Wczoraj i dziś/Serya druga/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Wczoraj i dziś. Serya druga
Wydawca J. Mortkowicz
Data wyd. 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

STEFAN ŻEROMSKI
WCZORAJ I DZIŚ
WARSZAWA — MCMXXV — KRAKÓW
WYDAWNICTWO J. MORTKOWICZA
TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE
KRAKÓW. – DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI



ZMIERZCH


Między grube pnie kilku świerków, co sterczą samotnie na skraju poręby, plamiącej mnóstwem czarnych pniaków zgniło-zielony upłaz wzgórza, zsuwało się słońce, pławiąc się w miedzianym blasku, podobnym do przejrzystego kurzu, nieruchomą warstwą nawisłego nad daleką widownią. Odblaski jego lśniły jeszcze na krawędziach chmur, wyzłacając je i zabarwiając szkarłatem, wrzynały się między fałdy szarych kłębów i szkliły na wodach.
W brózdach ściernisk i podorywek jesiennych, na sapowatych niwkach i świeżych karczowiskach, gdzie stały smugi wody po niedawnej nawałnicy, mieniły się rude plamy, jak kawałki szyb przepalonych. Na szare, przyklepane skiby padał, uciążliwy dla oczu, zwodniczy cień fioletowy, piaszczyste wydmy żółkły — zielska na przykopach, krzaki na miedzach miały jakieś nieswoje, chwilowe barwy.
W głębokiej kotlinie, otoczonej ze wschodu, północy i południa podkową wzgórz, obdartych z lasu, płynęła struga, rozlewając się w zatoki, bagna, płanie i szyje, powstająca tam właśnie ze źródlisk zaskórnych. Dokoła wody, na torfiastym kożuchu rosły gąszcze trzcin, wysmukłe sity, tatarki i kępy nizkiej rokiciny. nieruchoma czerwona woda świeciła się teraz z pod wielkich liści, grzybienia i szorstkich wodorostów w postaci bezkształtnych plam blado-zielonych.
Nadleciały stadkiem cyranki, krążyły kilkakroć z wyciągniętemi szyjami, przerywając ciszę melodyjnym, dzwoniącym świstem skrzydeł, zataczały w powietrzu elipsy coraz mniejsze, — wreszcie zapadły w trzciny, z łoskotem rozbijając wodę piersiami. Ucichł dudniący lot bekasów, głuche wołanie kurki wodnej, ustało dowcipne pogwizdywanie kulików, poznikały nawet szklarze i modre świtezianki, wiecznie trzepoczące siateczkowatemi skrzydłami dokoła badylów sitowia. Błądziły tylko jeszcze po świetlanej powierzchni głębin niestrudzone muchy wodne na swoich szczudlastych nogach, cienkich jak włosy, a zaopatrzonych w kolosalne i nasycone tłuszczem stopy — i pracowało dwoje ludzi.
Błota należały do dworu. Dawniejszy młody dziedzic taplał się po nich z wyżłem za kaczkami i bekasami póty, póki wszystkich lasów nie wyciął, pól nie zostawił odłogiem i, wyleciawszy nagle z dziedzictwa, nie oparł się aż w Warszawie, gdzie teraz wodę sodową w budce sprzedaje.
Gdy nastał nowy, mądry dziedzic, biegał po polach z kijkiem i często nad błotami stawał, w nosie dłubiąc.
Gmerał w bagnie rękami, dziury kopał, mierzył, wąchał, — aż wreszcie wymyślił rzecz dziwną. Kazał karbowemu najmować dzień w dzień chłopów do kopania torfu, szlam na pola wywozić taczkami, na kupy składać, a dziury kopać precz, póki się nie wybierze miejsca na sadzawkę; wówczas groble fundować, dół na drugą sadzawkę wybierać niżej, aż ich się kilkanaście uzbiera; wtedy rowy rżnąć, wody napuszczać, mnichy wstawiać i ryby sadzić...
Do wywożenia torfu najął się zaraz Walek Gibała, bezrolny wyrobnik, na komornem siedzący w poblizkiej wiosce. Gibała u dawnego dziedzica służył za fornala, ale u nowego się nie utrzymał. Nowy dziedzic i nowy rządca po pierwsze ordynaryę i pensyę zaraz zmniejszyli, a powtóre szukali w każdej rzeczy złodziejstwa. U dawnego dziedzica każdy fornal pół garnca owsa swojej parze koni ujmował i niósł wieczorkiem do szynkarza Berlina za tytuń, za bibułkę, za kapkę gorzałki. Jak tylko nowy rządca nastał, zaraz ten interes zmiarkował, a że na Walka właśnie wina padła, w pysk mu dał i wygnał ze służby.
Odtąd Walek z babą siedział na komornem we wsi, bo służby znaleźć nie mógł; rządca wydał mu takie świadectwo, że niepodobna było zgłaszać się nawet gdziekolwiek do służby. We żniwa tu i ówdzie po chłopach zarabiali oboje; ale zimą i na przednówku marli, głód straszliwy, nieopisany. Ogromny, kościsty chłop z żelaznymi mięśniami wysechł jak wiór, zczerniał, zgarbił się, zesłabł. Baba — jak baba, u kumoszki się pożywi, grzybów, malin, poziomek nazbiera, do dworu, albo do żyda zaniesie i choć na bułkę chleba zarobi, a chłop przy młocce bez jedzenia nie podoła. Gdy karbowy zapowiedział kopanie na łące, obojgu aż się oczy zaświeciły. Sam rządca trzydzieści kopiejek od wyrzucenia sążnia kubicznego obiecał.
Walek babę do kopania zajmował dzień dnia. Ona taczki naładowuje, on po tarcicach, rzuconych przez bajora, wywozi szlam na pole. Robota pali im się w rękach. Mają dwoje wielkich i głębokich taczek, nim Walek puste przyciągnie, już drugie naładowane; — szlę na ramiona narzuca i pcha pod górę. Żelazne kółko skrzypi przeraźliwie; rzadkie, czarne, cieknące błoto, przerośnięte korzonkami, pierzcha i flejtuchami pada na obnażone do kolan nogi chłopa, gdy taczki z deski na deskę przeskakują, szla wrzyna mu się w kark i ramiona, wyciskając na koszuli czarną pręgę cuchnącego potu, ręce mdleją w łokciach, nogi cierpną i drętwieją od zanurzania ich w szlamie, — ale dwa kubiki na dużym dniu wybrane, — to znaczy kawał grosza w kieszeni.
Mieli nadzieję, że pod koniec jesieni trzydzieści rubli odłożą, komorne zapłacą, beczkę kapusty zakupią, ziemniaków z pięć korcy, sukmanę, buty, zapasek ze dwie, szorc dla baby, płótna na koszulę, że przebiedują do wiosny, to młocką, to tkactwem u ludzi dorabiając.
Aż tu rządcy po trzydzieści kopiejek od kubika wydawało się znienacka za wiele. Zwąchał, że nie każdy się złakomi od świtu do nocy w błocie gmerać, że im tam widać dobrze dojadło, kiedy bez namysłu do takiej roboty się kwapią; po dwadzieścia kopiejek, powiada, to dobrze, a nie, to nie...
Po chłopach w taki czas nie zarobi, dwór się swoimi ludźmi przy młockarniach i maszynach obywa: — przebierać nie ma w czem. Walek po takiej zapowiedzi poszedł do karczmy i schlał się ze złości, jak bydlę. Na drugi dzień babę wyprał i pojął ze sobą do roboty.
Od tego czasu — na małym dniu — te same dwa kubiki wyrzucają, od rannego brzasku do szczerej nocy nie ustając w robocie.
I teraz oto zdala noc idzie: dalekie, jasno-niebieskie lasy zczerniały i rozpływają się w pomroce szarej, na wodach blask przygasa, od stojących przed zorzą świerków padają niezmierne cienie. Na szczytach wzgórz, po porębach, czerwienieją się tylko jeszcze gdzieniegdzie to pniaki, to kamienie. Od tych punktów świecących odbijają się małe i nikłe promyki, wpadając w głębokie pustki, jakie tworzy pośród przedmiotów ciemność niezupełna, wibrują w nich, łamią się, drżą przez mgnienie oka i gasną, gasną po kolei. Drzewa i krzewy tracą wypukłość, bryłowatość, kolor naturalny i tkwią w szarej przestrzeni tylko jako płaskie kształty o dziwacznych zarysach, czarne zupełnie.
W nizinie zsiada się już mrok gęsty i pociąga chłód na wskróś przejmujący człowieka. Pomroka idzie niewidzialnemi falami, pełznie po zboczach wzgórz, wciągając w siebie jałowe barwy ściernisk, wykrotów, osypisk, głazów.
Na spotkanie fal mroku wstają z bagien inne, białawe, przejrzyste, ledwo — ledwo widzialne, czołgają się smugami, kłębami okręcają się dokoła zarośli, dygocą i miętoszą ponad wód powierzchnią. Zimny powiew wilgoci mięsi je, tłucze po dnie doliny, rozciąga na płask, jak postaw zgrzebnego płótna.
— Mgła idzie... — szepce Walkowa.
Jest to ta chwila zmierzchu, kiedy wszystkie kształty widoczne zdają się rozsypywać w proch i nicość, kiedy rozlewa się nad powierzchnią gruntu szara próżnia, zagląda w oczy i uciska serce jakąś nieznaną zgryzotą. Walkową strach ogarnia. Włosy jeżą jej się na głowie i mrowie przechodzi po skórze. Mgły idą, jak żywe ciała, podpełzają do niej chyłkiem, zabiegają z tyłu, cofają się, czają i znowu ławą suną coraz natarczywiej. Kładą na niej wreszcie wilgotne swe ręce, wsiąkają w ciało aż do kości, drapią w gardzieli i łechcą w piersiach. Wtedy przypomina jej się dziecko. Od południa go nie widziała: śpi samo jedno w zamkniętej izbie, w kolebce lipowej zawieszonej u stragarza na brzozowych wiciach. Płacze tam pewno, zachłysta się, łka... Matka słyszy ten płacz przedziwny, żałosny, jak pisk kani na pustkowiu. Rozlega się on w jej uszach, nęka jakieś jedno miejsce w mózgu i drażni w sercu. Przez cały dzień nie myślała o niem, bo twarda robota rozprasza wszelkie myśli, unicestwia je prawie i mąci, ale teraz strach wieczorny zniewala ją do skupienia się, zaczepienia myślami o tę kruszynę...
— Walek — mówi trwożliwie, gdy chłop taczki przyciągnął, — polecę do chałupy, naskrobię ziemniaków?...
Gibała nie odpowiada, jakby nie dosłyszał, zabiera taczki i rusza, przysiadając, jak wór żyta na wadze dziesiętnej. Gdy powrócił, kobieta błagała znowu:
— Waluś, polecę?
— Ej... — mruknął od niechcenia.
Zna ona jego gniew, wie, jak on umie chwycić pod żebro, zebrać w garść skórę, trząsnąć raz, drugi, a potem cisnąć człowiekiem, jak kamieniem między szuwary. Wie, jak on potrafi zedrzeć jej szmatkę z głowy, omotać sobie pięść włosami i przewlec struchlałą kobietę kawał drogi, albo w zapamiętałości wyrwać z błota rydel i ciąć przez łeb bez namysłu — zabije, czy nie zabije.
Ale nad bojaźnią kary góruje niecierpliwa troska, podniecająca aż do bólu. Chwilami baba zamierza uciec: tylko się na bałyku zsunąć w wąwozik, skoczyć przez strugę, a potem po roli, po zagonach, na przełaj! Schylając się i napełniając taczki, leci myślami, skacze jak łasica, wyczuwa już prawie ból, gdy boso biedz będzie po ścierniach, zarosłych drobną tarniną i jeżynami... Te ostre kolki kłują jej nietylko nogi ale przebijają serce. Dopada chaty, odmyka zasuwę drewnianym kluczem, bije jej na twarz ciepło i zaduch izby — spina się do kolebki... Zabije ją Walek, gdy przyjdzie do chaty, skatuje — a to i cóż, to tam już potem...
Skoro jednak Walek wynurzy się ze mgły, ogarnia ją lęk jego pięści. Znowu się modli pokornie, aczkolwiek wie, te jej ten zbój nie puści.
— A tam dziewucha może uświerkła...
Nie odpowiedział nic, zrzucił z ramion szelkę od taczek, zbliżył się do żony i wskazał ruchem głowy palik, do którego muszą dziś dokopać. Potem ujął za rydel i zaczął raz za razem narzucać szlam na swoje taczki. Robi to zapamiętale, szybko bez tchu. Narzuciwszy pełne taczki, pchnął je, biegnąc cwałem i rzekł na odchodnem:
— Pchaj i ty swoje, próżniaku...
Pojęła to łaskawe ustępstwo na rzecz jej miłości, tę grubiańską dobroć, tę twardą i surową jakby pieszczotę, bo jeśli narzucają ziemię oboje, robotę można skończyć daleko prędzej. Naśladowała teraz szybkie i skwapliwe jego ruchy, jak małpa, narzucała błoto cztery razy szybciej, — już nie mięśniami, nie z chłopską rozważną ekonomią wysiłku, ale mocą nerwów. W piersiach jej rzężało, pod powiekami migały jaskrawe kolory, mdliło w piersiach i leciały z oczu łzy gorzkie, grube, łzy bezmyślnego bólu — w ten gnój zimny i cuchnący. Co wbije w ziemię rydel, to spojrzy, czy do palika daleko; gdy ładunek gotowy, chwyta taczki i biegnie w «dyrdy», naśladując chłopa.
Mgły wspięły się wysoko, zawlekły szuwary i nad szczytem olszyn murem nieruchomym stoją. Znać w nich drzewa, jak plamy nieokreślonej barwy, dziwacznie wielkich kształtów, a nędzarzy, biegających w poprzek rozdołu, jak jakieś potwornie ogromne widziadła.
Głowy ich opadają na piersi, ręce wykonywują ruchy jednostajne, kadłuby zginają się ku ziemi...
Kółka taczek turkoczą i skwierczą, fale podobne do rozcieńczonego wodą mleka, kołyszą się między wzgórzami czarnemi.

W głębinie niebios roznieciła się gwiazda wieczorna, płonie drżąc i ciska w poprzek mroków ubogie swoje światełko.


„COKOLWIEK SIĘ ZDARZY —
NIECH UDERZA WE MNIE...“
Sofokles.  «Edyp-król».


Na łóżku, oznaczonem liczbą 24, w najbardziej ciemnym kącie sali, leżał od kilku miesięcy trzydziestoletni może parobek folwarczny. Nad wezgłowiem łóżka kołatała za każdem poruszeniem się chorego czarna, drewniana tablica z napisem: caries tuberculosa... Amputowano biedakowi nogę powyżej kolana, wskutek suchotniczego gnicia kości. Chłop był bezrolny, kartoflarz, z kartoflarzów pochodził. Miał we dworze służbę, ożenił się był przed trzema laty, chłopaka o konopiastej czuprynie się dochował, — aż oto, ni z tego, ni z owego, zabolała go noga w kolanie i pootwierały się ranki. Dał dobry człowiek furmankę do miasta i odstawiono chudziaka na koszt gminy do szpitala.
Tamto jeszcze pamiętał dobrze, jak jedzie w odwieczerze jesienne z kobieciną swoją w paradnym wasągu z półkoszkami, jak se popłakują oboje ze strachu i żałości — i co se zapłaczą, to przegryzą jajkiem, ugotowanem na twardo, — a potem to już tylko jakaś niezmierna szarzyzna, niby mgła, nie mgła...
Dnie szpitalne bez różnicy, bez odmiany, znikły mu z pamięci, tworząc jakby niezgłębioną wyrwę w życiu, — tylko smutek nieodmienny przez ciąg tylu miesięcy przygniatał mu duszę z taką nieubłagalną i brutalną siłą, z jaką płyta kamienna przygniata mogiłę. Przez tę mgłę pamięta półjasno dziwne dziwy, jakie z nim wyrabiano: kąpanie, głodzenie, zapuszczanie w rany drucików aż do kości, — potem operacyę, jak niosą go na salę, między panów, ubranych w fartuchy, krwią zbroczone — i to dziwne, nieustraszone męstwo pamięta, jakie go podparło tej godziny, niby ręka miłosierdzia.
Przed operacyą, patrząc na szereg zjawisk, budzących wstręt, — snuł i on z głębi prostej swej duszy nić rozmyślań, jakie snuć uczy ta największa na ziemi mistrzyni: — wspólna sala w szpitalu. Po operacyi wszystko zasłoniło znużenie śmiertelne i niechęć. Zimno mu było ciągle, a około południa i nad wieczorem zaczynało w czaszce coś ciążyć, niby kula kamienna, i szły od kuli do nóg strumienie mrozu. Od palców znowu zdrowej nogi ciągnęły ku czaszce fale rozmarzającego ciepła. Myśli, jak kropelki żywego srebra, chyżo zlatywały w jakiś kącik mózgu, i podczas gdy leżał skurczony w kałuży potu, podczas gdy powieki opadały same — nie na sen, lecz na bezwładność, — napastowały go dziwaczne, półsenne widziadła.
Oto znikało wszystko i zostawała tylko szara, nieujęta, przesycona zapachem chloroformu przestrzeń, napół rozświetlona przez znikome i rozproszone światło, podobna do wnętrza niezmiernego ostrokręga, jaki się tuż zaczyna i jak lej bez miary leży na ziemi. Tam, w niesłychanej oddali, gdzie się zwęża wierzchołek, istnieje biała plamka świetlista: tamtędy się wychodzi... Idzie do tej szczelinki dniem i nocą po nieskończonej linii spiralnej, obiegającej wewnętrzną powierzchnię lejka, idzie przez mus, przez wysiłek, jak ślimak, choć się zrywa w nim coś, jak kwiczoł, zaczepiony nogą w sidle, choć trzepocą w nim niby skrzydła ptasie. I nie może podlecieć wyżej, jak na długość sidła i ciągle spada, a spada... Wie, co z onej szczelinki widać. Tylko nogą stąpić — miedza idzie na niwce pod lasem, gdzie były jego własne cztery zagony kartofli. I śni mu się, podczas gdy się wyrywa mechanicznie ze swej próżni, — czas kopania. Cicho tam pod lasem, jest jesienna przejrzystość przestrzeni, co zbliża z odległości przedmioty i daje je widzieć wyraźnie. We dwoje z kobieciną kopią piękne, jak kocie łby, ziemniaki. Na wzgóreczku, na ścierni, pastusi zebrali się w gromadkę, workami się pookręcali, poskurczali bose nogi, jałowcu suchego nanieśli, zapalili ognisko i wygrzebują patykami z popiołu pieczone kartofle. Dym w powietrzu pachnie, jałowcowy, wonny...
Gdy bywał zdrowszy, trzeźwiejszy, gdy go nie tak dokuczliwie męczyła gorączka, wpadał w bojaźń, w trwogę przeraźliwą zdruzgotanych i zamęczonych. Jestestwo chłopa skupiało się pod jej uciskiem w wielkość tak małą, jak ziarnko szaleju, i zlatywało, gnane przez nagłe przesądy, przez jakieś dźwięki przeraźliwe, roztrącając się o gzemsy próżni bezdennej.
Nareszcie zaczęła się goić rana na nodze i gorączka ustąpiła. Dusza biedaka powróciła, jakby z tamtego świata do pierwotnego jej stanu, do rozmyślań nad tem, co przesuwało się przed jego oczyma. Lecz jakże się zmienił rdzeń tych rozmyślań! Dawniej była to litość, wyrastająca ze wstrętu, — teraz była to nienawiść skaleczonego zwierzęcia, gwałtowne pragnienie odwetu, wściekłość, obejmująca drapieżnym uściskiem zarówno tych nieszczęśliwych, którzy leżą obok, jak i tych, co go okaleczyli. Co więcej zrodziło się i trwało, nie ustając w jego sercu, niby skowyczenie, z którem w zapamiętałym pościgu biegły jego myśli, doszukując się tej mocy, co nań wyrok wyda.
Ten stan nękania samego siebie trwał długo i wzmogło się rozjątrzenie duszy.
Aż oto pewnego razu zauważył, że zdrowa noga drętwieje mu i puchnie w kostce. Gdy chirurg naczelny odbywał codzienną wizytę poranną, chłop zwierzył mu się ze swą obawą.
Lekarz badał jego wyschnięte, zwiędłe ciało, przeciął nieznacznie nabrzmienie, zobaczył, że sonda sięga do kości, strzepnął palcami i spojrzał ze smutkiem zagadkowym w oczy parobka.
— Źle, bracie, z tobą! Trzebaby drugą nogę... uważasz także... tego. A tyś kiepski. Leż sobie tu, tu ci będzie lepiej, niż w chałupie, jeść ci dadzą...
I odszedł w towarzystwie asystentów. Od drzwi powrócił jeszcze na chwilę, nachylił się nad chorym i nieznacznie, aby nikt nie widział, przesunął pieszczotliwie ręką po jego głowie.
Chłopa zamroczyło, jakby go znienacka bijakiem cepów ugodzono w ciemię. Zamknął oczy i leżał długo, — aż nastała w nim cisza nieznana.
Jest w duszy ludzkiej kryjówka zaczarowana, na siedm zamków zamknięta, a nie otwiera jej nikt i nic, tylko wytrych złodziejski mściwego nieszczęścia.
Sofokles nazwał kryjówkę tę po imieniu przez usta oślepiającego się Edypa... A kryje się w niej dziwna rozkosz, słodka konieczność, największa mądrość.
Cicho leżał chłopowina ubogi na swym tapczanie i szedł po duszy jego jakby Chrystus po bałwanach wzburzonych morza, uśmierzając burzę...
Odtąd przez długie noce, przez dnie plugawe patrzył na wszystko jakby z niezmierzonego oddalenia, z dobrego miejsca, gdzie jest cicho i niewymownie dobrze, skąd wszystko wydaje się małe, trochę zabawne i głupiutkie, lecz godne miłości.

