzwiński aż do wyjazdu za granicę mieszkał w Warszawie.
Wszystkie te mądre anegdoty napisane zostały z powodu wystąpienia Mierzwińskiego w operze paryskiej w Afrykance.
Dzienniki paryskie w ogóle wyrażają się o tem wystąpieniu nader pochlebnie.

111.

Andriolli wykonał wielki karton przedstawiający jedną z najwybitniejszych chwil jubileuszu Kraszewskiego. W przyszłym tygodniu karton ten ma być wystawiony na widok publiczny, a następnie zostanie przesłany do Petersburga, Wiednia, Berlina itd., a także do Poznania, Krakowa i Lwowa.

112.

Chata za wsią Kraszewskiego wyszła w czeskim przekładzie Jana Otto w Pradze.


113.

Przytułki nocne. W dwudziestu sześciu przytułkach urządzonych w cyrkułach warszawskich sypia dziennie około 500 osób. Większej części tych biedaków brak paletotów, surdutów, butów, bielizny, przypominamy więc jeszcze raz czytelnikom wezwanie, w którem oberpolicmajster warszawski uprasza o nadsyłanie do cyrkułów starzyzny. W dzień owych pięćset osób wychodzi na świat i z powodu drożyzny opału i braku publicznej ogrzewalni marznie w nieopalanych mieszkaniach lub na ulicach aż do nadejścia nocy.

114.

Z rozporządzenia kuratora Okręgu Naukowego warszawskiego odczytanem zostało w Gimnazjum rządowem żeńskiem zawiadomienie, tyczące się języka urzędowego. Na mocy zawiadomienia, uczennicom gimnazjum zabrania się używać między sobą w budynku szkolnym innego języka jak urzędowego, uczennica zaś przekraczająca rozkaz ma być bezzwłocznie wydalona ze szkoły.

115.

Niedogodność. Otrzymujemy liczne żądania, aby zwrócić w piśmie naszem uwagę odpowiednich władz na niedogodność wynikającą z braku napisów nad skrzynkami pocztowemi, obok języka urzędowego, w języku polskim. Wiele osób, zwłaszcza starych kobiet, wkłada skutkiem tego braku listy do nieodpowiednich skrzynek, z czego powstają liczne zawody w odbieraniu posyłek i trudności dla samej poczty. Napisy nad skrzynkami nie noszą przecie charakteru odezw urzędowych, ale przestróg dla publiczności, dlatego sądzimy, iż odpowiadałyby lepiej swemu celowi, gdyby w kilku nawet językach były ogłaszane.

116.

Poprawka. Nadesłane do redakcji Gazety Handlowej rs 100 dla powiększenia sumy konkursowej na słownik ekonomiczno-handlowy nie są ofiarą wyłącznie banku toruńskiego, ale dwóch: toruńskiego (Łyskowski, Kalksztajn, Donimirski) i banku poznańskiego (Kwilecki, Potocki).
Razem dotychczas suma konkursowa, włączając rs 200 ofiarowane jako fundusz zasadniczy przez redakcję Gazety Handlowej, wynosi rs 300. Powiększy się ona zapewne szybko i znacznie przez ofiary, jakie napłyną od miejscowych osób i instytucyj handlowych.

117.

Druki akwarelowe. Pierwszy poczet druków akwarelowych, według Juliusza Kossaka, wyszedł z zakładu artystycznego W. Zaitza w Wandsbeck pod Hamburgiem.
Poczet ów składa się z czterech obrazów, przedstawiających konne postacie naszych bohaterów: Stefana Czarnieckiego, Sobieskiego, Kościuszki i Józefa Poniatowskiego.


118.

Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych postanowiło na koniec rozdać jako premium członkom swoim odbitkę obrazu Henryka Siemiradzkiego pt. Elegia.

119.

Składka w Resursie. Po odbytych w sobotę wyborach w Resursie Kupieckiej, członkowie jej przy wspólnej wieczerzy powzięli myśl urządzić bal na korzyść biednych naszego miasta, którzy w skutku mrozów, z braku węgla i drożyzny znajdują się w rozpaczliwem położeniu.
Jednocześnie członkowie złożyli rs 113, które oddano red. Kuriera Codziennego na zakupno paliwa dla rodzin najbiedniejszych.

120.

Przypomnienie. Czytelnicy nasi zwrócili zapewne uwagę na odezwę jeneralnego cesarsko-niemieckiego konsulatu warszawskiego w sprawie Szlązaków — zamieszczoną we wczorajszym numerze naszego pisma.
W jednobrzmiących uwagach zamieszczonych pod odezwą we wszystkich pismach znajdują się słowa, które umyślnie raz jeszcze powtarzamy:
„Redakcje dzienników warszawskich, chętnie przyjmując pozostawione im współdziałanie, otwierają niniejszem swoje szpalty na wymienienie nazwisk i ofiar tych wszystkich, którzy pośpieszą ze wsparciem dla dotkniętych okropną nędzą głodu Szlązaków“.
Tak więc i nasze szpalty stoją do rozporządzenia ofiarodawców. Długo oczekiwana możność otwartego pośrednictwa w sprawie prawdziwie ludzkiej i obywatelskiej ziściła się na koniec. Dotychczas mogliśmy zachęcać, przemawiać do serc, malować straszne położenie naszych współbraci — dziś ze skarbonką w ręku zwracamy się do wszystkich, którzy czuć, pamiętać i kochać nawet w rozłączeniu umieją.
Większe ofiary i grosze wdowie przyjmujemy zarówno. Wzywamy bogatych i ubogich, obywateli wiejskich, bankierów, kupców, przemysłowców i rzemieślników, wzywamy słowem najgorętszem w imie ludzkości i bliższych jeszcze każdemu uczuć, by śpieszyć z pomocą współbraciom upadającym pod krzyżem głodu, chłodu i chorób.
Żaden grosz, który prześlemy przez konsulat, nie zginie i nie rozminie się z przeznaczeniem. W tym kraju uczciwi są w podobnym względzie. Możemy mieć wszelką nadzieję i pragniemy pośredniczyć.

121.

Nowa ulica. Miejscowość zajęta przez Mirowskie Koszary, ciągnące się od Żelaznej Bramy aż do kościoła św. Karola Boromeusza, została nabyta przez współkę kapitalistów i ma być zmieniona w ulicę. Dwa szeregi wspaniałych domów ze sklepami wzniesie się na miejscu dzisiejszych stajen.


122.

Głód na Szląsku. Za pośrednictwem naszem można składać wszelkie ofiary na nękanych głodem Szlązaków.

123.

Hamlet Czachórskiego ściąga coraz większą ilość ciekawych, dlatego ostrzegamy pragnących widzieć piękny ten obraz, że po południu Salon Ungra otwarty jest dopiero od piątej wieczorem.

124.

Sprawa węgla ciągle stoi jeszcze na porządku dziennym. Poczynione ustępstwa przez zarząd kolei i znaczne ilości, jakie zarząd podjął się odprzedawać, nie wystarczają potrzebom miasta. Mróz na szczęście zelżał, gdyby jednak zimna wróciły, położenie stałoby się nie do wytrzymania.

125.

Pytanie. Wczoraj odebraliśmy dla zgłodniałych Szlązaków 60 pudów i 30 funtów żyta. Kwit na odbiór posyłki wręczyliśmy konsulatowi.
Jednocześnie pragnęlibyśmy znaleźć odpowiedź na następujące pytania:
1) Czy za przewóz zboża i wogóle zapasów żywności, nadchodzących z prowincji a przeznaczonych dla Szląska, kolej będzie brała opłatę przewozową?
2) Czy komory pruskie będą od podobnych posyłek pobierały cło?
Gdyby potrzeba opłacać przewóz i cło, posyłanie mniejszych ilości zboża nie prowadziłoby do niczego, koszta bowiem pochłonęłyby wartość przesyłki. Spodziewamy się więc, że rząd pruski, który gorliwie wziął do serca sprawę głodu i odezwy do mieszkańców Królestwa ogłosił — nie zrobi rzeczy w połowie i komorom nakaże przyjmować dary bez oclenia. Była już nawet o tem mowa, i jeśli sprawę tę poruszamy teraz, to tylko dlatego, że ostatecznie nie jest ona rozstrzygnięta, a rozstrzygniętą jak najprędzej być winna.

126.

