Na jedną kartę/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Na jedną kartę
Pochodzenie Pisma Tom V
Data wydania 1883
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



NA JEDNĄ KARTĘ.





OSOBY:

Książę Starogrodzki.
Stella, jego córka.
Jerzy Pretwic, narzeczony Stelli.
Karol hrabia Drahomir, przyjaciel Pretwica.
Hrabina Miliszewska.
Jan hrabia Miliszewski.
Antoni Żuk, sekretarz rady powiatowéj.
Doktor Józwowicz.
Pani Czeska.
Podczaski.
Służący.





AKT PIERWSZY.

Scena przedstawia salon z głównemi drzwiami na ogród. W bocznych ścianach drzwi do przyległych pokoi.
SCENA I.
Księżniczka Stella. — Pani Czeska.
Czeska.

Czemuż mi to mówisz dopiéro teraz? Doprawdy, moja Steluniu, że mam ochotę gniewać się na ciebie. Jakto? mieszkam o wiorstę drogi, byłam twoją nauczycielką, zanim cię oddali w ręce francuzek i angielek, widuję cię prawie codzień, kocham moje maleństwo z całéj duszy i przez całe tygodnie nie zdobyłaś się na powiedzenie mi: jestem narzeczoną. Nie męcz mnie przynajmniéj teraz dłużej i mów kto on jest?

Stella.

Zgadnij mateczko!

Czeska.

Skoro mnie nazywasz mateczką, nie każ zgadywać.


Stella.

Ale ja chcę, żebyś zgadła, żebyś powiedziała mi: naturalnie że ten, a nie kto inny. Nie uwierzysz, jak mi to pochlebi i jak mnie ucieszy.

Czeska.

A więc: hrabia Drahomir.

Stella.

Ach!

Czeska.

A zarumieniłaś się? Prawda, że niedawno tu bawi, ale jaki miły, jaki sympatyczny, jaki wesoły! O, moje stare oczy dobrze widzą, i gdym was zobaczyła razem, zaraz pomyślałam sobie: śliczna para! może co z tego będzie.

Stella.

Nic z tego nie będzie, mateczko, bo... pan Karol jest wprawdzie bardzo sympatyczny, ale narzeczonym moim jest pan Jerzy.

Czeska.

Pan Jerzy Pretwic?

Stella.

Tak. Czy to cię dziwi?

Czeska.

Nie, moje drogie dziecko. Niech cię Bóg błogosławi — zkądżebym się miała dziwić? Tylko, że ja tak lubię hrabiego Drahomira, więc myślałam, że to on.... Pan Jerzy Pretwic!... O, bynajmniéj! wcale mu się nie dziwię, że cię pokochał. Ale to także jakoś prędko się stało! Jakże wy dawno się znacie? bo to ja siedząc w swoim Berwinku, nic nie wiem, co się dzieje w okolicy.

Stella.

Od trzech miesięcy. Mój narzeczony odziedziczył tu majątek po Jazłowieckich i przyjechał, jak pani wié, z bardzo daleka. On był blizki krewny Jazłowieckich, a i sam pochodzi ze znakomitéj rodziny. Kochana pani słyszała o Pretwicach?

Czeska.

Nic a nic, Stelko. Co mi tam do heraldyki!

Stella.

Niegdyś, ale to już całe wieki temu, Pretwicowie byli i z nami spokrewnieni. To bardzo znakomita rodzina. O! inaczéj papo-by się nie zgodził.... Otóż pan Pretwic przyjechał tu, objął dobra po Jazłowieckich, poznał się z nami i....

Czeska.

I zakochał się w tobie. Na jego miejscu byłabym toż samo zrobiła. To go podnosi w moich oczach.

Stella.

Alboż tego potrzebował?

Czeska.

Nie, koteczku drogi — bądź spokojna. Wiesz że aż śmieją się ze mnie, że zawsze widzę w ludziach wszystko najlepsze... Z pięknéj rodziny, młody, bogaty, przystojny, dobrze wychowany... tylko...

Stella.

Tylko?

Czeska.

Jakieś ptaszki mi śpiewały, bo nawet nie pamiętam kto mówił, że trochę do burzy podobny.

Stella.

Bo téż życie jego było burzą, ale się w niéj ten szlachetny człowiek nie złamał.

Czeska.

To tém lepiéj. Słuchaj, dziecko: tacy ludzie najlepsi, bo to najprawdziwsi mężczyźni. Im więcéj się zastanawiam, tém szczerzéj ci winszuję.

Stella.

Dzięki i rada jestem, żem wreszcie mówiła z tobą otwarcie. Ja tu istotnie jestem bardzo samotna: papo wiecznie niedomaga, naszego doktorka od trzech miesięcy w domu niéma.

Czeska.

Daj-no tylko pokój z waszym doktorem.

Stella.

Zawsze go nie lubisz?


Czeska.
Wiesz, że nie uprzedzam się do ludzi, ale nie mogę się do niego przekonać.


Stella.

A czy wiesz, że ofiarowano mu katedrę w uniwersytecie, a przytém stara się o mandat poselski. Mateczko! doprawdy jesteś niesprawiedliwa, bo on poprostu poświęca się dla nas. Taki sławny, zamożny już i uczony, a jednak siedzi u nas, choć cały świat przed nim otworem. Byłabym się go z pewnością poradziła....

Czeska.

Miłość, Steluniu, nie choroba.... ale mniejsza tam o niego, niech mu Bóg pomaga. Powiedz-no lepiéj, kotku, ale tak szczerze, bardzo ty się kochasz?

Stella.

Widzisz przecie, jak prędko wszystko poszło. Prawda, że i pani Miliszewska przyjeżdżała tu ze swoim synem. Wiedziałam, że o mnie idzie; bałam się, choć niepotrzebnie, żeby i papie nie przyszło to do głowy....

Czeska.

Nie odpowiadasz mi na pytanie....

Stella.

Bo jak tu mówić wyraźnie. Życie pana Jerzego, mateczko, to szereg czynów bohaterskich, poświęceń i niebezpieczeństw. Raz już był prawie zgubiony i nie żyłby dziś, gdyby go nie wyratował hrabia Drahomir. Ale jak téż on go kocha za to! Co chcesz? — Znać na moim narzeczonym odległe pustynie, długą samotność i długie cierpienia. Gdy jednak zacznie rozsnuwać przedemną swe życie, doprawdy, zdaje mi się, że kocham bardzo tego żelaznego człowieka. Żebyś wiedziała, jak on nieśmiało, a jednak serdecznie wypowiedział co czuje dla mnie, a potém dodał, iż wié, że jego ręce zaszorstkie....

Czeska.

Nie zaszorstkie, bo poczciwe. Po tém, co o nim mówisz, całą mu duszą sprzyjam.

Stella.

A jednak, mateczko, mimo tego wszystkiego czuję się czasem bardzo nieszczęśliwa.

Czeska.

I co to jest, Stelko? dlaczego?

Stella.

Dlatego, że chwilami nie możemy się zrozumiéć wzajemnie. Uczucia, mateczko, są dwojakie: jedne jak skały potężne i niewzruszone, drugie jak strumień, w którym się przejrzéć można. Otóż gdy patrzę na uczucia Jerzego, widzę ich ogrom i niewzruszoność, ale dusza moja nie odbija się w nich jak twarz w przejrzystym strumieniu. Ja go kocham, to prawda, ale chwilami zdaje mi się, że jeszcze mocniéj kochaćbym mogła, że nie kładę wszystkich sił serca w to przywiązanie, i wtedy to czuję się nieszczęśliwa....


Czeska.

Ależ ja bo tego nie rozumiem prawie. Biorę życie poprostu: kocham, lub nie. Ej Stelko! świat jest tak mądrze urządzony, a Bóg tak dobry, że nic łatwiejszego jak szczęście. Nie trzeba tylko plątać spraw Bożych. Cicho, dziecko! Jesteś zakochana aż strach! Co tam!

Stella.

O! właśnie czego mi było trzeba, to téj ufności w przyszłość, tego twojego optymizmu. Wiedziałam, że się namarszczysz kochana weredyczko i powiesz: co tam. Zaraz mi rzeźwiéj i weseléj. Boję się tylko trochę naszego doktorka. Ale co to? (patrząc przez okno) To nasi panowie: pan Jerzy i hrabia Drahomir!

Czeska.

(patrząc przez okno) Ślicznie wygląda twój przyszły; ale i hrabia Drahomir także. Dawno on bawi u Jerzego?

Stella.

(patrząc przez okno) Od dwóch tygodni. Pan Jerzy prosił go umyślnie.... Idą już.

Czeska.

A serduszko tam: puk, puk?....

Stella.

Nie sprzeciwiaj się, niedobra.


SCENA II.
Pani Czeska — Stella — Jerzy — Pretwic — hrabia Drahomir z lewą ręką na temblaku — Służący.
Służący.

(otwierając drzwi) Księżniczka jest w salonie!

Stella.

(witając się) Jakoś dziś późno, panie Jerzy?

Jerzy.

Prawda: słońce już zachodzi. Ale nie mogliśmy wcześniéj. — Czy panie wiedzą, że w sąsiedniéj osadzie był pożar? Pojechaliśmy do ognia.

Czeska.

Słyszałyśmy już. Podobno kilkanaście domów spaliło się zupełnie.

Jerzy.

Ogień wszczął się od rana, a ugaszono go dopiéro teraz. Koło dwudziestu rodzin jest bez dachu i bez chleba. Spóźniliśmy się tu jeszcze i dlatego, że Karol miał wypadek.

Stella.

(żywo) Prawda! ręka na temblaku; panie Karolu?

Drahomir.

Doprawdy, nic wielkiego. Gdyby nie było większych ran na świecie, odwagę sprzedawanoby na wszystkich targach. Lekkie draśnięcie....


Stella.

Jakże się to stało, panie Jerzy?

Jerzy.

Gdy się to stało, byłem na drugim końcu ulicy i nie mogłem nic widziéć z powodu dymu. Mówiono mi tylko, że Karol wskoczył do płonącego domu.

Stella.

Ach, Boże!

Drahomir.

(śmiejąc się) Uważam, że czyn mój zyskuje na odległości.

Czeska.

Więc niech go pan sam opowié.

Drahomir.

Zawołano przy mnie, że w domu, którego zresztą dach zaczynał się dopiéro palić, jest jakaś kobiéta. Wtedy ja, sądząc, że owa salamandra, nie lękająca się płomieni, jest może jakąś zaczarowaną pięknością, przez czystą ciekawość wszedłem do środka. Było tam już trochę ciemno od dymu. Patrzę więc, i przekonywam się ostatecznie, że w niczém nie mam szczęścia, bo moja salamandra jest tylko staruszką żydówką, która pakuje w worek pierze darte. Wśród płatków gęsiego puchu wyglądała na co państwo chcecie, ale nie na wróżkę. Krzyczę tedy, że się pali, ona w ciemności bierze mnie widocznie za złodzieja i krzyczy także, czyli — krzyczymy oboje. Nakoniec widząc, że niéma rady, chwytam w objęcia moją salamandrę i wynoszę ją omdlałą strachu, nawet nie oknem ale drzwiami.

Jerzy.

Nie dodajesz tylko, że dach runął i że krokiew uderzyła cię w rękę.

Drahomir.

Kiedy tak, zrywam tamy skromności i dodaję jeszcze, że burmistrz miał do mnie mówkę. Zdaje mi się, że mówił coś o pomniku, jaki mi mają postawić w rynku. Niech mi jednak panie wierzą, że ogień ugasił Jerzy ze swymi ludźmi. Myślę, że powinni postawić dwa pomniki.

Czeska.

Wiem, że panowie warciście jeden drugiego.

Stella.

Chwała Bogu, że nic gorszego nie spotkało pana, panie Karolu.

Drahomir.

Spotkało mnie coś bardzo dobrego, bo współczucie pani.

Czeska.

I moje jest dla pana, dlatego, że z panem Jerzym mam na pieńku.

Jerzy.

Za co, droga pani?


Czeska.

Ej, panie Jerzy, panie Jerzy! (do Stelli i Drahomira) Idźcie-no państwo do księcia, a my tu rozmówimy się zaraz.

Stella.

Ej, mateczko, widzę że chcesz bałamucić pana Jerzego.

Czeska.

Cicho psotnico! właśnie mi z tobą iść w zawody. Wiedz jednak, moja przelaszczko, że każda jesień miała przedtém wiosnę. No, idźcie państwo!

Stella.

(do Drahomira) Więc chodźmy. Papo jest w ogrodzie i boję się, czy mu znów nie gorzéj. Biéda, że tego doktora niéma!


SCENA III.
Pani Czeska — Jerzy — późniéj Stella.
Czeska.

Powinnabym łajać pana, panie Jerzy, tak jak wyłajałam moją dziewczynkę, za tajemnicę. Ale Stelka powiedziała mi już wszystko, więc mówię tylko: niech was Bóg błogosławi oboje!

Jerzy.

(całując ją w rękę) Dziękuję pani!


Czeska.

Wychowałam tę dziecinkę od najmniejszego robaczka i dziesięć lat byłam przy niéj, więc wiem jaki skarb pan bierze. Pan miałeś jéj powiedzieć, że twoje ręce zaszorstkie. Odpowiedziałam jéj zaraz: nie zaszorstkie, bo poczciwe. Stelka to jednak kwiatek bardzo delikatny; trzeba ją bardzo kochać i osłaniać. Ale pan to potrafi — nieprawda?

Jerzy.

Cóż pani odpowiem? Ile jest w mocy ludzkiéj dać szczęścia téj świętéj dla mnie istocie, tyle go jéj chciałbym zapewnić.

Czeska.

Z całéj duszy mówię: Boże błogosław!

Jerzy.

Panna Stella uważa panią za matkę, więc i ja będę tak szczerze mówił jak z matką. Życie moje było bardzo trudne. Była chwila, w któréj życie to zawisło na nitce. Uratował mnie wtedy Karol, którego czczę i kocham jak brata, ale późniéj....

Czeska.

Mówiła mi Stella. Mieszkałeś pan daleko....

Jerzy.

Byłem wśród pustych stepów, pani, więc nawpół dzikim, wśród obcych, więc bardzo samotnym i za krajem utęsknionym i ze szlachetnego rodu ostatnim. A przytém, dusza dumna, choć bita nieszczęściem jak młotem wstydzi się jęknąć i ból w sobie zamyka, a ztąd czuje zmęczenie wielkie. Doprawdy, czasem nie było koło mnie jednéj żywéj istoty....

Czeska.

Bóg był, panie, nad gwiazdami.

Jerzy.

O! to co innego. Ale serce rzucone na ziemię, musi kogoś na ziemi kochać i miéć przy sobie. Więc całą tą potrzebą kochania, prosiłem Boga, by mi pozwolił kogoś kochać. Wysłuchał mnie i dał mi ją. Czy mnie pani rozumie teraz?

Czeska.

O, rozumiem!

Jerzy.

Jak szybko zmieniło się wszystko potém. Odziedziczyłem tu majątek i mogłem doń wrócić; potém poznałem księżniczkę i teraz kocham ją, jak spełnioną prośbę modlitwy, jak zapłatę za niedolę, jak moje serdeczne wszystko na świecie. O! bądź pani spokojna.

Czeska.

Będę. Doprawdy, że mi się chce płakać. Mój zacny panie Jerzy, bądź dobréj myśli. Pan jesteś wart Stelki i ona będzie z panem szczęśliwa. Moja złota, kochana Stelunia!....

Stella.

(pokazując się we drzwiach ogrodowych i klaszcząc w ręce) Doskonała nowina! doskonała nowina! Doktorek za chwilę przyjeżdża; jest już we wsi. Papo zaraz spokojniejszy i w lepszym humorze.

Czeska.

A nie trzpiotować mi się i nie biegać zaprędko! Aż cała różowa ze zmęczenia. Gdzie jest książę?

Stella.

W ogrodzie, pije kawę. Prosi właśnie, abyście państwo tam przyszli.

Jerzy.

Pójdźmy.

Stella.

(idzie naprzód, potém się zatrzymuje) Ale! Proszę nie mówić doktorowi, co się między nami stało.... Chcę mu to pierwsza powiedziéć. Papy prosiłam już o tajemnicę (wychodzą).


SCENA IV.
Józwowicz.

(wchodzi przez drzwi główne) Janie! rzeczy moje na górę, a paczkę, którą zostawiłem w przedsionku, odesłać umyślnym do pana Antoniego, sekretarza rady powiatowéj.

Służący.

(kłaniając się) Słucham pana doktora! (wychodzi).


Józwowicz.

(posuwając się na przód sceny) Nakoniec!.. po trzech miesiącach niebytności... Jak tu zawsze cicho i spokojnie... Za chwilę powitam ich jako przyszły poseł... Sześć lat rzucałem w tę dzielącą nas przepaść pracę żelazną, nocy bezsenne, naukę, sławę, a teraz... zobaczymy (podchodzi ku drzwiom ogrodu) Otóż idą już — nie zmieniła się nic.


SCENA V.
(Przez drzwi ogrodowe wchodzą Stella, pani Czeska, obok nich Jerzy, za nimi Drahomir pod rękę z księciem Starogrodzkim).
Stella.