— A niech-ta, niech-ta, — szeptał do siebie, — niech-ta Pan Jezus da ludziom... Nie bój się! i mnie ta niezgorzej przecie...


NA POKŁADZIE...


Na pokładzie statku, dążącego z Brunnen do Fluelen tłoczyło się wielu turystów. Byli tam przedstawiciele narodowości francuskiej, włoskiej, angielskiej i innych. Świt roztoczył się nad górami i ogarnął tę całą krainę, jak niewymowne wzruszenie. Kopuła Urirothstock stała wśród nocnych obłoków, niby tajemniczy przybytek w dymie kadzideł. Na prawo i na lewo lśniły się pod słońcem szczyty lodowe. W głębi, u samych wód szukała jeszcze kryjówki noc, zewsząd wygnana. Świerki, leszczyny i brzozy nad brzegiem tuliły ją między siebie, ile mogły. Zniżały gałęzie aż do samej wody i, oniemiałe z podziwu, patrzyły we własne odbicia, rodzące się w głębokiej topieli. Długa zatoka, jakby martwa, nieruchoma, fijołkowa tafla leżała pod znikomym tumanem. Błędne i wiotkie mgiełki wstawały z przezroczystych nurtów i chodziły nad wodami. Widziało się, że daleko, daleko, w zamroczonej, niebieskiej dolinie tułają się i krążą nad leżącem w ciszy jeziorem cienie i widma wyśnione przez Schillera, który tu marzył.
W pewnej minucie, na jednostajnej barwie odmętu wynikła przedziwna, jasnozielona plama o brzegach mocno zarysowanych i mknęła chyżo, niby swobodna łódka Tellowa. Statek, nurzając się w toń, wstrząsał jej uśpioną powierzchnię i ciągnął za sobą jakby obwisłe skrzydła z fal rozkołysanych. Te lśniące, błyskotliwe, małe fale szły wstecz, coraz wolniej, ku czarnym brzegom, pieszcząc się wzajem jedne z drugiemi.
Cały przód pokładu pełen był dzieci szwajcarskich. Mieściła się tam szkoła z jakiejś wioski kantonu Appenzel, odbywająca zwyczajną wędrówkę letnią w poprzek swego kraju. Byli to chłopcy i dziewczęta różnego wieku, synowie i córki rolników i drobnych mieszczan, pastuchów i kupców, robotników i służby, dorobkiewiczów i nędzarzy. Wszyscy byli już dosyć znużeni, ogorzali, pyłem okryci. Przewodniczył im nauczyciel, hajb z ruchami parobka, o twarzy piegowatej, ordynarnej, zarosłej bezbarwnym włosem. Było jednak w tem obliczu coś, co wyróżnia pedagoga tamtejszego z tłumu. Malowało się na niem przyzwyczajenie do mówienia prawdy otwartej i nieskażonej, zawsze i wszędzie. Ten mus, ten piękny owoc wysokiej kultury zmywa w ciągu lat, jak niestrudzona woda rogatą glebę, przywary indywidualnego charakteru, wrodzone brzydoty temperamentu i znaczy twarze dziwnym uśmiechem, jaki oglądać można chyba tylko na starych płótnach Bernardina Luini’ego. Są to naiwne twarze, które kłamać nie umieją.
Szkoła taka, gdzie się da, maszeruje, miejscami jedzie koleją, albo płynie na statku. W okolicach północnych zwiedza fabryki, świetne warsztaty, muzea, kościoły, piękne miasta nad jeziorami, siedliska życia, wiedzy i pracy; odludne wioski, stare ruiny i wreszcie martwe pustynie na wysokich górach, gdzie ponury lodowiec śpi w milczeniu wiekuistem. Starsi gromadzą w swych zielonych pudełkach zioła i owady, — młodsi na polach Näfels, Morgarten, Sempach słuchają wykładu zdarzeń i uczą się legend, które są jakby westchnieniami ludzkości.
Gdy przekroczą wysoki szczyt gotardzki, gdy zstąpią do pięknej doliny Tessinu, ludzie mówiący językiem obcym, Włosi czarni a żywi przyjmą ich z otwartemi ramionami — są to bowiem ich bracia.
Gdy po długiej wędrówce znajdą się w smutnej dolinie Rodanu, w miejscach gdzie ludzie mówią po francusku, i tam przyjmą ich z miłością, są to bowiem ich bracia.
Gdy statek wymijał Grütli, rozległ się piękny śpiew tych dzieci. Zwróceni twarzami do wyniosłego urwiska nieśmiertelnej skały, śpiewali:
Von ferne sei herzlich gegrüsset, du stilles Gelände am See...[1]
Obcokrajowi pasażerowie skupili się dokoła małych śpiewaków i z przyjemnością słuchali zgodnego chóru. Tu i ówdzie wymykało się z tłumu słowo pochwały. Jakiś Niemiec z cicha bił oklaski, jakaś szczupła dama ze wzruszeniem szepnęła do towarzysza: oui, c’est beau... Pergaminowa twarz Anglika mieniła się rzewnym uśmiechem. Na uboczu stało kilku młodych ludzi. Oblicza ich były bardzo smutne, a źrenice zasłonięte łzami.



O ŻOŁNIERZU TUŁACZU

Dr. Rafałowi Radziwiłłowiczowi
przesyła na pamiątkę
Autor.
I.