Spór o słownik. Kto powinien zabrać się do pracy nad słownikiem ekonomiczno-handlowym, na który ogłosiła konkurs Gazeta Handlowa — i jak brać się do tego należy?
Pytanie to żywo było roztrząsane w pewnem towarzystwie finansistów. Jedni twierdzili, że pracą powinno się zająć ciało zbiorowe, tj. komitet — inni, że pojedyńcza osoba.
Według stronników pierwszej myśli komitet powinien składać się z kupców, bankierów, ekonomistów i filologów, obradować zaś codziennie lub kilka razy na tydzień w umówionych godzinach.
Ponieważ skutkiem sporów wynikłych zwrócono się do nas o zdanie, przeto zabieramy głos w tej sprawie.
Wyznajemy, że nie umiemy sobie zdać dokładnie sprawy ze sposobu, w jaki owo ciało zbiorowe wzięłoby się do rzeczy i w jaki prowadziłoby pracę.
Wyobraźmy sobie takie posiedzenie. Prezes zabiera głos i mówi: „Panowie, pocznijmy od litery A. Według układu alfabetycznego pierwsze miejsce powinien zabierać wyraz, w którym po A następuje drugie a albo b. Kto tedy ma taki wyraz, niech prosi o głos“. I tak za każdym razem. Doprawdy, byłby to sposób nie prowadzący do niczego. Użyto by też zapewne innego środka. Oto wzięto by pierwszy lepszy słownik niemiecki i starano by się przepolszczać kolejno wyrazy; przy czem kupcy wyjaśnialiby znaczenie terminów, a filolodzy przekładaliby je na polski.
Policzywszy, ile czasu zajęłyby rozprawy, spory, odczytywanie dzieł pomocniczych, wyszukiwanie u źródeł nazw istniejących, niestawianie się członków na posiedzenia etc., możemy śmiało powiedzieć, że i ten drugi środek jest zbyt długi, niepraktyczny, wyłączający badanie głębsze przedmiotu, a na koniec i sam konkurs.
Gdzie bowiem zasiada komitet, tam konkurs z natury rzeczy jest niemożliwy.
Na koniec członkowie komitetu musieliby obradować albo darmo, czyli uważać czas poświęcony za ofiarę i łaskę, albo pobierać za posiedzenia zapłatę, co by ten sposób tworzenia słownika uczyniło najdroższym ze wszystkich.
Naszem zdaniem, słownika dokonać może praca jednej lub kilku osób, przede wszystkiem obznajomionych dokładnie z językiem polskim, zatem filologów. Mówią, że finansista potrzebnym jest koniecznie do objaśnienia terminów handlowych. Ależ pracujący znajdzie to objaśnienie w pierwszym lepszym słowniku niemieckim lub francuskim, a dalej dla dokonania podobnego dzieła potrzeba nie posiedzeń i popisywania się na nich z wymową, tylko pracy w bibliotece, opartej na poszukiwaniach i porównywaniach, na szperaniu w słownikach, słowem, potrzeba tu studiów, któremi żaden komitet zajmować się nie może.
Przy tem pojedyńczy taki człowiek będzie wiedział, dlaczego się zajmuje, będzie wiedział, że dokonawszy pracy sumiennej, otrzyma odpowiednią nagrodę.
Komitet złożony z fachowców jest potrzebny, ale dopiero do ocenienia gotowych prac, nigdy do „komponowania“ słownika.
Ale tu nastręcza się znowu pewna trudność.
Oto może się zdarzyć, że w słowniku pana X. będzie tysiąc wyrazów dobrych, w słowniku pana Y. pięćset, a w słowniku Z. dwieście jeszcze innych. — Jaka na to rada?
Rada jest. Najwyższą nagrodę powinien dostać autor dzieła bezwzględnie najlepszego, ale suma zebrana powinna wystarczyć na wynagrodzenie czyli zakupno i tych dzieł innych, które zawierać będą cenny materiał w stosunkowo największej ilości.
Z takich dopiero materiałów komitet może ułożyć jeden słownik, który by łączył w sobie zalety wszystkich pojedyńczo nadesłanych — albo polecić autorowi, otrzymującemu główną nagrodę, powprowadzać te poprawki, które za właściwe zostaną uznane.
Powiedzą nam, że na to wszystko potrzeba by wiele pieniędzy. Zupełnie się zgadzamy! Redakcja i banki (toruński i poznański) dały już początek, naszym zaś finansistom, kupcom itd. możemy udzielić jednej bardzo zdrowej rady — oto: by zamiast się spierać, kto i jak ma słownik układać, postarali się przede wszystkiem o powiększenie sumy konkursowej.

127.

Rozmyślania teatralne. Co byśmy to mieli za teatr, gdyby tak została Modrzejewska — mówił wczoraj jeden z miłośników teatru. — Wyobraźmy sobie jakąś sztukę oryginalną, w której występują: Modrzejewska, Popielówna, Derynżanka, Żółkowski, Królikowski, Rapacki, Ostrowski. Wyobraźmy sobie, że takie artystki i artyści biorą się za ręce, pracują razem, podnoszą repertuar, jak to czyniła Modrzejewska — pobudzają autorów oryginalnych, zmieniają teatr w prawdziwą świątynię sztuki; za przykładem tych słońc i gwiazd idzie na wyścigi młodsze pokolenie; teatr staje się szkołą języka, scena jedną z pierwszych scen w świecie, żywotnem źródłem inicjatywy od wewnątrz, wzorem dla innych teatrów, akademią w swoim rodzaju.
Co za sen złoty!
Obok swego dramatu i komedii mamy swoją operę... dalszy ciąg snu... Oto wieczór zimowy... Plac Teatralny płonie od świateł i czerni się od powozów; kasy już zamknięto; w przedsionkach i na foyer widać tłumy balowych strojów damskich, fraków, białych krawatów, przepyszna publiczność płynie do teatru jedną świetną rzeką. Co to takiego się stało? Oto grają nową operę miejscowego kompozytora, występują w niej: Reszkówna, Kochańska, Machwicówna, Miller-Czechowska, Mierzwiński, Filleborn, Wasilewski, Cieślewski, pierwszorzędne siły, jakiemi mało który teatr poszczycić się może. I to także akademia w swoim rodzaju!...
— Co nam pan opowiadasz? — spytano miłośnika teatru...
— Nic. Sen... Wiadomo, że sen a rzeczywistość to wielka różnica. Mówię tylko, że siły są, a że nie działają wspólnie, to doprawdy nie ich wina.
Mając siły dramatyczne nie mamy dramatu, bo brak inicjatywy, która by je skupiła, brak ożywczego jednego ducha, który by przejął się ważnością zadania i ogarnął rozproszone owe pierwiastki w imie miłości dla sztuki narodowej, w imie wielkiego jej dla ogółu znaczenia. Dla owego idealnego ducha teatr powinien być celem, nie przydatkiem, zadaniem życia, nie nudnym obowiązkiem codziennym. Siły same przez się robią co mogą; czy to na miejscu, czy z daleka myśląc o rodzimej scenie... ale brak im syntezy; nie czują się miłowane, poszukiwane, ogarniane; nie czują, że zadanie, które spełniają, jest cenione jako coś niezmiernie ważnego... czują się po prostu przydatkiem do... baletu.
— A publiczność?
— Dajcie jej pokój. Chodzi tłumnie, klaszcze ochoczo — na razie np. pragnie równie gorąco, jak na próżno, by p. Modrzejewska została, w ogóle płaci za bilety z naddatkami — i spełnia swe zadanie w zupełności.
— Więc p. Modrzejewska odjedzie?
— Dajcie jej także pokój. Odjedzie i przyjedzie. Dość się już napracowała dla sceny naszej; wpływ jej będzie trwał, a zasługi pozostaną niepożyte... Zresztą grać w trupie, która czuje się przydatkiem do baletu... Nie mówmy o tej sprawie.
— A opera?
— To właśnie jądro pytania, jak mawiał Sokrates do Alcybiadesa. Wszystko inne to tylko przydatek, nie do baletu wprawdzie, ale do kwestii głównej. Chodzi właściwie o operę. Maszyna, której nie smarują, albo skrzypi — albo ustaje. Nasza opera zacznie niedługo skrzypieć zamiast śpiewać, a wkrótce ustanie...
— Czyż nasz teatr nie daje dostatecznych dochodów?
— Daje! daje! Ileż to teatrów na świecie, które starają się o pierwszych śpiewaków i utrzymują ich, nie ma większych dochodów; ale tamte nie mają też i takich wydatków. Wystawy baletowe to droga rzecz. O mój śnie złoty o rodzimych operach, o trupie złożonej z Kochańskiej, Machwicównej, Jakowickiej, Czechowskiej, Filleborna, Mierzwińskiego, Wasilewskiego, Cieślewskiego etc., jakże pierzchasz wobec rzeczywistości!
— A rzeczywistość?
— Doprawdy, gdy sobie wspomnę, że genialny a obarczony rodziną Moniuszko brał po cztery złote od arkusza partytury, za której przepisanie musiał więcej tracić — tracę i ja wiarę w przyszłych, narodzić się mających kompozytorów.
— A co do śpiewaków?
— Nie wiem na pewno, ale podobno Filleborn brał rs 400 rocznie przez sześć lat — Wasilewskiemu sprzykrzyło się brać po trzy ruble od wystąpienia. Podobno rękawiczki więcej kosztują... Biała skórka teraz dziwnie zdrożała — więc... będziemy mieli wkrótce pożegnalny koncert jedynego basa. Cieślewski także się usuwa; Machwicówna śpiewa gdzieś w Anglii czy w Hiszpanii, Jakowicka gdzieś w Rumunii; panna Reszke w Paryżu, Mierzwiński w Paryżu... a tu... publiczność chyba wkrótce śpiewać będzie... pana Tadeusza.
Tak! tak! maszyna, której się nie smaruje, skrzypi albo ustaje...
— Przecie będziemy mieli Włochów?
— Patrzcie, a ja sądziłem, że za te pieniądze można by wybawić od głodu naszych miejscowych i posprowadzać naszych tułających się po obcych scenach... Co tu mówić: nie mamy opery!
— To pesymizm.
— Cóż tedy mamy?
— A balet?
Pesymista zmieszał się bardzo. Argument ostatni przekonał go, jak niesprawiedliwie sądził. Tak! mamy wyborny nawet balet. Kosztuje on dużo, ale i tańczy dużo. Lepiej przecie, że jest coś dobrego, niż żeby nic dobrego nie było. Ty, Talio, i ty, Melpomeno, nie zapominajcie, że Terpsychora jest waszą rodzoną siostrą, i nie zazdrośćcie jej, o córy Zeusa i Mnemozyny, że przecież gdzieś na świecie lepiej się jej dzieje, niż wam. Musagetes.