A! nasz doktor! nasz kochany doktorek! Jak się pan ma, panie Stanisławie? Stęskniliśmy się już do pana.

Czeska.

(kłaniając się chłodno) Szczególniéj książę....

Józwowicz.

(całując rękę Stelli) Dobry wieczór, księżniczko! I mnie pilno było już wrócić. Przybywam na dłuższy czas odpocząć trochę. A! i książę! Jakże tam ze zdrowiem?

Książę.

(ściskając go) Kochany chłopcze! Słabym, słabym! Doskonaleś zrobił, żeś przyjechał. Obaczysz sam zaraz, co się ze mną dzieje.


Józwowicz.

Teraz może książę zechce poznajomić mnie z resztą towarzystwa.

Książę.

A prawda. Doktor Józwowicz, minister moich spraw wewnętrznych. Dobrze powiedziałem — co? bo przecie pilnujesz mego zdrowia. Hrabia Karol Drahomir.

Drahomir.

Nazwisko pana już dziś nie obce nikomu, więc właściwie, ja tylko powinienbym się przedstawić.

Józwowicz.

Panie...

Książę.

(przedstawiając) Pan Jerzy Pretwic, nasz sąsiad i... (Stella daje znak ojcu) i tego... chciałem powiedziéć, i tego...

Jerzy.

Jeśli się nie mylę, i kolega pański ze szkół.

Józwowicz.

Nie chciałem przypominać się pierwszy.

Jerzy.

Witam więc serdecznie dawnego kolegę. Dawne to i czasy, ale żyliśmy blizko. Prawdziwie, szczerze się cieszę, zwłaszcza po tém co tu o panu słyszałem.


Drahomir.

Jako o dobrym duchu tego domu.

Stella.

O, tak!

Książę.

Czekajcie, niechno ja swoje o nim powiem.

Jerzy.

Ileżto razy pierwszy uczeń Józwowicz, odrabiał zadania za Pretwica.

Józwowicz.

Szczęśliwą pan ma pamięć!

Jerzy.

Szczęśliwą, kolego, bo pamiętam także, że wówczas nie mówiliśmy sobie wzajemnie, pan. Więc jeszcze raz: witam cię serdecznie Stanisławie.

Józwowicz.

Nawzajem.

Jerzy.

Ale pamiętam, że po skończeniu szkół poszedłeś na prawnika.

Józwowicz.

Potém zostałem także doktorem medycyny.


Książę.

No, siadajcie. Czy będziecie stali? Jan! sam tu! światła!

Stella.

Jakto dobrze, że panowie się znają.

Józwowicz.

Szkolna ławka jak biéda, łączy ludzi. Ale potém pozycya ich rozdziela. Jerzy miał świetny los zapewniony, ja zaś musiałem go szukać.

Książę.

A szukał i on, ale guzów.

Drahomir.

W dwóch częściach świata.

Czeska.

To prawdziwie po męzku.

Józwowicz.

Ha! szedł za swym instynktem. Jeszcze w szkołach ujeżdżał konie, strzelał, rąbał się.

Jerzy.

Lepiéj niż uczył?...

Józwowicz.

(śmiejąc się) Tak!... Zwaliśmy go hetmanem, bo téż i hetmanił nam w naszych wojnach studenckich.


Drahomir.

Jerzy, poznaję cię...

Czeska.

Ale teraz myślę, że przestanie wojować.

Stella.

Kto wié?...

Jerzy.

Niezawodnie, pani.

Józwowicz.

Co do mnie, byłem najgorszym z jego szeregowych: nie czułem nigdy smaku w takich rozrywkach.

Książę.

Bo téż to rozrywki szlacheckie nie doktorskie.

Józwowicz.

(wesoło) Już zaczynamy się kłócić! Mój książę, wy się szczycicie, że wasi przodkowie — rycerze zabijali tłumy ludzi: ażeby książę wiedział, ilu ja już mojemi lekarstwami zabiłem! Zaręczam, że żaden z przodków waszéj książęcéj mości nie poszczyci się taką liczbą!

Drahomir.

Brawo! doskonale!

Książę.

Co ten niegodziwiec gada! i on jest moim doktorem.

Stella.

Papo! doktorek żartuje.


Książę.

Już ja mu dziękuję za takie żarty. Ale świat się teraz przewraca, to pewna.

Józwowicz.

E, książę! pożyjemy jeszcze ze sto lat! (do Jerzego) Pójdź, opowiedz mi, co się z tobą działo. Państwo już znają pewno twoje przygody, a dla mnie one nowe (odchodzą ku oknu).

Książę.

Nie uwierzycie, jakim ja nieszczęśliwy, że się bez tego niegodziwca obejść nie mogę. To syn kowala ze Stanisławowa. Oddawałem go do szkół, bom chciał zrobić z niego oficyalistę, a potém on sam oddał się do uniwersytetu...

Drahomir.

I jest podwójnym doktorem. Rozumny człowiek, dość spojrzéć...

Stella.

Ach! i jaki.

Czeska.

Taki rozumny, że aż się go boję.

Drahomir.

Ale książę musi być rad?

Książę.

Rad, rad!... W głowie mu przewrócili, zrobili z niego jakiegoś demokratę czy sankiulota. Tylko, że dobry doktor, a jam słaby. Brak mi soków w żołądku. (do Drahomira) Wiedziałeś o tém?

Drahomir.

Dawniéj już książę skarżył się...

Czeska.

Od dwudziestu lat!

Książę.

Moja Czesiu!... A to zgryzoty i służba publiczna stargały mi zdrowie.

Czeska.

Co tam! książę zdrów.

Książę.

(gniewliwie) Powiadam żem chory. Stelka! jam chory — co?

Stella.

Teraz papie będzie natychmiast lepiéj.

Książę.

Bo téż on jeden utrzymuje mnie na nogach. Stella także byłaby umarła na serce, gdyby nie on.

Drahomir.

Jeśli tak, to to człowiek bez ceny.

Stella.

O! winniśmy mu wieczną wdzięczność.


Książę.

(przypatrując się Jerzemu) On i Pretwicowi będzie potrzebny. Stelka — co? będzie potrzebny?

Stella.

(ze śmiechem) Papo, zkądże ja mogę wiedziéć?

Drahomir.

Doprawdy, zazdroszczę nieraz tym żelaznym ludziom, idącym w świat przebojem. W téj walce wyrabiają w sobie siłę, która w nas słabnie i zanika, bo nic jéj nigdy nie podsyca. Może i my jesteśmy z dość szlachetnego metalu, ale nas przetrawia rdza: oni hartują się w życiu. Jestto smutna konieczność.

Czeska.

A pan Jerzy?

Drahomir.

Jerzy także przeszedł wiele. Jest jednak między nimi jakaś różnica, którą się czuje, choć określić jéj trudno. Spojrzyjcie państwo na tych dwóch ludzi. Gdy wichry wieją, Jerzy opiera się im jak stuletnie drzewo, a taki człowiek jak doktor opanowywa je i każe im popychać łódź swoję. Jest w tém jakaś większa zdolność do życia, więc i wynik o tyle łatwy do przewidzenia, o ile drzewo, choć silne, im starsze, im bardziéj burzami stargane, tém musi uschnąć prędzéj.

Książę.

Nieraz mówiłem, że schniemy jak stare drzewa. Jakaś tam inna gęstwina wyrasta, ale to tylko krzaki. Jam téż już wysechł i schudł przynajmniéj na trzy palce.


Stella.

Kto jest dobry, panie Karolu, ten ma prawo do życia; zatem — nienależy wątpić o sobie.

Drahomir.

Ja téż nie wątpię, choćby dlatego, że poeta mówi: Świętym jest na ziemi, kto umiał zawrzéć przyjaźń.... (kłaniając się Stelli) ze świętemi.

Stella.

(grożąc) Jeśli nie zdobył ich przyjaźni przez pochlebstwa.

Drahomir.

Niech mi tylko będzie wolno nie zazdrościć doktorowi.

Stella.

Przyjaźń nie jest wyłączną, a choć doktora uważam jak brata....

Książę.

Co, Stelka! co ty pleciesz? On taki twój brat, jak ja radykał. Ja go niecierpię, tylko się obejść bez niego nie mogę.

Czeska.

Gdzietam książę kogo niecierpi!

Drahomir.

(z uśmiechem) I za cóżby!


Książę.

Za co? Czy nie mówiłem? Robi z nami co chce, rozporządza się w całym domu jak chce. Nie wierzy w nic, tylko w jakichś tam — w kogo, to Stelka — co? A ambitne to przytém jak licho. Już został profesorem akademii jakby jaki duchowny, a przytém stara się podobno o mandat poselski. Hę! słyszycie? On będzie posłem, zatém Jaśnie Wielmożnym! Ale nie byłbym Starogrodzkim, gdybym na to pozwolił. (głośno) Józwowicz!

Józwowicz.

(z pod okna) Co książę rozkaże?

Książę.

Czy to prawda, że ty się starasz o mandat?

Józwowicz.

Do usług księcia.

Książę.

Pani Czeska? słyszałaś pani? Nie przewracaż się teraz świat? — Hę? Józwowicz!

Józwowicz.

Co, książę?

Książę.

A może ty jeszcze i ministrem zostaniesz?

Józwowicz.

Może.


Książę.

Słyszeliście? I ty może myślisz, że ja tobie będę mówił: Jego Ekscelencya?

Józwowicz.

Takby wypadało: wyższy stopień potrzeba uczcić.

Książę.

Biorę was na świadki. Józwowicz! czy chcesz, żeby mnie żółć zalała?

Józwowicz.

Niech się książę uspokoi. Moja Ekscelencya zawsze będzie pilnować Jego oświeconéj żółci.

Książę.

A, prawda. Iritacya mnie szkodzi. Co — Józwowicz? Szkodzi?

Józwowicz.

Szkodzi na żółć, ale daje apetyt. (obaj z Jerzym zbliżają się do rozmawiających).

Stella.

O czémże panowie mówili?

Józwowicz.

Słuchałem, księżniczko, opowiadań Jerzego. Dziwne, straszne rzeczy! Jerzy popełnił tę omyłkę, że przyszedł na świat o dwieście lat zapóźno: Bayardom źle się teraz dzieje na świecie.

Czeska.

Nad wszystkiemi jest Opatrzność!

Drahomir.

I ja w to wierzę.

Józwowicz.

Gdybym był matematykiem, nie przecząc panu, powiedziałbym tylko, że ponieważ w wielu wypadkach nie wiadomo, czemu się równa X., należy sobie samemu radzić.

Książę.

Co on powiada?

Stella.

O, doktorku! proszę nie mówić tak sceptycznie, bo nie z papą, ale ze mną będzie wojna.

Józwowicz.

Mój sceptycyzm tam się kończy, gdzie zaczynają się słowa pani — więc zdaję się na łaskę.

Stella.

Jaki grzeczny.... pan poseł.


SCENA VI.
Ciż — Służący.
Służący.

Herbata na stole!


Jerzy.

Ja księztwa muszę pożegnać.

Stella.

Jakto? Zawsze musimy pierwsi przypominać, że już późno, a dziś pan tak wcześnie nas opuszcza.

Józwowicz.

(n. s.) Dawny kolega na poufałéj tu stopie.

Jerzy.

Wybacz, pani! Mnie tu tak dobrze, jak nigdzie, ale dziś koniecznie muszę być w domu. Zresztą zostawiam Drahomira, by mnie zastąpił.

Stella.

Gniewać się, byłoby to wbijać pana w zarozumiałość; proszę się jednak wytłómaczyć.

Jerzy.

Pogorzelcy, pani, są u mnie. Muszę rozporządzić, by mieli co jeść i gdzie się przespać.

Czeska.

(n. s.) Umié się zrzec przyjemności dla obowiązku. (głośno) Stelko!

Stella.

Słucham, mateczko!

Czeska.

My jutro zajmiemy się składką dla nich i zawieziemy im trochę odzieży.


Józwowicz.

A więc i ja pojadę z paniami. Będzie to pierwszy wypadek, że nie nędza doktora, ale doktor nędzy poszuka.

Czeska.

Doskonale!

Książę.

(stukając laską) Pretwic!

Jerzy.

Co książę rozkaże?

Książę.

Mówisz, że ta hołota bardzo biédna?

Jerzy.

Bardzo biédna.

Książę.

Mówisz, że będą marli z głodu — co?

Jerzy.

Prawie, książę.

Książę.

Dobrze im tak. To Bóg karze ich za to, że wybierają na posłów (pokazując na Józwowicza) takich — ot!

Józwowicz.

(z ukłonem) Jeszcze mnie nie wybrali.


Stella.

Papo!

Książę.

Stelka, co ja chciałem mówić? Aha! Pretwic!

Jerzy.

Słucham księcia.

Książę.

Powiedziałeś że będą marli z głodu?

Jerzy.

Powiedziałem: prawie.

Książę.

Dobrze! Idźże do kasyera Florkiewicza, żeby dał tysiąc reńskich dla téj hołoty. (stuka laską) Niech wiedzą, że ja nie pozwalam obok mnie nikomu umierać z głodu.

Stella.

Drogi, kochany ojcze!

Drahomir.

Wiedziałem, że się tak skończy.

Józwowicz.

Istotnie, to po książęcemu!

Książę.

A tak, panie Józwowicz. Noblesse oblige! Rozumiesz Jego Ekscelencyo, panie Józwowicz?


Józwowicz.

Rozumiem, Jaśnie Oświecony Książę.

Książę.

(podając rękę pani Czeskiéj) A teraz chodźmy na herbatę (Jerzy żegna się i odchodzi).

Józwowicz.

Ja także muszę państwa pożegnać. Jestem zmęczony, a przytém mam napisać kilka listów.

Książę.

Dalibóg, myślałby kto, że już został ministrem. A przyjdź-że jeszcze zobaczyć mnie, bo bez ciebie nie usnę.

Józwowicz.

Przyjdę, książę.

Książę.

(mrucząc) Człowiek zaraz zdrowszy i weselszy, jak tylko ten Robespierre przyjechał.

Stella.

Panie Stanisławie, niech się pan zatrzyma jeszcze chwilkę. Ja nie piję herbaty, więc tylko papę posadzę i zaraz powrócę. Mam z panem pomówić.

Józwowicz.

Na usługi księżniczki.


SCENA VII.
Józwowicz sam — potém Stella.
Józwowicz.

Co tu robią ci ludzie, i co ona chce mi powiedziéć? Czyżby?... Ale nie! To niemożliwe. Jestem jakiś niespokojny, ale przecie za chwilę wszystko się wyjaśni.... Ach, jakiż ze mnie głupiec! Ona chce po prostu opowiedziéć, co wié o zdrowiu księcia. To ten księżycowy wieczór tak mnie rozstraja, że mi tylko wziąć gitarę w rękę.

Stella.

(wchodząc) Panie Stanisławie!

Józwowicz.

Jestem tu, księżniczko!

Stella.

Starałam się, żeby pan długo nie czekał. Siądę tu koło pana i pogadamy, tak jak to dawniéj, gdy byłam mała jeszcze i słaba, a pan mnie leczył. Pamiętam, że nieraz zdarzało mi się usnąć, a pan mnie na ręku odnosił śpiącą.

Józwowicz.

Pieszczota całego domu była bardzo słaba wówczas.

Stella.

A dziś, jeśli jest zdrowa, to dzięki panu tylko; jeśli coś umié, to również dzięki panu. Jestem sobie rośliną wypielęgnowaną ręką pana.


Józwowicz.

Zatem i zasługą i chlubą moją największą. W życiu jakie pędziłem, mało bywa chwil cichych i ciepłych — a spokoju zaznałem w tym domu tylko.

Stella.

Zawsze pan równie dobry — więc téż i ja uważam pana jakby starszego brata. Przecie pan się o to nie gniéwa?

Józwowicz.

Takie słowa pani, to jedyny uśmiech mego życia. Ja panią nietylko czczę, ale i kocham bardzo głęboko — jak siostrę, jak dziecko własne.

Stella.

Dziękuję. W niczyj rozum i prawość nie ufam tyle, ile w pana, i dlatego chciałam pomówić o ważnych rzeczach. Spodziewam się nawet, że to co powiem, ucieszy pana, jak i mnie cieszy, że pan wynosi się coraz wyżéj nad zwyczajnych ludzi. Czy to już pewne, że pan ma zostać posłem?

Józwowicz.

(niespokojnie) Nie! to tylko prawdopodobne. Ale mów pani o tém, co jéj dotyczy.

Stella.

Więc... Ach, Boże!... Pan jednak nie opuści papy: prawda?

Józwowicz.

(oddychając głęboko) O! pani chce mówić o zdrowiu księcia.


Stella.

Nie. Wiem, że papo ma się teraz lepiéj. Doprawdy, nie spodziewałam się, że to tak trudno... Boję się trochę pańskich surowych sądów o ludziach.

Józwowicz.

(z przymusowym spokojem) Nie bierz jednak pani na tortury mojéj ciekawości!

Stella.

A więc zamknę oczy i powiem, choć to żadnéj pannie nie łatwo. Pan zna oddawna pana Jerzego?

Józwowicz.

(coraz niespokojniéj) Znam, pani.

Stella.

Jak on się panu podoba?

Józwowicz.

Co pani zależy na mojém zdaniu?