Skoro świt, a nim grube mroki pobladły w dolinie, stukano do drzwi mieszkania, zajętego w gospodzie zum Bär na kwaterę dowódcy. Gudin zepchnął w tej chwili nogą pierzynę, wyskoczył z łóżka i rozebrany poszedł drzwi otworzyć. Stanęło w nich i zwolna weszło do izby kilku oficerów w kostyumach, narzuconych niedbale, oraz sierżant jednej z kompanii trzeciego batalionu. Generał wlazł na wysokie posłanie łóżka, usiadł w kuczki i zwrócił się do sierżanta, który, wyprężony jak struna, zginał kark, żeby nie uszkodzić pompona przy kapeluszu, zawadzającego o stragarz powały niskiego pokoju.
— No i jakże, byłeś? — zapytał, wycierając oczy.
— Byłem, obywatelu generale, z sześcioma ludźmi. Gdzie się rzeka zakręca...
— Co rzeka! Widziałeś ich? — zawołał porywczo i z niepokojem.
— Zdaleka...
— Któż to był? Szyldwachy?
— Widzieliśmy szyldwachów, ale także i regularnych.
— Gdzież oni byli?
— Kilkunastu żołnierzy paliło ogień przy jeziorach na dole, inni wspinali się ścieżką, a na samej górze przechadzało się kilku szyldwachów.
— Czy was spostrzegli?
— Tak, obywatelu generale... — szepnął sierżant nieśmiało.
— Widziałeś schronisko Grimsel-Hospiz?
— Nie, obywatelu...
— Więc gdzież ty byłeś, u licha, jeżeliś nawet tam nie doszedł?
— Schronisko musi być za wałem. Ten wał jest jakby groblą jezior, które tam leżą i któreśmy zdaleka widzieli.
Generał zamilkł i usiłował odnaleźć te same punkta na mapie, rozłożonej obok jego łóżka. Oficerowie, skupieni przy jednem z okien, rozsunęli perkalowe firanki, ale niewiele światła weszło do izby, gdyż brzask jeszcze nie tknął cieniów, schowanych w podwórzach i zaułkach między domostwami.
Ktoś skrzesał ognia i zatlił małą świeczkę łojową.
— Dziękuję... — rzekł Gudin półgębkiem, nie podnosząc głowy. Po chwili bystro wejrzał na sierżanta i głośno, z szyderstwem zawołał:
— Czy to prawda, co opowiadają naoczni świadkowie i znawcy, że te pozycye są nie do zdobycia? Czy prawdą jest, co powiadają, że nasze francuskie męstwo nic tu nie poradzi, że nasz francuski geniusz w kpa się tu zamieni, że białe Austryaki zarzucą nas z tych gór swemi pochyłemi bermycami, — powiedz, Râteau...
— To jest miejsce nie do zdobycia — rzekł sierżant posępnie.
W grupie oficerów przemknął się szept bardzo cichy. Generał zwolna podniósł głowę i zmierzył okiem pełnem nienawiści kapitana, stojącego we framudze drugiego okna.
— Czy pozwolisz mi, obywatelu generale, zadać sierżantowi kilka pytań? — rzekł ten oficer ze spokojnym uśmiechem, w którym zamknięte było jadowite szyderstwo.
— Uprzejmie proszę... — rzekł Gudin.
— A więc to prawdą jest, co powiadają, — zwrócił się kapitan do sierżanta, — że, stojąc na Grimsel, nieprzyjaciel zasypałby nas nie bermycami, ale stosami kamieni? Że byłby w możności nędznie zatłuc nas, wdzierających się pod górę, jak niegdyś chłopi ze Szwycu zgruchotali przodków tych białych Austryaków pod Näfels, z taką wszakże różnicą, że my szlibyśmy na górę pewni nietylko śmierci, ale także hańby naszego geniuszu... Râteau! — rzekł kapitan głośniej. — Ty wiesz, że ja się nie boję...
— Słyszałem, obywatelu Le Gras, że pragniesz zadać sierżantowi jakieś tam pytanie... — rzekł Gudin.
— Tak. Pragnę mu zadać kilka pytań. Jak długo szliście od miejsca, gdzie się dolina zwęża — do jezior?
— Szliśmy — rzekł sierżant — chyba ze trzy godziny.
— Jaka jest na tej przestrzeni szerokość doliny?
— Ze ścieżki, po której szliśmy, dorzucałem w najszerszych miejscach kamieniem do drugiej ściany wąwozu, a prawie wszędzie cały spód jego zajmuje rzeka.
— Wszak prawda, że w pewnych miejscach ścieżka idzie na wysokości kilkuset metrów?
— Nie inaczej, obywatelu-kapitanie.
— Że na tej ścieżce może obok siebie postępować najwyżej dwóch ludzi?
— Tak jest, obywatelu.
— Że zanim w pięć batalionów zdołamy dotrzeć do jezior, już Austryacy, ukryci za skałami mogą wystrzelać połowę naszej kolumny, idącej dwójkami?
— Tak myślę...
— A czy przez szkła widziałeś ścieżkę, od jezior prowadzącą na Grimsel?
— Dostrzegłem ją, obywatelu.
— I dlatego mówisz nam, że miejsce jest niezdobyte?
— Tak jest.
Oficer skłonił się generałowi i rzekł do niego:
— O te jedynie szczegóły rozpytać się pragnąłem.
— Obywatele! — powiedział niedbale Gudin, zwracając się do wszystkich — wyruszamy dziś i to niezwłocznie dla zdobycia szturmem przejść: Grimsel, Furka, Gotthard....
— I Monte Rosa... — szepnął kapitan Le Gras tak cicho i niewyraźnie, że te dwa słowa mogły bardzo dobrze uchodzić za kaszel.
— Plan operacyi całej wydany został w kwaterze głównej. Podpisał go Massena. Uruchomiliśmy 27 termidora 30 tysięcy wojska. Bracia nasi walczą w tej chwili na śmierć i życie. Idą w górę Reussu, uderzają na przejście zum Stein, aby spaść do doliny Meyen, biją się w dolinie Rodanu, a my śmieliżbyśmy leżeć bezczynnie, tutaj w Gutannen? Zwyciężymy, czy zginiemy od kamieni, od kul, od bagnetów, ale pójdziemy zdobywać tę górę, chociażby z jej szczytu strzelano do nas piorunami! Z przyjemnością przedstawiłbym wam plan całej naszej wyprawy, ale brak mi czasu. Zanim się ubiorę, chciałbym wyłożyć ten plan w obecności, dajmy na to kapitana Le Gras. Może zechce tu również zostać jeszcze podpułkownik Labruyère...
Oficerowie i sierżant gromadnie wyszli ze stancyi. Gudin zerwał się z łóżka i, wdziewając pośpiesznie swój uniform, rozkładał mapy, wskazywał linie operacyjne pochodu, wyznaczone czerwoną barwą — i szybko wykładał:
— Wiadomo... — mówił — że arcyksiąże Karol zajmuje swemi wojskami olbrzymi łańcuch pozycyi: od Simplonu i mieściny Brieg w dolinie Rodanu — aż do Zurichu. Ma on do rozporządzenia 78 batalionów piechoty, 85 szwadronów jazdy, czyli 64.613 żołnierza i 13.299 koni. Posiada wszystkie przejścia i wszystkie drogi środka Alp, więc: Grimsel i Furka, dolinę Urseren, Teufelsbrücke, całą dolinę Reussu aż do jeziora Czterech Kantonów wraz z dolinami napoprzek do niej idącemi, — więc z Meyen i z Issi; dalej: — rozdół Szwycu, płaskowzgórze Einsiedeln z przełęczą Etzel, dolinę Sihlu i Zurich. Uderzamy na nieprzyjaciela ze wszystkich stron, mamy wyprzeć go ze wszystkich stanowisk, porozcinać go na grupy, rozerwać ich łączność — i wygnać, — zanim tamci nadciągną. Thurreau uderzy na brygadę Straucha w dolinie Vallais, my wstąpimy na Grimsel, wyrzucimy nieprzyjaciela z pozycyi u źródeł Rodanu i weźmiemy go we dwa ognie, ażeby zmuszony był uchodzić na włoską stronę, którędy mu się żywnie podoba. To uczyniwszy, zajmiemy przejście Furka, dolinę Urseren, Urnerloch, Teufelsbrücke i dolinę Reussu... Wiadomo — mówił, ożywiając się i gwałtownymi ruchy wskazując na mapę, że rozstaliśmy się w Interkirchen z generałem Loison i że ten dzielny człowiek poprowadził swe dwa bataliony i trzy kompanie w dolinę Gadmen, skąd ma wstąpić nad Steinen, wysadzić nieprzyjaciela z pomiędzy lodów i zejść przez Meyen-Thal do Waasen. Daumas idzie z Engelbergu, ażeby przez Surenen wejść do wąwozu Reussu. Z czoła, od Fluelen uderzy na Austryaków sam Lecourb. Chciejcież zważyć, że los operacyi od nas zależy! Jeżeli obierzemy Grimsel, to zadajemy cios nieprzyjacielowi w samo serce, bo zdobywamy czworobok, który tu oznaczyłem czerwoną linią. Czworobok ten idzie: z Interkirchen do Waasen, z Waasen do Teufelsbrücke, stamtąd do Furka i Grimsel a z Grimsel do Interkirchen. Dopóki nieprzyjaciel ma Grimsel i Urseren, — niceśmy nie wygrali, może bowiem siedzieć w tych miejscach, jak w fortecy i mieć połączenie z doliną Tessinu przez Gotthard, a z Chur przez dolinę Renu. Tymczasem obywatel Le Gras uważa wyprawę na zdobycie tej głównej pozycyi za coś tak błahego, że śmiał wobec połowy oficerów kolumny, ba! wobec sierżanta — drwić ze słów moich. Gdyby nie to, że dziś idziemy, powinienbym cię, obywatelu, natychmiast skazać na śmierć...
— O!... — mruknął Le Gras, przymykając swe piękne oczy.
— Tak! — zawołał Gudin, — niesubordynacya dosięgła takiego stopnia, że oficerowie drwią z generałów, że prości żołnierze mruczą, gdy się wydaje rozkazy...
— Generale! — szepnął Le Gras, — niesubordynacya idzie jeszcze dalej: żołnierze nietylko wyrzekają, ale nawet nie jedzą po całych dniach.
— Ja im w tych górach obiadu nie stworzę!...
— Oni też nie liczą na sztukę stwarzania i w sposób idyliczny rabują szwajcarskie wsie i mieściny. Przyszli z jednej i niepodzielnej rzeczypospolitej, mieli przynieść na ostrzu bagnetów braterstwo i inne przysmaki, tymczasem wnieśli tu przemoc i gwałt, a zostawiają, jako ślad swego pochodu, — ruiny i popioły. Cóż to uczyniliśmy z Meiringen, z Interkirchen?
— Kogo śmiesz pytać, obywatelu? — wrzasnął Gudin.
— Generała, który ma prawo skazać mię na śmierć i rozstrzelać. Jestem nieznanym oficerem, jestem tak dalece pozbawionym koligacyi, że nie mam nawet stryja, któryby mię protegował... Istotnie! jestem z motłochu. Widziano mię wśród sankiulotów za dni wrześniowych. To też, kiedy generał brygady Cezar Karol Stefan Gudin de la Sablonnière zapytuje mię.
— Nie odpowiadam na podobne zaczepki! — rzekł dumnie generał, bokiem odwracając się do hardego kapitana i wydymając usta. — Nie stryj mię proteguje, lecz ja sam siebie! Byłem na San Domingo w armii Ardenów pod Ferrandem, byłem w armii północnej i w reńskiej, byłem w Niemczech pod Moreau, krwią i ranami zdobyłem szlify w dolinie Kintzig...
— Kapitan Le Gras pragnie złożyć plan operacyi, której celem jest zdobycie Grimsel — rzekł wolno i ozięble podpułkownik Labruyère, mężczyzna ogromnego wzrostu, z wielką, wygoloną twarzą, obwisłą dolną wargą i posępnie mądrym wyrazem oczu. Milczał on dotąd, jak gdyby sprzeczkę toczono w języku, którego wcale nie rozumiał, i z wyrazem absolutnej obojętności badał swe paznogcie.
— Kapitan Le Gras? — rzekł generał, potężnym aktem woli tłumiąc w sobie rozszalałą pasyę i usiłując zagasić blask nienawiści w spojrzeniu. — Słucham... co za plan?
— Wczoraj nad wieczorem — zaczął mówić Le Gras — wracając z rekonesansu, po zbadaniu całej wyższej części doliny Hasli, za zbliżeniem się do wodospadu Handeck, spostrzegłem chłopa, który na zboczu góry kosił trawę. Dałem znak grenadyerom i zbliżyłem się na ich czele do podnóża tak ostrożnie, że Szwajcar nas nie dostrzegł. Zakomenderowałem pocichu, i czterech żołnierzy na cel go wzięło. Wówczas krzyknąłem, rozkazując, żeby schodził do nas bez zwłoki. Chłop oniemiał z przerażenia. Wprędce zsunął się po stromej pochyłości i stanął przed nami wylękły. Zacząłem go badać, skąd jest i co tam robił. Jest to gospodarz stąd, z Gutannen, nazywa się Fahner. Dowiedziawszy się, że idziemy z Interkirchen w górę Hasli, uciekł pospołu z innymi mieszkańcami tej wioski z bydłem i dobytkiem — w nagie góry. Na zapytanie, gdzie się obecnie ci mieszkańcy znajdują, wskazał mi ręką jakieś wertepy pod szczytami. W istocie — odgłos dzwonków, które pasterze tutejsi przywiązują do szyi krów i kóz, słyszałem niezmiernie wysoko. Począłem ściśle rozpytywać tego chłopa o ścieżki i drogi górskie, gdyż niepodobieństwem mi się wydawało zdobycie przełęczy od frontu, — jak to już raz zresztą miałem honor wczoraj zaznaczyć w twojej, obywatelu generale, przytomności.
Po długiej indagacyi udało mi się wydusić z niego oświadczenie, że stąd na Grimsel można przejść nietylko dołem, nietylko brzegiem Aaru, jak tego żąda czerwona linia, ale także i górą po szczytach. Wziąwszy tę okoliczność pod uwagę — mówił Le Gras — przyszedłem do wniosku, że zamiast wdzierania się na przełęcz z dołu, po gładkich ścianach, w szacie, co prawda, geniuszu francuskiego, ale także wśród gradu kul i zepchniętych urwisk, — może byłoby wygodniej przebyć łańcuch górą, stamtąd niby z obłoku, zwalić się na nieprzyjaciela i wziąć szponami cały jego obóz, jak orlik bierze gniazdo trznadlów...
Gudin usiadł na krzesełku, przywalony niezmiernym ciężarem tej wiadomości. W gardle mu tak zaschło, że nie był w stanie słowa przemówić. Cierpiał nieznośnie, dostrzegając bez wzniesienia powieki, że Le Gras patrzy na niego i że się od niechcenia, z pobłażliwością uśmiecha.
— Gdzież jest ów chłop? — zapytał nareszcie dowódca.
— Trzymam go pod strażą w izbie, przeznaczonej na moją kwaterę. Rozmawialiśmy z nim w nocy. Właśnie podpułkownik...
— Czy istotnie zna ścieżkę, po której mogłoby przejść pięć batalionów wojska?
— Mówi, że góra w pewnem miejscu jest dostępną. Jest to, rzecz naturalna, przeprawa ogromnie trudna. Trzeba iść po lodowcu...
— Ach, więc tak... — rzekł Gudin, aby tylko coś powiedzieć.
— Stamtąd możemy odrazu wstąpić na Furkę, czy zejść wprost do Urseren. Chłop zgodził się przeprowadzić nas aż do Grimsel. Kiedy go pytałem, jakiejby za to żądał nagrody, wyraził życzenie. Pragnąłby otrzymać na własność łąkę, leżącą z prawej strony Aaru u wejścia do ciasnego Hasli. Nie wiem, czy postąpiłem roztropnie: przyrzekłem mu...
— Przewodnik zostanie sowicie wynagrodzony, jeżeli zasłuży. To się zobaczy... Cokolwiekbądź i którędykolwiek, — idziemy — rzekł generał, przybierając minę tęgą. — W każdym razie pragnąłbym zobaczyć tego człowieka i sam z nim pomówić. Za chwilę będę panom służył. Chciejcie obwieścić pochód.
Obydwaj projektodawcy opuścili mieszkanie generała i wśród tłumu wojska przeszli do obszernej chaty, stojącej w pobliżu protestanckiego kościoła. Tam właśnie pojmany Fahner siedział, strzeżony, jak oko w głowie przez kilku żołnierzy. Dwaj oficerowie jęli zadawać mu nowe pytania, na co Fahner odpowiadał straszliwą francuszczyzną. Nim zdołali pojąć to wszystko, co im prawił, i zakreślić na mapie miejscowości, które nazywał, dały się słyszeć gromkie okrzyki, zwiastujące, że dowódca już wyszedł. Przerwano tedy rozprawę i Fahner w otoczeniu żołnierzy, na których czele szedł Le Gras, wyprowadzony został z izby. Przede drzwiami hotelu na wybrukowanem wzniesieniu stał Gudin. Pióra i szerokie galony na jego trójgraniastym kapeluszu, haft na wysokim odwiniętym kołnierzu i na szerokich klapach fraka — mimo półcienia — błyszczały tak uderzająco, że Fahner odrazu poznał wodza i zdjął kapelusz. Zdumiewała go tylko młodość tego naczelnika. Gudin miał lat dwadzieścia dziewięć.
Długie włosy, czarne jak krucze pióra, spadały pierścieniami na jego ramiona. Piękne czarne oczy uśmiechały się szczerze do wiarusów, pozdrawiających Francyę. Oficerowie tworzyli szeregi, umieszczając na drodze kompanie już gotowe do marszu. Bataliony drugi, czwarty i piąty stały jeszcze w łąkach. Część pierwszego myła się dopiero na brzegu Aaru. Żołnierze czesali swe długie, zakurzone i skudłane włosy, wiązali je w tyle głowy jedni drugim powrózkami w harcopfy, prali koszule i niewysuszone kładli na się z pośpiechem, łatali trzewiki i czyścili karabiny.
Dwa szeregi grenadyerów ubranych wyciągnęły się daleko w opłotki po jednej i po drugiej stronie miasteczka. Czerwone pompony i trójkolorowe kokardy na ogromnych czarnych kapeluszach utworzyły długi szlak barwny; białe skórzane pasy od ładownic i pałaszów, krzyżujące się na piersiach żołnierzy, odbijały wyraźnie od czarnych chustek i granatowych mundurów. Cała ta kolumna była obdarta i wynędzniała. Prawie wszyscy mieli chodaki dziurawe, kamasze bez guzików a wystrzępione, jak mokassiny, spodnie rozmaitej barwy i pochodzenia. Z pod fraków, wyciętych na piersiach półokrągło tuż prawie pod klapami, widniały zamiast kamizelek brudne koszule. Natomiast każdy miał guziki na żabotach i w tyle fraka, spinające zawinięte brzegi pół, wyczyszczone cegłą na czysto.
Gudin w towarzystwie kilku oficerów przeszedł wzdłuż szeregu, a później skierował się ku domostwu, w którego drzwiach stał Le Gras z Fahnerem.
— Oto jest przewodnik, generale — rzekł kapitan, rozsuwając żołnierzy.
Dowódca zobaczył przed sobą mężczyznę wielkiego wzrostu z rękoma i stopami kolosalnych rozmiarów. Rudawy zarost okrywał policzki tego chłopa aż prawie do samych powiek, dawno niestrzyżone włosy sterczały na jego wielkiej głowie, jak pęki trzciny. Duże, łagodne, siwe oczy spoglądały na dowódcę ciekawie, oczy potomka Normanów, którzy, według legendy, przyszli ze Skandynawii, osiedli w Haslithal i zbudowali jej małe mieściny. Fahner miał na sobie podarty kusy spencerek, brudną koszulę i krótkie zgrzebne spodnie. Na nogach miał trepy wystrugane z drzewa, bez przyszwy, podbite szeregiem ćwieków z ogromnymi łbami a przywiązane do stopy sznurkami.
— Czy jest droga stąd na Grimsel, oprócz idącej w głębi doliny? — zapytał Gudin.
— Droga?... Nie, drogi niema.
— A wszakże mówiłeś, że przejść można?
— Przejść można — odpowiedział Fabner. — Tak, przejść można.
— Gdzież jest to przejście?
— Tam... — rzekł chłop, wysuwając się naprzód i wskazując najbliższy szczyt po lewej ręce od Gutannen. Ażeby zobaczyć tę drogę, wszyscy musieli zadrzeć głowy.
— Czy sądzisz, że tamtędy może przejść cała nasza kolumna?
— Czy może? Cała kolumna? Dlaczegożby nie mogła przejść cała kolumna? Dobrze mówię: cała kolumna... Tam przejdzie każdy, kto zna drogę. Kto nie zna i kto jest słaby — ten idzie dołem, a później obok jezior. Komu pilno do Realp, do Hospenthal, albo do Andermatt, taki idzie przez tę wysoką drogę. Kto zna miejsce, bo kto jest słaby w rękach albo w nogach...
— A ty znasz ją, obywatelu?
— Czy ja znam tę drogę? No tak, ja ją znam, tę drogę. Ja tam chodzę, jak każdy inny w Hasli. Teraz śniegi już zeszły, lawiny w tem miejscu się nie trafiają. Dlaczegóż? przejść można, kto zna drogę i kto jest silny... Od wodospadu pójdzie się na lewo do Gelmersee...
— Czy z Grimsel nie dostrzegą nas, gdybyśmy szli tamtędy?
— Z Grimsel? Czy dostrzegą? Jakże to można zahaczyć takiego, co idzie górami? Nie, nie dostrzegą z Grimsel...
Generał zamyślił się i, nie spojrzawszy już na Fahnera, odszedł do swej kwatery. Niebawem kazał sobie podać konia.
Wówczas już oddziały wojska tłoczyły się w opłotkach, zdążając na południe od Gutannen w górę Aaru. Dwa bataliony szły w nieładzie z nad rzeki ku drodze wprost przez łąkę, wbijając w ziemię wyhodowane trawy i maleńkie działki żyta, które dnia tego 14 sierpnia, stało jeszcze niedojrzałe. Na łąkach i na podcieniu górskiem leżał mrok głęboki, ale już granatowy. Wyżej był rozkoszny, ciemny błękit, przez który przebijały się odprysłe promienie i padały na ukos od szczytów niezmiernych krzesanic Nägelisgrätli aż do północnego końca szerokiej doliny. Te drżące, półjasne smugi podobne były do strun jakiejś niezmiernej liry. Same czuby turni stały już w ogniu słonecznym. Lasy u podnóża gór, ledwo w mroku widzialne, siklawy, jak białe nitki snujące się między skałami, dziwne barwy i szerokie powietrze zimnego poranku napełniały serca żołnierzy, oficerów i wodza szczytną fantazyą. Kompanie szły, jak jeden człowiek, mocno, równo, sprężyście, zostawiając poza sobą spustoszoną wioseczkę o szarych dachach domostw i obór. Z ciemnej jego gęstwiny powiał na idących chłód ostro przeciągający. Słychać też było huk donośny. Wkrótce koń Gudina zatrzymał się na wzniesieniu, jak wysoki stopień leżącem w dolinie. Widać było stamtąd piany wodospadu, fruwające między kosmatemi i czarnemi jak noc ścianami świerków. Młody generał tknął konia ostrogą i kłusem dojechał do brzegu rzeki. Stał naprost głównego koryta żółtawo-burych wód Aaru, które tam zlatują nagle do jamy na siedemdziesiąt metrów głębokiej. Z boku do tej samej przepaści skacze z taką furyą, jakby był strzałem wysadzony z ziemi Aerlenbach, potok srebrzysty, ten, co «wody błękitnemi spada», wylęgły w lodach i jeszcze nie zbrudzony mułem ziemi. Z rykiem chwytają się za bary te dwie rzeki w głębinie, zmagają tam, trzaskając łbami o granit. Z czeluści, która wiekuiście wzdycha, wypadają chmurki wodnego pyłu, ogromne banie mgły ledwie widocznej, kołyszą się i błądzą nad dołem to tam, to sam, rozsiewając naokół deszcz drobny i spływając po głazach długiemi smugami, jak łzy cienkiemi. Niżej w kipiących pianach siepią się potworne kłęby, zupełnie jak nagie ciała zdychające w kurczach boleści. Gudin mocno zdarł konia i patrzał w dziwną przepaść. Na widok boju tych pian wspaniałych, myśli jego porzuciły rzeczywistość. Wydało mu się przez chwilę, że widzi tam, pośród pyłu wody znienawidzoną aż do śmierci, chudą, bladą twarz, z długimi kudłami nieporządnej baby i oczami wilka, kościstą twarz Bonapartego ze sztychu Hudges’a, czy portretu Guerin’a. Znowu poczuł w sobie ciosy zazdrości i zachwytu, nienawiści i uwielbienia. Sława czynów chudego Korsykanina nie dawała nm chwili spokoju. Każdy biuletyn wojny włoskiej zatruwał mu pokarm i napój, niby kropla jadu. Kiedy Napoleon odpłynął do Egiptu, Gudin w skrytości ducha i ze drżeniem serca oczekiwał wieści, że zginął tam, że zarżnięty został ten tygrys, który poczynał już kłami i pazurami szarpać świat strupieszały. Ale oto w początkach sierpnia tego, 1799 roku, doszła Gudina wiadomość, że Korsykanin ma wracać. I zaraz ta pogłoska przeleciała nad armiami, jak wrzask wojennej trąby...
Siwy, piękny koń Gudina, połechtany ostrogą, w podskokach wybiegł z lasu na obszerną łąkę, nisko rozłożoną u stóp łańcuchów górskich i zupełnie podobną do placu, na którym stoi Gutannen. Tutaj kończyła się szeroka dolina. W górę szedł stamtąd ciasny wąwóz między stromemi skałami, a na końcu jego widać było poprzeczne górskie sioło: Grimsel.
Bataliony wojska stały już uszykowane na tej łące i nieruchomo spoglądały na wylot szczeliny Hasli i na otaczające turnie. Z prawej strony widać było drożynę, prowadzącą na przełęcz. Była to perć, wybrukowana płaskimi głazami i dobrze ubita. Zbudowano ją w wieku XV, czasu krwawych walk między berneńczykami a chłopstwem z doliny Rodanu, jakie wynikały zazwyczaj z powodu «600 owiec i 20 koni». Drożyna szła odrazu w górę, wysoko nad Aarem, który wypadał z pomiędzy skał na łąkę, jak zziajane i śmiertelnie poranione zwierzę.
Fahner, podążający szybko za generałem, wskazywał ciągle ręką na lewo, gdzie ze szczytu góry zlatywał na samo dno doliny wodospad Gelmerbach. Kapitan Le Gras zbliżył się do Gudina i szpadą wskazał mu kierunek pochodu, mówiąc:
— Zaszedłszy poza łańcuch tych szczytów, znikniemy dla Austryaków na całą dobę. Ujrzą nas aż wtedy, gdy wyjdziemy z za ostatniego, który tam oto widać...
Twarz jego wyrażała niepokój. Bał się, by generał na złość nie uparł się iść doliną Hasli.
— Dwie kompanie pierwszego batalionu — rzekł Gudin wyniośle — udadzą się natychmiast ścieżką w górę Hasli. Ukażą się demonstracyjnie nieprzyjacielowi, stoczą z nim utarczkę, jeżeli to będzie możebne...
W oczach kapitana błysnęła radość i głęboka wdzięczność. Młody dowódca wykonywał jego plan i rozwijał go trafnie.