128.

Miłośnicy cnoty. Z dawnego kółka „miłośników cnoty“ z Uniwersytetu wileńskiego pozostało przy życiu jedenastu już tylko weteranów: Aleksander Chodźko w Paryżu, Józef Chodźko w Tyflisie, Ignacy Domejko w Santiago, Kazimierz Domejko, Antoni Odrowąż Kamiński, Hilary Łukaszewicz, Antoni Edward Odyniec, Ludwik Paprocki, Kazimierz Piasecki, Ksawery Turski i Hipolit Żyliński.
W Warszawie mieszka obecnie dwóch: Antoni Edward Odyniec i Paprocki, trzeciego: Adama Suzina, odprowadzono przed kilku dniami na wieczny spoczynek.

129.

Ze Świeczników chrześcijaństwa Henryka Siemiradzkiego zdjęto olbrzymią fotografię. Okaz nadesłany z Berlina do Warszawy ma przeszło 700 cali kwadratowych.

130.

Pomoc. Dotychczas na mocy ustawy z roku 1869 połowa z wnoszonej przez studentów opłaty była przelewana do kasy państwa, od roku zaś przyszłego całe wpisowe ma być oddane do rozporządzenia uniwersytetu, przez co środki pieniężne uniwersyteckie zwiększą się o kilkanaście tysięcy rubli rocznie.


131.

Składka na weselu. Na pewnem weselu w Piotrkowskiem jeden z uczestników uroczystości wniósł, by obecni na uczcie weselnej przyłożyli się do ulżenia doli nieszczęśliwych Szlązaków. Wniosek przyjęto z radością i z natychmiastowych składek zebrano rs 100, które odesłane zostały do redakcji Kuriera Codziennego. Czyn ten, ze szlachetnych uczuć płynący, zapisujemy z przyjemnością, zachęcając do naśladowania.

132.

Bibliografia polska. Katalog nowych książek wyszedł z druku i znajduje się we wszystkich znaczniejszych księgarniach miejscowych i prowincjonalnych.

133.

Onegdaj udała się do Sosnowca komisja przeznaczona do zbadania sprawy węglowej.

134.

Poezje Antoniego Pileckiego zeszyt I wyszły z druku. Są to ulotne wiersze charakteru lirycznego. Pewne maleńkie skargi, pewne mniej więcej romantyczne zajścia, położenia i gorycze życiowe, pożegnania, rozczarowania, a nawet losy ptasząt dostarczają poecie wątku, z którego rozwija się rymowana nitka. Przedmiot czerpany najczęściej z wielu złożonych stosunków życiowych, wyłącza w nich prostotę i polot na wyżyny. Wiersze takie nikogo nie zubożą, ale też nikogo nie wzbogacą, a między objawami miejskiego życia przechodzą, mimo zawartej w nich pewnej dozy talentu, jak tysiące innych... bez śladu. Należą one do działu poezji, poświęconej smutkom „błahym, wiotkim, kruchym“.

135.

Fundusz wieczysty imienia J. I. Kraszewskiego. Redakcja Tygodnika Ilustrowanego zebrała drogą składek na fundusz powyższy, przeznaczony na zapomogi dla biednych uczniów szkół warszawskich, rs. 8,400.
Szanowny jubilat w liście nadesłanym objawił życzenie, by suma ta była pomieszczona w miejscu stałego jego zamieszkania.
Stosując się do tego życzenia redakcja Tygodnika Ilustrowanego przesłała całą sumę do Drezna, gdzie Kraszewski złożył ją jako depozyt w Banku Państwa. Procent od niej będzie pobierany przez samego jubilata, lub osobę przezeń upoważnioną, dwa razy na rok, tj. 1 kwietnia i 1 października, a następnie nadsyłany do Warszawy.
Rozdzielaniem tego procentu między uczniów potrzebujących wsparcia zajmować się będą: Ludwik Jenike, redaktor Tygodnika Ilustrowanego, Franciszek Kraszewski (syn), Roman Plenkiewicz, nauczyciel gimnazjalny, i Ludwik Spiess.
Jedna rata w ilości rs 112 kop 50 została użyta na opłatę wpisu za niezamożnych uczniów.


136.

Krasicki. Wyszły z druku nakładem B. M. Wolffa Bajki i Przypowieści Krasickiego z piętnastu kolorowemi drzeworytami B. Zaleskiego i K. Pillatego.
Jest to wydanie przeznaczone dla młodocianego wieku.
Kiedyż doczekamy się takiego wydania naszego księcia bajkopisarzy, w jakiem wyszły np. bajki Lafontena, do których ilustracje robił, jak wiadomo, G. Doré?
Odpowiedź łatwa! Wówczas, gdy pieniądze i dobre chęci jakiego bogatego księgarza połączą się z ołówkiem np. Andriollego.

137.

Powieść p. Maryi Szeligi pod tytułem: Bez opieki wyszła z druku i znajduje się w obiegu księgarskim.

138.

Uczniowie Szkoły Dramatycznej p. Derynga odegrali wczoraj z powodzeniem: Starego męża Korzeniowskiego.

139.

Słowik. Śliczny głos pani Kochańskiej w takie wprawia uniesienia słuchaczów, że podczas próby z Łucji z Lamermooru artystka zasypywana była ustawicznie oklaskami przez zebranych na scenie artystów i orkiestrę.
Wypadek ten dowodzi i wyższego nad wszelkie względy zamiłowania sztuki ze strony klaszczących, i tego także, że głos pani Kochańskiej jest istotnie wyjątkowem zjawiskiem.

140.

Maryja Derynżanka cieszy się bardzo sympatycznem przyjęciem i nadzwyczajnem powodzeniem na scenie czeskiej. Národni Listy rozpisują się z zapałem o wielkiem i wstrząsającem wrażeniu, jakie na słuchaczach sprawia mowa polska.
Język nasz rozlega się tam ze sceny po raz pierwszy.

141.

Zima w mieście „przerwała się z natężenia“, jak mówią ludzie. Mrozy ustały a powietrze od kilku dni jest prawie wiosenne, śnieg na ulicach sczerniał, zmiękł i prawdopodobnie wkrótce stopnieje. Stan taki rzeczy łagodzi poniekąd sprawę węglową, która w innych warunkach mogłaby wystąpić w sposób nader ostry.

142.

Uśmiechy losu. Lubartów wygrał na ostatniem ciągnieniu loterji główną wygranę w sumie rubli 75,000.
Jedną ćwiartkę wygrał brat obywatela z dóbr Brzezina-Bychawska, drugą wygrali trzej włościanie z Lisowa pod Lubartowem i szewc, trzecią dwaj urzędnicy, czwartą emeryt.
Ciekawiśmy, czy też szewc nie przestanie szyć butów, a włościanin chodzić za pługiem. Pieniądze jak wino, zawracają nieprzywykłe do nich głowy.
Tak stało się z pewnym włościaninem w Galicji, na którego gruncie znalazła się nagle nafta.
Ubogi jak mysz kościelna człeczyna znalazł się nagle w posiadaniu czterech tysięcy reńskich.
Zakupił więc dwa wozy: na jednym z nich jeździli muzykanci: skrzypkowie, basiści etc., na drugim wódka, całe zwoje kiełbas i bogacz...
Jeździli tak dopóty, dopóki bogacz nie umarł pod ławą karczemną.
Życia starczyło mu póty, póki i pieniędzy.
Pochowano go... kosztem gminy.

