Pod polską banderą/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Podtytuł Powieść historyczna z czasów króla Zygmunta III
Wydawca Książnica - Atlas
Data wyd. 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


FERDYNAND ANTONI OSSENDOWSKI
POD POLSKĄ BANDERĄ
POWIEŚĆ HISTORYCZNA
Z CZASÓW KRÓLA ZYGMUNTA III
KSIĄŻNICA-ATLAS
ZJEDNOCZONE ZAKŁADY KARTOGRAF. I WYDAWNICZE
TOW. NAUCZ. SZKÓŁ ŚRED. I W., SP. AKC.
LWÓW — WARSZAWA
1929






Klisze, skład i druk wykonano w Zakładach Graficznych S. A. Książnica-Atlas we Lwowie






Rozdział I.
W winiarni imć pana Fuggera.

— Kiej w izbie, jak w barci, jaśnie wielmożni panowie! — mruczał oddźwierny pachołek, stojący przy wejściu do winiarni imć pana Fuggera na Rynku warszawskim.
Trzej dorodni młodzianie, do których skierowane były słowa pachołka, nic nie odrzekli, uderzyli kołatką w okute żelazem drzwi i weszli do obszernej, przyciemnej sieni, z biegnącym w głąb domu korytarzem, o nagłych załamaniach, jak gdyby to były blanki twierdzy.
Ze sklepienia na łańcuchu zwisała trzymasztowa galera kupiecka — znak przynależności właściciela do potężnego związku kupców Hanzy. Latarnia z grubą, kopcącą czerwoną łojówką rzucała niepewne, słabe błyski na szeroką ławę ze zwalonemi w nieładzie deljami, opończami, czamarami i kożuszkami, pilnowanemi przez dwóch hajduków.
Zrzuciwszy na ręce jednego z nich ciepłe, szczekockie burki, do „futrem rybim podbitych“ kaftanów wielkomiejskich niepodobne, weszli do izb gościnnych.
Huczno i gwarno tu było, bo szlachta w ten mroźny wieczór listopadowy obficie popijała, zagryzając miód i wino dowcipami i krotochwilnemi dykteryjkami.
Wesołość i beztroska panowały niepodzielnie; co chwila zrywały się grzmiące okrzyki, brzmiały wiwaty i wybuchy śmiechu, rozlegały się mocno podchmielone głosy, śpiewające:

„Smutek czas zrzucić, wziąć na się wesele...“

Szlachcie, zebranej w winiarni imć pana Fuggera, już mocno kurzyło się z głów, zarówno podgolonych staropolskim obyczajem, jak i uczesanych na modłę szwedzką lub niemiecką. W izbie huczało od wesołych krzyków: „Oj bre, bre — lej, nalej!“
Nowi goście z podziwem przyglądali się tłumowi, oczami szukając w obydwóch izbach wolnego miejsca. Przy stolikach jednak siedziało po dziesięciu i więcej biesiadników i nigdzie nie można było dostrzec niezajętego stołka, zydla lub ławy.
Nie wiedzieli, co mają ze sobą począć, gdy nagle jakiś starszy jegomość, o twarzy dostojnej i poważnej, skinął w ich stronę ręką i, gdy się zbliżyli, rzekł:
— Mogą waszmościowie usiąść przy tym stole, gdyż wkrótce odjadę.
— Dziękujemy waszmość panu! — odparł jeden z młodzianów, wysoki, barczysty, jak dąb, o twarzy groźnej, bo od lewego oka aż do podbródka przeciętej szeroką czerwoną blizną, snać, niedawno zagojoną.
Gdy usiedli i kazali usługującemu pacholikowi podać trzy kubki miodu, młodzian, co miał bliznę przez twarz, rzekł półgłosem, pochylając się ku towarzyszom i uśmiechając się:
— Polak zawsze wesołym w królestwie swem jest! Śpiewa, tańcuje swobodnie, nie mając na sobie niewolnego obowiązku żadnego, nie będąc nic królowi, panu swemu zwierzchnemu innego winien, jako to: tytuł na pozwie, dwa grosze z łanu i pospolite ruszenie. Czwartego nie ma Polak nic, coby jemu w królestwie myśl dobrą kaziło! Przebóg! Zali te wydrwinki z nas z czasów króla Zygmunta Augusta i nam przekazał krotochwilny pan Orzechowski?! Zaliż nie żyjemy w żalu po klęsce cecorskiej, po męczeńskim zgonie wielkiego hetmana?! Animus meminisse horret!...
Dostojny jegomość, siedzący przy stole i zachowujący pozory, że nie słucha rozmowy sąsiadów, nagle podniósł głowę i bystro spojrzał na mówiącego.
— Cichaj, Władysławie! — rzekł, kładąc dłoń na ramieniu towarzysza, inny młodzian. — Cichaj i ściśnij zęby, aby ci skrzypnęły jak bułat po szkle! Pomnij przysłowie, że „lepiej w nocy na wsi, niż w dzień w Warszawie...“
Mimo tłoku, gwaru, obłoków dymu i pary z kurzących się łbów, tupotu nóg i zrywających się co chwila śpiewów i tańców tuż przy stolikach i ladzie, przybyła trójka zwróciła na siebie ogólną uwagę.
Nie znano ich tu, gdzie się zbierała szlachta, żerująca przy dworze królewskim lub przybywająca z innych województw w przeróżnych sprawach, związanych z obecnością króla w nowej stolicy z jej wesołem życiem, nowinami, plotkami, intrygami i zabiegami o wakansy, zaszczyty i łaskę.
Kilku strojnych paniczów uważnie przyglądało się siedzącym przy stole młodzieńcom, których staropolskie żupany z dobrego sukna węgierskiego, ze srebrnemi zaponkami i klamrami, szerokie pasy z tureckiego altembasu i proste, czarne szable, na rapciach wysoko podwieszone, — były całkiem niezwykłe dla wesoło nastrojonej rzeszy biesiadnej, coraz chętniej z cudzoziemska się noszącej.
— Gile oczy na nas wyłupiają, Tomaszku! — mruknął młodzian z blizną na twarzy. — Uważaj!
Przyjaciel uśmiechnął się pod wąsem i mruknął:
— Nie strachaj mnie, bo się miodem zachłysnę... Cobyśmy z tymi szwedzkimi drabantami uczynili, Wacku, gdyby tak do czego przyszło... po naszemu?! Hę? Jak suponujesz?
— Torba sieczki i flaki na wiechę! — rzekł cicho trzeci i błysnął jak u młodego wilka kłami. — Tylko teraz to już nie jest summa gaudio po tem, na co się człeczysko napatrzyło, chyba, że suplikę nader uniżoną zaniosą...
Dostojny jegomość, który wyjął już był kiesę, aby płacić za antałek węgrzyna, nagle schował worek do kieszeni i, błądząc obojętnym wzrokiem po izbie, przysłuchiwał się teraz coraz uważniej.
Korzystając z wszczętego w końcu winiarni śpiewu, młodzian, nazwany Władysławem, pochylił się niżej i mówił do towarzyszy:
— Po śmierci pana Sieniawskiego-ojca, stryj Wandy nie zechciał oddać mi jej! Za wysokie uważa dla mnie swoje progi!... Ale, przebóg, nie na takich natrafił jaśnie oświecony pan wojewoda! Ani ja się nie ugnę, ani Wanda cofać się nie będzie. Połączył nas nieboszczyk ojciec i woli jego zadość się stanie!... Dziś będzie gotowa do drogi. Umknę ją staremu panu Piotrowi... Przysłać ma tu do mnie Wanda pachołka z listem, gdy wojewoda do króla się uda na jakoweś narady. Was prosiłem na drużbów, no, i na wypadek, gdyby...
— Gdyby serpentyny w łan musiały pójść? — dokończył Tomaszek, klepiąc towarzysza po ramieniu. — Poznaję Haraburdów krew!
— Może masz przy sobie konterfekt panny, to pokaż! — rzekł Wacek.
Zapytany rozpiął żupan i wyciągnął z zanadrza wiszący na złotym łańcuszku medaljon.
W tej chwili, jakaś dłoń schwyciła za łańcuszek, a ochrypły pijacki głos zawołał:
— Pewno masz tu, mopanku, fizjognomję swojej gamratki? Wiele, bowiem, tych samopasek z cesarstwa przybyło do stolicy. A gładkie to, a przytulne, a pieszczotliwe i do trzosu pochopne. Pokaż-no, pokaż!
Mówiąc to, opój ciągnął łańcuszek do siebie.
Młodzian, nie oglądając się, ścisnął rękę awanturnika tak, że coś chrzęsło głośno, a palce wyprężyły się natychmiast i wypuściły trzymany przedmiot.
Wtedy dopiero się obejrzał.
Za nim stał wspaniale i barwnie wystrojony rycerz. Że był to rycerz, to wlot poznał napadnięty młodzian. Butna mina, sumiasty wąs, zawadjackie oczy, ciężki pałasz, czerwone buty z ostrogami i zsunięta na tył głowy rysia czapa-ableucha — wszystko to odrazu spostrzegł młodzian i zmiarkował, z kim ma do czynienia.
— Jestem Horb-Kiczyński, rotmistrz chorągwi lisowczyków! — rzekł zawadjaka buńczucznie, kładąc dłoń na rękojeści szabli.
— Nie zwykł jestem obyczajów stołecznych w ten sposób zawierania znajomości — odparł młodzian spokojnym głosem — lecz „z wilkami żyć — trzeba jak one wyć“, mówią w naszych stronach. Jestem Władysław Haraburda, towarzysz chorągwi pancernej wielkiego hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Świeć, Panie Boże, nad jego duszą smętną!
— Ha! Toś taki?! — ryknął rotmistrz. — Toś z tych bohatyrów, co wodza opuścili?... Już cię mam! Patrzę i patrzę... Moderunek rycerski, ostrogi — srebrny dzwon, czarna szabla, rapcie krótkie... Wojownik wielki! A tu hyc, hyc; już zając za górą!
— O czem, waszmość, mówisz? — spytał, podnosząc brwi, Haraburda i nagle ostrożnie zdjął rotmistrzowi rękę z szabli, dodając:
— Nie imaj się, waszmość, jelca, bo słyszałem chrzęst w dłoni, może boli?
— Bracie, nie wywołuj wilka z lasu! — rzekł Tomaszek, figlarnie mrużąc oczy. — Straszliwie to sierdzisty rycerz! Ho, ho! Takiemu w drogę nie właź!
— Jestem rotmistrz lisowczyków — Jan Horb-Kiczyński! — wrzasnął zawadjaka.
— Z wielką modestją przyznaję się, że jestem towarzyszem tejże pancernej chorągwi, co i mój zacny przyjaciel, a nazywam się Tomasz Dubissa-Kraczak — odparł olbrzymi młodzian z ukłonem, a gdy się podnosił z zydla, zadarł głowę do góry, bo zawsze jakoś tak wypadało, że uderzał nią w pułap.
Sklepienie izby pana Fuggera było jednak dość wysokie, więc młodzian wyprostował się i stanął przed lisowczykiem w całej okazałości.
— No to już i ja się wywiodę! — zaśmiał się trzeci młodzian. — Towarzysz husarskiej chorągwi wielkiego hetmana koronnego — Wacław Mzura, panie „Strateniec“.
— Znasz mores, młodziku! — zawołał, podkręcając wąsa, rotmistrz. — Szczycimy się tem, że lisowczyków za odwagę nazywają strateńcami...
— Było to dawniej, waszmość panie, — przerwał mu Haraburda — ale teraz, gdy jako najemni gemajni służycie cesarzowi i walczycie z kalwińskimi ministrami, modlącymi się po zborach dziadami i staruchami a wycinacie dzieci, — inaczej o tem głosi fama! Minęły moskiewskie i kłuszyńskie czasy walecznego pana Aleksandra Józefa Lisowskiego, sławnego zagończyka i wojownika, minęły! Z babami i klechami wojna — to nie wojna!... Znałem pana Aleksandra, bijąc się pod Kremlinem, znamienity wojownik to był, a inni — to już... pożal się Boże!
— Jakto?! — krzyknął lisowczyk. — Jego królewska mość, nasz najjaśniejszy pan zezwolił cesarzowi Sacri Imperii Romani Nationis Teutonicae robić zaciąg naszych chorągwi dla walki z heretykami, wyklętymi przez Ojca Świętego, a ty, chłystku, negujesz wolę królewską?! Pewnoś sam heretyk i rokoszanin, taki synu?!
— Nie jestem heretykiem i nie jestem rokoszaninem — odparł, blednąc, Haraburda, — więc proszę waćpana o umiar w słowach! Nie szukam zwady, nawet chciałbym jej uniknąć, lecz, gdybyś pomiarkowania nie miał, jako szlachcic nie salvis legibus de scartabellis, lecz rodu senatorskiego, musiałbym waszmość pana pokarać, jako warchoła, opoja, zawalidrogę!
Usłyszawszy to, rotmistrz trochę się zmieszał, obawiając się przykrych dochodzeń i inkwizycyj, gdyby porąbał szlachetnie urodzonego, a widocznie, możnego młodzika.
Jednak towarzysze lisowczyka natychmiast wszczęli alarm.
— Horb, nie dawaj się! — krzyczeli. — Ten młokos infamiam rzucił na całe wojsko! Nie puszczaj płazem!
Słysząc to, pijany Horb-Kiczyński potoczył dokoła groźnym wzrokiem i, wyciągając brzeszczot, rzekł już spokojnie:
— No, proszę do tańca, jeśli cię tchórz nie obleciał! Miejsca, waszmościowie!
— Chcesz, to będziesz miał! — odpowiedział, jeszcze bardziej blednąc, Haraburda. — Proszę jednak waszmościów poświadczyć, gdy zajdzie potrzeba, że unikałem waśni. Nie chcę przez bylejakiego opoja dostać się na sąd oboźny, bo na huczek, jaki może powstać, suponuję, że zlecą się tu ceklarze miejscy.
— Ja chętnie poświadczę justitiam causae i wymienię nazwisko prawdziwego sprawcy zajścia. Nazywam się Jan Bąk-Lanckoroński, kasztelan tczewski! — z powagą odezwał się dostojny jegomość, głębiej usadawiając się na ławie.
Kilku ze szlachty natychmiast zgłosiło się na świadków.
— Zakasuj, asan, rękawy żupana, bo będziesz machał, jak wiatrak! — rzucił szyderczym głosem Hort-Kiczyński, stając w pozycji i czekając, aż goście oczyszczą plac boju.
— Nie warto, bo niedługie machanie z takim zapaśnikiem, — odparł Haraburda.
Dobył szabli, dotknął dłonią klingi i uśmiechnął się.
— Nie stępiała na tureckich głowach! — rzekł. — Tylko bacz, waść, aby nie potłuc pająków i kubków pana Fuggera, bo spadkobiercom twoim płacić za nie wypadnie!
Rotmistrz w tej chwili przyciął, robiąc „primę“.
Haraburda odbił cios i odezwał się:
— Powiadam, że waść porąbiesz pająki! Lepsze od „głowy“ jest cięcie referendarskie, ot — takie, bo można go użyć nawet w karocy. Widzisz?!
Lecz lisowczyk już nic nie widział, bo padł, niby piorun weń trząsł i krwawił.
Haraburda skinął na pachołka i, jego fartuchem wytarłszy szablę, włożył ją do pochwy. Usiadł, zły na siebie i na wszystkich, obojętny na pochwały i zachwyty szlachty.
— Przepraszam pana kasztelana za niemiłe widowisko — rzekł z ukłonem do pana Bąk-Lanckorońskiego — lecz nie moja w tem culpa...
— Prawdziwą rozkosz miałem, widząc tak znakomitą robotę w sztuce krzyżowej — odparł dostojny pan — ale przepraszam, czy jesteś pan synem kasztelana mińskiego, pana Michała Haraburdy, wielkiego statysty, a mego dawnego znajomka?
— Jestem wnukiem jego, a synem Stefana, dawnego rezydenta królewskiego w Kurlandji, — odparł młodzieniec. — Miłe mi jest spotkanie z tak dostojną i znamienitą osobą, od której też sztuki wojennej się uczyłem!
— Jakto? Co waść mówisz? — zdziwił się kasztelan.
— Uciekłem w roku pańskim 1610-ym, jako czternastoletni wyrostek na wojnę moskiewską, a wtedy pod Kłuszynem i Kremlem któż nie podziwiał harców waszej dostojności?!
— Ha! Robiło się, robiło i na bojarach Szujskiego i na Szwedach! — zawołał pan Bąk-Lanckoroński. — Ale widzę, że z waści to też wojak nie od wczoraj! Gdzieżeś to zarobił ową bliznę przez całą gębę?
— Pod Cecorą...
— Jakto pod Cecorą? Przed ucieczką niekarnego wojska, czy... — pytał, lecz nie skończył, bo Haraburda przerwał mu ponurym głosem:
— W ostatniej bitwie z Iskander-baszą, gdy śmiercią waleczną a męczeńską poległ hetman koronny... Wszyscy trzej byliśmy tam i po klęsce przebiliśmy się z trudem...
— Z kości jego niech powstanie mściciel! — szepnął kasztelan z ciężkiem westchnieniem.
— Takim był testament hetmański przed bitwą cecorską, gdy pospolite ruszenie i kwarciane chorągwie opuściły obóz — dodał Dubissa Kraczak. — Byłem wtedy przy hetmanie, jako ordynansowy towarzysz, i na własne uszy słyszałem...
— My już dawno myślimy tam u siebie na Inflantach o czasie, gdy zjawi się mściciel za krzywdy, czynione Rzeczypospolitej. Siedzimy jak borsuki w norach na pograniczu i bronimy się! — mruknął Mzura.
— Gorąco tam u was? — rzucił pytanie kasztelan.
— Jak w ukropie! — odparł Haraburda. — Posiadłości nasze objęliśmy zaraz po wojnie moskiewskiej i te dziesięć lat szabli z garści nie popuszczamy! Moskwa nasyła nam hajdamaków i watażków, a w tych bandach służą ludzie z drużyn wojewodów pskowskich. Szwedzi spływają z Narwy i z Pejpusa, czynią najazdy srogie, chłopa buntując i obietnicami jątrząc i zwodząc.
— Nasze strony Rzeżyckie i Lucyńskie — to niby Dzikie Pola, ale harców tam nie dokona człowiek, bo to zaraz Szwedy, co pozostali, skargi do króla zanoszą, a biskupi i popy unickie gardłują, że ich łany się niszczą! — wmieszał się Mzura. — Możemy tylko się bronić, a to — nie radość, nie sława i nie zwycięstwo!
— Tak! — zgodził się kasztelan. — Inflancka sprawa nie stoi jeszcze in fundamento legis! Nad tem trzeba długo pracować, aż w jakoweś pacta regulata zostanie ujęta!
— Nie zostanie! — ponuro patrząc na kasztelana, odparł Haraburda.
— Waść tak sądzisz? — zapytał pan Bąk-Lanckoroński.
— Nie inaczej, wasza dostojność! — gorącym szeptem odparł młodzieniec. — Czegóż możemy się spodziewać po królu, tak niewojennym panu i nie-statyście?
— Co waszmość mówisz?! — zniżając głos, upomniał go kasztelan.
— Przepraszam waszą dostojność, — odparł stanowczo Haraburda — lecz gotów jestem zrobić te zarzuty wobec króla i jego stronników na nowym sejmie inkwizycyjnym! Nie mamy absolutum dominium, ale mamy proditionem absolutam! Król walczy nie o Polskę i krwi Jagiellonów w żyłach nie czuje! Chodzi mu o tron szwedzki; poszły na marne ofiary i sukces wojny moskiewskiej; nie ujęto w karby ad usum Rzeczypospolitej kozaczyzny, bo tego królewięta ukrainne nie chciały; skojarzyliśmy się z Habsburgami, którym służymy, siejąc u siebie zarazę belli civilis; do morza Czarnego dostępu nie mamy, nad Bałtykiem stoimy jedną zaledwie nogą, albowiem nie mamy okrętów zbrojnych...
— Czego, powiadasz waść, nie mamy? — żywo zapytał pan Lanckoroński.
— Okrętów bojowych, galer, galjon, brygów, w działa ciężkie i lekkie zbrojnych! — odpowiedział Haraburda. — Gdybyśmy je mieli, cicho byłoby w Prusach Książęcych i w Gdańsku, co, jak ladacznica, nie wie za kim ma iść? Spokój byłby na Inflantach szwedzkich i Pomorzu brandenburskiem! Gdybyśmy mieli swoją armatę morską, jak Hiszpanja, Olendry, Franki i Hanza, tobyśmy znaczne wzmożenie Rzeczypospolitej w jej bogactwie i potędze dali, a na Czarnem morzu zdobylibyśmy ziemię chana Krymskiego i Stambułowi w oczy śmiało skoczylibyśmy w jego legowisku! Na czajkach i bajdakach kozackich tego nie dokona nikt... Próżne gadanie, babskie brednie!...
— Waszmość w dziada się wrodził! — zawołał kasztelan. — Masz głowę do spraw magni valoris!
— Widziało się sporo, a jeszcze się więcej myślało! — odparł Haraburda. — Często bywałem z nieboszczykiem rodzicem w Kłajpedzie, Libawie i Rydze. Widziałem siłę morską innych ludów i mówiłem o tem z szyprami i komendorami na okrętach...
— Byłeś w Gdańsku? — zapytał kasztelan.
— Nie!
— Odwiedź mnie w Tczewie przy okazji! — rzekł pan Lanckoroński.
— Dziękuję waszej dostojności — nie ominę! — odparł młodzieniec z ukłonem, widząc, że kasztelan podniósł się, aby odejść.
Wkrótce pan Lanckoroński opuścił winiarnię i przyjaciele pozostali sami, przyglądając się, jak lisowczycy wynosili na rozpiętej delji poturbowanego Horb-Kiczyńskiego, a hajdukowie zacierali ślady pojedynku, posypując posadzkę żółtym piaskiem wiślanym.



Rozdział II.
Koniec wieczora listopadowego.

Przyjaciele cicho rozmawiali, a, widocznie, mimo ich młodego wieku, gdy wszelka troska spływa z serca, niby woda z piór łabędzich, rozmowa ta nie była wesoła, bo oczy błyszczały im ponurym ogniem, a głębokie zmarszczki brózdziły czoła.
Gdy umilkli, w zadumie pociągając miód, pierwszy odzyskał fantazję mocarny Tomasz Dubissa-Kraczak. Podniósł bary, jakgdyby zrzucał z siebie niewidzialne a ciężkie brzemię, potrząsnął głową i zawołał:
— Już to lata nie one, kiedy z kiełbas płoty pleciono, połciami i gomółkami domy pobijano, a mleko i miód rzekami płynęły! Teraz inaczej! Przyszedł frasunek, a czyż do dziadów i pradziadów nie przychodził? Ha! A taki pili, jedli, miłowali i radość w sercu i wesołość żywili... Czyż my z inszego ciasta upieczeni? Hej, chłopcze, a wyciągnij-no z piwnicy jaki antałek pyzaty!
Haraburda spojrzał na przyjaciela i mruknął:
— Wesoła woda w waszej Dubissie płynie...
— A no! — odparł Tomasz. — Różna bywała tam woda: smutna, kiedy krzyżak dolewał do niej naszej krwi, a wesoła, gdy my krzyżackiej posoki ze dwa dobre strumienie wpuściliśmy do Dubissy! Nie frasuj się, bracie! Żyjemy my trzej, głowy się nam mocno trzymają na karkach i rozważają, jak się widzi; ramiona machać mogą szablą aż miło, — widzieliśmy na tym nieboraku-lisowczyku! Żyją lube druhy — Komar z Mohlera, i co krzaczek — to Korsaczek, kabłąkowaty Kiełpsz, rudy, jak lis, Mohuczy i mohucze, jak Mohuczy, Lisowie; oddycha, do zwady, niby litwin, skory Stulgiński Seweryn! Toż to cała chorągiew setna, bo co chłop — to na schwał, a każden — niby kij nasiekany, wszystkiego spróbował i wszystko zdzierżył! Nie frasujmy się! Napijmy się...
Rzekłszy to, dorodny pan Tomasz duszkiem wychylił swój kubek.
— Ciesz się, matko, syn pije gładko! — zaśmiał się Mzura. — Wasze zdrowie, mili moi!
Kubki zaczęły krążyć gęściej, co widząc, pacholik, usługujący przy stole, mrugnął na hajduka, a ten po chwili postawił na stole omszały gąsiorek.
— Zabierz wino, chłopie, bo co nadto, to niezdrowo, a żebyś nie był z krzywdą, naści dukata. Co z niego pan Fugger zwróci, sobie weźmiesz na pociechę! — rzekł pan Haraburda i rzucił na stół złotego dukata.
Powiedział to tak głośno, że wszyscy w izbie słyszeli.
Goście przyglądali się nieznajomym, a bitnym i hojnym młodzieńcom z coraz większą ciekawością i podziwem.
Był to jednak dla przyjaciół dzień feralny. Zdawać się bowiem mogło, że ze starych, grubych murów i z potężnych sklepień winiarni imć pana Fuggera tryskały jakoweś niewidzialne źródła waśni i burdy.
Jeden z wystrojonych na modłę szwedzką młodzików zjadliwym, niedbałym głosem rzekł do swoich kompanów.
— Nabrali łupów, służąc w Moskwie na hańbę Polsce drugiemu Samozwańcowi i Mniszchównie, niedoszłej carycy, co męża od męża odróżnić nie mogła! Tacy to teraz do Warszawy napływają! Szlachciury z pod ciemnej gwiazdy, a za bene nati podają się buńczucznie!
Młody szlachcic powiedział to przyciszonym głosem, lecz ci „z pod ciemnej gwiazdy“ mieli uszy zagończyków, co słyszą nieuchwytne drganie ziemi, tętniącej pod kopytami dalekiego bachmata, plusk ostrożnie opuszczanego wiosła wśród szumiących oczeretów, udawane przez człowieka kwilenie ptaka, lekki szczęk szabli, muskającej strzemię. Posłyszeli więc odrazu słowa młodzika.
Wacek Mzura, połyskując w zawadjackim uśmiechu białemi kłami, szybko się obrócił i, patrząc na wystrojonego jak lala włoska panicza, kiwnął nań palcem:
— A chodż-no tu, mopanku!...
Młodzik, niby nie rozumiejąc, że do niego mowa, zaczął coś opowiadać swoim sąsiadom.
— Nie udawaj, mopanku, bo za uszy podniosę i do kąta, jak w infimie, na groch postawię! Chodź, chodź już tu!... Pięknie przeproś, układnie gadaj, może coś wskórasz tym razem.
Zapanowało milczenie. Biesiadnicy, zgromadzeni w izbie, wyczuli nowe zajście i czekali, co nastąpi.
— No, ruszaj się! — rzekł Mzura i gwizdnął, jak na psa.
Młodzik przybladł i po chwili odezwał się:
— Nie wiem, z kim mam do czynienia, więc nie wdaję się z waćpanami ani w kompanję ani w waśnie.
Na to odpowiedział Haraburda:
— Śmiało możesz, waćpan, choćbyś był Potockim lub Radziwiłłem, z tym oto szlachcicem w tę lub inną komitywę wejść. Nazywa się on Mzura, a jego przodkowie przyszli z Piastami, rycerstwu — herb a rzece naszej polskiej — nazwę przynieśli. Setny ród!...
Młodzik milczał, a Haraburda ciągnął dalej:
— Obraziłeś nas tą „ciemną gwiazdą“, samozwańcem i Mniszchówną, bo do wszystkiego tego zgoła nie przyznajemy się. Gdybyś nie był żółtodzióbem, zaprosilibyśmy paniczyka na tany, lecz nie chcę ad vim atque arma descendere, albowiem byłyby to jatki. Mzura, wielki osiłek, niczem Staszek Ciołek z Ostrołęki, co miecz skręcał w ręku jak postronek. Przeciąłby waści niby pakułami wypchaną kukłę, a matula, babki i ciotki łzami skrapiałyby tak szpetnie poćwiartowanego kawalera. Musisz więc waść bez zwłoki wleźć pod ławę i odszczekać, coś zełgał o nas. Inaczej — nic z tego i stanie się ci wielka kontuzja... na dereszu. Jednak spes me tenet, że odszczekasz!...
Młodzik zbielał jak płótno, gdy o wschodzie słońca skrzętna prządka skropi je wodą. Wargi chłopakowi drżały i, zdawało się, że wybuchnie płaczem.
Wahał się jednak, borykał się jeszcze ze sobą. Żeby go ostatecznie do decyzji skłonić, Mzura wyciągnął z worka, wiszącego na pasie, duży talar gdański i, podrzuciwszy go parę razy w powietrze, żartem zgiął w palcach a później rozdarł, jakgdyby to był skrawek zmurszałego pergaminu.
— Przystaję na żądanie waszmościów, — wyjąkał młodzik, — chociaż gwałt mi się tu dzieje...
— Właź pod ławę i powtarzaj za mną, a diligenter i głośno, aby wszyscy słyszeli! — rzekł Haraburda, podnosząc się.
Młodzik w jednej chwili znikł pod stołem i z pod ławy powtarzał słowo po słowie:
Habeo dicere, iż szlachetnie urodzeni panowie Haraburda, Mzura i Dubissa-Kraczak nigdy nie służyli samozwańcom i Mniszchównie, będąc towarzyszami pancernych chorągwi hetmańskich i wiernymi obrońcami Rzeczypospolitej...
— Teraz potwierdź to swojem nazwiskiem, asan, i wyłaź! — rzucił Haraburda, siadając.
Ad perpetuam rei memoriam juro ego — Stanisław Sieniawski.
Haraburda nagle drgnął i, nie patrząc na gramolącego się z pod ławy młodzieńca, rzekł do przyjaciół:
— Nic tu po nas, — chodźmy!
Zawrócił się i szybkim krokiem wyszedł z izby.
Gdy trzej przyjaciele opuścili winiarnię, na nowo wszczęto tam hałasy i przerwaną zabawę.
— Panie Fugger! — wołała szlachta, a gdy poważny patrycjusz, znamienity, rodowity kupiec zjawił się wśród gości, rozległy się skargi i narzekania:
— Biją twoich gości, panie Fugger!...
— A czyż moi goście nie mają szabel? — pytał kupiec, mrużąc oczy i zapinając na mosiężne weneckie guzy kaftan z cienkiej granatowej karazji.
— Jakieś rarogi wdzierają się do winiarni! — krzyknął siedzący w kącie otyły gość z przewiązanem czarną płachtą okiem.
— Prawdziwy rycerz zawsze bywa rarogiem dla nieprzyjaciela, co na ojczyzny zdrowie lub na honor szlachecki nastaje — spokojnie odcinał się imć pan Fugger.
— Jak tak pójdzie dalej, nie będziemy tu więcej przychodzili! — rozległy się tu i ówdzie głosy biboszów.
— Będę czekał na gości, którzy in praesenti bić się idą z sułtanem Osmanem pod wodzą hetmana Karola Chodkiewicza, a nie choboczą w dzień i w nocy po zamtuzach, przynosząc te mores do mojej winiarni! — odpowiedział kupiec i jął zapalać fajkę, podaną przez hajduka.
— Obrażasz nas, kupiecki gemajnie! — wrzasnął otyły szlachetka.
— Jestem kupcem, lecz herbu starszego, i non dubito, słynniejszego od waszmościowego, bo mojej tarczy z upragnieniem wyglądali królowie w całej Europie, a Ojciec Święty powierzył nam pobieranie i dostarczanie do Romy świętopietrza! — odparł pan Fugger i głowę dumnie podniósł. — Zrozumiałeś waść? A jeżeli nie, to wolna wola i fora ze dwora! Goddam!
Gdy taka szermierka językowa wynikła w winiarni imć pana Fuggera, Haraburda, wyszedłszy na Rynek, mówił do przyjaciół:
— Oj, źle się stało! Wiecie, że ten chłystek i papinkarz Sieniawski — to syn pana Piotra, stryja mojej Wandy?!
— Niechże to czarci wezmą! — wyrwało się Tomaszowi.
— Źle! Wielkie impedimentum z tego wyniknąć może... — dodał Mzura.
— Musimy się śpieszyć, dopóki młody nie opowie o spotkaniu ze mną! — mruknął Haraburda.
— Ho, ho, malec z pewnością nie będzie się tem chełpił przed rodzicem! — zaśmiał się Dubissa-Kraczak.
— Pewno! — zgodził się Haraburda. — Jednak wśród tej hołoty służalczej i dworującej znajdzie się delator, co uniżenie o wszystkiem rozpowie panu Piotrowi. Musimy natychmiast zabrać pannę i — w drogę! Ty, Tomaszu, ruszaj do zajazdu Barcika i sanki w gotowości trzymaj!
— Rozumiem — rzekł z westchnieniem ogromny, barczysty Tomasz. — Nie sporo mi jednak odchodzić stąd. Wielki bowiem czas na wieczerzę, na naszą jużynę inflancką! Chrapy mi już latają, bo tu takie zapachy!...
Istotnie, na rogach gmachu uwieńczonego wieżyczką ratusza, stojącego na Rynku, z kramami kupieckiemi na dole i kuchniami wkrąg, paliły się ogniska. Uwijali się tam pachołkowie, zaglądali do dymiących kotłów, rąbali kłody drzewa, znosili wodę, ryby, mięsiwo i co chwila podawali cynowe talerze i misy stojącym dokoła ludziom. Różne zapachy zalatywały od ognisk, chociaż dymiły okrutnie, aż stojący obok jednego z nich pręgierz, gdzie wystawiano w klatce nieuczciwych kupców, pokrył się sadzą smolną od kamiennej podstawy aż do grzebienia blaszanego daszka. Na ogromnych rożnach pieczono magnam bestiam, całego barana, który już rumienić się zaczynał i ronił krople przezroczystego tłuszczu; ziały parą kotły i kociołki z polewką-gramatką, pachnącą piwem, i z sałamachą-zacierką jęczmienną, suto skwarkami okraszoną; w małych garnczkach prażył się przy ogniu i wionął ostrością octu i korzeni sapor, ulubiony przez szlachtę sos, bo przytłaczał opary wina i wódki, gdy człek ponad miarę podchmielił. Przy ogniskach, w popiele, piekły się podpłomyki — małe bochenki chleba, przypominające rycerskiej braci życie obozowe i gorące czasy bojów, pochodów i zwycięstw Batorowych.
Pan Tomasz zwęszył to wszystko i, parsknąwszy głośno, rzekł ze śmiechem:
Delibera nos a malo... Biegnę!
Za chwilę zniknął za rogiem kamienicy.
Pan Haraburda z Wacławem Mzurą szybko szli w stronę pałacu prymasowskiego. W owe czasy klęski pod Cecorą i zbliżającego się zwycięstwa polskiego rycerstwa pod Chocimiem, gdy mrowie janczarów sułtańskich połamało zęby o mury tej twierdzy i o zbroje rycerzy Chodkiewicza, Lubomirskiego i Konaszewicza Sahajdacznego, którzy u granicy Polski wstrzymali potężną Turcję niby niedźwiedź, osadzający żubra w kniei, — obok gmachu prymasowskiego stał mały pałacyk Sieniawskich, rzadko przez nich odwiedzany.
Zamieszkiwał go teraz wojewoda Piotr Sieniawski z synem Stanisławem i bratanicą Wandą, dla której, po śmierci ojca, przeprowadzano w sądach i urzędach intromisję.
Haraburda wyjął z zanadrza pektoralik. Dochodziła godzina ósma.
— Pewno rozminęliśmy się z posłańcem — szepnął, patrząc na ciemne okna frontowe pałacyku Sieniawskich. — Wejdę, a ty, Wacku, czekaj na mnie i przybywaj, gdy usłyszysz alarm.
— Z Bogiem! — odparł Mzura i, odrzuciwszy połę burki, namacał głownię szabli i trochę zwolnił rapciów.
Haraburda podszedł do drzwi wchodowych i uderzył kołatką.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — powitał go stary famulus, otwierając ciężkie podwoje.
Młodzieniec chciał zapytać o wojewodę, gdy nagle do sieni wpadła panna Wanda w kożuszku lisim i w kapturku. W ręku niosła obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i małą okutą szkatułkę.
— Prędzej, prędzej, bo stryj...
Nie dokończyła, gdyż boczne drzwi szeroko się rozwarły i w nich wyrosła wyniosła postać wojewody Piotra Sieniawskiego.
— Stać! — zawołał nawykłym do rozkazów głosem.
Wszyscy znieruchomieli i czekali.
— Odpowiesz przed sądem za zamach na porwanie szlachcianki i dziewicy — rzekł surowym głosem pan Sieniawski. — Nie wymkniesz mi się, asan! Panna ma iść do swojej komnaty, a przed waścią — tymczasem drzwi otworem! Proszę!
— Rodzic Wandy pobłogosławił nasz przyszły związek ślubny, panie wojewodo, więc nie godzi się stryjowi negować woli ojca! — odezwał się Haraburda i postąpił krok naprzód. — Wanda pójdzie ze mną z woli, czy wbrew waszej woli!
— Zachciało się szlachetce fortuny Sieniawskich! — syknął stary magnat.
— Zachciało mi się żony po sercu, z zacnego domu, gdzie nie frymarczą słowem! Fortuna — furda, mam swego poddostatkiem, panie wojewodo! — hardo odparł młodzieniec.
— Dość tego! — krzyknął Sieniawski. — Słysz ty, pachołku?! Hola z mego domu!
Wykrzyknąwszy to, skierował się do Haraburdy i chciał go porwać za kołnierz.
— Wara, wara, panie wojewodo! — warknął rycerz. — Bacz, abym nie zapomniał, kogo mam przed sobą...
Stał wyprostowany i groźny, bo straszliwa blizna zsiniała mu i nabrzękła, jakgdyby krwią wnet trysnąć miała.
Wojewoda jednak był to człek popędliwy i dumny nadmiernie.
Zamachnął się szeroko i już cios miał spaść na policzek stojącego przed nim młodzieńca, gdy nagle Haraburda stracił cały swój spokój i, schwyciwszy szablę w połowie pochwy, rękojeścią uderzył Sieniawskiego w podniesione ramię.
Stary magnat szybko cofnął dłoń, a ciężka głownia, nie spotkawszy oporu, spadła mu na pierś. Ogromną posiadał siłę Haraburda, bo w sieni aż jęknęło i zahuczało od ciosu. Wojewodę odrazu zamroczyło; zatoczył się i osunął na ręce starego sługi.
Haraburda podbiegł, zajrzał mu w oblicze, dotknął piersi i, pochyliwszy się nad zemdlonym, słuchał.
— Nic mu nie będzie! — mruknął. — Uniósł się zbytnio gniewem, krwią mu nabiegły żyły i rozum zamroczyło od uderzenia. Rychło powróci do przytomności ducha...
Powiedziawszy to, młody rycerz ogarnął ramieniem drżącą pannę i razem z nią opuścił dom, przed którym chodził Mzura i nadsłuchiwał.
W pół godziny później troje sanek, poprzedzanych przez pięciu hajduków, prowadzących kilka tęgich luzaków, wyjeżdżało za rogatki Warszawy.
Zatrzymali się koło północy we dworze Bielany, należącym do Henryka Stulgińskiego, ciotecznego brata Seweryna, towarzysza i przyjaciela Haraburdy z lat dziecinnych i wojny moskiewskiej.
Tu już czekano na gości, bo nietylko cały dwór, lecz nawet kościół płonęły ogniami we wszystkich oknach, a pachołkowie z pochodniami o pół mili od bramy spotkali nadjeżdżające sanie.
W godzinę później z kościółka wyszli w otoczeniu gospodarzy, przyjaciół i gości młodzi Haraburdowie, odprowadzani wiwatami i strzałami z pistoletów.
Dopiero nad ranem młodzi pozostali we dwoje. Haraburda usiadł i przygarnął do siebie młodą żonę.
— Co postanowię, tego dokonam! — rzekł z mocą. — Serce moje pożądało ciebie, Wandko najmilejsza, i oto Bóg nas połączył na zawsze!
Przytuliła się do niego i szepnęła:
— Wstyd mi, że Sieniawska ani wiana ani parafernaljów przystojnych mężowi do domu nie wniosła!
— Zaś tam! — zaśmiał się serdecznie młody. — I wiano jest i parafernalja są! Wiano — serce twoje, parafernalja — gładkość twoich lic, luba moja! A jest jeszcze ordynacja przednia — wiara w długie trwanie miłości, nie płochej, lecz mocnej jak stal z Damaszku! Hej, bogaty jestem i szczęśliwy!
— Przynoszę ze sobą niepokój i troski dla ciebie! — szepnęła znowu. — Stryj, jeżeli nie zemrze, ścigać nas nie ustanie...
— Nic mu nie będzie!... Zerwało mi się szablisko, ale ocucił się już dawno. Nie tak go obuchem ogłuszył chłop przez zemstę za syna, na śmierć zakatowanego, a wszelako wrócił wojewoda do zdrowia... Ścigania jego nie boję się, bo „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie“ i niech do tej zagrody nosa swego nie wścibia... Źle na tem wyjdzie i on i ciury jego. Nie dam się nikomu, a z pomocą mi przyjdą całe Inflanty nasze, jak są szerokie, i kamraty z Kurlandji. Niech się pan Piotr nie targa na mnie, bo kły sobie poszczerbi!
Siedzieli jeszcze długo, chociaż świece dawno spłynęły soplami wosku i zgasły. Przypominali sobie młodzi czasy pierwszej znajomości, gdy się spotkali na dworze kniazia Ostrogskiego, znajomka i kombatanta kasztelana Haraburdy.
Wanda poznała młodego zagończyka, gdy powracał z wyprawy budziackiej, ścigając tam i znosząc czambuły tatarskie i luźne watahy hultajstwa, włóczącego się po Dzikich Polach. Widywali się później często, gdyż pan Sieniawski jeździł w poselstwie do chana tatarskiego, a kniaź Ostrogski — na odwiedzenie coraz bardziej podnoszącej głowę kozaczyzny siczowej, młody zaś Władysław straż trzymał zbrojną w posiadłościach kniaziowych.
Tam się zrodziła w nich pierwsza słodka tęsknota, jej — w alkierzu, gdy wypatrywała powrotu bujnego młodziana, strzegącego, jak brytan stada, niezmierzonych obszarów włości Ostrogskich, a jego — na siodle, z szablą w garści, w oczeretach i jarach, gdzie tropił i podchodził podstępnych ordyńców i zbirów, chciwych łupu.
Była to bezwiedna jeszcze tęsknota dwóch młodych, gorących serc, później przeszła ona w miłość, gdy stary pan Sieniawski, ojciec, i potężny, możny książę Ostrogski pod niebiosa wychwalać zaczęli rycerskie zalety młodego zagończyka, jego umysł stateczny i bystry, wróżący mu świetny los i wielką sławę na wiernej służbie Rzeczypospolitej.
Z podziwem powtarzali starzy słowa młodzika, niemal wyrostka zaledwie, gdy, usłyszawszy od naocznego świadka opowieść o rokoszu Zebrzydowskiego, odezwał się:
— Wielka hańba spadła na szlachtę naszą! Nie wolno bowiem targnąć się rycerstwu na króla, przez naród obranego na prawie pacta conventa. Złe exemplum poruszy chłopstwo, hultajstwo, kozaków i w proch zrzuci majestat najwyższej władzy...
Nie dziw więc, że gdy młody Haraburda, wnuk znamienitego statysty z czasów dzielnego króla Stefana, wyznał swoją miłość pannie, a później do kolan pana Sieniawskiego przypadł, prosząc go o córki rękę, stary magnat zgodził się odrazu i błogosławieństwo swoje dał.
Szczęśliwy młodzian przyrzekł, że będzie czekał, aż panna dorośnie, a on okryje się sławą rycerską, większą niż ta, jaką mogła być wojna podjazdowa na Dzikich Polach i potyczki z bojarami carów Szujskich lub z gemajnami służących im za lafę najmicką szwedzkich pułkowników, chociaż sam Żółkiewski „szerszeniem“ młodego zagończyka nazywał.
Sławą znaczną okrył się młody Władysław Haraburda pod wodzą Żółkiewskiego w wojnie tureckiej, w którą uwikłało Polskę podstępne Cesarstwo za nierozważną służalczość króla Zygmunta III przed Habsburgiem, lecz Sieniawski tego się już nie doczekał, bo nad Dniestrem życie postradał.
Młody rycerz był zmuszony zdobyć pannę, porywając ją z domu wojewody, dumnego pana, pełnego ohurstwa zaciętego, a o ludziach sądzącego z fortuny, koligacyj i możnych, wspaniałych rodowodów.
Na wspomnieniach tych minęła pierwsza noc ślubna.
— Żoną moją będziesz w domu Haraburdów, nie tu, jako włóczęga, pod obcą strzechą, lecz w swojej zagrodzie, gdzie stadło na chwałę Bożą założymy! — mówił pan Haraburda i tulił Wandę do piersi, głaskał ją po złotych włosach i szeptał:
— Śpij, moja zezulo, zezuleńko, śpij kwiecie mój biały... nie troskaj się i nie trwóż! Jam przy tobie... umiłowana sercem, wyśniona duszą! Śpij spokojnie!



Rozdział III.
We dworze w Lipkowszczyźnie.

Młode stadło osiedliło się w największej posiadłości Haraburdów — Lipkowszczyźnie, położonej pomiędzy Rzeżycą a Lucynem.
Dwór, niedawno zbudowany przez Władysławowego ojca, mógł zadziwić każdego, kto nie znał życia na dalekich kresach wschodnich. Była to raczej twierdza niż dwór, dla pomieszkania przeznaczony. Wzniesiony z potwornych kloców sosnowych, zabezpieczony w wały, fosę, zwodzony most, okutą żelaznemi sztabami bramę o potężnych wrzeciądzach, dom pana Władysława Haraburdy wymownie świadczył o ciągłem niebezpieczeństwie, zagrażającem jego mieszkańcom.
Bo też groźba zawsze wisiała w powietrzu. O niej to zaraz pierwszego dnia obszernie opowiadał młodej żonie pan Władysław.
— Nie pałac to ci, do jakich nawykłaś, luba Wandko, lecz żołnierska sadyba, warowny i bronią najeżony kasztel! Za króla Batorego po zwycięstwach na Moskwie rodzic stał się wielkim oszajcą i inną szlachtę na kresy pociągnął za sobą. Z różnych województw, a imprimis z Litwy, tu przybywali rycerze na nowe ziemie. Obsadzono warownemi zagrodami całą granicę Rusi Białej i Inflant — od Mścisławia aż pod Marienbork, co wpobliżu Izborska leży. Inni, jak Mohlowie i Komarowie, przeciągnęli łańcuch nowych osiedli przez Kurlandję — od Dyneburga na Rygę i aż hen! do Piltyna.
— Toż to musiało Szwedom się nie spodobać! — zawołała Wanda.
— Oj i jak! — odparł mąż. — Bez zwłoki, pod pozorem obrony zborów kalwińskich i luterskich przed zakusami ojców jezuitów, rozpoczęli Szwedzi najazdy srogie. Czynili to niby luźni wojownicy, ujmujący się za swoją wiarę, lecz my nieraz braliśmy w jassyr rajtarów zaciężnych i drabantów-ciurów, a nieraz i kogoś ze znaczniejszych przytrafiło się nam ucapić!
— A i od wschodu, z pewnością, niepokój macie od moskiewskiej strony? — pytała zaciekawiona pani Haraburdzina.
— Bez przerwy i bez wytchnienia! — zawołał pan Władysław. — Wojewodowie moskiewscy z Pskowa i drużynowi setnicy z Izborska, Kiwerowej Horki, Opoczki, Wielkich Łuków i Toropca raz po raz wysyłają do dawnych swoich białoruskich włości watahy hultajstwa, zbiegów więziennych, najemnych kozaków, dodając im do pomocy dobrego rynsztunku drużynników carskich.
— Srogi to i luty wróg! — szepnęła młoda pani, przerażona tyloma niebezpieczeństwami, wiszącemi nad głową męża.
— Z tymi — dużo szamotania się, lecz sprawa łatwa! Osaczymy, pobijemy i finis sine clamore! — odparł ze śmiechem. — Ze Szwedami — trudniej, bo zaraz gwałt, inkwizycja, długie scripta z kancelarji marszałka koronnego. Już szwedzkie ścierwa dawno robactwo pożre, a causa wciąż wikła się, niczem wiązka przędzy konopnej!
— A dlaczego tak inaczej ze Szwedem niźli z moskwitinem? — wtrąciła pytanie pani Wanda.
— Bo to widzisz, najmilsza dziecino, nasz król to sprawia — objaśnił rycerz. — Pobili go jego Szwedzi i koronę mu umknęli, a on wciąż do tronu Wazów wzdycha, jakby ci kochanek do kochanki! Ściga heretyków, za co złość przeciwko sobie sieje w Szwecji, a w innem — stara się przyciągnąć do siebie swoich niedoszłych szwedzkich poddanych i gnębi nas za uczynione im krzywdy, chociaż, po prawdzie, to oni nam krzywdę zadają i na Rzeczpospolitą naszą czyhają!
Zadumał się pan Haraburda i po chwili dodał:
— Mam ja królewski list przypowiedni i na mocy jego ludzi ściągam pod nasze znaki. Już wschodziły w pole nasze dwie chorągwie — witebska i dyneburska i pod Rygą i Kirchholmem w paragon z innemi znakami, oddawna wsławionemi, szły... Szerszenie złe z naszych stron wyfruwają!
Uśmiechnął się i dodał, obejmując młodą żonę:
— Gadam ci i gadam o rzeczach wojennych, a domu naszego dotąd nie pokazałem, jak to dziedziczce i pani na Lipkowszczyźnie słusznie się należy! Chodźmy, Wandko najsłodsza! Wszystko ci pokażę i niby komisarzowi oboźnemu z ręki do ręki oddam za pokwitowaniem, ot takiem — z pieczęcią!
Rycerz porwał urodziwą żonę i jął okrywać jej lica gorącemi pocałunkami.
— Miej litość, Władeńku, nad pokwitowaniem, bo żadne scripta tam się nie zmieszczą i pozostaną ino same pieczęcie! — wołała, śmiejąc się i broniąc żartobliwie.
Wyszli na dwór przez sień przysadzistego domu na podcieniach. Dokoła obszernego majdanu szły beluardy, a na nich w przerwach stały śmigownice.
W głębi wznosił się lamus, otoczony wewnętrznym nasypem z wyziorami dla strzelców.
W budynku widniały długie szeregi ustawionych rusznic, w dużych skrzyniach leżały bandolety, małe i duże pistolety, worki ze skałkami; na ścianach wisiały pałasze, karabele, szpady, buzdygany, stare miecze polskie i krzyżackie, nadziaki; na drewnianych półkach połyskiwały zbroice, karaceny, pancerze, misiurki tureckie i ruskie, hełmy, siodła, a po kątach — związane, niby snopy — lance, dzidy, włócznie, litewskie oszczepy o szerokich grotach, tatarskie dziryty, szwedzkie, niemieckie i moskiewskie berdysze.
— A pod lamusem są lochy, gdzie prochy trzymamy, baryłki z siarką i saletrą — opowiadał pan Haraburda.
— Zdobyczna to broń! — zauważyła młoda pani, ogarniając wzrokiem lamus.
— Od siedmiu pokoleń! — zawołał rycerz. — Wszystkie ludy złożyły się na ten lamus, bo, oprócz wojen, Haraburdowie nieraz wyjeżdżali na turnieje do ziemi niemieckiej, frankskiej, a jeden to nawet do Hiszpanów zawędrował, gdzie się potykał z czarnymi rycerzami maurskimi i napuszoną niby głuszce na tokowisku szlachtą andaluzką i kastylską; wszyscy przywozili do kraju broń zdobyczną. Tak się to i uzbierało, a jest tego na całą zacną chorągiew!
Pan Haraburda podparł się w boki i z dumą oglądał swój zasobny lamus.
Obory, śpichrze, odryny, stajnie, masztarnia, domy dla czeladzi dworskiej — wszystko było do obrony i oblężenia przysposobione. Wszędzie stały duże stągwie, pełne wody, na wypadek ognia, gdy nieprzyjaciel wypuszcza płonące smolne pociski i strzały; na narożnikach wałów tkwiły na wysokich palach czatownie.
Wszędzie czuła młoda dziedziczka wojnę, lecz jednocześnie wielki dostatek, przezorność i jeszcze większy ład.
Powrócili do dworu i zaczęli zwiedzać sadybę. W sieni obszernej z murowanym kominkiem, gdzie paliły się duże kloce smolnych korzeni, z pułapu zwieszał się dziesięcioramienny srebrny pająk ze świecami z żółtego wosku. Na ścianach widniały rogi jelenie, żubrowe, czaszki odyńców, skóry niedźwiedzie i wilcze. Szerokie drzwi o dwóch wierzejach prowadziły do świetlicy, gdzie przy blaskach zimowego słońca pieściły oczy gładko strugane i woskiem przytarte do gładkości stoły Kazimierzowskie, ławy na grubych, kulistych podstawach, o rzeźbionych oparciach zydle i od niedawna sprowadzane z Gdańska i Rygi do domów polskich fotele, skórą czerwoną i aksamitem wyścielane. Dwa duże mosiężne, pięknie wygięte pająki i świeczniki, stojące po rogach izby, służyły do oświetlenia. Na ścianach porozwieszane były drzeworyty gdańskie, arasy, pasy złotogłowia tureckiego i innych tkanin cudzoziemskich, a nad drzwiami — srebrny krucyfiks z Chrystusem, rzeźbionym w kości słoniowej w wieńcu ze złota i drobnych perełek.
Z jesionowych desek podłoga, natarta woskiem, świeciła się, jak zwierciadło weneckie, a grube belki modrzewiowe sączyły z pułapu miłą żywiczną woń.
Pani Haraburdzina, aczkolwiek nawykła z dzieciństwa do przepychu pałacowego, klaskała w dłonie z radości. Wszystko jej się podobało w tym domu, o oknach, obwarowanych mocnemi okiennicami o mosiężnych zaszczepkach i żelaznych, kutych wrzeciądzach.
W izbie biesiadnej, gdzie stały stoły dla gości, po ścianach ciągnęły się półki rzeźbione, ustawione szklenicami z barwnego szkła, kubkami z kruszców, wymyślnemi konwiami, misternie cyzelowanemi roztruchanami, łagwiami ze srebra i cyny, misami, półmiskami, dzbanami i innym sprzętem stołowym, a tak pięknym i dobranym, że w każdym pałacu znalazłby się na poczesnem miejscu.
— No, a teraz rozglądnij się po alkierzu! — rzekł pan Władysław, wprowadzając żonę do izby, gdzie stało bogato przybrane łoże, przykryte narzutką ze złocistej olenderskiej walensy z herbem Haraburdów — Abdankiem pośrodku.
Mówiąc to, potrącił młodą żonę do czarnej, dębowej, suto rzeźbionej w Gdańsku almarji, gdzie się przechowywały najdroższe stroje niewieście i klejnoty.
Otworzył szafę i pani Wanda krzyknęła uradowana i zdumiona. Od dołu do góry była bowiem szeroka almarja szczelnie zapełniona.
— Jakież tu śliczności! — wołała, przebierając leżące na półkach zwoje cienkiej hiszpańskiej karazji, altembasów różnobarwnych, lam świecących, cienkiego jak pajęczyna muślinu, jedwabnej szemki, sztuki najlepszego gmentu lnianego, walensy i anszkotu. Z kołków zwisały wspaniałe, bogate wolanty, smukawice, sółtany, oświki, bramki, rańtuchy, łoktusze, forboty, wstążki i inne stroje, potrzebne białogłowie — odświętne, wyjazdowe i domowe; w puzderkach połyskiwały złotem i kamieniami zankiele, sprzączki, klamry, zaponki, alszbanty, pągwice, a na samym przedzie stał sepecik z drzewa cynamonowego, a w nim — pierścienie, zausznice, obręcze ozdobione turkusami, krwawnikami i emalją oraz mała, niby tabakiera, z onyksu wycięta skrzyneczka z pierścieniem, w którym skrzył się i mienił duży, jak bób turecki — parangon, zdobyty przez młodego rycerza na jakimś możnym bojarze pod Kłuszynem.
Na uboczu stały emalją powleczone lub ze szkła tęczowego lane balsamki z pachnidłami; w głębi — na mosiężnych haczykach wisiały zwierciadła, w srebro, kość słoniową i drzewo cudzoziemskie oprawne.
— Z Rygi sprowadzimy przednią mistrzynię fraucymeru, co uszyć umie i wszelkie fjoki układać — śmiał się pan Haraburda, ucieszony radością żony. — Taka ci wszystko porobi, czego zażądasz, a gdy się oporządzisz, do sąsiadów pajuków poślemy, aby zjeżdżali na zabawę. Zatańczymy sobie wielkiego, cenara, no i naszego krzesanego, hu-ha!
Porwał panią Wandę wpół i tupiąc, bijąc hołubce, okrążył z nią alkierz, wybiegł do izby jadalnej, a później do świetlicy i sieni w szalonych obrotach tanecznych, w wirze pocałunków i objęć, pośród pokrzykiwań tak ochoczych, że aż służebne i pachołkowie wiwatować zaczęli.
Rozradowany dziedzic tańczył, a oprzytomniał dopiero wtedy, gdy stary Maciej, co kasztelanowi, panu Michałowi, jeszcze służył, zapytał:
— Może z moździerza huknąć?
— Hukniesz, Macieju, ale za miesiąc! — zawołał pan Haraburda.
Istotnie minął miesiąc, a cały majdan Lipkowszczyzny zatłoczył się saniami zwykłemi i takiemi, na których ustawiano karoce, brykami, wózkami i pospolitemi dryndulkami, końmi, tobołami, bulzami, jukami, z uwijającymi się dokoła hajdukami, forysiami, pachołkami i inną czeladzią w barwach i bez barw.
Na zew lubianego powszechnie rycerza goście tłumnie zjeżdżali ze wszystkich stron. Przybyli możni kurlandzcy Mohlowie i Komarowie, witebszczanie Sapiehowie i Korsakowie bez liku, co spowodowało gadkę, że „co krzaczek — to Korsaczek“, senjor osadników — jowjalny a złotego serca Bohdan Marcinkiewicz, Stulgińscy Czarni i Biali, barczyści, mrukliwi Kiełpszowie; rudzi, jak płomienie, bitni Mohuczowie; Mzurowie, wszystkich na Inflantach wzrostem i siłą przewyższający; weseli i rubaszni Lisowie z pod Lucyna, przezwani „skrzatami kresowemi“, bo klęskę i postrach wśród hołoty, nasyłanej przez ruskich bojarów, szerzyli; Rożnowscy — mężowie stateczni; Nowkuńscy, co gnieździli się koło Siebieża i chłopstwo białoruskie do ładu i prawa naginali; Dubissa-Kraczakowie i Jurgiełty, co przybyli tu z Litwy, straszni w pojedynku, a zaczepni i do waśni skorzy; poważni i przemyślni Niedźwieccy, pierwsi do rady i ofiary; przybyli potentaci z Kurlandji — Grotusy, skoligaceni niegdyś z najsławniejszymi komturami Krzyżowymi, a obecnie prawdziwi przyjaciele Polski i wiary katolickiej żarliwi obrońcy; zawadjaki i zawalidrogi — Kułakowscy dyneburscy i inni z małżonkami, synami i córkami, a wszyscy ochoczy, życiem bujnem kipiący, strojni i buńczuczni.
Zjechała się i mniejsza brać szlachecka, nieraz szaraki zagrodowe, co same przy radle chodziły, ruszając nigdy nieoraną ziemię kresową, a na wojnę śpiesząc z oszczepem łowieckim, ze starodawnym łukiem, zardzewiałemi arkebuzami, opieranemi przy strzale na żelaznych hakach; byli to dusigrosze, żmindy, waśniące się ze Szwedami i białoruskimi popami o każden łan, o połać wygonu i skrawek boru, a gdy przychodziła godzina wojny — wszyscy dążyli gromadnie w pole, chwytając z braku dobrej broni, za kosy, piesznie, topory, a nawet szewckie gnypy, którerai dżgali w brzuchy ludzi i konie.
Ona to, ta drobna szlachta zagrodowa, lejąc swoją krew, posuwała coraz dalej na wschód naciosy graniczne i waliła po borach zasieki, broniące przed wrażą konnicą.
Wszystkich z jednakową gościnnością i sercem otwartem podejmowali państwo Haraburdowie w Lipkowszczyźnie. Nie było tu wyższych i niższych, wysoko urodzonych i szlachetek podrzędnych, od wczoraj do herbu przyjętych. Była tam w owe czasy jedna wielka rodzina kresowa, rycerz przy rycerzu, obywatel wierny swego kraju, na losy jego pamiętny, do ofiarności gotowy. Wszyscy nie raz i nie dwa bili się obok siebie z wrogiem od północy, wschodu i południa, znali się od lat długich i ciężkich, lubili się i szanowali wzajemnie.
Nikt się więc nie zdziwił, że, pierwszą łagiew miodu podniósłszy wysoko nad okrągłą, upartą głową, przemówił do państwa młodych szaraczek dyneburski, imć pan Ksawery Klontyński, i, aczkolwiek mówił z chłopska i rusińska, gadał dobrze i wszystkich rozochocił:
— Nie budu ja bajać mnogich dubów smolonych, boć to rzecz dubielów godna, a wypiję ten oto miód za to, aby Polszcza nasza, jak ostaje od wieków wiecznych, tak niech i ostaje po wieczyste czasy! Niech te młode wilki, co prydut od tej pary wilczurów, pokładą się przy zasiekach od wschodu i kły sierdziste szczerząc i łyskając ślepiami, worogów Polszczy w bojaźni i pokorze dzierżut!
I zaczęła się zabawa taka, że nikt nie słyszał, jak pacholikowie, sianem napchawszy moździerze i garłacze, walili z nich na wsze strony, prochów nie żałując; jak hałłakowała na majdanie przy ogniskach pijana służba; jak ujadały łańcuchowe brytany, rżały konie, ryczało spłoszone hałasem bydło oborowe i wybuchały śmiechem i skargami niby to wylękłe dziewki służebne, ścigane i śniegiem zasypywane przez podchmielonych parobków dworskich.
Pan Władysław, wesół i dumny z urodziwej żony, co chwila klaskał w dłonie i pokrzykiwał, poczem „marszałek“ Maciej i jeszcze bardziej wiekowy „podczaszy“ Bartłomiej wchodzili na czele całego regimentu w liberje przybranych hajduków, roznoszących półmiski z setkami prostych i wymyślnych dań i dźwigających dzbany z winem.
Sławniejszego wina i innych trunków nie podawano, z pewnością, nawet na królewskich ucztach, gdyż król, tęskniący do Szwecji, jak powiadali trefnisie, „nigdy nie był ochotny do puhara i jadła“.
Coraz częściej rozlegał się głos młodego gospodarza:
— Jeszcze akwawity, waszmościowie i waćpanie — mili sercu naszemu przyjaciele, bo, quam poeta dixit:

„Jak gościa przywita —
Zaraz na stole piwo, akwawita!“

— Ja się i piwa napiję! — sentencjonalnie rzekł siwy jak gołąb, a zabijaka sławny za dawnych czasów, pan Onufry Bończa-Brujewicz, niegdyś podręczny ordynans króla Stefana.
Pacholik natychmiast postawił przed nim konew z piwem, czarnem i piennem, miętą i imbirem pachnącem.
— Goście drodzy, z duszy-serca was witamy! Nalać alakantu do puharów! — wołał pan Haraburda.
Po alakancie pito małmazję, maderę, kanary jasne i ciemne, a później z hałasem i turkotem wtoczono ogromną kufę petercymentu i pito na umór, aż dusza odrywała się od ciała i spoglądała na ziemię z wyżyn nieznanych, gdzie niby na falach pływała po morzu wesołości i beztroski.
Paniom podawano zagraniczne pinioły, seki, słodki, wonny muszkatel i polskie miody, co im gnały wesołość do nóg.
W sieni zagrała kapela i wszystko, co żyło, jęło tłoczyć się i rwać szerokim, niesfornym potokiem do świetlicy, nie wypuszczając jednak z rąk puharów, kubków i roztruchanów...
Aż grube belki ścian i pułapy drżeć zaczęły, kolebać się i miotać płomyki świec, gdy podchmielona brać biesiadna puściła się w tan. Tańczono wszystko naraz: krzesany mazur szalał obok statecznego cenara, zawrotny obertas przy italskiej kapreoli; powolny i posuwisty staropolski „pieszy“ kroczył wśród par, szalejących w gonionym, tupiących zawzięcie w drobuszce, rzucających się w hołubcach lub krygujących się w zamorskiej skocznej galardzie.
Wszystkich jednak prześcignął w tańcach pan Tomasz Dubissa-Kraczak. Tańczył wszystkie tańce i ze wszystkiemi niewiastami pokolei, a gdy nareszcie udało mu się w odbijanym porwać panią Wandę Haraburdzinę, wyszedł z nią na środek świetlicy i zaśpiewał donośnym, dźwięcznym głosem:

„Mogę z galardy we włoską pergameszkę skoczyć,
Pląsy ruskie wyprawiać, polskim tańcem toczyć!“

Wykonał pan Tomasz ze swoją nadobną tancerką skoczne pląsy italskie, wyciął kozaka, aż dom w posadach drgnął i dwie świece wypadły z pająka, a później posuwistym krokiem, z zachwytem w oczach popłynął przez świetlicę, sień i przez boczne komnaty aż do izby biesiadnej i tam, usadowiwszy tancerkę, padł przed nią na kolana, krzyknąwszy aż zahuczało:
— Pić z pantofelka!
Zabawa trwała całą noc i dopiero przed południem uciszyło się nieco, bo pachołkowie odprowadzali i roznosili gości na wyznaczone im kwatery.
Przy stole pozostali tylko rosły pan Tomasz, błyskający kłami Wacek Mzura i siwy, jak gołąb, pan Onufry Bończa-Brujewicz.
Młodzi pili i słuchali, jak stary rycerz mruczał:
— Ja się i piwa napiję, i akwawity, i małmazji, ba! nawet petercymentu, albo, jeśli łaska i ochota, gorzałki grzanej, bo i to na frasunek — dobry trunek!
Słońce oddawna wdzierało się przez zamknięte okiennice i igrało z siwą czupryną dziarskiego staruszka.
Przy drzwiach, osunąwszy się na ławę, chrapali ubrani w czarne czamary sędziwy Bartłomiej i nie mniej od niego sędziwy Maciej — marszałek.
Tak wyprawił pan Władysław Haraburda spóźnione oczepiny młodej żony we dworze swoim w Lipkowszczyżnie, a gdy pozostał z nią w alkierzu — zaśpiewał:

— Oj chmielu, chmielu, szerokie liście!
Już Wandeczkę oczepiliście!
Oj chmielu, oj nieboże,
Niech ci Pan Bóg dopomoże,
Chmielu nieboże!