— W pobliżu jezior jest na Aarze zerwany mostek kamienny... — szepnął jeszcze Le Gras nieśmiało.
— Właśnie... Dwie kompanie pierwszego batalionu zajmą się ostentacyjnie naprawianiem mostku... — rzekł znowu Gudin z taką powagą, jak gdyby bardzo dawno myślał o zerwanym moście, którego reparacya, może służyć za wyborny sposób bałamucenia Austryaków i maskowania czynu istotnego. Po chwili obwieścił zgromadzonym oficerom, że sam uda się w towarzystwie dwóch kompanii doliną Aaru. Wypocząwszy, kolumna ma bez wielkiego pośpiechu wstępować na górę obok Gelmerbachu ścieżkami, które wskaże chłop — przewodnik. Nad jeziorem Gelmersee całe wojsko ma się zatrzymać i czekać.
— Będziecie tam wypoczywali — mówił — dopóki nie przybędę. Mam nadzieję, że zdołam powrócić zanim wszyscy dojdziecie do owego jeziora.
Dwie kompanie uszykowały się i dwójkami poczęły wstępować na ścieżkę. Gudin ze swymi adjutantami wjechał między tłum żołnierzy i posuwał się zwolna. Wkrótce półbatalion znikł w lesie świerkowym, w ostatnim lesie, za którym dalej gdzieniegdzie czepiały się tylko karłowate olszyny i kosodrzewina. Między szczytami Nägelisgrätli strzelały już promienie słońca na przeciwlegle wyżyny. Wielkie, świetliste place blasku skoczyły na czarne pole granitów, na dzikie krzesanice, gdzie już tylko gdzieniegdzie żółty mech połyskuje. Zwolna to światło przybliżało się do rzeki, objęło las świerkowy, wynalazło w nim i zatliło wszystkie krople rosy, wypędziło barwy granatowe rozpostarło inne pełne odmian i cieniów. Za lasem ukazała się w słońcu szybko maszerująca kolumna, podobna z oddalenia do wielkiej piły, która się wrzyna w bok góry. Pióra na kapeluszu Gudina połyskiwały, i każdy ruch jego głowy widać było doskonale. Le Gras, stojąc przed frontem swej kompanii, tłumaczył żołnierzom, w jaki sposób wykonany będzie atak na Niemców. Starzy grenadyerowie, którzy z niejednego już pieca chleb jedli, pojęli go natychmiast i dopytywali się o drobne szczegóły. Młodzi zasięgali informacyi od wyjadaczów, i z osłupieniem szukali oczyma owej drogi na gładkich ścianach górskiego łańcucha. Byli to ludzie z rozmaitych stron Francyi: z pod Pirenejów i z pod Ardenów, Bretończycy i Normandowie, górale i chłopi z równin.
— A wy tam pojmujecie, o co rzecz idzie? — zapytał Le Gras dwóch żołnierzy, nadzwyczaj ciekawie przysłuchujących się temu, co mówił.
Oui, je comprends..! oui — rzekł jeden z nich, wskazując ręką na góry. L’ennemi là, — nous là! Après nous l’ennemi... z tyłu za łeb i kolanem go ścierwę! Vous comprenez? Cały szereg prędkich, gwałtownych i plastycznych ruchów ilustrował doskonale odpowiedź starego żołnierza i zrozumiany został wybornie przez wszystkich.
— To to, tak właśnie! — mówił kapitan ze śmiechem.
— Ty rozumiesz, co gadał?... — zwrócił się ten stary żołnierz do młodszego kolegi, z którym przed chwilą rozmawiał.
— Coś miarkuję, ale jak to to ma być, tego nie mogę...
— Tak, widzisz, będzie. Twoje szwaby siedzą na tamtej górze, co stoi napoprzek — prawda?
— No, juścić prawda.
— Jakby my do nich szli dołem, toby nas przecie kamieniami zafrygały. Tak gadał Legra — i sprawiedliwie. Tak, widzisz bracie, ten stary świcer z Gutanowa, co go Legra wczoraj zajął, ma pokazać drogę niby tędy, miarkujesz?
— A i gdzież tu tędy przejdzie, ogłupieliście? — zaperzył się młody. — To ta i wy rozumiecie, co gadają! Jakże by to wlazł, na takie mury?
— To już nie moja głowa. Mówią, że wlezie. Jakeś stąd patrzał, to się widziało, że żeneral i te dwie kompanie, co z nim poszły, że mówię idą po gładkiej ścianie, jak mucha po szybie, a ona tam przecie jest dróżka — i niezła. Wiesz tera?
— Oj, głupie, głupie ludzie, żeby w takich przecież górach siedzieć! słyszane rzeczy...
— Czekaj, bracie, jak cię jeszcze szwab wytnie w zęby kulką na takim koniuszeczku góry, to se dopiero namachasz kozłów, zanim się roztrzepiesz po kamieniach. Ale co tam!... Rira bien qui rira le dernier... Wiesz co znaczy taka gadka?
— Ij — co mi ta przyjdzie z waszej gadki? Ckliwo mi oto patrzeć na takie...
— Weźże i chlipnij tego czerwonego wińska. Za gorzałkę ono nie obstoi, to jest prawda, ale zawsze człowieka coniebądź otrzeźwi...
Obadwaj pociągnęli z manierki i zakąsili skibką uschniętego chleba. Starszy żołnierz należał do kategoryi wytrawnych lisów. Widział świata niemało i w niejednej wojnie łba nadstawiał. Z Berlina, gdzie się znalazł po ukończeniu pierwszej z tych wojen w jego życiu, poszedł z kilkoma kamratami do Francyi, zasłyszawszy, że się tam tęgo biją i złudzony obietnicą, że tam więcej kamratów znajdzie. Towarzysze rozproszyli się po drodze, on zaś sam dowlókł się do granic francuskich i, poszukując swoich, zapisywał się do rozmaitych pułków z kolei. Tymczasem lata upływały na szukaniu daremnem. Języka się poduczył, nabrał przywiązania do kapitana Le Gras, do kapralów i sierżantów swego batalionu, którzy mu na biwakach różne różności opowiadali. — Został. Ostatnimi czasy, po rozpoczęciu wojny z Austryą, zetknął się ze swojakiem. Był nim jeniec, młody piechur, wzięty w kupie innych Austryaków w potyczce pod Zurichem. Stary wiarus dołożył wszelkich starań, ażeby jeńca namówić do wstąpienia w szeregi francuskie, a władze do przyjęcia go na żołnierza. Gdy mu się to udało, rozpostarł nad przybłędą iście braterską opiekę. Uczył go języka, choć sam ledwo piąte przez dziesiąte mówił i rozumiał, czyścił mu karabin, łatał uniform, zaplatał włosy, wyręczał we wszystkiem i oddawał mu najlepszą część jadła i napitku. Za to wszystko gadał do niego... I młody polubił wiarusa taką mocą przywiązania, jaka tylko na wojnie wyrasta. W ciągu sześciu miesięcy zrośli się ze sobą, jak dwie połowy tej samej kości żyjącego ciała.
Ledwo żołnierze spożyli po kromce chleba, już kapitanowie wywoływali przed kompaniami rozkaz wstępowania na górę. Rozmowy nagle ucichły i kolumna wolno ruszyła z miejsca, jak monstrualny wąż, migając łuską bagnetów i ładownic. Przewodnik, który postępował na czele, wprowadził pierwszy batalion, idący za nim na ścieżkę obok wodospadu Gelmerbach. Żołnierze mieli ciągle przed oczyma białą pręgę wody, zlatującą na dolinę z wysokości stu metrów z górą. Szyk wojskowy rozbił się wkrótce, gdy każdy grenadyer musiał własnym przemysłem odszukiwać sposób wdzierania się na górę. Ścieżka ginęła wśród złomów strąconych kamieni i drzew, a tylko kiedy niekiedy spostrzedz ją było można w postaci głębokich, ślizkich i prostopadle zbiegających wyżłobień w glinie. Na tem zboczu łańcucha wciąż jeszcze leżały cienie. Kroplista rosa, jak śnieg bieliła się na świerkach i trawach. Mokre kosówki wyciągały z gęstwiny swe długie gałęzie i zagradzały drogę żołnierzom. Ludzie szli rzeźko, przejęci ciekawością, co też spostrzegą za krawędzią, z której zlatywał wodospad; — z bezwiedną uciechą wciągali w płuca powietrze czyste i rzadkie i, jak ogromna kompania wesołych turystów, skracali sobie drogę, przecinając ścieżkę zygzakowatą. Cały las u podnóża rozciągnięty wrzał od gwaru, który, wzmagając się ciągle zagłuszył wkrótce jęk białej siklawy. Starsi i młodsi oficerowie nie powstrzymali tego nieładu, sami uniesieni rozkoszą wdzierania się na stromą pochyłość o tak cudownym poranku. Stanąwszy na wierzchołku pierwszej skały, postępujący na czele procesyi ze zdumieniem ujrzeli przed sobą jezioro, staw, nie większy od Czarnego pod Kościelcem w Tatrach. Za tem jeziorem stała rozwarta dolina Diechterthal, pusta, raptownie dźwigająca się do góry, pozbawiona już drzew, a pełna smutnych wałów, osypisk i brył kamiennych, wśród których kipiał dziki potok. Z prawej i lewej strony śmigały stamtąd w górę brunatne, szare i czarne turnie o powierzchniach stromych i gładkich, wypolerowanych przez wody. Tu i ówdzie widać było na nich rysy, żłoby i faliste linie, tajemnicze hieroglify lodowców, które stamtąd przed wiekami odeszły. Nizko na zrębach tych skał wisiały kępy kosodrzewiny, podobne z oddalenia do mchu. Wyżej kołysały się w przestworze pogięte jej gałązki, nie grubsze dla oka od ździebeł trawy.
W pewnem miejscu, wychylając się daleko z pomiędzy dwóch krzesanic, wisiała nad otchłanią krawędź lodowca. Ten gzems, niezmiernie równo wykrajany i gładki, stał w płomieniach słońca, i oślepiająco czysta farba lodu ciskała się w oczy nadchodzącego wojska, raziła je i zdawała się być podobną do niezmiernego miecza, który jakaś ręka podniesiony trzyma.
Kiedy całe wojsko odbywało ten pierwszy etap swej drogi, Gudin szybkim marszem dosięgnął końca Hasli i znalazł się przy zburzonym moście na Aarze. Nie tracąc ani chwili czasu, skoczył na koniu w rzekę i przebył ją szczęśliwie. Kiedy jednak siwy arab wyskoczył na brzeg, koło uszu generała świsnęły kule, a z za wału, zakrywającego dwa jeziora grimselskie wysunął się oddział żołnierzy w białych mundurach. Dwie kompanie Gudina przebyły rzekę i nagłym marszem rzuciły się na Austryaków. Bermyce jeszcze raz dały ognia i cofnęły się w stronę gospody, przy jeziorach stojącej. Gudin nie poszedł za niemi. Odjechał jeszcze dalej na bok w górę rzeki, tam się zatrzymał ze swymi oficerami i począł rozpatrywać miejscowość. Wówczas dopiero zrozumiał, co chciał uczynić, zamyślając zdobywać tę przełęcz. Dolina Hasli tam się kończyła. Zamykała ją poprzeczna góra, na tysiąc stóp wzniesiona ponad jeziorami, a łącząca dwa kolosalne łańcuchy górskie. Grobla ta miała kształt siodła, a boki jej, spadające raptownie, tworzyły amfiteatr, u stóp którego leżały dwa ciemnozielone jeziora. Była to granitowa pustynia, jama z kamieni, miejsce, którego widok przejmował dreszczem, jak myśl o śmierci. Skały tam były nagie, śliskie i tylko u dołu powleczone żółtaworudymi mchami. Wyżej bieliły się tu i ówdzie szare plamy. Były to miejsca puste po taflach, które się urwały. Naokół wyszczerzał swe zęby szereg Nägelisgrätli i piramidy Finsteraarhornu. Od stóp jego wydzierał się z lodów bury Aar. Gudina począł zaraz nękać dziwny hałas tej rzeki. Wody jej monotonnie jęczały, długą, wciąż powracającą gamą okrutnego szumu, zanosiły jakąś skargę, zawodziły jakąś pieśń, złożoną z potwornych melodyi. Zdawało się, że z głębi tych zimnych pieczar głosi epos natura — o przedwiecznych pracach kropel, o wiekuistem zwycięstwie wód i umieraniu kamienia, o wielkich pochodach lodu, o nacisku, który cierpią skały i o cieple, rodzącem walki...
Kupa żołnierzy austryackich, odepchnięta do schroniska, dała widocznie znać o przybyciu Francuzów, bo szczyt przejścia Grimsel ożył niejako. Na starej dróżce ukazywały się tłumnie białe figurki z wielkimi czarnymi łbami, nie większe od koników polnych, i zajmowały sprawnie każde załamanie się perci, idącej po stromem zboczu nieregularnymi skrętami i zębami. Gudin wysłał swoje dwie kompanie pod samo schronisko i polecił im przez dzień cały ukazywać się, cofać, odbudowywać most, wspinać na skały i wogóle sprawować, jak awangarda napastniczej kolumny. Sam przeleciał na koniu galopem cały ów wązki zakręt, dotarł do podnóża góry, wszystkiemu się przyjrzał i co koń wyskoczy wrócił do brodu. Przebył rzekę ~ i w towarzystwie tylko dwóch subalterów oraz luzaka, dozorującego konie, śpiesznie wrócił na miejsce, skąd całe wojsko poczęło iść na góry. Czarne ślady na rosie, zdeptane trawy i ułamane krzewy wskazywały mu kierunek pochodu. Generał i dwaj oficerowie zsiedli z koni, zostawili je żołnierzowi, a sami odrazu puścili się w drogę. Gudin biegł pod górę jak jeleń w swych węgierskich butach, za których ugalonowane, krótkie cholewy nalało mu się pełno wody podczas przebywania rzeki. Z umęczenia i niepokoju wewnętrznego niebawem tchu mu zabrakło, więc odwiązał z bioder szarfę, z szyi chustkę, rozpiął frak, kamizelkę, koszulę i tak z odkrytą piersią sadził na przełaj. ośmnaście kompanii grenadyerskich wypoczywało, siedząc półkolem na brzegu jeziorka Gelmer, kiedy na zrębie skały zjawił się młody generał, zmordowany tak bardzo, że z każdego jego włosa pot kapał.
— Idziemy dalej w tę dolinę? — zagadnął odrazu przewodnika, ukazując na Diechterthal.
— O, nie! — rzekł Fahner. — Ta dolina nie zaprowadziłaby nas w stronę Grimsel. My pójdziemy wprost na szczyty.
— Którędy? — spytali oficerowie, zdumieni tem oświadczeniem, gdyż naokół widać było tylko ściany pionowe.
— Pójdziemy poza tą skałą. Innej drogi niema — rzekł Szwajcar obojętnie.
Zaraz też ujął swą siekierę na długiem toporzysku z obuchem okrągłym, niby jabłko, i szerokimi krokami poszedł brzegiem jeziora. Kompanie uszykowały się i okrążyły jezioro. Ślad drogi wlókł się do podnóża wydatnej skały, która czarnemi taflami schodziła wprost do wód jeziorka. Wyminąwszy tę skałę, wojsko zobaczyło nareszcie swoją drogę. Dreszcz strachu i szept stłumiony przeleciał wskroś tłumu. W tem miejscu masa granitu, tworząca łańcuch cały, rozpękła się i jakby rozsunęła w dwie strony. Między chropowatemi powierzchniami tych ścian, wznosił się do góry wązki przesmyk, niby komin, od samego jeziorka aż do białych stogów lodowych. Z górnego krańca owego przejścia wywalał się na dół lodowiec, zczerniały po wierzchu, a jasnozielony w swych pęknięciach i pieczarach. Ta szczelina od jeziora Celmer do szczytu Thierälplistock, wspinająca się na przestrzeni 2000 metrów, wydała się żołnierzom Gudina podobną do wielkiej trumny, wysłanej prześcieradłem, której wieko na ich przyjęcie odwalone, zatrzaśnie się, skoro tylko tam wstąpią. Słońce, wzbijając się coraz wyżej, sięgało już promieniami i do tej czeluści, ale oświetlony był dopiero jej wylot szczytowy. W tych punktach ogrzanych rodziły się seledynowe obłoczki, stały na miejscu, biorąc na się przeróżne postacie, a potem wolno pełzły w górę kominem ku jasnemu szafirowi nieba. Niżej lód szarzał w półzmroku, a z trupiej jego masy tchnął na ludzi strach wielkooki, strach, co łechce pod deką piersiową i ściska pięty żelaznymi kleszczami.
Przewodnik brnął zwolna po kostki w piasku rozmytym, zmiękłym i pociętym przez mnóstwo strumyków.
— Trzecia kompania! — zawołał Le Gras i ze szpadą w ręce poprowadził swoich ludzi.
— Naprzód! — komenderowali dowódcy innych oddziałów. Kolumna wcisnęła się między skały, przebyła mokry wysiąg lodowca i wstąpiła na pochyłość, zasłaną śniegiem lepkim i miękkim. Było tam tak szeroko, że kilkunastu piechurów rzędem iść mogło. Już przodującym szeregom nogi dobrze w śniegu więzły, kiedy zaś bez mała dwa tysiące ludzi przemiesiło go obcasami, to kompania, idąca w tyle, musiała już brnąć przez tę zaspę, zarabiając się powyżej kolan. Mimo to pod nieustanną komendą i zachętą oficerską szeregi szły tęgim krokiem. Nikt nie patrzał ani w górę ani na dół. Każdy żołnierz miał wzrok skierowany na towarzysza, idącego przed nim, i widział tylko harcopf, okręcony powrózkiem, zgięte plecy, na których nizko, pod łopatkami, leżał płaski tornister, i poły fraka, tak długie, że się niemal wlokły po śniegu. Chrzęst pod nogami bryłek lodowatych, szelest marszu całego wojska, szczęk broni — zamknięte między dwiema ścianami i ciągle się o nie tłukące — podsycały energię ruchów. Wszyscy zapomnieli o tem, że idą po raptownem uciętem zboczu, i każdy całego siebie kładł w chód towarzyski, w konieczność dotrzymania kroku. Zwarta masa tych ludzi zgiętych podawała się naprzód stale i równo, jak jedno ruchome ciało.
Wdarłszy się o jakie trzysta metrów wyżej, spostrzeżono, że śnieg twardnieje, staje się suchym, sypkim i że czuć pod nim warstwę nieruchomą. I samo przejście zwężało się coraz bardziej. W pewnem miejscu była tam jakby platforma pochyła, na której mogła zgromadzić się i zmieścić cała kolumna. Pozwolono nieopatrznie żołnierzom przystanąć i spojrzeć za siebie. Ujrzawszy tę spadzistość gwałtowną bez żadnego czarnego punktu, na którym oko mogłoby się wesprzeć, tę białą, gładką, śliską równinę, a u podnóża jej czarną szybę wody — żołnierze zaczęli siadać na śniegu, czepiać się rozpaczliwie rękami za poły frakowe towarzyszów, odwracać się plecami, zamykać oczy. Tu i ówdzie słychać było krzyk bezmyślny, a w pewnym szeregu żołnierz blady, jak trup płakał głośno, trzęsąc się na całem ciele i sięgając rękoma do tej właśnie przepaści. Ażeby ratować się z przykrej sytuacyi oficerowie jęli przynaglać strwożonych do wstępowania wyżej, ale te ich zamiary powstrzymał przewodnik.
— Tu musimy chwilę odpocząć — wołał ze swego wyższego miejsca — musimy zebrać siły, bo teraz wstępujemy na lody.
Skoro wyraz lody obił się o uszy żołnierzy, poczęli zbijać się w kupę, tulić do skały i pchać jedni na drugich, jak zgłupiałe owce. Grenadyer płaczący łkał coraz głośniej, powtarzając nieustannie jakąś jedną sylabę i wydzierając się z rąk kolegów. W kupie starych weteranów, którzy już niezliczone razy śmierć napastowali, którzy dobrze widzieli, jaka ona jest i jak zabija, — słychać było teraz pomruk zuchwały.
— Ten chłop jest zdrajcą! — mówili niby to jeden do drugiego, ale tak, żeby ich oficerowie słyszeli. — To jest wysłaniec pludrów! Tędy nikt nie przejdzie! Wolimy zginąć w bitwie z karabinem w garści, wolimy iść do bitwy! Nie chodźmy tędy! Nie pójdziemy!
Labruyère, Le Gras i inni oficerowie patrzyli z podełba na tych starych. Czuli oni, że kolumna tak zniechęcona nie przejdzie po białej smudze, zarzuconej nad ich głowami wprost, widziało się, na chmury. Gudin ze zwieszoną głową, nieruchomy siedział na występie skały i obserwował swoje roztrzepane buty. Nagle, gdy gwar w tłumie zamieniał się na hałaśliwe pogróżki, skierowane do przewodnika, generał wstał powoli ze swego miejsca. Twarz jego była prawie granatowa, okryta krwistemi plamami, po bokach jej wisiały pasma przepoconych włosów. Oczy jego patrzały z dzikim spokojem z pod brwi zsuniętych.
— Żołnierze! Żołnierze! — zawołał głosem nizkim, a tak dziwnie donośnym, że ludzie umilkli, jak jeden. Zdawało im się, że ten szczupły oficer nagle się w oczach ich rozrósł. Zlękli się jego twarzy i głosu. Gudin nie mógł wymówić ani słowa więcej. Wzniósł tylko szpadę ku górze potężnym gestem wodza.
Dziwna podnieta przeszyła wojsko. Żołnierze w ponurem milczeniu zwrócili się twarzami do lodowca i, gdy przewodnik wstępować nań zaczął, ruszyli za jego śladem. Lód tam leżał niezmiernie grubą warstwą, wygięty ku skałom, jak rynna. W pewnem miejscu spadzistość była już niemożliwą do przebycia. Wówczas przewodnik zaczął swą siekierą rąbać w lodzie otwory. Wybijał po trzy w rzędzie dla trzech żołnierzy. Bryły odcinał tak zgrabnie, że mógł je podawać do rąk żołnierzom, a ci rzucali je w szparę między skałą a pokładem lodu, aby zlatując, nie zraniły kogo w ostatnich szeregach. Fahner stawał obiema nogami w stopai, a wtedy prawą nogą wstępował w dopiero co opuszczoną przez niego żołnierz, tuż za nim idący.
Godziny, długie jak stulecia, minęły zanim cała kolumna na lód wpełzła. Gdy to się stało, — w tym potrójnym rzędzie zapanowało śmiertelne milczenie. Każdy grenadyer miał ręce wsparte na karabinie, którego kolbę umieszczał obok nogi towarzysza, idącego przed nim. Każdy miał nos przy pięcie swego poprzednika. Wszyscy obserwowali, jak to śmiałym żołnierzom, a nawet buńczucznym oficerom drżą łydki, ile każdy ma łat na kamaszach i przyszczypków na trzewiku. Każdemu ciężył niewielki tornister i przejmował bolesną obawą, niby wielki tłumok, który może człowieka w tył przegiąć i zwalić z góry. Nikt nie wiedział, gdzie jest generał Gudin. Wodzem i panem wyprawy stał się chłop niezgrabny. Jego wielka siekiera dźwięczała w lodzie, jak gdyby cięła sztuki żelaza. Schyleni żołnierze słyszeli w głębinach lodu przedziwne odgłosy jej uderzeń, stukające to tu, to tam, to wgórze, to nizko. Niekiedy wycięta bryła lodu odlatywała z pod siekiery i piorunem sunęła po zboczu lodowca, wydając przeraźliwy szelest — csuuu... Wtedy zdawało się wszystkim, że lód wysoko trzaska, i że cała jego masa leci. Prawie wszyscy rachowali stopnie, ale nikt nie mógł zdać sobie sprawy, jak długo już idą. Słońce wychyliło się z za czarnego szczytu i zalało przejście potopem gorąca. Zaraz też z góry sączyć się poczęły maleńkie kaskady, zalewając stopaje, i, jak złe pijawki, szczypały nogi przechodniów zimnem śmiertelnem. Uczucie kostnienia w stopach jeszcze bardziej potęgowało ból pod kolanami.
— Co czynić, jeśli kto ma mdłości? — nagle zapytano z szeregów. Okrzyk ten, powtórzony przez kilku kapralów, sierżantów i oficerów doszedł do uszu przewodnika.
— Kogo nudzi, niechaj się zaraz kładzie piersiami na lodzie i niech wziewa zimno.
Zapytania umilkły, ale wnet dały się słyszeć jęki, przekleństwa i gwar niespokojny.
— Nie oglądać się, to nie będzie mdłości! — zawołał Fahner głosem ochrypłym, rąbiąc bez przerwy z niesłabnącą energią. Zbliżył się już do skały, leżącej na środku tego przejścia. Był to głaz spiczasty. Czarna masa kamienia ściągała promienie słoneczne i odparzyła dokoła siebie głęboką kotlinę. Rozkruszone i na miał rozmyte części tej bryły dosyć grubą warstwą błota ściekały od jej stóp na dół po czystym lodzie, jak ropa żywej rany. Fahner, dosięgnąwszy tego miejsca, musiał zgarnąć błoto, usuwające się pod nogą, i naprzód ubijać grunt swymi trepami, zanim tam stanął odważnie. Ale w tem oparzelisku, pochylonem tak bardzo, strach było stawać na zmurszałych kamieniach, poszedł tedy na prawo, oparł się korpusem na granicie, a nogi wpuścił w szparę między macierzystą skałą i pokładem lodu. Każdy żołnierz musiał wykonać to samo. Zanurzali się jeden po drugim w szczelinę i, nie dosięgając wcale jej dna nogami, łokciem prawej ręki na ścianie, a ramieniem lewej na lodzie oparci posuwali się żabimi ruchami daleko za ową przeszkodę, na środku drogi sterczącą. Gdy pierwsi w szeregu wydźwignęli się z jamy na powierzchnię lodowca — weszli znowu w stopaje.
Rozpacz szarpała ich serca. Wzniósłszy oczy do góry, znowu spostrzegli pasmo drogi, tuż nad karkiem wiszące, a nie odwracając głowy, głębią mózgu widzieli obraz bezdennej przepaści, rozwartej pod piętami. Wówczas była to już sroga bitwa z tą górą. Zdawało się, że wysokość niema końca, że z przebytych garbów, które się przedstawiały jako szczyty, jako kres drogi — wyrastają w oczach nowe kikuty i kłęby tej hydry straszliwej. Gdy nerwy dygotały w znużonych ciałach, gdy zdawało się, że człowieka spali ogniem własna jego skóra, należało cierpieć bez ruchu. Z dołu słychać było coraz głośniejsze westchnienia i jęki. Co chwila wołano, że ktoś omdlewa i cucono go kłuciem bagnetu i wrzaskiem. Wśród popłochu i obłąkania, które od człowieka do człowieka przechodziły i trzęsły każdego w żelaznych swoich pazurach, nagle rozległ się dziki, jak te góry, śpiew Fahnera:

