Błękitno-purpurowy Matuzalem/Część druga/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Błękitno-purpurowy Matuzalem
Podtytuł Powieść chińska
Część druga
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wyd. 1927
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der blaurote Methusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KAROL MAY


Błękitno-purpurowy
Matuzalem
POWIEŚĆ CHIŃSKA
część druga
1927


WARSZAWSKA SPÓŁKA WYDAWNICZA
ORIENT R. D. Z. EAST
w WARSZAWIE
17, Prosta, 17


Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL“
Warszawa, Elektoralna 31.
Prawo wydawania i tłumaczenia na język polski wszystkich dzieł Karola Maya jest wyłączną własnością Sp. Wyd. „ORIENT“ R.D.Z. EAST w Warszawie, Prosta 17.
Wszelkie inne wydania i tłumaczenia będą prawnie ścigane.
Copyright 1927
by Warszawska Spółka Wydawnicza
ORIENT R.D.Z. EAST WARSAW
Printed in Poland

Sprzysiężenie duchów

Komora, którą wskazano pasażerom, była raczej kajutą niż koją, kajutą tak wysoką, że można się było wyprostować, tak długą i szeroką, że znalazło się dosyć miejsca dla pięciu. Wszystek mebel stanowiła mata ze słomy, jeśli jednak dodamy maty, które mieli zakupić wysłani na ląd majtkowie, to nocleg przedstawiał się wcale znośnie.
Podróżnym bardzo przypadło do gustu, że do ich wyłącznych usług przydzielono majtka, znającego jako tako angielski. Nie wyglądał na Chińczyka. Był mały i szczupły; objaśnił, że jest Malajczykiem i że nauczył się angielskiego w Indjach Wschodnich. Bardzo usłużny, krzątał się i znosił sprzęty, które miały nadać kajucie bardziej mieszkalny wygląd.
Rozumiało się samo przez się, że oficerowie byli zbyt obciążeni pracą, aby poświęcić wiele czasu pasażerom. Ci siedzieli na pokładzie, oczekując powrotu gońców, którzy, zgodnie z chińskiemi zwyczajami, przepadali bardzo długo. Tymczasem ściemniło się i Malajczyk powiesił wpobliżu lampjon. Poczem przykucnął opodal, każdej chwili gotów do usług. Czy słyszał ich rozmowę, to ich niewiele obchodziło. Rozmawiali bowiem po niemiecku — któż więc na tej dżonce mógł ich zrozumieć?
Wreszcie przybyli majtkowie i zanieśli prowianty do kuchni. Pasażerowie, oczywiście, również tam przeszli. Malajczyk skorzystał z tego i niepostrzeżenie pomknął do kapitana, w tej chwili rozmawiającego z kapłanem.
— No? — zapytał kapitan po angielsku. — Czy podsłuchałeś co?
Bardzo wiele. Znam ich tak dobrze, jakgdybym służył u nich od wielu tygodni. — Malajczyk używał teraz bardzo dobrej amerykańskiej angielszczyzny, podczas gdy wobec pasażerów umyślnie kaleczył język. — Czterech jest Niemców, a grubas jest Holenderczykiem.
— Bogaci?
— Według pozorów mają wiele gotówki.
— A cóżto za ludzie? Ten o sinym nosie podawał się za szlachcica starego rodu; nazwał swego przodka A-damem!
— Myślę. Adam jest pierwszym człowiekiem, a zatem protoplastą wszystkich ludzi.
— Kpił ze mnie?
— Może i naprawdę ma znakomitych przodków. On i jego dwaj towarzysze noszą uniformy młodych ludzi, którzy w Niemczech pragną zostać kuan-fu.
— Więc nie są jeszcze! Oszuści! A obaj pozostali?
— Grubas jest hong-tse, kupiec, który chce tu założyć interes, a więc musi chyba mieć wiele pieniędzy. Ów zaś w chińskim stroju jest ho-tszangiem, podobnie jak i ty. Nawpół obłąkany, podaje się za fu-tsianga.
— Czego szukają ci Niemcy w Chinach?
— Szukają stryjka najmłodszego z nich, który jest nader bogatym człowiekiem. Szukają także jakiejś kobiety i jej dzieci.
— Słyszałeś to? Czyż rozmawiali po angielsku?
— Nie, w języku ojczystym.
— Rozumiesz go?
— Tak. Wiesz przecież, żem jest rodowity yankee na zbiegłem z okrętu, ponieważ zakłułem kolegę na śmierć. Przybyłem na „Królowę Wód“, gdzie nikt mnie nie znajdzie i gdzie mi będzie zupełnie dobrze, skoro się nauczę chińskiego. Jeździłem nieraz z Niemcami i tyle nauczyłem się z ich języka, bardzo zresztą podobnego do angielskiego, aby zrozumieć wcale dobrze naszych pasażerów.
— Świetnie! Podsłuchuj nadal; ale niech nie zauważą! Wynagrodzę cię osobno. Czy mają pieniądze?
— Naturalnie; wszakże tacy ludzie nie noszą przy sobie czystej gotówki; mają ją w czekach i w innych papierach.
— Nie znam się na tem. Odbiorę im gotówkę, a papiery sprzedam hui-tszu[1] w Ngo-feu.
— Nie zamierzasz jechać do Kuang-tszeu-fu?
— Ani mi się śni! Podczas snu tych drabów wyjedziemy na pełne morze.
— Mamy jednak przypływ; pójdzie nam trudno.
— Poczekamy na odpływ.
— Spostrzegą się.
— O nie! Dostaną opjum w trunku, a wiatr zaniesie nas bez szmeru na morze, gdzie ich niebawem strącimy na dno. Moje dokumenty są w porządku. Mogę rozwinąć żagle, kiedy mi się spodoba.
— Chcesz ich zatopić?
— Pewnie! Czy współczujesz im? Czy mniemasz, żem powinien pozostawić ich przy życiu, aby następnie ujawnili, że moja Szui-heu jest tseu-lung-yenem?
— Sądzę tylko, że powinni umrzeć dopiero później — w Ngo-feu u hui-tszu.
— Dlaczego?
— Ponieważ bez nich nie zdołamy sprzedać ani spieniężyć ich papierów. Znam się trochę na tem.
— Wiesz pewnie lepiej ode mnie. Czy naprawdę muszą być obecni?
— Tak. Muszą wyrazić swą zgodę i podpisać się.
— Ale oni odmówią.
— Nie odmówią, jeśli im zagrozisz śmiercią. Uwierzą, że to ich uratuje.
— Ale, skoro tylko podpiszą, zabijemy ich zmiejsca! Takie są twoje zamiary?
— Tak.
— Jesteś mądrym człowiekiem i nieźle ci się będzie u mnie powodziło. Wróć teraz do nich i postaraj się o dalsze wiadomości. Zawładniemy tą piątką bardzo łatwo, bo będą spali jak susły. Jedynie pies niepokoi mnie trochę. Jest to gwałtowne, silne zwierzę.
— Daj mu zatrutego mięsa!
— Masz słuszność. Dobrej rady chętnie słucham. Ale idź już! Teraz zajmiemy się kong-pitem i zaprosimy ich. To da nam okazję poczęstowania ich samchu z opjumem.
— Chcę ci jeszcze na coś zwrócić uwagę. Może wpadnie im na myśl zadać pytanie duchowi. Po moich informacjach nie będzie dlań rzeczą trudną odpowiedzieć, o ile tylko duch jest duchem mądrości.
Wrócił do kajuty, gdzie pasażerowie starali się wygodnie roztasować. Pomagając im, posługiwał się łamaną angielszczyzną i pilnie łowił każde ich słowo.
Niebawem przyszedł kapitan, aby zaprosić pasażerów na kong-pit.
W Chinach pisze się zwykle pendzlem. Nazwa „zejście do pendzla“ oznacza proces zejścia ducha w celu udzielenia pisemnych odpowiedzi na zadane pytania, a to z pomocą specjalnie ad hoc skonstruowanego pendzla. Duch sam nie ukazuje się w widzialnej postaci, lecz działa za pośrednictwem określonej osoby na wysokiem stanowisku. Jest to więc odpowiednik naszych medjów. Te wrzekomo stosunki korespondencyjne z państwem ducha istnieją w Chinach od wielu stuleci. Kong-pit może się zaliczać do owych „wynalazków“, któremi Chińczycy znacznie nas ubiegli.
Przedewszystkiem, z zachowaniem wielu ceremonij, odcina się gałąź od drzewa brzoskwiniowego. Należy przeprosić drzewo za wyrządzony ból, a to w ten sposób, że się w korze wycina znak, który oznajmia, że gałąź odcięta będzie zużyta na „pendzel duchów“. Następnie osadza się wystrugany z gałęzi pendzel pod prostym kątem pośrodku kawałka bambusa, grubego na cal i długiego na stopę; całość przypomina z kształtu naszą literę T.
Medjum powinno uchwycić podniesionemi rękoma ten aparacik za oba końce bambusa tak, aby pendzel wskazywał wstecz; poczem trzyma pendzel nad stołem, którego powierzchnia jest posypana cienkim, gładkim piaskiem. Teraz dopiero duch może kierować ręką medjum, prowadząc pendzlem po piasku; w ten sposób odpowiada na zadane pytania.
Nienaturalny układ rąk wprawia je w drżenie, wszakże doświadczone medjum łatwo potrafi kreślić na piasku czytelne znaki. Rozumie się, że na pytanie krępujące odpowiedź wypada tak wieloznaczna, że jedno z tych znaczeń na pewno musi być prawdziwe, lub spełnić się, o ile dotyczy przyszłości.
Ponieważ kong-pit naogół jest uważane za akt religijny, przeto nie może się odbyć bez określonych ceremonij. Przedewszystkiem duch musi się wylegitymować, podać swoje nazwisko, i dynastję, za której panowania żył na ziemi jako człowiek. Im dawniej to się działo (nie zważa się zresztą na „drobną“ różnicę kilkuset, czy tysiąca lat), tem większego doznaje szacunku ze strony uczestników kong-pitu. — —
Kiedy załoga wyszła na pokład, była już ciemna noc. Między środkowym a tylnym pokładem skąpo świeciły lampjony papierowe. Nieopodal wspomnianego stołu, który niósł podarunki ofiarne dla ducha, stał drugi, pokryty gładką warstwą piasku. Załoga zgrupowała się dookoła. Ho-tszang wprowadził pasażerów, dla których z poduszek urządzono wygodne miejsca.
Skoro usiedli pośród powszechnych ukłonów. Wystąpił naprzód kapłan i zaczął, oczywiście, po chińsku:
— Zamierzamy pytać ducha o przebieg naszej podróży. Przystępujemy do tego w najpoważniejszych, najuroczystszych nastrojach i skierujemy nasze prośby do mat-supo, do wzniosłego bóstwa morza.
Na jego skinienie przyniesiono dwa krzesła do stołu z ofiarami. Poprosił bóstwo, aby raczyło zająć honorowe miejsce. Ponieważ w Chinach miejscem honorowem jest lewe, przeto umieszczono obraz na lewem krześle, podczas gdy prawe było przeznaczone dla nieobecnego jeszcze ducha.
Następnie kapłan wyciągnął żółty, zapisany papier i odczytał jego treść:

„Tego wieczora przygotowaliśmy samchu oraz inne ofiary i prosimy naszego wszechmocnego patrona, aby wywołał wszechwiedzące ducha, któremu zadamy interesujące nas pytania. Przywitamy go na schodach okrętu“

Odczytawszy, spalił rękopis i rozrzucił popiół na wszystkie strony. Nastąpiła pauza wielominutowa, aby patron zdążył wywołać odpowiedniego ducha. Podczas tej pauzy kapłan przykrył obraz chustą, chcąc symbolicznie zadokumentować nieobecność bóstwa, które udało się na poszukiwanie ducha.
Wreszcie zdjął chustkę. Obraz stał na dawnem miejscu. Bóstwo wróciło i przyprowadziło ducha. Czekał na schodach. Kapłan skinieniem polecił ho-tszangowi i to-kungowi przyprowadzić dostojnego gościa.
Obaj oficerowie podeszli do schodów i w wyszukanie grzecznych słowach prosili ducha, aby wszedł do nich na górę i raczył ich odwiedzić. Duch zapewne zadość uczynił ich życzeniu, gdyż po chwili prowadzili go już między sobą, bijąc przed nim pokłony. Europejczycy z trudem stłumili wybuch śmiechu. Duch był, oczywista, niewidoczny, stąd też komizm głębokich ukłonów i skierowywanych doń grzecznych frazesów.
Wszystkie zadawane duchowi pytania muszą być napisane na papierze, który się następnie spala. Kapłan napisał najpierw: — „czy wędrujący po obłokach duch przybył?“ — spalił papier i rozdmuchał popiół. Poczem uchwycił pendzel w opisany sposób. Ręce mu się trzęsły; aparat zaczął się poruszać po piasku. Matuzalem spojrzał na stół. Widział tam wyraźnie napis: — „To“ — „Przybyłem“
A więc był obecny. Ponieważ kapłan musiał trzymać pendzel, przeto dalsze pytania pisał kapitan, poczem obracał napisy w popiół. Duch oznajmił, że ostatnio nazywał się Kia-tsong i żył za dynastji Wu-ti[2] jako wang[3] wschodu. Ponieważ Wu-ti panowali przeszło cztery tysiące lat temu, wang zaś jest najwyższym urzędnikiem, więc niewidzialny a obecny wicekról był dla zgromadzonych prawdziwym asem.
Naturalnie, kapłan czuł się zobowiązany do najgłębszej grzeczności. Odłożył pendzel, ukłonił się do ziemi i poprosił ducha, aby był łaskaw skosztować wina. Było to wino nie z winogron, lecz z ryżu. Nosiło nazwę „sam-chu“. Duch przecież jest zbyt dumny, aby jeść, lub pić w obecności ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli umrzeć; przeto zasłonięto lampjony matami i zapadł głęboki mrok.
Z pośród pasażerów jedyny Matuzalem rozumiał wszystko. Godfryd de Bouillon i Ryszard Stein przysiadywali wprawdzie fałdów nad chińszczyzną podczas podróży, ale za mało jeszcze umieli. Turnerstick zaś i grubas nie pojęli ani jednego słowa, Degenfeld korzystał z każdej, najmniejszej nawet pauzy, aby półgłosem przetłumaczyć i wyjaśnić przebieg ceremonji.
Stół z piaskiem był przysunięty do stołu z jadłem. Tylko więc trzy boki tego stołu były wolne. Jeden zajmowały oba krzesła, na których siedziało bóstwo morza i duch. Po dwóch pozostałych siedzieli nasi pasażerowie, tak że mijnheer po prawicy sąsiadował z duchem. Błękitno-purpurowy szepnął mu:
— Uważaj pan, mijnheer, czy duch będzie pił! powinien pan to usłyszeć.
Po krótkim czasie grubas odpowiedział półgłosem:
Hij drinkt, hij drinkt! Ik hoor’t slaarpen! — On pije, pije! Słyszę, jak chlipie!
— To kapłan!
Dere vos! — Ten lis!
Skoro następnie na rozkaz kapłana odsłonięto lampjony, każdy mógł się naocznie przekonać, że duch pił, albowiem zmniejszyła się zawartość naczynia.
Teraz zapytano ducha, czy aura będzie sprzyjała, czy podróż odbędzie się szczęśliwie i czy pomyślne osiągnie się skutki. Odpowiedzi były wprost wymarzone; kapłan więc poczytał sobie za obowiązek uraczyć ducha plackiem.
Pieczywo wyglądało nader smakowicie i było pokrajane na osiem równych części. Znowu zasłonięto lampjony, tym razem na dłuższy czas, gdyż duch potrzebuje więcej czasu, aby spożyć kawał placka, niż aby wypić haust trunku.
Atoli skoro odsłonięto latarnie, wszyscy byli zdumieni. Duch nie zadowolił się bynajmniej ósmą częścią, lecz spałaszował cały placek. Musiał chyba przybyć z najwyższych regjonów, skoro był tak wygłodzony. Największe zdumienie znać było po kapłanie. Z lękiem spoglądał na talerz, gdzie poprzednio leżał placek. Warkocz ze strachu chciał stanąć dębem. Wszak jego działalność ograniczała się do hokus-pokusu. Czy więc naprawdę istnieją duchy? A więc kong-pit nie jest szantażem? Czyżby w istocie tam na tem pustem krześle siedział duch, który tak szybko umiał przełknąć siedem kawałków placka? Siedem, albowiem ósmą część on sam, kapłan, zjadł pod osłoną mroku. Stracił pewność siebie.
Na główne pytania otrzymał już odpowiedź. Zkolei pozwolono majtkom pytać. Przesądni marynarze przystępowali do tego w wielkiem namaszczeniu. Nic bardziej miłego dla oficerów, którzy w ten sposób zyskiwali władzę nad tymi skądinąd nieposłusznymi, hardymi ludźmi.
Duch i teraz dawał tak doskonałe odpowiedzi, że kapłan prosił go, aby raczył wypić jeszcze jeden haust. Skoro tylko zaległa ciemność, szantażysta podkradł się, aby uchwycić dzban i wyręczyć ducha, a że się przeraził, gdy ręka namacała pustkę na miejscu, gdzie przed chwilą stał dzban. Omal nie krzyknął. Więc naprawdę istniał duch, który zjadł placek i pił sam-chu? Co za triumf, jeśli go zdoła pokazać zebranym! Co za widok — dzban unoszący się w powietrzu! Natychmiast więc rozkazał odsłonić lampjony. Skoro się to stało... dzban stał na miejscu, ale całkowicie wypróżniony. Duch musiał być niemniej spragniony, niż głodny. Kapłan stroił miny, jakich żadne słowa nie oddadzą. Ryszard Stein, który siedział obok mijnheera, zapytał:
— Co o tem myśleć? Naprawdę słyszałem, jak pił.
— Taaak? — uśmiechnął się grubas. — Nie mogę wierzyć!
— A jednak! Słyszałem, jak chlipał, jakgdyby się śpieszył.
— Zatem miał duże pragnienie!
Co wprawiło w przerażenie kapłana oraz oficerów, wtajemniczonych w istotę szantażu, to samo wywołało zachwyt załogi, która była przekonana, że duch istnieje w rzeczywistości i to bardzo ważny, nie taki, co to zadowoli się łykiem ryżowego wina i kromką placku. Zaklinacz duchów opanował się wkrótce; spytał cudzoziemców, czy nie życzą sobie zapytać ducha. Matuzalemowi było to na rękę. Kazał napisać pytanie, czy on i jego towarzysze dotrą do celu podróży. Skoro duch za pośrednictwem kapłana napisał odpowiedź, Degenfeld zbliżył się do stołu, aby osobiście przeczytać. Był naprawdę zdumiony. Odpowiedź brzmiała:

„Tak. Znajdziecie bogatego stryjka, także kobietę i jej dzieci. Holender założy wielki interes“.

Matuzalem przetłumaczył swoim towarzyszom te słowa ku ich najwyższemu zdumieniu. Było rzeczą jasną: duch znał ich pian, który utrzymywali w sekrecie! Kapłan odczuwał taką satysfakcję na widok ich oszołomienia, że zapomniał już zupełnie o swoich poprzednich wątpliwościach w kwestji ducha. Poprosił go uprzejmie, aby zechciał zjeść kawałek pieczystego.
Pieczyste było, oczywiście, już zimne. Siedem czy osiem kawałków, leżących na talerzu, wyglądało nader imponująco. Naturalnie znów zasłonięto lampjony, i kapłan znowu podkradł się do stołu. Odczuwał głód, gdyż cały dzień nic nie jadł, aby móc godnie zastąpić nieziemskiego przybysza. Prędko schwycił dwa kawałki, uprzedzając atak apetytu niewidzialnego gościa. Prędko je również strawiwszy, zarządził odsłonięcie latarni. Okazało się, że talerz był pusty.
Kapłanowi zrobiło się nieswojo na duszy, ponieważ zauważył podejrzliwe spojrzenia wtajemniczonych w jego sztuczki oficerów. Te bowiem porcje, które duch łaskawie zostawiał na talerzu, przypadały im zwykłe w udziale. Teraz, rozumie się, podejrzewali kapłana, że ich ocyganił. Sądzili, że zaklinacz schował mięso, aby później zjeść je skrycie.
— Do piorunów! — zaklął pocichu Matuzalem. — Ten duch wicekróla istotnie musiał nie jeść i nie pić przeszło cztery tysiące lat. Żre i żłopie jak parobek przy młódce.
— Bardzo mi go żal, miłego, biednego oćca, — rzekł Godfryd. — Po takiej uczcie żołądek może mu pęknąć, a wówczas grosza nie dam za jego życie.
— Słyszałem, jak jadł, wtrącił Ryszard.
Soo? — zapytał grubas. Tak? Czyż mlaskał językiem?
— Bardzo wyraźnie. Słyszałem mlaskanie tuż przy sobie, jakgdyby to pan jadł.
Aby położyć kres kłopotliwej sytuacji, kapłan pożegnał dostojnego gościa z zaświatów. Napisał uprzejme podziękowanie na kartce. Poczem ją spalił. Duch przecież okazał się równie dobrze wychowanym, gdyż za pośrednictwem ręki kapłana nakreślił na stole:

„Moi panowie, bardzo się cieszę, że was poznałem i dziękuję wam serdecznie za poczęstunek, którym uszczęśliwiliście mnie i pokrzepili. Muszę teraz czem prędzej odejść, gdyż inni czekają mej pomocy; proszę was, abyście mnie odprowadzili do schodów“.