Śpiewając i przytupując z wielkiej ochoty, jął wkładać jej na głowę biały czepek z brabanckich forbotów, przetykanych złotym łańcuszkiem i sznurkiem pereł adziamskich.



Rozdział IV.
Długa ręka królewska.

Życie w Lipkowszczyźnie popłynęło nowem łożyskiem. Na twardym chlebie żyjąca szlachta kresowa, nie mająca spokoju i wygód na pogranicznych połaciach Rzeczypospolitej, zasmakowała we dworze Haraburdowym, gdzie wysoko urodzona pani Wanda królowała, czyniąc z warownej osady wielkopańską siedzibę, do której garnęli się bene nati i szaraczkowie zagrodowi, dumni z możnej znajomości.
Osiadłe na niedawno zdobytych polskim orężem ziemiach rycerskie rody oszajców Batorowych, zakładających nowe gniazda szerszeniów, broniących wschodniej i północnej rubieży, zwykle zmuszeni byli poskramiać swawolę chłopów Białej Rusi, krzywo patrzących na nowoprzybyłych „panów“ a nawet nieraz napadających dwory i zagrody za namową wysłańców od moskiewskiej strony.
Twardą miał rękę nad swemi włościami pan Władysław Haraburda i bez litości karał hajdamaków, tępiąc wszelki rokosz, niekarność i zdradę, lecz, gdy do Lipkowszczyzny zawitała młoda małżonka, stał się tam cud naoczny.
Ponure twarze czeladzi i ludzi z wiosek i folwarków, nigdy niepatrzące wprost w oczy, rozjaśniały się na widok jaśnie pani, chociaż dziedziczka nie zniżała się do chłopstwa. Jednak od strzechy do strzechy, od kurnej chaty białoruskiej do szałasu leśnego bartnika lub smołokura, co łyko darł i dziegieć gnał z wykarczowanych pni brzozowych, biegła gadka, że jaśnie wielmożna dziedziczka użaliła się nad losem żony i dzieci Justyna Szeweriuka, co to odrynę w Sawkach panu swemu podpalił i omal, że nie puścił „czerwonego kura“ na cały folwark, i życie jego z surowych dłoni męża-rycerza wyrwała; opowiadano sobie wszędy, że gdy srogi mór spadł na dzieci, z Witebska sprowadziła niemca-lekarza i niejedno chłopskie dziecko ocaliła od śmierci.
Sąsiedzi oczom i uszom swoim nie wierzyli, słysząc o ciszy, panującej dokoła Lipkowszczyzny, i o tem, że Haraburda z żoną odwiedzają bliskie i dalekie włoście, nie mając przy swej kolasie zbrojnych pachołków dla obrony przed napaścią różnych łotrzyków najemnych, włóczęgów bezdomnych i z lada jakiego powodu podnoszącego się chłopstwa.
Lubiono powszechnie pana Władysława, jako dobrego kurdesza do wypitki i do szabli, za zmysł wojacki, za stateczny rozum na radzie oszajców, za powagę imienia znakomitego i za list przypowiedni, podpisem i pieczęcią królewską ozdobiony, a czyniący z młodego rycerza regimentarza na cały kraj inflancki. Polubiono go teraz jeszcze bardziej za nadobną małżonkę, panią „całą gębą“, jaką była młoda Haraburdzina z możnego rodu Sieniawskich.
To też zjeżdżali się goście z bliskich i dalekich stron w odwiedziny, z upominkami, na naradę i po pomoc w różnych sprawach. Gwarno było w Lipkowszczyźnie i wszystkim raźniej i jaśniej na duszy we dworze Haraburdów.
Pan Władysław kilka razy zbierał szlachtę okoliczną i zaufaną czeladź zbrojną i rzucał się w pościg za uchodzącemi watahami moskiewskich zbirów, gdy uprowadzali bydło z dalekich wygonów, lub krzywdę czynili chłopom okolicznym, doganiał, osaczał i w pień wycinał, a raz zapędził się nawet po przez bagna aż pod Załużje pskowskie, zdobył dwór bojara Telepniewa i dużą zdobycz do dworu przywiózł w srebrnych rublach, bogatej broni, złotogłowiach, kunach i sobolach. Innym razem, wezwany na pomoc przez pana Szmurłę, siedzącego aż za Marienhauzem, gdzie go niepokoili Szwedzi, zaszedł najeźdźców od granicy moskiewskiej i na szablach rozniósł, nie żywiąc nikogo.
W dwa miesiące od tego pogromu, przyszedł do Lipkowszczyzny pozew dla pana Władysława Haraburdy na sąd do Warszawy za gwałt, uczyniony na obcokrajowcach na pograniczu państwa polskiego.
Rycerz zebrał świadków z panem Szmurłą na czele, dowody konieczności obrony życia i mienia polskiego spisał, pożegnał żonę i, ufny w sprawiedliwość sądu, wyruszył w daleką drogę, pieczę nad Lipkowszczyzną powierzywszy wiernemu towarzyszowi i sąsiadowi — Wacławowi Mzurze.
Szeroki trakt wiódł w owe czasy do Warszawy przez Dyneburg, Wiłkomierz, Kowno i Łomżę. Jednak nie zdążył jeszcze pan Władysław opuścić Kurlandji, gdy dognał go na popasie pchnięty przez Mzurę pachołek z listem, wzywającym go do domu jak najprędzej, a uprzedzającym, aby strzegł się w drodze powrotnej.
— Słuchajno, chłopcze, — zapytał rycerz pachołka — czy aby dziedziczka w dobrem zdrowiu przebywa?
— A jak to słonko w niebie nasza pani-krasawica! — zawołał posłaniec.
— Więc cóż, do czarta, takie trwożne pismo posyła imć pan Mzura? — pytał dalej.
— Ja nie znaju — odparł pachołek — tylko ludziska bajut o tem i owem...
— Mów, o czem bają i co wiesz! — krzyknął rycerz.
— Bajut, że graf Magnus, ten, co ma kasztel srogi pod Kokenhausen, na wielmożnego pana wojną chce iść...
— Graf Magnus? Na mnie? Za co? Co ja mu zrobiłem? — zdziwił się pan Haraburda. — Co jeszcze powiesz?
Pachołek oczy opuścił i miętosił w dłoniach czapkę.
— Mów, nie bój się! — rzekł rycerz.
— Słychał ja, że graf chce wam, wielmożny panie, żonkę porwać... Oj, panie!
Chłopak drgnął, bo ujrzał, jak nagle zbladła twarz dziedzica, a na niej odrazu wystąpiła szkarłatna pręga, niby rana, niewidzialną zadana szablą.
— Nic to, nie bój się! — szepnął młody rycerz. — Każ siodłać konie, a niech masztalerz kupi dobre bachmaty, bo potrzebuję luzaki. Pojadę w dzień i w nocy. Kolasę zostawimy tu, bo będzie nam zawadą w drodze. Dostaniesz pismo do pana Dubissa-Kraczaka, a panu Mzurze powiedz tylko jedno słowo: „Dobrze!“ Rozumiesz? A, posiliwszy się, pędź co tchu z powrotem, jeno bacz, abym cię nie dogonił...
— Budu gnać, jak wiłkołak! — odpowiedział pachołek i w pół godziny później, zaszywszy list pana do kapuzy, a pieniądze w kulbace, wyleciał z bramy zajazdu jak oszalały i pomknął aż się kurzyło za nim.
Pan Władysław Haraburda pozostawał do wieczora w karczmie, dając posłańcowi kilka mil przed sobą i rozmyślając nad listem przyjaciela.
Zmiarkował młody rycerz, że Mzura obawiał się pisać szczegółowo, na co, widocznie, miał poważne powody.
— Co ma do mnie ten Magnus, możny Szwed, zaufany przyjaciel królewski, stały bywalec na dworze warszawskim? — głowił się pan Władysław. — Chyba nie za sprawę Marienhauzką mści się na mnie? Boć to zaufany lennik polski i marszałka koronnego powiernik? Porwać Wandkę? Przebóg, przecież on jej nigdy nie widział?!
Do żadnej konkluzji stanowczej i jasnej pan Haraburda nie doszedł i późnym wieczorem szerokim szłapem dobrych, mocnych koni sunął traktem na Dyneburg.
Przed Rzeżycą spotkał go pan Tomasz Dubissa-Kraczak z zebraną na odsiecz szlachtą. Nikogo tu z okolicznych sąsiadów nie brakowało, ani możnych, ani szaraczków, co rapcie przy szabliskach z pieńki mieli splecione, a siodła proste, drewniane, roboty domowej.
Pan Tomasz, odprowadziwszy przyjaciela na stronę, opowiadał:
— Otrzymawszy wczoraj o świcie twoje pismo, poleciałem do Lipkowszczyzny. Pani Wanda w dobrem zdrowiu przebywa, a Wacek do obrony się przysposobił...
— Chwała Bogu, chwała Bogu! — przerwał mu pan Władysław. — Powiedzże mi nareszcie, człowieku, co się tam dzieje? Czego chce ode mnie ten szwedzki graf?
— Widzisz, rzecz się tak ma — rozpoczął Dubissa-Kraczak. — Po twoim odjeździe nazajutrz przywieziono dwa pisma: jedno do ciebie, drugie — do pani Wandy. Mzura przeczytał pismo, nadesłane do ciebie od Sapiehy Witebskiego.
— Pan Piotr pisał?
— A no, któryżby inny? On — stary druh! Pisał, że w Warszawie dowiedział się, iż król jegomość jest mocno gniewny na ciebie, a, podsycany przez wojewodę Sieniawskiego, uchwalił ściganie ciebie za gwałt nad Szwedami pod Marienhauzem i, że polecił komuś z możnych szwedzkich lenników inflanckich lub kurlandzkich siłą zniewolić cię do stawienia się na sąd, gdzie wyniknie sprawa gardłowa, bo tak wszystko tam przedstawiono! Pisze pan Piotr Sapieha, że król nie może w niczem negować żądań pana wojewody, boć to nawet wróble na płotach wiedzą, że gdyby nie Potoccy, Zamojscy, Ostrorogi, Wiśniowieccy, Sieniawscy, Żółkiewscy i Koniecpolscy, którzy w ciężkiej opresji króla płaszczem obywatelskim i powagi swej osłonili, — połknąłby Zygmunta Wazę, niby kiełbia, Maksymiljan Habsburg, a Karol Sudermandski przetrawiłby go do cna! W niczem, więc, odmówić im nie może, a Sieniawscy — ojciec i syn, który to u imć pana Fuggera odszczekiwał dla nas z pod ławy, uwzięli się na ciebie, niby ogary na odyńca!
— Rozumiem — odparł w zamyśleniu rycerz. — Lecz cóż ma do tego graf Magnus? Czyż to on ma być owym możnym lennikiem szwedzkim z inflant?
— A właśnie utrafiłeś, bracie, w same sedno! — zawołał pan Tomasz. — O tem mówi pismo, nadesłane od ciotki pani Wandy, stolnikowej lubelskiej, przywiezione przez zacnego szlachcica.
— Cóż pisze jejmość pani stolnikowa? — zapytał pan Władysław, marszcząc brwi.
— Pisze ad rationis praecepta accomodans o wszystkiem! Primo, że w domu wszyscy zdrowi, i, że umiłowana przez panią Wandę siostrzyczka Regina chowa się, ku chwale Bożej, w dobrem zdrowiu i cnocie, bo...
— Dalej, dalej! Gadasz, jak kauzyperda! — przerwał mu zniecierpliwiony pan Haraburda.
Secundo, że młody Sieniawski zwąchał się na dworze królewskim z rezydentem szwedzkim i z grafem Magnusem, z którymi uradzili porwanie ci żony, gdyż obawiają się jaśnie wielmożni Sieniawscy, że o fortunę pani Wandy, po rodzicu pozostałą, będziesz tentował...
— Jeszcze co?
Tertio, że sam król, podobno, dał na ten gwałt zezwolenie i przyrzeczenie swoje, że sądy Rzeczypospolitej w sprawę się nie wmieszają i grafa ścigać nie będą...
— To — zdrada stanu! Infamia dla króla i narodu! — zawołał rycerz.
— Powiedz to Zygmuntowi Wazie, który po matce Jagiellonce odziedziczył tylko urok dla narodu naszego, a duszę szwedzką, serce habsburskie, bo oddał je podwakroć Niemkom — Annie i Konstancji, a nie mów tego do mnie, bo sam wiem i nad tem boleję!
— Przyjdzie czas, gdy powiem to królowi! — syknął pan Haraburda.
Quarto: wojewoda Sieniawski z synalkiem uradzili oddać panią Wandę do klasztoru, aby sczezła z oczu i praw swoich, jako zakonnica, dochodzić nie mogła. Quinto: Magnus ma zezwolenie na zgładzenie ciebie, gdybyś usiłował wyrwać się z jego rąk, a majątek twój zagarnąć prawem kaduka — za zgodą sądu i z łaski najjaśniejszego pana naszego, króla Zygmunta III. Finis! Dixi.
— Niedość mądrą głowę acz siwą nosi na karku pan wojewoda! — szyderczo zaśmiał się pan Władysław. — A nasi chłopi mówią, że „długa ręka ma zawżdy ciężkie ramię“. Urwie się ona tedy królowi na grafie Magnusie. Moja w tem będzie głowa!
— No i nasza, bośmy kły naostrzyli wszyscy i ręce nam świerzbią, oj, świerzbią! — odpowiedział olbrzymi pan Tomasz, wyciągając mocarne dłonie. — Hej, hej, poigramy, potańcujemy!
— Kiedy? — rzucił pytanie pan Haraburda.
— Graf Magnus pod pozorem obrony swoich włości, położonych na rubieży, niedaleko od Izborska, ciągnie z pułkiem rajtarów i w trzy dni ujrzy wały Lipkowszczyzny.
— Nawarzę ja dla niego piwa po same gardło! — mruknął rycerz. — Zachłyśnie się niem...
— Pohulamy po dawnemu! — zakrzyknął radośnie pan Tomasz, chwytając przyjaciela w ramiona. — Nie będzie to jazda po karkach tałałajstwa. Na rajtarach grafskich spróbujemy, czy nie stępiały brzeszczoty szabel. Oj, chwała Ci, wielki Boże! Obawialiśmy się, że ugniesz kark przed wolą króla!
Quidquid delirant reges, plectuntur Achivi — odpowiedział pan Władysław. — Król krzywdę na mnie obmyślił niemądrze, a ja ją odbiję na skórze szwedzkich pachołków!
Gdy o postanowieniu dziedzica z Lipkowszczyzny dowiedziała się szlachta, powstał huczek niemały, a w karczmie, odległej o dwie mile od Rzeżycy, ubyło sporo wódki gdańskiej, lubelskiej alkiermesówki i gorzkiego, chłopskiego piwa-cieńkacza.
Działo się to we wtorek o zmierzchu dnia, a w sobotę o świcie, zaczajeni w zagajnikach rycerze i czeladź zbrojna, przyglądała się, jak pan Wacław Mzura, broniący Lipkowszczyzny, spuścił most zwodzony i grzecznie rozmawiał na wale z posłańcem grafa Magnusa, który tymczasem ustawiał spieszonych rajtarów do bitwy.
Poseł odjechał, a most zwodzony natychmiast podniósł się na łańcuchach, niby wierzeja potężnej bramy. Długo trwała cisza, aż zdaleka rozległo się granie trąbek i drabanci szwedzcy ruszyli do szturmu, gęsto strzelając.
Pan Wacław przypuścił ich do fosy i tu dopiero żygnął ogniem rusznic i hakownic, rykiem ich pokrywając wrzaski napastników i jęki rannych rajtarów. Potrzykroć szli Szwedzi do ataku i potrzykroć Lipkowszczyzna szczerzyła kły, ryczała, targała powietrze hukiem swoich armatek i złośliwem trajkotaniem rusznic, które gadały i chichotały niby rozwścieczone, kłótliwe wiedźmy. Trupy pokryły obszerne pola, gdzie pokładło się stratowane żyto, a plamy krwi na żółtej roli wykwitły do olbrzymich maków podobne.
Gdy Szwedzi cofnęli się w nieładzie, wtedy szlachta wsiadła na koń i, na komendę pana Haraburdy, zaczęła zajeżdżać rajtarom z dwóch stron, nagle wyłaniając się z czeluści jarów, okrążających dwór.
Hałłakując, mknęła bitna szlachta do ataku w pędzie niepohamowanym. Rajtarja w popłochu wsiadała na koń i ustawiała się w szyku.
Zderzyły się, jak dwie toczące się z gór lawiny piargowe i zawrzała robota. Biegła w szermierce krzyżowej szlachta, w mig podzieliła pomiędzy sobą rajtarów i grzmocić poczęła potężnie i ochoczo.
Pierwszy dopadł grafa Magnusa, utorowawszy sobie drogę przez jeźdźców, olbrzymi pan Tomasz, poodcinał od niego, jak konary od dębu, broniących możnego pana giermków i starszyznę, a później podniósł się na strzemionach i krzyknął radośnie:
— Władysławie, przybywaj! Wielmożny graf czeka na ciebie... z upragnieniem!
Pan Haraburda ciął przez hełm stojącego mu na drodze rajtara i, obalając go wraz z koniem, poskoczył ku Magnusowi.
— Nie ujdziesz mi, najemny oprawco, więc broń się!
Nie długo trwała potyczka, bo cięty w policzek graf potoczył się z siodła.
Widząc, że rajtarowie cofają się, usiłując rozerwać żelazne koło rycerstwa, pan Haraburda krzyknął:
— Darować im życie, niech uchodzą!
Szlachta opuściła szable, lecz nie zdążyli Szwedzi dopaść boru, gdy z niego wyłoniła się czarna chmara chłopstwa okolicznego. Załomotały cepy, wyrwane z płotów pastewnych żerdzie, zamigotały topory, zamiotały się piesznie i sękate kije; zrzadka buchnął strzał pistoletowy, błysnął w słońcu rapier rajtarski. Wkrótce ciemne mrowie ludzkie pokryło szamoczących się jeszcze Szwedów, aż wszystko się uciszyło i umilkło.
— Cóżeście narobili, ludzie! — wołał, przypadając do rozwścieczonych chłopów, pan Haraburda.
— My za swoją panią, co dzieciny nasze od zakłady choroniła, cich zbirów pobili, psia ich woroża krew!
Rycerz się zdumiał, bo wiedział, że chłopstwo zdradzało w takiej opresji kresowych panów i nie spodziewał się po nich wierności i ochoty do obrony.
— Dziękuję wam z duszy-serca! Tego wam nigdy nie zapomnę, ani ja, ani pani! — zawołał wzruszony.
Pan Haraburda podjechał do szlachty, dziękował im za pomoc i braterstwo, a potem skinął na pachołka dworskiego i rzekł do niego, wskazując na bladego, zlanego krwią Magnusa:
— Ten człowiek chciał porwać dziedziczkę i na życie nasze dybał. Masz wziąć dwóch chłopów i powiesić grafa na wierzbie na skrzyżowaniu dróg!
Zawrócił konia i pomknął ku Lipkowszczyźnie.
Szlachta pędziła za nim, wiwatując, wyrzucając czapki w powietrze i paląc z bandoletów.
Nikt nie mógł widzieć w tej chwili oblicza pana Haraburdy. Było ono posępne i trwogą okryte. Rozumiał bowiem młody rycerz, że zaszedł straszliwy wypadek, gdyż stanął, jako wróg, oko w oko z królem, że w tej godzinie jego własne życie załamało się i miało pójść innym, nieznanym jeszcze szlakiem.
Na tym szlaku nie widział przed sobą rycerz ani celu, ani dalekiego kresu, nic, krom mgły gęstej, nierozwianej, tylko mrok bezdenny, i czuł, jak wżera się mu w serce tęsknica i głuchy, ciężki lęk, czarne przeczucie skradającej się, czyhającej zewsząd klęski.



Rozdział V.
Dobrowolny banita.

— Mości panie, — mówił układny, o twarzy ciemnej, wiatrem morskim owianej i spalonej, baron Palen — uważam, że nad sprawą naszą obopólną możemy consilium dimittere, bo nawet jejmość pani, waszmościowa małżonka szlachetna, zgodę swoją wyrazić raczyła!
To powiedziawszy, baron wyciągnął dłoń do pana Haraburdy.
Rycerz spojrzał na żonę i w jej modrych, pełnych miłości i zrozumienia oczach ujrzał twarde postanowienie.
— Uczyń tak, Władeńku, bo inaczej nie zdzierżymy! — szepnęła po polsku, gdyż cała rozmowa toczyła się po niemiecku.
Pan Władysław westchnął i uścisnął rękę Palenowi, który natychmiast opuścił komnatę.
Działo się to w pałacyku Henryka Mohla, bojowego towarzysza pana Haraburdy, w Rydze, tuż przy starożytnym domu Czarnogłowych i niedaleko ratusza, gdzie ojciec Henryka burmistrzował, chociaż nie był ani mieszczuchem, ani kupcem, lecz szlachcicem wysokiego rodu, skoligaconego z kurlandzkimi baronami, potomkami dawnych kawalerów mieczowych, mającymi oko nad Inflantami, o które spór toczyła Polska i Szwecja.
Nazajutrz pan Haraburda z młodą małżonką wsiadali na dużą brygantynę „Baron Palen“, podnoszącą już żagle, aby wypłynąć z Dźwiny na morze.
— W świat unosi nas los nielitościwy, najsłodsza moja Wandko! — szepnął do żony stroskany rycerz. — Chyba tylko z Polski uciekać muszą jej wierni synowie, bo...
Umilkł i machnął ręką, dodawszy:
— Za to przyjdzie pomsta od Boga później... później...
Tymczasem wyciągnięto kotwicę i okręt zaczął sunąć wolno na półrozwiniętych żaglach; gdy zaś poderwało go wznoszące się i opadające morze, a później bryza — rozpięto wszystkie i wtedy — pomknął dumny, niby lecący łabędź, w bezkreślną dal.
Rozlegał się tylko syk ciężkich fal i jękliwe skargi mew.
— Cóż teraz z nami będzie, Władeńku? — trwożnym szeptem zapytała pani Haraburdzina, z niepokojem patrząc na wspienione morze.
Rycerz westchnął głęboko i odparł po namyśle:
— Na nowej drodze będę szukał szczęścia dla nas obojga! Dopóki ty jesteś ze mną ciałem i duszą — nie ugnę się! Znikniemy naszym wrogom, a gdy zapomną o nas, lub zmienią się czasy w Polsce — powrócimy. Zawsze będziemy ludziom śmiało w oczy patrzeć, bo ujmy honorowi naszemu nie uczynimy.
Pani Wanda przycisnęła się do męża ramieniem i zapytała:
— Nie znasz tego barona? Co zacz za człowiek?
— Rozpowiadał mi o nim moc dobrego Henryk Mohl, mój wojenny druh. Palenowie z Mohlami, gdy oba rody do Mieczowców jeszcze należały, w przyjaźni żyli i potomkom przekazali ją na wieczne czasy. Ale oto zbliża się baron — jego samego o wszystko wypytać możemy!
Baron Ralf Palen, rozrosły, chociaż chudy, niby z lin mocnych upleciony, szedł do swoich gości od wysoko nad wodą podniesionej sztaby brygantyny. Uśmiechał się zdaleka i powiewał szerokim kapeluszem skórzanym, zwykłym dla ówczesnych żeglarzy.
— Obyśmy w pomyślną godzinę rozpoczęli wspólną pracę dla dobra Rzeczypospolitej, którą jako lennik z serca miłuję! — rzekł, podchodząc do gości.
Mówił po niemiecku, lecz pan Haraburda, długo mieszkający z ojcem w Kurlandji, władał tą mową, a pani Wanda z domu od cudzoziemskich nauczycielek nabrała znajomości różnych języków.
— W każdej sprawie pro bono et potentia Rzeczypospolitej będę waszmość panu, mości baronie, wiernie sekundował — odparł rycerz.
— Chciałem zapytać waszmości, czy dobrze ukryłeś swoją majętność przed mściwą ręką Zygmunta Wazy? — spytał baron.
— Nad włościami pieczę mieć będą staranną towarzysze wojenni, panowie Dubissa-Kraczak, Mzura i Lisowie, którzy najbliżej naszych posiadłości przebywają — rzekł pan Władysław. — Co zaś do srebra, złota w monetach i różnych rzeczach, a także klejnotów oraz droższych divitias, to takowe na nie wzięli panowie Piotr Sapieha, Henryk Mohl i Komarowie.
— To dobrze! — zawołał baron, z wielkiej uciechy klaszcząc w dłonie. — Nie obłowi się na waćpanu mściwy i kryjący złość bezmierną pod maszkarą gładkich manier król! A chciałby on dosięgnąć waszmość pana, jeżeli nie na gardle, to na mieniu!
— O, nie wątpię! — zgodził się rycerz. — Praesertim obecnie, gdy otrzyma ode mnie pismo.
— Waszmość pisałeś do króla Zygmunta? — zapytał zdumiony baron.
— Tak jest! — kiwnął głową pan Haraburda. — Wypisałem wszystko, co duszę trapiło od lat, lecz nie prywaty, tylko krzywdy Rzeczypospolitej wyłuszczyłem. Ad finem dopiero pocieszyłem króla, frymarczącego Polską, posyłając mu wieść, iż miast mojej chudopacholskiej fortuny, zagarnąć może prawem kaduka lub na mocy jus albinagii stokroć wspanialsze posiadłości grafa Magnusa, bo, jak się zwiedziałem, po sobie potomków nie pozostawił...
— Orzeł śmiały z ciebie, rycerzu! — zawołał uradowany baron. — A czy, waćpan i waćpani, wiecie, o co zapytał kanclerz Zamoyski pana Leśniewskiego, który Zygmunta Wazę do Polski dostawił? Otóż kanclerz, ujrzawszy królewicza szwedzkiego, któremu chciał włożyć na głowę sławną koronę polską, rzekł:
„Jakieżeście to nieme djablę nam przywieźli?” Cha, cha, cha!
— Oj, zbłądził pan kanclerz, obierając tego króla, a nie szukając takowego na naszej ziemi! Widzi Bóg, inaczej wszystko popłynęłoby w Polsce, gdyby nie te matactwa z tronem szwedzkim, morszpręgi przed cesarstwem i handelek z niem o Polskę: ty mi Szwecję, ja ci Polskę oddam! Robienie gemajnów z polskiej szlachty, jątrzenie wojny domowej, zatargi z sułtanem, dla poratowania austrjackich krewniaków, moskiewskie hece, błąkanie się od dominium absolutum do padania plackiem przed złotą wolnością i liberum veto... Zgroza! Calamitas! O wszystkiem tem wspomniałem w swojem piśmie do króla jegomości!
— Waszmość wysoko zajdziesz, bo masz rozum męża stanu! — zauważył, słuchając rycerza, baron Palen.
— A tymczasem jestem banitą i zajdę nie tyle wysoko, ile daleko, a dokąd, tego nie wiem jeszcze! — odparł smutnym głosem pan Haraburda.
— Jak się stało, że waćpan, taki przesławny rycerz, o czem doszła mnie fama, nie jest na wojnie z Turczynem? — zapytał Palen, bystro patrząc na młodego rycerza.
— Nie zataję racji, bo widzę, że szczerym jesteś, mości baronie, przyjacielem naszej ojczyzny — odrzekł pan Haraburda. — Gdy szczęście nam dopisało w pogromie cecorskim i, przerwawszy z resztkami naszej chorągwi jazdę turecką, dotarliśmy do swoich, hetmani koronny i polny uradzili, abyśmy nie szli na nową wojnę, co miała rozgorzeć na południowych krańcach Rzeczypospolitej, lecz dali mi list przypowiedni dla zaciągu szlachty kresowej z Inflant, Białej Rusi i Litwy do chorągwi, które miały bronić północnych rubieży przed Szwedami i Moskwą. Hetmani bowiem suponują, że nowa wojna o Inflanty, Kurlandję i Prusy Królewskie sine dubio lada miesiąc wyniknie, bo nasz król wciąż ręką, odtrąconą pod Linkoeping, po koronę Szwecji sięga.
— Wojna ta jest w toku! — szepnął Palen. — Już armata wodna ładuje rynsztunek potrzebny, a do nadmorskich miast ściągane są wojska. W tej wojnie Gustawowi-Adolfowi pomagać będzie Jerzy-Wilhelm, książę pruski. Polska musi stracić Inflanty i — dostęp do morza.
— Przebóg! Najwięksi statyści marzyli o polskiem morzu i dla tej racji na tron polski Zygmunta wprowadzili, aby Szwecję za sojusznicę mieć, a on, król nasz, z sojusznicy wroga uczynił i ku klęsce utraty morza nas popchnął! Gore nam! Azali nie przyjdzie poratowanie dla miłej ojczyzny, o, wielki, miłosierny Boże!
Pan Haraburda wypowiedział te słowa z taką siłą i bólem, że aż zbladł, usta mu zadrżały a na groźne oczy spłynęły łzy.
Wtedy baron Palen pochylił się do ucha rycerza i szepnął dobitnie:
— Jest jedna droga poratowania, tylko jedna! Pozbyć się Zygmunta Wazy...
— Jakto, waść, rozumiesz?
— Szlachta, kochająca ojczyznę, posiada broń... — szepnął znowu baron.
— Nowy rokosz? Dość złego już nawarzył Zebrzydowski! — zawołał pan Haraburda.
— Poco rokosz? To duży zgiełk i rzecz niepewna! — przejmującym szeptem ciągnął Palen. — Zamach... dwóch, trzech ludzi i... koniec! Gustaw-Adolf marzy nie o Polsce, lecz o koronie cesarskiej Niemiec i, gdy od polskiej strony nic mu grozić nie będzie, dogodny i zaszczytny pokój podpisze, od zakusów swoich na Inflanty, Kurlandię, Estonję odstąpi, Rzeczypospolitej zaś pomoc da przeciwko Moskwie, która przez czas tego zatargu nieszczęśliwego w siły wzrosła. Zamach, tylko zamach!...
— Królobójstwo? — jęknął rycerz. — W Polsce, jak długa i szeroka, nie znaleźć takiego zbrodniarza! My umiemy skakać elekcyjnemu królowi do oczu, na sejmach verba veritatis mówić mu śmiało, lecz rękę na majestat królewski podnieść — na to się nikt nie waży!...
— Wtedy Zygmunt Waza pogrąży Polskę tak, że już chyba nigdy nie wypłynie i zacznie dogorywać, aż rozszarpią ją, jak zgniłe ścierwo! — zawołał baron, w uniesieniu podnosząc rękę i grożąc nią.
— Waść nienawidzisz Polski! — wykrzyknął pan Haraburda.
— Nienawidzę Zygmunta Wazy! — syknął Palen. — Nienawidzę, bo zabił mego syna i córkę!
— Co waść mówisz?! — wykrzyknęła pani Haraburdzina, z przerażeniem i rozpaczą słuchająca słów tego wysokiego, chudego człowieka o ciemnem obliczu, które teraz stało się niemal zupełnie czarnem i zawziętem. — Król zabił dzieci waści?
— Przebywały one trzy lata temu w cesarstwie, gdzie się leczyły w salinach, gdy nagle przybył oddział lisowczyków, posłanych przez króla Zygmunta w sukurs cesarzowi, a ponury Habsburg pchnął ich na zburzenie zboru kalwińskiego... W płomieniach podpalonej świątyni zginęły moje dzieci! Nawet kości ich znaleźć nie mogłem! Chwasty, zgliszcza i ruiny piętrzą się tam, gdzie zgasła nadzieja i radość całego życia! O, ja nienawidzę Zygmunta Wazy i dokonam zemsty... dokonam, gdy nastąpi czas!
— Toż to waćpan przy takiej invidia do osoby króla, nie możesz Rzeczypospolitej wiernie służyć? — szepnął pan Haraburda.
Baron Palen wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu i, zmrużywszy oczy, rzucił pytanie:
— Czy waść bardzo kochasz swego króla? Króla, który za twą wierną służbę ojczyźnie lubego cię domu pozbawił, ognisko twe zagasił i na tułaczkę wraz z ukochaną małżonką rzucił? Odpowiedz!
— Nie lubię króla... — rzekł ponuro rycerz. — Jednak zemsty nie knuję i pamiętam, że patria — suprema res, której służyć jestem gotów i szlacheckim honorem obowiązan summo tempore!
— Christ! — wykrzyknął baron. — Ja czuję też po myśli waści i jeszcze bardziej szczęśliwy jestem podejmować go u siebie, i tu — na tej brygantynie i w moim zamku — na Filsandzie!
Z siłą potrząsnął rękę rycerzowi i odszedł ku rufie, skąd wkrótce doniosły się słowa gromkiej komendy okrętowej.
Niepokój ogarnął rycerza. Jakieś niewyraźne przeczucie niebezpieczeństwa, nieraz dobrze doradzające wojownikowi i przestrzegające w godzinie ciężkiej potrzeby, dręczyło go. Długo rozmawiał z panią Wandą, rozważając każde słowo barona Palena i zastanawiając się nad swoim losem.
— Będę ostrożny i przebiegły, jak lis! — mówił do żony pan Haraburda. — Słuchać będę, patrzeć i węszyć, aby nic nie uszło przede mną! Nie wiemy, co zamyśla baron...
Tymczasem brygantyna, wydąwszy wszystkie żagle, do prujących powietrze białych ptaków podobne, lekko i szybko mknęła, płatając na zielone, warkliwe skiby grzbiety piennych, powichrzonych fal.
Gdy woddali, z morza wynurzać się zaczęły czarne zarysy wyspy, a po godzinie zmieniły się na spadziste skały, wyżarte przez bijące w brzeg bałwany, pan Haraburda wskazał żonie na obronny zamek z wieżami, blankietami, mocarnemi wałami, zbiegającemi aż ku krawędzi stromego spychu.
— Potężne to gniazdo! — zauważył. — Bez dużych kolubryn nikt nie zdobędzie tej twierdzy, chyba głodem zmoży przy długiem oblężeniu!
Istotnie, wyspa Filsanda stanowiła jednolitą skałę, od strony Ozylji bronioną przez szczerzące czarne, ostre kły rafy, a od morza — prostopadłą ścianą i wąską łachą piaszczystą, znikającą pod powierzchnią wody o kilka staj od podnóża.
Brygantyna, zatoczywszy szerokie koło, prześliznęła się wśród podwodnych kamieni i za nią natychmiast przeciągnięto gruby łańcuch żelazny, zamykający wejście do sporej zatoki, ukrytej pomiędzy spychami stromych zboczy. Stały tam na kotwicy dwie inne brygantyny, a miejsca starczyłoby na pięć, jak na oko osądził pan Haraburda.
— Moja armata wodna składa się z pięciu okrętów — objaśnił z uśmiechem, podchodząc do niego, baron Palen. — Tu mamy wraz z naszą brygantyną trzy, a dwie inne odbywają daleką pławbę. Alei Już mostek przerzucono, proszę drogich i szlachetnych gości do zamku!
Schodkami, wykutemi w skale, długo szli na szczyt Filsandy, aż stanęli na krużganku zamku.
Baron Palen wskazał gościom piękne komnaty, gdzie musieli spędzić część swego życia dobrowolni banici. Jak długo mieli tu pozostawać? Co ich oczekiwało wśród tych grubych murów i sprzętów ciężkich, z hebanu rzeźbionych, tego nie wiedzieli.
— Boleśnie mi, że tyle troski i niepokoju wniosłam ze sobą do twego życia, Władeńku! — rzekła z westchnieniem pani Wanda.
Rycerz machnął ręką i odparł:
— Cóż ja ci na to, słodka moja, mogę powiedzieć? Wstyd mię żre na myśl, że nie potrafiłem obronić umiłowanej we własnym domu przed napaścią złych ludzi! Nie rycerska to sprawa. Wstyd mi, aż boli, aż łzy wyciska, co palą i gryzą!...
Długo i serdecznie przemawiała do męża pani Wanda, koiła jego ból i troskę a słowem pociechy i nadziei zapalała w nim nową ochotę do walki i życia.
Gdy zapadła cisza w komnacie, zdaleka doszedł i przedarł się przez grube błony w ołowiu okien głuchy huk bijących w skały bałwanów, wycie wiatru morskiego i nic poza tem. Myśleć mogliby, że są samotni na tej wyrosłej z otchłani morza skale.
Tymczasem pełno innych gości ukrywał w swych murach obszerny zamek możnego barona.
Stali oni w długiej, wąskiej sali, ponurej i ciemnej, gdzie ze ścian spoglądały żywemi i srogiemi obliczami portrety przodków: groźni komturowie zakonu, rycerze mieczowi i krzyżaccy, białogłowy w krezach, w haftowanych złotem szatach, agarantach, z forbotami na gładko uczesanych włosach, z ciężkiemi alszbantami na szyjach i z krzyżami, zwisającemi na złotych łańcuchach. Oczy portretów ożywały i gasły przy migotliwych blaskach woskowych świec, a odpowiadały im błyski w drapieżnych źrenicach zgromadzonych w sali kawalerów w szwedzkich i niemieckich strojach, ze szpadami i krótkiemi marynarskiemi sztyletami przy boku.
Wpobliżu drzwi, niby na straży, stały na drewnianych podstawach zbroje rycerskie, a wyżej połyskiwały miecze, bojowe topory, halebardy, nadziaki, kopje turniejowe, hełmy, tarcze i inna broń stara, snać, po przodkach przechowana.
Oczy gości były skierowane ku zamkniętym podwojom drzwi, gdzie stały dawne zbroje rycerskie, a obok nich w bezruchu do nich podobni dwaj giermkowie.
Podwoje szeroko się rozwarły i twardym krokiem na salę wszedł władca Filsandy, baron Ralf Palen, możny pan i jeszcze bardziej możny korsarz na Bałtyku, gdzie jego czarnej bandery ze strachem lub nadzieją wyglądali najwięksi potentaci na wybrzeżu szwedzkiem, brandenburskiem i pruskiem.
— Czołem! Czołem! — przeszedł szmer wśród gości, nisko pochylających się przed baronem.
— Czołem! — odparł wyniośle, obrzucając wszystkich swoim ostrym, przenikliwym wzrokiem.
— Co nowego w Polsce, Kurlandji, Inflantach? Król z niecierpliwością czeka na wieści od dostojnego barona — rzekł, występując naprzód, wysoki człowiek w czarnem, obcisłem ubraniu, ze złotym łańcuchem na piersi.
Palen uśmiechnął się szyderczo i rzekł:
— Dobre wieści zwykł jestem oznajmiać przy stole biesiadnym, przy brzęku puharów z małmazją. Proszę dostojnych panów na ucztę powitalną!
Powiedziawszy to, skierował się w głąb zamku, a za nim szło dwóch zbrojnych giermków w barwach i długi korowód gości.



Rozdział VI.
Wyprawa morska.

Baron Ralf Palen stał na krużganku swego zamku i słuchał, co mówił do niego poważnym, tajemniczym głosem wysoki człowiek w czarnem, obcisłem ubraniu.
— Sporządziłem horoskopy całej wyprawy, szlachetny baronie, a wypadły świetnie, przepowiadając wam sukces i nową sławę! Nasz najjaśniejszy pan Gustaw-Adolf nie zapomni przysługi barona Palena, gdy ten zmusi Polaków do szkodzenia sobie własnemi rękoma. Imię potężnego barona zabłyśnie wśród najbliższych powierników i ulubieńców naszego monarchy!
Baron Palen dumnie wydął wargi i, mrużąc stalowe, zimne oczy, rzekł szyderczym głosem:
— Goddam! Dostojny panie, jesteś adeptem i największym mistrzem astrologji, więc nie chciałbym, aby nazywano ciebie, jak innych, astrołgarzem. Słyszę bowiem słowa, lecz nie widzę dowodów!
Astrolog z wiszącej na pasie aksamitnej torebki dobył pismo i, podając baronowi, powiedział:
— Dokument, mianujący pana barona dziedzicznym grafem Szwecji. Gdy zaś Najwyższy pozwoli naszemu królowi uzyskać koronę niemiecką, będzie dostojny graf — panem na Filsandzie i Ozylji!
Baron uważnie przeczytał duży pergamin z pieczęcią z czerwonego wosku i mruknął:
— Uczynię, com obiecał. Ujrzysz to, mistrzu, natychmiast...
Klasnął w dłonie i krzyknął do nadbiegającego giermka:
— Prosić do mnie gościa polskiego, a migiem!
Wkrótce na krużganek wyszedł pan Władysław Haraburda, poprzedzany przez pachołka.
— Witam waszmość pana! — wołał serdecznym głosem baron, wyciągając do gościa obydwie ręce. — Mam nadzieję, że pierwsza noc w moim zamku zeszła w spokoju?
— Dziękuję, mości baronie! — odparł rycerz. — Pod dachem tak znakomitego męża żaden niepokój nie może nam dokuczyć!
Baron Palen uśmiechnął się życzliwie i, wskazując na czarno ubranego jegomościa, rzekł do pana Haraburdy:
— Waszmość pan pozwoli, że mu przedstawię swego przyjaciela, sławnego mistrza astrologji — Juljusa Arreniusa, miłującego twoją ojczyznę za to, że ona może skutecznie obronić świat chrześcijański przed zalewem półksiężyca i dzikiej Moskwy, która marzy o zdobyczach na zachodzie. Obaj wierzymy, że tylko Rzeczpospolita może stać się puklerzem pokoju w Europie.
— Słowa mości pana i myśli waszmościów radują moje serce! — odparł rycerz, ściskając dłoń Arreniusa.
— Spojrz-no na zatokę moją, waść! — rzekł baron, przechylając się przez krawędź krużganku.
Pan Haraburda uczynił to samo i ujrzał pięć dużych brygantyn, po których biegali ludzie, wciągając nowe żagle, mocując liny i czyszcząc wyglądające z wyziorów burtowych paszcze armat.
Baron zaczął mówić:
— Jeżeli waszmość nie odmieniłeś myśli swoich, aby służyć ojczyźnie tam, gdzie nikogo oprócz ciebie niema, to masz po temu sposobność! Rychtujemy właśnie okręty, aby wypłynąć na morze i Szwedom szkodzić. Otrzymałem wiadomość, że lada dzień galjony Gustawa-Adolfa wypłyną ku brzegom Estonji, aby rzucić materjały wojenne i wojska do Inflant, Kurlandji i Prus. Zamierzamy zagrodzić im drogę i, chociaż z całą armatą królewską walczyć nie zdołamy, coś-niecoś urwać z niej możemy. Jak o tem myślisz, rycerzu?
— W sprawie pro patria, powtarzam, zawsze sekundować jestem ochotny! — zawołał pan Haraburda.
— Gut! — zakrzyknął baron. — Wtedy rychło zgotuj się, waść, do drogi, a o nadobną małżonkę bądź spokojny, bo, pamiętaj, że prędzej cała Filsanda i mój kasztel runą do morza, niźli jej włos z głowy spadnie! Przysięgam to na cienie moich zamordowanych dzieci!
Baron podniósł rękę ku niebu.
— Rzekłeś, mości baronie, i przysiędze twej wierzę, bo straszna była! — szepnął rycerz. — Idę teraz do drogi się sporządzić...
Nie słyszał pan Haraburda, że po jego odejściu baron Palen szeptał do mistrza Juljusa:
— Ja mu przechowam żonę, jakom przysiągł, ale za to on posłuży zacnie naszej sprawie i ręką polską pogrąży Zygmunta w oczach tych, którzy mu w Szwecji jeszcze ufają! Ten rycerz może siła zdziałać, bo to znamienity wojownik, u hetmanów na oku jest, a królowi — nieprzyjaciel!
Nie długo wybierał się pan Haraburda. Pożegnał panią Wandę, która na lekki pancerz, ukryty pod kurtą skórzaną, powiesiła mężowi na piersi wylepiony z wosku przez prałata-zakrystjana papieskiego, a wyświęcony przez Ojca Świętego agnusek cudowny, zamknięty w srebrnem puzderku na łańcuszku; wziął od dziadka-kasztelana wywodzącą się ciężką szablę batorówkę w pochwie z jaszczuru, skutego złotemi klamrami, zatknął dwa pistolety za pas i poszedł ku okrętom. Spotkał go tu sam baron Palen i, będąc człowiekiem wojennym, aż przystanął na widok rycerskiej postawy pana Władysława.
— Święty Jerzy, patron wojowników, nie miałby chyba groźniejszej figury! — zakrzyknął. — Z każdego ruchu waszmości bije powaga wodza dużej miary!
— Od dzieciństwa na wojnie żyję! — usprawiedliwiał się rycerz, wchodząc na pokład największej brygantyny „Dumna Filsanda“.
Na deku stali w trzy szeregi uszykowani marynarze z szyprem, bosmanami, marszałkami i sztabnikiem na przodzie. Ludzie byli w rynsztunku bojowym, na okrętach używanym. Mieli na sobie szerokie pludry i kaftany z przesmolonego płótna, takież kapelusze z fartuchami, okrywającemi karki, z pasów zwisały ciężkie a krótkie tasaki, szablami abordażowemi zwane, pistolety i siekiery o szerokich ostrzach, do rąbania burt okrętowych i lin przysposobione.
Wszyscy mieli ponure i srogie twarze, ogorzałe na wichrach morskich, rozrosłe bary i piersi, a nogi mocne, szeroko rozstawione, jak to zwykle bywa u okrętników, z którymi nieraz w dzieciństwie przebywał pan Haraburda w Kłajpedzie i Rydze.
— Lud dobry i bitny! — rzekł do barona rycerz, wprawnem okiem oglądając majtków i starszyznę okrętową.
Baron Palen zaśmiał się zcicha i odpowiedział:
— Każden z nich próbował szturmów na oceanie, a bił się z okrętnikami pono wszystkich narodów. Doświadczony to piracki ludek, zgrany jak kapela!
„Dumna Filsanda“ na komendę barona wywiesiła żółto-czarną flagę i wnet zaczęły zgrzytać łańcuchy kotwic, wyciąganych na szpyle.
— Z Bogiem! — krzyknął baron, zbiegając po mostku na brzeg.
Wszedł na wysoki stos kamieni, gdzie wznosił się pal z dużą latarnią, i przez tubę rzucił rozkaz:
— Podczas ryzy nad brygantynami komendę mieć będą szyprowie, a gdy wypadnie bitwa — słuchać rozkazów szlachetnego polskiego rycerza! Na wodę, heiss auf!
Na ten rozkaz szyprowie odpowiedzieli okrzykiem: Los!, poczem okrętnicy zaczęli hysować żagle, bosmanowie wykrzykiwać słowa komendy, dekowa czeladź uwijać się po pokładzie, mocując i ryngując cumy i lofry i wciągając na burtę lesicy.
Od sztaby sternik, stojący przy rudle, a z marsów komendorowie powtarzali słowa rozkazów szyprów, wyprowadzających z zatoki okręt po okręcie.
Wysoko w wykuszu jednego z okien zamkowych powiewała biała chusta.
Dojrzał ją rycerz i, zerwawszy czapkę z głowy, jął nią wymachiwać, posyłając ostatnie przed odpłynięciem pożegnanie żonie.
Gdy słońce stało wysoko, „Dumna Filsanda“, nadając żagli, biegła pełnym szorem, kołysząc się na falach. Sunęła szybko na zachód, a woddali za rufą topniały czarne zarysy wyspy, pogrążając się głębiej i głębiej w ruchomą pierś morza.
Pan Haraburda oglądał swój okręt niby skrzętny gospodarz, obchodzący dwór. Obejrzał kasztele na sztabie i rufie, izbę, gdzie wisiały na linach splecione ze sznurów legła załogi; słuchał jak szyper rozpowiadał mu o nowem olinowaniu bezan-masztu, o marsie na foku, gdzie, na rozkaz barona, umieszczono małą hakownicę; długo oglądał armaty, wytykające z burtowych wyziorów połyskliwe paszcze; zeszedł na dolny dek, gdzie stały mniejsze działa, a obok nich piramidy złożonych kul; wąskiemi schodkami zbiegł przez lukę do prochowni, gdzie przechowywano beczki z prochem i saletrowaną smołą do podpalania nieprzyjacielskich okrętów; dotknął niemal każdej tarcicy, wręgi i bimsy kadłubu, o wszystko pytając szypra. Wyszedłszy na główny dek, zwiedził pilasy, dunetę, szaniec przedni i kasztelunek, przyglądając się pracy kwatermistrza przy helmacie sterowym, czynnościom komendorów i czeladzi na obydwóch dekach, w biesiadni i rumach.
Rycerz, towarzysz pancernej chorągwi, uczył się teraz sztuki morskiej i czuł, że był w swoim żywiole, aż spostrzegł to stary szyper i, pykając fajką, rzekł:
— Wasza dostojność ma w żyłach krew żeglarską! Kto wie? Może jakiś daleki przodek lufował niegdyś po morzach...
Pochlebiło to panu Władysławowi, więc uczył się dalej z jeszcze większą starannością.
Wiatr dął posmyczny. Porywna brygantyna pruła morze szybko, aż prysk miotał się przed nią i pienne płachty wylatywały wysoko w powietrze.
Morze było pustynne, jak to zwykle bywa, gdy nadciąga wojna, wystraszająca okręty kupieckie, wiozące towary.
Jednak na trzeci dzień szyper przybiegł do rycerza i zawołał:
— Od nordu dojrzano z fok-marsy dwie galjony!
— Ludzie do armat! — huknął uradowany pan Haraburda, już stęskniony do zgiełku bitwy.
Po chwili wszyscy byli na swoich miejscach. W tylnym teremie przy sterze — kwatermistrz z pomocnikami, przy działach i ambrazurach obydwóch deków — kanonierzy i dekowi bosmanowie, czeladź — przy lochach prochowym i bombowym oraz przy pompach — na wypadek ognia, majtkowie — na marsach — przy żaglach, a inni z hakami i toporami, pod komendą abordażowych komendorów, zaczaili się wzdłuż burt, gotowi do ataku.
— Bandera szwedzka! — rozległ się krzyk z marsy fok-masztu.
— Podprowadzaj waść, mości szyprze, nasze okręty ku nieprzyjacielowi! — rozkazał rycerz.
Na masztach natychmiast wykwitły różnobarwne flagi sygnałów, doniosła się komenda, rzucona przez tubę, rozdarły powietrze gwizdki bosmańskie a morski róg długo ryczał ponurym głosem.
Brygantyny otaczały nieprzyjaciela i, zamknąwszy koło, zbliżać się ku nim poczęły, zwalniając gary i brasując reje.
Gdy się okręty zbliżyły, na strzał armatni, szwedzkie galjony nagle wywiesiły białą flagę.
— Poddają się! — krzyknął szyper. — Naprzód!
„Dumna Filsanda“ ruszyła ku Szwedom. Wkrótce czeladź zahaczyła burtę pobliskiej galjony i ludzie z brygantyny zaczęli przebiegać na jej pokład.
— Kto tu jest komendantem? — krzyknął ze szwedzkiego okrętu wysoki starzec, podchodząc do burty.
— Jam jest! — odparł rycerz, występując naprzód.
— Jak się to dzieje? — mówił starzec, uchylając czapki. — Wieziemy do Gdańska kontrabandę wojenną dla Polski od stronników króla, a polskie okręty nas napadają? Żądam wolnej drogi!
— Skąd waść wiesz, że są to polskie brygantyny? — spytał zdumiony pan Haraburda.
— Widzę polskie bandery na masztach! — odparł stary jegomość.
Pan Haraburda podniósł oczy i istotnie dojrzał na maszcie czerwoną banderę z białym orłem.
Chciał jeszcze o coś zapytać, gdy podbiegł do niego szyper i szepnął:
— Bacz, wasza dostojność, aby ten szwedzki gemajn nie wywiódł nas w pole! Zwykły to wykręt! Piaskiem rzuca w oczy, aby ujść nam!
Pan Haraburda, już nie namyślając się, oddał rozkaz szyprowi, aby obsadził ujęte okręty swoimi ludźmi i gnał je do Filsandy.
Po trzech dniach pływanki cała flotyla zawinęła do zatoki, nad którą wznosił się zamek barona Palena.
Rycerz, powitawszy gospodarza i zdawszy mu relację o przebiegu pławby, nie słuchał jego pochwal i słów pochlebnych, bo pobiegł do żony, stęskniony i niespokojny o swoją najsłodszą Wandkę.
Nie widział więc pan Władysław, że z głębokiego rumu jednego z okrętów wyprowadzano uwięzionych tam szwedzkich majtków i starego jegomościa z oczami związanemi paskami płótna i wrzucono do lochów zamkowych. Służba wyładowywała zdobyte okręty i znosiła towary do składów, ukrytych za wystającemi skałami. Nie wiedział rycerz, jeszcze niedawno walczący pod buławą Żółkiewskiego, wiernego ojczyźnie hetmana-męczennika, że wtedy, gdy rozpowiadał żonie o swoich przygodach na morzu, we wspaniałej sali biesiadnej, ozdobionej rogami, skórami dzikich zwierząt i bronią łowiecką, przy długim stole siedział baron Palen w otoczeniu gości i starego szypra z „Dumnej Filsandy“.
Szyper ze wszystkiemi szczegółami opowiadał o ryzie kaperskiej i o tem, jak uczył się rzemiosła żeglarskiego młody rycerz.
— Oddałbym połowę swojej fortuny, żeby ten wojak na naszą przeszedł stronę! — z westchnieniem rzekł baron.
— Taki nie przejdzie, — odpowiedział Julius Arrenius — bo to wierny Polak!
— Wiem to, — kiwnął głową Palen — ale boli mnie to, że tacy ludzie muszą zginąć przez króla Zygmunta! No, ale to ich sprawa, nie nasza!
Podniósł swój kubek i już wesołym głosem wykrzyknął:
— Za zdrowie i szczęście najjaśniejszego pana, króla Gustawa-Adolfa!
Wszyscy podnieśli się i duszkiem wychylili puhary.
— Widzicie, waszmościowie, że wszystko idzie po mojej myśli! — zawołał baron. — Rycerz nie wie, komu służy, a tymczasem wzięci przez moje okręty Szwedzi spostrzegli polską banderę królewską, a gdy kilku z nich wypuszczę na wolność, opowiedzą o tem w Szwecji i — piękny alarm powstanie wśród stronników Zygmunta a zdrajców króla Gustawa-Adolfa!
— Wielka w tem zasługa wasza, dostojny panie! — odezwał się poważny mąż w szkarłatnym stroju i wysokich żółtych butach rajtarskich.
— Cieszą mnie słowa wasze, mości książę! — odparł, pochylając głowę, baron. — Muszę dodać, że obecnie wszystkie moje składy są wypełnione wojennemi materjałami, które w każdej chwili gotów jestem oddać szwedzkiemu wodzowi, który ma bellum gerere w Inflantach. Od trzech lat pracuję na to!
— Najjaśniejszy pan i generałowie wiedzą o tem, dostojny panie, i liczą na was! — rzekł książę.
Uczta trwała do późnej nocy. Podochoceni goście strzelali z pistoletów do tarcz, trzymanych przez giermków, i słuchali śpiewów pacholików, brzdąkających na lutniach. Były to pieśni żeglarskie, stare i groźne, a wtórowały im zwara morska, łomocąca z hukiem i pluskiem w zbocza kamienistego spychu, i sycząca kipiel, wśród ostrych raf szalejąca.
Gdy uczta miała się już ku końcowi, wszedł marszałek zamkowy i podał baronowi pismo. Palen przeczytał i klasnął w dłonie:
— Szczęście samo idzie do rąk królowi Gustawowi-Adolfowi! — zawołał.
— Co się stało?! — pytali goście, otaczając kołem gospodarza.
— Mam wieści, że galery hiszpańskie weszły na Bałtyk, zdążając do Gdańska! — oznajmił baron.
— Czyżby Hiszpanja postanowiła pomagać Zygmuntowi III? — rozległy się trwożne pytania.
— Pismo nic nie mówi o tem — rzekł Palen. — Lecz ja powiem waszmościom, że okręty pod polską banderą napadną na te galery i, ufam, zatopią je.
— Któż to uczyni? Kto się waży stawić czoło potędze króla Hiszpanji? — spytał książę.
— Polski rycerz na moich brygantynach! — odpowiedział ze śmiechem baron.
Podano nowe konwie wina i goście pili, uradowani z pomyślnej wieści. Istotnie, była to ważna nowina, gdyż Hiszpanja, wciąż zwodząca króla Zygmunta i obiecująca mu pomoc w jego walce z reformacją i ze Szwedami, zagrażała dumnym i śmiałym zamiarom Gustawa-Adolfa, a wszelkie niesnaski, pomiędzy Polską a Hiszpanją wynikające, mogły wzmocnić plany szwedzkiego króla-wojownika.
To rozumieli wszyscy. Radość więc ogarnęła serca gości barona a brzęk kielichów i śpiewy rozlegały się aż do wschodu słońca.
Nie wiedział nic o tej radości wrogów Rzeczypospolitej pan Haraburda, zręcznie przez barona posuwany pionek na wielkiej szachownicy dziejowej.
Był spokojny i gotów do walki z galerami Hiszpanów, którzy, jak go przekonali baron i mistrz Arrenius, chcieli popchnąć króla Zygmunta do nowego frymarku Polską za cenę tronu szwedzkiego i ścigania ministrów kalwińskich, podsycając tem niezgodę w kraju, mogącą łatwo przejść w wojnę domową.
Rycerz uwierzył baronowi i astrologowi, gdyż nieraz od rodzica i hetmanów słyszał, że zabiegi króla na dworze cesarskim i tępienie reformacji za namową Habsburgów — podniosło przeciwko Polsce gniew Francji, Holandji i możnej Hanzy, które zaczynały pomagać Szwecji.
Pan Haraburda, wypłynąwszy po raz wtóry na morze, obiecywał sobie zrobić „hulaj duszę“ na karkach okrętników hiszpańskich i sposobił się do bitwy, niebaczny na to, że szyper kilka razy krzyczał coś do czeladzi, powtarzając:
— Sturzsee... Sturzsee! Halber Wind!
Widział, że półwiatr znosi brygantyny ku południowi, że gwałtowna przelewa wdziera się raz po raz na pokład i bije w wanty i barduny, łomocąc w burtę.
Lecz doświadczony szyper lufował sprawnie, lotrując żagle, aż „Dumna Filsanda“ a za nią i reszta okrętów, wzięła kierunek posmyczny.
Rycerz, oparty o reląg burty, widział wrzenie morza i kołyszącą się przed dziobem brygantyny mglistą płachtę, kryjącą widnokrąg. Myśli jego były rozdwojone.
Chwilami widział panią Wandę, która na klęczniku korzyła się przed świętym obrazem Królowej Korony Polskiej, ze łzami w modrych oczach modląc się o życie męża. Widział ją w obcym domu i na cudzej ziemi, a ból przeszywał mu serce i gryzący wstyd pędził łzy do oczu.
Wtedy dotkliwy domarad, tęsknota za domem ojczystym i za ziemią polską, ogarniał rycerza, lecz otrząsał się i myślał o tem, co go czeka za mglistą zasłoną, kołyszącą się przed nim. Oczami duszy widział potężne galery Hiszpanji, co na drogi złudne popychała Polskę, pięści zaciskał i zębami zgrzytał, zemstę ślubując.
„Dumna Filsanda“, prowadząc za sobą cztery brygantyny, przepłynęła wschodni Bałtyk i dopiero na zachód od Bornholmu spotkała się z dwiema galerami hiszpańskiemi.
Były to potężne okręty, majestatyczne, najeżone armatami, wyglądającemi z ambrazur trzech pokładów. Setki majtków uwijało się na górnym deku, na wysoko podniesionych teremach i na marsach, zwalniając gary, aby zahamować bieg. Na masztach powiewały dumne herbowe bandery hiszpańskie a końce wielkiej flagi rufnej dotykały fal.
Okręty zbliżały się bez sygnałów, w milczeniu.
Rycerz kazał przepuszczać galery od prawej burty, wciąż podchodząc do nieprzyjaciela, aż podniósł rękę do góry. Na ten sygnał ryknęły działa „Dumnej Filsandy“, a za nią inne brygantyny zionęły ogniem i kulami.
Potężnym głosem odpowiedziały galery i zawrzał bój.
Długo bronili się Hiszpanie, szerząc śmierć i zniszczenie. Pociski odrywały łęciny i gafle, a zwolnione płachty żagli miotały się i klaskały, niby potworne bicze, drżały maszty i spadały przetrącone kulami armatniemi topy. Jęki rannych coraz częściej rozlegały się na brygantynach, a ciała zabitych leżały na pokładzie.
Jednak prawie jednocześnie zapaliły się galery od ognistych smolnych pocisków. Na przedniej — płomienie lizać zaczęły wysoką rufę i obsadę foku, aż maszt runął, druzgocąc burtę i strącając do morza kilka dział wraz z obsługą; na drugiej — pożar rozgorzał na dolnym pokładzie, dokąd smolna kula przedarła się przez wyzior armatni.
Rycerz widział, jak hiszpańska załoga w popłochu wybiegała na górny dek i usiłowała spuścić szalupy, lecz nie zdążyła, gdyż huk straszliwy nagle targnął powietrzem. Uniósł się wysoko dziób ciężkiej galery i cały okręt, chyląc się na sztymbork, szybko pogrążał się do wody.
— Naprzód! — rozległa się komenda pana Haraburdy. — Zahaczyć galerę!
„Dumna Filsanda“, nadawszy żagli, runęła na pozostały okręt.
Majtkowie zręcznie rzucili haki i przyciągnęli burtę do burty, z bojowym okrzykiem przebiegając na pokład nieprzyjacielskiej galery. Wkrótce zwarli się z Hiszpanami, rąbiąc szablami i siekierami.
Pan Władysław, szalejący na pokładzie z szablą w ręku, szukał dowódcy galery.
Ujrzał go, stojącego na wysokim kasztelu sztaby z długą, migocącą szpadą w dłoni. Kilku majtków z „Filsandy“ już mknęło ku niemu, aby go rozpłatać toporami, lecz rycerz zatrzymał ich groźnym okrzykiem i sam skoczył ku dowódcy.
Krótko trwał pojedynek, gdyż posiadający olbrzymią siłę pan Haraburda wybił przeciwnikowi szpadę i, wytrąciwszy szablę z rąk nadbiegającego bosmana „Filsandy“, krzyknął po niemiecku:
— Poddaj się!
Hiszpan dumnie podniósł głowę i odparł przez zęby:
— Marynarze króla Hiszpanji nie poddają się!
Nim rycerz zdążył podbiec do niego, ten strzelił do siebie z krótkiego pistoletu i spadł za burtę.
Hiszpanie nie poddawali się i walczyli do ostatniej chwili. Na pokładach i w teremach szalała rzeż. Dzicy i okrutni piraci barona Palena dobijali resztki załogi galery i strzelali z pistoletów do tych, co z zatoniętego okrętu dopływali i czepiali się słabnącemi rękami tarcic burty.
Bosmani i marszałkowie wytoczyli kilka beczułek ze srebrnemi talarami i złotemi piastrami i, przeniósłszy zdobycz na pokład „Filsandy“, zdjęli haki. Brygantyny zaczęły szybko się oddalać od płonącej galery i już z oddalenia zwycięzcy widzieli, jak wybuchnęły na niej prochy i rozsadziły potężny kadłub.
Na morzu pozostała tylko pływająca byta — potrzaski okrętów i jeszcze szamocący się resztkami sił niedobitki, walczący ze zwarą.
Szyper kazał czeladzi wyciągnąć kilku tonących i zamknąć w rumie.
Musieli oni przynieść później do Hiszpanji wieść o napadzie na galery królewskie okrętów, nad któremi powiewały czerwone bandery z orłem białym pośrodku.
Brygantyny, naprawiwszy naprędce potrzaskane omasztowanie i uszkodzony linostrój, nastawiły żagle i dążyły na wschód, gdzie ich powrotu czekali z niecierpliwością i trwogą baron Palen, Julius Arrenius, dumny książę Gotland i stroskana, niespokojna o los i życie męża — pani Wanda Haraburdzina.