Alii Manne standet y!
Die vo’r Emme, die vo’r Aare
Stark und frei i Not und G ’fare
Alli Manne standet y!

[2] Ta pieśń jodlera mocna, swobodna i odważna miała w sobie coś z dźwięków siklawy, spadającej w zlodowaciałe kłęby śniegu, miała coś z dalekiego echa i z przeraźliwych krzyków orła, które się rozlegają między skałami. Skargi żołnierskie ucichły. Chłop przestał rąbać, odwrócił się, wsparł znużone ręce na toporzysku, rozprostował swe wielkie ramiona i znowu zaśpiewał:

Mir wei freyi Schwycer sy!
Rüst üs d's Land zum Schutz a d'Grenze
Luc wi d'Auge all'ne glänze
Mir wei freyi Schwyeer sy!

Po chwili śpiewał znowu:

Üse Mutz isch gärn der by
Stellet ne a d'Spitzi füre
Sapperment er stieret düre...
Üse Mutz isch gärn der by.

Skończywszy piosenkę, wyrzucił z piersi przeraźliwy krzyk, podobny do piania koguta i znowu wściekle rąbać zaczął. Jeszcze kilkadziesiąt stopni — i przed oczyma pierwszego szeregu kolumny ukazało się pole śnieżne, bardzo pochyłe, ale już nie strome. Komin się urwał. Oficerowie zakazali krzyków, to też wojsko w milczeniu oddawało się radości. Żołnierze wychodzili na lodowce, ociekając wodą, unurzani w błocie, spoceni i ogorzali od wiatru. Gudina ledwo można było poznać. Jego frak był poszarpany, kapelusz zgnieciony, jak stary pantofel, ręce pokrwawione, piękne włosy, jak wygrabek siana. Gdy wszyscy dostali się na pochyłość, próbowano sformować bataliony, aby iść pod szczyt Thierälplistock, ale trudno było utrzymać porządek. Naokół roztaczał się widok tak dziwny, że najenergiczniejszym oficerom opadły ręce i wyrazy zamarły na ustach. Wszyscy próżno szukali oczyma — ziemi. Jak daleko wzrok sięgał leżały kształty z państwa snu czy maligny. Dusze tych ludzi z równin, z zielonych płaszczyzn struchlały na widok oceanu przedziwnych gromad lodu i granitu. Odkryły się przed nimi tajemnicze pustynie Alp berneńskich — «alt fry Weissland...»
Po drugiej stronie doliny Hasli, która u stóp ich leżała, piętrzyły się góry: Schreckhorn, Wetterborn, Eiger, Mönch, a dalej strzelały w górę dwa białe stogi Jungfrau, łącząc się z niezmiernemi polami Wielkiego Aletsch’u. Były tam jakieś cielska, grzejące się na słońcu, strzaskane gmachy, potłuczone wieże, ogromne postacie, jak Mönch; albo tak dziwne, tak zagadkowe i przykuwające do siebie wyobraźnię człowieka, jak Finsteraarhorn. Stały tam jakieś zjawienia z tamtego świata, zarysy do niczego na ziemi nie podobne, jakieś strachy i poczwary, jakieś wizye, w obłąkaniu poczęte. Trzy czyste barwy — niebieska, czarna i biała jedynie tam widzialne, rzucały się do oczu i napełniały dusze niepokojem. Zwracając oczu w dolinę Aaru, żołnierze widzieli jeszcze wioskę Gutannen, podobną do stadka kuropatw zbitych w kupkę na szarej miedzy. Aar, rzeka kipiąca łańcuchem wodospadów, wydawała im się jak smużka twardego śniegu. Ruch wody zginął dla oczu, ryk jej daleko został w przepaści. Las, ostatni las za Gutannen, czerniał, jak kępa tarniny. Żołnierze z utęsknieniem spoglądali w stronę tego lasu, w ciemności wrażeń i przeczuć jedno pojmując, że to, co ich otacza, ten widok bezduszny, skostniały i obcy — to jakaś zła zapowiedź, to sprzymierzeńcy nieprzyjaciela.
Zwolna poszli w górę i przebyli zaklęsły, łagodnie nachylony Aelpligletscher. Kiedy wyminęli okrągły grzebień tego lodowca na wysokości 3390 metrów, ukazały się im wschodnie łańcuchy alpejskie, a u stóp, dolina Urseren. Schodząc niżej, znaleźli się na głównym placu lodowca Rodanu, w okolicy jego zwanej in Sumpf. To miejsce zamknięte było z jednej strony przez szczyt Schneestock, Rhonestock, Gallenstock, — z drugiej przez Gelmerhörner. Powierzchnia lodowca ociekała wodą i, zdawało się, drżała w oparach. Małe strumyki z szumem po niej leciały do pęknięć, do wązkich, zielonych szczelin i z melodyjnem dzwonieniem spadały w przejścia ukryte. W miejscach zaklęsłych szkliły się różnobarwne płytkie jeziorka. Po brzegach wystawały nad lodowcem kamienne szczyty, próchniejące i zasypane naokół wałami zwietrzałych kamyków. Od skały do skały biegły przez całą szerokość wygięte martwe fale, niby krzywe zagony. Cała ta masa usiłowała wylać się przez każdy wyłom między szczytami, a wszystka, widziało się, płynęła niby szeroka i wzburzona rzeka z mnóstwem dopływów. Z największą jednak gwałtownością tłoczyła się w nizinę między Furką a spiczastymi szeregami skał Nägelisgrätli. Tam, zwężając się i jakby dusząc w ciasnem gardle, lody piętrzyły się spękane na tafle, wyszczerzały swe kły i waliły na dół martwym wodospadem.
Żołnierze byli głodni, jak stado wilków. W rzadkiem powietrzu, po pracy wdzierania się na wyżynę — byliby gryźli własne chodaki. Dowódca i oficerowie, sami zgłodniali, naglili do marszu, żeby przed zapadnięciem nocy stanąć nad karkiem nieprzyjaciela. Gdy kolumna zbliżyła się do szczytów Nägelisgrätli, już dzień się skończył. Słońce dosyć jeszcze wysoko stało nad horyzontem, a na dolinę Rodanu, na zamknięty kąt jej pod Furką, który się wojsku ukazał, mrok spadł nagły, przez zmierzch niepoprzedzony, ciężki, jak wieko. Całe góry, wielkie białe góry, stały przed tarczą słoneczną oblane purpurą. Przestrzenie pól śnieżnych widać było, jak na dłoni, a Finsteraarhorn, niby ogromna wrótnia, zamykająca drogę do tamtego kraju, rzucał cień tak długi, jak całe pasmo górskie. Fioletowe chmury wolno wypływały z dolin berneńskich i cicho szły po niebie różowiejącem.
Fahner skręcił z lodowca na prawo i szedł w górę pod kamienne szczyty. Wojsko podążyło za nim i stanęło na morenie, podobnej do fortecznego wału. Nie rosła tu ani jedna trawka, ale było sucho. Gudin poszedł za przewodnikiem jeszcze wyżej, wdarł się na skałę i dosięgnął przedziału między dwoma cyplami. Podtrzymywany przez mocne łapy szwajcara wysunął głowę i spojrzał na drugą stronę. Zaraz cofnął się i, chichocząc jak dziecko, zaczął wołać na oficerów:
— Chodźcie tutaj! Żywo! Patrzcie!
Wszyscy zbliżyli się i spoglądali kolejno. Tuż za temi skałami było przejście Grimsel. Leżało o jakie pięćdziesiąt metrów niżej, a o pół kilometra było oddalone. Łańcuch Nägelisgrätli urywał się o kilkadziesiąt kroków dalej i łagodna pochyłość od stóp ostatniej skały zbiegała ku środkowi tego przejścia, gdzie w zagłębieniu stało posępne i złowieszcze jezioro — Todtensee.
Ostatnie już, niemal poziome promienie słońca ślizgały się na grzbietach jego fal, rozchwianych przez łagodne podmuchy wieczorne.
W przepaści czerniały dwa spojone ze sobą jeziora grimselskie, które Gudin widział rano z oddali. Płonęły tam ogniki i złotymi słupami odbijały się w czarnej wodzie. Całe urwiste zbocze góry od strony Hasli zajęte było przez oddziały wojsk austryackich. Po drugiej stronie Aaru płonęły również ogniska na wysokość drogi do Gutannen, rozpalone przez dwie kompanie francuskie, które sumiennie tropiły nieprzyjaciela i udawały wielki oddział. Na szczycie Grimsel przy jeziorze Todtensee była tylko mała gromadka żołnierzy i sporo starszyzny.
Gudin, objąwszy wzrokiem całą tę pozycyę, począł mówić szeptem:
— Co czynić? Czy napadamy?
Wszyscy mimowoli zwrócili spojrzenia na Labruyèra i Le Gras’a, właściwych kierowników wyprawy.
— Co do mnie — rzekł Labruyère ze zwykłą oziębłością — to sądzę, że nie należy dziś napadać dla dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że Austryacy znajdują się teraz na stronie Hasli, więc, napadając, zepchniemy ich do jezior Grimsel. To nas zmusi do ścigania po nocy w tym kierunku, dokąd wcale iść nie mamy, bo my przecie musimy brać Urseren i zapewne pomagać Thurreau w Villais, wypierając Austryaków stąd, z górnego końca doliny Rodanu. Powtóre — nasz żołnierz upada, musi odpocząć i zjeść. Nic nie jedli...
— Tem lepiej! Pójdą ochotnie jeść do obozu pludrów. A my cóż im damy?
— Ośmielę się podzielać zdanie podpułkownika — szeptał siwiejący kapitan Mottet — jeszcze z tego względu, że wywołanie bitwy o tej porze zgubi nasze kompanie, zostawione w dolinie. Nie wiedząc o co chodzi, napadnięci przez całą masę Austryaków, będą stawiali opór zacięty i zginą, albo, cofając się przed pędzącym tłumem, spadną po nocy w przepaść. A przecie my ich możemy u ratować! Rano...
— Ach, rano! Rano będzie przecież ta sama historya! — rzucił się Gudin.
— Nie sądzę — rzekł Mottet. — Możemy ich zwabić wszystkich na przełęcz, ukazując się w małej liczbie, jakbyśmy przybywali od Furki, a gdy na spotkanie nasze wystąpią, wtedy rzucimy się na nich z całą siłą i popędzimy ich do Rodanu...
— Nie potrzebujesz, Mottet, zwabiać ich, bo sami na szczyt idą... — rzekł z uciechą Le Gras, który ciągle stał przy wyłomie i obserwował miejscowość. Wszyscy skoczyli ku niemu i, popychając jedni drugich, wyjrzeli na Grimsel.
Istotnie oddziały austryackie wstępowały na wyżynę i w porządku wzorowym zajmowały swe miejsca w obozie. Rozniecano tam zaraz przygasłe ogniska, waląc w nie suchy mech kępami. Na dole, u podnóża góry, nad jeziorami i nad Aarem zapalono ich jeszcze więcej. Został tam znacznie wzmocniony oddział dla obserwacyi i jakaś jedna kompania, rozstawiona w załamaniach ścieżki na pochyłości góry. Reszta załogi w sile prawie 2000 ludzi powoli zgromadziła się dokoła Todtensee. Białe mundury, jak śnieg, okryły zarówno płaskie wybrzeże jeziora od strony Hasli, jak i zwaliska kamienne, leżące na wyższym brzegu od Valais nad skałami Mayenwand.
W stronę Furki jeziorko wyciągało swą płytką szyję, w zakończeniu której mieściły się szałasy oficerskie, paliły ognie i gotowała wykwintniejsza wieczerza. W tyle, od strony zachodniej wznosiły się spiczaste wyżyny, ciskając na wodę trójkąty swych cieniów. Te cienie sunęły prędko, nakrywały kirem złote blaski i wkrótce rozpostarły się nad całą przełęczą. Gudin milczał, przyznając tym sposobem słuszność swym doradcom. Żołnierze wydobywali z tornistrów kawałki chleba, wytrząsali z kieszeni okruchy, pomieszane z tytuniem, i posilali się, stojąc, w oczekiwaniu dalszych rozkazów. Nie wiedzieli wcale, że nieprzyjaciel jest tak blizko, aczkolwiek, patrząc na ruchy i słysząc narady oficerów, domyślali się, że kres pochodu jest niedaleki. Nogi zmarznięte, poobwijane w przemokłe onuczki, drętwiały im w zimnie, co z nastaniem mroku, jak dech przeszywający, ziało na nich z lodowca. Strumyczki i kałuże, rozlane na jego powierzchni, stanęły już były i zmarzły.
Szare mgły, jak widma, wynurzały się zewsząd i osiadały nad górami. W gęstym, a przecie widzialnym zmierzchu czepiały się wzroku tylko potrzaskane płyty, gnaty, żebra i szczerby lodów w wąskiej ich kaskadzie pod Furką. Stamtąd dolatywał czasami szum Rodanu.
— A więc nocujemy tutaj? — zapytał Gudin, budząc się z zadumy.
— Jeżeli rozkazujesz, obywatelu... — rzekł ktoś z pomiędzy oficerów.
— Każcież żołnierstwu siadać i grzać się, jak kto potrafi, bo ognia palić nie możemy.
— O, ani mowy o tem! — rzekł Labruyère.
Wprowadzono kompanie na morenę i pozwolono im rozłożyć się obozem. Oświadczenie, że ognia palić nie można, powitano głuchem szemraniem. Ludzie siedli zaraz, przewinęli jako tako nogi suchemi szmatami i zbili się w zwartą kupę. Przytulali się jedni do drugich, zsuwali coraz szczelniej i ciaśniej. Oficerowie po raz pierwszy znajdowali głęboką satysfakcyę w nocowaniu pospołu z gminem żołnierskim. Nie raziły ich ani cuchnące oddechy, ani sąsiedztwo ciał chłopskich. Gudin tylko pozostał na swojem miejscu, tuż przy szczelinie obserwacyjnej. Dreszcze zimna wstrząsały jego ciałem, więc szybko chodził na maleńkiej przestrzeni, co chwila urażając swe poobcierane, zranione i bose nogi o śpiczaste kamyki i piachy skalne. Gdy wymijał szczelinę, rzucał mu się w oczy blask ognia, i wtedy rwała się w nim namiętna żądza tych płomieni, tęsknota do nich tak wielka, że wyciskała bolesne łzy z pod powiek. Rozpierzchłe myśli, plany ataku, paroksyzmy uradowania na każde wspomnienie, że bitwę wygra, zajadłe uczucia nienawiści do Le Grasa i Labruyèra — wszystko to latało mu przez głowę i popychało do nerwowego spaceru.
W pewnej chwili zapytał kogoś w ciemności, gdzie jest przewodnik, a gdy mu pokazano miejsce w tłumie żołnierzy, skąd słyszeć się dawało helweckie chrapanie, znowu począł przebiegać swoją platformę. Późno w nocy na pół skostniały, morzony przez ciężką senność oparł się piersiami na skale i patrzał w obóz nieprzyjacielski. Na górze ogniska ledwo tlały. Nad każdem z nich stał nieduży, ruchomy krąg blasku. Za to na dole u jezior wciąż drew przyrzucano. Generał, widząc, jak w głębinie, która zdawała być podobną do ciasnego lochu, śród ciemności nieprzeniknionej, za wielkiemi mgłami — ognie żywe pełgają, bezwiednym ruchem wyciągał ku nim swe zgrabiałe ręce... Od czasu do czasu zrywał się, kurczowo ściskał pięście i walił niemi w noc z taką wściekłością, jakby z niej chciał uderzeniami świt wykrzesać. Niekiedy wydawało mu się w gorączkowem marzeniu, że widać już brzask nad górami. Gdy złudzenie pierzchało i gdy znowu czuł na sobie nieskończoność ucisku tych mroków, — chwytał za rękojeść szpady, ażeby ją wyrwać, zbudzić wojsko, skoczyć do ataku i wreszcie poczuć na ciele upragniony żar ognia. Czasami wydawało mu się, że słyszy stąpanie tłumu wrogów i słuchał wtedy z bijącem sercem...
Kolumna francuska drzemała. Żołnierze budzili się z zimna, ale zapadali w sen ze znużenia. Drzemali tam skupieni, jak stado ptaków, które przypadło na tej wyżynie żeby odpocząć, nim świt nastąpi. Le Gras nie mógł usnąć. Siedział zgarbiony, dźwigając na plecach kadłub rozrosłego Prowansalczyka, śpiącego mocno, i mając nogi uwięzione pod jakiemś innem ciałem. Noc była ciemna. W niezbadanej przestrzeni, doły, objęte za dnia jednem niedbałem spojrzeniem, wydawały się jeszcze głębszymi, lodowiec, mający dziesięć kilometrów długości majaczył w mózgu, jak morze twarde i martwe. Podmuchy nocne przynosiły szmery i łkania Rodanu. Bliżej w niejakich odstępach czasu słychać było, jak krople nieustannie spadają w głąb lodowca. Ten dźwięk, z niewysłowioną melancholią rachujący czas wśród głębokiego milczenia pustyni, w pewnych minutach zacichał, stłumiony przez szmery niespokojne a wyjątkowe. Słychać było, mimo chrapania żołnierzy i odgłosu kroków Gudina niby podziemny, uduszony trzask, głuchy szczęk, jakby niezmiernie daleko ktoś bił kiedyniekiedy młotkiem w końce sztabki żelaza. Le Gras rozmyślał o tych surowych szelestach, o tem schowanem życiu lodowca. Widział w marzeniu, jak tam, niezmiernie głęboko, kryształy lodu, niby dyamenty rżną twarde kamienie, jak niezmiernie pracowicie przez całe wieki szlifują granit, drążą otwory, żłobią rowy i jak cały ten lodowiec przez wieki idzie. Opór chropawych granitów i praca lodów — zdejmowały go dziwną litością. Wiekuiste prace istot i ciał nieznanych, żelazne prawa krwi i żelaza — układały się przed jego oczyma w dziwne smutne orszaki i widowiska...
Z tych marzeń obudził go przejmujący głos Gudina:
— Mottet! Garcia-Piles! Lantennac! Le Gras!
Kapitan wydobył się z pomiędzy żołnierzy i podszedł do generała.
— Czy nic wiesz, kapitanie, która to godzina? — zapytał Gudin, szczękając zębami i mamląc wyrazy podziecięcemu.
— Nie, nie wiem, ale wydaje mi się, że musi już być znacznie po północku.
— Czy spałeś obywatelu?
— Nie.
— Wszak w tamtej stronie jest wschód.
— Wschód? Tak, sądzę, że jest w tej stronie — odpowiedział Le Gras, wskazując na Urseren.
Z lodowca wiało zimno tak przeszywające, że kapitan serdecznie pożałował kadłubów żołnierskich. Stojąc na otwartem wzniesieniu, czuł zarazem, że jest wśród mgieł, przeciągających z szybkością.
— Le Gras! — rzekł Gudin — czy spostrzegasz te góry tam daleko, czy je widzisz?
— Tak, widzę.
— Otóż... ja ich przedtem wcale nie dostrzegałem. To jest chyba... świt... — szepnął z uniesieniem, jakby wymawiał słowa modlitwy.
Istotnie, w mrocznej dali zarysowały się cyple Alp Glerneńskich. Nie było jeszcze ani pozoru światła w otaczającej ciemności, ale czarne postacie łańcuchów górskich wydzierały się już z kiru nocy. Pod wpływem zimna żołnierze budzili się i kasłali. Le Gras i dowódca skoczyli natychmiast i nakazywali ciszę, grożąc najcięższemi karami. Kaszlącym zatykano usta. Odrobinka czerwonego wina we flaszce krążyła wśród żołnierstwa, jak czara nektaru. Wydzierano ją sobie przy użyciu pięści i pazurów. W szeregach, ulokowanych niżej, obok lodowca żołnierze jęczeli z zimna. Szczęki im tak skostniały, że nie byli w stanie ust otwierać, mróz kłuł ich swemi szpilkami w płuca i sprawiał uczucie łamania w stawach.
Tymczasem szary brzask coraz bardziej wyróżniał góry od nieba i pozwalał widzieć mgły. Zbudzonym ludziom w głowach się mąciło na widok burych, rozległych ruchomych jezior, zalewających wszystkie niziny, wypełniających po brzegi każdą przepaść, niby płyn olbrzymie czary. Mgły burzyły się w dolinach, wzbijały się na pewną wysokość i bądź opadały zaraz, bądź porwane przez ostre ciągi wiatru — pędziły nad górami. Gudin wrócił do swego obserwatoryum i spoglądał na obóz nieprzyjacielski. Ujrzał tam żołnierza, który rzucał suchy mech do ogniska i grzał sobie ręce w słupie iskier, spostrzegł szyldwacha, jak czarne widmo przesuwającego się w kręgu światła, szczyt i jedną pochyłość namiotu, smugę wody jeziora, oświetloną przez iskry... W tym obozie, poza skałami, zakrywającemi go od wschodu, była jeszcze noc zupełna. Gdyby Gudin mógł ogarnąć wzrokiem całą pozycyę i gdyby mógł widzieć drogę, którą należało przebyć, okrążając pierwszy szczyt łańcucha Nägelisgrätli, byłby uderzył natychmiast.
— Za chwilę się rozjaśni — mówili do niego oficerowie, szczękając zębami z zimna i szpadami z niecierpliwości.
Nim się obejrzeli, biaława światłość rozlała się po niebie. Ujrzano daleki horyzont, najeżony turniami. Cały obóz Gudina zerwał się na nogi, z niewymownem utęsknieniem wyglądając słońca. Ustawiono żołnierzy, o ile to było możliwe, w szyku bojowym na osypisku — i jeszcze wyczekiwano.
Wojsko pragnęło bitwy z głodu, zimna i wściekłości. Kilku oficerów pobiegło z Fahnerem zbadać przejście.
Każda minuta ich nieobecności wydawała się Gudinowi i żołnierzom niezmiernie długą. Dreszcz wewnętrzny już nie zimnem, a!e jakąś nieznaną boleścią przeszywał serca. Mgły, rozhuśtane w rozdołach — lekkie, suche, powiewne szły teraz na cztery strony świata. Zakrywały sobą wszystko, nawet góry okoliczne. Tylko w pobliżu czerniał coraz wyraźniej zmoczony przez nocne tumany ten ze śpiczastych wierzchołków Nägelisgrätli, przy którym stał dowódca. Gdy tak w mocnem skupieniu wszyscy czekali, nagle z za szczytów, wznoszących się na końcu doliny Urseren, wypadł promień słońca. Jak straszliwa śmiga jednym swoim obrotem uderzył w niewidzialne pod mgłą wąwozy, przeszył je do dna i wszystkie tumany naraz w górę wygarnął. Całą masą swoją z głębin wypadły, rozdarły się na dwie wielkie części i, uciekając, gnały wkróś powietrza. Już jednak po chwili znowu się złączyły w jedno ogromne, latające morze. Zdawało się, że w nawale tych mgieł słońce przygasa. Kolumna stała w grubych, pierzastych tumanach, które niby fale morskiego przypływu, biegły do łańcucha Nägelisgrätli i zwolna się cofały. Powtórnie gdzieś wysoko mgły się rozdarły i słup płonącego blasku uderzył między góry.
Wpośród obłoków, fruwających w owej chwili z dolin wprost do góry, dał się słyszeć przyciszony, lecz dobitny głos oficerów, wracających z pośpiechem:
— Marsz! Marsz!
Kompanie ruszyły naprzód, strącając w pochodzie drobne kamyki i zsuwając się ze stromej pochyłości. Przebyto szybko niewielkie płaty lodu, samotnie tu i ówdzie leżące; zstępując ciągle na dół okrążono cypel łańcucha.
Pochyłość raptownie idąca do Rodanu, łączyła się z przełęczą Grimsel. Rosła tam już niziutka trawka i mchy tak miłe dla nóg, strudzonych na martwych polach.
Skoro kolumna weszła na przełęcz, oficerowie pędzili oddziały, jakby im ogniem palono podeszwy. Gudin rozdzielił swe wojsko na dwie części i mniejszą w tej chwili wysłał na kraj przełęczy od strony Hasli. Dwa bataliony cwałem pobiegły śród rojących się mgieł nad brzegiem otchłani. Tak pędząc, z bronią nastawioną do ataku, pierwszy szereg tego oddziału zobaczył przed sobą szyldwacha. Przebito go kilkunastoma pchnięciami, zanim zdążył myśli zebrać i wystrzelić. O kilkadziesiąt kroków spotkano drugiego. Ten był tyłem od biegnących zwrócony, a szedł wolno przed siebie. Zginął, nie dostrzegłszy, skąd nań śmierć przyszła. Gdy te dwa bataliony francuskie dosięgły drugiego krańca przełęczy i oparły się o skaliste wyniosłości, łańcuchem idące w stronę Finsteraarhornu, oficerowie zaczęli rozsuwać kompanie, zajmować przestrzeń już zdobytą i tym porządkiem osaczać Austryaków półkolem, niby włokiem, którego matnię stanowił oddział Gudina. Promienie słońca coraz natarczywiej i głębiej wnikały między mgły, pędzące nad przełęczą, więc skoro tylko Gudin zobaczył pierwszych żołnierzy cofającego się łańcucha, porwał za szpadę i na całej linii gruchnęły bębny.
Wrzask przeraźliwy przerwał ciszę i Francuzi, jak lawina, runęli w obóz austryacki. Zaledwie wpadli do kotliny Jeziora Todtensee, zobaczyli przed sobą tłum ludzi wylękłych, bezbronnych i na pół ubranych. Twarze Austryaków były bielsze od ich mundurów. Niektórzy podnosili się dopiero ze snu i oparci na rękach przyjmowali śmierć z ręki wroga, spadającego na nich, jak gdyby z obłoków. Bataliony, uszykowane nieco dalej, chwytały za karabiny i, nie będąc w stanie przebić się zza tłumu bezbronnych, wstrzymywały jego ucieczkę, na rzeź go wydając. Francuzi rżnęli bez miłosierdzia. Zwaliwszy na ziemię pierwsze szeregi, stawali śród trupów i z okrutną wprawą kłuli ludzi, zasłaniających się wrzaskiem i gołemi rękami. Niektórzy odwracali karabiny i, chwyciwszy za bagnet i lufę, walili w masę głów kolbą i kurkiem, niby maczugą. Szerzyło to istne spustoszenie. Krew bryzgała aż na piersi i ręce mordujących, którzy, bijąc bez przerwy, wrzeszczeli:
— Żarliście tu! Grzaliście się! Spaliście tu w cieple!
Tłum bezbronny, cofając się, naparł silnie na piechotę, stojącą za nim, i wpychał ją w jezioro. Całe kompanie austryackie stały już po pas w wodzie, a żadną miarą nie mogły szkodzić nieprzyjacielowi. Słońce rozpędziło mgły, i dowódcy ujrzeli swą zgubę. Droga do Hasli była zagrodzona, droga ku Furce również, a wojsko jak stado krów, waliło się w jezioro. Skrzydło, stojące na brzegu od strony Alp berneńskich, rzuciło się w bród i, prawie po szyję zanurzywszy się w wodzie, wyszło na brzeg przeciwległy w sile kilkuset ludzi. To samo chciał uczynić oficer, kierujący tłumem od strony Nägelisgrätli. Zduszony w kupie żołnierzy na pół obłąkanych, stojąc po pas w wodzie, bił cofających się, ciął ich z wściekłością szpadą, chwytał ich za bary, pchał na bok i bez ustanku krzyczał ochrypłym głosem:
— Na lewo! Na lewo!
Żołnierze Le Grasa, schodząc z pochyłości, strzelali do tej kupy ludzkiej, posuwającej się ku środkowi jeziora. Zabici, padając, ciągnęli za sobą żywych, ranni chwytali ich za nogi. Ruchomy tłok ludzki przewracał się na upadających i żołnierze zdrowi tonęli na płytkiej wodzie. Inni puszczali się wpław napoprzek jeziora, żeby zginąć od celnego strzału, lub zatonąć na środku. Zrozpaczony oficer wydarł karabin jednemu ze swych żołnierzy i w furyi jął przebijać struchlałych, wrzeszczqc nieludzkim głosem:
— Na lewo!