Życzeniu ducha stało się natychmiast zadość.Każdy z uczestników dostał po żółtym płonącym papierku, poczem utworzono orszak, który z honorem miał odprowadzić ducha do drabiny. Oddalił się w podobny sposób, jak przyszedł, mianowicie pośrodku między kapitanem i sternikiem. Aczkolwiek był niewidzialny, wszyscy kłaniali się bez przerwy, dopóki nie opuścił okrętu.
Europejczycy zostali na swoich miejscach. Nie chcieli popierać szantażu i okazywać, że dają mu wiarę. Jednak nie wszystko umieli sobie wytłumaczyć.
— Tęgim żarłokiem i pijusem był ten duch — odezwał się Godfryd. — Musiał chyba długo pościć.
— Szaleństwo! — oświadczył Turnerstick. — To kapłan pił i jadł.
— To chuchro? Nie mieści mi się w głowie! Po zapachu czułem, że gorzałka wcale niezła. Zapach dziewięćdziesiątej próby spirytusu. I jaki dzban? Nie, to nie kapłan wychlał!
Ik berit geveest — oświadczył Holender. — Ik heb den brandevijn dronken. — Ja to byłem. Ja wychlałem gorzałkę.
— Pan? — zapytał zdziwiony Matuzalem — Pan sprzątnął dzban?
— Tak.
— I pan go wypił duszkiem?
— Tak. Był przecież wcale niepokaźny a gorzałka bardzo słaba.
— Teraz rozumiem! A więc to pan zjadł ciasto?
Ik heb hij opefreten — ja je zeżarłem.
— I mięso?
Heb ik ook opefreten.
— Człowieku, niedawno jadłeś w hotelu! Jakże pan mógł? Jak się pan teraz czuje?
Zeer wel, allerbest; ik heb den koek zeer gaarne en ook het vlesch. — Bardzo dobrze, doskonale, bardzo lubię ciasto, jak również mięso.
— A niech pana gęś kopnie! Zresztą, sądzę, że i ja spałaszowałbym na poczekaniu.
— Gęś? Czemu nie, jeśli dobrze wypieczona?
Powiedział to tak naturalnie i poważnie, że słuchacze wybuchnęli śmiechem. W tej chwili wrócili Chińczycy. Majtkowie rozsypali się po pokładzie; oficerowie zaś otoczyli kapłana i zaczęli mu wymacać nadmierny apetyt ducha. Przysięgał, że jest niewinny, lecz nie wierzono mu i zmuszano do wywrócenia kieszeni. Ku najwyższemu zdumieniu rewidujących, kieszenie były w rzeczy samej puste! Nie spuścili byli oka z kapłana; nie mógł zatem nigdzie ukryć grabieży. Potrząsając głową, musieli uznać, że tym razem duch był wyjątkowo autentyczny.
Matuzalem obserwował ich zdaleka. Z ruchów domyślił się treści rozmowy. Podeszli właśnie, aby wybadać, jakie wrażenie wywarło na gości kong-pit. Degenfeld chętnieby wyraził im swój szczery sąd, atoli zwyczaj chiński nakazuje zachowywać we wszelkich okolicznościach życia najwyszukańszą uprzejmość, i nie dopuszcza żadnych wyjątków od tej reguły. Student utaił przeto swoją niewiarę i odpowiedział obojętnie. Chińczycy byli zdumieni. Ho-tszang zapytał:
— Czyż obecność ducha nie oszołomiła was?
— Nie. Jakże mogła oszołomić?
— Duch przecież jest wyższą istotą, niż człowiek!
— Tak wy powiadacie, ale pozwólcie mi być innego zdania.
— Czy możemy je poznać?
— Owszem. Jaka jest najwyższa istota na ziemi?
— Człowiek.
— Z czego się człowiek składa?
— Z ciała i ducha.
— Bardzo słusznie. Czy ciało samo też byłoby człowiekiem?
— Nie.
— A sam duch?
— Też nie.
— Więc jeśli ani samo ciało, ani sam duch nie są godne nazwy człowieka, to połączenie ich, człowiek, stoi wyżej od każdego z nich zosobna. Jakże zatem mogłaby oszołomić mnie, najwyższą ziemską istotę, obecność ducha, który jest ode mnie niższy!
Ho-tszang był zaskoczony tem rozumowaniem. Wszakże zdobył się na ostatni argument:
— Ale ten duch był wangiem!
— Teraz już nie jest nim, wasza zaś księga ulubiona, Li king, księga, która wyznacza wasze postępowanie we wszelkich okolicznościach życia, każe wam oddawać każdemu honory, należne jego aktualnemu stanowisku. Jakże możecie się lękać ducha, który był wprawdzie, ale już nie jest wangiem!
— Może wasz naród ma słuszność, a może i nasz. Nie będziemy się sprzeczać. Duch zapowiedział pomyślną podróż, więc powinniśmy się cieszyć. Radość naszą uczcimy biesiadą, do której was uprzejmie zapraszamy.
— Dziękujemy! Wiemy, co nam nakazuje grzeczność, prosimy was zatem, abyście sami uraczyli się ucztą.
— Zrozumieliście mnie fałszywie. Z całą powagą podtrzymuję zaproszenie.
— Ja także z całą powagą podtrzymuję swoją odmowę. Jesteście tak uprzejmi, że nas zapraszacie, jakże my więc możemy być tak nieuprzejmi, aby obarczać was spełnieniem ofiarowanych usług?
Według pojęć chińskich Matuzalem postępował bardzo słusznie. Należy przyjmować tylko takie zaproszenie, które odbywa się w pełnej formie przez wręczenie wielkiego, kolorowego, specjalnie do tego przeznaczonego arkusza papieru.
— Naprawdę, zapraszamy was zupełnie szczerze — nalegał ho-tszang. — Nie mamy, niestety, ni okręcie drukowanych zaproszeń, a ponieważ rozmawiam z wami po angielsku, przeto zapraszam was nie wedle obyczajów chińskich.
— Czy powinienem wierzyć?
— Tak. Bardzo o to proszę.
— Więc ośmielam się przyjąć zaproszenie. Kiedy zacznie się uczta?
— Za pół godziny. Ja sam po was przyjdę. Mięsa, niestety, nie będzie, ponieważ duch zjadł wszystko.
— Nie wiedziałem dotychczas, że duchy jadają mięso. Może mają specjalny apetyt na pieczyste, któreście dla nich przyrządzili, Czy nie byłby pan łaskaw powiedzieć, z jakiego to zwierzęcia było owo mięso?
— To było dżi, najlepsza potrawa w świecie, i dlatego właśnie duch nic nie zostawił.
Wracając do swoich towarzyszów, Matuzalem uśmiechał się na myśl o owym dżi. Powtórzył im zaproszenie kapitana i dodał z uśmiechem:
— Ale mijnheer van Aardappelenborsch niewiele tym razem dokaże.
— Czemu? — odezwał się grubas. — Znowu jestem głodny.
— Mijnheer, czy to być może? Na miły Bóg, jaki pojemny pan ma żołądek!
— Tak, żołądek mam nienajgorszy, ale zato brzuch bardzo słaby.
Ze smutną miną złożył ręce na brzuchu i zapytał Matuzalema:
— Co mówi leksykon o brzuchu?
— Zostawmy to na kiedy indziej. Chwilowo chcę pana zapytać, czy pan wie, co za mięso jadłeś?
— Pieczoną cielęcinę.
— Nie, to nie było cielę, lecz dżi.
Dżi? Nie rozumiem.
— Nie wie pan, co to dżi? Niechże pan odgadnie!
— Dobrze, czy to zwierzę?
— Tak, to zwierzę.
— Fruwa?
— Nie, nie fruwa.
— Czy umie pływać?
— Owszem, umie pływać.
— A czy umie biegać?
— Tak, umie też biegać.
— Czy upolował je myśliwy?
— Nie, myśliwemu nigdy przez myśl nie przejdzie zabijać tego zwierzęcia, gdyż bierze je ze sobą na polowanie jako najlepszego pomocnika.
Okrągłe oblicze Holendra wydłużyło się niepomiernie.
O mijn Holland en Nederland! — zawołał w przerażeniu. — To był pies?
— Tak, to pies. Dżi znaczy pies. Jadł pan pieczoną psinę. Czy nie wie pan, że w Chinach tuczy się pewne gatunki psów, które następnie idą na ubój?
— Psinę jadłem, jadłem psinę! — krzyczał grubas.
Zerwał się na równe nogi i chciał uciec, aliści się rozmyślił. Odwrócił się ponownie, energicznie trzepnął rękę o rękę i zawołał:
— Nie, po trzykroć nie, po tysiąckroć nie! Co się raz znalazło w brzuchu, to musi już tam zostać!
— Nawet jeśli to psina — śmiał się Matuzalem.
— Tak, pies musi zostać! Zakąszę go pieczystem.
Wszyscy się roześmieli. Bohater powrócił na swoje miejsce. Na pełnem zadowolonem obliczu nie było już ani śladu wstrętu.
— Tak, pogrzebaliśmy już psa, — dodał Matuzalem półgłosem. — A teraz pomyślmy o czem innem. Czy nie dziwiła was odpowiedź ducha na moje zapytanie?
— Nadzwyczajnie! Była nader dziwna — przyznał Turnerstick.
— Tak. Wszyscy chyba godzimy się, że nie było żadnego ducha. Kapłan daje odpowiedź wedle własnego widzimisię, a nie naskutek oddziaływania nieziemskiej istoty. Musi zatem wiedzieć, co nas sprowadziło do Chin. Dowiedział się, ale od kogo?
— Ode mnie ani słówka! — zapewnił Godfryd.
— Ode mnie też nie! — dodał mijnheer.
— Wierzę. Jest tylko jedno możliwe wytłumaczenie, mianowicie, że nas podsłuchiwano i to tutaj, na okręcie. Kiedyśmy rozmawiali o naszych planach? Gdyśmy przed zapadnięciem zmroku siedzieli przed kajutą. Kto z załogi był obecny? Malajczyk, który nam usługuje. On zatem musiał powtórzyć naszą rozmowę kapłanowi.
— Ale jakżeto stać się mogło? Mówiliśmy po niemiecku!
— Czy Malajczyk nie mógł mieć jakichś stosunków z Niemcami? A również czy jest autentycznym Malajczykiem? Twarz ma wprawdzie goloną, ale znać po niej mocny zarost, co się nie zdarza u Malajczyków. Niezbyt brunatną ma płeć, nie ma też wystających kości policzkowych. Poza tem jego wymowa angielska ma swoisty amerykański posmak. Mówi łamanym językiem, wszakże chwilami wypowiada się zdaniami, które bezwzględnie świadczą o dobrej znajomości języka. Poprzednio nie przykładałem do tych drobnostek żadnej wagi; ale teraz wydają mi się bardzo podejrzane. Uważałbym go niemal za prawdziwego Yankee, a w tym wypadku chyba nic dziwnego, jeśli rozumie po niemiecku. W Stanach Zjednoczonych mieszkają miljony naszych rodaków.
— Yankee śród chińskich marynarzy? — odezwał się Turnerstick. — Czy mógłby się ktoś aż tak zapomnieć?
— Czemu nie? Czyż nie mógł z jakiegoś tam powodu zbiec ze swego okrętu?
— Hm. Zdarza się nieraz. Chińczycy zaś chętnie przyjmują doświadczonego majtka. Jeśli pan ma słuszność, to nasz Malajczyk jest dezerterem i nie należałoby mu ufać.
— Takie jest moje zdanie. Poco podsłuchuje? W jakim celu skrywa swoje właściwe pochodzenie? Dlaczego odgrywa rolę donosiciela? Dlaczego nie przyznaje się otwarcie, że nas rozumie? Dlaczego akurat jego przydzielono do nas? — Jest zapewne w zmowie z kapitanem. Coś tu się przeciwko nam knuje...
— Tak źle jeszcze nie będzie. Jeśli to zbiegły majtek, to chyba ma powody do utajenia swojej osobowości.
— Niech i tak będzie. Ale musimy mu się bacznie przyglądać i nie rozmawiać w jego obecności o swoich sprawach. Wybadam go tak, że będzie musiał się zdradzić. Najchętniej opuściłbym ten okręt. Twarze załogi niebardzo mi przypadają do gustu.
— Ba! Nie uważałem pana za tak lękliwego człowieka.
— Jestem tylko przezorny, a nie lękliwy. Może się mylę zresztą. Gdybym był sam, wróciłbym do portu i zrezygnował z zapłaconych dolarów. Atoli pan jest innego zdania — muszę się podporządkować.
— Zostaniemy na okręcie — dorzucił Holender. — Dostaniemy dobrą kolację. Jeśli teraz odejdziemy, to okażemy się bardzo nędznemi hipopotamami.
Inni również podzielili to zdanie. Matuzalem musiał ustąpić. — — —