Rozdział VII.
Kochające serce — dobry doradca.

Ze łzami radości i szczęścia rzuciła się pani Wanda w ramiona męża. Śmiała się i płakała, pokrywając pocałunkami ogorzałą twarz rycerza i tuląc się do niego.
— Najmilszy mój, słonko moje jasne — szeptała, patrząc mu w oczy — noce całe i dni przepłakałam i przemodliłam się o twoje zdrowie i rychły powrót! Bez ciebie słońce dla mnie nie świeci, a miesiąc niby nieboszczyk z mar spogląda na ziemię smutną. Sierota jestem i jeden ty rozradowanie dajesz... Władeńku, Władeńku mój najsłodszy!
Tulił do siebie szczęśliwy i rozkochany rycerz młodą żonę, włosy jej pieścił, okrywał pocałunkami piękne lica i usta płonące, ocierał łzy z modrych oczu i słowa miłosne, coraz to inne i gorętsze, mówił.
Nie uszła jednak jego uwagi troska i niepokój w jej źrenicach.
— Czy nie przydarzyło ci się, broń Boże, co złego w zamku? — zapytał szeptem.
— Cyt... — odparła i uważnie spojrzała na drzwi.
Rycerz zaczął nadsłuchiwać. Zdaleka ktoś szedł przez komnaty i odgłosy kroków tłukły się pod wysokiem sklepieniem.
Rozległo się pukanie do drzwi.
— Wchodzić! — zawołał pan Haraburda.
Na progu stanął marszałek zamkowy i z niskim ukłonem rzekł:
— Jego dostojność, baron Ralf Palen, mój pan, prosi szlachetnego rycerza z małżonką na ucztę wieczorną.
— Podziękujcie, wasze, swemu panu i powiedzcie, że zaproszenie chętnem sercem przyjmujemy! — odezwał się pan Haraburda.
Gdy marszałek opuścił komnatę, pani Wanda zajrzała do sąsiednich izb, sprawdziła, czy ktoś nie czai się za oknem, i dopiero wtedy usiadła obok męża i cicho szeptać zaczęła, co chwila nadsłuchując:
— Źle z nami, Władeńku, źle! Trafiliśmy w potrzask... Jesteśmy jak te lalki w teatrum italskiem, co ruchają nogami i rękami, chodzą, siadają i pląsy wyprawiają, bo ukryty za kotarą człowiek za sznurki różne targa i tak lub owak czynić je zmusza...
— Przebóg! Co mówisz, Wandko? Skąd masz takie myśli? — zawołał pan Władysław.
— Baron omamił ciebie i twojemi rękami ogień dla Szwedów dobrze wygartuje! — szepnęła. — Wiem już wszystko! Salwować się musimy czemprędzej. Inaczej oni pogrążą ciebie na wieczne czasy, przywiodą na hak! — szeptała, zaciskając ręce, pani Haraburdzina.
— Hm! — mruknął rycerz, rozumiejąc, że nie przywidzenie mówi ustami żony. — Hm, haczek na haczek, kruczek na kruczek...
— Daj Boże, jeżeli tak! — westchnęła. — Jeno mądrym musisz być jako Herburt! Słysz, będę mówiła teraz, a ty bacz, aby kto nie podsłuchiwał...
Pochylili do siebie głowy i szeptali niby dwoje rajców tajemnych, rzeczy straszne knujących.
Pan Władysław dowiedział się o wypadkach ważnych a tak nieoczekiwanych, że aż zbladł i drżeć na całem ciele zaczął.
Po odpłynięciu męża, baron Palen otoczył panią Wandę opieką i przyjaźnią. Widząc, że tęskni za mężem i blednie, a oczy jej zdradzają bezsenne, we łzach spędzone noce, starał się zabawić ją i oderwać od smutnych myśli, niosących udrękę.
Urządzał dla urodziwej pani wycieczki po morzu w pięknych, bogato przybranych łodziach, woził na Ozylję, gdzie w posiadłościach barona bawiono się łowami, szczując i goniąc psami lisy i zające, lub wykurzając borsuki z głębokich nor; wypływano do zatoki Sztokbarckiej z sieciami i przyglądano się rybakom, wyciągającym duże, trzepocące w oczach niewodu ryby.
Na ucztach, wyprawianych przez gościnnego właściciela Filsandy, dostojni przyjaciele barona otaczali ją uszanowaniem, niby królową, bawili wesołemi rozmowami; sam Julius Arrenius zestawił dla niej horoskop niezawodny, podług przepisów aleksandryjskich astrologów ułożony, paziowie i giermkowie grali dla niej na lutniach i śpiewali pieśni ucieszne.
Nic, zdawało się, nie mogło wzbudzić podejrzenia pani Haraburdziny, a jednak pewna okoliczność zastanowiła ją i zmusiła do myślenia i rozglądania się bacznego.
Zdziwiło panią Wandę, że wszyscy goście barona i sam Palen bez przerwy pod niebiosa wychwalali jej męża, ubolewając, że musi służyć królowi Zygmuntowi.
Młoda kobieta zastanawiała się nad tem, dlaczego podczas uczty i zabawy, poważny książę Gotland i uczony Arrenius, starali się wtajemniczyć ją w sprawy Rzeczypospolitej, wytykając błędy króla polskiego i objaśniając istotne zamiary Gustawa Adolfa, który, jak twierdzili cudzoziemscy panowie, afekt serdeczny żywił dla Poloniae illustrissimae amicae virtutis.
Fani Wanda, z senatorskiego się wywodząca domu, gdzie przy stole ojca widziała i słyszała największych statystów polskich, a nawet samego kanclerza Zamojskiego i hetmana Żółkiewskiego, którzy na trony Polski i Moskwy prowadzili Zygmunta III i jego syna Władysława, znała dzieje ojczyzny i sąd o nich miała zgoła męski i trafny.
Dziwili się szczerze mądrości niewiasty dostojni panowie i, kiwając siwemi głowami, mruczeli do siebie:
— Goddam! Gdybyśmy mieli takie kobiety u siebie, inne byłyby losy naszego kraju!...
Widząc, że mają przed sobą białogłowę o rozumie statecznym i głębokim, rozprawiali z nią, jak z równą sobie, pytając o różne rzeczy.
— Ściganie wyznawców nowej wiary kalwińskiej jest rzeczą zdrożną, o pomstę wołającą! — mówił książę Gotland. — Jak myśli dostojna pani?
— Chwalić Boga, mówi psalmista, można na bębnach i piszczałkach. Chwali go wróbel na dachu i srogi tur w kniei. Bogu miła każda wiara... — odparła pani Haraburdzina.
— Święta prawda mówi ustami waćpani! — zawołał książę. — A tymczasem król gnębi i tępi stronników reformacji! To zbrodnia!
— W Polsce nie było stosów, na których palono heretyków — zauważyła pani Wanda. — Z reformą walczy kościół katolicki, bo swojej wiary broni. Jest to wojna obronna, a kalwiństwo wojnę zaczepną prowadzi. Wojna jak wojna, jeno bez krwi przelewu, mości książę!
— No, tak, no, tak! — bronił się stary dostojnik. — Jednak król wysłał swoje wojsko do cesarstwa, a tam kalwinów ogniem i mieczem tępią! Ogniem i mieczem, dostojna pani!
— Nie jest to wojsko, posłane w sukurs cesarzowi, tylko najemne, jakie nieraz posyłali do ościennych państw Niemcy, Szwedzi i Szwajcarzy... Wina za gwałty spada na cesarza, no, i na króla, pół-Szweda, z powodu którego oddawna cura incesserat patres.
— Dostojna pani mężów przewyższa bystrością!... — zawołał Arrenius, składając przed młodą kobietą długie, wypieszczone dłonie.
Do rozmowy wmieszał się baron Palen.
— Zygmunta nienawidzi cały świat i powinna nienawidzieć Rzeczpospolita, bo prowadzi on szalbierską grę, służąc Habsburgom, urągając woli Polski i Szwecji, jątrząc inne państwa! — zawołał.
— Ichmościowie zapomnieli jednak i o zasługach króla — odparła pani Haraburdzina. — Zadał on cios Turcji i zada go ponownie; pobił na głowę podnoszącą się Moskwę, — nieznaną a groźną, uciszył swawolę kozacką i pohamował ordyńców...
— Got! — zakrzyknęli panowie. — To wszystko sprawił rycerski duch narodu waszego! Tacy wojownicy, jak małżonek waszmość pani, uczynili to, nie król! Jemu się śni korona szwedzka i królestwo Boże za przelaną krew heretyków!
— Rzeczpospolita nic nie ma do korony szwedzkiej, a wojnę prowadzi z królem Gustawem, bo taki rozkaz. My jesteśmy narodem wojennym i do posłuchu wodzom nawykłym — rzekła pani Wanda i ból schwycił ją za serce, bo przypomniała sobie opowieści ojca o swawoli rycerstwa w Moskwie, niekarność wojsk pod Cecorą i walki przy dworze króla, toczące się bez wytchnienia.
Zapanowało milczenie, aż przerwała je pani Haraburdzina:
— Dopóki Polak wiernie swoim władzom służy, dopóty siła w narodzie nie zaniknie!...
— Mądre słowa — mruknął, mrużąc oczy, baron Palen. — Giermkowie, zaśpiewać na cześć dostojnej pani!
Powróciwszy do swoich komnat, pani Wanda długo rozważała każde słowo, słyszane podczas uczty, i zrozumiała, że cudzoziemscy panowie usiłowali przekabacić ją na swoją stronę, włożyć jej własne myśli.
Lecz poco to czynili? Co mieli ci obcokrajowcy w tem, aby ją — niewiastę do swojej sprawy nagiąć? Była tylko jedna odpowiedź — chcieli zrobić z niej stronniczkę, aby nie buntowała męża. Dlaczego miałaby go buntować? Na to nie znajdowała odpowiedzi zaniepokojona niewiasta.
Pewnego dnia, przechadzając się po ogrodzie, ukrytym wśród wysokich murów z blankami na narożnikach, ujrzała pazia, czyszczącego zardzewiałe klingi szpad.
Nie spostrzegł jej i, trąc brzeszczoty, śpiewał półgłosem.
Pani Wanda zatrzymała się w zdumieniu, bo słowa były polskie.
Paź śpiewał:

Nieszczęśliwa wojna tera...
Ja na nią iść musę
A ja ciebie, mój kamracie,
Tu ostawić musę.

Zostawiam cie, mój kamracie,
Bogu jedynemu,
A sam ci musę ja służyć
Królowi szwedzkiemu...[1]

— Toście z naszego kraju? — zapytała, podchodząc do pacholika, pani Wanda.
— A no, jakżeby inacej! — szepnął. — Z Mazurów jamci, co to w Prusiech żyją. Ino cichajcie, dostojna pani, oby się tutejsi nie zwiedzieli...
— Boicie się?
— Ktoby się nie bojał takich zbirów! — odparł, podnosząc ramiona i ostrożnie się oglądając. — Wsędy mają ślepie i uchy. Oj, dostojna pani, dostojna pani, pseco taki wielgi, ksepki paninowy rycez, jako ten scubeł, co na wędkę chybnął, dla tych ludziów słuzby się jął?! Lepiej z kulasem w skózniach chodzić, oby ich chleba nie jadać!
— Co gadasz? — spytała pani Wanda.
— Słysałem jak baron peda do tego magika, ze moze kupać polskiego ryceza ze wsystkiemi girami, jako jegliją ściętą... Jam ci prosty siurek a kopfuję, co się święci... Cichajcie, pani, kamrat niemiec stąpa po komnacie... Jam ci nic nie godał... nic!...
Paź zaczął nucić sagę żeglarską, wczoraj na uczcie śpiewaną, a gdy nikt nie wyszedł do ogrodu, zajrzał do komnaty i, śpiesząc się, powiedział:
— Dostojna pani, powiedźta rycezowi swojemu, com wcor słysał na uccie! Swedzkie wojsko posło juz na Polskę z wojną. Zdobyły psubraty Rygę, Dynamundę i Mitawę, tylko blizej granicy polskiej w Inflanciech ryceze się nie dają i nicem psi wilka w biegu osadzili. Juz tam swedzkie jeneroły z hetmanem Ksystofem Radziwiłłem targować się pocęły. Widać nie w smak posły swedzkiemu scudłowi polskie kielbiki ościste! Ho! ho! Rycezowi powiedzta, dostojna pani, o tem wsyćkiem, a wiezę, ze go sierbioncka weźnie i wstydać pocnie, kiej się zwieda, ze tam kamraty swedzką juchę puscają, zaś on z ich baronami i grafami wino i psiwo pija i dla nich siła mozoli się na ojczyzny niezdrowie!...
Pacholik ukłonił się i poszedł precz.
Pani Wanda zaczęła się wszystkiego domyślać, lecz zrozumienie ostateczne i straszne przyszło później, gdy, chodząc po ustronnej ścieżce tuż przy murze, usłyszała nagle ciche cykanie. Długo nie mogła pojąć, skąd wychodzą te dźwięki, aż spostrzegła ukryte za krzakami, napół wrosłe w ziemię okno zakratowane, a w nim bladą, wychudzoną twarz starca o siwej brodzie.
— Coście za człowiek? — spytała, pochylając się ku oknu.
— Jeniec... — jęknął starzec. — Nazywam się Hugo Figen, rodem z Gdańska...
— Za co uwięziono waści? — szepnęła pani Wanda.
— Za wierną służbę Rzeczypospolitej i królowi Zygmuntowi — odparł. — Nie wiem, kto mnie więzi?
— Baron Palen. Jesteś w jego zamku na Filsandzie, wpobliżu wyspy Ozylji — odpowiedziała.
— Jestem w ręku Palena, straszliwego korsarza, wiernego sługi Szwedów! — zawołał jeniec. — Nie mogę pojąć, dlaczego polskie okręty porwały moje dwie galjony, prowadzone ze Szwecji do Gdańska, królowi w pomoc?
Pani Wanda wszystko teraz zrozumiała, a gniew i rozpacz porwały ją.
— Nikomu nie mów, waść, o rozmowie ze mną, a ja się losem waszym zajmę, gdy mąż powróci... — rzekła i odeszła do swoich komnat.
Od pazia-Mazura dowiedziała się pani Wanda o składach ukrytych wśród skał, i o tem, że zdobywane przez barona okręty wzmacniają flotę Gustawa-Adolfa.
Gdy rycerz wysłuchał opowiadania żony, schwycił się za głowę i jął targać się za włosy i wyć, jak głodny wściekły wilk w mroźną noc na pustkowiu.
Gdy się uspokoił, pani Wanda szepnęła:
— Musimy ratować siebie i Rzeczpospolitą, Władeńku!...
Rycerz spuścił głowę na piersi i długo pozostawał nieruchomy, rozpaczą przybity do ziemi. Jednak widać było, że obmyślił coś, bo nagle wyprostował się i pięścią groził niewidzialnym wrogom.
— Czekaj, czekaj! — syczał przez zęby. — Dobrego hetmana przygoda pokaże.
Długo jeszcze naradzał się pan Haraburda z żoną, aż powstał uspokojony i postanowieniem nowem porwany.
— A teraz czuj duch, Wandko! — szepnął. — Przywdziewaj najpiękniejsze szaty, pełen trzos gładkich słów i słodkich uśmiechów zgotuj i — chodźmy na ucztę do tych oczajduszów, graczów ponad miarę...
W godzinę później już siedzieli wśród gości barona Palena i trącali się z nimi kielichami, chociaż każden łyk piołunem im się wydawał, a każde pochlebne słówko — policzkiem boleśnym.
Nikt jednak nie mógłby spostrzec rozterki, która wrzała w ich sercach, szczerych i ojczyźnie bez reszty oddanych.
Gdy powrócili do siebie, pan Haraburda rzekł do żony:
— Nie piłem dziś dużo, bo gdyby wino poszło mi do głowy, nie wytrzymałbym i łby rozwalaćbym zaczął!
— Paź przyjdzie o świcie, szepnęłam mu, cośmy uradzili — powiedziała pani Wanda.
Istotnie pacholik wślizgnął się nad ranem do ich komnaty i podał rycerzowi cienką ostrą piłę i czekał.
— Dziękuję ci chłopcze, żeś nam oczy otworzył. Nigdy tego nie zapomnę i wdzięczność ci winienem dozgonną! — wykrzyknął pan Władysław, biorąc chłopca w ramiona.
Paź schylił mu się do kolan i odpowiedział:
— Oby Bóg dał scęście i poratunek!
— Powiedzno mi, czy pomiędzy okrętnikami są Mazurzy, lub jacyś inni nasi ludzie? — spytał rycerz.
— Siła jest naszych chłopów z Prus, Kaszubów Pomorskich i Warmjaków biskupich! — odparł paź.
— Miłująż one chłopy Szwedów i waszego barona? — pytał dalej pan Haraburda.
— Jak pies miłuje kota, w sam raz tak! — zaśmiał się chłopak zcicha. — Bojaźń mają, bo jak co do cego, to zaraz ci — loch a jak gorzej pójdzie — to hyc do morza. Kamień tu srogi i wysoki, a war — nie brat i nie pobrat, zakręci, zawierusy i pochynie bez ostatku!...
— Słuchajno, chłopcze, jak się nazywasz?
— Kscono mnie Wojciechem, ociec tyz Wojciech z przezwiska Kubala. Kmiecie my ci z Hollenhaimu, co koło Ełka lezy, dzie są włości bratanka nasego pana. Podarował on mnie baronowi, nicem scygła cy kosa uconego, bo, godają ludzie, co pieknie spiwam!
— Zostaniesz szlachcicem, Wojciechu Kubala, jeżeli wiernie ojczyźnie posłużysz w ciężkiej potrzebie! — rzekł uroczystym głosem rycerz.
— Oj rety, mój panie, złoty, kochany! — zawołał uradowany pacholik. — A cóz to cynić mi wypadnie? Godajcie a wszyćko pzyłozę, ile pary w rękach i tchu w gardzieli!
— Musisz, nic o mnie nie wspominając, wszystkich naszych w pogotowiu trzymać, a jak powiem, kiedy i co trza robić, razem wszyscy za mną mają pójść — szepnął mu do ucha rycerz. — A powiedz im, że bez potrzeby na szwank życia ich wystawiać nie będę.
— Hi, hi, hi! — zaśmiał się w kułak paź. — Hi, hi, hi! Takie to syny, mój dobry panie, co one żadnej śmierci się nie ulękną! Bo to psia ich krew, one dawno musiały fajtać w strycku na szlemieniu i tylko bez niedopatrunku po ziemi się włócą. Ja ich znam rozbójów...
— To, widzę, bardzo zacna kompanja! — zauważył ze śmiechem pan Haraburda. — Znam takich bisurmanów! Siła z nimi dokazać można i dokażemy, jak Bóg na niebie!
— Dokazemy! — powtórzył Wojciech. — I ja dokazę i kzywdy swojej dojdę...
— Co ci się przytrafiło, chłopcze? — zapytał rycerz.
— Nie kcę o tem tera gadać, a jak się co pokaze, tedy odśpiwam wsyćko! — szepnął pacholik, a twarz miał dziwnie zawziętą. — Tera odejdę juz, aby nie zwiedzieli się, zem tu do dostojnych państwa chodził...
Wojtek Kubala skłonił się nisko przed rycerzem, pani Wandzie rękę ucałował i wyszedł.
— Dobrego hetmana przygoda pokaże, mości baronie! — szepnął po odejściu chłopaka pan Haraburda i znowu pięścią pogroził.
Słońce weszło, złocąc basztę i blanki zamku. Morze połyskiwało i tęczyło się, zrzucając z siebie mgławicowy płaszcz. Pokrzykiwały obudzone mewy i rybitwy, gnieżdżące się w szczelinach skalistej Filsandy. Szeleja, jeszcze uśpiona i omdlała, z lekkim pluskiem wbiegała i z sykiem cofała się z wąskiej piaszczystej łachy, wyrzucając czarną kidzinę, muszle i różny żyjący drobiazg morski, na który z jękliwym krzykiem spadały ptaki, walczące i swarzące się o zdobycz.
We wspaniałych komnatach, o oknach, zawieszonych ciężkiemi kotarami, na miękkich łożach pogrążeni w sen, spoczywali goście możnego Ralfa Palena i sam baron, śniący o koronie grafskiej, zaszczytach na dworze walecznego króla Gustawa-Adolfa, a może o jeszcze większych i dumniejszych marzeniach, z których nikomu się nie zwierzał przebiegły, umiejący kryć swe uczucia i myśli, zuchwały i przebiegły korsarz bałtycki.
Nikt z tych spokojnie śpiących, potężnych magnatów nie przeczuwał, jakie postanowienia zrodziły się nad ich głowami, w komnacie polskiego rycerza i polskiej niewiasty.
Przestali być pionkami na szachownicy dziejowej i grę ujęli w swoje dłonie.
Miała to być gra na śmierć i życie...



Rozdział VIII.
Hetmana przygoda pokaże.

Cisza panowała w zamku na Filsandzie. Brygantyny bezczynnie stały na kotwicach, kołysząc się na małych falach, wbiegających do zatoki. Łańcuch, zamykający wejście do niej, oddawna się nie zwijał na duże drewniane kołowroty.
Umilkły odgłosy hucznych uczt, dźwięki lutni i śpiewów nie rozlegały się w komnatach.
Zamek zaczaił się w swem kamiennem gnieździe.
Pan Haraburda od Wojtka Kubali wiedział, że Gustaw-Adolf, prowadzący układy z Krzysztofem Radziwiłłem, aczkolwiek zwycięski, chciał króla Zygmunta do trwałego pokoju i zrzeczenia się praw do korony szwedzkiej skłonić.
Gotów więc był zwycięzca od zdobyczy swoich odstąpić i z Polską w zgodzie żyć, aby nie miał potrzeby korony swej przed niespokojnym i zawistnym krewniakiem bronić i oglądać się nań wtedy, gdy po najpotężniejsze w Europie berło cesarskie rękę wyciągnie.
Układy z hetmanem ciągnęły się długo, bo król, w Warszawie przebywający, nie kwapił się odpisywać na poufne doniesienia Radziwiłła, zwlekał lub krętackie posyłał odpowiedzi.
Jednak nikt nie wiedział, jak się miały zakończyć układy koronowanych krewniaków i jak się w tej sprawie postawi powracający z ciężkiej lecz sławnej wojny chocimskiej królewicz Władysław, już głos w rebus publicis zabierający z powagą.
Przyczaili się więc wszyscy ci potomkowie krzyżackich rycerzy, którzy w Kurlandji, Inflantach i Prusach książęcych tajemną pomoc szwedzkim najeźdźcom dawali, a wśród nich najbardziej obawiał się zemsty Rzeczypospolitej baron Ralf Palen.
Gdy dowiedział się od przybyłego z Parnawy gońca, iż poseł szwedzki Olaf Bem gotów jest za pokój wieczysty odstąpić koronie polskiej całe pobrzeże wraz z Estonją, baron Palen zaczął nawet wyrzucać sobie, że wdał się w konszachty z Gustawem-Adolfem i do sprawy nieopatrznie wmięszał polskiego rycerza, który przeciw niemu mógł świadczyć przed swoim królem.
Chciał więc Palen przeciągnąć jeszcze bardziej na swoją stronę pana Haraburdę i, trącając się z nim kielichem, tak kierował rozmową, aby się wywiedzieć myśli rycerza.
Rycerz, niby nie rozumiejąc, do czego zmierza baron, powtarzał:
— Rzeczypospolita, ta, która actiones króla, depczącego jej wolę i prawa, nie pochwala, będzie tobie, mości baronie, za wierną służbę i życzliwość wdzięczna!
Baron Palen stawał się coraz bardziej niespokojny, aż nie wytrzymał i sam popłynął na brygantynie swego imienia do Parnawy języka zasięgnąć i wszystko na własne oczy zobaczyć.
Na to tylko czekał pan Haraburda. Goście barona dawno się rozjechali. W zamku pozostała tylko służba pałacowa i stary Arrenius.
Naradziwszy się z żoną, rycerz zaczął działać.
Wtedy, gdy pani Wanda spędzała czas z astrologiem, wypytując go o arcana jego tajemnej wiedzy i prowadząc z nim rozmowy po myśli starego magika, pan Haraburda z zamiłowaniem oddawał się połowom ryb, a powróciwszy, biegł do astrologa i z zachwytem i radością, niby żak, chwalił się zdobyczą, pokrzykując wesoło:
— Patrzcie, patrzcie, wasza dostojność, co za gigantus, niczem tarcza zbrojnego knechta za dawnych czasów, hę? A ten szczupak zębaty? Dobry to był korsarz i zbój znamienity! Tak mi się w niewodzie miotał, że bezmała sieci nie porwał!
Arrenius uśmiechał się łagodnie, ucieszony ze spokoju i dobrego humoru gości polskich, i nie mógł zrozumieć, dlaczego obawiał się ich teraz nagle sposępniały i zawsze ufny w swoją potęgę władca Filsandy.
Julius Arrenius miał siwą głowę, lecz „nie każda siwa głowa — mądra“, mówi przysłowie, a więc uczony astrolog nic nie spostrzegł i nie wyczuł.
A tymczasem pan Haraburda, pozostawszy we dwoje z żoną, coraz częściej mawiał:
— Wstyd mi oczy żre, że skaczę przed tym Szwedem jak Hiszpan... Nie szlachecka to rzecz!...
— Dwiema i sam Herkules nie zdoła! — odpowiadała pani Wanda, kładąc dłoń na ramieniu męża. — Pamiętaj, Władeńku, co mawiali dziadowie: „grzechu nie masz, gdzie woli nie masz!“ Usiecili nas, więc musimy sidła popsować i ujść, honor uniósłszy...
— Oj ty moja, moja senatorko mądra! — mówił rycerz, całując oczy żony. — Gdyby nie ty, pokpiłbym głową do reszty!...
Pan Haraburda wciąż łapał ryby, a zawsze tak wypadało, że na jego barkasie z sieciami płynęło, chyląc się na pojazdach, radlując, lub lotrując żaglem okrętnicy dobrani — weseli, krotochwilni Mazurzy, milczący jak mruki Kaszubi i przekorne ćwiki Warmjaki, skorzy do wydrwinek i figlów uciesznych.
Coraz to inni okrętnicy wypływali na połowy, któremi się zabawiał pan Haraburda, tak, że poznał ich wszystkich, zrozumiał każdego i nie było już w załodze barona Palena żadnego chłopa polskiego, o którymby wszystkiego nie wiedział rycerz i nie przeznaczyłby go w duchu dla jakowej sprawy w przyszłości.
Bywalcy to byli, lecz sami nie lubili oglądać się poza siebie.
Przeważnie byli to łotrzykowie bitni, co tu i ówdzie po traktach grasowali lub w łodziach lotnych, zamieszkując pomorskie kresy, wyprawy na kupieckie szmagi czynili. Gdy kat im zajrzał już w oczy, zbiegli jak najdalej, aż się oparli o Filsandę i jej zbójeckiego władcę — barona Palena.
Niektórzy z tych, co pochodzili z Prus książęcych, z dawnych dominjów krzyżackich, gdzie nad bramami tkwiły herby — zaciśnięta pięść na tarczy, popełnili morderstwa okrutne. Zrozpaczeni surowością i znęcaniem się potomków krzyżackich, ten i ów gardła panom swoim poderżnął lub czerwonego kura puścił i... zbiegł do puszczy.
Sunęli tacy straceńcy, niby rysie, czujne a groźne, na wschód, a, dotarłszy do Filsandy, pozostali, pod obroną korsarza bezpieczni i jutra pewni.
Straszne to było schronisko, bo baron Palen okrutny był i prawa znać nie chciał, za króla i boga na Filsandzie się uważając. Nieraz więc buchał strzał z pistoletu i człowiek padał za burtę okrętu, niejednego zrzucono ze skalistego cyplu do zwary morskiej, na ostre rafy; w lochach marnieli z głodu jęczący w łańcuchach skazańcy nieszczęśliwi, których gniew Boży ręką barona pokarał. Lecz ci, co pozostali, byli to ludzie na schwał, co serca umieli zdławić w sobie i, nienawidząc okrutnego pana, służyli mu wiernie, zemstę głęboko tając i w oczy ludziom nie patrząc.
Wojtek Kubala wszystkich ich obiegł po rozmowie z rycerzem i do nowej sprawy przygotowił. Zabiły mocno zduszone serca, podniosły się głowy i wyprężyły się szerokie bary.
— Widzi mi się, że ten łaszek nie zrobi na hałaj-bałaj! — mruknął, szczerząc mocne zęby, Warmjak Kostek Hanik, wysłuchawszy pazia.
— Ten ci to dycht inszy pan! — podtrzymał go młody Kaszub, Otto Balke. — Czy widzieli wy jego, jak on hiszpańskich ciurów proł? Ino skry leciały, a siabla kiej łyskawica mig-mig — i już koput!
— Srogi to pon, bojowny i do cynów sposobny oj-jej! — zgodził się ponury, do bryły czarnego bazaltu podobny Kaszub, Michał Muża, a mówiąc to, obwijał dokoła dłoni cienką linkę i, szarpnąwszy, rwał ją, jak nikłą nitkę.
Inni okrętnicy — bosmanowie, komendorowie, puszkarze i prości ciurowie od żagli, rusznic, abordażowych haków, toporów i szabel kiwali radośnie głowami i słuchali uważnie przynoszonych przez pazia rozkazów rycerza.
Julius Arrenius wtajemniczał urodziwą panią Haraburdzinę w arkana wiedzy magicznej, pokazywał jej konstelacje, wpływ na losy ludów i państw mające, opowiadał o potędze Aldebarana i Kasjopei, połyskujących z czarnej otchłani nocnego nieba; baron Ralf Palen spędzał czas w obozie szwedzkich generałów, węsząc i kombinując; pan Władysław Haraburda łowił i łowił ryby; a inni robili swoje.
Pazik już przepiłowywał ostatnie sztaby kraty sędziwego Figena, uwięzionego w lochach zamkowych; okrętnicy, będący w zmowie, pod różnemi pozorami błąkali się koło składów barońskich lub oporządzali „Dumną Filsandę“, zaglądając przy sposobności na inne brygantyny.
Nagle powrócił właściciel zamku. Po dawnemu był dumny i pewny siebie. Dowiedział się bowiem, że król Zygmunt III, uparty w swem dążeniu do korony Szwecji, odrzucił ugodę z Gustawem-Adolfem i Rzeczypospolitą w długą wojnę pogrążył.
Wiedział teraz baron Palen, co ma czynić i po długiej naradzie z Arreniusem, posłał podręcznego pazia, Wojtka Kubalę po pana Haraburdę.
Pacholik przybiegł i urywanym głosem zawołał:
— Baron wzywa wasą dostojność do siebie! Zamieza on posłać swoje bryganty az hen — pod Gdańsk, gdzie scypią Swedów polskie krypy, co pływają potajemnie pod flagą swedzką. Słysałem ja, bom psykucnął za kotarą, a uchy naostsyłem nicem kot!
— Wracaj i powiedz, że niebawem będę, tylko się oporządzę nieco! — rzekł pan Haraburda i, zwracając sczerniałą twarz do żony, dodał: — Teraz... koniec! My zagramy swoją grę, a kto wygra — to się pokaże! Jednak ten, co przegra, nie będzie już ziemi stopami dotykał... Tak mi dopomóż Bóg i Panna Najświętsza!
Umilkł i długo chodził po komnacie, przeżuwając wzruszenie.
— Czy pacholik dostarczył ci ubrania żeglarskiego? — zapytał, zatrzymując się przed panią Wandą.
— Mam wszystko w pogotowiu — odparła.
— Wypłyniemy tedy przed północkiem. Bądź gotowa na ten czas. Pójdziesz z okrętnikami, kiedy poniosą moje toboły na brygantynę, a bosman Hanik ukryje ciebie, Figena i Kubalę w rumie... Oby Bóg dał szczęście!
Rycerz ubrał się i, pogwizdując wesoło, zbiegł schodami do komnat barona.
Wysłuchał długiej i zawiłej, chytrze ułożonej historji o okrętach szwedzkich, odbywających pławbę wpobliżu Gdańska i wożących oręż i prochy księciu pruskiemu, który zamierzał najść z siłą zbrojną granice Rzeczypospolitej.
— Mości baronie! — zawołał szczerym głosem rycerz. — Już tam noga nie ujdzie! Moja w tem głowa!
Uradzili, że brygantyny wypłyną przed północą bez ogni, aby nikt z Ozylji nie dojrzał ich ryzy, gdyż baron obawiał się szpiegów, którzy, jak mówił z udanem oburzeniem, służą nie wspaniałomyślnej Rzeczypospolitej, lecz, o czem się naocznie przekonał, okrutnemu królowi Gustawowi-Adolfowi.
Na brygantynach, zawsze gotowych do dalekich wypraw, natychmiast zaczął się ruch. Szyprowie posłali czeladź na marsy; majtkowie wspinali się po wantach, czepiali się rej, oglądali żagle i wiązania gafli, prostowali i wyciągali gary, szykowali cumki z flagami sygnałowemi, smarowali łojem wały szpylów, ryngowali zapasowe łańcuchy kotwi i sztorcumy. Kanonierzy, należący do spisku, starannie czyścili długie gardziele dział i otulali je czarnemi pokrowcami.
Przed północą kilku majtków weszło na pokład „Dumnej Filsandy“, niosąc skórzane torby pana Haraburdy.
Na brzegu stał już Julius Arrenius z pergaminem w ręku i, gdy zbliżył się do niego rycerz, rzekł:
— Na żądanie dostojnej małżonki waćpana sporządziłem horoskop wyprawy. Tuszę z tego, co wynikło, iż wypadnie illustrissime. Zaniosę wróżbę nieomylną mądrej pani zaraz po odpłynięciu waszmości, aby pocieszyć stroskaną!
— I ja tak tuszę, mistrzu, że wyprawa będzie miała sukces — odparł pan Haraburda. — Wszystko dla tej sprawy zrobiono i obmyślono!
Astrolog nie spostrzegł szyderstwa, które brzmiało w odpowiedzi rycerza.
— Czy pan baron rychło zejdzie, aby oddać ostatnie rozkazy? — spytał pan Haraburda.
— Pan baron otrzymał jakieś pisma i odczytuje je — objaśniał Arrenius.
Pan Haraburda wszedł na pokład swojej brygantyny. Podbiegł do niego kwatermistrz Balke i szepnął:
— Pani w przezpiecnem miejscu ukryta, siwy pon z lochu tyz, wsyćko narychtowano, tylek Kubali nie mas do tego casu...
Rycerz zmarszczył brwi i z niepokojem spojrzał na schody, pnące się ku zamkowi.
Przeszło kilka minut, aż ujrzał pan Haraburda pacholika, szybko zbiegającego ku brzegowi.
Stanąwszy przed Arreniusem, wzburzonym głosem zawołał po niemiecku:
— Mój szlachetny pan zaniemógł srodze i woła jegomości rychło do siebie z lekami, a dostojnemu rycerzowi rozkazuje na morze wypływać niezwłocznie i ten list odczytać!
Mówiąc to, Kubala wbiegł na pokład „Filsandy“ i szepnął do rycerza:
— Zacynajta, drogi, złoty panie! Juy na nas psysedł cas!
Pan Haraburda szybko wstąpił na wysoki kasztel rufowy, gdzie sposobił się do oddania komendy stary szyper, powiernik barona, zuchwały zbój morski.
Nic nie mówiąc, rycerz uderzył go pięścią pomiędzy oczy i obalił bez ducha na pokład. W tej chwili stojący przy rudlu Otto Balke gwizdnął przeciągle w dudkę bosmańską. Ludzie rycerza rzucili się na majtków niemieckich i ciurów szwedzkich. Wywiązała się krótka walka. Zrzadka buchnął strzał pistoletowy, szczęknęły brzechwy tasaków, spadł ciężki cios toporu i nagle ucichło wszystko.
Wtedy rozległ się głos pana Haraburdy, mówiącego przez tubę:
— Hej, tam z brygantyn! Czy wszystko w porządku?
— Wsyćko rycht! Abgemacht bez ostatku! Schluss! — rozległy się głosy spiskowców z pokładów okrętów.
— Słuchać komendy! — zagrzmiał głos rycerza. — Związanych okrętników znieść na brzeg i ukryć za kamieniami. Uczynić, com kazał... Moi do mnie na „Filsandę“! Wyciągnąć kotew! Sztormanie Muża, prowadź brygantynę!
Ponury, do zwału skalnego podobny, Kaszub, ujrzawszy, że ludzie z innych brygantyn weszli już na pokład „Dumnej Filsandy“, sprawnie i szybko wyprowadził ją z zatoki i, nadawszy żagli, poszedł na otwarte morze.
Gdy brygantyna oddaliła się na trzy strzelania armatnie, zagrzmiały działa zamku i kule z pluskiem wpadać zaczęły do morza, nie dosięgając „Dumnej Filsandy“. Jednocześnie huknęły prochy, podłożone przez spiskowców do składów; odpowiedziały im rumy prochowe brygantyn, gdzie opuszczający je bosmanowie pozostawili zapalone lonty.
Grzmot straszliwy targnął powietrzem, a od kamienistej wyspy nadbiegł wał grzywiasty i w bezsilnej zemście wpadł na burtę „Filsandy“, podniósł ją, pochylił i pobiegł dalej.
— Za krzywdy nase! — szeptał stojący przy burcie Wojtek Kubala.
— Za zdradę, za zamach na honor rycerski! — myślał rycerz, patrząc na dymy, wznoszące się nad wyspą i na wyrywające się szkarłatne płachty płomieni.
„Dumna Filsanda“ biegła naprzód.
Pani Wanda i siwy, zbiedzony Figen klęczeli na pokładzie i modlili się gorąco; za ich przykładem ukląkł rycerz, a za nim wszyscy ci prości, zdziczeli ludzie, którzy oddawna nie śmieli oczu ku niebiosom podnieść, pełni grzechu, zbrodnią i nienawiścią żyjący.
Sztabnik Otto Balke i jego czeladź, korzyli się przed Twórcą, czołem bijąc o deski deku.
Gdy się wszyscy podnieśli z klęczek, tylko szczyty wieżyc zamku, oświetlone łuną, majaczyły jeszcze na wyspie, lecz i one topniały już w nocnych tumanach.
Kubala rozprawiał o czemś z okrętnikami. Rycerz spostrzegł, że przy żółtych językach latarni łojowych coś połyskuje na ręku chłopaka, więc krzyknął do niego:
— Pokaż, co masz tam na palcu, chłopcze!
Pacholik wyciągnął rękę. Pan Haraburda zobaczył piękny pierścień diamentowy.
— Skądżeś to zdobył taki klejnot? — spytał.
— Na baronie, moim panu, zdobyłem, wasa dostojność! — zawołał chłopak, potrząsając głową. — Kiedy jus wsyćko było abgemacht, posedłem sobie do baronowej komnaty i gdykę mu styletem psekłułem za ksywdę moją!
Chłopak miał twarz okrutną w tej chwili i zawziętą, oczy zaś posępne i groźbą ziejące.
— Za cóż to się zemściłeś? — szeptem zapytał rycerz.
— Było to pięć latów temu... Jescem prostym giermkiem chadzał psy boku młodego Rudolfa, syna barońskiego... Raz na łowach wychopnął się ten z siodła, a ja mu z pomocą psybiezałem. Mój ponicek tedy harapem wypasał mi gzbiet za dobre chęci moje i oscepem podziobał piersi. Psysiągłem ja mu w tę godzinę pomstowanie, jak nie na nim, to na rodzicu... i psywiódł Bóg doyyć casu!
Taka nienawiść i zawziętość okrutna biły z głosu i z twarzy pazia, że pan Haraburda nic nie mógł rzec i dopiero po chwili spytał:
— Przecież dla zemsty to uczyniłeś, Wojtku, nie zaś dla pierścienia?
— Pojmuję, dostojny panie! — wykrzyknął chłopak i, w jednej chwili zerwawszy z palca klejnot, cisnął go do morza.
— Podaj mi rękę, imć Wojciechu Kubala! — rzekł poważnym głosem pan Haraburda.
Chłopak wyciągnął rękę i jak równy równemu, jak mąż — mężowi potrząsnął dłoń rycerza. Po chwili skłonił się w milczeniu i odszedł, skupiony, poważny.
— Ponie komendancie! — zawołał od dunety szyper Muża. — Mamy wywiesić banderę polską?
Pan Haraburda namyślał się przez chwilę.
— Poczekajcie z tem! — odparł nareszcie. — Wywiesimy ją wtedy, gdy będziemy pewni, że nie z pustemi rękami do swoich wrócimy. Poczekajcie, bracie!
— Cekaliśmy tyla latów, pocekamy jesce małość! — odkrzyknął Muża.
„Dumna Filsanda“, ledwie się znacząc w mroku żółtemi plamami latarni dekowych, biegła naprzód, a trzymała się wpobliżu brzegów, bo tak kazał rycerz szyprowi i rudlowym.
Brygantyna pana Haraburdy po dwóch dniach minęła brzegi Kurlandji i zbliżała się do Królewca, gdy nagle z fok-marsy majtek Antoni Kąkol krzyknął donośnym głosem:
— Cała armata wali od brzegu pruskiego! Widzę pięć okrętów...
— Mały bieg! — rozkazał rycerz.
— Garuj fok i grot, odlofuj sztakżagiel! — rozległa się gromka komenda Muży.
Z mglistej dali jeden po drugim wypłynęło pięć okrętów. Były to małe brygi pomocnicze, któremi zwykle Szwedzi przerzucali swoje wojsko.
— Podnieść banderę szwedzką! — padł rozkaz rycerza.
Chorągiew z godłem Szwecji ślizgać się zaczęła na szczyt grotu i trzepotać na bryzie, powiewając długiemi kosami.
„Dumna Filsanda“ powoli zawracała ku brzegowi, sunąc na spotkanie brygom.
Gdy okręty przechodziły z dwóch stron „Filsandy“, pan Haraburda błysnął szablą.
Z wyzierów armatnich wykwitły białe kłęby dymów, huk wstrząsnął powietrzem i smugi ognia co chwila łyskały wzdłuż burt.
Próżno szwedzcy szyprowie usiłowali zmienić kurs i zawrócić ku brzegom, bo „Dumna Filsanda“ opędzała je, jak brytan stado płochliwych owiec, stłaczała w bezładną gromadę i ziała kulami.
Okręty tak się zbliżały do siebie, że z deku brygantyny trajkotać zaczęły salwy rusznic, nowy wszczynając zgiełk.
Szwedzi, widząc swoją flagę na maszcie napastującego okrętu, wymachiwali sygnałowemi proporczykami, krzyczeli coś przez tuby, lecz pan Haraburda nie odzywał się i walił z dział.
Jeden po drugim pochylały się uszkodzone brygi i nagle przewracały się kilami do góry, znikając w otchłani morskiej, niektóre płonęły i ogień już dosięgał rej masztowych, które miotały się jak olbrzymie żagwie, sypiąc iskrami i palącemi się odłamkami.
Gdy słońce zapadać zaczęło za morzem, wśród zimnych bałwanów czerniały potrzaski szwedzkich brygów i wraz z zydą posuwały się ku dalekiemu strądowi, gdzie jako przypływki ponure miały przynieść wrogom Rzeczypospolitej wieść o przepadłych okrętach.
Pan Haraburda kazał wyłowić kilku pływających i borykających się z morzem ludzi; byli to żeglarze-ciurowie, lecz pomiędzy uratowanymi wykryto posła księcia pruskiego, grafa Rosena, płynącego z pismem książęcem do Szwecji.
Zamknięto ich w rumie na sztabie i ruszono naprzód.
Jeszcze dwie noce i dzień pruła „Dumna Filsanda“ zimne morze, aż stojący na plichcie komendor Dethoff, Kaszub z Pucka, wykrzyknął radośnie:
— Drzewo pływa, co Wisła do morza wynosi! Gdańsk blisko!
Wszyscy okrętnicy zdjęli zydwestry i przeżegnali się.
— Chwałaż Tobie, dobry Boże, żeś nas szczęśliwie doprowadził! — zawołał pan Haraburda.
Pani Wanda, ręce kornie złożywszy, modliła się gorąco, a później z okrzykiem padła na pierś męża.
— Usłyszałaś modlitwę moją i zmiłowanie miałaś nad troską moją i łzami, Matko Przeczysta! — szeptała, płacząc z wielkiej radości.
— Podnieść banderę Rzeczypospolitej i wielką rągiew nad rufą! — rozkazał pan Haraburda i głowę obnażył, gdy ujrzał, jak na szczycie masztu łopotać zaczęła czerwona bandera z ramieniem, trzymającem miecz, a tuż nad grzbietami piennych fal grała z wiatrem szkarłatna fana z białym orłem piastowskim.
— Niech żyje Rzeczypospolita Polska po wieki wieków! — zagrzmiał głos pana Haraburdy.
— Wiwat! Hurra! — ryczeli okrętnicy, wymachując mucami i zydwestrami, płacząc i biorąc się w ramiona z wielkiej szczęśliwości.

„Bogu rodzica, dziewica,
Bogu sławiena Maryo“...

zaintonował rycerz i słowa prastarej pieśni rycerskiej zmieszały się z poszumem morza, wyciem dmy i skrzypem takielunku.
— Za ciebie, matko — naso ziemio, umzeć radziśmy! — krzyknął Wojtek Kubala, gdy odebrzmiała pieśń-modlitwa.
— Za ciebie życie damy! — rozległy się głosy okrętników. — Na duse nase gzesne ślubujemy przed Bogiem i Matką Bozą...
— Przysięgę waszą i ślubowanie przyjmuję, a Bóg je słyszał! — rzekł rycerz.
„Dumna Filsanda“ zdaleka przeszła przed Gdańskiem. Ludzie, oparci o poręcze pokładu, widzieli majaczące w tumanie dzwonnice świątyń, wieżyce gmachów grodzkich i las masztów licznych okrętów, stojących pod osłoną dział.
Przed wieczorem, minąwszy Oliwę, która błysnęła zdala złotemi krzyżami opactwa ojców cystersów — „Dumna Filsanda“ zgrzytnęła łańcuchami dwóch kotwi i stanęła przed Puckiem, nie spuszczając igrającej z wiatrem bandery i nie zwijając chorągwi rufnej.
Od brzegu wkrótce odbiły dwie duże łodzie; gnane długiemi pojazdami, pomknęły ku brygantynie.
Pan Haraburda chodził po deku i oczekiwał gości.
Na oszańcowaniu stanęła w szyku czeladź z Michałem Mużą przed szeregami.
Ogromny i mocny szyper stał niby skała, której nikt poruszyć nie zdoła, a twarz mu drgała od wzbierających łkań, bo już czuł wiatr od ziemi ojczystej.



Rozdział IX.
Dominium maris Baltici.