Zdawało się, że ludzie nie słyszą jego głosu, nie czują uderzeń. Przez chwilę stał na miejscu, a potem rzucił się sam w głębinę, stamtąd wyszedł na płytkie otwarte miejsce i szybko iść zaczął śród pierzchającej wody wprost na oddział Le Grasa. Gdy już był niedaleko od brzegu, podniósł karabin, zmierzył w kupę ludzi i wystrzelił. Kula przeszyła młodego żołnierza, który z jeńca austryackiego stał się grenadyerem francuskim. Wypadł on z szeregu, zwalił się, jak kloc drzewa, i trzepnął twarzą o ziemię. Stary jego towarzysz jęknął głucho i poczuł w sobie żal tak przeszywający i ból tak ogromny, jakby to jego samego kula w piersi trafiła. Tymczasem inne oddziały austryackie posuwały się brzegiem jeziora i, otrząsając się z przerażenia, zaczęły wałczyć z Francuzami. Ucichły tam wystrzały i tylko suchy szczęk bagnetów słychać było w orgii jęków. Żołnierz Matus, pochłonięty przez walkę, opuścił towarzysza i biegł ciągle w szeregu, ściskając wrogów. Na drugim brzegu jeziora, gdzie już poprzednio schroniła się część brygady austryackiej, grasowała panika. Żołnierze cisnęli na ziemię karabiny, nie poznawali dowódców i jak lunatycy wdzierali się na stromą skałę, ażeby wciąż zjeżdżać z wysokości. Całe kupy żołdactwa oszalałymi głosami wrzeszczały «pardon» — pomimo, że nieprzyjaciel wcale na nich nie nacierał. W pewnem zagłębieniu kotliny, pod urwistym występem góry tuliła się gromada, złożona z jakich trzystu tęgich chłopów, i dygotała, jak jeden chory człowiek. Wystawieni na zewnątrz, tak pchali się w tłum, że przypartym do ściany oczy wychodziły z orbit i niemal pękały klatki piersiowe. Kto mógł wydobyć rękę ze ścisku ciał — walił pięścią i odpychał sąsiada. Stary major, któremu zdarzyło się już widzieć podobne sceny, zwracał się do żołnierzy łagodnie i uprzejmie, głaskał ich pod brodę i rzewnym głosem przemawiał we wszystkich językach austryackich: w czeskim, z kiepskawęgierskim, galicyjskim, lodomeryjskim...
— Patrzcie-no, moje dzieci, patrzcież sami! — mówił — możemy tędy po drugiej stronie wody, ustąpić wygodnie z placu. Chodźcież, bo tu nas wybiją, zakłują jednego po drugim, jak skopów. Chłopcy! patrzcież...
Perswazye te nie odnosiły żadnego skutku. Jeżeli ktoś z gromady krzyknął — «pardon» — wnet cały tłum poczynał wołać jednym głosem. Gdy Francuzi zgnietli nad wodą stawiających opór, gdy złamali ich szeregi i puścili je w rozsypkę, a sami w pościgu ukazali się na płaszczyźnie, wtedy dopiero zrozumiano starego majora. Cała kupa zaczęła uciekać po brzegu wysokim. Ten brzeg, zawalony omszonymi głazami, jest szczytem skał Mayenwand, które stromemi ścianami zstępują w dolinę Rodanu. Sączy się po nich biała nić strumienia, wypływającego z jeziora Todtensee. Grenadyerowie sadzili po bryłach, jak spłoszone daniele. Przykład pierwszego oddziału pociągnął inne, i z górą tysiąc ludzi wyrwało się tamtędy z pomiędzy matni, zanim Gudin, który nieoględnie opuścił wyjście drogi do Vallais, nadbiegł z drugiego końca jeziora. Zajęty tam był tępieniem i braniem w niewolę rozproszonych kompanii. Nim ubiegła godzina czasu — na szczycie Grimsel bój ustał, gdyż wszyscy Francuzi rzucili się w pogoń za Austryakami, uciekającymi na łeb na szyję zygzakowatą starą drogą. Wrzawa krwawego boju dochodziła w owej chwili z obudwu spadzistych pochyłości. Kiedy wybuchło było na szczycie przejścia natarcie, dwie kompanie francuskie, stojące u mostu na Aarze, rzuciły się na oddziałek austryacki, pilnujący jezior grimselskich. Ten, przerażony niepojętymi dla niego strzałami na górze, napadnięty przytem znienacka, tył podał i zaczął wstępować na Grimsel. Kilku żołnierzy wysłanych na górę, wróciło z przerażającemi wieściami. Wtedy oficerowie, zaskoczeni nagłością wypadków, postanowili dostać się jeszcze wyżej i stamtąd rozpatrzeć położenie. W chwili, kiedy ze szczytu obiedwie kolumny walczące zbiegły nad Rodan, oddziałek austryacki bił się na drugiej stronie góry z Francuzami, idącymi na przełęcz. Cesarscy nabijali szybko i wprawnie karabiny i strącali z urwisk trójkątne kapelusze. W miejscach stromych czatowali z bulwami kamiennemi, podważali bagnetami płyty olbrzymie i spychali je na dół.
Tymczasem Matus Pulut szybko pełzał przez pobojowisko, upatrując swego kamrata. W czasie bitwy udał rannego i leżał między trupami. Teraz wstał z ziemi i tuląc się do przykopy, która formuje wklęsłość jeziora, podobną do misy, zmierzał do wiadomego mu punktu. Z łatwością wśród nieprzyjaciół zabitych odszukał rannego. Młody żołnierz miał lewy policzek zbroczony, całe lewe ramię we krwi, oczy otwarte i martwe. Matus przyłożył ucho do jego piersi i słuchał. Po chwili chwycił go pod pachy, zawlókł na brzeg jeziora i jął mu zlewać głowę wodą. Krew obficie występować zaczęła z pod pasa na lewem ramieniu. Wtedy wiarus rozpiął ostrożnie mundur towarzysza, zdjął mu z szyi chustkę, rozerwał koszulę i znalazł ranę. Kula rozwaliła ramię i wkręciła między kości strzępy munduru i koszuli. Doświadczony wojak prędko, sposobem barbarzyńskim, wyjął z rany ów flejtuch, ranę wodą przepłukał i zaczął oglądać się za szmatami. Wpadły mu w oczy namioty oficerskie. Skoczył tam co żywo i znalazł w pierwszym z brzegu tłomoczek z cienką bieliznę. Zabrał cały, przy sposobności rozbił obcasem wykwintną szkatułkę, której nie mógł na prędce otworzyć, znajdujące się tam flakony, szczotki srebrne, grzebienie i kubki wpakował w zanadrze i wnet wrócił do rannego. Podarł przyniesione koszule na długie pasy, jeszcze raz wychlustał wodą krwawiący się otwór i mocno całe ramię obandażował. Wlał bezprzytomnemu w usta zawartość płaskiej flaszki wina znalezionej również w oficerskiem puzderku, wytarł mu twarz i zaczął potrząsać nim, szepcząc z rubaszną czułością
— Felek, ty się patrzaj!... Musimy iść, bo tu pludry zara przylecą. Felek! dy my tu siedzieć nie będziemy. Otwieraj oczy — mówię!
Ranny istotnie zaczął głęboko wdychać powietrze, ale oczy jego wciąż jeszcze nic nie widziały. Matus oparł jego głowę na kamieniu i twarz mu nastawił pod słońce, a sam jeszcze raz obszedł namioty. Zabrał z nich wszystko, co było do jedzenia i picia, wrócił do towarzysza, usiadł przy nim i zaczął szybko jeść, a właściwie ćpać, co było pod ręką: chleb, jak kość suchy, obgryzione kawałki pieczonej kury, duże skiby sera szwajcarskiego... Siedząc tak na ziemi i pożywiając się, prędkiemi wejrzeniami obejmował pobojowisko. Cały pas nagiego gruntu między górami i u brzegu jeziora jęczał i płakał. Tu i ówdzie wśród kamieni coś się poruszało. Dźwigały się plecy, wznosiły roztrzaskane głowy, ręce, i usta nadaremnie wzywały pomocy. Krew strugami płynęła do jeziora i wielkie jej plamy owalne rdzawiły się u brzegów na granatowej wodzie. Ciepłe rzeźwe, wesołe wietrzyki, nasycone wonią ziół alpejskich, leciały zza Furki, zza Gothardu, z dolin włoskich, zpod ciepłych niebios i jak zwykle, popychały drobne fale do zwilżania ździebeł karłowatych trawek na brzegach. Tu i owdzie wypływały na powierzchnię wody rozdęte trupy i zaraz znikały w ciemnej głębinie pośrodku jeziora. U płytkiego brzegu fale, kołysząc się, odsłaniały twarze, czoła, głowy, ręce, trzymające się kamieni, nogi, stulone w boleści, ramiona skurczone wśród grozy przedśmiertnej. Jeszcze bliżej ludzie zabici i utopieni leżeli kupami tak wielkiemi, że fale, przybijając do brzegu, chlupały między nimi, jak w karbach i lochach wysokiego brzegu.
Gdy Matus ukończył swój posiłek, od szczytów Nägelisgrätli wychyliło się kilku ludzi. Zbliżali się ostrożnie do krawędzi przełęczy i zaglądali w dół ku jeziorom grimselskim. Byli to felczerzy francuscy z chirurgiem pułkowym na czele. Jeden z nich wstąpił na wydatny kamień, przyklęknął na nim i spojrzał na wał najbliższy. Matus przypatrywał się właśnie tym ludziom, rachując, że mu pomogą w opatrzeniu towarzysza, kiedy nagle felczer, stojący na kamieniu, plackiem upadł na ziemię, zsunął się w zagłębienie i pędem zaczął umykać w stronę Furki. Wszyscy jego koledzy uczynili to samo. Tuż za kamiennym wałem słychać było gwar zbliżających się oddziałów austryackich, które pod naciskiem bojaźni opuszczały znakomitą pozycyę i wciąż szły dalej. Matus nie miał chwili czasu do stracenia. Wzywał felczerów znakami, ukazywał im rannego, ale tamci mignęli się tylko w przelocie i popędzili ku źródłom Rodanu. Wówczas Pulut umieścił Feliksa na bryle kamiennej, podsadził się pod niego i wziął chłopa na bary, lekko, jak worek żyta. Ręce zranionego bezwładnie wisiały, twarz oblepiona długimi, zmoczonymi włosami, martwo upadając, wbijała staremu wiarusowi na oczy kapelusz i gniotła wysoką kitę. Na szmatach, ściskających ranę, wynikły i szerzyły się blado krwiste plamy. Zsiniałe usta Feliksa od czasu do czasu szeptały jakieś słowo, a z piersi wydzierało się westchnienie. Matus opasał się jego nogami, mocno chwycił w kupę prawą dłonią ręce na piersiach, pod lewą pachę wetknął sobie karabin i szybko powędrował. Ścieżka wyłożona gładkiemi płytami, dosyć szeroka i wygodna, zbiegała odrazu na dół łamaną linią.
Krew biła Puluta, jak obuchem w skronie, własna głowa ciężyła mu, jak kowadło, krzyż zgięty tak bolał, jakby w nim trzaskały kręgi każdej chwili i za każdym krokiem. Słońce tam paliło w samo ciemię i gorący, duszny wiatr w gardle ściskał. Na dole widać było obadwa wojska. Cesarscy szły nagłym marszem w dobrym porządku, i żałobna ich czarnobiała linia łamała się w całej dolinie, z kształtu do litery S podobnej. Tylne szeregi wciąż się odstrzeliwały Francuzom, którzy napadali bagnetem, pragnąc do reszty zmiażdżyć całą kolumnę. Wyżej, u stóp lodowca, skąd wypływa rzeka, Matus ujrzał ze zdumieniem duży tłum białych mundurów, otoczony przez kilka kompanii francuskich.
— Hej! hej! — zawołał z uciechą — są pludry w kozie.
Pot mu zlewał czoło i przed oczyma tańcowały kręgi czerwone, złote i czarne. Zebrał siły, wytchnął przez chwilę, ujął sobie dogodniej rannego i szerokimi krokami puścił się dalej. Gdy był na połowie wysokości skał Mayenwand i gdy już odróżniał gwar wojska i szum Rodanu, niespodziewanie usłyszał nad lewem uchem szept bolesny:
— Matus... Matus...
— Nie bój się nic! Idziewa se oba. Ino się tam trzymaj choć zębami za warkoczyk.
— Pić... — wyszeptał Felek.
— Zaraz będziemy pili, bracie, aby z tej oto góreczki zeskoczyć. Patrzaj se tymczasem na góry... Widzisz, jakie to z tela zdroje wytryskają...
Oddziały walczące skryły się powoli w zakręcie wąwozu. U stóp Grimsel i Furki z prawej strony ruczaju stał obóz francuski, pilnujący wziętych do niewoli. Odebrano im karabiny i tornistry. Co było do skonfiskowania — zabrano, co do zjedzenia — połknięto. Żołnierze pozbawieni oręża siedzieli na ziemi niedaleko lodowca i z najzupełniejszą obojętnością dawali wiązać sobie ręce własnymi pasami, co kaprale i podoficerowie francuscy szybko i zręcznie uskuteczniali.
Gdy Matus się zbliżał, nagle w tym obozie wybuchła wrzawa. Ludzie zwróceni twarzami do lodowca, wywijali karabinami i krzyczeli zapamiętale. Matus ostrożnie posadził Felka na ziemi i, zdjęty ciekawością, wzniósł oczy ku górze. Zahaczył na lodach Rodanu dwie kompanie austryackie, które na Grimsel weszły były z Hasli. Znalazłszy na przełęczy stosy trupów, dostrzegłszy z góry szybką ucieczkę całej kolumny, więźniów na dole i zamknięte drogi, — oddział ten skorzystał z czasu, rzucił się w bok na lody. Kule Francuzów trzaskały w bryły, ale w niewielkim dystansie od podnóża, więc Austryacy szli śmiało i forsownym marszem przebyli wpoprzek lodowiec, skacząc nad szczelinami z tafli na taflę. Z gleczeru weszli na górę Furka. Idąc pod samym jej szczytem, dosięgli bezpiecznie wązkiego przejścia, po którego jednem zboczu spływa cienką smużką dopływ Rodanu, a po drugiem z płatka brudnego śniegu Reuss się sączy. Republikanie ścigali wrzaskiem te małe postacie, których długie nogi szybko migały się na zrębie skał, wystających z ziemi. Więźniowie spoglądali ze smutkiem na szereg umykających współtowarzyszów i powierzali jedni drugim jakieś myśli.
Matus, dowlókłszy się do pierwszych szeregów, zaraz odszukał felczera i zmusił go giestami i wykrzykiwaniem najrozmaitszych słów francuskich do zajęcia się rannym. Żołnierze otoczyli Felka i ulitowali się nad nim. Ten rzucił mu na kolana czystą serwetkę płótna, inny jakiś krótki sznureczek, inny nadgryzioną skórkę sera, a jeszcze inny — mały pieniądz. Felczer rozwiązał bandaż Puluta, oczyścił ranę umiejętnie i zajął się nałożeniem rzetelnego opatrunku. Stary wiarus nie znalazł w kotlinie swej kompanii. Pokazywano mu, że odeszła na dół. Oficerowie pokrzykiwali na niego i dawali mu znać na migi, że ma w te tropy iść za swym oddziałem. Pulut westchnął, polecił chorego towarzysza opiece felczerskiej, rozprostował kości, karabin zarzucił na ramię i poszedł brzegiem rzeki.
Przebywszy dwa zakręty wąwozu, stanął u podnóża wyniosłości w samym końcu doliny Vallais. Rodan wymiótł tam z ciasnych przejść na płaską wonną łąkę wielkie staje okrągłych kamieni i porozrzucał je na znacznej odległości od samego łożyska. Naokół czerniały lasy świerkowe, pełne jeszcze wilgoci rannej. Niżej widać było miasteczko Oberwald, skupione obok wysmukłego kościoła, za niem niedaleko drugie — Obergestelen. Matus wyminął obydwa, puste i milczące, jak mogiły. Zbliżając się do Ulrichen, spostrzegł z najgłębszem podziwieniem szeregi francuskie, wracające w stronę Furki. Gdy się złączył z oddziałem Le Grasa, powziął wiadomość, że Austryacy, uciekając przed kolumną Gudina, zobaczyli na swej drodze wojsko francuskie, brygadę Thurreau, idącą od Viesch w górę Rodanu. Mając przed sobą okropną perspektywę znalezienia się między dwoma wojskami Francuzów, pośród skał niezbyt szerokiej doliny, — generał Strauch rzucił się ze swą całą siłą w dolinę poprzeczną, Eginenthal, która od Ulrichen prowadzi na włoską stronę, przez Nufenen Pass wkracza do Val Bedretto i u stóp Gotthardu łączy się przy Airolo z doliną Tessynu. Poszli tamtędy bez przewodników, dróg i ścieżek, wprost przez wertepy. Gudin, nie mając zamiaru dzielenia się palmą zwycięstwa z Thurreau, cofnął się forsownym marszem z Vallais i znacznie przed południem stanął u stóp Furki. Po krótkotrwałym spoczynku przy lodowcu, po wysłaniu grabarzy oraz felczerów na Grimsel, uszykował swe wojsko, powiązanych więźniów wystawił na czele i ruszył na przełęcz. Wązką ścieżką po stromem zboczu kolumna wdarła się na szczyt około południa. Cały rozdół między widłami górskiemi był zupełnie pusty. Nieprzyjaciel pomknął w ucieczce aż do Hospenthal. Przed nadchodzącymi otwarła się dolina Urseren, idąca w dół, na zachód. Nizko w otchłani bielił się Reuss. Po prawej ręce stała grupa Gottharda, wielkie góry, okryte zgniło-zielonymi mchami, które tym skałom nadają pozór starości i jakiejś szczególnej nędzy. Te miękkie, jednostajne szaty gór, tu i owdzie tylko lśniące jaśniejszą zielonością, podarte są przez suche łożyska, niby przez szwy, które się dawno rozlazły. Sypią się tamtędy aż do stóp górskich, aż do niestrudzonej pracownicy — rzekł warstwy szarego rumowia. Szczyty wietrzeją, łamią się, kruszą, rozpadają i w proch rozsypują, lecą do wody, która je pochłania i wiecznie wynosi aż do dalekich okolic.
Wojsko szło z furyą bojową po perci odwiecznej, po szlaku, który niegdyś przebywały słonie Hannibala. Ten tłum obdartusów ważyłby się uderzyć na całą armię, zgruchotałby bagnetem twierdzę, gdyby była na drodze, a poddać się nie chciała, zwiódłby bitwę z samą śmiercią... Idący w szeregu nie mogli otrząsnąć się ze złudzenia, że tuż za ich plecami postępują towarzysze, którzy zginęli na Grimsel, że okrzyki ich słychać w czystem powietrzu, łoskot ich kroków słychać na głazach ścieżki... Ranny Felek był przedmiotem czułości całego wojska. Niesiono go pieczołowicie, jak biedne, chore, obce dziecko, gdy z sił opadał, a podtrzymywano litościwie, gdy sam szedł z góry. Drogę przecinały strumienie, białe, dzikie, piękne wody. Z za skał wychylały się tu i owdzie krawędzie lodowca Rodanu. Wprost z góry, idąc na łeb na szyję, zstąpiono do Realp, małego przysiołka u stóp Furki. Kamienne domki, przykryte dachami z płaskich głazów, stały tam wokrąg kościoła z czerwoną wieżą po obudwu stronach wybrukowanej uliczki. Nędza, kwicząca z głodu, wyglądała ze wszystkich kątów tego schronienia pasterzy. Domy i obory, tyłami swymi i kupami nawozu zwrócone do drogi, były pozamykane i puste. Napróżno walono kolbami w każde drzwi i wybijano szyby. Nie było tam żywego ducha. Żołnierze wyrywali szuflady, rozbijali drzwi szaf — i nie znajdowali nic zgoła. Nawet oficerowie rzucali oczyma po kątach, szukając jakiegokolwiek pożywienia — nadaremnie.
Wszystko to zresztą bardzo krótko trwało. Wyruszono z Realp w przewidywaniu potyczki. Droga szła po prawym brzegu Reussu, który tam płynie wolno, cicho i tak ospale, jak rzeczka na równinach. Już na połowie drogi z Realp do Hospentalu zauważono, że piechota austryacka wali w górę na Gotthard. Ta ucieczka bez bitwy wywołała szaloną uciechę. Cała kolumna trzęsła się od śmiechu, wywijała pięściami, potrząsała karabinami i wrzeszczała na całe gardło.
Tymczasem z za garbu podnóża nagle, jak błyskawica wypadł oddział huzarów i w pełnym galopie, co koń skoczy, rzucił się na kolumnę Gudina. Nim zdołano porwać się do strzału, już wzniesione szable spadły na karki. Huzarzy źgali konie ostrogami, ździerali je uzdami i ciskali się w środek szeregów piechoty, tnąc z ramienia na prawo i lewo. Wrzask boleści, krzyk oficerów i głośny dźwięk broni stokrotnem echem latały między górami. Trwało to krótką chwilę. Gdy popłoch minął i gdy się opamiętano, że tej konnicy jest szwadron wszystkiego, — uderzono weń bagnetem, zrzucono z siodeł kilkudziesięciu, a reszta pierzchła, jak wicher. Po chwili widziano już ich na skrętach szerokiej, bitej drogi, którą właśnie przez Gotthard budowano w tym roku. Gudin wszedł do Hospenthal, zajął je, pozostawił w tem miasteczku jednę kompanię, a sam rzucił się w pogoń za Austryakami. Generał Simbschen, dowodzący trzema batalionami i szwadronem jazdy, które uciekały, szedł ostro w rozległej, pustej i melancholijnej dolinie Gotthardu. Dowódca francuski ścigał go zajadle. Grenadyerowie padali z utrudzenia, głodu i skwaru. Austryacy nie zatrzymali się zupełnie na przełęczy gotardzkiej i odrazu poszli stamtąd na dół, do Airolo.
Kolumna francuska stanęła przy Gotthard Hospiz, między smutnemi, czarnemi jeziorami, których tam pełno. Trafiono w Hospiz na resztki zapasów austryackich i spożyto je z apetytem. Trzy bataliony pod komendą Labruyèra ruszyły jeszcze dalej, w dolinę Tremola, gdzie Tessin zlatuje pięknymi wodospadami. Zstąpiwszy ze stromych skał po załamaniach drogi na taras górski, skąd widać było w dole czerwone dachy Airolo, obserwowano przez szkła miejscowość. Labruyère ujrzał w Airolo dużo wojska. Grupy żołnierzy ciągnęły jeszcze z Val Bedretto. Byli to chorzy, ranni i utrudzeni z oddziału, rozbitego na Grimsel. Kolumny Simbschena i Strauchena spotkały się w Airolo i zaraz wyruszyły na dół, ku Biasca. Maszerowały zaś krokiem tak zamaszystym, że nie oparły się, aż na trzeci dzień w Bellinzonie.
Gudin, sprawdziwszy wypadek oddalenia się wojsk austryackich, urósł na duchu. Wykonał, co był zamierzył. Wziął Grimsel, wygnał nieprzyjaciela z Vallais, zajął Furkę i Gotthard. Miał zamiar powiedzieć o tem Le Grasowi, lecz czuł się znużonym... Wolał tedy leżeć na trawie, patrzeć na chmury, które leciały tuż niedaleko po trawie i z których wśród najcudniejszej pogody spadały krople dżdżu, ciężkie jak śruciny i dziwnie bezradne. Generałowi nogi popuchły, brudne palce wyłaziły z butów, język tak wysechł, że możnaby nim, jak drzazgą, podpalić w piecu. I ludzie za przykładem dowódcy leżeli na wznak, oddając się bezgranicznemu lenistwu. Gdy się trzy kompanie z obserwacyi cofnęły i wypoczęły, zabrano się do odwrotu ku Hospenthal. Żołnierze szli i teraz ochotnie, ale już, jak to mówią, podpierając się nosami. Każdemu zdawało się, że jego pięty ważą po kilka centnarów.
Gdy mijali garby, łagodnie zresztą pochylone, które przebyli niedawno bez wiedzy, w pasyi ścigania nieprzyjaciół, czuli istotną bojaźń, aby nie kazano wypadkiem drapać się znowu na wyżynę już przebytą. Każdy z piechurów chętniej zgodziłby się dostać ostre baty, a nawet jakieś lekkie pchnięcie — byleby już nie iść pod górę. Nad wieczorem ściągnęli się wszyscy do Hospenthalu. Gdy się tam znaleźli, towarzysze, pozostawieni jako załoga tego miasteczka, jęli rozpowiadać o ucieczce dwu batalionów austryackich, które wyszły ze szczeliny górskiej za Andermatem. Ujrzawszy w Hospenthalu ciemne mundury i kapelusze francuskie, odrazu rzuciły się na lewo od Andermatu w górę i znikły w dolinie Renu, uchodząc ku Chur. Gudin nie posiadał się z radości. Stanąwszy pośród szeregów, zaprosił swoich żołnierzy na wieczerzę do obozu przy Moście Dyabelskim. Wojsko z okrzykiem posunęło się ku Andermatowi po pięknej cichej łqce doliny. Zmierzch już zapadł, gdy cała kolumna bezładnym tłumem zbliżała się ku szczelinie, w którą spokojny Reuss nagle się fryga. Gdy tak w znużeniu leźli na miejsce spoczynku, spomiędzy skał wywinęła się jedna, druga, trzecia kompania i w szyku bojowym, z nastawionym bagnetem rzuciła się na szeregi Gudina. W głuchej ciszy wieczornej, przerywanej tylko szelestem kroków i dalekim szmerem wody, nagle jak grom uderzył o góry krzyk:
Vive la France!
Z następujących szeregów odpowiedziano tymsamym okrzykiem. Wtedy z tamtej strony wystąpił ogromny i posępny generał Lecourb, szybko zbliżył się do młodego bohatera i objął go wobec dwu wojsk serdecznym i długim uściskiem. Po chwili zawołał, mignąwszy szpadą:
— Niech żyje generał Gudin!
— Niech żyje generał Gudin! — wrzasnęły obadwa tłumy.
Noc zeszła na te wąwozy. Cała przestrzeń od Andermatu do Gőschenen zamieniła się na obóz. Ognie błyskały, piekło się mięso krów i wołów, sprowadzonych aż z Waasen. Więźniów, pojmanych przez Gudina na Grimsel, umieszczono w ciasnem przejściu za Urnerloch, tuż obok Dyabelskiego Mostu. Siedzieli tam jak szczury w łapce. W pobliżu rozłożyła się obozem kompania Le Gras’a. Pulut umieścił przy swem ognisku rannego Felka, posłał mu łoże z mchu i trawy, i gotował dla niego w jakiejś szczególnej skorupie niemniej szczególny, a jakoby natychmiast uzdrawiający rosół zaczarowany. Chory drzemał. Kiedyniekiedy otwierał oczy i z głębokim podziwem patrzał na blaski ognia, latające po niezmierzonych skałach, po urwiskach, które zachodziły swymi zębami tak szczelnie jedne za drugie, że przesmyk obok rzeki wydawał się podobnym do pieczary bez wyjścia. Kiedyniekiedy zaczynał wsłuchiwać się w szum obłąkanej wody rozbitej na puch i lecącej po oślizgłych schodach — i wtedy strach go ogarniał. W pewnej chwili usłyszał, że Matus z kimś rozmawia. Radby był słuchać tego głosu, ale mu wnet wszystko zobojętniało... Gdy znowu dźwignął swe ciężkie powieki, zobaczył przy ogniu Matusa i trzech więźniów. Stary mówił do nich szeptem. Twarz mu gorzała. Felek nie mógł pojąć, co w tem jest, że on rozumie o czem tamci mówią, i nie mógł pojąć, czemu go tumani tak dziwna senność... Chciał się poruszyć, przysunąć do ogniska, mówić do nich i wypłakać łzy, które mu, jak skała przygniatały serce. Tak mu było gorzko, tak smutno... Długo znowu nic nie widział, błąkał się między przedziwnemi widzeniami i cudami, długo dźwigał swoją lewą rękę i pragnął kiwnąć nią na Puluta, ażeby mu coś powiedzieć. Ocknąwszy się, zobaczył go przy ognisku, pykającego z fajczyny, obok jeńców austryackich, patrzących w niego, jak w tęczę. Matus miał kapelusz zsunięty na same brwi, patrzał się w ogień i głośno gadał.
— Na prawo — mówił — były tam nieduże jałowczyki, na lewo pole dopiero zawleczone. My stali w tej roli, a tu kule rznęły, co zachowaj ta Panie! Od tego dymu, to mówię wam gęby ludziom poczerniały. Tu huk taki, tu co moment który z naszych piach nosem orze, jakiesi pułki w dymie lecą... Zda nam się spojrzeć na bok, a tu ci on sam drze piechotą. Naczelnik. Kapelusza na nim niemasz, gęba usmolona. Wzion stanął przy nas w szeregu, pokazał pałaszem, coś zagadał... Ech! Jak my, ścierwa, poszli z nogi, to mówię wam chłopcy, święta ziemia dygotała...
Felek pragnął słuchać tego opowiadania, ale znowu wielka niemoc i przykry sen zakryły mu oczy i ciemność wchłonęła go w siebie.