Śród korsarzy

Kajuta znajdowała się koło steru. Wąska powierzchnia między kajutą a sterem była przeznaczona na komórkę dla różnych sprzętów. Graniczącą z nią przestrzeń podzielono na dwie połowy, z których każda miała osobne wejście. Na lewo była kajuta podróżnych, oświetlona dwiema lukami, wybitemi w ścianie okrętu. Okna były zaopatrzone nie w szklane, lecz w drewniane szyby, aby je przy złej pogodzie łatwiej było zamykać.
Uczta miała się odbyć na środkowym pokładzie, na tem samem miejscu, gdzie odbyła się „konferencja“ z duchem. Lampy z gumowanego papieru ryżowego oświetlały jasno pokład i sprawiały bardzo miłe wrażenie. Dookoła obu zastawionych stołów stały mocne krzesła bambusowe. Nakrycie składało się z talerza, małej filiżanki, czegoś w rodzaju grubej łyżki porcelanowej, tak nieforemnej, że ledwo mogła wejść do ust, i pałeczek z kości słoniowej, zwanych przez Anglików chop-sticks, a przez Chińczyków kwei-tse.
Chińczycy nie używają łyżek, widelców, czy noży w ścisłem znaczeniu tego słowa. Wszelkie twarde potrawy, jak mięso i t. p. podawane są w drobnych kawałkach. Niedoświadczony wyjmuje te kawałki z zupy, wsadziwszy je na pałeczki. Ale prawdziwy Chińczyk jada zgoła inaczej. Umieszcza jedną pałeczkę pomiędzy wielkim i wskazującym palcem prawej ręki, a drugą pomiędzy śródkowym a następnym palcem. Gdy końce pałeczek stykają się ze sobą, tworzą ruchomy kąt, rodzaj obcęgów, zapomocą których można podnieść do ust nawet najdrobniejsze ziarenko ryżu. Kto chce się dowiedzieć, jak komicznie wygląda niedoświadczony cudzoziemiec silący się jeść po chińsku, niech sam spróbuje zjeść zupę jęczmienną zapomocą długich na sześć calów a cienkich jak zapałka pałeczek, nie gubiąc nic po drodze od talerza do ust. - -
Miejsce, gdzie znajdowały się stoły, oddzielały od reszty pokładu olbrzymie zawieszone na sznurkach mapy geograficzne. Przedstawiały wszystkie kraje świata według chińskich poglądów. Rozmiary ich wynosiły czterdzieści stóp kwadratowych. Trzydzieści dziewięć zajmowało Państwo Środka. Pozostałe krainy wraz ze wszystkiemi morzami mieściły się na czterdziestym kwadracie. Rosja, Polska i państwa bałtyckie miały wielkość greckiego orzecha; dalej była dolepiona Francja — orzeszek zwykły. Oddzielone rzeką, zwaną Tsin-tse, co oznaczało zapewne Tamizę, Niemcy i Anglja miały imponujące rozmiary groszka. Hiszpanja obok Stanów Zjednoczonych i Holandja koło Jawy były wielkości główki od szpilki. Natomiast rzeka Jang-tse-kiang miała szerokość dwóch pięści męskich, Pekin zaś był trzy razy większy niż wszystkie kraje europejskie. Tak oto Bóg wedle zapatrywań chińskich sprawiedliwie podzielił ziemię pomiędzy narody świata. Nie dziw, że Chińczycy wyróżniają się niezwykłą ambicją narodową i uważają się za najprzedniejszy naród świata.
Oprócz pięciu pasażerów w uczcie uczestniczyli: ho-tszang, to-kung, kapłan czyli hiang-kung i właściciel okrętu. Niebawem przyniesiono potrawy.
Pierwszą stanowiła sałata z jajek, szczególnie przyrządzona.
— Cóżto za jajka? — zapytał grubas.
— To jajka krokodyle — oświadczył poważnie Godfryd.
Fuj! I takie jajka mamy jeść?
— Naturalnie!
— Ani mi w żołądku nie postało. Nie jem!
Potrawa wyglądała nader apetycznie; Holender podniósł już był łyżkę, aby sięgnąć, — ale odłożył ją szybkim ruchem.
Godfryd zaś nałożył sobie dosyć wiele i używał kwei-tse ze zręcznością Chińczyka. Nauczył się tego, podobnie jak Matuzalem i Ryszard Stein, w mieście rodzinnem u Ye-Kin-Li; podczas podróży wprawiał się w ten kunszt gorliwie. Mijnheer zaś nie mógł tknąć jedzenia. Abstynencja ciężko mu się dała we znaki, tem bardziej, że widział, jak te jaja krokodyle smakują biesiadnikom.
Następnie przyniesiono rosół, w którym pływały drobne kawałki mięsa. Holender znów zapytał ostrożnie:
— Czy to psina?
— Nie — zaprzeczył Godfryd.
— W takim razie ja też jem!
Napełnił talerz i jadł nieforemną łyżką, nie posługując się zupełnie kwei-tse. Nie zważał na zgorszone spojrzenia Chińczyków, niezadowolonych z tak nieprzyzwoitego sposobu jedzenia. Po zjedzeniu skinął przyjaźnie w stronę Godfryda i oznajmił:
— Nie, to nie psina.
— Nie psina, ale zato mięso kocie! — brzmiałą Odpowiedź.
— Co? Mięso kocie?
— Niestety!
— Niebiosa! O moje gardło, o mój żołądek, o moje kiszki! Mijnheer Matuzalemie, co pański leksykon powiada o kiszkach?
— Co leksykon powiada o kiszkach? Że mają sledem metrów długości — roześmiał się student, gdyż grubas trzymał się obu rękoma za brzuch i stroił bolesne miny. — Czy czuje pan zaburzenia w kiszkach?
— Tak. Bardzo! Mam boleści i zapalenie.
— Co? Boleści i zapalenie? Dlaczego?
— Jadłem kocie mięso.
— Niech pan nie wierzy Godfrydowi! On sam nie wie, co takiego zajadał.
Mijnheer zagroził pucybutowi pięścią i ofuknął go gniewnie:
— Do pioruna! Jesteś pan nędznym hipopotamem!
Następne danie stanowiła przejrzysta, ale dosyć tłusta zupa z drobnemi kawałkami jarzyn. Miała bardzo zachęcający zapach.
Soup of salangans! — oznajmił ho-tszang swoim gościom, wyrazem twarzy dopowiadając, że chodzi o smakołyk szczególnie wyszukany. A więc to była zupa z osławionych gniazd jaskółczych!
O tych tak zwanych indyjskich gniazdach ptasich; krążą nieścisłe wiadomości. Prawdą jest to: salangane (collacelia nidifica) jest ptakiem dwunastocentymetrowej długości o skrzydłach szerokich 30 cm. Zwierzchu są ciemno bronzowe, od spodu jaśniejsze. Rozpowszechnione są w Indjach i na wyspach Indyjskich, gdzie zwykle gnieżdżą się wielkiemi masami na niedostępnych skałach. Szczególnie upodobanie czują do wybrzeży pionowo wznoszących się ponad falami.
Na krótko przed okresem rodów, a więc w czasie budowy gniazd, pachnące gruczoły tych ptaków wydzielają oleisty szlam, przypominający gumę arabską. Wydzielinę tę przyklejają do tego samego miejsca pionowej skały niezliczoną ilość razy, tak że powoli tworzy się mocny pokład w kształcie wydrążonej ćwiartki kuli. Na tym pokładzie dopiero z mchu, z trawy i piór powstaje właściwe gniazdko, umocnione i zatykane tym samym szlamem. Otóż nie samo gniazdo, jak błędnie niektórzy przypuszczają lecz pokład ze stwardniałego szlamu stanowi wyszukany specjał chińskiej kuchni.
Z tego, cośmy powiedzieli, wynika, że zbieranie gniazd salanganów jest połączone z wielkiemi niebezpieczeństwami. Poszukiwacz gniazd musi się opuścić na powrozie z wyżyny pionowej skały i unosi się nad otchłanią morską, narażony na upadek. Zresztą, gdzie niegdzie praca jest ułatwiona dzięki temu, że wybrzeże pokrywa istna sieć lin i drabin sznurowych.
Salanganów jest taka moc, że z samej Jawy eksportują rocznie około dziesięciu miljonów gniazd. W Chinach, dokąd wwozi się rocznie przeciętnie sześć miljonów, sztuka kosztuje mniej więcej markę, co na chińskie stosunki jest dosyć wiele, ile że oczyszczone gniazdo waży nieraz niewięcej niż parę gramów. Tylko zamożni mogą sobie na ten przysmak pozwolić.
Trzeba też zaznaczyć, że samo przez się gniazdo takie nie jest bynajmniej smaczne. Trzeba je umiejętnie przyrządzić. Wygotowane bez zaprawy ma dosyć cierpki smak. Chińczycy gotują je w wodzie lub rosole, dodają rozmaitych korzonków, mięsa, ikry rybiej, trochę pokrajanych owoców i innych przysmaków. Dopiero przez to gniazda stają się naprawdę smakowite. — —
Mijnheer van Aardappelenborsch zdawał się znać tę potrawę ze swych jawajskich czasów. Zajadał ją łyżką z naprawdę wniebowziętym wyrazem twarzy.
Turnerstick nie chciał sobie kaleczyć ust wielką łyżką, wszakże nie umiał zręcznie posługiwać się kwei-tse. Uprościł sobie zadanie tem, że najzwyczajniej w świecie pił zupę bezpośrednio z talerza, co ściągnęło nań wzgardliwe spojrzenia Chińczyków. Trzej zaś pozostali pasażerowie wcale nieźle dali sobie radę z zupą zapomocą pałeczek.
— Świetne, rozkoszne! — odezwał się kapitan.
— Tak, palce lizać, przytaknął grubas. — Na honor!
— Czy istotnie było aż tak świetne? — zapytał Matuzalem.
— Pewnie.
— A czy wie pan, co zjadłeś?
— Gniazda salanganów! — odpowiedział Turnerstick.
— Absurd! Te draby poczęstowałyby nas indyjskiemi przysmakami, a jakże! Aniby im to na myśl nie przyszło.
— A więc cóżto było?
— Skóra wołowa, odpowiednio przyrządzona, która przypomina w smaku zupę z gniazd jaskółczych.
— Do piorunów! Czyż w Chinach zjada się wołu wraz ze skórą?
— Pewnie. Uchodzi to nawet za szczególnie wyszukaną potrawę.
O mój Boże, o mój Stwórco! — zaczął lamentować grubas, chwytając, jak zwykle, za brzuch. — jestem chory, śmiertelnie chory!
— Chory? Cóż panu jest?
— Mam wrzód w żołądku.
— Wrzód w żołądku? Hm!
— I atak wątroby. Co Powiada leksykon o wątrobie?
— Pański atak nie jest tak ciężki, abyśmy musieli się radzić medycznego leksykonu. Patrz pan, noszą nową potrawę! To homary, jeśli się nie mylę.
Oblicze Holendra natychmiast się rozjaśniło
— Homary? — zawołał. — Bogu dzięki, to będę jadł!
Zdjął z półmiska największego homara i z radości całkiem zapomniał zarówno o wrzodzie w żołądku, jak o ataku wątroby.
Naostatku podano ryby. Menu nie było urozmaicone. Gospodarze kładli, zdaje się, większy nacisk na trunki, niż na jedzenie, albowiem między każdem daniem dwukrotnie wychylano filiżanki sam-chu, w czem ho-tszang dawał przykład gościom. Sam-chu, o ile jest dobrze przyrządzone, stanowi łatwo upijający ulubiony trunek Chińczyków, przypominający nasz arak.
Wszakże marynarskie gardło Turnersticka tyle przełknęło grogu i rumu, mijnheer zaś tyle wypił w swem życiu alkoholu, że sam-chu nie mogło być dla nich groźne.
— Pijmy i zobaczmy, kto pierwszy okaże się pod stołem, my czy oni, — rzekł kapitan.
— Tak, pijmy dzielnie! — skinął grubas. — Ja żłopię, jak hipopotam.
Matuzalem i Godfryd, ileż wiader piwa wysuszyli aż do dna? Nie lękali się zatem sam-chu. Jedynie Ryszard poprzestał na zwilżeniu warg trunkiem. Na namowy Turnersticka odpowiedział:
— Nie mogę. Wogóle nie znoszę wódki, a zwłaszcza ta mi nie smakuje. Za gorzka!
— Za mocna, chciał pan powiedzieć.
— Nie. Posiada jakiś gorzki posmak, który mi jest nieprzyjemny.
— Hm. Z marcepanów oczywiście tego się nie przyrządza.
Sądził, podobnie jak i jego towarzysze, że gorycz jest właściwym posmakiem sam-chu. Nie zwrócił także uwagi na tę okoliczność, że wypróżnione filiżanki napełniano nie na stole, lecz za zasłoną z mat. Nie wiedział zatem, że wlewa się tam z dwóch naczyń. W jednem było sam-chu zmieszane z opjum, a przeznaczone wyłącznie dla gości.
Newfundlandczyk siedział między panem a Ryszardem Steinem. Obserwował każdy ruch Chińczyków wrogiem spojrzeniem. Gdy któryś się doń zbliżał, ostrzył kły i warczał groźnie. Co więcej, gdy na rozkaz ho-tszanga, podano mu kawał mięsa, pies ugryzł, ale nie mięso, lecz rękę Chińczyka. Nie tknął mięsa, chociaż podał mu je następnie Matuzalem. Nieufność psa, na szczęście, była równie wielka, jak lekkomyślność jego panów. Nadzieje Chińczyków pozbycia się niebezpiecznego zwierzęcia spełzły chwilowo na niczem.
Z tem większą gorliwością starali się upoić gości. Mylili się jednak, przypuszczając, że goście wkrótce będą strąbieni. Cudzoziemcy pili jak bąki.
Zato sami Chińczycy niebawem odczuli działanie sam-chu. Syn Państwa Niebios naogół słaby opór stawia działaniu alkoholu. Ho-tszang spostrzegł się wnet, że gorzałka ryżowa wpływa nań niezbyt korzystne. Z zachowania się kamratów mógł wywnioskować, że i oni są pod wcale dobrą datą. Należało temu zaradzić: przecież z pijanymi nie mógłby uskutecznić swego planu. Wpadł na dobry pomysł — kazał lać do swojej i ich filiżanek słabą herbatę co musiało ujść uwadze pasażerów, gdyż sam-chu miało podobne zabarwienie.
Niedługo trwał ten wybieg. Matuzalem, podniósłszy się, palnął dziękczynną mówkę i chciał koniecznie wypić z ho-tszangiem na bruderszaft. Wskutek tego filiżanka Chińczyka znalazła się tak blisko nosa Matuzalema, że ten odrazu wyczuł zapach herbaty. Uchwycił filiżankę i skosztował jej zawartość.
— Herbata! Brr! — zawołał. — Wstydźcie się! Zauważyłem już poprzednio, że chcecie nas ululać, ale skoro postępujecie aż tak nieuczciwie, to sami chlejcie wasze tsza. Kto z nami nie walczy tą samą bronią, z tym nie chcemy mieć nic wspólnego. Przyjmcie nasze podziękowanie i pozwólcie nam odejść.
Chińczycy nie sprzeciwiali się. Sądzili, że goście dosyć wiele wypili i że działanie opjum nie omieszka wnet nastąpić. Podróżni wycofali się do swej kajuty. Minęli przytem miejsce, gdzie poprzednio napełniano filiżanki. Mijnheer, ujrzawszy dzban z sam-chu, zmieszanym z cynamonem, powąchał go, i oświadczył:
— Zabieram wódkę ze sobą. Bardzo mi smakuje.
Uchwycił dzban i zaniósł do kajuty. Chińczyków ten obrót sprawy oczywiście ucieszył. Jeśli bowiem pasażerowie wychylą do dna dzban, to zapadną odrazu w kamienny sen i bez oporu wpadną w ręce korsarzy. Matuzalem zaś nie wiedział, czy powinien ofuknąć grubasa za bezceremonjalność, czy też śmiać się z niej. Spróbował ofuknąć, — nie wiedział przecież, że sam-chu bardzo się jeszcze przyda, — atoli mijnheer przerwał mu w połowie zdania:
— Ci szubrawcy pili herbatę, a nam dali wódkę. Dlatego wódka jest nasza. Wypijemy ją. Dobra, bardzo dobra. Nie pozwolę jej marnować!
Cóż można było począć wobec takiego oświadczenia? Chyba śmiać się tylko.
Turnerstick przyniósł dwa lampjony, poczem Godfryd de Bouillon zaryglował drzwi. Podróżni okryli się kołdrami. Poczuli naraz okropne wyczerpanie, wszakże nie mogli prędko zasnąć. Byli bardzo podnieceni; krew krążyła po żyłach szybciej niż zazwyczaj, a puls był wzmożony; niepodobna tego było kłaść na karb jedynie gorzałki.
— Nieszczęsne sam-chu żalił się Godfryd. — To zdradziecki trunek.
— Czy jesteś strąbiony? — zapytał Degenfeld.
— Strąbiony? Ani trochę! Ale odczuwam coś w tym rodzaju. Czytałem niegdyś pamiętnik palacza opjum. Opisywał dokładnie działanie trucizny. Mój obecny stan przypomina pierwsze stadjum tego działania. Czyżby nasze sam-chu zawierało opjum?
— Hm! Ja także odczuwam coś podobnego. Ale nie sądzę, aby to było opjum. Jak ty się czujesz, Ryszardzie?
— Bardzo dobrze.
— Ponieważ wcale nie piłeś. A więc nasz stan następstwem wypitego sam-chu. Zobaczy się.
Upłynęło pół godziny. Pasażerowie przewracali się niespokojnie z boku na bok. Poczem powoli jeden za drugim zaczęli zapadać w głęboki sen.
Tylko Ryszard czywał. Słyszał mnóstwo kroków na pokładzie i zdawało mu sę, że rozpinają żagle. Przez dłuższy czas brzękał łańcuch metalowy. Wiele razy uderzano z zewnątrz o drzwi kajuty, jakgdyby przysuwano coś ciężkiego. Newfundlandczyk warczał, ale wnet się uspokoił, gdyż nikt nie próbował wejść.
Tak minęło pół godziny i znów pół godziny. Ryszardowi zdawało się, że podłoga kajuty nachyliła się pod znacznym kątem. W oba otwarte okna zadął świeży, bardzo wyraźny przeciąg.
Ryszard podniósł się i wyjrzał. Ognie portu sczezły; można to było wyjaśnić późną porą. Wszakże na każdym okręcie musi się palić przynajmniej jedna latarnia, a tymczasem nie widać było dookoła najmniejszego światełka, mimo bliskości całej masy dżonek. Niebo było jasne i czyste; gwiazdy świeciły jaskrawo. Przy blasku ich można było dosyć wyraźnie rozpoznać otoczenie okrętu, a jednak 39 Ryszard nie zobaczył ani jednej dżonki, ani jednego domu. Rozprzestrzeniła się natomiast przed jego czarni daleka, ledwo poruszająca się ciemna powierzchnia, w której odbijał się blask gwiazd. To było morze.
Chłopiec przestraszył się na dobre. Pomyślał sobie, może dżonka zerwała się z kotwicy i teraz mknie ślepo naprzód, zdana na łaskę odpływu? Chociaż nie był marynarzem, wiedział, jaki czas dzieli odpływ od przypływu — dwanaście i pół godziny. Nazajutrz dopiero przed południem dżonka powinna była odpłynąć do Kantonu, korzystając z przypływu; teraz była może pierwsza po północy, a więc zaczynał się odpływ. Mogło się zdarzyć, że okręt opuścił port bez wiedzy załogi, która zapewne spała snem kamiennym.
Ryszard postanowił obudzić stryja Matuzalema.
Ale student spał tak twardo, że napróżno chłopiec nawoływał, napróżno nim potrząsał. Przerażenie Ryszarda wzmogło się jeszcze bardziej. Chciał wyjść na pokład i zaalarmować załogę; w tym celu odryglował drzwi. Nie mógł ich otworzyć — były bowiem z zewnątrz zabarykadowane.