Była jesień. Już gęste, ciemne tumany, niby całuny, powiewały nad ciężkiemi falami Bałtyku. Wybiegały wały z pluskiem i sykiem na piaszczysty strąd pomorski, szeptały, rozpowiadały o czemś, lecz ucho ludzkie słów w tem dosłyszeć nie mogło.
Śpiewały groźnie gniewne bałwany wirów i kipieli, gdy podnosiła je norda surowa, a wysoko urodzona szlachta ziemi Lechitów nie słyszała tej pieśni grzmiącej, chociaż w ryk i wycie żywiołów przechodziła.
Była to saga morza polskiego, i morze to grało na teorbanie potężnym, którego deką była otchłań, kołkami — piętrzące się wały czubate, a strunami — kosmy i smugi piany, co jak węże ślizgały się po zielonej i lazurowej piersi Bałtyku.
Piękna była saga, a w ludzie polskim rychło tonąca w zapomnieniu.
Morze zaś szeleją warkliwą i zwarą burzliwą wciąż śpiewało z rozpaczą i gniewem, niby siląc się obudzić wspomnienia żeglarzy, których widziało przed wieki, pokornie służąc im.
Pamiętał Bałtyk Pomorzan odważnych, co osiedla swe od Wisły do Odry pobudowali i na morze łodzie pchali, sieci rzucając i bogactwa swej ziemi rozwożąc po świecie, a więc żyto, drzewo, płótno, żywicę, wosk, miód, ołów, żelazo i konopie. Nieraz żeglarzom kupczącym drogę zastępowały zbójeckie karawele, lecz z niemi Pomorzanie bitwy krwawe, a zwycięskie staczali, nowe szlaki morskie wytykając aż do Roji, Jasmundzkiego cyplu i Bornholmu.
Morze śpiewało o wojach walecznego Wyzimierza, gdy koło skalistej Fehmarny duńskie porywał orlogi o żaglach skośnych i o burtach, tarczami bitnego ludu morskiego osłoniętych.
Rozpowiadała szeleja szemrząca o pomorskich żeglarzach, aż pod mury Lubeki płynących i burzących bogaty gród, przez Niemców broniony; wzdychała o proporcach, z łopotem igrających z dmą nieposmyczną, o proporcach Świętopełka, zuchwałego wodza, co, Leszka Białego w Gąsawie zabiwszy, w potęgę urósł na lądzie i morzu.
Huczała nabiegająca, dziewiąta rolinga o łodziach bojowych knezia Kaszubów — Warcisława dumnego.
Łkały fale, pluskając bryzgami łez, płakały o długim korowodzie lat smętnych, gdy lechickie korabie nie ryły morza, — i radowały się nagle, bo przeciął to pasmo Kazimierz Jagiellończyk, potężny i mądry włodyka, który, krzyżacki zakon zwalczywszy, Polskę na morskie brzegi wywiódł ponownie, Gdańsk z rąk komtura Zygfryda wydarłszy.
Rozradowało się morze i rykiem donośnym na cały świat rozśpiewało pławby dalekie do pobrzeży brytyjskich i skwarnej ziemi dawnych Iberów, gdy czubate i rozwiane wały niosły korabie kupców gdańskich, krakowskich i biskupów gnieźnieńskich.
Dziwowało się morze i pytało nieba, jak się to działo, że minęły czasy, gdy Hanza potężna o łaski króla polskiego Zygmunta I-go błagała, a on rozsądzał spory królów Dunów i Szwedów; lub gdy gdańskie galjony do Memla wpadały, niosły ogień i miecz mistrza krzyżaków Albrechta do hołdu, Zygmuntowi Staremu należnego, zniewalając?
Opowiadały, warcząc, strugi ciężkiej, zimnej wody o dziarskich pływankach Szarpinga, admirała Zygmunta-Augusta, Jagiellona rodowitego; śpiewały głośno pienne struny-smugi o dziejach polskich żeglarzy, łuną świecących kawalerom krzyżowym w Inflantach i Groźnemu Iwanowi.
Cała armata zbrojna pruła w owe czasy Jagiellończyka szczerego wody Bałtyku, a lęk ogarniał serca żeglarskich krain angielskiej i duńskiej; skargi zanosili na rosnącą potęgę morską walecznej Polski książęta niemieccy i przemożna Hanza.
Łkały fale, że po zgonie króla, krokiem rycerza stąpającego ad dominium maris Baltici, nie nosiły już więcej na swych zwichrzonych grzbietach okrętów, z których rozlegała się o świcie i o zmroku wieczornym pobożna pieśń Lechitów — „Bogarodzico“.
Żaliły się wały i wściekle, rozpaczliwie biły w spychy przylądków i w łachy pustynne, rozpowiadając płaczliwie, że złe szatany usidliły polskie dusze, bo zrodziły one gadkę okrutną, bluźnierczą, iż „rychlej łabędź będzie pługiem ziemię orał, niźli Polak po morzu żeglował!“
— Gdzież wy — ryczały i miotały się chochoły grzywiaste — gdzie wy sławni, waleczni pomorscy żeglarze, woje Warcisławowe? Dlaczego w milczeniu spoczywacie w grobach wy — okrętnicy Jagiellonów — królów? Dlaczego nie przemówisz grzmotem hakownic, ty — lwie morski — odważny Szarpingu, admirale królewski, coś ponad morzem niósł szkarłatną chorągiew piastowską?
Taką śpiewał Bałtyk sagę smętną i potężną, a z piany wstawały cienie żeglarzy zatoniętych, ich okrętów i łodzi czarne, zmurszałe kadłuby, strzępy proporców masztowych i wielkich bander królewskich...
Lecz były to chybkie, rozwiewne mary, korowody bladych, zapomnianych zjaw, co znikały wraz z tumanami, gdy słonko z głębin wschodniego oceanu nad Bałtykiem stawało...
Sagi tej nie słyszał i cieniów tych nie widział naród polski. Chociaż w pacta conventa żądano od królów elekcyjnych obwarowania armatą wodną pobrzeży Rzeczypospolitej, zapominano o tem doszczętnie i rychło, szablę nad żagiel przekładając.
W owe jednak czasy, gdy na „Dumnej Filsandzie“ stanął na kotwi przed Puckiem pan Władysław Haraburda, inaczej sprawy się miały.
Król Zygmunt III, snać, z odrobiną krwi Jagiellonów wyssał z mlekiem matki pęd do morza. Niech surowy kronikarz, spisując dzieje królewskie, posądzi go o inny pęd — do Szwecji, miast morza, lecz, ponieważ do ziemi Skandynawów nie było innego szlaku, król oczy swe ku armacie wodnej zwrócił i, być może, w tem tylko umowy z narodem dotrzymał, w innem jego myśli odrzuciwszy i prawa podeptawszy.
W sprawie palącej szlaków wodnych i obrony pobrzeży Rzeczypospolitej obok króla stanęli wierni ojczyzny synowie: hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz, który poraził Szwedów pod Szakiem, a po tym wojowniku — hetman wielki koronny Stanisław Koniecpolski, Jan Weyher, starosta pucki, Jan Bąk-Lanckoroński, kasztelan tczewski i hetmana koronnego druh, a z nimi razem mieszczuch pucki — Piotr Ahron, co szmat życia na morskich wędrówkach strawił i w krajach obcych sztuce żeglarskiej i budowie galjon, brygantyn i orlog się przyglądał.
Ci mężowie nieraz się spotykali w Gdańsku, gdzie w domu Artusowym, herbem polskim ozdobionym, przebywał, gdy od wojska odjeżdżał, hetman Koniecpolski.
Izby Artusowego domu nieraz słyszały narady nad tem, jak zdobyć dębowe i jesionowe kloce na tarcice okrętowe, wygiętą drzewinę na — wręgi, a proste, jak włócznie, sosny — na maszty. Radzono tu o budowie stoczni w zatoce, o obwarowaniu puckiej mierzei; obliczano okręty kupców gdańskich i rozsyłano pisma do wolnych cudzoziemskich żeglarzy, do służby Rzeczypospolitej skłaniając.
Panowie Weyher i Ahron, od króla wyjednawszy zezwolenie, odsetek ceł gdańskich na budowę szkut zbrojnych, jachtów i barkasów oddali i już kilka tych statków żaglowych na morze wysyłali na zwiady.
Wielki hetman koronny pisał obszerne memorjały, dowodzące necessitatis belli w posiadaniu armaty wodnej, aby czoło Szwedom na morzu stawiać mogła skutecznie.
Król chętnie ucha skłaniał do słów hetmana, jako, że po myśli mu były, i ze szkatuły własnej kwoty pieniężne asygnować raczył raz po raz.
Starosta Jan Weyher nagromadził już budulec okrętowy, a pan Lanckoroński przemyśliwał nad tem, jakby ucapić galjonę szwedzką z tych, co to morze, jak wilki samotne, bróździły, kryjąc się pod brzegiem pruskim. Potrzebny mu był bowiem taki okręt, aby za wzór mógł służyć imć Piotrowi Ahronowi, bo ten się właśnie budowy podjął.
Gdy takie myśli troską dręczyły serca panów, o morskiej potędze Rzeczypospolitej marzących, do zatoki Puckiej wpłynęła piękna brygantyna, na pełnych 800 łasztów przysposobiona, i kotew na dno piaszczyste rzuciła.
Ciesielski mistrz od stoczni pędem przybiegł do pana starosty i, chociaż ten był rozmową z przybyłym na naradę kasztelanem Bąk-Lanckorońskim zajęty, wpadł do izby i wołał wielkim głosem:
— Jakowaś wielka brygantyna przed Puckiem stanęła!
Panowie zerwali się od stołu i do okien biegiem pośpieszyli.
Starosta, lunetę do oka przystawiwszy, długo się przyglądał, aż huknął, po biodrach się uderzywszy.
— Goddam! Oszalałem ponoć, czy wzrok mnie mami! Widzę działa, wychyniające paszcze z wyziorów w dwa rzędy i... i...
Nie mógł dalej mówić ze wzruszenia, bo aż dech mu zaparło, a krew zalała go.
— Co, waszmość, ujrzał? — pytał pan Lanckoroński, podbiegając do starosty.
— Patrzaj... patrzaj... sam! — wybełkotał pan Weyher.
Kasztelan zdumiał, bo pan Jan Weyher był tylko znakomitym wojownikiem, lecz i przesławnym statystą, co nieraz w ważnych sprawach posłował, więc nie skory był do konfuzji i mowy utraty.
Porwał pan Lanckoroński lunetę i na morze ją wyrychtował.
Miraculum, — szepnął — prawdziwe miraculum!
— Co widzisz, kasztelanie, na masztach?... — pytał, ciężko oddychając i jeszcze wzburzonym zmysłom nie wierząc, pan Weyher.
— Widzę... widzę banderę polską z ramieniem i wielką królewską chorągiew... — szeptem odpowiedział pan Lanckoroński.
Zapadło milczenie, aż kasztelan, który pierwszy zimną krew odzyskał, rzekł:
— Może nowy szwedzki figiel? Maszkara podstępna?
— Trzeba się przygotować na wszelaką przygodę i języka zaciągnąć! — zauważył pan starosta.
Wkrótce obaj byli na brzegu.
— Hej, tam, puszkarze, od prawej baterji! Narychtować działa na brygantynę, a czekać sygnału! Ludzie od stoczni, zepchnąć na wodę dwie szalupy sześciopojazdowe!
W kilka minut później łodzie, wiozące panów Weyhera i Lanckorońskiego oraz kilku zbrojnych piechurów łanowych, zbliżyły się do brygantyny.
Z burty był już spuszczony na łańcuchach trep ze schodkami i poręczą ze sznura, a przy burcie stał rozrosły, wysoki, o opalonej na morzu, marsowej twarzy człowiek rycerskiej postawy.

Przybyli panowie aż drgnęli, gdy żeglarz, z powagi do komendanta podobny, zawołał po polsku:
— Proszę waszmościów na pokład!

Gdy goście weszli na dek, pan Haraburda, prostując się po wojskowemu, jął recytować:
— Brygantyna „Dumna Filsanda“, opatrzona w czterdzieści dział i załogę z pięćdziesięciu ludzi — szypra, bosmanów, kwatermistrza, komendorów i czeladzi okrętowej. Załoga — polska; dowodzę jej ja — towarzysz chorągwi pancernej, dawniej wielkiego hetmana koronnego Stanisława Żółkiewskiego — Władysław Haraburda! Brygantyna — zdobyczna, okrutnie zbrojna, zasobna i lotna, oddaję ją we władanie wieczyste Rzeczypospolitej ad aeternum dominium maris Baltici! Niech żyje ojczyzna!
— Hurra! Wiwat! Hurra! Niech żyje! — zagrzmiały okrzykami szeregi czeladzi.
— Fantasmagorja, zjawa, abo co? — pytał pan starosta Weyher, przecierając oczy.
Pan Bąk-Lanckoroński uważnie przyglądał się rycerzowi i potrząsał głową, co u niego oznaczało zdziwienie. Nareszcie podszedł do niego i, wyciągając dłoń, zapytał:
— Czy dobrze słyszałem godność? Imć pan Władysław Haraburda?
— Tak jest! — odparł rycerz.
— Proszę, proszę! Tośmy się gdzieś już spotkali ze sobą?! — zawołał kasztelan.
— Pan kasztelan raczył mnie zaprosić do Tczewa w odwiedziny, więc przybywam, — odparł z uśmiechem pan Haraburda.
— Gdzie to było? — pytał pan Lanckoroński, trąc czoło.
— W Warszawie, na Rynku, w winiarni Fuggera, gdym usiekł tam pewnego zawadjakę — objaśnił rycerz.
— Ha! Już cię mam! Toś waćpan jest wnukiem kasztelana mińskiego, a usiekłeś wtedy lisowczyka za konterfekt...
— Tej oto białogłowy, która od tamtej nocy jest moją żoną prawowitą — dokończył pan Haraburda, widząc, że z kasztelu wyszła na pokład pani Wanda. — Pani Haraburdzina, z domu Sieniawska, córka wojewody Cyprjana...
Obaj panowie zdjęli czapki i skłonili się przed panią Haraburdziną.
— Wyznajemy szczerze, rycerzu, że dotąd in distractione mentis pozostajemy! — wołał pan starosta i aż czapkę na pokład cisnął. — Skądżeś się wziął? Może, jak owe zjawy, co przed marynarzami po nocach wstają z fal, z otchłani wypłynąłeś i znikniesz jak one? Chyba oszaleję! Jak świat światem — tego nigdy nie było! Głowimy się nad armatą wodną, a tu raptem miraculum i już z morza wychynęła brygantyna i taka zacna, że zacniejszej żadne morskie imperium nie ma! Gadaj! Gadaj-że prędzej, bo mnie znów krew zalewać poczyna! Pfu! Pfu!
Pan starosta, jako że był tuszy okazałej i krewkiego temperamentu, pokraśniał i głośno parskać zaczął.
Figlarny Kubala, widząc to, półgębkiem mruknął do Warmjaka, Kostka Hanika.
— Jak on ci tu parska nicem odyniec, to — furda, ale jak parsknie na swedisków i innych takich synów, to heca będzie az furt!
— Zaglów nie trza, niech ino taki dmie! — odparł przez zęby Hanik-bosman i zcicha się zaśmiał.
Pan Haraburda mówił tymczasem do pana Weyhera:
— Mości panie! Nie zjawy my, vere homines poloni sumus i żeglarze niepośledni! Jednak siłaby gadać o tem, skąd my tu przypłynęli i jak brygantynę swoją zdobyli. W inszem miejscu radbym to uczynić, bo o różnych ważnych questiones relacje złożyć ichmościom winienem.
— No, to proszę waćpana i waćpanią dobrodziejkę do mego domu! — zawołał pan starosta.
I nagle rozochocony i uradowany ponad miarę zawołał do czeladzi:
— A wam, chłopcy, każę przyholować kufę dobrej gdańskiej krambambuli, jakiej nawet po tynfie za kieliszek po karczmach nie znajdziecie!
Pan Haraburda wydał rozkazy szyprowi Muży i wraz z panią Wandą i Wojtkiem Kubalą zeszedł do łodzi starosty puckiego.
Do późnej nocy opowiadał rycerz dzieje swoje i przedstawiał, jak się rzecz miała na Filsandzie, a Kubala dodawał, co widział i słyszał na zamku barona Palena, gdzie gościł powiernik króla Gustawa-Adolfa, możny graf Gotland.
Nad ranem goniec z długiem pismem pana Lanckorońskiego pomknął do hetmana, wioząc szczęśliwą nowinę o cudownem założeniu podwalin dominii maris Baltici.



Rozdział X.
Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Imię pana Władysława Haraburdy było u wszystkich na ustach i nietylko w Gdańsku, Oliwie, Pucku, Tczewie i Elblągu, lecz w całej Rzeczypospolitej.
— Jabłko od jabłonki niedaleko pada! — mówiono o młodym rycerzu, przypominając sobie hardą postawę i twardy kark dziadka-kasztelana, gdy, jako poseł, żądania króla na Kremlu i w Pskowie narzucał, a także nieugiętą wolę „prezydenta“ Stefana Haraburdy-ojca, śmiałego oszajcy, zaludniającego i broniącego inflanckiej rubieży od północy.
Do Pucka przybywali codziennie nowi goście, aby poznać rycerza, o tem i owem z panem Władysławem pomówić. Przybywali więc na brygantynę znamienici, możni kupcy gdańscy, do związku Hanzy należący: Rudolf Uphagen, Jan Schopenhauer, uczony Hans Bartoldy, bystrego umysłu Otton Ferber i rycerski Krockow, od polskiej sławnej szlachty Krokowskich się wywodzący, a z nimi razem przypłynął kupiec wenecki — Ottoboni.
Gdańscy patrycjusze, których za dotrzymanie wiary Polsce w zatargach króla ze Szwecją szczypali na morzach Szwedzi, Duńczycy, Olendrzy, Anglicy i Franki, a sama Hanza krzywo na nich spoglądała, radzi byli widzieć w młodym wojaku-żeglarzu obrońcę i opiekuna, Ottoboni zaś kwiecistą mową schlebiał rycerzowi i podbijał go do dalekiej pławby z okrętami, nasypanemi zbożem polskiem, aż do Italji, gdzie na Śródziemnem ciepłem morzu mógł zażyć przygód różnych i wojny, bo o spotkanie się z afrykańskimi korsarzami nie było tam trudno.
— Jestem na rozkazach wielkiego hetmana koronnego, mości panowie, i będę czynił, co on obmyśli! — odpowiadał pan Haraburda.
Odwiedzali „Dumną Filsandę“ przyjeżdżający do hetmańskiego obozu dworscy panowie z Warszawy, a niektórzy z nich do znajomości dawnej i parenteli z rycerzem i panią Wandą chętnie się przyznawali.
Pewnego dnia sam hetman Stanisław Koniecpolski z Warszawy do wojsk swoich przybył i gońca do starosty Weyhera pchnął z pismem, aby wraz z panem Haraburdą, mirationis dignus navalis miles, do obozu się stawili.
Karabonem, zaprzężonym w czwórkę koni, dotarli panowie do Malborku, gdzie się mieściła kwatera hetmańska.
Pan Haraburda długą godzinę spędził u hetmana, a gdy wychodził, wielki wojownik, pod ramię go trzymając, mówił głośno:
— Ależ, mopanku, ja ci powiadam, masz łeb niepośledni! Ja ci powiadam, wskoczysz wysoko, bo niejeden stary, ja ci powiadam, pozazdrościć mógłby takiej łebskiej mózgownicy! Ufaj mi, mopanku, ja ci powiadam, że sprawy twoje conficere przyrzekam. Z panem wojewodą Sieniawskim, ja ci powiadam, i z jego synalkiem, ja ci powiadam, grzecznie pokonferuję, a i o tych zerwipołciach, ja ci powiadam, co to się zwą Kubala, Muża, Hanik, Kąkol et caetera, ja ci powiadam, mopanku, nie zapomnę, bo to, ja ci powiadam, mocno furiosae bestiae, a ja, mopanku, takich drapichróstów w czasach wojennych, ja ci powiadam, lubię. A nie zapominaj, mopanku, o Malborku, ja ci powiadam, bo zawsze radzim ciebie oglądać!
Licznie zebrani rycerze, statyści i obcokrajowi panowie, przy hetmanie przebywający, zrozumieli, że skoro pan Koniecpolski sypie „mopankami“ i „ja ci powiadam“, — oznaczać to ma wielkie zadowolenie i łaskę hetmana. Ukłonami przeto odprowadzano pana Haraburdę, gdy przechodził zamkowe komnaty i obszerną sień, zatłoczoną pocztowymi, ordynansami i hajdukami.
W Pucku państwo Haraburdowie rozgospodarowali się w gościnnych pokojach obszernego starostwa. Pani Wanda, urodziwa, słodka i dostojna w każdym ruchu i słowie, stała się wkrótce ośrodkiem, do którego dążyły wszystkie białogłowy, i tak się stało, że dom pana Jana Weyhera nie mógł wkrótce zmieścić zjeżdżających zbliska i zdaleka gości. Jechały najpierw ichmościanki z córkami, ale, widząc przystępność i prostotę rycerskiej pary, zjawiać się zaczęli panowie-szlachta Sychowscy, Paszkowie, Ossowscy, Żelewscy i kupiectwo znaczniejsze przy połowicach, wystrojonych w sztywne tuniki lundyszowe lub walensowe, y kitlikami czemlotowemi i ozdobami z haftowanego złotem aksamitu, w suknie luńskie z kształtami aksamitnemi lub anszkotowemi, w wolanty, smukawice, sółtany grodeturowe, w czepki złotem i perłami przetykane, a opasane bindami, ciężkiemi od nitek złotych i srebrnych, łańcuszków i kamieni; inne — młodsze podwiki dumne były z bryżyków i fioków czubiastych, misternie ułożonych z cudzych włosów, zlepionych wonnem mydłem, z obfitych i bogatych nad podziw inderaków z jedwabiu włoskiego. Tak wystrojone niewiasty pobrzękiwały manelami i zausznicami, zgrabnie na ramiona mętliki barwne zarzucając.
Możne kupiectwo nosiło się z niemiecka, a więc — pludry obcisłe z jasnego sukna luńskiego, kaftany aksamitne, ciężkie pasy z litych klamer srebrnych, a na to kabaty, futrem opuszone, i berety do koloru.
Szlachta — żupanów używała, kontuszów, delij bogatych z zaponami, po ojcach wziętemi, a kamieniami drogiemi i złotem połyskującemi, ferezyj starodawnych, karabel dziadowskich, nieraz damascenek zacnych lub batorówek, czapek magierek, jak na rycerzy przystało, co wroga z trzech stron wyglądali.
Pan starosta rad był widzieć tylu znakomitych gości, bo tego i owego, co przedtem krzyw był na polskie panowanie, na swoją stronę przekabacił, kupcom podsunął myśl potrzebną, szlachtę do ofiarności podbudzał, a nad wszystkiem czuwał i nic nie opuścił.
Dumnego Jana Ostroroga, magnata i wojewodę poznańskiego, który zagustował sobie w panu Haraburdzie i porucznikostwo w swej chorągwi husarskiej rycerzowi powierzał, pan starosta tak na swoją modłę urobił, że ten kaletę szeroko rozwiązał i na budowę armaty dukatów garście dwie sypnął, nie licząc.
Pan Władysław nie miał chwili wolnej, bo razem z Ahronem i jego cieślami z cyrklem w ręku i łokciem żelaznym pod pachą wymierzał każden kawałek drzewa na brygantynie, pisał i przyglądał się, jak uczony w Brugji mistrz ciesielski część po części na pergamin przenosił wizerunek „Dumnej Filsandy“, aż się zjawiła, niby prawdziwa, w te same barwy ozdobiona, misternie w każdej kwadrze, czy to w rufie, czy sztabie, w szerokości deku lub w wysokości masztów pomiary swe przechowująca.
Rycerz oglądał gdańskie ludwisarnie, które z rozkazu hetmana do odlewu armatek przysposabiano pośpiesznie, prochownie i saletrownie oksywskie i tczewskie oraz warsztaty, gdzie płótno żaglowe tkano, pleciono i smolono cumy i cienkie liny okrętowe.
Często wołał go do Tczewa kasztelan Lanckoroński i, zamknąwszy się z nim, układał pisma do panów Potockich, Bnińskich, ambitnych Mycielskich, Myszkowskich, do arcybiskupa gnieźnieńskiego, który każdego roku okręty własne, w Gdańsku swojem zbożem i mięsiwem naładowawszy, do Flandrji posyłał na sprzedaż; do Morsztynów, kupców krakowskich, handlujących z Anglją i Hiszpanją, i innych, lubujących się w morzu lub od niego bogactwo swoje czerpiących.
Pięknie pisali panowie Lanckoroński i Haraburda de rebus maritimis i o ofiarę pieniężną na armatę wodną Rzeczypospolitej prosili, aby ante proelii commitendi signum mieć już wszystko w pogotowiu na Bałtyku.
— Podpisz, podpisz waść, bo nazwisko twoje w one czasy zdziałać siła może! — mawiał pan kasztelan, kładąc swój podpis na listach.
Pan Lanckoroński sam napisał do dostojnego biskupa przemyskiego, Pawła Piaseckiego, a ten dziejopisarz sprawiedliwy, aczkolwiek króla Zygmunta III surowo sądził, poparcie w sprawie palącej przyrzekł i błogosławieństwo kapłańskie przysłał.
Przeminęła zima, w ciągu której załoga „Dumnej Filsandy“ pracowała w pocie czoła, pomagając imć panu Ahronowi przy budowie dużych szkut a jeszcze bardziej przy nauczaniu sztuki żeglarskiej sprowadzonych z całego Pomorza ciurów i ludzi ochotnych. Przed wiosną stu dziesięciu wyćwiczonych okrętników kręciło się po Pucku i Oliwie.
Pewnego poranku brygantyna odpłynęła z zatoki i stanęła przed Gdańskiem, koło latarni, a na jej rufie widniał napis „Zjawa Morska“. Takie bowiem imię nadano pierwszemu bojowemu okrętowi polskiemu.
Cały Gdańsk wyległ, aby spojrzeć na piękną brygantynę, świecącą czystością, białością żagli i połyskującą lufami armat, a jeszcze bardziej — szkarłatem swoich bander i flagi, nad sterem powiewającej. Zaroiły się dokoła okrętu szalupy, barkasy, jolki i inne łodzie, w których płynęło mieszczaństwo gdańskie, z podziwem oglądając oczami znawców bieżny kadłub, mocarne ożaglowanie i uzbrojenie „Zjawy Morskiej“. Kupcy i żeglarze kręcili głowami i cmokali z zachwytu.
Pan Haraburda, idąc za poradą pana starosty puckiego, zaprosił i ugościł na swojej brygantynie burmistrza, rajców i znaczniejszych ludzi z Gdańska, nawiązując z ojcami grodu przyjazne stosunki, w czem mu sekundowała wysoko urodzona, dostojna pani Haraburdzina, odrazu zdobywająca wszystkie serca uprzejmością pańską, szczerością, z serca płynącą, i rozumem, którym wszystkich w podziw wprawiała.
Na ucztę ucztą odpowiedział w swoim pałacu graf Krockow, wielki Rzeczypospolitej miłośnik, jako że miał w swych żyłach krew polską, a w pamięci — przed narodem niemałe zasługi przodków.
— Waszmość pani zawdzięczamy wielki sukces! — wołał po tej uczcie uradowany, krewki pan Weyher. — Bo oto veni, vidi, vici i wszystkie serca zdobyłaś, dostojna pani! Nawet ci, co jeszcze wczoraj krzywo na nasze morskie intentiones spoglądali, dziś już o nich z nami spokojnie i roztropnie gadają...
Całował pan Jan po rękach urodziwą panią Haraburdzinę i ze śmiechem dodawał:
— Jabym na miejscu króla-jegomości — waćpanią na posła do Szwecji kreował! Non dubito, że Gustaw-Adolf wszystkie swoje okręty jej w darze ofiarowałby!
Istotnie, pani Haraburdzina rzuciła urok na wszystkich, nawet na nieprzychylnego, ze Szwedami i Niemcami w konszachtach tajemnych będącego najstarszego rajcę Ungerna, który niegdyś króla Stefana Batorego na klęczkach za zuchwałość Gdańska o łaskę i przebaczenie błagał. I ten nieprzyjaciel Rzeczypospolitej, zawsze niepomny, że dopiero Polska świetność i bogactwo jego rodzinnemu grodowi dała i skrzydłem swojem przed wrogami osłoniła, uśmiechał się teraz życzliwie na widok urodziwej pani Wandy i upominek jej piękny przez pajuka posłał — błam ciemnych soboli, z Nowgorodu przywiezionych.
Gdy już wiosna szła całym pędem, a wierzby na puckiej mierzei okryły się białemi, puszystemi pąkami, gruchnęła w Gdańsku wieść, że król niebawem do grodu zjeżdża, aby robotę pana starosty i brygantynę zdobyczną obejrzeć oraz wojska odwiedzić pod Malborkiem.
Zakipiała praca w Gdańsku. Rajcowie w pośpiechu odnawiali komnaty królewskie w ratuszu, pozłacali stojącą na jego szczycie statuę króla Zygmunta-Augusta, drogi i bruki naprawiali, zdobili domy wiankami z jedliny i zielonego jałowcu, przeplecionych białemi i czerwonemi pasmami tkaniny; herbami polskiemi i gdańskiemi, zniczami, kagankami, ustawianemi na bramach, i kobiercami, wywieszonemi z okien; ubierali w nowe barwy srogich drabantów i ceklarzy grodzkich, zdobili ołtarze w kościołach świętej Panny Marji, św. Bartłomieja i św. Józefa, tynkowali mury świątyń, które podupadły w czasach wojennych, i odnawiali z przepychem niebywałym kaplicę królewską.
Na ratuszu i w Artusowym Dworze przygotowywano stoły, ławy i zydle dla uczt, które miało wydać miasto na cześć króla, przybudowywano nowe kuchnie, spędzano z domów patrycjatu kuchtów i kuchcików. Burgrabia i burmistrz głowili się nad tem, żeby jak najlepszych ryb do stołu królewskiego nie zbrakło, więc rybacy rzucali i w dzień i w nocy sieci na Wiśle i na morzu.
Patrycjuszki, otoczone krajczyniami i dziewkami służebnemi, nowe obmyślały i szyły stroje, wydobywały z sepetów okutych stare klejnoty, niemal relikwje rodzinne, ciężkie, drogie, a brzydkie.
Ojcowie miasta radzili nad tem, że nadszedł czas prosić króla w tak sposobnej chwili o abrogowanie angielskiej kompanji, która cały handel suknem w ręku swojem trzymała i Elbląg nad Gdańsk wywyższała.
Tak to cały Gdańsk o godnem spotkaniu króla przemyśliwał i do tego ręce przykładał.
Nareszcie po zwiedzeniu obozu pod Malborkiem król Zygmunt III z całym dworem zjechał do Gdańska.
Na przodzie jechali skrzydlaci husarze nadwornej chorągwi, co szła w pełnym ladrowaniu, a więc w pancerzach, kapalinach, nagolenicach, nakolankach i karwaszach, przy koncerzach i kopjach, skrzących grotami i powiewających proporcami. Szlachta, służąca pod tym znakiem, siedziała na ciężkich, włochatych fryzach, okrytych czołdarami z herbami królewskiemi po rogach; na uboczu, na długość miecza trzymał się porucznik — młody, a znamienity wojownik — Jerzy Potocki i namiestnik chorągwi — Wacław Łoziński, obaj z buzdyganami, opartemi na kolanach.
Wspaniały rydwan złocony, w herby zdobny, zaprzężony w szóstkę białych koni pod czerwonemi i białemi czaprakami z siatki jedwabnej i z pióropuszami na głowach, wiózł Zygmunta III.
Miał król na sobie czarny dołoman, opuszony ciemnem futrem, na głowie kapelusz szwedzki z białem piórem. Wspaniałe oblicze, wydające się nieco przydługiem z powodu brody, naprzód wysuniętej i równo od dołu przyciętej, uśmiechało się miłościwie, a ręką król witał tłumy, z zadowoleniem dotykając długiego, cienkiego wąsa, zlekka do góry podniesionego.
Pierwszy powitał najjaśniejszego pana burgrabia, za nim burmistrz z rajcy, a po nim w imieniu Pomorza: Pucka, Oliwy, Oksywji, Elbląga, Tczewa i innych grodów pan starosta Jan Weyher i pan kasztelan Jan Bąk-Lanckoroński, biskupi w infułach i kapach, przeorowie klasztorów, ministrowie luterscy i kalwińscy, radni cechów, rezydent hanzeatycki i starszyzna obcokrajowców z Anglikiem, kupcem Pittem Lindslayem na czele.
Za rydwanem królewskim toczyły się karoce marszałka koronnego, wielkiego hetmana Koniecpolskiego i innych dostojników, aż cały orszak zamykał oddział chorągwi pancernej hetmańskiej pod namiestnikiem Wojciechem Tarnowskim, królowi z czasów rokoszu Zebrzydowskiego i bitwy pod Guzowem pamiętnym.
Król stanął w ratuszu i na drugi dzień wezwał do siebie pismem odręcznem, co oznaczało wielką łaskę, pana Haraburdę wraz z panami Weyherem i Lanckorońskim.
— Powiadomiono nas o twoim kawalerskim czynie, mości panie, — zaczął król z uprzejmym uśmiechem i prostotą, którą niemal więcej niż wakansami umiał jednać sobie przyjaciół. — Maximam laudem atque magnum fructum virtutis capere powinieneś, kawalerze, za swój czyn! Żebyś więc in posterum mógł nam fideliter na wodach służyć, mianujemy cię, kawalerze, princeps dux miles „Zjawy Morskiej“, darowujemy ci dom w grodzie tym, zapominamy urazy, jakie dla ciebie żywiliśmy, i in favore nostro spełniamy prośbę twoją o nadanie szlachectwa Wojciechowi Kubali i przebaczenie win czeladzi twojej.
Rycerz ucałował rękę króla i, usunąwszy się, słuchał, jak król przyobiecał dać z własnej szkatuły pieniądze na budowę i kupno okrętów bojowych i zapowiedział rychłe przybycie słynnego na wielu morzach i oceanach żeglarza, Jakóba Murreya, Szkota rodem, co nietylko wodzić brygantyny i galery umiał, lecz w sztuce ich budowy i zbrojenia biegłym był.
Ucieszyli się panowie Weyher i Lanckoroński i królowi dziękczynność swą świadczyli, nazywając go magnus salvator Patriae, acz obaj wiedzieli, że o polskiej ojczyźnie król-Szwed miał myśl z drugiej ręki dopiero.
Tegoż dnia król-jegomość na wspanialej łodzi burmistrza z palącemi się zniczami na dziobie, podpłynął do „Zjawy Morskiej“ i brygantynę oglądać raczył. Gdy zaś pan Haraburda kazał strzelać na wiwat ze śmigownic z dolnego pokładu, a czeladź, o łasce króla powiadomiona, wszczęła takie wiwatowanie i hałłakowanie, paląc z pistoletów i błyskając tasakami, król Zygmunt aż oczy zmrużył, jako że był to pan niewojenny, a może na myśl mu spłynęło wspomnienie zgiełku, podczas sejmu inkwizycyjnego i rokoszu Zebrzydowskiego powstałego.
Jednak miłościweini słowy dziękować raczył najjaśniejszy pan za ochotę i wierną służbę żeglarską i do nowych sławnych czynów na morzu zachęcał, poczem odpłynął, odprowadzany hucznemi okrzykami załogi „Zjawy Morskiej“ i graniem rogów.
Na rufie spuszczano i podnoszono wielką banderę z orłem białym, żegnając króla i wodza całej armaty wodnej.
Aczkolwiek Zygmunt III słynął ze skromnego i oszczędnego życia, zezwolił jednak na wydanie balu, na którym mógł poznać i urokiem swym podbić patrycjat miejski i okoliczną szlachtę, od majestatu daleko żyjącą.
Podczas tańców król, jak równy wszystkim, raczył tańczyć „pieszego“ z burmistrzynią Bischoffową, otwierając bal, a później z łaskawem słowem podchodził do rajców i miłościwie rozmawiał z panami Bolszewskim, Czarlińskim, Jackowskim, Ostrowskim, Włodkiem i Przebendowskim, co od dziadów-pradziadów na Pomorzu osiedli.
Gdy spostrzegł król pana Haraburdę, stojącego obok żony, zbliżył się do nich i już zdaleka, przykładając dłoń do ust, mówił:
A vero abhorret, żebyśmy nie poznali Sieniawskich, moich szczerych druhów, krew! Postawa, urodziwość i mądre oczu wejrzenie — te same! Non dubitamus, rycerzu, że widzimy przed sobą małżonkę twoją, o której gładkości i profundio mentis fama do nas doszła?
Pani Haraburdzina pochyliła się przed królem w dworskim ukłonie.
Wobec wszystkich zebranych Zygmunt podniósł do ust drobną dłoń pięknej pani i, wprowadziwszy na salę, tańczył, wesoło i nieprzymuszenie rozmawiając.
Wśród gości przebiegł szmer podziwu, gdy majestatyczna para posuwiście kroczyła, zatrzymując się na chwilę, aby ukłon sobie złożyć.
Król Zygmunt wystąpił na balu w stroju przewspaniałym. Miał na nogach trzewiki miękkie, o ostrych końcach i wysokich famurałach, barwy granatowej, obcisłe rajtuzy z luńskiego sukna seledynowego, a na nich krótkie białe, o szerokich bufach pantalony; krótki kaftan niebieski, cały złotem haftowany; okazałą postać królewską ściągał pas z litych złotych klamer, z coraz innym klejnotem w każdej; z pasa zwisał długi rapier szwedzki w białej pochwie, w cyzelowane pierścienie złote przybranej, i z rękojeścią, diamentami wysadzaną. Zgóry był narzucony z białej walensy, bufiasty w rękawach dołoman w złote esy-floresy, z sutą opuszką gronostajową i z szeroką, sztywną, białą krezą, w rurki misternie karbowaną w rzędów pięć.
Na piersi na złotym łańcuchu wisiał Agnusek, z kości słoniowej, przez papieża z Rzymu przysłany.
Nałożył go był król, aby bronił go od zarazy, jaką, mniemał, nieśli ze sobą odszczepieńcy luterscy i kalwińscy, z którymi w Gdańsku przebywać był zmuszony.
Najjaśniejszy pan miał przystrzyżone, już siwizną przyprószone włosy, krótką z boków, wydłużoną do przodu, a równo od dołu przyciętą brodę, dobrotliwe i uprzejme, nieco ogorzałe na wiosennym wietrze oblicze, które śmiało się wydętemi wargami i wesołemi oczami.
Król prowadził urodziwą panią Wandę i przyglądał się jej z wielkiem zadowoleniem.
— Waszmość pani jako bogini jakowaś! Venus, nie — Artemis prawdziwa! — mówił, ściskając dłoń nadobnej tancerki.
— Wasza królewska mość łaskaw dla mnie! — odpowiedziała pani Haraburdzina, rumieniąc się i pokrywając modre oczy ciemnemi rzęsami.
Pani Wanda była nad podziw piękną tego wieczoru. Nawet gdańskie patrycjuszki zniemczone i elblągskie prusaczki nie mogły oczu od niej oderwać, czując jak zawiść szybko zamyka swoją szczerzącą kły i wysuwającą jadowite żądło paszczę. Szlachcianki polskie nawet nie porywały się na zawiść.
— Sieniawska to! — szeptały. — Cóż chcecie? Z domu królewiąt możnych. Takie to najpiękniejsze i najdostojniejsze bywają z pomiędzy białogłów!
Pani Haraburdzina szła lekkim krokiem, a strój jej szczeropolski jeszcze bardziej podnosił kształtność wiotkiej kibici, słodycz i piękność twarzy, łagodność i powagę oczu i postawę pańską o ruchach spokojnych i wyniosłych.
W białym kołpaczku, z opuszką kunią i czaplem piórem, przypiętem dużą agrafą diamentową, pani Wanda odziana była w kontusik ze szczerego złotogłowia stambulskiego, przepasany wzorzystą tkaniną jedwabną, a na kontusiku żupanik biały, pod szyją, na połach i rękawach kunami czarnemi obszyty, połyskujący guzami z dużych krwawników, w złoto oprawnych. Białe, o długich cholewkach trzewiki, złotemi sznurkami spinane, kryły drobne, foremne stopy pięknej pani.
— Waszmość pani przekłada strój narodowy nad szaty cudzoziemskie? — spytał król, przyglądając się tancerce.
— Nie inaczej, miłościwy panie! — zawołała. — Pamiętam bowiem, co napisał uczony imć pan Łukasz Górnicki o tej materji w „Dworzaninie“.
— Cóż napisał? — pytał król.
— Mówi tak: „My, Polacy, nie mamy swego własnego ubioru, acz podobno musiał być pierwej, ale nam omierzł, jakośmy się nowinek chwycili. Otóż chocia się ochopnie nam teraz sprosne widzą, jednak pachną oną przystojną a świętą swobodą polską, która była ze zdrowiem Rzeczypospolitej“. Tak napisał imć pan Górnicki.
— A jakże tedy my? ludica de nostra re! — zawołał Zygmunt, bystro patrząc w oczy pani Haraburdziny.
Niezmieszana i swobodna odparła z ukłonem:
— Najjaśniejszy pan jest nietylko królem polskim, lecz i szwedzkim, więc dowoli może strój dla siebie dobierać!
Zygmunt III przełknął gładko pochlebstwo, albowiem lubił, gdy go królem Szwecji nazywano.
Ścisnął więc dłoń pani Wandy i ku stojącemu z hetmanem Koniecpolskim i wojewodą Janem Ostrorogiem panu Haraburdzie sunąć zaczął, mówiąc:
Nolumus, lecz musimy małżonkowi jego skarb zwrócić, bo, nescio, czy nas nie zetnie jak owego tedy Magnusa na Inflantach! — mówił ze szczerym śmiechem.
— Graf Magnus nie na prywatę napad uczynił, lecz na honor Rzeczypospolitej, gwałt bezkarny zadać zamierzając, a protekcją najjaśniejszego pana się osłaniając! — odpowiedziała natychmiast z również szczerym śmiechem pani Haraburdzina.
— Naszem imieniem?! — zawołał król. — Impossibile! Co za bezecność!
— Za takową oto obrazę majestatu mąż mój owego grafa zranił i na drogach rozstajnych na wierzbie powiesił — dorzuciła pani Wanda.
— To honoru naszego bronił? — spytał król.
— Majestatu twego, miłościwy panie, aby cień nań nie spadł i kalumnja od ludzi złych — rzekła poważnym głosem.
— Toć, waćpani, regalistka, jako żywo! Jesteś naszemu sercu jeszcze milsza! — wołał król.
— Najjaśniejszy pan zawsze widział przy sobie głowy i szable Sieniawskich i Haraburdów krwawą pracę na wszystkich rubieżach! — odpowiedziała pani Wanda.
— Na Boga! — wykrzyknął Zygmunt. — Mens acerrima!
Podczas gdy król tańczył z panią Haraburdziną, do rycerza podszedł hetman Koniecpolski wraz z wojewodą Ostrorogiem.
— Cóż to, mopanku? Najjaśniejszy pan, ja ci powiadam, połowicę ci porwał? Ciężka sprawa, bo tu do korda, ja ci powiadam, nie może dojść, mopanku! Crimen laesae maiestatis, mopanku! Nic z tego, ja ci powiadam!...
Hetman śmiał się głośno, klepiąc pana Władysława po ramieniu.
Nagle z tłumu wynurzyła się wspaniała postać wojewody Piotra Sieniawskiego.
— No, panie Piotrze, ja ci powiadam, mopanku, chodż-że tu, chodź! — zawołał na jego widok hetman. — Nie bądź, ja ci powiadam, krzyw na tego rycerza, mopanku, bo to ćwik, ja ci powiadam, aż serce rośnie. To, mopanku, wilczysko, ja ci powiadam, kresowe, zubaste i szerszeniowate! A i my, mopanku, ja ci powiadam, za młodu, tacyż, ja ci powiadam, byli... Ha! Nie bądź-że mu, mopanku, krzyw, bo, ja ci powiadam, co było to było, a co jest, to, ja ci powiadam, jest, mopanku!
Wojewoda Piotr z uśmiechem przyjaznym wyciągnął do pana Haraburdy dłoń.
— Niech tamto pójdzie w niepamięć! — rzekł tubalnym, nawykłym do rozkazów głosem. — Chociaż szpetnie mnie wtedy huknąłeś jelcem szabliska...
Mea culpa! — odparł rycerz. — Lecz nie chciałem uderzyć, tylko odmachnąć to, co na kołnierz burki spaść mi miało!
— Filut z ciebie, rycerzu! — zaśmiał się wojewoda. — Ale chociaż rękę masz przyciężką, to — nic! Gorzej z moim synem! Ten za to odszczekiwanie prycha, jak dzianet, na samo imię twoje.
— Nie wiedziałem, z kim mam do czynienia! — objaśnił pan Haraburda. — Puścić płazem obrazy nie mogłem, więc albo usiec, a tu widzę — młode, słabowite pacholę, albo... cóż miałem robić?
— Ja ci, mopanku, powiadam, — rzekł hetman, dotykając rękawa pana Piotra — że to, ja ci powiadam, nauczka dla młodzika była. Nie wolno bowiem, mopanku, bez racji słów obraźnych miotać, ja ci powiadam. A, że młody to jeszcze był fryc, gołowąs, ba — żółtodziób, ja ci powiadam, mopanku, to i infamia żadna w tem się nie kryje.
— Ja słowa o tem do nikogo nie rzekłem! — zauważył pan Haraburda. — Bardzo żałuję tego i radbym za druha syna waszej dostojności uważać, jako że żadnego rankoru do nich obydwóch nie czuję!
— No to, ja ci powiadam, mopanku, że możemy litkup pić, boć to sprawa, ja ci powiadam, skończona i pogrzebana! — zawołał pan Koniecpolski, a wojewoda Ostroróg dodał, patrząc na pana Sieniąwskiego:
— Niech się prędzej młodzi pogodzą, bo siła od tego rycerza twój Stach, panie Piotrze, nauczyć się może!...
— Ja też tak myślę! — rzekł pan Piotr, jeszcze raz ściskając rękę młodemu rycerzowi. — A przybywajcie wraz z Wandą rychło do Warszawy! Muszę bowiem relację z jej majętności złożyć i pod twoją administratio oddać, gdyż nie sposób mnie nad takiemi dużemi włościami, jak moja i wasza, samemu czuwać!
— Patrzcie, waszmościowie, król jegomość ku nam zmierza, ja ci powiadam! — zauważył hetman.
Istotnie, król, prowadząc panią Wandę, sunął ku panom tanecznym krokiem.
Podszedłszy, dłoń tancerki raz jeszcze ścisnął i, zwracając się do pana Haraburdy, rzekł:
— Kawalerze, prawdziwym skarbem Bóg cię obdarzył! Radzi będziemy oglądać was w naszym zamku w Warszawie. No, a teraz idź już tańczyć z żoną, bo słyszałem, iż do „wyrywanego“ kapela przygrywać zaczyna!
Rycerz skłonił się i, ująwszy żonę za rękę, w krąg tańczących gości wstąpił.
— Coraz mniej takich prawdziwych ludzi wojennych chodzi po ziemi! — zauważył wojewoda Ostroróg, kiwając głową w stronę oddalającego się pana Haraburdy.
— Szczera to dusza rycerska i głowa nie od parady! — wtórował mu hetman, z trudem powstrzymując się w obecności króla od „mopanka“ i swego „ja ci powiadam“.
Zygmunt obrzucił wzrokiem rozrosłą a zgrabną, wąską w biodrach i cienką w pasie postać pana Haraburdy.
— Istny Lucyferus! — rzekł z uśmiechem.
Król miał słuszność, pan Haraburda, bowiem, przywdział na siebie czerwony strój polski: czerwone z safjanu buty i szerokie hajdawery, czerwony żupan z krwawnikami na guzach i czerwony pas mukadynowy, turecki, z którego na szamerowanych złotych rapciach zwisała karabela bogata, zdobytemi na bojarach drogiemi kamieniami wysadzana.
— Piękna para! — raczył łaskawie zauważyć król-jegomość. — A społem barwy narodowe kreują!
Pan Haraburda niedługo tańczył z żoną.
Pani Wanda opowiedziała mu o rozmowie z królem, a rycerz, uśmiechając się pod wąsem, rzekł do niej:
— Prawdę mówi przysłowie, najmilsza Wandko, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ!
Ledwie zdążył powiedzieć to, gdy podbiegł do nich młody Jerzy Potocki, porucznik husarzy królewskich, i, klasnąwszy w dłonie, porwał panią Wandę i uniósł w tańcu, zamieszawszy się w tłumie.



Rozdział XI.
Wierna służba.

W kwietniu dwie duże szkuty żaglowe z armatkami na pokładzie wyszły z Pucka, i opłynąwszy cypel Helu, ruszyły na zachód.
Pan Jan Weyher oraz przebywający w Pucku przez króla przysłani Szkot Murrey i komisarze Piotr Nielsen i Jan Wendt uradzili bowiem wyprawić te okręty pod Kołobrzeg i do ujścia Odry, ponieważ krążyły słuchy, że elektor brandenburski, aczkolwiek lennik Rzeczypospolitej, dla Szwedów zboże rzeką w dubasach spławia i na szmagi ładuje w zatoce szczecińskiej.
Na szkutach służyli polscy żeglarze, na „Zjawie Morskiej“ ćwiczeni, oraz zaciężni wolni ludzie — Duńczycy, Niemcy a nawet Szwedzi, co po Gdańsku i okolicznych miastach bez użytku się włóczyli, burdy czyniąc po karczmach, a nieraz i zbrodni się dopuszczając.
Jedną szkutą dowodził Klemens Budzisz, sztabnik z brygantyny pana Haraburdy, śmiały Kaszub, w żegludze biegły, gdyż u barona Ralfa Palena oddawna służył. Komendantem drugiej był pomocnik Nielsena, duński szyper Olaf Nuks.
Starosta pucki i morscy komisarze królewscy mogli już pchnąć te dwie szkuty, bo stocznia w Pucku rozrosła się znakomicie i odrazu trzy okręty budować mogła. Król nie szczędził dukatów na armatę wodną, a inni panowie-szlachta, niby ze snu się obudziwszy, chętnie trzosy otwierali, ba! — nawet patrycjat gdański konferował na ratuszu o kupnie dwóch okrętów angielskich kupieckich, które pan Weyher miał w działa opatrzyć i do swego regimentu dołączyć.
— Jeżeli spotkają szkuty silnego nieprzyjaciela, — rozprawiali komisarze i Murrey — będą zmuszeni bitwę wydać i zginą, to i tak wielka z tego korzyść dla Rzeczypospolitej wyniknie, albowiem Szwedzi naocznie się przekonają, że swoją flotę budujemy.
Pan starosta kiwał na to głową z powątpiewaniem i mruczał, że pierwsze spotkanie z nieprzyjacielem powinno byłoby zwycięstwem bandery polskiej się zakończyć, jako że godność państwa tego wymaga a i dobry w tem byłby omen dla całej sprawy.
Jednak komisarze królewscy sądzili inaczej, więc pan Weyher umilkł.
Kilka dni oczekiwano powrotu zbrojnych szkut, aż pewnego wieczora do zatoki Gdańskiej weszła, na bakort mocno przechylona szkuta, pod Klemensa Budzisza komendą płynąca.
Nazajutrz komisarze i pan starosta dowiedzieli się o wszystkiem.
Budzisz, stojąc przed komisarzami, mówił:
— Doszli my, dostojni panowie, do Kołobrzegu. Nijakich tam okrętów nie obaczylim. Tedy furt poszlim do gardzieli Odrowej, okiem jeno rzucić. Przyszlim po nocku i widzim — ognie! Rechnujemy, aż do trzydziestu dorechnowalim! Osądzilim my z Nuksem-szyprem, co do świtu powartujemy i obaczymy. Wypadł świt a tu widzimy stoją zugi, co każna ma maszt, jedną obaję i duży żagiel — płyną do nich dubasy i małe kozy z worami, a nad wszystkiem czuwanie ma stary bryg, — do obrony i poratunku, widać, od Szwedów posłany.
— Napadliście na ten okręt? — spytał niecierpliwy pan starosta.
— A jakżeby inaczej beło, dostojny panie?! — odpowiedział Kaszub. — Napadlim my i kulami zarzucalim, a gdy taki hruk se nawiązał, od morza przybieżała duża brygantyna „Carl I“ i odrazu szkutę Nuksową zatopiła, bo w nią pięć kul popadło tuż obok wasserpforty. Jedna dzura se drudziej chwetała! Sącz był wielgi, ani rusz — zatkać! Strzelalim, ile moglim, trzech jeno naszych wyciągnelim ze zwary, a sami chyżo pobieglim... Ścigała nas owa brygantyna, decht do Uska bez mała, aleć my żagle mocniej bieżne mielim, to i odbieżelim, chocia dzurę wielgą w bakorcie przynieślim...
— A ludzi siła, szyprze, na waszej szkucie pobili? — spytał znowu starosta.
— Ze wszyćkiem to trzech ubili, a pięć jeno poranili — rzekł Kaszub.
— Oprócz tej brygantyny i bryga przed Szczecinem nie widzieliście inszych okrętów zbrojnych? — po długim namyśle zadał pytanie pan Weyher.
— A nie! Nie widzielim — odparł Budzisz. — Cale nie widzielim, ale to była mocna brygantyna!...
Pan starosta głowę oparł na dłoniach, a po chwili wstał i rzekł, zwracając się do komisarzy:
— Jak sądzicie, waszmościowie, — nie wiem, lecz ja wysyłam „Zjawę Morską“ na pomszczenie szkuty, bo musimy ducha w okręlnikach podnieść i siłę naszą okazać!
— Na szwank, wasza dostojność, narażasz najlepszy do tego czasu okręt! — zauważył Nielsen.
— Ufam rycerzowi, że potrafi takową imprezę sławnie przeprowadzić! — zawołał pan Weyher i, nie zwlekając, zaczął pismo do pana Haraburdy układać.
Gdy zaś skończył, kazał pachołkowi, co koń wyskoczy, mknąć do Gdańska.
— Nie można inaczej! — mówił pan starosta do komisarzy i Murreya. — Musimy dla honoru powstającej floty polskiej porażkę naprawić. Coby inaczej powiedziała szlachta nasza, która bardziej oczami łypie na Dzikie Pola, niż na morze? A tylko w niem teraz cała nasza nadzieja, bo muszę ja waszmościom powiedzieć, że sine dubio wojna ze Szwecją na długie lata się zaciągnie i my, tu oto obecni, jej końca nie obaczymy!
Komisarze i dzielny, królowi oddany Szkot głowy opuścili i w zadumę smutną wpadli. Zatrwożyły ich prorocze, z wielką siłą wypowiedziane słowa wielkiego wojownika i męża mądrego, jakim był pan Jan Weyher, starosta pucki.
Pan Haraburda, nic nie wiedząc o zapadłem w Pucku postanowieniu, przy boku żony pędził życie spokojne, płynące mu szczęśliwie. W podarowanym przez króla domu, należącym niegdyś do rodziny Kleefeldów, a stojącym przy Długowsi, państwo Haraburdowie rozgospodarowali się na dobre. Panowie Mohl i Sapieha dawno przysłali cały tabor furmanek, ładowanych skrzyniami, sepetami i tobołami, należącemi do przyjaciela, dla którego z Lipkowszczyzny mienie jego wywieźli, z rąk Szwedów wyrywając.
Zawisły na ścianach stare zbroje i oręż, rogi, skóry, kobierce, tkaniny zdobyczne, drzeworyty i wiszące niegdyś w świetlicy — starożytny krucyfiks z Chrystusem z kości słoniowej; stanęły na półkach sprzęty stołowe, a wśród nich złote dzbany i misy, z weneckiego szkła puhary, saskie półmiski, do Sieniawskich należące, a przez wojewodę Piotra nadesłane.
Dobrze było młodym w swoim domu, a dobrze, pewno, było i gościom, bo śpieszyli przy każdej sposobności doń zajrzeć i czas jak najdłuższy spędzić przy kominku, czy przy stole biesiadnym.
U państwa Haraburdów w owym czasie przebywali ciotka pani Wandy — stolnikowa lubelska i młodsza siostra — panna Regina Sieniawska, dziewoja piękna, śmiała w słowach i ruchach, acz do sakramentu małżeńskiego jeszcze leciami nie dojrzała.
Nie dziw więc, że w domu przy Długowsi tłoczno było od młodego rycerstwa, co z Malborku i od pana Lanckorońskiego przy lada okazji do Gdańska się zlatywało, aby w ciemne oczęta panny Reginy spoglądać, wzdychać i na słówka ją wyciągać.
Z tych zalotów śmiał się imć Wojciech Kubala i mówił do pana Władysława, bacząc, aby się po — szlachecku wyrażać i do mowy mazurskiej z pod Ełka nie powracać:
— Przyjeżdżał tu, dostojny panie, owy porucznik pancerny — pan Wiesław Potulicki i nuż, mój panie, przed panienką naszą umizgi wyprawiać, a oczy przewracać, a wzdychać, a kułakami się w piersi bić, że aż huczało, powiedziałbyś, z garłacza ktoś wali i wali! A panienka — nic! Tedy on zapytuje grzecznie: „Czy panna Regina nic nie widzi i nic nie słyszy?“ A panienka na to grzecznie: „Widzę, że pan tak oczami kręcisz, aż mój piesek wścieklizny dostaje, a od łomotania w piersi — kanarki z okrutnego lęku śpiewać nie chcą!“ Hi, hi, hi! Tak mu nasza panienka odpaliła! Kozak dobry z naszej panienki!
— To niedobrze, imć Kubala, że podsłuchujesz, widać! — rzekł, uśmiechając się, pan Haraburda.
— Zaś tam podsłuchiwał! — oburzył się nowokreowany szlachcic. — Ja z naszą panią o rybach, co to Berthen w wiersze na Wiśle złowił, konferowałem. Słuchaliśmy oboje i — hi, hi, hi! — śmieliśmy się, aż pani nasza popłakać raczyła. Hi, hi, hi!
— Toś po to do mnie przyszedł, acanie, aby o tem relację złożyć? — spytał rycerz.
— A nie! — potrząsnął głową Kubala. — Jeszcze o inszej rzeczy chciałem mówić. Wczora przychodził tu jakiś aptekarz i gadał, że leczyć skutecznie wszelakie boleści może. Okrutnie czarny na pysku ten aptekarz i oczyma wierci niczem żbik...
— Cóżeś mu powiedział, asan? — pytał pan Władysław.
— Powiedziałem, że nie masz tu nijakich boleści i że takowych ludzi nie potrzebujemy! — zawołał imć Kubala.
— To dobrześ powiedział! — pochwalił pan Haraburda. — Cóż, poszedł sobie aptekarz?
— Poszedł, bo poszedł, ale przedtem tak jakoś dziwnie ślepiami błysnął i mówi: „Boleści, jak muchy, nie wiadomo, kiedy i kogo opadną!“ — opowiadał imć Wojciech.
— Idźże teraz, wasze, bo słyszę, że ktoś kołatką gruchocze — powiedział pan Haraburda, nadsłuchując.
Kubala wybiegł i po chwili powrócił, trzymając pismo w ręku.
— Goniec od pana starosty puckiego przywiózł — rzekł, podchodząc do rycerza.
Pan Haraburda odpieczętował list i uważnie go odczytał, później jeszcze raz, i — oczy mu się rozpromieniły, twarz się rozradowała.
— Chwała Bogu! — zawołał. — Proś, asan, panią, aby wnet tu przyszła.
Chłopak wybiegł, lecz pan Władysław, nie czekając, drzwi szeroko roztworzył i krzyknął:
— Wandko, bywaj migiem!
Gdy pani Haraburdzina weszła do izby męża, ten z radością w głosie zawołał:
— Pismo od pana Weyhera nadeszło! Posyłają mnie aż pod Szczecin. Mam brygantynę szwedzką zatopić i zamętu przy brandenburskim brzegu narobić, żeby huczno było!
— Wojna!... — westchnęła pani Wanda i z przestrachem patrzyła na męża.
— Toż ci ona nie ustawała! — pocieszał ją rycerz. — Tylko zima impedimenta czyniła, a teraz sam czas na wojnę!
— Boże litościwy, miej nad nami zmiłowanie! — szepnęła pani Haraburdzina i oczy na krucyfiks podniosła.
Tejże nocy rycerz, zabrawszy ze sobą Kubalę, odpłynął, a tak cicho sprawiała się czeladź „Zjawy Morskiej“, że nawet puszkarze w szańczyku przy latarni nie słyszeli, jak brygantyna odpłynęła. Rano, gdy kupcy gdańscy spojrzeli na zatokę, zdziwili się, nie widząc okrętu, i po języka do pani Wandy udali się niezwłocznie.
— Odpłynął, — odpowiedziała na pytania burmistrza i rajcy Henryka Wendlanda, — a dokąd, tego nie wiem, bo nic mąż mi nie mówił.
Wiatr dął posmyczny, wschodni, więc brygantyna szybko doszła do Kołobrzegu, gdzie spotkano kilka dużych łodzi rybaków brandenburskich, wiozących śledzie. Jednak płynęli rybacy na północ, w stronę Bornholmu, więc szyper Muża z pięciu majtkami dobił do nich w szalupie i wziął na spytki. Rybacy tedy wskazali jednego ze swoich, który po niemiecku nie gadał. Stawiony przed komendantem pod lufą pistoletu wyśpiewał, że miał rozkaz zakupić ryby i w Bornholmie na okręty szwedzkie ładować.
Szweda zamknięto w plichcie na sztabie, rybaków umieszczono na jednej łodzi, a resztę zatopiono.
— A pamiętać mi, — mruczał do wystraszonych niemieckich łowców ponury Muża — że, gdy wtóry raz ucapimy — obwiesim na obajach! Na wodę tera! Hyz!
Zbliżając się do Szczecina, pan Haraburda skradał się, jak wilk do stada. Rycerz przypomniał sobie życie zagończyka z Dzikich Pól, gdy to podchodził ordyńców i watahy hultajskie.
— Bieżna, zwrotna nasza „Zjawa“! — mówił do Kubali i Muży rycerz, z zachwytem patrząc na wydęte żagle. — Z taką, to jak z bachmatem uczonym można wpadać na wroga, niby sokół na dzikie kaczki.
Na „Zjawie Morskiej“ po raz pierwszy w świecie domyślono się sposobu ukrycia okrętu, chociażby płynął na otwartem morzu. Doradził to prosty ciura Franciszek Denhof, a wykonała czeladź w pół dnia. Pomalowali okrętnicy burty, żagle i maszty na szary kolor, i od tej pory zdala trudno było dokładnie dopatrzeć brygantyny, a jeszcze trudniej — wyrozumieć, czy był to duży szoner handlowy, lub galara, czy okręt zbrojny, bo pan Haraburda kazał kanonierom działa ukryć, z burty spuściwszy zapasowe płachty żaglowe.
W pobliżu zatoki Szczecińskiej pan Haraburda zaczaił się pod wysokim brzegiem, gdzie stromy spych odrazu na wart przechodził tak, że brygantyna stała na toni spokojnie, niemal brzegu kafą dotykając.
Stojący na grot-marsie okrętnik wypatrywał, co się dzieje na morzu.
Na drugi dzień dryfu przy spychu brandenburskim, Antoni Jekka krzyknął z masztu:
— Brygantyna szwedzka od Szczecina bieży ku nam!
Pan Haraburda do bitwy się przygotował, z ukrycia okrętu nie wyprowadzając, i czekał.
Nieprzyjacielska brygantyna, podniósłszy wszystkie żagle, szybko szła na wschód.
— Daleko chce się zapędzić! — domyślił się, kiwając głową, Muża. — Widzi mi się, że aż pod Helską mierzeję bieży. Pewnikiem na zwiady poszła, czy aby od naszej strony coś nie lutuje? A, może, przeciąć jej ryzę? Jeżeli pobieżemy prosto, jak sierpem rzucić, to dogonić można...
— Nie! — rzekł rycerz. — Do Szczecina niedaleko, granie armat usłyszą, gwałt się zrobi i poukrywają się tacy synowie. Szyprze! Jak za widnokręgiem zniknie ta brygantyna, sunąć za nią będziesz tuż pod brzegiem. Każ spuścić naszą banderę, a w nocy świetliska wcale nie palić!
— Porwa! — krzyknął szyper i zaczął wydawać rozkazy!
Gdy w oddali przepadły szpile masztów szwedzkich, „Zjawa Morska“ ostrożnie sunęła wślad za nieprzyjacielską brygantyną.
W pobliżu Kołobrzega pan Haraburda ukrył się znowu w małej lecz głębokiej zatoce. Od przodu zasłaniała go niewysoka grzępa, wikliną i wierzbami porośnięta. Za nią była głęboka woda, a dalej o dwa strzały armatnie — na szor wysunięta rewa, gdzie morze się mergało, kędzierzawiąc się małemi falami.
Czeladź urządzała maszkarę. Nacięto prętów i niemi obsadzono całą burtę brygantyny, maszty umajono wierzbami, wystawiono armaty na morze i czekano.
— Nijak inaczej — mówił ponury Muża — że z powrotem brygantyna pójdzie przy brzegu, aby nasi, Hel omijając i wartem dalekim płynąc, jej żagli nie obaczyli! Koło nas przejdą Szwedzi...
— I tu pozostaną, szyprze! — dodał ze śmiechem pan Haraburda.
Czekano długo, aż ujrzano powracającą z wywiadu brygantynę.
Rycerz zacierał ręce. Szwedzi płynęli tuż przy brzegu, kierując się na szor pomiędzy kryjówką „Zjawy Morskiej“ a grzępą. Widać, że komendant szwedzki dobrej myśli był, bo na marsach nie tkwiła straż, a ambrazury armatnie przykryto okiennicami.
— Hę? — mruknął Kubala, stojący przy panu Haraburdzie. — Wygodnie sobie płyną... na dno!
Nareszcie brygantyna weszła na głębię między brzegiem i łachą.
Pan Haraburda, spokojny o przebieg bitwy, krzyknął:
— Ognia z pierwszego deku!
Huknęły działa. Dym rozdzielił napastników i napadniętych, a gdy się rozprószył, na „Zjawie Morskiej“ wszyscy ujrzeli pochyloną na lewą burtę brygantynę, usiłującą zawrócić i wyjść poza łachę.
— Ogień z dolnego deku! — rozległa się komenda rycerza.
Po tej salwie brygantynę szwedzką, z potrzaskaną burtą i rozbitym fokmasztem, porwał wiatr i przytknął do piaszczystej łachy.
Napad „Zjawy Morskiej“ był tak gwałtowny i niespodziewany, że żadne działo szwedzkie nie zdążyło dać ognia. Nieprzyjacielscy marynarze natychmiast podnieśli białą chorągiew.
Polski okręt zbliżył się do rzucanej przez fale brygantyny, która co chwila ciężko opadała na piasek. Pękały na niej burtnice i puszczały wodę do rumów, obrywały się wanty, barduny i gafie; chwiały się maszty, a zluźnione w wiązaniach reje groziły upadkiem.
Czeladź „Zjawy Morskiej“ zamykała jeńców do rumu, przenosiła na swój pokład skrzynie z zapasami bojowemi, szkatułę z pieniędzmi i broń; wytaczała armaty, a nawet obcinała żagle i linostrój.
Morze dopomagało Polakom, szybko druzgocząc kadłub szwedzkiego okrętu, łamiąc mu kil, klamburtę i wysoką rufę, odrywając poszycie i wdzierając się coraz dalej do wnętrza.
Odłamki masztów, łęcin i desek już pląsać zaczynały na grzbietach fal.
Szwedzka brygantyna „Carl I“ dogorywała. Nikt nie miał wątpliwości, że nim zmierzch zapadnie, na powierzchni morza pozostanie tylko byta, żałosne resztki dumnego okrętu.
Polska szkuta została sowicie okupiona i pomszczona, lecz nie takim był wojownikiem pan Haraburda, aby na tem poprzestać, więc kazał podnieść banderę polską i ryzę wziąć na zachód.
Do zatoki szczecińskiej „Zjawa Morska“ weszła śmiało, już wiedząc, że nie spotka w niej poważnego przeciwnika. Szwedzi i Niemcy, ładujący krypy i lichtuny zbożem, mięsem, łojem i rybami, pewni, że powraca broniący ich „Carl I“, nie zwrócili na polską brygantynę żadnej uwagi. Dopiero wtedy, gdy „Zjawa Morska“ zaczęła ostrzeliwać mały stary bryg, który, otrzymawszy kilka pocisków, zaczął się palić, jak kupa słomy, powstał popłoch.
Większe i mniejsze statki w gwałtownym pośpiechu jęły wciągać na maszty gaflowe żagle, zamierzając ukryć się na Odrze, lecz pan Haraburda żygnął kulami i przez tubę wydał rozkaz, aby nikt się nie ważył ruszyć z miejsca.
Majtkowie polscy zawinęli się szybko i sprawnie.
Kilku znaczniejszych kupców i jakiegoś barona obito kańczugiem, wygarbowano skórę kilku Szwedom, co nie chcieli grzecznie gadać, spędzono całe bractwo na piaszczysty, niezaludniony brzeg w pobliżu Wollina, a gdy się koło tego szybko załatwiono, wszystkim statkom przewiercono dno i zatopiono.
Skoro na powierzchni zatoki nie było ani śladu kryp i łodzi, Kubala, wesoło śmiejąc się, zawołał:
— Tak, jakby kto zamiótł komnatę po szumnej uczcie! Biboszów wyniesiono, śmiecie wyrzucono! Abgemacht, jak się widzi!
Pan Haraburda, zadowolony z wyprawy, kazał czeladzi wybić dno kufy z okowitą i podpić dla ochoty.
A gdy sam miał zaprószoną głowę, krzyknął, filuternie patrząc na Kubalę:
— Papieru, pióra i czernidła, imć panie Wojciechu!
Kubala uśmiechnął się i natychmiast odparł rezolutnie:
— Mamy garłacze, guldynki, proch, ale takowych rzeczy nie wozimy ze sobą, mój dostojny panie! Chyba pergamin?
— Dawaj pergamin! — wołał rycerz, wychylając szklanicę okowity i zagryzając ją suchą, wędzoną kiełbasą.
— Dostojny panie! Musiałbym wprzódy skórę zedrzeć z owych jeńców, zamkniętych w rumie. Przy tej sposobności i inkaust będzie — tylko czerwony — bo z juchy!
Głowił się rycerz, skąd ma wziąć potrzebne do pisania instrumentum, aż się domyślił. Kazał więc sobie podać kawałek żagla i węgiel z kuchni okrętowej.
Rozłożywszy płótno na stole, pochylił się nad niem, i, marszcząc brwi, kreślił słowo po słowie, każde na głos wymawiając:
— Jaśnie Oświecony Elektorze Brandenburski, wierny lenniku Rzeczypospolitej! Mając intencję życzliwą odwiedzić Was w grodzie waszym Szczecinie, przybyliśmy do zatoki onej, aby dalej podążyć, serce nasze, miłością ku Wam płonące, wioząc. Jeno impedimenta zgoła niespodziewane zatrzymały nas w drodze, jaśnie oświecony panie i dobrodzieju. Bo oto spotkaliśmy tu waszych kupców, rolników, rybaków, panów szlachetnie urodzonych oraz Szwedów, którzy to ludzie tak zapchali drogę, że dojść do was nie mogliśmy ad magnam nostram sollicirudinem, lecz przyrzekamy wam, jako żeglarze uczciwi, że w odwiedziny przybędziemy primo quoque tempore. Na grzbietach waszych chudopachołków, cośmy koło Wollina pozostawili, odczytacie, jaśnie oświecony Elektorze, co Was czeka, jeżeli dłużej, jak owa przekupka z rynku, ślepiami zerkać będziecie na zachód i na północ, chociaż to wam, Elektorze, nie przystoi, boć stary jesteście i pludry, a nie jubkę do pasa uwiązujecie.
Waszej oświeconości brandenburskiej powolne sługi...
Przy ryku, śmiechu i krzykach okrętników pan Haraburda skrzętnie wypisał nazwiska całej załogi, datę wystawił i, w smole, którą szczele pokładowe dychtowano, rękę umaczawszy, plasnął dłonią szeroką, pieczęć na epistoli takowej umieszczając.
— Hej tam, który, skocz-no do jolki i oddaj jakiemu rybakowi, aby księciu swemu pismo doręczył, a dodaj mu tego talara za pośpiech! — rzekł ze śmiechem mocno podochocony rycerz.
— Gdyby ten rybak, co pismo powiezie, wiedział, on by i tysiąca czerwonych złotych za takowe posłowanie nie chciał wziąć — zawołał, tarzając się od śmiechu, imć Kubala. — Wyłoi mu skórę na safjan elektor!
— A ja tam i bez talarów do elektora pobiezę i pysmo z łapki do łapki włoyę! — krzyknął, wychodząc z tłumu majtków, komendor Pyza, zadzierżysty Mazur.
— Tak i włozę! — powtórzył, błyskając oczami.
Pan Haraburda zmiarkował, że Gdańska okowita była zbytnio ognista, więc odrazu do przytomności umysłu i powagi powrócił i, powstając, rozkazał:
— Szyprze, jak jolka przyjdzie od brzegu, wypłyniesz na morze i poprowadzisz brygantynę do Gdańska. A warugi wyznaczyć pełne i pilnować, pilnować! Czuj duch!
Na pokładzie, marsach i obajach po chwili odbywano zwykłą podczas pławby robotę. „Zjawa Morska“ biegła ku wschodowi. Czaty tkwiły na marsach. Ponury, do złomu skalnego podobny Muża mruczał zwykłe straszliwe przekleństwa morskie, z których najgrzeczniejsze opiewało na „trzykroć sto tysięcy pustych kadzi śledziowych“, pykał fajką i, stojąc przy sterniku, nadawał brygantynie ryzę na wschód.
Pan Haraburda wyciągnął się na swym leżaku w dunecie i chrapał.
Czuł radość wielką w sercu, bo we śnie uśmiechało się doń słodkie, piękne, gorąco kochane oblicze pani Wandy a w jej modrych oczach świeciła miłość i duma.
Zagończyk morski spał aż do Kołobrzegu, gdzie czeladź z warugi nie dojrzała żadnego śladu zatopionego „Carla I-ego“.
Nikt z porwanych przez pana Haraburdę Szwedów nigdy nie przyznał się, jak podszedł ich zagończyk polski, zarówno jak możny elektor brandenburski nikomu się nie pochwalił otrzymanym od rycerza listem zuchwałym, z pieczęcią smolną.