II.

Stary pan Krzysztof Opadzki szedł zwolna drogą od Młyńskich Smugów ku Zimnej. Miał na sobie lisiurę do kolan i buty kozłowe z wysokiemi cholewami, to też ciepło mu było, a nawet odrobinę za duszno. Całą zimę spędził w doskonale ogrzanych pokojach, przesiedział w fotelu obok pieca, więc, gdy raz pierwszy z drzemania zimowego wysunął się na dwór, ogrom powietrza upoił go i rozmarzył nie gorzej od kulawki celnego tokaju. Wiosna już ogarnęła ziemię. Przed tygodniem puściło do gruntu, a w danej chwili już tu i owdzie z wierzchu podsychało. Na dróżkach uczęszczanych była jakgdyby błona z tęgiego rzemienia, uginająca się pod stopą. Po drogach stały jeszcze rozkisłe bajora, w brózdach szkliły się długie smugi wody, a w skibach noga przepadała po kolana. Poranek stał nad okolicą, jak uśmiech szczęścia na twarzy człowieka chorego. Dalekie zarysy widnokręgu powlekał niebieskawą barwą nikły i rzadki opar, bliżej na okół czerniał grunt obnażony i martwy. Jeszcze nie było ani jednego piórka trawy. Wygony i miedze leżały pośród niwek, jak sztaby bezduszne. Głęboko smutna równina szła daleko, na kraj świata, za odległe mgły powłóczyste. Na niewielkiem wzniesieniu widać było kilka suchych topól, czarny dach i długą, białawą, z czerwonymi słupami ścianę owczarni w Brodzkim folwarku. Nieco dalej wysuwały się z za piaszczystego wzgórka chałupy we wsi Budy Brodzkie. Już we mgle ciemnemi kresami znaczyły się wśród pól równych i milczących topole i budynki w Kostrzewnie. Na końcu drogi, połyskującej od wody w kolejach, grzało się na słońcu miasteczko Zimna, a obok niego dominium Zimna ze swemi licznemi zabudowaniami i wielkim starym dworem, schowanym w kępach drzew parku i owocowego sadu.
Pan Opadzki szedł sobie noga za nogą, przystawał, nakrywał oczy dłonią i patrzał na przestwór pod słońce. Znał tam każdą skibę, każde kretowisko, każdy zakręt płytkiego strumienia. Gdy przyszedł do brzozowego gaju, który z prawej strony drogi ciągnął się nad pastwiskami, stanął znowu i, kiwając głową, mruczał do siebie:
— Patrzcież się państwo, jak to bydlę wyrosło! Przecie tu było goło, jak na nosie, zupełnie goło jeszcze tak niedawno. Zaraz... Kiedyż to tutaj było goło? Jechaliśmy, pamiętam, z Sophie na wojaż poślubny... Pojazd był otwarty, dzień był ciepły, tak ciepły, tak jasny...
Zbliżył się do wysmukłych brzózek o białej, gładkiej, tu i ówdzie spękanej korze, której delikatne warstewki, porysowane czarnymi prążkami, zwijały się niby płatki welinowego papieru — i, spoglądając na cienkie, czarne gałązki tych drzew, bujnie pędzące w górę, — wzdychał za czemś dawnem i, widać niepowrotnem. W tym zagajniku grunt był twardszy, więc stary pan wszedł między zarośla i krok za krokiem postępował. Leżały tam zbitą masą czarne, zeszłoroczne liście, tak już przegniłe, że z nich pozostały ledwo kształty. Wilgoć spływała po nich, jak po tłuszczu i zsączała się w maleńkie strumyki, zdążające ku rowom. Ciepłe słońce wyprowadzało na białej korze brzóz i na czarnem, lśniącem podścielisku różne kolory, żywe światła i cienie. Zdawało się, że tam w głębi lasku pośród wielkiej ciszy coś prawie niewidzialne na oślep błądzi, wynika i przepada, czasami chyżo ucieka albo czai się, stąpa na palcach, i z za pniów wygląda. Pan Opadzki lazł między drzewkami, coś do siebie wciąż szeptał, jakby z drugą osobą prowadził ożywioną rozmowę:
— I to już wszystko minęło — patrzajcież państwo! I to już taka późna starość nadciągnęła...
Znowu stanął, zadarł głowę do góry i przypatrywał się mietlastym czubom brzózek.
— A to sobie rośnie, jakgdyby nigdy nic... Jesteś, czy cię niema, stary, wypróchniały dziadu, nam wszytko jedno... Oto jak sprawa stoi!
Piękne nawet w tak późnej starości oczy pana Opadzkiego, o dużych, wyblakłych, niegdyś błękitnych źrenicach — poczerwieniały na małą chwilę...
Strzepnął ręką, pięknym, bezwiednym ruchem musnął siwego wąsika i wyszedł z lasu na ścieżkę. Gdy tam stanął i powiódł wzrokiem po okolicy, uderzyły go dwa błyszczące punkty. Zdala, od strony Kostrzewna szły dwie osoby w mundurach wojskowych.
— Aha! — szepnął pan Opadzki — trafili przecie i do mnie! Jeszcze mi tylko tego brakowało...
Cofnął się do lasu, wynalazł duży kamień w pobliżu drogi, usiadł na nim i postanowił czekać na żołnierzy, którzy szli w stronę Zimnej. Już z odległości pan Opadzki dostrzegł kity proste, ponsowe, na pół łokcia, wysoko sterczące ponad kaszkietami w kształcie wiaderek i białe pasy, krzyżujące się na granatowych mundurach. Dwaj żołnierze posuwali się zwolna, nurzając w błocie swe wysokie, czarne kamasze. Co chwila przystawali i prowadzili głośną rozmowę. Gdy podeszli do lasku, staruszek, czekający na nich z biciem serca, zobaczył, że jeden z żołnierzy ma rękę uciętą, bo lewy rękaw jego munduru plątał się bezwładnie za każdem poruszeniem, i że twarz drugiego jest blada, jak płótno, krok chwiejny i ramiona schylone ku ziemi. Obadwaj patrzyli ciągle w stronę Bud Brodzkich, a starszy, wywijając swą jedyną ręką, wciąż wołał:
— Budy... mój Jezus kochany... Widzi Felek... Budy...
Gdy tak zapatrzeni przechodzili koło zarośli, pan Opadzki przetarł oczy i aż uniósł się nieco ze swego kamienia, szepcąc ze siebie:
— W imię ojca... Toż to Pulut!
Tymczasem dwaj grenadyerowie napoleońscy zeszli z szerszej drogi na polną ścieżkę i szybszymi kroki podążyli przez czarne role, błyszcząc na słońcu swym pięknym ubiorem i guzami.
Długo stary dziedzic Zimnej siedział nieruchomo na swym kamieniu i patrzał w ziemię. Wargi jego drgały nerwowo i wypadał z nich szept głuchy:
— Pulut... Matus Pulut...
Głęboka, nieujęta cisza zaległa znowu cały przestwór. Snuły się w niej dawne wspomnienia pana Opadzkiego, kojarzyły zapomniane wypadki, rzeczy wielkie i bardzo drobne, miłe i obmierzłe. Nagle stary pan wstał ze swego siedzenia i ostro poszedł ku domowi.
Gdy wkroczył w aleję suchych topól, gdzie w rowach bełkotały nurty wody zabłoconej iłem, a gdzie tak dobrze było mu oddychać jeszcze przed dwiema godzinami, — miał w twarzy surowość, dolną wargę wzgardliwie obwisłą i w wielkich, bladych oczach połysk lodowaty. Pod wpływem poruszenia wewnętrznego jego figura wyprostowała się, krok nabrał pewności, a ruchy — życia i siły. Dość szybko przebył całą długość alei, otworzył furtkę w tylnej części parkanu, otaczającego sad, i wkrótce znalazł się przed gankiem dworu. Był to dom stary, obszerny i bardzo cudaczny. Do głównej jego budowy, na przodzie której znajdował się ganek o sześciu murowanych słupach, dobudowano, widać różnymi czasy, szereg przybudówek, dachów, daszków, a nawet wieżyczek. Te dachy piętrzyły się jedne nad drugimi, szły w różne strony i przedstawiały w tyle dworu dziwną kupę gontów. Jedne z nich były już czarne i spleśniałe, inne niedawno, widocznie na jesieni ubiegłego roku, przybite. Na podobieństwo dachów tłoczyły się tam ściany przybudowanych pokoików. Sprawiało to wrażenie takie, jakby stary dwór pękł od tyłu i jakby przez szczelinę wybuchnęła pewna część jego wewnętrznych pokojów, izb i bokówek. Od frontu były okna spore i równe, tam na tyłach — przeróżne, poumieszczane wysoko i nisko, niektóre bardzo nisko, gdyż wraz ze ścianami do połowy w ziemię się wsunęły. Naokół stał prześliczny — nie las, nie park — dziki ogród. Wielkie drzewska: lipy, klony, wiązy, mnóstwo sosen, jodeł, świerków, brzóz — rosły tam, jak chciały. Niegdyś nakładano widocznie pęta na swobodny rozwój tego gaju, gdyż w jego głębi znać było jakby trzy szerokie półkola, czy grupy. Z czasem jednak młoda podszewka leśna rzuciła się wszędzie, wybujała i zagłuszyła dawną symetryę. W grupie starych jodeł widać było nawet szare, pozieleniałe ze starości, tu i ówdzie mchem zarośnięte ciało nagiej dryady kamiennej. Na jej ciemieniu szczodrze wynawożonem przez kawki i wróble rosły dosyć rozłożyste badyle, których słupki wyglądały na wiosnę, jak włosy, dęba z przerażenia stające. W pobliżu jakiś drugi obnażony kadłub nurzał swe greckie oblicze w mazowieckiem bagnie, zadarłszy bezwstydnie poutrącane nogi. Tu i ówdzie między drzewami stały piętrowe i parterowe białe oficynki, zbudowane na wzór domostw szwajcarskich, albo świątyń z greckimi portykami. Dalej, za parkiem stały gumna, dworki ekonomskie, mieszkania czeladzi folwarcznej, a na brzegu nudnej rzeczki spała pośród głębokich piachów mieścina rolnicza.
Gdy pan Opadzki począł stukać nogami, strząsając z butów glinę, wybiegł naprzeciw niego pokojowiec, rozwarł drzwi wchodowe i zaprowadził go do szerokiej sieni. Stamtąd pan Opadzki udał się na prawo i, minąwszy kilka dużych pokojów, znalazł się w swej ulubionej kancelaryi, izbie niewielkiej, ciepłej i zacisznej. Lokaje podsunęli mu fotel, obity skórą, szybko zdjęli z niego ciężką lisiurę, zzuli buty i przybrali go w miękkie suknie, płytkie pantofle i ciepłe pończochy.
— Gdzież to Franuś? — zapytał stary dziedzic.
— Pojechał konno.
— Dokąd pojechał konno?
— Nie wiemy... — odpowiedzieli pokojowcy.
— Jak tylko przyjedzie, żeby mi tu był zaraz, — rzekł pan Opadzki, wyciągając nogi na poduszce w stronę ognia, który płonął na kominie.
Gdy sam został, a drzwi się zamknęły i kroki ucichły, — zwiesił głowę i powtórnie upadł na duchu. Marzenie unosiło go w ów przestwór zamarły, podobny do krajobrazu, nad którego ponurem oddaleniem noc wisi, niby całun grobowy. Wszystko przeminęło, wypaliło się i zgasło, jak ogień. Ciemny mrok zadusił nawet rozżarzone węgle i połknął ich nędzną łunę. W tym starcu skąpym, nieprzystępnym, milczącym i smutnym niktby nie poznał dawnego rozrzutnika, sławnego kpiarza, który w życiu swojem zwiódł, jak mówiła pani krakowska, dwa tuziny cudzych żon i jednę. Z możnego panka, ze stronnika możnych, który zawsze i wszędzie tam był, gdzie oni hulali, stał się zwolna, w ciągu dziesięcioletniego samotnictwa w Zimnej jeszcze bardziej odpychający swą dumą, ale teraz już prawie wszystkich. Stopniowo zapomniano o nim. Dwaj synowie, między których podzielił fortunę, bawili się co zima w Warszawie — aż do skutku. Młodszy puścił przez palce cały majątek, a gdy mu urzędnik pruski, według procedury sądowej, przybił na drzwiach pozwy, ogłaszające sprzedaż przez licytacyę publiczną jego majątków, z resztą spuścizny uszedł za granicę, wstąpił do szeregów armii, walczących pod Napoleonem i zginął w bitwie pod Stradellą. Wdowa przezeń osierocona zamieszkała w Zimnej, gdyż ani z własnego, ani z mężowskiego majątku nic jej nie pozostało. Trawiła życie w smutku i nudzie, ukryta w kilku izbach na lewem skrzydle dworu. Starszy syn p. Opadzkiego żył również wesoło i hulaszczo. Posiadał jeszcze wioski, które mu ojciec przeznaczył, ale tylko nominalnie. Krwawe wojny na zachodzie Europy, a także inne okoliczności — wpłynęły były na podniesienie ceny dóbr gruntowych. Ta chwilowa i zmienna wartość roli posiadanej była przez hipoteki pruskie umyślnie notowana, jako stała, i za taką poczytywana przez ogół. Zboże, które produkowały stada zgłodniałych chłopów pańszczyźnianych, szło spławnemi rzekami na morze, znajdowało pomyślny zbyt na targach europejskich, dźwigało coraz wyżej cenę dóbr i chwilową zamożność szlachty. Agenci domów bankowych z Berlina chętnie, na niski procent udzielali pożyczek, które ziemiaństwo na swe dobra zaciągało. Hipoteki wmawiały w dziedziców, że są bogatszymi, niż sądzili, więc szlachta brała od agentów pieniądze obiema rękami. Zaciągano te długi hipoteczne, ażeby spłacić prywatne, ażeby podnieść stopę życia do tej wysokości, jakiej hipoteka poniekąd się domagała, ażeby wreszcie żyć, jak się patrzy, pohulać do upadłego, kiedy jest za co. Nominalna wartość ziemi i jej płodów, która była przedmiotem umów, niedługo prysła, jak bańka mydlana, gdy rzeczy wracać poczęły na zachodzie do miary zwykłej. Jedną z najpierwszych ofiar złudzenia był Teofil, starszy syn p. Opadzkiego. Posiadał jeszcze, co prawda, znaczne dobra, ale właścicielami ich byli de facto panowie Trudhy et C-ie z Berlina.
Stary pan Opadzki, siedząc na swym fotelu, miał w pamięci te wszystkie okoliczności i czuł je dziwnie żywo. Dawne gorycze poruszyły się w nim i wzburzyły od chwili, kiedy zobaczył Puluta. Chłop pańszczyźniany, który w ciągu dwunastu okrągłych lat gdzieś się podziewał, który oddawna uchodził za nieboszczyka, teraz, jakgdyby nigdy nic, wrócił i szedł do wsi z bezczelnym spokojem...
Po bitwie jeńskiej i wkroczeniu wojsk napoleońskich do Berlina — komisye sądowe, powiatowe, kreisgerichty, inkwizytoryaty śledcze, a, co najważniejsza, pan justicyaryusz, opłacany przez dominium — wszystko to cofnęło się z widowni. W dystrykcie, do którego należała Zimna, w kącie zapadłym i od traktu wojennego dalekim, przez całą zimę nie pokazał się ani jeden Francuz, a Niemca na lekarstwoby nie dostał. Wszystko tedy stało na opiece boskiej i tylko siłą bezwładności trzymało się kupy. Pan Opadzki do niczego się nie wtrącał. Dochodziły go tylko echa wielkich bitew i poruszeń armii francuskich. Kiedy Francuzi nasyłali mu wykazy rekwizycyjne, wydawał, co na niego przypadło, — kiedy brano rekruta — zgadzał się również i wyprawił był już kilkunastu parobków do właściwej kamery. W ogóle jednak pragnął spokoju i końca wszelakich awantur. Jak wszyscy, — miał podziw i żywił zabobonny pietyzm dla «wielkiego» Napoleona, ale miał także dla niego głuchy i nierozważający żal ojcowski... Z imieniem Cesarza Francuzów związana była w imaginacyi starca ściśle i mocno pamięć o synu zginionym. W gorzkim smutku swoim, w żałobie, która go nieraz obejmowała nagle pośród wesołej gawędki, albo w toku myśli codziennych, — usiłował niejednokrotnie zobaczyć mogiłę drogiego dziecka i z boleścią docierał zawsze myślami do wspólnej jamy, gdzie wwalono kupę zabitych chłopów i jego, potomka odwiecznego rodu rycerzy. Wtedy po zimnem, wystygłem obliczu spadały dwie, trzy łzy, zaiste krwawe...
Gdy tak siedział przed ogniem, melancholia wiała nań z każdego końca pokoju. Czuł, że zbliża się do niego żal bezlitośny i że niedługo nóż swój zbójecki podniesie. Wstał z krzesła i, pragnąc jako rozbić gorzkie myśli, wyszedł do sąsiedniego pokoju. Za dawnych, weselszych czasów śniadano tam i obiadowano. Był to salon długi i dosyć wąski. Środek jego zajmował ogromny stół, przy którym mogło ucztować kilkadziesiąt osób. Na ścianach wisiały portrety przodków. Były tam płótna zczerniałe, na których ledwo było widać figury tak twarde i sztywne, jakby były drewnianemi kłodami, pookręcanemi w karmazynowe i żółte stroje; były jakieś monstra z twarzami niby kobiet, zaopatrzone w przedziwne fioki, były brzuchate postacie o wielkich, czerwonych gębach i obwisłych policzkach, były wreszcie wizerunki ludzi nadzwyczajnie pięknych. Na ścianie dobrze oświetlonej wisiał portret rycerza w zbroi, malowany tak wybornie, że ta wielka osoba zdawała się z ram wychodzić. Ciężki, żelazny pancerz był dla tego husarza strojem, wdzianym dla parady. Była to raczej odzież, którą wielkie ramiona i szerokie piersi do swego kształtu i na swą potrzebę urobiły. Tęga ręka, wysunięta naprzód, wspierała się na ułamanem drzewcu, surowa twarz spoglądała nie na widza, lecz dokądś nad jego głową... Na ścianie przeciwległej wisiał portret pana Opadzkiego i jego nieboszczki żony. Obadwa te płótna malował swego czasu Lampi. Stała tam piękna kobieta z łonem prawie odkrytem, zapatrzona w dal z udanem rozmarzeniem. Trzymała w ręku niezwiązany bukiet kwiatów. Obok siedział pan, wesoły i niedbały. Ciemny, jakby złotawy koloryt leżał i na jego twarzy ogolonej, na prześlicznych, miękkich, wydelikaconych policzkach i na czole alabastrowo białem. Pan Opadzki począł chodzić w zamyśleniu dokoła stołu powolnymi krokami starca. Posadzka zcicha skrzypiała pod stopami, nikły cień osoby przeciągał się po ścianach. Okna tego pokoju wychodziły na ogród. Stały w nim drzewa bezlistne, ponure w swem obnażeniu, i jakby spuchnięte od dżdżów wiosennych. Na drogach, w głębi parku, w dalekiej przestrzeni rozściełała się przed oczyma starca rozbita pustka, w którą młot śmiertelnych przeczuć uderzał i wszystkę rozkosz życia, jak próchno wysypał. Pan Opadzki odwrócił wzrok i z westchnieniem spojrzał na portret żony. Przez chwilę patrzał na ten wizerunek niezupełnie podobny, ale oddający wiernie miniony nastrój, jakby pogrzebane marzenia i tę namiętność, która już przed laty zginęła. I nagle stary pan gorzko zapłakał. Poczuł w sobie, w swych kościach i w sercu, zgrzybiałość, która już wszystko strawiła, zwiastunkę śmierci. We łzach, toczących się po jego policzkach, wypływała skarga na ten czas niemiłosierny, co zabiera młodość, zdrowie, tęgość bark i kolan, ogień ze krwi, szczęście, wesołość i dostatki. Z niezmiernego tłumu osób znajomych ta oto jedna malowana postać żony mogła z nim dzielić wspomnienie uroczych zabaw, nie skrępowanego niczem wesela, dowcipnych intryg, cudownych kobiet i mężczyzn, stojących na szczycie kultury. Już tego nikt nie mógł pojąć, nikt nawet marzeniem ogarnąć bajecznego świata, który przeszedł niby cień i zstąpił do grobu.To też we łzach pana Opadzkiego wyrażała się niezmierna jego miłość dla cienia, zaklętego w malowidle. Gdy tak zatopiony był w sobie, drzwi się uchyliły i oczekiwany Franuś wsunął głowę do pokoju. Był to faworyt dziedzica. Spełniał zarazem funkcye lokaja i przełożonego nad całą administracyą majątku. Marszałek, każdy z podstarościch i wszyscy służący musieli wykonywać najściślej wszelkie jego rozkazy, pomimo, że on właściwie był urzędnikiem do skrobania dziedzica w pięty, gdy ten nie mógł zasnąć. Franuś był to człowieczyna młody, chudy, nizki i niepozorny. Chodził zawsze w kożuszku i butach z bardzo długiemi cholewami, które nadzwyczaj dobrze uwydatniały kabłąkowatość jego nóg, chudych, jak patyki. Sypiał w maleńkiej izdebce tuż przy pokoju pana Opadzkiego i ciągle mu dotrzymywał towarzystwa. Franuś wszedł do pokoju, drzwi za sobą przymknął starannie i z uciechą, wysiłkiem powstrzymywaną, rzekł szeptem:
— Panie, powiem dużą nowinę, ale dostanę tamten pas jedwabny...
— Nic nie dostaniesz, ośle jeden, a nowinę schowaj sobie w kieszeń i idź za drzwi. Co mi ty powiesz? To, że Pulut przylazł?...
Franuś aż usta otwarł ze zdumienia.
— A jegomość skąd wie?
— Wiem i cała rzecz. Byłeś na Budach?
— Byłem — a jakże! Tam tak wre, co zachowaj Boże!
— Co wre?
— No — co wre? Chamstwo wre w karczmie.
— Czegóż oni znowu? Chrzciny?
— Nie chrzciny, tylko ratione tego Puluta. Jechałem sobie na szkapsku od Kostrzewna, aż tu, patrzę, idą jakieś dwa czupiraki. Wziąłem ich na oko i doczekałem, aż zawinęli do Berka. Skoczyłem tam, kobyłę zostawiłem u węgla i wlazłem do alkierza. Tamem se usiadł i wysłuchałem, co gadali. Jakem przyszedł, to już się ściskali cała kompania koligacyi. Panie! co on tam gadał ten obieżyświat... Pasya mię rwała, żeby złapać harap do garści, zedrzeć mu ze łba to czapczysko i zagnać draba do wyrzucania gnoju, alem się bał.
— Bałeś się? — zapytał pan Opadzki z dziwnym błyskiem w oczach.
— A bałem się. Chociaż oni są już emeryty i kaleki, idą wprost ze szpitala w Tokarach, chociaż stary nie ma łapy, a ten młodszy, obcy, przez całą zimę chorował na krwawą biegunkę, alem się bał. Jeszcze by ten Napolion wrócił tu ku nam i kazał mi łeb uciąć. Mnie licho po tem z takim zaczynać?
— Co mi tam pleciesz! — przerwał mu znagła dziedzic. — Właź oto na koń, jedź mi jeszcze raz na Budy, schowaj się w alkierzu, czy jak sobie tam chcesz, tylko mi przywoź rychło wiadomość, co i jak. Skąd i co zacz jest ten drugi — to chcę wiedzieć detalicznie. Dokładnie sobie zakonotuj dicta podłe, jeśliby się na nie ważyli, i wracaj żywo.
Franuś pociągnął na sobie pasika, uderzył się harapem po cholewach i wyszedł, a pan Opadzki kazał prosić do stołu. Obiadowano nie w wielkiej sali jadalnej, lecz na końcu dworu w wąskiej izbie, sąsiadującej z alkierzami rezydentów i pokojami wdowy. Gdy stary pan wszedł do tej jadalni, wszyscy tam już byli zgromadzeni i witali go niskimi ukłonami. Pod oknem siedziała wdowa, dumna, chora na zęby, nic nie mówiąca do nikogo i wiekuiście rozdąsana; na szarym końcu trzymało się na brzeżkach krzesełek, pooznaczanych specyalnemi insygniami, kilku starych niedołęgów, z bojaźnią śledzących z pod oka ruchy i miny dziedzica. Pan Opadzki mruknął kilka słów na powitanie, do każdej z osób zwrócił się z jakiemś uprzejmem słowem, usiadł i zaczął szybko chlipać polewkę. Dania przynoszono z kuchni, leżącej na drugim końcu wielkiego dziedzińca, to też obiad trwał zawsze niezmiernie długo. Sługusy zaczęły właśnie obnosić czwartą potrawę, kiedy za ścianami dworu dał się słyszeć głośny tętent, bryzgi rozprysłego błota padły aż na szyby okien i w tumanie pary Franuś osadził przed gankiem spienionego konia.
Pan Opadzki zaczął mrugać szybko powiekami i rzekł przez zęby do jednego z rezydentów:
— Wołaj go, waść, tutaj z łaski swojej!
Franuś zjawił się po chwili z głową obwiązaną jakiemiś szmatami, zpod których wyglądały plamy krwawe.
— A to co? — rzekł pan, wpatrując się w jego oczy.
— A cóż? — Chłopstwo mię zobaczyło... Wciągnęli mię do izby.
Franuś usiadł na stołku i zapłakał głośno.
— Ty mi tu, proszę cię, nie lamentuj, tylko rzecz opowiadaj!...
— Ładna opowieść — ani słowa! Jak jeden człowiek zaczęli wrzeszczeć, że na pańskie więcej nie pójdą... Racice mi pod nos tkali, i parli mię do ściany. Szczęście, żem się dorwał jakoś do drzwi, chlusnąłem za próg i na szkapę. Ale, gdym już miał nogę w strzemieniu, któryś mię zdzielił w łeb kamieniem. Mroczki mi stanęły w oczach... Szczęście, że kobylsko poszło w cwał, bo bym ta był całego łba nie wydostał. Jaśnie pan zawsze mnie samego... zaczął z płaczliwie górnego tonu.
— Franuś... milcz z łaski swojej — rzekł pan Opadzki spokojnie, wydymając wargi i patrząc na okno.
Po chwili wzniósł brwi, rozłożył ręce i rzekł:
— To trudno... to trudno! Kto sieje wiatr...
Wszyscy uroczyście milczeli, tylko Franuś głośno stękał.
— Żeby tak na mnie padło — nno! — zaczął mówić basowym szeptem najmłodszy z rezydentów patrząc na kolegę, jakby tylko do niego jednego kierował swe uwagi. Nie dokończył, gdyż pan Opadzki zwrócił się nagle do Franusia i rzekł:
— Idź tak, jak stoisz z gałganem na łbie i sprowadź mi tu gulonów. Idź od dymu do dymu i mów, że ja ich proszę do siebie, a żywo, żywo...
To powiedziawszy, wstał od stołu, złożył ukłon współbiesiadnikom i ruszył prędko do swej kancelaryi.
Nie upłynęło jeszcze i pół godziny, gdy już tłum drobnych mieszczan, zgromadzony w izbie kredensowej, oczekiwał na dziedzica. Byli to przeważnie ludzie starsi, niektórzy bardzo starzy. Wszyscy ubrani byli w długie błękitne kapoty, nie wyjmując tych, którym do uzupełnienia odświętnego stroju brakowało butów. Ci wszyscy «obywatele» miasta Zimnej odrabiali we dworze pańszczyznę pospołu z «chamskiemi duszami». Na twarzach ich, na twarzach czarnych, suchych, wynędzniałych, malował się niepokój, w postawach widniała służalcza cierpliwość.
Gdy pan Opadzki wszedł do izby, wszyscy, jak łan zboża na wietrze, schylili się ku ziemi.
— Widzieliście, obywatele — zaczął dziedzic odrazu, wskazując na Franusia, który wszedł za nim — widzieliście, co to chłopkowie robią, jak sobie poczynają.
— Widzieliśmy, jaśnie panie — odpowiedzieli chórem.
— Zranili człowieka i byliby go zamordowali. Za łaską Bożą tylko uszedł szczęśliwie. Mówił wam resztę, więc wiecie. Cóż ja mam począć z takimi ludźmi, pytam się was, co ja mam począć? Wczoraj było tam jeszcze cicho i pobożemu, dziś zjawia się taki Pulut...
— Cham, jaśnie panie, zawsze jest psia dusza... — rzekł Maciejowic, jeden z najstarszych mieszczan.
— Nie, ale cóż ja mam począć, pytam was się?...
— A cóż my, jaśnie panie?... My za sprawiedliwością... — rzekł ktoś z tłumu.
— I ja także. Sam wyroku dawać nie chcę, aby nie powiedziano, że w gniewie sądzę. Pan justicyarynsz uciekł... kogóż ja mam wziąć, jako arbitra. Was wzywam, obywatele, was, dawny Urząd Radziecki. Jest tu Stępień, jest Opałka, jest Szczepański, Mądrasik... Przecie oni w Urzędzie zasiadali, dekrety ferowali i na prawie się znają.
Tłum poruszył się żywo. Głęboka, wielka radość odbiła się rumieńcami na twarzach starych mieszczan.
— Sprawiedliwie jaśnie pan mówi — rzekł Opałka.... Siadałem, jako ławnik w starej Radzie. Nasze prawo mańdeburskie je świętobliwe. Jak Zimna Zimną — tu obywatele sądzili wedle Saxonu, aby się złe i niegodziwe kryminały kajały, występki surowie potępiali dla rozgromienia wszelakiego złodziejstwa.
Ręce starego mieszczanina trzęsły się gorączkowo, w oczach płonął entuzyazm, w głosie drgała nuta błagalna. Dreszcz uniesienia przejmował tłum cały.
Błysnęła im nadzieja twardego sądzenia, dzierżenia władzy i dostojeństw, które byli przed laty stracili.
— A więc wybierzcie zpomiędzy siebie Urząd Radziecki — rzekł pan na Zimnej głosem cichszym, jakby zebranym sekret powierzał. Ja każę aresztować Puluta i tego drugiego.
— To chyba «gorącem prawem» będziemy go sądzić, jako że pojmany jest na uczynku?
— Tak, tak... gorącem prawem.
— Jaśnie dziedzicu, — rzekł jeszcze Opałka — w naszem prawie dwojako się inkwizycye prowadzą: jedne są dobrowolne, a drugie są konfesaty. Tak prawa nasze świadczą i tak przed wieki nasi ojcowie sądzili. Czy niby, w razie jeśli zbrodzień trwa w umyśle swym i afekcie podłym, czy niby, jaśnie panie, godzi się myszkę puścić?
— Co za myszkę? — rzekł pan Opadzki, krzywiąc się i strzelając w palce.
— Jeśli zbrodzień nie chce wyznać na inkwizycyach dobrowolnych świętej prawdy, jako było, tedy się bierze według sprawiedliwości myszkę, jego się na ziemi rozciągnie i do słupków obnażonego przywiąże, a tę, myszkę się w szklankę wpuści i tę szklankę do pępka mu przystawi. On ta już wtedy nic nie zatai.
— Kozę, kozę lepiej — rzekł Stępień, przymykając mądrze powieki. — Złoczyńcę się do ławy przywiąże, nogi jego słoną wodą namaże, potem kozę przywiedzie, która sól je rada, aby pięty onego złoczyńcy lizała... Który ból powiadają być okrutny bez obrażenia cielesnego.
Pan Opadzki milczał przez chwilę. Na wargach jego przemykał się uśmiech zimny i straszny.
— Ja nie wiem, moi kochani, jakie są prawa mańdeburskie. Sądźcie według świętej sprawiedliwości, jak ona każe, a patrzcie na krzywdę moją — oto wszystko.
— To my, jaśnie dziedzicu, dziś zaraz tę Radę ustanowimy?
— Tak, tak, zaraz — rzekł pan Opadzki.
Mieszczanie skłonili mu się do stóp i zwolna opuścili izbę. Tegoż wieczora Franuś na czele kupy hajduków i parobków dworskich aresztował Puluta i Felka. Obadwaj wtrąceni zostali do loszku miejskiego, gdzie za dawnych czasów przestępców trzymano.