Zaczęło w nim świtać przypuszczenie, które mogło tylko wzmóc jego przestrach: Chińczycy nie są uczciwymi ludźmi — „Królowa Wód“ jest okrętem korsarskim. Europejczykom wlano opjum do sam-chu, aby ich uśpić i następnie obrabować, a może i zgładzić.
Posądzenie obudziło w chłopcu całą energję. Ponowił próbę przebudzenia Matuzalema, lub innego towarzysza, ale nadaremnie.
— Śpią mocno — rzekł. — Może dopiero jutro obudzą. Czuwam tylko ja i pies. Obronimy kajutę samowtór. Ci hultaje przekonają się, że niełatwe z nami sprawa! Nieprawdaż, mój odważny stary?
Gładził, mówiąc to, piękną długowłosą sierść psa, który spoglądał nań jasnemi ślepiami, trzepał ogonem po podłodze, odwracał mordę ku drzwiom i wydawał ciche, głębokie warknięcia, jakby chciał powiedzieć:
— Wiem już, ale nie lękaj się; ja jestem przy tobie!
Następnie Ryszard wziął broń swoich towarzyszów z kąta i poddał ją starannym oględzinom. Nie był strzelcem; nie wiedział, czy karabiny są nabite, — nie potrafiłby ich zresztą nabić. Jednak konstrukcja obu strzelb mijnheera była tak prosta, że z łatwością potrafiłby się niemi posługiwać. Odwiódł kurki i przekonał się, że są naładowane. Poza tem miał pod ręką rewolwery, z któremi potrafił się obchodzić. Wyciągnął je z kieszeni śpiochów i nagromadził dookoła siebie wcale pokaźny arsenał.
Naraz pies nasrożył się, zbliżył do drzwi i zaczął głośniej warczeć; ktoś musiał stać przed drzwiami.
Ryszard usłyszał, jak z zewnątrz odsuwano coś ciężkiego, poczem usiłowano pocichu otworzyć drzwi zaryglowane. Chłopiec gestem przywołał psa i nakazał mu milczenie.
Z poza ściany doleciały szepty; minęło kilka minut, poczem szmer się ponowił. Wydawało się Ryszardowi, że ktoś usiłuje świdrem wydrążyć otwór w drzwiach. Podszedł więc bliżej i w rzeczy samej zobaczył koniec świdra. Drążono dziurę, aby móc zajrzeć do kajuty.
Skoro to się stało i skoro cofnięto świder, Ryszard rzucił się wbok, aby go nie ujrzano. Spojrzenie szpiega mogło dosięgnąć jedynie czwórki śpiących i psa. Mógł więc przypuścić, że Ryszard śpi w kącie. Newfundlandczyk siedział pośrodku kajuty i uważnie wpatrywał się w otwór. Mądre zwierzę rozumiało jego cel. Znać było po niem, że rzuci się na pierwszego, który zechce wejść. Jego siła rokowała przynajmniej temu pierwszemu pewną zagładę. Ryszard domyślił się, że korsarze przedewszystkiem zechcą usunąć psa.
Ale jak? Mogli to zrobić jedynie kulą. Czy spróbują? W tym wypadku będą musieli wydrążyć drugi otwór — jeden dla celującego, drugi dla lufy.
Chłopiec nie omylił się: usłyszał ponownie szmer świdra. Świadom tego, że kula rewolwerowa przebije drzwi, ale nie potrafi zranić stojącego za drzwiami, uchwycił obie strzelby mijnheera, odwiódł kurki i ustawił się tak, aby z zewnątrz nie można go było zauważyć. Postawiwszy przy sobie jedną strzelbę, drugą skierował w stronę drzwi i czekał na dalszy przebieg wypadków.
Świder przebił drzewo. Przy śwjetle obu lampjonów widać było, że to rodzaj centro-świdra, który wydrążył znacznie większy niż poprzedni otwór. Stało się to, czego się spodziewał Ryszard, — wsadzono lufę pistoletu. Pies nie spuszczał mądrych oczu z otworów. Ujrzawszy broń, skoczył szybko na bok. W tej samej chwili Ryszard wypalił. Wiedząc, że oko napastnika znajduje się przy górnej dziurze, celował o piętnaście cali niżej, aby trafić w piersi. Rozległ się wystrzał i zaraz potem głośny okrzyk z zewnątrz. Chłopiec szybko sięgnął po drugą strzelbę i dał drugi bardziej wbok skierowany wystrzał, ponieważ rozumiał, że stoi tam większa ilość Chińczyków. Usłyszał drugi okrzyk, po którym nastąpiły wielogłośne krzyki, głuszone wściekłem szczekaniem psa.
Przezorny chłopak wyciągnął swój notes, wyrwał parę kartek, zwilżył językiem i przykleił do czterech otworów, aby wrogowie nie mogli zajrzeć. Gdyby zerwali jedną z owych kartek, udostępniliby wyraźny cel Ryszardowi. Nikt jednak nie odważył się podejść do niebezpiecznych drzwi. Uwaga Ryszarda mogła się teraz zwrócić ku towarzyszom.
Aczkolwiek byli formalnie ogłuszeni snem, huk obu wystrzałów dotarł do ich słuchu. Poruszyli się, każdy inaczej.
Grubas ledwo się dźwignął i, nie przecierając oczu szepnął:
— Hm! Ktoś strzela. Będzie pieczeń kocia.
Wykrztusiwszy te słowa, zapadł znowu w głęboki sen. Turnerstick przewrócił się powoli na drugi bok i mruknął:
— Jeszcze raz ognia, chłopcy! Dobrze celować! Pokażcie im!
Zdawało mu się, że jego okręt walczy z wrogiem.
Godfryd de Bouillon podniósł głowę ku górze, nadsłuchiwał przez chwilę, poczem zaklął:
— Idjoto, co ci na myśl wpadło! Jakże mogłeś strzelać z mego oboju! Czyż był nabity?
Opuścił głowę i zasnął.
Największa wrażenie strzały wywarły na Matuzalemie. Podniósł się do połowy i otworzył oczy. Patrząc przed siebie tępo, zapytał:
— Czy strzelano? Kto — — gdzie — — dlaczego — — dla — — dla — — dla — — —!
Urwał. Zamknął oczy i opadł ciężko. Ryszard podszedł doń, uchwycił go za plecy i pociągnął:
— Stryju, obudź się! Stryju Matuzalemie!
Żadnego skutku. Chłopiec z wysiłkiem podniósł Matuzalema do połowy i zawołał:
— Stryju, słuchaj! Zastrzeliłem dwóch Chińczyków! Chcą nas zamordować!
— Puść — puść — puść mnie! — mruknął Dagenfeld.
Ryszard trzymał go mocno i prosił:
Obudź się, obudź się! Jesteśmy w niebezpieczeństwie!
— Nie — bez — bez — pie — —? — wymamrotał student.
— Tak. Otwórz przynajmniej oczy!
— O — o — oczy!
Widać było, że nie szczędzi trudu, aby podnieść powieki — napróżno. Wówczas Ryszard wpadł na dziwny pomysł. Gniewnym tonem krzyknął:
— Czy nie słyszysz, głupi smarkaczu!
Obelga podziałała. Matuzalem otworzył oczy i zawołał:
— Hultaju! Ja ci pokażę! Przygotuj baty, Godfrydzie! — mimo otwartych oczu Matuzalem nie poznał Ryszarda.
— Sam jesteś hultajem, — odpowiedział chłopak — pięciokrotnie relegowana małpo!
Okazało się, że obraza silniej działała niż opjum. Matuzalem odepchnął Ryszarda, podniósł się na kolana i huknął:
— Co? Jak? Rele — rele — — ja — ja —?
— Tak, ty! Infamją relegowany!
Błękitno-purpurowy zerwał się na nogi, wyciągnął pięści w kierunku śmiałka i zawołał zachłyśniętym głosem:
— Mnie! Mnie coś podobnego! Pieski gnacie, ja cię rozmiażdżę!
Chciał rzucić się na Ryszarda, ale zachwiał się na nogach, poczem, wsparty o ścianę, zamknął zpowrotem oczy. Chwytając się rękoma za ciążącą głowę, byłby znowu runął, gdyby Ryszard nie wpadł na nowy pomysł trzeźwienia go. Potrząsając studentem za ramiona, rzekł:
— Matuzalemie, obudź się! Pamiętaj o swojem słowie honoru. Czy pozwolisz się zamordować, zanim spełniłeś przyrzeczenie? Czy słyszysz, twoje słowo honoru, twoje kong-kheou, twoje kong-kheou!
— Słowo honoru — kong-kheou! Dotrzymam! Co co — ach, to ty Ryszardzie? — odsunął się od ściany, podniósł powieki i dopiero teraz poznał Ryszarda.
— Błagam cię na miłośc Boską, — prosił chłopak — pomyśl o kong-kheou! Pomyśl o mojej matce i przypomnij sobie Ye-Kin-Li, któremu dałeś słowo. Jeśli zaraz nie wrócisz do przytomności, wszystko będzie stracone!
— Dlaczego?
— Bo nas zamordują,
— Za — mor — du — ją?
— Tak. Czy nie słyszałeś moich strzałów? Zastrzeliłem dwóch Chińczyków,
— Do pioruna! Czy ja śnię? Moja głowa, o moja głowa! Co się stało mojej głowie? Dlaczego ci leżą jak trupy na ziemi?
— Zatruto was opjumem. Łotry wyświdrowały dwie dziury w drzwiach, aby pierwszym wystrzałem zgładzić psa. Uraczyłem ich dwiema kulami, które na pewno trafiły.
— Ty — — strze — la — łeś! Kto... kto mówił poprzednio o relegowaniu?
— Ja. Był to jedyny sposób trzeźwienia ciebie.
— Ach, ach, dzielny chłopcze! Sprytny młokosie! Ale moja głowa, moja głowa!
Ściskał się za skronie i z trudem usiłował utrzymać się prosto na nogach.
— Nie zasypiaj, nie zasypiaj, stryju! Nasze życie zawisło od tego!
— Tak, życie, słowo honoru — kong-kheou — relegatio cum infamia! Młokosie, to był mocny tytoń, ale takiego mi trzeba. Opjum! Ryszardzie, mdli mnie tam, w głowie. Musisz mi pomóc!
— Chętnie! Ale jak?
Degenfeld nie przestawał się chwiać na nogach. Rękę oparł o ścianę i odpowiedział:
— Ale musisz to zrobić, bezwarunkowo!
— Jeśli tylko potrafię.
— Dobrze. Wytnij mi więc policzek, ale taki — z całego serca!
— Stryjul
— Ba! Nie zwlekaj! Tak musi być. Nic innego nie Pomoże, mój chłopcze. Nie ja dostanę policzek, lecz opjum. A więc zaczynaj!
— Czy to istotnie pomoże?
— Tak sądzę. Do piorunów, pośpiesz się, bo znowu zasnę!
— No, dobrze!
Ryszard zamierzył się i wyciął mu policzek, ale: tak pełnego serca, że Matuzalem zachwiał się, chwycił za miejsce trafione i zawołał:
— Niech licho porwie, chłopcze! Nie myślałem wcale o tak mocnym policzku! Ale nie szkodzi. — Lepiej, to lepiej, — rzekł chłop, który skoczył na łóżko i rozwalił je. — Teraz czuj? się o wiele lepiej. Opowiadajże szybko, co się zdarzyło?
Ryszard w krótkich słowach zdał mu sprawę z sytuacji. Matuzalem podszedł do okna, wyjrzał, następnie podszedł do drzwi, zbadał uszkodzenia, poczem oświadczył:
— Ryszardzie, oto moja ręka! Jesteś mądrym i dzielnym chłopcem, i uratowałeś mi życie. Poczekaj jeszcze chwilę, póki nie wrócę do całkowitej przytomności. Skoro tylko opadnę, poczęstujesz mnie nowym policzkiem. To pomaga, czuję. Chwilowo nie posiadamy innego środka. Przedewszystkiem obejrzę strzelby i nabiję flinty grubasa. Ty zaś nie spuszczaj oka ze drzwi. Bierz moją strzelbę. Jak zauważysz ze ktoś usuwa papierek, pal natychmiast, bez zastanowienia.
Nabił swą strzelbę i podał chłopcu. W tej właśnie chwili pies zwrócił się, warcząc, w stronę okna. Błękitno-purpurowy spojrzał szybko, wyrwał broń z rąk Ryszarda i wycelował.
Z początku ujrzano nogi, a potem i ciało człowieka, który tam się ukazał. Zapewne opuszczano co z pokładu na linie.
— Chcą się dostać z tej strony; ale wara im! — szepnął student.
Teraz, wobec niebezpieczeństwa, stał już mocno na nogach. Opjum straciło nad nim władzę.
— Chcesz go zastrzelić? — zapytał Ryszard.
— Jestem teraz przeświadczony, że wpadliśmy na okręt korsarzy, którzy nie znają litości. Tylko bezwzględnością możemy się ratować. Życie za życie! Łotr pewno chce wrzucić cuchnący garnek. Jeśli mu się to uda, będzie po nas.
Już widać było twarz korsarza. Matuzalem wypalił; twarz drgnęła i znikła. Z zewnątrz rozległy się gniewne okrzyki.
Degenfeld podszedł do okna i wyjrzał.
— Słusznie — rzekł. — Koło liny widzę sznur, na którym wisi garnek. Jest to niewątpliwie hi-thu-tszang, jak nazywają owe garnki, „naczynie pachnących ziół“ Biada temu, w czyjem pobliżu pęka takie naczynie. Chińscy korsarze obrzucają wrogie okręty temi garnkami. Okropny smród obezwładnia kompletnie całą załogę. Uważaj więc na okna!
— Czy nie zamkniesz ich?.
— Nanic to się zda, mogą roztłuc szyby. Zresztą, nie sądzę, aby obecnie się do nas kwapili. Naładuję karabin.
Obejrzał trzech towarzyszów, na których znów podziałał wystrzał. Godfryd usiadł i oparł się o ścianę, ale zapadł ponownie w sen. Turnerstick podniósł się na łokciach i ogarniał niejasnem spojrzeniem obu przyjaciół. Mijnheer przewrócił się na brzuch, co mu nie pozwoliło zasnąć zpowrotem. Napróżno usiłował przesunąć się na bok, lub na grzbiet, i jęczał:
Imand heeft weder geschoten. Hij heeft mij getroffen. Ik been dood. — Ktoś znowu strzelił. Trafił mnie. Nie żyję.
Był jeszcze najtrzeźwiejszy z trójki śpiochów, mimo że pił niemniej niż inni. Matuzalem przewrócił Holendra na grzbiet, z trudem posadził go, przysunął do ściany i rzekł:
— Nie umarł pan, mijnheer; żyje pan. Obejrzyj się przecież!
Neen, ik been gestorven. — Nie, umarłem.
— Nie, nie umarł pan, jesteś tylko oszołomiony.
Goed, soo slape ik! — Dobrze, więc śpię!
— Nie powinien pan spać! Obudź się pan! Otwórz oczy!
Ik heb geene oogen. — Nie mam żadnych oczu!
— Owszem, ma pan oczy! Zadaj sobie tylko trochę trudu i otwórz je!
Grubas usiłował zadośćuczynić rozkazowi Matuzalema. Podniósł jak najwyżej brwi, nie potrafił wszakże podnieść powiek.
Het gaat niet — Nie udaje się — zakonkludował, ziewając szeroko.
Ryszard, pomyślawszy o skutku, jaki wywarł policzek na Matuzalemie, postanowił i Holendra zażyć z najsłabszej strony.
— Mijnheer, — rzekł — nie odczuwa pan głodu? Czy nie chce pan jeść?
Eten? — Wat hebt gij? — Jeść? — A co takiego macie?
— Co mamy? A coby pan chciał?
— Pieczoną gęś z sałatką z kapusty.
— Owszem, mamy pieczoną gęś z sałatką z kapusty!
Heiza! Dajcie mi także!
Powiodło się doskonale. Grubas otworzył oczy i wyciągnął ręce w kierunku domniemanej gęsi. Degenfeld, aczkolwiek sytuacja była poważna, parsknął śmiechem, poczem rzekł:
— Trochę cierpliwości, mijnheer! Nie dostanie pan gęsi, dopóki nie wstaniesz.
Ik word opstaan! — Wstanę!
Oparłszy się o ścianę, starał się istotnie podnieść. Wysiłek obu towarzyszy otrzeźwił go jeszcze berdziej. Obejrzał obu towarzyszów zdumieniem, złapał się za głowę i jęknął:
Mijn hoofd, mijn hoofd! Moja głowa, moja głowa! Mam hipopotama między mózgami.
— Ale widzi nas pan i poznaje?
— Tak.
— A więc powiedz pan przedewszystkiem, gdzie jest pański arsenał?
Daar! — Tam!
Wskazał na tornister. Matuzalem otworzył go i ujrzał znaczną ilość rozmaitych tutek. Wyjął jedną i zapytał:
— Co zawiera ten papierek?
Hooizaad — brzmiała odpowiedź.
— Odwar z siana! A tu?
Kruizemunteentee.
— Herbata z mięty! A w tej?
Lindeboomblosemtee.
— Odwar lipowy! Dalej?
Seringatee.
— A więc kwiat bzowy. Ależ, mijnheer, tu jest jakieś dwadzieścia tutek — cała apteka! Poco się pan nosi z temi wszystkiemi ziółkami?
Vor mijne gezondheit. Ik heb vele oogestalheiden. — Dla zdrowia. Cierpię na wiele chorób.
Dopiero po wyjęciu wszystkich tutek Degenfeld dorwał się do amunicji, co mu pozwoliło naładować obie flinty. Grubas obruszył się, pytając, w jakim celu nabija się jego broń. Skoro dowiedział się o niebezpieczeństwie, oprzytomniał do reszty. Zapakował swoje tutki, aby mieć wszystko pod ręką, poczem ze strzelbami, z parasolem i tornistrem zaszył się w kąt i oświadczył, że zastrzeli każdego, kto ośmieli się choćby spojrzeć nań srogo.
Teraz trzeba było przywrócić do przytomności kapitana i Godfryda. Udało się to, chociaż z trudem. Skoro dowiedzieli się o zamachu na ich własność i życie, odzyskali trzeźwość. Ale na jak długo — to było pytanie; może jad nie działał jeszcze całą siłą; może dopiero zaczynał oddziaływać. Trzeba było na wszelki wypadek zabezpieczyć się w jakiś sposób. Ale jak i czem? Wszak nie było w kajucie żadnej odtrutki.
Jako pierwszy środek lekarz zastosowałby wymiotowanie, albo nawet wypompowanie żołądka, aby usunąć znajdującą się jeszcze w nim ilość trucizny. Dlatego Degenfeld radził swoim towarzyszom w mechaniczny sposób doprowadzić się do wymiotów. To jednakże nie wystarczało, albowiem opjum dostało się już do krwi. Medykamentów, jak kofeiny oraz innych, nie było. Naraz Matuzalem wpadł na świetny pomysł:
— Mijnheer, pański tornister musi nas uratować! — zawołał do Holendra.
Mijn ransden? — zapytał zdumiony mijneer — Czy chce go pan zjeść jako lekarstwo?
— Nie, nie chodzi mi o sam tornister, lecz o jego zawartość. Rozmaite zioła, które pan posiada, zawierają mniej lub więcej garbników. Jeśli je dobrze wygotujemy i wypijemy następnie, wówczas alkaloidy opjum (morfina) zmienią się w sole krystaliczne. To szczęście, że pan zabrał ze sobą wódkę. Użyjemy jej jako materjału palnego. Maszynkę do herbaty i wodę przynieśli nam dzisiaj majtkowie. Mamy więc wszystko, co trzeba.
— Tak, — potwierdził grubas — moje herbatki są doskonałe. Napijemy się ich.
Wkrótce herbata była gotowa. Każdy, prócz Ryszarda, otrzymał równą porcję gorącego, niezbyt smacznego trunku. Należało także użyć ruchu i głęboko wdychać świeże powietrze. Na propozycję Matuzalema zabrano się do gimnastyki. Grubas zachowywał się nad wyraz komicznie. Gorliwie wykonywał wszystkie ruchy pod komendą Matuzalema, gdyż rozumiał doskonale ich nieodzowność. To nic, że dostawał siódmych potów.
Gdyby nasi podróżni nie byli tak dzielnymi pijusami, nie zdołaliby tak prędko otrząsnąć się z odrętwienia. Powoli wrócili do stanu normalnego, jeśli nie liczyć lekkiego ucisku w głowach.
Podczas gdy gimnastykowali się, pijąc w czasie pauz gorącą herbatę, Ryszard dzielnie stał na straży z bronią wpogotowiu, aby każdemu, kto się ośmieli zajrzeć przez otwory lub szybę, podarować kulkę. Musiał polegać raczej na oczach, niż słuchu, gdyż towarzysze Jego sprawiali wiele zgiełku. — — —