143.

Przedstawienia w Teatrzyku Dobroczynności zawieszone na czas trwania bazaru rozpoczną się na nowo w pierwszą niedzielę po świętach. Wystawione będą komedie: Stryj przyjechał, Zarzutka balowa (po raz pierwszy) i Moja gwiazda.

144.

Cel szlachetny. Kółko młodych pracowników na polu naukowem zamierza wystąpić z szeregiem odczytów na dochód gnębionych głodem Szlązaków.

145.

Bazar na rzecz ubogich, zostających pod opieką Towarzystwa Dobroczynności, rozpoczął już od wczoraj swoją działalność w salach redutowych.


146.

Biuro adresowe otwarte będzie w połowie stycznia rb.

147.

Dzieło Karasowskiego o Szopenie przełożone zostało przez Edwarda Hilla na język angielski pod tytułem: Frederic Chopin: His life, letters and works.

148.

Żywoty świętych Pańskich Starego i Nowego Testamentu z dzieła księdza Piotra Skargi, skrócone i zastosowane do użytku osób wszelkiego stanu i wieku przez Ap. C. — Tom drugi tego dzieła ukazał się w czasach ostatnich. Jakkolwiek nie tylko same Żywoty zostały „zastosowane do użytku osób wszelkiego stanu i wieku“, — ale i przepyszną polszczyznę Skargi zastosowano również do czasów dzisiejszych, jednakże odczytywanie tej książki może być wielce pożyteczne ze względu na jej język. Czytanie dobrych wzorów poczytujemy za jeden z najdzielniejszych środków przeciw psuciu się języka.

149.

Dobry pomysł. Do ostatniego numeru Zorzy dołączono staranną mapę Królestwa Polskiego. Pomysł ten pochwalamy w zupełności, tem bardziej, że w tymże numerze znajduje się początek artykułu, objaśniającego mapę.


150.

Komitet Towarzystwa Resursy Obywatelskiej, obrany na rok 1880, tak rozdzielił między siebie obowiązki: Karol Temler mianowany został dyrektorem; J. Rentel asesorem pierwszym; Franciszek Łapiński asesorem drugim; zarządcą gospodarstwem zewnętrznem Henryk Limprecht; gospodarstwem wewnętrznem J. Bauerfeind; zarządzającym zabawami W. Kijok; kasjerem Leopold Knoll; kontrolerem Stanisław Pfeiffer; sekretarzem pan Ludwik Norblin.

151.

Bal dobroczynny. Członkowie Resursy Kupieckiej zamierzyli wydać w dniu 3 stycznia bal, z którego dochód posłuży na zakupno drzewa dla ubogich. Wejście na salę ma kosztować rs 3, na galerję rs 4. Listę dam popierających zabawę i gospodyń wkrótce ogłosimy. Komitet ma nadzieję, że wybrana publiczność zważywszy na cel zabawy, nie pożałuje pieniędzy i nóg.

152.

Składnicy węgla i taksa. Wiadomem, że na sprzedaż węgla ustanowioną została taksa, ponad którą sprzedającym nie wolno cen podnosić.
Sprzedający obchodzą nową ustawę w rozmaity sposób.
Cena na korzec ustanowiona została rs 1 kop 10, za pud zaś kop 25.
Że zaś pudów idzie na korzec sześć, więc sprzedając na pudy, składnik bierze rzeczywiście za korzec nie rs 1 kop 10, ale rs 1 kop 50.
Niektórzy składnicy więc nie chcą sprzedawać na korce, ale tylko na pudy.
Inni, korzystając, że ustawa nie wspomina o tem, kto powinien ponosić koszta dowozu ze składu na miejsce, sprzedają na korce i według taksy, ale bez dostawy.
Są nakoniec i tacy, którzy żądają ceny wyższej niż przepisana.
Ci ostatni karani są na drodze administracyjnej, ponieważ jednak przysługuje im prawo odwołania się do drogi sądowej, zapytujemy prawników, w jaki sposób na rzecz tę należy się zapatrywać ze stanowiska sądowo-prawnego?

153.

Zarządy kolei warszawsko-wiedeńskiej i warszawsko-bydgoskiej obniżyły do połowy opłatę za bilety dla przyrodników i lekarzy udających się na zjazd do Petersburga. Osoby, mające prawo korzystać z cen zniżonych, opatrzone będą przez komitet zjazdu w odpowiednie uwierzytelnienia, na mocy których bilety powrotne otrzymają bezpłatnie.

154.

Braki. Brak nam oszczędności, ale brak i kas oszczędności.
W Warszawie jest jedna działająca bardzo dobrze, — ale zakres jej działania musi z natury rzeczy być szczupły, bo ogarnia ona tylko miasto, a raczej część jego leżącą w pobliżu. Ludność robotnicza, która nie ma czasu do stracenia, nie może ani chodzić zbyt daleko, ani poddawać się koniecznym wobec natłoku interesantów zwłokom.
Jeszcze szczuplejszy jest zakres działania kilku kas prowincjonalnych albo gminnych, czyli tak zwanych wkładowo-pożyczkowych.
Działalność tych ostatnich ogranicza się nawet tylko do drugiej połowy ich nazwy, tj. są raczej pożyczkowemi niż wkładowo-pożyczkowemi.
Tymczasem w Prusach, wedle artykułu Kuriera Warszawskiego, z którego wiadomość czerpiemy, istnieje 1,172 podobnych instytucyj, które nie tylko przyjmują oszczędność, ale przez rzetelne usługi, jakie oddają ogółowi, wdrażają oszczędność klasom pracującym.
Wniosek z tego: 1-mo że należy nam mieć więcej kas; 2-do że istnienie ich i szeroki zakres działania przyczyniłyby się do rozwoju oszczędności.

155.

W Ministerium Finansów opracowany został zarys nowej ustawy kasowej, który wkrótce oddany będzie do zatwierdzenia.

156.