Rozdział XII.
Zagończyk morski.

Nie długo bawił w domu pan Władysław Haraburda, gdyż w kilka dni po powrocie z wyprawy pod Szczecin wezwali go do siebie komisarze królewscy i oznajmili, że ma czekać na przybycie wielkiego hetmana koronnego.
Tegoż wieczora zjechał do Pucka hetman Stanisław Koniecpolski i w domu starosty stanął.
Na widok pana Haraburdy, oczy hetmanowi śmiać się zaczęły i, chociaż troska malowała się na dostojnem obliczu, rzekł wesoło:
— Ha, mopanku, znowu się spotykamy, ja ci powiadam! Zapraszałem ciebie do Malborku, ale ty się nie śpieszysz, mopanku, ja ci powiadam. Więc jeżeli nie chce góra iść do Mahometa, to, ja ci powiadam, mopanku, Mahomet do niej idzie! Tak to, ja ci powiadam! Słyszałem już o twoich, ja ci powiadam, harcach pod Szczecinem, mopanku. Możesz victoriam conclamare, mopanku, ja ci powiadam, bo elektorek nam teraz cienko śpiewa, ja ci powiadam. Pisze do mnie, do marszałka koronnego i do króla, ja ci powiadam, epistulas uniżone i arcyucieszne, mopanku! Pisze, że nic, ja ci powiadam, o niczem nie wiedział, że to, mopanku, jacyś żądni talarów, mopanku, ludzie tak sobie do Szwedów lgnęli!
— A na mój list, wasza dostojność, elektor odpowiedzi nie przysłał? — spytał pan Haraburda.
— Na twój list? — zdziwił się hetman. — A cóż to za konfidencja, ja ci powiadam, pomiędzy tobą, mopanku, a elektorem?
Pan Haraburda opowiedział o piśmie swojem, węglem na żaglu pisanem.
Hetman i panowie pokładali się ze śmiechu, a pan starosta, jako że człek to był krewki, do świeżego buraka stał się podobny.
— No to widzę, ja ci powiadam, mopanku, że z tobą można na wielkie rzeczy się porywać, ja ci powiadam! — wołał, z uciechy klaszcząc w dłonie, pan Koniecpolski.
— Życie i mienie oddam dla ojczyzny! — odparł rycerz.
— No, to wszystko, znaczy, ja ci powiadam, oddajesz, mopanku! — ze śmiechem mówił hetman.
— Nie, wasza dostojność, — powiedział pan Haraburda — nie wszystko, bo żony nie oddam!
— A nie dziwuję się, mopanku, ja ci powiadam! — kiwnął głową hetman i, spoważniawszy nagle, ciągnął dalej:
— Teraz extra iocum! Szwedzi znowu przenoszą teatrum belli do Inflant. Już wiemy, że w portach i na Gotlandzie gromadzą się orlogi i galery z wojskiem i amunicją. Musimy mieć czas, aby ściągnąć ku granicom więcej wojska. Uwijają się tam teraz zacni kawalerowie a twoi druhowie — Dubissa-Kraczak, Mzura i Korsak Walenty. Ale to kropla w morzu! Nie zdzierżą oni!
Hetman podparł ręką stroskaną głowę i po chwili mówił dalej:
— Djablo mało mamy okrętów, mości panowie! Te bowiem wasze szkuty koło brzegu są dobre, ale na morzu, to — pies wśród zgrai wilków! Nic-to, furda!
— Święte słowa, wasza dostojność! — rzekł rycerz. — Nie szkutom stawiać czoło szwedzkiej armacie potężnej!
— No, widzisz, widzisz, waść! — zawołał pan Koniecpolski. — Wiem, że panowie komisarze i pan starosta już budują dwie duże karawele, lecz póki słońce wejdzie, rosa oczy wyźre. Mamy nóż na gardle! Nóż na gardle, ja ci powiadam! Do ciebie, przeto, waść, zwróciła się myśl moja, o czem najjaśniejszemu panu usilnie referowałem, aż zgodę swoją dać raczył...
Hetman umilkł. Zapanowała głęboka cisza. Słychać było, jak muchy tłukły się pod pułapem. Nareszcie pan Koniecpolski podniósł oczy na rycerza i twardym głosem recytować zaczął:
— Wypłyniesz ze swoją brygantyną, weźmiesz, ile zażądasz, szkut i barkasów z Pucka i rób, co chcesz i jak obmyślisz, ale Szwedów wstrzymaj chocia na dwa tygodnie, aż podciągną łanowi i chorągwie wojewody Ostroroga, bo tam obecnie jest maximum periculum! Rozumiesz, waść?
Pan Haraburda nie odrazu odpowiedział. Myślał długo, aż spojrzał na komisarzy i zapytał cichym głosem:
— Czy mogę wziąć ze sobą szkuty i sam je potopić, gdy mi potrzeba wypadnie?
— Potopić szkuty?! — zawołali panowie Wendt i Nielsen.
— Tak jest! — odparł rycerz. — Może tuż za Helem je potopię. Chcę, żebyście waszmościowie zaufali mnie i owe statki niby podarowali. Jeżeli będzie zgoda i przyzwolenie — wypłynę za trzy dni i rozkaz spełnię, wasza dostojność.
— Co zamierzasz czynić? — spytał niecierpliwy pan Weyher.
— Relację o tem złożę po powrocie z wyprawy, panie starosto — rzekł pan Haraburda.
— Władzą swoją hetmańską zezwolenie daję! — powiedział pan Koniecpolski i dłonią w stół uderzył.
— Wtedy będę prosił, aby ludzie moi zajęli jutro dwie barkasy i trzy szkuty po 150 łasztów każda. Wyprowadzę je za mierzeję, aby niczyje oko nie dopatrzyło tego, co czynić będziemy z owemi statkami — mówił twardym żołnierskim głosem rycerz, podnosząc się.
— A mnie, mopanku, ja ci powiadam, opowiesz o tem, co zamierzasz robić? — zapytał hetman.
— Powiem w kwaterze waszej dostojności! — odparł pan Haraburda.
— To nam nie ufasz? — spytali komisarze, a pan starosta, człek domyślny, tylko oko przymrużył.
— Jakbym śmiał takim zacnym wojownikom i wiernym sługom królewskim nie ulać?! — wzruszył ramionami rycerz. — Lecz wybaczcie, waszmościowie, że powiem, iż jesteście do cudzoziemskich obyczajów nawykli. Ja zaś od zagończyków wojny się uczyłem i takowy modus zamierzam na morzu wypróbować.
— Hm! — mruknął pan starosta. — Rozumiem... rozumiem ciebie, rarogu!...
Gdy zostawszy w hetmanowej komnacie z panem Koniecpolskim i starostą, pan Haraburda wykładał im swój plan, hetman bez przerwy bił się po biodrach i pokrzykiwał:
— A to heca kole pieca, mopanku, ja ci powiadam! Toż to będzie takie teatrum, że aż — ho! Maszkara z przebieraniem się, ja ci powiadam! Nałowisz ty tam rybek, mopanku! Ja ci powiadam, Gustaw-Adolf i książę Gotland, mopanku, jak psi na księżyc, ja ci powiadam, wyć będą... A my im powiemy tedy: „Starsze nasze portki, niż wasze głowy!“ Ho, ho, ho!
Pan Koniecpolski aż na poręcz fotela upadł, trzęsąc się od śmiechu, a pan Weyher, którego krew zalała, mlaskał ustami i, kaszląc, prychając, wyrzucał słowo po słowie:
— Goddam... Ćwik!... Nie fryc... Goddam... Oj... krew... krew... mnie zaleje... Wina... pachołek... co żywo... bo ubiję! Oj! Głowa... nie igłą w niej układano...
Przy kielichach w wielkiej ochocie upłynął wieczór.
Jeszcze tejże nocy imć Kubala mknął do Gdańska z pismem pana Haraburdy.
Wzywał bowiem rycerz panią Wandę do Pucka, gdyż nie chciał z Gdańska, obawiając się szpiegów, odpływać; a także rozkazywał szyprowi Muży do Pucka posunąć „Zjawę Morską“ bez zwłoki.
Nazajutrz przed wieczorem, gdy rycerz, pozostawszy we dwoje z żoną, opowiadał jej o wynikach narady z hetmanem i komisarzami i o tem, co zamierzał czynić, brygantyna stała już przed Puckiem. Żadnego ruchu nie można było jednak dojrzeć na niej.
Pan Haraburda w szalupie podpłynął do swego okrętu, krótką chwilę rozmawiał z szyprem Mużą i, pozostawiwszy imć Wojciecha Kubalę, spokojnie powrócił do Pucka. Wkrótce ten i ów z mieszkańców powtarzał, że coś się popsuło na brygantynie, którą ciesielscy mistrzowie naprawiać mają.
Wieść ta dotarła do Gdańska, gdzie zniknięcie „Zjawy Morskiej“ dało żer różnym domysłom i baśniom. Służący wrogowi kupcy wieść tę szybko posłali Szwedom.
Jednak późnym wieczorem, gdy światła w domach puckich mieszczan zgasły, zakipiała robota. Do burty brygantyny podpłynęły dwie duże szkuty i trzy szmagi dwużaglowe, obsadzone przez okrętników pana Haraburdy; inni na łodziach pojazdowych zwozić zaczęli beczki, skrzynie i wory, układając je w rumach małych statków. O północy otwarto luki w pokładzie brygantyny i zaczęto spuszczać na sznurach jaszcze z prochem, rybami, suchemi podpłomykami, słoniną, duże kadzie i stągwie z wodą, znoszono kule armatnie oraz niedawno sprowadzone z Niemiec „karkasy“ — srogie pociski płonące.
Gdy wszystko było skończone, z fok-marsy bosman po trzykroć podniósł i opuścił zapaloną latarnię i ciemność ponownie nad Małem morzem zapadła.
— Czas już na mnie — rzekł rycerz, biorąc obydwiema rękami dłoń żony.
— Pomódlmy się, Władeńku!... — szepnęła pani Wanda.
Uklękli przed krucyfiksem starym, który tyle pokoleń walecznych Haraburdów widział, gdy oczy ku męczeńskiemu obliczu Ukrzyżowanego przed wielką przygodą lub w radości bezmiernej wznosili.
Nareszcie pani Haraburdzina wstała i z ciężkiem westchnieniem rzekła:
— Tylko dla ojczyzny bez łez i rozpaczy cię puszczam, serce ty moje umiłowane. Bądź-że spokojny mi, bo w modlitwie widziałam szczęśliwą pławbę i ciebie w promieniach sławy!
— W imię ojczyzny i twoje dokonam znacznych czynów! — zawołał w uniesieniu pan Haraburda i, ucałowawszy żonę w usta, oczy i czoło, nie oglądając się, wyszedł twardym krokiem.
Pani Wanda wślad za nim znak krzyża świętego nakreśliła i sama drzwi zamknęła, aby nikt w domu nie wiedział, że rycerz tej nocy Puck opuścił na długo.
Gdy pan Haraburda wstąpił na pokład „Zjawy Morskiej“, natychmiast rozległo się ciche gwizdanie dudki bosmańskiej. Przed burtą brygantyny sunąć zaczęły żagle szkut i szmag i wkrótce pochłonął je nocny mrok.
Rycerz wyczekał długą godzinę, a gdy nareszcie spojrzał na pektoralik i na zniżającą się już Wielką Niedźwiedzicę, rzekł do Muży cichym głosemŁ
— Wyprowadzaj!
Szyper gwizdkami podawał komendę. Warcząc, w kluzach pobiegły na wijadła łańcuchy kotwi, aż od rufy i sztaby rozległy się przyciszone głosy bosmanów:
— Koty na wierzchu!
Znowu pogwizdywał Muża, a okrętnicy, stojący już na marsach i łęcinach, rozpinali żagle, zaś kwatermistrzowa czeladź pracowała przy sterze.
„Zjawa Morska“, nabierając pędu, sunęła z Małego morza, kierując się ku cyplowi piaszczystej mierzei helskiej. Plusnęły pod ostrym dziobem wały szoru i zagrały żagle, biorąc wschodnią dmę. Brygantyna ominęła piaszczystą łachę i pobiegła na zachód.
Gdy na morzu i na ciemnem niebie kreślić się zaczęły szare, mętne smugi przedświtu — z fok-marsy warugowy majtek krzyknął:
— Szkuty i szmagi — pod brzegiem!
Zwolniwszy biegu i ostrożnie sunąc ku ziemi, „Zjawa Morska“ oddała nareszcie kotew i spuściła na wodę szalupy.
Cała załoga stanęła do pracy. Brzeg był pustynny i tylko dzikie kaczki, rybitwy i mewy widziały, co się tam działo.
Dwa dni szustało brygantynę na biegnącej szelei przy piaszczystym brzegu, ale przez ten czas szkuty i szmagi naszychtowano piaskiem i kamieniami, a zgóry — do połowy masztów zawalono faszynami, które czeladź rąbała w zaroślach wiklinowych. Brygantyna też zmieniła swój wygląd. Pomalowano ją znowu na szaro, wywieszono bandery Hanzy i na tablicę ze słowami „Zjawa Morska“ nabito tarcicę, gdzie czernił się napis „Lubeka-Hanza“.
— Z Bogiem! — zawołał nareszcie pan Haraburda. — Ruta na Bornholm!
— Westa na wodę! — odpowiedzieli szyprowie.
Nadawszy wszystkie żagle, pobiegły na wart ciężkie szkuty, przez które raz po raz przebiegała szumiąca przelewa; na uboczu, o strzał armatni, płynęła brygantyna.
Gdy dojrzano brzegi wyspy, pan Haraburda rozkazał małym statkom ominąć ją i trzymać rudel na Gotland, sam zaś śmiało zbliżał się do Bornholmu.
Znalazł tam kilka dużych galjon żaglowych, naładowanych rybami dla wojska i jedną orlogę zbrojną, osłaniającą gotową do odpłynięcia flotylę. Podszedłszy blisko, pan Haraburda zatopił orlogę i krypy, wyniszczył do reszty baty, barkasy, zugi, a nawet najmniejsze łupiny morskie i, spokojny o to, że z wyspy długo nikt nie doniesie Szwedom o napadzie, pobiegł na północ.
Dognawszy swoje szkuty, ostrożnie zbliżał się rycerz do Gotlandu. Wiedział, że tam spotka silnego wroga, gdyż z tej wyspy zwykle wyruszała armata szwedzka ku brzegom Kurlandji i Estonji, podarowanej przez króla Zygmunta koronie polskiej.
Nie pomylił się pan Haraburda i w tem widzieć zaczął dobry omen dla swej zuchwałej wyprawy. Od barona Palena i starych szyprów z „Filsandy“ rycerz dowiedział się, jak się odbywa żegluga koło Gotlandu i gdzie rzucają kotwie duże okręty. Rozmawiał też o tem z kupcami gdańskimi, kiedy oni go namawiali do pływanek targowych, a on mapy przeglądał starannie i z komendantami galer hanzejskich przy kubku miodu i węgrzyna rozmowy o żegludze do różnych krajów prowadził.
Wiedział więc pan Haraburda, że jedyną zatoką, gdzie mogą lądować okręty, jest Wisby, do której prowadzi wąska lecz łodna cieśnina pomiędzy wysokiemi skałami.
Podszedłszy w nocy do zatoki, pan Haraburda rogiem retmana szwedzkiego wyzwał, aby stanął przy rudlu i do Wisby brygantynę wprowadził.
Gdy „Zjawa Morska“ stanęła na jednej kotwi w zatoce, rycerz odwiedził starszyznę portową. Oznajmił zbudzonym ze snu Szwedom o przybyciu czołowych statków dużej flotyli, wiozących dla wojska faszyny oblężnicze, prowiant i proch, i upewniwszy, że nazajutrz przybędzie sam kupiec hanzejski — Fryderyk Stein dla lichtunku towarów i pobrania opłaty, powrócił na swoją brygantynę.
Już wchodząc do Wisby, pan Haraburda dostrzegł dwie duże zugi, stojące tuż przy czeluści cieśniny, prowadzącej do zatoki.
— Dobra nasza! — rzekł do Kubali i Muży. — Niech nasze szkuty pocichu płyną na morze i biegną do Gdańska, piach i kamienie po drodze wyrzucając...
Rycerz ustawił swoje trzy szmagi tak, że niemal dotykały burtami kadłubów wielkich szwedzkich fregat, najeżonych działami.
Tuż przed świtem bosmanowie i ciurowie ze szmag zjawili się na pokładzie brygantyny.
— Wsyćko abgemacht! — zaczął recytować bosman. — Cumkami mocno nasze koryta do sterów tych oto szwedzkich basetli psycepilim i lonty długie do becek prochowych opuścilim. Tlą się sobie tera i tlą, jakgdyby nic, a jak się dotlą, no, to prochy fukną zamasyście, bo becki kamieniami psywalone!
— Wyprowadzaj brygantynę, szyprze! — szepnął do Muży pan Haraburda.
„Zjawa Morska“, którą wiatr dokoła łańcucha kotewnego obrócił i dziobem do wyjścia postawił, skierowała się powolnym biegiem ku wyjściu z Wisby.
Tuż za skałami brygantyna stanęła w dryf, szustając się zlekka na gładzie, nadbiegającej z odkrytego morza.
Kilka szalup odbiło od niej natychmiast.
Uzbrojeni okrętnicy pod dowództwem Kubali i sprytnego a zuchwałego komendora Pyzy, co to pismo rycerza dostarczyć księciu brandenburskiemu się podejmował, cicho podpłynęli do szwedzkich zug, stojących przy cieśninie.
Porzucone przez ludzi i uszkodzone stały pochylone, już wodą zalewane.
— Jak im więcej gardziele roztworzymy, to już niewiele a pójdą sobie na dno — zauważył radosnym głosem Kubala. — Bóg nad nami czuwa!
— Fart ma nasz komendant i — tyle! — odparł Pyza, wiercąc dziurę w sztabie krypy.
Odrąbano cumy. Statki, od przodu napełniając się wodą, zaczęły sunąć ku sobie dziobami, coraz się bardziej nurzając.
Gdy szalupy przybiły do brygantyny, szwedzkie zugi zatonęły.
— Dobra! — zawołał pan Haraburda. — Teraz żaden duży okręt stąd nie wyjdzie! Ludzie do dział! Biegły ogień po zatoce karkasami!
Huknęły armaty. Płonące pociski zaczęły padać na duże i małe statki szwedzkie, szerząc popłoch wśród śpiących majtków i pogrążonego w ciemnościach miasteczka. Palić się najpierw zaczęły ładowane sianem i owsem orlogi, a ogień przerzucał się na stojące wpobliżu szkuty i lichtuny. Hukowi dział z brygantyny odpowiedziały wybuchy szmag polskich, a wylatujące kamienie i odłamki drzewa burzyły burty i pokłady szwedzkich galer i mniejszych brygów, zapalając niektóre z nich i topiąc.
Wtedy wynikło zamieszanie na zatoce. Różne statki w popłochu rejdowały kotwice i rąbały trzymające je przy brzegu lub przy pływających bakanach cumy, usiłując wyjść z Wisby, która stała się pułapką. Statki, płynące w nieładzie i w zwodniczem świetle płonących kryp i brygów, potrącały się burtami, zderzały się dziobami, lub wbijały ostre żelazne okucia sztab w szerokie rufy stojących przed niemi okrętów. Przerażone krzyki, nawoływania, gwizdki bosmanów na owral, ryk rogów i tub zmieszały się z trzaskiem i sykiem płomieni, hukiem dział „Zjawy Morskiej“ i bezładną strzelaniną z rusznic, gdyż ku brzegowi zbiegali zbudzeni ze snu drabanci szwedzcy i rajtarja.
Pan Haraburda szalał, a jego brygantyna, niewidzialna w nocy, nagle się wyłaniała, jak szkarłatne widmo, ziejąc ogniem ze wszystkich wyziorów burtowych, ze sztaby, z teremu sterowego a nawet z marsów, gdzie pomysłowy żeglarz ustawił lekkie śmigownice. Gdy płomienne żądła dział, łyskające wzdłuż burty, znikały, — mrok ukrywał napadającą „Zjawę Morską“, aż znów się wynurzała z otchłani nocy, w czerwonych wyziewach paszcz armatnich, groźna i wściekła.
Dwie duże szwedzkie fregaty, w obawie przed nowemi wybuchami i szerzącym się pożarem, ruszyły ku cieśninie, strzelając z armat, stojących na dziobie. Pan Haraburda nie krył się jednak, więc brygantyny, rozpiąwszy wszystkie żagle, runęły śmiało naprzód, aby się przerwać na otwarte morze i, zczepiwszy się z przeciwnikiem, odeprzeć zuchwały napad.
„Zjawa Morska“ nagle przestała zasypywać zatokę pociskami i na masztach swoich zapaliła duże świetliska. Kule nieprzyjacielskie uderzały teraz o pokład, przetrącały cieńsze gafie i reje, zmiatały majtków, a wśród nich buńczucznego Pyzę, którego pocisk ugodził w pierś, lecz pan Haraburda wciąż trzymał puszkarzy przy działach w bezczynności. Czekał...
Fregaty nabrały pędu i leciały, jak ptaki, ku wyjściu z zatoki.
Nagle rozległ się zgrzyt, wściekłe i wystraszone krzyki, odgłosy urywanej, brzmiącej trwogą komendy, jakieś rozpaczliwe sygnały. Minęło kilka minut i uszu rycerza doszedł nowy chrzęst, trzask pękających tarcic poszycia, plusk wody, wycie przerażonych ludzi i jeszcze bardziej trwożne sygnały, nawoływania i gwizdki.
— Biegły ogień z obydwóch deków! Zniżyć cel! — huknął pan Haraburda.
„Zjawa Morska“ znowu zaryczała, rozdzierając nocną ciszę grzmotem dział, błyskawicami migotliwemi przeszywając mrok, szalała i wściekała się aż do pierwszych błysków świtu.
Wtedy dopiero odpłynęła od skał Wisby na daleki strzał armatni i zdryfowała.
Pan Haraburda z szyprem weszli na fok-marsę i przez lunetę rozglądali pole walki.
— Jest! — zawołał rycerz i ręką wskazał na wystające z wody szpile i topreje masztów szwedzkich brygantyn.
— Wskoczyły te fregaty na utopione zugi, wały się i stanęły, a my ich dobilim! — domyślił się szyper. — Chwacko zapchalim ową gardziel, teraz któżta tam przechynie?
— Nikt! — odezwał się pan Haraburda. — Nikt, aż podniosą lub prochami wysadzą owych topielców.
Gdy czeladź ujrzała zamknięte wyjście z Wisby, zrozumiała że, przerywając ostrzeliwanie, komendant wziął Szwedów na wabia i kadłubami ich okrętów zatkał zatokę.
— Dla takowej zabawy to umrzeć słodko, nicem kubek okowity łyknąć! — zauważył młody mazur Szczurek, obszywając w płótno ciała zabitych towarzyszy. — Ciescie się zatem, brachy, że w taki poranek za ojczyznę się pomarło wam!
Ze szczytów skał żywiej zagrały rusznice piechurów szwedzkich, lecz kule nie dolatywały już.
Posławszy Szwedom kilka pocisków armatnich, „Zjawa Morska“, zhysowała żagle i odpływać zaczęła.
Pan Haraburda zamknął się w dunecie i, rozwinąwszy przed sobą mapę Bałtyku, myślał.
W rogu izby siedział nieodstępny towarzysz — imć Wojciech Kubala i, jak w słońce, patrzył w groźne, skupione oblicze rycerza.
Nagle pan Haraburda podniósł głowę, a oczy mu błysnęły drapieżną wesołością:
— Czyżbyś nie chciał, asan, do króla Gustawa-Adolfa na piwo wstąpić i do kompanji z nim się zaprosić? — spytał nagle.
Kubala oczy zmrużył i wzruszył ramionami.
— Z waszą dostojnością to i do kompanji z djabłem zaprosić się rad jestem! — rzekł.
— Cóż to, asan, wygadujesz! — udając oburzenie, zawołał pan Haraburda. — Czyżbyś widział, żebym się z djabłem zadawał?
— A widziałem! — ze śmiechem odparł sprytny chłopak. — A czyż baron Palen nie był djabłem? Sam słyszałem, jak pysznił się, że go nazywano „morskim czartem!“
— Ha, tedy mea culpa! Masz, widzę asanie, rację — powiedział wesołym głosem pan Haraburda. — No, to już wiedz, że właśnie do Sztokholmu popłyniemy, ale nie wiem, czy Gustaw Adolf rad nam będzie? Ciebie poszlę jego o to zapytać, imć panie Kubala!
— Grzecznie będę do niego gadał, to i rad będzie! — zawołał Wojtek. — Siła mu możemy uciesznych rzeczy o gotlandzkiej hecy rozpowiedzieć! Nudzi mu się przecie w Sztokholmie bez wieści i dobrej kompanji!
— Jeżeli tak, to pójdź do szypra i powiedz mu tylko tyle: „Nord!“ — rozkazał pan Haraburda, a Kubala natychmiast dunetę komendanta opuścił.
Długo płynęła „Zjawa Morska“ na północ, bo w dzień czaiła się w głębokich fiordach, ukrytych za skalistemi wiszarami brzegów i za rafami, pomiędzy któremi zwrotna i słuchająca rudla brygantyna, ciągle rzucając grzązło do mierzenia głębokości, szczęśliwie się wślizgiwała. Okoliczni rybacy i wieśniacy zbiegali ku niej, na wąski zdziar, a, widząc flagę Hanzy, z zaufaniem wchodzili na pokład i przed mówiącemi po niemiecku i szwedzku okrętnikami tajemnic nie mieli.
Pan Władysław Haraburda gromadził ważne wieści i głowił się nad tem, jakby je staroście, panu Weyherowi, przesłać.
Udało mu się to w kilka dni później. Dojrzał, bowiem, szyper na maszcie płynącej galery hanzejską flagę. Wyszedłszy z fiordu, rycerz przeciął drogę okrętowi i, zatrzymawszy go, prosił komendanta o oddanie w Gdańsku pisma kupcowi Hanzy, Johannowi Lehmanowi, który, jak wiedział, był miłośnikiem Rzeczypospolitej.
Pan Haraburda pisał do Lehmana chytrze. Radował się więc, że „Handelsseeberufsgenossenschaft“ robi dobre interesy i pomaga królowi Gustawowi, który złotem płaci za towary, z Lubeki i Hamburga dostarczane, że wojowniczy król długą wojnę obmyśla, bo pospolite ruszenie, o jakiem nie słyszano dotąd w Szwecji, ogłasza i rybaków na swoje okręty przymusem wsadza, prochownie pootwierał w Malmö, Goteborgu i Karlskronie, którym to prochowniom Prusy książęce i elektor brandenburski saletrę i siarkę posyłają. Pisał jeszcze pan Haraburda, że przez dwa tygodnie będzie jednak spokój, bo roboty dużo, albowiem wojna się gotuje, zalecał, aby się czcigodny Lehman nie wygadał z tem przed starostą puckim i mieszkańcami domu przy Długowsi.
Podpisał pan Haraburda swoje pismo nazwiskiem niemieckiem i znowu dodał, że z wojny szwedzko-polskiej rad jest.
Widocznie jednak i pan starosta Weyher, gdy od Lehmana o piśmie się zwiedział, też rad był, bo, nie zwlekając, pchnął gońca do hetmana Koniecpolskiego, a sam poleciał do Gdańska i jął zabierać okręty przewrotnej i zdradliwej Hanzy, do floty polskiej je włączając spokojnie.
Porwał więc krewki pan starosta dużą orlogę, stojącą w porcie, i galerę, która pismo pana Haraburdy przywiozła, i, nic nie podejrzewając, żelazo szwedzkie do składów gdańskiego kupca, Justusa Krockera, lichtowała.
Wpadł później pan Weyher do pani Wandy i, chociaż krew go już od wzruszenia i radości bezmiernej zalewać zaczęła, wybełkotał, wymachując rękami:
Defensor patriae! Rycerz przesławny... Salvator Rzeczypospolitej... Kroniki o nim pisać... będą!...
Pani Haraburdzina, która już od imć Lehmana wieści o mężu otrzymała, tak wielką szczęśliwość w sercu czuła, że na widok oblicza sędziwego pana starosty, słysząc jego zachwyt nad czynami rycerza, w uniesieniu rękę mu ucałowała.
Łzy miał w oczach poczciwy pan Jan, a po chwili krew go do czubka potężnej głowy zalała, bo usłyszał coś, czego w liście nie było.
— Opowiadał panu Lehmanowi komendant hanzejskiej galery, że zahaczył o Gotland i nie mógł wejść do zatoki, bo ją jakowaś brygantyna zatkała, w potrzask wprowadziwszy siła okrętów szwedzkich! — mówiła pani Wanda.
— To on zdziałał! — zakrzyknął pan starosta. — On — zagończyk morski, niech go... kule biją! Nikt inszy — tylko oni...
— I ja tak suponuję, — rzekła pani Haraburdzina — bo...
Nie skończyła jednak, gdyż pan starosta tak straszliwie pokraśniał i prychać zaczął, że pobiegła po wodę, którą ujrzawszy, pan Jan rękami zatrzepotał i wyjąkał:
— Wina... prędko wina!...
Wypiwszy duszkiem duży kubek, do równowagi i zdrowia szybko pan starosta powrócił.
— Teraz rozumiem — rzekł, sapiąc — co znaczą owe „dwa tygodnie“, podkreślone grubo, w piśmie pana Władysławowem! Ha, zagończyk! Pokaże on im, gdzie raki zimują! A to się nam frant przytrafił! Pfu! Pfu! Oj, radzi mu szwedzkie gemajny, jak dziewki suchej rzepie! Aha! Na to szczupak jest, żeby karaś nie drzymał! Aha! Pfu! Pfu! Bezmała krew mnie nie zalała ze wszystkiem! Pfu!
Długo się nie mógł uspokoić pan Weyher, aż się zerwał, jak opętany, i, klasnąwszy w dłonie, huknął na pachołka:
— Biegnij mi lotem do burgrabiego i powiedz mu, żeby mi tu migiem karabon pchnął i dobre konie dał, bo do pana hetmana do Malborka skoczyć muszę! A na jednej nodze! Na jednej nodze, bo ubiję, jak mi Bóg miły, ubiję!
Niecierpliwy i krewki pan starosta istotnie poleciał do hetmańskiej kwatery, aby nowiną się osobiście podzielić i wielkim sukcesem się nacieszyć.
Pani Wanda zaś długo się modliła, oczami duszy usiłując przez otchłań oddalenia ujrzeć swego rycerza, błąkającego się po nieznanem morzu, śmierci i niebezpieczeństwu w źrenice patrząc bez strachu i wahania, gdyż ojczyźnie służył szczerze, o sobie zapominając.
— Jeżeli potrzebny on jest dla szczęścia i sławy Polski naszej, chroń go wśród wałów szalejących i strzał wrażych, Matko Przenajświętsza, Zbawicielu Umęczony! Zbaw go dla ojczyzny i dla mnie — niegodnej! Osłoń go opieką potężną, Boże!
Usłyszana została w niebiosach modlitwa żony rycerza, bo gorąca była ta modlitwa i w głębi czystego, miłującego serca, troską i boleścią wykarmiona.
Pan Haraburda wężowym szlakiem sunął ku Sztokholmowi, w dzień zapadając do mrocznych fiordów, a w nocy — wartem biegnąc na północ. Wpobliżu Nykoping napadł na dwie galery szwedzkie z rajtarją i końmi i potopił, nikogo nie żywiąc; zaczaiwszy się w ciemnych wiągach tuż przed Sztokholmem, topił przez trzy dni szonery, zugi i szmagi, zwożące materjały wojenne do głównego obozu. Bez liku wyniszczył tego pływającego drobiazgu rycerz, a Szwedzi, wiedząc, że Polska na morzu pozostaje bezbronna, byli spokojni i nic ich nie trwożyło.
Nareszcie „Zjawa Morska“ pewnej nocy stanęła przed wejściem do zatoki Sztokholmskiej.
— Dyć to szwedzka stolica nowa? — szepnął do szypra jeden z okrętników.
— A no — spokojnie odparł Muża.
— Pobieżymy tam, cy nie pobieżymy? — pytał dalej ciura.
— W tem głowa komendanta! On myśli, nie ty i nie ja! — powiedział szyper.
— A jak myślicie? — nacierał majtek.
— Myślę, co ja tobie ziebra połamię, jeżeli szczekać nie ustaniesz! — mruknął szyper.
Rozmowa się urwała, bo na pokład wszedł pan Haraburda i, oparłszy się o zastawidło burtowe, wpił oczy w ciemną dal.
Była księżycowa, jasna noc. Morze skrzyło się od drobnej posiewy, gdyż na fale padały leniwe i ciężkie promienie miesiąca, a z toni wypływały, zapalając się i gasnąc na gładzie, zielone iskierki, migotliwe ogniki i jasne smugi, rzucane niewidzialną ręką odmętu.
O kilka staj od kołyszącej się brygantyny nad wodą powiewała chorągiew Szwecji. W ten sposób oznaczone było miejsce niebezpieczne, gdzie pod wodą czaił się duży, ostry kamień.
— Szyprze! Posłać szalupę i zerwać mi tę szmatę, a na jej miejscu wywiesić naszą flagę polską! A duchem mi, Mużo!
Na żelaznym pręcie, umocowanym do beczki, która stała zakotwiona na kamieniu, powiewał wkrótce czerwony sztandar okrętowy z ramieniem, dzierżącem miecz.
Pod tym herbem widniał napis, ułożony przez pana Haraburdę:

„Potężnie bić zamierzasz, Szwedzie, w Polski próg,
Lecz od Lechitów miecza zginiesz, boś Polski wróg!“.

Jeszcze kilka dni ukrywała się „Zjawa Morska“ w głębokich, ponurych fiordach, tuż pod bokiem całej armaty Gustawa-Adolfa, i proceder swój nocny prowadziła, topiła coraz nowe, większe i mniejsze statki wraże, podchodząc je bez strzału.
Zahaczywszy nieprzyjaciela, czeladź wbiegała na pokład i, bijąc się na białą broń, wycinała bez litości załogę szwedzką.
Nikt na brygantynie nie wiedział, jak długo będzie trwała pławba, aż pewnej nocy, rycerz wyszedł na kasztel i, obejrzawszy morze, rzekł do szypra:
— Dość już! Biegnijmy ku Kurlandzkim Zabrzegom!
Muża wydał komendę.
— Chyba już nikogo nie ostało przy życiu z okrętników szwedzkich? — zapytał żartobliwym głosem Kubala.
— Głupiś! — odparł szyper. — Złego, jak robactwa, wszędzie pełno! Tego nie wyżeniesz łacno!
— A jeżeli ogniem spróbować? — zaśmiał się imć Kubala.
Posłyszał te słowa pan Haraburda i rzekł z powagą:
— Ogień na Szwedów Rzeczpospolita rzuci teraz, czy później, a będzie to okrutna kara! Nikt się jej nie ostoi!
— Oby prędzej ten czas przyszedł! — westchnął Kubala.
— Czy prędko, czy nie — tego nie wiem, a że przyjdzie, w to wierzę! — odpowiedział rycerz.
— Eh! Niemas Pyzy nasego, — mruknął jeden z Mazurów — tenby ci ksyknął bez długiego cekania: „dajciez mi zagiew, a ja cerwonego kura na cały Stokholm zucę i łuną samemu królowi w jego legle zaświce!“ Niemas Pyzy! Spi nieboracyna głęboko na dnie tego moza, co tylu juz łyknęło na zawse! Eh! Pyza, Pyza, brachu nas najmilejsy!
I jakgdyby odpowiadając na te wspomnienia żałośne, zawyła wśród żagli i lin potężna dma, zwieruszyła, skotłowała morze i szaleć zaczęła, niby ścierając ślady walki. Tętniły żagle, śpiewając ponurą pieśń, gięły się i skrzypiały maszty, dudniły, naciągane jak struny olbrzymiej lutni wanty i liny; brygantyna szustała i ryła morze, niosąc przed sobą pienny pióropusz kipieli. Wały wylatywały nad dziobem, z sykiem i pluskiem przelewały się przez pokład, biły w burty i rufę, aż jęczeć zaczęły i żalić się grube wręgi i okute żelazem tarcice steru.
Z pośród fal jakieś widma chybkie, może dusze zatoniętych żeglarzy, wychylały się i miotały, długie, blade ręce wyciągając i patrząc bezdennemi, strasznemi oczami kręcących się, przepaścistych wirów. Znikały, aby znowu powstać i mgliste, jak majaki niejasne, jak widziadła mary nocnej, przelatywały z grzebienia wału na rozwianą grzywę prysku, ślizgały się dokoła pobojowiska, ginąc w rozstępujących się od wojach bezdennych i chyżych.
Wycie, ryk, plusk, jęki istot nieznanych, lecz groźnych... tak mówić zaczęło morze.
Płochliwych i słabych lękiem udręczyłby Bałtyk rozszalały pod smaganiem siewierzy — nordy podstępnej, co na rafy, rewy i na zdziary wiągów galery i brygi ciskała — na śmierć, na zagładę.
Zagończyk stał na plichcie i śmiał się z wałów czubatych, pianą wściekłą plujących. Dziką, drapieżną radość miał w sercu rycerz, widząc, jak biegnie lotna brygantyna, refując wydęte, wyprężone płachty żagli.
Muża, szyper kaszubski, do zwału skalnego podobny, nogi wparł mocno w szustający pokład dunety i gromką oddał komendę:
— Wychodź na ruchawę, na war! Od kraju trzymaj na morze! Porwa!
— Porwa! Porwa! — odkrzyknęli ludzie od steru, bukszprytu i z marsów.
I na odgłos mocnej ludzkiej mowy zniknęły widma i majaki straszące, umilkły ich jęki, łkania i groźby. Tylko fale syczące mknęły hufcami, tylko szturm grał.
Wtem od rudla doszła śpiewka mazurska, skoczna i beztroska:

Sedł raz Łojda utrudzony
Wiecór z karcmy do swej zony
Przez wieś gościńcem serokim,
Com sam swoim widzioł okiem...



Rozdział XIII.
Zemsta.