Stella.

To... to mój narzeczony.

Józwowicz.

(wstając) Narzeczony?!....

Stella.

Mój Boże! Więc się panu nie podoba mój wybór?

(chwila milczenia).

Panie Stanisławie....


Józwowicz.

Chwilę tylko... chwilę... Wybór pani, jeśli wyszedł z jéj serca i woli, musi być dobry... Tylko... była to dla mnie wiadomość... niespodziana — więc... przyjąłem ją może zażywo — zbyt żywo. Ale nie mogłem jéj przyjąć obojętnie, przez życzliwość dla.... domu państwa. Zresztą moje zdanie nic tu nie znaczy. Owszem — winszuję pani i życzę szczęścia — księżniczko. Życzę szczęścia, serdecznie życzę szczęścia.

Stella.

Będę teraz spokojniejsza: dziękuję panu.

Józwowicz.

Wróć pani do papy. Szczęście jakie spadło na dom książęcy, i mnie trochę zbiło z nóg, bo spadło zbyt niespodzianie. Potrzebuję ochłonąć — potrzebuję oswoić się z tą myślą. W każdym razie winszuję wyboru — wróć pani do papy.

Stella.

Dobranoc panu. (we drzwiach zatrzymuje się chwilę, patrzy na Józwowicza niespokojnie i wychodzi).


SCENA VIII.
Józwowicz.

(sam) Zapóźno! zapóźno!...

(Zasłona spada).
KONIEC AKTU PIÉRWSZEGO.



AKT DRUGI.

Scena przedstawia tenże sam salon.
SCENA I.
Józwowicz. — Antoni.
Józwowicz.

Tutaj, Antoni, tutaj. Będziem się tu mogli rozmówić swobodnie, bo mój pokój odnawiają. Co przynosisz z miasta?

Antoni.

Dobre nowiny. Za godzinę przybędzie tu deputacya wyborców. Trzeba, żebyś im co powiedział — rozumiesz?... Tak coś o oświacie, drogach, mostach, niesłusznych podatkach od soli i mlewa. Ale przecie ty to wiesz lepiéj odemnie.

Józwowicz.

Wiem, wiem; a jak tam mój program?

Antoni.

Wrażenie ogromne — winszuję ci. Rzecz napisana z chłodem, powagą i naukową ścisłością. Cyfry choć kłują w oczy, nie znoszą repliki. Dzienniki konserwatywne wściekają się, — tém bardziéj, że nie pozostaje im nic innego, jak plwać.

Józwowicz.

To dobrze. Co daléj?

Antoni.

Przed trzema dniami byłeś jednak na przedmieściu zachwiany, ale dowiedziałem się o tém, zebrałem wyborców i palnąłem mówkę: „Obywatele! — powiadam w końcu — na wszystkie wasze i społeczne biédy, znam tylko jedno lekarstwo: zowie się Józwowicz! Niech żyje postęp!” — Uciąłem także trochę konserwatystów, ale umiarkowanie: nazwałem ich tylko pasibrzuchami....

Józwowicz.

Nie można powiedzieć — jak na ciebie, było to umiarkowanie. Ty jesteś dzielny człowiek, Antoni. Jest więc nadzieja zwycięztwa?

Antoni.

Prawie pewna. Zresztą, czy teraz zwyciężymy, czy nie — przyszłość przed nami. A wiesz dlaczego? bo pominąwszy wszystkie wrzaski wyborcze, my jednak, zszedłszy się tu we dwóch i mówiąc o naszych sprawach, nie potrzebujemy sobie parskać śmiechem w oczy jak rzymscy augurowie. Postęp i prawda są po naszéj stronie, a każdy dzień robi nową szczerbę w tym zbutwiałym murze, który kopiemy. My tylko pomagamy wiekom, więc musimy zwyciężyć. Mówię chłodno: ten lud nasz, ci nasi wyborcy, to jeszcze owce, ale my chcemy z owiec ludzi zrobić i w tém nasza siła. Przeciwny obóz będzie wył, wściekał się, obrzucał nas błotem, podkopywał, czernił, ale i my mamy ostre zęby. Po naszéj stronie słuszność, inteligencya, nauka — po ich herby, które myszy jedzą. Co do mnie, gdybym nie czuł, że w zasadach moich leży prawda i postęp, pierwszy plunąłbym na wszystko i poszedł do klasztoru.

Józwowicz.

A jednak jeśli teraz nie wygramy, to będzie fatalne, Antoni.

Antoni.

Jestem pewny, że pobijemy. Między nimi tam popłoch, jakby już po klęsce! Tyś straszny dla nich kandydat! Ale jeden tylko współzawodnik niebezpieczny: Husarski, szlachcic bogaty i popularny. Drugi, Miliszewski, to dla ciebie korzyść. Rozdzielili się tylko stawiając jego kandydaturę. Sam téż im to trochę podszepnąłem.

Józwowicz.

Raz dostawszy się do sejmu, postaram się o wpływ.

Antoni.

I zagarniesz go. Wierzę i dlatego nie żałuję pracy. Cha! cha! „Zabrali nam już wszystko — mówił wczoraj w klubie hrabia Hornicki — znaczenie, pieniądze, nawet dobre maniery.” — No, ja tam przynajmniéj nie zabrałem im dobrych manier. Niech ich tam dyabli wezmą!


Józwowicz.

Istotnie. Dobrych manier im nie zabrałeś.

Antoni.

Ale! mówią w mieście, że twój książę dał tysiąc reńskich na pogorzelców. To może sprawić złe wrażenie dla nas. Trzeba, żebyś i ty co zrobił.

Józwowicz.

Zrobiłem co należało.

Antoni.

A teraz, powiem ci jeszcze... Uważaj-no, Józwowicz. Wczoraj więc... Ale cóż to jest u licha? ja mówię, a ty myślisz o czém inném.

Józwowicz.

Wybacz. Dotknęło mnie wielkie nieszczęście osobiste. Nie mogę tak swobodnie myśléć jak zwykle.

Antoni.

Cóż znowu?

Józwowicz.

Nie zrozumiałbyś, Antoni!

Antoni.

Proszę cię! jestem furmanem wozu, na którym jedziesz. Powinienem wiedziéć o wszystkiém.

Józwowicz.

Nie. Nic ci na tém nie zależy.


Antoni.

Ale zależy na twojéj energii, którą zdajesz się tracić. Nie potrzebujemy Hamletów.

Józwowicz.

(ponuro) Mylisz się, Antoni. Nie dałem za wygraną.

Antoni.

Widzę. Zęby jakoś ściskasz mówiąc o tém. Zresztą niech mnie powieszą, jeśli w twoim charakterze leży dawać za wygrane.

Józwowicz.

Może być że nie. Pracuj bym został posłem. Dwie gry przegram, jeśli ty przegrasz.

Antoni.

Musieli ci dyablo przypiec, bo strasznie syczysz.

Józwowicz.

Stara historya. Chłop sześć lat nie sypiał, nie jadał, ręce okrwawił, grzbiet zgarbił, a nosił deski na chałupę; po sześciu latach przyszedł pan, kopnął nogą w chałupę i powiedział: tu stanie mój zamek. Jesteśmy dość sceptyczni, żeby się śmiać z tego.

Antoni.

To był prawdziwy pan!

Józwowicz.

Pan z panów: z głową tak wyniosłą, że i nie zauważył, co mu tam pod nogą pękło.


Antoni.

To historya w moim guście. Cóż chłop?

Józwowicz.

Wedle staréj tradycyi chłopskiéj, myśli o hubce i krzesiwie.

Antoni.

Królewska myśl! Doprawdy zbyt pogardzamy tradycyą. Są w niéj rzeczy bardzo zdrowe.

Józwowicz.

Dość. Mówmy o czém inném.

Antoni.

(rozglądając się dokoła) Stary dom i okazały? Coby to była za chałupa!

Józwowicz.

O czém mówisz?

Antoni.

O niczém. Józwowicz! czy stary książę ma córkę?

Józwowicz.

Tak. Alboż co?

Antoni.

(śmiejąc się) Hi, hi! Dalibóg, od twego nieszczęścia i twéj historyi zaleciało mnie damskiemi perfumami. Zwietrzyłem tu jakąś książęcą spódniczkę. Poza posłem jest Józwowicz, jak poza frakiem szlafrok. Witajże mi w szlafroku, zakochany pośle! Ach, jak tu pachną perfumy!


Józwowicz.

Sprzedaj na innym targu twoję domyślność. To sprawa osobista.

Antoni.

Albo i nie, bo to znaczy, że ty w sprawy ogólne kładziesz tylko pół duszy. To się na licho zdało. Patrz na mnie: szczują mnie jak psa po dziennikach, wyszydzają w komedyach, a ja o to nie dbam. Powiem ci więcéj! czuję, że pozostanę zawsze na dole, choć nie brak mi sił, ani inteligencyi. Mógłbym pokusić się o piérwsze miejsce w obozie, o buławę, a jednak tego nie robię. Dlaczego? bo znam siebie na wylot, bo wiem, że nie mam statku, powagi, taktu. Byłem i jestem świszczypałką, narzędziem, którém się posługują tacy jak ty, a które jutro może nogą kopną, gdy im przestanie być potrzebne. Ale miłość własna mnie nie zaślepia; o siebie nie dbam: pracuję dla moich przekonań i kwita. Z urzędu wypędzą mnie lada dzień, w domu u mnie często biéda, a choć kocham żonę i moje pędraki, mniejsza o wszystko. Gdy idzie gra, niech idzie, a gdy sprawa przekonań, będę dla niéj żył, agitował, burzył. Jam w to włożył całą duszę. A tobie staje w drodze jedna książęca spódniczka! Nie spodziewałem się tego po tobie, Józwowicz. Tfu! pluń na wszystko i chodź z nami.

Józwowicz.

Mylisz się, Brutusie. Nie pragnę męczeństwa, ale zwycięztwa; im zaś więcéj węzłów osobistych łączy mnie ze sprawą, tém gorliwiéj będę jéj służył: umysłem, sercem, czynem, wszystkiem co składa człowieka — nie rozumiesz?


Antoni.

Amen! Oczy mu błyszczą jak wilkowi... Poznaję cię.

Józwowicz.

Czego chcesz więcéj?

Antoni.

E! już niczego. Powiem ci tylko, że nasz program mówi: bij przeciwne zasady, nie ludzi.

Józwowicz.

Niechże twa dziewicza cnota się uspokoi: nie otruję nikogo.

Antoni.

Wierzę. Jednakowoż, jeszcze ci coś powiem: znam cię dobrze, cenię twoję energią, twoję naukę, twój rozum, ale — nie chciałbym ci stanąć na drodze.

Józwowicz.

Tém lepiéj dla mnie.

Antoni.

Zresztą jeśli chodzi o panków, to mimo naszego programu, daruję ci ich. — Głów im przecie nie pourywasz!

Józwowicz.

Zapewne. Teraz wracaj i pracuj dla mnie, a raczéj dla nas.

Antoni.

Dla nas, Józwowicz. Nie zapominaj o tém.


Józwowicz.

Bez przysiąg nie zapomnę.

Antoni.

Więc jakże sobie tu z pankiem poradzisz?

Józwowicz.

Czy wymagasz zwierzeń?

Antoni.

Najprzód nie potrzebuję ich, bo w naszym obozie jest się dosyć domyślnym. Chodzi o córkę księcia i kwita. Ale mnie ciągle wraca myśl, że ty dla niéj możebyś i sprawę poświęcił. Pracując dla ciebie, odpowiadam za ciebie, więc bądźmy szczerzy.

Józwowicz.

Bądźmy szczerzy.

Antoni.

Zatém powiedziałeś sobie: wysadzę z siodła panka — i wysadź go. To twoja rzecz, ale ja jeszcze raz pytam: dla nas czy dla księżniczki chcesz zostać posłem? — to znowu moja rzecz!

Józwowicz.

Kładę ci kartę na stół. Ja, ty i my wszyscy nowi ludzie, mamy to do siebie, żeśmy nie lalki wycięte z papieru i pomalowane jedną farbą. Jest w nas miejsce na przekonania, na miłość, na nienawiść, słowem, jak ci już mówiłem: na wszystko z czego się składa człowiek zupełny. Natura dała mi serce i prawo do życia, więc pragnę szczęścia; dała mi umysł — więc służę wybranéj idei. Co to jedno drugiemu przeszkadza? Czemu księżniczkę przeciwstawiasz sprawie — ty człowiek trzeźwy i rozumny? — czemu frazesem chcesz zastąpić życie? Mam prawo do szczęścia i zdobędę je i będę umiał pogodzić życie z ideą, jak żagiel z okrętem. Tém pewniéj popłynę. Zrozumiéj mnie. W tém siła nasza, że umiemy godzić, i wyższość nad nimi — bo oni właśnie nie umieją żyć. Ile będę wart bez téj kobiéty — nie wiem. Nazwałeś mnie Hamletem. Możebym nim został, ale wy nie potrzebujecie Hamletów.

Antoni.

W głowie przewracasz mi jak w młynie i zdaje mi się znowu, że masz słuszność. Jednakowoż dwie walki będziesz prowadził zamiast jednéj i siły rozproszysz.

Józwowicz.

Nie! — sił mam dosyć.

Antoni.

Powiédz krótko: ona jest narzeczoną?

Józwowicz.

Tak.

Antoni.

I kocha narzeczonego?

Józwowicz.

Albo się łudzi.

Antoni.

W każdym razie nie kocha ciebie.


Józwowicz.

Jego naprzód muszę usunąć. — Tymczasem, ty leć i pracuj.

Antoni.

(patrząc na zegarek) Za chwilę przybędzie do ciebie deputacya.

Józwowicz.

Dobrze. Książę tu idzie z hrabiną Miliszewską i jéj synem, moim współzawodnikiem. Chodźmy.


SCENA II.
Książę — Stella — Pani Czeska — Hrabina Miliszewska — Jan Miliszewski — Podczaski — Hrabina.
Hrabina

Więc mówię księciu, że taka rzecz w głowie się prawie nie chce pomieścić. Świat chyba teraz dziczeje zupełnie.

Książę.

Ja przecie to samo mówię, pani hrabino. Stella? czy ja tego nie mówię?

Stella.

O! bardzo często.

Hrabina

(z cicha do syna) Siadaj koło księżniczki i baw ją, Jean, puszczaj się!

Jan.

Puszczę, maman!


Hrabina.

Ale to zuchwalstwo przeszło już miarę. Posłałam pana Podczaskiego do wyborców, a oni mówią: „nie potrzebujemy posłów bez głowy.” Dziwi mnie tylko, że to i księcia nie oburza. Do czego to doszło i do czego dojdzie. Ja tu latam, biegam, kręcę się jak muszka, poruszam niebo modłami, a oni śmią stawiać przeciw kandydaturze mego syna, kandydaturę jakiegoś pana Józwowicza!

Książę.

Łaskawa pani, co ja mogę na to poradzić?

Hrabina.

I kto jest ten, ten pan Józwowicz? — doktor! Cóż to jest doktor? Jean ma wpływy, znaczenie, stosunki, koligacye; a on co? Zkąd się tu wziął, kto o nim kiedy słyszał! Doprawdy, nie mogę mówić spokojnie i myślę, że to chyba koniec świata się zbliża. Nieprawda panie Podczaski?

Podczaski.

(z ukłonem) Tak jest, pani hrabino dobrodziko! Gniew boży!... nigdy tak często nie grzmiało.

Książę.

Grzmiało? pani Czeska — co? grzmiało?

Czeska.

Zwyczajnie, jak z końcem wiosny. Co tam!

Hrabina.

(pocichu) Jean, puszczaj się!


Jan.

Puszczam się, maman!

Hrabina

Zobaczy książę, że oni Janka nie obiorą posłem jedynie przez nienawiść dla nas, na złość nam. Bo zresztą czy to Jean nie potrafiłby być posłem? czy to on nie skończył nauk w Metz? Mówią, że nie zna kraju i nie rozumié jakichś tam potrzeb. Tu przedewszystkiém trzeba nie pozwolić, by tacy Józwowicze znaczyli coś w kraju. Prawda, mój książę.

Książę.

Nie pozwólże mu pani, kiedy on sobie sam pozwoli.

Hrabina

I otóż właśnie koniec świata, że tacy ludzie mogą sobie pozwalać co im się podoba. Śmią mówić, że Jean nie potrafiłby być posłem, a pan Józwowicz potrafi? Jean zawsze celował w naukach w Metz. Jean! wszakże celowałeś w naukach i talentach?

Jean.

Celowałem, maman!

Podczaski.

Koniec świata! Święte słowa pani hrabiny.

Stella.

Czemuż pan poświęcał się szczególnie?

Jean.

Ja, pani, studyowałem historyą herezyi.


Książę.

Studyował kogo, pani Czeska — co?

Hrabina

Dotychczas nie miewaliśmy między sobą talentów, co oni nam ciągle wyrzucali, a przecie do dyplomacyi potrzeba niemałego talentu.

Podczaski.

Pan hrabia ma nawet i minę dyplomaty.

Książę.

(n. s.) No, dalibóg — niebardzo!

Czeska.

Pan hrabia jest małomówny i poważny.

Jan.

Nie, pani. Czasem dosyć mówię.