Coraz więcej osób przybywa do Salonu artystycznego Ungra, przypatrywać się wystawionym tam nowościom.
Podziwiają je w dzień i do późna wieczorem przy jasnem świetle lamp elektrycznych. Szkice Gottlieba widziało już tysiące ludzi, obecnie przyciągają widzów dwa nazwiska:
Matejko i Czachórski.
Mistrz krakowski nadesłał mały obrazek, przedstawiający Grzymisławę z Bolesławem Wstydliwym uwięzioną na zamku w Sieciechowie.
Przedmiot to zaczerpnięty z posępnych kart dziejów naszych, bo z wieku XIII, czyli z wieku zawieruch, sporów między udziałowymi książętami, walk, podejść, zdrad, wojen domowych, gwałtownych nienawiści i nieokiełznanych żądz.
Po śmierci Leszka Białego o opiekę nad jego małoletnim synem spierało się dwóch książąt: Henryk Brodaty i złowrogi Konrad Mazowiecki.
Wdowa po Leszku, Grzymisława, przechyliła się na stronę Henryka, który uchodził za jednego z najsumienniejszych książąt. Był przy tem i bogaty i potężny, a w owych czasach kobiecie trzeba było się koniecznie schować za jakiś puklerz. Na opiekę książąt ruskich, z których rodu pochodziła, liczyć nie mogła, ci bowiem w większej jeszcze od Piastowiczów żyli zawierusze. Przecie Leszek Biały gromił ich, rozsądzał, godził, — od ojców tedy nie mogła spodziewać się opieki. Mówiąc nawiasem, historycy wiedzą tylko, że była córką Jarosława Wsiewołodowicza, ale nie wiedzą dobrze, którego: czy jednego z suzdalskich, czy z czernichowskich. Boguchwał poznański mówi tylko, że Lestco Albus accepit uxorem nobilem de Russia nomine Grzymislavam. Jeślić więc o rodzie niedobrze wiedziano, lub wiedząc nie wspominano, nawet nie musiał on wiele znaczyć. Trzeba było tedy wybrać opiekuna między Piastowiczami. Ku Henrykowi zwrócił się umysł Grzymisławy, ale Konrad, bliższy krwią, opieki sobie wydrzeć nie dawał. Zaczęły się wojny, napady, podejścia, a gdy dwie żelazne ręce rozrywały między siebie małoletnie i słabe chłopie, Bolesława, — była obawa, by go nie rozerwały jak wilcy łup ponętny. Wreszcie chytry Konrad wziął górę. Schwytany Henryk wykupił się z więzienia układem. Z Grzymisławą ułożył Konrad iniquum colloquium, — i gotował zdradę. Wezwaną na zjazd księżnę pochwycił wraz z synem Konrad. Nieszczęsną księżniczkę ograbiono, bito rózgami, a w końcu zamknięto w Czersku. Z Czerska przeniesiono ją do Sieciechowa. Wtedy to dybał straszliwy Konrad na Bolesława życie, w razie bowiem śmierci Wstydliwego był najbliższym dziedzicem krakowskiego stolca. Straszne chwile przebyła Grzymisława. Jako orlica nad orlęciem czuwała nad Bolesławem, nadstawiając Konradowi kobiecą pierś bezbronną. On odwiedzał ich w więzieniu. Kusił obietnicami, groził, zdradzał. Jedną taką chwilę wybrał Matejko za przedmiot do obrazu. Pod niskiem sklepieniem więziennem odegrywa się tragedia. Czerwono ubrany Konrad, z demonicznym wyrazem twarzy, patrzy na książęce pachole, a Grzymisława osłania je ręką i cofa i sama się naprzód wysuwa, jakby chciała w własną pierś przyjąć te ciosy, które Konrad Bolesławowi gotuje. Łuki przez pół gotyckie sklepień, posępna walka ciemności ze światłem, krwawe odbłyski na szatach Konradowych, przerażona, blada twarz księżnej, — wszystko to dodaje grozy zajściu. Poza księciem sługa jakiś, ksiądz, czy strażnik więzienia daje tajemne znaki księżnej. Jest to szekspirowska scena z średniowiecznego dramatu, traktowana z siłą i realizmem Szekspira. Fioletowe cienie, właściwe Matejce, które często są wadą lub środkiem tylko do wydobycia oddaleń, tu zwiększają jeszcze żałobny nastrój obrazu. Szekspir, jego Król Jan lub Ryszardy, mimo woli nasuwają się na myśl. W takich cieniach więziennych, w takich mrocznych gotykach, wybuchała średniowieczna namiętność i rodziła średniowieczną zbrodnię. Rzecz odczuta i wykonana pysznie, choć w rzutach tylko. W tem poczuciu jest jakaś synteza czasów owego okresu, jakiś odgadnięty duch wieku, — który mówi prawdą i rzeczywistością.
Wartość obrazu podnoszą jeszcze te cechy, właściwe tylko Matejce, które tworzą jakby jego styl odrębny, i po których za pierwszym rzutem oka poznać go można między wszystkimi malarzami na świecie, — te ungues leonis, stanowiące jakby pieczęć artystyczną mistrza. On nie służy żadnej szkole, nie hołduje żadnym kierunkom, nie ma poprzedników, tworzy swą własną szkołę, swoje własne malarstwo i w wielkiem płótnie czy w małem, jest zawsze samym sobą, — jest zawsze Matejką.
Czachórskiego Hamlet przenosi już nas wprost, nie przez porównanie, w świat szekspirowski. Obraz, jak to już wzmiankowaliśmy kilka dni temu, przedstawia Hamleta z aktorami. Jeden z nich deklamuje scenę zamordowania Pryjama, a w księciu duńskim budzi się głos obowiązku wołający o pomstę za ojca, głos sumienia, wyrzucający mu, że nie znajduje siły do zemsty, rozpacz i zwątpienie. Artysta miał za zadanie pogodzić w twarzy Hamleta tę rozterkę wewnętrzną z wsłuchaniem się w głos aktora, który te myśli budzi. Chwila to pod względem psychicznym do oddania niezmiernie trudna, bo nader złożona z czynników myślowych, dlatego przygodniejsza do opisu, niż do malowania. Jest to po prostu idea czysto literacka, ilekroć zaś malarz na taką ideę się porywa, napotyka nieprzezwyciężone trudności. Proszę zważyć, że wszystkie myśli, które pisarz opisuje słowem, malarz musi uwydatnić w wyrazie twarzy. Co za różnica środków! Dlatego i Czachórski nie przezwyciężył trudności. Twarz Hamleta, jego przerażone, a zarazem zamyślone oczy, zaciśnięte wargi, nie przemawiają tak wstrząsająco i wymownie, jakby przemówiły usta. Inaczej być nie może i piszemy to dla przestrogi artystów. Przy tem, niech jak chcą krytykują komentarze Gervinusa, — Gervinus miał słuszność mówiąc, że Hamlet nie był człowiekiem czynu. Dwie są kategorie ludzi. Jednych wrażenia pobudzają do postanowień, które natychmiast tryskają czynem na zewnątrz, w drugich zmieniają się w rozmyślanie nurtujące wewnątrz. Hamlet należał do tego drugiego gatunku. Gatunek ten musi także mieć swoje cechy wewnętrzne, sobie właściwy wyraz twarzy. Wszakże, spojrzawszy na twarz ludzką, mówimy w tej chwili: to głowa energiczna, lub nie. Stąd wypłynęły owe rozprawy i twierdzenia, że Hamlet musiał być jasnowłosym młodzieńcem o niebieskich zamyślonych oczach i miękkich rysach twarzy. Otóż jeśli rachowali się z rysami i zabarwieniem włosów Hamleta nawet krytycy-psychologowie, tem bardziej powinien się rachować malarz, dla którego jedynym sposobem malowania duszy i jej usposobień jest malowanie twarzy. On ma przez nią wszystko powiedzieć, wszystko wyrazić, — bo potęgi słów mu braknie. Cóż uczynił w tym względzie Czachórski? Jego Hamlet jest blondynem, ma błękitne zamyślone oczy, ale ta lwia szczęka dolna, długa i ostro zarysowana, te wąskie wargi, suche, a energiczne, znamionują niewątpliwie rwącą pochopność do czynu. To raczej młode książątko, gotowe każdej chwili chwycić za klingę, to człowiek prędkich słów, a prędszej jeszcze ręki, — to raczej Laertes niż Hamlet. Takie wrażenie czyni ta postać na obrazie Czachórskiego, zresztą szlachetna w rysunku, na wskróś książęca i poetyczna. Wszakże śliczny to obraz, w którym wytrawność artystyczna i dobry smak połączyły się z najrzetelniejszym i prawdziwie poetyckim talentem. Pracę tam widać sumienną i długą, — ale i ów dar wyjątkowy, jako promień oświecający głowy wybrańców, ów polot, który flat ubi vult, nie wiadomo skąd się bierze, a w ślicznych dziełach się objawia, którego ani kupić, ani wymodlić, ani pracą nabyć nie można!
Inne postacie, jako też przydatki rzeczowe obrazu, mają wady niektóre, ale i mnóstwo pierwszorzędnych przymiotów. Polonius, lubo trochę gminny, jest wyborny; aktorowie uderzają charakterem. I tu także wiele odczuto i przejęto się do głębi zadaniem. Koloryt jest szlachetny, oddalenie ustosunkowane wybornie, powietrza pełno.
Szkoda, że pisać o tem obszerniej nie ma miejsca. Może i to, co jest, jest zbyt obszerne, ale one dwa obrazy są przecie nie lada jakiemi zjawiskami w zakresie sztuki narodowej, a wszelkie takie zjawiska skwapliwie zawsze zapisujemy. Musagetes.

157.

Szkoła Dramatyczna pana Derynga otrzymała podobno pozwolenie dawania codziennych przedstawień. Mówią również, iż p. Deryng upoważniony został przez odpowiednią władzę do udania się do Lublina, gdzie szkoła jego powtórzyłaby sztuki grane w Warszawie.

158.

Zmiany w bazarze. Zaszły następujące zmiany w liście dam biorących udział w bazarze.
Hr. Hortensja Małachowska zamiast w sklepie Nr 6 siedzi w sklepie Nr 8, wraz z panią Katarzyną Niemojowską. P. Ciechanowiecka z powodu słabości zdrowia nie wzięła udziału w bazarze.
Przecięciowo dziennie wpływa w każdym sklepie po rs 150.
Zewnętrznie bazar przedstawia się nader świeżo i okazale, tak pod względem ubrania namiotów, jak i ułożenia wystaw towarowych.


159.

Rada Uniwersytetu Warszawskiego dozwoliła studentom wypożyczać książki znajdujące się w Bibliotece Głównej. Dotychczas studenci możności tej nie mieli.

160.

Uważni czytelnicy gazet. O Lindleyu i jego projekcie kanalizacji Warszawy piszą już nasze dzienniki prawie codziennie od dwóch lat, dlatego sądziliśmy, że nie ma między umiejącymi czytać człowieka, który by nie wiedział, kto jest Lindley. Tymczasem wczoraj słyszeliśmy następującą rozmowę:
— Lindley przyjeżdża; zdaje się, że teraz sprawa szybko pójdzie — mówi pewien pan do swego towarzysza.
— I w porę przyjeżdża — dodaje drugi.
Przy tymże samym stoliku siedziało dwóch przyzwoicie wyglądających, dobrej tuszy, ichmościów, którzy słuchali uważnie rozmowy. Nagle jeden z nich zwraca się do mówiących i pyta:
— Przepraszam pana, że przerywam — czy to cyrk Lindleya przyjeżdża?
Myśliciele owi widocznie pogardzili tak lekką strawą umysłową, jakiej dostarczają dzienniki.