Już dwa miesiące oczekiwała pani Wanda męża-rycerza. Były to miesiące troski i lęku, rozpaczy i nadziei. Tylko wiara i gorąca modlitwa koiły serce stęsknionej kobiety.
W pięknym domu przy Długowsi często widziano sędziwego Lehmana, krewkiego starostę puckiego, a nawet samego wielkiego hetmana koronnego. Odwiedzali nadobną panią Haraburdzinę i słowa pocieszenia i nadziei jej nieśli, od czasu do czasu radując ją mglistemi słuchami o mężu.
Lehman od kupców hanzejskich wieści przynosił, że w Szwecji popłoch powstał, gdy nie doszły do Sztokholmu statki, potrzebnym towarem wojennym ładowane, a także gdy dowiedziano się o zatopieniu przez nieznaną brygantynę dwóch fregat szwedzkich i o zamknięciu ich kadłubami cieśniny Wisby.
Miał też nowiny pan Koniecpolski, bo z Kurlandji przychodziły doniesienia, że jakiś okręt, niosący na grocie czarną banderę kaperską, grasuje straszliwie, tępiąc mniejsze statki nieprzyjacielskie i wycinając ludzi w pień.
— Ja ci powiadam, mopanku! — wołał pan hetman, niepomny, że do białogłowy mówi. — To on tam, ja ci powiadam, uwija się. Zagończyk nasz, mopanku, kły pokazuje, ja ci powiadam, aż na Szwedach skóra cierpnie!...
Pan Jan Weyher w zaufaniu opowiedział pani Wandzie, że komisarze królewscy — panowie Wendt i Nielsen krzywi są atoli na zagończyka.
— Cóż im zawinił Władysław? — pytała pani Wanda. — Wiernie broni Rzeczypospolitej, a tego, co on robi — inny uczynić nie jest w mocy. Łacniej jest cudzą skórę na sztych wydać, niż swojej nadstawić!
— Ha, mądrość przemawia ustami waćpani! — zgodził się pan starosta. — Jeno widzisz: komisarze są cudzoziemskimi wojownikami, gdzie wszystko, a nawet wojna, ex legibus bywa prowadzona. Nie mogą, przeto, komisarze pojąć, że musimy wojować, jak się da, boć to jedna brygantyna contra całej Szwecji powstała. Ale, ut mihi quidem videtur, króla owi panowie przeciwko panu Haraburdzie buntują i, gdyby nie powaga hetmana koronnego, wymogliby oni na najjaśniejszym panu, aby zechciał na naszym rycerzu suam iram effundere.
Zatrwożyła panią Wandę ta wiadomość, więc gdy przybyli do niej w odwiedziny komisarze królewscy, jęła im szeroko o wojnie podjazdowej na Dzikich Polach i w Inflantach rozpowiadać, mowę swoją do wyprawy męża naginając.
— Morze — to insza sprawa, dostojna pani, — rzekł nareszcie pan Wendt — o tę drogę nietylko Polska, lecz i inne narody ubiegają się od wieków!
— O Dzikie Pola też ubiegali się Moskwicini, Siczowi kozacy, Wołosi, ordyńscy Tatarzy i Turcy, waszmościowie — odparła pani Haraburdzina. — A do Inflant, czyż nie ciągną rąk carowie moskiewscy, Szwedzi, ba! — nawet książę pruski?
Komisarze zrozumieli, że z mądrą białogłową mają do czynienia, więc tylko głowami kiwali w milczeniu. Pani Wanda zaś dodała:
— Wojna wiele potrzebuje, miary pewnej nie przyjmuje, waszmościowie, a stara gadka głosi, że „prawa pysk stulają czasu wojny!“ Tak to jest!
— Tymczasem skargi napływają i sprawę wikłają, boć rycerz to hanzejską banderę wywiesza, to — duńską, to — szwedzką, albo zgoła — kaperską, czarną! — zawołał Nielsen.
— Toż mąż mój, waszmościowie, nie broni wam odpisać, że nie znacie takowej polskiej brygantyny! — zauważyła pani Wanda, bystro patrząc na komisarzy.
— Prawda w tem wielka jest — rzekł Nielsen — lecz w Gdańsku nieprzychylni dla Polszczy kupcy bez ogródek „Zjawą Morską“ nazywają ową rozbójniczą brygantynę!
— Łacno gadać, niełacno dokazać! — odpowiedziała pani Wanda. — Na sejmie inkwizycyjnym zdrajca Zebrzydowski naszego miłościwego pana na wroga ojczyzny kreował, a taki Żółkiewski, Koniecpolski, Chodkiewicz, Potoccy i mój rodzic bronili go i oto nam dotąd miłościwy Zygmunt III panuje!...
— Dostojnej pani najmądrzejszy mąż rozumu może pozazdrościć! — zawołali komisarze.
— Nie wiem ja, waszmościowie, czy to rozum, czy nie! — odparła poważnym głosem. — Mówię prawdę, którą w duszy i sercu czuję...
Rozmowa ta jednak nie uspokoiła zatrwożonej kobiety. Wiedziała już, że nowe chmury nad głową jej męża zawisły.
— Zdzierży on... — myślała, przyciskając rękę do bijącego serca, które, od pewnego czasu coraz częściej kołatało gwałtownie i, zdawało się, że chwilami pierś rozsadzić chciało.
Odniedawna ten niepokój i ból serca napadały panią Wandę, a wtedy bladła, czuła zimny pot, występujący na ciele, słabła i długie godziny leżała nieruchomo.
Pani Wanda była chora i coraz częściej przychodziły chwile osłabienia i bolesne bicie serca.
Pani stolnikowa lubelska i panna Regina odjechały już do domu, więc pani Haraburdzina pozostała na opiece ochmistrzyni — Rozy Lindstrom, niemłodej, sprawnej i usłużnej kobiety. Nie dopuszczała ona do chorej pani służebnych, aby jej nie niepokoiły, sama krzątała się przy niej, karmiła ją, ubierała i układała do łóżka, na noc dając do wypicia jakąś driakiew cudowną.
Gdy zdrowie pani Haraburdziny pogorszyło się i, zdawało się, że życie już odbiegać od niej zaczyna, ochmistrzyni ostrożnie zapytała:
— Czy dostojna pani wie, że w Gdańsku skutecznie wszelkie boleści usuwa znamienity aptekarz — Niemiec? Może przywołać go, aby pomógł?
Pani Wanda skinęła głową i uśmiechnęła się radośnie, gdyż ucieszyła ją myśl, że wyzdrowieje i spotka oczekiwanego z dnia na dzień rycerza, wesoła i szczęśliwa i chorobą swoją troski i niepokoju mu nie przysporzy.
Aptekarz zjawił się wkrótce. Był to chudy, ponury człowiek, o twarzy ciemnej i świdrujących oczach, już siwy i pod brzemieniem lat pochylony.
Długo badał chorą, słuchał, co mówiły pani Wanda i Roza Lindstrom, aż kiwnął głową i mruczeć zaczął:
— Wyrozumiałem niezdrowie dostojnej pani i leki skuteczne przyniosę...
Oddalił się, lecz powrócił po godzinie i, wywoławszy ochmistrzynię do sieni, długo szeptał jej do ucha, wciskając do rąk balsamkę grubego szkła z brunatnym płynem.
— Poprzednia driakiew, com dał, swoje zrobiła! Teraz nikt już jej nie uratuje... Musimy skończyć z nią, jeno powoli, aby nie zrozumiano rychło, że jest otruta, jak nam kazał wysłaniec ze Sztokholmu. Dawaj teraz te leki, trzy razy na dzień po dwadzieścia kropel w słodkiem winie i tak — przez trzy tygodnie, a później, znikniesz z domu i, kryj się dobrze, Rozo Lindstrom, a nagrody się spodziewaj sutej!
Pani Wanda po dwóch dniach picia leków aptekarza, poczuła się dobrze. Nic jej nie dolegało. Była zdrowa, wesoła i szczęśliwa. Nadzieja wstąpiła do serca i wszystkim rozpowiadała uradowana niewiasta, że przeczuwa rychły powrót męża.
Trwało to jednak niedługo, bo pewnego dnia pani Wanda zemdlała i już podnieść się z łoża sił nie miała. Przyszło wielkie osłabienie a obojętność na wszystko i martwota ducha ogarnęły chorą.
Widocznie jednak, całą potęgą duszy była chora kobieta przy rycerzu, bo jej tęsknica i trwoga przebyły nieznane, bezkreślne przestworza Bałtyku i opadły na serce męża.
Pan Haraburda grasował oddawna w pobliżu pobrzeży Estonji i Kurlandji, napadając galery szwedzkie, topiąc je, wybijając do nogi żeglarzy i przewożone oddziały wojska. Napady swoje czynił po nocach, lub w dzień, gdy szturm kotłował morze, miotając statkami i ludzi pozbawiając ducha.
Gdy nadpłynęła niemal cała armata szwedzka z głównemi siłami, które miały przekroczyć granice Rzeczypospolitej i do jej serca dotrzeć, „Zjawa Morska“ ukryła się wśród raf fińskich wpobliżu Hange; tu zaopatrywano się w wodę i ryby, poczem znowu rzucano brygantynę ku brzegom Estonji i Kurlandji, nieprzyjacielowi bez wytchnienia szkodząc.
Podczas przymusowych dryfów, gdy żagle na łęcinach były upięte, lub w dni sztylu fladrowały bezsilnie, pan Haraburda myślą biegł ku żonie. Przez długie tygodnie był spokojny, lecz pewnego razu, stojąc przy relągu deku i przyglądając się żeglarzom, wyciągającym sieci, uczuł rycerz, że serce mu bezprzyczynną trwogą się ścisnęło i nagle kołatać zaczęło gwałtownie.
Coraz częściej i częściej myśl jego pochłaniały wspomnienia o żonie, a dręczący lęk o ukochaną kobietę nie opuszczał go. Przestał rycerz sypiać po nocach i krokami mierzył, zadumany, pokład od sztaby do rufy, zaciskając zimne ręce i marszcząc brwi.
— Czuj duch! — mruczał do warugi, patrząc na rycerza, Muża. — Zamyśla nową pławbę komendant!
— Powiadają stayy ludzie, ojce, ze kiedy cłowiekowi se nie śpi, opadają go niewidocne skrzaty i piją krew! — szeptał kwatermistrz, siedzący przy bezczynnym rudlu.
— Gadu, gadu, stary dziadu, baj, bajugo, byle długo! — odmruknął szyper. — Skrzat, nie skrzat, a jakowaś troska komendanta, słysz, — gryzie. Patrzę się i patrzę, no i — widzę wszyćko! Złe z tego dla szwedzkich karków wyniknie — tyle tego będzie!
Jednak Muża nie zgadł.
Świt zaczynał mgławić ciemno-szare niebo. Dęła siewierz surowa, bo to już jesień dążyła od północy z wichrami, poszumem suchych liści, zbiegających na zdziary ze stromych spychów brzegu, ze szklącym się na mieliznach szronem — cienkiemi taflami kry, co się łamała na szelei i topniała w dzień, gdy słonko stawało wysoko.
Pan Haraburda, ukrywający się przed dwiema fregatami, krzyżującemi po morzu wpobliżu Hange, stał ze swoją „Zjawą Morską“ w głęboko w ląd wcinającej się zatoce, osłoniętej od przodu grzędą czarnych raf. Widział rycerz zwarę, bijącą w skały, ociekające pianą i smugami zimnej, ciężkiej wody, słyszał warkot rozszalałej pod smaganiem dmy kipieli, lecz myśli jego były daleko, — tam, gdzie w domu gdańskim porzucił swoją umiłowaną Wandkę.
— Jak żyjesz, luba, luba moja? — bez dźwięku pytał zaciśniętemi ustami, czując, że serce rwie mu się z bólu i nieznanego nawet w zgiełku bitwy strachu.
Nagle nadleciały mewy, krążyć zaczęły dokoła masztów, spadać aż do burty i krzyczeć drapieżnemi głosami. Jedna z nich — biała i duża, szybować jęła nad głową rycerza, zniżała się tak, że czuł powiew jej skrzydeł, i jęczała przeciągle i żałośnie.
Długo słuchał jej skarg niepojętych, aż drgnął, bo wyraźnie dolatywały go teraz i zapadały do serca krzyki mewy:
— Bywaj! Bywaj! Bywaj!
Przeżegnał się rycerz i, nie namyślając się, poszedł do szypra, mówiąc do niego:
— Wracamy! Biegnij do Gdańska, a chyżo, na miły Bóg, chyżo!
— Czuj duch! — pomyślał Muża. — Coś się dziać ma!
Zawinął się Kaszub szybko, wyrejdował kotwie, wymknął się za wystające z wody kamienie, wyprowadził brygantynę na ruchawę i pobiegł, ryjąc wart.
W cztery dni dobiegła „Zjawa Morska“ do Gdańska i przy latarni stanęła tak spokojnie, jakgdyby tej stójki nie opuszczała.
Pan Haraburda, do łodzi wskoczywszy, nikomu się nie opowiadając, popłynął do miasta i gnał do domu takim pędem, że przerażony Kubala ledwie za nim nadążał.
Dobiegli nareszcie i rycerz kołatką w drzwi rzeźbione uderzył.
Długo nie otwierano, aż powtórnie dobijać się musiał.
Wystraszony pachołek zgrzytnął zasuwą, klucz w zamku przekręcił i uchylił drzwi.
— Czy pani aby w dobrem zdrowiu? — trwożnym głosem zapytał pan Haraburda.
— Cichajcie, panie, cichajcie, — szeptem odpowiedział chłopak — pani nasa bez pamięci lezy, snać ducha rychło odda... Oj, rety!
Rycerz schwycił się oburącz za głowę i, zatoczywszy się, jak szalony wbiegł do świetlicy.
Imć pan Kubala pozostał w sieni. Usiadł na ławie, bo zdyszany był, nadążając za komendantem, i skinął ręką na pachołka.
— A chodź-no tu, psubracie, — rzekł, ponuro patrząc na niego — a wykładaj-no mi zaraz wszystko, co tu się działo i jak to wy pani naszej nie ustrzegliście od złego, oczajdusze, takie syny!
Długo rozmawiał Kubala z pachołkiem, a jeden raz to go nawet z rozmachem w kark walnął, aż gruchnęło w obszernej sieni. Nareszcie, widocznie, coś zmiarkował, bo, przechyliwszy głowę na bok, zapytał:
— Więc powiadasz, gałganie, że Roza nikogo do pani naszej nie przypuszczała?
— Tak jest, mój ponie, nikogusieńko, jeno dwa razy aptekas psychodzili — bąkał pachołek.
— A jakiż-to aptekarz? Powiadaj? Czy nie taki z pyska wielce czarny? — dopytywał się imć Kubala.
— A no, jakby go jegomość widzieli! — zawołał chłopak.
— Wysoki, chudy, w pałąk zgięty, a oczy, jak u żbika?
— Nicem u tego ybika, mój jegomościu drogi, a wysoki on-ci i psygarbiony wielce! — recytował zdziwiony pachołek.
— A czy tylko dwa razy aptekarz u pani był? — po namyśle zapytał Kubala.
— U pani dwa tyćko razy, bo od frontu sedł i jam mu dzwi otwierał, no, to wiem, ze dwa razy był — mówił pachołek. — Do ochmistsyni on tyćko wiecoru każdego chadzał...
— Poco chadzał?
— Nie wiem, bo pocichu godali do siebie, mój jegomościu! — usprawiedliwiał się drżący ze strachu pacholik.
Znowu zamyślił się imć Kubala i w palce trzaskać zaczął.
— Słuchaj-no ty, dubielu! Masz z oka nie spuszczać Rozy, rozumiesz: z oka! Kręć się, uwijaj przy niej, żeby nigdzie nie poszła i z nikim obcym nie gadała. Słyszysz, a jeżeli nie potrafisz, to lepiej sam szyję w stryczek wepchnij, żebym ja roboty z tobą nie miał, bo i tak ciebie uduszę, jak psa na postronku... Teraz idź! A stul pysk i nikomu nic nie gadaj!
Kubala, stąpając na palcach, ostrożnie wszedł do alkierza, gdzie leżała pani Wanda.
W izbie panował półzmrok, bo okna były zasłonięte kotarami.
Na łożu Kubala ujrzał chorą. Nie poznał jej. Leżała biała jak płachta płócienna, a blada skóra obciągała wychudłe rysy pięknej twarzy. Oczy były szeroko otwarte, lecz dokoła nich czaiły się już ciemne cienie, zwiastuny bliskiej śmierci. W mocno zaciśniętych wargach nie pozostawało ani jednej kropli krwi.
Chora była nieprzytomna i, leżąc nieruchomo, patrzyła wprost przed siebie. Lekkie błyski w oczach i ledwo dostrzegalne poruszenia ciężkich powiek świadczyły, że dusza ze schorzałego ciała jeszcze nie odleciała.
Pan Haraburda siedział na zydlu przy żonie. Głowę stroskaną oparł na rękach i cicho łkał. Podnosiły się i opadały mu szerokie, potężne bary, a dłonie drżały.
Wojciech Kubala stanął za nim i czekał. Oczy jego biegały jednak po całej izbie. Przyjrzał się bacznie smutnemu obliczu stojącej przy drzwiach Rozy Lindstrom, a później zaczął się wpatrywać w stolik, na którym stał gąsiorek wina, kubek, dzban z wodą i mała balsamka z ciemnym płynem.
Widocznie, wzrok jego przyłapała ochmistrzyni, bo bez szmeru zbliżyła się i, niby sprzątając, zdjęła ze stolika naczyńko, ukrywając je na oknie za kotarą.
Imć Kubala ani drgnął, stał i czekał.
Gdy rycerz opuścił się przy łożu na kolana i modlić się zaczął, pan Wojciech podsunął się do ochmistrzyni i szepnął:
— Niech-no, dobrodzika, idzie i powie w czeladni, aby dwa konie najlepsze siodłano i dwóch pachołków do drogi się rychtowało, a gdy będą gotowi, dobrodzika przyjdzie i powie mi o tem.
Ledwie się zamknęły za Rozą Lindstrom drzwi, Kubala skoczył do okna, przelał cały płyn z balsamki do kubka, który starannie za ciężką szafą ukrył, a misterne naczyńko stłukł i, rzuciwszy je na kobierzec, wodą polał.
— Tak będzie lepiej! — szepnął do siebie i znowu znieruchomiał, ze łzami patrząc na rycerza i na blade oblicze chorej pani.
Pan Haraburda korzył się przed krucyfiksem przodków, czując, jak rozpacz chwyta go za serce, ręce ściskał, aż chrzęściły stawy i, bijąc się w piersi, szeptał drżącemi ustami, co chwila spoglądając na leżącą, taką drogą, a taką biedną teraz istotę.
Pani Wanda nie ruszała się i cicho wodziła nieprzytomnemi oczami po pułapie i ścianach izby.
Fan Haraburda nagle powstał z klęczek. Stanął przed Ukrzyżowanym i, patrząc w Jego wynędzniałe, umęczone oblicze, rzęził przez zaciśnięte zęby:
— Jeżeli, Boże, w opiece swej masz ludzi, co wiernie ojczyźnie służą, jej dobro nad własną szczęśliwość i umiłowanie przedkładając, uczyń tak, aby poznała mnie... przed zgonem... aby zrozumiała miłość moją i z nią... odeszła...
W ciemnym alkierzu stał się cud nagły, widoczny.
Chora z trudem podniosła głowę i spojrzała na rycerza. W jej oczach błysnęła radość bezmierna, zaciśnięte usta poruszyły się nieznacznie i w ciszy rozległ się szept, raczej westchnienie krótkie:
— Władeńku!...
Rycerz padł twarzą na jej ręce, okrywał je pocałunkami i szeptał:
— Słysz mnie, Wandko najsłodsza, słysz! Bóg się nad nami zmiłował i Syn Jego Umęczony! Nie możesz odejść odemnie, bo nie byłoby tedy sprawiedliwości przedwiecznej i Bożej łaski! Jam dla miłej ojczyzny w dobie potrzeby groźnej porzucił ciebie, chociaż tylko dla ciebie bije moje serce w piersi! Niemasz nic innego, dlaczegobym opuścił ciebie i nie ustrzegł przed złem! Czyżby taką nagrodę obmyśliły dla mnie niebiosa?!
Nie wytrzymał rycerz, łkać na głos zaczął i drżeć cały, przejęty do dna duszy zrozpaczonej.
Pani Wanda z wielkim wysiłkiem białą, wychudłą dłoń podniosła i opuściła ją na zbiedzoną głowę męża.
W tej chwili weszła do alkierza ochmistrzyni.
— Konie i pachołki przed domem — szepnęła.
Kubala natychmiast wyszedł na ulicę.
— Antek! — rzekł do jednego z pachołków. — Popędzisz do pana starosty do Pucka i powiesz mu, że nasz pan powrócił, wszystkiego dokazał, co miał dokazać, a teraz jest w domu, bo pani przy śmierci. Rozumiesz?
— Jakby kto do głowy włożył! — odparł pachołek.
— No, to ruszaj z kopyta! — krzyknął imć Kubala i mówił do drugiego:
— Ty zaś popędzisz do hetmańskiej kwatery i powiesz, że nasz pan powrócił i prosi, aby lekarza rychło przysłano, bo pani mocno zasłabła, bezmała umiera. Syp!
Pachołek przygiął się do karku końskiego i smagnął go harapem.
— No, na teraz to i wszystko! — mruknął do siebie Kubala. — A jutro pogadamy inaczej i obaczymy...
Skierował się ku domowi, sam zamknął drzwi i klucz schował do kieszeni.
W świetlicy spotkał ochmistrzynię.
— Jak dawno pani nasza tak zaniemogła? — spytał ją.
— Dwie niedziele już będzie — odparła i dodała. — Co teraz będzie, ktoś driakiew pani stłukł... Trza będzie po nową posłać?
— Któż to mógł stłuc? Sto kijów takiemu! — zawołał imć Kubala. — Nie trza nowej driakwi, nasza pani i bez niej zamrze... Tylko czekać, dobrodziko, tylko czekać!
Westchnął i, przechodząc, w przelocie groźnie spojrzał na kręcącego się po świetlicy pachołka.
Kubala długo przebywał na dworze barona Palena i wiedział, że driakwie różne bywają, więc był na dobrym tropie, a gdy dojrzał zmieszanie na twarzy Rozy, pomyślał:
— Jaka ta była driakiew i skąd ty ją masz, to sama wyśpiewasz, moja w tem głowa, kawko luba!
W alkierzu Kubala zastał pana Haraburdę, pochylonego nad żoną i trzymającego ją za ręce. Leżała spokojnie, mając oczy zamknięte i oddychając cicho.
Wieczorem pachołek, nieodstępujący od ochmistrzyni, doniósł Kubali, że Roza pokryjomu pakuje swoje rzeczy.
— Jeżeli tak, — szepnął Kubala — to i ja ciebie spakuję, dobrodziko!
Poszedł do izby ochmistrzyni i rzekł wesołym głosem:
— Pani naszej lżej! Pan prosi o wino!
Poszli razem do piwnicy. Przechodząc koło małej izdebki, gdzie składano różne rupiecie, imć Kubala nagle otworzył drzwi, wepchnął przerażoną Rozę i, zamykając izbę na klucz, rzekł:
— Posiedź tu, wiedźmo, aż cię czarci wezmą!
Tejże nocy przybył lekarz nadworny wielkiego hetmana koronnego, uczony Czech — mistrz Stefan Wéliczka i, aczkolwiek był wiekowy i zdrożony, natychmiast do oglądania chorej pani Haraburdziny przystąpił. Kręcił głową uczony pan, okulary raz po raz przecierał, sapał i głowił się okrutnie, aż pochylił się ku niemu imć Kubala i szepnął:
— Leczono tu naszą panią tą oto driakwią. Może obejrzeć, wasza dostojność, zechce?
Mówiąc to, przebiegły młodzieniec wydobył ze skrytki kubek z płynem i mistrzowi podał. Ten długo wąchał, na smak z ostrożnością próbował, a później, wydobywszy z sepeciku lekarskiego jakieś puzderko, dosypał czegoś do kubka, aż płyn kolor zmienił. Wtedy zawołał zdumionym głosem:
Venenum pessimum, longo tempore datum, mortem afferens atque scilicet ad aliquam curationem interdictum, quod usu rerum doctus dico!
— Najgorsza trucizna, niosąca śmierć i zakazana?! — wykrzyknął rycerz, chwytając się za głowę.
Kubala położył palec na ustach i szepnął:
— To na później! Teraz ratować panią naszą!
Widząc, że pan Haraburda z wielkiej rozpaczy głowę traci, zwrócił się imć Kubala do mistrza z taką mową:
— Dostojny panie, nie gadaj jeno do mnie po łacinie, bo to tak, jakbyś do łysej kobyły mówił. Rycht tak samo! Gadaj mi po polsku, a najprzód słysz: mój pan nie pożałuje dukatów i zacnych upominków, jeżeli Bóg ci dopomoże pani zdrowie przywrócić, a jeżeli nie — to psi zjedzą twoją sławę, dostojny panie!
Jednak uczony to był mąż i serca wielkiego — mistrz Stefan Wéliczka, więc nie zwlekając, do leczenia się zabrał, krew chorej otworzył, muszki gryzące i synapizmy ogniste przykładał, pigułki i mikstury dawał, a mlekiem bez przerwy poił, sam zacnego węgrzyna popijając i fajką z długim cybuchem zapamiętale pykając.
Nie odstępowali od chorej ani na krok mistrz Wéliczka i pan Haraburda.
Nareszcie pewnego wieczora sepecik swój lekarski mistrz zamknął i rzekł z uśmiechem:
Per Aesculapium, filium Apollinis et Coronidae. Ne sim salvus, si aliter dico, ac sentio! Teraz dobro, welmi dobro... Żywa będzie twa pani i zdrawa krala!
Rycerz, nie mogąc powstrzymać wzruszenia, spojrzał w poważne, dobrotliwe oblicze lekarza hetmańskiego i do nóg mu jak długi padł.
Gdy pan Haraburda wsadzał mistrza Wéliczkę do karabonu, wypiwszy strzemiennego, rzekł mu na pożegnanie:
— Razem z żoną, gdy wydobrzeje do reszty, do pana hetmana przyjedziemy, za pomoc mu i dostojnemu panu podziękować ab imo pectore, a upominki piękne doręczyć!
Mówiąc to, rycerz ucałował mistrza w ramię i do kieszeni jego obszernej kapoty trzosik z dukatami nieznacznie opuścił.
Wéliczka, uśmiechając się łagodnie, tubalnym głosem odpowiedział:
Si id feceris, magnam habebo gratiam; si non feceris, ignoscam, amice!
— Co zacny, dobry mistrz mówi? — zapytał imć Kubala, przekręcając na bok głowę.
— Powiada, że jeżeli damy mu upominki — wdzięczny będzie, jeżeli nie — wybaczy! — objaśnił rycerz.
— Ho, ho, — mruknął Kubala. — Nie znajdziesz teraz łacno takowych cnotliwych na świecie! „Niech mię jak chcą ludzie piszą, gdy pieniążki w skrzyni dyszą...“ tak to teraz powiadają!
Mistrz Wéliczka zrozumiał rozmowę i, uchwyciwszy młodzika za ucho, rzekł, kalecząc polszczyznę:
— Piniądze, skarby i dobre mienie minie, sława poćciwa, — ta na wieki słynie!
— Oj, to prawda, mój dostojny panie! — zawołał Kubala i ucałował sędziwego lekarza w rękę. — Bo to, mój jegomościu, powiadają też, że „za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze lud się podli“.
— Ten płakał, co piniądze odbieráł! — odpowiedział przysłowiem mistrz i, skinąwszy ręką, kazał stangretowi ruszać.
Pani Wanda powoli powracała do zdrowia. Rycerz nie odstępował od łoża ukochanej, ciesząc się, jak dziecko, gdy wesołe błyski zjawiały się w jej modrych oczach, skakał i klaskał w dłonie, spostrzegłszy, że wargi jej gorącą krwią nabrzmiewać zaczęły i słabe jeszcze, lecz zwiastujące rychłą poprawę rumieńce na bladych policzkach wykwitły, do delikatnych płatków róży podobne; gdy zaś pewnego dnia pani Wanda sama na łożu usiadła i złote warkocze rozplatać zaczęła, ryknął z wielkiej radości pan Władysław i stroskanemu sercu upust dał.
Pani Haraburdzina wkrótce zaczęła opuszczać łoże i, podtrzymywana przez męża, siadywała w głębokim fotelu w świetlicy, radując się wszystkiemu — i rzadkim już promieniom jesiennego słońca, i ciemnym świerkom, zaglądającym do okna, i sprzętom, znajdującym się w izbie.
Pan Haraburda wtedy dopiero zaczął wybierać się do starosty z relacją o skończonej pławbie.
— A nie śpieszcie się, mój kochany panie, — uspokajał go Kubala — posłałem tegoż dnia, gdy powróciliśmy, pachołka do Pucka, a pan starosta zjechał tu niezwłocznie, aby o zdrowie pani zwiedzieć się. Wtedy relację obszerną o wszystkiem panu Weyherowi zdałem, on zaś zaraz do pana hetmana z pismem gońca pchnął.
— To hetman wtedy swego lekarza nam przysłał? — zapytał rycerz.
— E, nie! To ja przez pachołka naszego pana hetmana o pomoc prosiłem! — zawołał imć Kubala.
Pan Haraburda schwycił go wpół i całować zaczął, jak brata lub syna kochanego, a pani Wanda za głowę młodziana objęła i do siebie przytuliła.
— Bratem nam jesteś najlepszym! — rzekła z rozczuleniem.
— Słów nie starczy i życia, aby ci się godnie wywdzięczyć! — wołał rycerz.
Imć Kubala jednak czuł się już sowicie wynagrodzonym, bo nosem chlipał i kułakiem łzy, ciurkiem biegnące, ocierał.
— Jabym!... jabym... dla pana mego i pani... naszej... tobym na kawałki... posiekać się dał... Niech z tego miejsca nie zejdę, jeśli prawdy nie mówię!
Lecz imć Wojciech Kubala miał rozum bystry, a wesołość w nim przeważała nad wszystkiem, więc nagle zaśmiał się przez łzy i począł mówić, chichocząc:
— Toż to ja jeszcze panu i pani nic o owej wiedźmie — Rozie Lindstrom nie opowiedziałem!
— Zapomniałem o niej z troski i bojażni o ciebie, Wandeńko! — rzekł pan Haraburda i, chmurząc brwi, dorzucił:
— Dozna ta gadzina jadowita mojej zemsty!
Ale imć Kubala jął śmiać się na głos i przez śmiech, gadał:
— Już abgemacht! Potrzymałem tę kawkę czarną w piwnicy trzy dni bez jadła i picia, a potem pobieżałem do burgrabiego i z sędzią radzieckim, dwoma rajcami i ceklarzami powróciłem. Wyśpiewała wiedźma wszystko i owego aptekarza — Swena wskazała. Wrzucono ją do dolnej wieży katowni i na gardle odpowie przed sądem...
— Musimy złapać tego Swona... — mruknął, zaciskając pięści, pan Haraburda.
— E, mój dobry panie! — westchnął Kubala. — Gdyby on nie zwąchał pisma nosem i nie zwiał, jabym go już dawno ze skóry obłupił, tylko, że uciekł mi!... Długo jam się głowił nad tem, co mam z Rozą począć? Chciałem zrazu udusić ją, jeno to zawszeć białogłowa, chocia włosy ma, jak owa kawka, mocno czarne. Niech jej już kat w oczy zaświeci...
— A ścigałeś Swena? — zapytał rycerz.
— Ścigałem, alem się zwiedział, że rycht, kiedy my powróciliśmy, izbę z mieniem całem porzucił i drapnął. Śladów żadnych zwęszyć nie mogłem — mówił smutnym głosem Kubala. — Ale oko nad tem mam i ceklarzom po trzy dukaty przyobiecałem, jeżeli na trop wpadną. Bo — ja, mój kochany panie, jegobym ze skóry, jak szaraka, obdarł czyściutko...
W głosie młodziana zabrzmiała taka zawziętość, jaką dostrzegł pan Haraburda wtedy, gdy Kubala na Filsandzie o swej zemście nad Palenem mówił.
Pani Wanda, posłyszawszy, złożyła ręce i szepnęła:
— Nie ścigajcie tych ludzi!... Wdzięczna im jestem teraz, bo przez swoją chorobę zrozumiałam miłowanie twoje wierne, Władeńku, jako też życzliwość i oddanie nam imć pana Wojciecha!
Spojrzeli obaj na nią ze zdumieniem najwyższem i nic nie odrzekli, albowiem chęć pomstowania w twardych sercach mężów przygasa nie skoro.
Pan Haraburda tegoż dnia wybrał się do Pucka i panu staroście obszerną relację złożył.
Pan Jan Weyher, słuchając, po biodrach się klepał i dwa razy krew go zalewać poczynała, aż doszedł do słowa i rzekł:
— Siłaś, waćpan, dokonał i coram populo nazwałbym ciebie, rycerzu, największym bohaterem naszych czasów! Nie wiem, czy, oprócz mnie i wielkiego hetmana koronnego, inni także rozumieją, bo komisarze parskają mocno, żeś to podeptał wszelkie mores belli maritimi, jakowa, jak gadają, powinna do pojedynku szlacheckiego być podobna. Kpij z nich jednak, waćpan, bo buława hetmańska cię skutecznie osłania, a pamiętaj, że melioribus annis nagroda za sławne czyny nie ominie takich, jak ty!
— Ja, panie starosto, za nagrodą się nie oglądam! — odparł ze smutkiem pan Haraburda. — Dziwno mi jeno, jakto komisarze — ludzie wojenni, wyrozumieć nie mogą, że wojna sprytu uczy, a nie pisanych na pergaminie praw. Zwycięża ten, kto mądrzejszy! Tak nas uczył świętej pamięci hetman Żółkiewski. Czyżby się czasy zmieniły, a z niemi i — myśli?
— Och, zmieniły się, rycerzu, i myśli! — westchnął pan Weyher.
— Niech się zmieniły, tylko wszelako mózg we łbach pozostał mózgiem, a na sieczkę się nie przerobił? — zawołał pan Haraburda. — Starożytni mówili dobrze, że dente lupus, cornu taurus petit. Czyżby nie tak było?
— A, no pewne, że wilk kłem, a byk rogiem wojuje, mój przyjacielu, — odpowiedział pan starosta — ale nostro tempore wilka od byka nie byle kto zaledwie odróżnić potrafi!
— To już widzi mi się, wasza dostojność, że acta est fabula! — rzekł pan Haraburda. — Gra skończona! Żeby nie psować krwi panom komisarzom i tym, którzy radzi morza zaniechać, pójdę sobie do jakiej pancernej chorągwi i szablą będę robił...
— O! — wrzasnął pan starosta. — Waść w gorącej wodzie kąpany! Śpieszysz się, jakby cię kto w pięty smalił!
— Na cóż mam jeszcze czekać? — spytał rycerz, podnosząc ramiona. — Na wojnie każda garść zdrowa potrzebna.
— Znowu za swoje! — krzyczał pan Weyher. — Ostatnie słowo nie twoje, waszmość, i nie moje, tylko hetmańskie! Poczekasz, co on ci zaśpiewa! Wkrótce do Gdańska nowe wały i inne fortalicje obejrzeć zjedzie.
Pan Haraburda, mocno rozgoryczony, do domu powrócił i przybycia pana Koniecpolskiego wyglądał.
Pan hetman zaśpiewał prędzej, niż się spodziewano. Z Malborku przyleciał pajuk z pismem, rycerza do obozu wzywającem. Nawykły do karności, pan Władysław tegoż dnia wyjechał do hetmana.
Pan Koniecpolski w ramiona go brał i długo do szerokiej piersi przyciskał i po głowie, jak syna, głaskał, mówiąc:
— Ja ci powiadam, mopanku, bez duszy chodziłem, o słabości twojej małżonki, ja ci powiadam, zwiedziawszy się! Chocia, mopanku, od burgrabiego i pana Weyhera, ja ci powiadam, o wszystkiem co dwa dni wieści miałem, jednak, ja ci powiadam, mopanku, vivit sub pectore vulnus!
— Z duszy-serca za miłościwą troskę dziękuję waszej dostojności i za cudownego lekarza — mistrza Wéliczkę! — zawołał rycerz.
— Wiem, że już nadobna pani, ja ci powiadam, do ogrodu wychodzi i na siłach wzbiera! A więc, mopanku, mam nową dla ciebie bałamutną imprezę, a będzie ci ona, mopanku, ja ci powiadam, po sercu! — rzekł, poważniejąc, hetman.
— Byle, wasza dostojność, nie jakowaś morska wyprawa... — zaczął pan Haraburda.
— A to cóż nowego, mopanku? — zapytał, chmurząc czoło, pan Koniecpolski.
— Suponuję, mości hetmanie, że panowie komisarze królewscy do wieży mnie wrzucić każą! — odparł rycerz.
— Ha, w tem sęk cały! — zawołał dostojny pan. — Nie miej jednak alternacji, mopanku! Są komisarze, ale jest jeszcze, przecie, hetman Koniecpolski, mopanku! A ten buławy i swoich principia łacno nie popuści z rąk, ja ci powiadam! Na piśmie rozkaz dostaniesz! Całe odium biorę na siebie i chcę scelus scelere cumulare!
— Iść od zbrodni do zbrodni? — powtórzył rycerz i pytająco spojrzał na hetmana.
— Tak jest! — krzyknął hetman i pięścią walnął w stół. — Ci cudzoziemscy gemajny nie rozumieją, że in summo periculo jesteśmy i musimy się bronić! Król ucha im nadstawia, bo jeszcze ma nadzieję, że utrzyma przy sobie swoich adoratores w Szwecji, którzy za twoje harce krzyk okrutny wszczęli, a szlachta już zaczyna o morzu z pogardą i drwinami gadać...
— A przecie, wasza dostojność, ta sama szlachta ofiary na armatę składała? — zauważył pan Haraburda.
— Kto składał? Rozumniejsi, jak Potoccy, Sieniawscy, Ostrorogi, Radziwiłłowie, Sapiehowie, poczciwe mieszczaństwo, tacy Morsztynowie, Kmitowie, Fuggerowie, Baryczkowie, Korbowie, a czyż wielu mamy takich rozumniejszych i zacnych? Inni z trzosów talary wyciągali, zębami kłapiąc na wakansy i łaski królewskie! Już słyszałem, że bracia-szlachta tu i ówdzie nasze morskie poczynania za trwonienie grosza, za zbrodnię, za crimen pessimum uważają!
Mówiąc to, pan Koniecpolski walił i walił pięścią w stół.
Zapadło głębokie milczenie, gdyż obaj siedzący w ciemnej komnacie hetmańskiej panowie rozumieli, że przychodzą na ojczyznę ciężkie czasy, które ją w niedoli srogiej pogrążyć mogą.
Pierwszy odezwał się pan Haraburda:
— Szlachta tylko swej złotej wolności bronić potrafi zażarcie, swawolę z wolnością, gwałt z prawem do jednej kupy składając. Co dla niej morze? Wiedzą o niem jeno bajdy o syrenach, wężu straszliwym i innych monstrum! Zrozumieliby to łacniej kmiecie i wszyscy ci, których, z nawyknienia, ludźmi podłego stanu nazywamy. Ci broniliby morza nie dla pochwały i zaszczytów, lecz ziemi rękoma spracowanemi się czepiając. Jeno przedtem o podłym stanie należałoby zakazać wspominać, no i wolność dać...
Hetman podniósł głowę i słuchał. Pan Władysław prawił dalej:
— Szlachta, jak to szlachta! Spodoba się — to cały świat na szablach rozniesie! Nie spodoba się — z domu nie ruszy lub liberum veto zaśpiewa! Prześpiewali zagarnięcie Kozaczyzny ukrainni królewięta, prześpiewali Krym, prześpiewają i morze. Ale gadać, ha! gadać będą do siódmego potu!
— Niech gadają szczekacze — rzekł, uspokoiwszy się nieco, hetman — a my swoje robić będziemy! Ja chcę szwedzkie siły tu przyciągnąć, aby Gustawa-Adolfa takową awersją w sieci usidlić. Tu się on łacniej i rychlej narazi cesarzowi, elektorowi, księciu pruskiemu, Dunom, Hanzie i Gdańszczanom, a my przy tym ogniu swoją pieczeń upieczemy! To, coś gadał o podłym stanie, ma rację, ale, mopanku, u nas panowie-szlachta rej wodzą. Nic z tego nie będzie!
Pan Haraburda nie odzywał się. Spostrzegłszy to, hetman rzekł:
— Wiem, żeś z domu przez czas choroby małżonki nie wychodził, więc nie wiesz, co się w Pucku dzieje.
— Byłem u pana starosty Weyhera, mówił mi o wszystkiem! — odparł rycerz. — Teraz macie już innych komendantów: Murreya, Witta, Magnusa, Eilerta, Argana...
— Nie wiesz, jednak, że Witta, który był trochę piratem, nim się do nas dostał, na swoją stronę przekabaciłem, a on, ho! — najlepszy z nich żeglarz i wojennej duszy, zuchwały człek! On jeden z nich o ciebie, mopanku, wszystkim do oczu skakał, ja ci powiadam! Ale in medias res! Otrzymałem wieści, że szwedzkie galjony, od ciebie nauczywszy się procederu, napadają na osiedla pruskie, brandenburskie i pod Elbląg przychodziły niedawno, gdzie ogniste karkasy rzucały na angielskie galery z suknem. Hę! rozumiesz, mopanku?
Panu Haraburdzie oczy płonąć zaczęły, aż hetman śmiechem parsknął, wołając:
— Póty kot mruczy, póki szperki nie zje, a potem się oblizuje! Ja ci szperkę pokazuję, mopanku, ja ci powiadam!
— To ją zjem! — odparł pan Haraburda.
— Toś mi taki, bywaj! — zakrzyknął pan Koniecpolski i znowu jął rycerza do szerokiej piersi tulić i po włosach gładzić.
Długo rozglądali rycerze mapę Bałtyku, naradzali się długo, aż się rozstali dopiero przed wieczorem. Pan Haraburda, rozkaz hetmański do kieszeni schowawszy, niezwłocznie kazał się wieźć do kwatery Wéliczki. Nie znalazł go jednak w domu, więc pachołkowi oddał misternie mosiądzem okuty sepecik z pięknym dzbanem złotym, otoczonym sześciu kubkami i pięciu gąsiorkami ulubionego przez mistrza węgrzyna, poczem ruszył do Gdańska.
Nazajutrz pan Haraburda był już w Pucku i, pokazawszy pismo hetmańskie, długo konferował z panem Weyherem i z czerniawym, chudym, jak szczapa, Wittem.
Dwa dni jeszcze trwały przygotowania na brygantynach, nareszcie przyszedł do pana Haraburdy szyper Muża i rzekł z ponurą wesołością:
— Gotowim dycht! Możem znowu na Gotland biec, jeżeli taka wola!
Poczęstowawszy szypra winem, pan Haraburda kazał mu wracać na „Zjawę Morską“ i czekać.
Pani Wanda już niemal zupełnie do zdrowia powróciła, więc żegnał ją rozkochany rycerz, mówiąc:
— Taką konkluzję mam, że ostatnia to już moja pławba, Wandeńko, bo po tem, cośmy z hetmanem uradzili, komisarze na głowach staną, a mnie z floty wyrugują! Jak mi Bóg miły — wyrugują! No, aleć na ostatku, to — pohulam sobie tak, że ci gemajni, co chętnie do Szwedów teraz idą, — swoim wnukom testamentem zakażą rękę do szwedzkiej sprawy przykładać!
W nocy „Zjawa Morska“ i brygantyna „Panna Wodna“ pod komendą Witta wypłynęły na morze.
Dobrali się komendanci, jak w korcu maku, i z każdym dniem nabierali do siebie coraz większego afektu.
Krążyły brygantyny wpobliżu brzegów pruskich, patrząc, węsząc, zaglądając do każdej zatoki, tropiąc i napadając szwedzkie statki, które gwałt czyniły w pobrzeżnych osiedlach, a słuchy puszczały, że należą do polskiej armaty morskiej.
Pan Haraburda przydybał zbrojną orlogę szwedzką, rabującą i podpalającą osadę na wybrzeżu pruskiem, zaludnioną przez rybaków-Mazurów. Po krótkiej bitwie zdobyto orlogę, a gdy jeńców wyprowadzono na brzeg, pan Haraburda oddał Mazurom wszystko, co na nieprzyjacielskim statku znaleziono, jeńców zaś, na tratwie szubienice postawiwszy, powiesił. Narychtowawszy żagiel, puszczono wisielców z wiatrem.
— A wpadnijcie do Wisby i do Sztokholmu i pokłon od nas królowi złóżcie piękny! — krzyczał Kubala, gdy tratwa znikała w oddali.
Koło Elblągu zagończycy wytropili kilka pomniejszych szmag, w działa zbrojnych, które miały zamęt w Świeżej zatoce uczynić. Zaczęli więc komendanci potężnie tę flotylę skubać, podając ją sobie z rąk do rąk, aż nic nie pozostało, bo i kilkunastu wziętych do niewoli majtków, zaciężnych z cesarstwa i Danji, Witt ustrzelić kazał.
Postrach czarny rzuciły brygantyny polskie na całe wybrzeże — od Kurlandji do zatoki Szczecińskiej. Nie widzieli już komendanci nieprzyjaciela na morzu, gdyż główne siły szwedzkie zatrudnione były przewozem wojska i malerjałów do Estonji i eskortowaniem swoich transportów, a pomniejsze statki nie śmiały bróździć morza. Wiedzieli bowiem Szwedzi, że w Pucku spuszczono na wodę już dwie duże brygantyny, oprócz drobnych statków wojennych, więc ostrożni byli i na sztych niechętnie się wystawiali.
Postanowili przeto zagończycy do Gdańska powracać, ale, wypatrzywszy na morzu dużą fregatę, od Szczecina płynącą, na jej spotkanie podążyli. Była to „Karlskrona“ — jedna z najsilniejszych galer szwedzkich, która bitwę chętnie przyjęła, widząc dwie znacznie słabsze brygantyny polskie.
Bitwa trwała przez cały dzień i nikt nie wiedział, jaki miał być jej koniec, gdy nagle „Karlskrona“, wielki zatoczywszy łuk, pobiegła ku brzegowi.
Polskie okręty, chociaż mocno przez szwedzkie działa uszkodzone i mając sporo zabitych i rannych na pokładzie, wypuściły się w pogoń.
Wprawny Witt tak się uwijał, że fregata zmuszona była odchylić się od rejdy na Szczecin i, podpędzana pociskami ze „Zjawy Morskiej“, z rozpędem wielkim na rzygawiec wpadła, natychmiast na bakort się kładąc i kilem grzęznąc w ruchomej piaszczystej łasze.
Spuszczono łodzie i do poddających się nieprzyjaciół podpłynięto.
Imć Kubala, łodziami dowodzący, jął przeglądać jeńców. Nagle zatrzymał się przed jakimś zakonnikiem-jezuitą i bacznie wpatrywał się w ciemną twarz, szerokim kapeluszem osłoniętą.
— Na Najświętszą Pannę! — mruknął nareszcie do Muży i Tuska. — Toć to ten aptekarz z Gdańska! Oj, poigram ja z nim teraz!
Zbliżywszy się do przebranego jezuity, zaczął mówić doń po niemiecku:
— Dzień dobry waćpanu, panie Swen!
— Nie rozumiem! — odpowiedział po szwedzku aptekarz, a Muża słowa jego po polsku powtórzył.
— A nie dobrze, nie dobrze znajomków nie poznawać! — szydził Kubala. — Przecież rozmowę mieliśmy niemiecką w Gdańsku, przy Długowsi? Szukałem ja ciebie długo, brachu, bo Roza Lindstrom z katowni gdańskiej ukłony ci piękne przesyła i do kompanji zaprasza!
Swen milczał uparcie i wtedy zaszła rzecz straszna, a losy ludzkie odmieniająca. Imć Kubala wpadł w szał, obalił aptekarza na pokład i, zwracając się do swoich majtków, krzyknął:
— Ten czarownik naszą panią chciał zatruć na śmierć! Hej, chłopcy, zedrzeć mu skórę z grzbietu!
Straszliwe krzyki i jęki długo rozlegały się a umilkły dopiero wtedy, gdy Swenowi z obdartą z grzbietu i ramion skórą, Kubala własnoręcznie, po chłopsku usiadłszy na nim, nożem gardziel niby wieprzowi poderżnął.
Po tej kaźni straszliwej, której z przerażeniem przyglądała się cała szwedzka załoga, stojąca pod lufami pistoletów polskich żeglarzy, imć Kubala zwrócił się do wystraszonych nieprzyjaciół z taką mową:
— Kto zdechł — tego w miech, a skórę — na górę! Teraz do was się, brachy, zabierzemy po — swojemu! Zdrajcę przebraliście w szaty wielebnych, pobożnych ojców-jezuitów, — to zdrada! Ciurowie temu nie winni, tylko starszyzna. Stryczek i na łęciny z nimi! Wy — ludzie, których tu widzę w szatach duchownych — nie wierzę wam! Suponuję, że wszyscy jesteście przebrani, jak na maszkarze, bo skóra na was ścierpła. Żeby więc wilk był syt, a owca cała, daruję wam życie, tylko pamiątkę po sobie do śmierci pozostawię. Postrzępić im pośladki linkami, chłopcy, a żywo!
Gdy wszystko zostało załatwione w tak okrutny, krwawy sposób, zwieziono jeńców na brzeg i dano im wolność.
Panowie Haraburda i Witt, dowiedziawszy się o losie Szwedów, za głowę się schwycili.
— Co to gwałtu teraz będzie! — zawołał Witt.
— Źle jest! — zgodził się rycerz.
— Niech mnie oddadzą katom! — krzyknął Kubala. — Ja się za panią naszą pomstowałem, bom takem sobie ślubował!
Ponieważ pomordowanych nie można było wskrzesić, a pokaleczonym — skóry poprzyklejać, komendanci wydali rozkaz, aby szyprowie prowadzili okręty do Gdańska, umówiwszy się, że nikt o wypadku ani słówka nie piśnie.
Pan Haraburda zaczaił się w domu, jak mysz pod miotłą, czekając, co z całej wyprawy wyniknie. Jakoś cicho było jednak przez długi czas zimowego bezczynu, gdy statki polskie, otulone oponami, stały bez ruchu w zatoce gdańskiej i na Małem morzu.
— Może złe przeminie! — myślał rycerz.
Nie wiedział jednak, że pewnego wieczora król Zygmunt nagle wezwał do siebie przebywającego w Warszawie hetmana Koniecpolskiego.
— Mości hetmanie, — zaczął król mocno gniewnym głosem — powiedz nam, czy rei publicae christianissimae rex sumus, czy inter barbaros panować musimy? Marszałek koronny odczytał nam epistolas aegerrimas, które od cesarza, naszego aljanta wiernego, od elektora brandenburskiego, na którym siła nam zależy, oraz od nuncjusza ojca świętego nadeszły!
— W jakiej materji owe listy, miłościwy panie? — zapytał hetman.
— Nasi żeglarze, napadłszy szwedzką galerę, pobili ją... — mówił król.
Gratiam Deo agamus, najjaśniejszy panie! Zacnie zrobili! — przerwał królowi pan Koniecpolski, już miarkując, o co chodzi.
— Tak, tak! — rzekł niecierpliwie król. — Nie wiesz tylko, że owi żeglarze kogoś tam ze skóry obdarli, a posłowi cesarskiemu, marszałkowi brandenburskiemu i dwóm jezuitom partes posteriores szpetnie linkami posiekali! Horesco referens!
Przerażenie i wstręt malowały się na twarzy Zygmunta.
Pan Koniecpolski zamyślił się, szukając wyjścia z kłopotliwej sytuacji.
Nareszcie spytał:
— Czy niema wyjaśnień w owych pismach, za co tak spostponowano ojców jezuitów, wasza królewska mość?
— Pisze nam nuncjusz, że tylko za to, iż jakowyś zdrajca, oraz poseł cesarski i marszałek brandenburski byli w przebraniu, mając na sobie szaty duchowne! — odparł król, marszcząc brwi.
— Niechże najjaśniejszy pan nie frasuje się zbytnio! — zawołał hetman. — Jutro z marszałkiem koronnym pojedziemy do rezydentów cesarza i elektora, a także do nuncjusza. Sprawa jest jasna!
— Jakto — jasna! Czyś, waść, vinolentus?
— Nie jestem podpity, miłościwy panie! — zaprzeczył pan Koniecpolski. — Hoc verum esse concedo, że źle się stało, iż pokrzywdzono ojców jezuitów. Źle! Lecz poco oni zgodę na maszkarę dali i swoich szat duchownych użyczyli?
— Hm! — mruknął król. — Excusationem habemus criminis.
Non dubito turpe appellare owe obłupienie ze skóry, ohydny to zaiste czyn, ale, zapytam, czy tego nie czyniły szwedzkie wojska w Inflantach? — ciągnął hetman.
Abyssum abyssum invocat... — zauważył nieco uspokojony król.
— Święte słowa, miłościwy panie! — zawołał pan Koniecpolski. — Jak otchłań nawołuje otchłań, tak zbrodnia — zbrodnię — ja ci po...
Hetman ugryzł się w język, przypomniawszy sobie że przed majestatem królewskim stoi, i ciągnął dalej:
Tertio — poco posłowie cesarza i elektora na szwedzkiej galerze do Szwecji płynęli? Video rem publicam in periculo novo esse, bo, czyżby i cesarz na pomyślność Rzeczypospolitej nastawał, jak to czynią elektor i książę pruski?
Cum timore cogitamus... — szepnął król. — Ze strachem myślimy o tem!... Przekonałeś nas, mości hetmanie, że graviter odpisawszy, sprawę tę załagodzić możemy. Chociaż, powtarzamy, epistolas aegerrimas napisano do nas!
— Idę do marszałka, najjaśniejszy panie, całą sprawę omówić! — zakończył, kłaniając się nisko, pan Koniecpolski, a sam do siebie mruczał:
— Ja ci powiadam, mopanku, że musiał tam mój Haraburda, ja ci powiadam, pohulać po — naszemu, mopanku, jak to na Dzikich Polach bywało, ja ci powiadam!
Chociaż król podpisał pismo do cesarza, wyjaśniając zajście, jednak był zniewolony posłowi cesarskiemu i nuncjuszowi papieskiemu przyrzec, że owych okrutnych żeglarzy z okrętów usunie i pokara.
Miał zaś to uczynić władzą swoją hetman, na Pomorze znów odjeżdżający.
— Źle, mopanku, z tobą, ja ci powiadam! — mówił w kilka dni później pan Koniecpolski do stojącego w jego kwaterze rycerza. — Z brygantyny musisz duchem zniknąć, bo nad tem oko mają i cesarscy ludzie i ojcowie jezuici. Wezmę cię do swej chorągwi, jeno nazwisko zmienić musisz, mopanku!
— Nie wypada mi dobrego imienia nie talarami i gładkiemi słowy, lecz krwią zdobytego, zrzekać się, mości hetmanie, acz zaszczyt wielki i radość bezmierna pod jego wodzą ciągle służyć! — odparł rycerz.
— Ha, ha! mopanku, ja ci powiadam, rzekłeś dictum acerbum! — zaśmiał się hetman. — Sroga z ciebie sztuka, rogata! Cóż ja z tobą, mopanku, ja ci powiadam, uczynię? Nie mogę ja ciebie do wieży wsadzić, bobym chodził dokoła, mopanku, i, ja ci powiadam, jak ten pies wył z tęsknicy!
— Wasza dostojność, mam na to radę! — rzekł pan Haraburda. — Pozwólcie mnie żonę odwieźć do wojewody Piotra, a samemu popłynąć z handlową galerą do Italji. Namawiają mnie na to gdańscy druhowie z pomiędzy ludzi targowych. Poznam morze, jeszcze bardziej do żeglugi nawyknę, a melioribus annis na brygantynę swoją lub jaką inszą powrócę i prał będę, co trza będzie w owe czasy prać!
Długo naradzał się hetman z panem starostą Weyherem, lecz nic innego obmyśleć dla miłego ich sercu rycerza nie mogli. Wiedzieli bowiem panowie, że długie ręce ma cesarz, którego we wszystkiem słuchał król, a nie zamykali oczu i na to, że ojcowie jezuici umieli do celów swoich dążyć i u Zygmunta, gorliwego katolika, posłuch mieć we wszystkiem.
Z żalem więc pożegnali pana Haraburdę, który do kolan im padł i miłość swoją wodzom świadczył ze szczerością.
Gdy odszedł, pan Koniecpolski spojrzał na pana starostę i z westchnieniem rzekł:
— Przyszły czasy, że najlepsi z Polszczy uciekać muszą, niby syny wyrodne!
Trzasnął hetman pięścią w stół, a pan Jan Weyher dawno już prychał, bo krew go z wielkiej alteracji zalewać poczęła.



Rozdział XIV.
Zwodnicze drogi morskie.

Było to w pełnym złych przepowiedni, niespokojnym 1624 roku. Astrologowie i wróżbici w różnych krajach oczekiwali przyjścia czasów strasznych. Jedni mówili, że podnosi się „lew północny“ i drapieżnemi szponami szarpie purpurę Habsburgów potężnych, którzy Sacrum Imperium Romanum Nationis Teutonicae i Hiszpanję w rękach swych trzymali, drudzy widzieli na niebie znaki wojny pomiędzy kościołem rzymskim a heretykami, inni przewidywali zmagania się Francji z Hiszpanją, przepowiadali gwałtowną śmierć dwóch monarchów i wielu możnych ludzi w różnych państwach.
Hiszpański Habsburg, król Filip IV, naradzał się ze swym powiernikiem Gasparem hrabią Olivarez co do wystąpienia na drogę wojowniczych czynów swego dziada Filipa II, zapominając o klęsce „Niezwyciężonej Armady“, której szczątki gniły na dnie morza koło Calais i na wybrzeżach Irlandji.
Knuła nowe plany Marja Medici, regentka Francji, wraz z przebiegłym kardynałem Richelieu, syna-króla do śmiałych czynów przygotowując.
Waleczny i surowy Wallenstein zaciskał w żelaznej dłoni cesarstwo i przeciwko Habsburgowi niemieckiemu w duszy już zdradę nosił, marząc o koronie dla siebie.
Cała Europa czuła się na bezdrożu. Królowie o obronie kościoła rzymskiego myśleli, jednocześnie obawiając się wzrostu potęgi cesarstwa i Hiszpanji, krajom ich zagrażających, i miotali się w niepewności, prawa heretykom nadając, lub ścigając ich na gardle i mieniu.
Tylko dwa państwa o wojnie za wiarę przodków nie myślały i, korzystając z zawieruchy dziejowej, w tajemnicy swoje zamiary w życie pomyślnie wprowadzały.
Były to — Holandja i Anglja, które powoli a wytrwale morza i oceany zdobywały.
To też bandery angielskie i holenderskie we wszystkich portach można było spotkać.
Potężna niegdyś Hanza, zagrożona przez wzrost liczniejszej i szybszej floty sąsiadów, a podupadła na skutek wewnętrznych niesnasek oraz niespokojnych czasów nietylko na Bałtyku, lecz i w Sundach, gdzie też wojna mogła wybuchnąć lada dzień, krok za krokiem odchodziła w cień, oddając dawne swoje placówki nowym władcom morza.
W tym to właśnie roku, gdy galery wszystkich państw krążyły po morzach, szukając bogactwa i zazdrośnie patrząc na angielskie i holenderskie okręty — do Brugji, przeszedłszy kanał morski, zawinęła duża galjona handlowa, na grotmaszcie niosąca nigdy nie widzianą banderę: błękitny krzyż na białej płachcie z białym orłem w polu amarantowem po lewej stronie górnego rogu. Na foku powiewała fana gdańska, a na rufie — duży pawilon Hanzy.
Galjona, nosząca nazwę „Baltika“, stanęła pomiędzy dwiema potężnemi fregatami — hiszpańską i holenderską, które lichtować zaczynały towary z rumów.
Komendor portowy, siwobrody i ogorzały retman, natychmiast podpłynął do galjony i, uchylając skórzanego o szerokich rondach zydwestra, zapytał, pykając fajką:
— Jaka bandera? Nazwisko właściciela? Miejsce odpłynięcia i port krańcowy?
Wyjął gruby ołówek i do zapisywania się przygotował:
— Galjona targowa „Baltika“, należąca do arcybiskupa gnieźnieńskiego, wpisana do związku Hanzy, wypłynęła z Gdańska pod banderą polską. Ryzę trzymam na Genuę, port italijski! — odpowiedział wysoki, barczysty człowiek, o twarzy, przeciętej blizną.
Retman starannie zapisał, spojrzał na nieznaną mu banderę, niby usiłując ją sobie dobrze zapamiętać, i pytał dalej:
— Rodzaj ładunku? Imię kapitana? Czy jest komprador na pokładzie?
— Ładunek — 450 łasztów mąki żytniej, 200 szyfuntów miedzi węgierskiej, 200 szyfuntów żelaza kutego, 10 szyfuntów wosku, 4 barele czerwca do farbowania sukna, 30 obseftów wina węgierskiego i 10 kadzi miodu pszczelego. Jestem kapitanem „Baltiki“, nazywam się Władysław Haraburda; kompradorem na deku jest Julio Ottoboni, właściciel firmy J. Ottoboni w Genui.
— Jaki cel zawinięcia do Brugji? — pytał retman, zapisując odpowiedź kapitana.
— Podczas wczorajszej burzy zgruntowaliśmy nieco koło wyspy Terchelling, dotknąwszy zdziaru! Przy kilu puściły tarcice dna. Mam wodę w przednim rumie. Muszę naprawić uszkodzenie, bo pławba daleka! — odpowiedział kapitan.
Komendor, burknąwszy pozdrowienie, odbił od burty galjony.
— Arturze Holz! — zawołał kapitan.
Szyper, spokojny, bywały Niemiec gdański, oddawna na hanzejskich statkach pływający, podbiegł i czekał na rozkazy.
— Źle rozpoczęliśmy pływankę, szyprze! — zaczął kapitan.
— Niedobrze! — odparł, kiwając głową. — Tyle razy płynąłem koło Terchelling i...
— I nigdy nie gruntowałeś? — przerwał jego powolną mowę pan Haraburda.
— ...zawsze to samo — gruntowałem! — mruknął. — Zaklęte miejsce — ta wyspa Terchelling!
— Wiesz co, Holz? — zawołał, podchodząc do rozmawiających, młodzieniec o złocistych włosach i figlarnych oczach. — Miałem dziadka, który zawsze mawiał, że, ile razy przejdzie koło karczmy, to się upije. Nazywał tę karczmę — urzeczonem miejscem!
Mimo woli wszyscy parsknęli śmiechem.
— Komu do śmiechu, a drugiemu do zdechu! — zauważył pan Haraburda. — Dobrze, że mamy ze sobą Ottoboniego! Zagrzeje nam się pszenica w rumach, jak mi Bóg miły, zagrzeje! Będziemy zmuszeni jeszcze raz kotwiować, aby wietrzyć ją i suszyć. Szyprze, bierz szalupę i pędź, aby prędzej galjonę do naprawy wzięto!
Holz wcisnął kapelusz na okrągłą głowę i, zwoławszy majtków, spuścił łódź i odpłynął, z przyzwyczajenia pokrzykując na robiących pojazdami ludzi.
— Jeno, imć Wojciechu, nie zjeżdżajcie na brzeg, bo jakowaś awantura wam się przydarzy! Niespokojny z was duch, imć panie Kubala! Ot, przez wasze harce z okrętnikami „Karlskrony“ płyniemy teraz daleko, gdzie pieprz, podobno, dojrzewa i pomerańce na drzewach rosną!
Wyrzekłszy to, pan Haraburda chciał odejść, lecz Kubala zabiegł mu drogę i, patrząc badawczo w oczy, spytał:
— Gniewacie się, jegomość?
— Gniew uśmierza odwłoka, asanie! — odparł pan Władysław.
— Aha! To był gniew? A jegomość nic mi nie ukazał! — zawołał Kubala. — Wiem ci ja, że mocno nabroiłem i niełaskę na głowę pana sprowadziłem. Gryzłem się ja tem nie mało, ho, ho! Jeno chciałbym ja wiedzieć, chocia raz w życiu, co byłoby dla jegomości lepsze, czy żeby owy oczajdusza-Swen chodził jeszcze po ziemi, czy tak, jak jest, po gardle i — abgemacht!
Pan Haraburda zaśmiał się zcicha i, pochylając się mu do ucha, szepnął:
— Szkoda, żeś go do pięt nie obłupił ze skóry!
— A no, widzi jegomość! Tak to rozumiem, i na sercu mi teraz lżej! Już przyrzekam, że na brzeg wcale nie pojadę, chociażby jegomość mnie ze sobą brał. Ot co!
Młodzieniec wykręcił się na pięcie i pobiegł ku kasztelowi, wołając:
— Gwałtu rety! Ja tu gadu-gadu, a lekcji nie odrobiłem! Spuści mi jegomość lanie!...
— Spuszczę, pewnikiem! — krzyknął za nim pan Haraburda i poszedł na spotkanie okazałego Włocha, Ottoboniego, wychodzącego na pokład.
Na galjonie wkrótce zakipiała praca. Okrętnicy gdańscy i robotnicy portowi pompowali wodę z rumu, a wprawni ciesielscy czeladnicy zbijali uszkodzone tarcice, nakładali nowe poszycie, smolnemi konopiami i gorącym targanem uszczelniając podwodną część galjony.
Była to trudna i żmudna robota.
Na trzeci dzień stójki w Brugji pan Haraburda ciągle zbiegał do rumu, aby się przekonać, czy nie puszcza poszycie i czy przez niewidzialne szpary nie sączy się gdzieś zdradliwa woda morska.
Wychodząc z rumu na pokład, ujrzał łódź, przybijającą do burty okrętu.
— Pismo do kapitana! — krzyknął majtek, wrzucając papier na dek.
Było to zaproszenie dla kapitana polskiej galjony na holenderską fregatę „Van Fliessen“, stojącą obok.
Przebrawszy się, pan Haraburda udał się na holenderski okręt.
Spotkało go przy trapie dwóch mężów wspaniałej, okazałej postawy. Rycerz odrazu poznał w nich wojowników, którzy nie z jednego pieca chleb jadali. Obydwom już siwizna mocno przyprószyła gęste czupryny, lecz z bronzowych twarzy biła moc i odwaga, a oczy nawykłe do patrzenia w bezkreślną dal, miały wejrzenie ostre i drapieżne.
— Nazywam się Jan Koen, a to mój przyjaciel — Juan Marlinez de Recalde, syn nieszczęśliwego Don Juana, który brał udział w bitwie „Niezwyciężonej Armady“ króla Filipa II! — rzekł komendant „Van Fliessena“.
Gościa zaproszono do bogato przybranej biesiadni, gdzie przy kubkach wina prowadzono przyjacielską pogawędkę, gdyż obaj cudzoziemcy, jako starzy żeglarze, po niemiecku płynnie mówili.
Pan Władysław Haraburda nie wiedział wtedy, kogo ma przed sobą, a byli to ludzie znamienici, o których kronikarze zwoje pergaminu zapisali.
Jan Koen, dowódca floty holenderskiej, zdobył dla swojej ojczyzny wyspy Sundajskie i, odparłszy nieprzyjaciół, bogatą kolonję założył.
Hiszpański żeglarz, don Juan Martinez de Recalde, nietylko był synem wielkiego morskiego wodza, lecz i sam do Ameryki pływał wielokrotnie i świat dokoła trzy razy obiegł.
— Zdziwi waszmość pana, że my tu dwaj żeglarze krajów, o panowanie nad morzami spór toczących, kielichami się trącamy przyjaźnie? — spytał Jan Koen, na polskiego komendanta patrząc wesoło. — Pono jest to dziwna rzecz, a tymczasem my nieraz na oceanach ryzę sobie przecinaliśmy, a w ciężkiej potrzebie z pomocą szliśmy chętnie. Don Juan poratowanie mi dał, gdy podczas orkanu okrutnego niemal tonąłem na oceanie Indyjskim, ja zaś jego galerę wyrwałem z rąk korsarzy, mających swoje gniazdo zbójeckie w Bizercie. Tak od tego czasu, za każdem spotkaniem, trącamy się kielichami przyjaźnie.
— Oby waszmościowie spotykali się tak jeszcze długie lata! — rzekł pan Haraburda. — Bo przyjaźń to słodka rzecz. W moim kraju zaś ludzie mówią, że „przyjaciela jedwabną ręką wybieraj, a żelazną trzymaj!“
— To głęboka prawda! — rzekł Hiszpan. — Zaprosiliśmy ciebie, kawalerze, bo obaj dla twego kraju afekt żywimy.
— Tak! — zawołał Koen. — Byłem ze swoim okrętem w Kurlandji wtedy, gdy pod Kirchholmem wielki wojownik wasz — Chodkiewicz na głowę rozbił króla Karola, dziewięć tysięcy Szwedów trupem kładąc, chociaż sam siły małe miał wtedy!
— A ja podziwiam Polskę za to, że na każdem polu może być najlepszą! — zawołał don Recalde. — Opowiadali mi żeglarze, którzy powrócili po bitwie morskiej z Polakami na Bałtyku. Nikt nie słyszał do tej pory o polskich żeglarzach, aż się okazali najlepszymi, bo zwyciężyli najsławniejszego naszego komendora — Pablo Alwarez Puerto.
Pan Haraburda czuł, że mu krew uderzyła na oblicze, lecz się pohamował i rzekł:
— Do morza, jeżeli wojna jest, nasz lud ma sposobność przyrodzoną! A co do tych hiszpańskich galer, które Polacy potopili, to nic o tem nie wiemy u siebie w kraju. Pewno byli to jacyś piraci...
— Proszę! — zdziwił się Koen. — To wy i piratów macie?
— Wszędzie bywają wolni ludzie, którzy grasują na wielkich drogach lub — na morzach... — rzekł pan Haraburda.
— To już dobrze! — zawołał don Juan. — Gdzie są korsarze, tam powinni być dobrzy żeglarze!
Tak rozmawiając, zabawiali się morscy dowódcy kielichami, rozpowiadali o licznych podróżach i bitwach, w których brali udział, przypominali sobie dawnych towarzyszy, z których jedni jeszcze ryli morze, drudzy zaś śmierć znaleźli w otchłani lub pod gradem nieprzyjacielskich pocisków.
Rozstali się przyjaciółmi, bo znamienici żeglarze w polskim kapitanie odczuli duszę pokrewną — surową, śmiałą a szczerą.
Nazajutrz „Baltika“ już płynęła po Atlantyku. Ocean kołysał na gładzie ciężki kadłub polskiej galjony, a dma igrała z kosami bander, głośno pogwizdując śród lin i wydętych żagli.
Pan Haraburda nie miał dużo pracy, bo szyper Holz prowadził galjonę. Uczył więc komendant imć Kubalę zawiłej sztuki czytania i pisania, a, na jego żądanie, nawet łacińskich sentencyj, chętnie przez szlachtę używanych.
Lubił więc imć Kubala łaciną swoją się popisywać przed okrętnikami i z napuszoną, srogą miną często mawiał, ni przypiął, ni przyłatał:
Nec Hercules contra plures!
Posłyszawszy to, pan Haraburda ze śmiechem rzekł:
— Sypiesz, asanie, tem swojem „nec Hercules“ tak, jakbyś złoty guz do baraniego kożucha przyszył!
— Poszanowanie zato wśród ciurów mam okrutne — odpowiedział wesoły młodzian — bo za srodze uczonego mnie mają!
— Z próżnego nie nalejesz, imć Kubala — upominał go komendant.
— A jakżeż to ja wtedy z próżnej balzamki do katowni gdańskiej caluteńką Rozę Lindstrom wlałem, jegomościu?! — wołał figlarny pan Wojciech i chichotał po swojemu cienko i zabawnie.
Po kilka razy dziennie spuszczał się pan Haraburda wraz z Ottobonim do rumu i obaj macali zboże, po łokcie zanurzając w nie ręce.
— Zagrzeje się, jak mi Bóg miły, zagrzeje! — mruczał rycerz.
Jakby wiedział pan Haraburda, bo istotnie pszenica grzać się zaczęła po kilku dniach, więc musieli kotwicę rzucić w hiszpańskiej Korunie i, rozłożywszy na gorącym piasku płótno żaglowe i konopne opony, rozsypywali na nich pszenicę, rydlami ją ciągle ruszając, aż się przewietrzyła należycie i ostygła.
Zabrało to kilka dni, lecz zato spokojni byli żeglarze o swój ładunek, ukryty w rumach.
— Wielką konsolację teraz czuję, mości Ottoboni — mówił komendant do Włocha — bo wiem, że do Genui dopłyniemy i wszystko dowieziemy szczęśliwie!
Tu duca, tu signore e tu maestro! — odparł kupiec. — Chcę wierzyć tobie, szlachetny panie. Chociaż nic przed ukończeniem pływanki mówić nie można. Pamiętaj o korsarzach maurskich!...
Retro, satana! — zawołał pan Haraburda, z trwogą patrząc na morze.
Z Koruny „Baltika“ szybko płynęła na południe, zbliżając się do Gibraltaru.
Sama nazwa cieśniny ciągle przypominała komendantowi Maurów, gdyż Ottoboni powiedział mu, że znane starożytnym żeglarzom „słupy herkulesowe“ Arabowie nazwali Dżebel al Tarik, od czego powstało hiszpańskie słowo — Gibraltar.
Ominąwszy przylądek Św. Wincentego, żeglarze spostrzegli dwie duże hiszpańskie galjony z czerwonemi krzyżami na żaglach, kilka mniejszych dwumasztowych kog i trzymasztowe pinki, napróżno usiłujące halzować, aby złapać wiatr. Jednak na oceanie panował prawie zupełny sztyl i żagle fladrowały, obwisając na długo i na chwilę tylko wydymając się, gdy nadlatywała słaba bryza.
„Baltika“ sunęła powoli, mając wiatr od bakortu i wychodząc dalej w morze, gdzie szyper miał nadzieję złapać w żagle silniejszą dmę.
Zniknęły woddali hiszpańskie okręty i „Baltika“ płynęła samotna.
Po południu dojrzano jakieś statki. Wkrótce wynurzyły się z wiszącej nad morzem świetlnej mgły trzy duże trzymasztowe galjony, szybko prujące gładką powierzchnię oceanu.
— Patrzcie, waszmościowie! — zawołał Kubala do komendanta i Ottoboniego. — Żagle im wiszą niby płachty, suszące się po płotach, a tymczasem chyżo lecą!
— Biada! — krzyknął kupiec. — Pędzą ku nam galeasy korsarskie, poruszane pojazdami!
Pan Haraburda zaczął patrzeć przez lunetę i dojrzał dwa rzędy wioseł, miarowo bijących wodę.
Zaczęto pośpiesznie zmieniać halzę galjony, aby nadać jej inny kierunek, lecz na morzu zapadła zupełna cisza i „Baltika“ bezradnie kołysała się na gładzie, prawie się nie poruszając.
Galeasy szybko dopadły dryfujący okręt kupiecki i zahaczyły go z obydwóch burt.
Korsarze o czarnych twarzach, białych i czerwonych zawojach na głowach, zacisnąwszy w zębach krzywe handżary, zaczęli wskakiwać z wysokiej burty na pokład „Baltiki“.
— Poddać się! Poddać się! — wołali po hiszpańsku dzikiemi, gardłowemi głosami.
Jakiś wysoki, włochaty w rozchełstanej, brudnej koszuli korsarz, przyłożył panu Haraburdzie nóż do piersi i ręką do gardła mu sięgnął.
Dawny zabijaka obudził się nagle w rycerzu. W okamgnieniu porwał napastnika za rękę, trzymającą handżar, i wykręcił ją; gdy nóż wypadł na dek, ucapił pan Haraburda włochatego korsarza, podniósł nad głową i, młyńcem zakręciwszy, zamierzał cisnąć go za burtę. W tej chwili usłyszał spokojny, doniosły głos imć Kubali:
Nec Hercules contra plures...
— Ha! — pomyślał rycerz. — Racja! Nic nie wskóram, a pokpić sprawę mogę...
Ostrożnie więc opuścił półprzytomnego od młyńca draba na pokład i, uśmiechając się, poklepał go po ramieniu.
Hałastra, z podziwem patrząca na osiłka, wrzasnęła radośnie i nagle ryknęła śmiechem, widząc towarzysza, który, słaniając się jeszcze, oglądał się dokoła błędnemi oczami.
Korsarze związali nieliczną załogę „Baltiki“ i stanęli przy sterze i żaglach.
Z jednej galeasy rozległa się komenda. Poruszyły się wiosła i, uwiązany do ruf korsarskich okrętów statek gdański popłynął za niemi, powoli sunąc ku wybrzeżom Afryki.
Przed wieczorem zerwała się silna bryza i „Baltika“, kierowana przez maurskich żeglarzy, chyżo biegła na południe.

Pan Haraburda, pozostawiony na wolności, usiłował nawiązać rozmowę z czarnymi korsarzami, lecz ci znali tylko dwa słowa po hiszpańsku: „poddaj się“ i „śmierć“.

— Z tem do dużej konfidencji dojść nie można! — pomyślał rycerz. — Te czarne bisurmany charczą jeno i zgrzytają jakby kto ostrzem po szkle drapał!
Jednak, ujrzawszy związanych w kasztelu Kubalę i Ottoboniego, pan Haraburda długo rozmawiał na migi z małym, chudym, lepiej od innych odzianym korsarzem, bo miał go za starszego wśród bandy zbójeckiej; zrozumiał nareszcie Arab i, wycharknąwszy kilka słów do swego pomocnika, zwolnił obydwóch jeńców.
— Tak to jeszcze, mój jegomościu, nigdy nie bywało! — kręcąc głową, mówił po wyjściu z kasztelu Kubala. — Ale jak garście na wolności, a na nogach pęt nie masz, to i — raźniej odrazu. Bo gdy ręką nie zdziałasz, tedy nogą można!
— Tu nie uciekniesz, asan! — ze smutkiem zauważył pan Haraburda.
— Po morzu to nie pobieży człek, mój jegomościu, — powiedział imć Kubala — ale tuszę, że może te basałyki kiedyś do brzegu dopłyną... Gdy będzie ziemia, to człek przemyślny poczuje się w domu i rozważać pocznie...
Nec Hercules contra plures, bracie! — mruknął do niego pan Haraburda.
— Czy to, jegomość, dużo aljantów miał na „Filsandzie“ u barona Palena, gdy z panią naszą po raz pierwszy przybył? — zapytał, wzruszając ramionami, Kubala.
— Prawda... prawda! — odpowiedział rycerz, którego smutek ogarnął na wspomnienie żony.
„Baltika“ po trzech dniach żeglugi rzuciła kotwicę o kilka stajań od spadzistego brzegu, gdzie na skałach rozbijały się nadbiegające fale oceanu.
— Salé, Salé — mruknął do pana Haraburdy jeden z korsarzy, kiwając głową w stronę wysokich minaretów, wznoszących się na brzegu.
Rycerz zrozumiał, że jest to nazwa bielejącego na szczycie spychu miasta, ale nie mógł się domyśleć, co ma oznaczać „El-Ajaczi“, chociaż te słowa Maur powtórzył kilkakrotnie, podnosząc przytem twarz do góry i cmokając ustami:
— El-Ajaczi! El-Ajaczi!
Korsarze kazali jeńcom wsiadać do łodzi i płynąć do brzegu, gdzie tłum uzbrojonych jeźdźców otoczył pojmanych żeglarzy i — pochód ruszył w głąb miasta.
Wąskiemi uliczkami, otoczonemi wysokiemi i ślepemi murami, tłum jeńców posuwał się dalej. Na niewielkich placach stały meczety z wysokiemi minaretami, w połyskach złotych kul i półksiężyców; obszerne gmachy, ledwie widzialne poza murami i potężnemi bramami; stragany kupców i tłumy ludzi.
— Uważacie, jegomościu, jakie tu fortalicje? W każdym takim domu można oblężenie wytrzymać! — zauważył Kubala, idący obok pana Haraburdy.
— Zacne budowle, srogie! — kiwnął głową rycerz, rozglądając się bacznie.
— Wszystko przepadło... na zawsze! — jęczał poważny Ottoboni, załamując ręce. — W grodzie niewiernych jesteśmy. Lasciate ogni speranza, voi che’ntrate!
— Co to ma znaczyć, mój jegomościu? — zapytał ciekawy Kubala.
— Pozostawcie nadzieję wchodzący tu! — jęknął Ottoboni, wielki miłośnik swego ojczystego poety Dantego.
— E-e, mój jegomościu! — odparł młodzieniec. — Przez tyle już przeszliśmy pięknych bram, więc skoro entrate, dlaczegóż nie moglibyśmy... drapate? Miejmy w Bogu nadzieję!
— Nie, teraz to „kaput“ z nami! — westchnął szyper Holz.
— Kraczesz, jak wrona na sowę! — mruknął Kubala. — Nadzieja w Bogu, w torbie chleb...
Tak rozmawiając, doszli do nowej bramy, która już osypywać się zaczęła.
Za bramą widniał duży, biały budynek z okrągłą kopułą i długą murowaną szopą, przylegającą do muru.
Maurowie wprowadzili jeńców do obszernej izby, głęboko w ziemi zapadłej, i, zdjąwszy powrozy ze związanych, wyszli, zamknąwszy za sobą mocne drzwi. Przez mroczną izbę biegł w kamiennem korycie strumyk, więc jeńcy z radością gasili pragnienie i obmywali zbiedzone głowy i potarte sznurami ramiona.
Przyniesiono strawę. Był to „kuskus“ — kasza jęczmienna, polana palącym sosem czerwonym i okraszona kawałkami mięsa baraniego.
Pierwszy spróbował posiłku imć Kubala i, głośno mlasnąwszy wargami, zawołał:
— Jak jest z czego, to i dureń kaszy nawarzy! Wcale przednie, a ogniste! Uf!
Po nim próbował jadła pan Haraburda i rzekł:
— Dobra! Jakbym jadł naszą sałamachę, do której jakiś trefniś saporu dla figla dolał.
— E-e, widzi mi się, że tu dobrzy ludzie żyją! — krzyknął rozochocony Kubala. — Dogadzają nam, jak ksiądz Kachnie! No, mości Ottoboni, a skosztujcie!
Dostojny Włoch, który zupełnie stracił na animuszu, z trudem szczyptę kaszy, zagarnąwszy palcami, gdyż łyżek nie używają w Mohrebie, do ust włożył.
Na ten widok, Kubala skoczył i udanym tubalnym głosem wyrecytował:
— Katarzyna z Nadarzyna, Jakubek z Dłubek: pierwsza zapowiedź; ktoby wiedział o jakiej przeszkodzie, niechaj puści bąka na wodzie; Katarzyna z Ciecierzyna, Jan z Kijan, zapowiedź druga, ale z tego nic nie będzie, bo obydwa chłopy!
Zgadł wesoły imć Kubala, bo Ottoboni pluć nagle zaczął, wołając:
— Gorzka, podła oliwa!
— Delikatny pan, niczem bernardyńska pięta! — mruknął Kubala do pana Haraburdy. — Je, jak szydłem patokę!
— Mielesz, asan, językiem, jak baba kołowrotem! — zaśmiał się rycerz.
— Pół człowieka bez języka, mój jegomościu! — odciął się młodzik. — Exemplum: szyper Holz. Na galjonie to gadał i gadał zbereźne, sprośne słowa, a tu milczy, jakby wody nabrał...
Krotochwilny Kubala rozweselił jednak wszystkich i ducha obudził. Rozległ się śmiech wesoły, podsycony też tłustą kaszą. Stojący na warcie zbrojny Maur zajrzał do izby i ze zdumieniem podniósł ramiona.
Pan Haraburda czuł się niezwykle spokojnym. Kilka razy mignęła mu myśl, jak, siedząc przy kominku w domu, będzie pani Wandzie opowiadał o swej niedoli maurskiej, z której, jak dotąd, nic sobie nie robił. Nie rozumiał, skąd miał w sobie ten spokój i wiarę w pomyślne zakończenie całej przygody.
Tegoż dnia popędzono gdańskich jeńców i innych, wziętych wraz z kilkoma hiszpańskiemi pinkami, do Dar-el-Mahzen, czyli pałacu, ukrytego za murami i pięknym gajem pomarańczowym.
Mieszkał tam emir miasta Sale, zuchwały korsarz i waleczny wojownik, El-Ajaczi.
Jeńców ustawiono dokoła obszernego dziedzińca i wkrótce z pałacu wyszedł El-Ajaczi, w otoczeniu amir-el-bachrów i raisów korsarskich.
Dowódcy galeasów, które zdobyły jeńców, objaśniali emirowi, skąd pochodzą ludzie, stojący przed jego groźnem obliczem.
Ujrzawszy hiszpańskich żeglarzy, emir kazał ich natychmiast skuć łańcuchami i wrzucić do ciemnicy, Ottoboniego zaś zamknąć osobno, aby wszcząć z nim układy o sowity wykup.
— Cóż to za ludzie? — spytał nareszcie emir, podchodząc do gromadki gdańszczan, gdzie, wszystkich przewyższając o dwie głowy, stał wyniosły i barczysty pan Haraburda z groźną twarzą, przepasaną blizną.
Rycerz ze zdziwieniem przyglądał się wodzowi korsarskiemu. Niezawodnie, nie był on Arabem, bo miał jasną twarz, płowe włosy i niebieskie, zimne oczy. Pan Haraburda nie wiedział, że wśród piratów afrykańskich było sporo poturczeńców — ludzi z Europy. Dostawszy się do niewoli, nieraz nawet zbiegłszy do Maurów przed pościgiem za dokonane zbrodnie, lub przed świętą inkwizycją, gdy to censores fidei tępili heretyków, — przyjmowali zbiegowie naukę proroka Mahometa i rychło do znacznych godności dochodzili.
Takim poturczeńcem był potężny emir El-Ajaczi. Był to holenderski żeglarz Van-Eljack, uczestnik wielu śmiałych wypraw holenderskich karawel na dalekich morzach.
— Cóż to za ludzie? — pytał emir.
— Mówią, że są z Polonji, władco! — odparł jeden z korsarzy, przykładając dłoń do piersi, ust i czoła. — Niech Allah da ci moc na długie lata, emirze!
Jakaś myśl błysnęła w zimnych, jasnych oczach El-Ajaczi.
— Kraj nasz nazywają Turcy — Lechistanem! — rzekł po niemiecku pan Haraburda, nie mając nadziei, że go ktoś pośród czarnych korsarzy zrozumie.
Nagle jeden z okazałych amir-el-bachrów, stojących za emirem, uderzył się szeroką dłonią w czoło i zawołał do władcy:
— Wspaniały panie, orle morski, ja znam ten kraj! Gdy padyszach prawowiernych chodził do Europy z wojną, jam przewoził na okrętach jego waleczne wojska. Padyszach spotkał w polu wojowników z Lechistanu, którzy zuchwale drogę janczarom sułtańskim zagrodzili i piędzi swej ziemi nie ustąpili. Sam padyszach nazywał Lechistan — legowiskiem lwów!
Res Publica Polonia? — zapytał El-Ajaczi.
Res Publica Polonia — powtórzył rycerz, czując, jak mu serce bić przestało.
— Co umiecie robić? — padło pytanie w języku niemieckim.
— Okręty wodzić po morzach... — zaczął rycerz.
— Sami to potrafimy! — przerwał mu emir. — Więcej co?
— Jesteśmy wojennymi ludźmi. Znamy się na konnicy i piechocie, na armatach i wszelakiej broni, umiemy budować fortalicje i podkopy wybuchające prowadzić, proch robić... — wyliczał pan Haraburda.
— Dość! — rozkazał emir. — Czy znasz kogoś w Holandji?
— Znam Jana Koena, komendanta — odpowiedział rycerz.
— Największy to żeglarz na świecle! — zakrzyknął korsarz. — Dawno-żeś go widział? Czy zdrów jest Koen?
— Przed trzema niedzielami trącałem się z nim kielichem w Brugji, przed wypłynięciem z moją targową galjoną z pszenicą... Zdrów był, jak dąb!
El-Ajaczi zamyślił się.
— Tych ludzi z Lechistanu trzymać na wolności! — rzekł nareszcie. — Gdzie umieszczono ich?
— W zauji Nekkas, władco! — odpowiedział konwojujący jeńców korsarz.
— Dobrze! — skinął ręką emir. — A suto karmić, bo muszą dobrze pracować!
Jeńców odprowadzono zpowrotem do izby, z biegnącym w kamiennem korycie strumykiem.
Nazajutrz pana Haraburdę stawiono przed emirem.
El-Ajaczi wyprowadził rycerza na szczyt pałacu i rzekł:
— Widzisz na dole całe Sale, tu — rzeka Bu-Regreg, a tam — na przeciwległym brzegu miasto Ribat-el-Fath, należące do sułtanów z dynastji zniewieściałych Saadien. Chcę, abyś oba te miasta w fortecę groźną, niezdobytą zamienił!
Naradzali się emir z jeńcem, a gdy rycerz opuścił Dar-el-Mahzen, El-Ajaczi przywołał do siebie naczelnika straży i rozkazał:
— Jutro dasz temu człowiekowi tyle jeńców, ile zażąda, bo będzie las rąbał w Mamora!
— Rzekłeś, dżebber, i słowa twoje pozostały w mojej duszy!
Bijąc pokłony, odszedł Maur, kierując się ku zauji, gdzie siedzibę swoją mieli ludzie z Lechistanu.



Rozdział XV.
W niewoli.

Już cztery miesiące w pocie czoła pracowali pan Haraburda z imć Kubalą i gdańszczanami w Sale. Padały pod ciosami siekier rozłożyste dęby w lesie Mamora, zgrzytały oskardy i czekany dokoła murów miasta. Nad Bu-Regregiem pobudowano dwa mosty; powstawały nowe mury obronne i wały, dobre drogi kołowe przecinały teren przyszłych walk.
Rycerz rozumiał, że emir do wojny się sposobił, lecz nie wiedział, że miała ona wybuchnąć dopiero w trzy lata później. Dumny i zuchwały El-Ajaczi połączył się wtedy z korsarzami z Fedali i Mehdia i rokosz wszczął przeciwko szeryfom. Udało się poturczeńcowi odeprzeć od Ribatha i Sale wojska sułtana Mohrebu i założyć niezawisłą „rzeczpospolitą dwóch rzek“, która klęskę szerzyła wśród białych żeglarzy na Atlantyku.
Tygodnie i miesiące tymczasem biegły jeden po drugim, jak wino przez szczelinę kufy, — kropla po kropli, aż się zbierało w strumyki, które już nigdy powrócić nie miały. Tak też upływały dni rycerza.
Imć Kubala uważnie się rozglądał, obmyślając ucieczkę, lecz nie łatwo to szło w obcym i wrogim kraju. Zaczął więc sprytny młodzieniec, pracując w lesie lub przy wałach i rowach, przyjaciół sobie z pośród strażników i starszyzny maurskiej zjednywać, języka ich się ucząc.
Pan Haraburda z podziwem słuchał, jak Kubala, charcząc i zgrzytając gardłem, o świcie pozdrawiał Maurów, mówiąc po arabsku:
— Selam alejkum, khuan!
Prędko się nauczył Kubala najpotrzebniejszych słów i, naszwargotawszy się ze swymi przyjaciółmi, z figlarną miną oznajmiał, że dziś będzie „przednie wżeranie“.
— Mój jegomościu! — mówił, podbiegając do rycerza — wczoraj wieczora „dżezar“ dał „kumją“ po gardle „kebir ghenem“. Więc dużo będzie „leham“. A ja kazałem w imię „Allacha Khalek Embarek“, aby „halib“ przynieśli, „kezerasy“, „teffah“ i „ineb“, „kermes“ i „temer“. A „zitan-udi“ będzie najświeższa! Moja w tem „ras“.
— Co, asan, balboczesz? — wołał pan Haraburda. — Gadasz, jakbyś kamyki na blachę ciskał!
— Tożto całkiem proste, jegomościu! — wołał wesoły Kubala. — Powiadam, że wczoraj wieczora rzeźnik nożem dał po gardle dużemu baranowi. Dołękę mięsa mieć będziemy. Ja zaś kazałem bisurmanom, w imię błogosławionego Allacha-Stwórcy, przynieść mleka, placków jęczmiennych, jabłek, winogron, fig i datłów. Oliwa będzie świeża, moja w tem „ras“!
— Cóż to za „ras“, nicponiu jeden?! — krzyknął rycerz.
— „Ras“ — to głowa! Moja w tem głowa — powiadam! — śmiał się imć pan Wojciech.
— Jak tak dalej pójdzie, to waść mi się w konkury udasz i o ożenku myśleć poczniesz! — zauważył pan Haraburda. — Kosmatą ręką, rychło patrzeć, spotkamy biało-czarne imć Kubalowe stadło!
— Ha! Już ja, jegomościu, wiem, że panna to — „bent“, pani zaś — „lalla“! Gdy się nauczę pięknie grać na bisurmańskiej lutni — „gunibri“, po nocach będę miłośne pienia wyprawiał! — droczył się młodzieniec. — Już mam słodkich i ognistych słów pełen trzos, mój jegomościu!
— Cóż to za słodkie słowa?
— „Halu, zin, nokra, debeh, nard, nar i... felfel“! Aha! — cienko chichocząc, mówił Kubala. — Jest to cukier, gładka, srebro, złoto, wonny olejek, ogień i... pieprz! Osądźcie, jegomościu, jak ogniste i piękne z tego można wykwintować pienia!
— Śmiejemy się sobie, asanie, a życie uchodzi i co dalej będzie — nie wiemy! — mruknął ze smutkiem rycerz, bo dawny spokój zaczął go opuszczać.
— A no — nie wiemy! — zgodził się Kubala. — Ale kiedykolwiek to się dowiemy...
— Kiedy już starzy będziemy? — spytał go pan Haraburda.
Kubala milczał długo, aż rzekł poważnym głosem:
— Bóg Miłościwy nie ostawi nas bez pomocy, mój jegomościu! Tak myślę, że za owych zbójów — Palena i Swena nagroda nas nie minie... Dobre już to, że nazywają jegomościa te czarne basałyki „alem ghela“, co znaczy budowniczy, więc ani w łańcuchy nie wezmą, ani w pogardzie mieć nie będą, bo na takich im tu siła zależy, jako, że lud tu wszędzie wojenny...
Tak upływał czas niepewny, bez upragnionego końca i nadziei.
Nowe zdarzenia wdarły się do życia jeńców niespodziewanie, jak wszystko, co miotało życiem pana Władysława Haraburdy. Pewnego dnia, bowiem, w lesie rozległy się krzyki, strzały, tak dobrze znany rycerzowi szczęk stali, hałłakowanie i jęki rannych.
Jacyś jeźdźcy napad uczynili na pracujących w lesie jeńców i na oddział korsarzy El-Ajacziego. Wkrótce uzbrojeni piraci emira leżeli skrępowani łykami, a napastnicy, grzmocąc ich pięściami i płazując szablami, o coś wypytywali.
Długo trwała indagacja, aż jeden z jeźdźców, siedzący na bogato przybranym koniu, pchnął go ku rycerzowi i zapytał:
— Alem ghela?
— Hada! Salem alejkum, salem! — odpowiedział za rycerza Kubala, potakująco kiwając głową. — Allach akbar!
Długo mówił coś jeździec, wyrzucając gardłowym głosem arabskie słowa, a coraz częściej powtarzał:
— Tamda! Tamda!
— O czem on prawi? — zapytał Kubalę rycerz.
— Hm... hm... — mruknął młodzieniec. — Prawdę rzec, jegomości, to ja znam tyle, co do jadła lub napoju użytek ma... Wiem, że „tamda“ ma oznaczać jezioro, bo nasze bisurmany stawek, co w lesie się kryje, „tamdą“ nazywali...
Na tem rozmowa z jeźdźcem się urwała i wkrótce trzystu jeńców, porwanych w Mamora, kroczyło, okrytą kurzem i grubym żwirem drogą wprost na południe.
Osiem dni trwało uciążliwe przejście pod skwarnemi promieniami słońca, w obłokach kurzu, w mękach głodu i pragnienia. Po okrągłych, białych, palonych kamieniach jeńcy przechodzili wyschłe łożyska rzek i potoków, gdzie nie znaleziono jednak ani kropli wody ani skrawka zacienionej ziemi. Przecinał bowiem wtedy smutny orszak kamienistą, jałową pustynię Dżebilet.
Jeźdźcy prowadzili swoją zdobycz, omijając zaludnione miejscowości i zatrzymując się tylko przy rzadkich studniach, gdzie dzicy pasterze paśli stada baranów i chude „naga“ — wielbłądy, budzące w przesądnym Kubale zabobonny strach.
— Potwory piekielne!... — szeptał imć Wojciech, kryjąc się za plecami pana Haraburdy.
— Nie są to żadne monstra! — uspokajał go rycerz. — W ostatniej wojnie z Turczynem widziało się dużo owych bydlaków. Noszą one na grzbietach ciężary wszelakie, niby konie...
— E! Co jegomość też powiada! — oburzał się Kubala. — Ładny mi bydlak, co zajrzy ci w oczy ślepiami, dużemi jak talar, a później pluje ci w gębę aż pluśnie!
W marszu prawie nie karmiono jeńców. Tylko raz na dzień jeźdźcy rozwiązywali skórzane torby i wydawali ludziom po garści suszonych daktyli.
— Brzuchy nam z tego jadła nie urosną! — mruczał mocno podupadły na duchu imć Kubala.
— Lepszy rydz niż nic!... — odpowiadał rycerz, usiłując pocieszyć przyjaciela, acz serce mu ściskał smutek, bo miarkował, że coraz dalej od morza odchodzili, w głąb wrogiego Mohrebu, jak Maurowie Marokko nazywali, zanurzając się z dniem każdym.
Wielu z jeńców pozostało na Dżebilecie. Padli w proch przydrożny, głodem i skwarem zmożeni. Sępy im oczy wydziobały, a plamiste hieny i płochliwe szakale ciała umęczone pożarły.
Gdańszczanie jednak doszli, bo ducha w nich krzepił wyniosły, spokojny rycerz, kroczący na czele swojej gromadki wytrwale i uparcie, oraz imć Kubala, który coraz to nowe żarciki obmyślał i w obieg puszczał, aż uśmiechać się doń zaczęli surowi jeźdźcy, chociaż hiszpańskich jeńców co chwila dzidą kłuli lub szablą cięli.
Ujrzeli nareszcie jeńcy wysoką basztę, odcinającą się na szafirowem niebie złotemi połyskliwemi kulami na szczycie i barwną emalją murów.
— Co to za niebotyk? — pytał Kubala.
— Kutubia! — zawołał nagle dowódca oddziału. Arabowie natychmiast z koni zsiedli i, opuściwszy się na kolana, modły zanosić zaczęli, mrucząc:
— La illah illa Allach u Mahomed rassul Allach...
Był to jeden z najbardziej czczonych na północy Afryki meczetów — Kutubia, zbudowany na rozkaz wspaniałego sułtana Almanzora, rękami hiszpańskich niewolników.
Patrząc na piękny minaret, wnuk dumnego kasztelana mińskiego nie myślał, że los przeznaczył go spędzić niemal rok w stolicy potężnych władców Mohrebu, gdzie w owe czasy panowali szeryfowie Saadien, tonąc w przepychu i otaczając się uczonymi, poetami i artystami z całego Wschodu. Tymczasem widział rycerz, jak się wyłaniały różowe, niby promieniami gasnącego słońca pieszczone mury, ściany pałaców, świątyń, lasy pierzastych palm daktylowych i korony ciemnych drzew pomarańczowych, oliwnych, migdałowych i figowych.
Kroczyły na wsze strony długie sznury wielbłądów, niby klucze lecących żórawi; z beczeniem sunęły stłoczone stada białych baranów i owiec, szły drobnym krokiem, uginając się pod ciężkiemi worami, osły i muły, poganiane grubemi kijami Maurów.
— Marrakesz! Marrakesz! — wołali Arabowie z radością i dumą, bo była to w owe czasy najwspanialsza i najweselsza dla czarnych wojowników stolica, do której zewsząd zjeżdżali się kupcy z towarami, uliczni pieśniarze i trefnisie, piękne dziewczyny z Sahary, o kształtach bujnych i ponętnych, tańców wyuzdanych i pieśni miłośnych nauczone dla zabawy i rozkoszy wiernych Allachowi „mudżahidów“.
Wchodząc do stolicy Saadienów, gdzie wtedy przebywał syn sułtana — młody Azis-es-Rahman, czas trawiący w otoczeniu pięknych kobiet swego seraju i wszelakich mistrzów, pan Haraburda z podziwem przyglądał się wspaniałemu grodowi, tonącemu pośród sadów, nad któremi podnosiły się wysokie minarety starych świątyń; obszernemu majdanowi Dżema-el-Fna, gdzie tłumy Maurów przelewały się z jednego końca na drugi, słuchając pieśniarzy, muzykantów lub ognistych kazań wędrownych proroków, podziwiając błaznów, cudotwórców-lekarzy, wróżbitów, zaklinaczy wężów, tancerzy i tancerki.
Wielki dostatek, ład i spokój panowały w południowej stolicy i nic nie świadczyło o tem, że jej władca, pozostawiwszy w pałacu swego syna, sam krwawe boje staczał na brzegach Muluji, rozszerzając swoją władzę aż pod mury Tlemsenu.
Jednak, gdy tłum jeńców zbliżał się do dzielnicy oddzielonej od reszty miasta ścianą, jeden z jeźdźców, podpędzających zdrożonych i zgłodzonych ludzi, coś krzyknął chrapliwym głosem, wskazując dzirytem na bramę.
Jeńcy ujrzeli ścięte głowy ludzkie, zawieszone na żelaznych hakach.
— Mellah! Mellah! — ponurem głosem wołał Maur.
Były to głowy straconych przez Arabów niewolników. Po ścięciu kat zwykle oddawał je do żydowskiej dzielnicy, do której wkraczał właśnie smutny orszak białych ludzi. Pod groźbą kary żydzi zmuszeni byli solić ścięte głowy, aby te dłużej mogły wisieć na murach, postrach siejąc wśród wrogów proroka i jego szeryfa-sułtana.
Ujrzawszy zsiniałe pomarszczone głowy ściętych, Kubala mruknął do majtków gdańskich:
— Trzymajcie się, chłopcy, ostro, bo tu, widzę, łacno stać się krótszym o jedną głowę!
— Christ! — westchnął Holz. — Zlituj się nad nami!
— Aha, do Chrystusa wołasz? — cicho zaśmiał się niepoprawny wesołek. — Na galjonie toś inaczej nie gadał, jak „sto tysięcy czartów w żebro!“
— Grzeszny jestem, ale Bóg miłościwy! — rzekł z pobożnem westchnieniem surowy szyper.
— To od datłów stałeś się takim świętobliwym, Arturku! — zauważył imć Kubala. — Wiadomo, że jak trwoga — to do Boga!
— Pomyśl o sobie lepiej, asanie! — upomniał go pan Haraburda. — Masz jadowity język, a przekorny. Słyszałem ja od pewnego bywalca, że bisurmany, aby ułaskawić żmiję, żądło jej wyrywają. A to, pono, też kole głowy leży, hę!
— Co też jegomość prawi! — żachnął się młodzik. — Toż to ja jeno dla wesołości gadam!
Jeńcy przeszli żydowską dzielnicę Mellah i zatrzymali się przy niewysokim murze, otaczającym obszerny ogród. Zbrojna straż roztworzyła podwoje bramy i, gdy orszak przeszedł, z łoskotem zamknęła je.
Głuchy huk zawierających się wierzei i zgrzyt zasuwanych wrzeciądzów podobny był do ponurego łoskotu grudek ziemi o trumnę, opuszczoną do dołu cmentarnego, bo też wielu z tych, którzy przekroczyli tę bramę, nie sądzono było już nigdy wyjść poza obręb wspaniałego ogrodu.
Był to Agwedal, las najcudniejszych drzew owocowych, ukrywających w swym gąszczu Dar-el-Mahzen sułtanów Saadien.
Zdrożonych ludzi umieszczono w długim, murowanym budynku i pierwszy raz nakarmiono. Wieczorem przybył jakiś gruby dostojnik pałacowy, oglądał jeńców i indagował wojowników El-Ajacziego.
— Jesteś „alem-ghela“? — zapytał, podchodząc do pana Haraburdy, który na to pytanie skinął w milczeniu głową i ręką wskazał stojącą dokoła gromadkę gdańszczan.
— Lechistan? — rzucił pytanie Maur.
Pan Haraburda ponownie skinął głową.
Maur zaczął oczy podnosić ku pułapowi i cmokać grubemi, sinemi wargami, powtarzając:
— Lechistan — dar-el-Saba! Lechistan! Lechistan!
Miało to oznaczać wielki zachwyt przed potęgą Polski, którą na Wschodzie nazywano „siedzibą lwa“.
Dostojnik długo rozmawiał później ze strażą i odszedł, odprowadzany przez Maurów, chylących się do ziemi w niskich pokłonach.
— Jakiś możny wieprz! — mruknął Kubala.
Jeńców szybko podzielono na dwie partje. Jedną, złożoną z Hiszpanów i korsarzy z Sale, wyprowadzono, pozostawiwszy w izbie tylko gdańszczan pana Haraburdy.
Arabowie obchodzili się z nimi łagodnie, a więc sprytny Kubala bardzo rychło do konfidencji ze strażą doszedł i gadał bez przerwy, słowa arabskie po swojemu przekręcając. Czarni żołdacy pokładali się od śmiechu, słuchając wesołka.
— Śmiejcie się, rechoczcie, bisurmany, a przedni kuskus z baraniem mięsem przyniesiecie! Naćkamy się setnie! — mruczał półgębkiem chytry młodzieniec. — Powiedziałem im, jegomościu, że alem-ghela z Lechistanu najzacniej pracuje, gdy baraninę jada i winogronami zagryza na antypast...
— Śmiele z nimi z kopyta poczynasz! — zauważył rycerz.
— Odwaga — pół gry! — odciął się Kubala.
Nazajutrz gdańszczan rozkwaterowano w szałasach wpobliżu pałacu, budującego się dla Azisa-es-Rahmana.
Niebawem przybył opasły dostojnik, który, posługując się syryjskim niewolnikiem, mówiącym trochę po niemiecku i włosku, objaśnił pana Haraburdę, że syn sułtana kazał mu wykopać duże jezioro, a tak głębokie, żeby po niem mogła ucieszna karawela władcy pływać. Jezioro miało być czworokątne, a każda jego strona długa na czterysta kroków.
Napędzono wkrótce tłumy niewolników z oskardami, łopatami, pieszniami, czekanami, koszami do noszenia ziemi i — alem ghela z Leckistanu rozpoczął kopanie jeziora.
Ciężka to była praca, bo gleba była kamienista, jako że powstała z rozpadków wysokich gór, co na południe skrzyły się bielą śniegu na szczytach.
Wznosił się tam Atlas niebotyczny i wieczorami dyszał świeżością rzeźwiącą, kojąc znużone skwarem ciała ludzi.
Pan Haraburda, ku wielkiemu zdumieniu Maurów, zażądał prochów i zaczął wysadzać w powietrze, rwać na dziarg twardą ziemię i zwały kamieni; narychtował duże kołowroty, postawił stocznie, łojem baranim wysmarowawszy deski, któremi się ślizgały poza mury Agwedalu duże kamienie i skrzynie z ziemią, pobudował nieznane tu wozy na kołach, a mocarne wielbłądy ciągnęły je, wywożąc piasek i żwir.
Sam Azis-es-Rahman w otoczeniu świty i haremu raczył przybyć, aby przyjrzeć się szybko postępującej robocie i niewidzianym dotąd konceptom.
Pan Haraburda dziwił się sam sobie, że tak pędził z wykończeniem jeziora.
Coś krzyczało mu w duszy:
— Śpiesz się! Śpiesz się!
— Będę się śpieszył! — odpowiadał na ten niepojęty zew. — Dla ciebie, Wandko moja, śpieszyć się będę!
Wstawał więc po nocach, oglądał roboty i myślał nad tem, jak sprowadzi wodę do wykopanego jeziora? Obchodził więc rycerz cały Agwedal i głowił się srodze. Spostrzegł wkrótce, że w ogrodzie rozrzucone były liczne studnie. Zapamiętał to sobie dobrze, zrozumiawszy, że na głębokości pod skorupą ziemi biegnie woda.
Niespełna w osiem miesięcy pan Haraburda zakończył kopanie jeziora i zaczął cembrować i zdobić jego brzegi płytami, przywożonemi z gór Atlasu, gdzie niewolnicy — Włosi i Hiszpanie łupali skały i ciosali czerwony kamień.
Przebywając wśród Arabów, rycerz nauczył się ich mowy i mógł się już porozumiewać z nimi.
Nareszcie basen był gotów, a wtedy zażądał pan Haraburda, aby go stawiono przed synem sułtańskim.
Azis pewnego dnia, odbywając konną przejażdżkę, sam zwiedził brzegi powstającego jeziora. Pan Haraburda wyłożył mu swój plan napełnienia jeziora wodą i w tym celu prosił o wydanie mu kilku beczek najlepszego prochu, mówiąc:
— Narobię dużego huku, więc niech dostojny władca uspokoi wszystkich w swym pałacu, aby popłochu w nim nie powstało!
Żądanie jego podtrzymał opasły Arab, który, jak się dowiedział rycerz, piastował godność marszałka pałacowego i za ozdobienie sułtańskiej siedziby dużem i głębokiem jeziorem miał dostać nowy tytuł i inne dowody łaski szeryfa.
— No, imć panie Kubala, i wy, chłopcy, — mówił do swoich ludzi pan Haraburda — módlcie się teraz do wszystkich świętych pańskich, aby mój fortel się udał! Skóra na mnie cierpnie, gdy pomyślę, co wyniknie za dwa dni!
Jednak, chociaż skóra na rycerzu, jak powiadał, cierpła, kazał kopać głęboką studnię, założywszy ją na dnie suchego jeszcze jeziora. Woda w obfitości pokazała się na drugi dzień i wciąż przybywała. Wtedy pan Haraburda do studni zaczął wrzucać beczki z prochem. Były one starannie otulone płachtami, wymoczonemi w gorącej smole i oliwie, aby woda nierychło do nich się dostała. Gdy ostatnią beczkę spuszczono i lont na powierzchnię ziemi wyprowadzono, kazał pan Haraburda otwór studni kamieniami zamurować szczelnie i wapnem zalać starannie.
Sam rycerz podpalił lont, a gdy ogień, sycząc i potrzaskując, biec zaczął, posuwając się ku otworowi studni, wzniósł oczy ku niebu i szepnął:
— Matko Przenajświętsza! Jezusie umęczony za nas, pomóżcie, jeżeli nie dla mnie grzesznego, to dla Wandki mojej umiłowanej, która w trosce i bojaźni o mnie dnie żałosne pędzi! Boże potężny, spraw cud!
Długo się palił lont, ogień wcisnął się nareszcie do wnętrza studni, a wtedy cisza zaległa grobowa. Tłumy niewolników i służby pałacowej, sam Azis-es-Rahman, otoczony przyjaciółmi, poetami, mędrcami i w barwne szaty przybranemi kobietami haremu, — wszyscy w milczeniu głębokiem oczekiwali wyniku tajemniczego pomysłu człowieka z Lechistanu.
Rycerz stał z oczami, wzniesionemi ku niebu, wyniosły, natchniony, potężny siłą wiary niezłomnej i szeptał:
— Dla niej, dla niej — umiłowanej nad życie, Panie z Wysokości Niebios, pomoc daj!
Wesoły zwykle Kubala spoważniał, zbladł i, opuściwszy się na kolana, modlił się żarliwie. Okrętnicy gdańscy stali, czując, jak im nogi drżą a włosy się jeżą.
— Zgasł lont, czy co?... — rozległ się nagle szept Holza.
— Nie! Bóg tego nie dopuści! — zawołał rycerz donośnym głosem, wyciągając ku jeziorowi rękę. — Prochy rychło wybuchną!
Drgnęła ziemia, szarpnęła się z pod stóp stojących woddali ludzi, drzewa pomarańczowe pochyliły się nagle, deszcz owoców spadł z nich, osunęło się z łoskotem kilka kamieni i potoczyło na dno jeziora. Okrzyk przerażenia tysiącznego tłumu wstrząsnął powietrzem.
Po chwili znowu zaległa cisza, lecz rozdarły ją wnet radosne krzyki widzów. Z trzaskiem pękła zamurowana studnia. Podnosić się i wylatywać w powietrze zaczęły kamienie, odłamy wapna, resztki beczek i szmat, aż trysnęła szeroka struga wody i szybko wylewać się zaczęła, napełniając jezioro.
— Boże miłościwy! — wołał rycerz w uniesieniu. — Niech Imię Twoje będzie pochwalone na wieki wieków!
Padł na kolana i zaczął na głos „Ojcze nasz“ odmawiać. Dokoła klęczeli okrętnicy i oczy załzawione ku niebiosom podnosili, bijąc się w piersi. Kubala krzyżem leżał i łkał.
— Cud! Cud!... — rozlegały się szepty.
Jezioro szybko się napełniało wodą. Ku rycerzowi szedł otoczony świtą Azis-es-Rahman z łaskawym uśmiechem na dumnej twarzy.
— Mianuję ciebie sułtańskim „alem-ghela“, a ludzi twoich do służby pałacowej biorę!
Gdy skończył mówić, otyły marszałek podał panu Haraburdzie ciężki worek z dzwoniącemi piastrami hiszpańskiemi.
Jezioro napełniło się wodą, która niegłębokim wąwozem pobiegła przez Agwedal do dawnego, już wysychającego jeziora.
W pałacowych budynkach tegoż dnia ulokowali się pan Haraburda z Kubalą w przestronnej izbie, a obok gdańscy żeglarze. Na niczem im nie zbywało. Nie potrzebował już imć Kubala przemyśliwać nad tem, aby do kuskus suciej dodano baraniny. Mięsa było poddostatkiem i tłustego mleka i owoców wszelakich.
Kubala, przygrywając sobie na lutni maurskiej, pięknie śpiewał skoczne lub rzewne piosnki mazurskie, lub, dogadzając okrętnikom, nucił groźne i ponure sagi żeglarskie, których się nauczył w zamku na skalistej Filsandzie.
Usłyszał jego śpiew marszałek i przed sułtanem stawił. Śpiewał i grał imć Kubala przed władcą, piękny pas w upominku dostawszy, a gdy do izby powrócił, rozpowiadał uciesznie o pobycie w pałacu.
— Te dzierlatki sułtańskie tak wywracały do mnie oczy, jak kot na szperkę, mój jegomościu! Nic inszego, tylko ożeni mnie sułtan z jakową frygą i będzie Kubala sułtańskim krewniakiem od lewej strony!
— Cóżeś śpiewał, waćpan, sułtanowi? — zapytał Holz.
— Pięknie mu zaśpiewałem:

„Kąpała się Kasia w morzu,
„Pasła koniki we zbożu,
„A Jasinek jechał z pola,
„Zajął koniczki do dwora,
„Kasinka się dowiedziała,
„Po koniki poleciała.
„Masz ci, Jasiu, dwa talary,
„Jeden — nowy, drugi — stary...“

Kubala się zaśmiał i zawołał:

— Piękniem mu śpiewał, przygrywał i przytupywał, a gdy zechciał inszej jeszcze śpiewki, zacząłem, o elektorze brandenburskim wspomniawszy, okrutnie żałośnie zawodzić:

„Ritter, steig nicht ab vom Ross,
„Denn’s Mariechen ist nicht im Schloss.
„Auf dem Friedhof wohnt sie schon,
„Denn der Tod ward ihr zum Lohn...“

Śmiać się znowu jął imć Kubala i mówił:
— Chlipał sułtan, chlipali inne bisurmany, piszczały gładkie flury z żałości wielkiej, a ja dla kompanji śluzy z oczu kułakiem ścierałem, jako że serce mam tkliwe!...
Pan Haraburda, mimo, że życie było spokojne i dostatnie, chodził coraz bardziej ponury i smętny.
— Na co się zdała moja praca? — pytał siebie. — Każą mi coś nowego robić — będę robił, a życie mija i mija... Wandka mnie już za zmarłego ma i za duszę moją msze żałobne, pono, funduje. Nigdy już nie wyrwę się stąd! Cudza ziemia pogańców utuli mnie na zawsze...
Rozpacz żelazną obręczą ściskała serce rycerza. Nie mówił jednak o niej nikomu, aby ducha nie zabijać w swoich ludziach. Wiedział bowiem pan Haraburda, że każdy z nich w trosce i czarnych myślach żywot pędził.
Pewnego razu, gdy już od śnieżnych szczytów zimny jesienny wicher zalatywał, spotkał rycerz w Agwedalu niewiastę. Miała na sobie bogate szaty, czerwone haftowane pantofle i złote manele. Twarz swą kryła pod białą płachtą; kilka kosmyków siwych włosów wybiło się jednak z pod zasłony, więc rycerz zmiarkował, iż musiała być starą. Szła skulona i płakała, cienkim żałosnym głosem zawodząc.
— Co ci jest, lalla? — spytał pan Haraburda, zbliżając się do niej.
Podniosła na nieznajomego wylękłe, zapłakane oczy i, ujrzawszy cudzoziemca, zapytała:
— Jesteś niewolnikiem?
— Nie, — odparł — jestem pałacowym alem-ghela.
— Nie patrz na mnie, odwróć oblicze swoje lub zakryj je połą swego burnusa — rzekła. — Inaczej, jeżeli ktoś ujrzy nas rozmawiających, głowę twoją poszlą w koszu do Mellah!
— Za co? — zdziwił się pan Haraburda, jednak szerokim rękawem arabskiego płaszcza, który oddawna już nosił, twarz sobie zasłonił.
— Nazywam się „Bida Ghezal“! — szepnęła z dumą.
— Nie znam ciebie, lalla, i imienia twego nie słyszałem nigdy! — rzekł rycerz.
— Jestem pierwszą żoną potężnego sułtana, pierwszą i najnieszczęśliwszą! — rzekła, wybuchając głośnem łkaniem.
Opuściła się na trawę i, kiwając się, jak pokrzywdzone dziecię, jęła się żalić stojącemu przed nią rycerzowi:
— Kochał mnie wielki sułtan, Ahmet-el-Manzur, który ród swój od Mahomeda-proroka wywodzi. Szalał za mną, aż mój ojciec, władca gór, możny kaid Tarudantu, za żonę mię oddał sułtanowi. Zrodziłam mu trzech synów, a teraz małżonek mój odtrącił mnie, młode i płoche dziewczyny rodu nieznanego do swego seraju wprowadzając! Sułtan w uciechach miłośnych lub w zgiełku bitwy dnie swoje trawi, a ja... ja... opuszczona i zapomniana we łzach błagam Allacha, aby życie moje przeciął, niby nikłą nić jedwabiu!
Łkać głośno zaczęła „Bida Ghezal“, bo, istotnie, zapomniał o swej żonie prawowitej, „Białej Gazeli“, wspaniały władca Mohrebu i ku młodszym, piękniejszym odaliskom oczy swe i afekty zwrócił.
Nie wiedział rycerz, jak ma pocieszyć zrozpaczoną kobietę, w której krzywda, miłość, zazdrość i duma wezbrały i rozogniły serce nienawiścią i żalem. Nareszcie rzekł cichym głosem:
— Jeżeli byłaś dobrą mu żoną, lalla, wróci do ciebie sułtan, gdy troska ciężka spadnie mu na duszę... Płoche, piękne i młode niewiasty dobre są w chwilach szczęścia i chwały, a stateczna, wierna żona przyjaciółką pozostanie w nieszczęściu. Powróci sułtan do ciebie, lalla, bo los zmienny jest, jak te chmury nad śnieżnemi szczytami gór!
Kobieta milczała długo.
— Masz dużo żon? — spytała po chwili.
— W moim kraju mężowie mają jedną żonę! — odpowiedział.
— Kochasz-że ją? Jesteś wierny jej? — pytała.
— Tak! Kocham nad życie swoje, więcej od duszy własnej! — wybuchnął rycerz.
— Co ty możesz wiedzieć? — szepnęła. — Żyjesz teraz tu i nigdy swego kraju nie ujrzysz więcej. Twoja żona mogła zapomnieć ciebie dawno, inny wziął ją mężczyzna. Serce ludzkie ma krótką pamięć!
— Nie! Nie! — zawołał z siłą rycerz. — Jak słońce nie może zgasnąć, tak nie zgaśnie nigdy nasza miłość! Prędzej wyschnie morze do dna, niż zaginie w naszych sercach pamięć o dniach szczęśliwych! Żona moja, jak słońce jasna, miłość jej jak te góry mocna, a głęboka jak otchłań, co kresu nie ma i dna. O świcie i w godzinę spoczynku słyszę szept jej modlitwy za mnie, a w dzień myśl jej, jak ptaszyna śpiewna, przylatuje do mnie i koi tęsknotę moją i troskę nieznośną odgania!
— Szczęśliwy ty i jeszcze bardziej szczęśliwa ona, że tak mówisz o umiłowanej! — szepnęła Bida Ghezal. — Mów, czego chcesz, a za twe dobre słowa pocieszenia, pójdę i będę błagała małżonka-sułtana, aby spełnił twoje żądanie!
— Uczyń dla mnie jedno tylko, lalla! — odparł pan Haraburda. — Módl się do swego Allacha, bo Bóg jest jeden, aby wyprowadził mię na drogę powrotną do miłej ojczyzny i do ukochanej żony! Ja zaś będę Boga błagał, aby rzucił na ciebie promień szczęścia. Bądź zdrowa, lalla! Odchodzę, gdyż słyszę głosy ludzi...
Pan Haraburda szybko się oddalił i wyszedł na brzeg swego jeziora.
Ujrzał piękny obraz. Przy szerokich schodach, prowadzących na taras pałacowy, stała wspaniała galera, przez hiszpańskich niewolników zbudowana. Kobierce barwne pokrywały jej burty i wzniesione wysoko teremy przewiewne. Snopy kwiatów i wieńce zdobiły wnętrze obydwóch kasztelów i drzewa masztów. Cicho się poruszały podwinięte szkarłatne żagle. Płonęły pochodnie na rufie i sztabie galery. Podnosiły się z kadzielnic strugi wonnego dymu. Grała kapela niewolnic... Zachodzące słońce złote rzucało różowe pasma na gładką powierzchnię jeziora, na białe płaszcze i zawoje tłumu, schodzącego ku galerze.
Był tam sułtan Mohrebu, Sudanu, Atlasu i Ifni — wspaniały i potężny Ahmed-el-Mansur, jego syn ulubiony, Azis-es-Rahman, możny książę krainy Gwardaja, Mohamed-ek-Mohtar, najwyżsi dostojnicy wojenni i dworscy i liczny harem, którym słynął wśród innych władców muzułmańskich szeryf Saadien.
Pan Haraburda, stojąc w krzakach, z zaciekawieniem przyglądał się barwnemu orszakowi.
Sułtan ze swoimi gośćmi, świtą i haremem weszli na pokład i zajęli miejsca na miękkich kobiercach; nagie czarne niewolnice zaczęły rzucać wonne płatki kwiatów i zapalały latarnie z barwnego szkła; hebanowi murzyni stanęli przy sterze i przy burcie pokładu. Kapela skoczniej grać zaczęła i na środek galery wyszły tancerki.
Szeryf skinął ręką i czarni niewolnicy wspinać się zaczęli na maszty, rozwijając żagle. Galera majestatycznie odbiła od brzegu, a pan Haraburda spostrzegł, że się kołysała i przechylała z burty na burtę.
— Krótki ma kadłub, niema głębokości, a wysoka okrutnie! — pomyślał wprawny żeglarz.
Nagle nadleciał od gór silny powiew wiatru, poderwał żagle, pochylił galerę, aż skrajem pokładu wodę podcięła i nagle się przewróciła, ukazując okrągłe, szerokie dno.
Wyć i rwać się w powietrzu zaczęły przeraźliwe krzyki, ponure wołania o pomoc. Powstał zgiełk. Ludzie zmagali się ze sobą w wodzie, czepiali burty galery, chwytali się wzajemnie i razem tonęli. W tłumie borykających się na toni ludzi wrzała walka o życie. Rycerz jednak zrozumiał, że tam ratunku niema, gdyż wypływających porywali oburącz ci, którzy już nurzać się zaczynali, pociągając za sobą na dno.
Nareszcie pan Haraburda ujrzał człowieka, który mozolnie wydostawał się na środek jeziora i powoli płynął, podtrzymując osłabłą kobietę. Pływak tracił już siły, bo raz po raz głowa mu znikała pod wodą, wynurzał się z trudem na powierzchnię i coraz rzadziej wyrzucał z wody słabnącą rękę.
Rycerz szybko zrzucił trzewiki, burnus i skoczył do wody.
Dopłynął. Podtrzymując sędziwego męża i omdlałą niewiastę, popychał ich ku brzegowi. Gdy pomógł im wydostać się szczęśliwie, stanął na brzegu, zamierzając płynąć na ratunek innym. Wtedy sędziwy człowiek zawołał:
— Ratuj syna mego!
— Nie znam syna twego! — odparł pan Haraburda. — Jakże go poznam? Powiedz imię jego, będę wołał na niego!
— Azis-es-Rahman! — rzekł starzec. — Jeżeli go uratujesz — wszystko uczynię, czego zażądasz! Na Allacha, ratuj!
Pan Haraburda skoczył do jeziora.
Niewprawni w pływaniu ludzie gór i równin bezwodnych tonęli szybko.
Na brzegu w popłochu biegali niewolnicy i służba, bezradnie krzycząc i wymachując rękami. Rycerz rozglądał się bacznie. Długo nie mógł znaleźć syna sułtańskiego. Okrążył więc przewróconą galerę i dopiero wtedy dojrzał Azisa, który wisiał, uczepiony do wystającej tarcicy poszycia. Kurczowo zgięte palce już się ześlizgiwały, gdyż ramienia Azisa trzymał się inny jeszcze człowiek z głową, nawpół w wodzie pogrążona.
Tymczasem z tarasu jacyś ludzie jęli skakać do wody i płynąć ku galerze. Byli to okrętnicy gdańscy i imć Kubala, który, posłyszawszy krzyki, pobiegł ku pałacowi i sprowadził swoich żeglarzy.
Pan Haraburda siłą oderwał od Azisa ciążącego na nim człowieka i, poderwawszy go do góry, oszołomił uderzeniem pięści. A wtedy ujął młodego władcę pod ramię i, popychając jednocześnie omdlałego człowieka przed sobą, popłynął ku brzegowi.
Gdy Azis wygramolił się z wody, rycerz wyciągnął na murawę nieprzytomnego Araba i, nie słuchając podziękowań uratowanych, popłynął nazad, aby pomagać swoim okrętnikom w ratowaniu tonących.
Niewielu jednak zostało przy życiu. Dwustu topielców wyciągnięto z toni. Cały harem sułtana znalazł śmierć na dnie jeziora, gdyż nie mógł wydostać się z terenu uciesznej galery. Sam sędziwy sułtan zdążył wyprowadzić najmilszą swemu sercu młodą żonę, lecz zginąłby wraz z nią, gdyby nie nagła pomoc pana Haraburdy.
Okrętnicy, skończywszy z ratowaniem ginących i wyciąganiem topielców, obstąpili osłabłych i półomdlałych władców, a wesoły Kubala, przyglądając się sułtanowi, mruknął do swoich:
— Ten dziadek do mokrego kura bardziej niżli do sułtana podobny! Nasiąkł biedaczyna jako „cuła, którą baba z cholewy wyzuła“
Pan Haraburda zaś, patrząc na jedyną niewiastę, która z pośród całego haremu uszła z życiem, pomyślał:
— Ciesz się, Bida Ghezal! Leżałabyś na dnie jeziora, a teraz masz pociechę, że tylko dwie a nie setkę żon posiada sułtan...
Nazajutrz ścięto Hiszpanów, którzy budowali galerę, bez litości chłostano służbę i niewolników pałacowych, wyznaczano nowych dostojników, a później wezwano przed oblicze sułtańskie pana Haraburdę.
— Wdzięczność nasza jest, jak źródło słodkie i obfite! — rzekł, przykładając rękę do piersi, Ahmed-el-Manzur. — Proś, czego żąda serce twoje, a spełnię wszystko, przysięgam na Allacha przedwiecznego!
— Władco! — rzekł rycerz. — Widziałem wczoraj, że znasz miłość prawdziwą, bo oto ratowałeś, narażając swe życie, umiłowaną żonę. Ja i inni moi towarzysze, którzy twoich druhów ratowali z toni, mamy swoje żony. One płaczą krwawemi łzami i w trosce gorzkiej dni swoje pędzą z obawy o nasz los! Daj nam wolność, władco, odeszlij nas do miasta, które odwiedzają okręty cudzoziemców, a my imię twoje zawsze z wdzięcznością we wspomnieniach swoich przechowamy!
— Życzenie twoje spełnione zostanie! — oznajmił sułtan. — Mój skarbnik wypłaci tobie i ludziom twoim sutą nagrodę, karawanę zaś do Tandży sporządzi wezyr. Pozostaniesz w pamięci naszej, jako przyjaciel i człowiek o duszy odważnej i cnotliwej!
Ku rycerzowi podszedł młody Azis-es-Rahman i zawołał:
— Gdybyś nie odjeżdżał od nas, nazwałbym cię swoim khuanem — bratem, bom ginął, gdyś przypłynął mi z pomocą! Mój marszałek ma już rozkaz, aby wory twoje w złote piastry zaopatrzył i pismo ode mnie do beja Tandży dał!
Zkolei podniósł się ogromny mąż o twarzy aczkolwiek ciemnej, lecz okrytej jeszcze ciemniejszym sińcem koło oczu i na czole.
— Uderzyłeś mnie w wodzie, lecz zrozumiałem, żeś uczynił to dla uratowania mnie, abym, czepiając się płynących, nie pogrążył was. Jestem szeich Mohamed-ek-Mohtar. Gdy odjeżdżać będziesz, naczelnik mojej eskorty hojnie obdarzy ciebie, szlachetny cudzoziemcze!
W dwa dni później karawana pana Haraburdy wyruszyła z Agwedalu.
Wypasione wielbłądy sułtańskie kroczyły na północ, ku Tangerowi, czyli arabskiej Tandży, dokąd zrzadka przypływały okręty najbardziej chciwych i zuchwałych kupców angielskich i holenderskich.
Dwadzieścia dni dążyła karawana ku morzu, aż się oparła o pałac beja Tandży.
Odczytawszy list Azisa, wielkorządca gościnnie przyjął cudzoziemców, którzy musieli czekać na okręt białych ludzi. Wyglądali go cały miesiąc, chwilami już tracąc nadzieję.
Lecz los był miłościwy dla rycerza i jego towarzyszy.
Do portu zawinęła duża holenderska galjona, na którą za ciężkie piastry hiszpańskie wsadzono podróżnych. Po długiej pławbie galjona w Brugji rzuciła kotwicę.
Tu wzięto wszystkich na pokład hanzejskiego okrętu „Rugja“ i do Szczecina dowieziono. Dalej okręty Hanzy w r. 1627 nie chodziły w obawie przed krążącemi po Bałtyku szwedzkiemi i polskiemi brygantynami.
Pan Haraburda, pożegnawszy swoich okrętników, wraz z imć Kubalą, mknęli pocztowym wózkiem ku granicy polskiej.
— Może wpadniemy do elektorka, bo pewno nas z duszy-serca przyjmie i obdarzy? — mówił krotochwilny, jak zawsze, Kubala.
— Szubienicą z mocnem szlemieniem, asanie! — dokończył rycerz i jął pokrzykiwać na furmana, aby gnał, co koń wyskoczy...



Rozdział XVI.
Wielkie a zapomniane dni.

Ze Szczecina pędził pan Haraburda do Gniezna, skąd miał jechać aż pod Lwów, gdzie w swoich posiadłościach, jak suponował, przebywała pani Wanda.
W połowie października stanął rycerz w Wałczu.
W alwerzu dużej austerji, dokąd zazwyczaj podawano podwody z poczty, którą w owe czasy utrzymywał w całej Rzeczypospolitej za przywilejem królewskim imć Dominik Montelupi, nie było nikogo.
Nie chciał pan Haraburda de publicis rozmawiać z byle kim, aby wieści fałszywych nie nabrać, więc ucieszył się, zobaczywszy wchodzącego męża o mądrem obliczu i pańskiej postawie.
Usiedli przy różnych stołach i w oczekiwaniu koni kazali podać sobie gorącej polewki piwnej, bo przymrozek już dokuczał dotkliwie.
— Mój jegomościu! — szepnął imć Kubala do rycerza. — Zaproście się do kompanji z owym szlachcicem, boć to nie jakowyś niemiaszek kupczący i nie mieszczuch-żminda grodzki, jeno ktoś znaczniejszy.
— Nie wypada, asanie! — mruknął pan Haraburda. — Nie znają mnie w tych okolicach, a więc nic nie wskóram, bo każdy trzymałby język za zębami, aby nie wygadać się z tem, o czem nie warto rozpowiadać przygodnemu znajomkowi. Kontuzja się nam stanie i tyle!
Jednak imć Kubala nie dał za wygraną, więc, pokręciwszy się po alwerzu, zajrzał przez okno na dziedziniec i podszedł do siedzącego w kącie szlachcica.
— Przepraszam waszmości, — rzekł z ukłonem — ale chciałbym wiedzieć, jak daleko stąd do Gniezna, bo właśnie tam z panem Władysławem Haraburdą zdążamy, a na pośpiechu nam siła zależy?
Zapytany pan bystro spojrzał na młodzieńca i zawołał:
Spero, że nie ten pan Haraburda, który Szwedom aversionem czynił na morzu i nad zamiar nieprzyjaciela gnębił?
— Ten ci on jest, wasza dostojności! — zakrzyknął uradowany Kubala.
— Czekajno, waść, czekaj! — powolnym głosem przerwał mu szlachcic. — Jakżeż ten, skoro tamtego, głośno o tem było w kraju, zbóje morscy mieli porwać i sub corona vendere?
— Pan Haraburda powraca teraz, waszmość panie, z niewoli maurskiej! On to tam siedzi... — objaśniał Kubala.
— Cud nad cudy! — mruknął szlachcic i skierował się ku rycerzowi.
Pan Haraburda na jego widok powstał z ławy.
— Jestem Tomasz Łyskowski, starosta gnieźnieński, i, jeżeli prawda, co ten młody panek gadał, to z duszy witam waszmość pana, jako powracającego z jasyru na łono ojczyzny! — mówił pan starosta, wyciągając ręce do rycerza. — Zaszczyt nielada w tak zacnej kompanji czas spędzić!
— Mości starosto, — odparł rycerz — wdzięczny jestem za słowa łaskawe, lecz pozwól, waszmość, że imprimis pro domo sua zapytam, aby sercu ulżyło, bo w niepewności i haesitatione oddawna obaj z panem Kubalą przebywamy. Co słychać na wojnie, bo w Szczecinie mówiono nam, że dotąd nie wygasła?
— Nie wygasła! Nie wygasła... — westchnął, kiwając głową, pan Łyskowski. — Szwed bije w bramy Polszczy i, chocia mógłby pono siłą lub jakowym anszlakiem wedrzeć się do kraju naszego, jednak ociąga się... W Inflantach, które zagarnął, stoi i rozmyśla, potissimum napierając na Prusy książęce. Czuje Gustaw-Adolf, że impune nie ujdzie mu harc w Rzeczypospolitej.
— Z morzem naszem co się dzieje, mów, waść, na miły Bóg! — przerwał mu pan Haraburda.
— W Prusach królewskich, na Pomorzu pod osłoną swoich okrętów procaciter szwedzki król sobie poczyna, lecz strictim nikt nie wie, jak się tam dziś sprawy mają. Wodzą się za łby, niby cygan z niedźwiedziem!
— To pan Koniecpolski hetmanuje dotąd? — spytał pan Haraburda.
— Gdyby nie on, Gustaw-Adolf sukcesy większe osiągnąłby, sine dubio! — zawołał starosta — bo hetman ma jakoweś na Szweda fortele! Wlazły jednakowoż drabanty do Pilawy, Kłajpedy, Elblągu i Malborku...
— Do Malborku, przebóg! — żachnął się rycerz. — Gdzież jest teraz obóz hetmański?
— W Toruniu... w Toruniu... — mówił pan Łyskowski. — Powiadam tedy: Szwedzi parli i parli, ino czekać, ogarną żelazną obręczą Gdańsk i morze nam umkną... Wielka konsternacja w kraju powstała i nie ex commiseratione, a przez innata dumę nawet tych, którzy przeciwko morskim sprawom gardłowali. Ale hetman i jego powiernik — pan Lanckoroński oko na wszystko mieli. Gdy Szwed nie ważył się na Gdańsk uderzyć, bo mieszczaństwo i tym razem fidelitatem dla korony przechowało, i cofnął się do Tczewa in fuga effusa, hetman siedział cicho, aż armata Gustawowa Małe morze zagarnęła i Puck, Oliwę, Orłowo opanowała.
— Boże sprawiedliwy! — jęknął rycerz.
— Tedy rzucił się jak orzeł, Puck zdobył, Szwedów wyżenął, rajtarów i gemajnów pobił pod Hamersztynem, a pan Lanckoroński okręty nasze w Gdańsku tuto modo osłonił skutecznie — zakończył opowieść pan starosta.
— A nasze brygantyny, czy pływają i nieprzyjacielowi szkodzą? — szepnął pan Haraburda.
— Nie masz o tem żadnych słuchów! — odparł pan starosta. — Gorąco tam w Gdańsku, bo, jak gadają ludzie, to dzień nie minie, żeby Gyllenhjelm pocisków ognistych nie rzucał...
— Cóż to za Gyllenhjelm? — zapytał rycerz.
— Admirał Gustawa-Adolfa tak się nazywa — objaśnił starosta.
— Jakże waszmość pan suponujesz: czy zdzierżymy, czy pogrążą nas Szwedzi? — cichym głosem zapytał Pan Haraburda.
Pan Łyskowski przez długą chwilę milczał.
— Jeżeli, waszmość, nie masz do mnie zaufania, tedy nie mów! — rzekł rycerz.
— Wiem, do kogo mówię! — odparł starosta. — Powiem ja tak: Rzeczpospolita nie czuje animuszu i ochoty do tej wojny, bo prowadzi ją król, nie zaś naród! Co nam zawinili Szwedzi! Nie dali królowi Zygmuntowi korony, to nie nasza sprawa! Nie daliby mu jej ani Duńczycy, ani Anglicy, ani Hiszpanie, to i z tymi mielibyśmy wojnę prowadzić?! Jeżeli król szwedzką koronę nad polską przekłada, tedy nie trza było po Jagiellonów ojcowiznę sięgać, waszmość! Aut, aut!
— Prawda najprawdziwsza! — zawołał pan Haraburda. — W swoich rubieżach mamy siłę do robienia! Słabości nabieramy w tej wojnie nieszczęśliwej i czuję, że na niej wyrośnie jakowaś klęska od wschodniej strony...
— W sednoś, waść, trafił, bo już Moskwa i kozacy coraz to śmielej i zuchwałej z nami poczynają, nabierając fiduciam virium i pewności, że nie zbierzemy chętnych, aby defendere hostes ab urbe. Znużyła szlachtę bezowocna wojna, wszyscy chcą spokoju, obmierzły im szable i kulbaki, każden o używaniu myśli abo o gospodarowaniu na opuszczonej roli. Przy takowych myślach magna calamitas spaść na Rzeczpospolitą łacno może!
Amor in patriam i Bóg Najmiłościwszy poratują ojczyznę w ciężkiej potrzebie! — westchnął rycerz. — Ale słyszę, że podwody zajeżdżają...
Panowie uścisnęli sobie ręce i wstali.
Gdy pan Łyskowski odjechał, rycerz długo siedział schylony nad papierem, pisząc list. Nareszcie skinął na imć Kubalę.
— Przyjacielem mi jesteś, więc spełnij, o co poproszę! — rzekł.
— Jegomościu... jegomościu! — mógł tylko powiedzieć wzruszony Kubala.
— Musimy się rozstać... Pojedziesz z pismem do naszej pani, a gdy będziesz wiedział, gdzie jestem, przywieź mi żonę! Tylko tobie mogę ją zawierzyć tak, jakbym życie swoje oddał ci w ręce... Ja zaś muszę tam być!
Zrozumiał „podłego stanu“ Wojciech Kubala, co się działo w sercu i duszy wysoko urodzonego pana Władysława Haraburdy. Zrozumiał, bo zrozumienie miał nietylko w sprytnej kmiecej głowie, lecz w sercu poczciwem i wiernem.
Spojrzał więc w przybladłą, stroskaną twarz rycerza, rękę mu ucałował, a gdy wyściskali się, przez długą chwilę nic nie mówiąc, pismo wziął i wyszedł.
Usłyszawszy turkot kół odjeżdżającego wózka, pan Haraburda krzyknął:
— Hej, pocztmistrzu! Dwa dukaty na stół, jeżeli jutro o świcie stanę w Toruniu!
W pół godziny później lekki wózek unosił rycerza drogą na Bydgoszcz.
Woźnica, otrzymawszy od pocztmistrza „czerwoną cedułę“, szybko zmieniał konie na postojach i gnał, jak wicher, po twardej, przymarzłej drodze.
Już zaraz za Bydgoszczą wprawne oko pana Haraburdy dojrzało ślady wojny.
Tu i ówdzie rozkwaterowane były większe i mniejsze oddziały wojsk, pasły się konie chorągwi dragońskich i pancernych, węszyły podjazdy, w ukryciu stały działa, podciągane ku miejscom zagrożonym.
Rycerz, stanąwszy w Toruniu, poszedł bez zwłoki do kwatery hetmańskiej. Chociaż godzina była jeszcze wczesna, ordynansowy towarzysz, posłyszawszy nazwisko gościa, pobiegł do hetmana.
Pan Koniecpolski w czerwonym archałuku tureckim, odsłaniającym mu szeroką, nagą pierś, natychmiast przyjął pana Haraburdę.
— Synku! Synku! — wołał, roztwierając ramiona i obejmując rycerza. — Synku, mopanku, ja ci powiadam, serce mi wybolało o ciebie! W ciężkiej opresji, mopanku, w jakiej nieraz tu bywaliśmy, nijakiej ekskuzacji, ja ci powiadam, znaleźć nie mogłem, iż consentiens byłem z twoją imprezą! Już myślałem, że dopiero na polach elizejskich spikniemy się ze sobą, ja ci powiadam, mopanku!
Lubujący się w dobrych żołnierzach hetman łzy miał w oczach i pana Haraburdę, jak syna witał, raz po raz w ramiona biorąc.
— Sczerniałeś i zeszkapiałeś, mopanku! — mówił, patrząc na rycerza z miłością. — Widzę jednakże, ja ci powiadam, że zdrów jesteś i mocny. Nie udręczyły ciebie bisurmany do rdzenia, mopanku, jak widzę! Pro bono omine mam twoje przybycie, synku! No, i małżonka szczęśliważ będzie!
— Zdroważ jest ona? — spytał pan Haraburda, z trwogą patrząc na hetmana.
— Trzy niedziele temu będzie, jak spotkałem ją w Warszawie u nuncjusza, mopanku! — zawołał pan Koniecpolski. — Łania, ja ci powiadam, i, jak owa zraniona łania, łzę ma w pięknych oczach, bo ją tęsknota i lęk o ciebie, mopanku, ja ci powiadam, gryzie!
— To Wandka przebywa w Warszawie?... — rzekł pan Haraburda. — Ja zaś posłałem do niej pismo pod Lwów!
— Nie frasuj się! — uspokoił go hetman. — Wykoncypujesz nową epistulę, a ja pchnę gońca bezzwłocznie. Dlaczegóż sam nie podążyłeś do małżonki?
— W drodze słuchy mnie doszły, że periculum, pono, zawisło nad naszem morzem, więc chciałem na czas się stawić, aby rękę swoją do obrony przyłożyć, wasza dostojności! — odparł rycerz.
Semper idem! Wierny syn ojczyzny! Oj, oj, mopanku, ja ci powiadam, że pro bono omine uważam twoje przybycie! Bo, ja ci powiadam, straszne nadchodzą czasy, mopanku! — rzekł, zniżając głos, hetman. — Homo est imbecillitatis exemplum, temporis spolium, invidiae et calamitatis trutina!
Hetman jął ciężko wzdychać, aż pan Haraburda z niepokojem zapytał:
— Któż jest, wasza dostojność, wzorem głupoty, łupem czasu i miarą zawiści i klęski?
— Siłaby o tem mówić, synku! — szepnął pan Koniecpolski. — Nie chcę też ciebie konsternować o konfuzję ducha przyprawiać! Lepiej wykładaj pluribus verbis o sobie, o jasyrze i o tem, jakżeś się salwował, mopanku, ja ci powiadam!
— Czy wasza dostojność wiedzieliście, że z galjoną do maurskich korsarzy się dostałem? — spytał pan Haraburda.
— Rok temu już będzie, mopanku, jak, ja ci powiadam, kupiec italski Ottoboni z jasyru został za okup eksmitowany i o wszystkiem odpisał diligenter arcybiskupowi gnieźnieńskiemu i do Hanzy. Wtedy to małżonka twoja, ja ci powiadam, do nuncjusza kołatać zaczęła, aby z Rzymu przez zakonników wykupić ciebie tentowano.
— Przez nuncjusza? — spytał rycerz.
— Ho, ho! mopanku, ja ci powiadam, krzywił się nuncjusz, bo na niego twoje imię niby na djabła kropidło! — wołał hetman. — Lecz pani Haraburdzina, mopanku, stateczna, piękna i słodka białogłowa, ja ci powiadam! Ugniotła ona nuncjusza, niby wosk, i pismo do Watykanu poleciało. Samemu Montelupiemu je przekazano dla pośpiechu! Ho, ho! Pani Haraburdzina, mopanku, ja ci powiadam!
Uradowany rycerz jął obszernie opowiadać o przygodach swoich w Mohrebie, a pan Koniecpolski aż archałuk rozpiął i szeroką pierś pocierać zaczął, wykrzykując ze wzruszenia:
— Niech cię kule biją, mopanku, ja ci powiadam! A toś się w czepku urodził, mopanku! W wodzie nie tonie, ja ci powiadam, w ogniu się nie pali, mopanku, a bisurmańskie serca, ja ci powiadam, zdobywa! To ci prawdziwa lechicka krew, mopanku! Nie tem, to owem, aby victoria!
Były to dni zacisza wojennego, bo po hamersztyńskiej klęsce Szwedzi na impecie stracili i nowe fortele przygatawiali. Spokojniejszy więc był stroskany hetman, przeto szybko się przyodział i, zatrzymawszy rycerza na posiłek, po kasztelana Lanckorońskiego i innych panów posłał.
Musiał pan Haraburda ab ovo odyseję swoją wykładać przed rozradowanym hetmanem i jego gośćmi.
— Dobry omen to, wasza dostojność, że ten rycerz w tej to tak ważnej chwili do nas przybywał — zawołał pan Lanckoroński, patrząc na hetmana.
— Jakbyś słyszał, mopanku, ja ci powiadam, bo już o tem panu Haraburdzie mówiłem! — odpowiedział pan Koniecpolski i, zwracając się do poważnego jegomościa o surowej twarzy, siedzącego w milczeniu, dodał po niemiecku:
— Panie Dickmann, jesteś praefectus regiarum navium, więc musisz wiedzieć, że ten oto rycerz Wisby zamknął i Szwedów siła napsował!
— Goddam! — mruknął pan Dickmann i, powstawszy, silnie rękę panu Haraburdzie potrząsnął. — Cuda o waszmość panu rozpowiadał mi Herman Witt. Rad jestem znajomości i proszę pana hetmana, aby raczył mi tego rycerza odstąpić! Na takich jeno polegać teraz możemy!
— Wasza dostojność, i ja o to pokornie proszę! — zawołał pan Haraburda.
— Do sententiam communem dojdziemy później! — odparł, nagle poważniejąc, pan Koniecpolski. — Będę miał z tobą, waść, do pomówienia.
Wszyscy zrozumieli, że wielki hetman koronny, mimo szczerej radości z powodu powrotu rycerza, miał już na niego jakowyś plan.
Pan Haraburda czekał na wezwanie hetmana do nocy, jednak czas ten mu się nie dłużył, bo, korzystając z silnej nordy, przypłynęli do niego stary towarzysz bojowy, dzielny Witt, pomocnik Dickmanna i komendant brygantyny „Wodnik“, oraz inny sławny żeglarz — Mor, kapitan „Delfina“.
Opowiadali marynarze panu Haraburdzie o wojnie morskiej, a rycerz, słuchając ich, aż za głowę się chwytał i pięścią w stół co chwilę walił.
Witt mówił:
— Urosła nasza armata do dziewięciu dużych brygantyn, nie licząc mniejszych szkut. W maju zwiedziano się w Gdańsku, że szwedzki admirał Karl Gyllenhjelm wypłynął ku naszym brzegom z całą armatą. Posłano mnie, Mora i Magnusa z trzema brygantynami i dużą szkutą zbrojną na zwiady. Porwał nas ost i zapędził aż na wysokość Łebskiego jeziora. Miarkujesz, waść?
— Miarkuję... — odpowiedział zasłuchany pan Haraburda. — Daleko zniosło was!
— Daleko! — kiwnął głową Witt. — Zmieniamy halzę, aż tu, mając wiatr od bakortu, wali cała siła szwedzka!
— Przebóg! I mnie wtedy nie było! — krzyknął rycerz. — Mów, mów dalej!
— Jam ci to wtedy prowadził flotylę, — mówił dzielny żeglarz, — wywiesiłem sygnały i, biorąc na półwiatr, wyciągnęliśmy się w kilwater-szyku i biec zaczęliśmy nazad ku Helowi. Nie miałem siły do bitwy z całą armatą...
— No, przecież! — zgodził się rycerz, oczu z mówiącego nie spuszczając.
— Płyniemy, a ja sobie myślę, że brygantyny wyprowadzę, a szkutę stracę, bo nie miała ona śmigłego żaglostroju i bieżną nie była. Korci mnie i gryzie, że zgubię tę łupinę, aż tu widzę...
— Prędzej, na miły Bóg! — zawołał pan Haraburda, bo Witt fajkę zaczął zapalać i umilkł na chwilę.
— ...widzę, — ciągnął dalej żeglarz — że spostrzegli nas Szwedzi i zaraz trzy lekkie, chyże orlogi rozwinęły trajżagle i — ku nam! Gonią nas!
— W to ci graj, przyjacielu mój! — klasnąwszy w dłonie, krzyknął pan Haraburda. — Jak cię widzę, coś zrobił! Podwinąłeś żagle na grocie i bukszprycie, zwolniłeś biegu, przepuściłeś przed sobą szkutę i — czekałeś...
— Jako żywo, tak uczyniłem! — ze śmiechem zawołał Witt. — Szkuta machnęła naprzód, a my powoli suniemy ku Białej Górze. Gdy byliśmy o trzy strzały od Szwedów, ten oto Mor pobieżał ku nim i walnął z armat granatami. Rozbiegły się zaraz orlogi, a my z Magnusem od sztymborku i bakortu im zapływamy i ogniem spotykamy! Jedną orlogę na rufę tak nawaliło, że całą stewę z kilową ostrogą ponad wodę wyparło. Zmieszały się statki i sygnały o pomoc do swoich podawać zaczęły!... Ja zaś mam oko nad bitwą i widzę: szkuta moja już daleko, a Gustawowa flota zmienia halzę i ku nam lufuje. Pobiegliśmy wtedy ku cyplowi naszemu, przebiwszy się cudem!
— Siła wam ludzi poległo? — spytał rycerz.
— U Mora ze dwudziestu, u Magnusa — trzech ubito, na mojej brygantynie — pięciu i topgrotę przetrącono...
— Mało was było, przebóg! — rzekł z westchnieniem pan Haraburda.
W tej chwili rozległ się poważny głos ode drzwi:
— By ich było ze dwadzieścia okrętów, łacno mogliby utrudnić przystęp do naszego pobrzeża i wylądowaniu szwedzkiej floty impedimentum srogie uczynić!
Wszyscy się obejrzeli i zerwali się z miejsc. W izbie stał wielki hetman koronny, pan Stanisław Koniecpolski.
Podszedł do stołu i usiadł, mówiąc:
— A teraz tedy cała wraża armata stoi pod Pilawą, a Gyllenhjelm zamknął nam zatokę Gdańską i tkwi przed nami ze swemi osiemnastu dobrze okrytemi orlogami. Gustaw-Adolf z wojskiem zaczaił się w Głowie i, chociaż nie sporo mu iść ku nam, jednak coś zamyśla, waszmościowie!
Marynarze słuchali w milczeniu, a, widząc, że hetman się nie odzywa, powstał Witt i rzekł:
— Już musimy odejść! Czas na nas!
— Nie zatrzymuję waszmościów, bo mam naradę z tym rycerzem — odezwał się pan Koniecpolski.
Komendanci, pożegnawszy hetmana i pana Haraburdę, opuścili izbę.
— Dopiero teraz zwolniłem się nieco, mopanku, — rzekł hetman — więc, jeżeli, ja ci powiadam, oczy ci się nie kleją, pogadamy!
— Jestem na rozkazy waszej dostojności — odparł rycerz, nalewając hetmanowi kubek miodu.
Ergo słuchaj i rozważaj cum animo attento, waść! — rzekł poważnym, niemal surowym głosem hetman. — Inter omnes constat, że flotę mamy słabą, aby czoło Gyllenhjelmowi i Sternskjoldowi stawić. Zrobiło się wszystko, quod possumus. Cud prawdziwy, że i taką armatę mamy! Cud, mopanku, ja ci powiadam! A i twoja w tem niemała zasługa! Brygantynę nam przywiodłeś i gdańskim możnym kupcom pokazałeś, co my na morzu potrafimy zdziałać! Tak jest, mopanku, nie trząś głową, ja ci powiadam! Ale źle jest...
— Źle? — szepnął rycerz.
— Źle... — powtórzył hetman i zafrasował się, głowę opuściwszy na pierś. — Bez potężnej floty nic nie wskóramy i zmoże nas wojną bez końca i wytchnienia Guslaw-Adolf. Wie on że już szlachta dąsa się po kątach, de imbecillitate wojny szepcąc pomiędzy sobą. Nie neguję, że mają rację...
— Cóż tedy poczniemy? Jak z tej zawieruchy wybrniemy? — spytał pan Haraburda.
— Nie może być, aby o nas po świecie gadano, że „porwaliśmy się, jak burmistrz gdański na króla polskiego“! — zaczął hetman.
— Nie może być! — zawołał rycerz.
— Tak to jest, mopanku! — ciągnął pan Koniecpolski. — „Czego ujść nie możesz — wytrwaj!“ Musimy Szweda na morzu gnębić i — zgnębić ad finem! Nie mamy znacznej floty, bo to i słaba, a i okrętnicy w niej cudzoziemcy najemni służą. Komendanci — ludzie odważni, setni, chłop w chłopa, mopanku, o honor żołnierski, acz gemajni, zazdrośni, ja ci powiadam. Tacy nie zdradzą, chocia serca dla obcej ojczyzny gorącego nie mają. Ale ciurowie, mopanku, jeżeli nieprzyjaciel sypnie talarami, abo my im na czas lafy nie wypłacimy, mogą takiej galimatjas nawarzyć, że my takowej polewki nie przełkniemy i nie zdzierżymy, mopanku!
— Wielkie w tem jest periculum, o którem sam myślałem — szepnął pan Haraburda.
— Z naszą armatą możemy tymczasem, mopanku, jako-tako wojnę obronną prowadzić, lecz pamiętając, że jeno legalizowanych cudzoziemskich sposobów imać się możemy, ja ci powiadam. A to na nasze czasy — furda, mopanku! Tu necessitas zachodzi zuchwałych poczynań. Exemplum...
— Słucham, słucham!... — szepnął rycerz i oczy błyszczeć zaczęły.
— Ha! — uśmiechnął się mimowoli hetman, patrząc na pana Haraburdę. — Kot i szperka! Ha! Otóż exemplum! Gdybyśmy mieli siła drobnych statków wodnych, chocia naszych bajdaków, czajek i dłubanek, czyżbyśmy nie znaleźli śmiałka animi audacis, który w nocy poprowadziłby je na okręty szwedzkie i napadł? Hę?
— Jabym się tego podjął, wasza dostojność! — rzekł rycerz.
— Wiem to i non dubito! — odparł pan Koniecpolski. — Łodzi i czółen wszelakich uzbierałoby się tu i ówdzie, jeno, mopanku, gdzie znajdziemy owych zuchwalców, strateńców, co za tobą w ogień i wodę pójdą? Tego nie znajdziesz, mopanku, bo lud tu uczciwy, pobożny i potulny, ja ci powiadam, mopanku!
— Na taką imprezę to kozacy najpierwsi... — wtrącił rycerz.
Mihi id in animo est! — zawołał hetman, uderzając dłonią w stół. — Myślę o tem w dzień i w nocy, mopanku, jak owy somnambula łażąc po kwaterze! Słuchaj-no, mopanku, dam ja ci pismo do panów ukrainnych i wojewody ruskiego, o moich zamiarach powiadomionych, a ty na swoją rękę zaciąg czyń z ludzi ochotnych, lafę obiecując znaczną i zdobycz znakomitą. Bierz hultajstwo, watażków bylejakich, lipków, aby ludzi odważnych, zuchwałych i łupu chciwych, a prowadź ich Dnieprem, Prypecią, Bugiem i Wisłą do Prus Królewskich! Wykoncypuję ja na dobitkę, mopanku, do hetmana kozackiego Doroszeńki epistolę łaskawą, a on, ja ci powiadam, pomoc ci da. No, jakże, mopanku, deliberujesz?
— Prawdę rzec, wolałbym na brygantynie pływać, lecz pojadę, boć ta sprawa pali! — odparł pan Haraburda bez namysłu, widząc już przed sobą zgraję czajek kozackich, skradających się głuchą nocą pod burtami szwedzkich fregat.
Na tem się narada skończyła i rycerz oczekiwał rozkazu hetmańskiego, gdy nagle pan Koniecpolski wezwał go do siebie i mocno gniewny mruknął:
— Nic z naszej imprezy! Doroszeńko i syn dawnego hetmana, młody Zmoiła, kozaków w sukurs nam puścić nie chcą! Gniewni są oni na naszych potentatów z Dzikich Pól, że ci im na karkach nogę trzymają, i — nie pójdą!
Zadumał się wielki hetman koronny głęboko, a ból ścisnął mu serce. Ujrzał albowiem hetman bezbrzeżne stepy, jary i haszcze traw i oczeretów, gdzie na Dzikich Polach państwa swe bezrubieżne założyli potężni i pyszni Wiśniowieccy, Kalinowscy, Potoccy, Ostrogscy i jego własnej krwi możnowładcy — Koniecpolscy, a wszyscy surowi, chciwi i bezwzględni.
Widział, jak batogami i szablami usiłowali oni wolnych kozaków, zawziętych wrogów Moskwy i Tatarów, a urodzonych sojuszników narodu polskiego, na chłopów-rabów przerobić.
Czuł pan Koniecpolski, że ci dumni defensores patriae wykuwali na samych siebie i na Rzeczpospolitą ostry, ciężki miecz.
Przypomniał sobie z goryczą hetman koronny rok pański 1625, gdy on sam orkanem krwawym przemknął po stepach, stratował i na szablach rozniósł kurenne setnie Zmoiły, chutory i cerkwie z ziemią zrównał, szlak swój zwycięski na Dzikich Polach znaczył palami, szubienicami i dymem zgliszcz, a w tej oto chwili, gdy zaledwie rok upłynął, zdziesiątkowanych przez siebie i nienawiścią pałających kozaków na pomoc Rzeczypospolitej wołał.
Mea culpa, mea maxima culpa! — szeptał hetman, ręce gotów był łamać i wyć z bólu.
Lecz skrucha, łzy i zgryzota poniewczasie nie były owemi „sposobami, któremiby zarówno wszyscy z wygodą potrzebom Rzeczypospolitej zabieżali...“
Rozumiał pan Stanisław Koniecpolski, że odwrotu już niema, nie zapomniał jednak tej chwili bólu i ciężkiej obelgi i odbił ją w kilka lat później wraz z hetmanem Mikołajem Potockim na karkach uciśnionego kozactwa, wszczynającego pod wodzą Pawluka bunty rozpaczliwe, gdyż wiedziało, że szlachta odejmie wolnym ludziom stepowym wszelkie prawa i mienie, chcąc mieć tych, „których fortuna belli żywych servavit, za w chłopy obrócone pospólstwo“.
Od tej godziny hetman i pan Haraburda wiedzieli już, że tylko cud może ochronić Polskę od utraty morza. Zniechęcona szlachta, aczkolwiek bitna i wytrzymała, na okręty iśćby nie zechciała, więc losy armaty wodnej nadal spoczywać miały w rękach dzielnych najemnych komendantów i niepewnych ciurów okrętowych.
— Wasza dostojność, proszę o oddanie mnie pod rozkazy naczelnego wodza armaty! — rzekł stanowczym głosem rycerz.
— Przyjdź, waść, popołudniu do mej kancelarji, każę pismo do pana Dickmanna zgotowić! — odparł hetman i skinieniem ręki, jakgdyby gniewny, pożegnał pana Haraburdę.
Następnego dnia rycerz stawił się na fregacie „Święty Jerzy“, którą dowodził kapitan Storch. Trzymał na tym okręcie swoją flagę admiralską praefectus regiarum navium, śmiały wódz morski i oddany królowi żeglarz, Arendt Dickmann.
Po rozmowie z admirałem, pan Haraburda popłynął do burty „Tygrysa“, jakowe imię, z rozkazu króla, nadano dawnej „Zjawie Morskiej“. Na deku spotkał go nowy komendant-Duńczyk, młody żeglarz, Kuno Hamsen. Załoga, dowiedziawszy się o przybyciu rycerza, wybiegła na pokład i cisnęła się do niego, obejmując mu kolana i całując po rękach.
Barczysty szyper Michał Muża, do zwału skalnego podobny, stał, wlepiwszy oczy w dawnego komendanta, nieruchomy i groźny.
Wielu dawnych okrętników nie znalazł już rycerz na brygantynie. Wojna i ciężkie pływanki uniosły ich na zawsze.
Komendanci podzielili pomiędzy sobą czynności na brygantynie. Hamsen miał w swej pieczy ruch okrętu, pan Haraburda — jego siłę bojową.
Rycerz rozejrzał się bacznie. O bitwie nie można było myśleć, bo zatokę gdańską zamknął swoją flotą Gyllnhjelm. I w dzień i w nocy na widnokręgu tkwiły gotowe do boju, a czujne, jak ptactwo drapieżne, orlogi nieprzyjacielskie. Lecz nie zwykł był rycerz pozostawać bezczynnym. Co noc podchodził on w małych szalupach Szwedów, porywając z cyplu helskiego lub z łodzi szwedzkich jeńców; zapuszczał się pod samym brzegiem aż pod Elbląg, węsząc i wypatrując, co się działo na pobrzeżu.
Tak minęły październik i połowa listopada. Zima wypadła owego roku wczesna i luta. Gęste mgły okrywały morze, gruby szron bielał przy Zabrzegach, norda przynosiła śnieżne burze. Bałtyk wrał, kipielą się pokrywał pienną i ryczał swoją pieśń bojową.
Pan Haraburda z kilkoma Kaszubami i Mazurami z „Tygrysa“ 26-go listopada późno w nocy powrócił z wywiadu. Pod osłoną czarnej nocy i wichury w rybackiej szkucie dotarł rycerz aż do Pilawy i od wieśniaków nadbrzeżnych dowiedział się, że admirał Karl Gyllnhjelm dostał rozkaz wyjścia w morze, gdyż koło Szczecina ruszać się zaczęły okręty księcia brandenburskiego.
Rycerz przybił do burty „Świętego Jerzego“ i powiadomił o wszystkiem Dickmanna. Natychmiast na okrętach polskich zaczęły się gwałtowne przygotowania. Nikt, a pewno i sam admirał nie wiedział, co się ma stać, lecz komendanci, szyprowie, bosmanowie, puszkarze i prości ciurowie pracowali przez całą noc i cały dzień 27 listopada.
Pan Haraburda przywiózł prawdziwą wieść, bowiem wkrótce jeden po drugim podnosiły żagle okręty szwedzkie i odpływały, znikając za mierzeją Helu. Nareszcie Arendt Dickmann rzekł do swego kapitana Storcha:
— Te orlogi pozostawiono dla blokady zatoki!
Istotnie cztery orlogi stały przy Helu, dwie inne czuwały na pełnem morzu, krzyżując po niem na pół-żaglach.
Admirał zwołał na naradę komendantów i wydał rozkazy.
W nocy, gdy mgła spowiła wrące morze, ostrożnie ruszył naprzód „Król Dawid“, prowadzony przez Murreya, a drogę torujący „Świętemu Jerzemu“.
Ztyłu wiedli swoje brygantyny Ejlert, Appelman, Argen, Witt, aż nareszcie wypłynęły: „Pies Biały“, „Delfin“ i „Tygrys“ z panem Haraburdą, stojącym na galardzie.
Polskie okręty niby wilki, idące tropem, ominęły krzyżujące po morzu orlogi szwedzkie, które ledwie majaczyły we mgle i mroku słabemi, żółtemi ognikami. Zwara na pełnem morzu potężnie szustała i kantowała brygantyny, lecz groźnym poszumem wałów, zdawało się, szeptała radośnie:
— Nareszcie!... Nareszcie!
Minęła noc i dopiero o ósmej rano opadać zaczęła mgła; z jej mętnej, szarej płachty wyłoniły się szpile masztów, wąskie banderki, miotające się w dmie, i topżagle okrętów nieprzyjacielskich, a woddali nad dalekim strądem połyskiwała Oliwa krzyżami opactwa.
Buchnął strzał ze „Świętego Jerzego“, a odpowiedziały mu natychmiast armatki od strony Latarni gdańskiej.
Brygantyny polskie, od nocy trzymające się pod wiatrem posmycznym, runęły na szwedzkie okręty, stojące na morzu, otaczając je szybko i sprawnie.
„Król Dawid“, „Święty Jerzy“, „Panna Wodna“ i „Goniący Jeleń“, sypały na wroga granaty i karkasy.
Tymczasem Witt na „Wodniku“, mając ze sobą „Tygrysa“, „Psa Białego“ i „Delfina“, odciął stojące przy helskim cyplu szwedzkie orlogi i kulami na nie ziać zaczął z impetem niepohamowanym.
Arendt Dickmann na „Świętym Jerzym“ zoczył flagę admirała Stiernskjolda na potężnej orlodze i w bój z nią wstąpił zaciekły, pędząc ku Oliwie. Dopadł z drugiej strony Justus Argen, prowadzący na „Pannę Wodną“ i z prawej burty na Szwedów śmierć rzucał.
Padł ranny Stiernskjold, lecz, krwią brocząc, kierował dalej bojem żeglarz waleczny, aż ducha wyzionął, trafiony w pierś pociskiem armatnim.
Uszkodzony okręt szwedzki nie mógł już użyć steru o strzaskanym plusku i dał się zahaczyć.
Pobiegł na pomoc admirałowi „Pelikan“, walczący z „Królem Dawidem“, lecz, otrzymawszy ze sztyborku „Świętego Jerzego“ salwę, burzącą mu kadłub nad waterlinją, odpłynął, chyląc się coraz bardziej.
Ujrzawszy, że polscy żeglarze już się uwijają po szwedzkim pokładzie, walcząc na szable i topory, „Pelikan“ zionął ogniem z działa, na rufie stojącego. Pocisk urwał walecznemu Dickmannowi nogi, polską armatę wodza pozbawiając.
Wszystkie żagle rozwinął wtedy „Pelikan“ i, chociaż niemal leżał na bakorcie, uchodził jednak szybko. Czujny Murrey na „Królu Dawidzie“ pomknął za nim, niby orzeł drapieżny, dosięgnął go swemi armatami, rozbijając mu tylny kasztel i obalając bezanmaszt.
Jednak, stary Fritz, doświadczony kapitan „Pelikana“, orlogę swoją uprowadzić zdołał, skorzystawszy z mgły, która znowu podnosić się zaczęła.
Gdy na okręcie Stiernskjolda polscy żeglarze dobijali walczących i wiązali jeńców, Argen daremnie usiłował zwolnić się od „Goniącego Jelenia“, który, kotwicą o kotwicę zahaczywszy, obezwładnił „Pannę Wodną“, przedtem w zamieszaniu i mgle zgubną salwę do swoich, walczących już na pokładzie szwedzkiej orlogi, dawszy.
Tymczasem zuchwały zagończyk, Herman Witt, sypał pociskami na cztery orlogi, które w popłochu wyrejdowawszy kotwice, wychodziły w morze, gęsto strzelając. Zamierzał Witt zapędzić je do Małego morza, lecz sprawni szwedzcy żeglarze nie poszli w potrzask i biegli na wschód — ku Pilawie, a największy okręt, inne wyprzedziwszy, usiłował swemu admirałowi na pomoc przybiec.
Cztery słabsze okręty polskie parły przed sobą Szwedów, a, mając śmiglejsze żagle, doganiać zaczęły.
Najdalej zapędził się na swojej dawnej „Zjawie Morskiej“ pan Haraburda.
Już widział przed sobą wyraźnie wysoką, co chwila okrywającą się dymem strzałów rufę orlogi, a przez lunetę mógł nawet odczytać jej nazwę — „Słońce“.
Pędził za nią w szalonym pościgu, chcąc zajść jej od burty i uszkodzić poważnie, aby w biegu wstrzymać.
— Puszkarze od sztaby! Po dziesięć dukatów temu, który zbije maszt! — krzyknął w tubę rycerz.
— Hamsen, nadaj żagli! — rzucił towarzyszowi. — Na miły Bóg, żagli!
— Wszystkie w robocie! — odkrzyknął młody żeglarz i nagle zachwiał się i padł, rażony w głowę pociskiem.
W tej chwili rozległ się radosny krzyk okrętników.
Na „Słońcu“ chwiać się zaczął i z trzaskiem runął za burtę fok-maszt, strącając do morza dwie szalupy, zerwane ze szpylów.
— Szyper! — huknął rycerz. — Do niej! Chłopcy, do haków!
Orloga szwedzka znacznie zwolniła biegu.
Muża odrazu zmiarkował, co ma robić. Zapłynął od rufy i tak blisko, że okręty burtami się otarły, przewracając swoje działa, łamiąc relągi i obrywając gaflowe żagle.
Polscy okrętnicy rzucili haki, lecz Szwedzi rąbali liny toporami, nie dając się zahaczyć.
Widząc to, Muża porwał się od jaty kapitańskiej i, podbiegłszy do burty, wsunął stopy do szpygaty i przechylił się naprzód.
Mocarnemi rękami uchwycił szyper wanty szwedzkiej orlogi i ciągnął ku sobie.
Widział pan Haraburda, jak krwią nabiegła twarz Kaszuba-żeglarza, jak wyrosły mu na karku i poruszały się zwały mięśni potężnych, ciągnących ku sobie okręt nieprzyjacielski.
Już burty zbliżać się zaczęły powoli, i kilka haków spadło odrazu na klamburtę „Słońca“, gdy nagle wywinął się z poza zwoju lin jakiś majtek szwedzki i błysnął toporem.
Trysnęła struga krwi z nabrzmiałego karku szypra i osunął się Muża bezwładnie, obmiękł, znieruchomiał.
Pobiegł mu na pomoc rycerz, lecz w tej chwili salwa gruchnęła na orlodze i obaliła kilku polskich żeglarzy.
Pan Haraburda, nie wydawszy okrzyku, zwalił się nawznak, z piersią, krwią zlaną, bo dwie kule muszkietowe w niej głęboko utkwiły.
Leżał i nie widział, jak oddalało się podbite przez niego „Słońce“, jak dognał orlogę bieżny „Wodnik“ i, ryknąwszy ze wszystkich naraz dział, uszkodził ją i bitwę na białą broń rozpoczął, lecz szybko się cofnął, gdyż szwedzki kapitan Forrat wysadził swój okręt, lont płonący do prochowni wrzuciwszy.
Nie słyszał rycerz wykrzykiwanych w tubę doniesień:
Praefectus regiarum navium Arendt Dickmann poległ! — Komendant Julius Storch — poległ! — Komendant Kuno Hamsen — poległ! — Komendant Władysław Haraburda — poległ! Szyper Michał Muża — poległ!...
Brzmiało i brzmiało ponure słowo: poległ“ i nie cieszyła nikogo z żeglarzy pierwsza morska bitwa, zwycięstwem polskiej bandery okryta...
Tylko z gdańskich i oliwskich wież kościelnych płynęły radosne, triumfujące głosy dzwonów, zwiastujących całemu światu wiktorję wodnej armaty polskiej i waleczność nieznanych żeglarzy ziemi lechickiej.



Rozdział XVII.
Słuchaj, morze!

Przebrzmiały po całym kraju, dotarły do najdalszych zakątków ziemi echa bitwy i zwycięstwa pod Oliwą.
Podnieśli głowy nawet ci, co wojnę, jako imbecillitas profundissima, uważali; spokornieli niepewni sprzymierzeńcy i lennicy — książęta Brandenburgji i Prus; nadzieja wstąpiła do serc Habsburgów, zagrożonych przez „lwa północy“, uradowali się gdańszczanie i przerwany handel ze światem całym szybko nawiązali.
Nie trwało to jednak długo, bo na wiosnę przyszedł ponownie Gustaw-Adolf z jeszcze liczniejszą flotą, potopił, podpalił lub uszkodził najlepsze brygantyny polskie, a więc „Tygrysa“ — ową „Zjawę Morską“, co Szwedów gnębiła, „Króla Dawida“ i „Świętego Jerzego“.
Później przyszły czasy szaleństwa, które za zdradę Polski poczytywano i głośno o tem mówiono, majestatu królewskiego nie oszczędzając. Na „Pannie Wodnej“ i „Goniącym Jeleniu“ wybuchnął bunt cudzoziemskich najemnych ciurów.
Wściekłe szturmy rozbiły dwa okręty, a inne po morzu rozrzuciły, aż z trudem do kupy się zebrały.
Stało się to wtedy, gdy król Zygmunt wysłał w pomoc cesarzowi siedem swoich brygantyn aż pod Wismar, gdzie Szwedzi z Duńczykami się połączywszy, na dnie Bałtyku pogrzebali banderę polską.
Nie wiedział o tem pan Władysław Haraburda, gdyż bez duszy leżał na opiece przybyłej do Gdańska stroskanej, zrozpaczonej pani Wandy, oddanego imć Kubali i uczonego mistrza Wéliczki, przez hetmana posłanego.
Auxilium in viribus sine ulla exceptione est! — mruczał uczony Czech, powtarzając te słowa przez pięć długich męczeńskich miesięcy zmagania się rannego rycerza ze śmiercią.
Siły potężne jednak zwyciężyły, bo zła gorączka ustąpiła i pan Haraburda przytomność odzyskał. Patrząc na wybladłe oblicze żony, rycerz długo się nie odważał zapytać jej o los tego, co się stało mu droższem nad życie.
Drżała na myśl o tem pytaniu pani Wanda, czując je we wzroku męża.
Imć Kubala przyszedł jej z pomocą, bo sam, nie pytany, zaczął brednie pleść o nowych bitwach na morzu, o zwycięstwie przy Helu, zdobyciu fregaty admiralskiej i o pogrążeniu Gustawa-Adolfa.
— Zwiał teraz do cesarstwa i tam szczęścia próbuje, abo śmierci szuka! — zakończył swoje opowiadanie.
Rycerz patrzał na niego uważnie, nie pytał o nic i nie cieszył się.
Gdy umilkł imć Kubala, ani słowem się nie odezwał pan Haraburda.
Trzy miesiące minęło, nim zaczął chodzić rycerz o kulach, bo słaby był jeszcze, jak dziecię chore, i krwią pluł obficie.
Tymczasem Gdańsk odpadał od Polski, bo bronić tego grodu, zewsząd przez Szwedów zagrożonego, już nikt nie mógł. Należało opuścić miasto, dom przy Długowsi i przyjaciół.
Wtedy o wszystkiem opowiedziała mężowi pani Wanda, z niepokojem i troską patrząc mu w zapadłe, zastygłe oczy i w wychudłą, bladą twarz męczeńską.
Nie zdziwił się i nie przeraził pan Haraburda. Wysłuchał wszystkiego, jakgdyby dawno o tem wiedział. Długo milczał, aż rzekł do żony:
— Zaprowadź mnie, najsłodsza moja, nad morze! Pożegnać je chcę! Ucałować próg wielkiej polskiej sadyby muszę!
Poszli...
Koło Latarni pani Wanda chciała usadowić znużonego drogą rycerza na kamieniach, lecz on na kolana się osunął, czołem dotknął mokrego, słonego piasku wygładzonego przez warkliwą szeleję, pokrytego żałobnemi pędami kidziny, całował tę ziemię, na którą napierała ruchoma, kipiąca pierś morza, i mówił cichym, gorącym głosem:
— Słuchaj, morze, nasze lechickie morze, słuchaj! Widziałem Michała Mużę, co był nieporuszony, jak zwał czarnej skały i jak głaz stoczył się na twoje dno. Z jego krwi wyszła wielka prawda. Słuchaj, morze! Odchodzimy od ciebie, opuszczamy twój wart, twoje spychy, twój pienny szor na długo, może na wieki. Lecz przyjdzie czas, gdy powrócą Lechici, — już nie pyszni i dumni panowie, tylko lud od myśli, czynu, radła i topora! Chwyci się twardemi dłońmi twoich skał, kłami się wgryzie w twe piachy i trzymać cię będzie, jak dziecię matkę, jak kochanek oblubienicę. Wyrwie cię każdemu, przed każdym obroni, nikomu nie da! Słuchaj, morze! Podniosą się wtedy z twego dna zjawy blade a mocarne. Ducha swego żeglarskiego prawowitym władcom twoim użyczą, aby walczyć mogli ze zwarą, bijącą w wiszary pobrzeżne i w burty okrętów, z kipielą wściekłą i ciężką dziewiątą rolingą, z wrogami ojczyzny bój tocząc zaciekły, gdy potrzeba zajdzie i mgła krwawa zawiśnie nad szkarłatną chorągwią piastowską!
Znowu jął całować rycerz siwy piasek morski, a gdy podniósł się, ujrzał lecący na południe klucz żórawi. Długo odprowadzał wzrokiem wolne, potężne ptaki i nagle zakrzyknął opromieniony niezłomną nadzieją:
— Słysz, morze! Myśli pokoleń lechickich będą ku tobie leciały, aż dolecą, gniazdo swe tu uwiją i nowe życie tworzyć będą na wieczne czasy!



Objaśnienia wyrazów morskich i staropolskich.
1. Morskie.

Abordaż — zderzenie się statków burtami.
Amir-el-bachr — arabskie słowo, oznaczające admirała.
Armata wodna — flota.
Bajdak — łódź rzeczna, żaglowa (przez kozaków używana).
Bakort — lewa burta (bok) okrętu.
Bandera lub fana — chorągiew okrętowa.
Barduna — lina, podtrzymująca maszty.
Barkasa — nazwa czółna.
Bat — nazwa czółna.
Bezan — żagiel na tylnym maszcie.
Bezanmaszt — ostatni ztyłu okrętu maszt.
Biesiadnia — kajuta, gdzie dostaje strawę i wypoczywa starszyzna okrętowa.
Bieżny — szybki.
Bosman — podoficer w załodze okrętowej.
Brasować lub garować — ustawiać żagle podług wiatru.
Bryg — 2-masztowy żaglowiec.
Bryza — słaby wiatr.
Bukszpryt — ukośny maszt, idący ponad wodą od dziobu okrętu.
Burta — bok okrętu, łodzi.
Byta — resztki rozbitego okrętu, inaczej — przypławek.
Cuma — gruba, mocna lina.
Cumka — cienka linka.
Czajka — mała, wiosłami poruszana łódź.
Czeladnia — kajuta, gdzie przebywa załoga okrętowa.
Czeladź — załoga.
Dek — pokład.
Dma — silny wiatr.
Dryf — stanie okrętu bez ruchu.
Duneta lub kasztel tylny — wzniesiona nad rufą część okrętu, gdzie się znajduje kajuta komendanta.
Fala ma różne nazwy: prysk, rolinga, szeleja, kipiel, zwara, war, dunuga.
Fladrować (o żaglach) — wisieć i tylko lekko się wydymać i opadać.
Fregata lub brygantyna — 3-masztowy okręt żaglowy.
Gafla — ukośna reja.
Galarda lub kasztel przedni — wzniesiona nad dziobem część okrętu.
Galera — żaglowy, zbrojny statek.
Galjona — żaglowy okręt.
Grzępa — mała wysepka.
Helmąt — rękojeść steru.
Hysować — podnosić żagle. Stąd komenda: Hys! = Żagle do góry!
Jata — podwyższenie na deku, gdzie się znajduje kapitan i waruga.
Jolka — mała łódź.
Kidzina — wodorosty.
Klamburta — najwyższa od wody część burty.
Kluza — otwór, przez który przechodzi łańcuch kotwicy.
Koga — nazwa starożytna okrętu.
Komendor — podoficer w załodze (przy działach naprz.).
Kosa — koniec bandery.
Kotwica lub kotew, albo kot.
Kraj — ląd.
Kurzyć się — okrywać się pianą bałwanów.
Legło — łóżko marynarzy na okręcie.
Lesica — sznurowa drabinka.
Lufować — prowadzić okręt.
Łęcina, czyli reja lub obaja — poprzeczny drąg na masztach dla umocowania żagli.
Mars — pomost na maszcie, gdzie stoją okrętnicy, kierujący żaglami.
Maszty, zaczynając od dziobu: bukszpryt, fok, grot, bezan.
Mergać się lub posiewać się — pokrywać się drobnemi falami.
Norda lub siewierz — wiatr od północy.
Pinka — okręt żaglowy.
Plichta — pomost na dziobie okrętu.
Pławba — żegluga.
Pojazda — wiosło.
Porwa — komenda: „Do roboty!“.
Posmyczny wiatr — wiatr sprzyjający ruchowi.
Rafa — podwodny kamień.
Rais — arabska nazwa dowódcy okrętu.
Reja patrz łęcina.
Rejdować kotwicę — opuszczać; wyrejdować — wyciągać.
Reląg — wierzch parapetu, obiegającego dokoła dek.
Retman — przewodnik portowy.
Rewa — mielizna piaskowa.
Rolinga — bieg dużych fal.
Ruchawa — bieg dużych fal.
Rudel inaczej ster.
Rufa — tylna część okrętu.
Rum — wewnętrzny magazyn.
Ryć (morze) — wbijać się dziobem w fale.
Ryza — droga okrętu.
Rzygawiec — ruchoma ławica piaskowa.
Spych inaczej wiszar — urwisty brzeg.
Strąd — brzeg morski.
Szeleja — fala, wybiegająca na płaski brzeg.
Szmaga — mała krypa.
Szor — głębia morska.
Szpil — wierzchołek masztu.
Szpyl — kołowrót (do wciągania kotwicy naprz.), inaczej wijadło.
Szron — kra.
Sztaba — dziób okrętu.
Szturm — wicher.
Sztymbork — prawa strona okrętu.
Trep — pomost do wejścia na pokład okrętu.
Wał — bałwan morski.
Wanty — drabinki sznurowe, któremi umocowane są z boków maszty.
War — pęd wody, fal.
Wara! — Strzeż się! inaczej „Westa!“.
Waruga — kolejna zmiana majtków na dyżurze okrętowym.
Wiąg — fiord.
Wranie lub prysk — silne falowanie.
Wręga — wygięta belka, idąca od kilu do wierzchu burty wewnątrz okrętu; do wręg umocowane są tarcice, stanowiące poszycie.
Wyziór — luka, albo też otwory burtowe (dla dział).
Zdziar — brzeg, pokryty żwirem.
Zuga — duża łódź.
Zwara — srogie falowanie morza.
Zyda — południowy wiatr.
Zydwester — nieprzemakalny kapelusz żeglarski.

2. Staropolskie.

Adamaszek — tkanina jedwabna, wschodnia.
Adziamski — perski.
Agaranta — czepek z koronkami.
Agnusek — Baranek Boży z wosku, kości lub metalu.
Akwawita — wódka.
Alikant — wino cudzoziemskie. Inne gatunki znane w XVII w.: pinioły, seki, małmazja, muszkatel, petercyment.
Alkiermesówka — wódka, przygotowana z dodatkiem do niej różnych leków.
Alkierz — ustronna izba, sypialnia.
Almarja — szafa.
Alszbant — naszyjnik drogi.
Altembas — turecka jedwabna, przetykana złotem tkanina.
Inne tkaniny współczesne: złotogłów, walensa, muślin, szemka, anszkot, falendysz.
Arkabuz — strzelba, opierana na widełkach — hakach, wbijanych w ziemię.
Balsamka — flakonik.
Banita — skazany na wygnanie.
Beluarda — nasyp obronny.
Binda — przepaska na czepku.
Brzeszczot — klinga, ostrze.
Bryżyki — ozdoba fryzur kobiecych.
Bulza — torba skórzana do podróży.
Buzdygan — obuszek, maczuga.
Ceklarz — policjant, stróż miejski.
Cenar — taniec.
Chobotać — tupać nogami.
Czamara — suknia, zapinana do szyi.
Czapka — „ablaucha“ — duża czapa futrzana.
Czatownia — budka strażnicza.
Czekan inaczej nadziak — rodzaj ciupagi, używany na wojnie w spotkaniu ręcznem.
Czołdar — pokrowiec na konia.
Ćwik — cwany.
Damascenka — szabla ze stali damasceńskiej.
Delator — donosiciel.
Delja — suknia bogata z szerokiemi rękawami.
Deresz — ławka, na której chłostano uczniów.
Dołoma — kurta zwierzchnia, noszona przez husarzy pod zbroją.
Domarad — tęsknota za ojczyzną.
Drabant — żołnierz ze straży przybocznej.
Driakiew — lekarstwo płynne.
Dubiel — głupiec.
Duby smalone — brednie, puste słowa.
Ferezja — suknia zwierzchnia, obszerna.
Fiok — czubiaste uczesanie kobiet.
Forboty — koronki.
Fryz — ciężki, włochaty koń.
Fuggerowie — współcześni Fukierowie, znamienici kupcy i patrycjusze warszawscy.
Galarda — taniec włoski.
Gamratka — kochanka.
Gardłowa sprawa — sprawa kryminalna.
Gemajn — najemny żołnierz cudzoziemski.
Giry — wnętrzności.
Gment — cienkie płótno lniane.
Gramatka — polewka z piwa, lub wina.
Granat — granatowe sukno węgierskie lub angielskie.
Guldynka, Kusznica — rodzaj strzelby ręcznej.
Hakownica — działo drobnego kalibru, falkonet.
Hanza — średniowieczna nazwa niemieckich związków handlowych dla wspólnej pomocy i obrony, a także w tym celu zawierane związki pomiędzy portowemi miastami niemieckiemi. Hanza w końcu XIV w. obejmowała 90 miast i miała wielkie znaczenie polityczne, naprz. od niej zależało obsadzenie tronu w Danji. Sprawami Hanzy kierował „Hanzatag““. W XV w. wybuchają wewnętrzne zamieszki i spory w Hanzie, przeciwdziałanie królów rozwojowi Hanzy, nareszcie w okresie reformacji ruch religijny, co osłabia Hanzę. Ostatni „Hanzatag“ odbył się w Lubece w r. 1669, jednak resztki Hanzy przetrwały w Rosji i Finlandji do połowy XVIII wieku.
Inderak — spódnica.
Infamja — pozbawienie czci.
Intromisja — prawne wprowadzenie w posiadanie.
Inwazja — najazd.
Jaszczur — wyprawiona skóra jaszczurcza, lub takaż skóra sztuczna.
Jeglija — jodła.
Juki — torby podróżne.
Jużyna — podwieczorek.
Kabat, lub dołoman — kaftan.
Kaduka prawo — spadek bezdziedziczny i beztestamentowy.
Kafa — żelazne okucie dzioba okrętowego.
Kaleta — worek na pieniądze.
Kałamaszka — jednokonny wózek.
Kapalin — hełm husarski.
Karabela — szabla.
Karacena — zbroja o łuskach metalowych, naszytych na skórze.
Karazja — sukno hiszpańskie.
Karkas — pociski ogniste.
Karwasz — nałokietnik przy zbroi husarskiej.
Kasztel — zamek warowny.
Kauzyperda — lichy adwokat.
Konterfekt — portret.
Krambambula — najdroższa wódka gdańska.
Kurdesz — przyjaciel od serca.
Ladrowanie — całkowita zbroja, rycerza i konia okrywająca.
Lafa — żołd.
Lama — tkanina ze złotych nici.
Lamus — skarbiec i arsenał.
Lisowczyki, czyli „strateńcy“ — lekka, nieregularna jazda, której początki założył sławny zagończyk Aleksander Józef Lisowski, zabity pod Starodubem w r. 1616.
List przypowiedni — upoważnienie królewskie na zaciąg wojska.
Litkup — picie wina na znak załatwionej sprawy.
Lity — lany.
Ludwisarnia — odlewnia, gisernia.
Luńskie sukno — londyńska tkanina.
Łagiew — duże naczynie do picia.
Łanowa piechota — wojsko, uformowane z kmieci królewskich.
Łoktusza — szal kobiecy.
Magierka — czapka węgierska.
Magna bestja — olbrzymia pieczeń z całego zwierzęcia.
Majdan — plac, podwórze.
Manele — bransolety.
Maszkara — maskarada.
Misiurka — hełm z siatki metalowej.
Morszpręgi — chodzenie po linie.
Muca — czapka rybacka i żeglarska.
Nacios — znak graniczny na drzewach.
Nagolenica — część zbroi rycerskiej.
Nakolanki — część zbroi rycerskiej.
Oczepiny — weselny zwyczaj.
Ohurstwo — duma.
Opończa — płaszcz od deszczu.
Oszajca — kolonizator.
Oświka — strój kobiecy.
Pacta conventa — umowa narodu z królem elekcyjnym.
Pająk — żyrandol, wisząca lampa lub świecznik.
Pajuk — goniec.
Pupinkarz — smakosz.
Parangon — czystej wody djament.
Paraphernalia — wszystko, co żona po ślubie wnosi do domu męża.
Pągwica — guziki duże.
Pektoralik — zegarek.
Pergameszka — taniec włoski.
Piesznia — wielkie dłuto do dłubania drzewa.
Plichta — budka na sztabie okrętu.
Pludry — szerokie spodnie.
Podpłomyk — placki, pieczone przy ogniu.
Poturczeniec — renegat.
Pozew — wezwanie do sądu.
Puzdro, puzderko — szkatuła.
Radło — drewniany pług kmieci, socha.
Rańtuch — chustka, noszona przez kobiety na ramionach.
Raróg — drapieżny ptak.
Roztruchan — puhar metalowy.
Sałamacha — zacierka z jęczmienia.
Sapor — ostry sos.
Scubeł = szczubeł = szczupak.
Sepet, sepecik — kufer.
Serpentyna — szabla.
Skałki — krzemienie do pistoletów i strzelb.
Skórznie — proste buty z cholewami.
Skrzat — duch straszący.
Smukawica — strój niewieści.
Sółtana — strój niewieści.
Stągiew — kadź na wodę.
Suplika — uniżona prośba.
Szaraczek — szlachcic zagrodowy.
Szczekocka burka — słynne w XVII w. płaszcze.
Szewcki gnyp — kozik.
Szkuta — rzeczny statek na zboże, inaczej: koza, dubasa, później berlinka.
Szlemię — poprzeczna belka szubienicy.
Szłap — duży krok koński.
Śmigownica — armata, nabijana z tyłu.
Świetlica — Sala, inaczej alwerz.
Wierzeje — podwoje bramy, drzwi.
Więcierz — sieć na ryby.
Wiersza — sieć na ryby.
Wolant — suknia niewieścia.
Wrzeciądz — wewnętrzna zapora drzwi.
Wykusz — framuga okna.
Zamtuz — lokal, uczęszczany przez pijanych, hulaszczych ludzi.
Zankiel — agrafa, klamra.
Zezula — kukułka.
Żminda — sknera.





  1. Emilja Sukertowa. Mazury w Prusach Wschodnich. Kraków, 1927.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.