Hrabina

Co do mnie z góry zapowiadam, że jeśli Janek się nie utrzyma, wyjeżdżam z kraju.

Podczaski.

I sami sobie winę przypiszą.

Hrabina

Ale jeśli Janek się nie utrzyma, to będzie księcia wina.

Książę.

Moja?


Hrabina

Jak książę może pozwolić takiemu panu Józwowiczowi, by współzawodniczył z osobami z towarzystwa? jak książę może go trzymać?

Książę.

Już to co prawda, to nie ja jego, ale on mnie trzyma, bo gdyby nie on, to jabym już dawno (robi znak ręką).

Hrabina

Tembardziéj. Więc on księciu w domu potrzebny, a jak będzie siedział w mieście, kto będzie księcia doglądał?

Książę.

A prawda, Stelka? a prawda?

Hrabina

Książę musi mu zakazać. Nie puszczę księcia, póki mi nie przyrzeknie, że mu zakaże. To niesłychana rzecz! Książę ma przecie prawo, on jest u księcia, książę go wychował, więc ma nad nim władzę.

Stella.

Droga pani, doktor jest przyjacielem papy. Papa może go tylko prosić, a i to nie wiem, czy byłoby skuteczne.

Hrabina

(z gniéwem) Do tego więc doszło? Więc książę będzie go popierał, więc zostanie narzędziem w jego ręku i przez niego będzie służył demokracyi?

Książę.

Co? ja służę demokracyi? Stelka — słyszysz? ja służę demokracyi? (stuka laską).


Hrabina.

Tak wszyscy powiedzą. Pan Józwowicz jest kandydatem demokracyi.

Książę.

Ale ja nie jestem, i kiedy tak, to i jemu nie pozwolę. Mam już tego dosyć, niechże się raz skończy. Już mi te demokracye pana Józwowicza ością stanęły. Niech nie mówią, że jestem narzędziem demokracyi! (dzwoni — wchodzi służący) Prosić tu doktora natychmiast.

Hrabina.

Otóż teraz książę jest prawdziwym księciem.

Książę.

Ja służę demokracyi!

Stella.

Papo! papo!

Hrabina.

A my tymczasem pożegnamy księcia. Jean zabieraj się. Adieu droga Stello, adieu moje dziecko. (do syna) Pocałuj księżniczkę w rękę!


SCENA III.
Ciż — Józwowicz.
Józwowicz.

Przepraszam księcia, jeślim się spóźnił, ale przybyła do mnie deputacya, musiałem z nią skończyć!

Hrabina.

Co, deputacya tu jest? Jean, puszczaj się!

Józwowicz.

(z ukłonem) Niech się hrabia spieszy, bo odjadą!

Podczaski.

Padam do nóg Jaśnie Oświeconego Księcia (Hrabina, Jan i Podczaski wychodzą — za niemi Stella i pani Czeska).


SCENA IV.
Józwowicz — Książę.
(chwila milczenia).
Książę.

(stukając laską) Oświadczam panu, że mu zakazuję starać się o mandat.

Józwowicz.

A ja, że nie posłucham zakazu.

Książę.

Pan mnie do wściekłości doprowadzasz.

Józwowicz.

Książę mi przyszłość zamykasz.

Książę.

(w pasyi) Ja pana od małego wychowałem.

Józwowicz.

Ja księcia — zachowuję.

Książę.

Ja dla pana byłem jakby ojcem.


Józwowicz.

Książę! pomówmy spokojniéj. Jeśli książę byłeś dla mnie ojcem, ja jestem dlań dotychczas z przywiązaniem synowskiém. Ale ojciec nie powinien synowi zamykać drogi do publicznego zawodu.

Książę.

Publiczne zawody nie dla takich jak waspan.

Józwowicz.

(śmiejąc się). Przed chwilą nazwałeś mnie książę synem.

Książę.

Jakim synem, co za synem!

Józwowicz.

Jakie synowstwo, takie posłuszeństwo!

Książę.

A! wykręca się, wykręca! Stelka? A! niéma jéj!

Józwowicz.

Mój książę! gdybym istotnie był waszym synem, miałbym tytuł, majątek, słowem wszystko, co książę posiadasz; ale jako człowiek biédny, sam sobie muszę torować drogę i nikt niéma prawa mi jéj tamować, zwłaszcza, jeśli jest prosta i uczciwa. (śmiejąc się) Chyba książę zechcesz mnie adeptować, żeby ród nie zaginął.

Książę.

Co ty pleciesz, Józwowicz, co ty pleciesz!


Józwowicz.

Tylko żartuję. No, drogi książę, przestańmy się irytować, bo to nam szkodzi.

Książę.

A prawda! irytacya mnie szkodzi. Czemu ty mi u dyabła, chłopcze, nie ustąpisz z tém poselstwem?

Józwowicz.

Trzeba się postawić w mojém położeniu. To moja przyszłość.

Książę.

A mnie tymczasem napadają tu, irytują i jeszcze do łóżka zapędzą. Zamłodu byłem w tylu bitwach i nie bałem się... Mogę pokazać krzyże; nie bałem się śmierci w bitwie, ale te wasze łacińskie choroby..... Czegóż się tak na mnie patrzysz?

Józwowicz.

Patrzę jak zwykle, a co do choroby, powiem księciu, że więcéj jéj w wyobraźni, niż w rzeczywistości. Organizm jest silny, i z moją pomocą będziem żyć Matuzalowe lata.

Książę.

Jesteś pewny: co?

Józwowicz.

Najpewniejszy.

Książę.

Poczciwy chłopiec! A nie odstąpisz-że ty mnie?


Józwowicz.

Może książę być pewny.

Książę.

No, to bądźże sobie posłem, czy dyabłem. Stelka! — a! niéma jéj! Dalibóg, że ten Miliszewski, widzisz, głupi: co?

Józwowicz.

Nie mogę przeczyć.


SCENA V.
Ciż — Stella i pani Czeska.
Stella.

Wchodzę, bom się obawiała, żeby panowie nie posprzeczali się zanadto. Cóż, jak się skończyło?

Książę.

A cóż, ten niegodziwiec zrobił co chciał: mało brakło, a kazałby mi się jeszcze prosić, żeby przyjął mandat.

Józwowicz.

Istotnie, książę raczył zgodzić się na moje zamiary, i pozwolił starać mi się o wybór.

Książę.

Tak, pozwoliłem.

Stella.

(grożąc) Ej doktorku!


Czeska.

Ile to zabiegów i sporów! Czy to nie lepiéj, żeby jeden drugiemu ustąpił. Przecie przysłowie nawet mówi: mądry głupiemu ustąpi.

Józwowicz.

Trzymaliśmy się dotąd téj zasady we wszystkich naszych sprawach.

Stella.

Niech papa zejdzie teraz do ogrodu. Pan Jerzy i pan Karol przyjechali. Czekają przy łodziach, bo mamy jeździć po jeziorze. Pan Karol ma tu przyjść po mnie, jak wszystko będzie gotowe.

Książę.

Pani Czeska, więc chodźmy (odchodzą). Widzi pani, ten Miliszewski... (odchodzą).


SCENA VI.
Józwowicz — Stella — późniéj Drahomir.
Stella.

Jak tam zdrowie ojca, kochany doktorze?

Józwowicz.

Jak najlepiéj. Ale pani naprawdę pobladła.

Stella.

O! jam zdrowa.

Józwowicz.

Więc chyba trochę smutna.


Stella.

I to nie. Może tylko poważniejsza niż dawniéj.

Józwowicz.

Jak zwykle — narzeczona.

Stella.

Tak...

Józwowicz.

Jednakże trzebaby się bawić i rozrywać, bo zdrowie tego wymaga.

Stella.

Doprawdy, nie pragnę zabawy.

Józwowicz.

Jeśli nie zabawy, to choć wesołości... Wszyscy tu jesteśmy zbyt zgorzkniali dla pani; często nawet, może nie umiemy pani zrozumiéć.

Stella.

Wszyscy aż nadto jesteście dobrzy.

Józwowicz.

A przynajmniéj troskliwi. Jeśli pani ma chwilkę czasu, siądźmy i pomówmy. Niech ta troskliwość wytłómaczy moję śmiałość. Z powagą narzeczonéj chodzi zwykle pogoda i szczęście. Kto bez żalu całe serce oddaje, ten nie może tęsknić za niczém i jasno patrzy w przyszłość.


Stella.

W każdéj przyszłości jest coś, co chwilami przejąć może niepokojem najodważniejszą duszę.

Józwowicz.

Co takiego, pani?

Stella.

Choćby to, że ta przyszłość nadejdzie dopiéro.

Józwowicz.

Nazywałaś mnie nieraz pani sceptykiem, a jednak, to ja mówię: kto kocha, ten wierzy.

Stella.

Więc co, doktorze?

Józwowicz.

Więc kto wątpi....

Stella.

Panie Stanisławie....

Józwowicz.

Ja nie badam, księżniczko. Chwilami widzę, że pogoda znika z twarzy pani, a zatém dopytuję jak doktor, jak przyjaciel. Uspokój mnie pani. Proszę pamiętać, że pyta człowiek, którego nazwałaś pani także bratem, i który sam jeden wié, jak mu jest drogie szczęście takiéj siostry. Nie mam nikogo na świecie: wszystkie uczucia rodzinne związałem z domem waszym. I ja mam serce, które się troska. Uspokój pani moje obawy: oto wszystko czego żądam.

Stella.

Jakie obawy? Ja nie wiem...

Józwowicz.

Obawy, których wypowiedzieć prawie nie śmiem. Od czasu jak tu jestem, oczy moje nie odwracają się od pani, i im więcéj się wpatruję, tém więcéj się lękam. Pani boisz się przyszłości, pani nie patrzysz w nią z ufnością i nadzieją.

Stella.

Niech mi pan pozwoli odejść....

Józwowicz.

Nie, pani. Ja mam prawo pytać, a jeśli pani nie śmiesz spojrzeć w głąb swego serca, to mam prawo i powiedzieć, że to słabość i brak odwagi; a taką grzeszną słabość płaci się późniéj własném i cudzém szczęściem. I ja cierpię, pytając, ale trzeba — trzeba. Słuchaj mnie, pani, w kim jest choć cień wątpienia, ten myli się co da natury swych uczuć.

Stella.

Doktorze!... Alboż można się tak mylić?

Józwowicz.

Można. Czasem wziąć można sympatyą, współczucie i litość za miłość.


Stella.

Okropna pomyłka!!...

Józwowicz.

Którą poznaje się wówczas, gdy serce rwie się w inną stronę. Wówczas powaga narzeczonéj jest skrywanym bólem. Jeśli się mylę, przebacz mi pani!

Stella.

Panie Stanisławie, ja nie chcę myśleć o takich rzeczach.

Józwowicz.

Zatém, nie mylę się. Nie patrz na mnie pani z przerażeniem, ja chcę cię ratować, dziecko kochane! Gdzie serce twoje? Jeśliś poznała w téj chwili, że nie kochasz Jerzego, to taż sama chwila powié ci kogo kochasz. Nie! nie cofnę pytania! Gdzie serce twoje? Na Boga! jeśli to ktoś nierówny ci, on się wzniesie aż do ciebie. Ale nie! i ja już szaleję.

Stella.

Chcę odejść i muszę odejść.

Józwowicz.

(zastępując jéj) Nie! nie odejdziesz, póki nie odpowiesz. Kogo kochasz?

Stella.

Doktorze, oszczędzaj mnie — bo inaczéj — zwątpię o wszystkiem... Zlituj się nademną...

Józwowicz.

(gwałtownie) Kogo kochasz?!


SCENA VII.
Ciż — Drahomir.
Drahomir.

Księżniczko!

Stella.

Ach!

Drahomir.

Co to? przestraszyłem panią. Przyszedłem tylko powiedzieć, że czekamy przy łodziach... Co pani jest?

Stella.

Nic! Idźmy! .............

(Drahomir podaje jéj rękę, wychodzą).



SCENA VIII.
Józwowicz (sam).

(patrząc za odchodzącymi) Aa! ro... zu... miem!

(Zasłona spada).
KONIEC AKTU DRUGIEGO.



AKT TRZECI.

Tenże sam salon.
SCENA I.
Podczaski wchodzi piérwszy — za nim służący.
Podczaski.

Powiedz doktorowi, że pan Podczaski kłania mu się i czeka na niego w pilnym interesie.

Służący.

Pan doktor bardzo zajęty, bo i księżniczka niezdrowa, ale mu powiem (wychodzi).

Podczaski.

(sam) Fiu! fiu! hrabina posyła na przedmieścia: „Podczaski leć, Podczaski agituj! Podczaski namawiaj!” a pieniędzy nie daje. Latam, kłaniam się, namawiam, ściskam łyków, aż im oczy wyłażą, a jak proszę żeby pożyczyła sto reńskich, to mi powiada: zobaczymy po wyborach! Tak? Ano dobrze! Więc to ja mam babie borgować, nie ona mnie? mam za swoje pić z łykami? — A to wolę pić sam! Do dyaska z taką służbą! Padam do nóg pani hrabino dobrodziko, całuję stopki. Jeśli ma tak być, to trafię gdzieindziéj. Kiepska służba! wolę pójść do doktora. Tacy jak doktor, płacą, bo mają rozum. A że on i tak wszystkich za łeb weźmie, to człowiek i w znaczeniu się podniesie. Arystokratka, a szlachcicowi stu reńskich nie chce pożyczyć....


SCENA II.
Podczaski — Józwowicz.
Podczaski.

Kłaniam panu doktorowi dobrodziejowi, ścielę się do stópek pana doktora dobrodzieja!

Józwowicz.

Czém mogę służyć, panie Podczaski?

Podczaski.

Panie dobrodzieju! ja bez ogródek, wprost do materyi. Panu dobrodziejowi wiadomo, jakie usługi oddawałem pani hrabinie Miliszewskiéj?

Józwowicz.

Trochę.

Podczaski.

Jako były obywatel ziemski... gdyż miałem kolonię...

Józwowicz.

(przerywając) Po stracie kolonii mieszkasz pan na Łyczakowie i agitujesz pan dla młodego hrabiego Miliszewskiego przeciw mnie.


Podczaski.

Niech Bóg uchroni... To jest, panie dobrodzieju, tak było, ale przejrzałem dość wcześnie. Robiło się co mogło. Ma się tam jakieś stosunki między łyka... między mieszczaństwem. Umieją uczcić pochodzenie. Niech jednak pan dobrodziéj będzie pewny...

Józwowicz.

Krótko, czego pan żądasz?

Podczaski.

Bóg widzi, panie dobrodzieju, służyłem pani hrabinie wiernie i wykosztowałem się nie mało, ale przeciw tak rozumnemu człowiekowi jak pan dobrodziéj... wszedłszy w sumienie — chybaby ze szkodą kraju, a tego nie chcę.

Józwowicz.

Uznaję pańskie obywatelskie uczucia. Nie chcesz pan być przeciw mnie?

Podczaski.

Nie chcę, panie dobrodzieju, nie chcę.

Józwowicz.

Masz pan słuszność. Więc za mną?

Podczaski.

Gdybym się ośmielił służby moje ofiarować...

Józwowicz.

Przyjmuję.

Podczaski.

(n. s.) Takich to rozumiem — sto reniów, jak w kieszeni. (głośno) Wdzięczność moja.


Józwowicz.

(przerywając) Moja okaże się po wyborach.

Podczaski.

Po wy-bo-rach?


SCENA III.
Ciż — Jan Miliszewski — późniéj Antoni.
Jan.

Dzień dobry, doktorze! czy tu niéma mamy?

Józwowicz.

Nie, hrabio, niéma mamy.

Jan.

A bo myśmy tu przyjechali oboje, ale mama zaraz poszła do apartamentów księcia, ja trochę zostałem, i teraz nie mogę trafić do apartamentów księcia (spostrzegając Podczaskiego, który się kłaniał od początku sceny). A! pan Podczaski, co pan tu robi?

Podczaski.

Padam do nóżek pana hrabiego. Ot! poradzić się przyjechałem: w nogach strzyka, w głowie strzyka!

Jan.

Czy doktor będzie łaskaw mi pokazać gdzie są apartamenta księcia?

Józwowicz.

Na lewo, w amfiteatrze.


Jan.

Dziękuję. Ale późniéj, jabym się chciał z doktorem widzieć.

Józwowicz.

Do usług. (Jan idzie ku drzwiom, we drzwiach potrąca go Antoni).

Antoni.

Przepraszam.

Jan.

Pardon! (zakłada binokl, przypatruje mu się z ciekawością, potém odchodzi).

Antoni.

(do Józwowicza) Szukałem cię w twoich pokojach i nie znalazłem, wpadam więc tu, bo mi powiedziano, że tu jesteś. Słuchaj! ogromnie ważne rzeczy! (spostrzegając Podczaskiego). Jakto? pan, nasz przeciwnik, tu?

Podczaski.

(na ucho do Antoniego) Nie przeciwnik już, panie dobrodzieju.

Antoni.

(patrząc na niego przez chwilę) A! tém lepiéj. Ale zostaw nas pan teraz samych.

Podczaski.

(n. s.) Oj, źle! (głośno) Polecam się pamięci panów dobrodziejów (n. s.) Dyabli wzięli sto reńskich (wychodzi).