161.

Andriolli kończy przepyszny karton, przedstawiający Modrzejewską w roli Juliety. Podobizna ta będzie zamieszczona w Salonie Ungra, a poprzednio jeszcze, lubo na bardzo krótko, w bazarze.


162.

Wczoraj w sklepie bazarowym Ungra umieszczono szkice i akwarele Jana Matejki.

163.

Bazar ściąga mnóstwo gości, a naokół sklepów, w których zasiadają piękne sprzedające, uwija się fine fleur młodzieży warszawskiej.
Największy wpływ okazał się dotychczas w namiocie, w którym zasiada pani Modrzejewska.
Wynosi on przeszło rs 300.

164.

Władysław Anczyc, autor Emigracji chłopskiej, bawi obecnie w Warszawie.

165.

Niektóre utwory p. Walerii Marrené mają być przełożone, jak donosi Kurier Codzienny, na język włoski.

166.

Wydawnictwa gwiazdkowe dla młodzieży i dzieci mnożą się z każdym dniem.

167.

Choinki. Mnóstwo drzewek pojawiło się już na targach i ulicach, a szczególniej za Żelazną Bramą, która w obecnej chwili wygląda jak jeden lasek sosnowy.


168.

W gazetach petersburskich podana jest wiadomość, że nauczyciele prywatni, bez względu na ich świadectwa naukowe, to jest choćby byli kandydatami, magistrami, lub doktorami uniwersytetów, poddani zostaną egzaminom w gimnazjach, polegającym na tak zwanych próbnych lekcjach.

169.

Na mocy okólnika ministra oświecenia, zamieszczonego w Prawitelstwiennym Wiestniku, w szkołach elementarnych mają być używane takie tylko książki i podręczniki naukowe, które zalecone są przez Ministerium Oświecenia lub przez Zarząd duchowny wyznania prawosławnego, a zamieszczone w katalogach drukowanych w Ministerium Oświecenia.
Wszelkie inne książki nabywane dla szkół lub ofiarowane przez osoby prywatne, mają być przedstawiane władzy, która w takim tylko wypadku odeśle je z powrotem, jeśli uzna je za odpowiednie i nieszkodliwe.
Władzą, która ma rzecz rozstrzygać, są naczelnicy dyrekcyj naukowych i inspektor szkół miasta Warszawy.

170.

Węgiel. W dniu 18 bieżącego miesiąca przybyło do Warszawy 105 wagonów węgla: dla drogi warszawsko-wiedeńskiej 14; dla dróg warszawskich na prawym brzegu Wisły 45 wagonów.
W ogóle 164 wagonów.

171.

Premium. Jako czwarte premium rozesłał Tygodnik Powszechny przedpłacicielom swym drzeworyt z obrazu Matejki: Jan III przed wyprawą wiedeńską.
Obraz przedstawia króla składającego przysięgę przed ołtarzem Bogarodzicy, iż krew i życie poświęci za wiarę.

172.

Słynna śpiewaczka p. Kochańska, nie otrzymawszy przedłużenia urlopu, wyjechała do Drezna.
Pani Kochańska ma przybyć do Warszawy, jak tylko umowy, wiążące ją z teatrem drezdeńskim i londyńskim Covent Garden, pozwolą jej rozporządzać swym czasem.
Wiadomość kończymy życzeniem, by to nastąpiło jak najprędzej.

173.

Włosi. Kolorowe afisze oznajmiają nam rychłe przybycie opery włoskiej.
Cały skład opery, z wyjątkiem p. Pavaniego, uważać dotąd musimy za zbiór pięknych nieznajomych.


174.

Podarki dla ubogich. W ochronie parafii ewangelicko-augsburskiej opiekunki rozdały dary 200 ubogim, składające się z cukru, herbaty, obuwia i odzieży.

175.

Dziennikarze i artyści warszawscy. Od kilku dni krąży po pismach naszych wiadomość, że dziennikarze i artyści warszawscy mają zamiar wydać jeden numer ilustrowanego pisma na dochód Szlązaków.
Pismo to ma być ułożone na wzór owego, które wydano w Paryżu na rzecz dotkniętych powodzią mieszkańców Murcji.
Z naszej strony musimy upewnić czytelników, że pismo owo jest dotychczas projektem, nie stałem postanowieniem. Czy projekt ten jest praktyczny — wątpimy. Warszawa nie jest Paryżem, a liczba tych, którzy czytają po polsku, nie dorównywa liczbie czytających po francusku. Zresztą rzecz by nie dała się przeprowadzić w krótkim czasie, a dla Szląska potrzebną jest pomoc jak najdoraźniejsza, głód tam bowiem i tyfus plamisty zastraszające czynią postępy.

176.

Głód na Szląsku. Ministerium pruskie Robót Publicznych wydało rozporządzenie, by linie kolei żelaznych rządowych i prywatnych wszelkie przesyłki rzeczy i zapasów żywności przewoziły bezpłatnie. Tylko transporta ziemniaków mają opłacać połowę taryfy. Bieda na Szląsku zwiększa się przerażająco. W dwóch tylko gminach niższego i wyższego Rydułtowa (powiat rybnicki) znajduje się 366 osób, które aż do żniw roku przyszłego muszą być utrzymywane z miłosierdzia publicznego, albowiem zupełnie nie mają z czego żyć. Raporta rządowe potwierdzają ten stan okropny. Zbywa im tam nie tylko na żywności, ale cierpią zarówno na brak jakiegokolwiek odzienia, co wobec ostrej zimy tegorocznej jest strasznem. Małe dzieci chodzą do szkoły podczas mrozów w łachmanach. Wychodzą rano bez śniadania, wróciwszy nie dostają obiadu ani wieczerzy, częstokroć po całych dniach nie mają nic ciepłego w ustach. Tyfus plamisty pojawia się coraz częściej; najcięższym jest zaś los komorników, którzy prócz chat nie posiadają wcale ziemi, a w chatach umierają literalnie z nędzy.
Wspominamy o tem jeszcze raz obszernie dlatego, by upewnić tych wszystkich, którzy na nasze ręce nadsyłali i nadsyłają dotychczas hojne ofiary, że przychodzą w pomoc istotnej potrzebie, że pieniądze ich ratują dzieci, starców i kobiety, słowem, setki współbraci od głodowej śmierci, — że więc datki są obywatelską zasługą, a dla nas dowodem, że do pewnych uczuć naszych czytelników nigdy nie odwołujemy się na próżno. Między ofiarodawcami z rozrzewnieniem spotykaliśmy wszystkie stany i wszelkie prowincje, począwszy od naszych robotników, aż do chłopów zpod Białocerkwi. Do tysiąca ośmiuset rubli już odesłaliśmy za pośrednictwem pruskiego konsulatu do komitetu Miarki. Odsyłamy nową sumę, ze względu bowiem na konieczność pośpiechu staramy się posyłać, co nam dają, choćby w najmniejszych ilościach, byle jak najczęściej.
Tymczasem w imie nędzarzy i cierpień ich, w imie miłosierdzia i braterstwa, dziękujemy tym wszystkim, którzy nie okazali się głuchymi na nasz głos wzywający o ratunek.

177.

Odczyty na Szlązaków. W odczytach, z których dochód ma być przeznaczony dla Szlązaków, mają wziąć udział: pani Marrenowa (Morzkowska), pan Julian Święcicki, znany ze studiów nad literaturą hiszpańską, pan Gracjan Chmielowski i Wacław Holewiński.
Jedno z pism (Kurier Codzienny) doniosło nawet, że z odczytem na rzecz Szlązaków ma wystąpić Pani Modrzejewska.

178.