III.

Felek, wyprowadzony na świat z ciemnicy, biegł szybko między rosłymi drabami, którzy go szturchali i naglili do pośpiechu. Był dopiero świt wczesny. Ogromne drzewa parku tonęły we mgle, przestworów i wsi dalekich wcale jeszcze nie było widać. Chłodna rosa kwietniowa śnieżną farbą powlokła czarne dachy w miasteczku, skiby roli odwróconej, górne żerdzie w płotach i daszki na murach, okalających cmentarz i kościół. Gromadka, prowadząca Felka, przebiegła dwie piaszczyste uliczki, minęła rynek, dokoła którego stały mieszczańskie domostwa z wystającemi podcieniami na słupach, i okrążyła mury cmentarne. Niegdyś były tam zapewne fortyfikacye obronne, bo resztki grubych murów widać było tu i ówdzie, przytulone do występów i urwisk gliniastych. Całe to miejsce od dawien dawna nazywano Zamczyskiem. Mocne kamienne ściany, przerośnięte bluszczami, tarniną i berberysem, waliły się, rozsypując na okół kupy gruzów. Gdy Felka wyprowadzono za cmentarz, oczom jego ukazał się duży tłum ludzi, zgromadzony przy jednej z takich resztek starego zamku.
Ludzie cisnęli się zwartą kupą, wspinali na palce i próbowali zajrzeć do środka koła. W głębokiem milczeniu słuchano głosu, wychodzącego z głębi gromady. Przybywających wstrzymano i giestami zalecono milczenie. Felek posłyszał basowe dźwięki mowy pisarza dworskiego, który zarazem prowadził badanie i trzymał pióro w sprawie Puluta. Pisarz czytał, stękając:
«...taka inkwizycya padła przed sądem naszym, a za owe ekcesy jego kryminalne ferujemy dekret niniejszym sądem naszym według świętobliwego prawa, aby żywcem był ćwiartowany i ćwierci na palach przy gościńcu i na granicy bite. Lubo ten zbrodzień zasłużył śmierć według prawa, dekretem wyrażonego, ad instantiam jednak jaśnie wielmożnego pana, a pana i dobrodzieja naszego relaktuje się dekret tak, aby tylko wyż nazwany Matus Pulut mieczem był ścięty. Co podług ułożenia ferowanego dekretu, to co jest wyrażone niechaj się wykonaniem pełni. Pereat mundus fiat iustitia. Amen».
Felek patrzał w głąb zbiegowiska osłupiałym wzrokiem. Wtem ludzka masa cofnęła się na stronę i ze środka wyszedł na małe wzniesienie człowiek krępy z długimi włosami, które mu aż na plecy spadały. Popychał on Matusa, trzymając go za ramię. Pulut miał oszewkę koszuli rozerwaną, włosy zwichrzone i twarz jak śnieg białą. Felek wspiął się na palce i zobaczył, że gruby parobas ustawił na kupie gliny — pniak szeroki. Do Puluta zbliżył się stary księżyna, dał mu do ucałowania pasyjkę i coś na ucho szeptać zamierzał. Matus porwał się z miejsca, stanął obok pnia i zawołał ochrypłym głosem:
— Ludzie!...
Kat szarpnął go za ramię i mocno wstrząsnął nim kilkakrotnie. Pulut znowu jeszcze głośniej, z krzykiem prawie wołał:
— Słuchajcie mię, ludzie, słuchajcie...
Oprawca trzasnął go w zęby wierzchem dłoni i rozkrwawił. Tłum zaszeptał i odstąpił nieco dalej. Wtedy Matus ukląkł sam na ziemi i prędkim ruchem położył łeb na pniaku. Ciekawi znowu ścisnęli się kołem i Felek ujrzał tylko nad głowami szybki błysk miecza.
Młody żołnierz przeląkł się bardzo. Drżąc na całem ciele kazał się zaprowadzić przed radnych i obiecał wyznać wszystko: z jakiego jest kraju, czyj jest poddany... Dotąd przy badaniach wyznać tego nie chciał.



TREŚĆ.
 
str.







  1. Przypis własny Wikiźródeł (niem.) Bądź pozdrowione z daleka, ciche miejsce nad jeziorem...
  2. Przypis własny Wikiźródeł Powstańcie wszyscy ludzie,
    Ci znad Emme i ci znad Aare,
    Silni i wolni w biedzie i niebezpieczeństwie,
    Powstańcie wszyscy ludzie!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.