W niedoli i niebezpieczeństwie

Skoro przyjaciele spoczęli na parę chwil i ucichli, usłyszeli lekkie stukanie w drzwi.
Szui-nguai? — Kto tam? — zapytał Matuzalem.
Gu-ten A-bend! — Dobrywieczór! — rozległa się odpowiedź cicha i wypowiedziana ze szczególną wyrazistością.
— Co! — szepnął student. — Mówi po niemiecku!
— Tak! — potwierdził zdumiony Godfryd. — To pozdrowienie wieczorne w naszym ojczystym języku. Skądże zabłąkało się na tę dżonkę?
— Zapewne jest to pułapka na nas. Znają przypadkowo te dwa niemieckie słowa. Zobaczymy.
I, obracając się ku drzwiom, dodał głośniej:
— Dobrywieczór! Kto tam?
— Przyjaciel — odpowiedziano równie cicho, jak poprzednio.
— Dobrze! Ale kto?
— Nieszczęśliwiec, podobnież uwięziony.
Rozmówca wypowiedział to, jak poprzednio, poszczególnemi zgłoskami i bardzo powoli, jak ktoś niezupełnie władający językiem, a pragnący, aby go dobrze zrozumiano.
— Nie wierzę — oświadczył Matuzalem. — Czego pan chce?
— Wejść do was.
— Ba! Zostań pan za drzwiami! Jesteś pan owym łotrem, który się podawał za Malajczyka.
— Ten Amerykanin, wasz służący? O nie! Jestem Chińczykiem.
— A rozmawiasz po niemiecku!
— Mój patron nauczył mnie.
— Któż to taki?
— Pan Sei-tei-nei z Hu-nan:
— To oszustwo — zauważył pocichu Degenleld. — Sei-tei-nei nie jest chińskiem słowem, ani chińskiem nazwiskiem.
— Nie znam takiego słowa — dodał kapitan. — Nie ma ani jednej z moich końcówek.
— Słusznie! — uśmiechnął się student. — Drab chce w ten sposób wkraść się w nasze względy. Jestem przeświadczony, że to ów Yankee. Nie zdążymy jeszcze otworzyć, a wedrze się ich tylu, że nie starczy nam miejsca do obrony.
Zwracając się w stronę drzwi, zapytał:
— Jak się pan dostał do niewoli korsarzy?
— W porcie Szang-hai. Interesownie jechałem do Kantonu, więc wsiadłem w Szui-heu. Dopiero po drodze spostrzegłem się, w jaką kompanję wpadłem.
— Hm! Więc został pan korsarzem.
— Tylko dla pozoru.
— I pozwalają panu swobodnie krążyć po okręcie?
— Jedynie na pełnem morzu, ale nie w portach. W Hong-Kongu zamknięto mnie w piwnicy i wypuszczono dopiero na morzu.
— Tak! Któż stoi prócz pana za drzwiami?
— Nikt
— Ale chyba widzą, że pan z nami rozmawia!
— Nie. Latarnie pogaszono, aby nas nie spostrzegły przejeżdżające okręty.
— Hm! Gdzie jest ho-tszang?
— Śpi Inni oficerowie również. Tylko to-kunq stoi przy sterze.
— A majtkowie?
— Jednie trzej strażnicy stoją na pokładzie. Pozostałym kazano wypocząć, gdyż nazajutrz czeka ich wiele pracy.
— Czy strażnicy nie obserwują pana?
— Nie. Jeden stoi na górze; nie może mnie widzieć. Drugi przy tylnym maszcie; nie sięgnie wzrokiem tak daleko. A trzeci śpi pod środkowym masztem. Zapewne obaj pozostali również drzemią.
— Dziwne! Czyż czują się aż tak pewnie wobec nas, że nawet nie postawili wartownika za drzwiami?
— Nikt nie chciał stanąć w obawie przed waszemi kulami. Zresztą, zatarasowano drzwi tak, że nie potraficie ich otworzyć.
— I pan żąda, abyśmy pana wpuścili? Przeczy pan sam sobie.
— Bynajmniej. Potrafię usunąć bambusy, któremi podparto drzwi. Możecie mi zaufać.
— Jak zamierzają wobec nas postąpić?
— Zgładzą was, skoro świt. Rozbiją dach waszej kajuty i wrzucą garnki cuchnące.
— Do kaduka! Ale do tego czasu nic nie przedsięwezmą?
— Nie. Spodziewają się waszego wypadu, więc wolą sprowokować was za dnia.
— A więc boją się nas, łotry?
— Bardzo nawet. Zabiliście przecież wielu.
— Hm. A czego właściwie pan szuka u nas?
— Chciałem was prosić o pomoc, gdyż jestem za słaby, aby własnemi siłami odzyskać wolność.
— Jesteśmy w tem samem położeniu, co pan!
— Ale z tego, co o was słyszałem, wnoszę, że macie tyle odwagi, zdecydowania, no i broni, ażeby się uwolnić. Więc postanowiłem oddać się pod waszą opiekę.
— Wszystko to bardzo ładnie brzmi, ale ja nie mogę panu zaufać.
— Powinien pan. Jestem uczciwy. Wierzaj mi pan!
W tej chwili Godfryd położył rękę na ramieniu studenta i szepnął:
— On mówi tak poczciwie. Żal mi go. Niechże go pan wpuści do budy, stary Matuzalemie.
— To zbyt niebezpieczne!
— Niebezpieczne? Nie pojmuję dlaczego. Co może nam zrobić taki pojedyńczy gość?
— Czy wiesz na pewno, że on jest sam?
— Pewności nie mam; ale coś jest w jego mowie, co przenika mi aż do serca. Ale co panu przeszkadza unieść papierek i wyjrzeć, jakie to duchy tam stoją?
— Słusznie. Zobaczymy.
Podszedł pocichu do drzwi, zdjął jeden z papierków i wyjrzał. Niebo było tak gwieździste, że mógł się dobrze rozejrzeć. Nie widać było nikogo Dopiero gdy zerwał drugi papierek, zobaczył swego rozmówcę, który leżał na ziemi, twarzą zwrócony do drzwi. Matuzalem przykleił ponownie papierki i rzekł do czekającego:
— Spróbuję. Usuń te bambusy!
Po tych słowach rozległ się szmer, a po chwili Matuzalem otworzył drzwi. Chińczyk prędko wszedł do pokoju. Matuzalem natychmiast zaryglował za nim zasuwę, poczem zmierzył go badawczem spojrzeniem od stóp do głów.
Był to młody człowiek może dwudziestopięcioletni. Był lepiej ubrany niż majtkowie i nawet oficerowie. Broni nie miał żadnej. Uchwycił rękę Matuzalema i rzekł tonem dziękczynnym:
— Dziękuję panu! Teraz odzyskałem nadzieję.
— Hmm! — odparł student, potrząsając głową. — Chińczyk rozmawiający po niemiecku i przedstawiający się nam w takich okolicznościach — to zjawisko niecodzienne. Jest pan na pewno Chińczykiem?
— Czystej krwi!
— Czemu przemówił pan do nas po niemiecku? Skądże mogłeś wiedzieć, że cię zrozumiemy?
— Słyszałem, jak Amerykanin opowiadał ho-tszangowi, żeście Niemcami.
— Hm. Jaki jest zawód pana?
— Jestem kupcem. Handluję naftą.
— Hm! Ma pan twarz wcale uczciwą. Zaufałbym panu, gdyby nie ten Sei-tei-nei! To nazwisko nie brzmi z chińska!
— Słusznie. Czy pan włada chińszczyzną?
— Tak.
— No, to wie pan chyba, że wymawiamy po swojemu obce słowa. Trudno nam, wymawiać pewne kompleksy spółgłosek. Zamiast Chrystus np. mówimy Chi-li-su-tu-su, i zamiast spirytus — su-pi-li-tu-su.
— Wiem o tem. Ale przecież pan wymówił zupełnie poprawnie oba te słowa!
— Dzięki wieloletniemu ćwiczeniu. Nazwisko Sei-te-nei jest także niemieckie, ale wypowiedziane po chińsku. Ten pan nazywa się właściwie...
— Stój! — przerwał mu Matuzalem. — Czyż to być może! Co za myśl! Mówił pan o nafcie! Mówił pan o niejakim panu Sei-tei-nei, mieszkającym w Hu-nan! Sei-tei-nei! Wsadził pan ei pomiędzy spółgłoski i nakońcu słowa, ponieważ jedyne samogłoski tego nazwiska to właśnie ei?
— Tak.
— Nazwisko zatem brzmi prawdopodobnie Stein?
— Tak, Stein. Pan Stein jest moim pi-li-ni-zi-pa-la, moim pryncypałem.
— Jakże mu na imię?
— Da-ni-ne-le, a więc Daniel.
Ryszard krzyknął z radości, podbiegł do Chińczyka, ścisnął go za rękę i zawołał:
— Stein, Daniel, Niemiec, w prowincji Hu-nan — zna pan zatem mego stryjka! Co za niespodzianka! Jak to dobrze, żeśmy pana wpuścili!
Chińczyk ze zdumieniem spojrzał na chłopca i zapytał:
— Jakto? Co? Zna pan tego pana?
— Naturalnie! To mój stryjek!
— A więc jesteś pan... dostał pan więc list od niego?
— Tak. Czy wie pan coś o tym liście?
— Wszystko! Ja sam dostarczyłem go naszemu agentowi w Kantonie, i właśnie teraz chciałem tego agenta odwiedzić, aby się poinformować, czy nie nadeszła odpowiedź! No i, jak widzicie, wpadłem w ręce piratów.
— Ja sam jestem odpowiedzią. Zamiast napisać odpowiedź, przyjechałem wraz ze stryjkiem Matuzalemem. Chcieliśmy jechać do Kantonu, do owego agenta, aby zasięgnąć bliższych informacyj.
— Matuzalem? Również stryjek? — zapytał Chińczyk. — Tego imienia nie słyszałem dotychczas.
— Jest nader rzadkie — odpowiedział błękitno-purpurowy. — Odkąd świat światem, jeden tylko człowiek nazywał się tak samo, ale ten, niestety, już nareszcie umarł. Oczywiście, wszyscy witamy pana jak najserdeczniej. Wprawdzie nasza obecna sytuacia nie jest zazdrości godna, ale znajdziemy sposób i możność uwolnienia się z opresji, poczem natychmiast wyruszymy do Hu-nan, czy raczej Ho-tsing-ting. Tak bowiem zowie się owa miejscowość?
— Tak, panie. Nosi tę nazwę od czasu, jak pan Sei-tei-nei tam się osiedlił.
— Domyśliłem się tego. Ting oznacza małą mieścinę, a Ho-tsing — źródło, lub studnię ognia. Wiemy, że pan Stein odkrył źródło nafty. Dlatego właśnie, kiedy pan wymienił jego nazwisko i zaczął mówić o nafcie, domyśliłem się, że mowa o nim.
— Co za zbieg okoliczności! Ale czy wszyscy stanowicie jedną kompanję? Czy jesteście wszyscy ze sobą spokrewnieni? Czy wszyscy zamierzacie się udać do Ho-tsing-tingu?
— Wszyscy, z wyjątkiem tego pana, który nas zapewne tak daleko nie odprowadzi.
Wskazał, mówiąc to, na grubasa, który, podobnie jak i kapitan i Godfryd, śledził scenę z niesłabnącą, uwagą. Spotkanie z tym Chińczykiem, urzędnikiem stryjka Daniela, było tak niezwykłe, że zapomniano przez chwilę o niebezpiecznej sytuacji. Tyle się nasuwało pytań i odpowiedzi! Kapitan zauważył, potrząsając głową:
— Już z niejednym okrętem krzyżowałem się nieoczekiwanie, ale takiego spotkania nigdy w życiu nie doznałem.
— Ja też nie — potwierdził Godfryd — Jestem wzruszony łaskawością losu. Chętniebym teraz ujął fatum za głowę i wycmokał oba policzki. Chodźże pan, stary Chińczyku! Ściskam panu grabę i wołam serdeczne tszing-tszing-tszing!
Objął Chińczyka i wycałował go. Ta scena tak wzruszyła grubasa, że strzepnął łzę z rzęs i, prawie łkając, rzekł:
Ik been ook een vriend. Heb gij eene qoede gezondbeid?
Chińczyk spojrzał nań ze zdziwieniem. Matuzalem przetłumaczył:
— Mijnheer van Aardappelenborsch zapewnia, że jest również pańskim przyjacielem i pyta czy jest pan zdrów.
— O, czuję się wyśmienicie! — odpowiedział Chińczyk.
En mijne gezondheid is niet goed. Ik ben altijd onpatelijk. — A mnie zdrowie nie dopisuje. Stale mi coś dolega.
Chińczyk nie wiedział, co odpowiedzieć na to intymne zwierzenie; szczęściem, mijnheer dodał pośpiesznie.
Gij alle zijt mijne wrienden. Ik reiz met naar Ho-tsi. Gij zullt mij niet verliezen. — Eszyscy jesteście moimi przyjaciółmi. Jadę z wami do Ho-tsing-tingu. Nie rozstanę się z wami.
Wszystkim pokolei podał swą tłustą prawicę; zapewnienie, że jego decyzja jest wszystkim obecnym niezmiernie miła, tak ucieszyło poczciwca, że twarz jego promieniała.
Matuzalem wrócił myślą do całej grozy sytuacji. Odważył się otworzyć drzwi i wyjść. Kiedy wrócił i zamknął je za sobą, oznajmił:
— Istotnie, nikogo nie widać. Niezwykle lekkomyślni ludzie! Czyż tak są pewni swego, iż wcale na nas nie zwracają uwagi?
— Tak jest — odpowiedział Chińczyk. — Jesteśmy na pełnem morzu, nie zdołamy więc umknąć z okrętu.
— Ale oni też nie! Jak liczna jest załoga?
— Przeszło sześćdziesiąt osób.
— Nie widziałem tylu!
— Ukrywali się.
— A jak są uzbrojeni?
— Według waszych pojęć bardzo źle, ale według naszych — doskonale. Zauważył już pan, że mają zapas garnków cuchnących. Poza tem są tu armaty.
— Nie przypuszczaliśmy.
— Ukryto je w skrzyniach, stojących na dole. Skoro świt, zostaną umieszczone na pokładzie. Wówczas dopiero Królowa Wód ukaże się jako dżonka korsarska.
— A więc wyjechała teraz na rozbój?
— Tak. Z początku mają was usunąć, następnie ho-tszang zamierza urządzić nagonkę na statki handlowe. Cały połów oddaje się następnie hui-tszu, wyższemu bractwa.
— Jakiego rodzaju są te armaty?
— Tak zwane u nas pao. Każda ma swoją osobną nazwę. Jeśli sądzić z tych nazw, to pociski muszą być nader niebezpieczne. A więc mamy „plującego smoka“, „połykającego tygrysa“, „pogromcę“, „szturmujące niebo“ i „ludożercze pao“. Wszelako nie można tych dział porównać z waszemi.
— A ręczna broń?
— Miecze, oszczepy, toporki, noże, łuki, i stare pistolety. Poza tem flinty najrozmaitszych rodzajów.
— Czy dobre?
— Nie. Są to stare lontowe flinty, zwane niao-tsiag, a więc niejako „ptasie“. Następnie stare strzelby o trzech lufach, zwane san-yan-tszung, „flinty o trzech otworach“; flinty o mechanicznym zamku — tse-lai-ho-tsiang, „same przez się strzelające strzelby“. Oprócz tego flinty na śrut — sian-tsiang, to znaczy „cienkie flinty“, i wreszcie wietrzne strzelby zwane fung-tsiang, a po mandżursku tszirgabuku miootszan, to znaczy „flinty z zamkniętem powietrzem“.
— Moc broni! Należałoby się naprawdę lękać — roześmiał się Matuzalem.
— Lęka się pan? — zapytał zatroskany Chińczyk.
Spojrzał na studenta z prawdziwym przestrachem. Chińczycy wogóle nie odznaczają się męstwem, a ten nie należał zapewne do wyjątków. Miał wprawdzie nader uczciwą i budzącą zaufanie twarz; ale był mały. szczupły, nie sprawiał bynajmniej wrażenia śmiałka. Niezwykłą odwagę wykazał, skoro przyłączył się do pasażerów. Czyż miał się na nich zawieść? W takim razie rozsądniejby postąpił, gdyby został u korsarzy. Matuzalem, żeby go wypróbować; odpowiedział:
— Nie jest mi wesoło na duszy. Sześćdziesięciu wrogów i to w taki sposób uzbrojonych! Czy poddamy armatom?
— O biada, panie! Czy uważa pan sytuację za niebezpieczną?
— Bardzo nawet!
— A więc radzi mi pan wrócić ukradkiem, aby dowiedzieli się o mojem wspólnictwie z wami?
— Nie mogę panu nic radzić. Sądzę, ze miejsce pana jest przy bratanku pańskiego patrona.
— Ale zastrzelą mnie!
— Ba! Niech pan nie wierzy! Chciałem pana jedynie doświadczyć i, niestety, przekonałem się, że w razie walki nie możemy na pana liczyć. Nie każdego Bóg stworzył do walki. Muszą przecież istnieć także ludzie pokoju, kupcy, handlarze nafty i inni. Przypuszczam, że zdołamy pana wyciągnąć z biedy. Drogi mijnheer, jak pan sądzi, jeśli chcemy się uratować, czy powinniśmy zostać korsarzami?
Ik niet — odpowiedział zagadnięty. — Ik heb geweeren en een mes. Ik ben een groote veldheer. — Ja nie. Mam strzelby i nóż. Jestem wielkim wodzem.
— A ty Godfrydzie?
— No, jeśli pan mnie pyta, to tylko mogę nad panem ubolewać. Garść Chińczyków nie zdoła mnie chyba wyprowadzić z równowagi. Tak ich rozdmucham obojem, że pofruną na wszystkie strony.
— Pięknie! A pan, kapitanie?
— Mnie pan pyta? Mogę panu tylko tyle powiedzieć, że jestem marynarzem, który zdobył sobie sławę w ogniu niebezpieczeństw i przeciwności.
— Dobrze, a więc jesteśmy w zgodzie. Co teraj czynić? Gdzie śpią marynarze?
— Na dole przy armatach — odpowiedział Chińczyk, do którego pytanie było skierowane.
— Czy zawsze tam sypiają?
— Tak.
— A więc inaczej niż na innych okrętach. Trzej wartownicy i strażnik na pokładzie — a reszta na dole. Nadzwyczajne gospodarstwo, zwłaszcza u piratów! Gdzie śpi kapitan?
— Zwykle tu obok — odparł Chińczyk. — Dziś jednak obawiał się waszej broni. Kule mogą przebić cienką ściankę. Wraz z właścicielem okrętu i kapłanem znajduje się w tylnej kajucie.
— Dobrze. Powiedz mi pan jeszcze, jak pana nazywać. Nie wymienił pan swego nazwiska.
— Moje imię tytułowe brzmi Liang-ssi. Oznacza to „dobre interesy“ i pozwala wnosić o zdolnościach komercjalnych, ale bynajmniej nie o wojennych cnotach.
— Mnie — rzekł student — może pan rozmaicie nazywać. Nazywam się właściwie Degenfeld czasem zaś Matuzalem. Jeśli woli pan chińskie nazwisko, to powinno ono brzmieć „Tsing-hung“.
Tsing-hung? — zapytał zdumiony Chińczyk. — To znaczy błękitno-purpurowy! Czy tak pana nazywaj?
— Owszem, a to ze względu na mój nos; jest to moje szeng-ming.
— Pańskie imię studenckie? Co pan studjował?
— To, co wy nazywacie Tszu.
— To znaczy wszystko?
— Tak. Miałem mało ochoty, ale wiele czasu. Dlatego uczyłem się wszystkiego i nie umiem nic. Ale pozwoli mi pan wymienić nazwiska innych towarzyszów! Ten pan to kapitan Turnerstick, co z chińska brzmiałoby Tu-ru-ne-re-si-ti-ki. Tu znowu stoi mój służący Godfryd, a więc Go-do-fi-ri-di. A oto mój drugi, przyjaciel Aardappelenborsch, czyli A-ra-da-pa-pe-le-ne-bor-szo. — A teraz muszę zapytać naszego kochanego kapitana Tu-ru-ne-re-si-ti-ki: ilu ludzi potrzebuje taki ho-tszang, aby manewrować dżonką?
— Ale o jaki manewr chodzi?
— Zawrócić.
— Zawrócić? Hm! To zależy od wiatru.
— Powiedzmy — wiatr obecny.
— A więc lądowy. Taka dżonka jest nader nieposłuszna. Dlaczego pan pyta?
— Wracamy do Hong-Kongu.
— Do Hong-Kongu? — ledwo wymówił kapitan. — Czy oszalał pan? Chińczycy za nic w świecie nie wrócą!
— Tak i ja sądzę. Ale nie zapytamy o ich zdanie.
— Do pioruna! Pojmuję! Master Matuzalem, co za przygoda! Nic podobnego jeszcze się nigdy nie zdarzyło.
— Tam lepiej! Chętnie daję innym przykład. A zatem, ile rąk potrzebuje pan, aby objąć komendę nad Królową Wód!
— Zobaczymy.