Tygodnik Ilustrowany i „Macierz“. W sobotnim numerze Tygodnika znajdujemy niektóre szczegóły, tyczące Macierzy. Szczegóły owe są wyjęte z ustawy opracowanej przez Kraszewskiego.
Dowiadujemy się z nich, że Macierz w części tylko ma być podobną do takichże instytucyj czeskich, w ogóle zaś będzie zastosowaną w najobszerniejszem znaczeniu słowa do potrzeb narodowych. Siedliskiem jej ma być Lwów, piecza zaś nad nią powierzoną zostanie Wydziałowi Krajowemu. Funduszami zawiadować będzie rada złożona z sześciu wybieralnych członków, Kraszewski zaś jako przewodniczący będzie miał dożywotnio głos siódmy, stanowczy. Fundusz zakładowy ma być nietykalny, a książki mogą być wydawane tylko za odsetki, po cenie kosztu, z doliczeniem procentu nie przewyższającego 10%. Dochód ze sprzedaży ma być użyty w połowie na powiększenie funduszu żelaznego, w połowie na dalsze wydawnictwa. Statut nie może być zmieniany w ciągu pierwszych lat dziesięciu. W wydawnictwach książek dla ludu winny być uwzględniane różne prowincje kraju; niektóre książki mają mieć na celu oświatę Żydów polskich i rozpowszechnienie między nimi uczuć obywatelskich. Rada pracować będzie bezpłatnie, koszt zaś administracji ma nie przenosić piątej części dochodu.
Takie są mniej więcej główne punkta ustawy podane w ogólnym zarysie. Przed uzyskaniem upoważnienia rządowego i przed obleczeniem szczegółów w formę prawną, czcigodny autor poddaje ustawę pod roztrząsanie ogółu i prosi najusilniej tych wszystkich, którym Macierz przedsiewzięciem ważnem i obywatelskiem się wydaje, by swoje uwagi, zapatrywania się i sądy o ustawie nadsyłali mu albo za pośrednictwem Tygodnika Ilustrowanego, albo wprost do Drezna (Nordstrasse 21).
W powyższym zarysie wysokość składek, jakie członkowie mają wnosić, ani prawa, z jakich mają korzystać, nie są jeszcze oznaczone.
Tygodnik Ilustrowany wzywa ze swej strony wszystkich uzdolnionych o wynalezienie odpowiedniejszego wyrazu niż Macierz, ten bowiem wyraz nie maluje tego, co Czesi swojem „Matice“ oznaczają.

179.

Bazar się skończył; ostatnie dni były niezmiernie ożywione. Dochody przenoszą znacznie dochód z lat ostatnich.

180.

Obawy głodu. Krążą coraz częściej niepokojące wieści, iż głód zagraża niektórym miejscowościom w Królestwie. W Galicji na Podgórzu klęska urzędownie nawet jest potwierdzona, — jednakże i u nas, i w Galicji nie może ona przybrać wymiarów takich, jak na Szląsku.

181.

W zbiorze powiastek dla dzieci, wydanych przez pana Nowickiego pt. Szlachetna zabawa, wystąpiły z wyjątkiem Kraszewskiego same kobiety, mianowicie: pp. Ilnicka, Zaleska, Jaskółka, Stattlerowa, Zielińska, Izdebska, Marrenowa i Łubowa.

182.

Przerwane druty. Tyle szronu osiadło na drutach różnych linii telegraficznych, że wiele drutów popękało i komunikacja jest przerwana w kilkunastu na raz miejscach. Naprawę przedsiewzięto.


183.

Nowe pismo. Doszła nas wiadomość, iż pewne grono ma zamiar wydawać w Warszawie specjalne pismo, poświęcone sprawom kolei żelaznych, z uwzględnieniem stosunków dróg żelaznych do obowiązującego prawa, kwestyj taryf, wzajemnych stosunków dróg żelaznych krajowych i zagranicznych etc.

184.

Dziennik Warszawski przechodzi pod redakcję ks. Golicyna. Ma wychodzić z wyjęciem od cenzury ogólnej.

185.

W Łomży zebrano za pośrednictwem pań tamtejszych rs 400 na cierpiących głód Szlązaków.

186.

Przedstawienie. Osoby biorące udział w przedstawieniach w Teatrzyku Dobroczynności, zamierzają dać szereg przedstawień na korzyść dotkniętych głodem Szlązaków. Myśl godna pochwały, tem zaś okaże się zbawienniejszą, im prędzej zostanie wykonaną.

187.

Skład opery włoskiej. Nazwiska osób wchodzących do składu opery włoskiej, która ma przybyć do Warszawy, są następujące:
Sopran dramatyczny: Eugenia Papenheim, sopran liryczny: Maryja Guerrieri, kontralto: Eloisa Tossi; tenor dramatyczny: Carlo Carpi, liryczny: Pavani, baryton: Eugenio Aleni, basy: Ludwik Jourdan i Egisto Gallezi.
Wszystkie te nazwiska, z wyjątkiem Pavaniego, są nieznane i nowe.
Opery przedstawione będą następujące:
Żydówka, Norma, Robert, Lohengrin, Aida, Traviata, Linda, Trubadur, Rigoletto, Łucja i Bal maskowy.
Wszystkie te opery są znane i stare.

188.

Panna Derynżanka cieszy się nadzwyczajnem powodzeniem na scenie czeskiej. Wszystkie jej wystąpienia przyjmowane były z uniesieniem przez publiczność i dziennikarstwo.

189.

Dochód tegoroczny ze sprzedaży na bazarze przewyższa podobno sumę rs 7,000.

190.

Bilety na bal, który wydaje komitet Resursy Kupieckiej w dniu 30 stycznia, są do nabycia u gospodyń i u sekretarza Resursy. U sekretarza od 26 grudnia codziennie od 3 do 8 wieczorem, a w dniu 3 stycznia aż do rozpoczęcia się balu.
Cena wejścia na salę rs 3, na galerją 4.


191.

Kraszewski ofiarował sto tomów swoich powieści bibliotece górniczej w Wieliczce.

192.

Pan Gracjan Unger zamierza wydać olbrzymią reprodukcję Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki.
Odbitka ta ma być sprzedawana prenumeratorom Tygodnika Ilustrowanego po zniżonej cenie jako premium.

193.

Piękny karton Andriollego przedstawiający Modrzejewską w roli Julietty został już zawieszony w Salonie Ungra.

194.

Ogrzewalnie. Kilkakrotnie i niedawno podnosiliśmy w piśmie naszem potrzebę urządzenia sal, do których chronić by się mogli ci biedacy, którzy po noclegu przepędzonym w cyrkule dzień spędzają na ulicy, bez ubrania i na mrozie.
Mówiliśmy, że w Paryżu urządzono dla takich biedaków ogrzewalnie, i wzywaliśmy ludzi chętnych, by przyłożyli ręki do założenia podobnych przytułków W Warszawie.
Milczenie, jakiem odpowiedziano na nasze uwagi — zdziwiło nas, dotknęliśmy bowiem istotnej potrzeby i istotnej rany. Ale obojętność ta była pozorną. Dowiadujemy się, że komitet sanitarny, kończąc swą pożyteczną działalność, podjął tę myśl na ostatniem swem posiedzeniu i zaofiarował się dostarczyć Towarzystwu Dobroczynności funduszów potrzebnych do urządzenia czasowych przytułków. Pożyteczny ten projekt zyskał już i poparcie urzędowe w osobie pana prezydenta. Ponieważ jednak Warszawa nie posiada obecnie żadnych takich domów, w których by można urządzić ogrzewalnie, przeto p. prezydent udał się do warszawskiego gubernatora jeneralnego z prośbą o przeznaczenie na ogrzewalnie niektórych domów skarbowych.
Proponowane są na ten cel zabudowania poklasztorne bernardyńskie, gmach dawny pocztowy, dom przy ulicy Rymarskiej zajęty przez Gimnazjum żeńskie.
Skoro odpowiedź na podanie nastąpi, przytułki za współdziałaniem pana prezydenta i członków komitetu sanitarnego natychmiast zostaną urządzone.
Będą one dawały przytułek biednym i we dnie i w nocy.
Myśl tę popieramy jak najgoręcej, nie dlatego, żeśmy pierwsi ją podnosili, ale dlatego, że czyni ona zadość prawdziwej potrzebie i przynosi ulgę prawdziwej, rozdzierającej serce nędzy.

195.

Czasowe szpitale. Jedno dobre postanowienie rodzi drugie. Współcześnie z zamiarem urządzenia ogrzewalni oberpolicmajster warszawski podniósł myśl założenia czasowego szpitala.
Niezawodnem jest, że wobec przepełnienia szpitali warszawskich wielka liczba chorych, potrzebująca natychmiastowej pomocy, nie znajduje ani pomocy, ani pomieszczenia. Nieraz policja podnosi na ulicy chorych niebezpiecznie i wozi ich od szpitala do szpitala, próżno szukając gdzie wolnego łóżka. Szpital czasowy ma zaradzić tej niedogodności i płynącym z niej niebezpieczeństwom. Rada Dobroczynności, do której udał się p. oberpolicmajster, zawiadomiła natychmiast o zamiarze Zarząd miejski, wskazując, że szpital urządzić można w głównej części pałacu Brylowskiego, zarazem prosząc o wyznaczenie rs 6,000 na utrzymanie zakładu.
Odpowiedź Zarządu jeszcze jest niewiadomą, prawdopodobnie jednak, ze względu na ważność sprawy, będzie pomyślną.

196.

Próby. Onegdaj rozpoczęły się próby pamięciowe z Antoniusza i Kleopatry. Sztuka ta będzie przedstawiona w połowie przyszłego miesiąca. Cztery jej kolejne przedstawienia zakończy pierwszych 20 występów pani Modrzejewskiej.

197.

Pani Modrzejewska. Dyrekcja Teatrów warszawskich zawarła ze znakomitą artystką układ o nowych 10 przedstawień. Ostatnie z nich będzie jednocześnie benefisem artystki.