Antoni.

Czego ten tu chciał?


Józwowicz.

Pieniędzy.

Antoni.

A, ofiarował głosy — domyślam się. Dałeś mu?

Józwowicz.

Nie.

Antoni.

To dobrze. My nie przekupujemy. Agitacya — to co innego. Ale mniejsza o to. Wiesz? — szczęście, że postawili kandydaturę Miliszewskiego; inaczéj byłbyś przepadł, bo większość miałby Husarski. Chociaż on i tak groźny, w niektórych obwodach ma większość.

Józwowicz.

Pobiją nas, Antoni?

Antoni.

Nie! Od tego jestem. Uf! jakim zmęczony: odpocznę choć przez pięć minut, (siada) O, jak Boga kocham, jakie tu miękkie kanapy. W okręgach Husarskiego trzeba dać pieniędzy na jakie cele publiczne. Masz ty pieniądze?

Józwowicz.

Mam trochę.

Antoni.

Byle początek — potém uzyskasz od sejmu poparcie. Zafundujemy jaką szkółkę. Uf! jakim ja zmęczony!

Józwowicz.

Zatém masz klucz od biórka, jest tam trochę gotówki i weksle na bank.


Antoni.

Dobrze, ale muszę odpocząć. Tymczasem — co tu u ciebie słychać? Zmizerniałeś, oczy ci wpadły. Musisz się tu gryźć. Dalibóg nie kochałem się w ten sposób w mojéj żonie. Mów, przez ten czas odpocznę, ale mów otwarcie.

Józwowicz.

Bądź spokojny, z tobą będę otwarty.

Antoni.

Cóż daléj?

Józwowicz.

To małżeństwo nie przyjdzie do skutku.

Antoni.

Dlaczego?

Józwowicz.

Taki czas przyszedł, że tym ludziom nic się nie udaje.

Antoni.

Na strych mi z temi pawianami! Cóż ten twój ludożerca? ten Pretwic?

Józwowicz.

Długoby mówić. Księżniczka brała litość i współczucie, jakie dla niego czuła, za coś głębszego. Dziś wié, że go nie kocha.

Antoni.

Dobryś! Doprawdy, możnaby powiedzieć, że ściga tych ludzi jakiś fatalizm. To los ras przeżytych.


Józwowicz.

I logika rzeczy nieubłagana.

Antoni.

Więc ona nie pójdzie za niego? W gruncie mi ich żal. Niech ich tam licho porwie!

Józwowicz.

Poszłaby, choćby słowa miała dotrzymać za cenę życia. Ale tu ktoś trzeci zaplątał się w tę sprawę — hrabia Drahomir.

Antoni.

Co rusz, to hrabia! Więc ona zdradza Jerzego?

Józwowicz.

Kto cię uczył sądzić ludzi, niech ci wróci pieniądze.

Antoni.

Ale bo prawdę rzekłszy, za te wszystkie wasze salonowe wielkie sprawy nie dałbym pięciu centów.

Józwowicz!

Ona i Drahomir nie rozumieją nawet, że się kochają. Jakaś siła nieprzeparta ciągnie jedno ku drugiemu — jaka? — nie pytają. To dzieci niewinne.

Antoni.

Więc ja o coś spytam. Co ci z tego przyjdzie?

Józwowicz.

Słuchaj demokrato! gdy dwóch rycerzy kocha się w jednéj kasztelance, miłość kończy się zwykle dramatycznie, i kasztelanka dostaje się komuś trzeciemu.


Antoni.

A rycerze?

Józwowicz.

Mniejsza o nich, niech zginą.

Antoni.

(deklamując) „Na grobie jego rośnie mech,

Ach! wszakto kurek zdechł!”

Co myślisz, że się stanie?

Józwowicz.

Nie wiem.... Pretwic to człowiek gwałtowny.... Nie przewiduję nic, widzę tylko logikę rzeczy, która mi sprzyja i nie będę takim głupcem, by jéj wbrew własnemu szczęściu przeszkadzać.

Antoni.

Oh! jestem pewny, że jak będzie trzeba, to ty jéj nawet pomożesz.

Józwowicz.

Ha! jestem doktorem. Obowiązkiem moim jest pomagać naturze.

Antoni.

Ot i gotowy program! Znam cię! Przychodzi mi tylko jedna myśl: zkąd wiesz, że tak jest, jak mówisz? Może to wszystko koszałki opałki?

Józwowicz.

Mogę mieć zupełną pewność przez dawną nauczycielkę księżniczki.


Antoni.

Dowiedz się jak najprędzéj.

Józwowicz.

Za chwilę pani Czeska tu nadejdzie: prosiłem ją o to umyślnie.

Antoni.

To ja zmykam. Wiesz co jeszcze? Nie pomagaj ty zanadto naturze, bo to byłoby....


SCENA IV.
Ciż — Pani Czeska.
Czeska.

(wchodząc) Życzył pan sobie ze mną pomówić?

Józwowicz.

Tak jest.

Antoni.

(kłania się pani Czeskiéj, następnie do Józwowicza) Więc idę po pieniądze i wracam za chwilę. Przyniosę ci kwity.

Józwowicz.

Dobrze (Antoni wychodzi).

Czeska.

Kto jest ten pan?

Józwowicz.

Sternik.


Czeska.

Jakto?

Józwowicz.

On prowadzi okręt, na którym płynę; zresztą straszliwie poczciwy człowiek.

Czeska.

Nie rozumiem dobrze. O czém pan chciał ze mną mówić?

Józwowicz.

O księżniczce. Jesteście panie jak matka z córką, zatém pani powinnaś wiedzieć wszystko. Co jéj jest? Ona tai jakieś zmartwienie. Jako doktor, pani, i ja powinienem wiedziéć wszystko, bo żeby leczyć słabości fizyczne, trzeba znać nieraz powody moralne. (n. s.) Duchu Eskulapa, przebacz mi ten frazes!

Czeska.

Mój dobry panie, o co pan pyta?

Józwowicz.

Mówiłem pani, że księżniczka tai jakieś zmartwienie.

Czeska.

Nie wiem.

Józwowicz.

Oboje zarówno ją kochamy, więc mówmy szczerze...

Czeska.

Jestem gotowa.


Józwowicz.

A zatém, czy ona kocha narzeczonego?

Czeska.

Co pan mówi, doktorze? Inaczéj nie byłaby narzeczoną. Doprawdy, że wy wszystko lubicie tak brać na rozum, że czasem więcéj niż się powinno mieścić. Kogożby miała kochać? Naturalnie, że skoro jest narzeczoną, to kocha. Ja to uważam za tak proste, że nawet nie mówię więcéj o tém ze Stelką.

Józwowicz.

Powiadasz, pani: nie mówię więcéj, zatém była mowa poprzednio.

Czeska.

Tak jest. Mówiła mi, że nie wié czy go dość kocha. Ale bo to mój panie, każda czysta dusza obawia się, czy spełnia jak należy obowiązek. Co téż panu mogło przyjść na myśl.

Józwowicz.

(kłaniając się) To tylko chciałem wiedzieć (n. s.). Szkoda tu czasu!


SCENA V.
Ciż — Jan Miliszewski.
Jan.

Dotychczas nie mogłem znaleźć mamy. Dzień dobry pani! Może przeszkadzam?

Czeska.

Nie, my już skończyliśmy, (do Józwowicza) Ona spełni obowiązek: niech pan będzie spokojny.


Józwowicz.

Dziękuję (Czeska wychodzi).

Jan.

Doktorze?

Józwowicz.

Słucham.

Jan.

Ja muszę mówić o rzeczach bardzo delikatnych.

Józwowicz.

Proszę otwarcie.

Jan.

Zróbmy z sobą układ jak dobrzy ludzie. Mama chce, żebym ja został posłem, ale ja nie mam ochoty.

Józwowicz.

Zbytek skromności.

Jan.

Pan to mówi nieszczerze, a ja nie umiem się bronić. Wcalebym się nie starał o to poselstwo, gdyby nie mama. Widzi pan, jest taka rzecz: jak mama chce czego, to musi być. Wszystkie Srokoszyńskie są takie, a mama z domu Srokoszyńska.

Józwowicz.

Pan hrabia ma przecie własną wolę.

Jan.

W tém właśnie biéda, że się tak złożyło, że znowu Miliszewscy zawsze słuchają kobiet. My się tém odznaczamy, panie!


Józwowicz.

Rycerski znak. Ale czem mogę służyć?

Jan.

Oto ja panu nie będę przeszkadzał w poselstwie.

Józwowicz.

Szczerość za szczerość: pan zamiast przeszkadzać, pomagałeś mi dotąd.

Jan.

Nie wiem jakim sposobem, ale jeśli tak, to niech mnie doktor pomoże z kolei.

Józwowicz.

W czém?

Jan.

To właśnie rzecz delikatna. Ale sekret, doktorze, przed mamą.

Józwowicz.

Naturalnie.

Jan.

Mama chce żebym się żenił z księżniczką, a ja, panie, nie chcę....

Józwowicz.

Pan nie chce?

Jan.

Pan się dziwi?

Józwowicz.

Wyznaję....


Jan.

Nie chcę, bo nie chcę. Jak się człowiek niéma ochoty żenić, no, to się niéma ochoty żenić. Pomyśli pan, że się kocham w kim innym? Może. Dość że nie w księżniczce. Naturalnie, że jak mama zawoła: „Jean puszczaj się!” to się puszczam, bo cóż mam robić? Miliszewscy umieli sobie radzić z mężczyznami, ale z kobietami, oho!

Józwowicz.

Nie rozumiem tylko, w czém mogę być pożyteczny?

Jan.

Doktor przecie wszystko może w tym domu, niech doktor sprawi, ale w sekrecie przed mamą! żebym ja dostał odkosza.

Józwowicz.

Panie hrabio, dla pana co w mocy ludzkiéj....

Jan.

Dziękuję.

Józwowicz.

I podejmuję się tém chętniéj, że księżniczka jest narzeczoną.

Jan.

A to nie wiedziałem, że mi tu ktoś w drogę właził.

Józwowicz.

(n. s.) Dobra myśl. (głośno) Pan Jerzy Pretwic.

Jan.

A to mnie tu chcieli na dudka wystrychnąć!


Józwowicz.

Pan Pretwic jest zuchwałym człowiekiem. Wyznaję nawet panu, że miałeś słuszność, nazywając sprawę delikatną. Pana Pretwica ludzie boją się, gdy więc pan ustąpisz, świat będzie mógł pomyśleć....

Jan.

Że i ja się boję? A to nie ustąpię! O, mój panie, jak widzę, to pan nie zna wcale Miliszewskich. My tylko z kobiétami nie umiemy sobie dawać rady, ale żaden Miliszewski nie był tchórzem. Wiem, że ludzie śmieją się ze mnie, ale kto mię nazwie tchórzem, tego oduczę się śmiać. Ja tu zaraz pokażę, czym tchórz. Cóżto pan Pretwic? Gdzie on teraz jest?

Józwowicz.

W téj chwili w ogrodzie. (pokazując przez okno) Widzi go pan tam nad jeziorem.

Jan.

Do widzenia!


SCENA VI.
Józwowicz sam — potém Antoni.
Józwowicz.

Wielcy ojcowie bezdzietni! Cha! cha!.....
   .....................

Antoni.

(wbiegając) Jesteś tu? Masz kwity. Czego się śmiejesz?


Józwowicz.

Miliszewski poleciał wyzwać na pojedynek Pretwica.

Antoni.

Co znowu? czy oni powaryowali?

Józwowicz.

W piękném świetle stanie przed nią Pretwic, ten rycerz bez skazy, jeśli będzie miał awanturę z takim głupcem. W piękném świetle!

Antoni.

To tyś tak nakręcił?

Józwowicz.

Jak powiedziałem ci: dopomagam naturze.

Antoni.

Dopomagajże sobie, a ja zmykam.

Józwowicz.

Bądź zdrów! Albo nie: idę z tobą, nie mogę dopuścić, by awantura poszła zadaleko.

Antoni.

Chciałem ci jeszcze powiedzieć, że z twoich pieniędzy kupię jeść moim pędrakom. Oddam ci późniéj: pozwalasz?

Józwowicz.

Jak możesz pytać, Antoni? (wychodzi).

SCENA VII.
Stella z kapeluszem w ręku i Drahomir.
(wchodzą drzwiami od ogrodu).
Stella.

Zmęczyła mnie trochę przechadzka. Widzi pan, panie Karolu, jaka jestem słaba (siada). Gdzie jest pan Jerzy?

Drahomir.

Z młodym Miliszewskim, który prosił go o rozmowę. Pani zaś Miliszewska traktuje z księciem. Zdaje mi się nawet, że tam odbywa się mała scena. Hrabina nie wiedziała, że pani jesteś narzeczoną i miała podobno inne zamiary. Ale daruj mi pani! ja się śmieję, a pani to sprawia przykrość.

Stella.

I ja miałabym się ochotę śmiać, gdybym nie wiedziała, ile to papie sprawi kłopotów. Zresztą, żal mi pana Miliszewskiego.

Drahomir.

Pojmuję, co może czuć w jego położeniu serce prawdziwie kochające, ale o pana Jana jestem spokojny. Pocieszy się, jeśli mama każe.

Stella.

Czasem można bardzo się omylić na ludziach.

Drahomir.
Czy mowa o mnie, czy o Miliszewskim?
Stella.

Niech będzie o panu. Przedstawiono mi pana z góry, jako zbiór wszystkich doskonałości.

Drahomir.

A pani znalazła zbiór wszystkich wad?

Stella.

Przecie tego nie mówię.

Drahomir.

Ale, myślę. Za to ja nie zawiodłem się: portret pani, jak mi go odmalowali Jerzy i doktor, zgadza się z rzeczywistością.

Stella.

Jakiż był portret?

Drahomir.

Ze skrzydłami u ramion.

Stella.

To znaczy, że mam tyle powagi co motyl?

Drahomir.

Skrzydła aniołów godzą się z powagą.

Stella.

Prawdziwa przyjaźń powinna prawdę mówić. Proszę o jaką gorzką.

Drahomir.

Czy bardzo gorzką?


Stella.

Jak piołun, albo jak chwilami... życie.

Drahomir.

A więc: nie jesteś pani dobrą dla mnie.

Stella.

Za jakiż grzech mam rozpocząć pokutę?

Drahomir.

Za brak przyjaźni dla mnie.

Stella.

Piérwsza odwołam się do przyjaźni, ale w czémże nie spełniam jéj warunków?

Drahomir.

Bo dzielisz się pani ze mną wesołością, zabawą, śmiechem, a gdy nadleci chwila smutku i goryczy, to te gorzkie kwiatki i ciernie zabierasz sobie wyłącznie. Podziel się pani ze mną i taką chwilą, proszę bardzo!

Stella.

Nie chciałam nigdy mącić wesołości pana, to nie egoizm.

Drahomir.

Moja wesołość nie płynie także z egoizmu. Jerzy powiedział mi o pani, gdym tu przybył: „ja umiem tylko patrzeć na nią i modlić się do niéj; tyś młodszy, weselszy, staraj się ją rozweselić i zabawić;” więc oto przyniosłem tu całą moję wesołość, jak towar na plecach i złożyłem ją u nóg pani. Ale od pewnego czasu widzę, że panią męczę tylko; widzę na twarzy pani jakąś chmurkę, podejrzywam jakiś tajony smutek, więc jako druh serdeczny oddałbym życie, żeby go rozproszyć.

Stella.

(cicho) Panie Karolu....

Drahomir.

(składając ręce) Pozwól mi pani mówić. Roztrzepańcem byłem w życiu, alem szedł za głosem serca i sercem pani smutek odgadłem. Odtąd padł cień i na moję wesołość... alem się przezwyciężał. Łzy wypłakanéj nic już nie wróci, w drodze jednak do oczu, może ją przyjazna ręka zatrzymać.... Więc się przezwyciężałem.... — by łzy do pani oczu nie puścić. Jeślim pobłądził, jeślim złą drogę obrał, proszę o przebaczenie. Życie się pani złoży, jak bukiet kwiatów, bądź więc pani weselsza, bądź weselsza.

Stella.

(wzruszona, podając mu rękę) Będę przy panu. Grymaśna ze mnie dziewczyna, rozpieszczona i słaba trochę. Sama często nie wiem, co mi jest i czego pragnę. Jam szczęśliwa, doprawdy szczęśliwa. To są chwile przelotne, ale obiecuję poprawę. Nie jednę jeszcze chwilę spędzimy wesoło...

Drahomir.

A więc: co tam! jak mówi pani Czeska. Starajmy się przezwyciężyć; będziemy się śmiać, biegać po ogrodzie i płatać psoty mamie i synowi Miliszewskim.


Stella.

Odgadłam tajemnicę pańskiéj wesołości i szczęścia: to prawość serca i dobroć.

Drahomir.

Nie, pani. Wielkie ze mnie nic-potem. Byłem tylko dotąd dość spokojny, ale prawdziwe szczęście nie w tém leży.

Stella.

Czasem myślę że go wcale niéma na świecie.

Drahomir.

Rozum go nie uchwyci i nie poleci za tą wizyą skrzydlatą. Czasem może ona i przelatuje blizko, ale nim się człowiek obejrzy, nim wyciągnie ręce: bywa zapóźno!

Stella.

Jakie to bolesne słowo: zapóźno.


SCENA II.
Ciż — Józwowicz.
Józwowicz.

(wchodzi śmiejąc się) Cha! cha! czy państwo wiecie, co się stało?

Stella.

Coś zabawnego, doktorze?

Józwowicz.

Rzecz okropna, tragiczna, straszna, ale przedewszystkiem śmieszna! Miliszewski chciał wyzwać Jerzego.


Stella.

Mój Boże!

Józwowicz.

Śmiéj się pani razem ze mną. Gdyby to było coś niebezpiecznego, przeciebym pani nie przestraszał.

Drahomir.

Na czémże się skończyło?

Józwowicz.

Wiecie państwo, że aż się pogniewałem na Jerzego. Wyobraźcie sobie: wziął tę rzecz poważnie.

Drahomir.

Proszę cię, cóż miał zrobić?

Józwowicz.

A tożby dla człowieka, jak Jerzy, wstyd był strzelać się z takim biédakiem!

Stella.

Doktor ma słuszność. Nie rozumiem pana Jerzego.

Józwowicz.

Niech się nie gniewa nasza księżniczka. Już ich pogodziłem. Jerzy tylko nie wniknął w głąb rzeczy i przyrodzona krewkość go uniosła. Ale teraz, gdy się zastanowił i gdym mu wytłumaczył rzecz całą, zgodził się, że byłoby to co najmniéj śmieszne. On ma dużo rozsądku, Jerzy.

Drahomir.

Cóż Miliszewski?


Józwowicz.

Odesłałem go do mamy. To także dobry chłopiec.

Stella.

Jednak pan Jerzy dostanie odemnie burę.

Drahomir.

Niech tylko pani nie będzie zbyt surowa.

Stella.

Panowie się śmieją, a mnie przykro, że panu Jerzemu trzeba było to tłumaczyć. Doprawdy, zaraz mu dam burę (odchodzi).


SCENA IX.
Drahomir — Józwowicz.
Drahomir.

Co to za anioł ta księżniczka!

Józwowicz.

Tak. Niéma ani jednej skazy na téj kryształowéj naturze.

Drahomir.

Musi tak być, skoro ty nawet, doktorze sceptyku, mówisz o niéj z takim zapałem.

Józwowicz.

Sześć lat upływa jak tu jestem. Gdym tu przyjechał piérwszy raz, wybiegła do mnie w krótkiéj sukience i z główką w papilotach — ot, takie jeszcze maleństwo. Odtąd przy mnie to rosło. Sześć lat ma swoje prawa, trudno się nie przywiązać.

Drahomir.

Wierzę. (po chwili w zamyśleniu) Dziwne wy jednak macie serca, wy ludzie pracy...

Józwowicz.

Dlaczego?

Drahomir.

Bo... wiem co mi pan możesz powiedzieć o jéj towarzyskiéj pozycyi; ale to nic nie znaczy: serca są równe; więc jakże się to stało, że pan tak blizki księżniczki, umiał tak nad sobą panować i nie... i nie...

Józwowicz.

(przerywając) Co takiego?

Drahomir.

Trudno mi wyrażenie znaleźć!

Józwowicz.

To ja znajdę. Pytasz pan, dlaczegom się w niéj nie zakochał?

Drahomir.

Cofnąłem się przed słowem zbyt śmiałém.

Józwowicz.

Doprawdy, jeśli tak brak hrabiemu odwagi, to go wyręczę i spytam: a pan?


Drahomir.

Doktorze!

Józwowicz.

Cóż tam za struna liryczna jękła?

Drahomir.

Skończmy tę rozmowę.

Józwowicz.

Jak się podoba, chociaż ja mogę jeszcze mówić spokojnie, i dlatego, żeby zmienić rozmowę, wolę spytać pana: jak sądzisz, czy ona będzie z Jerzym szczęśliwa?

Drahomir.

Co za pytanie! Jerzy ją kocha nad wszystko.

Józwowicz.

Nie wątpię, ale natury ich niezgodne. Jéj myśli i uczucia subtelne jak pajęczyna, a Jerzy? Widziałeś pan, jak ją ubodło, że on przyjął wyzwanie?

Drahomir.

Czemu pan jéj o tém wspomniałeś?

Józwowicz.

Źle zrobiłem. Jerzy więc...

Drahomir.

Jaki on będzie z nią szczęśliwy.

Józwowicz.

Każdy byłby z nią szczęśliwy, i każdemu można dać radę: (z naciskiem) szukaj podobnéj. Tak, hrabio: szukaj podobnéj (wychodzi).


SCENA X.
Drahomir.

(sam) Szukaj podobnéj.... A jeśli się znajdzie.... zapóźno (siada ukrywszy twarz w dłonie).


SCENA XI.
Stella — Drahomir.
Stella.

(spostrzegłszy Drahomira, przez chwilę patrzy na niego w milczeniu). Panie Karolu, co panu jest?

Drahomir.

Pani tu?... (chwila milczenia).

Stella.

(zmieszana). Ja tu szukam papy... Przepraszam pana, muszę odejść...

Drahomir.

(cicho) Odejdź pani... (Stella odchodzi, we drzwiach zatrzymuje się, waha przez chwilę i znika). Trzeba ztąd uciekać jaknajprędzéj!


SCENA XII.
Drahomir — Książę — w końcu Józwowicz.
Książę.

(wbiegając zadyszany) Do téj pory mnie dręczyła. O Jezus Marya! A, to ty, Drahomir?


Drahomir.

To ja, mój książę.

Książę.

To mnie wymęczyła, co?

Drahomir.

Kto taki?

Książę.

A pani Miliszewska. Mój drogi, jak jemu być posłem, kiedy on głupi?

Drahomir.

Istotnie, książę.

Książę.

A widzisz! Potém, jako matka, oświadcza mi się o Stellę. Ażem się żachnął. Przecie narzeczona, ale oni nie wiedzieli. O Jezu!

Drahomir.

Jakże książę się uwolnił?

Książę.

Doktor mnie uwolnił. Jak go niéma, to hrabina na nim ani suchéj nitki, a jak jest, to jak mysz w kącie. To głowa ten Józwowicz? on ma lepszy rozum od nas wszystkich.

Drahomir.

To pewna.

Książę.

Ale i ty masz rozum, Drahomir? — co? masz?


Drahomir.

Jakże tu zaprzeczyć lub potwierdzić. Józwowicz ma inny rozum, mój książę.

Książę.

A widzisz! inny? Ja jego i niecierpię i boję się i lubię, ale mówię ci, żyćbym bez niego nie mógł: słyszysz.

Drahomir.

Rozumny i poczciwy człowiek.

Książę.

Poczciwy? to dobrze, aleś ty lepszy, boś nie demokrata. Ja ciebie kocham, Drahomir! Stelka, ja jego koch... A, niéma jéj.

Drahomir.

(całując go w ramię) Dziękuję księciu.

Książę.

Dalibóg, żebym miał drugą córkę, tobym ci ją, tego....

Drahomir.

O! nie mów tak, książę. (n. s.) Tak, trzeba uciekać.

Książę.

Chodź na cygaro. Zawołamy tamtych i pogawędzimy trochę. Hej, Józwowicz! Pretwic!

Józwowicz.

(wchodząc) Co książę rozkaże?


Książę.

Pójdź na cygaro, Robespierze! Dziękuję ci, mój chłopcze, żeś mnie od téj hrabiny uwolnił.

Józwowicz.

Idźcie panowie. Ja poślę do Pretwica i zaraz nadejdziemy. (dzwoni, ukazuje się służący, książę i Drahomir wychodzą). Prosić pana Pretwica! (służący wychodzi).

Józwowicz.

(sam) Antoni miał słuszność! ja pomagam logice. Ciężko mi jednak podkopywać, bom przywykł łamać.... (wchodzi Jerzy).


SCENA XIII.
Jerzy — Józwowicz.
Jerzy.

I ja ciebie także szukałem.

Józwowicz.

Książę nas prosi na cygara.

Jerzy.

Czekaj trochę. Na imię boże powiedz mi, co to wszystko znaczy? Stella mieni się w oczach, w powietrzu wisi coś ciężkiego: co to znaczy, Józwowicz?

Józwowicz.

To moda. Teraz w modzie melancholia.

Jerzy.

Drwisz ze mnie?


Józwowicz.

Nic nie wiem.

Jerzy.

Wybacz mi. Krew jakoś dziwnie bije mi do głowy; widzę jakąś groźbę nad sobą. Myślałem, że znajdziesz dla mnie słowo uspokojenia; sądziłem, że mi sprzyjasz.

Józwowicz.

Czy wątpisz o tém?

Jerzy.

Daj rękę, a potem słowo jakieś objaśnień, lub rady.

Józwowicz.

Radzić, więceś ty chory?

Jerzy.

(z wysileniem) Doprawdy, igrasz ze mną, jak kot z myszą.

Józwowicz.

Bo się nie znam na przeczuciach.

Jerzy.

Mówiłeś mi, że ona nie chora?

Józwowicz.

Nudzi się.

Jerzy.

Dziwnie to mówisz i chyba sam nie wiesz, jaki ból zadajesz mi tém słowem.


Józwowicz.

Rozrywaj ją.

Jerzy.

Jak? jak?

Józwowicz.

Nie jak wilk jagnię, ale naprzykład tak, jak rozrywa ją Drahomir.

Jerzy.

Ona lubi jego towarzystwo.

Józwowicz.

I on jéj. Takie poetyczne dusze przystają do siebie wzajemnie.

Jerzy.

Co ty przez to rozumiesz?

Józwowicz.

(ostro) A ty jak bierzesz moje słowa?

Jerzy.

(wstaje) Ani słowa więcéj , rozumiesz mnie, bo ja nie zawsze umiem przebaczać!

Józwowicz.

(wstaje również, zbliża się do Jerzego i patrzy mu w oczy) Sądzę, żeś chciał mnie przestraszyć? Prócz tego, czego chcesz?

Jerzy.

(po chwili walki ze sobą) Pytaj czego chciałem, bo już nic nie chcę. Znasz ją dawniéj odemnie, więc udałem się do ciebie, jako do jéj i mego przyjaciela. Odpowiedziałeś mi drwinami. W oczach błyszczy ci nienawiść do mnie, choć nie uczyniłem ci nic złego, a powitałem pierwszy jak dawnego kolegę. Sądź sam! Jabym miał większe prawo spytać: czego chcesz odemnie, gdyby nie to, (z dumą) że mi to wszystko jedno (wychodzi).

Józwowicz.

Zobaczymy.


SCENA XIV.
Józwowicz — Służący.
Służący.

Umyślny od pana Antoniego przyniósł list.

Józwowicz.

Dawaj. (Służący wychodzi. Józwowicz patrząc na drzwi, któremi wyszedł Jerzy) Oh! i ja już nie panuję nad nienawiścią. Zgniotę cię w proch, i teraz przed niczem się nie cofnę!.... (rozrywa gorączkowo pieczątkę). Przekleństwo! muszę tam jechać jeszcze dziś!


SCENA XV.
Józwowicz — Pani Czeska.
Czeska.

(wchodząc żywo) Doktorze, szukam pana po całym domu.

Józwowicz.

Co się stało?


Czeska.

Stella chora, znalazłam ją w jéj pokoju całą we łzach.

Józwowicz.

(n. s.) Biédna. (głośno) Spieszę natychmiast!

(wychodzą).
(Zasłona spada).
KONIEC AKTU TRZECIEGO.



AKT CZWARTY.

Tenże sam salon.
SCENA I.
Józwowicz. — Drahomir.
(Józwowicz, siedząc przy stoliku notuje w katalogu, Drahomir wchodzi późniéj).
Drahomir.

Przychodzę cię pożegnać, doktorze.

Józwowicz.

(wstając nagle) A! pan wyjeżdża?

Drahomir.

Tak jest!

Józwowicz.

Nagłe postanowienie. I na długo?

Drahomir.

Dziś wieczór wracam do Świetlenic do Jerzego, jutro zaś wyjeżdżam za granicę.


Józwowicz.

Słowo jeszcze. Mówiłeś już pan komu o tym zamiarze?

Drahomir.

Dotychczas nikt nie wié. Zamiar mój dopiéro przed parą godzinami zmienił się w postanowienie.

Józwowicz.

Nieodwołalnie?

Drahomir.

Nieodwołalnie.

Józwowicz.

Więc ani Jerzy jeszcze nic nie wié?

Drahomir.

Ani Jerzy. Czemu pan o to pyta?

Józwowicz.

(n. s.) Stało się. Trzeba działać szybko, inaczéj, wszystko przepadnie. (głośno) Panie hrabio, nie mogę w téj chwili mówić z panem obszerniéj, bo za chwilę przybędzie do mnie Antoni w sprawie, od któréj cała moja przyszłość zależy. Ale słuchaj mnie, zaklinam pana w imię spokoju i zdrowia księżniczki, nie wspominaj o tém nikomu, że wyjeżdżasz: ani jéj, ani Jerzemu, ani księciu.

Drahomir.

Nie rozumiem pana.

Józwowicz.

Zrozumiesz mnie pan. W téj chwili nie mogę powiedzieć więcéj. Za pół godziny proszę pana o chwilę rozmowy. Zrozumiesz mnie pan: upewniam. Oto i Antoni. Widzi pan, że w téj chwili nie mogę.

Drahomir.

Zatem, do widzenia.


SCENA II.
Antoni — Józwowicz.
Antoni.

Jutro rezultat będzie wiadomy. Sprawa gorąca! Masz przygotowaną odezwę?

Józwowicz.

Oto jest. I cóż? i cóż?

Antoni.

Dotychczas wszystko dobrze, ale ci mówię, że sprawa gorąca. Gdybyś był nie przyjechał ostatnim razem, przepadłbyś, bo Miliszewski się usunął, a teraz jego stronnicy za Husarskim. Podczaski nic nie wart. Powiedziałeś świetną mowę w ratuszu. Niech cię piorun trzaśnie! Dziś urządzamy ci owacyę. Programowi twemu nawet nieprzyjaciele oddają słuszność. Oh! nareszcie dobijemy się głosu. Od trzech dni nie sypiam, nie jadam, tylko pracuję, a czas mam, bo mi dali dymisyą z urzędu.

Józwowicz.

Wypędzili cię z urzędu?

Antoni.

Za agitacyą i za sprawę z Husarskim.


Józwowicz.

Znalazłeś na niego jakie środki?

Antoni.

Kropnąłem mały artykulik. Przynoszę ci go: masz. Wytoczył mi proces i wygra go. Wsadzą mnie do kozy, ale proces skończy się dopiéro po wyborach, a artykuł zaszkodził mu przed wyborami.

Józwowicz.

Dobrze.

Antoni.

Ale jak będę w kozie siedział, myśl o mojéj żonie i dzieciach. Kocham ogromnie moje pędraki. Mam ich trochę zadużo, ale, natura lex dura.

Józwowicz.

Bądź spokojny.

Antoni.

Ty nie uwierzysz, ale ja prawie szczęśliwy jestem. Chwilami mi się zdaje, że nasza prowincya to zatęchła izba, a ja otwieram okno i wpuszczam świeże powietrze. Będziemy pracować, choćbyśmy sobie mieli ręce po łokcie urobić. Wierzę w ciebie, boś ty bestya z żelaza. Dalibóg, wziąłeś nas za łeb tak, że aniśmy się spostrzegli.

Józwowicz.

Zginę, albo dwa zwycięztwa odniosę.

Antoni.

Dwa?


Józwowicz.

Tak, i to drugie dziś jeszcze. Tu, dziś. Wypadki zaskoczyły mnie poniekąd. Fakta zwróciły się przeciw mnie. Plan postępowania na razie musiałem stworzyć przed chwilą.

Antoni.

E! byleśmy tylko tam wygrali. Wiesz co, panie naczelniku naszej partyi? Wolałbym, żebyś cisnął do licha to twoje drugie zwycięztwo.

Józwowicz.

I w tém mylisz się, Antoni.

Antoni.

Bo się tu gryziesz, dręczysz. Wychudłeś jak szczapa. Spojrzyj-no w lustro jak wyglądasz.

Józwowicz.

Nic nie szkodzi, gdy tu minę wysadzę, będę spokojniejszy, a mina już gotowa.

Antoni.

Kosztuje cię to jednak.

Józwowicz.

Tak, ale się nie cofnę.

Antoni.

U dyabła! Nie posmól-no tylko bardzo rąk w tym prochu.


SCENA III.
Ciż — Stella.
Stella.

(wchodząc spostrzega Antoniego) A, przepraszam!

Józwowicz.

Pan Antoni, mój przyjaciel. (Antoni kłania się) Co pani rozkaże?

Stella.

Zasadził mnie pan do łóżka, a to tak przykrzy się leżeć. Pani Czeska wyszła do kaplicy, więc ja uciekłam. Czy pan pozwoli?

Józwowicz.

Cóż mam robić, księżniczko, choć miałbym ochotę łajać nieposłuszne dziecko. Niedawno tu kto inny prosił także za panią.

Stella.

Kto taki?

Józwowicz.

Hrabia Drahomir; a prosił tak bardzo, iż mu przyrzekłem, że pozwolę pani wstać za godzinę. On się chce podobno z panią rozmówić, choćby późniéj, jak dziś nie będzie mógł.

Stella.

(n. s.) Co to znaczy?

Józwowicz.

O piątéj, to jest za godzinę, będzie tu.


Stella.

Dobrze.

Józwowicz.

Teraz proszę wrócić do swego pokoju, bo pani lekko ubrana (Stella wychodzi).


SCENA IV.
Józwowicz — Antoni.
Antoni.

Ach! to więc jest księżniczka. Widziałem ją piérwszy raz.

Józwowicz.

Tak, to ona.

Antoni.

Bardzo ładna. Ale jakieś to, jakby ze mgły. Ja, panie, wolę takie kobiety, jak moja żona. Z téj się nie dochowasz tęgich demokratów.

Józwowicz.

Dosyć o tém.

Antoni.

Więc podnoszę kotwicę i płynę. Twoję odezwę rozrzucę jeszcze dziś, a przytém kropnę drugi artykulik o Husarskim. Jeśli mnie mają wsadzić do kozy, to niech już wiedzą za co. Bądź zdrów.

Józwowicz.

A jak spotkasz służącego, powiedz mu, że czekam na hrabiego Drahomira.


SCENA V.
Józwowicz — późniéj Drahomir.
Józwowicz.

Niech więc odjeżdża ten paź złotowłosy, ale niech się z nią pożegna. To pożegnanie będzie czerwoną chorągwią dla buhaja.... (wchodzi Drahomir) Czekam na pana. Czy Pretwic jest tu?

Drahomir.

Jest u księcia.

Józwowicz.

Siądź, panie hrabio, pomówimy.

Drahomir.

(niespokojnie) Słucham.

Józwowicz.

Pan kochasz księżniczkę.

Drahomir.

Panie Józwowicz.

Józwowicz.

Na pański honor — tak, lub nie?

Drahomir.

Bóg chyba ma prawo zadawać mi pytania, których sam sobie zadać nie śmiem.

Józwowicz.

I pańskie sumienie.


Drahomir.

I nikt więcéj .

Józwowicz.

Zatém inaczéj: i ona pana kocha.

Drahomir.

Milcz pan! O Boże wielki!

Józwowicz.

Załamała się duma! Wiedziałeś pan o tém!

Drahomir.

Nie, nie chciałem wiedzieć.

Józwowicz.

Teraz pan wiesz.

Drahomir.

Więc wyjeżdżam na zawsze.

Józwowicz.

Zapóźno, panie! Poplątałeś jéj życie, a teraz opuszczasz ją?

Drahomir.

Na Boga, i cóż mam robić?

Józwowicz.

Wyjechać, ale nie na zawsze i nie bez pożegnania.

Drahomir.

Po cóż dolewać jeszcze kroplę do przepełnionego kielicha?


Józwowicz.

Piękny frazes! Czy pan nie rozumiesz jakie tu światło padnie na nią, gdy wyjedziesz nagle, bez pożegnania i bezpowrotnie. A przytém ona jest chora i pańskiego wyjazdu może nie przeżyje.

Drahomir.

Nie widzę wyjścia....

Józwowicz.

Jest tylko jedno. Wynajdź pan powód, pożegnaj ją spokojnie i powiedz, że wrócisz. Inaczéj może to być dla niéj cios nad siły. Trzeba jéj zostawić nadzieję. Ona nie powinna niczego się domyślać. Potém może oswoi się z nieobecnością pana, może zapomni....

Drahomir.

Niech lepiéj zapomni.

Józwowicz.

Dołożę wszystkich sił by się to stało. Pierwszy rzucę garść ziemi na pańską pamięć.

Drahomir.

Cóż więc mam czynić?

Józwowicz.

Wynaleźć powód, pożegnać ją, zapowiedzieć wszystkim powrót, i wyjechać. Jerzy również niéma wiedzieć o niczém.

Drahomir.

Kiedyż mam ją pożegnać?


Józwowicz.

Za chwilę. Już ją uprzedziłem. Ja zajmę Pretwica przez ten czas. Ona tu nadejdzie wkrótce.

Drahomir.

Wszystko się tak składa, że wolałbym mieć kulę w sercu.

Józwowicz.

Nikt nie jest pewny swego jutra. Odejdź pan teraz (Drahomir wychodzi).


SCENA VI.
Józwowicz — późniéj służący.
Józwowicz.

Jak tu parno. Głowa mi pęka (dzwoni, wchodzi służący). Prosić tu natychmiast pana Pretwica. (Służący wychodzi). Głowa mi pęka.... ale potém będzie długi spokój....


SCENA VII.
Józwowicz — Jerzy.
Jerzy.

(wchodząc) Czego chciałeś odemnie?

Józwowicz.

Chciałem ci dać niektóre przestrogi co do zdrowia księżniczki.

Jerzy.

Jak ona się teraz ma?


Józwowicz.

Lepiéj. Pozwoliłem jéj teraz wstać, bo oboje z Drahomirem o to prosili.

Jerzy.

Z Drahomirem?

Józwowicz.

Tak. On się chce z nią rozmówić. Mają się tu zejść za kwadrans.

Jerzy.

Józwowicz! mnie dusi wściekłość i ból. Drahomir mnie unika.

Józwowicz.

A! ty go przecież nie podejrzywasz?

Jerzy.

Przysięgam, żem się podejrzeniom bronił jak konający krukom, żem gryzł ręce z bólu i rozpaczy, że jeszcze się bronię, ale nie mogę dłużej... nie mogę. Oczywistość bije mnie w głowę obuchem. On mnie unika, on! Na miłosierdzie boże! powiedz mi, żem głupi, że dostałem pomięszania zmysłów, bo się rwie wszystko we mnie...

Józwowicz.

Hamuj się. Gdyby nawet kochał księżniczkę, sercem nikt nie włada.

Jerzy.

Dosyć, dosyć! Tyś miał słuszność, gdyś imię jego pierwszy raz z jéj imieniem połączył. Ja odepchnąłem wówczas tę myśl, ale żyła ona tu! (uderza się w piersi). Ziarno dojrzało teraz. O! jaką ja tu rolę grałem straszną i śmieszną, póki mnie nie przekonała oczywistość...

Józwowicz.

On ci przecie uratował życie.

Jerzy.

By zabrać je wtedy, gdy zacznie mieć wartość jakąś. Zapłacone już, zapłacone męczarnią, zabitém szczęściem, złamaną nadzieją, zniszczoną wiarą w niego, w siebie, w nią. A wiesz ty, ile już dni i nocy upłynęło, jak tłumię w sobie krzyk poprostu rozpaczy...

Józwowicz.

Uspokój się.

Jerzy.

Ja tego człowieka kochałem. Powiedz mi, żem waryat, a uspokoję się. Jakie to straszne, że to on właśnie. Rozum mój się kończy, siły się kończą, a nieszczęście się nie kończy. Pomyśl, że to on właśnie. Wybacz mi wszystko, com ci dawniéj powiedział i ratuj mnie: złe myśli przychodzą mi do głowy.

Józwowicz.

Uspokój się — ty się mylisz.

Jerzy.

Pokaż mi, że się mylę, a klęknę przed tobą.

Józwowicz.

Mylisz się. Drahomir wyjeżdża.


Jerzy.

Wyjeżdża... (chwila milczenia) Boże wielki! więc i ja mogę żyć jeszcze jak każdy człowiek — nie w męczarni i mieć nadzieję?

Józwowicz.

(zimno i powoli) Nie wyjeżdża wprawdzie na zawsze. Mówił, że niedługo wróci.

Jerzy.

O! znowu wbijasz mię na krzyż.

Józwowicz.

Zbierz przytomność i nie daj porywać się obłędowi. W każdym razie zyskujesz na czasie. Jeśli cię zachwiał w sercu księżniczki, możesz odzyskać utracone miejsce.

Jerzy.

Nie! stało się! staczam się w przepaść.

Józwowicz.

Wszystko się może rozwiać z jego wyjazdem.

Jerzy.

(z wybuchem) Mówiłeś przecie, że wróci.

Józwowicz.

(z mocą) Słuchaj, zgadzam się z tobą, żeś zapłacił Drahomirowi za życie boleścią: Drahomir zdradził i złamał przyjaźń, zabierając ci jéj serce; ale odrzucam myśl, że wyjeżdża dlatego, by swą osobę przed twą zemstą uchronić.


Jerzy.

A jéj dać czas do zerwania! Tak jest! tak, jam już przeklęty aż do godziny śmierci; już go będę o wszystko posądzał. On ucieka przedemną.

Józwowicz.

Jerzy!

Jerzy.

Niech mi Bóg przebaczy, jeśli się tu stanie z Karolem coś strasznego.

Józwowicz.

Biédny Jerzy!

Jerzy.

Dość, dość. Pójdę go spytać, kiedy wraca. Uratował mi jedno życie, a zabił dziesięć (chce wychodzić).

Józwowicz.

Gdzie idziesz?

Jerzy.

Spytać go na jak długo wyjeżdża?

Józwowicz.

Chwilę tylko. O co chcesz pytać, szalony? On może niewinny, ale duma zamknie mu usta i zgubi was obydwóch. Stój tu, bo przejdziesz chyba po moim trupie. Nie boję się ciebie — rozumiesz! Oni za chwilę mają się tu rozmówić. Potrzeba ci dowodów, będziesz je miał. Z ogrodu, z ganku nie będziesz ich słyszał, ale zobaczysz. Przekonasz się własnemi oczyma, i może będziesz żałował słów gwałtownych.


Jerzy.

(po chwili) Zgoda! dobrze. Oby Bóg dał, żeby tam nie było winy. Dziękuję ci, ale ty mnie nie opuszczaj teraz.

Józwowicz.

Słowo jeszcze. Cokolwiek zajdzie, nikczemnymbyś był, gdybyś wybuchem przy niéj naraził jéj życie.

Jerzy.

Zgoda, chodźmy.

Józwowicz.

Powyprawiam jeszcze wszystkich. Będą tu sami.

Jerzy.

Gdzie pójdziemy?

Józwowicz.

Na ganek ogrodowy.

Jerzy.

Niech Bóg zmiłuje się nademną i nad niemi.

Józwowicz.

Ty masz gorączkę. Trzęsiesz się jak w febrze....

Jerzy.

Ścisnę chustkę ustami. Więc tam, z ganku?

Józwowicz.

Tak, między cyprysami.

Jerzy.

Brak mi tchu. Tu się ktoś zbliża. Chodźmy.


SCENA VIII.
Drahomir — późniéj Stella.
Drahomir.

Ostatni wieczór i ostatni raz. (po chwili) Niech się dzieje wola boża; niech na mnie spadną wszystkie cierpienia.

Stella.

(wchodzi) Doktor mówił mi, że pan się chciał widzieć ze mną.

Drahomir.

Tak, pani, proszę wybaczyć mi moję śmiałość. Ważne powody odwołują mnie na pewien czas do domu. Przyszedłem panią pożegnać.

Stella.

Pożegnać?

Drahomir.

Wyjeżdżam dziś jeszcze do Świetlenic, a jutro daléj (chwila milczenia).

Stella.

Tak — trzeba.

Drahomir.

Życie płynęło mi tu jak sen, czas się przebudzić....

Stella.

Wszakże pan mówi, że zobaczymy się jeszcze.

Drahomir.

Jeśli Bóg pozwoli.


Stella.

Więc daję panu rękę na pożegnanie, a z nią i wieczną przyjaźń. Przyjaźń, jak nieśmiertelnik: to blady kwiatek, ale nie więdnący nigdy. Niech pana Bóg prowadzi i strzeże. Serce.... siostry pójdzie za panem wszędzie. Proszę pamiętać....

Drahomir.

Żegnam panią.

Stella.

Żegna pan jak gdyby na zawsze (oddala się, potém wraca nagle, z łzami w głosie). Panie Karolu? Dlaczego pan mnie zwodzi, pan odjeżdża na zawsze?

Drahomir.

Pani, miéj litość nademną!

Stella.

Pan odjeżdża na zawsze?

Drahomir.

A więc: tak!

Stella.

Odgadłam. Ale to może i lepiéj.... dla nas obojga.

Drahomir.

O, tak! Są rzeczy których nie można wypowiedzieć, choć się rwie serce. Przed chwilą mówiłaś pani, że będziesz pamiętać; odwołaj ten dar, zapomnij.

Stella.

Nie potrafię (wybucha płaczem).


Drahomir.

(z wybuchem) A więc kocham cię aniele, jak szalony, i dlatego uciekam przed tobą i przed sobą samym (przyciska ją do piersi).

Stella.

(budząc się) Boże!... (wybiega).

SCENA IX.
Drahomir — Józwowicz — Jerzy.
(Jerzy zatrzymuje się z Józwowiczem obok drzwi).
Drahomir.

To ty, Jerzy!

Jerzy.

Nie zbliżaj się do mnie. Widziałem wszystko! jesteś nikczemnik i tchórz!

Drahomir.

Jerzy!

Jerzy.

Złamaną przyjaźń, zdeptane szczęście, straconą wiarę w Boga i ludzi, całą pogardę dla ciebie i siebie, rzucam ci w twarz, by nie skalać ręki policzkiem.

Drahomir.

Dosyć!

Jerzy.

Nie zbliżaj się do mnie, bo utracę przytomność i mózgiem twoim obryzgam te ściany. Nie! nie chcę tego, przyrzekłem. Daję ci w twarz nikczemniku, czy słyszysz?


Drahomir.

(po chwili walki z sobą). Wobec Boga i ludzi oświadczam, że krew tylko zmywa takie słowa.

Jerzy.

Krew. (pokazując na doktora) Oto świadek twych słów.

Józwowicz.

Służę panom.

(Zasłona spada).
KONIEC AKTU CZWARTEGO.



AKT PIĄTY.

Tenże sam salon.
SCENA I.
Józwowicz.

(wchodzi czytając depeszę) „Rezultat dotychczas wiadomy: Józwowicz głosów 613, Husarski 604. Godzina 10-ta: Józwowicz 700, Husarski 700. Godzina 11-ta: Józwowicz 814, Husarski 750. Walka zacięta. Ostateczny rezultat będzie wiadomy o trzeciéj” (patrzy na zegarek).


SCENA II.
Józwowicz. — Jerzy.
Józwowicz.

Ty tutaj!

Jerzy.

Cofasz się jak przed widmem.

Józwowicz.

Przecie to dziś?

Jerzy.

Prosto ztąd jadę na plac. Mam jeszcze godzinę czasu. Pojedynek odbędzie się w Dąbrowie na gruntach Miliszewskich, zatém niedaleko.

Józwowicz.

Zablizko ztąd.

Jerzy.

Miliszewski jako świadek nalegał. Zresztą od tego ty jesteś, żeby wiadomość tu przyszła jak najpóźniéj.

Józwowicz.

Wszakże doktor Krzycki będzie według umowy na placu?

Jerzy.

Tak jest!

Józwowicz.

Proś go jeszcze raz, by mi przysłał wiadomość natychmiast. Sambym wam towarzyszył, ale muszę być tu.

Jerzy.

Bardzo słusznie. Jeśli zginę....

Józwowicz.

Nie przypuszczaj z góry.

Jerzy.

Są ludzie przeklęci przez los w godzinie urodzenia, dla których jedyném odkupieniem jest śmierć. Ja do takich ludzi należę. Myślałem o wszystkiem długo i spokojnie. Bóg widzi, że więcéj się życia lękam niż śmierci. Niéma dla mnie wyjścia, bo jeśli nawet nie zginę, powiedz mi co będzie wówczas, co mnie czeka, gdy zabiję człowieka, którego ona kocha? Powiedz mi? Będę żył bez niéj i przeklinany przez nią. Czy wiesz, że kiedy wspomnę na moje położenie, kiedy pomyślę o tém co się stało, to zdaje mi się, że jakiś zły duch wmięszał się między nas i tak poplątał wszystko, że tylko śmierć rozplątać te węzły może.

Józwowicz.

Pojedynek często się kończy raną, skaleczeniem.

Jerzy.

Zelżyłem Drahomira ciężko i takiéj obelgi rana nie zmywa. Wierz mi, że jeden z nas zginąć musi. Ale przychodzę mówić o czém inném.

Józwowicz.

Słucham cię.

Jerzy.

Prawdę mówiąc, ponieważ nie wiem, czy za godzinę żyć będę, przyjechałem popatrzeć jeszcze na nią, bo... bo ją kocham nad wszystko w świecie. Byłem może dla niéj zaszorstki, zanieszczęśliwy, zagłupi, ale... kochałem. Oto niech Bóg, który teraz patrzy w serce moje, potępi mnie na zawsze, jeślim nie pragnął jéj szczęścia. Jak mnie tu widzisz, tak w téj chwili jéj żal mi najwięcéj i cierpię bardzo, gdy myślę o jéj przyszłości. Słuchaj! czy zginę, czy nie, ona stracona dla mnie; nie ożeni się z nią i Drahomir, bo nie może się żenić z kobiétą, której zabił narzeczonego. Z nas trzech, ty jeden zostaniesz przy niéj, strzeż jéj, czuwaj nad nią. Oddaję ją, mój skarb jedyny jaki miałem, w twoje uczciwe ręce.


Józwowicz.

(spokojnie) Spełnię wszystko czego żądasz.

Jerzy.

A teraz, ponieważ mogę zginąć, chcę zginąć jak chrześcianin. Jeśliś miał do mnie urazę, jeślim względem ciebie kiedy zawinił, przebacz mi! (ściskają się za ręce — Jerzy wychodzi).

Józwowicz.

(sam) Tak! Z nas trzech, ja jeden zostanę przy niéj.


SCENA III.
Antoni — Józwowicz.
Antoni.

(wbiegając szybko) Człowieku, czyś ty zwaryował! Tam każda chwila droga, a ty tu siedzisz. Sprawa chwieje się, porozlepiano nowe afisze, stronnicy Husarskiego łapią ludzi za poły. Na Boga, jedźże ze mną. Dorożka czeka na dole. Czegoże ty tu siedzisz?

Józwowicz.

Muszę tu zostać. Nie pojadę za nic w świecie, nie pojadę. Niech się dzieje co chce.

Antoni.

A! przysięgam, jeślim ja się tego spodziewał! Pokaż się choć na chwilę, a wygrasz na pewno! Mnie już płuc i głosu nie staje. Czyś się wściekł? Tam za niego pracują, wrzeszczą, a ten się przyczepił do spódniczki i siedzi. Pięknego posła wybieramy.


Józwowicz.

Antoni! Choćbym tam miał przepaść, krokiem się nie ruszę. Nie mogę i nie pojadę.

Antoni.

...Tak?...

Józwowicz.

Tak jest!

Antoni.

A! no, to rób co chcesz. Dobrze! winszuję (chodzi po pokoju, po chwili wkłada ręce do kieszeni i staje przed Józwowiczem). Co to wszystko znaczy?

Józwowicz.

To znaczy, że muszę tu być. W téj chwili Drahomir z Pretwicem stoją naprzeciw siebie z bronią w ręku. Gdyby wiadomość doszła o tém niespodzianie do księżniczki, mogłaby ją życiem przypłacić.

Antoni.

Strzelają się?

Józwowicz.

Na śmierć i życie. Za chwilę będzie tu wiadomość, który z dwóch zginął (chwila milczenia).

Antoni.

Józwowicz! kto to wszystko zrobił?

Józwowicz.

Ja! Zgniotłem tych co mi stawali w drodze, i zgniotę zawsze. Masz mnie, jakim jestem.


Antoni.

A no, jeśli tak, to i mnie już nie spieszno. Czy wiesz co ci powiem?

Józwowicz.

Usuń się na chwilę, księżniczka tu nadchodzi (otwiera drzwi bocznego pokoju) Wejdź tam.


SCENA IV.
Józwowicz — Stella.
Stella.

Mój doktorze, co się tu dzieje w tym domu?

Józwowicz.

O co pani pyta?

Stella.

Pan Jerzy przyszedł do mnie jakiś wzruszony i żegnał się ze mną; prosił mnie, bym mu przebaczyła, jeśli kiedy względem mnie zawinił.

Józwowicz.

(n. s.) Głupiec sentymentalny!

Stella.

Mówił mi, że może na kilka dni zmuszony będzie wyjechać. Mam przeczucie, że coś ukrywacie przedemną. Co to znaczy, doktorze? Nie dręczcie mnie dłużéj. Taka już jestem biédna, że doprawdy, należy mi się trochę litości.


Józwowicz.

Niech pani się o nic nie troszczy. Cóżby się dziać mogło. Przywidzenie, czyste przywidzenie. Opieka serc troskliwych otacza panią. Zkąd takie dziwne przypuszczenia? Niech pani teraz wróci do siebie i nie przyjmuje nikogo. Za chwilę nadejdę.

Stella.

Więc naprawdę niéma nic złego?

Józwowicz.

Ależ co znowu! Proszę mi wierzyć, że potrafiłbym usunąć wszystko, coby groziło szczęściu pani.

Stella.

(podając mu rękę) O! panie Stanisławie, szczęście to rzecz zbyt trudna, niechby tylko spokój nas nie opuszczał (chce odchodzić przez pokój, w którym jest Antoni).

Józwowicz.

Tędy, księżniczko. W tamtym pokoju czeka ktoś na mnie. Za chwilę przyjdę do pani. Proszę nie przyjmować nikogo. Antoni!

(Księżniczka odchodzi).



SCENA V.
Antoni — Józwowicz — późniéj Służący.
Antoni.

Jestem. Biédne, biédne dziecko!


Józwowicz.

Dla niéj nie mogę odjechać. Muszę tu być i nie puszczać do niéj wieści z nieszczęściem, bo to mogłoby ją zabić.

Antoni.

Jakto? więc ty, wiedząc o tém, narażasz ją jednak? Kochasz ją i poświęcasz dla siebie?

Józwowicz.

(gorączkowo) Kocham ją i muszę ją mieć, choćby ten dom zwalił się nam na głowy.

Antoni.

Człowieku, ty mówisz jak nieprzytomny.

Józwowicz.

Człowieku, ty mówisz jak niedołęga, nie jak mężczyzna. W ustach macie pełno frazesów i siły, a nie umiecie spojrzeć w oczy faktom. Kto śmie powiedzieć: nie masz prawa się bronić?

Antoni.

(po chwili) Bądź zdrów!

Józwowicz.

Dokąd idziesz?

Antoni.

Wracam do miasta.

Józwowicz.

Jesteś ze mną, czy przeciw mnie?


Antoni.

Jestem uczciwym człowiekiem.

Służący.

(wchodzi) Posłaniec przyniósł list z Miliszewa.

Józwowicz.

Dawaj. Odejdź! (rozrywa pieczątkę i czyta). „Pojedynek odbył się. Pretwic nie żyje” (po chwili) A a!....

Antoni.

Nim odejdę, winienem ci odpowiedź, boś mnie pytał, co znaczy, że się oddalam. Służyłem ci wiernie jak pies, bom wierzył w ciebie. Ty umiałeś mnie użyć, a może i zużyć. Wiedziałem, żem był narzędziem, ale ja o takie rzeczy nie dbam; jednakże teraz...

Józwowicz.

Teraz opuszczasz sprawę?

Antoni.

O, ty mnie nie znasz. Cobym robił na świecie, gdybym ją opuścił. A zresztą, czy sądzisz, że sprawa to ty jeden? Ja nie opuszczę jéj dlatego, żem się zawiódł na tobie. Ale chodzi mi o co innego. Byłem tak głupi, żem się do ciebie przywiązał, a teraz żal mi tego, bo jako człowiekowi prywatnemu, muszę powiedzieć ci: przebrałeś miarę, na złe użyłeś téj siły, która jest w tobie. O! wiem, wiem, możeby dla mnie korzystniéj było nie mówić ci tego; może czepiać się ciebie, to przyszłość dla takiego odrapańca jak ja, który niebardzo ma co w domu dać jeść żonie i dzieciom. Ale nie mogę! dalibóg, nie mogę! Goły jestem i goły zostanę, niech więc przynajmniéj mam czyste sumienie. Ot co! Byłeś mi tak blizki jak i żona i dzieci, bliższym jeszcze! od dziś jesteś tylko cyfrą polityczną, ale w przyjaźni, szukaj kogo innego. Wiesz, żem ja nie skrupulat; człowiek się ociera o ludzi i nie jedno w sobie zetrze: tyś jednak przebrał miarę. Niech mnie powieszą, jeśli nie wolę kochać ludzi niż ich tłuc. Mówią, że uczciwość i polityka to co innego. Gdzieindziéj, tak! Ale u nas te rzeczy musisz połączyć. Dlaczego to nie mają iść razem? Ja nie opuszczam naszéj sprawy, ale z naszéj przyjaźni kwita, bo kto mówi, że kocha ludzkość, a czai się i wali podstępem ludzi po łbie, ten jest kłamcą, rozumiesz?

Józwowicz.

Twojéj przyjaźni nie będę ciągnął przemocą, ale posłuchaj mnie poraz ostatni. Jeśli zacznie się dla mnie czas klęsk, to zacznie się od tego, że tacy ludzie jak ty, przestaną mnie rozumieć. Oto mojemu losowi, moim prawom do szczęścia, mojéj przyszłości człowiek ten, który zginął, wszedł w drogę nagle, ślepo, fatalnie i zabrał mi wszystko. Wszedł uzbrojony w dostatki, nazwisko, stosunki i całą tę broń niezwalczoną, którą daje fortuna i urodzenie. Com miał przeciw niemu? z czém mogłem walczyć? co przeciwstawić jego potędze? Nic, prócz tego, co jest bronią nowych ludzi, tę trochę inteligencyi zdobytéj krwawą pracą i wysileniem. Oto wypowiedział mi głuchą wojnę. Broniłem się. Czém? Bronią, jaką mi dała natura. Gdy nadepczesz robaka, nie bierz mu za złe, że się broni żądłem, bo niéma czém inném się bronić. Gdy masz usunąć kamień leżący na drodze, usuwaj jak chcesz. To prawo ludzkie! Tak jest! postawiłem wszystko na jednę kartę i wygrałem, ale to nie ja, to rozum zwyciężył siłę, nowy czas dawne wieki. I ty mi to bierzesz za złe? Czego chcesz? jam wierny zasadzie; tylko że wy się cofacie, ja nie! To jedna strona, a druga? Dla mego szczęścia potrzeba mi téj kobiety, bo ją kocham! dla moich celów, jéj majątku i stosunków. Dajcie mi taką broń w ręce, a ja spełnię i przeprowadzę wszystko!.... Czy ty rozumiesz, jaka olbrzymia praca, jakie wielkie cele i plany przedemną? Chcecie, bym rozbił mur ciemnoty, zacofania, lenistwa, żebym tchnął życie w to co zwiędło: ja wołam środków! Nie macie! Więc ja je zdobędę lub zginę. Ale co? Tym wielkim celom, tym wielkim planom, téj jasnéj przyszłości, nietylko mojéj, ale ogólnéj, staje w drodze jeden panek, jeden błędny rycerz, jeden awanturnik, którego całą zasługą, że urodził się z herbem, i ja nie mam prawa go zgnieść? I wy chcecie bym upadł głową do jego wielmożnych nóg, bym mu wszystko poświęcił? Nie!... nie znacie mnie! Dość sentymentów. Trzeba siły, i ja ją mam, i utoruję sobie i wam drogę, choćbym miał setki takich Pretwiców podeptać.

Antoni.

Nie, Józwowicz! Tyś zawsze robił ze mną coś chciał, ale teraz nie pobijesz mnie. Póki chodziło o przekonania, jam był z tobą; aleś ty zaczepił jakąś zasadę większą od ciebie i odemnie, i trwalszą i niezmienną. Ty mi tego nie wytłómaczysz i sam strzeż się. Lada powód, a jako człowiek runiesz z całą twoją energią. To siła większa niż twoja; strzeż się, bo z nią przegrasz! Zasady, kochanku, się zmieniają, ale prosta uczciwość zawsze jednaka. Rób co chcesz, ale strzeż się. Co u dyabła! krew ludzka się mści, to także prawo natury. Ty mnie pytasz, czy ja cię opuszczam? Może radbyś, by ci zostawić wolność strzelania do ludzi z za płota, gdy ci to będzie dogadzało. Nie, bratku!... Odtąd rozpoczyna się między nami ścisły rachunek, bo nie możemy ci ufać. Musisz nam zdać rachunek! Będziesz posłem, ale jeśli myślisz, że my tobie, nie ty nam służyć będziesz, to się mylisz. Cóżeś to ty sądził? że szczeble téj drabiny po któréj się drapiesz, składają się z łajdaków? Hola! My, cośmy cię zrobili posłem, my, w których uczciwość nie wierzysz podobno, będziemy cię teraz strzedz i sądzić. Jeśli zbroisz, to zetrzemy cię w proch. Nie sprawa dla ciebie, ale ty dla sprawy. Wybraliśmy cię, teraz służ!

Józwowicz.

(gwałtownie) Antoni!

Antoni.

Spokojnie! Wieczorem masz się stawić w mieście przed wyborcami. Do widzenia.... panie Józwowicz!... (wychodzi).

Józwowicz.

(sam) Ten jest pierwszy....


SCENA VI.
Józwowicz — Jan Miliszewski.
Jan.

(ukazuje się w uchylonych drzwiach) Psst!


Józwowicz.

Kto tam jest?

Jan.

To ja, Miliszewski. Czy doktor sam?

Józwowicz.

Wejdź pan! No i cóż?

Jan.

Skończone. Ach, doktorze! nie żył i pięciu minut. Kazałem odwieźć ciało do Miliszewa do kościoła.

Józwowicz.

Wszak matki pana niéma?

Jan.

Wyprawiłem ją do miasta. Dziś są wybory, a mama nie wié, że ja się cofnąłem, więc będzie czekać na wieczorne dzienniki w nadziei, że moje nazwisko znajdzie między wybranymi.

Józwowicz.

Nikt po drodze nie widział?

Jan.

Boję się, że zobaczą krew. Krwawił po drodze okropnie.

Józwowicz.

Dziwna rzecz! Strzelał jak mistrz!

Jan.

Doktorze, on umyślnie dał się zabić. Przecie tam byłem, widziałem doskonale: nie położył nawet palca na cynglu. On wcale nie chciał Drahomira zabić. Sześć kroków, taka blizka meta. Oh! to okropnie patrzyć na cudzą śmierć! — naprawdę wolałbym sam zginąć. Strzelali na komendę: raz! dwa! trzy! słyszymy strzał, ale jeden. Lecimy, Pretwic postąpił dwa kroki i ukląkł, chciał mówić: krew rzuciła mu się ustami; potém wziął pistolet i strzelił w bok. Myśmy już stali wkoło, a on powiada do Drahomira: „Łaskęś mi zrobił, dziękuję. To życie do ciebie należało, boś je uratował. Przebacz — powiada — bracie!” powtórzył jeszcze raz: „Daj rękę” i zaczął konać.... (obciera chustką pot z czoła). Drahomir rzucił mu się na piersi.... O, doktorze! doprawdy to okropne. Biédna panna Stella! co się z nią stanie teraz?

Józwowicz.

Cicho! na miłość boską, przy niéj ani słowa! Ona chora.

Jan.

Będę milczał.

Józwowicz.

Opanuj pan wzruszenie.

Jan.

Kiedy nie mogę nóg opanować, bo się podemną trzęsą.


SCENA VII.
Ciż — Książę wsparty na ramieniu Stelli i pani Czeska.
Książę.

Myślałem, że tu i Pretwic jest z wami. Józwowicz, gdzie jest Pretwic?


Józwowicz.

Nie wiem.

Stella.

Czy panu nie mówił dokąd wyjeżdża?

Józwowicz.

Nie wiem.

Czeska.

(do Jana) Co panu jest, panie hrabio, pan taki blady.

Jan.

O, wcale nie. To z gorąca.

Książę.

Józwowicz! Mówił mi Pretwic....


SCENA VIII.
Drzwi otwierają się nagle, wbiega hrabina Miliszewska.
Hrabina

Jean! gdzie mój Jean? O Boże, co się dzieje! Co za okropność!

Józwowicz.

(biegnąc ku niéj żywo) Milcz pani!

Stella.

Co się stało?

Hrabina

Więc to nie ty zabiłeś Pretwica? nie tyś się pojedynkował?


Józwowicz.

Milcz pani.

Stella.

Kto zabity, pani?

Hrabina

Więc to Drahomir? Steluniu droga, Drahomir zabił Pretwica!

Stella.

Za-bił! Boże! Boże! co się dzieje!...

Józwowicz.

Księżniczko! to nieprawda!

Stella.

Zabił? (słania się i pada).

Józwowicz.

Zemdlała!... wynieśmy ją do sypialni.

Książę.

Dziecko moje!

Czeska.

Steluniu!... (Książę i Józwowicz wynoszą Stellę, Hrabina i Czeska idą za niemi).

Jan.

(sam) O, to okropne! wyprawiłem mamę umyślnie do miasta. Któżby się spodziewał, że wróci... (we drzwiach ukazuje się hrabina) Mamo, jakże księżniczka?

Hrabina

Doktor ją cuci. Dotychczas się nie rozbudziła. Jean, wyjeżdżajmy ztąd.

Jan.

(z rozpaczą) Nie wyjadę. Po co mama wróciła z miasta?

Hrabina

Po ciebie. Dziś wybory, zapomniałeś.

Jan.

Ja nie chcę być posłem! Po co mama powiedziała tu o śmierci Pretwica?


SCENA IX.
Ciż — Józwowicz.
Hrabina i Jan.

(razem) Co tam? co tam?

Józwowicz.

Tam, niéma już co robić. (W pałacowéj kaplicy odzywa się sygnaturka).

Jan.

(z przestrachem) Co to? dzwonek w kaplicy? (Józwowicz podchodzi naprzód sceny i siada).


SCENA X.
Ciż — Podczaski.
Podczaski.

(wpadając nagle) Zwycięztwo na całéj linii! Deputacya tu jest! (Głosy za sceną): „Niech żyje! niech żyje!”

Podczaski.

Wygrana! niech żyje!

Józwowicz.

....Przegrałem strasznie!...


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.