Cichaczem otworzył drzwi, wyszedł i obejrzał się dookoła. Przenikliwem spojrzeniem wilka morskiego rozpoznał w mroku strażnika, który spał w postawie siedzącej pod wielkim masztem. Obejrzał badawczem okiem okręt, morze, ocenił wiatr, poczem wrócił do kajuty i oświadczył:
— Wiatr lądowy i odpływ; przy takim ekwipunku nic nie da się zrobić.
— Czy naprawdę nic?
— Tak. Najwyżej można opuścić żagle, ale wówczas odpływ będzie unosił nas coraz dalej.
— Czy może pan Królowę Wód przynajmniej odwrócić?
— Wprawdzie dżonka jest w swoim rodzaju dobrze zbudowana, ale nie wiem, czy nam się uda. Spróbuję. Jeśli ja sam obejmę ster, to mogę ją zatrzymać. W takim razie poczekamy na jutrzejszy wiatr od morza i na przypływ. Wtedy będziemy mogli wrócić do Hong-Kongu.
— Dobrze, spróbuj pan! A zatem ilu ludzi mam panu dać do rozporządzenia?
— Do rozporządzenia? Czy potrafi pan sypać z rękawa majtkami?
— Tak. Nasz przyjaciel Liang-ssi zejdzie nadół do Chińczyków i przyśle nam na górę pod jakimś pretekstem tylu, ilu nam trzeba. Musi ich budzić każdego zosobna, aby żaden nie wiedział nic o drugim. Pozostali nie powinni się ocknąć. Jeśli nadejdą pojedynczo, łatwo im damy radę. Wówczas będą zmuszeni spełniać nasze rozkazy. Pozostałych tak zażyjemy, aby nie mogli wejść na górę.
— Cudowna myśli Matuzalemie, jesteś pan oszacowanym towarzyszem.
— Tak, — potwierdził grubas — chce złowić całą załogę!
— Tak, tak chcemy — dorzucił Godfryd. — Niech ich donder świśnie, co oni tam za miny zrobią u „Pocztyljona z Niniwy“, skoro im opowiemy, że w pięciu złowiliśmy całą dżonkę wraz z załogą i że schowaliśmy ją do kieszeni od kamizelki!
— Czy to nie jest zbyt niebezpieczna impreza? — zapytał Chińczyk.
— Nie — odpowiedział Matuzalem.
— Ale jak ja tych ludzi zwabię na górę?
— Nie zjedzą pana! — uspokoił go Matuzalem. — Niech pan tylko wymyśli dobry pretekst. Czy tu wpobliżu są jakieś sznury?
— Dosyć wiele — w kryjówce pod tą kajutą.
— Ale można się tam dostać jedynie z góry? — Tak, lecz tam stoi strażnik.
— Wystarczy zamienić z nim słówko. Uważaj pan! Godfryd może iść ze mną i trzymać swoją chusteczkę wpogotowiu.
Obaj opuścili kajutę. Ujrzeli płachty któremi poprzedniego wieczora zasłaniano latarnie. Matuzalem odkrajał kawał, aby mieć pęta. Zobaczył przed sobą śpiącego strażnika, siedzącego przy wielkim maszcie, i rzekł do Godfryda:
— Uchwycę go za gardło. Otworzy usta, aby krzyknąć, złapać tchu. Wówczas wsuniesz chustkę tak szybko i głęboko, jak tylko potrafisz.
Podkradli się bez szmeru. Degenfeld ścisnął Chińczyka za szyję. Strażnik chciał skoczyć i krzyknąć, lecz w tej samej chwili pucybut zakneblował mu usta.
— Tak — rzekł. — Teraz już nie zaśpiewa. Czy związać poczciwca? Trzymaj go pan mocno!
Zaskoczony korsarz wywijał dookoła siebie rękoma i nogami, ale nie mógł przeszkodzić Godfrydowi, który go wreszcie przyzwoicie spętał.
— Ten już dla nas niegroźny — oświadczył Degenfeld. — Teraz naprzód!
Wąskie schody wiodły na dach. Ukradkiem i pocichu wspięli się na górę. Zobaczyli śpiącego wartownika. Obeszli się z nim podobnie, jak z jego towarzyszem. Matuzalem wyciągnął chustkę, aby go zakneblować, atoli Godfryd rzekł:
— Zostaw to pan w kieszeni! Nie trzeba tu naszych chustek, Odetną kawał jego własnego szlafroka. Tak będzie lepiej i dla szlafroka i dla chustki.
Po chwili wrócili obaj do kajuty, aby zdać przyjaciołom sprawę ze szczęśliwego przebiegu wycieczki.
— A teraz mamy jeszcze dwóch, — rzekł Turnerstick — ostatniego wartownika oraz sternika. Ja muszę być przy tem ze względu na ster. Trzeba go będzie związać.
Posłano przedewszystkiem Liang-ssi do komórki po sznury. Następnie Ryszard i mijnheer wślizgnęli się cichaczem do środkowej luki, aby stanąć na; straży przed wejściem do pomieszczenia majtków, pozostali zaś czterej zaczęli się skradać ku tylnej części okrętu. Stąd równie wąskie schody prowadziły na wysoki mostek. Na stopniu siedział wartownik i — — spał. Unieszkodliwiono go równie łatwo jak obu poprzednich.
Teraz trzeba było się zabrać do sternika, który bądź co bądź nie spał. Dlatego niełatwo było sobie z nim poradzić, a przecież należało uniknąć wszelkiego szmeru, gdyż na dole pod nim spał ho-tszang.
— Jakże go schwytamy? — zapytał Turnerstick. — Jeśli my... ach, jestem przecież ubrany jako Chińczyki. Przyjmie mnie za jednego ze swoich. Uważaj pan! Skoro go tylko chwycę, pośpieszcie wyręczyć mnie ze sznurami.
— Ale trzymaj go pan mocno i tak, aby nie mógł krzyczeć.
— Bez troski! Grdyka, którą ja ścisnę, na pewno nie potrafi wydać ze siebie dźwięku.
Zostawiwszy towarzyszów na mostku, Turnerstick zbiegł nadół i podszedł ku to-kungowi. Ten zapytał go karcącym tonem, czego sobie życzy. W ciemnościach nocy brał go za jednego z wartowników.
— Tyng jeszczeng możeszeng mnieng pytacing — odpowiedział kapitan. — Chcęg zbadacing twojeng gardłong, chłopczeng. Poczekajeng, tyng wspaniałyng hultajsking drapichróściengi
Mówiąc to, doświadczony marynarz ścisnął swemi żylastemi rękoma szyję sternika tak mocno, że ten bez dźwięku runął. Spętano go i skneblowano, podobnie jak poprzednich.
— Nie przypuszczałem, — zauważył Liang-ssi — że tak gładko pójdzie.
— No, nie idzie tak gładko, jak się panu wydaje, — odpowiedział Godfryd. — Jeśli pan jest innego zdania, to spróbuj-no z ho-tszangiem, na którego przyszłą teraz kreska.
— Dziękuję, dziękuję. Nie jestem dusicielem.
— My też nie. Potroszku tylko ściskamy im krtanie, ale przecież nie pozbawiamy ich życia. Ja przynajmniej nie mam żadnej ochoty zawisnąć na stryczku jako zawodowy morderca. Nigdy nie czułem w tym kierunku namiętności, czemu zawdzięczam moje obecne zaszczytne stanowisko.
Turnerstick mocno uwiązał koło sterowe. Matuzalem poprosił Chińczyka, aby wskazał miejsce, gdzie śpią ho-tszang i właściciel okrętu. Chińczyk wskazał kajutę pod sterem. Prócz obu wymienionych znajdował się tam również kapłan.
Było to legowisko, oddzielone cienką ścianą. Promień światła przenikał przez szpary. Degenfeld zajrzał do kajuty. Nie mógł objąć okiem całej przestrzeni, ujrzał wszakże trzech mężczyzn, śpiących na wysokich siennikach, położonych na ziemi. Z niskiego sufitu zwisał papierowy lampjon.
— Głupota i beztroska tych ludzi doprawdy przewyższa ich złość — rzekł. — Muszą być najkompletniej pewni, że mają nas w worku. Tak nas traktować, a mimo to spać jak susły, — to dziwaczne! Zbyt ufają bambusom, któremi podparli drzwi nasze] kajuty. — Czy załoga śpi pod nimi?
— Nie — odpowiedział Liang-ssi. — Kajuty załogi ciągną się pod środkiem pokładu.
— A więc możemy dopuścić się nieco zgiełku, zresztą nieuniknionego, gdyż starszyzna, która śpi tutaj, zaryglowała drzwi. Czy są tu gdzieś mocne gwoździe i młot?
— Tak. Tam, gdzie sznury.
— Niech pan przyniesie. My tymczasem godnie pozdrowimy tych panów.
Chińczyk oddalił się natychmiast. Degenfeld zbadał, w jakiem miejscu wewnątrz jest umocowany rygiel. Następnie oparł się z całej siły i wysadził drzwi. Trzej śpiący obudzili się i do połowy podnieśli. Błękitno-purpurowy wyciągnął oba rewolwery; Godfryd i Turnerstick również.
— Nie ruszajcie się, bo poczujecie nasze kulki — huknął Matuzalem po angielsku. — Kto piśnie słowo, zginie!
Żaden malarz nie umiałby oddać wyrazu ich twarzy. Gapili się na przybyszów z takiem przerażeniem, jakgdyby mieli przed sobą strachy.
— To... to... wy? — wykrztusił wreszcie ho-tszang. — Czego tu chcecie?
— Chcemy podziękować za opjum, którem nas zatruliście.
— Opjum? O co panu chodzi?
— Niech pan nie udaje naiwnego! Dolał pan opjum do trunku, aby nas obezwładnić!
— Ależ, panie, w jakim celu?
— Aby nas ograbić i zamordować.
Tien-na! Niebiosa! Uważa nas pan za morderców?
— Stanowczo. Sądzi pan, że nie wiemy, iż wasza Szui-heu jest dżonką korsarską?
— Panie, co pan plecie! Zwołam natychmiast całą załogę — niech poświadczy, żeśmy uczciwymi ludźmi.
Chciał się podnieść. Matuzalem wycelował rewolwer w jego skroń i rozkazał:
— Siedzieć, bo strzelam! Wierzę, że pragnie pan zwołać załogę!
— Panie, niebo i ziemia mogą świadczyć, że jesteśmy uczciwymi ludźmi. To wy odpłacacie nam obelgą za gościnność. Zastrzeliliście trzech moich ludzi i zranili czwartego!
— A więc jedna kula trafiła nawet dwóch; to mnie nadzwyczajnie cieszy. Poco pan wyświdrował dziury w drzwiach naszej kajuty?
— Aby zobaczyć, czy śpicie.
— W jakim celu? I poco pan następnie zesłał majtka do naszej luki?
— Ponieważ nie pozwoliliście zajrzeć przez drzwi.
— Głupie wykręty i kłamstwa! Ten majtek miał do nas rzucić garnek cuchnący! Dlaczego nie został pan do południa w Hong-Kongu?
— Czyż nie jesteśmy w Hong-Kongu?
Powiedział to z tak bezczelną miną, że oburzony Matuzalem zawołał:
— Niech pan nie udaje! Tak arcydaleko już nie potrafisz nas zwieść. Od samego początku knuł pan przeciwko nam kabałę. Dlaczego szpiegował pan nas za pośrednictwem Amerykanina?
— Amerykanin? Kogo Pan ma na myśli?
— Człowieka; który Się podawał za Malajczyka,
— Bo też jest nim!
— Będzie musiał nam dowieść! Tak, po jego relacji, duch wasz potrafił łatwo odpowiedzieć na nasze pytania.
— Zawsze potrafi; od tego jest wszechwiedzącym duchem.
— Istotnie? Hm. Duch powiedział, że my i wy szczęśliwie przybędziemy do Kantonu. Co do tego mylił się bardzo, gdyż wprawdzie my ujrzymy Kanton, ale wy nigdy w życiu.
— Jakto?
— Ponieważ powieszą was w Hong-Kongu, jak to zazwyczaj wiesza się korsarzy.
Ho-tszang spojrzał na swych dwóch sąsiadów, jakgdyby od nich spodziewając się pomocy. Unikali jego spojrzeń i nie ośmielili się przemówić. Byli tchórzami. Widząc, że sam musi się obronić, oświadczył:
— Panie, wszystko, co pan mówi, opiera się na wielkim błędzie, który się niebawem wyjaśni, jeśli mi pan tylko pozwoli zwołać załogę.
— Wystarczy wezwać tylko jednego, a takiego tu mamy. Czy będzie pan nadal zaprzeczał?
Liang-ssi wszedł właśnie, zajrzawszy uprzednio na wszelki wypadek. Ho-tszang, ujrzawszy go, zamilkł.
— No, odpowiadaj pan! W jakim celu trzyma pan armaty w skrzyniach?
— Czyżby to były armaty w owych skrzyniach? — brzmiała czelna odpowiedź. — Sprowadź pan nas nadół, a wówczas dowiodę, że to kłamstwo!
— Nie mam ku temu żadnej ochoty, gdyż na dole śpią pańscy marynarze. Ale w Hong-Kongu potrafią już z pana wydobyć prawdę.
— Dobrze, więc puść mnie pan! Okręt, zdaje się, oderwał się, a odpływ pędzi go po morzu. Odprowadzę go zpowrotem do portu. Wówczas niech Pan wytoczy oskarżenie przed hing-kuan[4].
— Nie posłucham, niestety, pańskiej rady. Możemy sprowadzić dżonkę zpowrotem do Hong-Kongu bez pana pomocy. A skoro tam przybędziemy, wytoczymy wprawdzie oskarżenie, ale nie przed pańskim kuanem, lecz przed naszym konsulem. Jemu to wydamy cały okręt.
Łotry zbladły ze zgrozy.
— Panie, tego panu nie wolno uczynić! — zawołał ho-tszang.
— Czemu nie? Dlatego może, że wy natychmiast zapłacicie gardłem? O, my znamy wasze procedury sądowe! Nie mam ochoty czekać na rozstrzygnięcie sześciu sądów, a następnie dowiedzieć się, że tutsza-yuen[5], czy ta-li-sse[6] puściła was na wolność. Jesteście mordercami; tego możemy dowieść. Chcieliście zamordować nas, cudzoziemców, a zatem sprawa należy do kompetencji przedstawicieli krajów, których jesteśmy obywatelami. A ci konsulowie postarają się już o to, aby szyje wasze prędko zapoznały się ze stryczkiem! Godfrydzie, weź tych szubrawców w łyka!
Ostatnie słowa były powiedziane po niemiecku. Ho-tszang i jego towarzysze nie śmieli się przeciwstawić groźnej presji rewolwerów Matuzalema — bez oporu pozwolili się spętać, a nawet skneblować sobie usta.
Teraz należało zabrać się do załogi. Turnerstick oświadczył, że potrzebuje najwyżej dziesięciu majtków. Na siedmiu już związanych pięciu było marynarzy; pięciu jeszcze pożądanych Liang-ssi miał pojedyńczo przysyłać pod pretekstem, że ho-tszang pragnie się z nimi potajemnie rozmówić. Ponieważ wszystko dotychczas szło łatwo, bez większego zastanowienia Chińczyk oświadczył się z gotowością, i zeszedł nadół. Od jego sprytu zawisło dalsze powodzenie całego planu.
Pięciu podróżnych ukryło się za ciężkiemi koszami i pustemi skrzyniami, które majtkowie musieli wyminąć. Sznurów przygotowano wystarczającą ilość.
Nadszedł pierwszy. Kiedy wymijał Dpgerfelda i Godfryda, obaj uchwycili go zmiejsca. Ze strachu nie mógł dobyć głosu. Zresztą, steroryzowały go groźby obu napastników. Przywiązano jeńca obu rękoma do przedniego masztu.
Ten sam los spotkał pozostałych. Liang-ssi doskonale się wywiązał z zadania i posłał na górę pięciu majtków, jednego po drugim, nie budząc pozostałych.
Następnie wrócił na pokład.
— Spisał się pan o wiele lepiej, niż się spodziewałem, — pochwalił go Degenfeld. — Teraz zamkniemy lukę, przybijemy gwoździami i zatarasujemy temi ciężkiemi koszami. W ten sposób nikt z dołu nie potrafi wyważyć pokrywy.
Skoro rozległy się uderzenia młotem, majtkowie zerwali się ze snu. Weszli na schodki, aby się dowiedzieć, co oznacza hałas. Dowiedziawszy się, że zamykają z góry lukę, podnieśli dziki krzyk i usiłowali wyważyć pokrywę, co się im, oczywiście, nie udało. Zagrożono jeńcom kulami. Niebawem umilkła wrzawa. Strach obezwładnił korsarzy.
Na wszelki jednak wypadek Matuzalem postawił Ryszarda Steina na straży przed luką.
Kapitan Turnerstick miał manewrować okrętem. Udał się do steru, aby obracać nim i stąd wydawać rozkazy. Dziesięciu jeńców miało wykonywać je pod nadzorem Degenfelda, Godfryda, mijnheera i Liang-ssi, W razie nieposłuszeństwa — kulka w łeb. Tak im przynajmniej zapowiedziano. Wszyscy byli rozbrojeni i tyle tylko mieli swobody ruchów, ile wymagała praca. Rozumieli doskonale, że muszą się stosować do woli swoich zwycięzców i zrezygnować z wszelkiego oporu. Zresztą, byli tak oszołomieni i zaskoczeni nieoczekiwanym obrotem rzeczy, że nawet na myśl im nie przyszło stawiać oporu.
Turnerstick polecił Matuzalemowi umieścić trzech majtków przy przednim, trzech przy tylnym, a czterech przy wielkim maszcie. Było ich więc dosyć, aby dać sobie radę z linami, przywiązanemi do górnych kantów żagli. Liny takie u nas noszą nazwę brasów.
Skoro Chińczycy zajęli swoje posterunki, Turnerstick wydał komendę:
Hoiho, wy chłopcyng, uważajcieng, uważajcieng, uważajcieng!
Spoglądali nań, nic wszelako nie rozumiejąc. Kapitan kontynuował:
— Wszyscyng ludzieng do robotyng. Chwytajcieng brasyng! Mocnong! Mocnong ciągnijcieng, ciągnijciang ciągnijciung!
Stali nieruchomo, nie wiedząc, co uczynić, — Do lichang, czyng nieng słyszycieng? Czyng nieng rozumiecieng pong chińskung? Ciągnijcieng, ciągnijciong, ciągnijciung!
Degenfeld i Liang-ssi wtrącili się, półgłosem tłumacząc komendę wielkiego sinologa. Wykonano ją natychmiast tak sprawnie, że Turnerstick zapytał:
— No, master Matuzalem, co teraz powie pan o mojej chińszczyźnie? Dzielny chłop z tego Turnersticka, co, hę? Może wydawać komendę we wszystkich językach!
— Tak, to zdumiewające — przyznał student.
— Nie wierzyliście mi, wiem o tem dobrze. Ale wreszcie znalazłem ludzi, którzy znają czysty język chiński, Uważajcie!
Głosem piorunującym dołał:
— Terazing brasyng na wiatryng, całkowicieng, całkowiciang, całkowiciong! Złóżcieng mocnong, mocnang, mocnung!
Ponieważ rozkaz został znów przetłumaczony, czego kapitan nie słyszał, lub nie chciał słyszeć, więc wykonano go niezwłocznie.
— Dzielnie! — zawołał. — Rusza się ta stara dżonka, Dalejng, chłopcyng, chłopcyng!
Podobny przebieg miało wykonywanie dalszych rozkazów, Turnerstick dokonał wreszcie tego, że dżonka nie ruszała się z miejsca, a wówczas przywiązał ster i zszedł do przyjaciół, aby ponownie spętać korsarzy. Klepiąc Degenfelda po ramieniu, rzekł tonem najwyższego zadowolenia:
— Tak, moje końcówki, moje końcówki, kochany Matuzalemie. Bodajby to pan mógł się ich nauczyć!
— Postaram się! Ale jakże stoją nasze sprawy? Dżonka zakreśla przecież łuk?
— Tak się tylko wydaje. Stoi na miejscu; nie rusza się wcale. Czekam przypływu i porannego wiatru, który, jak wiadomo, dmie w kierunku lądu. Wówczas wrócimy do Hong-Kongu.
— Czy jesteśmy daleko?
— Nie wiem dokładnie, Nie mam instrumentów, a na mapach tego ho-tszanga nie można polegać. Przypuszczam jednak, że znajdujemy się jeszcze przed Mirs-Bai. Musimy czekać do rana. — —
Śmiały plan powiódł się w zupełności. Sześciu mężczyzn opanowało dżonkę korsarską, której załoga była dziesięciokroć liczniejsza. Radość działa skuteczniej, niż wszelkie lekarstwa; resztki bólu głowy wywietrzały zupełnie. Podróżni czuli się tak świetnie, jakgdyby nigdy nie pili ani sam-chu, ani opjum. — — —




Koniec korsarskiej dżonki

Degenfeld przechadzał się po pokładzie tam i zpowrotem. Mijając Liang-ssi, zatrzymał się i zapytał:
— Poprzednio w kajucie nie było czasu na zagłębianie się w szczegóły. Teraz jednak chciałbym się od pana dowiedzieć, w jaki sposób zawarłeś znajomość z panem Steinem. Jak dawno pracujesz pan u niego?
— Według waszego obliczenia czasu, dokładnie cztery lata.
— Czy prowincja Hu-nan jest pana ojczyzną?
— Nie. Pochodzę z sąsiedniej prowincji Kwéi-tszou.
— Ach, to mnie bardzo interesuje!
— Wierzę, albowiem Kwéi-tszou jest najbardziej interesującą prowincją całego Państwa.
— Dlaczego?
— Mieszkają tam seng i miao-tse.
— Słusznie. Uważa się ich za autochtonów Chin. Przez trzy tysiące lat pozostali wierni swym pradawnym zwyczajom i zachowali odrębność. Ale nie o to mi chodzi. Interesuję się ową prowincją, ponieważ zamierzam tam się udać.
— Pan do Kwéi-tszou? Panie, to niebezpieczna wyprawa!
— Być może, ale ja dałem słowo honoru, że tam pojadę. Czy zna pan dobrze tę prowincję?
— Niezupełnie, bo już od ośmiu lat muszę unikać swej ojczyzny. Dał pan słowo honoru?
— Tak, moje kong-kheou.
— Nawet kong-kheou? Gdzie się to stało? Tu w Chinach?
— Nie, w Niemczech, w mojej ojczyźnie.
— Czy to być może? Czy płonął przy tem tsan-hiang?
— Kadzidła? Tak.
— Panie, w takim razie dał pan swoje kong-kheou prawdziwemu Chińczykowi!
— Stanowczo. Jest to kupiec, który ma sklep z rozmaitemi chińskiemi artykułami w mojem mieście rodzinnem. Musiał uciec z Chin jako zbieg polityczny.
— Czy miał rodzinę?
— Tak. Niestety, musiał ją opuścić.
— W takim razie biada jej, gdyż odpokutowała za jego przewiny. I ja doznałem podobnego nieszczęścia. Mój ojciec też uciekł.
— Dziwne. Kiedy to się stało?
— Przed ośmiu laty. Miałem wtedy lat szesnaście.
— Cóż takiego uczynił?
— Był niewinny. Wie pan zapewne, że Taipingowie założyli nową religję i pragnęli ocalić panującą dynastję. O mały włos, a byłoby się im powiodło. Dużo czasu upłynęło i więcej jeszcze krwi, zanim ich pokonano. Wreszcie rozproszyli się i w drodze do południowych prowincyj bandy ich plondrowały kraj. Jedna z owych band wtargnęła do Kwei-tszou. Któryś z jej przywódców był dawnym przyjacielem mego ojca; gościł u nas kilka dni, nie zdradzając się przynależnością do Taipingów. Wreszcie go znaleziono, zaaresztowano, a wraz z nim mego ojca, mimo że zapewniał o swej niewinności, i mimo świadectwa przyjaciela. Obu wtrącono do sing-pu[7] i zamknięto w klatkach. Jeden z urzędników odnosił się przychylnie do mego ojca, wskutek doznanych od niego dobrodziejstw. W nocy zakradł się do więzienia, otworzył klatkę i wypuścił ojca. Ojciec przybył do nas na parę chwil, aby się pożegnać. Od tego czasu wszelki po nim słuch zaginął.
Matuzalem przysłuchiwał się ze skupioną uwagą.
— To dziwne! — rzekł. — w jakiem mieście to się zdarzyło?
— W Seng-ho.
— Jak brzmi pana nazwisko rodowe?
— Pang.
— Pang, w Seng-ho! Czy pozwoli pan zapytać o pańskie imię wbrew zakazom grzeczności?
— Chętnie! Zawdzięczam panu wolność: jakżebym mógł się gniewać! Moje imię jest Fuk-ku, co oznacza „Przyczynę szczęścia“. Rodzice moi byli przez długi czas bezdzietni. Dlatego nadali mi to imię, aby okazać swoje szczęście.
— Co za zbieg okoliczności! Nieprawdaż, matka pana nazywała się Hao-keu, „Kochane usta“?
— Tak. Skąd pan wie?
— Miał pan jeszcze jednego brata i dwie siostry. Pierwszy nazywał się Yin-tsian, „Dobroć niebios“, a siostry Méi-pao, „Piękna postać“, i Sim-ming, „światło Serca“?
Chińczyk cofnął się o krok i zawołał:
— Panie, co ja słyszę! Zna pan imiona mego rodzeństwa?
— Jeszcze więcej! Pański ojciec nazywał się Ye-Kin-Li!
— Tak, tak! Kto panu to powiedział?
Degenfeld położył mu rękę na ramieniu i odparł:
— Pański ojciec.
— Mój — — czy to prawda, czy prawda?
— Tak. Jemu właśnie dałem swoje kong-kheou, że za wszelką cenę postaram się przyprowadzić mu jego rodzinę, lub przynajmniej dostarczyć mu o niej pewnych wiadomości.
— Żyje więc, żyje?
— Jest zupełnie zdrów i powodzi mu się dobrze.
— O nieba, o nieba! Co za wiadomość, co za wiadomość! Prawie nie mogę uwierzyć! Przez osiem lat napróżno oczekiwałem wiadomości; wreszcie musiałem go uważać za zmarłego. A tu słyszę naraz, tak nieoczekiwanie, że żyje i mieszka w Niemczech! Zdaje mi się, że śnię!
— Ja również jestem zaskoczony, mój przyjacielu. Jestem bardzo szczęśliwy, że pana znalazłem, gdyż dzięki temu zaoszczędzę sobie długich poszukiwań.
— O, szukać pan będzie, będziemy musieli szukać! Miał pan przecież znaleźć także moją matkę i rodzeństwo?
— Naturalnie! Ale spodziewam się, że pan wie, gdzie mieszkają?
— Nie, właśnie że nie wiem. Od ośmiu lat nie mam od nich wieści.
— Jakżeto być może?
— Bardzo zwyczajnie. Wie pan, że w Chinach krewni przestępcy odpowiadają za niego?
— Tak.
— Skoro ojciec znikł, nas poczęto prześladować. Uwięziono nas, każdego zosobna, abyśmy się nie mogli porozumiewać. Ten sam przyjaciel ojca, który jego uwolnił, i przede mną otworzył bramy więzienia; dał mi pieniądze, polecił wyjechać za granice Kwéi-tszou i wymienił miejscowość, gdzie miałem czekać na resztę rodzeństwa. Niestety, nie przybyli. Przypuszczam więc, że nie udało mu się ich uwolnić.
— Dlaczego nie uwolnił jednocześnie was wszystkich?
— Nie mógł, ponieważ zbyt daleko byliśmy rozmieszczeni jedno od drugiego.
— Czy nie zasięgał pan później wiadomości?
— Później, owszem, atoli upłynęło zbyt wiele czasu.
— Powinien pan był dowiadywać się wcześniej.
— Nie mogłem. Nie powinienem był nikomu zawierzyć, a sam nie śmiałem wracać do Kwéi-tszou. Kiedy po upływie lat pięciu zmieniłem się o tyle że mogłem przypuszczać, iż nie zostanę poznany, pojechałem do Seng-ho. Przyjaciel mego ojca, niestety, już nie żył, a o moich bliskich nikt nie mógł mi nic powiedzieć.
— To bardzo smutne dla pana i nieprzyjemne dla mnie. Muszę dotrzymać słowa, a zatem bezwarunkowo udam się do Seng-ho. Poza tem ojciec pana polecił mi odnaleźć zakopane przez niego pieniądze.
— Czy wie pan, gdzie je zakopał?
— Wiem.
— To dobrze! Ale czy jeszcze się znajdują na miejscu?
— Mam nadzieję. Chwilowo nie chciałbym o tem mówić. W odpowiedniej chwili pomyślimy o pieniądzach. Czy gotów pan pojechać do Niemiec, do ojca?
— Natychmiast! To się samo przez się rozumie tem bardziej że, na szczęście, jakoś mogę się porozumieć po niemiecku.
— Pan Stein pana nauczył?
— Tak. Pragnął słyszeć dźwięki swej mowy ojczystej. Chciał mieć przy sobie człowieka, z którymby się mógł porozumiewać po niemiecku. Pozyskałem jego względy. Wybrał mnie z pośród całego personelu i zaczął uczyć.
— Czy naprawdę jest bogaty?
— Nawet bardzo. Jest najbogatszym człowiekiem w Ho-tsing-ting.
— | zamierza tam zostać?
— Musi, jeśli nie chce stracić całego majątku. Wprawdzie tęskni do ojczyzny, ale nie znalazł dotychczas kupca na źródła nafty. Gdyby się taki trafił, pan Stein wróciłby natychmiast do Niemiec.
Godfryd de Bouillon zdala zauważył ożywioną rozmowę swego pana z Chińczykiem. Mocno zaciekawiony, Podszedł do nich.
— Co tu za konferencja? — zapytał. — Czy mogę się przysłuchiwać?
— Tak, stary Godtrydzie, — odrzekł Degenfeld. — Wyobraź sobie, okazało się, że ten młody człowiek jest najstarszym synem naszego przyjaciela Ye-Kin-Li.
— Co? Jak? Gdzie? Naszego starego Ye-Kin-Li wraz z jego kong-kheou? Czy to nie pomyłka?
— Nie, tak jest,
— Czy pokazał swój paszport?
— To nie jest konieczne. Doskonale się wylegitymował.
— Któżby pomyślał! Pan jesteś małym Ye-Kia-Li! Jakże doszło do tego odkrycia?
Z radości mówił tak głośno, że dosłyszał go grubas i czem prędzej się zbliżył.
Wat krijszt de Godfrijd waat zo? — Czego ten Godfryd tak krzyczy? — zapytał.
— Czego krzyczę? I pan się pyta, grubasie? Obejrzyj-no pan tego Syna Środka! Jest to ten sam, którego my szukamy, mianowicie prawdziwy Izaak Abrahama, którego to w ojczyźnie nazywamy Ye-Kin-Li.
Deshalve zijn zoon! — A więc jego syn!
— Co pan o tem powie?
Wat ik zeg? Niech będzie pochwalony! Dzieńdobry, mój przyjacielu! Jestem mijnheer van Aardappelenborsch. Ja także pragnąłem pana odszukać.
Ścisnął mu z całej siły ręce i okazywał taką radość, jakgdyby spotkała go osobiście wielka niespodzianka. Podobnie jak większość grubasów, miał nader łagodne usposobienie i czułe serce.
Wkrótce przyłączył się Turnerstick i Ryszard. Matuzalem wszakże szybko rozegnał nieroztropne towarzystwo, aby Chińczyków nie spuszczać z oka.
Zaczęło świtać; wiatr od lądu uciszał się coraz bardziej, wreszcie zupełnie zamarł. Odżył w postaci wiatru od morza. Czas był najwyższy zapędzić korsarzy do roboty, aby doprowadzić okręt zpowrotem do portu.
Zmuszono jeńców do wykonywania przetłumaczonych przez Matuzalema rozkazów kapitana. Poczem znów ich wzięto w łyka. Słuchali jedynie pod presją wycelowanych luf. Malajscy marynarze, których nie brak na tamtych wodach, zachowywaliby się zgoła inaczej, niewiele sobie robiąc nawet ze strzelb i rewolwerów. Natomiast Chińczyk jest wówczas bohaterem, kiedy mu nic nie grozi, albo kiedy jest pewien wygranej.
Wkrótce rozjaśniło się tak, że można było wzrokiem ogarnąć horyzont. Wówczas zauważono woddali okręt, parowiec, który wyrzucał z siebie potężne kłęby dymu. Degenfeld podszedł do kapitana, stojącego przy sterze, i zapytał:
— Cóżto za parowiec może być, master?
— Mogłoby panu odpowiedzieć każde dwuletnie dziecko. To okręt wojenny.
— Dobrze zbudowany, jak się zdaje.
— Czy dobrze! To krążownik cały ze stali. Nie chciałbym z nim wejść w konflikt. Ale przybywa na czas. Upłynęłyby godziny, zanimbyśmy zdołali wrócić do portu. A kto wie, co się może zdarzyć w ciągu takiego czasu. Lepiej udać się pod jego opiekę.
— Podzielam pańskie zdanie. Pozbędziemy się kłopotów.
— Gdybym tu znalazł sygnały, dałbym znać, aby się pośpieszył. Zresztą, zdaje się, że i tak zwrócono na nas baczną uwagę. Ujrzawszy nas, zmienił nieco kurs. Widzi pan obecnie te chmury. Nadaje pary. To znak, że nam niedowierza. Myśli, że zechcemy umknąć, i pragnie nas ubiec. Za dziesięć minut będziemy go mieli przy sobie.
— Pod jaką flagą żegluje?
— Tymczasem jeszcze nie wywiesił, ale zaraz nam pokaże wraz z powitaniem rannem. Uważaj pan!
Pancernik zbliżał się z wielką szybkością. Nie upłynęło pięć minut, gdy z pokładu wzniosła się jeszcze chmura, poczem rozległ się wystrzał.
— Niestety, nie możemy odpowiedzieć, — rzekł Turnerstick — nie mamy na górze działa; wszystkie tkwią w skrzyniach. Ale pokażę im, żeśmy zrozumieli. Bierz pan ster i trzymaj go dokładnie tak samo, jak ja. Aha, angielski!
Istotnie na okręcie powiewała teraz błękitna flaga Wielkiej Brytanji. Kapitan pośpieszył ku tylnemu masztowi, opuścił czerwono-żółtą chińską flagę handlową, związał ją i wciągnął zpowrotem na górę.
Następnie nożem przeciął brasy żagli. Ciężkie maty uderzyły o maszty, że aż grzmiało. Wróciwszy do steru, kapitan rzekł:
— Ciężka i ryzykowna to rzecz! Ale możliwa przy obecnym wietrze. Nie chciałem odwiązywać majtków. Spójrz pan na nich! Strach bije im z oczu. Wiedzą, że nadszedł ich sądny dzień.
Parowiec zbliżył się, wyminął dżonkę, dał kontrparę i zatrzymał się.
Cała załoga znajdowała się na pokładzie. Komendant stał na mostku i badawczo przyglądał się dżonce. Oficer z pokładu zawołał po chińsku:
Dszuen, ahoi! Nan-tao Szui-heu?
— Mój Boże! — zawołał Turnerstick. — I to ma być po chińsku? Niech się każe zamarynować! Niema ani jednej końcówki!
— Naturalnie, ze to po chińsku, — odpowiedział Degenfeld. — Znaczy to: „Okręt, ahoi! Czy to naprawdę Królowa Wód?
Zwracając się do krążownika, zawołał po angielsku:
— Dżonka korsarska Szui-heu, zdobyta przez nas, pięciu Europejczyków. Sześćdziesięciu ludzi zamknęliśmy pod pokładem. Prosimy o szybką pomoc!
Oficer zwrócił się do komendanta, zamienił z nim kilka słów i zapytał:
— Kim jesteście?
— Trzej niemieccy studenci, holenderski plantator i Frick Turnerstick, kapitan marynarki amerykańskiej.
— Turnerstick, Turnerstick! All devils! Gdzie jest ten stary wieloryb? — wtrącił szybko komendant.
— Tu jestem, tu! — odpowiedział kapitan, jedną ręką trzymając ster, a drugą sięgając po lunetę. — Ach, kogo ją widzę? Kapitan Beadle w całej swej okazałości!
Halloo! Turnerstick, to pan istotnie! Ale ki djabeł wlazł pan w ten strój pogański?
— Aby być w zgodzie z moją obecną rangą. Jestem Tur-ning sti-king kuo-ngan ta-fu-tsiang.
— Niech licho Pana zrozumie! Znowu jakieś dziwactwo w pańskim stylu! Skoro tylko spostrzegłem dżonkę, odrazu coś mnie tknęło. Nie dowierzałem jej, Muszę już ją znać skądsiś. Nie ufałem także słowom pańskiego towarzysza. Ale, ujrzawszy pana przy sterze, wierzę. Musimy do was zajrzeć!
— Ależ, proszę! Przyślij pan zmianę załogi!
— Co? Połowę załogi?
— Mamy na dole przeszło sześćdziesięciu piratów.
— Dobrze! Jestem ciekaw, jak to się odbyło. Na pewno znowu jakiś majstersztyk Turnersticka!
Oficer zawołał:
Rise out, w imię Boga!
Wnet opuszczono łódź. Turnerstick polecił Matuzalemowi opuścić schodki. Kapitan Beadle przekazał jednemu z oficerów komendę okrętu, a sam udał się na Królowę Wód.
Turnerstick. nie odstępując od steru, wykrzykiwał z radości. Znali się oddawna; nieraz się spotkali na morzu. Uścisnęli się serdecznie. Komendant parsknął śmiechem, skoro obejrzał dokładnie strój Turnersticka. Ale ten zachował powagę i rzekł:
— Co tu jest śmiesznego, sir? Jestem teraz chińskim jenerał-majorem, a że potrafię piastować tę godność, najlepszy ma pan dowód, że wydaję panu w ręce przeszło pół setki korsarzy wraz z ich dżonką.
— Wiem! Znam pana! Ale tylko w piątkę, naprawdę tylko w piątkę? Powiedz-że, jakżeto się stało?
— Jest tu z nami także jeden Chińczyk. Wszystko panu opowiem. Właściwie zasługa to nie tyle moja, ile naszego błękitno-purpurowego Matuzalema.
— Błękitno-purpurowego Matuzalema? — Hm! rzekł Beadle, oglądając Degenfelda. Znać było po nim, że śmieszy go wygląd nietylko Turnersticka, chociaż panował nad sobą.
Turnerstick pokrótce opowiedział mu przebieg przygody. Komendant wnet spoważniał.
— Na Boga! — rzekł. — To naprawdę czyn, zasługujący na najwyższą pochwałę! Przybyć do Chin w stroju studenckim — to, hm! Ale działaliście tak, te muszę wam wszystkim uścisnąć dłoń!
Wyraziwszy swoje uznanie, dodał:
— Powiedziałem, że ta dżonka wydaje mi się znajoma. Dlatego kazałem właśnie zapytać, czy to naprawdę Królowa Wód?
— Naturalnie, że to ona.
— Tak? Hm! Założyłbym się, że to raczej moja stara znajoma, która mi, niestety, już kilka razy razy umknęła z przed nosa. Prawdziwy marynarz poznaje raz ujrzany okręt, nawet pod przeinaczoną nazwą. Jestem przeświadczony, że to podejrzany Hai-lung — Smok morski. Zobaczymy.
Jego ludzie stali uzbrojeni w szeregu. Skinął na Turnersticka, poczem udał się wraz z nim na przedni pokład i przechylił się głęboko.
— Tak sobie odrazu pomyślałem! Fałszywy patron! Trzeba go tylko odwrócić, aby zobaczyć malowanego smoka, a pod nim napis „Hai-lung“. Obraz jest ześrubowany. Gdybyśmy mieli klucz, to...
— Na dole w kajucie stoi skrzynia z rozmaitemi narzędziami — wtrącił Matuzalem. — Między innemi leżą tam oba świdry, któremi zbóje wydrążyli dziury w drzwiach naszej kajuty.
Ryszard poszedł po skrzynię. Istotnie znalazł się w niej także klucz do śruby. Kapitan polecił dwom marynarzom odwrócić wizerunek. I wówczas ujrzano potwornego smoka z rozwartą ognistą paszczą, a pod nim napis: Hai-lung.
— To wystarczy — rzekł Beadle. — Właściwie nie potrzebujemy innych dowodów. Hai-lung jest tak skompromitowany, że z jego załogą porachunek będzie krótki. Ale jakże ją dostać w ręce? Co pan myśli o tem, kapitanie?
— Hm! — mruknął Turnerstick. — Ciężki orzech!
— Stanowczo. Nie chciałbym narażać swoich chłopców na śmierć. Łajdaki mają chyba dosyć broni, aby nas odpowiednio przywitać. A prochownia jest również na dole. Cóż, jeśli zechcą raczej wysadzić dżonkę w powietrze, niż się poddać?
— Nie mają tyle odwagi.
— Tak pan sądzi? W każdym razie uważam, że należy raczej uciec się do podstępu. Ale jakiego? Mój porucznik wprawdzie skierował armaty na dżonkę; możemy paroma salwami oczyścić pokład; atoli łotry są na dole, a nie na pokładzie.
— Znam środek odpowiedni — rzucił Matuzalem. — Pobijemy ich własną bronią. Mam na myśli osławione hi-thu-tszang.
— Cóżto takiego?
— Cuchnące garnki.
— To byłby wspaniały środek! Ale gdzie ich szukać?
— W przedniej luce — odpowiedział Deqenfeid.
— Dostęp jest otwarty. Prowadź nas pan!
Skinął na kilku swoich marynarzy. Turnerstick i Matuzalem poszli za nimi. Mijnheer chciał się przyłączyć, ale, niestety, okazało się, że wejście jest zbyt dlań wąskie. Musiał więc zostać na górze.
Dotarli do niewielkiej, zupełnie pustej komórki. Tu prawdopodobnie był skład zrabowanych rzeczy. Jeszcze węższe schody wiodły stąd do komórki na balast. Tam było całkowicie ciemno. Beadle zapalił woskową zapałkę. Przy nikłem jej świetle zauważono kilka rzędów zamkniętych garnków, wgrzebanych w piasek, stanowiący balast okrętu.
— Otóż i one! — odezwał się Turnerstick. — Weźmiemy kilka na górę!
Zapałka zgasła. Zapadł mrok. Wszakże wiedziano już, gdzie stoją garnki i odszukano je poomacku. Podczas tej cichej pauzy naraz usłyszano głośniejsze westchnienie.
— Czy jest tu kto? — zapytał Beadle.
Ngái-ya — rozległo się zboku.
— To było po chińsku powiedziane. Cóżto oznacza?
— Oznacza „O biada“ — objaśnił Matuzalem. — Czyżby tu się znajdował jeden z korsarzy, może osadzony za jakieś przekroczenie?
Kieu szin! — rozległo się po raz drugi.
— Cóżto znaczy?
„Na pomoc!“ — odparł błękitno-purpurowy.
— A może to jakiś uczciwy człowiek, który się dostał w niewolę korsarzy? Zbadajmy! — oświadczył komendant.
Polecił swoim ludziom zanieść na górę pewną ilość garnków i znowu zapalił zapałkę. Zwróciwszy się w stronę, skąd dobiegały jęki, zobaczył niską skrzynię z desek. Beadle zastukał i krzyknął:
— Czy jest tam ktoś?
Hu-tsi! — O biada!
Szui-tszung-kian? — Któż tam jest? — zapytał Matuzalem.
Ngo-men-ri — Dwóch nas — rozległo się w odpowiedzi.
Szui ni-men? — Kto jesteście?
Ngo tong-tszi, t’a ho-po-so. — Jestem tong-tszi, a ten drugi to ho-po-so.
Degenfeld musiał kapitanowi tłumaczyć odpowiedzi.
— Do pioruna! — krzyknął Beadle. — Czy to może być? „Ho-po-so“ zowią się obaj urzędnicy, którzy mają nadzór nad wszystkiemi okrętami w Kantonie. Czyżby jeden z nich dostał się w ręce piratów? Czem jest drugi — nie wiem. „Tong-tszi“ — nie słyszałem. Może pan wie?
— Tak. Tong-tszi i tong-pan to są bardzo wysocy urzędnicy, sprawują najrozmaitsze funkcje. Prawo nakazuje im zbierać podatki w pieniądzach i w naturze, mieć nadzór nad wojskiem, kierować poiicją, rewidować stacje pocztowe, mieć pieczę nad ulepszeniem ras końskich, wglądać w sprawy administracyjne państwa, utrzymywać w porządku kanały i groble, nie spuszczać z oka niezupełnie jeszcze podbitych górali, i wreszcie, nadewszystko, mieć baczenie nad cudzoziemcami i pilnować wśród nich porządku.
— O nieszczęsny! Taki biedny djabeł musi się rozrywać na wszystkie strony!
— Tak, urząd tong-tszi jest uciążliwy i odpowiedzialny. Gdzie jest zamek tej skrzyni?
Nie widać go było, ponieważ zapałka znowu zgasła.
— Zostawmy to chwilowo! — rzekł Beadle. — Mamy coś ważniejszego do roboty. Obaj Chińczycy mogą posiedzieć jeszcze kwadransik, mimo że są tak ważnemi personami. Musimy najpierw opanować załogę.
Tymczasem zaniesiono na pokład dziesięć czy dwanaście garnków. Ta ilość była dostateczna. Wszyscy trzej wrócili na górę. Odsunięto z luk ciężkie kosze. Nic się na dole nie poruszało. Trudno było poprostu wierzyć, że się tam znajduje tylu ludzi. Wysadzono pokrywę.
Ktoby sądził, że piraci skoczyli na równe nogi, tenby się grubo mylił. Nie dali o sobie znaku życia. Naturalnie, na górze wystrzegano się zbliżenia do otwartej luki. Można było odwagę przypłacić życiem.
Przyniesiono cuchnące garnki. Kształt ich i wąskie otwory przypominały ciasne cienkie flaszki do ogrzewania. Oczywiście, że były hermetycznie zamknięte.
Jeden z majtków, nie zbliżając się zresztą do luki, rzucił pierwszy garnek. Jego towarzysze trzymali strzelby wpogotowiu. Słychać było, jak garnek się roztłukł na kawałki.
Ngu-hu, hi-thu-tszang! — O biada, garnki cuchnące! — rozległ się z dołu krzyk przeraźliwy.
Za pierwszym garnkiem poleciał drugi, trzeci. Działanie było tak silne, że dawało się odczuć na górze.
— Szybko, — rozkazał kapitan Beadle — bo sami musimy wyrywać!
Usłuchano rozkazu, poczem znowu przybito pokrywę. Z dołu rozległy się wielogłose krzyki, straszliwy zgiełk i lamenty. Dobijano się do pokrywy, aby się wydostać na górę, ale już spoczęły na klapie ciężkie kosze. Następnie usłyszano brzęk rozbitych szyb. Korsarze łaknęli świeżego powietrza.
Środek ten był nader drastyczny. Podziałał nietylko na pacjentów, ale także na lekarzy. Okropny zaduch, którego nie można wprost opisać, przedostał się przez rozbite okna na pokład. Kapitan Beadle i Turnerstick wycofali się na mostek. Marynarze chętnieby drapnęli, musieli jednak zostać na posterunku.
— No, ten, kto wynalazł te garnki i wypróbował je, musiał posiadać wspaniały nos! — zawołał Godfryd de Bouillon. — Co pan o tem sądzi, mijnheer?
Wat ik zeg? Foei! Niech go piorun! To cuchnie jak sto tysięcy nędznych hipopotamów!
Rzekłszy to, pomknął ku najdalszemu zakątkowi dżonki.
Tylko Chińczyk mógł wpaść na taki piekielny pomysł. Rozbójnicy innych narodowości walczą stalą i ogniem; chiński korsarz pokonywa swoich wrogów zaduchem!
Upłynęło sporo czasu, zanim kapitan Beadle odważył się zejść nadół.
— Cóż teraz? — zapytał. — Chciałbym wiedzieć, jak oni się tam czują! Spróbujemy otworzyć luki!
Kilku ludzi rzuciło się, aby wykonywać rozkaz. Ledwo otworzono lukę, kapitan szybko zrejterował. Odór był tak nieznośny, jakgdyby z dołu ziały gazy piekielne. Przeczekano dziesięć minut, zanim można było się zbliżyć.
Teraz należało sprawdzić skutek gazów. Beadle chciał wywołać marynarzy na ochotnika. Atoli Godtryd odezwał się:
— Nie, sir to nie jest konieczne. Mam też swój honor i nie pozwolę sobie urągać. Przywiążę się do powrozu i zabiorę ze sobą obój. Skoro zadmę, wciągnjcie mnie zpowrotem na światło dzienne. Kto strawił opjum, ten poradzi sobie z amonjakiem. Mijnheer, trzymaj pan mocno powróz.
Przepasał się odpowiednio, chusteczką zatkał os i wraz z obojem znikł w głębi. Był to czyn bohaterski. Groziły mu nietylko gazy — mogło się bowiem zdarzyć, że niektórzy korsarze nie stracili jeszcze przytomności.
Mijnheer trzymał koniec sznura i przysłuchiwał się uważnie. Naraz, istotnie, usłyszeli z dołu niedające się opisać trele oboju.
— Ciągnij pan, mijnheer, ciągnij pan! — krzyknął Turnerstick. — Upadł. Zemdlał!
Grubas ciągnął z całej mocy.
Het is zoo zwaar! — On jest tak ciężki — jęczał.
— Pomogę panu. Ale ciągnij-że pan, bo się biedak zadusi.
Obaj natężyli siły. Twarze nabiegły krwią. Nie potrafili podnieść nieszczęsnego śmiałka nawet o cal wyżej, gdy naraz w otworze luki ukazał się najpierw obój, a następnie sam Godfryd. Nie miał już na sobie sznura i zapytał tonem najwyższego zdumienia:
— Ależ, mijnheer, czego pan się tak strasznie wytęża? Co pan ciągnie?
Grubas, zdumiony, wypuścił sznur, zdjął z głowy szkocką czapeczkę, wytarł pot, poczem dopiero odpowiedział:
— Myślałem, że to pana ciągnę!
— Nie, nie mnie. Przywiązałem koniec sznura do belki.
Hipopotam! — rzucił Holender i oddalił się gniewnie.
— Panie łbie kapuściany, ja również ciągnąłem! — zawołał Turnerstick. — Wypraszam sobie łobuzerskie figle!
— Łobuzerskie figle? Jakto?
— Powiedział pan, abyśmy ciągnęli, skoro pan zadmie?
— Tak, owszem, tak powiedziałem. Ale czyż ja zadąłem?
— Tak, i to jakże!
— Bynajmniej, wygrywałem trele. To zgoła co innego! Chciałem w ten sposób okazać radość zwycięstwa, radość mojej duszy. Niech pan to sobie zmiarkuje. Dąć może każdy! Ale, proszę, niech pan spróbuje wygrywać trele!
— Jesteś niepoprawnym hultajem! Cóż pan widział?
— Całą muzykę janczarską. Leżą pokotem i nie domyślają się nawet, gdzie się podziała ich przytomność. Zahipnotyzowały ich garnki.
— Istotnie?
— Jeśli pan nie chce wierzyć, to proszę niech się pan pofatyguje nadół. Będzie pan mógł odwiązać sznur od belki.
Wiadomość była tak pomyślna, że wybaczono mu figiel. Kapitan Beadle zesłał nadół marynarzy. Okazało się, że Godfryd miał słuszność. Chińczycy leżeli nieprzytomni i napół zaduszeni. Powietrze w komorze było wciąż jeszcze bardzo ostre i drażniące.
Rozejrzano się badawczo dookoła. Tu właśnie stały skrzynie z działami. Na ścianach wisiała broń rozmaitego rodzaju. Na ziemi leżały sienniki, w głębi za zamkniętemi drzwiami, znajdowała się prochownia; tak przynajmniej twierdził Liang-ssi.
Jeszcze większa luka prowadziła niżej de środkowego przedziału komory na balast. Tam właśnie postanowiono umieścić jeńców, zabrawszy im uprzednio broń i opróżniwszy kieszenie.
Trzeba było uwinąć się bardzo szybko, aby nie zdążyli ocknąć się z omdlenia. Zapalono latarnie. Opuszczono jednego po drugim wszystkich korsarzy nadół, gdzie marynarze kładli ich na piasku. Następnie zamknięto lukę. Nie zatkano jednak małych otworów w pokładzie. Dziesięciu Chińczyków, przywiązanych na pokładzie do masztów, zostawiono na miejscu. Mieli nadal obsługiwać żagle, póki Szui-heu, a raczej Hai-lung nie zawinie do portu.
— Czy nie chcielibyście nas holować? — zapytał Turnerstick kapitana krążownika.
— Poco? Holowanie wymaga trudu i czasu. Jeśli pan obejmie komendę nad dżonką, będę pewny pomyślnej żeglugi. Ludzi do załogi przy żaglach ma pan dosyć, a zresztą, zostawię panu na wszelki wypadek kilku swoich. Pojadę naprzód i zamelduję o waszem przybyciu.
— Pięknie! Przywitają nas odpowiednio, co?
— Pewnie! Hai-lung zostanie przywitany z całą pompą. Wszyscy uczciwi ludzie ucieszą się, że został wreszcie zdybany. Cóż dopiero, skoro się okaże, że czynu tego dokonało pięciu ludzi! Nie jestem pewny, czy wywiniecie się od nagrody.
— Ba! Pięciu ludzi! Wyście nam pośpieszyli z pomocą!
— Nie było to nic innego, jak drobne wyciągnięcie ręki, które absolutnie nie pomniejsza waszych zasług. Nagroda w całości wam się należy.
— Nie potrzebuję jej.
— Pańscy przyjaciele postąpią roztropniej.
— Ja również rezygnuję — oświadczył Matuzalem.
— I ja — odezwał się mijnheer.
— Ja też — przyłączył się Ryszard.
— Ale ja nie! — rzekł Godfryd de Bouillon. — Każdej zasłudze należy się nagroda. Kto wziął w niewolę dżonkę? Ja, gdyż ja przywiązałem sznur do belki. Dlatego chcę mieć swoją część nagrody, ponieważ jako pucybut, jako fajko i obojonosiciel nie spoczywam na różach i nie opływam w dostatki. Pragnę także pomyśleć o swojej przyszłości.
— Bardzo pięknie — roześmiał się Matuzalem. — Ustępuję ci swojej części.
— I ja też — oświadczył grubas, zbyt dobroduszny, aby długo pamiętać urazę.
— Niech bierze całe pieniądze! — zawołał Turnerstick. — Szczur lądowy, fagocista i — nagroda za zwycięstwo morskie! Nic podobnego się chyba jeszcze nie zdarzyło, odkąd spuszczono na wodę pierwszą łódkę.
— Oho! Ja też nie żyłem, zanim przyszedłem na świat, a zatem jestem unikatem! Jeśli mi dżonka da dosyć pieniędzy, kupię fajkę wodną i poszukam sobie Godfryda numer drugi. Wówczas wraz z Matuzalemem będę sobie kurzył na przodzie, a za mną Bouillon Drugi będzie nosił oba cybuchy.
— Jeszcze wiele wody upłynie — skinął kapitan Beadle. — Wiatr się podnosi, kapitanie Turnerstick. Przeciął pan brasy — to było ryzykowne. Zwiąż je czem prędzej. Ciężkie żagle nie powinny tak wisieć. Jeśli nadleci wicher, jesteście wraz z całą dżonką zgubieni.
— Bądź spokojny, sir! Turnerstick wie, co ma czynić.
— Być może. A zatem pożegnam was. Skoro się zobaczymy, opowie mi pan o swoim awansie na jenerał-majora. Poza tem, winszuję wam serdecznie, moi panowie. To była sztuczka, o której długo będzie się wspominać, i nietylko na tych wodach. Nie zapomnijcie zajrzeć do obu jeńców w skrzyni! Tymczasem do zobaczenia!
Uścisnął wszystkim ręce i opuścił dżonkę, pozostawiwszy na niej kadeta wraz z dwudziestoma marynarzami.
Niebawem krążownik ruszył z miejsca. Wiwaty długo rozbrzmiewały w powietrzu. Krążownik mknął naprzód całą parą.
Turnerstick kazał rozpętać dziesięciu jeńców, aby mogli naprawić uszkodzone brasy. Śledzili przebieg wypadków i zdawali sobie sprawę z płonności wszelkiego oporu. Wykonywali rozkazy, drżąc z przerażenia.
Żagle były niebawem naprawione. Kapitan zostawił młodego kadeta przy sterze. Dżonka ruszyła w powrotną drogę.
Turnerstick zszedł na środkowy pokład, zesłał kilku marynarzy do strzeżenia dolnego pokładu i poprosił swoich przyjaciół, aby udali się wraz z nim do obu Chińczyków, uwięzionych w skrzyni. Zapalono latarnie. Kapitan, Matuzalem, Godfryd, Ryszard i Liang-ssi ruszyli nadół. Degenfeld zapytał Liang-ssi, czy zna więźniów.
— Nie odparł Chińczyk. — Nie przypuszczałem nawet, że tu znajdują się jacyś ludzie. Zresztą, zabroniono majtkom zachodzić tutaj.
Latarnie jasno oświetlały komorę. Była niska, zprzodu bardzo wąska, zasypana wysoką warstwą cuchnącego piasku morskiego. Na lewo od schodów stały garnki cuchnące w liczbie mniej więcej sześćdziesięciu. Widać było, że niedawno przykryto je piaskiem, zapewne przed okiem urzędników portowych. Na prawo przegrodzenie oddzielało tę komorę od środkowej. Tam właśnie stała tajemnicza skrzynia, sklecona z twardego drzewa i zaopatrzona w małe otworki dla przewiewu powietrza. Bok kwadratowej pokrywy wynosił półtora metra, wysokość skrzyni była jeszcze skromniejsza. Pokrywa stanowiła zarazem drzwi, zamknięte na nader mocny rygiel. Dwie osoby musiały się okropnie czuć w tak ciasnem pomieszczeniu.
— Teraz ja sam z nimi pomówię — oświadczył Turnerstick. — Jeśli ho-tszang skazał tych drabów na taką karę, muszą to być ogromnie niebezpieczne opryszki. Powinien z nimi mówić człowiek kuty na cztery nogi i doskonale władający ich językiem.
— To nie są korsarze — odezwał się Matuzalem. — Powiedzieli nam przecież, kim są.
— Tak, powiedzieli; ale nie jestem tak głupi, aby wierzyć. A zatem skorzystajmy ze znajomości chińskiego! — Zastukał w skrzynię i zapytał: — Halloong, halling, hallang! Ktong tamg w skrzyning?
Dwa westchnienia rozległy się w odpowiedzi.
— Nong, czyng nieng możecieng odpowiedzing? Ktong siedzing w skrzyning?
Ngot kieu szin tsa! — brzmiała teraz błagalna odpowiedź.
— Co oni powiadają? Cóżto znaczy?
— „Heda, pomóżcie nam“ — wytłumaczył Matuzalem.
Łagodnym gestem odsunął kapitana, odemknął rygiel i otworzył pokrywę. Z początku ujrzano tylko dwie wygolone głowy. Ciemna zarosty pośrodku głów wskazywały, że w tych miejscach zaczynają się warkocze, niestety odcięte. Jest to dla Chińczyka hańba niemniejsza, niż dla Indjanina oskalpowanie głowy.
Obaj więźniowie spojrzeli wgórę. Pod grubą warstwą brudu trudno było poznać rysy. Chcieli się podnieść, ale upadli zpowrotem. Stracili władzę w członkach. Degenfeld pomógł im się wydobyć i usadowił ich na piasku. Nie mieli na sobie żadnej odzieży. Jeden wyglądał nieco czyściej, ale obaj cuchnęli przerażająco.
Mok put, ni-man put kian? — Nieprawdaż, nie jesteście korsarzami? — zapytał ze współczuciem Matuzalem.
Yu, yu! — Nie, nie! — odpowiedzieli natychmiast ze zgrozą. — Tsa-men put tsze fam-fusuk-tsi! — Nie należymy do tych zbirów!
Ni-teng kuan-fu? — Jesteście mandarynami?
Tsze, tsze, ta kuan-fu. — Tak, tak, wysokimi mandarynami. — Ngo ho-po-so, tsze tong-tszi tsai Kuang-tszéu-fu. — Ja jestem ho-po-so, a ten jest tong-tszi z Kantonu.
Ngo ko ni-tszai yen — Sprawdzę wiarogodność waszych zeznań.
Tsa-men ko tsaen. — Potrafimy ich dowieść.
Degenfeld zaczął wypytywać o szczegóły.
Rzecz się miała tak: Tong-tszi udał się na dżonce do małego miasteczka nad Hong-hai-Bai, do Kam-hia-tszin; tu napadli go korsarze i pokonali załogę zapomocą garnków cuchnących. Tong-tszi wraz z innymi stracił przytomność. Kiedy się ocknął, znalazł się w tej skrzyni. Jak długo tkwił w niej, tego nie mógł sobie uświadomić. Było tu zupełnie ciemno i jedynie szmery rakiety, którą się zapala na każdym okręcie o zmroku, pozwalał mu orjentować się w czasie. Według tych obliczeń siedział w skrzyni przeszło tydzień.
Według pojęć europejskich, był niejako inspektorem lądowej załogi oraz marynarki prowincji Kuang-tung. Z tego względu korsarze szczególną pałali doń nienawiścią.
Proponował im znaczny okup; ho-tszang wszakże zapowiedział mu, że nigdy już nie ujrzy światła słonecznego i że umrze powolną śmiercią w tej oto skrzyni. Raz na dzień podawano mu łyk wody i parę napół zgniłych owoców. Dla zupełnego pognębienia, pozbawiono go warkocza.
Ho-po-so natomiast dopiero przed dwoma dniami wpadł w ręce korsarzy. Wydawał się nader sumiennym urzędnikiem; opowiedział, że sam jeden, i to nadomiar wieczorem, wszedł na Królowę Wód, aby zażądać okazania dokumentów i dokonać innych formalności. Mandaryni zaś zazwyczaj nie postąpią kroku bez odpowiedniego orszaku. Nikt nie wiedział, dokąd się udał. W rozmowie z korsarzami nieostrożnie o tem wspomniał i wskutek tego został uwięziony.
Powinnością ho-po-so było ściganie wszelkich nieprawości w marynarce. Rzecz naturalna, że piraci pałali doń nienawiścią. Bez skrupułów uwięzili urzędnika, pozbawili go odzieży i warkocza, i wsadzili do skrzyni, gdzie już siedział tong-tszi. Miał podzielić los nieszczęsnego towarzysza niedoli.
Nie powinno nas dziwić bestjalstwo korsarzy. Niższe warstwy chińskie odznaczają się zadziwiającem okrucieństwem. Przypiekanie żywego koguta przedewszystkiem od nóg — dla dodania mu smaku — jest jednym z objawów tego okrucieństwa, stosowanego również wobec ludzi, jeśli chodzi o zarobek, i wobec wrogów. Natomiast w stosunku do swoich bliskich Chińczyk odznacza się zbytnią pobłażliwością.
Ho-po-so mógł jeszcze jakoś się poruszać. Potrafił o własnych siłach wejść na pokład. Natomiast towarzysza jego trzeba było zanieść. Oczywiście, poprzednio ubrano ich. Własna ich odzież została zniszczona; musieli się zadowolić tą, jaka się znalazła w kajutach.
Usiedli na pokładzie i z rozkoszą wdychali świeże powietrze. Poszukano w kuchni i w spiżarni pożywienia dla zgłodniałych mandarynów. Mijnheer odezwał się przy tej okazij:
Ik il voor ze kochen en braden; een vuurhaard is daar, ook een ketel hout en de vuurschop. — Chcę dla nich coś ugotować i upiec; jest tu kuchnia, kocioł, drzewo i ruszt.
— Co pan sobie myśli! — roześmiał się Godfryd. — Pan i gotować! Chciałbym zobaczyć pudding z pańskiego rusztu! Nie, gotowanie należy do mnie.
Mijnheer upierał się i przytaczał najrozmaitsze argumenty, które wszakże rozbijały się o twarde postanowienie Godfryda.
Tymczasem Matuzalem i Turnerstick zajęli się obu mandarynami. Chińczykom nie starczyło słów dla wyrażenia wdzięczności. Niestety, radość ich była zakłócona brakiem odpowiadających ich godnościom ubiorów, a nadewszystko — brakiem warkoczy. Po długich rozmowach zgodzili się wreszcie, aby Matuzalem kupił dla nich w Hong-Kongu odpowiednie ubiory i warkocze, oczywista dosyć długie i grube. Pieniądze miał odebrać w Kantonie, dokąd został zaproszony wraz z towarzyszami przez wdzięcznych mandarynów.
Student z radością przyjął zaproszenie, nadarzające się wporę. Nie mógł wyjawić mandarynom celu swej podróży; na odnośne zapytanie odpowiedział, że przybył ze swej dalekiej ojczyzny, aby odwiedzić w stolicy Hu-nan zamieszkałego tam sławnego uczonego. Właściwie wysłała go Han-lin yuen[8] Niemiec w celu wyrażenia hołdu zachodnich krajów temu wielkiemu znawcy ksiąg klasycznych.
Schlebiało to dumie narodowej Chińczyków. Ho-po-so odezwał się:
— Bardzo mnie to cieszy. Wnoszę z tego, że Tao-tse-kue są wykształconym narodem, godnym naszych nauk. Ułatwię panu podróż, o ile to tylko będzie w mej mocy.
— Mnie także podoba się bardzo pańska misja — dodał tong-tszi. — Widzę, że pańscy ziomkowie są nader rozsądnymi ludźmi, skoro uznają wyższość naszej literatury; taka skromność jest pierwszym i najpewniejszym etapem w rozwoju nauk. Fu-len[9], Flan-ki[10], i Yan-kui-tse[11], aczkolwiek tak dawno nawiązaliśmy z nimi stosunki, nie uznali jeszcze naszej wyższości. Dlatego nie nauczą się niczego i zginą marnie. Wprawdzie obowiązkiem moim jest ścisłe przestrzeganie tego, aby cudzoziemcy tylko z konieczności przebywali w naszych dystryktach i aby swemi dziwnemi strojami i niezwykłemi manierami nie dawali gorszącego przykładu ludowi naszemu, atoli w stosunku do was dopuszczę się wyjątku, ponieważ wnoszę z waszej skromności, że nie zamierzacie naszych lojalnych poddanych nawracać na inne zwyczaje. Nie wystąpię także przeciwko waszym ubiorom, aczkolwiek są ubiorami kraju, który jeszcze nie został uszczęśliwiony hierarchją strojów, ustanowioną przez Pana Królestwa Środka; za mojem pisemnem zezwoleniem będziecie mogli nosić waszą odzież bez przeszkód. Dam wam także ta-kuan-kuan[12]. Wystarczy go pokazać, aby doznać najwyższych zaszczytów. Nie będziecie musieli zatrzymywać się w tien[13]; możecie korzystać z kuang-kuan[14] za okazaniem mego glejtu. Będziecie gośćmi miasta i bez zapłaty dostaniecie palankinów i koni, ile tylko zechcecie. Urzędnicy będą obowiązani dawać posłuch wszystkim waszym życzeniom, o ile one nie stoją w sprzeczności z prawami kraju. Poza tem będą musieli wam zapewnić absolutne bezpieczeństwo.
Te słowa mogły tylko radością przepełnić naszego bohatera. Omal nie wyściskał nieszczęsnego mandaryna, który był teraz bledszy, niż poprzednio, gdyż wyczerpała go długa mowa. Mimo to po krótkiej pauzie dodał:
— Ale mam do Pana także prośbę: nie opowiadaj nikomu, żeś nas tutaj znalazł! Nikt nie powinien wiedzieć, żeśmy byli w niewoli i że doznaliśmy takiej hańby. Gdyby się o tem dowiedziały wyższe władze, na pewnoby pozbawiły nas urzędów. Czy może mi pan przyrzec, że również towarzysze pana przemilczą całą tę sprawę?
— Z całego serca! Oto moja ręka.
— Dziękuję panu! Pozostałe kwestje omówimy później. Teraz czuję się zmęczony. Muszę wypocząć i wyspać się, przedtem jednak coś przekąszę. Skoro okręt przybije do Hong-Kongu, ja i ho-po-so schronimy się w kajucie, aby nikt nas nie zobaczył. Dopiero wieczorem, w ubiorach, o które się pan postara, a które ci dokładnie opiszemy, opuścimy dżonkę.Nadewszystko musi pan zważać na guziki na kapeluszach; ja piastuję stopień radcy stanu i noszę niebieski kamień; ho-po-so zaś stopień asesora najwyższego kolegjum, musi zatem nosić jasnobłękitny kamień.
— Czy dostanę je w Hong-Kongu?
— Tak, aczkolwiek nieprawdziwe; ale te nam chwilowo wystarczą. Dalej, rozumie się samo przez się, że nie chcielibyśmy mieć do czynienia z władzami angielskiemi, którym zostaną wydani korsarze. Urzędnicy nie powinni nawet wiedzieć, żeśmy tu byli. Wszakże, ponieważ winni są obywatelami chińskimi, zostaną wydani w nasze ręce, a wówczas ja już się postaram, aby nie umknęli sprawiedliwej kary, to jest śmierci.
Tymczasem Godfryd podał ryż i mięso. Obaj mandaryni jedli, posługując się pałeczkami. Poczem wycofali się do kajuty, w której poprzednio spali nasi bohaterzy.
Korzystając z przypływu i sprzyjającego wiatru dżonka szybko mknęła w kierunku Hong-Kongu.
Z boków wyłoniły się skały, w których Turnerstick poznał przylądek Aquila. Dżonka wyminęła drobne, rozsiane po morzu wysepki; przed południem jeszcze przez Bai Si-wan dotarła do Reedu Hong-Kongu i skierowała się ku portowi Wiktorji.
Cały port był zapełniony wielotysięcznym tłumem. I nietylko na placu, ale także na okrętach stali ludzie głowa przy głowie.
Łódź policyjna pośpieszyła naprzeciw dżonce.
Śród uzbrojonych urzędników znajdował się również kapitan Beadle. Nie czekając, aż się dżonka zatrzyma, przeprawili się na jej pokład. Kapitan Beadle podszedł do Turnersticka i zawołał:
— Zameldowałem o wypadku. Cała ludność wyległa na brzeg. Wszyscy są zachwyceni i cieszą się, ze nareszcie zasłużona kara spotka przeklęty Hai-lung. Macie już wyznaczone miejsce do lądowania. Uważajcie!
Najbliższy okręt, a za nim wszystkie inne, powitał dżonkę wystrzałem armatnim.
Wszędzie podnoszono i opuszczano flagi, aby uczcić zwycięzców korsarskiego Hai-lung.
Tysiączne hura i inne okrzyki rozbrzmiewały w powietrzu. Najbardziej wyróżniało się chińskie „tszing-tszing“.
Powiewały setki kapeluszy, czapek i wszelkiego rodzaju nakryć głowy.
Wreszcie opuszczono kotwicę i przerzucono łańcuch na ląd.
Tu stali angielscy marynarze, którzy pośpieszyli wnet na pokład dżonki. Nawet sam gubernator pofatygował się, aby osobiście przeprowadzić badania.
Zaprotokółowano zeznanie naszych pięciu bohaterów. Gubernator prosił ich, aby chwilowo me odjeżdżali jeszcze; postanowili zatem zatrzymać się w hotelu Hong-Kong. Matuzalem określił obu mandarynów jako niewinnych podróżnych, którzy zostali ograbieni przez korsarzy; oświadczył, że dopiero po odpowiedniem przebraniu się wieczorem będą mogli opuścić dżonkę.
Z pośród uwięzionych korsarzy niektórzy już nie żyli. Pozostałych sprowadzono na pokład i spętano po dwóch dla większej pewności.
Upłynęły dwie godziny.
Tłum bynajmniej nie rozchodził się. Okrzykami wściekłości i wstrętu przywitał korsarzy, kiedy ich przeprowadzono pod uzbrojoną strażą. Policja musiała sobie zadawać wiele trudu, aby uchronić złoczyńców od bezpośredniej kary tłumu.
— Godfrydzie, moja fajka! — rozkazał Matuzalem.
— Ma pan ją! — odparł pucybut, podając mu ustnik. — Musimy lądować z całą paradą i w zwykłej kolejności, aby zaimponować odpowiednio Chińczykom, jakby się wyraził nasz kapitan. Ja nawę osobiście proponuję czekać tu, póki nie wzniosą kilku bram triumfalnych, skoro już raczyliśmy zostać bohaterami tego przesławnego dnia. Nieprawdaż, mijnheer?
Ja, het is in waarfreid zoo. Wij zijn tappere weldheeren en mannen geweest. — Tak, prawda. Okazaliśmy się odważnymi wodzami i mężami.
Gubernator i urzędnicy pożegnali podróżnych, którzy również niebawem ruszyli; łatwo się domyślić, w jakiej kolejności: na przodzie pies, następnie Matuzalem, za nim Godfryd z fajką i obojem, oraz Ryszard i Liang-ssi. Zamykali ten dziwny orszak Turnerstick i mijnheer.
Przyjęto ich okrzykami triumfu. Tłum otworzył szpaler, aby ich przepuścić. Przeszli z niezmiernem dostojeństwem, kłaniając się w obie strony.
Naraz Turnerstick zatrzymał się i zawołał:
— Do kaduka! Matuzalemie, tu stoją obaj szubrawcy ze twoim palankinem, w którym musiałem biec do hotelu! Czy kazać ich aresztować?
Matuzalem obejrzał się we wskazanym kierunku. Spostrzegł obu kulisów, za którymi stał na ziemi palankin. Broda studenta drgnęła lekko. Z uśmiechem na twarzy odpowiedział:
— Nie, drogi przyjacielu. Nie powinniśmy zakłócać radości dysonansem. Nicponie jednak naprawią swój błąd wczorajszy.
Zwrócił się do kulisów i zawołał rozkazująco, wskazując na Turnersticka i na palankin:
— Ten wielki bohater, Tur-ning-sti-king, wielki jenerał-major, pragnie być niesiony w palankinie, ale szybko.
Tłum przyjął to oświadczenie z radością.
Wysokiego jenerał-majora uchwyciło dziesięć, dwanaście rąk i posadziło w lektyce. Równie szybko kulisowie podnieśli ją i stanęli między Godfrydem a Ryszardem i Liang-ssi.
Orszak znowu ruszył w drogę, witany głośnemi oznakami radości.
Turnerstick w pierwszej chwili chciał zeskoczyć na ziemię, ale rozmyślił się wkrótce. Wszak siedząc w palankinie, zbierał najwięcej hołdów.
Kłaniał się gorliwie rękoma, gubiąc co chwila binokle, i odpowiadał na nieustanne tszing-tszing swemi chińskiemi oracjami.
Wreszcie zesadzono go przed drzwiami hotelu.Ukłonił się głęboko i zawołał głośno:
— Moing szanowning panowieng ing najmilszeng damyng! Udałong ming sięg pokonang korsarzyng ing odebrang imong dżonkeng! Przywitaliścieng mnieng zatong, nieng szczędzong hołdong ing w triumfieng zanieśliścieng mnieng tutajng. Pozwólcieng mnieng wyrazing wamong mojeng podziękowanieng ing zosiańcieng z Bogiemg! Należyng sądzing, żeng niebawemg usłyszycieng o nasong więcejng. Życzęg wamang wszystkimg dobregong dniang!
Ukłonił się powtórnie i znikł za drzwiami hotelu.
Podczas gdy publiczność, która ani słowa me zrozumiała, wyrażała mu głośno swoje uznanie, on sam wszedł do pokoju, gdzie już znajdowali się jego towarzysze. Uderzył mijnheera po ramieniu i rzekł:
— Przepięknie, cudownie, nieprawdaż?
Gewisselijk, op mijn woord! — Pewnie, na honor!
— Tak to było zupełnie inne przywitanie, niż wczoraj. Dziś ze wszystkich stron wołano mi „tszing-tszing“. Ale podziękowałem im bardzo serdecznie. Słyszy pan? Wciąż jeszcze się cieszą. Muszę się doprawdy jeszcze raz im pokazać.
Otworzył okno i, z wdziękiem przechylając wachlarz, zawołał na całe gardło:
Tszing, tszing, tszing!






  1. Prezes bractwa.
  2. Pięciu cesarzy.
  3. Wicekról.
  4. Mandaryn sprawiedliwości.
  5. Sędzia apelacyjny.
  6. Izba kasacyjna.
  7. Więzienie
  8. Akademja nauk.
  9. Holendrzy.
  10. Francuzi.
  11. Anglicy.
  12. Paszport najwyższych urzędników.
  13. Gospoda.
  14. Dom gminny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.