198.

Zapomogi. Nowosti dowiadują się, że na rok przyszły teatra rządowe w Warszawie mają otrzymać rs 60,000 zapomogi, Instytut zaś Muzyczny rs 7,600.

199.

Siła jako ruch, studium z filozofii i fizyki, dr J. Ochorowicza, ukończone w Ateneum, ma wyjść w przekładzie rosyjskim przez Szczepańskiego, profesora mechaniki w Saratowie.

200.

Firma Orgelbrandów wydała świeżo tom dodatkowy do obydwóch encyklopedyj, poprzednio nakładem tejże firmy wydanych, tj. do Encyklopedii powszechnej i późniejszej Skróconej.
Tom dodatkowy obejmuje stronic 250. Dopełnienie doprowadzone jest do połowy roku 1879.

201.

Uczniowie pana Derynga odegrają we czwartek w teatrzyku Granzowa dwie komedyjki, mianowicie Nowy Rok Jasińskiego i obrazek Ordona pt. Na strażnicy.

202.

Skrzypek warszawski Barcewicz miał wielkie powodzenie w Moskwie. Krytyka miejscowa wyraża się o nim z wielkiemi pochwałami, idąc w tem zresztą za warszawską. Barcewicz brał udział w koncercie symfonicznym d. 13 bm.


203.

Portret. Przybył do Warszawy piękny portret Modrzejewskiej, malowany przez p. Tadeusza Ajdukiewicza.

204.

W sprawie Szlązaków. Załączając najserdeczniejsze podziękowanie wszystkim tym, którzy zsypali za naszem pośrednictwem hojne na Szlązaków ofiary, oświadczamy, że i nadal pośredniczymy w przyjmowaniu darów dla naszych zgłodniałych współbraci. Rachunek z ofiar podawać będziemy jak dotąd.

205.

Kłopot. Do zarządu pocztowego nie nadszedł jeszcze urzędowy cennik, wedle którego jedynie główne kantory pocztowe mogą przyjmować prenumeratę na gazety zagraniczne. Kłopot stąd niemały, bo termin opłaconej dotąd prenumeraty kończy się za dwa dni, nikt zaś nie może przesłać opłaty na kwartał przyszły. Skutkiem tej zwłoki, pomyłki czy też zaniedbania nie tylko prywatne, ale i zakłady publiczne, jak np. cukiernie, czytelnie etc., będą pozbawione gazet zagranicznych. Interesowani proszą zarząd o odniesienie się drogą telegraficzną do właściwej władzy o najrychlejsze nadesłanie cennika. Jest to też jedyny sposób wyjścia z kłopotu i przyśpieszenia sprawy.

206.

Towarzystwo Opieki nad Dziećmi. W kołach urzędowych, jak donosi Kurier Warszawski, wkrótce roztrząsany będzie projekt Towarzystwa Opieki nad Dziećmi, wypracowany przez Towarzystwo Pedagogiczne. Celem mającej powstać instytucji będzie: 1-mo baczenie na wychowanie moralne i fizyczne dzieci; 2-do opieka nad sierotami i dziećmi porzuconemi przez rodziców; 3-tio obrona dzieci przed znęcaniem się.
Potrzebę takiego stowarzyszenia uznano wszędzie.
W ciele prawodawczem francuskiem podano niedawno do potwierdzenia prawo, na mocy którego prawa rodzicielskie mogą być odjęte osobom, które uznane zostały za wspólników występku swych dzieci, które je porzuciły lub nareszcie które przekonane zostały o występki i zbrodnie. W takich wypadkach los dzieci bierze w swe ręce ogół, działający przez Towarzystwo Opieki.
U nas, również jak i wszędzie na świecie, los dzieci rodziców występnych, oddających się żebraninie i pijaństwu, jest nie tylko opłakanym, ale prowadzi za sobą wczesne obznajmienie się maleńkich istot ze zbrodnią, prędsze lub późniejsze uczestnictwo w niej, i zupełny upadek moralny. Wobec takiego stanu rzeczy setki istot, które w przyszłości mogłyby być pożytecznymi obywatelami kraju, wychowuje się w szkole występku i nędzy, na przyszłych zbrodniarzy. Zamknąć szkołę zbrodni, postawić na jej miejscu inną, uczącą pracy i uczciwości, jest obowiązkiem społeczeństwa, dlatego sądzimy, że gdy po przejściu urzędowego czasu Towarzystwo przejdzie w dziedzinę rzeczywistości, znajdzie w szerokich kołach publicznych poparcie moralne i materialne.


207.

Na pomieszczenie szpitala czasowego, o którym pisaliśmy kilka dni temu, proponowany jest ostatecznie pałac Brühlowski, koszta zaś utrzymania szpitala przez trzy miesiące obliczono na rs 6,000.

208.

Przyszła wystawa. W Warszawie zawiązał się pod przewodnictwem gubernatora Medema, a za pozwoleniem jenerał-gubernatora, komitet, mający za zadanie pośredniczyć i dostarczać potrzebnych wiadomości tym, którzy zechcą wziąć udział w wystawie przemysłowej, mającej się odbyć w Moskwie w roku 1881.

209.

Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami uchwaliło projekt założenia szpitala dla chorych zwierząt w okolicach Banku Polskiego. Zakłady podobne istnieją we wszystkich znaczniejszych miastach europejskich, u nas zaś brak takowych dotkliwie czuć się dawał. Bliższe opracowanie projektu powierzono jednemu z lekarzy weterynarii, fundusze zaś do założenia kliniki potrzebne wpłyną z dobrowolnych wkładów osób prywatnych i członków Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

210.

Na wystawę Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych przybył obraz Pileckiego przedstawiający przebudzenie się Goplany ze snu zimowego.


211.

Henryk Jarecki, b. członek orkiestry Teatrów warszawskich, obdarzony podwójną nagrodą na konkursie muzycznym w r. 1871, wykończył pięcioaktową operę Mindowe. Libretto zostało przerobione ze znanego dramatu Juliusza Słowackiego.

212.

Stanisław Witkiewicz, artysta malarz, pracuje obecnie nad obrazem na temat: „Skróć cugle! Broń do ataku!“, przedstawiającym atak ułanów na nieprzyjacielskie baterie. Inny większy obraz tegoż artysty pt.: Pożegnanie pułku został już wykończony. Jest on własnością prywatną.

213.

Znany artysta malarz Jan Owidzki wykończył krajobraz przedstawiający karczmę w lesie brzozowym, w oświetleniu wieczornem. Obraz ten ukaże się wkrótce na wystawie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych.

214.

Do ostatniego numeru Tygodnika Powszechnego dołączony został wielki drzeworyt pt.: Niewiniątko. Jest to kopia z obrazu jednego z zagranicznych malarzy.

215.

Towarzystwo Wkładowo-Pożyczkowe zawiązane w Onikście, miasteczku litewskiem, położonem w guberni kowieńskiej, zyskało zatwierdzenie ministerium.






NOTATKA BIBLIOGRAFICZNA

Artykuły, ogłoszone tu pod zbiorowym tytułem Wiadomości bieżące, rozbiory i wrażenia literacko-artystyczne ukazały się w Gazecie Polskiej (Warszawa) w roku 1879, a mianowicie: 1—6 = nr. 260, 19. XI. — 7—11 = nr. 261, 20. XI. — 12—16 = nr. 262, 21. XI. — 17—20 = nr. 263, 22. XI. — 21—27 = nr. 264, 24. XI. — 28—33 = nr. 265, 25. XI. — 34—40 = nr, 266, 27. XI. — 41—48 = nr. 267, 28. XI. — 49—54 = nr. 268, 29. XI. — 55 = nr. 269, 1. XII. — 56—60 = nr. 270, 2. XII. — 61—66 = nr. 271, 3. XII. — 67—72 = nr. 272, 4. XII. — 73—76 = nr. 273, 5. XII. — 77 = nr. 274, 6. XII. — 78—80 = nr. 275, 9. XII. — 81—86 = nr. 276, 10. XII. — 87—93 = nr. 277, 11. XII. — 94—100 = nr. 278, 12. XII. — 101—103 = nr. 279, 13. XII. — 104—106 = nr. 280, 15. XII. — 107—121 = nr. 281, 16. XII. — 122—126 = nr. 282, 17. XII. — 127—142 = nr. 283, 18. XII. — 143—155 = 284, 19. XII. — 156—170 = nr. 285, 20. XII. — 171—185 = nr. 287, 23. XII. — 186—195 = nr. 288, 24. XII. — 196—209 = nr. 291, 30. XII. — 210—215 = nr. 292, 31. XII.
Wszystkie sygnowane są znakiem paragrafu (§), ponadto artykuł 86 podpisany jest inicjałami H. S., artykuły zaś 127 i 156 pseudonimem: Musagetes.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie .